5

Debiuty legend:

26 stycznia 1950 r. w towarzyskim meczu Barçy z Olimpique de Xativa debiutuje legendarny obrońca Joan Segarra. Mecz kończy się zwycięstwem Blaugrany 6:1.

2

Iga kochana, dla ciebie nocka zarwana ale jest wygrana, jesteś po prostu wspaniała!

3

Zapomniane legendy futbolu:
25 stycznia 1954 r. urodził się Ricardo Bochini, ofensywny pomocnik, mistrz świata z 1986 r., 4-krotny zdobywca Copa Libertadores, 2-krotny zdobywca Pucharu Interkontynentalnego oraz 4-krotny mistrz Argentyny. El Bocha jak go nazywali jest jedną z legend Independiente Buenos Aires i jednym z najbardziej utalentowanych pomocników w historii argentyńskiego futbolu. Wystąpił w trzech finałach Pucharu Interkontynentalnego i dwa razy zwyciężał w tych rozgrywkach a najlepiej zaprezentował się w 1973 roku, kiedy to w wieku zaledwie 19 lat zdobył cudowną bramkę, która dała Independiente zwycięstwo nad Juventusem Turyn w Rzymie! Jedenaście lat później w roku 1984 nadal był kluczową postacią w drużynie, która pokonała FC Liverpool w finale Pucharu Interkontynentalnego w Tokio. W klubie z Avellaneda grał w latach 1972-1991. W tym okresie rozegrał 634 ligowe mecze i strzelił 97 goli. Z Indepediente czterokrotnie był mistrzem Argentyny jak również czterokrotnie sięgał po Copa Libertadores (w tym 3 razy z rzędu!), a dwa razy wywalczył Puchar Interkontynentalny. Mimo niepodważalnej pozycji w Indepediente, w reprezentacji Argentyny pojawiał się epizodycznie. W kręgu zainteresowania kolejnych selekcjonerów znajdował się już od połowy lat 70., jednak w kadrze na mistrzostwa świata znalazł się dopiero w 1986. W turnieju w Meksyku zagrał 4 minuty w półfinałowym meczu z Belgią, co dało mu tytuł mistrza świata. Łącznie w kadrze rozegrał 11 spotkań (1977-1986).

1

Z cyklu (nie)zapomniane El Clasicos:

25 stycznia 1948 r. FC Barcelona pewnie pokonuje Real Madryt na Camp de Les Corts 4:2 w 17 kolejce Primera Division, po 2 golach Basory i po jednym Josepa Seguera i Cesara Rodrigueza. To zwycięstwo w końcowym rozrachunku okazało się bardzo ważne, ponieważ Blaugrana sięgneła w tamtym sezonie po trzecie w historii mistrzostwo Hiszpanii.

9

25 stycznia 1942 r. urodził się Eusebio da Silva Ferreira, wybitny portugalski napastnik, Brązowy Medalista z MŚ w 1966 r., zdobywca Złotej Piłki France Football w 1965 roku, Król Strzelców MŚ 1966 r., zdobywca Pucharu Europy(z Benfica)–1962 r., 11-krotny mistrz Portugalii! Eusébio da Silva Ferreira jest uważany przez wielu światowej sławy ekspertów w dziedzinie piłki nożnej, jak i kibiców za jedną z największych legend piłki nożnej w całej historii. Chociaż obiektywnie należy stwierdzić, że nie zdobył tak dużej popularności jak najwybitniejsi piłkarze tacy jak Pele czy „ boski ” Diego Armando Maradona. Grał na pozycji środkowego napastnika, nosząc przydomek Czarnej Pantery lub Czarnej Perły z Mozambiku. Był znany z doskonałej techniki i nieprzeciętnych dryblingów, dzięki którym zyskał przydomek pantery. Ojciec Eusebio był piłkarzem mozambickiej drużyny Ferroviario, ale nie grał w reprezentacji narodowej, ani nie osiągnął żadnych znaczących sukcesów. Pomimo tego właśnie w sporcie widział przyszłość dla swojego syna. Właśnie ojciec był pierwszym, o ile można to tak ująć trenerem legendarnego dziś piłkarza. Nauczył swojego syna wszystkiego co sam umie, dostrzegł też, dzięki doświadczeniu i fachowej wiedzy, którą zdobył podczas swojej zawodowej kariery, że jego syn ma naprawdę talent do gry. Eusebio już od najmłodszych lat interesował się piłką nożną i korzystał z każdej okazji żeby pokopać piłkę, doskonalą w ten sposób swoje umiejętności. Swoją karierę piłkarską zaczął w lokalnym klubie piłkarskim Sporting Lourenço Marques w 1957 roku, spędzając tam 3 sezony piłkarskie. Klub ten był dla młodego Eusebio miejscem gdzie dopiero nabierał doświadczenia w świecie piłki nożnej. Został on zauważony przez obserwatorów z Portugalii i w tym momencie jego kariera nabrała tępa. W 1960 roku przeniósł się do Benfici Lizbona, gdzie grał do 1975 roku odnosząc w tym czasie wiele sukcesów takich jak: jedenastokrotne Mistrzostwo Portugali, pięciokrotne zwycięstwo w Pucharze Portugalii i zwycięstwo w Pucharze Europy(Liga Mistrzów) w 1962 roku. Odnosił także indywidualnie sukcesy między innymi Europejski Piłkarz Roku w 1965, Europejska nagroda Złotego Buta w 1968 i 1973, dwukrotnie najlepszego piłkarza Portugalii i siedmiokrotnie króla strzelców ligi portugalskiej. Poza osiągnięciami indywidualnymi i klubowymi wraz z reprezentacją Portugalii udało mu się zając trzecie miejsce, zaraz za reprezentacjami Anglii oraz RFNu na mistrzostwach świata w 1966 roku, a on sam w tym samym roku dostał nagrodę Złotego Buta za dziewięć strzelonych goli na mistrzostwach. Eusébio w reprezentacji w latach 1961–1973 zagrał 64 mecze, strzelając 41 goli, co bardzo długo było rekordem narodowej reprezentacji Portugalii. Jego wynik pobił dopiero w 2005 roku Pedro Miguel Carreira Resendes, znany jako Pauleta, posiadając w swoim dorobku 47 goli. Eusébio praktycznie całą swoją karierę spędził w jednym klubie, czym nie może poszczycić się zbyt wielu znanych piłkarzy, mimo to osiągnął prawie wszystko, o czym każdy piłkarz marzy i jest w stanie osiągnąć. Mowa tu nie tylko o trofeach, pucharach i nagrodach, ale o niesamowitej liczbie fanów, honorowych tytułów, pomników, a przede wszystkim tego, że został w pamięci każdego prawdziwego fana piłki nożnej. W ciągu tych piętnastu lat strzelił dla Benfici 727 goli! w 715 meczach, co jest wynikiem wręcz niesamowitym, samym w sobie pokazującym klasę i umiejętności piłkarza. W 1975 nadeszła pora na powolne kończenie kariery, dlatego Eusébio przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, by podjąć współpracę z Rhode Island Oceaneers. Był to zespół zlokalizowany w małym mieście Pawtucket w stanie Rhode Island. Nie osiągał tam żadnych sukcesów, był to raczej początek jego piłkarskiej emerytury, gdzie daleko od prasy i całego medialnego szumu mógł w spokoju trenować swój ukochany sport. Klub ten został założony w 1974, a rozwiązany cztery lata później. Sam piłkarz spędził tam jeszcze krócej, bo w tym samym roku przeniósł się do innego amerykańskiego klubu Boston Minutenem. Klub piłkarski działający jeszcze krócej niż poprzedni bo tylko w latach 1974-1976 mieszczący się w Bostonie, stolicy stanu Massachusetts. Eusébio w tym samym roku, odszedł aby przenieść się do meksykańskiego klubu Club de Fútbol Monterrey. Był to jego trzeci klub w jednym roku, miał siedzibę w Monterrey, stolicy stanu Nuevo León. Ponownie nie grał tutaj zbyt długo, bo już w 1976 roku przeniósł się do SC Beira-Mar. Był to portugalski klub, w mieście Aveiro. Tak więc po dwóch latach piłkarz powrócił do Europy. Ponownie nie został za długo w jednym klubie i już po sezonie wrócił do Ameryki Północnej, ale tym razem do Kanday, dołączając do zespołu Toronto Metros-Croatia, mieszczącego się w Toronto w południowej części prowincji Ontario. Jeszcze w ty samym roku przeniósł się do zespołu Las Vegas Quicksilver. Po raz kolejny osiedlił się w Stanach Zjednoczonych, a dokładnie w Las Vegas w stanie Nevada. Po raz kolejny zmienił drużynę jeszcze w tym samym roku, przenosząc się do Newark w stanie New Jersey. Co ciekawe drużyna New Jersey Americans do której się przeniósł obecnie jest drużyną koszykarską, działającą pod nazwą New Jersey Nets. Ostatnim klubem w karierze Eusébio był União de Tomar, w portugalskim mieście Tomar. Po zakończeniu kariery „Czarna Pantera” nie wrócił do rodzinnego Mozambiku, osiedlił się na stałe w stolicy Portugalii Lizbonie. Mimo że od zakończenia kariery minęło ponad 30 lat, mieszkańcy Lizbony nadal uważają go za bohatera, o czym świadczyć może postawiony mu pomnik przed boiskiem Estadio da Luz. Do pamięci kibiców przeszły w szczególności jego dwa wyczyny na Mistrzostwach Świata w 1966 roku. Chodzi o zdobycie tytułu najlepszego strzelca mistrzostw z dorobkiem dziewięciu bramek i poprowadzenie w ten sposób Portugalii do najniższego stopnia podium, eliminując po drodze takie potęgi jak Brazylia czy ZSSR. Brazylia właśnie była jednym z głównych pretendentów do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Tak obstawiała większość kibiców, którzy grali na zakładach. Drugim wyczynem było doprowadzenie stanu meczu z Koreą z 0 : 3 do 5 : 3, w ćwierćfinałowym meczu. Piłkarz jest znany nie tylko jako sportowiec, ale jako i człowiek. Mimo święcenia największych sukcesów swojej kariery w 1966 roku pamiętał o Maputo w jego rodzinnym Mozambiku, gdzie w tym samym czasie trwała krwawa wyzwoleńcza walka z Portugalczykami. Wypowiedział one znane słowa, do dziś oddającego jego wizerunek : „ Nienawidzę polityki. Moją polityką jest futbol! " W takim przekonaniu udało mu się zostać wielką gwiazdą i legendą piłki nożnej, mimo że urodzonemu w małej prowincji Portugalii nikt wcześniej nie dawałby żadnych szans na sukces. Jego karierę można z pewnością brać za wzór do naśladowania przez młodych piłkarzy. Można wnioskować że Eusébio da Silva Ferreira wywarł ogromny wpływ na rozwój piłki nożnej nie tylko w Mozambiku, ale w Portugali i Europie. Interesującym jest że Eusébio posiada dwa paszporty, jest uznawany za Mozambijczyka ale kto wie jakby potoczyła się jego kariera gdyby zdecydował się na grę dla reprezentacji Mozambiku ? Można jedynie przypuszczać, że gdyby zdecydował się jednak na grę dla narodowej reprezentacji Mozambiku, mogło by to przyczynić się do zahamowania jego błyskotliwej kariery. Przypuszczać można, że nie byłby w stanie osiągnąć tego co osiągną, a co już zostało w powyższym artykule dość szczegółowo opisane, gdyby nie zdecydował się na grę w reprezentacji Portugalii. Na pewno nie zagrał by z reprezentacją Mozambiku w finałach mistrzostw świata. Pomimo tego, iż był piłkarzem ponadprzeciętnym, nie byłby w stanie sam pociągnąć swojej drużyny do zdobycia jednego z pucharowych miejsc. Jednakże, jego wpływ na ogólny poziom gry ówczesnej reprezentacji Mozambiku byłby bez wątpienia ogromny. Nie ma też wątpliwości w kwestii tego, że miałby realne szanse na zostanie kapitanem drużyny. Nie tylko ze względu na swoje umiejętności, ale także na charyzmę, która nie zawsze idzie jak wiadomo w parze z talentem sportowym nie tylko piłkarskim. Wróćmy jednak do tego, jaki wpływ Estadio da Luz wywarł na rozwój piłki nożnej w swoim ojczystym kraju. Wielu młodych Mozambijczyków, właśnie dzięki niemu zainteresowało się piłką nożną na poważnie, widząc w sporcie swoją szansę na lepsze, szczęśliwsze życie. Dla wielu z nich piłka nożna stała się nie tylko pasją ale też sposobem na życie. Ponadto w kraju, z którego pochodził znacznie powiększyła się liczba kibiców piłkarskich. Można mówić tutaj o zjawisku porównywalnym do tego jakie jeszcze kilka lat temu obserwować mogliśmy w naszym rodzimym kraju. Jak zapewne większość czytelników pamięta, skoki narciarskie w naszym kraju stały się popularne wśród kibiców właśnie wtedy gdy nasz, znany chyba wszystkim Polakom rodak – Adam Małysz osiągać zaczął sukcesy. Przyczyniło się to nie tylko do wzrostu liczby kibiców, ale ogólnie także do rozwoju tej, do niedawna mało popularnej dyscypliny sportu w naszym kraju. O podobnym zjawisku mówić można także w Mozambiku, z którego pochodzi „ czarna pantera ” Estadio da Luz. Kto wie na jakim poziomie stałby futbol w owym kraju gdyby nie błyskotliwa kariera piłkarska jednego z jego obywateli.

0

I to jest właśnie największe zło jeśli chodzi o prace trenerską Xaviego. Mimo konkurencji zwłaszcza w pomocy, zawsze grają Busquets, Alba czy Pique. Owszem oni są doświadczeni ale jednocześnie popełniają tak poważne babole że my nigdy niczego nie wygramy z nimi. Ich czas już się skończył i jeśli Xavi od przyszłego sezonu nie zrezygnuje z nich, to niewiele nam pomogą transfery napastników czy skrzydłowych. Oni muszą przynajmniej zasiąść na ławce rezerwowych a w przypadku Pique to pomyślałbym nawet o zakończeniu kariery piłkarskiej.

1

(Nie)zapomniane Legendy polskiego futbolu:

25 stycznia 1929 r. w Warszawie urodził się Edmund Zientara, pomocnik oraz napastnik. Wśród piłkarskich znaków rozpoznawczych stolicy nie może zabraknąć sylwetki Edmunda Zientary, piłkarza, który zarówno życie, jak i karierę związał z Warszawą. Pierwsze spotkania po II wojnie światowej rozgrywane tutaj, były dla niego przeżyciem szczególnym. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu widział swoje rodzinne miasto obrócone w gruz. Powstanie Warszawskie zabrało mu ojca, ostatnia okupacyjna zima położyła zaś schorowaną matkę do grobu. On sam ledwo wyrwał się spod ściany śmierci, tylko dlatego że znał po niemiecku akurat słowo ,,piętnaście” i uznano go za zbyt młodego do rozstrzelania. Musiał też potem w konspiracji używać dokumentów zabitego Andrzeja Szczepańskiego. Dlatego długi czas po wojnie wiele osób mówiło do niego per ,,Andrzej”. Ciężkie przeżycia jednak go nie złamały, lecz zahartowały jego ducha, czyniąc z niego twardego zawodnika z wielkimi zdolnościami przywódczymi. Był jednym z nielicznych piłkarzy, którzy w Ekstraklasie zagrali w barwach trzech różnych warszawskich klubach. Zaczynał w Polonii Warszawa, potem przeniósł się do Legii a następnie do Gwardii, by wrócić po kilku sezonach w szeregi Wojkowych i głównie z tym klubem jest do dzisiaj kojarzony Zientara. Jako kapitan Zientara sięgnął z Legia po dublet w 1956 r. Świetnie wyszkolony technicznie, wszechstronny zawodnik z bardzo dobrym przeglądem pola nadawał tempo grze Wojskowych. W ataku rządzili wtedy Kowal, Brychczy, Kempny oraz Pohl. On zaś był ostoją pomocy. Sam kiedyś zdradzał umiejętności do gry w najbardziej wysuniętej formacji. Ostatecznie jednak z powodu zbyt słabego strzalu został nieco cofnięty. Poza jedynym mistrzostwem wywalczył po jednym medalu z pozostałych kruszców. Jest do dziś jedynym w historii piłkarzem, który zagrał w reprezentacji Polski jako przedstawiciel trzech klubów ze stolicy. Jeden raz zrobił to będąc powołany z Polonii, trzy razy z Gwardii i aż 36 razy z Legii. Był dopiero drugim po Cieśliku zawodnikiem, który uzbierał 40 występów w drużynie narodowej. W białoczerwonych barwach występował aż 11 lat. Ostatni selekcjoner, pod którego wodzą grał, Ryszard Koncewicz, uważał go za jednego z najinteligentniejszych polskich piłkarzy. Brał udział w zwycięskim starciu ze Związkiem Radzieckim. Nie wspominał tego jednak najlepiej. Prasa uznawała Zientarę za jednego z najsłabszych piłkarzy po polskiej stronie. Omal też nie strzelił samobója. Na usprawiedliwienie- do rywalizacji przystąpił z kontuzją. Musiał dostać kilka zastrzyków aby stanąć na nogi. Podobnie jak w Legii, tak i w kadrze pełnił funkcje kapitana. Opaskę przejął po Cieśliku. Na ramieniu z nią wystąpił 19 razy. W tej roli prowadził również zespół narodowy podczas Igrzysk Olimpijskich w 1960 r. w Rzymie. Kariere zakończył w Australii. Nawet po zawieszeniu butów na kołku nie rozstał się całkowicie z futbolem. Przez wiele lat był jednym z najlepszych szkoleniowców w Ekstraklasie. To on poprowadził Legie do półfinału Pucharu Mistrzów a Stal Mielec do ćwierćfinału Pucharu UEFA, co czyni z niego jedynego szkoleniowca, który z dwoma polskimi klubami występował na tak zaawansowanym etapie w europejskich pucharach. Trzy razy w tej roli zdobył mistrzostwo Polski. Do czasu Jacka Magiery był jedynym w historii Legii człowiekiem, który po ten tytuł sięgał zarówno jako piłkarz, jak i szkoleniowiec Wojskowych. Prowadził także Pogoń Szczecin, Wisłe Kraków oraz kluby cypryjskie. Jego nie spełnionym marzeniem pozostawała jednak reprezentacja Polski. Ostatecznie krótko pełnił w niej role tylko asystenta. Był sekretarzem generalnym PZPN w latach 1991-95. Krajowa federacja uczciła go tytułem członka honorowego. Legia Warszawa przyjęła go natomiast do Galerii Sław.

19

Feliz cumpleaños panie ,,Generale”! Xavi Hernandez Creus kończy dziś 42 lata! Twoja wytrwałość i pasja są godne podziwu. Serdeczne życzenia kolejnych sukcesów!

Jeden z najwybitniejszych rozgrywających w historii futbolu rodem z Katalońskiej Terrasy trafił do La Masii w wieku 11 lat. Szansę debiutu w pierwszej drużynie otrzymał od van Gaala w meczu półfinałowym Pucharu Katalonii z UE Lleida. Wkrótce stał się podstawowym zawodnikiem i jednym z kapitanów Blaugrany. Przez lata pozostawał jednak w cieniu efektowniej grających kolegów. Jak sam wielokrotnie podkreślał, najwięcej zawdzięcza Luisowi Aragonesowi, trenerowi reprezentacji, z którą wygrał mistrzostwo Europy w 2008 r. To on pozwolił Xaviemu uwierzyć w swoje możliwości i stać się prawdziwym liderem drużyny. Niezwykła wizja gry, przegląd pola, kapitalne podania prostopadłe i słynne kółeczka były jego znakami rozpoznawczymi, gdy pod wodzą Guardioli poprowadził Dume Katalonii do 6 Pucharów w 2009 r. Ostatni mecz w koszulce Blaugrany ,,Generał’’ rozegrał w czerwcowym finale Ligi Mistrzów z Juventusem w 2015 r., wchodząc z ławki rezerwowych na ostatnie 20 minut gry. Oficjalnie rozegrał 767 spotkań w koszulce Barçy.

0

@Criss18Barca Nawet jeśli oficjalna to widze że jedne ligi grają(np. belgijska) a inne nie grają! Gdzie tu sens?

2

Z artykułu ,,Trzech piłkarzy Barcelony wyjeżdża na zgrupowania reprezentacji narodowych" dowiedziałem się że będziemy pauzować tzn. cała La Liga, tak? No ale zaraz, skoro są eliminacje w Ameryce Południowej to wygląda na to że inne ligi też muszą pauzować? No dobrze, a przecież jak jest rozgrywany Puchar narodów Afryki to z tego powodu nie są wstrzymywane rozgrywki ligowe. To jest jakieś dziwne. Nie przypominam sobie czegoś takiego w styczniu?

0

@LeoMesjasz Jeśli dobrze pamietam to ja już miałem tutaj konto właśnie w 2012 lub rok później, oczywiście pod inną nazwą tyle że redakcja mnie usneła. Ciebie nie kojarze z tamtych lat ale już takiego Don-Corleone jak najbardziej.

4

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

24 stycznia 1934 r. w Bytomiu urodził się Henryk Kempny. W latach 50. był czołowym strzelcem i prawdziwą gwiazdą polskiej ligi. Dorastał w Bytomiu w niemieckiej rodzinie. Kiedy na początku 1945 r. zbliżał się front, cała rodzina była już spakowana i gotowa do wyjazdu w głąb Niemiec. W ostatniej chwili będąc już na dworcu, jego rodzicie jednak zmienili zdanie. Zostali w Polsce, a młody Heniek już w 1948 r. zaczął chodzić na mecze Polonii. Wkrótce razem z dwoma kolegami postanowił spróbować swoich sił w klubie. Na ich talencie poznał się trener Józef Słonecki i chłopcy trafili do juniorskiego zespołu Polonii. W 1951 r. w jednym z meczów juniorów strzelił pięć bramek. Seniorski zespół miał wówczas problemy ze skutecznością, więc pod naciskiem prasy trener na kolejny mecz ligowy wystawił Kempnego w pierwszym składzie. Debiut zaliczył 23 września 1951 r. w przegranym 0:1 meczem z AKS-em Chorzów. Rok później w skróconym z powodu przygotowań do igrzysk w Helsinkach sezonie grał już we wszystkich spotkaniach. W 1954 r. swoimi 13 bramkami bardzo pomógł zespołowi w zdobyciu pierwszego w historii tytułu mistrza kraju. Sam zdobył wówczas koronę króla strzelców. Po utalentowanego snajpera sięgnęła warszawska Legia. Kiedy w listopadzie Kempny hucznie świętował z kolegami sukces, miał już w kieszeni bilet do wojska. Miał początkowo wątpliwości czy to dobry krok. Dodatkowo dyrektor kopalni Radzionków przekonywał go, żeby dołączył do jego zespołu, a on zapewni mu etat górnika, dzięki czemu uniknąłby wojska. Do Legii przekonała go jednak rozmowa z pułkownikiem Malczewskim, który obiecał mu, że po odbyciu służby będzie miał wolną rękę. W stołecznym klubie trafił pod opiekę trenera Steinera, który ustawiał go na skrzydle. Legia dzięki śląskiemu zaciągowi zdobyła pierwszy dublet, a Kempny odegrał w tym sukcesie ważną rolę. Rok później Koncewicz przesunął go na środek ataku, a zawodnik odwdzięczył się strzeleniem 21 bramek w 22 meczach i na koniec sezonu mógł świętować swoje trzecie z rzędu mistrzostwo Polski i dorzucił do tego kolejny triumf w pucharze Polski. W Warszawie został jeszcze rok, a później wrócił do Bytomia. W Polonii grał do 1963 r. Pod koniec miał problemy z kontuzjami. W 1960 r. złamał nogę po raz pierwszy i z trudem doszedł do dawnej formy. Kiedy jednak w starciu z Jackiem Gmochem kości ponownie nie wytrzymały, wiedział, że jego kariera dobiega końca. Dla Polonii w lidze rozegrał 194 spotkania i strzelił 100 goli. Był klasycznym środkowym napastnikiem, pewnym siebie, zdecydowanym i nadzwyczajnie skutecznym. Grał dynamicznie, elegancko i czarował techniką. Jako trener próbował swoich sił w Górniku Wałbrzych i CKS Czeladź, a także w ukochanej Polonii. W 1989 r. wyemigrował do Niemiec. W reprezentacji grał tylko przez trzy lata. Zdążył w tym czasie rozegrać 16 spotkań i sześć razy trafić do siatki rywali. Brał udział w meczach z ZSRR w 1957 r. Pożegnał się z kadrą meczem z NRD w 1958 r., w którym strzelił ostatniego gola.

1

Byłem bardzo zaskoczony że Laporta go zwolnił. Tak nie powinno się postępować z takim autorytetem w klubie. Zabolało mnie to ze strony Laporty i bardzo mi tym podpadł. Wypada teraz tylko życzyć sukcesów Garcii w nowym klubie.

6

Feliz cumpleaños panie Luisie! Swoje 35 urodziny kończy dziś Luis Alberto Suarez Diaz, bardzo dobrze znany wszystkim cules. Dziękujemy serdecznie ,,gryzoniu” za zaangażowanie, ducha walki i wiele ważnych i wspaniałych goli. Zdrówka i wszystkiego najlepszego!

0

Mam niepokojące wrażenie iż te wszystkie puchary w naszej trudnej sytuacji pod każdym względem, będą wychodzić nam jakiś czas bokiem począwszy od dzisiejszego meczu. Obym się bardzo mylił...

4

23 stycznia 1939 r. w Wiedniu został(prawdopodobnie) otruty Mathias Sindelar, legendarny austriacki napastnik, najlepszy piłkarz Austrii XX wieku. Jego ciało piłkarza i jego kochanki Camilli Castagnoli znaleziono w jego mieszkaniu. Oficjalna przyczyna śmierci to zatrucie tlenkiem węgla, w co nikt w Wiedniu nie uwierzył. Historie tego fenomenalnego napastnika opisze przy okazji jego urodzin(10 lutego).

8

,,Osobistości” Blaugrany:

23 stycznia 2014 r. prezydent FC Barcelony Sandro Rosell podał się do dymisji. Ta informacja była ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich cules gdyż nic nie zapowiadało odejścia prezydenta w połowie kadencji. Rosell podkreślał iż jego czas w klubie się skończył a także opowiadał o pogróżkach, które otrzymywała jego rodzina. Sandro tłumaczył się również z nieprawidłowości przy transferze Neymara, które zdaniem wielu komentatorów były głównym powodem jego odejścia. „Nie chce aby niesprawiedliwy atak wpłynął negatywnie na wizerunek klubu”- podsumował.

,Niesprawiedliwy atak’? I on ma jeszcze czelność domagać się sprawiedliwości? Co za łajdak! Kto został jego następcą dobrze wiemy. Jakaż szkoda że w tym 2014 cały zarząd nie podał się do dymisji. Dzisiaj bylibyśmy zapewne w zupełnie innej sytuacji, zwłaszcza finansowej…

3

Czy wiesz że…

22 stycznia 1927 r. odbyła się pierwsza w historii transmisja radiowa z meczu piłki nożnej: Arsenal – Sheffield United ze stadionu Highbury w Londynie. Również w tym samym roku po raz pierwszy w radiu transmitowano finał Pucharu Anglii: Cardiff City – Arsenal na Wembley 23 kwietnia. W celu ułatwienia słuchaczom orientacji w grze, władze stacji zdecydowały się na rozwiązanie wyprzedzające czasy. Mapę boiska podzielonego na sektory wydrukowano w oficjalnym magazynie radiowym BBC. Oprócz Teddy’ego Wakelama, który stał się najważniejszym komentatorem sportowym w Wielkiej Brytanii w okresie międzywojennym, słuchacze mogli usłyszeć głos drugiego komentatora, czytającego cyfry oznaczające sektor, w którym znajdowała się piłka. Na antenie BBC na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych transmitowano około stu meczów piłkarskich rocznie. Audycje trafiały do coraz większej liczby Brytyjczyków; ponad połowa gospodarstw domowych w tym kraju miała odbiorniki radiowe. Był to jeden z powodów zmniejszenia frekwencji na stadionach, władze ligi piłkarskiej zdecydowały się zatem na drastyczny krok, wprowadzając trwający ponad dekadę zakaz relacji ze spotkań. Jedynym wyjątkiem był mecz finałowy Pucharu Anglii. Oprócz tego wydarzenia stałym punktem programu radiowego były wyścigi konne Grand National i Derby, tenisowy Wimbledon, międzynarodowe mecze krykietowe oraz zawody wioślarskie między uniwersytetami Oxford i Cambridge.

2

Niedoścignione rekordy FCB:

22 stycznia 2006 r. FC Barcelona pokonuje Deportivo Alaves 2:0. Jest to ostatni mecz z passy 19 kolejnych wygranych drużyny Franka Rijkaarda. Stanowi to klubowy rekord! Od 22 października 2005 Blaugrana wygrała 13 kolejnych meczów w La Liga, 3 w Lidze Mistrzów, 2 w Pucharze Króla oraz jeden w Pucharze Katalonii. Bilans bramkowy wyniósł 60 do 8. Niestety 4 dni później fantastyczną serie przerwała porażka 4:2 z Realem Saragossa w pierwszym meczu ćwierćfinału Pucharu Króla.

4

Legendy, o których cules nie zapominają:

21 stycznia 1901 r. w Barcelonie urodził się Ricardo Zamora, wielka legenda nie tylko Barçy lecz i światowego futbolu. Jeden z najlepszych bramkarzy w historii tej dyscypliny. Swoją karierę rozpoczynał w Espanyolu. Miał zaledwie 16 lat gdy zadebiutował w zespole lokalnego rywala Barçy. W roku 1919 przeniósł się do FC Barcelony, która wówczas potrzebowała klasowego bramkarza. Jego ojciec poprosił go wtedy aby zawiesił karierę i dokończył studia. Ricardo spełnił życzenie ojca ale wraz z innymi socios założył czwartą drużynę Barçy, która grała co niedziele dla własnej przyjemności. Władze Blaugrany uznały to za marnotrawstwo jego talentu i w końcu udało się namówić piłkarza do powrotu w szeregi pierwszej drużyny. Zamora miał świetne warunki fizyczne(186 cm./82 kg), doskonały refleks, potrafił wyczuć intencje strzelca i rzucić się w odpowiedniej chwili w stronę właściwego słupka. Słynął również z solidności i stalowych nerwów. Bardzo szybko zaczął uchodzić za jednego z najlepszych bramkarzy świata. W Dumie Katalonii Ricardo spędził 3 sezony, dwukrotnie zdobywając Puchar Króla(La Liga jeszcze wówczas nie istniała) i trzykrotnie mistrzostwo Katalonii. W 1922 Zamora opuścił jednak Dume Katalonii, po konflikcie jaki wynikł pomiędzy nim a władzami klubu. Ricardo zażądał od prezydenta Gampera podwyżki, na którą ten się nie zgodził. Wykorzystali to dyrektorzy Espanyolu, którzy proponując zawodnikowi 25 tys. peset za przejście do ich klubu oraz miesięczne pobory w wysokości 1 tys. peset, zapewnili sobie jego powrót. Za ten transfer hiszpańska federacja nałożyła na zawodnika karę. Za opuszczenie Blaugrany bez zgody tegoż klubu Zamora nie mógł występować przez rok. Z Espanyolem zdobył Puchar Hiszpanii a kilka lat później przeniósł się do Realu Madryt gdzie zakończył swoją wielką karierę. Zamora do dziś uważany jest za najlepszego bramkarza swojej epoki. Ponieważ we wszystkich sezonach La Ligi od jej powstania w 1928 r. aż do zakończenia kariery, Zamora był bramkarzem, który miał na koncie najmniej puszczonych goli w każdym z sezonów, to od jego nazwiska nazwano trofeum wręczane co roku najskuteczniejszemu bramkarzowi tych rozgrywek. Mimo że na Camp Nou spędził tylko 3 sezony to jednak cules uważają go do dziś za swoją wielką legende. Rodzinne miasto uczciło Zamore nazywając jego imieniem jeden z placów nieopodal Camp Nou.

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

21 stycznia 1948 r. w Nysie urodził się Zygmunt Kukla, bramkarz, wychowanek i legenda Stali Mielec, z którą dwa razy zdobył mistrzostwo Polski. 20 razy zagrał w reprezentacji Polski, w tym w dwóch meczach w finałach MŚ 1978 w Argentynie. Urodził się z dala od Mielca, jednak to właśnie z niewielkim miastem na Podkarpaciu związał całe swoje życie (podobnie jak urodzony w Malborku Grzegorz Lato). Do Stali zapisał się w wieku 12 lat, został wicemistrzem Polski juniorów, jednak przez pewien czas zawiesił przygodę z futbolem na rzecz piłki ręcznej (tam też był bramkarzem). Szybko wrócił i w 1965 r. trafił do pierwszej drużyny. Prawie rok czekał na swoją szansę: ,,Do składu dostałem się przez przypadek. Pierwszy bramkarz złamał obojczyk, drugi w trzech meczach zagrał i wszystkie trzy „czapa”. Spadliśmy do trzeciej ligi. Piękny początek kariery, nie? Ale później awans i już poszło – rok po roku. Druga liga, pierwsza. Dziesiąte miejsce, piąte i wreszcie mistrz. Dwa razy mistrzostwo Polski w Mielcu, na wsi! ‘’– mówił w wywiadzie dla Weszło.com. Debiutował w sierpniu 1966 r. w meczu z Olimpią Poznań (w ówczesnej drugiej lidze). Wszedł w przerwie, kiedy Stal przegrywała 0:3 i „zamurował” bramkę. Skończyło się 4:3 dla Stali, a bluzy z numerem 1 nie oddał aż do 1980 r. Zagrał dla ekipy z Mielca 340 ligowych spotkań, co do dzisiaj stanowi klubowy rekord. W 1979 r. w plebiscycie krakowskiego Tempa został uznany za najlepszego bramkarza ligi. Ostatni raz w barwach Stali Mielec wystąpił we wrześniu 1980 r. Potem dostał telefon od trenującego Apollon Ateny Jacka Gmocha i wyjechał do Grecji, z której wrócił po trzech latach. Miał wtedy 35 lat i działacze prosili go, aby pomógł Stali wrócić do ekstraklasy. Postanowił jednak zakończyć karierę, odrzucił także propozycję posady trenera i rozpoczął pracę w WSK Mielec. W reprezentacji zadebiutował 16 października 1976 r. w meczu eliminacji MŚ 1978 z Portugalią (wygrana w Porto 2:0). Podobno Jacek Gmoch typował go na pierwszego bramkarza kadry w finałach MŚ 1978 w Argentynie, jednak ostatnie miesiące przed turniejem Zyga spędził na leczeniu złamanej nogi. Ostatecznie wystąpił w dwóch meczach – w wygranym 1:0 z Peru i ostatnim, przegranym 1:3 z Brazylią. 17 października 1979 r. zanotował kapitalny występ w Amsterdamie, a Polska zremisowała w meczu eliminacji Euro 1980 z Holandią 1:1. Niestety, ten wynik oznaczał, że Polska na finały Euro do Włoch nie pojechała, a dla Kukli był to dwudziesty i ostatni mecz w bluzie z orzełkiem na piersi. W mieleckiej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego pracował tylko trzy lata, bo w 1986 r. wózek widłowy zmiażdżył mu stopę i dwa lata walczył o uniknięcie jej amputacji. Przeszedł na rentę, a w latach 90. przyplątał się jeszcze rak krtani. Kukla pokonał nowotwór, ale w 2016 r. nie miał już tyle szczęścia – po wylewie nie odzyskał przytomności i zmarł w wieku 68 lat. W Reprezentacji rozegrał 20 meczów, 14 straconych goli.

1

@Pawel13sz 3:0 prowadził Urugwaj do przerwy

2

U siebie zawsze mocni:

21 stycznia 1956 r. Urugwaj pokonał Paragwaj 4:2(3:0) na Estadio Centenario. Ten mecz zapoczątkował 24 edycje Copa America. Do stolicy Urugwaju zjechała cała kontynentalna śmietanka. Tym razem zabrakło Ekwadoru, Boliwii i Kolumbii, niezawodnych dostarczycieli punktów. Wyłącznie dobrzy i bardzo dobrzy byli skazani na siebie. Monumentalny stadion Centenario huczał wrzawą 80 tysięcy ludzi tylko wówczas, kiedy na murawe wybiegała jedenastka ,,Celestes”. W innym przypadku raczej świecił pustkami a chętnych obejrzenia zmagań Chile z Paragwajem znalazło się raptem 4 tysiące. Gospodarze dołożyli wszelkich starań by drużyna była przygotowana wzorowo. Trenerem został Bagnulo, ongiś świetny piłkarz a jeszcze wcześniej obiecujący… pięściarz, postać barwna i polemiczna, lecz z wielkim autorytetem, do tego wytrawny pedagog. Bagnulo potrafił z niezwykłym wyczuciem dotrzeć do psychiki swych podopiecznych, wyzwalając w nich poczucie pewności siebie i ambicje graniczącą z determinacją. W gruncie rzeczy była to stara tradycja ,,garra”, ów mityczny urugwajski ,, lwi pazur”, który należało tylko należycie wyostrzyć, nadając mu należytą wytrzymałość. Do tego celu nikt nie nadawał się lepiej niż profesor Alberto Langlade, najsłynniejszy ,,preparador fisico” w dziejach urugwajskiego futbolu. Spod twardej ręki Langlade wyszło jedenastu atletów nie do zdarcia. Siłą teamu Bagnulo-Langlade był zwarty, zgrany zespół, choć nie brakowało w nim indywidualności. Święci patroni Montevideo, Filip i Jakub, mieli w niebie dodatkowe powody do satysfakcji. Urugwaj był poza zasięgiem rywali. Wygrał 4 mecze a tylko z Brazylią zremisował 0:0, łącznie zyskując 9 punktów i do ostatniego meczu z Argentyną przystępując z Pucharem Ameryki w kieszeni. To rozstrzygnięcie przed czasem nieco obniżyło dramaturgie imprezy, co nie znaczy ze było nudno. Ostatecznie Urugwaj pokonał Argentyne 1:0 po golu Ambroisa, pieczętując 9 w historii tytuł Copa America. Właściwie tylko Paragwaj i Peru odstawały trochę od reszty. Paragwajczycy nastawili się na przygotowania do eliminacji MŚ ’58, traktując Sudamericano jako mniej ważny przystanek na drodze do celu głównego. Peruwiańczycy natomiast grali bez zwykłej dla nich werwy, ospale i wolno, chociaż na wysokim technicznym poziomie. Rozgrzali publiczność tylko w ciekawym meczu z Chile, przegranym 3:4, po bezpardonowej wymianie ciosów. Pozostałe 3 ekipy: Chile, Argentyna i Brazylia, zebrały po 6 punktów. Blado wypadła Brazylia, najlepsza w wygranym 1:0 meczu z Argentyną. Jednak klęska z Chile zatarła dobre wrażenie. Zastanawiało iż świetna defensywa canarinhos, w której szeregach grało tylu przyszłych mistrzów Świata(Gilmar, Djalma Santos, Mauro i de Sordi) momentami pozostawała zupełnie bezradna. Na swoją wielkość Brazylia musiała jeszcze trochę poczekać. Z kolei Argentyna pokazała solidną obronę i pomoc, identyczną jak w 1955 i mocno przemeblowany atak, z którego pozostali Micheli, Grillo, Labruna a w niektórych meczach także grający wcześniej Cecconato, Cucchiarioni i Bonelli. Kiedy indziej na skrzydłach występował Pentrelli i coraz częściej zastępujący w River Plate samego Loustau, malutki Zarate. Tych zmian było stanowczo za dużo. Powszechną uwagę przykuwała natomiast filigranowa sylwetka pomocnika River a mianowicie Omara Sivoriego, który popisywał się kapitalnymi sztuczkami technicznymi. Tym razem służyły one tylko ku ozdobie, chociaż nie ulegało wątpliwości że pojawił się piłkarz nietuzinkowy. W sumie eksperymenty w linii ataku nie dały efektów. Trener Stabile wyciągnął z tej lekcji wnioski na przyszłość. Rewelacją było za to Chile, może jeszcze lepsze niż przed rokiem, kiedy to dopiero na finiszu uznało wyższość Argentyny. Teraz uległo jej wprawdzie dość gładko po 2 golach Labruny ale zwycięskiemu Urugwajowi ustąpiło minimalnie pola po wyrównanym boju(1:2), zaś Brazylię wprost znokautowało 4:1! bezlitośnie dziurawiąc jej zagubioną obronę błyskawicznymi wypadami. Euforia Chilijczyków po tej historycznej wiktorii była tak wielka że cała ekipa jeszcze w szatni wspólnie odśpiewała hymn narodowy a w Santiago na wieść o niewyobrażalnym wcześniej w takich rozmiarach sukcesie, ogromny tłum kibiców zapełnił place i ulice hałaśliwie manifestując swój entuzjazm. Konsekwencją między innymi zwycięstwa z Brazylią był wywalczony przez Chilijczyka Hormazabala tytuł króla strzelców imprezy z dorobkiem 4 goli.

0

@mrlogic90 Generalnie się zgodze i rozumiem że piłkarze nie zaczną z tego powodu strajkować. Jednak ten sezon jest bardzo wyjątkowy: plaga kontuzji, ogromne problemy finansowe plus covid. W takiej sytuacji, dla dobra zespołu trener powinien wystawić niemal rezerwowy skład(i de facto odpuścić te rozgrywki) a najsilniejszym grać o 4 lokate w lidze, ponieważ liga mistrzów to absolutny priorytet! Zobacz ile jest kontuzji, zmęczenia itd. Uważasz że my w takiej sytuacji w tym sezonie utrzymamy 3 sroki za ogon? czyli wygramy Puchar Króla, Lige Europejską i 4 miejsce w La Liga? To jest wręcz niemożliwe w takiej sytuacji a kadra co raz bardziej się przez te rozgrywki kurczy...

3

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

21 stycznia 1927 r. w Czeladzi urodził się Stanisław Hachorek. Przygodę z piłką zaczynał jako skrajny obrońca, ale szybko dał się poznać jako niezwykle ambitny, przebojowy i skuteczny napastnik. Pochodził z Czeladzi, ale złotymi zgłoskami zapisał się w historii Gwardii Warszawa, gdzie wymienia się go w gronie klubowych legend. Swoje pierwsze piłkarskie szlify zdobywał w lokalnym CKS Czeladź, a potem w WMKS Katowice, szybko jednak przeniósł się do stolicy. Zasilił szeregi nowo powstałego wielosekcyjnego klubu sportowego WKS Gwardia Warszawa, który szybko udowodnił, że ma ambicje do poważnego grania. ,,Harpagany” relatywnie szybko wywalczyły awans do najwyższej ligi i w pierwszych sezonach zajmowały miejsce tuż za podium. W sezonie 1954 Gwardia sensacyjnie zdobyła Puchar Polski pokonując w finale 3:1 Wisłę Kraków. Walnie przyczynił się do tego Hachorek, który zdobył dwa pierwsze gole w meczu. Poza niezwykłą skutecznością pod bramką rywala, czego dowodem był tytuł króla strzelców w sezonie 1955, jego atutem była wprawiająca w zdumienie kondycja.. Podczas jego gry w Gwardii, ta występowała w najwyższej lidze przez 9 sezonów. Hachorek zdobył w tym czasie 86 bramek w 174 spotkaniach, co do dziś stanowi rekord klubowy. Uwzględniając pozostałe sezony strzelił on łącznie 111 bramek w 206 meczach jako piłkarz Harpaganów. W 1962 roku przeniósł się do Warszawianki, w której zakończył karierę piłkarską i rozpoczął przygodę trenerską. Ta niestety nie była zbyt owocna. Hachorek to przede wszystkim reprezentant drużyny narodowej i uczestnik igrzysk olimpijskich 1960 w Rzymie. Debiutował w 1955 r. w starciu z Rumunią i strzelił nawet gola. Łącznie rozegrał w biało-czerwonych barwach 16 spotkań, w których zdobył 8 goli. Jedną z nich zanotował na igrzyskach w pojedynku z Tunezją.

3

Bardzo dobrze się stało. Bardzo dobrze że odpadamy z Pucharu Hiszpanii. Po co? Ja się pytam po co nam w tym sezonie ten Puchar ,,waszego Króla"? Czy ten puchar zagwarantuje nam środki na tragiczną linie defensywną(poza Araujo)? W końcu najważniejsze, czy ten puchar zagwarantuje nam 4 miejsce w tabeli gwarantujące absolutnie priorytetową Lige Mistrzów? Poza La Ligą jeszcze tylko wygranie Ligi Europejskiej może nam zagwarantować Lige Mistrzów. Pytanie tylko czy z taką jakością defensywy stać nas na to? Moja odpowiedź brzmi nie! Wniosek: Lige Europejską również sobie odpuśćmy. Zajmijmy tą czwartą lokate na koniec sezonu, wzmocnijmy latem defensywe, pozbądźmy się starej gwardii, kupmy sensownego napastnika i ruszajmy w nowy sezon.

0

@Gopee Sprawdziłem, zaledwie od 3 sezonów tak się dzieje że od półfinałów są dwumecze. Według mnie to całkowicie kłóci się z ideą pucharów i jest w dużej mierze niesprawiedliwe. Gdybyśmy dzisiaj odpadli to wyszło by nam to tylko na dobre.

0

@Gopee Jak to jeden? Przecież w 1/8 zawsze grało się mecz i rewanż

0

@David_Beckham Jaki z tego morał i co masz na myśli?

0

Remis, zwłaszcza bramkowy będzie bardzo dobrym rezultatem przed rewanżem na Camp Nou. Tylko czy nam aby nie przeszkodzą te puchary w wywalczeniu 4 miejsca na koniec sezonu w La Liga. W końcu priorytetem jest gra w Lidze Mistrzów!

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?