0

Środek pomocy wystawiony na mecz z Bilbao nosił w sobie wszelkie znamiona sabotażu. Sami chłopcy z placu broni nie mają szans uporządkować gry i narzucić stachanowcom z La Ligi własnych warunków gry. Barcelona nadal potrzebuje na boisku przynajmniej jednego z dwójki Busquets-Rakitic - z resztą ustawienia można rzeczywiście poeksperymentować z nadziejami na wszelką pomyślność. Poza tym Sergi Roberto jest, jak na katalońskie standardy, pomocnikiem upośledzonym, a bacząc na to, że daje drużynie dużo więcej niż Semedo na kluczowej dla gry Barcelony pozycji prawego obrońcy - należy go czym prędzej na nią przywrócić kosztem niezdającego testu technicznych wymagań, nielotnego niewypału. Mam nadzieję, że Valverde nie spędzi zbyt wiele czasu na udowadnianiu sobie i wszystkim jego ruchy obserwującym, które rozwiązania personalne nie mają na murawie prawa bytu i wyciągnie z obecnego maglu esencję składu w stanie czystym. Zarząd Barcy zgotował jej katastrofalny sabotaż zamiast przygotowań do sezonu - Suarezowi wystarczyło raz poruszyć rwę kulszową, by go poskładało na amen, Messi powąchał w wakacje trawę przez kwadrans i pół, ogólnie jest rozgardiasz, poród w mękach i mezalians. Ale co tam - złe dobrego początki, nie od razu Rzym wybudowano, a Kartaginę zburzono, no i, last but not least - do trzech razy sztuka, do ciężkiej cholewy!

3

Neymar transferem neutralnym... Co za byzyduura. Ktoś tu ma chyba problemy z panowaniem nad emocjami.

0

Komentarz usunięty przez użytkownika

3

PASS - ART - IRRATIONAL CRASH AT THE END OF THE SEASON - BARCA WAY.

3

Przepięknie kwestię Neymara Michał Pol to na Youtubie sportretował - pryzmat Biblii i przypowieści o synie marnotrawnym, trzymajcie:


0

Przynajmniej wszyscy powinni być.

0

Myślę, że powinien tę opinię wyrazić przy pomocy pozytywnego przedstawienia znamion sfery przedmiotowej - powinno to lecieć mniej więcej tak: "Rozegrałem fatalny sezon w Barcelonie". Bardzo prawdopodobne, że kunktatorska konstrukcja psychologiczna, która objawia się w tym eufemistycznym "nie rozegrałem dobrego" jest powodem tchórzliwości i nijakości tego zawodnika demonstrowanej przez niego na boisku.

0

@fcb_fan10 Gdyby wiedzieli, co ich czeka, tak właśnie by zrobili.

1

Bramka piękna, a nikomu niepotrzebna. Wspomnienie szaleństwa na trybunach i piłkarzy na murawie po zgarnięciu przez Leo pajęczyny spod spojenia przyprawia mnie o dreszcze żenady i febry. Wszystkim wydawało się wtedy, że są świadkami lub uczestnikami tryumfalnego marszu zwieńczonego boskim wyczynem, by na koniec zostać sadystycznie, nikczemnie okpionym - uwiecznionym na obrazie radujących się baranów prowadzonych na rzeź...

2

@pax Nie wiadomo.

0

@Iberatista Serio.

18

Dzięki, Leo. Ta konferencja to kolejny krok w zapisanej mi psychoterapii. Ale i tak nie dam jeszcze rady na Was jutro patrzeć...

1

Serce rozszarpane, rdzeń mózgowy w miazdze, dusza w kawałeczkach. Tak tak, panie i panowie, pobudka następnego dnia, a na tablicy wyników w dalszym ciągu te uparte, absurdalne i brutalistyczne 4:0, bezwzględna do bólu weryfikacja mianownika rzeczywistości, zapis katastrofy bez chociażby jednej i jedynej, cudem utrzymanej przy życiu duszyczki. To, co wczoraj się na moich - brukanych rejestrowanym obrazem - spertryfikowanych oczach odchromanieliło, było doskonale twórczym rozwinięciem zbioru desygnatów pojęcia "kompromitacja", legendarnym wręcz w historii spożytkowania w działaniu znaczenia tego słowa osiągnięciem. Bramka na cztery do jajca dla Czerwonych miała w sobie tę pochmurną atmosferę doszczętnej zagłady, barbarzyńskiego okrucieństwa bijącego z fotografii przybliżonych soczewką aparatu, wyprutych na ziemię, poskręcanych w plamach wystygłej już juchy, skiśniętych na miał wnętrzności tumanów otumaniałych owiec i ich pastuchem wyrżniętych baranów - jeszcze do niedawna wypełnionych wigorem pulsujących krwinek żywych organizmów, gdzieś po drodze jednak sprowadzonych w strefę opatrzoną nieobjętą w cnej beztrosce ich skąpego rozumku przestrogą śmiertelnego zagrożenia dla integralności ich ducha i ciała, posępną ponurość ich mgłą zachodzących, pozbawionych życia oczu. Najbardziej boli, że lata rok za rokiem lecą, transcendentalny lot przez struny ziemskiej rzeczywistości faktora X z numerem 10 zaczyna przechodzić w stadium wyczuwalnego już schyłku, zakreślonego nieugiętą parabolą przemijalności każdej epoki, a Barcelona od już lat do smolonej cholery ośmiu, z jednym bezcennym wyjątkiem, konsekwentnie czas tej epoki marnuje, obmyślając z patologicznym uporem, z coraz to większą inwencją i coraz to wymyślniejsze, a nadto paskudnie sadystyczne w odczuciu jej sympatyków i jej samej, niegodne już nawet łzy pożałowania, sadomasobombastyczne formy dowodzenia swej obezwładniającej, skuśtykałej niezdarności - prezentuje nam tragikomiczną, błazeńską i szarpiącą wszystkie kiszki epopeję rodem z filmów o Gangu Olsena... Takim filmie, w którym te ambitne, szczwane i groteskowo utalentowane, a pomimo tego tęgo i na wskroś upośledzone rzezimieszki z genem zakodowanej w jądrze duszy, w kółko reprodukowanej na osi ich działań klęski zagrzebały w zapomnianym później miejscu zdobyty w pocie parujących czółen, przez co należny im skarb, odnalazły go przezwyciężając cyklony trudności, zagrzebały z powrotem, sporządziły doń mapę, mapę tę zgubiły, skarb znów odnalazły pomimo kolejnych samym sobie przyrządzonych tarapatów, skarb cudem odnaleziony bystro w innej rozpadlinie ziemi skryli, mapę sporządzili, mapę znów zgubili, odnaleźli mapę, którą to stracili wcześniej nim kolejną sobie sprawili i za jej fałszerskim wskazaniem udali się w miejsce, z którego skarb zdobyty już przenieśli, tam zaś złapali się wzajemnie za swe puste łby i rzewnie nad trudami swego zbójeckiego losu zapłakali... A mapę na ten moment właściwą, przez nich w roztargnieniu porzuconą, przejął gang-ichni-nemezis, ograbiając ich zarówno ze zdobyczy, jak i czasu, który poświęcili, aby zdobycz na swą własność i świetlaną przyszłość zdobyć. Rozmiary, format i obraz tej pętli porażek wzmaga już do kresów potencjalnej obciążalności miernika żenadometru relatywizm oceny sukcesów Barcelony przez pryzmat osiągnięć jej najdonioślejszego przeciwnika. To, że Real i Ronaldo zjedli w ostatnich latach Ligę Mistrzów, przy mlaśnięciach autofilii ją strawili, po czym wyrzygali z powrotem po to tylko, by na oczach oniemiałych, mimowolnych gapiów wymiociny z niej pożreć na nowo, a by dopełnić obrazu swego tryumfalnego monopolu, tak pomyślnością nasyconego, że aż pozbawionego należytego szacunku dla tryumfu swego przedmiotu, powtórzyli operację jeszcze raz - ten wyjęty z technik bondage, rynsztokowy, ale dokonany w aurze diabelskiej potęgi akt przyprawia Barcelonie rogi bezradnego frajera, chuderlaka i niemoty, coby nawet gdyby wnieść mu cudo natury w podwoje sypialni i przykuć do wezgłowia łoża, zamknąłby się w kiblu i sprawdzając wypryski na twarzy wyrżnął nią o kanty umywalki, fundując sobie miast radosnych uciech trzymiesięczny pobyt na OIOMI-e. Ech i ach i szkoda gadać, ale przynajmniej można sobie pogadać, bo nad pejzażem tej klęski oszołomionym jej świadkom pozostała tylko pusta gadka - dla mnie jak psychoterapia.

2

Osobny temat to Valverde. Pan Txingurri, Mister Mrówka, koronny architekt zjawiskowości zgłębianego tu upadku. Cały sezon dobrych decyzji, cały sezon demonstracji profesjonalizmu, zarówno strategicznego, jak i taktycznego zmysłu. Cały sezon skutecznego w moim przypadku wodzenia za nos w temacie wyciągniętych wniosków i pełnego zaangażowania w działalność fundacji Nigdy Więcej. Jeszcze tydzień temu potwierdzenie wszystkich argumentacji na korzyść pozytywnej oceny jego pracy, wydawałoby się, że już ostateczne. A na koniec dobrze spożytkowanego dnia gotowemu na zasłużony posiłek objawił się tak makabrycznie spitraszony, zwiędły klops - przywdziewana czasem co trzy dni od kaskady przydługich miesięcy maska "el treneiro, co się zowie" z blaszanym łoskotem wśród ościennej ciszy spadła, a zszokowanej dramaturgią chwili braci ukazała się ponownie, znów sumiennie dotąd pod maską skrywana, sparaliżowana strachem, blada gęba Imć Franciszka Smudy. Pojedynek na Anfield to był menedżerski blamaż. Brak reakcji na wydarzenia boiskowe, a właściwie to reakcje fantomowe, według schematu uknutego bez użycia cefali cerebrum na tydzień przed wdrożeniem go w życie, zasadzonego na technice kopiuj-wklej z poprzedniego meczu, podczas gdy podstawową zaletą i czynnikiem skuteczności przyjętej wtedy taktyki był element zaskoczenia, wyjście poza schemat i tym schematem ograniczenia, które to Valverde postanowił w uwłaczającym swej sztuce, upadlającym samego siebie, cały klub i jego kibiców, atawistycznym obłędzie przerodzić w kolejny schemat, ryglując powziętą w odpowiedniej chwili i wtedy słuszną ideę kneblem czerstwoty swej nie-wyobraźni w pudełku nie-bytów, przeznaczonym dla dokonań poddanych przez teraźniejszość derogacji z powodu kontekstu swej bezprzedmiotowości, pozbawionych przezeń choćby krztyny sensu. Wszystkie swoje mrówczą pracą zasłużone osiągnięcia, udane projekty i wypełnione twardą i zdecydowaną ręką zadania, jakie stawiał przed nim obecny sezon, Pan Txingurri po raz drugi bezczelnie poskładał na kupę i - z perfekcyjną precyzją podkładając ogień - ku osłupieniu zebranej wokół, zatrwożonej odbywającym się na ich oczach szaleństwem, w słup ogłupiałej gawiedzi, puścił z dymem na ołtarzu pojedynczej jednostki 90-ciu minut, na których przestrzeni zadanie do odbębnienia było już nad wyraz proste, z perspektywy poprzednich wyczynów oczywiste - nie dopuścić do powstania sytuacji legendarnej i dziejowej kompromitacji.
Dzieło hańby wirtuozerskimi manewrami pędzla jest już na wieki wieków spłodzone, moim skromnym zdaniem ma artystycznie dalece większe walory niż te poprzednie, gratuluję, cztery do jajeczka jak w mordunię strzelił w spisie wyników widnieje i widnieć będzie już na ever forever, gablota przyszykowana na święte świadectwa fenomenu FC Barcelony XXI-ego wieku świeci coraz to smętniejszą pustką, podkreślanej refleksem światła odbitego wypełnionej najcenniejszym kruszcem gabloty znienawidzonego sąsiada z drugiego końca sali, a nam pozostaje czekać, kiedy karta się odwróci. Ja wciąż głęboko wierzę, że odwrócić się musi... Tik-tak, tik-tak, tik-tak....


3

Mam mózg w strzępach. I nie mam słów.

14

Jeszcze dyszka dla treneiro. Myślałem, czy jednak nie mniej, bo mecz był przez Barcelonę rozegrany na najwyższych rejestrach ryzyka, ale szybko mnie olśniło, że to właśnie w tych rejestrach niesie się muzyka geniuszu i szczytuje - w tym wypadku menedżerski - kunszt. Valverde od dawna nie grał trójką Vidal-Busquets-Rakitic w pomocy - Klopp musiał chyba przetrzeć z kilka razy te swoje gustowne okularki, gdy zobaczył skład Barcelony wychodzący na murawę Camp Nou. Przecież patent na ten mecz to był ze strony Valverde nie dość, że taktyczny szwindel, to jeszcze bezczelny manifest. Oddanie Liverpoolowi czasu spędzonego przy piłce, wymierzenie w nich, w pełnej tajemnicy przed nimi naostrzanego, przeciwstawnego końca ich własnego kija, świadome skazanie samego siebie na, w rozszalałej wściekliznie, kijem wymierzane razy, z pełną wiarą w odporność wykutego w pocie czoła i strzemień mięśni pancerza, by na koniec szalę morderczego pojedynku przechyliła podstawowa wartość i składowa część piłki kopanej, a więc suma talentów i umiejętności poszczególnych zawodników - to był tak czupurny trik, buńczuczny przekręt i chojracka machloja, że warta oklasków obu uszu podczas stójki na głowie. Bo akurat zawodników, jak tu chyba wszyscy wiemy, Barcelona ma najlepszych z najlepszych, dużo lepszych od innych najlepszych, tak najlepszych, że po prostu nie ma lepszych. A gdy na dodatek Txingurri wykaraskał z kucków szpic grani kulfona swego, przywołał wprawionym w manewrach gestem Nelsona Semedo i rzucił na stół skrytego w projektowanym od dwóch lat rękawie asa, czyli zmianę systemu gry z 4-3-3 na 4-4-2, stało się dla mnie hiperultramonstrualnie i totalitarnie w bęcki oczywistym, że oto właśnie mi - prochowcowi jeno, łaski niegodnemu - dane było ujrzeć jedną z najbardziej spektakularnych demonstracji strategicznej magii, niby spożytkowanej tylko na rzecz starcia dwóch ekip szturmujących nadmuchany balon, ale rodowodem prosto z podręcznika wojskowości generała Rozwadowskiego z zaszyfrowanymi na marginesach dopiskami anonimowego nekromanty. Szapoba, kurka modra!

8

Piłkarze grający małą ilość minut nie dostają zazwyczaj oceny, bo nie mają okazji niczym się wykazać, szczególnie w częstych w przypadku Barcelony wypadkach, gdy pojedynek w ostatniej partii meczu jest już rozstrzygnięty i jego dokończenie do ostatniej minuty jest czystą formalnością. Starcie z Liverpoolem rozgrywało się do końca na rubieżach maksymalnej intensywności, a jego stawka odbije się echem we wtorkowym rewanżu. I Dembele miał, a nawet powinien czymś się wykazać - jako piłkarz Barcelony winien zaszlachtować leżącego krzyżem i półprzytomnego, a jeszcze przed chwilą zabójczo groźnego rywala - zamiast tego wspiął się na wyżyny twórczości w dziedzinie strzału parodystycznego i redakcja miała święte prawo wymierzyć mu za te niegodne noszonego stroju, żenujące sprawowanie ponadprogramowego, karnego kuksańca.

4

W Krakowie naród awangardy anglosaskiego sznytu, krzewicieli zachodniej cywilizacji progresu we wszystkich innych, a zatem zdziczałych i archaicznych dżunglach świata, kompromituje się na każdym kroku i w każdym ułamku sekundy.

1

Czyli czternaście.

0

A w te dziewięć porażek wliczone są dwie poddane walkowerem w tegorocznej edycji Pucharu Króla, które z perspektywy dwumeczu nie miały żadnego znaczenia. Czyli w sumie Valverde poniósł siedem porażek jako trener Catalunyas. Chociaż wtopa z Romą liczy się za dziesięć, więc poniósł ich jednak 16. Statystyka 100% legit!

2

Heh. No cóż. Chyba racja. Bardzo prawdopodobne, że Griezmann będzie dużo wartościowszym uzupełnieniem układanki z Messim i Suarezem, bazującej na wymienności pozycji i wzajemnej grze kulą do bilarda. Uważam, że tak ta transferowa epopeja powinna się skończyć i nieskrycie na to liczę. Ale sezon Barcelona musi dograć z obecnym dobrodziejstwem inwentarzu.

3

Valverde buduje Coutinho. Zdaje sobie sprawę, że problemy z jego postawą na boisku i niewykorzystywaniem przez Brazylijczyka pełni swego potencjału mają przede wszystkim podłoże psychiczne. Valverde musi go bez przerwy zapewniać swoimi decyzjami co do rotacji w składzie, że Dembele nie jest dla niego ważniejszym elementem układanki, a być może nawet starać się jak najdłużej utrzymywać go w fałszywym przekonaniu, że to Coutinho jest piłkarzem once de gala. Ten stwarzany przez Valverde i kontuzje Dembele apokryf realnej sytuacji sprawił na przekroju całego sezonu, że Barcelona ma dwóch piłkarzy na porównywalnym (nie znaczy, że równym) poziomie o zupełnie odmiennej charakterystyce do wykorzystania na jednej pozycji, co zapewnia drużynie elastyczność taktyczną w ustawieniu ofensywnego trójzębu przed polem karnym przeciwnika.

17

Coś wam powiem, dziatki! Barcelona wygra w tym roku LM, możecie na to postawić własny dom, jeśli go macie i rodzinę, jeśli jest coś warta. Obawy przed meczem z Liverpoolem są zrozumiałe, to naprawdę przemocarna ekipa z tridente z przodu piłującym przeciwników na wióry, ale - jest jedno wielkie ale. Barcelona jest ekipą jeszcze mocarniejszą, totalnie zdeterminowaną, by zasiąść w tym roku na tronie królestwa futbolowej Europy i, tu fanfary, wyczyściła sobie sytuację w lidze. Messi i spółka mogą sobie popijać w weekendziki yerba matę i zakąszać herbatniki, a Salah, Firmino i Mane będą wypruwać flaki na Cardiffach i innych Brightonach. Poza tym Rakitic i Busquets przejmą środek pola i schowają w kieszeni (kogo tam, jakiegoś Wijnalduma? Hendersona?), Arthur znów nie straci ani jednej piłki, Dembele wróci i pozawija Alexandra-Arnolda w zmiętoślone sreberko, po czym wyrzuci na pobocze jak opakowanie po smakowitym posiłku, a Messi i Suarez... no to sami wiecie. A nawet gdy się zdarzy, że potencjał ofensywny The Reds przebije fenomenalną w ostatnich miesiącach zaporę z Piquenbauera i jego usłużnego giermka z Francji - na linii bramkowej stoi Najlepszy Bramkarz Świata, który za nic w świecie nie przepuści żadnej piłki nie uderzonej jak z bicza strzelił gdzieś obok spojenia rejonu jego władztwa. Reasumuję, drogie dziatki: najlepszy piłkarz świata, najlepszy bramkarz świata, świetna, doświadczona pomoc, świetny środek obrony, boki obrony nadające się na jakąś pracę doktorską w dziedzinie futbolu, Vidal w odwodzie na zamknięcie meczu, oszalały dzik na 9-ce i luksusowy już teraz (nareszcie!) wybór między Coutinho i Dembele - w zależności od aktualnych potrzeb i mądrości etapu. I do tego, może nie ponad tym, ale obok, jako sprawa równorzędna - wielki trener. Trener, który wpoił Barcelonie konsekwencję i spokój, dyscyplinę i opanowanie, powolne wsączanie się w przeciwnika jadem własnych przewag w dziedzinie gry piłką. Trener, który przyniósł Barcelonie elastyczność taktyczną, który w trakcie meczu zmienia jej ustawienie z 4-3-3 na 4-2-2, gdy wynik jest korzystny, a na 4-2-3-1, gdy korzystny nie jest. Albo w ogóle wypuszcza drużynę w ustawieniu z czwórką w pomocy, gdy na przykład w pierwszym meczu z Betisem podstawowy schemat taktyczny nie zdał egzaminu. Bo Valverde uczy się na błędach i to uczy się sumiennie. I Barcelona też się na błędach ostatnich lat wiele nauczyła - a teraz tych nauk będzie zbierać plony. Czas na żniwa, drogie dziatki!

1

Słowo klucz dla powyższej wypowiedzi: SARKAZM.

1

Co za piękny futbol! Tak się gra w piłkę, wet za wet i oko za oko, walka o zwycięstwo do samego końca - to jest prawdziwa kultura i radość z gry w piłkę, a nie jakieś komfortowe, beznamiętne tryumfy spod znaku valverdowskiej smuty... Nie w takim futbolu się zakochałem, bo w futbolu przede wszystkim chodzi o jazdę bez trzymanki, niekontrolowaną wymianę szaleńczych ciosów, a nie technokratyczną dokumentację własnej przewagi, pozbawioną romantycznego sznytu deklasację przeciwnika podczas której beznamiętna nuda zmaga wszystkich kolejnego manta świadków... Hasztag ValverdeOut, TenHagIn, GdybyNieMessiToByNieWygrali!

30

W opisie gry Rakiticia, przy supozycji o jego warsztatowym upośledzeniu w rewirze prostopadłych podań, brak wzmianki o otwierającym podaniu do Malcoma, dzięki któremu ten miał spokojnie czas na dokończenie czynności porannej toalety, grzmotnięcie paręnastu pompek, wysłanie fotki trybun znajomym ze Snapchata, po czym oddanie się półgodzinnej medytacji nad problemem "komu dziś zaofiarować swą asystę" - jest niezrozumiałym przeoczeniem, mocno wykoślawiającym obraz gry i wpływ na ostateczny wynik meczu wywarty przez Chorwata, szczególnie przy przedstawieniu takiej migawkowej lapidarii osobie, która derbów z Papużkami Z Klatki Własnych Ograniczeń nie widziała.

0

Wyściełane, na ławeczce.

0

Mi się chce tylko o tej porze.

1

Oferuję się do roli nocnego dyskutanta. Program "pińcetplus", moim zdaniem, jest prostą jak budowa cepa, ale bardzo szczwaną metodą napędzenia polskiej gospodarki, synergicznie powiązaną z wyeliminowaniem ogromnego obszaru polskiej bidy, czyli ilości ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego. Jest to przelew pieniędzy z centrali budżetu do portfeli ludzi, którzy w lwiej większości nie mają wystarczających środków, by te pieniądze zachomikować po kontach i przyoszczędzić, ale czekają na nie jak na mannę z nieba, by je wydać na artykuły podstawowej potrzeby lub na rzeczy, na które do tej pory nie mogli sobie pozwolić (wakacyjki nad naszym pięknym morzem, lodziki Carte Dor, książeczki lub gierki dla dziecięcia). Czyli oni te pieniądze wydają, czyli odprowadzają od nich podatek Vat w formie ceny kupionych produktów (więc niemała część tej darowizny wraca z powrotem do budżetu) i płacą ich cenę producentowi, który by nie dostał tych pieniędzy od ludzi, których do tej pory na oferowane przez niego towary nie było stać. Głównym czynnikiem wzrostu gospodarczego Polski jest konsumpcja wewnętrzna, a ten program mocno ją napędza, jest prymitywnym, ale jednak skutecznym respiratorem dla naszej ułomnej gospodarki. Można krytykować jej model, dostrzegać związane z nim zagrożenia (zgłaszam się pierwszy do tego typu inicjatywy), ale to jest dużo szerszy i bardziej złożony temat, który tak naprawdę niewiele ma wspólnego z negatywnymi skutkami 500+. Gdy słyszę te zawieszone w chmurach bajdy, że "a ile to by można, panie, za te pińcet dla meneli na rozwój przędsiębrania przedsiębiorstwa przez tych, no, przedsiębiorców dać, to by wtedy było, panie, i by rozwój był, i przedsiębiorstwo, i wszystko, panie..." - bierze mnie na pusty śmiech. Po pierwsze, jak już taki mamy model gospodarki, to nie należy odcinać sobie jednej nogi, by stworzyć protezę drugiej. Miną lata, zanim polski przemysł będzie w stanie szeroką ławą eksportować produkty o wysokiej marży zwrotu i na to muszą przede wszystkim wpłynąć mechanizmy rynkowe (takie jak galopada w górę wynagrodzeń za pracę, która zmusza przedsiębiorcę do poszukiwania innowacyjnych metod produkcji oferowanych towarów), a nie grupa zbiurokratyzowanych urzędasów, którzy nie mają prawa mieć zzieleniałego pojęcia, na co "pieniądze na wsparcie rozwoju technologicznego" wydać, by rozwój technologiczny rzeczywiście wesprzeć. W naszej biednej, postsocjalistycznej i przeżartej agenturą ojczyźnie, urzędasy mają pojęcie tylko o tym, jak obiecujący projekt przejąć, przeżreć w krótkoterminowym okresie związane z nim profity, do cna zaorać i wykurzyć za granicę (przykładem historia grafenu). Brak innowacji w Polsce nie jest winą 500+, ale chorego, zbiurokratyzowanego, niewydolnego i zdradzieckiego układu sił, o których...pfff... nie chce mi się gadać. A samo 500+ jest pierwszym naprawdę poważnym instrumentem rekompensaty społeczeństwu trudów upośledzonej transformacji ustrojowej, jaką nasze pseudoelitki na znużonych barkach tego społeczeństwa przeprowadziły. Pozdrawiam.

0

Kogoś tu chyba zamęczyły i wpędziły w kompleksy profesory futbolu z Katalonii. I ktoś tu chyba nie ma spoiwa w obronie. U-hu-hu...

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?