1

@Janiama Zgodze się w 100 %!

9

Wybitne legendy polskiego futbolu:

14 marca 1946 r. urodził się Zygmunt Anczok. Zygmunt Anczok uważany jest za najlepszego lewego obrońcę w historii polskiej piłki nożnej. Karierę piłkarską rozpoczął w 1959 roku w Sparcie Lubliniec, w którym występował do 1963 roku. Następnie przeniósł się do Polonii Bytom, z którym odnosił spore sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Ból głowy związany z obsadą lewej obrony był całkowicie obcy selekcjonerowi reprezentacji Polski na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Dysponowali bowiem w swoich szeregach jednym z najlepszych specjalistów od gry na tej flance defensywy na świecie- Zygmuntem Anczokiem. Potwierdzeniem tej pozycji w międzynarodowym futbolu było powołanie zawodnika grającego wówczas w Polonii Bytom do reprezentacji Europy przez Seppa Herbergera na mecz pożegnalny Lwa Jaszyna rozgrywany w Moskwie przy stu tysiącach widzów. Akurat w tamtym starciu zagrał on na prawej stronie obrony. Zyskał jednak bardzo pozytywne recenzje a dodatkowo zdobył na własność piłke, którą rozegrano spotkanie i zebrał na niej autografy swoich kolegów z boiska. A było od kogo zbierać. U jego boku wystąpili między innymi Bobby Charlton, Gerd Müller, Dragan Dżajič, Christo Bonew czy Giacinto Facchetti. On sam zmienił Jeana Djorkaeffa(ojca przyszłego mistrza świata- Youriego) po przerwie. W tym gronie mistrzów i medalistów najważniejszych imprez Anczok nie był postacią anonimową. O jego sile zdołali się już wcześniej przekonać Garrincha, Pele czy Allan Ball. ,,Anczok w szybkim tempie wyrósł nam na obrońcę klasy doprawdy już międzynarodowej. Nazywanie go ,,polskim Facchettim” jest już uzasadnione. Anczok jest na tą chwile najlepszym naszym piłkarzem”- pisali dziennikarze po meczu reprezentacyjnym z Anglią, gdy stanowił mur nie do przebicia dla dumnych synów Albionu. Wielkie wrażenie robiła jego elegancja, szybkość i wytrzymałość ale przede wszystkim dalekie ofensywne wypady, rzadkie jeszcze wtedy u zawodników na jego pozycji. Sam wziął ten styl od Facchettiego, którego podglądał dzięki… nielegalnie oglądanej czechosłowackiej telewizji. Znakomita wydolność pozwalała mu bez szwanku dla drużyny wracać do swojej formacji, gdzie już z wielką pieczołowitością zajmował się przeciwnikiem. Swoimi występami w kadrze przeciwko Brazylii, Argentynie czy Anglii wywołał tak wielkie wrażenie że już jako 20-latek został pierwszym w historii Piłkarzem Roku w plebiscycie katowickiego ,,Sportu”. Ten elegancki, dystyngowany wręcz obrońca był autorem ,,psikusa” zrobionego sędziemu Padureanu na pomeczowym bankiecie. Rumuński arbiter w starciu z Bułgarią wyraźnie forował rywali. Anczok udał że ostrzy nóż i pokazał sędziemu kilka wyzywających gestów. Podobno ten nieomal wybiegł z sali… Duże sukcesy odnosił także ze swoim klubem na arenie międzynarodowej. W 1965 r. z Polonią Bytom zdobył Puchar Rappana. Brał udział w obu spotkaniach finałowego dwumeczu przeciwko Lokomotiwowi Lipsk. Kilka miesięcy później przyczynił się do sukcesu w rozgrywkach Interligi oraz Pucharu Ameryki, czyli prestiżowych turniejach organizowanych w USA dla europejskich zespołów. Po powrocie do kraju kibice z Bytomia nieśli na rękach cały zespół, od dworca aż do stadionu. Na pierwsze(i jedyne) mistrzostwo Polski w karierze musiał jednak poczekać do przenosin w szeregi Górnika Zabrze. Złoto udało mu się zdobyć w sezonie 1971/72. Był to zresztą szczęśliwy dla niego rok. Kilka miesięcy po triumfie w lidze odniósł swój największy sukces reprezentacyjny. Razem z zespołem trenowanym przez Kazimierza Górskiego zdobył mistrzostwo Olimpijskie. Anczok czuwał nad lewą stroną w każdym z 7 meczów tego turnieju. Niewiele później musiał jednak zakończyć poważną karierę. Wielokrotne kontuzje kości śródstopia uniemożliwiły mu wyjazd na Mistrzostwa Świata w RFN. W tym samym czasie zagrał po raz ostatni w Ekstraklasie. Swój bilans zamknął na 232 meczach i czterech medalach(złoto, srebro i dwa razy brąz). Zdobył także Puchar Polski z Górnikiem. Na mistrzostwach świata w RFN zastąpił go Adam Musiał. Zrobił to poprawnie, dał bardzo dużo drużynie. Czy gdyby Anczok był zdrowy i utrzymał miejsce w zespole, to osiągnęlibyśmy więcej? Pewnie nie ale przez to, że nie mógł uczestniczyć w mundialu, wielu kibiców o nim zapomina. Zresztą złoci medaliści z Monachium, którzy później nie zagrali na mistrzostwach świata, nie cieszą się taką popularnością jak ekipa z 1974 r. Zupełnie niesłusznie, bo bez takich graczy jak Anczok, Kraska, Ostafiński, Szołtysik czy Marx nie byłoby sukcesu z 1972 r. a co za tym idzie dużo trudniej byłoby o dobry wynik w RFN.

@AssisMoreira

3

@Pawel13sz No gdyby Laporta nie pożegnał godnie naszego kochanego Leo to bym go znienawidził totalnie! Zresztą nie tylko pewnie i ja bym go znienawidził? Osobiście chciałbym aby Barca z Leo w pożegnalnym meczu zagrała z Newell's Old Boys

2

Legendy futbolu:
14 kwietnia 1955 r. urodził się Daniel Ricardo Bertoni, argentyński napastnik, mistrz świata z 1978, 3-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz zdobywca Pucharu Interkontynentalnego. Bertoni jest wychowankiem Quilmes Atlético Club. To w jego barwach zadebiutował w 1971 roku w drugiej lidze argentyńskiej mając zaledwie 16 lat. W 1973 roku Bertoni przeniósł się do innego klubu ze stolicy- Independiente. Od razu zaczął grać w podstawowym składzie i jeszcze w tym samym roku wywalczył Copa Libertadores (wystąpił w obu meczach z Colo Colo Santiago). Niedługo potem zdobył kolejne trofeum – Puchar Interkontynentalny, w którym to Independiente pokonało 1:0 Juventus Turyn. Rok później Bertoni znów wystąpił w finale Pucharu Wyzwolicieli, a Independiente tym razem okazało się lepsze od São Paulo FC. W 1975 klub po raz trzeci z rzędu powtórzył ten sukces pokonując Unión Española Santiago. Od tego czasu Bertoni nie osiągał już sukcesów z Independiente na arenie międzynarodowej, ale na krajowej, gdy w latach 1977 i 1978 wywalczył z nim mistrzostwo fazy Nacional. Latem 1978 Bertoni opuścił ojczyznę i wyjechał do Europy. Jego pierwszym klubem na tym kontynencie była hiszpańska Sevilla FC. Pierwszy sezon miał mniej udany, gdy zdobył tylko 8 goli w lidze, a z Sevillą zajął 11. pozycję, ale w kolejnym zagrał już dużo lepiej zdobywając 16 bramek i zostając najlepszym strzelcem zespołu, który zakończył na 8. miejscu w tabeli. W 1980 roku Bertoni wyjechał do Włoch. Przez pierwsze 4 sezony grywał we Fiorentinie. W 1982 roku osiągnął z nią wicemistrzostwo Włoch (zdobył 9 goli), ale z czasem tracił miejsce w składzie i w swoich dwóch ostatnich sezonach w klubie z Florencji opuścił prawie 30 ligowych spotkań, a w ostatnim (1983/1984) zajął z nim 3. miejsce. W 1984 roku Bertoni przeszedł do SSC Napoli, gdzie w linii ataku grał ze swoim rodakiem, Diego Maradoną, jednak z klubem nie osiągnął większych sukcesów.

W sezonie 1986/1987 Daniel grał w Udinese Calcio, w którym zdobył zaledwie jednego gola i spadł z nim do Serie B. Po tamtym sezonie zakończył piłkarską karierę w wieku 32 lat. W reprezentacji Argentyny Bertoni zadebiutował w 1974 roku. W 1978 roku został powołany przez selekcjonera Césara Luisa Menottiego do kadry na Mistrzostwa Świata, których gospodarzem była Argentyna.

Tam występował w podstawowym składzie w ataku u boku Mario Kempesa oraz Leopoldo Luque. Już w pierwszym meczu przeciwko Węgrom zdobył zwycięskiego gola, ustalającego wynik meczu na 2:1. Grał we wszystkich meczach, także w finałowym z Holandią, gdy w 116. minucie pokonał Jana Jongbloeda i Argentyna wygrywając 3:1 została mistrzem świata.

W 1982 roku Bertoni ponownie znalazł się w kadrze "Albicelestes" na mistrzostwa świata, tym razem był to mundial w Hiszpanii. Tam podobnie jak 4 lata wcześniej był podstawowym zawodnikiem kadry i grał we wszystkich meczach, jednak Argentyna nie obroniła mistrzostwa i odpadła już w drugiej rundzie przegrywając 1:2 z Włochami oraz 1:3 z Brazylią. Podobnie jak na mundialu w Argentynie tak i tu zdobył 2 gole, oba w grupowych meczach: z Węgrami (4:1) oraz Salwadorem (2:0). Po tym turnieju Bertoni zakończył reprezentacyjną karierę. W kadrze przez 8 lat wystąpił łącznie w 31 meczach i zdobył w nich 12 goli.

@AssisMoreira

1

@Janiama No to ja wytupuje tym razem 3:1 dla Barcy

0

Coś czuje że prędzej czy później ta cala Liga Europejska, której i tak nie wygramy, wyjdzie nam bokiem i pogubimy punkty w La Liga. Jeśli nie dziś to zapewne w EL Clasico. Ech ta LE szlak by ją trafił!

4

Zapomniane ale wybitne legendy polskiego futbolu:

Gdyby żył skończył by dziś 90 lat! 13 marca 1932 r. urodził się Edward Szymkowiak. Przez wielu uznawany jest za pierwszego z wielkich polskich bramkarzy w dziejach światowego futbolu. Wiele jego rekordów pobiły dopiero odległe pokolenia, sporo zaś jeszcze czeka na poprawienie… Szymkowiak dla przyszłych następców w tym fachu poprzeczke zawiesił wysoko. Starcia Polonii Bytom z Górnikiem Zabrze miały na przełomie lat 50-tych i 60-tych olbrzymi ładunek emocjonalny. W 1960 r. na boisku spotkali się aktualni mistrzowie oraz wicemistrzowie Polski. Drużyny nie szczędziły sobie ostrej gry. Arbiter Maciarz podyktował łącznie aż 4 rzuty karne. Jedną dla Polonii(wykorzystaną przez Liberde) oraz 3 dla Górnika. Do pierwszej z nich podszedł Ernest Pohl. Sędzia jednak po jego strzale zarządził powtórkę. Tę drugą ,,jedenastke” na gola chciał zamienić Roman Lentner. Trzecia próba padła natomiast udziałem Erwina Wilczka. Po zakończeniu meczu wynik brzmiał jednak… 3:0 dla Polonii Bytom. Wszystkie rzuty karne wybronił bowiem Szymkowiak! Dokonał przy tym zresztą nie lada sztuki. Przy karnym Lentnera rzucił się w przeciwną strone ale zdołał jeszcze wykonać szpagat i wybił piłke nogą. ,,W tym dniu nie było na ,,Szymka” sposobu. Jeszcze kilkakrotnie napastnicy Górnika mieli świetne sytuacje podbramkowe ale polonista łapał wszystkie strzały. Świetnie spisywał się zarówno na linii bramkowej, jak i przedpolu. Szymkowiak był głównym bohaterem meczu, nie tylko dlatego że świetnie bronił swej świątyni ale również i dlatego że zupełnie wyprowadził z równowagi napastników Górnika. Doszło w końcu do tego że stracili oni wszelka nadzieje aby strzelić w tym meczu gola i przy stanie 2:0 zrezygnowali z walki”- tak pisał o nim Katowicki ,,Sport” po tym występie. Rzuty karne w tak ważnych spotkaniach były zresztą jego wielką specjalnością. Znakomicie potrafił wygrywać te wojny psychologiczne nawet z najbardziej renomowanymi przeciwnikami. Kiedyś w spotkaniu reprezentacji wybronił karnego wykonywanego przez jednego z najlepszych piłkarzy Europy w tym czasie- Ferenca Puskasa. Za czołowego bramkarza świata uważał go też kolega po fachu Villiam Schrojf, wicemistrz Świata z kadrą Czechosłowacji z 1962 r. W Ekstraklasie pan Edward był pierwszym zawodnikiem w historii, który rozegrał 20 sezonów na tym szczeblu rozgrywek. Do dziś jego wynik przebił wyłącznie Łukasz Surma. Został też założycielem Klubu 300. Trzechsetny mecz rozegrał w 1965 r. Rekordzistą pod względem występów w elicie pozostał jeszcze przez kolejne 6 lat. Na najwyższym poziomie rozgrywkowym grał w 3 klubach: Ruchu Chorzów, Legii Warszawa oraz Polonii Bytom i w każdym z nich minimum raz zdobył mistrzostwo kraju. Jego wynik pod tym względem pobił dopiero Maciej Szczęsny(mistrzostwo w czterech klubach). Łącznie 5 razy stawał na najwyższym podium rozgrywek krajowych. Tyle samo razy zdobył srebro i dołożył dwa brązowe krążki. Do tego doszły dwa Puchary Polski. Sam 4 razy uznawany był za Piłkarza Roku w Polsce w klasyfikacji katowickiego ,,Sportu” ,,Złote buty”. Wraz ze Staszkiem Oślizłą jest rekordzistą tego zestawienia. Dwukrotnie też znajdował się w TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. Znakomicie też pokazał się na arenie międzynarodowej. Z Polonią Bytom w 2 sezonach z rzędu osiągnął finał Pucharu Rappana. Drugi z nich przyniósł mu triumf w finale przeciwko Lokomotivowi Lipsk. W pierwszym spotkaniu tego dwumeczu nie grał z powodu kontuzji i bytomianie przegrali aż 0:3. W drugim(już z nim na bramce) drużyna ewidentnie poczuła się pewniej. Ostatecznie wygrała 5:1! Choć kilkanaście sekund przed końcem rywale mieli na nodze strzał na wage dogrywki ale Szymkowiak znalazł się na posterunku i obronił tę próbe w doskonałym stylu. Nic dziwnego że po spotkaniu reporter ,,Trybuny”, Z. Dutkowski napisał: ,,Na pochwałę najbardziej zasłużyli Liberda, Banaś, Orzechowski i Szymkowiak.” Do dziś jest to jedyne trofeum polskiej drużyny, wywalczone w oficjalnych europejskich całosezonowych rozgrywek klubowych przeprowadzonych pod egidą UEFA. Również w reprezentacji zapisał piekną karte. W dwóch okresach(1962-1963 i 1965-1967) był rekordzistą w liczbie występów w kadrze. Ostatecznie zakończył grę z orłem na piersi z dorobkiem 53 meczów. Wśród jego kolegów po fachu przewyższył go pod tym względem dopiero Jan Tomaszewski. Do dziś oprócz ,,Tomka” wyprzedzili Szymkowiaka jeszcze tylko dwaj golkiperzy znani z XXI wieku: Artur Boruc i Jerzy Dudek. Pozostaje on natomiast jedynym bramkarzem, który dwukrotnie nosił miano olimpijczyka(w 1952 i 1960). Oprócz niego z przedstawicieli innych pozycji taki wyczyn padł udziałem jeszcze tylko Szymanowskiego , Gorgonia, Maszczyka, Laty, Kmiecika i Deyny. W pierwszym podejściu został bohaterem starcia z Danią. ,,Szymkowiak w bramce zdobył sobie uznanie publiczności doskonałymi interwencjami w najcięższych momentach”- odnotował ,,Dziennik Bałtycki”. W obu próbach skończyło się jednak tylko na fazie grupowej. Szymkowiak był także jednym z największych bohaterów meczu przeciwko ZSRR. Doskonałą postawą przyćmił swego konkurenta z drugiej strony boiska, uznawanego za najlepszego golkipera świata- Lwa Jaszyna. ,,Szymek fruwał w powietrzu imponując zwłaszcza w pierwszym kwadransie niezwykle trudnymi interwencjami. Również po przerwie, dzięki wspaniałemu refleksowi, zapobiegł wielokrotnie katastrofie”- pisała ,,Trybuna Ludu”. Wagę jego postawy docenił sam kapitan drużyny i zarazem zdobywca dubletu w tamtym spotkaniu- Gerard Cieślik. Po końcowym gwizdku podbiegł i ucałował z wdzięczności swego bramkarza. ,, Dużo miałem w tym meczu roboty, Śliska piłka nie chciała się kleić do rąk. Zawaliłem bramke bo nie wyczułem intencji strzelca. Myślałem bowiem ze strzał pójdzie w krótki róg a tymczasem stało się odwrotnie. Przy zmianie pozycji do interwencji poplątały mi się ręce i piłka niepotrzebnie wpadła mi do siatki. Myślę że ten błąd podarują mi kibice bo przecież wygraliśmy mecz”- komentował Szymkowiak swa gre. Kariere zakończył w 1969 w wieku 37 lat. Potem trenował drużyny młodzieżowe Polonii Bytom. Zmarł w 1990 roku. Dziś jego imie nosi stadion Polonii. Przed wejściem znajduje się pomnik Szymkowiaka w pozie efektownej robinsonady. Wielu uznaje go nawet dziś za najlepszego bramkarza wszechczasów w Polsce.

@AssisMoreira

7

Przypadki niepokornego Bułgara:

13 marca 1998 r. Stoiczkow odszedł na dobre. Już 22 lipca 1997 van Gaal na treningu kazał Bułgarowi włożyć koszulke w spodenki, co bardzo nie spodobało się nieposłusznemu napastnikowi. Dwa miesiące później Christo poprosił o transfer, mówiąc że ,,tylko Cruijff uczył go gry w piłke”. Na jednym z treningów Stoiczkow dla żartu założył okulary asystenta trenera ale nie wzbudziło to zachwytu van Gaala. Na przestrzeni sezonu piłkarz wymieniał z Holendrem ,,uprzejmości” aż w końcu poleciał do ojczyzny bez zgody szkoleniowca. Na pożegnalnej konferencji Bułgara nie pojawił się nikt z przedstawicieli klubu. ,,Dziś jego krzesło jest puste a kiedy mnie pozyskał do klubu, siedział w pierwszym rzędzie”- skomentował Bułgar brak prezydenta Nuñeza. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czemu wielcy piłkarze Barcelony z reguły opuszczają klub kuchennymi drzwiami, odpowiedział ostro: ,,Tacy piłkarze pozostawiają w cieniu malutkich”, mając oczywiście na myśli prezydenta i trenera.

@AssisMoreira

0

@Ogorinho1974 Łapiński to raczej nie dorównywał Żmudzie a już napewno nie Szczepaniakowi czy Gorgoniowi.

0

@Ogorinho1974 No mieliśmy kilku bardzo wybitnych defensorów jak Szczepaniak, Oślizło, Gorgoń czy Władek Żmuda! Ale Arek też im nie ustępował. A zapomniałem jeszcze o Romanie Wójcickim

6

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

13 marca 1979 r. urodził się Arkadiusz Głowacki. Obok Ibrahimovicia, Buffona czy Diego Forlana, Głowacki był jednym z ostatnich uczestników Mundialu w 2002 r., który 16 lat później nadal występował w najwyższej lidze krajowej. Po sezonie 2017/18 twardy jak skała defensor a zarazem rekordzista Wisły Kraków w liczbie rozegranych spotkań w Ekstraklasie zdecydował się powiedzieć ,,pas”. Od zawsze imponował przede wszystkim twardą, inteligentną i skuteczna grą w defensywie. Zdarzało się jednak iż w decydujących fragmentach zawodziły go nerwy. Szczególnie głosy o słabej odporności psychicznej ,,Głowy” nasiliły się po eliminacjach MŚ 2006 i jego(dość efektownym) samobójczym trafieniu z Anglią. Mawiano że rzadkie są mecze, by nie przytrafiła mu się przynajmniej jedna z trzech rzeczy: samobój, kontuzja lub czerwona kartka. Dziś z perspektywy 14 lat okazało się jak mało trafne były takie żarciki. W kategorii najtrudniejszych rywali wśród obrońców już praktycznie od dekady Głowacki figuruje na pierwszych lokatach. Jego twarda gra, umiejętność rywalizacji bark w bark często skutecznie studziły zapędy ofensywne rywali. Od 2017 r. jest już rekordzistą Wisły Kraków w liczbie występów w Ekstraklasie. Wyprzedził na tej pozycji Władysława Kawule. Zajmuje też 4 miejsce w tabeli wszechczasów pod względem rozegranych starć w najwyższej lidze ze wszystkich piłkarzy. Do podium zabrakło mu 17 meczów. Na 6 miejscu uplasował się zaś w klasyfikacji występów w jednym klubie w Ekstraklasie. Do poprzedzających go Barczaka oraz Brychczego, zabrakło mu odpowiednio: siedmiu i ośmiu spotkań. Wśród członków TOP-10 Klubu 300 pod tym względem osiągniętych sukcesów ,,Głowa” ustępuje swa kolekcją wyłącznie Szołtysikowi. 6-krotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo Polski, 3 razy był wicemistrzem kraju. Do tego doszły 2 Puchary Polski oraz jeden Puchar Ligi. Indywidualnie zyskał nagrodę dla Obrońcy Sezonu w edycjach 2008/09 i 2013/14. Wystąpił też we wszystkich meczach Wisły w pamiętnej kampanii w Pucharze UEFA zakończonej na ⅛ finału. Po drodze pomógł w wyeliminowaniu między innymi AC Parmy czy Schalke 04. Ponad dwie dekady grał na najwyższym poziomie rozgrywkowym Debiutował w maju 1997 w barwach Lecha Poznań. Później stał się filarem Wisły Kraków. Z wyłączeniem 2 sezonów spędzonych w barwach tureckiego Trabzonsporu nie było od edycji 2000/01 rozgrywek by nie rozegrał przynajmniej 12 meczów! Po abdykacji Łukasza Surmy stał się najstarszym zawodnikiem w Ekstraklasie. Był też ostatnim zawodnikiem, który mógł się pochwalić medalem piłkarskich mistrzostw Polski zdobytym w XX wieku a także golem strzelonym w minionym stuleciu. Podczas konferencji prasowej w maju 2018, gdy ogłaszał swój rozbrat z futbolem, poleciały łzy, tak głównemu bohaterowi, jak i części zgromadzonych dziennikarzy. W reprezentacji Polski wystąpił 29 razy. Jerzy Engel zabrał go na Mundial w 2002 r. W Korei ,,Głowa” wystąpił w starciu z USA, zakończonym wygraną 3:1. Po raz ostatni dał mu szanse gry Franciszek Smuda w towarzyskiej konfrontacji z Węgrami w listopadzie 2011 roku.

@AssisMoreira

3

Ostatnio co raz więcej oglądam meczów z Premier League i oczywiście nie odkryje Ameryki iż ta liga jest zdecydowanie najlepsza na świecie i super się ją ogląda. Mnie natomiast przychodzi na myśl jaki to zespół/zespoły z Europy zdobywały mistrzostwo kraju nie przegrywając żadnego meczu! Otóż ostatnim takim zespołem z 5 najsilniejszych lig był Juventus z sezonu 2011/12(23 zwycięstw). Wcześniej dokonał tego Arsenal w sezonie 2003/2004(26 zwycięstw). Jeszcze wcześniej dokonał tego AC Milan w sezonie 1991/92(34 zwycięstwa). Z kolei na naszym krajowym podwórku tego wyczynu dokonał łódzki Widzew w sezonie 1995/96(27 zwycięstw). Natomiast przed wojną spektakularnego wyczynu dokonał Ferencvaros z sezonu 1931/32 gdzie na 22 mecze wygrał wszystkie 22! strzelając 105 goli. Również przed wojna i również na Węgrzech dwukrotnie MTK Hungaria zdobywała mistrzostwo bez porażki w sezonach 1917/18 oraz 1935/36. Patrząc na obecną sytuacje tak się zastanawiam czy z Top 5 najsilniejszych lig w Europie będzie kogoś stać dokonać takiego wyczynu? Byłby to iście spektakularny, wybitny wyczyn. Osobiście wątpie aby to się komuś udało...

1

@puyol_presidend5 Podaje ci pierwszych 25 strzelców z listy:
1 J. Bican(Austria) – 518! zdobytych goli

2 F. Puskas(Węgry) 508 goli (598 total w karierze)

3 C. Ronaldo- 487

4 Messi- 476

5 S. Bobek(Jugosławia)- 423

6 I. Schlosser(Węgry) - 417

7 G. Zsengeler(Węgry) - 416

8 Mc Grory(Szkocja) - 410

9 Gerd Müller- 403

10 C. Bianchi(Argentyna) -393

11 F. Szusza(Węgry) - 392

12 Z. Ibrahimovič 392

13 A. De Cleyn(Belgia)- 377

14 Romario - 375 (1000 total w karierze)

15 G. Nordhal(Szwecja)- 374 (485)

Di Stefano(Argentyna) -374 (406)

16 J. Greaves(Anglia) - 366

H.Gallacher(Szkocja)- 366

17 D. Onnis(Włochy)- 363

18 J. Takacs(Węgry) - 360

19 Hugo Sanchez – 356

20 G. Sarosi(Węgry) - 351

O. Castro(Chile)- 351

Rivaldo 351

21 H. Antelo(Boliwia) - 350

B. Voorhoof(Belgia)- 350

22 J. Bambrick(Irlandia Płn.) -349

Luis Suarez(Urugwaj)-346

23 . Krankl(Austria)- 344

24 J. Mermans(Belgia)- 339

25 R. Braine(Belgia)- 338

M. Jardel(Portugalia) 338

R. Lewandowski -338

1

Robert Lewandowski strzelając dzisiaj gola przeciwko przeciwko Hoffenheim, zrównuje się w klasyfikacji strzelców ligowych z Mario Jardelem i Raymondem Braine. Wszyscy mają po 338 goli. Do Luisa Suareza traci tylko 8 goli, więc jeszcze w tym sezonie powinien go prześcignąć.
@AssisMoreira

2

@Janiama Ja od czasu do czasu obstawiam, w miare możliwości finansowych. Natomiast mam podobnie jak ty, czyli na forum potrafie trafić a już u buka nie dokładny wynik nie wchodzi! Pozdrawiam :)

0

@Janiama Z czystej ciekawości: Obstawiasz mecze u bukmachera? Trafiając dokładne wyniki mógłbyś uzbierać niezłą kasiorke! No chyba że ci nie zależy na kasie :)?

9

Również 12 marca, tyle że roku 2013, FC Barcelona dokonała kolejnej znakomitej remontady pokonując w meczu rewanżowym na Camp Nou, AC Milan 4:0! Gole zdobywali: Messi(5 i 40 minuta), Villa(55 minuta) oraz Alba(92 minuta). W pierwszym meczu w Mediolanie Blaugrana poległa 2:0. Dume Katalonii prowadził Jordi Roura, zastępując wówczas chorego Francesca Vilanove.

Takie mecze się pamięta, zwłaszcza że szalałem z radości w piwiarni Warka, śpiewając: Ole le, ola la ser der Barça es el mio cena, czy coś w tym rodzaju bo hiszpańskiego nie znam

@AssisMoreira

0

@Jackazz Poza tym youtubem

to nie wiem gdzie znaleźć

10

Spektakularna remontada:

12 marca 1997 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Atletico Madryt 5:4! w ramach rewanżu ¼ Copa del Rey. Cóż to było za ,,partidazo”! To był legendarny, heroiczny, fantastyczny, wyjątkowy, epicki a nawet brutalny mecz-donosiło ,,El Mundo Deportivo”. To była jedna z większych remontad w historii klubu ponieważ Atletico prowadziło do przerwy aż 3:0. Tuż po przerwie dwukrotnie trafił Ronaldo i straty niemal zostały odrobione, lecz bardzo szybko odpowiedział Pantić strzelając swojego czwartego! gola w tym meczu. Napór Blaugrany nie ustępował i kontaktowego gola strzelił Figo a kilka minut później wyrównał Ronaldo. W 82 minucie zwycięskiego gola zdobył Juan Antonio Pizzi doprowadzając cules do ekstazy. Ostatnie minuty meczu zdenerwowany Gaspart spędził w toalecie a na trybunie honorowej zasiadł Van Gaal, który niebawem miał objąć posade trenera po Bobbym Robsonie.

@AssisMoreira

1

Europejskie trofea:

11 marca 1998 r. FC Barcelona zdobyła swój pierwszy tytuł pod wodzą Luisa van Gaala a był nim Superpuchar Europy. Uczyniła to w rewanżowym meczu z Borussia Dortmund na Westfalenstadion remisując 1:1. W pierwszym meczu na Camp Nou Barça wygrała 2:0(gole zdobyli Luis Enrique i Rivaldo z karnego), natomiast w rewanżu trafił Giovanni. To był ostatni Superpuchar rozgrywany systemem mecz i rewanż. To był również ostatni sezon Pepa Guardioli, który jednak nie występował w dwumeczu o Superpuchar.

@AssisMoreira

1

@Pawel13sz No i to się chwali! W końcu my Palaki do jasnej Anielki! Podziękował ślicznie :)

1

@Pawel13sz Pawełku po Polsku plis! po Polsku!

6

Legendy, o których każdy cule winien pamiętać:

11 marca 1935 r. urodził się Eulogio Martinez, Paragwajczyk, jeden z najlepszych napastników w historii FC Barcelony. Cechowała go nie tyle skuteczność co boiskowa gracja a największym atutem Paragwajczyka była z pewnością łatwość zdobywania sobie pozycji strzeleckich. W granatowo-bordowych barwach występował przez 6 sezonów. W których zdobył 168 goli w 225 meczach. Eulogio jest pierwszym strzelcem gola na Camp Nou, w meczu otwarcia stadionu z reprezentacją Warszawy 24 września 1957 r. Ponadto warto pamiętać że Martinez strzelił 7 goli w meczu Copa del Rey przeciwko Atletico Madryt 1 maja 1957 r. zakończonym zwycięstwem 8:1! Wówczas przyćmił samego Kubale, który również swego czasu(10.02.1952) strzelił 7 goli w jednym meczu.

@AssisMoreira

0

@Borys8111 Owszem taki klub jak FC Barcelona powinien grać nawet na 4 frontach. Tyle że ten sezon jest bardzo trudny pod każdym względem. Mamy duże problemy żeby wygrywać poszczególne mecze a co dopiero trofea. Mamy bardzo słabą jakość kadry żeby rywalizować na kilku frontach. Priorytetem jest gra w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Kto nam zagwarantuje triumf w Lidze Europy żeby automatycznie zagrać w Lidze Mistrzów? Natomiast zajęcie 4 miejsca w La Liga jest jak najbardziej w naszym zasięgu, nawet z taką niską jakością kadry i tego się trzeba trzymać a nie zarzynać w L. E.

0

Słaby to był już mecz w Elche, gdzie opieprzyłem większość naszych milusińskich. Co z tego że wygrany? Wygrane mecze nie można grać słabo i mieć w nich dużo szczęścia? Tak właśnie było z Elche. Natomiast takiego przeciwnika jak Galatasaray powinniśmy powieść minimum 3:0! Dlaczego tego nie zrobiliśmy? Bo mamy za dużo partaczy w kadrze, począwszy od Dembele a skończywszy na Franku de Jongu. Już to pisałem, dajmy sobie spokój z tą Liga Europejską, nie zdobędziemy jej ani nie wejdziemy do finału. Utrudniamy sobie tylko przez te rozgrywki skupienie się na minimum 4 pozycji w tabeli La Liga. Jest nawet możliwość zdobycia wicemistrzostwa Hiszpanii no ale wtedy L. E. należało by odpuścić ponieważ nie stać nas utrzymać dwóch srok za ogon.

0

Co ty Xavi wygadujesz? Z takim przeciwnikiem to my na Camp Nou powinniśmy minimum 3:0 wygrać! No ale jak się napala na takich grajków jak Ferran Torres to nie ma komu strzelać w światło bramki...

11

Po prostu geniusz!

10 marca 2007 r. Lionel Messi po raz pierwszy w karierze ustrzelił hattricka i to w El Clasico! To był pierwszy klasyk Argentyńczyka na Camp Nou zakończony remisem 3:3. Goście trzykrotnie wychodzili na prowadzenie, jednak za każdym razem Messi wyrównywał. Po raz trzeci uczynił to w ostatniej minucie meczu gdy Blaugrana grała osłabiona brakiem Oleguera.
@AssisMoreira

2

Wyjątkowa Copa!

10 marca 1963 r. Boliwia remisuje z Ekwadorem 4:4 na Estadio Hernan Siles w La Paz. Tym samym rozpoczyna się 28 edycja Copa America. Po raz pierwszy w historii uczestników turnieju gościła Boliwia. Nigdy wcześniej piłkarze z nizin nad La Platy nie występowali na wysokościach tak podniebnych. Stolica Boliwii nazywana ,,Dachem Ameryki leży bowiem 3600 metrów nad poziomem morza. Rozrzedzone powietrze powodujące odczuwalny niedobór tlenu oraz inne klimatyczne problemy stawiały przed organizmami zawodników wymagania, którym słabsi fizycznie nie mogli sprostać. Owe specyficzne warunki dla odmiany faworyzowały gospodarzy oraz do pewnego stopnia także obytych z wysokogórską specyfiką- Peruwiańczyków. Główną areną imprezy był stołeczny Estadio Hernan Siles, jednak organizatorzy, uwzględniając argumenty drużyn przyjezdnych, większość spotkań przenieśli na jeszcze pojemniejszy Estadio Felix Capriles w miejscowości Cochabamba, położonej nieco niżej niż La Paz. Nieobecność Urugwaju, trzeciorzędna ekipa Brazylii(najlepsi jej piłkarze akurat szykowali się do wielkiego tournée po Europie), pokoleniowa zmiana w drużynie Peru, wreszcie personalna rewolucja w kadrze Argentyny- wszystko to stwarzało gospodarzom wręcz życiową szanse. Trzeba przyznać iż bodaj nigdy wcześniej turniej tej rangi nie był, w skutek powyższych okoliczności, obsadzony tak słabo. Toteż Boliwia przygotowywała się do niego niezwykle starannie. Poświęcono temu wszystkie możliwe środki, zapewniając ekipie idealne warunki. Czuli oni ogromną społeczną presje, lecz owe wygórowane oczekiwania okazały się czymś w rodzaju wiatru w żagle. Poczucie odpowiedzialności za wynik nie paraliżowało ich, wprost przeciwnie, wyzwoliło wszelkie rezerwy, dopingując do największych poświęceń. Zresztą pod tym względem boliwijscy górale zawsze stali wysoko. Ambicją, bitnością, wolą walki dorównywali niemal samym Paragwajczykom. Było też jasne że w niebywale trudnych warunkach klimatycznych wydolność ich organizmów pozwoli na ,,zabieganie” przeciwnika. Ich asem atutowy, idolem absolutnym, wręcz bohaterem narodowym był nieodmiennie, już od końca lat 40-tych, Victor Agustin Ugarte, z pochodzenia Indianin, który w czasie turnieju miał… 37 lat! Niewysoki, silny fizycznie, w odróżnieniu od bitnych, twardych lecz nieco topornych kolegów był przede wszystkim niezrównanym technikiem. Jego dryblingi, sposób panowania nad piłką czy imponujący repertuar zwodów, nasuwały porównanie z największymi artystami piłki z Brazylii, Urugwaju czy Argentyny. Nie ustępował im niczym. Na początku lat 60-tych pojawił się wreszcie w Boliwii godny partner Ugarte. Nie był wprawdzie technikiem tak finezyjnym ale potrafił wiele. Występował na prawym skrzydle, lecz z upodobaniem zmieniał pozycje, często przechodząc do środka. Strzelał ostro i kąśliwie, w najmniej spodziewanych momentach. Ten groźny napastnik nazywał się Ramiro Blacutt i miał już za sobą doświadczenie zdobyte w argentyńskim Ferro Carril Oeste. Wraz z Blacuttem w tymże Ferro grali jeszcze twardy jak skała Wilfredo Camacho oraz często w charakterze rezerwowego de Lorenzo. Boliwijczycy szukali wzorów do naśladowania właśnie u potężnego sąsiada. Argentyńscy zawodnicy byli gwiazdorami klubów z La Paz i Cochabamba a niektórzy z nich po pewnym czasie przyjęli nawet obywatelstwo boliwijskie, nabywając tym samym praw do występów w drużynie narodowej. Taki status uzyskali obrońcy Cainzo i Eduardo Espinoza oraz pomocnik Vargas. Odsiecz ta bardzo wzmocniła linie defensywne i chociaż wspomniana trójka z pewnością nie reprezentowała klasy światowej, lecz jej doświadczenie i obycie przydało całemu zespołowi wiele solidności i pewności siebie. Spośród uczestników turnieju zupełnie nie liczyła się Kolumbia. Tylko kompletnie osamotniony Gamboa przeprowadzał błyskotliwe indywidualne akcje. Nieco lepiej wypadł Ekwador, lecz pozbawiony swego asa atutowego Alberto Spencera, nie mógł zwojować zbyt wiele. Jednak to Ekwadorczyk Carlos Raffo dosyć nieoczekiwanie wywalczył tytuł króla strzelców imprezy z 6 golami. Z kolei Peru zmieniało skóre. Odeszli niemal wszyscy wybitni piłkarze dawnej generacji,, traktujących futbol jako beztroską , cudowną zabawę. Dopiero wyrastało pokolenie nowe, o innej mentalności. Nazwiska takich piłkarzy jak Rubinos, Campos, Leon czy Gallardo miał poznać futbolowy świat po kilku następnych latach , kiedy dojrzały fantastyczne talenty młodej generacji: Cubillas, Sotil, Challe, Baylon czy Ramirez. Natomiast nad podziw udany okazał się powrót Paragwaju do kontynentalnej elity. ,,Guarani” przywieźli zespół jak zwykle bojowy i nieprzytomnie ambitny, który znakomicie znosił trudne warunki klimatyczne, kondycyjnie wytrzymując wszystkie mecze do ostatniego gwizdka. Paragwajczycy urwali punkt faworyzowanej Argentynie, ulegli tylko gospodarzom a w przekroju całego turnieju stracili najmniej goli. W obronie bez zarzutu spisywali się Antonio Insfran i Vicente Bobadilla, zaś w ataku wielkie wrażenie wywarł głownie Eladio Zarate, potężne, wysokie chłopisko, poruszające się wszakże z gracją baletnicy. Zdobył wprawdzie tylko 3 gole ale widać było że gra świetnie głową i ma zadatki na snajpera wyborowego. Wiedząc że Brazylia sprawdza swoje głębokie rezerwy, również kierownictwo ekipy argentyńskiej postanowiło poddać próbie całą grupe młodych, obiecujących piłkarzy. Legendarny piłkarz a wówczas trener Nestor Rossi, zebrał naprawdę zdolnych młokosów. Do ciekawych postaci należał bramkarz Edgardo Andrada, prawoskrzydłowy Raul Bernao czy wreszcie szczupły napastnik Cesar Luis Menotti, bardzo inteligentny o silnej osobowości. Jednak to było za mało by rywalizować o miano mistrza Ameriki Południowej i w efekcie Argentyna zajęła dopiero 3 miejsce. Losy turnieju przesądził właśnie mecz gospodarzy z Argentyną w La Paz. Boliwijscy górale nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa, chociaż wygrali 3:2 po zaciętej walce. O dziwo Albicelestes dobrze znieśli klimatyczne niedogodności, toteż zażarty, wyrównany bój trwał do końcowego gwizdka. Ponad 20 tys. fanatycznych kibiców ryczało tak przeraźliwie że ich krzyk zdawał się wprawiać w drżenie szczyty okolicznych gór. Ten szaleńczy doping nie pozostał bez wpływu na wynik spotkania. ,,Mieliśmy wrażenie że w przypadku wygranej nie uszlibyśmy cało ze stadionu”- komentował argentyński napastnik Savoy. Decydujący gol padł w okolicznościach, które wzbudziły protesty gości. Blacutt został sfaulowany na polu bramkowym. Rzut karny obronił Andrada w iście kocim stylu, wybijając piłke na korner, po czym utonął w ramionach kolegów, przyjmując gratulacje za ten wyczyn. Tym czasem Boliwijczycy bez chwili zwłoki wykonali rzut rożny i korzystając z zamieszania, Camacho strzelił gola. Swój ostateczny sukces Boliwia przypieczętowała pare dni później w Cochabamba, pokonując Brazylie 5:4! Niebywała euforia ogarnęła stadion, miasto i cały kraj. Bohaterów zniesiono z boiska na ramionach. Prezydent republiki, Victor Paz Estenssoro osobiście pojawił się w szatni, ściskając po kolei wszystkich piłkarzy. Na wniosek rządu minister edukacji wypłacił każdemu zawodnikowi po 10 milionów pesos, zaś dwie postaci najbardziej zasłużone uhonorował najwyższym odznaczeniem państwowym: orderem Andyjskiego Kondora. Zaszczytu tego dostąpili prezes federacji futbolowej Roberto Prada oraz największy piłkarz Boliwii w dziejach- Victor Agustin Ugarte. Doprawdy, trudno o godniejsze zakończenie, wieloletniej, wspaniałej kariery. Długo jeszcze szczęśliwa Boliwia napawała się tym jedynym w historii triumfem. Nie ma się co dziwić, w końcu Boliwia poza swoim terytorium jest piłkarskim outsajderem i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zdobędzie jeszcze to trofeum…

@AssisMoreira

1

Snajperski geniusz:

Fernando Peyroteo, bo o nim mowa, urodził się w Humpata w Angoli 10 marca 1918 r. Był synem białych osadników a jego nazwisko Peyroteo wzięło się od jego dziadka ze strony ojca, który był pochodzenia hiszpańskiego. Młody chłopak okazał się wszechstronnym sportowcem. Od wczesnych lat uprawiał wiele dyscyplin. Zaczął grać w piłkę w lokalnych klubach w Angoli, w tym w Sporting Clube de Luanda, który był luźno powiązany ze Sportingiem z Lizbony. W 1937 r. Jego rodzina przeprowadziła się do Lizbony z powodu złego stanu zdrowia jego matki. W stolicy Portugalii swoje pierwsze kroki 19-letni Fernando skierował do Sportingu. Nie marnował czasu i już w pierwszym meczu treningowym strzelił hat-tricka. Ówczesny trener Sportingu József Szabó natychmiast zorientował się, jak ogromny talent mu się trafił i bez żadnej pisemnej umowy, opierając się tylko na słownych ustaleniach, zaproponował mu grę w barwach Lwów. Szabo trenował z nim cztery razy w tygodniu, choć pozostali gracze mieli takie treningi tylko dwukrotnie. Mimo że później otrzymywał lepsze finansowo oferty m.in. z Porto, pozostał wierny Sportingowi przez całą karierę. On nigdy by nie zagrał dla Benfiki czy FC Porto. Dla niego barwy w których grał były święte. Tak mówił w wywiadzie dla „Jornal Sporting” jego syn. W swoim pierwszym oficjalnym meczu, 12 września 1937 roku, zdobył dwa gole w wygranym 5:3 meczu z Benfiką. Jak się potem okazało, był to początek wyjątkowej kariery. Po tym spotkaniu dziennikarze tak opisywali jego grę: ,,Jest doskonale zbudowanym fizycznie, szybkim graczem i bez wysiłku dochodzi do pozycji strzeleckich. Peyroteo nie pokazał żadnych nerwów w swoim debiucie, co pokazują dwa zdobyte gole”. Filmy które zachowały się z tamtych czasów, pokazują Peyroteo jako kompletnego napastnika. Był szybki, świetnie dryblował, grał równie dobrze obiema stopami. Nie była dla niego problemem również gra głową. Co ważne, był bardzo inteligentnym graczem, a to pozwalało mu również organizować ustawienie zespołu, gdy cofał się i grał na pozycji obecnie określanej jako „10”. Zawsze uważał, że zespół to suma indywidualności: ,,Dobre zespoły, bez dobrych zawodników, moim zdaniem nie istnieją”- Pisał tak w swoich wspomnieniach. Jego pełen profesjonalizm widać po tych słowach: Przed meczami interesowałem się defensywą, z którą miałem się zmierzyć. Czy szybko reaguje? Czy dobrze radzi sobie w pojedynkach o piłkę? Czy piłkarze równie dobrze grają obiema stopami, czy może mają jedną lepszą od drugiej? Czy zamykają oczy gdy skaczą do piłki? Czy grają technicznie czy siłowo? Zawsze próbowałem wykorzystać ich słabości. Jego najsłynniejszy mecz to spotkanie z Benfiką, decydujące o mistrzostwie w sezonie 1947/1948. Aby wyprzedzić w tabeli lokalnego rywala, Sporting musiał wygrać trzema golami. Peyroteo zdobył cztery bramki w 34 minuty, dzięki czemu Sporting wygrał 4:1 i na zakończenie sezonu zdobył mistrzostwo Portugalii. Niestety na arenie międzynarodowej nie osiągnął takich sukcesów, jak w klubie. II wojna światowa zabrała mu wiele najlepszych lat. W tym czasie Portugalia była ograniczona do grania spotkań z innymi neutralnymi krajami, Hiszpanią i Szwajcarią. Peyroteo zagrał w 20 meczach dla Portugalii i strzelił w nich 15 goli. Nigdy nie wystąpił na mistrzostwach świata. Jego trener ze Sportingu, Cândido de Oliveira, określił go najlepiej: Był maszyną strzelającą bramki. Statystyki z tego okresu są często niewiarygodne, głównie z powodu włączenia lub wyłączenia klubowych meczów towarzyskich. Jednak oficjalne dane Sportingu wpisują mu niesamowite 544 gole w 327 meczach dla klubu. Wygląda to jeszcze bardziej imponująco, gdy te liczby są podzielone. Zdobył 332 gole w 197 meczach w lidze portugalskiej, co daje mu średnią 1,68 gola na mecz! Wprawdzie wyprzedza minimalnie Eusébio (320) i Fernando Gomesa (319), ale bije ich na głowę, gdy liczymy bramki strzelane na mecz. Być może strzelił ich najwięcej, bo aż 693 we wszystkich rozgrywkach i meczach towarzyskich, wszystkie tylko dla jednego klubu. W sezonie 1946/1947 Sporting zdobył niesamowite 123 gole! w zaledwie 26 meczach na drodze do zwycięstwa w lidze. To był najlepszy sezon Peyroteo, który zaliczył 43 trafienia w zaledwie 19 meczach ligowych. Ten rekord trwał do czasu, aż inny zawodnik Sportingu, Argentyńczyk Hector Yazalde, zdobył 46 bramek w sezonie 1973/1974, ale on potrzebował do tego 29 meczów. Inne osiągnięcia Peyroteo są również niewiarygodne. Strzelił dziewięć goli w jednym pojedynku z Leça FC w 1942 roku, co wciąż jest rekordem ligi portugalskiej. W 1948 roku zdobył z kolei osiem goli w starciu z Boavistą. Po sześć goli w meczu strzelał trzykrotnie, a po pięć aż dwunastokrotnie! Był także pierwszym, który strzelił 5 goli w dwóch kolejnych spotkaniach . Miało to miejsce w 1942 roku. To sześciokrotny król strzelców ligi portugalskiej. Ze Sportingiem zdobył osiem mistrzostw Lizbony, sześć mistrzostw Portugalii i cztery puchary krajowe. W tamtym czasie nie było Pucharu Europy ani innych ogólnoeuropejskich rozgrywek, co uniemożliwiło Peyroteo pokazanie swoich umiejętności szerszej widowni. To też tłumaczy dlaczego jest tak mało znany poza Portugalią. Po wygraniu trzeciego z rzędu tytułu mistrzowskiego w sezonie 1948/1949, zdecydował się przejść na emeryturę. W swoim ostatnim meczu ligowym strzelił hat-tricka przeciwko Orientalowi, a spotkanie skończyło się wynikiem 8:0. 25 września 1949 roku Peyroteo zagrał swój ostatni mecz w barwach Sportingu, wygrany 2:1 z Atletico Madryt. Przed tysiącami Sportinguistas, Fernando Peyroteo tak uzasadniał zakończenie kariery w wieku zaledwie 31 lat: Byłem żołnierzem w szeregach narodowego sportu, a żołnierz nigdy nie uchyla się od obowiązków, niezależnie od okolicznościach! Odtąd jednak uznaję, że jestem starym żołnierzem… Nie potrafię sprostać wymaganiom zawodowego piłkarza, który chce zachować formę, być przydatny dla swojego klubu i sposobu w jaki trenuje. Kiedy wchodzę na boisko, mam ochotę grać, ale po kilku kopnięciach piłki czuję niewytłumaczalną irytację. Po zakończeniu kariery wrócił na pewien czas do Angoli ale w 1961 roku powrócił do Portugalii, by poprowadzić reprezentację kraju, jednak po kompromitującej porażce 2:4 z Luksemburgiem został zmuszony do odejścia. Niedługo potem w meczu oldboyów odniósł kontuzję, która spowodowała operację i trzeba było amputować mu nogę. Fernando Peyroteo zmarł na atak serca 28 listopada 1978 r., w wieku 60 lat. Na zawsze jednak pozostał najlepszym piłkarzem w historii Sportingu.

@AssisMoreira

3

Ku pamięci wybitnych legend:

10 marca, roku 1999 odbył się mecz w hołdzie wielkiemu Johanowi Cruijffowi. Duma Katalonii pokonała w tym meczu 2:0 zespół złożony z piłkarzy ,,Dream Teamu”(między innymi Zubizarreta, Koeman, Bakero, Begiristain, Stoiczkow, Laudrup czy Salinas) oraz gwiazd futbolu( wystąpili chociażby Mario Jardel czy Eric Cantona). Spotkanie oglądał, a jakże, komplet widzów na Camp Nou.

@AssisMoreira

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?