6

Brazylia kocha futbol. Jednak ta miłość nie zawsze zostaje odwzajemniona. Na tysiąc małych chłopców, którzy spełniają swoje marzenia o profesjonalnej karierze, przypada co najmniej 10 tysięcy zapaleńców, którzy na marzeniach muszą poprzestać. Historia zna jednak przeróżne przypadki. Na przykład kiedyś zdarzyła się sytuacja, w której niejaki Mario de Castro pokochał futbol a patrząc na jego boiskowe dokonania, była to miłość odwzajemniona. Pomimo olbrzymiego talentu, potwierdzonego niewyobrażalną liczbą strzelonych goli, Brazylijczyk porzucił swoją miłość. Jak do tego doszło? Miłość do futbolu Mario była od początku specyficzna. Urodzonemu w 1905 roku Brazylijczykowi wszystko przychodziło łatwo. Bramki strzelał jak na zawołanie i kiedyś powiedział nawet, że nie pamięta żadnego meczu, w którym nie wpisałby się na listę strzelców. A przecież, żeby w pełni docenić miłość, trzeba najpierw poświęcić wiele czasu i pracy, żeby ją uwieść. Dla Castro sztuka uwodzenia była równie potrzebna, jak młodemu mężczyźnie viagra przy spotkaniu z nagą Jennifer Lawrence. On po prostu wychodził na boisko jak po swoje, pozwalał przejąć kontrolę instynktowi, po czym robił, na co tylko miał ochotę, bo wiedział, że nikt go nie będzie w stanie zatrzymać. Urodzony 30 czerwca 1905 roku w miejscowości Formiga w stanie Minas Gerais Mario od początku przejawiał niebywały talent. Jednak jego matka nie chciała, żeby grał w piłkę. W tamtych czasach mało kto dorabiał się na futbolu, więc to naturalne, że chciała dla syna czegoś więcej, zwłaszcza że ten uczył się bardzo dobrze. Widziała w nim lekarza i pewnie za jej sugestią posłuszna latorośl zdecydowała się na studia medyczne. Wówczas nie wiedziała, że jej syn wcale nie zrezygnował z futbolu. Gdyby żył jego ojciec, być może wybiłby by mu futbol z głowy raz na zawsze, lecz Mario od wczesnych lat młodzieńczych był sierotą, a matka musiała też pilnować całej czwórki dzieci. I tak niesforny małolat codziennie się wymykał, by grać w piłkę, a że wychodziło mu to coraz lepiej, to zainteresowało się nim Atletico Mineiro. Młody zawodnik nie chciał swojej rodzicielce sprawić przykrości, więc choć zgodził się na grę w klubie z Belo Horizonte, to jednak zdecydował się grać pod przydomkiem Oriam. Debiut Oriama przypadł na mecz z lokalnym rywalem – Ameriką. Spisał się wyśmienicie — strzelił trzy bramki, a jego zespół wygrał 6:0. Ten mecz wcale nie był wyjątkiem. Żółtodziób szybko przyzwyczaił kibiców do niebywałej skuteczności, a oni uwielbiali go ze względu na niesamowite dryblingi oraz niezwykle precyzyjne strzały. Legenda przenoszona z ust do ust głosi, że Castro zawsze strzelał celnie. Jego doskonała gra przełożyła się na sukcesy „Kogutów”. Już w 1926 roku klub sięgnął po mistrzostwo stanu Minas Gerais. A to miał być dopiero początek. W kolejnych latach Mario de Castro dalej imponował skutecznością. Godnie towarzyszyli mu przy tym Said Paulo Arges i Jairo de Assis Almeida. Ta trójka stworzyło atak, o którym mówiono „Nie święta trójca”(O Trio Maldito). Co ciekawe, każdy z tego tria był studentem. Jairo, tak jak Mario, studiował medycynę a Said studiował prawo. Trójka intelektualistów budziła postrach w całej Brazylii, lecz nie jest prawdą, że kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. Atletico Mineiro ponownie zostało mistrzem stanu Minas Gerais w 1927 roku, ale w kolejnych dwóch rozgrywkach Mario i spółka musieli zadowolić się drugim miejscem, uznając wyższość zespołu Palestra Italia(później Cruzeiro). Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w 1930 roku. Wówczas Palestra zwyciężyła po raz trzeci, a Atletico próżno szukać w pierwszej czwórce. Rok później los znów się uśmiechnął do „Kogutów”. Jednak trzeba powiedzieć, że ten los nie dawał się łatwo przekonać. W meczu decydującym o tytule mistrzowskim Atletico przegrywało już 0:3 z zespołem Villa Nova. Po przerwie zadziałał instynkt Mario. 26-letni wówczas Brazylijczyk poszedł jak po swoje, strzelił cztery bramki i tym samym zapewnił swojej drużynie zwycięstwo, które dawało tytuł mistrzowski. To był jeden z najpiękniejszych dni w historii Atletico oraz dla samego Mario. W jednej chwili najlepszy dzień stał się najgorszym.

Po meczu doszło do zamieszek. Nie było w tym czegoś niezwykłego, w Brazylii często dochodziło do utarczek między kibicami. Jednak tym razem sprawy posunęły się o wiele za daleko. Źródła nie opisują szczegółowo tego, co się wydarzyło, ale wiadomo, że w wyniku tych zamieszek jeden z pracowników klubu wyciągnął broń i śmiertelnie postrzelił kibica Villa Nova. Mario, który był świadkiem tego zdarzenia, podjął natychmiastową decyzję— już nigdy nie zagram w piłkę nożną. W momencie zakończenia kariery Mario de Castro miał sto występów w koszulce Atletico Mineiro, w których strzelił 195 bramek. Jego skuteczność to 1,95 bramki na mecz! Dla porównania skuteczność innych supersnajperów przedwojennej epoki — Josefa Bicana i Portugalczyka Peyroteo to odpowiednio 1,62 i 1,59 bramki na mecz. Jedyne, co wydaje się rysą na szkle Mario to kariera reprezentacyjna, w której piłkarz nigdy nie zagrał. Wytłumaczenie okazuje się bardzo proste — w tamtych czasach do kadry Canarinhos trafiali wyłącznie zawodnicy z Sao Paulo i Rio de Janeiro. Mimo tego trener reprezentacji Brazylii w 1930 roku, Rodrigues Pindaro de Carvalho, zaoferował mu miejsce w kadrze na Mistrzostwa świata. Kiedy Mario dowiedział się, że ma być tylko rezerwowym, bo Rodrigues widział w pierwszym składzie 18-letniego napastnika Botafogo, Carlosa Dobberta de Carvalho, znanego jako Leite, grzecznie odmówił selekcjonerowi. Kariera Mario się skończyła, zanim na dobre się rozkręciła. Mógł być dla Brazylii tym , kim później stał się Leonidas, ale po pierwsze nie pochodził z Rio de Janeiro, tak jak „Czarny diament” i nigdy nie miał okazji zagrać na mundialu, a później wybrał życie bez futbolu. Poukładał je sobie całkiem nieźle. Ożenił się z jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły w Brazylii medycynę i miał z nią dwójkę dzieci oraz adoptował trzecie. Wraz z żoną przez wiele lat pracowali w swoim zawodzie. Czy tęsknił za piłką? Pewnie tak, ale nigdy nie udało mu się wyrzuć z pamięci widoku umierającego kibica Villa Nova.

@AssisMoreira

0

@Danny Gaucho Pozbycie się Yerrego Miny to była największa głupota zarządu. Ten piłkarz z pewnością godnie zastąpił by Umtitiego a kto wie czy nawet i nie Pique. No i nie byłoby potrzeby ściągać tego ofermy Lengleta. Tak na marginesie co oznacza słowo hype?

5

Czy wiecie że…

9 marca 1996 r. padł gol ligowy numer 4000 dla FC Barcelony. Zdobył go Guillermo Amor w przegranym 4:1 wyjazdowym meczu z Valencia CF. Ten pomocnik był jednym z pierwszych piłkarzy ukształtowanych w La Masíi, do której trafił w wieku 12 lat. W ciągu dekady spędzonej na Camp Nou zdobywał bramki, które zapisały się w pamięci wielu culés.

@AssisMoreira

6

Ciężkie przeżycia dla cules:

8 marca 2005 r. FC Barcelona przegrała na Stamford Bridge z Chelsea 4:2 w rewanżowym spotkaniu ⅛ Ligi Mistrzów. Barça broniła wówczas jednobramkowej zaliczki z pierwszego meczu, lecz rewanż zaczął się fatalnie. Do 17 minuty gospodarze strzelili aż 3 gole i totalnie rozbili drużynę Rijkaarda. Bodaj przy pierwszym golu dla Chelsea, banalny błąd popełnił Xavi, tracąc piłke w środku pola. W 26 minucie ręką w polu karnym zagrał gracz ,,The Blues” i karnego wykorzystał Ronaldinho. W 38 minucie ponownie ,,Ronnie” strzelił gola i to jakiego? To była magia… Wynik 3:2 dawał oczywiście Blaugranie awans do ćwierćfinału, jednak pomimo kilku dogodnych szans Barçy, to Chelsea w 76 minucie ze stałego fragmentu gry strzeliła gola i awansowała dalej. Ten gol na 4:2 nie powinien być uznany ponieważ Victor Valdes był przytrzymywany przez Ricardo Carvalho, lecz Pierluigi Collina uznał gola, czym rozsierdził nie tylko mnie ale i wszystkich cules! Pamiętam jak nagrywałem ten mecz(pierwszy na Camp Nou również) na płyte wielonagrywalną, mając nadzieje na wspaniałą pamiątke zwłaszcza po golu Ronniego. Ależ byłem wkurwiony jeszcze na drugi dzień. Pamiętam jak dziś że z rana nie miałem ochoty na żadne śniadanie, zupełnie na nic. Ba! Mało nie rozjebałem szafek w kuchni waląc w nie pięścią! Nie dziwcie się, to był mój pierwszy sezon miłości do Barçy…


@AssisMoreira

1

@Lola120 Odpadliśmy ponieważ zabrakło charakteru, koncentracji i woli walki. Poza tym ta ,,cudowna remontada" to w dużej mierze zasługa sędziów. Wcale nie byliśmy lepsi w tym dwumeczu z PSG, co pokazała bezsilność w dwumeczu z przeciętnym Juventusem, gdzie nie strzeliliśmy nawet jednego gola!

4

Wybitne turnieje świata:

7 marca 1959 r. Argentyna rozgromiła Chile 6:1(4:1) na Estadio Monumental w Buenos Aires. Ten mecz zainaugurował 26 edycje Copa America. Miejscem zmagań o Puchar Ameryki po raz siódmy było Buenos Aires, historyczna kolebka tej imprezy. Monumentalny stadion otworzył podwoje dla 85 tys. widzów, po cichu marzących o wielkim rewanżu za doznanie rok wcześniej upokorzenia. Gospodarze chcąc zmazać palące wspomnienie szwedzkiej ,,verguenza” czyli hańby i wstydu, kompletnie zmienili zespół. Złamany druzgocącą, nie zawsze sprawiedliwą krytyką odszedł legendarny Guillermo Stabile, pod wodzą którego Albicelestes 6-krotnie zdobywali Copa America! Stworzono szkoleniowy tercet: Victorio Spinetto, Jose della Torre i Jose Barreiro, wspomagany przez grono wytrawnych specjalistów. Ostatecznie szefem trenerskiego triumwiratu został Spinetto, świetny środkowy pomocnik Velez Sarsfield i Independiente, którego nieszczęściem był nadmiar znakomitości na tej pozycji, toteż mimo niewątpliwej klasy w reprezentacji grywał nie często. Obdarzony wybuchowym temperamentem bywał nawet wyrzucany z boiska, lecz miał też niezwykły autorytet i moralną charyzmę, czyniąc zeń postać, jakich niewiele zna historia argentyńskiego futbolu. Po raz pierwszy w dziejach zorganizował on długie zgrupowanie w górach nie opodal Mendozy. Klimatyczne warunki sprzyjały ładowaniu akumulatorów, czym zajmował się wybitny fachman w tym zakresie, nasz rodak z pochodzenia, Adolfo Mogilewski, który pomagał jeszcze Stabilemu w 1955 roku. Zmusił on argentyńskich indywidualistów do ciężkiej pracy a co ważniejsze, metodycznej pracy, niezwykle przy tym urozmaiconej. Oprócz zajęć typowo futbolowych, piłkarze grali w kosza, siatkówkę oraz dużo pływali. Mogilewski starannie dbał o diete i higieniczny tryb życia. Ze starego składu pozostali tylko genialny drybler Corbatta, rutynowany obrońca Lombardo i równie doświadczony pomocnik Mouriño. Szkielet drużyny tworzyli zawodnicy mistrza kraju Racingu: bramkarz Negri, obrońca Murua oraz napastnicy Corbatta, Pizzuti, Manfredini, Sosa, i Belen. Cennym uzupełnieniem był masywny i twardy niegdyś Dellacha, stoper Bernardo Griffa, pracowity pomocnik polskiego pochodzenia Ladislao Cup oraz drobny, zwinny łącznik Calla z Boca Juniors. Na zmiany wchodzili też nieokiełznany drybler Guenzatti i mający zadatki na groźnego strzelca Juan Jose Rodriguez z Boca Juniors. Ton grze nadawali ,,akademicy” z Racingu. Z kolei szybki obrońca Boca Juniors, Juan Carlos Murua zasłynął dżentelmeńskim gestem, kiedy dostrzegłszy kątem oka wijącego się z bólu Paragwajczyka, wybił piłke na aut. Wzbudziło to aplauz trybun, nie wiedzących przecież, iż identycznym gestem w Brazylii popisał się nieco wcześniej legendarny Garrincha. Gwoli ścisłości Argentyna wygrała z Paragwajem 3:1. Nie było w ekipie Albicelestes(oprócz Corbatty) gwiazd godnych stanąć w jednym rzędzie obok minionych sław tej miary co Moreno, Pedernera czy Sivori. Jednak był to właśnie zespół w pełnym słowa znaczeniu zwarty, silny psychicznie, zmobilizowany, doskonale wybiegany i przygotowany fizycznie do trudów długiego turnieju. Tymi walorami Argentyńczycy górowali nad rywalami, z opromienioną mistrzowskim złotem Brazylią włącznie. Atmosfera w drużynie była wspaniała. Krótko przed meczem z Urugwajem cała ekipa zebrana w szatni dodawała sobie ducha chóralnym śpiewem przy akompaniamencie akordeonu. Z kolei Canarinhos przywieźli do Buenos Aires niemal w komplecie ,,szwedzkich” bohaterów sprzed roku. Zabrakło tylko Vavy, którego jednak udanie zastąpił Valentim z Botafogo, strzelec hattricka w wygranym meczu z Urugwajem. Obie drużyny miały zadawnione porachunki, które postanowiły ,,uregulować” właśnie przy tej okazji. Rozpoczeło się od kilku względnie niewinnych incydentów, które rychło przekształciły się w regularną bijatykę. Stopniowo dołączali do niej rezerwowi, trenerzy i personel pomocniczy. Słynny łysy masażysta Brazylijski Americo, swój zawodowy kunszt wypróbował osobiście na Williamie Martinezie, powalonym przezeń na murawę i cudem uratowanym od uduszenia. Wreszcie do akcji musiały wkroczyć dodatkowe siły argentyńskiej policji. Dopiero po pół godzinie jako tako opanowano sytuację i mecz potoczył się dalej, jak gdyby nigdy nic, chociaż już tylko z udziałem 18 zawodników, bowiem pozostałych czterech sędzia usunął z boiska. Trzeba przyznać że(pomijając ten skandaliczny epizod) mistrzowie świata potwierdzili swą klase. Garrincha rywalizował z Corbattą o miano najlepszego dryblera kontynentu. Didi po profesorsku kierował grą, zaś sam Pele udowodnił wszem i wobec że istotnie jest futbolowym fenomenem. Strzelił jednego gola z Peru, dwa z Chile, jednego z Boliwią, popisał się hattrickiem w meczu z Paragwajem oraz jednego gola w decydującym meczu z Argentyną. Te 8 goli dało mu(w jedynym występie w Copa America) tytuł ,,goleadora”. Jednak nawet jego kapitalne popisy nie zapewniły Brazylii prymatu na kontynencie. Punkt stracony z Peru kosztował ją akurat tyle, by dać się minimalnie wyprzedzić gospodarzom, nad którymi w bezpośrednim pojedynku górowali techniką, lekkością i swobodą. W innych ekipach pojawiło się paru interesujących zawodników. Do elity powrócił Paragwaj. Talentem błysnął obrońca Juan Vicente Lazcano a także strzelec hattricka w meczu z Boliwią, malutki, krągły Cayetano Re, którego snajperskie predylekcje postanowili wykorzystać trenerzy FC Barcelony. W Chile dobrze zaprezentowali się przyszli bohaterowie MŚ 1962, przytomny stoper Raul Sanchez i ofensywny pomocnik o potężnym strzale z dystansu, Eladio Rojas. Ich walory wystarczyły do pokonania 1:0 Urugwaju, dziwnie apatycznego i ospałego. Być może Celestes byli już myślami przy turnieju ,,extraordinario”, który za kilka miesięcy miał się odbyć w Ekwadorze. Tak czy owak sprawili wielki zawód, chociaż we wspomnianym meczu z Brazylią objawili wybitne zdolności pięściarskie. Przeżycia te przypłacił utratą zdrowia i krańcowym załamaniem trener a przede wszystkim mistrz świata z 1930 Hector Castro. Nieźle wypadło za to Peru, którego linia napadu grała efektownie i z polotem. Oprócz znanych już asów jak Gomez Sanchez, Terry czy Seminario, powszechne uznanie wzbudzili dwaj kolejni piłkarze a mianowicie Miguel Angel Loayza oraz Juan Joya. Tak więc w 1959 roku Brazylia zachowała honor ale to Argentyna obroniła tytuł mistrzów Ameryki, remisując w ostatnim meczu z Canarinhos 1:1 po golach Pizzutiego i Pelego.


@AssisMoreira

5

Rekordy Blaugrany, rekordy Messiego:

Mija dokładnie 10 lat(7 marca 2012 r.) gdy Lionel Messi ustanowił rekord Ligi Mistrzów. Podczas meczu rozgrywanego na Camp Nou z Bayerem Leverkusen(wygranym 7:1), Leo strzelił aż 5 goli! Pozostałe 2 gole strzelił Christian Tello. Jednak 2,5 roku później rekord ten wyrównał były zawodnik Szachtara Luiz Adriano, który 5 goli wbił przeciwko Bate Borysów. Wprawdzie nie oglądałem meczu na żywo ale nagrałem go później na płytke z powtórki bodaj bodaj na TVP Sport. To się nazywa pamiątka.


@AssisMoreira

2

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

7 marca 1957 r. Urugwaj pokonał Ekwador 5:2(2:2) na Estadio Nacional w Limie. To był mecz otwarcia 25 edycji Copa America. Większość historyków futbolu starszej daty skłania się ku opinii iż prawdziwą chwałę rozgrywkom Copa America, porównywalną pod względem poziomu i atrakcji ze ,,złotą dekadą” lat 40-tych przywrócił dopiero turniej w Limie. Po pierwsze była to pierwsza w dziejach piłki latynoamerykańskiej impreza filmowana tak obszernie że zapis na taśmie pozwala istotnie wyrobić sobie niezłe wyobrażenie o tym, co się działo na murawie Estadio Nacional. Po drugie, nigdy jeszcze frekwencja nie dopisała w takim stopniu. Wystarczy powiedzieć iż żaden z meczów nie zgromadził mniej niż 40 tys. widzów a przeciętna wahała się w granicach 50 tysięcy! Po trzecie, po różnych doświadczeniach organizatorzy zapewnili kompletną obsade sędziowską z Europy. Tradycja zapraszania arbitrów europejskich miała w Ameryce swoje uzasadnienie. Miejscowi sędziowie niejednokrotnie nie potrafili sobie poradzić z niesfornymi piłkarzami, często też kwestionowano ich kompetencje i bezstronność. Po czwarte turniej w Limie stał się symboliczną sztafetą pokoleń. Po raz ostatni o Copa America walczyły żywe legendy, najwybitniejsi przedstawiciele pokoleń, właśnie schodzących z areny: Brazylijczyk Zizinho, Argentyńczyk Nestor Rossi, Kolumbijczyk Efrain Sanchez, Peruwiańczyk Valeriano Lopez czy też Chilijczyk Jorge Robledo. Ponieważ natura nie znosi próżni, na firmanencie wschodziły nowe gwiazdy o równie olśniewającym blasku: Sivori, Corbatta, Maschio, Angelillo, Garrincha, Pepe, Evaristo, Santamaria, Goncalvez, Sasia, Gamboa czy Benitez z Peru. Po piąte, mistrzostwa stały na dawno nie oglądanym poziomie. Każdy mecz był wydarzeniem i stanowił niezapomniane widowisko. Aż cztery drużyny reprezentowały zbliżoną najwyższą klase, tocząc niezwykle wyrównane, dramatyczne boje. Obyło się bez skandali, dramaty sportowe nie okazały się tragediami jak w Chile w 1955. Dominował nastrój wielkiego święta, futbolowej fiesty, radosnej i otwartej. Wobec tak nastawionej publiczności sami piłkarze dokładali starań aby wypaść jak najefektowniej i nie zawieść oczekiwań. Toteż grali fair, pięknie, ofensywnie, demonstrując wysoki kunszt techniczny. Wreszcie po szóste, turniej wyłonił mistrza nad mistrze. Argentyna wprawiła w zachwyt najwybredniejszych nawet koneserów. Od czasów Moreno, Mendeza, Pedernery i Loustau nikt nie grał z taką swobodą, lekkością i finezją a zarazem tak mądrze i skutecznie. Legendarny Stabile osiągnął ze swoją drużyną w Limie same szczyty futbolowej maestrii. To była ekipa jaka trafia się raz na kilka dziesięcioleci. Stabile pozostawił w składzie trzech, czterech wypróbowanych wcześniej zawodników. Dellacha i Vairo w obronie, na lewym skrzydle Cruz w ostatniej chwili zastąpił zeszłoroczną rewelacje, Antonio Garabala, no i wreszcie legendarnego Omara Sivoriego, który właśnie w Limie objawił pełna skalę swego już nie talentu ale wręcz piłkarskiego geniuszu. Już w samym turnieju oczarowali natomiast nowicjusze: genialny Nestor Rossi, Corbatta, Maschio, Angelillo i Maschio. Nestor Rossi w trakcie meczu z Brazylią toczył zacięte pojedynki z niezwykle zręcznym Didim, który raz udanie założył Rossiemu ,,siatke”. Kiedy po kilkunastu minutach Didi powtórzył ten numer, Nestor donośnie ryknął na osłupiałego Brazylijczyka: ,,Raz to jeszcze mogę zrozumieć ale żeby w jednym meczu Rossiemu zrobić dwa ,,tunele” to już naprawdę za dużo, to skandal!”. Podczas turnieju w Limie Argentyna szła jak burza, dosłownie zmiatając kolejnych przeciwników. Dopiero w ostatnim meczu z gospodarzami, kiedy już wszystko było przesądzone, pofolgowała sobie i grając na ćwierć gwizdka dała Peruwiańczykom satysfakcje honorowego zwycięstwa.


@AssisMoreira

2

Feliz cumpleanos panie Araujo! Bądź zawsze zdrów i trzymaj w ryzach naszą defensywe jak najdłużej. Jednak ja mam ważne pytanie do redakcji: Dlaczego przypominacie o urodzinach tylko i wyłącznie piłkarzy grających? Takie legendy jak Kluivert, Rivaldo, Bakero, Amor, Stoiczkow, Schuster, Rexach, Asensi, Migueli czy żyjący jeszcze Salvador Sadurni i wielu innych, to już nie zasługują na naszą pamięć? Ja uważam że wprost przeciwnie i daje temu wyraz. Wy natomiast pomijając ich stwarzacie wrażenie jakbyście mieli to w dupie! czyli można to uznać za swego rodzaju brak szacunku...

0

To że ważne 3 punkty to i nawet dziecko wie. Jednak z jakim szczęściem i z jaką porażającą skutecznością to głowa mała. dzisiaj Xavi wystawiając od początku Dembele bardzo mnie zdenerwował! Jaka osobą jest ten Dembele to nie będę się wypowiadał bo dostane takiego bana jak ostatnio. Uważam i już to mówiłem od początku iż Dani Alves nie powinien wracać do naszego klubu, jego jakość to już nie La Liga. Poza tym po sezonie klub powinni opuścić bezproduktywny Frenkie de Jong, ter Stegen, Lenglet, Umtiti oraz Sergi Roberto. Co do Busquetsa i Alby też mam duże wątpliwości czy ich jakość będzie wystarczająca na arenie międzynarodowej? Xavi musi zrobić czystki na przyszły sezon bo z takim klubami jak Elche, to poprostu nie przystoi takie granie. Wygraliśmy owszem ale mnie taka chaotyczna gra nie przekonuje

0

@Gavinho To jest tylko czyste wróżenie z fusów. Po pierwsze ani my ani oni niedostali się jeszcze do tej Ligi Mistrzów a co dopiero finał?

1

@Janiama Po raz pierwszy bodaj od roku postawiłem u bukmachera na dzisiejsze zwycięstwo kochanej Barcuni. Natomiast wytypować dokładny wynik to prawie jak trafić 6 w totolotka. No ale dobrze, zabawmy się: stawiam wynik 1:3 dla nas

10

Super ciekawostka:

6 marca 2004 r. Lionel Messi zadebiutował w FC Barcelona B. Rezerwy wygrały z Mataro 1:0 a 16-letni Messi pokazał się z bardzo dobrej strony. W ciągu pół roku ,,La Pulga” ustanowił nietypowy rekord, grając w sześciu różnych drużynach Barçy: Juvenil B, Juvenil A, nie istniejącej obecnie Barcelonie C, Barcelonie B i pierwszej drużynie. Ja osobiście w 2004 nie miałem pojęcia o istnieniu Messiego. Polska TV to raczej w tamtym roku o nim nie wspominała a o internecie to ja co najwyżej mogłem pomarzyć.


@AssisMoreira

5

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

6 marca 1942 r. urodził się Marian Kielec, napastnik. Odległość między Kimpulungiem , leżącym dziś w Rumunii a Szczecinem, to blisko półtora tysiąca kilometrów. Najszybsze połączenie samochodowe między tymi miejscowościami zabiera obecnie osiemnaście godzin a cóż dopiero 7 dekad temu. Całe szczęście jednak że tę trasę zdecydowali się przebyć(nie do końca z własnej woli) rodzice Mariana Kielca. Tej decyzji Pogoń może zawdzięczać jednego z najlepszych napastników w swojej historii. On sam zaś zawdzięczał swoim rodzinnym stronom… połowę przydomka. Na wzór Eusebio nazywano go ,,Czarną perłą z Wielgowa”. Autorów tego pseudonimu uprawniał do nazywania go w ten sposób styl gry Kielca, jego skuteczność ale też śniada cera odziedziczona po matce- rodowitej Rumunce. Kielec zanotował jeden z najbardziej spektakularnych początków w historii ligi. W 1959 roku miał ukończone zaledwie 17 lat. W tym czasie na przestrzeni 2 miesięcy zanotował: debiut, pierwszego gola oraz premierowego hattricka w Ekstraklasie! Podczas tego ostatniego wyczynu liczył sobie 17 lat i 93 dni. Do dziś nie znalazł się nikt młodszy, kto potrafiłby powtórzyć to dokonanie. Był to pierwszy hattrick Pogoni w historii występów na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Skuteczność utrzymywał również w kolejnych sezonach. W pierwszej w historii edycji rozgrywanej systemem jesień-wiosna, przypadającej na lata 1961/62, udało mu się nawet zostać królem strzelców z wynikiem 18 goli. To on zaczął korowód zwycięzców klasyfikacji strzeleckiej w barwach Portowców. Biorąc pod uwagę niezwykle silną konkurencje(Eugeniusza Fabera, Jana Liberde, Erwina Wilczka, Józefa Gałeczke, Eugeniusza Lercha czy wreszcie Ernesta Pohla) był to wynik imponujący. Kielec w swoim królewskim sezonie zdobył aż 18 z 31 goli Portowców(58 %!). Trafił jednak na czas, gdy jego klub wlekł się w drugiej połowie stawki ligowców. W tym okresie tylko dwa razy udało się Portowcom zanotować miejsca w TOP-6. Gdy został królem strzelców jego zespół został sklasyfikowany dopiero na 11 miejscu. Wcześniej tylko Nastula w 1929 roku ze wszystkich królów strzelców grał w tak nisko notowanej drużynie w tabeli. Może z powodu niezbyt dużej siły Pogoni wziął się niezbyt duży udział Kielca w reprezentacyjnych potyczkach lat 60-tych. W 1962 r. został pierwszym piłkarzem Portowców w kadrze Polski. W przerwie meczu z Marokiem zmienił go Wilczek i na tym skończyła się jego przygoda z kadrą. Kariere zakończył w wieku 28 lat, ponieważ… uniósł się honorem. Postanowił bowiem że kiedy pierwszy raz zostanie posadzony na ławce rezerwowych, to zamiast zmieniać klub, zerwie z boiskiem. Gdyby nie to, pewnie zostałby członkiem Klubu 100. Zabrakło mu ledwie 20 goli. Po 8 latach przerwy wrócił na krótko do drużyny. Rozegrał w niej jeden mecz w 1979 roku. Do dziś jest najlepszym strzelcem Pogoni w meczach ligowych. W samej Ekstraklasie zajmuje drugie miejsce wśród piłkarzy Portowców za swoim zięciem Leszkiem Wolskim. Stracił do niego tylko 8 goli. Na stałe mieszka w Kanadzie, regularnie jednak odwiedza Szczecin.
@AssisMoreira

1

Może w końcu ,,Białasy" dzisiaj przegrają? No to niech przegrają...

1

Obejrzałem właśnie na strimie mecz Liverpoolu z West Ham i pomijając już że postawiłem na The Reds i mi ,,weszło", to trzeba stwierdzić iż było to kapitalne widowisko. Bardzo groźnie kontratakujący West Ham i fantastycznie operujący piłką Liverpool. Czysta przyjemność oglądania futbolu, po prostu ,,Jej wysokość Premier League". Liverpool Kloppa gra bardzo dobry futbol, kto wie, czy nie lepszy niż za nieżyjącego Boba Paisleya i kto wie czy nie równie dobry niż nasza Barcunia za Pepito Guardioli? Może nasza Barca już w przyszłym sezonie będzie tak grać, któż to wie? Daj Boże!

5

Blaugrana w europejskich pucharach:

5 marca 1958 r. na Stamford Bridge w Londynie, FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz finałowy z reprezentacją Londynu w ramach Pucharu Miast Targowych. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Gole dla Blaugrany strzelili: Justo Tejada oraz Eulogio Martinez. To był pierwszy w historii finał Barçy europejskich rozgrywek pod egidą UEFA. Do rewanżu doszło 1 maja, o czym nie omieszkam wspomnieć.

@AssisMoreira

6

(Nie)zapomniane legendy futbolu:
4 marca 1951 r. w Glasgow urodził się Kenny Dalgkish, 3-krotny Zdobywca Pucharu Europy Mistrzów Klubowych-1978,1981,1984(z FC Liverpool) Zdobywca Superpucharu Europy-1977(z Liverpoolem) 6-krotny Mistrz Anglii-1979,1980,1982,1983,1984,1986.
Kenny Dalglish to przez wielu określany jako najlepszy gracz w historii Liverpoolu. Kenny bowiem w każdym meczu pokazywał wspaniałą grę i był postrzegany jako szczególny zawodnik w zespole. „Jego geniusz nie pokazuje tylko jego własnych zdolności, ale także pozwala stworzyć świetną grę całej drużyny” – powiedział o nim Bob Paisley, trener, który przeprowadził transfer Dalgisha w sierpniu 1977 roku. Gdy Kevin Keegan przenosił się z Liverpoolu do Hamburga za 500 000 funtów wcześniej zakupiony zawodnik, Dalglish postrzegany był jako zmiennik za tego właśnie zawodnika. Liczono, że poprowadzi on klub do nowych sukcesów. Król Kenny szybko stał się bohaterem zespołu. Późniejsza współpraca z Ianem Rushem stworzyła prawdopodobnie najpiękniejszy duet w historii angielskiej piłki. Kapitalna wręcz gra Dalglisha połączona z twórczym stylem Rusha dała efekt, jaki mogą stworzyć tylko prawdziwe piłkarskie legendy. W 1978 roku zdobył on bramkę w rozgrywkach Pucharu Europy. Gol ten, strzelony przeciwko Bruges na Wembley był jednym z podstawowych przykładów tego, jak może on zatrzymać przeciwników, a w końcu zadać śmiertelny cios. Wraz z Rayem Clemence, Alanem Hansenem, Graeme Sounessem i Billy Liddellem został laureatem jednego z najwyższych brytyjskich odznaczeń – MBE. Pewne jest, że jeżeli Dalglish miałby na swoim koncie tylko grę dla Liverpoolu już byłby bohaterem na Anfield. Jednak sukcesy zdobyte z klubem na pozycji menadżera gwarantują mu bezsprzeczny status legendy. Po ośmiu wspaniałych latach gry na Anfield, w 1985 roku otrzymał propozycję zostania pierwszym graczem i zarządzającym jednocześnie.

W przeciągu 5 lat został trenerem roku trzy razy i dwa razy poprowadził Liverpool do sukcesu w Pucharze Anglii. Przez następne kilka lat regularnie zdobywał wraz z drużyną jeszcze inne wspaniałe trofea. Dalglish doprowadził również do transferów wielu wspaniałych graczy, włączając do nich Johna Barnesa, Petera Beardleya czy młodego Jamiego Redknappa. Jednym z jego sukcesów w samej drużynie było doprowadzenie do piłkarskiego rozwoju wspaniałego gracza Alana Hansena i ustanowienia go kapitanem zespołu. Alan odwdzięczył się za wiarę Dalglisha w jego talent i pokazywał jedne z najpiękniejszych wystąpień w historii Anfield Road. Mówiąc o transferach w tamtym okresie warto wspomnieć zakup przez Dalglisha Johna Aldidge. Zastąpił on bowiem legendę Liverpoolu Iana Rusha, podobnie, jak Dalglish kiedyś zastępował Keegana. Wstrząsające wydarzenia na Hillsborough 15 kwietnia 1989 roku były jednocześnie końcem Dalglisha w Liverpoolu jak i w końcu z piłką nożną. Dalglish próbował znaleźć jakieś inne rozwiązanie z tej sytuacji, jednak owe wydarzenia przerastały tego wrażliwego człowieka. Dlatego też w 1991 roku zrezygnował ze stanowiska trenera twierdząc że napięcie i smutek po tragedii Hillsborough są ponad jego możliwości. Skutek odejścia można porównać tylko z opuszczeniem klubu przez Billa Shanklly’ego. Niewielu wówczas dyskutowało na temat samych powodów tego odejścia, głównie bowiem panowało przerażenie, że jeden z najlepszych okresów w historii klubu właśnie się kończył. Dla zawodników Dalglish był osobą, która zaraziła ich pasją i radością gry w piłkę. Coś takiego można było przeżyć jeszcze tylko za czasów Billa Shankly’ego. Jego kierownicze sukcesy udowodniły że jego kariera na Anfield nie była żadnym przypadkiem. W swojej karierze był także trenerem klubu Newcastle United. Jako kierownik spędził również stosunkowo krótki okres w Celticu. Obecnie odpoczywa od futbolu będąc na piłkarskiej emeryturze.

1

@AssisMoreira No dzęki śliczne ale mam dość bogate zbiory o futbolu, zwłaszcza książki także naprawde nie potrzebuje :)

1

@AssisMoreira Nic z tych rzeczy! Mówiłem ci że nie znam się na tych internetach. Po prostu trzeba się interesować futbolem poprzez czytanie książek i ja tak właśnie robie.

7

Wspomnienia, nie miłe ale ciekawe:

4 marca 1934 r. FC Barcelona zakończyła rozgrywki ligowe na… 9 pozycji z 10 zespołów w tabeli(z ligi spadała jedna drużyna). Na najgorszy sezon w historii złożyło się kilka czynników. Jednym z nich była rozpoczęta sezon wcześniej przebudowa składu. Ponadto plaga kontuzji i kryzys instytucjonalny, który skończył się dymisją prezydenta Joana Comy. Barça w tamtym sezonie przegrała wszystkie mecze wyjazdowe a wygrała osiem u siebie, tracąc jedynie 2 punkty w meczu z Realem Madryt. Co ciekawe od trzeciego miejsca w tabeli Blaugrane dzieliło zaledwie 3 punkty, co świadczyło o bardzo wyrównanej walce.


@AssisMoreira

5

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:

4 marca 1953 r. urodził się Paweł Janas, obrońca, zdobywca 3 miejsca na MŚ 1982. ,,Główkowałem w kierunku naszej bramki, licząc że Józek Młynarczyk w razie czego złapie. Nie zauważyłem że zrobił pare kroków do przodu. Piłka go przelobowała i wpadła. Tak swój żywot dla reprezentacji zakończył Stadion Dziesięciolecia. Mogę chyba mówić, że dzięki mnie”- gorzko żartuje Janas. To był mecz z Finlandią 17 kwietnia 1983 r., który miał odpowiednio nakręcić Polaków w walce o awans do finałów mistrzostw Europy. Najgorsze że po samobóju Janasa Polacy stracili moc, siłę, szybkość, entuzjazm; dosłownie wszystko! Jedyny polski medalista mistrzostw Świata, który później awansował na mundial z Biało-Czerwonymi też w roli selekcjonera, gole strzelał bardzo rzadko a dla narodowej drużyny tylko raz, w towarzyskim meczu z Libią(5:0) w sierpniu 1979. W tamtych czasach środkowi obrońcy nie zapuszczali się z taką odwagą pod bramke rywali. Janas w polskiej lidze uzbierał łącznie 2 gole, oba jeszcze w czasach gry w Widzewie. Głowa zawiodła go tylko w tym niefortunnym meczu z Finlandią. Bardzo możliwe(choć wtedy nikt tego tak nie oceniał) że feralnym swojakiem zamknął nie tylko stadion ale również sobie dostęp do kadry. Następnie było jeszcze spotkanie z ZSRR, towarzyskie 45 minut ze Szwajcarią i na tym koniec. Janas grał wówczas we Francji, lecz wcale mu to nie pomagało w zatarciu złego wrażenia. Wręcz przeciwnie, gdyby występował w naszej ekstraklasie, wszyscy na co dzień widzieliby że jest w wysokiej formie. Nad Sekwaną go cenili ale tylko tam. Gdy więc Antoni Piechniczek montował ekipe na mundial w Meksyku, najpierw w eliminacjach a potem w ostatnich miesiącach przed turniejem, akurat tego medalisty z poprzednich mistrzostw nie brał pod uwagę. ,,Mógłbym się z tym łatwo pogodzić, w końcu byłem już po trzydziestce, tyle że ja wciąż trzymałem poziom na miare kadry. Mój problem polegał na tym, że ani selekcjoner, ani nikt z jego sztabu nie pofatygował się do Francji by zobaczyć, co sobą prezentuje, pogadać na mój temat z trenerem Guy Roux”- tłumaczył się Janas. Był przecież filarem defensywy Auxerre, które liczyło się w Ligue 1. W sezonie 1983/84 było trzecie, w następnym czwarte i w tym bezpośrednio przed mundialem- siódme. W Polsce jednak na nikim nie robiło to wrażenia. ,, Kilka lat temu Piechniczek wysłał mi pocztą swoją biografie. Otworzyłem a tam odręcznie napisana dedykacja z przeprosinami że mnie wtedy nie powołał do Meksyku. Nie ma co przepraszać, czasu nie cofniemy”- macha ręką Janas. Po latach sam na mistrzostwa Świata w Niemczech nie powołał filarów reprezentacji a mianowicie Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. Upiera się że to co innego, bo wtedy byli w kiepskiej formie. Sprawdzał ich w meczach towarzyskich i mieli szanse się wykazać… ,,Ja takiej szansy nie dostałem, choć byłem uznawany za jednego z czołowych obrońców w lidze francuskiej! Można to zweryfikować nawet dzisiaj”- argumentuje Janas. Nie było go też w ekipie na Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. ,,Wytypowano mnie do grupki zawodników, która ma być w pogotowiu, gdyby ktoś wypadł z kadry. Polecieliśmy nawet do Korei Północnej z młodzieżówką U-23 żeby w sparingach utrzymać rytm meczowy. I na tej wycieczce się skończyło bo z drużyny Kazimierza Górskiego jednak jakoś nikt nie chciał wypaść”- wspomina Janas. Z kolei w Legii został dłużej niż wymagał tego czas zasadniczej służby wojskowej. ,,Po 2 latach byłem gotów wrócić do Widzewa, jednak prezes Sobolewski sam mnie prosił, bym tego nie robił. Gdybym wrócił Legia wyrównałaby sobie tę strate powołując innego młodego widzewiaka”- zaznacza. W Legii przygotowywał się do turnieju życia. Przeszedł szlak bojowy z drużyną Piechniczka zaakcentowany dwoma bezcennymi zwycięstwami nad NRD(1:0 w Chorzowie, 3:2 w Lipsku) w kwalifikacjach. Występ na Mundialu w Hiszpanii dał mi sportowe spełnienie, które obejmuje całą karierę. Medal mistrzostw Świata, i to w sytuacji, w której zagrałem we wszystkich meczach, sprawia że już zawsze będę mówił o tym z największa satysfakcją”- zapewnia Janas. Po powrocie do Polski jeszcze półtora sezonu spędził w Legii. ,,Dałem się namówić Jurkowi Engelowi, który wtedy prowadził drużynę”- przypomina. Ostatni mecz zagrał jednak u Andrzeja Strejlała. W finale Pucharu Polski z Lechem Poznań boisko opuścił już w 5 minucie z powodu kontuzji. Zastąpił go młody Marek Jóźwiak, który w kolejnych sezonach miał być nowym filarem defensywy Legii. Natomiast Janas został wtedy przy Łazienkowskiej jako uczący się trener, który już 7 lat później poprowadził drużynę do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

@AssisMoreira

0

@bartas97 El Clasico jednak rządzi się swoimi prawami i nie rzadko decyduje o mistrzostwie, także jest jakaś różnica...

4

El Clasicos:

3 marca 2001 r. Real Madryt zremisował w 25 kolejce La Liga z FC Barcelona na Bernabeu 2:2. Jednak ten klasyk powinien był zakończyć się wygraną Blaugrany. Dlaczego tak się nie stało? Otóż sędzia Losantus Omar anulował prawidłowo strzelonego gola w ostatniej minucie przez Rivaldo. Asystent głównego zasygnalizował pozycję spaloną trzech piłkarzy Barçy, choć żaden z nich nie brał udziału w grze a piłka uderzona przez Brazylijczyka odbiła się od nogi Ivana Helguery. Ani hiszpański obrońca, ani Iker Casillas nie protestowali, zupełnie nie spodziewając się iż gol nie zostanie uznany. Rivaldo stracił tym samym hattricka, gdyż wcześniej dwukrotnie odpowiadał na trafienia Raula Gonzaleza. Królewscy utrzymali 9 punktów przewagi nad Dumą Katalonii, która w praktyce straciła szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Po meczu El Mundo Deportivo grzmiało ,,Kradzież stulecia”. No cóż, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz ,,niezależni sędziowie” robią nas w c***a.

@AssisMoreira

4

Wybitne legendy futbolu:

3 marca 1922 roku w Budapeszcie urodził się Nandor HIDEGKUTI (właściwie Nandor Kaltenbrunner). Był jedną z gwiazd złotej węgierskiej jedenastki - drużyny, która na początku lat 50. XX wieku zapoczątkowała nową erę w futbolu. Niepokonanej przez cztery lata, ogółem w 32 kolejnych meczach! Do legendy przeszły zwycięstwa Węgier nad Anglią - 6-3 w Londynie jesienią 1953 roku i 7-1 w Budapeszcie kilka miesięcy później. Hidegkuti to mistrz olimpijski z Helsinek (1952), wicemistrz świata (1954), wybitny strzelec i genialny drybler. Pytany o najlepszych piłkarzy, których spotkał na boisku, odpowiadał: bramkarz - Gyula Grosics, obrońca - Djalma Santos, pomocnik - Jozsef Bozsik, napastnik - Ferenc Puskas. Jesienią 1953 roku futbolowy świat wstrzymał oddech - Węgrzy upokorzyli na Wembley niepokonanych u siebie Anglików, trzy z sześciu goli strzelił Nandor Hidegkuti. Dwadzieścia lat później bohater niezwykłego meczu został trenerem Stali Rzeszów. I poniósł klęskę. Był jedną z gwiazd Aranycsapat - złotej węgierskiej jedenastki, prawdopodobnie najlepszej piłkarskiej drużyny XX wieku. A już na pewno najlepszej spośród tych, które nie zdobyły mistrzostwa świata. W bramce stał Gyula Grosics, w obronie grali Gyula Lorant, Jeno Buzanszky i Mihaly Lantos, w pomocy - Jozsef Bozsik i Jozsef Zakarias, w ataku Sandor Kocsis, Laszlo Budai, Nandor Hidegkuti, Zoltan Czibor i najsłynniejszy z nich Ferenc Puskas. Kres zjawiskowej drużyny nastąpił w 1956 roku, po tym, jak sowieckie czołgi zdławiły budapeszteńską rewolucję. Ale Węgrzy mieli już za sobą jeden dramat - dwa lata wcześniej przegrali w finale mistrzostw świata z Niemcami. W meczu, który przeszedł do historii pod nazwą "Cudu w Bernie". Dla rządzących krajem komunistów, wykorzystujących istnienie złotej jedenastki do celów propagandowych, to był cios. Piłkarze wracali do domów chyłkiem, pod osłoną nocy. Sugerowano, że sprzedali mecz za kilka mercedesów. Bramkarza Grosicsa oskarżono o zdradę i szpiegostwo. Do dziś żyje jeszcze tylko on i Buzanszky, który nie tak dawno odwiedził Warszawę. Hidegkuti dorastał w ubogiej dzielnicy Budapesztu, ale pochodził z arystokratycznej rodziny i naprawdę nazywał się Kaltenbrunner. Komuniści zmieniali jednak zawodnikom nazwiska na bardziej węgierskie. ,,Trener Gustav Sebes nazywał się Scharenpeck i miał pochodzenie żydowskie. Puskas to Purczeld, Lorant - Lipovics, Budai - Bednarik, Lantos – Lendenmayer”- przypomina Stefan Szczepłek, dziennikarz "Rzeczpospolitej", który w "Mojej historii futbolu" opisuje jak Sebes zagrał na nosie ideologom broniącym socjalistycznej ojczyzny przed burżuazją. Polecił nakręcenie propagandowego filmu, na którym matka Hidegkutiego przedstawiona jest jako przodownica pracy w cegielni. Mało kto jednak wie, że Hidegkuti posiadał wyraźny polski rodowód. O jego śmierci, 14 lutego 2002 roku, poinformowały wszystkie najważniejsze media sportowe świata, a poważne brytyjskie gazety wydrukowały obszerne wspomnienia.

@AssisMoreira

1

Po prostu trafiła kosa na kamień. Laporta też nie jest aniołkiem, porobił takie czystki w zarządzie że aż zaczął zatrudniać ,,po swojemu", bodaj nawet rodzine. Szanujmy się, w końcu wielu z nas chciało Ronalda Koemana na trenera naszej Barcuni, ja zresztą też a że wyszło jak wyszło, trudno, trzeba się z tym pogodzić i jechać dalej. Powodzenia Ronaldzie!

1

@AssisMoreira Jest mi bardzo miło że ktoś szanuje i docenia to co wrzucam na ten serwis, a nie wielu jest takich. Zwyczajni kibole nie mają pojęcia jak ważna i cenna jest historia klubów, futbolu a zresztą i całej ludzkości. Słuchaj ja nie jestem bystry w te internety ale chyba wiem o co chodzi w tym oznaczaniu użytkowników, więc postaram się ciebie oznaczać :) Tak między nami to ja jestem generalnie przeciwny tej La Rambli. To jest jedno wielkie śmietnisko, gdzie chyba tylko połowa wpisów jest o Barcuni czy też sporcie wogóle. Przecież w internecie są inne do tego miejsca żeby się wyżywać, wyzywać itp. Spytasz dlaczego więc ja tam wrzucam swoje teksty? Otóż takie informacje, które ja prezentuje powinny być generalnie w porannym przeglądzie prasy ale wyobraź sobie że nasza ,,kochana" redakcja usuwa moje wpisy twierdząc że to nie jest miejsce na takie teksty! Przecież to jest całkowicie niepoważne. Gdybym ja stworzył taki portal, w życiu nie pozwoliłbym pisać o polityce, o jakichś chorych ideologiach itd. Tylko i wyłącznie o sporcie a w szczególności i piłce nożnej. Taka jest przynajmniej moja opinia...

3

(Nie)zapomniane legendy futbolu:

3 marca 1965 r. urodził się w Niszu Dragan Stojković, legendarny pomocnik i tam stawiał pierwsze kroki w futbolu. Dobra gra w klubie sprawiła, że otrzymał pierwsze powołania do reprezentacji juniorskich, a później był w kadrze na IO oraz mecze eliminacji Mistrzostw Świata. Już wtedy wzbudził zainteresowanie jednego z największych klubów byłej już Jugosławii – Crvenej Zvezdy. W 1982 roku dał pierwszy wielki wywiad jugosłowiańskiemu magazynowi sportowemu Tempo. Było to podczas zgrupowania młodzieżowej reprezentacji. Miał tedy 18 lat, był uczniem liceum ekonomicznego. Jak wspomina do dziś od zawsze fascynowała go też filozofia. Tych, z którymi się utożsamiał wymieniał w pierwszej kolejności Epikura i Demokryta. Darko Šarenac w tym wywiadzie zapytał Dragana, czy zostanie nowym Cruyffem? ,,Nie chce być kimś innym. Pozostanę Piksim. A kto to jest Piksi, co to znaczy? Wszyscy mnie tak nazywają, bo to mój ulubiony bohater z kreskówki [Pixie i Dixie]. Codziennie o 19:15 siadam przed telewizorem. Nie mam wtedy czasu dla rodziny, dziewczyny, kumpli i innych spraw. Jeśli mogę prosić, to chciałbym żeby w tytule tego wywiadu było napisane Piksi”. Z jednej strony można by nie brać tego na serio, ot jakiś młodzieńczy żart. Z drugiej strony dziś nazwalibyśmy to pewnie kreowaniem wizerunku, a czas pokazał jak przydomek Piksi stał się jednoznacznym skojarzeniem nie tylko dla kibiców z Jugosławii. W miarę szybko został kapitanem Czerwonej Gwiazdy. Na boisku i poza nim był niekwestionowanym liderem tej cudownej grupy jugosłowiańskiej piłki. Technika, ale i niekonwencjonalne pomysły sprawiły, że wielu kibiców kojarzy go właśnie z takimi sytuacjami. Gol bezpośrednio z rzutu rożnego w derbach z Partizanem, proszę bardzo. Dla Jugosławii Piksi był jednym z kluczowych piłkarzy lat 90′. Gdyby nie kontuzje powinien zrobić większą karierę w Europie. Przez lata wielu kibiców, ekspertów zastanawiało się dlaczego reprezentacja Chorwacji odnosi więcej sukcesów od zdawałoby się „identycznej” czy bardzo podobnej (warunki fizyczne, mentalność, wyszkolenie techniczne) kadry Serbii. Po rozpadzie Jugosławii możemy mówić o dwóch ścieżkach „jugosłowiańskiej szkoły futbolu”. Serbowie pozostali wierni wieloletnim tradycjom, Chorwaci zaś dorzucili coś jeszcze, o czym wielu w Belgradzie zapomina. Chciałbym napisać – patriotyzm, jednak wielu z czytelników mogłoby to inaczej zinterpretować. Coś podobnego, bardziej emocjonalnego, namiętnego z przywiązaniem i odpowiedzialnością się z tym wiążącą. Przywiązanie do barw narodowych, które już od pierwszego meczu kadry z drużyną USA zakorzeniło się nie tylko w kibicach, ale również w piłkarzach. Z czego to wynika? Chorwaci od wielu lat, można powiedzieć od zawsze dążyli do odrębności, odróżnienia się od „braci prawosławnej wiary”. Czy to poprzez język, kulturę, sport… Chorwaci w ostatnim ćwierćwieczu zdobyli wicemistrzostwo świata (2018) oraz brązowy medal MŚ (1998), dla porównania Jugosławia/Serbia i Czarnogóra/Serbia tylko raz wyszła z grupy na Mundialu, chociaż za każdym razem „na papierze” posiadała mocny zespół, być może nawet mocniejszy niż sąsiedzi. Mieli indywidualności, Chorwaci mieli drużynę złożoną z indywidualności. Chociaż Piksi wiele lat spędził poza Europą zawsze podkreślał swoje przywiązanie i miłość do Serbii. W jednym z ostatnich wywiadów mówił: „Mieszkałem wiele lat zagranicą, ale to tu odczuwam te emocje. Tu jest moje miejsce i jeśli będzie trzeba oddam życie za Serbię”. Zawsze przy wypowiadaniu takich górnolotnych słów trzeba brać je z dystansem. Tu jednak pojawia się słowo klucz „emocje”. Coś czego poprzednim selekcjonerom nie udało się wykrzesać z kadry. W Serbii większy wpływ na skład kadry mieli działacze i menadżerowie, którzy dla swoich wpływów i podniesienia wartości zawodników wpychali ich często na siłę do składu. To zjawisko niestety w dalszym ciągu obecne w bałkańskim futbolu. W takiej sytuacji, drużyna była na drugim, trzecim miejscu, a oczekiwania z awansem do każdej wielkiej imprezy były porównywalne ze znanym z Polski „dmuchaniem balonika”, z którego jak zwykle nie wychodziło nic dobrego. Mógłbym wymienić jeszcze kilka cech wspólnych, które nas łączą bardziej z Serbami, aniżeli z Chorwatami. To zostawię na przyszłość. Należy sobie zadać pytanie czy Piksi będzie w stanie i(co ważniejsze) czy będzie miał możliwość realizowania w pełni swojej wizji prowadzenia drużyny narodowej. Tak długo trwające negocjacje mogą świadczyć również o tym, że nie chodziło o pieniądze ale właśnie o dobro drużyny i swobodę działania. W Crvenej Zveździe spędził 4 sezony jako piłkarz, po czym przeniósł się do Olympique Marsylia. Los sprawił, że to właśnie te drużyny w następnym sezonie zmierzyły się w finale Pucharu Mistrzów we włoskim Bari. Podczas serii rzutów karnych Piksi jakoś odmówił strzelania w serii rzutów karnych. We Francji oraz Włoszech nie pokazał tego by udowodnić, że jest gwiazdą. Wiele można zrzucić na kontuzje. Do Czerwonej Gwiazdy wrócił po zakończeniu kariery. Na wiele sposobów wykorzystywał swoje kontakty nabyte w Japonii. Pierwszym takim momentem był pożegnalny mecz Piksiego. Do Japonii przyleciał zespół z Belgradu, a na murawie kibice mogli zobaczyć m.in. Nemanję Vidića. W 2005 objął stanowisko prezesa Czerwonej Gwiazdy. Na koszulkach pojawili się japońscy sponsorzy(Toyota, Sharp). Do czerwono-białych trafili też japońscy piłkarze. Zrezygnował z powierzonej mu funkcji w październiku 2007 roku. Od 2008 roku prowadzi tę drużynę, w której barwach zdobył 57 goli. W 2010 roku zdobył z klubem pierwsze w historii mistrzostwo Japonii.

7

Wszystkiego najlepszego ,,Murzynie”. Zdrowia, szczęścia i słodyczy cała Polska ci życzy! Wiecie kto ma ksywe ,,Murzyn”? Większość kibiców Widzewa wie a przynajmniej powinna. Dzisiaj 66 lat kończy Zbigniew Boniek, postać, której nie musze chyba nikomu przedstawiać. Jednak jaki miał charakterek niedawny jeszcze prezes PZPN, to nie każdy sobie z tego zdaje sprawę. Otóż ,,Murzyn” swego czasu(jako piłkarz) grając w Widzewie, z kilkoma kolegami sprzedał mecz, w którym grał po raz pierwszy(i bodaj ostatni) jako…. środkowy obrońca(?). W przerwie meczu, w szatni, pomocnik Widzewa, ś.p. Krzysztof Surlit omal nie zatłukł Bońka na śmierć! Zdarzenie to miało miejsce w meczu z Pogonią Szczecin w kwietniu 1978 r. w 27 kolejce ekstraklasy(ówczesnej pierwszej ligi). Jeśli ktoś nie wierzy to odsyłam zainteresowanych do książki ,,Wielki Widzew”-rozdział VI.

6

Epokowe mecze w historii polskiego futbolu:

2 marca 1983 r. Widzew Łódź pokonał FC Liverpool 2:0 na stadionie ŁKS-u w ćwierćfinale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Są takie mecze, które zapewniają miejsce w historii. Dla Widzewa właśnie takim spotkaniem było to z 2 marca 1983 roku. Już awans do ćwierćfinału Pucharu Europy zespołu prowadzonego przez Władysława Żmudę był największym osiągnięciem w historii klubu. W nagrodę Włodzimierz Smolarek i spółka dostali szansę sprawdzenia swoich umiejętności na tle najlepszej drużyny Europy, bo za taką uznawany był wówczas naszpikowany gwiazdami europejskiej piłki Liverpool. The Reds triumfowali w tych rozgrywkach trzykrotnie w poprzednich sześciu sezonach, a w tym czasie po puchar sięgały tylko angielskie kluby. Dlatego przed dwumeczem żaden z ekspertów nie dawał Widzewowi najmniejszych szans na końcowy sukces. Zainteresowanie starciem na stadionie ŁKS-u było ogromne. Kibice wypełnili nie tylko trybuny. Co odważniejsi wspinali się na maszty oświetleniowe, inni zajmowali miejsca na hałdach śniegu odgarniętego z płyty boiska. Wszyscy chcieli na żywo zobaczyć nie tylko wielkiego rywala, ale także wielką sensację z udziałem mistrzów Polski. I z całą pewnością nie zawiedli się. Wiadomo było że tamten sezon to pożegnanie Boba Paisleya, ówczesnego trenera Liverpoolu. Wszystko było ekscytujące. Po losowaniu była więc radość i podniecenie, lecz teraz tylko obawa przed kompromitacją. W dodatku na 5 dni przed meczem piłkarzy Widzewa zaatakowała epidemia grypy. Pojawiły się plotki że piłkarze symulują żeby uprzedzić ewentualny atak prasy po wysokiej porażce. ,,Nie było żadnego symulowania. Kilku podstawowych zawodników, sześciu, może siedmiu naprawdę było poważnie chorych”- wspominał Tadeusz Świątek. We wtorek dzień przed meczem piłkarze spotkali się z trenerem na stadionie ŁKS i odbyli trening. Żmuda przywiózł ze sobą sporo materiału do przemyśleń. Zawodnicy mieli do niego duże zaufanie. Odprawa taktyczna była w przypadku tego mistrza analizy znacznie ważniejsza niż w innych klubach. Żmuda bardziej niż większość szkoleniowców wierzył w sprawczą siłę rozgryzania przeciwnika. Działacze Widzewa nazywali go nawet ,,Profesorem Tutką”. ,,Miał niezwykłą umiejętność rozpracowywania rywali. Potrafił wyjątkowo celnie opisać słabe i mocne strony. Był znakomity taktycznie. Przedstawiał zawodnika ze szczegółami, jakie ruchy najczęściej wykonuje, w którą stronę się obraca i można było na tym polegać”- opisywał Mirosław Myśliński. Szkoleniowiec Widzewa został ugoszczony przez rywali, obejrzał i nagrał mecz wyjazdowy Liverpoolu z Manchesterem U. ,,Z powrotem jechałem autokarem klubowym z Liverpoolem, rozmawiałem z trenerem Paisleyem. Pytałem go o różne rzeczy a on nawet nie zapytał o pogode w Łodzi. Byli tacy pewni siebie! Asystent Paisleya był wcześniej w Łodzi ale obserwował Widzew zaledwie 10 minut i jak mówią widzewiacy zapytał gdzie w okolicy można napić się piwa”- opowiadał Władysław Żmuda. ,,To była fantastyczna drużyna. Kenny Dalglish, Ian Rush… Wiedzieliśmy że same umiejętności nie wystarczą, że są lepszymi piłkarzami”- przyznawał Krzysztof Kamiński. Piłkarze Widzewa na grząskim i lekko zmrożonym boisku na pewno zaskoczyli rywali atakiem od pierwszych minut. Jeszcze w pierwszej połowie bliscy zdobycia gola byli Grębosz i Tłokiński. Jednak to Liverpool był bliższy celu, jeśli za taki uznać wywiezienie z Łodzi choćby punktu. W pierwszej połowie Ronnie Whelan strzelił nawet gola ale jugosławiański sędzia odgwizdał spalonego. Po przerwie strzelił Tłokiński, który zgodnie ze wskazówkami Żmudy trzymał się blisko Grobbelaara. Bramkarz z Zimbabwe wypuścił piłke z rąk po dośrodkowaniu Grębosza i Tłokiński z 10 metrów wbił ją do pustej bramki. Natomiast Wiesław Wraga, malutki skrzydłowy, ten sam, który tak fantastycznie wszedł do zespołu w rundzie jesiennej, teraz zaczynał mecz na ławce rezerwowych. Na boisku pojawił się w 70 minucie w miejsce Filipczaka a 10 minut później po dośrodkowaniu Grębosza strzelił głową z 16-tu metrów. Właśnie on, piłkarz, który mierzył zaledwie 167 cm., najniższy na boisku! Młynarczyk zachował czyste konto. Był to kolejny fantastyczny mecz tego bramkarza. ,,Myślę że Józek był wtedy najlepszym na swojej pozycji na świecie. Oczywiście nasza prasa pisała że Dasajew jest najlepszy ale to była bzdura. W tym meczu idealnie pokazał się na tle Grobbelaara. Ten również uchodził za znakomitego bramkarza ale jednak Józek był klase wyżej”- mówił Tadeusz Świątek. Ostatecznie Widzew z dwubramkową przewagą z pierwszego meczu nie mógł być niczego pewnym w rewanżu a tym bardziej nie był faworytem na Anfield Road.

Pozdrowienia dla wszystkich ,,czerwonoarmistów” i nie tylko

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?