18

Rekord pobity!

Dokładnie 12 lat temu Leo Messi pobił rekord Gerda Müllera w ilości bramek strzelonych w jednym roku kalendarzowym. Dotychczasowy rekordzista zdobył ich 85. W meczu FC Barcelony z Betisem Sewilla w 15-tej kolejce Primera Division Argentyńczyk strzelił jednak dwa gole i z wynikiem 86 trafień w 2012 roku wyprzedził Niemca. Pierwszą bramkę zdobył już po 15 minutach czym wyrównał rekord niemieckiego "Bombera Der Nation", a samodzielnym liderem klasyfikacji wszech czasów został w 24 minucie. Müller gratulował, ale twierdził, że dziś strzeliłby więcej goli. ,,On zasłużył na to, aby mnie wyprzedzić. Ale z defensywą jaka jest w dzisiejszym futbolu, łatwiej jest strzelać bramki”- powiedziała niemiecka gwiazda dla ,,La Gazzetta dello Sport”.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11

1

@misterio Eliminacji nie było. Poniżej w komentarzu masz opisaną historie

1

@Mitch_Atleta To nie są żadne prehistoryczne czasy a ni tym bardziej amatorskie. W Pucharze Miast Targowych jak sama nazwa wskazuje wystepowały reprezentacje tych miast ale również i największe kluby z tychże miast. Jedynym niezaprzeczalnym faktem jest najniższy prestiż tego europejskiego pucharu w porównaniu do dwóch pozostałych.
Tutaj masz historie tego pucharu: https://rfbl.pl/tabela-wszech-czasow-pucharu-miast-targowych/

15

Był sobie….. pierwszy taki Dembele w FC Barcelonie:

9 grudnia 1996 r. Emanuel Amunike pojawił się w Barcelonie aby podpisać kontrakt. Nigeryjczyk był niezłym piłkarzem, lecz ze względu na kontuzje nie osiągnął wróżonego mu poziomu. Historia jego transferu i pobytu w Blaugranie jest jednak niecodzienna. W czerwcu 1996 r. ówczesny piłkarz Sportingu Lisbona miał zostać zawodnikiem FC Barcelony ale nie przeszedł badań medycznych. Zdaniem Katalończyków Amunike miał kontuzjowane kolano. Portugalczycy twierdzili natomiast że… jest zupełnie zdrowy. W lipcu wiceprezydent Gaspart oskarżył Sporting o oszustwo. Portugalczycy nie chcieli aby piłkarz przeszedł gruntowne badania kontuzjowanej nogi, odrzucając propozycje artroskopii kolana. Prezydent Nuñez oświadczył nawet że Amunike jest ,,nowym samochodem z awarią silnika”. 9 grudnia 1996 r. Nigeryjczyk pozytywnie przeszedł wszystkie badania i trafił do Barçy za 3,6 mln euro. Trener Bobby Robson przedstawił go jako ,,transfer najwyższej klasy’’ i jego ,,największy koszmar” z czasów, gdy trenował FC Porto i grał przeciwko drużynie Amunike. Z biegiem czasu okazało się iż Nigeryjczyk stał się koszmarem FC Barcelony. Przez 3,5 roku przeszedł 5 operacji: trzy artroskopie, jedną osteotomie i transplantację chrząstki stawu kolanowego uzyskanej od zmarłego pacjenta. W październiku 1999 r. Barça próbowała rozwiązać jego kontrakt, starając się udowodnić że Amunike nie może wykonywać zawodu piłkarza. W tym samym czasie Nigeryjczyk domagał się… pieniędzy za jedną z operacji, które przeszedł w USA. Blaugrana zakazała mu treningów z zespołem ale w kwietniu decyzje tą uchylił hiszpański ubezpieczyciel. W 2000 r. po zakończeniu kontraktu ,,kukułcze jajo” przejęło Albacete. W kontrakcie zapisano klauzule że w przypadku kolejnej kontuzji kolana klub może rozwiązać kontrakt z piłkarzem. 13 stycznia 2001 r. Amunike doznał urazu… ścięgien Achillesa, co w praktyce zakończyło jego karierę piłkarską ale uniemożliwiło Albacete pozbycie się Nigeryjczyka z listy płac.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

12

Barça w europejskich pucharach:

9 grudnia 1959 r. FC Barcelona pokonuje Reprezentacje Belgradu na Camp Nou w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Miast Targowych 3:1 po golach genialnego trio: Kubali(5 minuta), Evaristo(57 minuta) oraz Eulogio Martineza(85 minuta) i awansuje do finału, który odbył się na wiosne przyszłego roku w formule dwumeczu.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

To powinna być czysta formalność, zarówno losowanie, jak i przejście do 1/8 finału. Ewentualne nie pokonanie wyżej wymienionej czwórki będzie traktowane jako kompromitacja.
Ps. Jeśli w pucharze nie zagra Wojciech Szczęsny, to też będzie swego rodzaju kompromitacja władz klubowych a zwłaszcza trenera...

8

@FCBparasiempre
Jeśli w profesjonalnym futbolu po godzinie gry prowadzisz 3:0, to po prostu musisz wygrać(!) a mówi się że prowadzenie 2:0 to niebezpieczny wynik. W 1993 roku piłkarze Anderlechtu zadali kłam tej tezie. Do 66. minuty mieli o trzy gole więcej niż Werder a mimo to przegrali. Spotkanie to przeszło do historii pod nazwą ,,Cudu nad Wezerą”. W 33. minucie spotkania rozgrywanego 8 grudnia 1993 roku w Bremie skrzydłowy Anderlechtu Danny Boffin mógł czuć się absolutnym bohaterem wieczoru. Przed chwilą pięknym, technicznym strzałem lewą nogą zupełnie zaskoczył bramkarza Werderu Olivera Recka. Golkiper jakby w pierwszej chwili chciał interweniować, zrobił krok do przodu, ale rąk do piłki nie wyciągnął, będąc zapewne przekonanym, że ta minie bramkę. Futbolówka jednak nieoczekiwanie dla Niemca lobem wpadła do siatki. Anderlecht prowadził już 3:0. Któż wtedy mógł przypuszczać, że to spotkanie dla Belgów stanie się prawdziwym koszmarem, zaś dla Werderu – jednym z najpiękniejszych wspomnień występów w europejskich pucharach? Gol z 33. minuty nie był jedynym trafieniem Boffina tego wieczoru. Kwadrans wcześniej ten skrzydłowy, nazwany ze względu na swoją szybkość La Mobylette (tak mówiono na popularne we Francji i Belgii motorowery), zamknął precyzyjnym strzałem akcję Philipa Haagdorena, podwyższając tym samym wynik meczu na 2:0. A w ogóle strzelanie tego dnia rozpoczął obrońca Anderlechtu Philippe Albert, który skorzystał z bardzo niepewnej interwencji Olivera Recka. Drogę do bramki piłce próbował jeszcze zastąpić Marco Bode, ale( choć zdołał odbić ją głową) ta i tak wylądowała za linią. Vis–à–vis Recka Filip De Wilde schodził na przerwę do szatni z czystym kontem. Jednak w końcówce pierwszej części gry sprowadził spore kłopoty na swój zespół. Popełnił rzadki błąd – przy wykopywaniu piłki z ręki przekroczył linię pola karnego, za co rumuński arbiter Ion Craciunescu podyktował rzut wolny pośredni dla bremeńczyków. Na szczęście dla De Wilde gracze Werderu nie skorzystali z prezentu. W rozgrywkach Ligi Mistrzów UEFA 1993/94 mogli brać udział tylko mistrzowie swoich krajów. W dodatku zwycięzcy najsilniejszych lig Starego Kontynentu nie trafiali tak jak dziś, od razu do fazy grupowej. Musieli najpierw walczyć w eliminacjach. Nie dla każdego faworyta były one udane. Na przykład Manchester United odpadł z tamtej edycji Champions League po dwumeczu z tureckim Galatasaray. W fazie grupowej, w której było miejsce tylko dla 8 zespołów, nie zabrakło natomiast mistrza Belgii Anderlechtu oraz mistrza Niemiec Werderu. Fiołki na swej drodze do elity dość pewnie wyeliminowały HJK Helsinki oraz Spartę Praga. Aż 6 goli w kwalifikacjach zdobył dla ekipy z Brukseli Luc Nilis. Dla Werderu eliminacje były nieco bardziej problematyczne. O ile pierwszy rywal, Dynamo Mińsk, nie sprawił wielkich kłopotów, o tyle kolejny przeciwnik, Lewski Sofia, postawił już bardzo trudne warunki. W Sofii ekipa z Bremy nie zdołała utrzymać dwubramkowej przewagi i z wyjazdu do Bułgarii przywiozła tylko remis. U siebie też nie było łatwo, ale w końcu Mario Basler zdobył zwycięskiego gola dla Zielono-Białych.

Po rozstrzygnięciu eliminacji w Genewie rozlosowano grupy. W tej oznaczonej literką „A” znalazły się Barcelona, Monaco, Spartak Moskwa oraz Galatasaray. A w grupie B los skojarzył Milan, Porto, Werder i Anderlecht. Anderlecht fazę grupową zaczął całkiem nieźle, bo od remisu z bardzo silnym Milanem. Werder zaś uległ FC Porto 2:3. Bremeńczycy przegrywali ze Smokami już 0:3, ale gole Bernda Hobscha i Wyntona Rufera strzelone w przeciągu minuty sprawiły, że Portugalczycy do końca musieli drżeć o zwycięstwo. Tym razem mistrzom Niemiec nie udało się odrobić trzybramkowej straty. Pokazali jednak, że woli walki im nie brakuje, nawet gdy znajdują się w beznadziejnej sytuacji. Już wkrótce ponownie mieli zostać poddani podobnej próbie charakteru. Mecz Werderu z Anderlechtem, który wspominamy w tym tekście, został rozegrany w ramach 2. kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA 1993/94. Po pierwszych 45 minutach tamtego pojedynku wydawało się, że ten zimny, a zarazem mokry (przed meczem padało niemal bez przerwy) grudniowy wieczór przyniesie pewne zwycięstwo Fiołkom. Ten pogląd podzieliło także wielu fanów Werderu, którzy w przerwie tłumnie opuszczali trybuny Weserstadion, nie wierząc już, że ich pupile mogą odwrócić losy spotkania. Zrezygnowani bremeńczycy z nietęgimi minami zeszli do szatni na spotkanie ze swoim trenerem Otto Rehhagelem. Nawet taki wojownik jak Dieter Eilts miał dość. – Czułem się jak gówno. Przeciwnik zakręcił nam w głowach – mówił. Pomocnik nie chciał wracać na zimny wiatr i zacinający deszcz. – To była typowa pogoda dla Bremy, ale chciałem zostać w szatni. Było tam ciepło, przyjemnie i mieliśmy coś do picia – wspomniał Eilts. A wracając do Rehhagela – w szatni zachowywał się spokojnie, a swoim piłkarzom po prostu radził, by spróbowali zrobić to, co się jeszcze da. Zarządził zmianę koszulek na czyste i zdecydował się na zmianę jednego zawodnika. Zdjął z boiska Andreasa Herzoga, a w jego miejsce wpuścił Thomasa Woltera, który miał wykonywać czarną robotę w środku pola. Natomiast obowiązki rozgrywającego powierzył Baslerowi. Po przerwie Niemcy grali dużo uważniej niż w pierwszej połowie. Sęk w tym, że zegar tykał, a po stronie zdobyczy bramkowych wciąż widniało zero. Minęło 20 minut drugiej części, a bagaż trzech goli coraz bardziej dociskał bremeńczyków. I wtedy nad Wezerą zaczęły dziać się cuda. Nowozelandczyk Wynton Rufer wybiegł do piłki zagranej na wolne pole i podciął ją nad interweniującym De Wilde. 1:3. W ciągu następnych kilku minut Werder stworzył dwie świetne sytuacje, ale ani Bernd Hobsch, ani Marco Bode nie zdołali strzelić bramki. To, co wówczas działo się w defensywie Anderlechtu, można nazwać szalejącym pożarem. Ta ogromna nerwowość udzieliła się także bramkarzowi. De Wilde wyszedł z bramki, by przechwycić dośrodkowanie. Ku rozpaczy swojej i swoich kolegów nie zdołał jej złapać, bo uprzedził go Rune Bratseth. Futbolówka po strzale Norwega wpadła do opuszczonej bramki. 2:3.

Niemcy poczuli krew. Napierali z wielką pasją. Na 10 minut przed końcem Rufer wrzucił piłkę na głowę Hobscha. Napastnik rodem z NRD nie miał kłopotów z pokonaniem De Wilde. Wielka radość wypełniła Weserstadion. Na trybunach, gdzie jeszcze kwadrans wcześniej zmarznięci kibice wieszali psy na zawodnikach, teraz zapłonęły race. 3:3. Podopieczni Rehhagela nie zamierzali zadowolić się remisem. Anderlecht, niczym kilkukrotnie trafiony w głowę bokser, chwiał się na nogach i ewidentnie nie miał pomysłu na wyjście z tej arcytrudnej sytuacji. Kolejne ciosy były tylko kwestią czasu. I w istocie za chwilę doszło do nokautu. 180 sekund po golu Hobscha Werder wyszedł na prowadzenie dzięki bramce Marco Bode. Wychowanek klubu z Bremy najlepiej odnalazł się w zamieszaniu w polu karnym i mocnym strzałem lewą nogą umieścił piłkę w bramce. 4:3. To nie był koniec. Ostatni gol doskonale podsumował postawę defensywy Anderlechtu po 66. minucie. De Wilde fatalnie podawał do Marca Emmersa. Piłkę przejął Hobsch, dośrodkował do Rufera i sekundę później padł piąty gol dla gospodarzy. Werder zwyciężył 5:3! Wynton Rufer w geście radości oddał fanom koszulkę, spodenki i getry, a następnie stanął na rękach i w ulewnym deszczu zaczął w ten sposób iść przez boisko. Potem w samej bieliźnie udzielał wywiadu. ,,Zajmie nam kilka dni, zanim zrozumiemy, co tu się wydarzyło” – komentował Oliver Reck. Z kolei Johan Boskamp, trener Anderlechtu, oszczędnie w słowach stwierdził: ,,To był koszmar. Wydawało mi się, że nocne widmo zniszczyło naszą grę.” W ostatecznym rozrachunku, mimo wspaniałego zwycięstwa nad Anderlechtem, Werder nie awansował do fazy pucharowej. W dwóch meczach z Milanem bremeńczykom udało się zdobyć zaledwie jeden punkt na cztery możliwe (wtedy za zwycięstwo przyznawano 2 „oczka”). Jeszcze gorzej wiodło im się w rywalizacji z Porto. W Portugalii, jak wspomnieliśmy, ulegli Smokom 2:3, a u siebie aż 0:5. Wygrali natomiast rewanż z Anderlechtem (w Brukseli było 1:2). Również Fiołki nie wyszły z grupy, notując 3 porażki, 2 remisy i tylko 1 zwycięstwo.

Czasami cuda się zdarzają a zwłaszcza w położonej nad Wezerą Bremą. Pamiętny mecz z Anderlechtem nie jest bowiem jedynym, który określa się ,,Cudem nad Wezerą”. Na miano to zasłużyły także domowe mecze Werderu ze: Spartakiem Moskwa (6:2 w 1987 roku), Dynamem Berlin (5:0 w 1988 roku) oraz Olympique Lyon (4:0 w 1999 roku).

3

@FcPortoFan1999 Wiem. O tym fakcie to trzeba uświadamiać młodych, gdyż ja o tym wiem przynajmniej 25 lat!

2

@FcPortoFan1999 No właśnie, wówczas każdy chciał mieć ten ,,czynnik" w swoim posiadaniu...

15

Żywe legendy polskiego futbolu:

8 grudnia 1958 r. urodził się Mirosław Okoński, głównie lewoskrzydłowy. Jeden z największych ,,enfant terible” w historii polskiego futbolu. Mawiano w Poznaniu że kiedy ,,bawi się Okoń, to bawi się całe miasto”. Tak jak czarował w kontaktach osobistych, tak i na boisku. ,,Na obszarze nie większym od podstawki od piwa, potrafi kiwnąć kilku przeciwników naraz.”- pisali o nim dziennikarze w czasach gry w Niemczech. Te umiejętności pokazywał już w Polsce, gdzie był filarem Lecha Poznań. Trzy razy z Kolejorzem sięgnął po mistrzostwo Polski. Kiedy w ramach odbywania służby wojskowej musiał przejść do Legii, ,,transfer” ten został okupiony licznymi protestami, zwłaszcza gdy w finale Pucharu Polski Wojskowi zwyciężyli 5:0 a sam ,,Okoń” strzelił jednego gola. Trofeum to wywalczył jeszcze 3 razy, w tym dwukrotnie już w barwach Kolejorza, gdzie wrócił po służbie wojskowej. W 1983 r. sięgnął po podwójną korone. Wraz z Lechem wywalczył mistrzostwo a samodzielnie dołączył do tego tytuł króla strzelców, zdobyty ex aequo ze swym imiennikiem – Tłokińskim. W 4 sezonach z rzędu osiągał dwucyfrową liczbe goli. Mniej spełniony w reprezentacji. Trener Piechniczek nie lubił go z powodu zbyt dużego indywidualizmu. Okoński lubił dryblować na murawie, grał nie raz samolubnie i pod ,,publiczkę”. W Poznaniu wybaczono mu straty w imie tej widowiskowej gry, która przyniosła wiele sukcesów. W kadrze szkoleniowiec nie był aż tak wyrozumiały. Z tego względu Okońskiego ominęły zarówno MŚ w 1982, jak i w 1986 r. Ostatecznie zagrał w biało-czerwonych barwach 29 razy strzelając 2 gole. Po grze w Lechu ,,Okoń” czarował murawy Bundesligi. Z Hamburger SV sięgnął po Puchar Niemiec. Zajął 2 miejsce w plebiscycie na najlepszego piłkarza rozgrywek za Uwe Rahnem. Został także wicemistrzem kraju. Potem wyjechał do AEK Ateny. Blisko czteroletni pobyt w tym kraju przyniósł mu mistrzostwo Grecji. Występował tam także dla APS Korinthos. Na krótko wrócił do Poznania, gdzie grał w Lechu i Olimpii, później dla zespołów z niższych klas rozgrywkowych w Polsce i Niemczech. Kariere zakończył w swej macierzystej Gwardii Koszalin. W plebiscycie 80-lecia Lecha Poznań przeprowadzonym przez ,,Gazete Wyborczą” wybrany został najlepszym piłkarzem Kolejorza.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson

2

@FcPortoFan1999 Ach ten Dudek a zwłaszcza ten Probierz. Oni grają w swojej własnej lidze chyba...

6

@FCBparasiempre
Po igrzyskach zniknął jednak z kadry. Zabrakło go w meczach eliminacyjnych mistrzostw świata. Chociaż przed meczem z Anglią w Chorzowie Górski rozważał jego kandydaturę, to statecznie nie powołał go z uwagi na fakt, że był w tak słabej formie, że nawet we własnym klubie większość czasu w meczach ligowych spędzał na ławce rezerwowych. Rok później, kiedy Ruch rządził w lidze, Górski inaczej już patrzył na zawodników z Chorzowa. 7 kwietnia po meczu z Górnikiem zwrócił uwagą zwłaszcza na Zygmunta Maszczyka i Joachima Marxa, ale nie umknął mu też bardzo dobry występ Ostafińskiego, o którym w swoich wspomnieniach napisał, że mógł się podobać. Zawodnik brał udział w zgrupowaniu przed mistrzostwami świata, ale do RFN ostatecznie nie pojechał. Był co prawda w gronie pięciu rezerwowych, którzy mieli pozostawać do dyspozycji, ale raczej marna to pociecha. Mistrzostwa pokazały, że selekcjoner trafił ze składem i młody Władysław Żmuda, który zastąpił Ostafińskiego na środku obrony obok Gorgonia, znakomicie wywiązywał się z powierzonych mu zadań. Piłkarz Ruchu był oczywiście rozczarowany i uważa, że przy braku powołania kluczowy był mecz z VfB Stuttgart z 13 kwietnia. Myślę, że zaszkodził mi mecz kontrolny kadry z VfB Stuttgart. Przegraliśmy 1:4, a niesamowite rzeczy „odstawiali” dwaj boczni obrońcy – Zbigniew Gut i Adam Musiał. Dawali się ogrywać jak dzieci. Nie byłem w stanie „połatać dziur”; wychodząc do szarżującego od linii bocznej rywala, zostawiałem „swojego” napastnika. No przecież nie mogłem pozwolić chłopu bezkarnie wjeżdżać w pole karne! Ale i tak usłyszałem od Jacka Gmocha: „Po co się dawałeś tak wyciągać do boku?” Do reprezentacji powrócił, ale tylko na kilka spotkań. Ostatnie rozegrał z Włochami w 1975 r. Jedenaście oficjalnych i dwa nieoficjalne występy w narodowych barwach, to chyba jednak zbyt mało na takiego formatu zawodnika. Jak sam przyznaje, trafił wtedy na okres, w którym rywalizacja o miejsce w składzie była ogromna. Dodatkowo w harmonijnym rozwoju nie pomagały mu kontuzje i polityka działaczy Ruchu, którzy niechętnie skłaniali się ku zwalnianiu zawodników na mecze reprezentacji. Vičan był znakomitym fachowcem, dysponował grupą świetnych zawodników, ale liczyła ona 12-13 zawodników. Jedna czy dwie kontuzje stawiały go w niełatwej sytuacji. Korzystniej zatem było wystawić zawodnikowi niekoniecznie prawdziwe zwolnienie lekarskie, założyć mu opatrunek gipsowy, i tak dalej, niż wysłać go na zgrupowanie kadry, mecz reprezentacji. Przez takie sztuczki Zygmunt Maszczyk omal nie zostałby wyeliminowany z mistrzostw świata. Po dwóch zdobytych mistrzostwach piłkarze Ruchu spuścili z tonu. Zespół był najstarszy w lidze. Zawodnicy nie mogli podołać już tak intensywnym treningom. Brakowało trochę ambicji, niektórzy zbliżali się powoli do końca swoich karier. Mimo że po rundzie jesiennej byli liderem, to rozgrywki zakończyli na czwartym miejscu. To był jednak początek końca wielkiego Ruchu. Odszedł trener Vičan, a na jego miejscu pojawił się František Havránek. To on twierdził, że Ostafińskiego wytykano palcami jako tego, który sprzedawał mecze. Sam piłkarz wspominał, że Czech w porównaniu do swojego poprzednika wydawał się trenerskim amatorem. Miał też podobno otrzymać zadanie wyczyszczenia zespołu ze starszych zawodników. Od zarzutów korupcyjnych Ostafiński jednak się odcinał. Havránek albo miał coś z oczami, albo kompletnie nie znał naszej ligowej rzeczywistości. Fakt, niekiedy padały zaskakujące wyniki, bo trzeba było kogoś ratować, komuś pomóc. Jednak nie zawodnicy podejmowali w takich kwestiach decyzje. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego mówił, że nigdy nie był inicjatorem tego typu działań. Dodawał też, że opinia, jaka do niego przylgnęła, to głównie zasługa działaczy, z którymi nie miał zbyt dobrych układów. Kiedy w 1976 r. przegrali z Lechem Poznań, to kierownik Alojzy Dzielong zarzucił jednemu z zawodników Ruchu – Janowi Benigierowi, że ten przeszedł obok meczu. O mało nie doszło do rękoczynów, ale Ostafiński stanął w obronie kolegi i załagodził sytuację. Nazajutrz, po przyjściu na trening, Stanisław Fangor wręczył mu pismo z informacją o dwutygodniowym zawieszeniu. Stwierdzono, że skoro bronił Benigiera, to musiał być zamieszany w porażkę, czyli prawdopodobnie sprzedał mecz. Pierwszy raz wszedł w drogę kierownictwu już na początku swojej przygody z Ruchem. Wtedy to po którymś z meczów oskarżono jego, Maszczyka i Bulę, że sprzedali mecz. Ostafiński nie miał pojęcia, o co chodzi, a na spotkaniu z zarządem doszło do pewnego incydentu. Na spotkaniu zarządu powiedział mi prezes: „jak już skończycie, towarzyszu, grać w piłkę, to wrócicie tam, skąd przyszliście: gęsi paść”. A ja mu nie zostałem dłużny: „jak pan skończy już być wiceministrem, to pana taki los czeka” – odpaliłem. Chwycił ciężką, szklaną popielniczkę i rzucił w moim kierunku. Złapałem i mu ją odrzuciłem! Pełna konsternacja! W końcu wszystko rozeszło się po kościach, ale – jak widać – pamiętano mi to”. Ostatni mecz w barwach Niebieskich rozegrał w listopadzie 1976 r. Rundę wiosenną spędził w Polonii Bytom, z którą awansował do ekstraklasy. Był podstawowym zawodnikiem ekipy, która całkiem nieźle radziła sobie w lidze. Przyzwoicie zapowiadający się sezon zakończył się dla niego już 1 listopada 1977 r. Gdy grałem w Polonii Bytom, w meczu z Zawiszą Bydgoszcz doznałem złamania kości strzałkowej w kostce. Nie mogłem grać przez osiem miesięcy. Robiłem wtedy wślizg, wybiłem piłkę rywalowi, a on wpadł całym ciałem na moją nogę. To był facet z dużą nadwagą i kość nie wytrzymała. Pamiętam do dzisiaj, że graliśmy 1 listopada, czyli we Wszystkich Świętych! Sędzia, który prowadził zawody, już przed meczem świętował. Był pijany, bo jak podszedł do mnie, to czuć było od niego alkoholem. Podejmował wtedy sporo złych decyzji. Gdyby dzisiaj sędziował na bani, poniósłby surowe konsekwencje, ale wtedy było inaczej.

Później zdecydował się na wyjazd na zachód. Podobnie jak kilku innych piłkarzy z drużyny Górskiego, wybrał grę we Francji. W zespole SC Hazebrouck wielkiej kariery jednak nie zrobił i wkrótce znalazł się z powrotem w Bytomiu. Wrócił do składu Polonii, kiedy ta okupowała ostatnie miejsce w tabeli. Zagrał w siedmiu meczach sezonu, które decydowały o pozostaniu w lidze. Dzięki uporządkowaniu gry obronnej i poprawie skuteczności bytomianie rzutem na taśmę utrzymali się w lidze. Kolejny sezon był już jego ostatnim w karierze. Grał praktycznie tylko jesienią, a z ekstraklasą pożegnał się 9 marca 1980 przegranym 0:1 meczem ze Stalą Mielec. To właśnie pobyt w bytomskiej drużynie najmilej wspominał: ,,Wszędzie zostawiłem trochę zdrowia i serca, wszędzie miałem przyjaciół, ale najmilej wspominam grę w Bytomiu. Może, że to był ostatni mój klub, a może zadziałał syndrom kresowiaka, bowiem wcześniej grała tam grupa zawodników, która miała lwowskie i wschodnie korzenie. W Polonii Bytom czuło się atmosferę wschodniej Polski i często słyszało się „ta joj”. Buty na kołku zawiesił w wieku 34 lat, a więc mógł jeszcze trochę pograć na przyzwoitym poziomie. Niestety uniemożliwiły mu to związane z grypą powikłania mięśnia sercowego i musiał się wycofać. W katowickiej AWF ukończył dwuletni kurs i otrzymał dyplom trenera drugiej klasy. Prowadził młodzieżowe drużyny Polonii Bytom i przez pewien czas był nawet asystentem w pierwszym zespole. Oprócz tego trenował: Wartę Zawiercie, Chorzowiankę, Beskid Andrychów, MK Katowice i Zagłębie Dąbrowa Górnicza. Dolegliwości sercowe sprawiły jednak, że przeszedł na rentę. Kilka lat pomagał żonie w prowadzeniu sklepu spożywczego. Dziś nadal jest blisko piłki. Chętnie udziela wywiadów i komentuje bieżące zmagania ligowe. Jest taki sam jak przed laty – zawsze mówi to, co myśli. Nawet jeśli jego oceny są surowe i kontrowersyjne, to nie waha się ich wygłaszać i nie owija w bawełnę. Był jednym z najlepszych stoperów w historii naszej piłki. Bez niego obrona Ruchu nie byłaby tak skuteczna. Szkoda, że nie spełnił się w reprezentacji, bo na pewno miał ku temu zarówno talent, jak i umiejętności. Twardy charakter i cięty język nie zawsze przysparzał mu przyjaciół, ale wsłuchując się w jego wypowiedzi, nawet dzisiaj trudno nie przyznać mu racji. Zawsze imponował wielką klasą i opanowaniem, a Andrzej Gowarzewski pisał, że w kronikach polskiego futbolu niewielu było lepszych od niego.

12

@FCBparasiempre
8 grudnia 1946 r. urodził się środkowy obrońca Marian Ostafiński. Jeśli zastanowimy się nad najlepszymi stoperami złotych czasów polskiej piłki, to w pierwszej chwili na myśl przychodzą dwa nazwiska: Jerzy Gorgoń i Władysław Żmuda. Warto przypomnieć jeszcze kogoś. Młodsi kibice mogą go nie kojarzyć ale starszym jego występy na pewno zapadły w pamięć. Był jednym z najlepszych polskich obrońców lat 70-tych. Na podbój pierwszoligowych boisk ruszał z dalekiego Przemyśla, leżącego kilkanaście kilometrów od radzieckiej granicy. Wieloletni zawodnik Stali Rzeszów i mistrz Polski z chorzowskim Ruchem. Niektórzy zarzucali mu lenistwo ale swoją ambicję i wolę walki udowodnił w meczu, w którym grał ze złamaną ręką. W latach 50-tych w 40-tysięcznym Przemyślu młodzi ludzie nie mieli zbyt wielu perspektyw rozwoju. Podobnie zresztą jak w wielu innych podobnych miastach. Kraj przecież dopiero stawał na nogi po wojnie. W tym przygranicznym mieście do wyboru była praca w Zakładach Automatyki POLNA lub w zakładach chemicznych Astra. Dopiero później powstały inne, istniejące do dziś firmy. W takiej szarej i monotonnej rzeczywistości dorastał Marian Ostafiński. Urodzony 8 grudnia 1946 r. chłopak od najmłodszych lat z upodobaniem biegał za piłką. Razem z kolegami wykorzystywali każdy wolny kawałek trawy, żeby choć na chwilę oderwać się od codziennych zajęć. W wieku 11 lat trafił do drużyny trampkarzy Polonii Przemyśl. Futbol nie był jedynym sportem, jaki uprawiał Marian Ostafiński. Dobrze radził sobie również jako szablista na szermierczej planszy. Jednak inne dyscypliny, jak właśnie szermierkę, koszykówkę czy narciarstwo traktował raczej jako sporty uzupełniające. Prawdziwą jego pasją pozostawała i nadal pozostaje piłka nożna. Boisko przy ulicy Sportowej było blisko mojego miejsca zamieszkania. A poszedłem tam już z kilkoma umiejętnościami piłkarskimi, nabytymi na podwórku. Na podwórku grało się w „kapki”, piłką zrobioną ze starych pończoch czy „mitki”– zużytą piłeczką do tenisa ziemnego. Tam uczyło się techniki i po takim „szkoleniu” trafiłem do juniorów Polonii. W niej trafiłem z kolei na Jerzego Miśkiewicza, który był moim pierwszym prawdziwym trenerem klubowym i który zawsze przypominał mi: Marian, pamiętaj, to ja byłem twoim pierwszym trenerem. I o tym pamiętam. – opowiadał w wywiadzie z Józefem Zagulakiem dla ,,Życia Podkarpackiego”. Młody piłkarz nie od razu występował w obronie. Podobnie jak jego kolega z reprezentacji – Jerzy Gorgoń – swoją przygodę z piłką rozpoczynał od gry w ataku i radował się ze zdobytych bramek. Trzynastoletni Marian wyróżniał się wzrostem, dzięki czemu dobrze radził sobie w powietrzu. O tym, że został obrońcą, zadecydował… przypadek: ,,W Polonii Przemyśl zaczynałem jako napastnik, strzelałem gole. Przed meczem z Czuwajem Przemyśl nasz środkowy obrońca doznał kontuzji. Ponieważ byłem wysoki i dobrze radziłem sobie w pojedynkach główkowych, więc udanie go zastąpiłem. W ten sposób zostałem stoperem, choć czasami wystawiano mnie i na boczną obronę”. Cztery lata później grał już w zespole seniorów, który występował w lidze okręgowej. Okręgówka była wszystkim, na co stać było przemyski zespół. Tymczasem talent Ostafińskiego musiał się dalej rozwijać. Regularnie przychodziły powołania do juniorskich i młodzieżowych reprezentacji województwa rzeszowskiego. To wtedy poznał Jana Domarskiego. Przymierzano go też do narodowej kadry juniorów, ale mimo że dostał powołanie, to na zgrupowanie nie pojechał. Bardzo mnie wówczas namawiał do wyjazdu na tę konsultację mój trener w Polonii, ale powiedziałem mu krótko: „nie mam za co pojechać, i nie mam odpowiedniego sprzętu” – mówił w wywiadzie z Dariuszem Leśnikowskim dla Przeglądu Sportowego. W Polonii występował do 1965 r. Wtedy po 19-latka zgłosiło się wojsko. Dzięki temu, że całkiem dobrze radził sobie z piłką, mógł odbyć służbę, grając dla zespołu Bieszczady Rzeszów. Zapomniany już dzisiaj klub w tamtych czasach prowadził kilka sekcji, wśród których uwagę zwracała zwłaszcza bokserska. Marian jednak nie boksował, ale oprócz gry w futbol z powodzeniem występował w drużynie piłki ręcznej, z którą awansował do drugiej ligi. Kiedy przychodził do klubu, to sekcja piłkarska grała w lidze okręgowej. Podczas jego pobytu w Rzeszowie zespół zanotował awans do ligi międzywojewódzkiej, czyli na trzeci szczebel rozgrywek. Po awansie Ostafiński nabierał coraz większej pewności, że wkrótce trafi do pierwszoligowej Stali Rzeszów. W Bieszczadach był wyróżniającym się zawodnikiem i to nie tylko w formacjach obronnych. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych i pewnie egzekwował jedenastki, co przekładało się na dość sporą liczbę bramek. Do I ligi nie trafił jednak od razu. Byłem niejako „pod ręką” dla Stali – zwłaszcza kiedy skończyłem służbę wojskową. Najwyraźniej jednak nie chciał mnie Kazimierz Trampisz, który wtedy prowadził ten zespół w I lidze. Musiałby przecież odstawić któregoś z kolegów, grających wówczas na środku obrony. Grali – a raczej „tuptali” – tam wtedy „wiekowi” Edward Kohut i Leon Szalacha. Widać nie chciał się z nimi rozstawać, jakby pomylił I ligę z ligą oldbojów… – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego. Po zakończeniu służby wojskowej przez miesiąc trenował ze Stalą Mielec, ale ostatecznie trafił do innej Stali – do Stalowej Woli. Tamtejszy zespół, podobnie jak rzeszowskie Bieszczady, występował w lidze międzywojewódzkiej. W mieście nad Sanem spędził dwa sezony. Czuł jednak, że potrzebuje nowych wyzwań, czegoś nowego. Postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedy na początku sezonu 1969/70 Stal Rzeszów przegrała cztery mecze z rzędu, pojechał do Rzeszowa. W przerwie na mecze reprezentacji sam pojechałem do prezesa rzeszowskiego klubu i spytałem go: „bierzecie mnie czy nie?”. No i wzięli! W pierwszoligowej wtedy Stali grał u boku dwóch piłkarzy, którzy mieli już za sobą debiut w reprezentacji – Jana Domarskiego i Mariana Kozerskiego. Zadebiutował w 5. kolejce w meczu z Ruchem Chorzów. Zaraz na początku meczu przewrócił się i doznał urazu. Ból ręki, która z każdą minutą coraz bardziej puchła, dawał się mocno we znaki. Ostafiński jednak pokazał swój zawzięty charakter, zacisnął zęby i wytrzymał do końcowego gwizdka. Później po przeprowadzonych badaniach okazało się, że ręka była złamana. Kontuzja trochę przeszkodziła mu w wejściu do zespołu, ale na ławce rezerwowych nie przesiadywał zbyt długo. Po kilku miesiącach swoją postawą zyskał uznanie w oczach kibiców. Był bezkompromisowy, ambitny, waleczny i uparty, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Wkrótce, po serii dobrych występów, zwłaszcza wśród napastników zaczął uchodzić za bardzo trudną do pokonania przeszkodę. W samym Rzeszowie miał tak silną pozycję, że podobno dobudowano mu balkon w bloku, w którym mieszkał, mimo że projekt tego nie przewidywał. Z pierwszoligowych boisk było dużo bliżej do reprezentacji. Zanim wystąpił w drużynie Kazimierza Górskiego, został sprawdzony w meczu reprezentacji młodzieżowej. 27 października 1971 r. Poznaniu zagrał przeciwko Czechosłowacji. Ostafiński miał już wtedy 25 lat, więc debiutował dość późno, ale dobry występ przeciwko naszym południowym sąsiadom stał się przepustką do pierwszej drużyny. To wtedy zwrócił na siebie uwagę Kazimierza Górskiego, który postanowił dać mu szansę w swoim zespole. 10 listopada Polacy wyjechali do hiszpańskiego Gijón, gdzie rozpoczynali walkę o awans na igrzyska. Przed meczem z amatorską reprezentacją Hiszpanii byli ostrożni, ale raczej spokojni o wynik. Optymistą był też Górski. Po pamiętnej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia w eliminacjach mistrzostw Europy, trener postanowił zamieszać w składzie. Jedną z poczynionych zmian było wystawienie właśnie Ostafińskiego. Sam piłkarz nie spodziewał się debiutu, ale to właśnie on wystąpił na środku obrony obok Gorgonia. Hiszpanie, choć amatorzy, to walczyli bardzo ambitnie i wcale nie położyli się na boisku. Polacy przeważali, ale do przerwy utrzymywał się bezbramkowy rezultat. Górski był jednak pewny zwycięstwa. W drugiej połowie nasza drużyna nie pozostawiła złudzeń piłkarzom z Półwyspu Iberyjskiego i strzelając dwie bramki, pewnie wygrała. Dobre występy nowych zawodników przekonały selekcjonera, że warto na nich postawić również w rewanżowym meczu z RFN. Ostafiński wspominał, że Niemcy patrzyli na polskich piłkarzy z góry, traktowali ich jak stworzenia z innej gliny. W naszych wywołało to dodatkową motywację. Jednym z wyróżniających się zawodników był właśnie zawodnik rzeszowskiej Stali, który do spółki z Gorgoniem wybił z głowy Müllerowi zdobywanie bramek. To po tym spotkaniu na stałe zadomowił się w reprezentacji. Sam mecz zapamiętał tak: ,,Bardzo szybko przeleciało mi te 90 minut. Jeszcze dobrze się I połowa nie zaczęła, a już trzeba było schodzić do szatni. Podobnie z II częścią gry. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, jak długo jeszcze potrwa mecz, bo działo się wiele. Myślę, że dobrze wtedy graliśmy – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego. Druga część sezonu była słabsza w wykonaniu Ostafińskiego. Wielu zarzucało mu, że w spotkaniu z Bułgarią w Starej Zagorze to po jego starciu z Christo Bonewem sędzia podyktował wątpliwego karnego. Po tym meczu stracił na trochę miejsce w pierwszym składzie reprezentacji. Z klubem wygrał natomiast tylko w czterech ligowych pojedynkach i na koniec sezonu zabrakło im jednego punktu do utrzymania. Wobec takiego scenariusza, po rozegraniu 67 meczów w I lidze zdecydował się odejść z klubu. Na horyzoncie pojawiła się możliwość gry w chorzowskim Ruchu. Zależało mi jednak na grze w reprezentacji Polski, a z drugiej ligi było do niej zdecydowanie dalej niż z ekstraklasy. Przyznam szczerze, że nie paliłem się do zamieszkania na Śląsku, lecz perspektywa występów w silnym zespole przeważyła szalę. Zresztą Ruch pragnął mnie pozyskać znacznie wcześniej.

Po sukcesach, jakie pod wodzą obcokrajowców osiągały Legia i Górnik, na zatrudnienie zagranicznego trenera zdecydowano się także w Ruchu Chorzów. W lipcu 1971 r. szkoleniowcem Niebieskich został zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów ze Slovanem Bratysława – Michal Vičan. Po roku pracy poprosił działaczy o poszukanie następcy dla odchodzących Antoniego Piechniczka i Antoniego Nieroby. Wybór padł na Mariana Ostafińskiego, który obok Jerzego Gorgonia był już wtedy uważany za najlepszego stopera w kraju. Mówiło się, że duży wpływ na jego sprowadzenie miał Stanisław Fangor – działacz, który pochodził z tego samego regionu co Ostafiński. Najprawdopodobniej jednak decydujące były pieniądze i możliwość występów w I lidze. W Chorzowie reprezentacyjny obrońca (wraz z Jerzym Wyrobkiem na środku, Konradem Bajgerem na prawej stronie i Piotrem Drzewieckim na lewej) stworzył świetnie funkcjonujący blok obronny, który naprawdę trudno było sforsować. Niewiele brakowało, a losy Ostafińskiego mogłyby potoczyć się inaczej. Czechosłowacki trener aplikował potężne dawki treningów. Zawodnicy często byli po nich wyczerpani. Piłkarz nawet nosił się z zamiarem zakończenia swojej przygody z piłką. Zimą 1973 roku harowaliśmy naprawdę ciężko! Nigdy wcześniej tak nie trenowałem! W Rzeszowie miałem dwóch węgierskich trenerów, Karoly’ego Kontę i Nandora Hidegkutiego, ale w dupę dostałem dopiero u Vičana. Zresztą dla innych chorzowian jego metody treningowe to też był szok. A potworne zmęczenie powodowało złość – przynajmniej u mnie. Ze stadionu przy Cichej na Tysiąclecie wracałem pieszo. Przychodziłem tak wykończony i wściekły, że naprawdę chciałem dać sobie z tym spokój.” Mordercze treningi przyniosły za to oczekiwany skutek. W pierwszym sezonie Ostafiński i koledzy musieli jeszcze uznać wyższość Stali Mielec, ale rok później nie było już mocnych na Niebieskich. Chorzowianie przegrali tylko trzy spotkania i pewnie sięgnęli po tytuł mistrza kraju. Mistrzostwo zapewnili sobie na trzy kolejki przed końcem i dorzucili do tego jeszcze Puchar Polski. 7 października 1973 r. Ostafiński strzelił swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie w wygranym 3:2 meczu z warszawską Gwardią. W relacjach prasowych bardzo często uznawano go za jednego z najlepszych na boisku. W mistrzowskim sezonie zespół bardzo dobrze radził sobie również w europejskich pucharach. Pod względem fizycznym absolutnie nie odstawali od rywali. W ćwierćfinale Pucharu UEFA trafili na holenderski Feyenoord. Po dwóch remisach 1:1 do wyłonienia zwycięzcy dwumeczu konieczne było przeprowadzenie dogrywki. W tej lepsi okazali się zawodnicy z Holandii, którzy jak się później okazało, wygrali trofeum. Jestem święcie przekonany, że przed tą dogrywką Holendrzy czegoś się naćpali. Naprawdę! Widział pan kiedyś, żeby po 90 minutach drużyna zeszła do szatni i siedziała tam 10 minut? A myśmy tyle czekali w Rotterdamie na rywali! Nie wiem co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan. Najlepsze zaś jest to, że żaden z naszych działaczy nie próbował interweniować, gdy Feyenoord zniknął w tej szatni. Choć przecież – zgodnie z przepisami – jest to niedozwolone. Takich niestety Ruch miał w owym czasie działaczy. Mimo porażki schodzili z boiska przy brawach holenderskiej publiczności. Po powrocie z Rotterdamu podejmowali swojego wielkiego rywala – Górnika Zabrze. W meczu, w którym po kontuzji wracać próbował Włodzimierz Lubański, Niebiescy nie pozostawili złudzeń przeciwnikowi i pewnie zwyciężyli 3:0. Nie było na nich mocnych w kraju, a śmiało można stwierdzić, że i w Europie byli jedną z wyróżniających się drużyn. Swój prymat potwierdzili w kolejnym sezonie. W Pucharze Europy Mistrzów Krajowych dotarli do ćwierćfinału, gdzie dość pechowo przegrali z francuskim Saint-Étienne. Na krajowym podwórku znowu jednak nie było na nich mocnych, dzięki czemu zdobyli drugi z rzędu tytuł. Jak grałem w Ruchu, to robiliśmy punkty jak na zawołanie. Byliśmy maszynką do robienia punktów. Kiedyś mieliśmy nawet chyba 17 punktów przewagi nad drugim zespołem, a wtedy za wygrany mecz były 2 oczka. Robiliśmy punkty na bieżąco i bez problemów, a do tego ciągle byliśmy niezadowoleni. Nie tylko my mieliśmy inny charakter, ale trener też był inny. Vičan nie pozwalał sobie na to, żebyśmy przy kilku punktach przewagi myśleli, że jesteśmy już mistrzami. On nam wmawiał, żebyśmy byli na to uczuleni Wydawać by się mogło, że w epoce największych sukcesów polskiej piłki, to na najlepszej drużynie klubowej oparta będzie reprezentacja. Nie do końca tak było… Po meczu w Starej Zagorze Ostafiński musiał trochę poczekać na kolejny oficjalny występ w narodowych barwach. Ligowa forma chorzowian nie mogła umknąć uwadze Kazimierza Górskiego, który zastanawiał się nad powołaniami na igrzyska. Kadrę budował w oparciu o dwójki i trójki zawodników grających w jednym klubie. I tak z Ruchu na igrzyska pojechali: Zygmunt Maszczyk, Joachim Marx i Marian Ostafiński. Pochodzący z Przemyśla zawodnik nie od razu wskoczył do składu. Pierwsze mecze z Kolumbią i Ghaną przesiedział na ławce w roli rezerwowego. Od pierwszych minut wystąpił dopiero w trudnym meczu z NRD. Trzeba pamiętać, że w reprezentacji debiutował ledwie rok wcześniej. Na turnieju olimpijskim wystąpił w trzech spotkaniach. Poza wspomnianym z naszymi zachodnimi sąsiadami, Górski wystawił go w bardzo ciężkim pojedynku z ZSRR i w następnym spotkaniu z Marokiem. We wszystkich grał pewnie, spokojnie i solidnie. Tak jak na obrońcę jego klasy przystało. W finałowym spotkaniu z Węgrami jednak nie zagrał. Sam po latach miał żal do selekcjonera. ,,No i co mam dziś powiedzieć? Że wkurzył mnie wtedy trener Górski? No bo wkurzył. Powtarzał zawsze, że zwycięskiego składu się nie zmienia. A zmienił – i to w najważniejszym meczu. Przecież ja wcześniej w turnieju olimpijskim grałem w najtrudniejszych spotkaniach: z NRD, ze Związkiem Radzieckim. Nawet w ostatnim przed finałem meczu z Marokiem też zagrałem. Jeszcze dzień przed grą o złoto byłem pewien, że w niej wystąpię. Byłem wytypowany do podstawowej jedenastki. A kilka godzin później, na przedmeczowej odprawie, okazało się, że mnie nie ma mnie w wyjściowym składzie. Zły byłem jak cholera. Tym bardziej że przecież trener Górski zawsze mi powtarzał: „Marian, ty lepiej grasz jesienią niż wiosną. A już na mokrym boisku jesteś najlepszy”. A w Monachium lało…”. Przyczyn swojej absencji w finałowym spotkaniu doszukiwał się w nie najlepszych relacjach z Jackiem Gmochem. Kiedy wybrzmiał końcowy gwizdek, wszyscy razem świętowali zwycięstwo. Piłkarz wspominał, że szczególnie dobrze bawili się piłkarze Ruchu i Górnika. Dołączyli też do nich przedstawiciele innych dyscyplin, a sukces oblewali m.in. japońską sake, którą Ostafiński dostał od trenera polskich dżudoków po meczu z NRD.

13

Jeden z najlepszych polskich obrońców w dziejach polskiego futbolu kończy dziś 78 lat . Kim jest ten obrońca? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Safrani
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

15

Szanowni cules, to był ten pierwszy raz!

8 grudnia 1899 r. FC Barcelona rozegrała swój pierwszy mecz w historii klubu! Pierwszym przeciwnikiem Blaugrany byli członkowie brytyjskiej colonii. Tak oto dziennik ,,La Vanguardia’’ zrelacjonował to spotkanie: ,,Wspaniała była wczorajsza gra na starym Velodromo de la Bonanova pomiędzy członkami stowarzyszenia ,,Foot-ball Club de Barcelona’’ i młodymi przedstawicielami kolonii angielskiej w stolicy Katalonii. O ustalonej wcześniej godzinie(to jest trzeciej po południu), obie drużyny złożone z dziesięciu graczy spotkały się na trawniku wspomnianego Velodromu. Mecz rozpoczął ze słabym północno-zachodnim wiatrem ,,team’’ Barcelona i później nastąpiła seria zdarzeń, które czynią ten ,,sport’’ tak atrakcyjnym dla silnych nacji. W drużynie Barcelony wyróżniali się- kapitan Joan Gamper, Urruela, Lomba i Wild ze względu na łatwość posługiwania się piłką. Na koniec należy gorąco podziękować zarówno ,,Foo-tball Club Barcelona’’ za tak udaną inaugurację swojego istnienia, jak i młodym anglikom za rozegranie dobrego, inteligentnego meczu. Drużynę ,,Barcelona foot-ball Club’’ reprezentowali Wild, A. Kamper, Urruela, Lomba, Orio de llobet, Lopez, Terradas, Kunzli i Schilling”. Mecz zakończył się zwycięstwem drużyny angielskiej 1:0 pomimo przewagi FC Barcelony. Wynik tego historycznego meczu na ówczesny czas był najmniej ważny. Wówczas liczyło się szlachetne fair-play pod każdym względem, czego dzisiaj próżno szukać nawet u anglików, którym w dużej mierze zawdzięczamy powstanie klubu. Dodam jeszcze że Velodromo de la Bonanova to było wówczas boisko duże ale bardzo nierówne i twarde, pełne kamieni, wyrw i kępek trawy. Miało jednak znakomite położenie, blisko stacji kolejowej La Bonanova w dzielnicy Sarii i to właśnie przekonało zarząd by korzystać z niego do rozgrywania meczów. W tamtych czasach boiska używano wspólnie z innymi drużynami z miasta. Grał ten, który przyjeżdżał jako pierwszy. Wśród drużyn, które korzystały z boiska była m.in. FC Catala, Barceloński klub założony zaledwie kilkanaście dni po FC Barcelonie.

Prawdziwi cules nie zapominają!

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Symson
@patataj

11

Niedoceniane legendy futbolu:

8 grudnia 1941 r. urodził się angielski napastnik Goeffrey Hurst, Mistrz Świata-1966 oraz zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1965(z West Ham United). Piłkarz, który został bohaterem finału Mistrzostw Świata w Anglii(1966) jeszcze pół roku wcześniej w ogóle nie grał w reprezentacji! Alf Ramsey miał wśród napastników duży wybór, Hurst był jednym z wielu. Nie pomogło mu nawet wywalczenie z drużyną West Ham Pucharu Zdobywców Pucharów(1965). Z punktu widzenia angielskiego trenera miernikiem wartości piłkarza były rozgrywki ligowe i pucharowe we własnym kraju a ponieważ tutaj Hurstowi szło całkiem dobrze, Ramsey postanowił zaryzykować. Geoffrey zadebiutował w reprezentacji w lutowym meczu przeciw RFN, do rozpoczęcia mundialu zagrał jeszcze tylko cztery razy i z takim marnym dorobkiem musiał rozpoczynać turniej na ławce rezerwowych. Tym bardziej iż najlepszy strzelec Anglii-Jimmy Greaves osiągnął wysoką formę(4 gole przeciwko Norwegii na 2 tygodnie przed Mundialem). Ale w meczu z Urugwajem rozpoczynającym Mundial Anglia nie strzeliła żadnej bramki. Dwa kolejne-z Meksykiem i Francją-wygrywała takim samym wynikiem 2:0 ale Ramsey nie był zadowolony i za każdym razem próbował innych napastników. Zaczynał z Greavsem i Conelym, w drugim meczu jego miejsce zajął Terry Paine a w trzecim Ian Callaghan. Żaden z nich nie spisywał się zgodnie z oczekiwaniami selekcjonera a w dodatku Greaves doznał kontuzji i Ramsey na ćwierćfinałowy pojedynek z Argentyną z konieczności wystawił Hursta. Obydwaj dobrze na tym wyszli ponieważ Anglia wygrała 1:0 a jedynego gola strzelił właśnie Hurst, który doskonale współpracował z klubowym kolegą Martinem Petersem i wiadomo było że zdobył miejsce w drużynie a miał wówczas 24 lata. W półfinale z Portugalią Geoffrey gola nie strzelił ale w sobotę 30 lipca 1966 roku przeszedł do historii futbolu. Nikt inny nie zdobył 3 goli w finale mistrzostw świata. W dodatku Hurst pokazał niespotykaną wszechstronność. Pierwszą bramkę zdobył głową, drugą(tę dyskusyjną) prawą nogą a trzecią-lewą. Cztery lata później pojechał na Mundial do Meksyku. Wiosną 1972 roku wystąpił w kadrze po raz ostatni, ponownie przeciw RFN, która w jednym z najlepszych meczów w historii futbolu pokonała na Wembley Anglików 3:1. Hurst w 49 meczach dla Anglii zdobył 24 gole. Na mundial do Hiszpanii(1982) pojechał jako asystent trenera, który go wychował w West Ham- Rona Greenwooda. Geoffrey Hurst otrzymał z rąk królowej tytuł szlachecki. Koszulka, w której grał podczas finału na Wembley osiągnęła na aukcji wartość 80 tys. funtów. Hurst sprzedał ją mimo iż sytuacja materialna go do tego nie zmuszała. Natomiast piłkę, którą Hurst strzelił 3 gole zabrał Niemiec Helmut Haller. Dopiero z górą po 30 latach wystawił ją na aukcji, dzięki czemu wróciła do Anglii.

@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:

8 grudnia 1921 r. w ,,Gran Teatre del Bosque” (teatr założony w 1905 r.) zarząd FC Barcelony wynajął jego szeroki parter aby zorganizować tutaj generalne zgromadzenie socios. Głównym punktem porządku dnia było przedstawienie projektu nowego stadionu. Szefowie klubu chcieli uzyskać przyzwolenie socios aby skonkretyzować kupno terenu, na którym miał stanąć przyszły Estadio Camp de Les Corts. W trakcie zebrania Gamper i inni członkowie rady, jak Joan Cabot i sekretarz Josep Julines, przemówili do zebranych, wskazując na konieczność doprowadzenia do realizacji tego projektu, który zaprezentowali jako naglącą potrzebę dla klubu. Ich wystąpienie zakończyło się owacją , będącą wyrazem jednogłośnej aprobaty dla propozycji przedstawionej przez dyrekcję. ,,Gran Teatre del Bosque" stał się więc teatrem marzeń barcelonizmu, gdzie narodził się przyszły, wymarzony stadion.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
@Symson

6

Absolutna premiera 125 lat temu:

8 grudnia 1899 r. FC Barcelona rozegrała swój pierwszy mecz w historii klubu! Pierwszym przeciwnikiem Blaugrany byli członkowie brytyjskiej colonii. Tak oto dziennik ,,La Vanguardia’’ zrelacjonował to spotkanie: ,,Wspaniała była wczorajsza gra na starym Velodromo de la Bonanova pomiędzy członkami stowarzyszenia ,,Foot-ball Club de Barcelona’’ i młodymi przedstawicielami kolonii angielskiej w stolicy Katalonii. O ustalonej wcześniej godzinie(to jest trzeciej po południu), obie drużyny złożone z dziesięciu graczy spotkały się na trawniku wspomnianego Velodromu. Mecz rozpoczął ze słabym północno-zachodnim wiatrem ,,team’’ Barcelona i później nastąpiła seria zdarzeń, które czynią ten ,,sport’’ tak atrakcyjnym dla silnych nacji. W drużynie Barcelony wyróżniali się- kapitan Joan Gamper, Urruela, Lomba i Wild ze względu na łatwość posługiwania się piłką. Na koniec należy gorąco podziękować zarówno ,,Foo-tball Club Barcelona’’ za tak udaną inaugurację swojego istnienia, jak i młodym anglikom za rozegranie dobrego, inteligentnego meczu. Drużynę ,,Barcelona foot-ball Club’’ reprezentowali Wild, A. Kamper, Urruela, Lomba, Orio de llobet, Lopez, Terradas, Kunzli i Schilling”. Mecz zakończył się zwycięstwem drużyny angielskiej 1:0 pomimo przewagi FC Barcelony. Wynik tego historycznego meczu na ówczesny czas był najmniej ważny. Wówczas liczyło się szlachetne fair-play pod każdym względem, czego dzisiaj próżno szukać nawet u anglików, którym w dużej mierze zawdzięczamy powstanie klubu. Dodam jeszcze że Velodromo de la Bonanova to było wówczas boisko duże ale bardzo nierówne i twarde, pełne kamieni, wyrw i kępek trawy. Miało jednak znakomite położenie, blisko stacji kolejowej La Bonanova w dzielnicy Sarii i to właśnie przekonało zarząd by korzystać z niego do rozgrywania meczów. W tamtych czasach boiska używano wspólnie z innymi drużynami z miasta. Grał ten, który przyjeżdżał jako pierwszy. Wśród drużyn, które korzystały z boiska była m.in. FC Catala, Barceloński klub założony zaledwie kilkanaście dni po FC Barcelonie.

1

Kochani cules, co się tak naprawde wydarzyło na ,,Benito Villamarin", gdyż nie mogłem oglądać ,,naszego" meczu. A może ktoś dysponuje jakąś stroną do całego meczu?

7

,,Wunderteam”:

7 grudnia 1932 r. Anglia pokonała Austrie 4:3(2:1). W muzeum Historycznym w Wiedniu znajduje się namalowany w 1948 r. obraz Paula Meissnera ,,Das Wunderteam”. Przedstawia on wybiegającą na boisko najlepszą jedenastke w dziejach austriackiego futbolu i jej trenera, Hugona Meisla. Obraz ma wymiary 200 x 160 cm. Jego kopie zdobią wiele siedzib austriackich klubów. O tej drużynie na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku słyszał cały świat. Losy jej piłkarzy wplotły się w historie Europy. Nazwę Wunderteam nadał austriackiej reprezentacji niemiecki dziennikarz tuż po jej zwycięstwie nad Niemcami 6:0! w maju 1931 r. Od tamtej pory do lutego 1933 r. rozegrała ona 15 meczów, z których dwanaście wygrała, ponosząc tylko jedną porażke(3:4 z Anglią w Londynie). Ostatni mecz, który uważa się za koniec Cudownej Drużyny, rozegrany został 12 lutego 1933 r. na Parc des Princes w Paryżu. Austria rozgromiła wówczas Francje 4:0. Niemal każda wielka drużyna miała wyjątkowego trenera, w tym wypadku Hugo Meisla, który był również cenionym sędzią, współtworzył przepisy gry i działał w FIFA. Pod koniec lat 20-tych opracował projekt pierwszych w historii międzynarodowych rozgrywek klubowych w Europie, tzw. Mitropa Cup, będących pierwowzorem Pucharu Mistrzów. Pełnił godność sekretarza Austriackiego Związku Piłki Nożnej ale przede wszystkim prowadził reprezentacje. Po serii 10 zwycięstw w 12-tu meczach, 1 grudnia 1932 r. Austriacy wsiedli w Wiedniu do Orient Expressu jadącego do Londynu. Trenowali na boisku Arsenalu, przyjęto ich bankietem w restauracji stadionu Wembley a mecz z Anglią rozgrywali na Stamford Bridge. Byli pierwszą reprezentacją z Europy Środkowej, zaproszoną przez The Football Association. O Austrii można było wówczas powiedzieć że to nieoficjalny mistrz Europy. Anglia natomiast była potęgą. Rok wcześniej pokonała Hiszpanię 7:1(z Zamorą w bramce) a przez 56 lat nie wygrała z nią żadna reprezentacja spoza Wysp Brytyjskich(pierwsza była Hiszpania, 4:3 w Madrycie w 1929).

Anglicy zaprosili jako rozjemcę najlepszego sędziego przed wojną, Belga Johna Langenusa. Anglicy prowadzili od 5 minuty po strzale napastnika Blackpool Jimmy’ego Hampsona. W 17 minucie ten sam piłkarz podwyższył na 2:0. Austriacy zdobyli pierwszego gola po strzale Zischka, 6 minut po przerwie. Ludzie na trybunach już nie siedzieli. Ogladali mecz na stojąco, bo i tak wstawali niemal bez przerwy po akcjach jednych i drugich. William Houghton strzelił na 3:1, po czym legendarny Sindelar na 3:2. Samuel Crooks na 4:2 i wreszcie Schall ustalił wynik na 4:3. W ciągu ostatnich 7 minut przewagę mieli Austriacy, lecz nie udało im się wyrównać. O meczu pisała prasa całej Europy. Langenus stwierdził że był to najlepszy mecz jaki kiedykolwiek w życiu sędziował. Kilka miesięcy później, po porażce z Czechosłowacją już nie mówiło się o Cudownej Drużynie ale jej piłkarze wciąż grali i to nieźle. Na mistrzostwach świata w 1934 r. zajeli 4 miejsce. Mogło być lepiej ale Austriacy mieli pecha. W półfinale trafili na gospodarzy- Włochów, których sędziowie bezpiecznie konwojowali do finału. To nie wszystko. Mecz w Mediolanie toczył się podczas padającego deszczu, w błocie po kostki a w takich warunkach Austriacy, opierający swoja gre na szybkich podaniach po ziemi, mieli znacznie mniejsze szanse. O zwycięstwie Włochów zadecydował jeden celny strzał. Przed kolejnymi mistrzostwami świata Niemcy zaanektowały Austrie. Hugo Meisl już tego nie doczekał. W lutym 1937 r. zmarł na atak serca, dożywszy zaledwie 55 lat. Wykańczała go sytuacja polityczna i coraz bardziej dotkliwe objawy antysemityzmu. Po wojnie znalazł się w Galerii Sław ludzi pochodzenia żydowskiego, mających wpływ na rozwój piłki nożnej.


@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

7

Barça w Superpucharze Europy:

7 grudnia 1989 r. FC Barcelona przegrała na San Siro 1:0 w rewanżowym meczu o Superpuchar Europy z AC Milan. Blaugrana po zdobyciu Pucharu Zdobywców Pucharów zagrała w Superpucharze z AC Milan. Po remisie 1:1 w pierwszym meczu, Katalończycy musieli zdobyć gola na San Siro. Niestety, z powodu kontuzji i żółtych kartek zagrali w krajowym składzie. Bez Laudrupa, Koemana i Aloisio. Przez pierwsze pół godziny Barça dominowała, lecz jedynego gola w meczu zdobył pomocnik gospodarzy Evani. Na wyższą porażke nie pozwolił najlepszy na boisku w Dumie Katalonii- Andoni Zubizarreta. Poza tym Jordi Roura doznał poważnej kontuzji kolana, która właściwie zakończyła jego karierę. W gazetach hiszpańskich bramkarz Milanu Galli nie został oceniony z powodu… braku jakiejkolwiek interwencji. Barça Cruijffa miała w tamtym sezonie bardzo duże problemy ze zdobywaniem goli na wyjeździe. Mecz w Mediolanie był siódmym w sezonie poza Camp Nou, w którym Blaugrana nie pokonała bramkarza rywali.





@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

13

Legendy rodzimego futbolu:

7 grudnia 1954 roku w Krakowie urodził się Zdzisław Ryszard Kapka, napastnik, pomocnik; wychowanek Wisły Kraków, której barwy reprezentował przez 14 sezonów jako piłkarz a następnie przez lata jako trener młodzieży, asystent i działacz klubowy; 14-krotny reprezentant kraju w latach 1973–1981 oraz Zdobywca trzeciego miejsca na Mistrzostwach Świata 1974.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Symson

12

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

7 grudnia 2005 r. FC Barcelona pokonuje Udinese Calcio na Stadio Friuli 2:0 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. W meczu tym swojego pierwszego gola w Lidze Mistrzów strzelił Andres Iniesta ustalając wynik spotkania w 90 minucie.




@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

11

Blaugrana w europejskich pucharach:

7 grudnia 1977 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou w rewanżowym spotkaniu 1/8 Pucharu UEFA Ipswich Town 3:0. Po pierwszym meczu w Ipswich przegranym 3:0, szanse na awans spadły niemal do zera. Ś.P. Rinus Michels stwierdził ,,że w takich meczach najważniejsze jest strzelenie gola na wyjeździe’’. Dodał również: ,,Najważniejsze jednak że zostało przed nami 90 minut i 3 gole do odrobienia’’. Holenderski szkoleniowiec okazał się prorokiem. Na deszczowym spotkaniu na Camp Nou, na trybunach zasiadło zaledwie 30 tys. Widzów. W poprzednim tygodniu Barça przegrała u siebie Klasyk z Realem 2:3, więc zawodnicy chcieli wynagrodzić kibicom porażke z odwiecznym rywalem. Po 2 golach Cruyffa Blaugrana pewnie prowadziła 2:0, lecz do dogrywki potrzebny był jeszcze jeden gol. Wreszcie w 88 minucie Carles Rexach wyrównał rezultat dwumeczu strzelając gola z rzutu karnego. Dodatkowy czas gry nie przyniósł zmiany wyniku i tak jak w poprzedniej rundzie z AZ Alkmaar, Barça musiała walczyć w serii ,,jedenastek’’. Anglicy wykorzystali zaledwie jeden z czterech karnych i Cruyff nie musiał już wykonywać swojej próby w 5 kolejce. Po pokonaniu 3:1 w karnych anglików, Duma Katalonii dotarła do półfinału tych rozgrywek gdzie odpadła w dwumeczu z PSV Eindhoven. Pamiętajmy że gdyby nie genialny trener Rinus Michels to nie oglądalibyśmy Johana Cruyffa w Barcelonie, a gdyby Johan nigdy nie trafił do Barcelony…? Tak więc Michelsowi nie tylko zawdzięczamy futbol totalny.



@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

9

@FCBparasiempre
6 grudnia 1946 r. urodził się Willy van der Kuijlen. Holenderski piłkarz, który z powodzeniem grał jako napastnik lub ofensywny pomocnik w trakcie swojej kariery dorobił się wiele mówiącego przydomka ,,Mister PSV”. W klubie z Eindhoven jako zawodnik spędził aż 17 lat. Był z nim również związany po zakończeniu kariery, więc nic dziwnego, że uważa się go za jedną z największych klubowych legend. Wychowywał się w położonym kilkanaście kilometrów od Eindhoven miasteczku Helmond. Pierwsze piłkarskie treningi rozpoczął w wieku ośmiu lat w miejscowym klubie HVV Helmond. Szybko zaczął przerastać swoich rówieśników i od najmłodszych lat imponował skutecznością. W dorosłej drużynie zadebiutował już jako 15-latek, co nie mogło umknąć uwadze lokalnego potentata. PSV chciało go do siebie ściągnąć już w 1963 r., ale Willy odrzucił propozycję kontraktu. Mógł wówczas podpisać tylko umowę juniorską, a proponowana płaca była niższa od tej, jaką otrzymywał w HVV. Łącznie dla zespołu z Helmond zdołał rozegrać 63 mecze i strzelić w nich 69 goli. Mimo że dokonał tego w rozgrywkach amatorskich, to wkrótce ustawiła się do niego kolejka chętnych chcących go zatrudnić. Tym razem oferta PSV okazała się najlepsza spośród kilkunastu innych i w 1964 r. van der Kuijlen związał swoją przyszłość właśnie z tym klubem. Podpisał kontrakt półprofesjonalny, co oznaczało, że oprócz gry w piłkę, znalazł też zatrudnienie w fabryce Philipsa, gdzie pracował jako magazynier. Mimo młodego wieku nie miał żadnych problemów z wejściem do zespołu. Już w debiucie w jednym ze sparingów strzelił pięć goli. Swoją klasę potwierdził też w lidze – trafił w swoim pierwszym ligowym meczu, a już w drugim popisał się hat-trickiem. Jako najmłodszy zawodnik w drużynie stał się jednym z jej motorów napędowych. Pierwszy sezon w barwach PSV zakończył z 20 golami na koncie, co dało mu drugie miejsce w klasyfikacji strzelców. Barierę 20 goli w sezonie przekraczał później jeszcze wielokrotnie. Nie było wówczas w Holandii nikogo, kto mógł się poszczycić taką regularnością. Grę ciągle łączył z pracą magazyniera, a na dodatek dostał też powołanie do wojska, co z pewnością nie sprzyjało stabilizacji formy. Nie zawsze potrafił też znaleźć wspólny język z trenerami i raz był nawet o krok od opuszczenia PSV.

Van der Kuijlen imponował skutecznością i zachwycał techniką, ale brakowało mu sukcesu z drużyną. W 1969 i 1970 r. PSV dotarło co prawda do finału Pucharu Holandii, ale oba były dla nich przegrane. Drużyna z Eindhoven ciągle była wówczas jednym z wielu ligowych średniaków, a karty w lidze rozdawały zespoły Ajaxu i Feyenoordu. Dopiero kiedy posadę trenera objął Kees Rijvers, PSV zdołało na poważnie zaistnieć na krajowym podwórku. Szkoleniowiec odmienił oblicze drużyny i zdołał wykorzystać potencjał takich graczy jak Jan van Beveren, Ralf Edström czy Willy i René van der Kerkhof. Kluczowym elementem układanki był jednak Willy van der Kuijlen, wokół którego Rijvers budował zespół. W 1974 r. PSV zdobyło w końcu upragniony Puchar Holandii po wygranej w finale nad NAC Breda aż 6:0. Po drodze w ćwierćfinale odprawili Feyenoord, a w półfinale ich ofiarą padł Ajax. Rok później do listy klubowych sukcesów dołożyli mistrzostwo kraju, notując w sezonie tylko dwie ligowe porażki. Sezon 1975/76 van der Kuijlen z kolegami zakończył z dubletem na koncie. Do udanej obrony tytułu w lidze dołożyli kolejny triumf w krajowym pucharze. Bardzo udana była też ligowa kampania w sezonie 1977/78, którą zawodnicy PSV trzeci raz w ciągu kilku lat zakończyli w glorii mistrzów. Znakomicie prezentowali się też w Europie. W Pucharze UEFA dość pewnie pokonywali kolejne rundy, eliminując m.in. Widzew Łódź. W półfinale ich rywalem była wielka Barcelona z Johanem Cruijffem w składzie. W Eindhoven PSV wygrało 3:0, a w stolicy Katalonii górą byli gospodarze, ale tylko 3:1. Finałowym rywalem była francuska Bastia, która na swoim boisku zdołała zremisować 0:0, ale na wyjeździe nie potrafiła postawić się PSV i przegrała 0:3. Van der Kuijlen ustalił wówczas wynik meczu i jako kapitan zespołu mógł wznieść w górę cenne trofeum. Półfinałowa wygrana nad zespołem Cruijffa musiała smakować szczególnie, bo obaj panowie niezbyt za sobą przepadali. Mimo że van der Kuijlen debiutował w narodowej drużynie jeszcze jako nastolatek i w pierwszych pięciu meczach strzelił cztery gole, to nigdy w pełni nie rozwinął skrzydeł w reprezentacji. Stracił w niej miejsce właśnie na rzecz Cruijffa. Razem ze swoim klubowym kolegą Janem van Beverenem nie gryzł się w język i nie bał się krytykować gracza Ajaxu, co raz po raz powodowało tarcia w drużynie. Graczom PSV nie podobały się też szczególne względy, jakimi cieszyli się w oczach sztabu Cruijff i Neesekens. Dlatego też m.in. zabrakło miejsca dla van der Kuijlena w składzie na mundial w RFN, mimo że był on wówczas w życiowej formie.

W ciągu czterech kolejnych sezonów (1973/74-1976/77) zdobył w lidze aż 106 bramek, czym wydatnie przyczynił się do sukcesów klubu. W Eindhoven występował do sezonu 1981/82. Rozegrał wówczas pięć spotkań w barwach PSV, po czym przeniósł się do MVV Maastricht. Ostatnim przystankiem było grające w drugiej lidze belgijskiej VV Overpelt, gdzie van der Kuijlen zakończył karierę w sezonie 1982/83. Jego zdecydowanie zbyt skromny bilans w reprezentacji zamyka się zaledwie w 22 spotkaniach, w których trafiał do siatki siedem razy. Przez kilkanaście lat występów na poziomie Eredivisie zdołał uzbierać aż 311 bramek w 544 występach (dla PSV 308 goli w 528 meczach). Wynik ten jest oczywiście ligowym rekordem wszech czasów i trudno oczekiwać, że ktokolwiek kiedykolwiek go poprawi. Trzy razy (1966, 1970 i 1974) zdobywał koronę króla strzelców. Po zakończeniu kariery Willy pracował w PSV jako trener z napastnikami. Miał też epizod w roli asystenta trenera w PSV i Rodzie Kerkrade. Później pełnił jeszcze w klubie obowiązki trenera młodzieży, a także skauta. W październiku 2004 r. przed klubowym stadionem odsłonięto jego pomnik. Mimo upływu lat pamięć o jego osiągnięciach ciągle jest żywa wśród kibiców. Pod koniec życia zmagał się z chorobą Alzheimera. Odszedł w wieku 74 lat.

8

9

Wspaniałe legendy futbolu:

6 grudnia 1936 r. urodził się Alberto Spencer, ekwadorski napastnik, 3-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1960, 1961, 1966; 2-krotny Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1961 i 1966 oraz 7-krotny Mistrz Urugwaju(z Peñarol)-1960,1961,1962,1964,1965,1967 i 1968. Już jako chłopiec odznaczał się niezwykłą sprawnością. Było jasne że ten diament wymaga szlifu i równie oczywiste iż Ekwador jest dla niego za ciasny. W Peñarol Montevideo u boku takich znakomitości jak Martinez, Hohberg, Goncalvez, Cubilla czy Rocha, jego talent rozkwitał w imponującym tempie. W doświadczone trenerskie ręce wziął go Roberto Scarone. Już 1 kwietnia 1960 w Wielkich Derbach Montevideo strzelił gola, dzięki któremu Peñarol zremisował z odwiecznym rywalem-Nacionalem. W tymże roku debiutował w rozgrywkach Copa Libertadores w meczu z boliwijskim Jorge Wilsterman zdobywając na dzień dobry 4 gole! A potem ruszyła niepowstrzymana lawina goli strzelanych na wszystkie możliwe i niemożliwe sposoby. Spencer uderzał równie celnie obiema nogami jak i głową. Trafiał z woleja, z przewrotki a niekiedy szedł na samotny przebój. Jednak głównie wykorzystywał precyzyjne podania kolegów rzucających mu piłkę na dobieg na wolne pole. Dzięki wrodzonej szybkości potrafił niemal zawsze uprzedzić obrońców. Decydowały sekundy i centymetry, lecz ekwadorski atleta posiadał nieprawdopodobny refleks i orientację chociaż zazwyczaj na plecach siedziało mu przynajmniej dwóch przeciwników. Większość wysokich dośrodkowań również zamieniał na bramki. Słowem okazał się graczem na którego Peñarol czekał wiele lat. W systemie 4-2-4 pełnił funkcję ,,punta de lanza’’(ostrze włóczni)-napastnika najbardziej wysuniętego do przodu. Zarówno z Sasią jak i Peruwiańczykiem Joyą doprowadził do perfekcji słynną ,,pared’’ czyli ścianę-błyskawiczną wymianę podań. Jego rekordy strzeleckie w lidze urugwajskiej ustępują tylko wyczynom Atillo Garcii i Fernando Moreny. Łącznie w karierze zdobył 326 goli a byłoby ich pewnie znacznie więcej gdyby nie częste kontuzje bowiem stanowił obiekt bezpardonowych interwencji. Po zderzeniu z bramkarzem Nacional Robertem Sosą doznał nawet otwartego złamania nogi. Czterokrotnie był goleadorem rozgrywek krajowych a mistrzem Urugwaju siedmiokrotnie. Swą 200-setną bramkę dla Peñarol strzelił w okolicznościach jakby wymarzonych dla takiego jubileuszu. 22 maja 1966 na Estadio Nacional w Santiago w trzecim już dodatkowym meczu finałowym Copa Libertadores przeciwnikiem Urugwajczyków był sam River Plate. I właśnie strzał, którym Spencer wyprowadził w pole najsłynniejszego bramkarza Argentyny, legendarnego Amadeo Carrizo, dał Peñarolowi upragniony puchar. Wyczyny ekwadorskiego bombardiera w tej klubowej konkurencji nie mają sobie równych. Trzykrotnie zdobywał Copa Libertadores a dwukrotnie Copa Intercontinental równoznaczny z tytułem najlepszej drużyny klubowej świata! Nikt do tej pory nie pobił jego rekordu. W rozgrywkach Copa Libertadores z 54 golami(48 dla Peñarolu i 6 dla Barcelony Guayaquil) pozostaje snajperem wszechczasów w dziejach tej imprezy! Po zakończeniu niezwykłej kariery już w latach 80-tych ten ,,najwybitniejszy w historii ambasador Ekwadoru’’ został prawdziwym dyplomatą, pełniąc funkcję sekretarza administracyjnego ambasady w Montevideo, gdzie od dawna już zamieszkiwał na stałe. Ale też nikt nie rozsławił w tej mierze egzotycznego kraju nad Oceanem Spokojnym jak Alberto Spencer. Zmarł na skutek powikłań po ataku serca w klinice w Stanach Zjednoczonych 3 listopada 2006 roku.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

6 grudnia 1914 r. w Königshütte urodził się Jerzy Wostal. Razem z Leonardem Piątkiem tworzył w AKS-ie niesamowicie skuteczny duet. Obaj panowie dzielili się nie tylko zdobyczami bramkowymi, ale też funkcją kapitana. Wostal znakomicie czuł się w polu karnym, ale kiedy widział lepiej ustawionego kolegą, to potrafił go obsłużyć precyzyjnym podanie. Przygodą z piłką zaczynał w klubie Zjednoczeni Przyjaciele Sportu w Chorzowie. Jako 19-latek dołączył do AKS-u. Tam występował aż do wybuchu wojny i dał się poznać jako bardzo skuteczny strzelec. Na pierwszy występ na ekstraklasowych boiskach musiał poczekać do 1937 r. 11 kwietnia 1937 r. zagrał w wygranym 3:1 starciu z Ruchem a dwa tygodnie później w meczu z Cracovią uzyskał swoją pierwszą bramkę w elicie. Przez cały sezon był jedną z głównych postaci w zespole i z 11 golami okazał się jego najskuteczniejszym strzelcem. To dzięki bramkom Wostala i Piątka AKS zajął w tamtym sezonie drugie miejsce w tabeli. Rok później nadal był czołowym zawodnikiem drużyny. Pod względem zdobyczy bramkowych znacznie jednak już ustępował Piątkowi, choć należy pamiętać, że bardzo często to po jego podaniach Piątek strzelał gole. Na początku wojny przez dwa lata występował w Vorwärts-Rasensport Gleiwitz. Po zakończeniu działań wojennych nie można było o nim w Polsce pisać. W zgodzie z rodzinnymi sympatiami wybrał życie w Niemczech i niemieckie obywatelstwo. Nigdy jednak nie zachował się wobec Polski nieelegancko. Osiedlił się w malowniczej Pasawie, która jest położona na licznych wzgórzach rozdzielonych trzema zbiegającymi się na jej terenie rzekami – Dunajem, Inn i Ilz. Tam do 1954 r. grał dla miejscowego 1. FC. W reprezentacji Polski pierwszy raz zagrał, podobnie jak jego partner z ataku Piątek, w meczu z Łotwą w Rydze w 6 września 1936 r. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3 a Wostal otworzył wynik strzałem głową w 20. minucie. Miesiąc wcześniej był rezerwowym w czasie igrzysk w Berlinie i czekał na ewentualne wezwanie w kraju. W 1937 r. był ważnym ogniwem drużyny, która w walce o przepustki na mistrzostwa świata pokonała Jugosławię. W wygranym 4:0 meczu w Warszawie strzelił trzeciego gola, pieczętując praktycznie naszą wygraną. Kałuża jednak nie znalazł dla niego miejsca w szerokiej kadrze powołanej na turniej we Francji, za co spotkała go ostra krytyka ze strony prasy. Ostatni mecz w biało-czerwonych barwach Wostal rozegrał 27 maja 1939 r. Polska zremisowała wówczas z Belgią 3:3 a napastnik wpisał się na listę strzelców. Był wśród zawodników, którzy mieli nas reprezentować na igrzyskach w 1940 r. Po latach młodość wspominał jako pasmo niezapomnianych przeżyć a czas spędzony w AKS-ie jako najpiękniejszy w życiu. W Reprezentacji rozegrał 10 meczów, strzelając 4 gole.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Zapomniane legendy nie tylko włoskiego futbolu:

6 grudnia 1907 r. urodził się Giovanni Ferrari, włoski środkowy pomocnik; 2-krotny Mistrz Świata(1934 i 1938) ; 8-krotny Mistrz Włoch(5 z rzędu z Juventusem, 2 z Interem Mediolan i jedno z FC Bologną). Giovanni Ferrari to współrekordzista pod względem zdobytych tytułów mistrza Italii przez jednego zawodnika(ośmiokrotnie). Takim wyczynem może się jeszcze pochwalić niejaki Giuseppe Furino(8 tytułów z Juventusem). Jako piłkarz Interu Giovanni wygrał Serie A w 1938 i 1940. Po za tym pięciokrotnie zdobywał tytuł z Juventusem i raz z Bologną. Ferrari urodził się w Alessandrii i tam też zaczynał swoją karierę. Na rok czasu zakotwiczył w Internaples Napoli a w 1930 roku przeszedł do Juventusu. W drugiej połowie lat 30-tych grał w Interze-debiutował w meczu z Triestiną(5:0). W reprezentacji Włoch zadebiutował w 1930 roku i przez 8 lat rozegrał w niej 44 spotkania strzelając 14 goli. Kilka z tych goli były dość ważne jak choćby trafienie na 1:1 w meczu z Hiszpanią na mundialu w rodzinnej Italii. Był to mecz ćwierćfinałowy a w powtórzonym meczu(takie wówczas obowiązywały przepisy)choć Giovanni nie mógł zagrać z powodu kontuzji, Włosi wygrali 1:0. Cztery lata później na mistrzostwach świata we Francji co prawda żadnego gola nie strzelił ale był pewnym punktem pomocy ,,squadra azzura’’ i rozegrał wszystkie 5 spotkań a Włosi obronili tytuł mistrzowski. Ostatni mecz w reprezentacji rozegrał w grudniu 1938 roku a karierę zakończył w 1942 roku. Po zawieszeniu butów na kołku, zajął się pracą trenerską. W tej właśnie roli powrócił na San Siro w sezonie 1942/43. Podczas mistrzostw świata w Chile w 1962 roku był jednym z członków sztabu trenerskiego prowadzącego kadrę Włoch.



@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?