FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
3
Nie było niespodzianką? a czym? Dla mnie to był szok! zresztą chyba dla większości cules to był szok. Takiego genialnego piłkarza nie da się zastąpić żadnym innym. Leo był jedyny w swoim rodzaju, kochany i ubóstwiany nie tylko przez cules. Dowodem na to jak bardzo nam go brakuje będzie to że nie prędko zdobędziemy Lige Mistrzów.
2
Wielkie legendy polskiego futbolu:
Przedstawienie sylwetki „samorodnego” talentu, którego piłka słuchała się jak namiętna kochanka, jest czystą przyjemnością. Jak może być inaczej, skoro mowa o kimś, kto perfekcyjnie opanował sztukę gry obiema nogami, dostarczając partnerom wypielęgnowane piłki z krótkiego rozegrania. Koledzy z zespołu uwielbiali go za to , choć cenili go również z takiego powodu, że prowadził aktywne życie i w pełni poświęcił się nie tylko piłce. Był też przede wszystkim oddany ojczyźnie. Józef Kałuża, bo o nim mowa, to doskonały wzór do naśladowania. Niestety przyszło mu żyć w ciężkich czasach. Umarł przedwcześnie, głównie przez brak penicyliny, w targanym wojną kraju. Urodził się 11 lutego 1896 w Przemyślu, ale całe jego piłkarskie i zawodowe życie było związane z Krakowem, do którego przeniósł się w wieku siedmiu lat. Miał czterech braci, z którymi poznawał świat piłki nożnej, coraz popularniejszej na terenie Galicji. To ojciec – zawodowy podoficer – wpoił mu pewne zasady, które kiedyś ukształtowały też jego. Kałuża odznaczał się inteligencją nie tylko na boisku. Był bardzo zdolnym uczniem, wręcz urodzonym polonistą. Mimo braku pieniędzy, udało mu się ukończyć Seminarium Nauczycielskie, w którym w 1915 roku zdał maturę. Dwa lata później, po powrocie z wojska, rozpoczął pracę nauczyciela w szkole przy ulicy Żółkiewskiego. Zawód ten łączył z ogromną pasją do świata futbolu. Dodatkowo ciągnęło go też do dziennikarstwa. Kałuża połączył wszystkie swoje pasje. Jego analizy spotkań czy fachowe teksty na temat piłki nożnej można było znaleźć na łamach gazet „Raz, dwa, trzy” i „Przeglądu Sportowego”. Był wielkim autorytetem w dziedzinie metodologii piłkarskiej. Napisał nawet podręcznik do nauki taktyki, ale niestety zaginął on podczas Powstania Warszawskiego. Słynny Kałuża miał tylko 166 cm wzrostu i wątłą wagę. Nie był demonem szybkości, choć umiał zgubić rywala niespodziewanym sprintem. Jego talent dostrzeżono już, gdy miał 13 lat. Wtedy przyjęto go do Robotniczego Klubu Sportowego Kraków. Świadomy swojego talentu szukał większego klubu i w 1911 rozpoczął przygodę z Cracovią. W tym czasie mówiło się o „krakowskiej szkole piłkarskiej” , która szczyciła się ofensywnym stylem, polegającym na utrzymywaniu się przy piłce i grze w trójkącie. Każda dzielnica wówczas miała kilka swoich „reprezentacji”, które toczyły ze sobą boje o prymat na swoim terenie i w całym Krakowie. Pewnego razu, taka drużyna z Błoń, miała rozegrać kolejny mecz i nie mogła skompletować składu. Przysłuchujący się burzliwej dyskusji „niepozorny uczniak” z Podgórza, zaproponował swoją grę w ataku. Wywołało to salwę śmiechu wśród pewnych siebie krakowian, którzy dla poprawienia humoru przyjęli propozycję. ,,Grał inaczej niż my wszyscy. Piłka słuchała go, kleiła mu się do nogi. Wózkował (dryblował) świetnie, lecz wózkiem trudno nam było zaimponować. Rewelacją dla nas były natomiast jego strzały, ustawianie się do piłki, wybieganie na pozycję, wypuszczanie piłek łącznikom na przebój lub na skrzydła. Jego zagrania powiązały nasze bezplanowe indywidualne gierki i nadały im sens. Jak łatwo było przy nim zdobywać bramki” – pisał Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży w Przeglądzie Sportowym. Cracovia była w tamtych czasach znakomitą drużyną. Po I wojnie światowej skład uzupełniono młodymi siłami. Józef Kałuża nie był jedynym oseskiem, który stał się tytanem „Pasów”. Nie wolno tu zapomnieć o Bolesławie Janie Kotapce. Ten był piłkarzem, obdarzonym niezwykłą techniką oraz wielką pracowitością. Jak wspomina nieoceniony Stanisław Mielech, Kotapka po treningach wyznaczał sobie dodatkowe zajęcia, nie dawał sobie taryfy ulgowej. Zmysłem przypominał Inzaghiego, jeżeli można użyć takiego porównania. „Kałapaka”(jak nazywali go koledzy) słynął z wykorzystywania dobitek. Pole karne było jego królestwem i zawsze wiedział jak się tam ustawić. Wyróżniał się niesłychaną zaciętością i chęcią do gry. Zdarzyło mu się zataić ropnia pod paznokciem dużego palca, którego usztywnił blachą i niemal nie spowodował tym jeszcze gorszego urazu. O jego umiejętnościach snajperskich świadczy fakt, że w 66 meczach zdobył 84 gole. W parze z Kałużą potrafili czynić cuda. Niestety ten duet nie mógł w pełni pokazać swoich możliwości, bo Kotapka zginął śmiercią tragiczną – w nocy z 24 na 25 kwietnia 1922 roku – został zasztyletowany. Kto raz ujrzał Bolka, to wychudzone chłopczątko, nie wierzył własnym oczom. Niezwykły poziom techniczny i rozum, z zawodnika zupełnie pozbawionego szybkości, zrobiły pierwszej jasności gwiazdę. Jako technik potrafił wszystko, jako taktyk miał szósty, albo i siódmy zmysł. To było tajemnicą skuteczności jego gry – tak opowiadał Józef Kałuża o Bolesławie Kotapce. Nigdy nie dowiemy się, czy Kotapka byłby tak wielki jak Kałuża. Józef posiadał bowiem zdolność zdobywania bramek z każdej pozycji. Różne źródła podają sprzeczne informacje dotyczące liczby goli zdobytych przez asa „Pasów” w oficjalnych meczach: 465-487 goli w 404-454 spotkaniach, licząc grę w reprezentacjach Krakowa i Polski, oraz pierwszy zespół Cracovii. O jego wielkiej klasie świadczy również fakt, że miał wyłączność na grę w środku ataku pasiastej drużyny – przez 18 lat! Boisko zmieniało go w rasowego, chorobliwie ambitnego snajpera, który niczym wieżyczka czołgu, jedynie obracał się i ustawiał celownik, by zadać śmiertelny cios. Poza murawą był zupełnie innym człowiekiem, pogodnym i skromnym. Boiskowy temperament często pchał go do kłótni z arbitrami, którzy pobłażali mu, ze względu na jego markę i zasługi. Był genialnym samoukiem, jednak cały kunszt i technikę wypracował zanim zaczął grać zawodowo. Właściwie półzawodowo, bo jak wcześniej wspominałem, nigdy nie rozstał się z posadą nauczyciela. Ożenił się w 1923 roku z Józefą Dudziak, która urodziła mu córkę Irenę. Jej poświęcał każdą wolną chwilę. Był ekspertem w grze sam na sam z bramkarzem. Gdy golkiper wybiegał, by skrócić kąt, pewne było że Kałuża i tak go ogra. Jak wspominał cytowany wcześniej kolega z Cracovii, Stanisław Mielech, chyba nie było w jego czasach tak kompletnego bramkarza, który by wyczuł intencję lidera „Pasów”. ,,Nigdy nie egzekwował rzutów wolnych i karnych. Do pierwszych brak mu było „atomowych” strzałów, a do drugich nerwów. Tym cenniejszy(w porównaniu z innymi „królami strzelców” jak Reyman, Peterek czy Kossok) był jego rekord goli zdobytych z przebojów i kombinacji”– Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży. Z każdym rokiem stawał się coraz większą legendą Cracovii. W 1921 był jednym z autorów mistrzostwa, w pierwszym sezonie regularnych rozgrywek. Z dobrej strony pokazał się też w reprezentacji, gdzie wystąpił dwadzieścia razy, strzelając osiem bramek. Józef Kałuża był dla kadry tak samo ważny, jak dla Cracovii. W książce „Cracovia znaczy Kraków” wspomniana jest historia o tym, jak Imre Pozsonyi, trener kadry w jej pierwszym historycznym meczu, wezwał w pewnym momencie Józefa do siebie, by ten wziął ciężar gry na siebie. Polak posłuchał trenera i już po kilku minutach rozciągnął grę ze środka. Piłka dotarła do Wacława Kuchara, a ten stanął oko w oko z węgierskim bramkarzem Zsakiem. Piłka po strzale tak mocno uderzyła go w głowę, że padł na ziemię, niczym rażony piorunem. Co zrobił Kuchar? Oczywiście nie dobijał, choć mógł na stale zapisać się w historii polskiej reprezentacji, jako zdobywca pierwszego w jej dziejach gola. On zaczął… go cucić. Napastnik Pogoni Lwów stał się synonimem piłkarskiego fair play, zanim zaczęto tak nazywać kulturalne zachowania w piłce. Józef Kałuża także był wyjątkowym trenerem. Potrafił poskładać zespół, wykorzystać jego największe atuty, jakimi były indywidualności, a także mądrze wprowadzić nowych graczy. Zanim mógł poprowadzić Polaków, musiał potwierdzić swoją skuteczność na ligowej ławce. Wiedza i doświadczenie jakie gromadził, przybliżały go do najważniejszego trenerskiego stanowiska. Rok po zakończeniu kariery, w 1932 roku, stał się najważniejszą osobą w polskiej piłce. Stało się tak, dzięki wykładom trenerskim, jakich udzielał. Został wówczas kapitanem związkowym PZPN, czyli selekcjonerem kadry. Poprowadził polską ekipę do 4. miejsca na IO w Berlinie i pierwszego awansu do mundialu w 1938 roku. To on był trenerem Orłów, podczas słynnego meczu z Brazylijczykami, gdy przegraliśmy 5:6 i kiedy pokonaliśmy wicemistrzów świata – Węgrów 4:2, tuż przed wybuchem wojny. Łącznie poprowadził reprezentację w 47 spotkaniach. To pod jego ręką w kadrze błyszczały takie gwiazdy jak Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz czy Władysław Szczepaniak. Gorzkie życie w okupowanym Krakowie, płynęło mu pod znakiem słów jakie kierował do młodzieży: ,,Młodzi niech sobie grają – nam jednak nie można sprawiać pozorów, że życie sportowe w naszym, podbitym przez najeźdźców kraju, płynie normalnie”. Tak widział sytuację Polaków po przegranej kampanii wrześniowej. Jednak nigdy nie można było powiedzieć, że się poddał. Wręcz przeciwnie. Okupant chciał kontrolować Polaków w każdej sferze. Najwybitniejszemu polskiemu piłkarzowi lat 20-tych, zaproponowali posadę „Sportfuerhera”, który miał kontrolować, za zgodą Niemców, życie sportowe w Generalnym Gubernatorstwie. Dumny Pasiak nie mógłby żyć z piętnem zdrajcy i kolaboranta. Jego osobowość przyciągała nielicznych pozostałych w kraju członków zarządu PZPN. Tym też się zajął. Starając się unikać uwagi Niemców, kierował życiem sportowym kraju. Od małego był chorowity. W młodości zmagał się z podejrzeniem, częstej w tamtych czasach gruźlicy. Zmarł nagle, 11 października 1944 na zakażenie krwi. Można było tego uniknąć, stosując penicylinę. Jak się łatwo domyślić, nie była ona jednak łatwo dostępna w okupowanym mieście. Kałuża ciężko znosił nie tylko chorobę, ale też okupację. Był symbolem manifestującej polskość grupy krakowian, która żegnała ukochanego Pasiaka, mentora i piłkarskiego dominatora. Dzisiejsze ulokowanie stadionu Cracovii nie przypadkiem ma miejsce na ulicy jego imienia. Wielkość Józefa Kałuży nie podlega dyskusji. Skala jego wkładu w rozwój polskiej piłki jest nie do przecenienia. Jeżeli do liczby goli które ustrzelił nie ma pewności, to jest ona w innej kwestii– takiego Pasiaka już nie będzie.
0
Bardzo słusznie postąpił Komitet Apelacyjny. Ja osobiście dosunął bym jeszcze jemu karę grzywny i to taką porządną, ze 200, 300 tys. euro. Może by się w końcu opamiętał! Widziałem to wejscie jak na dłoni, to był ewidentnie zamierzony, brutalny faul, gdzie nie miał szans by trafić w piłke. Alves to jest kawał boiskowego chama z typowym dla siebie tupetem. Nie byłem i nie jestem zwolennikiem jego powrotu do naszego klubu. Więcej z nim będzie kłopotów niż pożytku a ten gol z Atletico niczego nie zmienia z mojego punktu widzenia.
17
Feliz cumpleaños panie Jose!
11 lutego 1963 r. urodził się Jose Mari Bakero, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony. W 1988 r. do stolicy Katalonii ściągnął go Johan Cruijff i uczynił go czołową postacią swojej drużyny. Bakero jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy zdobyli 6 tytułów mistrzowskich i to w dwóch różnych klubach(2 w Realu Sociedad i 4 w FCB). W czasie całej swojej kariery, Bakero cechowała niesamowita wola walki. Jose umiał poderwać zespół do lepszej gry, co na trybunach trudno było uchwycić. Bakero nie tylko wspomagał kolegów mentalnie, lecz również potrafił wykonywać kluczowe podania otwierające zawodnikom droge do bramki. Najważniejszym trafieniem Jose Bakero był gol z 6 listopada 1991 r. przeciwko FC Kaiserslautern, dający awans Blaugranie do fazy grupowej Ligi Mistrzów i w efekcie późniejszy tryumf w tych rozgrywkach. Jose Mari do dziś obok swojego partnera ze środkowej formacji- Josepa Guardioli, jest jednym z symboli legendarnego ,,Dream Teamu”.
1
@tristan87 W komentarzu na swój komentarz? Nic z tego nie rozumiem. Niby jak? W sensie że mam sam sobie odpowiadać na komentaż? przecież to idiotyczne!
0
@Mr8lack No a gdzie ja umieściłem jak nie w komentarzu?
2
Wybitne legendy futbolu:
10 lutego 1903 r. w Kozłowie(Austro-Węgry) urodził się Matej Sindelar, znany bliżej jako Matthias Sindelar, 2-krotny zdobywca Pucharu Mitropa. „Papierowy człowiek”, jak zwano Sindelara ze względu na kruchą budowę ciała, występował na środku ataku, doskonale wpisując się w nurt tzw. naddunajskiej szkoły piłkarstwa, opierającej się na dużej liczbie krótkich podań. „Mozart futbolu” jak też o nim mówiono imponował niepospolitą techniką, wyjątkową kreatywnością, niezłą skutecznością, świetnym dryblingiem oraz przede wszystkim inteligentnym poruszaniem się po murawie. Był uosobieniem powiedzenia „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Poza boiskiem raczej nie był wzorem do naśladowania dla początkujących zawodników – nie lubił trenować, pił, palił, utrzymywał związki z prostytutkami, chętnie spędzał czas w kasynie. Miał trudny charakter, nienawidził się podporządkowywać. Specyficzne usposobienie nie przeszkodziło mu zostać największą gwiazdą zarówno drużyny klubowej – Austrii Wiedeń, jak i austriackiej kadry narodowej, choć nie wykluczone, że znacząco przyspieszyło koniec jego barwnego życia. Sindelar w 1999 roku został przez IFFHS uznany najlepszym austriackim piłkarzem XX wieku. Z całą pewnością jego umiejętności były nietuzinkowe, jednak nie można zapomnieć iż występował w najlepszym okresie w historii austriackiego futbolu. Reprezentacja pod wodzą Hugo Meisla siała postrach na całym świecie, nie przegrywając 14 meczów z rzędu, pokonując m.in. Szkocję 5:0, Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię, Węgry 8-2, Belgię 6-1 czy Włochy 2-1(stąd nazwa Wunderteam – cudowna drużyna). „Sindi” był sztandarową postacią kadry, stając się rozpoznawalny w całej Europie. Nagły rozwój piłki nożnej w Austrii związany był z założeniem w 1924 roku drugich na świecie zawodowych rozgrywek piłkarskich. Znacząco podniósł się poziomo ligi, założonej przecież sporo wcześniej, bo już w 1911 roku. Wraz z lepszymi widowiskami pojawili się kibice, którzy tłumnie zaczęli odwiedzać stadiony piłkarskie – za średnią frekwencję uważano wówczas 40 tysięcy widzów, co bez wątpienia napędzało dalszy rozkwit futbolu w Austrii. Podopieczni Meisla, pod nieobecność przedstawicieli ojczyzny piłki nożnej Anglii, uważani byli za faworytów rozgrywanych w 1934 roku na terenie Włoch drugich mistrzostw świata. Tam jednak zawiedli, zajmując jedynie 4 miejsce. „Sindi” zdobył na turnieju ledwie jedną bramkę, trafiając w wygranym 3:2 spotkaniu z Francją. Duże nadzieje wiązano z następnym Mundialem w 1938 roku, niestety chęć dominacji nad światem ich rodaka – Adolfa Hitlera, bezlitośnie zamknęła im drogę na francuski turniej. Warto wspomnieć, że część austriackich piłkarzy(m.in. Josef Stroh, Rudolf Raftl, Franz Wagner czy Willi Schamus) wystąpiła na mistrzostwach przyjmując, w przeciwieństwie do Sindelara, propozycję gry w zespole III Rzeszy. Sindelar przez niemal całą karierę związany był z jednym klubem – Austrią Wiedeń. Jedynie początek swojej futbolowej przygody spędził w innym wiedeńskim zespole – ASV Hertha, do którego trafił w wieku 15 lat, po rekomendacji nauczyciela, który pełnił funkcję quasi – skauta, wyszukując młode talenty dla kilkunastu drużyn. Już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole, szybko zyskując sobie uznanie kibiców i ekspertów. W wieku 20 lat odniósł ciężko kontuzję kolana, która postawiła jego dalsze występy pod znakiem zapytania. Dopiero operacja przeprowadzona przez dr Hansa Spitzy’ego pozwoliła wrócić „Sindiemu” do gry, jednak był zmuszony do końca kariery nosić na kolanie specjalną opaskę(właśnie tą kontuzją tłumaczył Herbergerowi swoją odmowę). W wieku 21 lat, po spadku Herthy, który nieodłącznie wiązał się z kłopotami finansowymi, przeszedł do rywala zza między, ówczesnego mistrza Austrii – SV Amateure. Z Sindelarem w składzie w 1926 roku po raz drugi wygrali ligę, a następnie zmieniono nazwę na FK Austria. „Papierowy człowiek” nie miał więcej okazji świętować krajowego mistrzostwa, celebrując za to zdobycie 5 Pucharów Austrii oraz sukcesy na międzynarodowej arenie. Sidnelar skrupulatnie wykorzystywał swoją popularność, reklamując zegarki i produkty mleczne oraz grając w filmie…samego siebie. Był ulubieńcem prasy sportowej i kawiarnianego towarzystwa Wiednia. Tak jak na Wyspach kibice mają swoje puby, tak w Austrii mieli swoje kafejki. Miejscem spotkań fanów „Fioletowych” była „Café Parsifal”, gdzie obok zwykłych miłośników piłki zasiadali także piłkarze, władze klubu, a nawet znani pisarze i dziennikarze. Tam „Sindiego” poznał austriacki pisarz Friedrich Torberg, który lakonicznie podsumował „Mozarta futbolu”: „Był po prostu geniuszem.”
23 stycznia 1939 roku doszło do jednej z najbardziej tajemniczych śmierci w historii piłki nożnej. Tego dnia w Wiedniu, w apartamencie mieszczącym się w kamienicy przy Annagase 3 odnaleziono nieprzytomną kobietę leżącą przy nagich zwłokach 35 – letniego mężczyzny. Jak ustalono podczas nieprzeciętnie błyskawicznego śledztwa, ten nie żył już od 10 dni. Kobieta zmarła wkrótce po przewiezieniu do szpitala. Oficjalny komunikat brzmiał: zatrucie dwutlenkiem węgla. Jednakże ci, którzy znali męską ofiarę rzekomego wypadku, a prawdę powiedziawszy mało kto o nim nie słyszał, powątpiewali w wersję nazistowskich władz. W ten osobliwy, skrajnie zagadkowy sposób, austriacki futbol stracił swego najwybitniejszego syna, symbol siejącego do niedawna popłoch Wunderteamu, ulubieńca wiedeńskich kawiarni – Matthiasa Sindelara. Hipotez co do przyczyny jego śmierci jest kilka. Wersja oficjalna, rozpowszechniana przez nazistowską propagandę mówi, jak wspomniano na wstępie, o przypadkowym zatruciu dwutlenkiem węgla. Jest ona o tyle prawdopodobna, że sąsiedzi Sindelara często narzekali na nieszczelne instalacje gazowe. Aczkolwiek należy wspomnieć o kilku faktach, mocno ją podkopujących. Po pierwsze śledztwo trwało zadziwiająco krótko, zostało zamknięte zaledwie po 2 dniach. Co więcej, cała dokumentacja dotycząca dochodzenia w enigmatycznych okolicznościach zaginęła. Istnieli także świadkowie twierdzący, że naciskano z samej stolicy III Rzeszy, ażeby uznać sprawę za nieszczęśliwy wypadek. Inna teoria sugeruje, że Sindelara zamordowała kobieta przy której znaleziono martwego piłkarza – potomkini cór Koryntu, będąca jednocześnie jego dziewczyną, Żydówka włoskiego pochodzenia Camilla Castagnola. Ta dowiedziawszy się o planowanym przez „Mozarta futbolu” zerwaniu, postanowiła otruć najpierw jego a następnie siebie, składając ich związek na swoistym ołtarzu miłości. Rozważa się również podwójne samobójstwo. Sindelar wraz ze swoją partnerką mieli pozbawić się życia w ramach buntu wobec szerzącej się hitlerowskiej zarazie, której efektem była utrata suwerenności przez Austrię oraz antysemityzm, stopniowo pożerający ich przyjaciół, a także w bliskiej perspektywie zagrażający im samym. Oprócz tego w grę wchodzi zemsta alfonsa Castagnoli– Ameriki Maxiego, który delikatnie to ujmując, nie był wniebowzięty z powodu utraty podopiecznej. Jednak najwięcej argumentów zdaje się przemawiać za tym, że „Mozart futbolu” stał się po prostu ofiarą bezwzględnej „vendetty” nazistowskich prominentów, na którą ciężko pracował od dobrych kilku miesięcy. Był zagorzałym przeciwnikiem ideologii narodowo–socjalistycznej oraz wszystkiego co z nią związane. W jego teczce w Gestapo znalazły się takie określenia jak „socjaldemokrata”, „czeski nacjonalista” czy „sojusznik Żydów”, co samo w sobie wystarczyło do wydania wyroku śmierci. Ponadto, nie zważając na dezaprobatę decydentów, pomagał przetrwać swoim żydowskim przyjaciołom, a pozostałych przedstawicieli narodu Dawidowego traktował w dalszym ciągu z szacunkiem. Za przykład może posłużyć sytuacja z sierpnia 1938 roku, gdy Sindelar podczas zakupu kawiarni nie wykorzystał trudnego położenia jej właściciela Leopolda Drilla, którego z racji pochodzenia zmuszono do sprzedaży kafejki za bezcen, płacąc mu uczciwą cenę 20 tysięcy marek. Na korzyść „Sindiego” nie działała także przynależność klubową– wiedeńska Austria uważana była za zespół żydowskiej burżuazji. Zresztą z „Fiołkami” wiąże się kolejna anegdota, wyraźnie wskazująca jakimi wartościami kierował się Sindelar. W ramach wszechobecnej antysemickiej nagonki zabroniono piłkarzom rozmawiać z żydowskimi pracownikami klubu(zarówno obecnymi jak i byłymi, których jeszcze nie wyrzucono). Do tego grona należał m.in. do niedawna prezydent klubu dr Emanuel Schwarz. Gdy tuż przed wyjazdem z Austrii spotkał „Sindiego” usłyszał: „Nowy prezydent zabronił mi z panem rozmawiać, ale ja zawsze z panem porozmawiam, Herr Doktor.” Do tego dochodził rodowód Sindelara, który nie był czystej krwi Austriakiem, ale pochodzącym z Moraw czeskim imigrantem. Urodził się w roku 1903, w leżącym na terenie multinarodowych Austro-Węgier Kozlovie jako Matěj Šindelář. W 1905 roku jego rodzice postanowili przenieść się do Wiednia, osiedlając się w biednej, robotniczej dzielnicy Favoriten. Dopiero tam postanowiono zmienić rodzinne nazwisko na Sindelar, a przyszłemu kapitanowi Wunderteamu zmodyfikować imię na ułatwiające asymilację Matthias. Jakkolwiek to wszystko może wystarczyłoby do zwrócenia uwagi przedstawicieli Tysiącletniej Rzeszy w Austrii, natomiast na pewno nie ściągnęłoby na Sindelara gniewu berlińskiej centrali nazistowskiego imperium. O to zadbał sam „Mozart futbolu”, prawdopodobnie podając ostatni gwóźdź do trumny zbijanej dla niego przez fanatyków narodowego socjalizmu. 3 kwietnia 1938 roku na wiedeńskim Praterze odbyło się spotkanie mające uczcić Anschluss Austrii do III Rzeszy. Naprzeciwko siebie stanęły kadra narodowa Niemiec i występujący po raz ostatni legendarny Wunderteam, aczkolwiek już pod nową nazwą– Marchia Wschodnia(Ostmark). Na życzenie swojego kapitana Sindelara, Austriacy zamiast w tradycyjnych biało – czarnych trykotach, wystąpili w kolorach swojej flagi – czerwone koszulki, białe spodenki, czerwone getry, co już samo w sobie mogło zostać odebrane jako prowokacja. Aby nikt nie poczuł się urażony, ustalono, że mecz miał zakończyć się braterskim, pojednawczym remisem. Pierwsza połowa toczyła się według groteskowego scenariusza – każdy zawodnik, w tym Sindelar, pudłował z sytuacji z których wydawało się nie można spudłować. Wszystko układało się tak jak uzgodniono w politycznych gabinetach. Jednak 20 minut przed końcem meczu „Papierowy człowiek” nie wytrzymał - pokonał niemieckiego bramkarza, a następnie podbiegł pod trybunę zajmowaną przez nazistowskich dygnitarzy, aby poprzez taniec okazać swoją radość. Jakby tego było mało, tłum zgromadzony na trybunach zaczął skandować „Austria! Austria!”, co ośmieliło kolegów Sindelara - Karl Sesta zdobył gola na 2:0, tym samym ustalając wynik meczu. Zapewne żaden sportowiec od czasów czarnoskórego Jesse’ego Owensa, z łatwością pokonującego niemieckich wysokich blondynów na Igrzyskach w Berlinie, nie rozwścieczył w takim stopniu Hitlera i jego popleczników, co wtedy austriaccy piłkarze z „Mozartem futbolu” na czele. Oczywiście całokształt przewinień poszedłby w niepamięć, przysłonięty wybitną grą Sindelara dla chwały III Rzeszy, lecz ten postanowił zakończyć karierę, wielokrotnie odmawiając niemieckiemu selekcjonerowi Seppowi Herbergerowi, tłumacząc się zaawansowanym wiekiem oraz prześladującą go od dawna kontuzją kolana. Późniejszy Mistrz Świata z 1954 roku wspominał: „Próbując raz po raz namówić go do gry, w końcu zrozumiałem, że kierowały nim inne powody. Miałem wrażenie, że miało to związek z niepokojem i odrazą, jakimi darzył wydarzenia na scenie politycznej. To nie dawało mu spokoju i prawdopodobnie zaważyło na jego odmowie.” Na pogrzeb Sindelara przyszło ponad 15 tysięcy ludzi. Zapewne nigdy nie będzie możliwe stwierdzenie ze stuprocentową pewnością w jaki sposób zmarł. Niechybnie wersja głosząca nazistowską zemstę buduje mit bohaterskiego Austriaka, który oddał życie za swoje przekonania. Świetnie wyraził to Jonathan Wilson, angielski dziennikarz, zajmujący się futbolową historią: „Dostępne dowody wyraźnie sugerują, że śmierć Sindelara była wypadkiem, a jednak poczucie, iż bohater nie może zginąć w tak przyziemny sposób przeważa. Przecież co lepiej odda klimat Austrii w czasie Anschlussu niż sportowiec, artysta, pupil społeczeństwa wiedeńskiego, brutalnie zagazowany wraz ze swoją Żydowską dziewczyną?”.
1
Blaugrana w europejskich pucharach:
10 lutego 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Woolverhampton 4:0 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Pucharu Mistrzów. Gole dla Barçy zdobyli: Villaverde(2), Kubala oraz Evaristo. Rewanż był równie okazały ale o tym mniej więcej za miesiąc.
2
Wybitne rekordy, wybitni piłkarze:
10 lutego 1901 r. na stadionie Camp del Hotel Casanovas doszło do pojedynku pomiędzy FC Barceloną a Club Franco Espanyol w ramach Copa Macaya. Mecz ten wygrała Duma Katalonii w stosunku 13:0! Uwaga, w meczu tym został ustanowiony klubowy rekord goli. Niejaki…… Joan Gamper ,,huknął’’ w tym spotkaniu 9 goli! Mało tego, niespełna miesiąc później Gamper wyrównał klubowy rekord strzelając 9 goli Gimnasticowi Tarragona również w Copa Macaya!
Również 10 lutego(cóż za zbieg okoliczności) tyle że w roku 1952, Ladislao Kubala dokonał rzeczy wprost niebywałej! Otóż w starciu ze Sportingiem Gijon w ramach 22 kolejki La Liga strzelił 7 goli! Strzelał kolejno w 11, 27, 70, 73, 75, 83 i 89 minucie. Proszę zauważyć że Kubala w 19 minut strzelił 5 goli! To wyczyn iście spektakularny. Jest jeszcze tylko jeden piłkarz w całej historii Primera Division, który dorównał osiągnięciu Kubali a mianowicie Bask Agustin Sauto Arana, znany lepiej jako Bata. Bata również strzelił 7 goli i to w meczu przeciwko…FC Barcelonie, w którym Athletic Bilbao rozgromił Barçe 12:1! Kubala jest jednak nieco lepszy ponieważ strzelił 5 goli pod rząd, czego nie udało się dokonać Bacie. Swoją drogą zastanawiające jest to że tak genialny snajper jak Leo Messi nawet nie otarł się o granice 6 goli w jednym meczu La Liga. Ba! Leo nawet nie strzelił 5 goli w La Liga a miał ku temu wiele okazji. Tak czy inaczej Ladislao Kubala był bez wątpienia największym crackiem Dumy Katalonii XX wieku.
5
Wybitne postacie polskiego futbolu:
10 lutego 1939 r. urodził się Władysław Jan Żmuda, pomocnik i obrońca, wychowanek Slavii Ruda Śląska, z której trafił do Śląska Wrocław i tam, od awansu do ekstraklasy w 1964 roku zaczęła się piłkarska droga na najwyższym krajowym poziomie. Co prawda kontuzje przeszkodziły mu w kontynuowaniu gry, ale jednocześnie stanowiły przepustkę do nowej roli, bo jeszcze jako zawodnik, w 1968 roku, ukończył AWF w Warszawie i czeski trener, grających wówczas w II lidze wrocławian, Jozef Stanko od 1970 roku korzystał ze wsparcia grającego asystenta. Pół wieku temu zaczęła się więc wielka trenerska przygoda. W sezonie 1971/1972, już po zakończeniu kariery piłkarskiej, Władysław Żmuda przejął szkoleniowe stery i zbudował drużynę, która w 1973 roku wywalczyła awans do ekstraklasy. Rok później, pierwszy raz w historii klubu, wrocławski zespół z Januszem Sybisem na czele stanął na podium i wywalczył prawo gry w europejskich rozgrywkach. Po wyeliminowaniu w rundach wstępnych Pucharu UEFA drużyn GAIS Goteborg i Antwerp FC wrocławianie trafili na FC Liverpool, który maszerował po trofeum. Na wypełnionym kibicami Stadionie Olimpijskim w 10-stopniowym mrozie Anglicy wygrali 2:1, a o meczu sprzed 45 lat do dzisiaj wrocławscy kibice i piłkarze opowiadają legendy. Idąc za ciosem podopieczni Władysława Żmudy na krajowych boiskach zdobyli Puchar Polski w 1976 roku i mistrzostwo kraju w 1977 roku, a w międzyczasie dotarli do ćwierćfinału Pucharu Europy Zdobywców Pucharów, w którym po remisie 0:0 u siebie 0:2 przegrali rewanż z SSC Napoli. Po sukcesach odniesionych we Wrocławiu Władysław Żmuda wrócił w rodzinne strony, ale ani jako trener Górnika Zabrze w latach 1977-1980 (spadek z ekstraklasy i powrót do niej), ani grającego w II lidze GKS-u Katowice w sezonie 1980/1981 nie sięgnął po sukcesy. Na swój czas i miejsce trafił natomiast w Widzewie, w którym pracując w latach 1981-1984 zdobył mistrzostwo Polski, dwa wicemistrzostwa kraju Puchar Polski oraz dotarł do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Zespół ze Zbigniewem Bońkiem w ćwierćfinale wyeliminował wówczas FC Liverpool, a zakończył rywalizację remisem 2:2 z Juventusem Turyn, który u siebie wygrał 2:0 i to zespół wszedł do finału. Kolejny powrót w rodzinne strony, połączony z pracą dydaktyczną na AWF Katowice, zakończył się degradacją Ruchu Chorzów – choć na samym finiszu rundy wiosennej w 1987 roku Władysław Żmuda nie siedział już na trenerskiej ławce. Wrócił na nią jako trener GKS-u Katowice i w latach 1988 oraz 1989 doprowadził drużynę z Bukowej do tytułów wicemistrza Polski, a po tunezyjskim epizodzie, podczas którego w 1991 roku z Esperance Tunius wywalczył dublet, wrócił na dwa sezony do Widzewa, który po awansie do ekstraklasy sięgnął po trzecie miejsce w kraju i w wrócił na europejskie stadiony, a następnie do pracy na katowickiej AWF. Doczekał się wielu wyróżnień, z których najbardziej ceni sobie tytuł Trenera Wszech Czasów Śląska Wrocław nadany w 2012 roku podczas otwarcia poświęconej mu wirtualnej wystawy w stolicy Dolnego Śląska. Nie zmieniło to jednak człowieka, który z typową dla siebie skromnością podsumował 2019 rok. ,,Zadowolony jestem z minionego roku, szczególnie jeżeli chodzi o zdrowie, ale także z tego, że chodząc na mecze piłki nożnej, bo to jest moja pasja, mogłem się cieszyć z dobrych występów drużyn, którym kibicuję” – mówi Władysław Żmuda. ,,Najbliższe są mi: Śląsk Wrocław, Widzew Łódź, Górnik Zabrze i GKS Katowice, ale kibicuję też Piastowi Gliwice, „po sąsiedzku”, a Ruch Chorzów również nie jest mi obcy i ściskam kciuki za jego awans. Cieszę się też z występów mojej Slavii, na której IV-ligowe mecze na rudzkim stadionie, zaglądam regularnie. Pasuje mi to, że wszystkie mecze u siebie „biało-niebiescy” grają w sobotę o 11.00 i to nie koliduje z terminami spotkań innych śląskich drużyn, które też mogę oglądać i emocjonować się ich występami. Miałem sporą satysfakcję, gdy na 100-lecie mojego macierzystego klubu zorganizowany został mecz Slavia – Górnik. Ciekawe było także jesienne spotkanie Górnika z Piastem. Miałem być na grudniowym meczu Śląska z Legią, bo zostałem oficjalnie zaproszony. Z powodów pogodowych i zdrowotnych nie skorzystałem jednak i po tym co się tam działo na trybunach nie żałuję”. Przez te wydarzenia następny mecz z Lechem Śląsk rozgrywał bez udziału publiczności i planowane na ten dzień spotkanie pokoleń, na które też byłem zaproszony, zostało odwołane. Byłem również zaproszony na Wigilię Widzewa, ale tych przedświątecznych spotkań było za dużo i skupiłem się na tych najbliżej domu. Uczestniczyłem w gali 100-lecia Slavii czy spotkaniu opłatkowym Klubu Wybitnego Piłkarza Śląska, gdzie mogłem spotkać kolegów zawodników i trenerów z moich czasów jak i tych dużo młodszych. W towarzystwie Stanisława Oślizły, Jana Benigiera, Piotra Czai, Henryka Latochy, Eugeniusza Lercha, Zdzisława Podedwornego czy Krzysztofa Bizackiego, Radosława Gilewicza, Mariusza Śrutwy, Mirosława Widucha i Jana Wosia była więc okazja do złożenia piłkarskich życzeń na rok 2020. ,,Ważne, żeby Górnik się utrzymał, a Piast wywalczył awans do europejskich pucharów i przełamał barierę pierwszej rundy, pnąc się jak najwyżej” – życzy Władysław Żmuda. ,,Awansów życzę także GKS-owi Katowice i Ruchowi Chorzów oraz innym śląskim drużynom ze szczebla centralnego. Dużo jest tych oczekiwań i gdyby te marzenia kibiców spełniły się w 80 procentach to byłoby super. Natomiast Slavii, która ma swoje IV-ligowe problemy, życzę, żeby poszła za ciosem i jako zdobywca Pucharu Polski na szczeblu Podokręgu Katowice pokonywała kolejne przeszkody już na szczeblu Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Mówiąc krótko wszystkim zespołom życzę poprawy w grze”.
0
@Hubsao Nie bardzo rozumiem? W jakim komentarzu? A to co napisałem to niby nie komentarz?
3
(Nie)zapomniane legendy futbolu:
9 lutego 1931 roku urodził się Josef Masopust, czeski ofensywny pomocnik. Był jednym z sześciu dzieci i od początku nie miał lekko. Rodzina nie miała zbyt wiele pieniędzy, co nauczyło go skromności, nigdy nie stał się rozrzutny. Od dziecka był też uczony szacunku do innych. Wszyscy z jego otoczenia powtarzali, że zawsze był dobry, pomocny i nigdy nie zrobił nic złego innej osobie. Niewątpliwy wpływ na to miała też wojna, która wybuchła, gdy miał on 8 lat. To wszystko sprawiło, że Masopust na boisku odznaczał się nie tylko wspaniałą grą, ale też postawą fair play. Był on wzorem człowieka – zarówno na murawie, jak i poza nią. To właśnie o takich ludziach powinno się opowiadać wszystkim młodym adeptom futbolu. Sam piłkarz, wspominając dom, szczególnie mocny nacisk kładł na rolę ojca w jego piłkarskiej karierze. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, który udzielił w zeszłym roku, wspominał m.in.: „tata mówił mi, że jeśli chcę być dobrym zawodnikiem, muszę kopać lewą i prawą nogą”. Poszedł za radą ojca, a umiejętność gry obiema nogami była jego wielkim atutem w przyszłości. Pierwszym (i prawdopodobnie najcenniejszym) zdaniem, jakie usłyszał od rodzica w związku z piłką nożną, było jednak: „żadnych potańcówek, tylko biegać, biegać, biegać”. Posłuchał. Opłaciło się. Ojcu Masopusta dziękować mogą też kibice Dukli Praga. To on poradził synowi, by – gdy ten chciał przejść do większego klubu bezpośrednio z Mostu – najpierw zaliczył mniejszy zespół, w którym dostanie szansę na rozwój. Tak zrobił. I ostatecznie, mimo że pierwotnie miejsce w jego sercu zajmowała Slavia, trafił do jej praskiej rywalki. 1952. 1968. Śmiało lata te można uznać za początek i koniec „ery Masopusta” w drużynie ze stolicy Czech. Josef stał się jej najwybitniejszym piłkarzem w historii, zdobywając z nią osiem mistrzostw Czechosłowacji oraz trzy krajowe puchary. Raz – w 1966 roku – udało się Dukli zdobyć dublet. Również na arenie europejskiej klub prezentował się świetnie. Kilka razy awansował do ćwierćfinału Pucharu Europy, a raz dotarł nawet do 1/2, gdzie zespołem lepszym okazał się Celtic Glasgow, późniejszy zwycięzca. Masopust Dukli oddał całe swe serce i ogromną część piłkarskiej kariery, ale sam w wywiadach, udzielanych głównie w ostatnich latach, przyznawał, że w głowie kołatała mu się myśl o wyjeździe (choć bardziej pasującym słowem byłaby „ucieczka”) za granicę. Powód był prosty: w Czechosłowacji panował komunizm, zarobki piłkarzy były minimalne, a zawodnikiem tej klasy interesowały się zagraniczne kluby. W wywiadzie z Markiem Wawrzynowskim Josef przyznawał, że otrzymał raz ofertę z Sampdorii Genua, która natychmiast została odrzucona. Inne nawet do niego nie docierały, choć zainteresowanie było – przepisy nie pozwalały jednak na taki transfer. Przed ucieczką na „Zachód” powstrzymywała go też myśl o rodzinie, którą musiałby zostawić w kraju. Po zakończeniu swej kariery piłkarskiej(ostatnie dwa lata spędził w Belgii, gdy w końcu (mając 38 lat) dostał pozwolenie na wyjazd) wrócił do ojczyzny… i Dukli. Prowadził ją przez kilka lat jako trener. Zresztą zaliczył nawet trzyletnią przygodę z reprezentacją. W pewnym momencie znalazł się aż w Indonezji, gdzie zajmował się pracą z młodzieżą, ale jego dom, jak sam mówi w rozmowie z Grzegorzem Rudynkiem, „od pół wieku stoi w tym samym miejscu, nieopodal stadionu Dukli”. To najlepiej pokazuje, gdzie ten wielki piłkarz zostawił swe serce. Debiut w kadrze „Rycerz” (bo taki przydomek mu nadano) zaliczył w roku 1954 przeciwko Węgrom, a sześć lat później, wraz ze swymi kolegami z boiska, zdobył brąz mistrzostw Europy. To, co najważniejsze w jego przygodzie z kadrą Czechosłowacji, zdarzyło się jednak w trakcie chilijskiego mundialu w roku 1962. Powiedzieć, że Czesi nie byli faworytami, to jak nie powiedzieć nic. Wieszczono im pożegnanie się z turniejem już w fazie grupowej. Zdaniem większości osób, które obserwowały światowy futbol w tamtym czasie, podopieczni Rudolf Vytlačila śmiało mogli skupić się na zwiedzaniu i poznawaniu nowego dla nich kraju. Miał to być jedyny pozytywny akcent w ich wyjeździe. Stało się inaczej. Dzięki swej fantastycznej grze – której tempo nadawał oczywiście Masopust – Czesi dotarli aż do finału. Tam napotkali (po raz drugi w tym turnieju, do pierwszego meczu jeszcze wrócimy) Brazylię. Josef zdobył bramkę w 15. minucie spotkania. Później, w wielu wywiadach przyznawał, że „przez minutę czuliśmy się jak mistrzowie świata”. Przez minutę, bo po takim czasie wyrównał Amarildo. W drugiej połowie Brazylijczycy dołożyli kolejne dwa gole i to oni mogli świętować. Jak przyznawał sam „Rycerz” Czesi nie byli rozczarowani porażką. Uznawali srebrny medal za swój wielki sukces – całkiem inaczej niż dwanaście lat wcześniej Węgrzy, przeciwko którym Masopust w kadrze debiutował. Podobne zdanie mieli mieszkańcy Pragi, którzy tłumnie wyszli przywitać piłkarzy, gdy ci autobusem przemierzali ulice stolicy. Zresztą już w czasie turnieju z Czechosłowacji przybywać zaczęło do piłkarzy mnóstwo listów, widokówek itp. ze słowami wsparcia i gratulacji. Po śmierci Masopusta ze wszystkich czechosłowackich piłkarzy, którzy brali udział w tamtym turnieju, przy życiu pozostało sześciu: Josef Jelinek, Josef Kadraba, Vladimir Kos, Jan Lala, Vaclav Masek i Jiri Tichy. Po fantastycznym występie na mundialu, Masopust stał się jednym z faworytów do zdobycia Złotej Piłki. Wiedział o tym, że znalazł się na liście nominowanych, ale nie przypuszczał – choć, jak mówił, nie został całkowicie zaskoczony otrzymaniem nagrody – że zwycięży. O tym fakcie dowiedział się w rozmowie telefonicznej od znajomego dziennikarza. Ten, przewidując możliwy szok, najpierw zapytał zawodnika, czy siedzi. Dopiero potem powiedział mu o tym, że został wybrany zawodnikiem roku. W tamtych latach nie było jeszcze wielkich gali z mnóstwem zaproszonych gości, nie robiono z wręczenia Złotej Piłki wydarzenia na skalę światową. W przypadku „Rycerza” podarowano mu nagrodę przed meczem Dukli z Benficą. Wręczył ją redaktor „France Football”, uściskiem dłoni pogratulował mu Eusebio i inni zawodnicy, a po chwili rozpoczęło się spotkanie. Nic więcej. Niepotrzebne były przemowy, swoją grą, a więc tym, co najważniejsze, Josef mógł już po chwili udowodnić, że na ZP zasłużył. Z kolei losy Masopusta i Pelego dość często się ze sobą przeplatały. Już w 1959 roku Dukla Praga pojechała do Meksyku, gdzie – w meczu towarzyskim – zmierzyła się z ekipą Santosu. Dla „Rycerza” było to jedno z ważniejszych spotkań w karierze, a jego drużyna wygrała 4:3. Kolejne ważne spotkanie to oczywiście mecz opisanych już Mistrzostw Świata w roku 1962. Nie finałowy. W nim Pele nie wystąpił. Tu musimy „cofnąć się” do fazy grupowej, gdzie Czechosłowacja bezbramkowo zremisowała z Brazylią. Co takiego wyróżnia to spotkanie na tle pozostałych? Fakt, że mieliśmy w nim do czynienia z jednym z najsłynniejszych zachowań fair play w historii piłki nożnej. W trakcie meczu Pele doznał – według Masopusta przy oddawaniu strzału – kontuzji. W tamtych latach nie dopuszczano jeszcze możliwości zmiany zawodników, więc Brazylijczyk na boisku musiał zostać, by nie osłabiać swej drużyny. „Rycerz” powiedział więc partnerom z drużyny, by ci nie faulowali Czarnej Perły. I faktycznie, Pele był oszczędzany przez rywali, co pozwoliło mu dokończyć starcie. Gest ten, jakże dziwnie wyglądający w dzisiejszych czasach – czasach futbolu nastawionego przede wszystkim na zwycięstwo za wszelką cenę – do dziś wspominany jest przez Pelego. Brazylijczyk zresztą szczerze podziwia i docenia osiągnięcia „Rycerza”. Gdy był obecny na 80. urodzinach Masopusta, składając Czechowi życzenia powiedział: „Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłeś dla piłki nożnej. Byłeś w niej przede mną, otworzyłeś drzwi dla mnie i kolejnych pokoleń piłkarzy”. Trudno o wyraz większego uznania. Historia Masopusta jest ciekawa. Oto jeden ze zdobywców Złotej Piłki. Piłkarz uniwersalny, o bajecznej technice. Człowiek, którego zagraniami zachwycali się wszyscy: kibice, rywale, trenerzy. Wicemistrz świata, zdobywca brązowego medalu na pierwszych mistrzostwach Europy. Andrzej Gomołysek analizując grę Masopusta napisał: „Niewielu zawodników w historii było tak uniwersalnych i miało na piłkę w swoim kraju taki wpływ jak on”. I faktycznie tak było. Czesi o tym pamiętają. W roku 2000 „Rycerz” wybrany został graczem stulecia w Czechach, a cztery lata później zawodnikiem pięćdziesięciolecia UEFA (w każdym kraju członkowskim wybierano takiego). W 2006 roku uhonorowany został Medalem Za Zasługi I stopnia. Przed stadionem Dukli stoi jego pomnik, a obiekt jego pierwszego klubu – Baniku Most – bierze nazwę od jego imienia. I o ile w swej ojczyźnie Masopust był uwielbiany do końca swych dni, o tyle na Zachodzie(a nawet w Polsce) wydawał się być postacią nieco zapomnianą. Sam przyznam szczerze, że po raz pierwszy usłyszałem o nim zaledwie dwa lata temu, gdy do rąk wziąłem biografię Pelego. Z czego to wynika? Wydaje się, że z faktu, iż sukcesy Masopust odnosił w komunistycznej Czechosłowacji, z której wyjechać mógł dopiero pod koniec życia, a w której obserwować go mogło niewielu fanów futbolu czy dziennikarzy. Zapisał się oczywiście w historii światowej piłki, choćby występem na MŚ w Chile, jednak były to czasy genialnej Brazylii, o której teraz mówi się w pierwszej kolejności. Na liście zdobywców Złotej Piłki nazwisko „Rycerza” wydaje się być niepasującym elementem, anomalią, która nigdy więcej nie miała miejsca. Na szczęście tylko „wydaje się”. Bo pasuje on tam równie mocno, jak Di Stefano, Charlton czy Cruijff. Tu należy ukłonić się w stronę Michela Platiniego, który – dosłownie w ostatnim dniu życia Josefa – wręczył mu Nagrodę Prezydenta UEFA. On o Czechu pamiętał. Śmierć Josefa Masopusta okazała się w pewnym sensie punktem zwrotnym w powolnym „zacieraniu się” pamięci o tym wielkim piłkarzu. Smutne, ale prawdziwe. Potrzebna była ta tragedia, by serwisy i gazety na całym świecie przypomniały sobie, że taki piłkarz istniał i czarował. Nie „kopał”, nie „grał”. Czarował. Jego rajdy na trwałe zapisały się w historii futbolu jako „slalom Masopusta”, a jego przegląd sytuacji, opanowanie w kluczowych momentach spotkania i zmysł taktyczny widać na każdym nagraniu z meczów, w których brał udział. To, że nie ma go już wśród nas, jest prawdziwą tragedią dla futbolowego świata. Pamięć „Rycerza” uczczono minutą ciszy przed finałem ME U21 rozgrywanych w Czechach.
0
@Rothan1 Ostatnio był legendarny Jan Pieszko. pochodzący z Litwy. Będą z różnych regionów Polski.
3
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
9 lutego 1928 r. w Zabrzu urodził się Antoni Franosz. Był piłkarskim symbolem defensywy Górnika z jego pionierskich czasów. Grać w piłkę zaczął już w Preußen, w którym zadebiutował w 1944 r. Po wojnie od początku istnienia klubu związany z Górnikiem. Wielu wspomina go jako jednego bardzo ambitnego i twardego człowieka. ,,Zawsze rwał się do gry i nie przeszkadzały mu w tym nawet kontuzje. Owijał nogę jakimś bandażem i wracał na boisko. W Londynie, kiedy graliśmy z Tottenhamem, jeden z Anglików korkami rozwalił mu kolano. W przerwie kazał sobie to miejsce polać spirytusem, obwiązać i wyszedł na boisko”– wspominał Roman Lentner. Wyprzedził swoją epokę. Jako pierwszy zaczął atakować flanką. Chodził przy linii, jak skrzydłowy a wówczas żaden obrońca tak nie grał. Wyglądał niepozornie ale rywale bardzo szybko przekonywali się, że nie można go lekceważyć. Zawsze ciągnęło go do przodu. Był kapitanem Górnika praktycznie do końca kariery i bardzo chętnie dzielił się doświadczeniem i udzielał wskazówek młodszym kolegom. W zabrzańskim zespole występował do 1961 r. Przeszedł w tym czasie drogę od występów w klasie A Śląska Opolskiego do gry w elicie i zdobycia trzech tytułów mistrza kraju (1957, 1959 i 1961). Zdążył też zagrać w europejskich pucharach. Dzięki swojemu niespożytemu zapałowi był ulubieńcem kibiców. Był znakomitym dyrygentem zespołu o niekwestionowanym autorytecie. Nigdy nie dostąpił zaszczytu gry w reprezentacji. Jako trener też związał się z Zabrzem. Pracował w Górniku, Pogoni i Gazobudowie, a także w Czarnych Pyskowice. W stanie wojennym wyjechał do Niemiec i osiadł w Kolonii.
5
Ikony sportu, wybitne legendy Blaugrany:
9 lutego 1928 r. urodził się Rinus Michels, były napastnik Ajaxu oraz jeden z najwybitniejszych trenerów w historii futbolu, także i FC Barcelony. Holender jest pionierem stylu znanego jako ,,futbol totalny”, który zrewolucjonizował piłke nożną w latach 70-tych. Po wygraniu z Ajaksem Pucharu Europy w 1971 r. Michels przejął Barçe i prowadził ją przez 6 sezonów z dwuletnią przerwą a w kolejnych latach był mentorem Johana Cruyijffa, którego z resztą sprowadził w 1974 r. do Barcelony. Dzięki naukom Michelsa, Cruijff stworzył swój ,,Dream Team” i przekazał tajniki futbolu totalnego Guardioli. Podczas wizyty w Barcelonie w 2002 r. wyraził taką oto opinie: ,, W futbolu musi istnieć równowaga pomiędzy uczuciem a zdrowym rozsądkiem”. Rinus Michels w ciągu swojej bogatej kariery trenerskiej zdobył 4 mistrzostwa Holandii, 3 puchary Holandii oraz Puchar Europy z Ajaksem. Mistrzostwo, puchar oraz Puchar Miast Targowych z FC Barceloną. Ponadto puchar Niemiec z FC Köln i wreszcie Mistrzostwo Europy i wicemistrzostwo Świata z reprezentacją Holandii. W 1999 r. FIFA przyznała mu tytuł ,,Trenera Stulecia”.
5
Feliz cumpleaños panie Valverde!
9 lutego 1964r. urodził się Ernesto Valverde Tejedor, hiszpański trener i piłkarz, którego wszyscy doskonale znamy. Bardzo dziękujemy za te nie liczne ale jednak sukcesy z Blaugraną. Mimo wszystko 2 mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Króla i Superpuchar Hiszpanii mają swoją niepodważalną wartość.
0
@Herato Djalma Santos szanowny użytkowniku. Widze że nie znamy sie na historii futbolu...
7
Feliz cumpleaños panie Christo!
8 lutego 1966 r. urodził się Christo Stoiczkow, bułgarski napastnik, którego wszyscy cules bardzo dobrze znają. Bułgara przyuważył w meczu Barçy z CSKA Sofia w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i ściągnął do klubu Johan Cruyff. Na Camp Nou trafił w 1990 r. i z miejsca stał się gwiazdą drużyny a także ulubieńcem cules. Szybko przekonano się także o tym, jak krewki jest to piłkarz, nie bez powodu nazywany ,,Vulgar Bulgar”. Jego współpraca z Cruyffem stawała się coraz trudniejsza i w efekcie w 1995 r. Stoiczkow został sprzedany do Parmy. Jednak wraz z odejściem Cruyffa, powrócił do Barcelony, gdzie jednak pełnił drugoplanowe role i ostatecznie na dobre odszedł w 1998 r. Stoiczkow jest niechlubnym rekordzistą w ilości czerwonych kartek otrzymanych przez piłkarza Blaugrany a mianowicie 11. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 336 spotkań strzelając w nich 162 gole. Zdobył 5 mistrzostw Hiszpanii, 2 puchary Hiszpanii, Puchar Europy Mistrzów Klubowych, Puchar Zdobywców Pucharów, 2 Superpuchary Europy oraz 4 Superpuchary Hiszpanii.
9
O tym się pisze, o tym się wspomina:
7 lutego 1989 r. FC Barcelona była bardzo blisko pozyskania legendarnego holenderskiego napastnika Marco van Bastena. Cruijff trenował Marco w Ajaksie i był jego mentorem. Jak mawiali dziennikarze w tamtych czasach: ,,Gdyby Johan nakazał van Bastenowi skoczyć w przepaść, ten by to zrobił”. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że menedżerem Marco był… szwagier Crijffa. Van Basten żartował że ,,zapoznałby się z ofertą Barcelony jeżeli przybyliby na rozmowy z tymi samymi pieniędzmi, które dali Koemanowi”. Co ciekawe, stosunki pomiędzy Milanem a Blaugraną ochłodziły przed transferem Ronalda Koemana w 1988 r. Włosi włączyli się do negocjacji o piłkarza i Barça musiała podobno podwyższyć oferte o około milion euro. ,,Mogę jedynie potwierdzić że rozmawiam często z Cruijffem”- podgrzewał atmosferę van Basten. Po 20 latach Marco przyznał, że FC Barcelona była kilkukrotnie bliska zatrudnienia go w stolicy Katalonii: ,,Dwukrotnie byłem naprawdę o krok od podpisania kontraktu w Barcelonie. Nie rozumiałem się dobrze z Arigo Sacchim i chciałem odejść z Milanu. Barcelona Cruijffa była idealnym kandydatem. Najpierw doznałem jednak kontuzji a potem dogadałem się z Sacchim i zostałem w Milanie”. No cóż, wypada chyba jednak żałować że transfer nie doszedł do skutku…
0
Ten pan z językiem na brodzie to ma wiele twarzy, z wiekiem co raz więcej tych twarzy, zbyt wiele...
2
Tak spektakularnego meczu z tyloma golami naszej Barcy przeciwko Atletico nie pamiętam od czasu bodajże 6:1 za czasów Guardioli. Oby to był punkt zwrotny w walce o lokate premiującą udział w Lidze Mistrzów a kto wie czy nie w walce o majstra? Jednak do tego potrzebne są zwycięstwa, jak najmniej remisów i właściwie zero porażek. Poza tym nie może się więcej powtarzać coś co zrobił Dani Alves, to jest po prostu boiskowy bandytyzm. Jego doświadczenie jest potrzebne w drużynie, lecz nie w taki sposób jak zrobił to dzisiaj. Trzeba pójść za ciosem i jeśli jeszcze do tego Xavi naprawi gre w drugich połowach, tak jak to wygląda w pierwszych, to spokojnie możemy się bić o majstra. Ale tylko i wyłącznie ,,jeśli naprawi"...
0
Z cyklu (nie)zapomniane El Clasicos:
6 lutego 1997 r. Real Madryt zremisował na Santiago Bernabeu 1:1 z FC Barceloną w rewanżowym meczu 1/8 Pucharu Hiszpanii. Gole strzelili odpowiednio Šuker oraz samobójczą Roberto Carlos. Dzięki temu remisowi Blaugrana awansowała do następnej rundy.
8
Najczarniejszy Dzień w historii Manchesteru United:
To miał być zwykły dzień. Mroźny i śnieżny 6 lutego 1958 roku. Piłkarze Manchesteru United wraz ze sztabem szkoleniowym oraz dziennikarzami wsiedli na pokład samolotu linii lotniczych Elizabethan, aby po spotkaniu w ramach Pucharu Mistrzów z Crveną Zvezda Belgrad udać się w drogę powrotną na zasłużony odpoczynek. Niestety, wielu z nich już nigdy nie dotarło do ojczyzny. Samolot zmuszony był do międzylądowania w Monachium, aby uzupełnić paliwo. Po zatankowaniu maszyna miała od razu ruszyć do Anglii. Z powodu problemów technicznych przerwano dwie pierwsze próby startu, trzecia z nich zakończyła się największą tragedią w historii piłki nożnej. Samolot z 43 osobami na pokładzie nie oderwał się od ziemi, przebijając ogrodzenie monachijskiego lotniska, a następnie uderzając w pobliski dom, drzewo i garaż. W wyniku wybuchu oraz odniesionych obrażeń zginęły 23 osoby. Od tamtej pory dzień 6 lutego jest czarną kartą w historii naszego klubu oraz całej piłki nożnej. Na szczęście futbol w Manchesterze nie zginął. Na pokładzie rozbitego samolotu były 43 osoby, w tym ówczesny menedżer Czerwonych Diabłów – sir Matt Busby. Tragedia w Monachium od razu wstrząsnęła całym piłkarskim światem, swoją pomoc zaoferowały liczne kluby z Anglii oraz samo Football Association. W wyniku katastrofy zginęło 8 piłkarzy Manchesteru United, sekretarz klubu, dwóch trenerów, 7 dziennikarzy, kibic, steward, jeden z pilotów oraz agent biura podróży. Pomimo tak wielkich strat zespół nie załamał się. Jimmy Murphy podjął się trudnego zadania odbudowy klubu, który już 7 lat po tragedii w Monachium sięgnął po mistrzostwo kraju, a 3 lata później po Puchar Mistrzów. Katastrofę przeżyli m.in. Matt Busby – jeden z największych trenerów United w historii, oraz Bobby Charlton – najlepszy strzelec i legenda klubu z Old Trafford. Dzięki wysiłkom zarządu i piłkarzy, pomocy innych zespołów i wsparciu kibiców futbol w Manchesterze nie zginął. Dziś mija 64 lata od tego smutnego wydarzenia. Kolejna rocznica tej tragedii przypomina nam o heroizmie ludzi, którzy odbudowali ten zespół oraz o cierpieniu, które wpisane jest w dumną historię Manchesteru United.
8
FC Barcelona dzień po dniu:
6 lutego 1977 r. w meczu FC Barcelona-Malaga arbiter Melero Guaza nie odgwizdał dwóch karnych dla gospodarzy i uznał gola dla Malagi strzelonego ręką z pozycji spalonej! Wówczas Johan Cruyff pokłócił się z sędzią i został wyrzucony z boiska, krzycząc: ,,Melero eres un hijo de gran puta!”. Osobiście nie znam języka hiszpańskiego lecz nie trudno się domyślić co mogły oznaczać te słowa? Holender później tłumaczył ironicznie, że mówił jedynie ,,Manolo strzelaj szybko” do swojego kolegi z drużyny. Barça w końcu wygrała ten mecz 2:1 ale Cruyff został zawieszony na 3 kolejki, w których Duma Katalonii zdobyła zaledwie jeden punkt i straciła szanse na mistrzostwo. Wprawdzie dyktator Franco już nie żył lecz tzw. ,,madrycka bezstronność sędziowska” ciągnie się aż po dziś dzień.
3
Żywe legendy futbolu:
5 lutego 1984 r. urodził się Carlos Tevez, argentyński napastnik. Po blisko 20 latach gry w piłkę Carlos Tevez ogłosił zejście ze sceny. Wiele jednak wskazuje, że nie zamierza odchodzić w cień. Jego planem jest rozpoczęcie kariery politycznej. Głównym powodem decyzji Argentyńczyka jest choroba jego ojca. Segundo Tevez od lat boryka się z cukrzycą, ale jego stan zdrowia uległ znacznemu pogorszeniu po niedawnym zarażeniu koronawirusem. ,,Mam różne emocje. Czasami mam się dobrze, a innym razem idę i płaczę w przerwie meczu. To są trudne czasy. Idę odwiedzić mojego ojca, a potem muszę mieć siłę, żeby grać w piłkę” – mówi Tevez. Choć Segundo Tevez wychowywał argentyńskiego napastnika, tak naprawdę jest jego wujem. Biologiczny ojciec zginął w strzelaninie przed narodzinami piłkarza. Dla Teveza seniora ostatnie lata nie należą do najlepszych, w 2014 roku został porwany dla okupu. Spekuluje się, że po zakończeniu przygody z futbolem Argentyńczyk zostanie politykiem. Jak donoszą lokalne media, Tevez blisko współpracuje z byłym prezydentem kraju – Mauricio Macrim. Ze znanym politykiem łączą go relacje biznesowe, z czego część budzi kontrowersje. W 2018 roku argentyński sąd przyglądał się nieprawidłowościom przy zakupie elektrowni wiatrowych, w co oprócz dwóch panów zaangażowany był też były trener Boca Juniors – Guillermo Barros Schelotto. Tym razem jednak "biznes" ma dotyczyć stricte futbolu, a konkretniej potencjalnej prezydentury Macriego w Boca. Jego kontrkandydatem jest aktualny prezes Jorge Amea, którego zastępcą jest inny legendarny piłkarz – Juan Roman Riquelme. W trakcie swojej bogatej kariery Tevez grał w wielu uznanych drużynach. Swoją karierę rozpoczynał w Boca, gdzie został wychwycony przez skautów West Hamu. Tam zauważył go Sir Alex Ferguson, w którego drużynie Tevez grał z Cristiano Ronaldo i Waynem Rooneyem. Niedługo później w atmosferze skandalu przeniósł się z Manchesteru United do ich rywala zza miedzy – Manchesteru City. Następnie, po konflikcie z Roberto Mancinim występował w Juventusie Turyn, po czym wrócił do Boca Juniors. Wtedy pojawił się kontrakt jego życia. Został zawodnikiem chińskiego Shanghai Shenhua, gdzie z zarobkami na poziomie 40 milionów dolarów rocznie stał się najlepiej opłacanym piłkarzem na całym globie. W Chinach jednak zawodził, a gwiazdorski kontrakt nie pomagał mu w aklimatyzacji i odkupieniu swoich win. Wystąpił w 20 spotkaniach, w których zdobył 4 gole. Tym samym za jednego gola zarobił... 10 milionów dolarów. Po rocznym pobicie w państwie środka, Tevez wrócił do Boca. To jego trzecia i najwidoczniej ostatnia przygoda w tym klubie. Tevez ma na swoim koncie 11 tytułów ligowych. Grając w Manchesterze United wzniósł puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów, a grając w reprezentacji Argentyny zdobył złoty medal na Olimpiadzie w 2004 roku. Mimo bezsprzecznych umiejętności, w trakcie kariery piłkarskiej wielu uznawało go za skandalistę, a nawet zdrajcę. Oby ta łatka nie trzymała się go także w polityce.
2
Blaugrana w europejskich pucharach:
5 lutego 1980 r. FC Barcelona zremisowała na Camp Nou 1:1 z Nottingham Forest w rewanżowym meczu o Superpuchar Europy(w pierwszym meczu Barca przegrała 0:1). W tym drugim meczu u siebie Blaugrana zaprezentowała się znacznie lepiej i objęła prowadzenie po golu z rzutu karnego Roberto Dinamite, lecz wyrównujący gol Nottingham tuż przed przerwą zmniejszył szanse gospodarzy do minimum. Po przerwie Anglicy mogli nawet wyjść na prowadzenie ale karnego obronił Artola. Trener gości Brian Clough ,,celebrował” zwycięstwo już przed meczem, wypijając kilka piw w hotelu. Po wygranej nie odebrał pamiątkowych medali a na konferencji prasowej pojawił się prawdopodobnie pijany. Na pytanie, czy w przyszłości mógłby poprowadzić Dume Katalonii, zdenerwował się i stwierdził że pytanie jest ,,zbyt głupie, żeby na nie odpowiadać”. Nie chciał również wyrazić swojego zdania na temat meczu, uważając że jest to ,,zadanie trenera a on jest menadżerem”. Eschweiler, arbiter tego spotkania, po końcowym gwizdku wyściskał się z napastnikiem gospodarzy Simonsenem. ,,Szkoda że jego strzały nie trafiły do celu”- skomentował uderzenia Duńczyka sędzia(w latach 80-tych arbiter mógł udzielać wywiadów po meczach). W tamtym okresie Nottingham był bardzo silną ekipą, która dwukrotnie pod rząd zdobywała Puchar Europy. Nic więc dziwnego że ,,nasza” Barça przegrała ten dwumecz.
2
@dzagos Trzeba też mocno zaznaczyć że przyszedł wraz z Eto'o i od tego momentu pokochałem Barce na wieki!
7
@OsamaDembele Najlepszego? i zdobywa dla nas bramki? Nie no, to już grubo przesadziłeś...
3
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
5 lutego 1942 r. w Drewienkach na Litwie urodził się Jan Pieszko. Pieszko w Legii rozegrał 238 spotkań, strzelając 68 goli. Zwany "Kargulem" jest wychowankiem klubu Darzbór Szczecinek. Był środkowym napastnikiem. W barwach Legii występował w latach 1966-76. Dwukrotnie zdobył z nią mistrzostwo (1969, 1970), raz Puchar Polski (1973). Mierzący zaledwie169 cm zawodnik został wypożyczony z Zawiszy Bydgoszcz na mecze z okazji 50-lecia istnienia Legii i tak spodobał się trenerom, że już został w Warszawie. O głowę niższy od obrońców rywali ogrywał ich z łatwością, kończąc skutecznie akcje skrzydłowych Roberta Gadochy i Janusza Żmijewskiego. Nigdy z jego osobą nie wiązały się jakiekolwiek afery. Sędziowie bardzo rzadko go karali. Po zakończeniu kariery piłkarskiej przez długie lata prowadził reprezentacje juniorskie Polski (począwszy od 1988 r.). A z Legią również związany był jako trener. Konkretnie jako asystent. Samodzielnie prowadził m.in. Bałtyk Gdynia oraz Polonię Warszawa. W Galerii Sław Legii znalazł się obok wyróżnionych Lucjana Brychczego, Bernarda Blauta, Stefana Białasa, Lesława Ćmikiewicza, Władysława Stachurskiego i Leszka Pisza.
3
Zapomniane legendy Blaugrany, o których należy wspominać:
5 lutego 1897 r. urodził się Josep-Climent Gracia. Josep był znakomitym napastnikiem, doskonale grającym głową. W 1919 r. wraz z Zamorą trafił do Barçy. W sezonie 1921/22 strzelił aż 59 goli!(w tym 5 goli w meczu z Espanyolem o mistrzostwo Katalonii), co było najlepszym wynikiem w historii klubu aż do czasu genialnego Messiego. Gracia przez 5 lat gry w Dumie Katalonii utrzymał średnią ponad jednego gola na mecz(161 goli w 151 meczach!). Nie zapominajmy iż Josep był członkiem ówczesnej legendarnej linii ataku Blaugrany: Piera, Martinez, Gracia, Alcantara, Sagi-Barba.