FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Gall Może i Francuz nie jest najgorszym z nich ale to w żadnym stopniu nie usprawiedliwia tego iż zasługuje na gre w ,,naszym" klubie. Niemal zerowy procent dryblingu, niemal zerowy procent celnych strzałów, kilka asyst na kilka lat, kilka goli na kilka lat i jedyny atut, który posiada to szybkość, lecz w futbolu to o wiele za mało! Nie wspominając już o poza sportowym trybie życia. Naturalnie jest to moja opinia a takową każdy może tutaj wyrazić, nie prawdaż?
0
@Tollusiek Od samego początku byłem przeciwny temu piłkarzowi i nigdy zdania nie zmienie! Dla mnie do tej pory to gra on źle i lepiej już moim zdaniem nie będzie i żadne asysty tego nie zmienią!
1
Osobiście na miejscu Xaviego kopnął bym tego Dembele w dupe tak żeby wylądował na trybunach do końca sezonu! Ten piłkarz nie zasługuje aby grać w takim klubie jak FC Barcelona pod każdym względem. Oczywiście jest to moja subiektywna opinia, w końcu każdy ma prawo wyrazić tutaj taką, nieprawdaż?
1
Każdy miał swoje problemy:
4 kwietnia 1993 r. FC Barcelona strzeliła gola po rzucie rożnym. I co z tego zapytacie?. Otóż zdobywanie goli po dośrodkowaniach z kornerów za trenera Cruijffa przychodziło Blaugranie niezwykle ciężko. Właśnie 4 kwietnia Katalończycy strzelili takiego gola po główce Bakero. Na kolejną taką okazje przyszło czekać… 20 miesięcy! Autorem gola w meczu Ligi Mistrzów był… ponownie Bakero. Ekipa Cruijffa potrzebowała w tamtym czasie średnio 162 rzuty rożne czyli mniej więcej 26 spotkań aby pokonać bramkarza rywali po bezpośrednim dośrodkowaniu.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
0
Trzeba potwierdzić dzisiaj że te 4:0 w Klasyku nie było przypadkiem! Trzeba to po prostu wygrać choćby różnicą jednego gola. Remis w tym meczu będzie mocno rozczarowujący biorąc pod uwage ostatnią forme...
2
Copa w rytmie samby:
3 kwietnia 1949 r. w Rio de Janeiro Brazylia rozgromiła Ekwador 9:1(7:1)! w meczu rozpoczynającym 21 edycje Copa America. Do tej edycji nie przystąpiła Argentyna, bez reszty zaprzątnięta myślą jak sklecić możliwie silne składy w krajowych rozgrywkach ligowych. Urugwajczycy wciąż sparaliżowani strajkiem najlepszych zawodowców, w ostatniej chwili wysłali do Brazylii ,,ekipe ratunkową”, złożoną z piłkarzy drugiego rzutu. W tych okolicznościach Canarinhos wydawali się faworytem niepodważalnym i stuprocentowym. Puchar Ameryki miał właściwie stanowić przygrywke i rodzaj poligonu doświadczalnego dla finałów MŚ 1950, przyznanym właśnie Brazylii. Wszystko też podporządkowano temu celowi strategicznemu. Brazylia w trakcie mijającej właśnie dekady tylekroć upokarzana przez Argentyne i Urugwaj, otrząsała się z dawnych kompleksów, odzyskując pewność siebie i uzasadnione poczucie własnej wartości. Szykowała się do wielkich zadań i wyjątkowych przeznaczeń. Zmianie tego nastawienia sprzyjała polityka prezydenta Getulio Vargasa, uderzająca w tony patetycznie patriotyczne. Dobitnie oddawało ów nastrój hasło ,,Brazylia brazylijska!”. Znalazło to również przełożenie na gruncie sportowym. Przez całe 10-lecia liga brazylijska była ,,Mekką” zawodowców, zwłaszcza argentyńskich i urugwajskich. Każdy klub mógł mieć ich nawet pięciu! Wreszcie w 1949 rygory zostały skrajnie zaostrzone; w całej Brazylii mogło jednocześnie grać najwyżej 5 zawodników cudzoziemskich. Gospodarze turnieju szli od początku jak burza, dosłownie zmiatając z drogi wszelkie przeszkody. Na rozgrzewke rozgromili Ekwador 9:1 i tratowali następnych przeciwników, nie okazując im żadnych względów, należnych gościom. Kolejno padały jak ścięte: Boliwia 1:10!, Chile 1:2, Kolumbia 0:5, Peru 1:7, Urugwaj 1:5… Aż tu raptem na drodze rozpędzonego brazylijskiego tornada znalazł się maleńki, skromny Paragwaj. 50-tysięczna ,,torcida” zapełniająca trybuny Vasco da Gama, dyszała żądzą krwi. Kolejna ofiara miała zostać metodycznie poćwiartowana, rozdarta na strzępy i połknięta żywcem. Obstawiano zakłady czy ,,Guarani” dostaną 6, 7 czy może 8 goli w plecy. Początek meczu zdawał się potwierdzać te oczekiwania. Prawa strona brazylijskiego napadu, Tesourinha-Zizinho, wymieniała podania z zamkniętymi oczami. Na przedpolu bramki Paragwajskiej rozpętał się huragan, lecz ten huragan nie złamał paragwajskiej palmy, co najwyżej przygiął ją do ziemi. Guarani ustępujący rywalom technicznie, nie wdawali się w misterne kombinacje i nie pozostawiali zagrożonych kolegów bez pomocy. Walczyli z bezgranicznym poświęceniem o każdy centymetr murawy i o każdą sekundę czasu. Cudów zręczności dokonywał kapitalny bramkarz Garcia, który bronił tak rewelacyjnie że już w przerwie meczu działacze Flamengo wiedzieli że za wszelką cene muszą go wykupić z Cerro Porteño, co w istocie niebawem się stało. Do dzisiaj Sinforiano Garcia uchodzi za bezsprzecznie najlepszego golkipera w dziejach ,,Flu”. Obrona paragwajska dowodzona przez Alberta Gonzaleza grała pewnie, twardo i bezwzględnie. W środku pola zapore nie do przebicia stworzyli Manuel Gavilan i Pedro Nardelii,który wkrótce zrobił furore w Boca Juniors czy Peñarol. Asem atutowym w ataku był błyskotliwy, fantastyczny przebojowiec o kąśliwym strzale, 22-letni Duilio Jorge Benitez z Nacional Asuncion. Jego niepowszedni talent eksplodował właśnie na tym turnieju. Działacze Boca Juniors, wykładając 200 tysięcy pesos zadbali aby z Rio nie wracał już do Asuncion, tylko jechał do Buenos Aires. Jednak Benitezowi najwidoczniej przypadł do gustu klimat brazylijskiej metropolii; dołączył szybko do swojego rodaka Garcii. Doskonale też spisywali się pozostali napastnicy Guarani, w razie potrzeby w pocie czoła wspomagający obronę i czyhający na szanse błyskawicznych wypadów. Szybkością imponował Cesar Lopez Fretes, strzałami z najtrudniejszych pozycji Enrique Casimiro Avalos zaś wszechstronnością Dionisio Arce. Golom Avalosa i Beniteza, gospodarze przeciwstawili tylko jeden gol, jaki strzelił Tesourinha i oto zdrętwiała z trwogi widownia Vasco da Gama musiała przyjąć do wiadomości że jej idole przegrali ten pozornie ,,spacerowy” mecz. Ponieważ obie drużyny miały po 12 punktów, 3 dni później doszło do dodatkowego rozstrzygającego meczu. Jednak ów czynnik miał natychmiastowe następstwa nieco innego typu. Postawa Paragwajczyków wywarła takie wrażenie że wielkie kuby z Rio momentalnie zapałały pożądaniem do skromnych(i co nie bez znaczenia-tanich) piłkarzy maleńkiego kraju. Już niebawem w ślady Beniteza i Garcii poszedł stoper Modesto Bria ściągnięty do Flamengo, podczas gdy napastnik Egidio Landolfi zasilił Botafogo. Zresztą na całym kontynencie zapanowała swoista moda na futbolistów z Asuncion. Tymczasem Canarinhos wzmocnili skład, chimerycznego Octavuio zastępując Ademirem i od pierwszej sekundy natarli z dziką furią. Dzielni Guarani w poprzedni zwycięski mecz włożyli tyle energii iż nie byli w stanie zregenerować nadwątlonych sił. Pod niektórymi piłkarzami dosłownie uginały się nogi. Tym razem brazylijski sztorm zatopił paragwajską łupinke. Zemsta była straszna bo aż 7:0! Sam Ademir popisal się hattrickiem, co stanowiło zapowiedź jego strzeleckich osiągnięć podczas MŚ 1950. Poligon doświadczalny zdał w oczach ekspertów egzamin. Ostatecznie, mimo przejściowych kłopotów z Paragwajem, Brazylia po kilkudziesięciu latach zdobyła Puchar Ameryki. Pokazała gre ofensywną, radosną i pełną rozmachu. W 8 meczach strzeliła aż 46 goli! co dało niewiarygodną przeciętną 5,75 na mecz! Brazylijczyk Jair da Rosa Pinto został z 9 golami pierwszym ,,arthilero” turnieju. Przetestowani zostali pozytywnie przyszli ,,mundialiści”. Przygotowania były dopięte na przedostatni guzik. Jednakże wnikliwi analitycy, bardziej sceptyczni i skłonni do dzielenia włosa na czworo, nie podzielali tych zachwytów. Zapamiętali dobrze bezradność brazylijskich wirtuozów w obliczu twardej obrony w pierwszym meczu z Paragwajem i zadali sobie pytanie: A co będzie jeśli Canarinhos na trafią na jeszcze twardszą? Ten właśnie problem szczególnie dogłębnie postanowiono przestudiować rok później w Urugwaju…
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
2
Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:
Dokładnie 10 lat temu(3 kwietnia 2012 r.) FC Barcelona pokonała na Camp Nou AC Milan 3:1(2:1) po dwóch golach Messiego i jednym Iniesty oraz po honorowym trafieniu Nocerino, w ramach rewanżowego meczu ćwierćfinałowego Ligi Mistrzów. Składy:
FC Barcelona: Valdes - Alves, Mascherano, Pique (Adriano, 75.), Puyol, Xavi (63.), Iniesta, Busquets, Fabregas (Keita, 78.), Messi, Cuenca
AC Milan: Abbiati; Abate, Mexès, Nesta, Antonini; Nocerino, Ambrosini, Seedorf (Aquilani, min.60); Boateng (Pato, min.69) [Maxi López, min.83]; Robinho, Ibrahimovič
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
6
Pewien urugwajski piłkarz Adhemar Canavessi poświęcił się by odczynić urok związany z jego udziałem w meczu finałowym na Olimpiadzie w Amsterdamie w 1928 r. Urugwaj czekał mecz z Argentyną. Canavessi wysiadł z autobusu wiozącego jego zespół na stadion i postanowił wrócić do hotelu. Za każdym razem, kiedy grał przeciwko Argentynie, Urugwaj przegrywał. Na dodatek w ostatnim starciu z tą drużyną strzelił samobója. W spotkaniu w Amsterdamie Urugwaj(bez Cavenassiego) wygrał. Dzień wcześniej Carlos Gardel śpiewał dla argentyńskich piłkarzy w hotelu, gdzie mieszkali. Wykonał po raz pierwszy tango zatytułowane ,,Dandy”, licząc że przyniesie im szczęście. Dwa lata później historia się powtórzyła: Gardel znów zaśpiewał reprezentacji ten sam utwór w przeddzień meczu finałowego MŚ 1930. Tym razem również wygrał Urugwaj! Większość wyklucza jakąkolwiek złą wole ze strony śpiewaka ale nie brakuje też takich, dla których był to jeszcze jeden dowód że tak naprawdę Gardel był Urugwajczykiem.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
6
My cules zawsze pamiętamy:
Feliz cumpleaños panie Salvador! Z okazji 81-tych urodzin.
3 kwietnia 1941 r. w L’Arboç urodził się Salvador Sadurni, legendarny bramkarz. Salvador Sadurni charakteryzował się potężną sylwetką i był ubrany niemal zawsze na czarno. Obok Ramalletsa i Zubizarrety prawdopodobnie największa legenda jaka stała w bramce FC Barcelony. Jako jedyny z tej trójki był wychowankiem Dumy Katalonii i nigdy jej nie opuścił (nie licząc rocznego wypożyczenia do Mataró). Jego idolem był Ramallets, który dał mu szansę, a do jego rozwoju przyczynił się również ówczesny trener Barçy- Kubala. Dzisiaj wspomina, że był on „najważniejszym trenerem w jego karierze”. Jako jeden z niewielu stosował specjalne treningi dla golkiperów. Sadurní trzykrotnie zdobył Trofeo Zamora ale miał również szansę na czwarte trofeum, lecz jego trener, Olsen, zdecydował się nie wystawić go w ostatnim spotkaniu. By zdobyć nagrodę zawodnik musiał rozegrać przynajmniej 22 mecze w sezonie. Po przyjściu Cruyffa, Sadurní zdobył z Barceloną jedyne mistrzostwo Hiszpanii. Miało to miejsce w sezonie 1973/74 i co ciekawe bramkarz opuścił pamiętne zwycięstwo 5:0 na Bernabéu z powodu kontuzji. Ostatni sezon spędzony w Barcie był najgorszy w całej karierze. Tak oto go wspomina: ,,trener Weisweiler nie chciał nawet o mnie słuchać i dał mi szansę jedynie pod koniec sezonu, gdy graliśmy w różnych wsiach. Tak źle to zniosłem, że nie chciałem już nic słyszeć o piłce nożnej’’. Salvador Sadurni rozegrał dla Dumy Katalonii 500 spotkań w tym 247 w La Liga. 1 września 1976 r. odbył się pożegnalny mecz Sadurniego, Rife oraz Torresa na Camp Nou przeciwko Stade Rennes wygrany 2:0.
Dziękujemy serdecznie za oddanie i wierność FC Barcelonie.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
0
Bezlitośni:
Jeden z Urugwajskich mistrzów świata, Pedro Petrone wyemigrował po mundialu w Urugwaju do Włoch. W 1931 r. zadebiutował we Fiorentinie, strzelając ponoć w swoim pierwszym meczu aż 11 goli! ale nie zagrzał długo miejsca w Italii. Zdobył tytuł najlepszego strzelca ligi włoskiej a Fiorentina gotowa była zaoferować mu wszystko czego zapragnął ale Pedro szybko znudziły się fanfaronady faszyzmu będącego u szczytu swojej potęgi. Nuda i nostalgia skłoniły go do powrotu do Montevideo, gdzie przez jakiś czas siał postrach wśród bramkarzy. Niespełna trzydziestoletni, musiał jednak porzucić futbol albowiem FIFA nałożyła na niego kare za niedotrzymanie kontraktu z Fiorentiną. Mówi się że Petrone mógł piłką burzyć ściany. Kto wie? Wiadomo z całą pewnością że po jego strzałach bramkarze mdleli i pękały i pękały siatki. Po drugiej stronie La Platy Argentyńczyk Bernabe Ferreyra również bombardował bramki z furią Posejdona. Kibice wszystkich klubów przychodzili specjalnie na stadion żeby obejrzeć la Fiera(Bestie). Piłka po jego strzałach, oddawanych z bardzo daleka, mknęła między obrońcami i wpadała do siatki często z bramkarzem. Przed, po i w trakcie meczów ze stadionowych głośników płynęło tango opiewające nieprawdopodobne kanonady tego zawodnika. W 1932 r. dziennik ,,Critica” zaoferował okrągłą sumke bramkarzowi, który zdoła powstrzymać Bernabe. Pewnego popołudnia tamtego roku zawodnik musiał w obecności dziennikarzy zdjąć swoje buty piłkarskie by przekonać ich że w czubkach nie ukrywa żelaznej sztabki.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
1
Czy wiecie że…
2 kwietnia, lecz 2013 r. FC Barcelona rozegrała mecz numer 500 w rozgrywkach międzynarodowych o stawke. Blaugrana zremisowała te spotkanie 2:2 w Paryżu z tamtejszym PSG w ramach ćwierćfinałowego starcia Ligi Mistrzów. Bilans wszystkich meczów wyniósł 279 zwycięstw, 114 remisów i 107 porażek. Ten bilans nadal mamy bardzo korzystny i niech już tak zostanie na zawsze.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
0
Blaugrana w europejskich pucharach:
2 kwietnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Köln 4:1 w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola w tym spotkaniu strzelił Marti Filosia. Natomiast hattrickiem w tym meczu popisał się znakomity pomocnik i kapitan Josep Maria Fuste.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
1
Wybitne legendy futbolu:
1 kwietnia 1927 r. urodził się Ferenc Puskas. Dla starszego pokolenia najlepsi piłkarze w historii to Pelé, Diego Maradona i Johan Cruyff, a młodsi bez zastanowienia wskazują na Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo. Warto jednak wiedzieć, że swego czasu po zielonej murawie biegał ktoś taki jak Ferenc Puskás – napastnik, którego na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiali się wszyscy obrońcy. „Galopujący Major”, jak nazywano go z powodu służby w węgierskiej armii, był zawodnikiem kompletnym, uznanym w 1953 roku przez czasopismo „World Soccer” za najlepszego na świecie. Ci, którzy śledzili wnikliwie jego grę twierdzą, że potrafił strzelać bramki z każdej odległości obiema nogami i głową, a także dysponował znakomitym przeglądem pola, pozwalającym mu notować wiele asyst. W latach 1945-56 zdobył dla reprezentacji Węgier 84 gole w 85 występach. Nigdy później Magiczni Madziarzy nie odnosili większych sukcesów, bo za takie trzeba uznać złoty medal olimpijski w 1952 roku oraz drugie miejsce na mundialu dwa lata później. ,,Jeszcze przed końcowym gwizdkiem strzeliłem wyrównującą bramkę ale sędzia liniowy wskazał pozycję spaloną” – wspominał Puskás finał mistrzostw świata z Niemcami, w którym Węgrzy prowadzili już 2:0, lecz ostatecznie polegli 2:3. – Nigdy mu tego nie wybaczę, chociaż na boisku się nie kłóciliśmy. Po prostu przegraliśmy i zwiesiliśmy głowy. W końcu arbiter ma zawsze rację. Po meczu pojawiło się mnóstwo plotek, że go sprzedaliśmy, ale to nonsens. Cały kraj był załamany tą porażką a piłkarze zostali poproszeni przez służby mundurowe o niepokazywanie się na ulicy dopóki sytuacja się nie uspokoi. Gdy wydawało się, że napędzani przez niesamowitego Puskása Magiczni Madziarzy na mundialu w 1958 roku znów powalczą o najwyższy laur, niecałe dwa lata przed szwedzką imprezą na Węgrzech wybuchła krwawa rewolucja, z powodu której Ferenc postanowił opuścić kraj i wyjechać do Hiszpanii. W odwecie rodzima federacja nałożyła niego osiemnastomiesięczną dyskwalifikację na wszystkich frontach. W razie powrotu do ojczyzny piłkarzowi groziła kara śmierci za dezercję, więc w kadrze narodowej nie wystąpił już nigdy więcej. Co ważne, „Galopujący Major” nie był w swojej decyzji odosobniony, ponieważ podobnie do niego postąpiło wielu kolegów po fachu czy trenerów. ,,Miałem wtedy już prawie trzydziestkę na karku, więc ta dyskwalifikacja brzmiała dla mnie jak wyrok. W pewnym momencie odezwali się jednak do mnie ludzie z Realu Madryt. Powiedziałem im, że jestem za gruby i chyba nie dam już rady grać zawodowo, ale następnego dnia pojawiłem się w Madrycie i odbyłem bardzo dziwną rozmowę z prezydentem klubu – Santiago Bernabéu. Nie mieliśmy tłumacza, więc ja mówiłem po węgiersku, a on po hiszpańsku. W pewnym momencie zacząłem gestykulować: „wszystko w porządku, ale spójrz na mnie – mam 18 kilogramów nadwagi”. Wtedy on odparł: „to już twój problem, a nie mój”.
Przed emigracją Ferenc spędził siedem lat w klubie Budapest Honvéd FC, dla którego w 164 występach zdobył 165 goli. Po owocnej karierze w ojczyźnie okraszonej sukcesami z reprezentacją można było przypuszczać, że gra dla Realu Madryt będzie dla Węgra jedynie krótkim przystankiem przed sportową emeryturą. Wszyscy, którzy tak uważali, okrutnie się jednak pomylili. W latach 1958-66 w barwach Los Blancos „Galopujący Major” rozegrał 180 spotkań i strzelił w tym czasie aż 156 bramek. Królewscy z nim w składzie sięgnęli po dziesięć trofeów: pięć mistrzostw Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Puchary Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Sam zainteresowany natomiast aż czterokrotnie wygrywał rywalizację o Trofeo Pichichi dla najlepszego strzelca La Liga. ,,W Madrycie nigdy nie czułem się obco i nie musiałem się wstydzić swojego pochodzenia. Jeśli gdzieś pojawialiśmy się z Los Blancos, to zawsze witały mnie małe grupki Węgrów. Uważali mnie za jednego ze swoich, ponieważ z powodu wydarzeń w 1956 roku ojczyznę opuściło około sto tysięcy moich rodaków. Cieszę się, że mogłem być częścią tej wielkiej drużyny. Atmosfera w zespole była wspaniała, a to jeden z kluczy do sukcesu. Obcokrajowcy odgrywali tu ważną rolę. Razem z Francuzem polskiego pochodzenia Raymondem Kopą i Argentyńczykiem Alfredo Di Stéfano ciągle ogrywaliśmy Hiszpanów w karty”. W finale Pucharu Europy w 1960 roku na Hampden Park w Glasgow Real Madryt rozbił Eintracht Frankfurt 7:3, a „Galopujący Major” ustrzelił w tym spotkaniu pokera (4 gole). Tymczasem węgierskie władze uważały go za zdrajcę ojczyzny. Zakazano transmisji spotkań Królewskich, a gazetom nakazano o ich węgierskim napastniku pisać tylko źle. Prawdziwi kibice na wszelkie możliwe sposoby szukali jednak relacji telewizyjnych z meczów Los Blancos oraz prawdziwych informacji o swoim idolu. ,,Po opuszczeniu Węgier przyrzekłem sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Zostałem naprawdę okropnie potraktowany po tym jak przez szmat czasu dawałem z siebie wszystko. Dwadzieścia pięć lat później zmieniłem zdanie i zdecydowałem się na powrót. Cieplejszego powitania na lotnisku nie mogłem sobie wymarzyć. To było niesamowite. Czułem się jak jakaś gwiazda muzyki pop”.- wspominał Węgier. Po zakończeniu kariery sportowej Ferenc Puskás został trenerem. Największe sukcesy odnosił z Panathinaikosem Ateny, z którym wywalczył dwa mistrzostwa Grecji oraz finał Pucharu Europy. Zmarł 17 listopada 2006 roku w wieku 79 lat.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
1
A to ci historia:
1 kwietnia 1977 r. Rinus Michels odsunął od drużyny Rexacha i Marciala. Hiszpanie postanowili więc wynająć boisko za 600 peset i trenowali indywidualnie przez 90 minut. Powodem problemów obu piłkarzy były wydarzenia z wcześniejszego weekendu. FC Barcelona przegrała w Burgos tracąc praktycznie szanse na tytuł mistrzowski a Rexach, Marcial i Neeskens udali się do Madrytu, mając na to zgode trenera Michelsa. W jednej z dyskotek Marcial spoliczkował gościa lokalu, który wykonał piłkarzom zdjęcie bez ich zgody. Hiszpan twierdził iż ,,nie uderzył go zbyt mocno i sam też oberwał ale nie pamięta od kogo bo w starciu uczestniczyło mnóstwo ludzi”. Marcial lamentował również że uderzona osoba poszła ,,wypłakać się na komisariat a on nawet nie zdążył wypić zamówionego whiskey”. Pikanterii sprawie dodawał fakt iż zarówno Marcial, jak i Rexach negocjowali nowe umowy w klubie. Dla pierwszego z nich oznaczało to koniec gry w Blaugranie i przejście do Atletico Madryt. Marcial Manuel Pina Morales(tak brzmi jego pełne nazewnictwo) jest jedynym piłkarzem w historii Primera Division, który strzelał gole Realowi Madryt w czterech różnych klubach. Udało mu się nawet strzelić 2 gole w jednym meczu z rzutów wolnych zarówno lewą jak i prawą nogą.
Wystarczył jeden(i to za zgodą trenera) wyskok aby usunąć z drużyny naprawdę wartościowego pomocnika. Szkoda że tak to się potoczyło.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
4
Ktoś pisząc że Real Madryt jest najlepszym klubem w Hiszpanii miał racje. Chodzi oczywiście głównie o tytuły mistrzowskie i Puchary Europy/Ligi Mistrzów. Taki stan rzeczy zawdzięczamy przedewszystkim kradzieży Di Stefano oraz nieudolnego zarządu na czele z prezydentem Enriciem Marti.
2
Dokładnie 23 lata temu reprezentacja Polski przegrała na stadionie Śląskim ze Szwecją 0:1 po golu Ljungberga w 5 kolejce eliminacji do Mistrzostw Europy w Belgii i Holandii. Ostatecznie Polacy zajeli 3 miejsce w grupie za Szwecją i Anglią, nie kwalifikując się nawet do baraży.
3
Było tak blisko:
31 marca 1946 r. FC Barcelona w dramatycznych okolicznościach straciła mistrzostwo Hiszpanii. W ostatnim meczu Duma Katalonii podejmowała FC Seville na Les Corts i potrzebowała zwycięstwa aby wyprzedzić swoich rywali w tabeli. Goście niespodziewanie objeli prowadzenie ale w 63 minucie do remisu doprowadził Jose Bravo Dominguez dając Blaugranie nadzieje. Katalończycy zamknęli rywala w polu karnym lecz nie zdołali zdobyć zwycięskiego gola. Mistrzostwo Hiszpanii powędrowało więc do Sevilli, jako jedyne w jej dotychczasowej historii.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
1
Wybitne legendy futbolu:
30 marca 1915 r. w Asuncion urodził się Arsenio Erico, najlepszy napastnik wszechczasów grający głową. 3-krotny król strzelców z rzędu ligi argentyńskiej: 1937(47 goli), 1938(43 gole), 1939(40 goli). Najlepszy snajper wszechczasów ligi argentyńskiej: 293 gole w 325 meczach. Karierę rozpoczął w miejscowym Nacionalu a w pierwszym składzie klubu zadebiutował mając zaledwie 15 lat. Na początku lat 30-tych Erico wchodził w skład drużyny piłkarskiej paragwajskiego Czerwonego Krzyża, która rozgrywała mecze na terenie Argentyny by zebrać fundusze na wojnę o Chaco. Z powodu świetnej gry podczas meczów towarzyskich w wymienionym tournée, podpisał z nim zawodowy kontrakt klub Club Atlético Independiente. Erico zadebiutował w lidze argentyńskiej 6 maja 1934 roku w wyjazdowym meczu Independiente przeciwko Boca Juniors (remis 2:2) i swoją grą a szczególnie świetnymi główkami szybko dorobił się przydomku "skaczący diabeł".
Tak wspaniały napastnik jak Arsenio Erico nigdy nie zagrał w reprezentacji swojego kraju chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju zaś zdaniem takiego autorytetu jak Di Stefano, w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 325 ligowych spotkaniach zdobył dla Independiente B. A. 293 gole, liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! W 1947 roku na krótko zasilił jeszcze szeregi Huracanu B. A. Był z całą pewnością graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby najwyżej iść Węgier Kocsis i Argentyńczyk Passarella. Przy wzroście 175 cm fruwał w powietrzu na wysokości poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzowi piłkę, którą zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością ,,nożycami’’(chilena, bicileta), z woleja, z powietrza czy z ziemi.
Jego ,,palomity”(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek a przy tym wszystkim uroczy kompan, skromny i koleżeński, powszechnie lubiany. W 1939 roku do Buenos Aires zawitał znakomity pisarz francuski Paul Morand, autor głośnego bestselleru ,,Palę Moskwę’’. Wybrał się na mecz Independiente i ujrzawszy w akcji powietrzne ewolucje Erico, zerwał się z miejsca i zakrzyknął w ekstazie: ,,Toż to Niżyński!’’ A Niżyński gwiazdor słynnych baletów Diagilewa, do dziś uchodzi za największego tancerza wszechczasów. I pomyśleć tylko że taki fenomen nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani’’! A to był za młody a to wynarodowił się tak długo mieszkając w Argentynie a to trener powątpiewał w jego ambicję… Kompletny absurd! W latach 1947-49 Arsenio występował w rodzimym Club Nacional Asunción i tam też zakończył swoją wspaniałą karierę.
Arsenio Erico pod względem jakości napastnika można śmiało stawiać na równi z samym Pele a znajdą się i tacy fachowcy(np. Di Stefano) jak i kibice, dla których Erico będzie najlepszym w historii futbolu!
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
0
@Zielu2001 No cóż, w Ameryce Południowej dobrze się prezentował, zwłaszcza jak był jeszcze młody. Pele go znał więc trudno się dziwić że go umieścił na swojej liście.
5
Niezwykłe przypadki Julio Cezara…
30 marca 1989 r. FC Barcelona zakontraktowała Julio Cesara Romero. Paragwajczyk popularnie zwany Romerito, był najbardziej nieudanym zakupem w erze Cruijffa i jednym z najgorszych w historii Dumy Katalonii. Johan postawił na niego dzięki świetnym występom we Fluminense, gdzie Romerito został wybrany najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej. Brazylijski klub miał ogromne długi wobec piłkarza, więc Blaugrana spłaciła te zobowiązania i pozyskała w ten sposób nowego napastnika. Dwa lata po przylocie do stolicy Kataloni Cruijff wystawił Paragwajczyka w miejsce Linekera w El Clasico. Pojedynek odbył się w dniu reelekcji Nuñeza na prezydenta i zakończył się bezbramkowym remisem a najlepszych okazji nie wykorzystał właśnie Romerito. Z każdym tygodniem Paragwajczyk grał mniej kończąc występy w Barcelonie po 7 spotkaniach i jednym golu w meczu o pietruszkę z Malagą. W 2011 r. został wraz z reprezentacją Paragwaju pierwszym mistrzem Świata w footvalley-jednej z odmian siatko-nogi. Jak widać nikt nie jest nieomylny a Romerito bardziej sprzyjała inna dyscyplina sportu.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
2
Trofea Dumy Katalonii:
30 marca 1988 r. FC Barcelona po raz 21 w historii zdobyła Copa del Rey. Na Estadio Santiago Bernabeu pokonała Real Sociedad San Sebastian 1:0. Zwycięskiego gola zdobył kapitan Blaugrany Jose Ramon Alexanco w 61 minucie. Dume Katalonii prowadził wówczas legendarny Luis Aragoñes.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
1
@kubix05 No dobrze ja to rozumiem, tylko uważam że Polacy są dla nas najważniejsi i to na nich trzeba się skupić w pierwszym rzędzie, zwłaszcza takie legendy jak Banaś, Wilimowski, Kałuża, Cieślik, Szymkowiak itd.
0
Do przodu Polsko! Do boju Polsko! Nie zginiesz nigdy póki o zwycięstwo grasz!
Wygrana będzie nasza, uwierzyć tylko chciej, Biało Czerwonych w sercu miej!
0
@kubix05 Halo, a Jan Banaś to gdzie?
4
Legendy polskiego futbolu:
29 marca 1943 r. urodził się Jan Banaś, prawoskrzydłowy. "Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Berlinie. Ojciec nazywał się Paul Helwig, był niemieckim żołnierzem, moją matkę poznał we Lwowie, gdzie pracowała przez półtora roku jako tłumaczka. Po moim urodzeniu przez kilka miesięcy mieszkaliśmy z mamą Berlinie, a potem przyjechaliśmy do jej rodzinnych Katowic" - mówił. Nazywał się wtedy Heinz-Dieter Banas. Potem został polskim Janem. Karierę zaczął w AKS-ie Mikołów, następnie był WKKF Katowice i Zryw Chorzów, powoływania do reprezentacji Polski juniorów, gdzie grał m.in. z Zygfrydem Sołtysikiem i Antonim Piechniczkiem. W 1962 roku trafił do Polonii Bytom. Tam osiągał pierwsze sukcesy. Z nią wygrał m.in Puchar Intertoto. I właśnie z tymi rozgrywkami jest związana sytuacja, która wpłynęła na piłkarskie życie Banasia. W 1966 roku przed meczem w Norrkoeping z miejscowym IFK, zdecydował się zostać za granicą. "Jeśli chodzi o wyjazd z 1966 roku, za sprawą stał mój ojciec, którego w Szwecji zobaczyłem pierwszy raz od 23 lat" - mówił Banaś. To on namówił syna, żeby nie wracał do Polski. Razem z nim nie wrócili także Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. "Pracował jako księgowy w klubie z niemieckiej ligi regionalnej w mieście Hof. Gdy podsunął mi jednak papier, żebym się zgodził, że z każdego mojego ewentualnego transferu 10 procent będzie szło na jego konto, nasze drogi się rozeszły" - dodał Banaś. Po trzech miesiącach młody piłkarz pojechał do Kolonii, gdzie trenował w 1.FC Koeln. Nie mógł jednak grać, ponieważ polskie władze sportowe zdyskwalifikowały go na dwa lata, wrócił więc do kraju. Po tej przygodzie zmienił oficjalnie pisownię nazwiska na takie, jakie znamy dzisiaj. Mógł występować ale za swoją postawę zapłacił. Przez cztery lata nie był powoływany do reprezentacji a potem, mimo że grał zarówno w eliminacjach igrzysk olimpijskich 1972, jak i w eliminacjach mistrzostw świata 1974 na turnieje finałowe nie pojechał. Oba były w Niemczech. W pierwszym przypadku miało chodzić o to, że podczas pobytu w Niemczech Banaś pobierał pieniądze od jednego z klubów, czemu sam zainteresowany zaprzecza, tłumacząc, że to było tylko drobne kieszonkowe. Zachodnioniemieckie media miałyby opisać całą aferę. "Otrzymaliśmy poufną informację, że mogą wystąpić oficjalnie do MKOl-u, podważając amatorski charakter naszej reprezentacji, gdyby Jasio zagrał w turnieju" - cytował trener Kazimierz Górski słowa Wiesława Ociepki, szefa PZPN-u a zarazem członka KC PZPR-u i ministra spraw wewnętrznych, w swojej książce "Pół wieku z piłką". Z kolei w przypadku MŚ Banaś miał na nie niepojechać, ponieważ latem 1973 roku, podczas tournee po USA, Górski dowiedział się, że zawodnik zamierza wzmocnić jedną z tamtejszych drużyn. Selekcjoner wiedząc, że nie może na niego liczyć, nie powołał Banasia na mecze eliminacyjne MŚ z Walią w Chorzowie i Anglią w Londynie. "To nieprawda. Z nikim wówczas nie rozmawiałem o grze w USA" - tłumaczył jednak sam zawodnik. Właśnie podczas tego wyjazdu ostatni raz wystąpił w reprezentacji Polski, w której grał od 1964 roku. W tym czasie Banaś był już podstawowym piłkarzem Górnika Zabrze. Przeszedł do niego w 1969 roku. Transfer "największy wtedy w Polsce" z silnej Polonii Bytom do jeszcze mocniejszego zespołu zaowocował wywalczeniem dwóch mistrzostw Polski i trzech Pucharów Polski. Grał też w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, kiedy Górnik przegrał z Manchesterem City 1-2. Porównywano go czasami do George'a Besta, Irlandczyka z Ulsteru, w tym czasie gwiazdy Manchesteru United i jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. "Też miałem, ciemne, długie, kręcone włosy, śledziłem, jakie nosi ciuchy. Jak on grałem na prawym skrzydle, też lubiłem dryblować. Pod tym względem jeszcze większym mistrzem był mój inny idol, Brazylijczyk Garrincha" - mówił Banaś. I podobnie jak Best miał powodzenie u kobiet. "Pewnie imponowało im, że mogą pokazać się z piłkarzem, reprezentantem Polski? Miałem łatwiej, one zdawały sobie sprawę, z kim się zadają, byłem znany, wiadomo, prasa, telewizja. Znały nazwisko Banaś, wiedziały, że gram w Górniku" - mówił. "Z piętnaście razy mogłem już przed ołtarzem stać, większość chciała mnie usidlić. Ciągle kalkulowałem, co nimi kieruje: czy są ze mną dla mnie czy dla pieniędzy?" - dodał. W Zabrzu występował do 1975 roku, a potem w końcu wyjechał za granicę. Najpierw to były polonijne kluby w Stanach Zjednoczonych, następnie Meksyk (Atletico Espanol) i Francja, gdzie m.in. ze względu na stan wojenny spędził 13 lat, grając w tamtejszych drużynach. Do Polski wrócił w 1993 roku. Tutaj imał się różnych zajęć - od pracy z młodzieżą w Gwarku Zabrze po gastronomię. Mieszka w Zabrzu, nieopodal stadionu Górnika.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
0
@sokot O takiej historii to pierwsze słysze? Możesz podać jakieś źródło tej historii na potwierdzenie?
5
Feliz cumpleaños panie Marc!
Dzisiaj swoje 49 urodziny obchodzi Marc Overmars, jeden z najlepszych prawonożnych lewoskrzydłowych w historii piłki nożnej. Podczas swojej bogatej kariery, Overmars błyszczał na boisku, jak nikt inny. Nieważne czy było to Go Ahead Eagles, Willem II, Ajax, Arsenal czy wielka FC Barcelona. Właśnie w tych klubach cieszył świat swoimi dryblingami. Dobry technicznie, szybki, wydawałoby się, że płuca miał ze stali. Jako prawonożny zawodnik, wystawiany był najczęściej na lewym skrzydle, co przynosiło spory efekt. Łamanie akcji do środka i oddawanie strzałów ze swojej teoretycznie lepszej nogi sprawiło, że Overmars strzelił w swojej karierze kilka ważnych bramek w ten oto sposób. W drużynie Dumy Katalonii Overmars grał przez cztery sezony. W 2001/02 był podstawowym zawodnikiem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. W tej historii są również polskie akcenty. W jednym z meczów Champions League, pokonał Jerzego Dudka na Anfield Road, a w ćwierćfinale rozgrywek odprawił Panathinaikos Ateny. W drużynie Koniczynek występowali wówczas: Krzysztof Warzycha oraz Emmanuel Olisadebe. Podczas pobytu w Hiszpanii, nie zdobył żadnego trofeum. Na domiar złego, przez liczne urazy kolan i kostek, został zmuszony do zakończenia swojej przygody z profesjonalnym futbolem w wieku 31 lat.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman
0
@NaFazieHitman Niestety nie wiem jakby to miało wyglądać te ,,ukrywanie tekstu w komentarza"? Musiałby mi to ktoś pokazać. Tak poza tym to w jakim sensie komuś przeszkadza długi tekst? Przecież pełno jest w internetach długich a nawet i dłuższych tekstów. Mnie to kompletnie nie przeszkadza...
1
@kubix05 Tym razem zapomniałeś o panu Zdzisiu :)
1
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
28 marca 1955 r. w Gdyni urodził się Zdzisław Rozborski, pomocnik, 2-krotny mistrz Polski z Widzewem Łódź. ,,Znacie Brazylijczyka Zito? W moim dzieciństwie był legendą. Tak na mnie zaczęli wołać na podwórku i byłem zaszczycony. Do dzisiaj nic się nie zmieniło”- informuje Zdzisław ,,Zito” Rozborski. Zito to słynny pomocnik Canarinhos, 2-krotny mistrz Świata. Grał w jednej drużynie z takimi geniuszami jak Garrincha, Pele czy Zagalo. ,,Od bardzo dawna mieszkam we Francji, teraz jestem trenerem amatorskiej drużyny i wszyscy w klubie mówią do mnie ,,coach Zito”. Inna sprawa że w tym kraju zawsze trudno było liczyć na poprawną wymowę mojego prawdziwego imienia”- śmieje się pan Zdzisław. Był filarem Wielkiego Widzewa, który eliminował z pucharów Juventus, Liverpool i inne zacne piłkarskie firmy. Od 1977 do 1983 wystąpił we wszystkich rozgrywanych w tamtym okresie 22 meczach widzewiaków w europejskich pucharach! To również czyni go wyjątkowym zawodnikiem w historii klubu. ,,Za to nigdy nie zagrałem w reprezentacji Polski. I wiecie co? Gdyby ktoś mi proponował pół meczu czy cały mecz w kadrze narodowej za te wszystkie niezapomniane przeżycia w europejskich pucharach, nie poszedłbym na taką wymiane. W Widzewie piłkarsko się spełniłem. Ja filarem Widzewa? Mogę potwierdzić pod warunkiem że tych filarów było znacznie więcej. Nawet po latach to odkrywam . Kiedyś obejrzałem rewanżowy mecz Widzewa z Liverpoolem(2:3) w Pucharze Mistrzów, który dał nam awans do półfinału. I dopiero zauważyłem jak kapitalnie na środku obrony grał Roman Wójcicki. Klasa światowa! Oczywiście ceniliśmy go zawsze ale powinniśmy chyba jeszcze bardziej! Takich właśnie chłopaków mieliśmy w Widzewie, dlatego czuję się zakłopotany, gdy ktoś mi przypisuje szczególną role”- podkreśla Rozborski. Po głośnej aferze na Okęciu w listopadzie 1980 r. sankcje dosięgły Józefa Młynarczyka i Zbigniewa Bońka. W rundzie wiosennej nie mogli grać a Widzew bił się o mistrzostwo Polski. W środku pola potrzebował liderów. Sporo więcej na swoje barki musiał wziąć ,,Zito” Rozborski. Harował w drugiej linii ale bywało że strzelał ważne , decydujące o zwycięstwach gole. Po bezbramkowym remisie z Zagłębiem Sosnowiec widzewiacy zdobyli pierwszy w dziejach tytuł. To był spory wyczyn bo przecież wiosną brakowało w składzie dwóch legend klubu. ,,No i właśnie tu musiałaby się zacząć opowieść o słynnym widzewskim charakterze. Nikogo nie musze chyba przekonywać że piłkarsko najlepszy był Boniek. Należało pilnie znaleźć zastępstwo, więc rozłożyliśmy jego obowiązki na kilka osób i daliśmy rade”- opowiada pan Zdzisław. Rozborskiego i Bońka los chętnie skazywał na siebie. Jesienią 1973 r., niecały miesiąc po słynnym remisie Polaków na Wembley, taki sam wynik(1:1) padł w drugoligowym meczu Bałtyku Gdynia z Zawiszą Bydgoszcz. Dla gospodarzy gola zdobył 18-letni Rozborski, dla Zawiszy 17-letni Boniek. Do Łodzi przyszli praktycznie w tym samym czasie. Przy czym Boniek prosto z Zawiszy a ,,Zito” z Górnika Zabrze. Z każdym wielkim meczem Widzewa upewniał się że trafił w odpowiednie miejsce, ponieważ wcześniej wybrał jednak jednak znacznie gorzej, kiedy jako nastolatek wylądował przy Roosvelta. ,,Przyjechałem z Bałtyku Gdynia, miałem tylko drugoligowe doświadczenie. Ależ to był dla mnie skok! W Górniku kończyła się pewna era, którą znałem z telewizora, z legendarnych meczów zabrzan w europejskich pucharach, z hegemonii w polskiej lidze. Tyle że to był naprawdę koniec, wygasało coś wielkiego, czego symbolem był także Lubański, który leczył już ciężką kontuzje. Żółtodziób znad morza tuż po Mundialu w RFN wchodził do drużyny, w której było 4 medalistów mistrzostw Świata: Fisher, Gorgoń, Wieczorek i Szarmach. Poza tym kilku innych twardych śląskich chłopów z Janem Wrażym na czele. Z Górnika przeniósł się do Łodzi bo najwyraźniej spodobał się trenerowi Jezierskiemu, zapewne jeszcze w drugiej lidze, gdzie jego Bałtyk rywalizował z Widzewem. ,,To nie było tak że przyszedłem z wielkiego Górnika do Widzewa i w Łodzi witali mnie z kwiatami. Musiałem ciężko zapieprzać, bardzo ciężko. Widzew potrzebował świeżej krwi bo w przypadku Pyrdoła, Chodakowskiego, Kostrzewińskiego to już się robiła ,,końcóweczka”, panowie mieli powyżej trzydziestki”- tłumaczy Rozborski. On i Boniek mieli pomóc. Młodzi, gniewni, ambitni i dużym talentem. Zwłaszcza Boniek ale przecież Rozborskiego nie na darmo nazwali ,,Zito”, no z czegoś to wynikało. ,,Potem przyszedł też Mirek Tłokiński i każdy chciał się wykazać, nikt nikomu nie odpuszczał. W szatni Widzewa było wielu charakternych chłopaków, to i narodziła się drużyna z charakterem. Moje relacje ze Zbyszkiem? Bardzo dobre i będę to powtarzał do końca życia. Nie zmienia to faktu że w szatni bywało gorąco i to bardzo gorąco, nie dało się wytrzymać! Oczywiście mam na myśli kaloryfery”- żartuje. Za chwile poważnieje. ,,To prawda, w przerwie meczu potrafiliśmy sobie skoczyć do oczu. Kibice oczywiście nie mieli pojęcia że czasem między nami niemal dochodziło do rękoczynów. Oj, niekiedy robiło się ostro. Myśmy nie cierpieli przegrywać w treningowych gierkach a co dopiero w lidze. I stąd wzajemne pretensje że ty zrobiłeś to źle a ty tamto. A najlepsze że potem rachunek płacił przeciwnik. Byliśmy tak nabuzowani po ,,wymianie zdań” w szatni że wychodziliśmy na drugą połowe i w tej złości odwracaliśmy losy meczu”- opowiada nasz bohater. Rósł z Widzewem ale do kadry jakoś nie dorósł. ,,Dopóki w kadrze grali Maszczyk, Kasperczak czy Deyna, nie było o czym mówić bo to wielcy piłkarze i wielka drużyna. Później jednak zaczęło nowe pokolenie: Kupcewicz, Ciołek, Miłoszewicz. Czasem trudno mi było zrozumieć, dlaczego w kadrze jest piłkarz X, Y a ja nie dostaje choć jednej szansy, mimo że tak dobrze radzę sobie w europejskich pucharach”- wspomina po latach Rozborski. Nie udało się w kadrze a i na zagraniczny wyjazd musiał długo czekać. Gdy już wyjechał, to na granie przedemerytalne. ,,Widzewiacy dostawali dobre transferowe propozycje, o których dowiadywali się dopiero po latach. Mnie na przykład chciało Leeds United. Pojawiła się podobno konkretna oferta ale nie było żadnych szans na zgode. Miałem wtedy chyba 26 lat. Oczywiście wiem że limit wieku umożliwiający wyjazd za granice był wyższy, lecz umówmy się: była to tylko kwestia dobrej ceny. Jak wszyscy ważni ludzie dostawali z tego kasę, dawali zielone światło. Boniek miał 26 lat i poszedł do Juventusu”- wspominał Zdzisław Rozborski.
@AssisMoreira
@NaFazieHitman