12

FC Barcelona odzyskała mistrzostwo Hiszpanii!

14 maja 2005 r. po remisie z Levante(1:1) w 36 kolejce Primera Division, Duma Katalonii sięgnęła po 17-te mistrzostwo Hiszpanii po sześciu latach przerwy. Dzień później wraz drużyną na ulicach miasta świętowało ponad milion spragnionych tytułów fanów. Fiesta skończyła się na Camp Nou, gdzie Samuel Eto’o po otrzymaniu mikrofonu zaintonował obraźliwą przyśpiewke: ,,Madrid, cabron saluda al Campeon!”(Madryt, rogaczu, pokłoń się mistrzowi). To wydarzenie stanowiło pożywke dla madryckich gazet, dla których ten wybryk stał się wydarzeniem tygodnia. Był 14 maja 2005 roku i do północy pozostało 11 minut gdy arbiter wreszcie podniósł ręce. Ronaldinho zaczął biegać po placu gry, krzycząc i wskazując na koszulkę Barcy; Nieważne że miała inny kolor niż ta tradycyjna po upływie sześciu lat a dokładnie 2184 dni, Barça znów była mistrzem Hiszpanii(po poprzednie trofeum sięgnęła w sezonie 1998/ 99). Dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek, dzięki remisowi 1:1 z Lewante na ,,Ciutat de Valenci”, mogła świętować 17 tytuł. Nie miało znaczenia że był to nerwowy i mało widowiskowy mecz i że gol Eto'o kosztował mnóstwo wysiłku, że Ronaldinho dostał żółtą kartkę i mało brakowało a zostałby wykluczony z gry. Oto nadszedł długo wyczekiwany moment szczęścia, najpierw na boisku a następnie w szatni. Ronaldinho i Thiago Motta byli głównymi bohaterami Fiesty. Gdy chodzi o świętowanie Motta zawsze sekundował Roniemu. Można to obejrzeć na filmie, który w szatni i poza nią nakręcił Ludowic Giuly. Ronaldinho zachęcający kolegów aby wepchnęli pod prysznic wszystkich tych, którzy ubrani byli w garnitury nieustające okrzyki i piosenki, wszystko to mówi samo za siebie. Brazylijczyk był tak rozentuzjazmowany że kiedy jeden z dyrektorów klubu powiedział: ,, idziemy!", on wciąż miał na sobie strój meczowy, nie zdjął nawet korków. Wszedł na pokład Airbusa A340 bez przebierania się, z krawatem zawiązanym na głowie z flagą Azulgrany. Lot z Walencji do Barcelony był jednym wielkim festiwalem żartów, chóralnych śpiewów i toastów. Brazylijczycy, na czele z Ronaldinho dyrygowali z pierwszych rzędów. Krzyczeli: ,, Madrid, cabron, saluda al campeon", ,, pasa pasa para adres y no vuelvas mas" oraz ,, Visca El Barça i Visca Katalonia". Żartowali sobie z Henka ten Cate, 2 trenera drużyny a jednemu z pracowników odpowiedzialnych za sprzęt próbowali... obciąć wąsy. Przeistoczyli się w żywioł nie do powstrzymania. Na lotnisku ,,El Prat” czekał na nich nieprzebrany tłum oraz otwarty, dwupiętrowy autobus. Wszyscy weszli na drugie piętro pojazdu z wyjątkiem Rijkaarda, który ukrył się w ciemności niższego piętra, szczęśliwy że rolę głównych bohaterów spektaklu dobrowolnie przyjęli piłkarze a ci, poczynając od Ronaldinho, Motty i Eto'o, nie dawali się prosić. Krzyczeli śpiewali tańczyli i pozdrawiali 40 000 kibiców, którzy przyszli ich powitać, mimo że kiedy autokar przyjechał na Camp Nou była prawie 5:30 rano. Ronaldinho, który wciąż miał na sobie piłkarski strój uściskał Joana Laporte. Później wreszcie przyszedł czas żeby wziąć prysznic i się przebrać, chociaż świętowanie jeszcze się nie skończyło. Następnego dnia albo raczej po kilku godzinach, po południu 15 maja odbył się Triumfalny przejazd drużyny przez miasto. Zwycięzcy przemierzali główne ulice miasta na pokładzie odkrytego, niebiesko-bordowego autobusu, z którego widniał wielki napis ,, Champions" oraz herb klubu. Przejazd, którego trasa zaczynała się i kończyła na Camp Nou, oglądała 900 tysięcy osób. Ronaldinho przez cały czas znajdował się na pierwszym planie. Miał ciemne okulary, czerwoną okolicznościową koszulkę i wielką, połyskującą literę ,,R" zawieszoną na szyi. Był w euforii. Swą ogromną radość okazywał tak podczas przejazdu, jak również później w czasie wielkiej Fiesty na stadionie.

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Ostatni taki puchar do kolekcji:

14 maja 1997 Duma Katalonii zdobyła swój czwarty i zarazem ostatni Puchar Zdobywców Pucharów. Drużyna Sir Bobby’ego Robsona pokonała w drodze do finału AEK Larnace, Crvene Zvezde, AIk Sztokholm oraz AC Fiorentine. W decydującym spotkaniu na ,,De Kuip” w Rotterdamie Blaugrana pokonała w finale PSG 1:0. Katalończycy przybyli do Holandii na dwa dni przed meczem z czterogodzinnym opóźnieniem. Powodem był fałszywy alarm bombowy na pokładzie samolotu. Trener Robson denerwował się gdyż zespół chciał poświęcić popołudnie na odpoczynek. Mimo kłopotów Blaugrana zwyciężyła z ekipą Brazylijczyka Raia, który pokonał Barçe w Pucharze Interkontynentalnym w 1992 r. i w Lidze Mistrzów w 1995 r., za każdym razem strzelając gola. Jedynego gola w Rotterdamie zdobył w 37 minucie z rzutu karnego Ronaldo. To był ostatni występ Brazylijczyka w barwach Dumy Katalonii. Z trybun widowisko oglądał Van Gaal, który w przyszłym sezonie objął FC Barcelone. Bobby Robson był świadomy że jego posada wisiała na włosku i mimo zdobycia tego Pucharu został jednak zwolniony.

Wspomnień czar:



@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360

10

O tym się mówi, o tym się pisze, o tym trzeba wiedzieć!

14 maja 1994 r. FC Barcelona zdobyła czwarte z rzędu mistrzostwo Hiszpanii w niecodziennych okolicznościach. W ostatniej kolejce Blaugrana zgodnie z planem wygrała w ostatniej kolejce z FC Sevillą 5:2. To jednak jeszcze nie wystarczało bowiem liderem przed ostatnią serią spotkań było Deportivo La Coruña i wygrana na własnym stadionie z Valencią dawała piłkarzom z Galicji pierwszy w historii klubu tytuł. Na Estadio El Riazor długo jednak utrzymywał się wynik bezbramkowy. Wreszcie w ostatniej minucie meczu, Deportivo wywalczyło rzut karny. Podstawowy wykonawca ,,jedenastek” Donato został zmieniony a jego zastępca Bebeto odmówił podjęcia odpowiedzialności. W końcu odpowiedzialność na swoje barki wziął Serb Djukič, który uderzył jednak w środek bramki strzeżonej przez Vazqueza i bramkarz ,,Nietoperzy” nie miał problemu z obroną tego strzału. Duma Katalonii trzeci raz z rzędu zdobyła mistrzostwo dzięki wpadce rywali w ostatniej kolejce. Trzeba przyznać iż Ś.p. Johan Cruijff miał niebywałego farta i to aż trzy razy pod rząd!

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Duma Katalonii triumfuje w Copa del Rey:

14 maja 1922 r. FC Barcelona po raz czwarty w historii sięgnęła po Puchar Hiszpanii. W finałowym starciu w Vigo, Blaugrana pokonała Real Union Club Irun aż 5:1! Gole dla Barçy zdobywali: Torralba, Samitier, Clement Gracia oraz dwa gole genialny Paulino Alcantara. Zamieszki, do których doszło po meczu, łącznie z atakami na piłkarzy Blaugrany wywołały ogromne wzburzenie w Barcelonie. Wszystko to przełożyło się na pamiętne przywitanie drużyny. Przy ,,Passeig de Gracia” na zawodników czekało ponad 20 tysięcy ludzi. Tłum eskortował drużynę aż do placu ,,Sant Jaume”, gdzie została ona przyjęta przez burmistrza Ferrana Fabrę i Puiga, markiza d’Allela i prezydenta Mancomunitatu Josepa Puiga i Cadafalcha. Blaugrana wystąpiła w składzie: Zamora, Planas, Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Piera, Martinez, Gracia, Alcantara, Sagi Barba.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@AssisMoreira
@Adran360

8

Copa de Pirineos:

14 maja 1911 r. FC Barcelona pokonuje w finale Stade Bordelais UC 4:2 po dogrywce(2:2 po 90 m.) i po raz drugi z rzędu sięga po Puchar Pirenejów. Gole dla Barçy zdobyli: bracia Percival Wallace (2) i Charles Wallace oraz Carles Comamala.

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

@FCBparasiempre
13 maja 1990 roku na zawsze przeszedł do historii jako dzień, w którym rozpoczęła się wojna o niepodległość Chorwacji. Niewiele osób jednak wie, że stało się to… podczas piłkarskiego meczu pomiędzy Dynamem Zagrzeb a Crveną Zvezdą Belgrad. Był to niełatwy czas, kiedy Jugosławia, gigantyczny tygiel kulturowy, stała w przededniu nie tyle rozpadu, co brutalnej wojny domowej. Od blisko 10 lat nie żył już marszałek Josip Broz Tito – przywódca Jugosławii, któremu udawało się trzymać w ryzach cały ten gigantyczny, ale sztuczny twór. Nie można użyć innego słowa, gdyż Jugosławia nigdy nie była spójnym krajem – tendencje autonomiczno-separatystyczne były w niej od początku silne. Serbowie, Chorwaci, Czarnogórcy, Słoweńcy, Bośniacy, Albańczycy, Macedończycy – wszyscy oni wchodzili w skład jednego wielkiego państwa, scalonego na siłę. Kwiecień 1990 roku przyniósł wybory w Chorwacji, gdzie do władzy doszła prawicowa frakcja Franjo Tujdmana, nawołująca do niepodległości. Jej działanie zostało odebrane jako realne zagrożenie dla Serbów żyjących w chorwackich miastach. Kampania ta została sztucznie rozdmuchana przez Belgrad, będący w rękach serbskiego polityka Slobodana Milosevicia, przywódcy komunistycznej partii. Milosevič marzył o zachowaniu status quo, czyli wielkiej Jugosławii pod rządami oczywiście serbskiej partii, z dominującą gospodarką centralnie planowaną. Serbski lider nie chciał słyszeć o tendencjach niepodległościowych Chorwatów i innych nacji, wojna wisiała zatem w powietrzu. Nastroje były za to szalenie optymistyczne właśnie w Chorwacji, gdzie do głosu doszedł nacjonalizm. Chorwaci powrócili do swoich barw – kontrowersyjnej szachownicy, będącej znakiem rozpoznawczym ustaszów, czyli faszystowskiego Chorwackiego Ruchu Rewolucyjnego z czasów II wojny światowej. Serbowie zarzucili Tudjmanowi oczywiście powrót do hitleryzmu, a konflikt narastał w siłę. Wszędzie wywieszano chorwackie flagi wraz z szachownicą, ograniczano rolę Serbów w życiu społecznym Chorwatów, ściągano serbskie reklamy. Apogeum nienawiści nastąpiło jednak dopiero 13 maja na stadionie Maksimira w Zagrzebiu, a de facto stało się właściwie preludium do samej wojny. Mimo napiętych stosunków pomiędzy państwami zrzeszonymi w republice byłej Jugosławii, nie zawieszono piłkarskich rozgrywek ligowych. Z racji polityczno-historycznych zaszłości, kibice Dynama – zwani “Bad Blue Boys”, w skrócie “BBB” – oraz “ultrasi” Crvenej Zvezdy – czyli Delije – nigdy za sobą nie przepadali. “Nie przepadali” to zresztą łagodne określenie – bojówkarze obu drużyn nienawidzą się aż po dziś dzień. Tamtego dnia do zamieszek doszło już przed meczem, a najbardziej niebezpieczni Ultrasi obu drużyn starli się na ulicach Zagrzebia. Bijatyka przeniosła się na stadion. Była to celowo zaplanowana akcja z obu stron – nie było w tej walce żadnej nieprzewidywalności. Nie wiadomo, kto zaczął walkę, ale nie ma to w sumie żadnego znaczenia, “BBB” rzucali w Serbów kamieniami, a Ci nie pozostawali dłużni, wyrywając krzesełka i ciskając nimi w Chorwatów, skandując przy okazji “Zagrzeb jest serbski!”. Przywódcą Delije był późniejszy zbrodniarz wojenny Żeljko Rażnatovic, zwany “Arkanem”. Bójka przeniosła się na murawę. Wszystko było ustawione, ponieważ za “ochronę” meczu odpowiadali w większości serbscy policjanci, którzy(delikatnie mówiąc) nie za bardzo kwapili się do jakichkolwiek interwencji. Piłkarze Crvenej Zvezdy uciekli z murawy i ze stadionu, ale większość graczy Dynama pozostała na boisku. To wtedy wydarzyła się scena, która na zawsze zapisała się w historii narodu chorwackiego. Kapitanem Dynama Zagrzeb był 21-letni wówczas Zvonimir Boban, późniejsza legenda nie tylko chorwackiego, ale w ogóle bałkańskiego futbolu. Boban – widząc, że serbski policjant bije chorwackiego kibica, wyskoczył w powietrze i kopnął z całej siły funkcjonariusza, umożliwiając ucieczkę bitemu chłopakowi. Gest ten został uwieczniony na zdjęciu a samego piłkarza ogłoszono bohaterem narodowym Chorwatów, oraz uczyniono symbolem walki o wolność. Dla samych Serbów Boban oczywiście stał się momentalnie wrogiem numer jeden, znienawidzonym przez samego Milosevica. Wyskok i kopnięcie Bobana uznaje się dzisiaj za nieoficjalny początek wojny o niepodległość Chorwacji, a zdjęcie upamiętniające tamto zdarzenie ma dla Chorwatów takie samo znaczenie, jak dla nas Polaków fotografie Lecha Wałęsy pod Stocznią Gdańską. Zvonimir Boban za swój czyn ukarany został przez futbolową federację Jugosławii sześciomiesięczną dyskwalifikacją, ale niedługo później i tak wyjechał. W 1991 roku kupił go ówczesny najlepszy klub świata, czyli legendarny AC Milan. Chorwat wyjechał na Półwysep Apeniński podbijać włoską Serie A.

Niedługo później na Bałkanach wybuchła okrutna wojna, która oficjalnie zabrała życie ponad 140 tysięcy ludzi, ale nieoficjalnie mówi się o liczbie o wiele większej. Boban zza granicy obserwował co się dzieje, wielokrotnie w wywiadach dając wsparcie swoim rodakom. Był piłkarzem wybitnym, ale i tak wszyscy zapamiętali przede wszystkim jego niezwykły wyskok i kopnięcie, będące symbolem walki o niepodległość Chorwacji. Konflikt bałkański ciężko oceniać, gdyż przemieszanie się nacji, kultur oraz wzajemnych pretensji było tak ogromne, że do dziś można się spierać o wiele elementów tej wojny. Wojny, która nigdy nie zgasła, zwłaszcza w sercach ludzi. Nie tak dawno (listopad 2013) antagonizmy obudziły się na nowo, doszło bowiem do pierwszego piłkarskiego meczu obu reprezentacji narodowych od czasów zakończenia walki pomiędzy Serbami, a Chorwatami. Stało się to na… stadionie Maksimira w Zagrzebiu – tym samym, który pamięta opisywaną wyżej historię. Spotkanie rozegrano w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata, które odbyły się tego lata w Brazylii. Mimo gigantycznych obaw, podczas meczu nie doszło do bezpośrednich scysji, nie licząc okrzyków w stylu “zabij, zabij Serba”, a pomijając pojedyncze nietaktowne wypowiedzi niektórych działaczy, zwyciężył tym razem futbol. Nie zawsze tak jednak było. W 2007 roku podczas tenisowego meczu na Rod Laver Arena w ramach Australian Open doszło do bijatyki kibiców wywodzących się z obu nacji, a co ciekawe, to właśnie Australia jest częstym miejscem niesnasek Chorwatów i Serbów. Dlaczego? Bardzo wielu imigrantów pochodzi właśnie z Bałkanów, a ich dzieci rzadko zapominają o historycznych zatargach z przeszłości. Bardzo często dochodzi do bójek w meczach futbolu australijskiego, gdzie rywalizują ze sobą naturalizowani Australijczycy, wywodzący się oczywiście z Serbii i Chorwacji. Kocioł Bałkański nigdy nie stygnie.

10

Ten mecz rozpoczął wojne domową. Jaką? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.

@Adran360
@AssisMoreira
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

6

@FCBparasiempre
Puchar Zdobywców Pucharów wniósł do życia wszystkich fanów futbolu dużo kolorytu. Mimo iż PZP w żadnym stopniu nie równał się prestiżem Pucharowi Europy, wśród kibiców z wielu krajów rozgrywki nadal budzą nostalgię. W Polsce zapewne większość wspomina przygodę Górnika Zabrze z 1970 roku, zakończoną dopiero przez Manchester City w finale tych rozgrywek. Kibice z Gdańska zapewne pamiętają pojedynek Lechii z wielkim Juventusem, Bońka i Platiniego. A fani Warszawskiej Legii półfinał tych rozgrywek i gol Wojciecha Kowalczyka na Old Trafford. Jednak Puchar Zdobywców Pucharów zapadł w pamięć dlatego, że przynosił nieoczywiste rozstrzygnięcia, zakrawające wręcz o sensację. Jedną z takich sensacji był finał rozegrany w 1981 roku pomiędzy Dinamem Tibilisi a drużyną FC Carl Zeiss Jena. Finał ten jest chyba najdziwniejszym, by nie powiedzieć najmniej prestiżowym, do jakiego doszło w historii wszystkich rozgrywek UEFA. Oba kluby mimo pozornych podobieństw w postaci np. ustroju panującego w kraju czy niedużej rozpoznawalności na arenie międzynarodowej, znajdowały się na zupełnie różnych piłkarskich biegunach. Dinamo było klubem z dużego miasta cieszącym się ogromnym uznaniem kibiców oraz rywali. Na Stadion im. Lenina w Tibilisi regularnie przychodziło 80 tysięcy ludzi, aby z trybun tego kolosa dopingować lokalnych bohaterów. Stwierdzenie bohaterów nie jest w tym wypadku nadużyciem. W drużynie z Kaukazu grali bowiem głównie Gruzini, stanowili oni dla lokalnej społeczności swoistą reprezentację całej Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. A trzeba przyznać, że kibice nie musieli się wstydzić za wyniki swoich reprezentantów. Dinamo było dwukrotnym mistrzem ZSRR, osiemnaście razy zdobywało medal za rozgrywki ligowe oraz dwukrotnie krajowy puchar. Na drugim biegunie była drużyna z liczącej sto tysięcy mieszkańców Jeny. Grająca na kameralnym stadionie mogącym pomieścić ok. 12 tys. Klub był własnością zakładów Carl Zeiss produkujących wszelkiego rodzaju produkty optyczne. Oczywiście piłkarze zatrudnieni byli w zakładzie tak samo, jak inni normalni pracownicy. Klub z Turyngii był również nieco mniej utytułowany od swojego przeciwnika ze wschodu, w swojej historii zdobył trzy mistrzostwa NRD oraz cztery puchary. W drodze do finału oba kluby zmierzyły się z czterema rywalami. Na początku swojej przygody Dinamo dość łatwo pokonało w dwumeczu grecką Kastorię 2:0, by następnie wyeliminować irlandzki Waterford bilansem 5:0. Pierwsza poważna przeszkoda stanęła na ich drodze dopiero w ćwierćfinale. Gruzinom przyszło się w nim zmierzyć z drużyną West Hamu. Przybysze z dalekiego ZSRR postanowili postawić się „Młotom” tak samo, jak kilka sezonów wcześniej uczynili to w meczu z Liverpoolem. Po 90 minutach stan na tablicy wyników w Londynie pokazywał wynik 1:4 dla gości. Nic nie dał rewanż, w którym Anglicy odrobili zaledwie jednego gola. Po dwumeczu prasa na wyspach była zdumiona oraz jednocześnie zachwycona grą Dinama. Jeden z redaktorów Guardiana po latach, tak wspominał piłkarzy gruzińskich: „Miałem w umyśle niewyraźne pytania: kim są ci piłkarze i w jakim złowrogim sowieckim laboratorium sportowym zostali wyprodukowani? dlaczego nie uśmiechają się bardziej, kiedy są naprawdę, wybitni w grze w piłkę nożną? i czy komunizm może być zły, jeśli produkuje takich sportowców?” Po popisach w Londynie drużyna z Tibilisi na ostatniej prostej nie bez problemów pokonała Feyenoord Rotterdam 3:2 i zameldowała się w finale. Piłkarze FC Carl Zeiss zaczęli swoją przygodę z pucharem od wielkiej sensacji. Po pierwszym meczu, w którym przyszło im mierzyć się z AS Romą, przegrywali zero do trzech. Gdy wynik zdawał się dawać pewny awans zespołowi z Italii, panowie z NRD wywinęli niesłychany numer i wygrali rewanżowe spotkanie aż 4:0. Na domiar złego dla Włochów bramka dająca awans została zdobyta w 87. minucie spotkania. W drugiej fazie rozgrywek zespół z Niemiec wygrał w dwumeczu 4:1 z Valencią. Mecze z „Nietoperzami” zawierają mały polski akcent. W pierwszym spotkaniu na Mestalla na listę strzelców wpisał się urodzony w Bytomiu Martin Trocha. Wychowanek Szombierek Bytom, Ślązak o polsko-niemieckim pochodzeniu. Trocha miał wówczas 24 lata i jako reprezentant NRD zmierzył się nawet w jednym meczu z reprezentacją Polski. W finale z drużyną z Jeny jednak nie zagrał z powodu kontuzji. Powracając do drużyny z Jeny. W ćwierćfinale pokonali oni walijski Newport 3:2, a w półfinale odprawili z kwitkiem wielką Benficę i do zdobycia pucharu pozostało pokonać jedną przeszkodę.

W dobie piłkarskich hipsterów i modzie na wszystko, co w futbolu dziwne lub egzotyczne, finał z 13 maja 1981 roku w obecnych czasach zyskałby rangę kultowego. Oto do Dusseldorfu w Republice Federalnej Niemiec przyjechały dwie drużyny, które przebojem wdarły się na salony. Jednak w latach osiemdziesiątych nikogo nie obchodził pojedynek jakiś dwóch średnich europejskich klubów z odległych i zacofanych krajów socjalistycznych. Piłkarscy zapaleńcy nie wiedzieli wiele o zdobywcy pucharu ZSRR czy ich odpowiedniuku z NRD. Kibice nie mieli do dyspozycji narzędzi za pomocą, których mogliby poznać ówczesne gwiazdy zza żelaznej kurtyny. W efekcie na mogącym pomieścić prawie 60 tysięcy osób Reihenstadionie zjawiło się zaledwie około 4.5 tysiąca kibiców. Większość z nich stanowili oficjele i członkowie partii komunistycznych z obu krajów. Zwykli kibice oczywiście nie mogli uzyskać zgody na wyjazd do zachodniej strefy wpływów. Prestiżowi finału nie pomogły też doniesienia płynące wówczas z Rzymu. Bowiem w dzień rozgrywania spotkania świat obiegła informacja o zamachu na Jana Pawła II. Tym samym mecz nie miał szans zaistnieć w żadnych serwisach informacyjnych nawet w postaci wzmianki i stał się zaledwie cieniem dla tragicznych wydarzeń. Po jakimś czasie okazało się również, że zamach to nie jedyne makabryczne zdarzenie odciskające po latach piętno na finale. Sam poziom meczu odpowiadał mniej więcej poziomowi zainteresowania tym finałem. Dziennikarze nie mogli zachwycać się popisami ani jednej, ani drugiej drużyny jak robili to po meczach z West Hamem czy Valencią. Spotkanie toczyło się w wolnym tempie, a pierwsza bramka padła dopiero w 63 minucie. Prowadzenie objęli Niemcy, by już zaledwie 4 minuty później znów remisować. Ostatecznie po bramce Witalija Daraselia, Dinamo wygrało 2:1 i tym samym zdobyło jedyne w swojej historii trofeum na arenie międzynarodowej. Strzelca zwycięskiego gola nagrodzono wyborem na najlepszego piłkarza meczu. Mający wówczas 25 lat Daraselia był wychowankiem klubu, gwiazdą u szczytu formy i dobrze zapowiadającym się reprezentantem ZSRR. Niestety w tym miejscu pora na wzmiankę o kolejnej tragedii związanej z tym meczem. Bowiem rok po wygranym finale Witalij Daraselia zginął w wypadku samochodowym w jednym z pasm górskich w Gruzji. Witalij stracił panowanie nad samochodem na jednej z wąskich dróg, auto wraz z nim i pasażerem stoczyło się w dół wąwozu. Piłkarz został odnaleziony martwy dopiero po sześciu dniach od zdarzenia. Finał Pucharu Zdobywców z 1981 roku może nie był największym widowiskiem, jakie widział piłkarski świat, ale na pewno w sercach kibiców z Tibilisi oraz z Jeny zajmuje szczególne miejsce. Co natomiast stało się z bohaterami tamtych wydarzeń? Cóż, oba kluby zostały naznaczone upadkiem komunizmu. I tak drużyna Dinama po rozpadzie Związku Radzieckiego pozostała de facto jedynym profesjonalnym klubem w Gruzji. Przebijała poziomem gry i zorganizowania inne drużyny, które w latach 90. były raczej amatorskie. W efekcie Dinamo zdominowało krajowe rozgrywki na ponad 10 lat. Jednak na spotkania do stolicy nie przyjeżdżały już co tydzień drużyny pokroju Spartaka, CSKA, czy Zenita, drużynie przyszło się mierzyć z amatorami, co znacząco odbiło się na frekwencji na trybunach. Stadion pustoszał i o osiemdziesięciotysięcznej publice można było tylko pomarzyć. Rozpad ZSRR nie pomógł również pod względem finansowym. Klub bez wsparcia wojska, partii i wszelkich zasobów płynących bezpośrednio z administracji państwowej nie był w stanie utrzymać poziomu. O bojach w Europie również można było zapomnieć, a cała gruzińska piłka nigdy nie wróciła do poziomu sprzed uzyskania przez ten kraj niepodległości. W Jenie również nie było kolorowo. Co prawda zakłady Carl Zeiss do teraz pozostają głównym udziałowcem klubu, jednak firma nie potrafiła spełnić zachodnich wymagań finansowych. Po połączeniu RFN oraz NRD drużyna nie mogła równać się pod względem finansów ani zainteresowania, zachodnioniemieckim klubom. Klub z Jeny stopniowo podupadał i na stałe zadomowił się w trzeciej Bundeslidze. Nic nie wróży, aby miał on powrócić na arenę europejską. Socjalistyczne hasła zdobiące wiele miast Europy odeszły w zapomnienie, a wraz z nimi marzenia wielu klubów będących nierozerwalną częścią tego ustroju.

Dinamo Tbilisi vs Carl Zeiss Jena 2:1 ; Gole: Hoppe 63′ (Car Zeiss), Gutsaev 67′ (Dinamo), Daraselia 86′ (Dinamo).

Dinamo Tbilisi: Gabella – Khizanishvili – Kostava, Chivadze, Tavadze – Sulakvelidze, Daraselia, Svanadze (Kakilashvili, 67’) – Kipiani – Shengelia, Gutsaev

Carl Zeiss Jena: Grapenthin – Snuphase – Brauer, Kurbjuweit, Schilling – Hoppe (Oevermann, 88’), Krause, Lindemann – Bielau (Töpfer, 76’), Raab, Vogel

5

3

@Astad No właśnie! Yaya Toure był wówczas w znakomitej dyspozycji a tu taki wynalazek Guardioli! Na początku byłem zły na Pepa że tak lekką ręką rezygnyje z Toure. Jednak i tak najmocniej byłem na niego zły za pozbycie się Samuela Eto'o, którego zastąpił Zlatanem Ibrahimoviciem. Ot(!)zamienił stryjek siekierke na kijek...!

10

Duma Katalonii w Copa del Rey:

13 maja 2009 FC Barcelona pokonała na Estadio Mestalla Athletic Bilbao 4:1 i sięgnęła po raz 23 w historii po Puchar Hiszpanii. Myślę że większość z was pamięta to wydarzenie? Przypomnę tylko strzelców goli: Yaya Toure(32 minuta), Messi(55 minuta), Krkič(57 minuta) oraz Xavi(64 minuta). Dobrze pamiętam ten finał bo nagrywałem go na płyte dvd a mecz jeśli się nie myle transmitowała telewizyjna jedynka.

A jeśli ktoś nie pamięta to proszę uprzejmie:



@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

Premierowe ,,El Clasico” na własnym stadionie:

13 maja 1905 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z Realem Madrid(ówcześnie jeszcze FC Madrid) na własnym stadionie ,,Camp del Carrer Muntaner”. To był mecz towarzyski, który FC Barcelona wygrała 5:2, po dwóch golach Charlesa Walleca i Angela Ponza oraz jednym legendarnego Romy Fornsa.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@Adran360

9

Absolutna premiera El Clasico:

13 maja 1902 r. doszło do pierwszego w historii El Clasico(choć wówczas jeszcze tak tego nie nazywano). Pojedynek miał miejsce w Madrycie w półfinale turnieju o nazwie Copa de la Coronacion(de facto Puchar Króla), zorganizowanego z okazji koronacji króla Alfonsa XIII. Mecz rozpoczął się o godzinie 11.00 na Hipodromie przy La Castelannie, gdzie obecnie zlokalizowane jest Estadio Santiago Bernabeu. Bynajmniej, nie było to idealne miejsce do rozgrywania meczu. Boisko było bardzo długie i szerokie. Nic w tym dziwnego, bowiem odbywały się na nim wyścigi konne. Było to kolejne utrudnienie. Końskie łajno wykorzystywano do nawożenia murawy, co powodowało ryzyko wdania się w ranę zakażenia skutkującego tężcem. FC Barcelona pokonała ,,Los Blancos”(ówcześnie FC Madrid) 3:1 po dwóch golach Udo Steinberga i jednym Joana Gampera. Jednak pierwsi na prowadzenie wyszli ,,Los Blancos” po golu Irlandczyka Arthura Johnsona. Kibice wspierali zawodników obydwu drużyn, poza obcokrajowcami grającymi dla Barçy(było ich aż sześciu), których przywitały gwizdy. Przypomnijmy zatem historyczny skład Barçy z tego epokowego wydarzenia: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Mayer, Valdes, Parsons, Morris, Albeniz, Steinberg oraz Gamper. Dwa dni później Duma Katalonii spotkała się w finale z Club Vizcaya(późniejszy Athletich Bilbao). Mecz miał odbyć się rano ale przeciwnicy narzekali że w ciągu kilku dni grali już trzykrotnie i chcą odpocząć. Prawdziwym powodem protestu było oczekiwanie na obrońcę Careagę, który zdążył na popołudniowy termin pojedynku. O 22:25 Hans Gamper wysłał telegram do Barcelony: ,,Vizcaya- klub złożony z najlepszych zawodników z Bilbao wygrał 2:1. Mecz wyrównany. Publiczność zadowolona. Wracamy w sobotę po południu”. W finałowym składzie Blaugrany zagrało trzech szkockich braci Morris(John, Samuel i Henry). Inną ciekawostką jest fakt, że FC Madrid chciał aby FC Barcelona zagrała z nimi jeszcze raz o drugie miejsce, lecz Barça miała już zaplanowaną podróż powrotną. W wymyślonym międzyczasie ,,Copa Gran Peña” zagrali więc przegrani z półfinałów: FC Madrid i Club Español. Cały turniej uważany jest za prekursora Pucharu Hiszpanii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

7

@FCBparasiempre
Włoski futbol kojarzy nam się z obroną. Utarte slogany o cattenacio co chwilę padają z ust komentatorów, gdy mówią o drużynach z Italii. Chociaż w dzisiejszych czasach te banały mają coraz mniej wspólnego z prawdą, to nie da się ukryć, że to właśnie kluby z półwyspu Apenińskiego zrewolucjonizowały ten element gry. Był jednak we Włoszech trener, który w czasach hossy cattenacio kompletnie nie poddawał się trendom, a stawianie zasiek w obronie uważał wręcz za zbrodnię przeciwko futbolowi. Nigdy nie wywalczył wielkich trofeów, ale w sercach i pamięci kibiców pozostał na zawsze. Posłuchajcie historii Zdenka Zemana. Zeman urodził się 12 maja 1947 roku. Nigdy nie grał profesjonalnie w piłkę, wolał uprawiać siatkówkę i szczypiorniaka. Latem 1968 roku pojechał na wakacje, do swojego wuja mieszkającego na Sycylii. Ta podróż odmieniła życie młodego Zdenka. W czasie jego nieobecności wojska Układu Warszawskiego najechały Czechosłowację. Operacja „Dunaj” zakończyła „Praską wiosnę”. Komuniści za pomocą czołgów przywrócili socjalistyczny ład w ojczyźnie Zemana. Ten postanowił pozostać we Włoszech na stałe. Wiele osób śmieje się, że to jedyna rozsądna decyzja, jaką przyszły trener podjął w swoim życiu. Wujek Zemana, Cestmir Vycpalek, w przeciwieństwie do Zdenka posmakował zawodowego futbolu. Grał m.in. dla Juventusu, Parmy i Palermo. Gdy zawiesił buty na kołku, postanowił zająć się trenowaniem. Zaczynał od niższych lig włoskich. Po jakimś czasie trafił do „Starej Damy”. Najpierw zajął się prowadzeniem drużyn juniorskich, potem objął pierwszy zespół i doprowadził Juventus do dwóch mistrzostw Włoch. W tym czasie jego siostrzeniec zajął się zdobywaniem wykształcenia. Zrobił fakultet z medycyny sportowej. Następnie postanowił pójść w ślady wuja i zająć się trenowaniem. Ukończył renomowaną szkołę Coverciano w podobnym czasie co Arigo Sacchi. Wkrótce potem obaj odcisnęli swoje piętno na włoskim futbolu. Pierwsze kroki w trenerskim światku Zeman stawiał w Palermo. Trenował tam drużyny do lat 12. Przełom stanowiło otrzymanie posady w czwartoligowej Licacie. Wkrótce awansował z tym zespołem do Serie C. Co ciekawe uczynił to, mając w składzie prawie samych juniorów. Stawianie na młodzież stało się po jakimś czasie jego znakiem rozpoznawczym. Drugim był ultra ofensywny futbol prezentowany przez jego zespoły. Z Licaty trafił do Foggi. To właśnie dzięki pracy w tym klubie miała o nim usłyszeć cała Italia. Do ekipy z Apulii zaliczył dwa podejścia. Najpierw po roku pracy opuścił „Satanellich” i przeniósł się do Parmy, by zastąpić tam Sacchiego, który rozpoczynał właśnie swój chlubny rozdział w Mediolanie. Ten epizod okazał się dla Zemana kompletnym niewypałem. Zwolniono go po siedmiu meczach. Przygarnęła go za to Messina. Pod jego skrzydłami „Toto” Schillaci ustrzelił w sezonie ligowym 23 bramki, dzięki czemu zainteresował się nim Juventus. Można powiedzieć, że król strzelców Mundialu w 1990 roku był pierwszym z całej plejady gwiazd, które wyszły spod ręki „Il Boemo”. W 1989 roku Zeman zatoczył koło i powrócił do Foggii.

To, co odróżniało Zemana od innych menadżerów, to brak lęku przed zwolnieniem. Czech twierdził, że obawa przed utratą stanowiska hamuje trenerów przed stosowaniem ofensywnej taktyki, przez co ich zespoły boją się grać w piłkę. Nasz bohater gardził takim podejściem. Piękna gra jego drużyny była celem nadrzędnym. Na szczęście we Foggii trafił na wyrozumiałego szefa. Pasquale Casillo, właściciel „Satanellich”, mocno wierzył w umiejętności i filozofię Zemana. Pomimo trudnych początków, nie ugiął się pod presją kibiców i nie zwolnił „Il Boemo” po serii słabszych wyników. Ta wiara zaowocowała. Zeman w dwa lata awansował z Foggią z Serie C do Serie A. Trener cały czas był wierny swojej filozofii futbolu. Uwielbiał taktykę 4-3-3. Z przodu biegało trzech środkowych napastników, pomocnicy często podłączali się do fazy ataku, a boczni obrońcy grali w stylu, jaki znamy z dzisiejszych boisk, czyli praktycznie jak skrzydłowi. W akcjach ofensywnych potrafiło uczestniczyć ośmiu piłkarzy. Jak na Czecha przystało, inspiracje czerpał między innymi z hokeja na lodzie. Jeśli wam się zdaje, że to Manu Neuer zaczął pierwszy grać jako bramkarz-libero, to musicie zobaczyć, jak w systemie Zemana funkcjonował jego ulubieniec – Francesco Mancini. W sezonie 1990/91 Foggia strzeliła 67 goli. Drugie w tej klasyfikacji Udinese zdobyło ich 53. Ultra ofensywny styl Zemana nie zawsze popłacał. Angażowanie takiej liczby piłkarzy do atakowania bramki rywala sprawiało, że przed własnym polem karnym często zostawało jedynie dwóch stoperów. Szczególnie w Serie A drużyna często musiała płacić frycowe za takie ustawienie. Tak było w ostatniej kolejce sezonu 1991/92. Po pierwszej połowie Foggia prowadziła z AC Milanem 2:1. Większość menadżerów w takiej sytuacji skupiłaby się na obronie wyniku. Jednak nie Zeman. On nakazał swoim graczom dążyć do strzelenia kolejnych goli. W rezultacie Milan wygrał ten mecz…2:8. By przygotować piłkarzy do gry o takiej intensywności, jego treningi charakteryzowały się dużymi obciążeniami fizycznymi i długim czasem trwania. Bieganie po górach było stałym elementem harmonogramu zajęć. Sam szkoleniowiec nie dbał przesadnie o zdrowie. Papierosy palił taśmowo, a na treningach klął jak szewc. Zresztą odpalona cygaretka była jednym ze znaków charakterystycznych Czecha. W pierwszym sezonie na najwyższym poziomie rozgrywkowym „Satanelli” zajęli dziewiąte miejsce. Więcej bramek od nich strzelił tylko Milan, więcej straciło tylko zdegradowane Ascoli… To mówi wszystko o bezkompromisowym podejściu Zemana do calcio. Futbol miał dawać radość kibicom, a nie być partią szachów. „Ludzie mówią, że powinienem zmienić taktykę. Nie zgadzam się z tym. Chcę, żeby mój zespół zabawiał fanów i zbliżył ich do zespołu. Mam nadzieję przekonać sceptyków, że pracujemy dobrze.” Foggia była rewelacją sezonu 1991/92. Nic dziwnego, że ofensywni piłkarze tego klubu stali się celami transferowymi dla bogatszych zespołów. Zeman stracił latem całą linię ataku. Signori odszedł do Lazio, Rambaudi do Atalanty, a Francesco Baiano do Fiorentiny. Z klubem pożegnał się także Igor Szalimow, który wybrał grę dla Interu. „Il Boemo” musiał odbudować cały ofensywny potencjał drużyny z Apulii. Podołał zadaniu i znalazł godnych zastępców (m.in. Bryan Roy). W następnym sezonie Foggia uplasowała się na jedenastej pozycji. Dwa lata później znów zajęła dziewiąte miejsce w lidze. Nikt już nie miał wątpliwości. Największą wartością zespołu był jego trener, który potrafił utrzymać formę zespołu niezależnie od składu i rewolucji kadrowych. Czech miał wyjątkową rękę do młodych graczy. Wypromował wielu przyszłych reprezentantów Italii. Wielu ekspertów uważa, że radził sobie lepiej z młodzieżą niż ze starszymi zawodnikami, ponieważ ukształtowani i doświadczeni gracze nie godzili się na uczestniczenie w jego szaleństwach. Od zwariowanej taktyki, po żelazny reżim treningowy. Styl prowadzenia zespołu przez Zemana często był określany jako autorytarny.

W 1994 roku otrzymał w końcu szansę w poważnym klubie. Podpisał kontrakt ze stołecznym Lazio. Signori, Boksić, Chamot, Fuser, Winter, Casiraghi. To tylko niektórzy z graczy, jacy wówczas reprezentowali rzymian. Dostał do ręki silne karty. Ze swojej ojczyzny przywiózł Pavela Nedveda. Zakontraktował go przed Euro ’96. Po tamtym turnieju wszyscy wiedzieli, że Zeman znów wynalazł perełkę. Nedved w jednym z wywiadów przyznał, że to właśnie rodakowi zawdzięcza wszystko. Na głęboką wodę rzucił młodziutkiego Alessandro Nestę, który hartował się w jego szalonym systemie gry, tak trudnym dla obrońców. „Każdy młody piłkarz, powinien mieć nadzieję, że będzie trenowany przez Zemana”- To właśnie słowa legendarnego włoskiego defensora, pod którymi podpisał się również Francesco Totti. Włodarze Lazio nie byli jednak tak wyrozumiali, jak Casillo we Foggii. Wynajdowanie młodych talentów i efektowna gra to było dla nich za mało. Chociaż wygrał 5-1 z Padovą i Napoli, zwyciężył 7-1 ze „swoją” Foggią, pokonał u siebie 4-0 Milan, upokorzył Fiorentinę 8-2, w dwumeczu z Interem wygrał 6-1, a Juve w Turynie odprawił 3-0. To nie wystarczyło, żeby sięgnąć po mistrzostwo. Zbyt często gubił punkty z ekipami z dołu tabeli. W Lazio pragnęli trofeów, a tych Zeman nie potrafił im dać. Po trzech sezonach mieli już dość. Ku niezadowoleniu fanów pożegnali czeskiego szkoleniowca. „Il Boemo” nie opuścił jednak Rzymu. Zmienił tylko barwy na żółto-czerwone. „Zeman jest trenerem i osobą, która wniosła znaczący wkład w mój rozwój zawodowy i osobisty.”- Taką laurkę wystawił Czechowi wspomniany wcześniej Totti. Gwiazda „Króla Rzymu” rozbłysła mocniej, gdy pieczę nad nim sprawował właśnie Zeman. To on po raz pierwszy wręczył mu kapitańską opaskę. Wiele lat później, Czech zapytany o pięciu najlepszych włoskich piłkarzy, odpowiedział: „TOTTI, TOTTI, TOTTI, TOTTI I TOTTI.” W AS Romie skończyło się jednak tak samo, jak u sąsiadów zza miedzy. Wyniki były dobre, ale brakowało konkretów. Został zwolniony. Po nim przyszedł Capello i w rok zdobył scudetto… Dodatkowo wywołał skandal. W wywiadzie dla L’espresso zarzucił piłkarzom Juventusu stosowanie dopingu. Powiedział także, że drużyna z Turynu jest jedyną, której nigdy nie poprowadzi. Po tej wypowiedzi stał się w kręgach futbolowego establishmentu persona non grata. Niektórzy twierdzą, że zamknął nią sobie drogę do poważnego futbolu. Postarał się o to Luciano Moggi, ówczesny dyrektor generalny Juve, który sam odszedł z piłki w niesławie po wybuchu afery Calciopoli. Czas pokazał, że Zeman niewiele się pomylił, chociaż zrobiono z niego wariata.

W 1998 roku odrzucił podobno ofertę przejścia do FC Barcelony. Katalońskie DNA plus filozofia Zemana… Pomyślcie, cóż za mieszanka wybuchowa mogła z tego powstać. Możemy tylko bardzo żałować, że nigdy niedane nam było się o tym przekonać. „System powiedział, że mnie nie chce i moja kariera potoczyła się w innym kierunku. Mogłem trenować milan, inter albo real.” Naprawdę mógł to robić, gdyby chociaż raz nie chciał płynąć pod prąd i wybrał milczenie. W 1999 roku po raz pierwszy opuścił Italię. Jednakże ani przygoda w Fenerbache, ani wiele lat później w Crvenej Zveździe nie zakończyła się sukcesem i Zeman szybko wracał do Włoch. Tam czuł się najlepiej, wszak sam twierdził, że czuje się bardziej Sycylijczykiem, niż Czechem. Na półwyspie Apenińskim był jednak banitą. Zepchnięto go na margines. Tułał się po klubach z niższych lig i rozmieniał swój trenerski kunszt na drobne. W 2010 roku rękę wyciągnął do niego ponownie Pasquale Casilla, który chciał odbudować Foggię. Sam wracał do klubu po okresie, w którym zmagał się z problemami z prawem. Wierzył, że receptą na sukces, będzie odtworzenie struktur sprzed dwudziestu lat. Nie udało się awansować do Serie B, ale Foggia zdobyła najwięcej bramek w lidze. O Czechu i jego zwariowanym futbolu znów zrobiło się głośno. To pozwoliło Zemanowi na podjęcie pracy w Pescarze. Awansował z tym klubem do Serie A. Drużyna strzeliła ponad 90 bramek w sezonie, śrubując rekord ligi, a Zeman wypromował kolejne gwiazdy włoskiej piłki: Verattiego, Insigne czy Immobile. Dzięki temu otrzymał drugą szansę w Romie. W „Wiecznym mieście” znów mu nie wyszło. Piłkarze nie uwierzyli, że może ich poprowadzić do sukcesów. Skończyło się konfliktem z Daniele De Rossim i utratą posady. Kolejne lata to było już tylko odcinanie kuponów. Od marca 2018 roku Zeman pozostaje bez pracy. Czy wróci jeszcze na trenerską ławę? Ma już ponad 70 lat więc może być ciężko znaleźć klub, który powierzy mu stery. Czeski trener dorobił się we Włoszech rzeszy swoich fanów, którzy są nazywani „Zemanini”. Praktycznie w każdym włoskim mieście (może poza Turynem) „Il Boemo” darzony jest wielkim szacunkiem. Pomimo braku sukcesów z sentymentem wspominają go tiffosi obydwóch rzymskich klubów. Był entuzjastycznie witany nawet przez fanów z Mediolanu, chociaż nigdy tam nie pracował. Kibice kochali jego bezkompromisowy styl i dążenie do zdobywania bramek w każdej sytuacji, nawet przy wysokim prowadzeniu. Jego drużyny zapewniały widowisko. Bo dobra gra zawsze wyprzedzała w hierarchii Zemana wyniki. ,,Nasze pułapki ofsajdowe były ustawione praktycznie na środku boiska. To było samobójstwo! Zemana to nie obchodziło. On chciał, żebyśmy tak grali w meczach ligowych. prosiliśmy go nawet kiedyś, by przyłożył większą uwagę do zadań defensywnych, ale nie chciał o tym słyszeć!”- tak pracę z Zemanem wspominał Cafu. Giuseppe Signori twierdził zaś, że jedynymi rzeczami, których nie toleruje Zeman, są podania do tyłu i kradnięcie czasu w narożniku boiska. Sam bohater powiedział kiedyś, że woli przegrać 5:4 niż bezbramkowo zremisować. Innym razem mówił: „Jeśli strzelisz 90 goli, to nie ważne ile stracisz”

Przeciwnicy śmiali się z naiwności i takiego myślenia ”Il Boemo” oraz jego radosnego futbolu. Szydzili z braku pragmatyzmu i romantycznej wizji gry. Gdy Czech skrytykował Inter Mourinho za kunktatorstwo i wyrachowaną grę, „The Special One” spytał tylko: „Kim on jest? gdzie on gra? muszę się dowiedzieć, co wygrał. Teraz jestem na wczasach, ale jak będę miał chwilę to sprawdzę w google”. Jeden z najbardziej znanych utworów Stinga opowiada o „Angliku w Nowym Jorku”. W 1999 roku włoski piosenkarz Antonello Venditti, prywatnie fan Romy, nagrał piosenkę o pewnym Czechu we Włoszech. Kończy się ona słowami: ,,Ponieważ nigdy się nie zmienisz”. Nigdy się nie zmienił. Pozostał na zawsze wierny swoim piłkarskim ideałom i dążeniu do atrakcyjnej dla oka gry.

3

@Kapitan hawk Jasna cholera to Xavi tak się zestarzał?

8

Zawstydzający remis reprezentacji Polski:

12 maja(1971) przypada rocznica meczu z Albanią w kwalifikacjach Euro’72. Po udanym debiucie ze Szwajcarami, trener Kazimierz Górski szybko wziął wraz z drużyną zimny prysznic. Albańczycy nie dali się ograć w Tiranie, choć suma umiejętności indywidualnych była nieporównywalna, oczywiście na korzyść biało-czerwonych. Nie był to dobry prognostyk przed kolejnymi spotkania w eliminacjach mistrzostw Europy, w których reprezentacja Polski pod wodzą nowego selekcjonera dopiero powstawała… ,,Na usprawiedliwienie remisu, który był w gruncie rzeczy porażką mógłbym przytoczyć sporo przekonywających argumentów. Nie mogły jednak zmienić wyniku, który wywołał fatalny rezonans w opinii publicznej” – wspominał po latach Kazimierz Górski w książce „Piłka jest okrągła”. ,,O godzinie trzeciej po południu, kiedy zaczynaliśmy mecz, temperatura przekraczała 30 stopni. Było potwornie gorąco i duszno a do tego wysokie położenie miasta sprawiało, że zawodnicy zatykali się po kilkunastu minutach gry – kontynuował trener Górski. – Już w 5. minucie zdobyliśmy prowadzenie, po czym powtórzyła się stara śpiewka – lekceważenie przeciwnika, bezproduktywne zagrania, nonszalancka zabawa w kotka i myszkę. Kiedy gospodarze wyrównali, nasi ruszyli do szturmu i zdobyli nawet prowadzenie, lecz sędzia bramki nie uznał…”

Albania – Polska 1:1 ; Gole: Zhega 32 – Banaś 5.

POLSKA: Grotyński – Wraży, Winkler, J. Wyrobek, Anczok – Szołtysik, Deyna (69. Ćmikiewicz), Banaś, B. Blaut, Lubański, Gadocha (45. Kozerski).

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360

1

@Astad Aaaa no rzeczywiście. Moją pierwszą koszulką była kupiona na rynku podrubka Barcy ale bez nazwiska i bez numeru, akurat właśnie taką chciałem, gdyż dla mnie klub jest ponad wszystkimi piłkarzami....!

2

@Astad Dokładnie! Tak właśnie było!

0

@Astad Co to znaczy?

5

@Stinger_ Już ponad 20 lat temu moim marzeniem było dopaść ich w tytułach majstra, za to że ukradli nam Di Stefano. Mam nadzieje że jeszcze za mojego życia to się uda a młodziutki już nie jestem...

2

@Damian11 Zapomniałeś dodać że w meczach oficjalnych, gdyż we wszystkich klasykach prowadzimy 129 do 111 przy 64 remisach.

8

Ikony polskiego futbolu:

12 maja 1929 r. urodził się Leszek Jezierski, piłkarz, reprezentant Polski a przede wszystkim ceniony trener. Karierę sportową rozpoczął w KS Lublinianka. Podczas odbywania służby wojskowej reprezentował Legię Warszawa, w barwach której w 6 meczach zdobył jednego gola. W 1953 r. przeniósł się do Łódzkiego Klubu Sportowego, z którym zdobył puchar i mistrzostwo Polski (w sumie do 1961 r. rozegrał 160 spotkań). W reprezentacji Polski zadebiutował 8 sierpnia 1954 r. w meczu z Bułgarią (w drużynie biało-czerwonych wystąpił 6 razy). Grał jeszcze w Starcie i Włókniarzu Łódź oraz w Stomilu Poznań. W karierze trenerskiej jego pierwszym sukcesem było zdobycie w 1966 r. mistrzostwa Polski juniorów z zespołem MKS Hala Sportowa. Kierując drużynami w naszym mieście, doprowadził łódzką piłkę nożną do bardzo silnej pozycji krajowej. W 1975 r. awansował z Widzewem Łódź do Ekstraklasy. Kolejnym krokiem w karierze trenerskiej był ŁKS, który prowadził w latach 1976–78, 1981–84, 1987–1990 i w sezonie 1995/96. Jego największymi osiągnięciami jako trenera było jednak zdobycie mistrzostwa Polski w 1979 r. z Ruchem Chorzów oraz wicemistrzostwa kraju w sezonie 1986/87 z Pogonią Szczecin. Prowadził też m.in. Lecha Poznań i Zawiszę Bydgoszcz. Trzykrotnie wybierano go na trenera roku w plebiscycie „Piłki Nożnej", działał także w radzie trenerskiej PZPN. Przydomek „Napoleon” nieprzypadkowo określał jego charakter i twarde trenerskie zasady, na temat których krąży wiele opowieści i anegdot, a sam Leszek Jezierski stał się piłkarska legendą. Ostatnie lata życia spędził w swoim domu w Sokolnikach. Zmarł 12 stycznia 2008 r. i został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Doły.

@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

Bayern Monachium po raz trzeci z rzędu:

12 maja 1976 r. Bayern Monachium pokonuje AS St. Etienne 1:0 w finale Pucharu Mistrzów. Bayern po raz trzeci znalazł się w finale z najcenniejszy z pucharów i czekała go konfrontacja na ,,Hampden Park” w Glasgow z AS St. Etienne. Francuzi wyeliminowali po drodze Glasgow Rangers, Dynamo Kijów oraz PSV Eindhoven. Niemal wszyscy zawodnicy St. Etienne występowali w ówczesnej reprezentacji Francji a do najlepszych zaliczano bramkarza Curkoviča, obrońcę Janviona, pomocników Larque'a, braci Revellich a także napastników Rocheteau i Sarramagne. Bayern zaprezentował wypróbowany w wielu bojach skład, z którego tylko Dwóch zawodników wcześniej nie wystąpiło w finale pucharu Mistrzów a mianowicie obrońca Horsmann i Karl Heinz Rummnigge. Trener Cramer kolejny raz postawił na defensywę i Bayern starał się ją konsekwentnie realizować, choć żwawo poruszający się Francuzi bliscy byli uzyskania prowadzenia. Bathenay trafił w poprzeczkę a Santini w słupek. W 57 minucie Gerd Müller został sfaulowany przed polem karnym. Piłkę ruszył Beckenbauer a Franz Roth strzelił nad murem do siatki. Ten sam ,,Bulle" z Allegaeu, który 9 lat wcześniej przesądził o triumfie nad Glasgow Rangers w finale PZP, kolejny raz rozstrzygnął o zwycięstwie Bawarczyków. Trener St. Etienne Robert Herbin w ostatnich minutach posłał w bój Rocheteau, który siedział na ławce po kontuzji. Długowłosy skrzydłowy się zamieszanie wśród obrońców Bayernu ale odpowiedź na pytanie dlaczego nie zagrał od początku była prosta. Po kontuzji nie był zdolny do wielkiego wysiłku. Herbin zaś twierdził że o zwycięstwie Bayernu przesądziło szczęście. Franz Beckenbauer także o nim wspomniał: ,, Mieliśmy szczęście ale ono jest konieczne aby zdobyć Puchar Mistrzów". Wielu nie przypadł do gustu trzeci, kolejny triumf Bawarczyków. Angielskie gazety pamiętały jeszcze o porażce Leeds i ,,Daily Mail" nazwał Bayern z grają ,, pasożytów" a ,, The Sun" nawet ,, złodziejami". Ciekawe że prasa Francuska przyjęła porażkę swojego mistrza z honorem. ,, Quotidien de Paris" napisał: ,, byłoby obrazą dla S. Etienne twierdzić że Bayern grał słabo". ,, Aurora": ,, sukces polega także na tym aby w odpowiednim czasie mieć szczęście, na tym polu St. Etienne okazał się gorszy od Bayernu". Był to już ostatni triumf drużyny, którą zaczął kształtować Čajkowski. Słynne trio, wokół którego budowali zespół kolejni trenerzy rozpadło się. Müller musiał poddać się operacji a Beckenbauer z powodu kłopotów w życiu osobistym a także problemów z urzędem skarbowym powędrował do USA, gdzie występował w słynnym Cosmosie Nowy Jork. W kolejnej edycji Bayern odpadł w ćwierćfinale z dynamem Kijów a następny sezon był jednym z najsłabszych w historii występów w Bundeslidze. Piłkarze prowadzeni przez Gyule Loranta wylądowali dopiero na 12 miejscu w tabeli.

@Adran360
@AssisMoreira
@Comentateiro
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Nerwowy rewanż ze szczęśliwym zakończeniem:

Dokładnie 10 lat temu Bayern Monachium pokonał FC Barcelone 3:2 w półfinale Ligi Mistrzów. W rewanżu Bayern mógł doprowadzić do dogrywki ale akurat eksplodował Neymar, który na Allianz rozegrał być może swój najlepszy mecz w barwach Blaugrany. Gdyby nie jego popisy i 2 gole po podaniach Luisa Suareza, Bayern miałby szanse odrobić straty z Camp Nou. Stworzył sobie bowiem mnóstwo sytuacji, z których wykorzystał zaledwie trzy a to dzięki wspaniałej postawie ter Stegena. Po zakończeniu meczu w Monachium kamery uchwyciły moment, w którym roześmiani Messi i Luis Enrique padli sobie w objęcia i czule się wyściskali. Była to bardzo ważna chwila, gdyż od czasu wydarzeń styczniowych po przegranym meczu z Realem Sociedad, przez 3 miesiące trener i jego lider nie odzywali się do siebie w ogóle. Pokój został zawarty dopiero po pokonaniu potwora z Monachium. ,,Po wyeliminowaniu Bayernu wiedzieliśmy że najtrudniejsze już za nami a teraz pozostała nam radość z gry w finale”- wspominał Dani Alves.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

8

Barça sięga po drugi Puchar Zdobywców Pucharów:

12 maja 1982 r. FC Barcelona pokonała w finale Standard Liege 2:1 i sięgnęła po raz drugi w historii po Puchar Zdobywców Pucharów. Rywale objeli prowadzenie w 8 minucie dzięki bramce Vandersmissena ale tuż przed przerwą wyrównał Alan Simonsen. Natomiast w 63 minucie zwycięskiego gola strzelił Quini. Trener Barçy Udo Lattek stwierdził iż teraz ,,czuje się spełniony”. Niemiecki szkoleniowiec wstawił do składu Migueliego, który w tamtej edycji pucharów wystąpił przez zaledwie 9 minut: ,,Sporo zaryzykowałem bo od dawna nie grał. Dlaczego na niego postawiłem? Pomyślałem że to idealny piłkarz na to starcie i sprawdziło się to w stu procentach”. Usunięty z boiska pod koniec meczu Meeuws miał inne zdanie na temat ,,Tarzana”: ,,Carrasco atakował co chwile dwoma wyprostowanymi nogami i sędzia nie reagował. Natomiast o Miguelim można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest piłkarzem”. Holender Tahamata grający dla Standardu, pomimo porażki zdobył się na żart o Manolo, który krył go przez całe spotkanie: ,,Jestem pewien że wszedłby za mną nawet do łazienki”.

Wspomnień czar:



@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Szanowni i kochani cules, przed nami Grande Espectacolo El Clasico(!) po raz 304 w historii i po raz 190 w Primera Division. Bilans z ,,prześcieradłami” w La Liga mamy nieco niekorzystny, gdyż przegraliśmy 79 takich Klasyków, wygrywając 75. Jedynie bilans bramkowy mamy na plus(305 do 304). Czas najwyższy zacząć zmieniać ten niekorzystny bilans w Primera Division, zwłaszcza że gramy ,,u siebie”.

Vamos a ganar! i Visca el Barça! Parasiempre!

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

7

,,Copa” w rytmie samby:

11 maja 1919 r. Brazylia rozgromiła Chile 6:0(3:0) w meczu otwarcia trzeciej edycji Copa America. Pierwotnie turniej miał się odbyć rok wcześniej, jednakże epidemia grypy poraziła Rio de Janeiro, zmuszając organizatorów do przesunięcia terminu o kilka miesięcy. Cała Brazylia szczyciła się pięknym stadionem- Estadio das Laranjeiras, należącym do arystokratycznego klubu Fluminense, i na którym rozegrano wszystkie mecze turnieju. ,,Canarinhos” zmontowali naprawdę silną ekipe. Genialny Arthur Friedenreich miał godnego partnera w ataku Manoela Neco, trzy lata młodszego od wielkiego ,,Frieda”. Odważny, przebojowy drybler w tej edycji Copa America zdobył 4 gole i wraz z Friedenreichem został ,,goleadorem” turnieju. Zespół Chile ponownie stanowił zaledwie tło, chociaż wszyscy wpatrywali się w lewego obrońcę Gatica. Zademonstrował on bowiem po raz pierwszy akrobatyczną ewolucję. Będąc w powietrzu, tyłem do atakujących przeciwników, przerzucił piłke nad sobą, wykonując nogami ruch kojarzący się z widokiem krzyżujących się nożyc. Oddając sprawiedliwość krajowi, z którego pochodził wynalazca, poczęto powszechnie nazywać takie zagranie ,,chilena”. Z kolei Argentyna w niewiele zmienionym składzie była tym razem słabsza, chociaż Urugwajowi uległa(2:3) po wyrównanej walce. Obrońcy tytułu(Urugwaj) pokazali znane już walory najwyższej klasy. Do składu wrócił po kontuzji Isabelino Gradin, który w meczu z Argentyną popisał się atomowym strzałem oddanym w pełnym biegu z ponad 30 metrów. Obie świetne drużyny(Brazylia i Urugwaj) zmierzyły się dwukrotnie, gdyż po pierwszym remisowym meczu zebrały po 5 punktów. Po raz pierwszy w historii Copa America zarządzono zatem(3 dni później) mecz dodatkowy. W ogniu żywiołowego dopingu brytyjskie wzorce przegrały sromotnie z typowo brazylijskim temperamentem. Sam mecz był niezwykle dramatyczny i wyrównany. Saporiti, Foglino, Hector Scarone, Gradin i Romano dosłownie wychodzili ze skóry, lecz gospodarze uskrzydleni szaloną wrzawą nie ustępowali pola. Gol niezawodnego Friedenreicha w 107 minucie dogrywki przesądził wreszcie o pierwszym w dziejach triumfie Brazylii. Zaś but, którym ,,Fried” strzelił złotego gola, w charakterze trofeum czy może raczej swoistej relikwii, długie lata przyozdabiał witrynę jednego z ekskluzywnych pawilonów przy ulicy Ouvidor w Rio de Janeiro.

Z brazylijskim turniejem wiąże się też epizod tragiczny, zarazem dobrze oddający ducha tej rycerskiej, pełnej patosu epoki. Bramki urugwajskiej bronił Roberto Chery zwany ,,Poetą”. Dobry, choć nieco nerwowy, inteligentny chłopak miał wielkie uzdolnienia literackie. Swoje wiersze czytywał na głos przyjaciołom, również tym z boiska, stąd ów przydomek ,,Poeta”. 17 maja 1919,podczas meczu z Chile interweniował tak nieszczęśliwie że uderzył głową o słupek, tracąc momentalnie przytomność. Agonia na łóżku szpitalnym trwała 2 tygodnie. U jego wezgłowia czuwali na przemian koledzy z drużyny i gracze innych zespołów, uczestników turnieju. Zmarł 30 maja 1919, skończywszy zaledwie 23 lata. Dla uczczenia jego pamięci został rozegrany mecz Brazylia(w strojach Peñarol) z Argentyną(w koszulkach Urugwaju). Oba zespoły ufundowały puchar imienia Roberto Chery, który został uroczyście przekazany do honorowych zbiorów Peñarol, zaś w samym Urugwaju powstał klub o nazwie Roberto Chery, biorący w latach 1922-25 udział w rozgrywkach ,,heretycznej” ligi.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Arkon
@Adran360

7

Wybitne legendy urugwajskiego futbolu:

11 maja 1905 r. urodził się urugwajski napastnik Pedro Petrone, Mistrz Świata z 1930 r., 2-krotny Mistrz Olimpijski(1924 i 1928) oraz 2-krotny Zdobywca Copa America(1923 i 1924). W reprezentacji Urugwaju rozegrał 29 spotkań, strzelając 24 gole. Pedro był typem napastnika, który łączył w jedną spoistą całość walory brytyjskie i latynoską szkołę finezji. Zaczynał w klubie FC Charley na pozycji bramkarza co dało mu skoczność i sprężystość oraz wyborne przygotowanie fizyczne. Kiedy jednak w roku następnym zastąpił kogoś w napadzie i z miejsca strzelił 4 gole, stało się jasne co jest jego przeznaczeniem. W 1923 roku trochę przypadkowo towarzyszył kadrze narodowej na tournée po prowincji. W meczu z Colonią wszedł i ,,walną” ot tak sobie 5 goli pod rząd! Trener reprezentacji de Lucca natychmiast włączył go do pierwszego składu i tak 18-letni Petrone zawarł bliższą znajomość z kadrą narodową i współtworzył „Złotą armadę”, która skompletowała wszystkie możliwe na świecie zaszczyty. W 1924 Pedro przeszedł do wielkiego Nacional Montevideo, dla którego zdobył 146 goli w 128 meczach(warto obliczyć tą świetną przeciętną na mecz). W latach 1931-33 występował we włoskiej Fiorentinie gdzie w sezonie 1931/32 został królem strzelców zdobywając 25 goli! Natomiast rzadką ciekawostkę stanowi jego udział(wprawdzie w meczu towarzyskim) w barwach Peñarol w 1929, co wcześniej było wręcz nie do wyobrażenia ze względu na przepaść wrogości dzielącą oba klubowe giganty. Petrone nieco zwalisty, potężnie zbudowany mężczyzna, był prawdziwym postrachem każdej obrony. Do perfekcji opanował sztukę gwałtownego przeboju z reguły kończonego strzałem. Piłkę umiał osłaniać ciałem tak chytrze że przeciwnicy pozostawali bezradni. Na bramkę szedł jak taran na pełnej szybkości aż ziemia dudniła. Walił jak z armaty z 20, 30, a nawet 40 metrów ale nie były to bomby na oślep tylko w światło bramki. Pedro przy pewnych cechach właściwych angielskim „centrom napadu” panował nad piłką niewiele gorzej niż Scarone czy Andrade. Miał bogaty repertuar podań. Po prostu idealnie wykorzystywał wszystkie talenty, jakim tak sowicie obdarzyła go natura. Jego snajperskie wyczyny wzbogaciły potoczny język piłkarski. W Ameryce Południowej, kiedy jakiś obiecujący napastnik oddaje potężny strzał, którego siła dorównuje precyzji, wytrawni smakosze futbolowi mlaskając z uznaniem pomrukują zwięźle „Petroniano”!

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

7

,,La Manita” na ,,Camp de Les Corts”:

11 maja 1952 r. FC Barcelona rozbija Real Valladolid 5:0 w półfinale Copa del Generalísimo po 2 golach Kubali i Vili oraz jednym Cesara Rodrigeuza.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?