FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Sysia11 Po czorta ma ciągnąć ten wózek? Żeby powoli zacząć detronizować Argentyne!? Niedoczekanie!
5
@FCBparasiempre
3 listopada 1932 r. urodził się Ernest Pohl. Snajper nad snajperami. Jego futbolowy los nie ograniczał się jednak tylko do pobytu na polu karnym przeciwników. Pohl miał zmysł do ukochanej dyscypliny, jak może nikt przed nim a ni po nim w Polsce. Dziś najbardziej znany jest chyba ze swojego rekordu wszechczasów w liczbie strzelonych goli w Ekstraklasie. Pohl aż 186 razy pokonał bramkarzy przeciwników w pierwszej lidze. Dokonał tego w zaledwie 264 meczach, co daje mu wybitną średnią 0,7 gola na mecz. Na pozycji lidera gości w klasyfikacji strzeleckiej nieprzerwanie od 1965 roku, gdy wyprzedził Cieślika. Jeden raz strzelił w meczu ligowym 6 goli, co stanowi najlepsze indywidualne osiągnięcie w powojennych rozgrywkach. Dwukrotnie notował po 5 goli i aż 6-krotnie po 4 gole. Jeden z ,,pięciopaków” uzyskał w barwach Legii. W ten sposób przyczynił się do najwyższego zwycięstwa w polskiej lidze w powojennej historii(12:0!). Pozostałe wyniki strzeleckie takiego kalibru miały miejsce już w Górniku Zabrze. Jest więc jedynym piłkarzem, który w 2 różnych klubach w Ekstraklasie zdobył w jednym meczu co najmniej po 5 goli. W 8 sezonach z rzędu legitymował się dwucyfrową liczbą trafień. Żaden inny zawodnik nie miał takiego osiągnięcia w swoim dorobku. Ponadto tylko jemu oraz Henrykowi Reymanowi w dziejach ligi udało się dwukrotnie w karierze strzelić hat-tricki w dwóch kolejkach z rzędu. Swoimi umiejętnościami popisywał się nie tylko w lidze. W reprezentacji od 1961 do 1973 roku był rekordzistą w liczbie strzelonych goli. Potem wyprzedził go Lubański a po nim jedynie Deyna, Lato, no i rzecz jasna ,,Lewy”. Żaden z tych znakomitych zawodników nie osiągnął jednak takiej średniej jak Pohl. 39 goli w 47 meczach daje mu imponujący rezultat – 0,85 na mecz! W tej liczbie znajdują się m.in. hat-tricki przeciwko Danii i Finlandii, 4 gole przeciwko Norwegii a przede wszystkim 5 goli w starciu z Tunezją podczas Igrzysk Olimpijskich. Do dziś jest rekord goli w jednym meczu polskiej kadry wyrównany potem tylko przez Lubańskiego. ,,W czasie meczu z Tunezją dziennikarze zagraniczni żywo zaczęli się interesować zabrzaninem , zasypując swoich kolegów z Polski pytaniami dotyczącymi jego osoby. Pełna uznania dla gry Pohla jest również prasa włoska.”- pisał ,,Dziennik Łódzki” o tym wielkim meczu Pohla. Wraz z Sophusem Nielsenem, Gottfriedem Fuchsem, Herbertem Carlssonem, Teodoro Fernandezem, Ferencem Bene i Nilsem Petersenem, jest jednym z siedmiu piłkarzy, którzy w turnieju olimpijskim w jednym meczu strzelili co najmniej 5 goli. Tylko on, Bene oraz Petersen dokonali tego już po II wojnie światowej. Dzięki temu na IO w Rzymie zajął 3 miejsce w klasyfikacji strzelców, choć Polska odpadła z rozgrywek już po fazie grupowej. Na najniższym stopniu podium uplasował się w zestawieniu klasyfikacji strzelców w Pucharze Mistrzów w edycji 1966/67, choć był to już jego ostatni sezon w wyczynowym futbolu. Strzelił wtedy 5 goli. Łącznie jego bilans w tych rozgrywkach wyniósł 19 meczów i 11 goli. W lidze polskie 3-krotnie był królem strzelców(raz w Legii i dwukrotnie w Górniku). Skuteczność nie była jednak jego jedyną charakterystyczną cechą. Przede wszystkim wykazywał się znakomitą techniką i wszechstronnością oraz wielką inteligencją boiskową. Potrafił zaskoczyć bramkarzy na wiele sposobów. Bardzo dobrze współpracował ze swoimi partnerami z ataku. ,,Podawał nam na nos. Miał jeszcze jedną niezwykłą umiejętność. Patrzył w lewo ale podawał w prawo albo odwrotnie. Przeciwnicy nie mogli się w tym połapać. W czasie meczu potrafił mi wyłożyć trzy, cztery razy piłke marzenie. Był piłkarskim fenomenem.”- stwierdził sam Lubański. Kiedyś Pohla wstawiono do składu pomimo kontuzji, po to tylko by absorbował uwagę przeciwników. Stało się to w meczu na szczycie Górnik-Legia. On(choć nie sprawny) strzelił w tym meczu stołecznej drużynie aż 4 gole! Może z tego powodu również(grający w tym meczu Gmoch) uważa go za najlepszego polskiego piłkarza wszechczasów. Na premierze swej książki stwierdził że nie było możliwości go przewrócić. Zdanie to podziela Hubert Kostka. Według innego ze słynnych kolegów klubowych, Stanisława Oślizły, ma on z kolei miejsce w piątce najwybitniejszych zawodników w historii naszego kraju: ,,Poza szybkością był piłkarzem doskonałym”- dodawał. Sukcesy indywidualne szły w parze ze zdobyczami drużynowymi. Do dziś nikt nie pobił rekordu Polski w liczbie zdobytych mistrzostw Polski. Jako jedyny legitymuje się w tej klasyfikacji dwucyfrowym wynikiem. Dwukrotnie sięgał po to trofeum z Legią i 8-krotnie z Górnikiem. Wystąpił w sumie w 14-tu sezonach Ekstraklasy i tylko w pierwszym z nich nie stanął na podium ze swoja drużyną. Od 1995 do 1966 roku zawsze więc kończył z medalem. Jego dorobek zamknął się na 10 złotach, jednym srebrze i dwóch brązach. Trenerzy mieli do niego pretensje o nie zawsze sportowe podejście do futbolu. Lubański wspominał iż to Pohl był autorem jego chrztu w klubie, gdy kazał 16-latkowi oraz niewiele starszemu Waldemarowi Słomianemu przynieść wódke. Na nazbyt natarczywe przypomnienie o zdrowym trybie życia odpowiadał jednak: ,,Ernest pije ale Ernest gro.” Po czym wychodził na boisko i znów zadziwiał publiczność. Po zakończeniu kariery pracował jako asystent w Górniku Zabrze. Po upadku komuny powrócił do swojego rodowego nazwiska Pohl, na czas kariery zmienionego na ,,Pol”. W latach 90-tych wyjechał do córek mieszkających w Niemczech, gdzie zmarł w 1995 r. Jego imię nosi stadion Górnika.
4
Wybitne legendy polskiego futbolu:
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
13
Przypadki niejakiego… Josepa Guardioli:
3 listopada 2008 r. Pep Guardiola wprowadza nowe punkty regulaminu obowiązującego zawodników. Pierwsze miesiące Pepa na stanowisku trenera przyniosły zmiany nie tylko na polu sportowym ale miały one również kształtować charakter graczy. Szkoleniowiec wprowadził twarde zasady- spóźnienie na trening choćby o minute kosztowało każdego zawodnika 6 tys. euro i brak możliwości odbycia zajęć z drużyną. Guardiola zarządził również obowiązkowe wspólne śniadania, na które również nie wolno było przybyć po czasie(kara- 500 EURO). Najbardziej kontrowersyjna zasada dotyczyła zachowania piłkarzy poza godzinami pobytu w klubie. Pep kontrolnie dzwonił do domów piłkarzy po północy i wywołany zawodnik musiał odebrać telefon. Brak odpowiedzi kosztował każdego gracza aż 2 tys. euro. Po latach okazało się że piłkarzy inwigilowano również w inny sposób. Guardiola w czasie prowadzenia Barcelony miał obsesyjnie pilnować swoich piłkarzy i szukać tych, którzy zbyt wiele czasu spędzają w nocnych klubach. Pep miał szpiegować piłkarzy posiłkując się agencją detektywistyczną Method 3, dlatego, jeśli wierzyć hiszpańskim mediom, szkoleniowiec kazał śledzić niektórych ze swoich podopiecznych. Wśród inwigilowanych miał być Gerard Pique, Eto’o czy nawet Messi. No cóż, ,,nasz ubóstwiany” Pepito miał obsesje i zdecydowanie przesadził, jednak koniec końców nie ma tego złego…
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
8
@FCBparasiempre
2 listopada 1928 r. na terenie obecnej Chorwacji urodził się najlepszy bramkarz w… historii futbolu? Czy najlepszy, to jest zawsze sprawa dyskusyjna. Tym bramkarzem był Vladimir Beara. Lew Jaszyn, jako jedyny golkiper, ma na swoim koncie Złotą Piłkę. W dodatku otrzymał ją w czasach, w których wybierano naprawdę najlepszego piłkarza na świecie, bez względu na jego medialność. Nikt nie ma wątpliwości, że był arcymistrzem w swoim fachu. Gdy jednak w 1963 roku odbierał statuetkę, z rozbrajającą szczerością wyznał: „Dziękuję za wyróżnienie ale tu powinien stać Beara. To on jest najlepszym bramkarzem na świecie”. Jakim bramkarzem musiał być zatem Vladimir Beara, że w takich słowach wypowiadał się o nim genialny Jaszyn? Vladimir od małego wykazywał ogromne zamiłowanie do sportu i z wielką przyjemnością uprawiał wiele dyscyplin, zarówno tych drużynowych, jak i indywidualnych. Co ciekawe i mocno niepopularne, patrząc na kariery byłych piłkarzy, najwięcej czasu poświęcał na balet. Tańczył nie tylko podczas zajęć, ale i w trakcie codziennych obowiązków, na przykład podczas pilnowania kóz. Miał 13 lat, gdy jego rodzinny dom został spalony przez chorwackich Ustaszy. Rodzina Beary miała zatem sporo szczęścia, że w ogóle uszła z życiem. Po utracie dorobku przeprowadziła się do Splitu i tam młody tancerz z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się treningom Hajduka. Miejska legenda głosi, że podczas jednego z nich rozgrywana była gierka wewnętrzna, podczas której kontuzji doznał jeden z bramkarzy. Musiał zejść z boiska, a wówczas Jozo Matošić, najbardziej szanowany zawodnik drużyny i jej przyszły trener, wskazał palcem na Bearę i powiedział: „Malutki, stań na chwilę na bramce”. Ten wykonał jego polecenie, a nieco później oczarował wszystkich swoją postawą. Nie pełnił roli statysty, popisał się kilkoma interwencjami, za które otrzymał gromkie brawa.Tuż po zajęciach usłyszał: “Wiesz co, przyjdź jutro na trening”. Oczywiście przyszedł i już po kilku dniach było pewne, że zostanie wyśmienitym golkiperem. Umiejętności nabyte podczas lekcji baletu oraz tysięcy godzin uprawiania sportu nie poszły w las, a wręcz przeciwnie – stanowiły dla niego przeolbrzymi handicap. Zdecydowanie przewyższał swoich konkurentów pod względem refleksu, elastyczności, gibkości czy wytrzymałości. Ponadto imponował wszystkim skokiem dosiężnym, godnym najlepszych skoczków narciarskich. Szybko, bo w wieku niespełna 19 lat, zadebiutował w oficjalnym meczu pierwszej drużyny. Beara rozegrał tyle fantastycznych meczów, wybronił tyle zmierzających do jego świątyni piłek, że nie sposób wszystkich zliczyć. Napastnikom rywali często odbierał ochotę do gry. „Moją pewność w bramce, sposób, w jaki byłem w stanie łatwo złapać piłkę i moją technikę oswajania uderzeń zawdzięczam treningom u Barby Luki. Wymyślił proste ćwiczenie, które często wykonywaliśmy. Zmuszał mnie do łapania małej piłki wielkości piłki bejsbolowej. Dzięki temu później znacznie łatwiej było mi złapać piłkę normalnych rozmiarów”. Barba Luka, o którym wspomniał Beara, to jego trener w Hajduku, Luka Kaliterna. W ekipie z nadmorskiego miasta nasz bohater rozegrał 308 spotkań, z czego 136 na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Jugosławii. W tych 136 meczach dał się pokonać zaledwie 139 razy. Jak na te czasy, czyli lata 50. poprzedniego stulecia, jest to fantastyczna statystyka. Miejmy na uwadze, że wówczas padało bardzo dużo goli, a wyniki, które dziś określilibyśmy mianem hokejowych, były w piłce nożnej na porządku dziennym. Jego znakomita postawa walnie przyczyniła się do sukcesów chorwackiej ekipy. Hajduk z Bearą w bramce trzykrotnie sięgał po Mistrzostwo Jugosławii. Czy jednak przez wszystkich ludzi związanych z tym klubem był należycie szanowany? Niestety nie. Jak powiedziałem na wstępie, pochodził z rodziny Serbów zamieszkujących chorwackie tereny. Choć sam w spisie powszechnym uznał się za Chorwata, nie brakowało tych, którzy wypominali mu pochodzenie. Wiadomo, jak napięte stosunki międzyludzkie panowały w byłej Jugosławii. Przecież nawet dziś, pomimo podziału na niepodległe państwa, gdzieniegdzie na Bałkanach wciąż bywa gorąco. A Beara grał tuż po II Wojnie Światowej, więc łatwo sobie wyobrazić, jak świeże były rany po krwawych wspomnieniach. Sam zapewne miał w głowie obraz swojego spalonego domu. Niektórzy, nawet z najbliższego otoczenia Hajduka, mówili na niego z pogardą Vlaj. W maju 1955 roku wystąpił w wygranym 4:0 meczu Jugosławii z Włochami. Po powrocie do kraju został trafiony w twarz kawałkiem węgla wystrzelonym przypadkiem z lokomotywy, przez co wylądował w szpitalu w Sarajewie. Spędził w nim kilkanaście dni, podczas których jego koledzy z Hajduka zgotowali sobie emocje w końcówce sezonu, przegrywając dwa z trzech ostatnich meczów. Beary w szpitalu nikt z klubu ze Splitu wówczas nie odwiedził… Tuż po opuszczeniu szpitalnych murów na własną odpowiedzialność wystąpił w starciu ostatniej kolejki rozgrywek, które Hajduk musiał wygrać, chcąc zapewnić sobie Mistrzostwo Jugosławii. Wygrał 5:1 z FK Radnički. Był to ostatni mecz naszego bohatera w barwach Białych. Na posezonowej ceremonii prezes Marko Markovina podziękował osobiście niemal wszystkim swoim zawodnikom. Niemal wszystkim, bo pominął Bearę. To nie był pierwszy raz, gdy golkiper został przez niego niezauważony. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dyspozycja przyniosła drużynie wiele punktów, więc i jemu należą się podziękowania. Nie wytrzymał i zapytał wprost:
-Dlaczego po raz kolejny mnie ignorujesz?
-Jesteś tylko zwykłym bramkarzem. Takich jak ty mamy tu wielu. Gdybyś nagle przestał grać, nikt by za tobą nie tęsknił.
Beara nie mógł znieść tego upokorzenia. Szybko spakował manatki i dołączył, wbijając jednocześnie szpilkę swoim byłym pracodawcom, do Crvenej zvezdy. Z klubem z Belgradu świętował jeszcze więcej sukcesów niż w Hajduku – cztery mistrzostwa i dwa puchary kraju. Z czerwoną gwiazdą na piersi wystąpił w sumie 174 razy, w tym 83-krotnie w meczach ligowych, a w nich raptem 81 razy nie był w stanie zastopować piłki po strzałach rywali. Na własne żądanie, nigdy nie pojechał jednak z Czerwoną Gwiazdą na mecz do Splitu. Czy wynikało to ze strachu przed podrażnionymi kibicami? Absolutnie nie. Powód jego decyzji podam w dalszej części tekstu. Teraz, w ramach ciekawostki dodam, że w lutym 1958 roku wystąpił w ćwierćfinałowym starciu Pucharu Europy przeciwko Manchesterowi United. Crvena zremisowała z ekipą Matta Busby’ego 3:3, a o tym, że odpadła z rozgrywek zadecydował wynik pierwszego meczu, wygranego przez Anglików 2:1. Dzień po rewanżu w Monachium miała miejsce katastrofa samolotu British European Airways 609, lecącego z Belgradu do Manchesteru z międzylądowaniem w stolicy Bawarii, w wyniku której śmierć poniosły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Czerwonych Diabłów. Czy, jak prorokował to Markovina, po Bearze w Hajduku rzeczywiście nikt nie tęsknił? Tęskniono i to bardzo. Bez niego na kolejne krajowe mistrzostwo czekano w Splicie przez 16 lat. Myślę, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, że odpowiednie ustawienie muru przed egzekwowaniem przez rywali rzutu wolnego często jest kluczem do zapobiegnięcia utraty bramki. Wielu było takich, którzy z niego rezygnowali, po czym szybko ukrywali twarz w dłoniach, a następnie pokornie wyciągali piłkę z siatki. Beara twierdził, że mur mu przeszkadza, bo w ten sposób koledzy zasłaniają mu piłkę, zatem nakazywał im się rozejść i pilnować w tym czasie zawodników drużyny przeciwnej. Dzięki swojemu nadludzkiemu refleksowi i skoczności mógł sobie na to pozwolić. Nie sprawiało mu różnicy, z jakiej odległości egzekwowany był stały fragment gry. Znakomite występy w klubowych barwach były oczywiście dla Beary przepustką do reprezentacji Jugosławii. Zadebiutował w niej w 1950 roku, a już w trzecim swoim występie oczarował cały piłkarski świat. 22 listopada 1950 roku był najmłodszym zawodnikiem, który wybiegł na murawę stadionu Highbury na mecz Anglia – Jugosławia. Zdecydowanym faworytem tej potyczki byli oczywiście Synowie Albionu, którzy do tej pory na własnej ziemi zawsze wygrywali z ekipami z kontynentalnej części Europy. Niemal 61,5 tys. kibiców zgromadzonych na obiekcie Arsenalu było zatem świadkami historycznego spotkania, bowiem ich ulubieńcy zaledwie zremisowali 2:2. Największe wrażenie na nich, na dziennikarzach i samych brytyjskich piłkarzach, zrobił Vladimir Beara. Bez niego ekipa Jugosławii zapewne wracałaby do domu z bagażem kilku goli. Posłuchajcie fragmentów relacji Mike’a Payne’a: „Kibiców ogarnęło fałszywe poczucie bezpieczeństwa, gdy po 35 minutach Anglia powadziła przekonująco 2:0. Bramkarz Jugosławii, Beara, niegdyś tancerz baletowy, wkrótce pokazał swoją zwinność. Po stracie gola w 41. minucie na 2:1, Anglia desperacko próbowała potwierdzić swoją wyższość w pierwszej połowie i gdyby nie występ Beary w bramce, to by to zrobiła. Trzy razy w ciągu trzech minut fruwał w bramce po uderzeniach Wilfa Manniona oraz główce Johnny’ego Hancocksa. Próby ataków w drugiej części meczu też nie przynosiły skutków. Na pół godziny przed końcowym gwizdkiem drużyna Anglii zanikła. Zainspirowana postawą Beary Jugosławia nagle przejęła inicjatywę. W 78. minucie ostatecznie doprowadziła do zasłużonego wyrównania. Pod koniec spotkania na jej bramkę znów sunęły ataki angielskich zawodników, którzy jednak udawali się pod pole karne przeciwnika tylko po to, by podziwiać kolejne fantastyczne interwencje najlepszego piłkarza tego spotkania”. W brytyjskich gazetach można było doszukać się wielu podobnie brzmiących relacji. Beara zrobił wrażenie na absolutnie wszystkich oglądających jego show, podczas którego w bramce dokonywał nadludzkich rzeczy. Obronił trzynaście strzałów określonych mianem groźnych oraz sześć takich, po których piłka nieuchronnie zmierzała do siatki. Napotkała jednak na swojej drodze golkipera nie z tej planety. Z uwagi na tak niebywały występ nadano mu nawet pseudonim Vladimir the Great, czyli Włodzimierz Wielki. Beara był uczestnikiem trzech Mundiali. Co prawda w 1950 roku musiał pogodzić się z rolą zmiennika bardziej doświadczonego Srdana Mrkušicia i mecze oglądał z perspektywy ławki rezerwowych, jednak cztery i osiem lat później miał już status niepodważalnej gwiazdy swojej ekipy. Największy sukces w narodowych barwach świętował na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952 roku. Jugosławia dotarła do finału, w którym musiała uznać wyższość Złotej Jedenastki reprezentacji Węgier, przegrywając 0:2. Po latach Beara, zapytany o najwspanialsze wspomnienie ze swojej kariery, wskazał właśnie na ten mecz. Przy stanie 0:0 obronił rzut karny wykonywany przez wielkiego Ferenca Puskasa. A przecież Galopujący Major nie zwykł marnować jedenastek…
„Do piłki podszedł Węgier. Przez głowę przeszła mi tylko jedna myśl – to koniec. Ferenc popatrzył w mój lewy róg, ja wychyliłem się w tę stronę, po czym bez zastanowienia rzuciłem się w prawy. Dotknąłem piłki dłonią, co wystarczyło. Obroniłem karnego samego Puskasa!”- wspominał Beara. Inne starcie przeciwko Węgrom, przegrane przez Jugosławię 2:4, rozegrane 11 października 1959 roku, było ostatnim meczem Beary w kadrze narodowej. Nie zrezygnowano wówczas z niego ze względów sportowych. Główną rolę odegrała polityka. Bramkarz skorzystał z możliwości wyjazdu do klubu zagranicznego, czym zamknął sobie drogę do kadry. Wyjechał do Niemiec, gdzie w ciągu pięciu lat reprezentował barwy Alemannii Aachen, Viktorii Koeln oraz Freiburgera FC. Jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się na 59 występach. Jego życie po życiu, jak często mówi się o czasach po zakończeniu przez zawodników piłkarskiej kariery, również kręciło się wokół piłki. Został trenerem i pracował w klubach w Niemczech, Holandii, Austrii i oczywiście Jugosławii. W latach 1973-75 pełnił funkcję szkoleniowca reprezentacji Kamerunu. Później na stałe osiadł w Splicie, mieście, które z całego serca uwielbiał, a które na to uczucie odpowiadało z jednej strony miłością, a z drugiej nienawiścią. Miłością, bo pamiętano, jakie cuda przed laty wyprawiał w bramce Hajduka. Nienawiścią, gdy wypominano mu serbskie pochodzenie oraz fakt zamienienia Hajduka na Crvenę Zvezdę. „Hajduk to moja największa miłość, miłość, która, jak każda prawdziwa i szczera, ma wiele pięknych, ale i mniej pięknych chwil. Miłość, która przyspiesza bicie serca, ale także zaciska się boleśnie w skurczu”- podsumował Beara. To właśnie ze względu na miłość do Hajduka, zawsze odmawiał gry przeciwko niemu. Będąc nawet po pięćdziesiątce, przychodził na treningi swojego ukochanego klubu i zakładał się z bramkarzami o to, że obroni więcej rzutów karnych niż oni. Rzadko przegrywał. Podczas wojny na Bałkanach w latach 90-tych poprzedniego stulecia, znów doświadczył tego, co kilkadziesiąt lat wcześniej. Ponownie w wyniku zbrojnych działań spłonął jego dom. Z pomocą przyszli kibice Hajduka. Zorganizowali zbiórkę, a następnie odbudowali budynek. W wywiadach o czasach minionych często ubolewał nad tym, jak bardzo zmieniła się piłka: „Mój czas był czasem romantycznej piłki nożnej. Czasem dryblingu i atrakcyjnych bramek. Taktyka wciąż nie jadła piłki nożnej. To styl gry na mundialu w 1962 roku, a następnie w Anglii w 1966 roku zapoczątkował nową erę w piłce nożnej. Teraz piłka nie jest już najważniejszą rzeczą w grze”. Na krótko przed śmiercią przebył kilka udarów. Zmarł w nocy z 10 na 11 sierpnia 2014 roku w wieku niespełna 86 lat. Jego pogrzeb, a raczej miejsce pochówku, wywołało niemały skandal. Beara, wedle życzenia swojej żony Jadranki, spoczywa na cmentarzu katolickim Lovrinac w Splicie. Problem w tym, że były bramkarz był zagorzałym i praktykującym wyznawcą prawosławia. Często pielgrzymował do prawosławnych świątyń, a gdy na rok przed swoją śmiercią otrzymał od jednego z arcykapłanów dyptyk, stwierdził, że to najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek został mu podarowany. Po ceremonii pogrzebowej pojawiły się głosy, że jego ciało powinno zostać przeniesione na cmentarz prawosławny. Dyskusję zakończyły słowa prawosławnego arcykapłana Slavoljuba Knezevicia: „Pewne jest, że Vladimir chciałby zostać pochowany zgodnie ze swoimi zwyczajami. Ale teraz nie ma sensu przeszukiwać jego kości. Ważne, aby po prostu spoczywał w pokoju”.
10
Czy był bramkarz dorównujący, bądź nawet przewyższający potędze Lwa Jaszyna? Otóż był i wypadałoby go znać. Wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@Borneo No dobrze ale co ten twój pierwszy komentarz ma do mojego komentarza o Copa America???
0
@Borneo ,,Podobną droge"? Podobną do kogo(?) bo nie bardzo rozumiem? Do Petrone?
9
Uruguay Campeon!
Dokładnie 100(!) lat temu Urugwaj remisuje bezbramkowo na ,,Parque Central” w Montevideo z reprezentacją Argentyny w szóstym meczu(de facto finale) o mistrzostwo Copa America. Tym samym ,,Celestes” sięgają po raz 5-ty w historii po to trofeum. Królem strzelców tejże wspaniałej imprezy został legendarny Pedro Petrone z dorobkiem 6 goli.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
0
@Eto'o9 R10 Mój ulubiony napadzior Barcuni, którego mogłem oglądać :)
13
,,La Pulga” rozpoczął strzelanie w Champions League:
2 listopada 2005 r. Lionel Messi strzelił debiutanckiego gola w Lidze Mistrzów. Miało to miejsce na Camp Nou w 4 kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów w wygranym meczu z Panathinaikosem 5:0. Argentyńczyk podwyższył wynik meczu na 3:0 w 34 minucie. Jednocześnie w tym samym meczu Samuel Eto’o zanotował pierwszego hattricka w Lidze Mistrzów w barwach Dumy Katalonii.
Popatrzmy:
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
11
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
Dokładnie 30 lat temu FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Manchester United 4:0 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Był to ostatni wielki wieczór ,,Dream Teamu” w europejskich pucharach. Blaugrana rozbiła mistrza Anglii 4:0 a dla Stoiczkowa drugi gol w meczu był jego setnym trafieniem w barwach Blaugrany. W składzie Barçy zagrał niespodziewanie Jordi Cruijff, którego chwalił na trybunach obecny Johan Neeskens: ,,Nie uważam żeby Jordi grał tyko dlatego że jest synem trenera. Brakuje mu siły ale ma świetną wizje gry, którą zademonstrował przy pierwszym golu”. Na trybunach zasiadło ponad 114 tys. kibiców a w loży VIP zabrakło miejsca między innymi dla… Hagiego, pomocnika Blaugrany, który nie grał w tym meczu. ,,Gdybym wiedział że tak będzie, obejrzał bym mecz w telewizji”- dodał zdenerwowany rumuński pomocnik.
Przypomnijmy:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
8
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
1 listopada 1929 r. meczem Paragwaj-Urugwaj(3:0) rozpoczęła się 12-ta edycja Copa America. Turniej odbywał się na trzech obiektach argentyńskiej stolicy Buenos Aires. Dobiegała końca ,,Wielka Schizma”, futbol amatorski niemal z dnia na dzień stawał się fikcją. Piłka nożna powoli zaczynała dojrzewać do pełni zawodowstwa. Opromieniony olimpijskim złotem z 1928 r. Urugwaj przywiózł wprawdzie aż ośmiu bohaterów z Amsterdamu i wyśmienitego lewego pomocnika Alvaro Gestido z Peñarol, lecz myślami był już gdzie indziej. Przecież za rok właśnie w Montevideo miały odbyć się pierwsze w historii mistrzostwa świata i cały wysiłek ,,Celestes” ukierunkowany był wyłącznie na te mistrzostwa. Z takim nastawieniem ,,urusi” gładko ulegli nie tylko gospodarzom ale nawet pozbawionemu cienia respektu Paragwajowi. Klęska 0:3 była dotkliwa. W meczu tym paragwajski pomocnik Echeverry unieruchomił pare Petrone-Cea, natomiast napastnik Aurelio Gonzalez był nie do powstrzymania przez obronę, akurat w tym meczu osłabioną brakiem wielkiego Nasazziego. Gonzalez z 5 golami został królem strzelców turnieju. Na tymże turnieju po raz ostatni w Copa America wystąpił ,,Czarny cud” czyli niezrównany Jose Leandro Andrade. Czekał go za to już niebawem, bo za rok tytuł mistrza świata. W takiej sytuacji nikt nie był w stanie powstrzymać impetu gospodarzy. Paragwaj i Peru odprawili z kwitkiem różnicą 3 goli. Urugwaj natomiast stawiał opór raczej tylko dla zasady i w efekcie przegrał 2:0 po golach Manuela Ferreyry, którego wybrano najlepszym piłkarzem turnieju, oraz Mario Evaristo. Bez względu na okoliczności pokonanie dwukrotnych mistrzów olimpijskich miało swoją wymowę. Opinia publiczna widziała w ,,Albicelestes” stuprocentowych faworytów do miana najlepszej drużyny już nie tylko kontynentu ale i świata. W rzeczy samej, wszystko zdawało się potwierdzać owe przewidywania…
@Arkon
@Adran360
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
8
Czy wiemy że:
127 lat temu kilku młodych chłopaków siedząc na ławce przy Scuola Massimo D'Azeglio w Turynie postanowiła założyć klub sportowy, a nazwali go 'Juventus' co znaczy 'młodość'. Tak oto powstała ,,Stara Dama".
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
@Arkon
12
Wybitne postacie polskiego futbolu:
135 lata temu urodził się Józef Lustgarten, piłkarz i działacz Cracovii. Urzędnik i radca prawny, dr praw po studiach w Krakowie i Wiedniu. Przez wielu błędnie uważany za założyciela Cracovii - w istocie nie był nim, bo do klubu dołączył dopiero we wrześniu 1906. Z pewnością natomiast był i jest jednym z symboli Cracovii. To właśnie on był pomysłodawcą nazwy Cracovia, jaką na jesieni 1906 obrał Akademicki Klub Footballistów. Wieloletni bramkarz drużyny, choć grał w niej także jako napastnik i pomocnik. W klubie był kierownikiem drużyny, sekretarzem i wiceprezesem, działał także w KOZPN i PZPN. Był sędzią międzynarodowym. Syn Wilhelma, kupca z Krakowa. Był Żydem i Polakiem zarazem, początkowo określał się jako osoba wyznania mojżeszowego i narodowości żydowskiej, później stanowczo deklarował wyznanie mojżeszowe i narodowość polską. Żołnierz Legionów Polskich. W 1915 powrócił z frontu do Krakowa. Miasto było wówczas opustoszałe - niemal wszyscy mieszkańcy zostali ewakuowani gdy pod koniec 1914 wojska rosyjskie dotarły do przedmieść. Zorganizował z powrotem drużynę piłkarską, doprowadził do odbudowy zniszczonych przez wojsko obiektów sportowych i do rozegrania spotkań z wojskową drużyną Twierdzy Kraków. Został odznaczony Medalem Niepodległości oraz Złotym Krzyżem Zasługi za działalność na polu sportu. W 1939 został aresztowany we Lwowie przez NKWD. Zesłany do stalinowskich łagrów spędził w nich 17 lat życia, do Polski powrócił dopiero w 1956.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Przestroga przed lekceważeniem przeciwnika:
1 listopada 2016 r. Manchester City pokonał FC Barcelone na Etihad Stadium 3:1 w ramach 4 kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów. Dwa gole dla ,,Cityzens” strzelił Gundogan a jednego De Bruyne. Honorowe trafienie dla Barçy zanotował Lionel Messi.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Safrani Ja też tego zdarzenia nie pamiętam z tamtego okresu. Dowiedziałem się o tym 10 lat temu z książki...
9
Ku pamięci zmarłych:
1 listopada 2014 r. zmarł Gustau Biosca, ostatni ocalały z legendarnej drużyny „ Pięciu Pucharów ”, która wyznaczyła epokę w historii FC Barcelony . Biosca, który był asystentem Ladislao Kubali w hiszpańskiej drużynie lat siedemdziesiątych, zmarł 1 listopada w wieku 86 lat. Urodzony 29 lutego 1928 w L'Hospitalet de Llobregat, trenował w niższych kategoriach Barcelony, zanim przeszedł do pierwszej drużyny, gdzie grał od sezonu 1950-51 do 1957-58, będąc niekwestionowanym liderem i kapitanem. Pomimo tego, że był twardym obrońcą o dużej sile fizycznej, charakteryzowała go znakomita technika użytkowa, co było rzadkością w ówczesnych liniach defensywnych. Był kluczowym graczem Barçy „Pięciu Pucharów” sezonu 1951-52, w skład którego wchodzili Ramallets, Martín, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, César Rodriguez, Kubala, Vila i Manchón. W tej legendarnej jedenastce był jednym z najbardziej medialnych i popularnych graczy, głównie ze względu na swoją otwartą i żartobliwą naturę. Kontuzja w Atocha przerwała mu karierę i musiał przejść na emeryturę w 1958 roku, w wieku 30 lat, po rozegraniu 187 meczów w koszulce Blaugrana, z którą wygrał 2 mistrzostwa Hiszpanii, 4 puchary Hiszpanii, Puchar Łaciński, Puchar Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@Sysia11 Sztos??
9
Rekordy i jubileusze Katalońskiej Dumy:
1 listopada 2011 r. Lionel Messi strzelił w barwach Blaugrany swojego dwusetnego gola. FC Barcelona po wyjazdowym zwycięstwie nad Viktorią Pilzno 0:4 zapewniła sobie awans do 1/8 Ligi Mistrzów. Leo Messi strzelił w tym meczu 15-tego hattricka w karierze przekraczając tym samym liczbę 200 goli dla Dumy Katalonii. Również dla trenera Guardioli był to jubileuszowy mecz(numer 200) na ławce pierwszego zespołu. To nie wszystko, ponieważ Valdes nie puścił gola w tym meczu i pobił rekord Miguela Reiny i stał się najdłużej niepokonanym bramkarzem w historii FC Barcelony, gdyż nie stracił gola przez 896 minut z rzędu. W dodatku na boisku jednocześnie pojawili się Pique, Messi i Fabregas, co nie zdarzyło się od 2002 r., kiedy razem grali w drużynie kadetów.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
11
Gest Kozakiewicza w El Clasico:
1 listopada 1997 r. Giovanni Silva de Oliveira, wykonał na Santiago Bernabeu tzw. ,,gest Kozakiewicza”. FC Barcelona w 1997 r. pokonała Real Madryt na Santiago Bernabeu(2:3) dopiero po raz drugi w ciągu 14 lat i uzyskała nad Królewskimi siedmiopunktową przewagę w tabeli ligowej. Wynik tym razem jednak zszedł na drugi plan ponieważ Giovanni po decydującym golu na 2:3 wykonał trzykrotnie ,,gest Kozakiewicza” w kierunku kibiców Realu Madryt. Tak oto Brazylijczyk opisywał tą sytuacje: ,,Nie było moją intencją urażenie kogokolwiek. Był to spontaniczny gest. Nie wierzę że mogą mnie za to ukarać, zwłaszcza że od razu przeprosiłem za swoje zachowanie. Czy ktoś ukarze Fernando Hierro za brutalną gre i uderzenie mnie pięścią?”. Komitet Rozgrywek złożony z trzech zdeklarowanych kibiców Realu nie był jednak pobłażliwy i zawodnik musiał pauzować w dwóch kolejnych spotkaniach. Dlaczego nas to nie dziwi…
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
11
Zapomniane legendy Blaugrany:
1 listopada 1906 r. urodził się Ramon Llorens Pujadas, zapomniany i niedoceniany bramkarz FC Barcelony. Popularny ,,Ramonet”, jak nazywali go koledzy, trafił do Barçy w bardzo młodym wieku. W pierwszej drużynie grał w latach 1926-29, do czasu gdy znakomity Węgier Plattko i Aragończyk Josep Nogues odsunęli go na ławke rezerwowych. Mimo wszystko pozostał w klubie aż do 1936 roku i w barwach blaugrana rozegrał łącznie 142 mecze. Po zakończeniu kariery został członkiem sztabu szkoleniowego klubu. W nowej roli wyróżniał się tym iż odkrywał młode talenty, takie jak środkowy obrońca Gustau Biosca czy też kapitalny lewoskrzydłowy Eduardo Manchon. W 1950 r. Pujadas trenował nawet pierwszą drużynę Barçy, zastępując na ławce trenerskiej Urugwajczyka Enrique Fernandeza Violę.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Safrani Też mi się podobał. Miał to coś, co go wyróżniało od wszystkich. Elegancki napastnik...
0
@Lionel_Messi10 Przecież on wygląda jak kobieta? Gdyby nikt nie określił kto jest na tym zdjęciu, to chyba bym nie uwierzył że to mężczyzna!
10
Wybitne legendy, nie tylko holenderskiego futbolu:
31 października 1964 r. w Utrecht urodził się Marco Van Basten, holenderski napastnik. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał jako dziecko(a później nastolatek) w miejscowych klubach – EDO Utrecht oraz UW Utrecht. Jako siedemnastolatek, został dostrzeżony przez wysłanników słynnego Ajaksu Amsterdam, by w rok później zadebiutować w jego pierwszym zespole. Debiutancki występ młodego Marco uznać można za naprawdę udany – w pojedynku z NEC Nijmegen van Basten zdobył gola. Gola, który wróżył wspaniałą i obfitą w sukcesy karierę... W roku 1983 van Basten, jako niespełna dziewiętnastolatek zadebiutował w seniorskiej reprezentacji swojego kraju. Co prawda w pojedynku z Islandią (wygranym przez Holendrów 3:0) nie zdobył żadnej bramki, ale patrząc na jego znakomitą postawę można było spodziewać się, iż będzie to piłkarz wybitny, który jeszcze nie raz przysłuży się zarówno reprezentacji narodowej, jak i każdemu klubowi, którego barwy będzie reprezentował... Van Bastenowi śmiało można nadać przydomek „maszynka do zdobywania goli”. Zawodnik ten nie miał sobie równych. W barwach Ajaksu zdobył 128 bramek w 133 meczach, czterokrotnie zostając królem strzelców. Trzykrotnie osiągał Mistrzostwo oraz dwukrotnie Puchar Holandii. Przed pożegnaniem się z drużyną Ajaksu zdobył niezwykle cenną - bo przesądzającą o zwycięstwie – bramkę w pojedynku z Lokomotive Lipsk. Tym sposobem wspaniała kariera van Bastena w zespole z Amsterdamu została przypieczętowana zdobyciem Pucharu Zdobywców Pucharów. W roku 1987 Marco zmienił barwy klubowe. Kuszony wieloma propozycjami z największych europejskich zespołów przeszedł do wielkiego AC Milan za jedyne 800 tysięcy dolarów. W barwach Rossonerich zdobył wszystko, co było do zdobycia. Trzy Mistrzostwa Włoch, trzy Superpuchary Włoch, dwa Puchary Mistrzów, dwa Superpuchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne. Ponadto zdobył dwa tytuły króla strzelców Serie A, trzykrotnie ogłoszony został Najlepszym Piłkarzem Europy i raz Najlepszym Piłkarzem Świata. W lidze włoskiej rozegrał 147 meczów i zdobył 90 goli. Tym samym na stałe zapisał się w historii jednego z największych włoskich zespołów. Kariera reprezentacyjna van Bastena również obfitowała w sukcesy. W reprezentacji Holandii Marco rozegrał 58 spotkań, zdobywając 24 gole. W roku 1988 walnie przyczynił się do zdobycia przez Pomarańczowych Mistrzostwa Europy. Mimo iż był świeżo po wyleczeniu kontuzji potrafił zdobyć kilka fenomenalnych bramek, gwarantujących mu tytuł najlepszego strzelca oraz najlepszego zawodnika mistrzostw. Start van Bastena i całej reprezentacji Holandii na Mundialu w 1990 roku uznać można za naprawdę nieudany. Pomarańczowi grali słabo, dochodząc jedynie do 1/8 finału, gdzie odnieśli porażkę z drużyną Niemiec 1:2. Marco nie zdobył w tym turnieju ani jednego gola, dlatego też na rozegrane dwa lata później Mistrzostwa Europy jechał z wielkimi nadziejami. Holendrzy byli świetnie dysponowani i niezwykle zmotywowani na obronę tytułu. Jednak udało im się dojść jedynie do półfinału, gdzie w rzutach karnych odnieśli sensacyjną porażkę z niedocenianą drużyną Danii. Dla samego van Bastena fakt ten był o tyle przykry, iż to jedenastka nie strzelona właśnie przez niego, zadecydowała o przegranej reprezentacji Oranje. Rok 1992, choć przyniósł van Bastenowi sukcesy klubowe, okazał się jednym z najczarniejszych w jego karierze. Ba! uznać go można za „początek końca”. Większość czasu Marco poświęcał na zabiegi, operacje i rehabilitacje. Po długiej rekonwalescencji wrócił na boisko na trzy spotkania. Ostatnim meczem w jego karierze był przegrany 1:0 finał Pucharu Europy przeciwko Olympique Marsylia. Z reprezentacją narodową z kolei, Marco pożegnał się w październiku 1992 roku w zremisowanym 2:2 meczu przeciwko Polsce. Nigdy więcej nie zobaczyliśmy już go na boisku... 17 sierpnia 1995 po długiej walce z kontuzją podjął ostateczną decyzję o zakończeniu kariery. Był młody, waleczny i utalentowany – mógł osiągnąć jeszcze wiele, mógł stać się legendą na miarę największych. Gdyby nie problemy zdrowotne być może jeszcze przez kilka lat moglibyśmy oglądać go w akcji. Moglibyśmy dalej zachwycać się jego niezwykłymi umiejętnościami. Moglibyśmy, jednak nie było nam to dane. Teraz pozostaje nam tylko ściskanie kciuków za sukcesy trenerskie wielkiego Marco van Bastena...
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
7
@FCBparasiempre
Fritz Walter to postać w światowym futbolu ikoniczna. Dorastał w czasach międzywojennych. Został zmuszony przerwać swoją karierę piłkarską przez obowiązkowe wstąpienie do Wehrmachtu. Marzył, żeby cudem przetrwać karne zesłanie do Rumunii, gdzie potem miał trafić na daleką Syberię. Jego wytrwałość i talent do gry w piłkę pozwoliły mu znieść najtrudniejsze chwile w latach czterdziestych, a potem sięgnąć ze swoją reprezentacją po mistrzostwo świata. Dzisiaj przypominamy jego sylwetkę. Walter urodził się 31 października 1920 roku w Kaiserslautern. Z tym miastem był związany do końca swojego życia. W drużynie 1. FC Kaiserslautern zaczął trenować, mając osiem lat. Na początku grywał na pozycji bocznego obrońcy. Długo tam jednak nie zagościł, a trenerzy widzieli go bardziej w roli ofensywnego pomocnika. Walter był diamentem niemieckiego futbolu. Szybko się rozwijał i w wieku siedemnastu lat zadebiutował w zespole pierwszej drużyny. W 1940 roku po raz pierwszy zagrał w narodowych barwach. Wówczas reprezentacja III Rzeszy pokonała Rumunię 9:3, a Fritz zdołał strzelić trzy bramki. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Walter został powołany do wojska. Jako żołnierz niemieckiej piechoty wyruszył do Francji. Dzięki tryumfom państw Osi na froncie Niemiec nie musiał walczyć i nastawiać głowy na polu bitwy. Piłkarze byli bardzo szanowani i lepiej traktowani od przeciętnych żołnierzy. Podczas wojny niemieccy zawodnicy nie zapomnieli jak grać w piłkę. Trener kadry Sepp Herberger organizował na początku lat czterdziestych dużo meczów kontrolnych. Między 1940 a 1942 rokiem rozegrano takich spotkań około trzydziestu! Po wojnie Walter został schwytany przez wojska amerykańskie i przekazany oddziałom sowieckim. Przetransportowały go one do rumuńskiego obozu w Maramures, skąd finalnie miał trafić na Syberię. Fritzowi udało się uniknąć zsyłki, gdyż zachorował na ciężką chorobę malarię. Był bardzo osłabiony i miał wysoką gorączkę. Podczas choroby grywał w piłkę ze słowackimi i węgierskimi strażnikami, którzy zafascynowali się jego umiejętnościami technicznymi. Pamiętali go ze wcześniejszych lat jako zawodnika reprezentacji Niemiec i bardzo Fritza polubili. Strażnicy zaprowadzili Waltera i jego brata Ludwiga do Sowieckiego komendanta. Tłumaczyli mu, że Walterowie są Austriakami, a nie Niemcami, prosząc go o wypuszczenie ich z obozu. Prośby ich zostały wysłuchane i bracia wrócili na zachód Europy. W 1945 roku Walter ponownie grał dla 1. FC Kaiserslautern. Sześć lat później po raz pierwszy wygrał z „Czerwonymi Diabłami” mistrzostwo Niemiec. Po dobrym sezonie dostał ofertę od Atletico Madryt. „Rojiblancos” proponowali Fritzowi 500 tysięcy marek, dwuletni kontrakt, samochód oraz dorzucali do tego opłacony czynsz za mieszkanie. Niemiec nie był jednak zainteresowany grą w stolicy Hiszpanii, zostając wiernym swojemu ukochanemu klubowi. W 1953 roku Walter po raz drugi sięgnął po tytuł mistrza kraju. Znakomita gra w lidze, została zauważona przez trenera kadry narodowej Herbergera. Fritz na zbliżające się mistrzostwa świata dostał opaskę kapitana i miał poprowadzić reprezentację „Die Mannschaft” do końcowego zwycięstwa. Mundial rozgrywany w 1954 roku w Szwajcarii stał się turniejem historycznym. Po raz pierwszy transmitowała go telewizja. Były to nieliczne spotkania, ale kibice w końcu mogli je oglądnąć, nie będąc na stadionie. Na inaugurację grupy B, RFN wysoko wygrało z Turcją 4:1. W drugim meczu Niemcy mierzyli się z faworytami mistrzostw Węgrami. „Madziarze” byli uznawani za drużynę nie do pokonania. Nie przegrali spotkania od czterech lat, a gwiazdy takie jak Puskas, Kocsis czy Hidegkuti budzili szacunek u każdego przeciwnika. Węgrzy zwyciężyli 8:3, pokazując światu, że pewnie zmierzają po złoty medal. Warto jednak pamiętać, że trener Herberger wystawił przeciwko „Madziarzom” mocno rezerwowy skład, oszczędzając swój zespół na następne starcia. W kolejnych fazach turnieju Niemcy znacznie poprawili swój styl gry. Zaczęli demolować swoich przeciwników. Wygrali odpowiednio z Turcją, Jugosławią i Austrią, a Walter zaliczył w tych meczach łącznie trzy trafienia. RFN awansowało do finału i po raz drugi musieli się zmierzyć z drużyną „złotej jedenastki”. Mecz finałowy mundialu był tytułowany jako „Cud w Bernie”. W dniu spotkania padał bardzo obfity deszcz, który utrudniał warunki gry. Taką pogodę eksperci nazywali „pogoda Fritza Waltera”, gdyż Niemiec czuł się wtedy wybornie. Walter, grając w aurze deszczowej, pokazywał swoje największe walory i często prowadził swoje drużyny do zwycięstw. Niektórzy tłumaczyli ten fakt tym, że pomocnik 1. FC Kaiserslautern po przejściu malarii miał problemy z trenowaniem przy pełnym słońcu. Węgrzy przystępowali do tego pojedynku bardzo pewni siebie. Starcie finałowe zaczęli najlepiej, jak mogli. Już po 9 minutach prowadzili 2:0. W kolejnych fragmentach meczu „Madziarze” mieli wiele sytuacji do podwyższenia wyniku, lecz byli bardzo nie skuteczni. Niemcy po pierwszych naporach przeciwników zaczęli dochodzić do głosu i do przerwy zdołali wyrównać. Bramki dla RFN-u strzelili Maxa Morlock i Helmut Rahn, któremu asystował Walter.
Podopieczni Herbergera przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść w 84 minucie. Wynik ustalił Rahn, zdobywając swoją drugą bramkę w finale. Gola na 3:3 zdobył co prawda Puskas, ale sędzia uznał, że w tej akcji Węgier był na pozycji spalonej. Do dzisiejszego dnia trwają spory, czy decyzja ta była prawidłowa a sami Węgrzy podobno mają nagrania, które dowodzą, że bramka została zdobyta zgodnie z przepisami gry. Wynik jednak nie uległ już zmianie i Niemcy po raz pierwszy zostali mistrzami świata, sprawiając olbrzymią sensację. Oczywiście ta sensacja jest postrzegana oficjalnie, gdyż dla mnie osobiście był to największy przekręt w historii mistrzostw świata, o czym wspominam przy okazji tego finału. Warto także dodać, że Fritz i Ottmar Walterowie byli pierwszymi braćmi, którzy wygrali mundial. Po powrocie do domu piłkarze niemieccy mogli się poczuć jak bohaterowie narodowi. 100 tysięcy ludzi powitało ich z owacją na stojąco na monachijskim placu. Zawodnicy stali się gwiazdami. Głównymi architektami zwycięstwa byli trener Sepp Herberger, kapitan Fritz Walter, strzelec dwóch goli w decydującym meczu Helmut Rahm oraz świetnie broniący Toni Turek. W RFN odżyły nadzieje na lepszą przyszłości. Turniej w Szwajcarii był przede wszystkim wygraną polityczną. Niemcy skompromitowali się podczas wojny, a teraz znowu poczuli się kimś. Niestety po latach badania wykazały, że zawodnicy RFN-u byli na dopingu. Przed meczem o złoto Niemcy zażyli metamfetaminę. Podobną substancję także podawano żołnierzom podczas drugiej wojny światowej. Miała ona powodować zmniejszenie uczucie zmęczenia i większą koncentrację w kryzysowych momentach. Zresztą po mundialu w Szwajcarii większość zawodników zachorowała na żółtaczkę, co dowodziło o zażywanych przez nich niedozwolonych środkach. Cztery lata później Fritz Walter znowu pojechał na mistrzostwa świata. Tym razem były one rozgrywane w Szwecji. W meczu półfinałowym Niemcy grali z gospodarzami turnieju. W 75 minucie Walter doznał poważnego urazu, który zakończył jego karierę w narodowych barwach. Mecz w Goteborgu ze Szwecją był rozgrywany dla Niemców w bardzo nieprzyjaznych warunkach. Stadion Ullevi media naszych zachodnich sąsiadów ochrzcili nazwą „domu wariatów”. Kibice miejscowi ich wyzywali, Szwedzi grali brutalnie, a sędzia prowadził zawody w sposób stronniczy. Wyrzucił z murawy gracza RFN-u Ericha Juskowiaka. Niemcy zaczęli snuć teorię spiskową, że arbiter z Węgier został przekupiony. Uważali, że chce on pomścić swoich rodaków, którzy sensacyjnie przegrali w Bernie. Niemcy ostatecznie uległy Szwedom 1:3, a w kolejnym meczu o brąz musieli uznać wyższość Francuzów. Walter w kadrze rozegrał 61 spotkań, w których strzelił 33 gole. W 1958 roku Walter otrzymał tytuł honorowego kapitana reprezentacji Niemiec. Do dzisiejszego dnia oprócz niego, tego zaszczytu dostąpiło pięciu zawodników „Die Mannschaft”: Seeler, Beckenbauer, Matthaeus, Klinsmann oraz Lahm. Dla drużyny 1. FC Kaiserslautern Walter rozegrał ostatni mecz w 1959 roku. Wystąpił w 384 meczach, notując aż 327 trafień. Herberger proponował Walterowi, żeby ten zagrał jeszcze na MŚ w Chile w 1962 roku. Niemiec jednak nie grał od trzech lat w piłkę i odmówił szkoleniowcowi. Walter zmarł 17 czerwca 2002 roku. Na jego cześć stadion w Kaiserslautern nosi jego nazwę. To pokazuje, jak bardzo jest szanowany w swojej ojczyźnie i rodzinnym mieście. Jest postacią, która poprzez swój talent piłkarski, tytaniczną pracę, upór w dążeniu do celu i odrobinę szczęścia został mistrzem świata, a może przede wszystkim uratował swoje życie.
„Najważniejszy mecz mojego życia to ten, który rozegrałem ze strażnikami w obozie jenieckim”.
8
Od jeńca do mistrza świata:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Safrani No właśnie! Już pomijając fakt jak wybitnych mieliśmy piłkarzy na czele z Wilimowskim przed wojną, to jeszcze taką niespotykaną historie dotyczącą prawa transferowego napisali Ślązacy...
7
@FCBparasiempre
Prasa francuska była zauroczona postawą Wilimowskiego i Wodarza, których niezaprzeczalny talent oraz piłkarski kunszt robiły wrażenie. Zwłaszcza Wilimowski, dzięki swoim żonglerskim talentom, zyskał uznanie w oczach żurnalistów paryskich, którzy określili go najwybitniejszym zawodnikiem ,,Turnieju Wszystkich Świętych”. Wizyta polskich ligowców we Francji była doskonałą okazją dla działaczy francuskich na podjęcie kolejnej próby skaperowania Wilimowskiego. Działacze Racingu nie zrazili się marcową porażką i tym razem zarzucono też wędke na innych graczy. ,,Ezi” za gre we francuskim klubie miał otrzymać 3000 franków i regularne premie. Po powrocie piłkarzy media tradycyjnie rozkręciły afere. ,,Śląski Kurier Poranny” napisał: ,, Jeden z największych dzienników sportowych w Paryżu ,,L’Auto” zamieszcza w środowym numerze sensacyjną wiadomość. Oto czterej nasi znakomici piłkarze: Wilimowski, Piątek, Wodarz i Góra, podpisali kontrakt do Racing Clubu. Gdy wiadomość ta rozeszła się w Paryżu, zawodnicy nasi byli już w pociągu, udając się do Polski. Według jednak zebranych informacyj, sprawa skaperowania naszej czwórki piłkarzy przedstawia się następująco: W poniedziałek o godzinie 10-tej wieczorem, do hotelu, gdzie zamieszkiwali Polacy, przybyło kilku przedstawicieli Racing Clubu. Zabrali Wilimowskiego i Góre i udali się najpierw do jednej z restauracji w okolicach Folier Berger a później do lokalu Racing Clubu, gdzie uraczono ich obficie winem. Dotychczas nie udało się stwierdzić, czy w towarzystwie Góry i Wilimowskiego byli i inni zawodnicy. Portier hotelowy zauważył bowiem w stanie nietrzeźwym tylko Góre i Wilimowskiego. W kieszeni Wilimowskiego znaleziono gotowe kontrakty przystąpienia do Racingu, na ich nazwiska a oprócz tego kontrakty podpisane przez Piątka i Wodarza. Podczas wyjazdu ekspedycji polskiej z Paryża kilku dziennikarzy francuskich zapytywało Góre, czy wiadomość o podpisaniu kontraktu jest rzeczywiście prawdziwą. Zarówno Góra, jak i inni zawodnicy oświadczyli iż o niczym nie wiedzą. Z Wilimowskim nie można było przeprowadzić rozmowy, gdyż był on jeszcze w stanie zamroczenia. Paryskie ,,L’Auto” dodaje że Góra w dniu wyjazdu miał otrzymać list z Racing Clubu, w którym miała być wyszczególniona jego pensja miesięczna w wysokości 3.000 franków, czyli około 550 zł. Kontrakt ważny jest od dnia 1 listopada do 1 czerwca 1938 r. List adresowany do Góry miał podpisać prezes Racingu, Bernard Levi. Zainterpelowany przez dziennik ,,L’Auto”, Levi zaprzecza by jakiekolwiek listy podpisywał i wysyłał pod adresem Polaków. Nie neguje on jednak że klub jego zaraz po meczu z Bologną powziął decyzje zaangażowania kilku graczy polskich. Wiadomość o skaperowaniu w tak nieetycznych okolicznościach czterech czołowych graczów polskiej reprezentacji wywołała w PZPN olbrzymie wrażenie. Nie wątpliwie po powrocie do Warszawy Wilimowski i jego towarzysze będą przesłuchani przez władze PZPN, które wówczas zadecydują, jakie kroki poczynić w stosunku do Racing Clubu”.
O ile tekst ,,Śląskiego Kurjera Porannego” dość wiernie tłumaczył cały artykuł zamieszczony w ,,L’Auto”, o tyle pominął dwa dość istotne akapity. Na wstępie francuska gazeta stawia sprawę jasno że podpisanie kontraktu przez polskich graczy przypomina brytyjskie historie, w których sierżanci rekrutowali w trakcie szalonych wieczorów nieszczęśników, którzy następnego dnia budzili się jako marynarze Floty Jej Krolewskiej Mości z kontraktem na 5 lat. ,,L’Auto-velo” trafnie zauważyło że polscy piłkarze byli amatorami, zatem byli łatwym łupem dla zawodowych klubów francuskich. Z problemu zdawała sobie sprawę polska federacja, która oddelegowała specjalnie jednego ze swoich członków dla zapobiegania tego typu sprawom. Kiedy o godz. 7 rano portier budził owego opiekuna żeby zobaczył swoich piłkarzy, to najpierw zbladł, lecz gazeta wyraziła duże zdziwienie że jednak nie umarł na miejscu, kiedy zobaczył dwa kontrakty Góry i Wilimowskiego oraz kolejne dwa Piątka i Wodarza. W kolejnym numerze francuskiego ,,L’Auto-velo” wypowiedział się prezes Racingu(warto nadmienić iż był to mistrz Francji z 1936 r.), który najpierw zaprotestował że ktoś porównał rozmowy działaczy jego klubu z kaperowaniem do angielskiej floty. Dodatkowo w 6 punktach odniósł się do tego że już kilka miesięcy wcześniej Wilimowski wyrażał chęć grania w paryskim klubie i to od samego ,,Eziego” wyszła propozycja spotkania z włodarzami Racingu. O godz. 20.00 w trakcie spotkania z Wilimowskim i Górą polscy zawodnicy nie byli pijani. Sporządzono jedynie projekty umów a także pisma gwarantujące roczne wynagrodzenie wraz z regulaminem, które polscy zawodnicy mieli sobie przetłumaczyć już po powrocie do kraju. Dodatkowo prezes wprost powiedział że Wilimowski i Góra nic nie podpisywali, co zresztą Góra przekazał francuskim żurnalistom. Niestety ten artykuł nie przebił się do polskiej prasy. Z ogromnym więc zainteresowaniem oczekiwano we czwartek w godzinach przedpołudniowych przyjazdu naszej reprezentacji. Znaczna liczba kibiców, którzy przybyli powitać przede wszystkim graczy śląskich, stwierdziła z zadowoleniem że jednak mimo pogłosek Wilimowski, Piątek i Wodarz przyjechali z Francji. Zarzucono ic pytaniami dotyczącymi tej ciekawej afery. Zarówno Wilimowski, jak i Piątek oraz Góra stanowczo zaprzeczyli by podpisywali kontrakty. Wilimowski i Góra dodali że faktycznie byli gośćmi Racing Club. Trzeźwiejszy niż węszący sensacji dziennikarze osąd sytuacji wykazał tym razem wiceprezes PZPN Żołędziowski: Podpisanie kontraktu po pijanemu nie ma znaczenia, zwłaszcza że gracze nasi wsiedli już w pociąg i wracają do Polski. Już my ich stąd nie wypuścimy. Wilimowski idzie za kilka tygodni do wojska. Jego wyjazd do Francji jest więc niemożliwy. Trudno teraz przewidzieć, czy i jakie represje wyciągniemy w stosunku do czterech naszych graczy. Może się pewnie okazać że nie ponoszą oni żadnej winy i że podpisy ich wymuszonu wskutek nadużycia alkoholu. W każdym razie nie powstrzymamy się od wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do tych działaczy francuskich, którzy nie cofnęli się przed podobnymi metodami. Można namawiać kogoś na zawodowstwo , uzyskać jego zgode ale nie przy pomocy takich sposobów. Zresztą nie można popierać takich metod postępowania w piłkarstwie. Piłkarze polscy, którzy przechodzą na zawodowstwo by zasilić kluby innych państw, muszą uzyskać zwolnienie z naszego związku. Bez tej formalności nie mogą grać w żadnym klubie, zrzeszonym w międzynarodowej federacji piłkarskiej. Nie trzeba chyba dodawać że o zwolnieniu nie ma mowy. Ciesze się jednak że gracze wracając dali w ten sposób dowód że nie poczuwają się do żadnej winy.
Stosowna wypowiedź działacza nie mogła oczywiście zrównoważyć ciekawości reporterów. Czytelnicy chcieli czytać o piłkarskich gwiazdorach, więc temat żył nadal swoim życiem. Poniżej podaje kilka sensacyjnych szczegółów związanych z kaperowaniem graczy polskich do Racingu. Szczegóły te różnią się znacznie od wywodów Wilimowskiego i Góry. Następnego dnia po nocy spędzonej w lokalu Racingu Wilimowski dal znać Wodarzowi i Piątkowi by przybyli do jego pokoju. Z Wodarzem i Piątkiem zjawił się u Wilimowskiego również Kotlarczyk, potem Wilimowski oświadczył im: No, ja już jestem w Racingu; kontrakt podpisałem. ,,Ty nie rób głupstw, odpowiedział Piątek, na co Wilimowski oświadczył że Góra też przechodzi do Racingu i że załatwili też przejście Wodarza i Piątka”. Następnie wyciągnął z pod poduszki jakieś dokumenty, z których nie wiele wiedzieli, gdyż żaden z obecnych nie znał języka francuskiego. Jeden z tych dokumentów potargał od razu Wodarz, drugi zaś Kotlarczyk poszedł oddać p. Frankowi. W międzyczasie Wilimowski wyjaśnił Piątkowi i Wodarzowi że w razie podpisania kontraktu otrzymają od razu czek na 36 tysięcy franków. P. Franek po zaznajomieniu się z treścią dokumentu otrzymanego od Kotlarczyka, zwrócił się do Wilimowskiego z twierdzeniem iż z treści pisma wynika że umowa jest już podpisana. Na to Wilimowski tłumaczył się że nic nie podpisywali że to są tylko wzory kontraktów. Podobnego zdania jest kierownik ekspedycji p. Delekta z Krakowa, który w wywiadzie z przedstawicielem ,,IKC” oświadczył: ,,Wszystko to wygląda na dużą przesadę. Przede wszystkim nasi gracze od samej chwili wyjazdu z Polski do ukończenia meczu finałowego w Paryżu, pozostawali pod ścisłą opieką kierownictwa ekspedycji, przy czym będąc sami przeświadczeni o doniosłości obydwu spotkań, zachowywali się wzorowo. Dopiero po zwycięstwie w finale nad FC Bologna drużyna udała się na wspólną kolacje, która nosiła już swobodniejszy charakter. Po kolacji gracze otrzymali ,,urlop”. Dodać przy tym należy że przedstawiciele Polonii francuskiej towarzyszyli naszym graczom i opiekowali się nimi nadzwyczaj serdecznie. Późną nocą cała drużyna powróciła do hotelu. Spóźnili się jedynie Wilimowski i Góra, którzy widocznie nie docenili siły wina francuskiego i zawieruszyli się na mieście. Rano drużyna udała się na wystawe i już wtedy rozeszły się pogłoski o rzekomym podpisaniu kontraktów przez dwóch graczy polskich. List paryskiego Racing Club, który znaleziono u Wilimowskiego, został przez kierownictwo drużyny ,,skonfiskowany”. Gdy drużyna polska przybyła na wystawe, oczekiwał już na nią jeden z managerów klubu paryskiego, który w dalszym ciągu namawiał ich do przejścia na zawodowstwo i do wstąpienia do jednej z drużyn francuskich. Propozycje te były kierowane nie tylko do Wilimowskiego i Góry ale do wielu graczy, lecz zostały z miejsca przez nich odrzucone. Więc mamy do czynienia z wielkim hałasem o nic? - W gruncie rzeczy tak jest. Mam nadzieje ze dalsze dochodzenia potwierdzą nasze przewidywania. Faktem niezaprzeczalnym jest że Wilimowski i Góra faktycznie przekroczyli miarę w użyciu alkoholu ale to już tak u nas jest, że po meczu, zwłaszcza wygranym, oblewa się suto zawody. Zwyczaj ten wykorzystali sprytni managerowie ale im się to nie udało. Okazje do zabrania głosu wykorzystał także piłkarz ŁKS-u Antoni Gałecki: ,,Powiem szczerze jak było. Graliśmy tak wspaniale że nie dziw iż zawodowe drużyny zainteresowały się niektórym i graczami. Na Wilimowskiego zarzucano już sieci w marcu, kiedy po raz pierwszy grał przeciwko lidze paryskiej. Już w Lille kręciły się jakieś typy dookoła niego. W Paryżu, po jego żonglerskiej grze, starano się do niego dostać. Podobno Wilimowski był w korespondencji z Racing Clubem i możliwe że dawali mu 50 tysięcy franków jako jednorazową sume dla ,,matki” i 36 tys. za gre w ciągu niespełna sezonu, gdyż za 10 miesięcy. Może cyfry są nie ścisłe, gdyż we wszystkim jest trochę przesady, choć prawde mówiąc on jest wart tej sumy. Widzieliśmy już zawodowców, którzy otrzymuję te wynagrodzenia a nie umywają się do klasy Wilimowskiego. Poważnie tylko nim się zainteresowano.
Po zwycięskim meczu nad Włochami udaliśmy się do hotelu ,,Ecosse” na kolacje a potem mieliśmy wieczór wolny, który zamierzaliśmy wspólnie spędzić. W międzyczasie hol hotelu zapełnił się kibicami i emigrantami, którzy przyszli dziękować za wrażenia z meczu i zaofiarowali swe usługi przy zwiedzaniu Paryża w nocy. Niespodziewanie wymknął się z hotelu Góra, pociągając za sobą następnie Wilimowskiego. Niby to wyszli ,,na chwile”, ,,zaraz wrócą”. Nikt nie przywiązywał większej wagi do tego faktu, gdyż i tak partiami wyszliśmy na miasto. Wróciliśmy do domu po północy. Ja mieszkałem razem z Górą w jednym pokoju. Kiedy wróciłem do pokoju hotelowego, nie było go jeszcze. Położyłem się spać i momentalnie zasnąłem. O godz. 7 rano wrócił w różowym humorze mój współtowarzysz. Zachowywał się głośno, obudził mnie. Byłem wściekły na niego za to, gdyż spałem twardo. Kiedy mu przygadałem odezwał się: Antek! Patrz! Podpisałem kontrakt do Racingu Club. Płacą 3 tys. franków miesięcznie! Pozostaje w Paryżu! I wykrzykując jakieś nie zrozumiałe zdania, pokazuje mi list pisany po francusku a ja do niego: Nie mieli by kogo angażować, tylko Ciebie? Puknij się w głowe. Z ludźmi podgazowanymi nie wolno się wdawać w dyskusje, to też odwróciłem się plecami do niego i dalej spałem. Wkrótce usnął i Góra. Przy śniadaniu pękła bomba z Wilimowskim. On miał większy humor niż Góra. Zachowywał się głośno wykrzykując: ,,Nie jade do Polski! Pozostaje w Paryżu!” Wilimowski nie kładł się tego dnia spać i do wieczora był w takim humorze. Wreszcie wyperswadowano mu nierozważne postępowanie. Wilimowski miał podobno również jakieś podpisane papiery i podobno we wtorek zgłosił się nawet ktoś z Racingu po niego. Kiedy obaj(Góra i Wilimowski) przyszli do siebie, zaczeli się wypierać całej historii i obrócili ją w żart. Dobrze się widocznie w towarzystwie Francuzów bawili i albo zakpili z nich, albo też nie zdawali sobie sprawy z tego co robią. Opinie o żarcie potwierdzają członkowie ekspedycji. Wiadomości o Wodarzu i Piątku są zmyślone. Obaj o niczym nie wiedzieli. - Jakie jest więc zdanie pana o tej całej sprawie? – Nie można tej całej historii brać poważnie. Wilimowski zdawał sobie sprawę ze we Francji pozostać nie może, jest bowiem w wieku przedpoborowym i nie otrzymał by prawa pobytu a o Górze nikt poważnie nie myślał. W ogóle nabroił Góra, który zabawił się w ,,ważnego”. Całą więc historie należy potraktować jeżeli nie jako żart, to w każdym bądź razie jako nieporozumienie. Piłkarze potrafili się bawić. Sprawa miała swój rozrywkowy ciąg dalszy i dostarczyła prasie kolejnych smakowitych kąsków. Koniec końców zarząd PZPN nie ukarał żadnego z zawodników wyżej wymienionych, gdyż nie miał ku temu podstaw. Mógł ich zdyskwalifikować z chwilą, gdy staliby się zawodowcami a PZPN zajmował się bowiem tylko graczami-amatorami. Generalnie cała afera medialna, której ponownie głównym bohaterem był Wilimowski, wyraźnie podniosła sprzedaż prasy. Artykuły o ,,Ezim” cieszyły się ogromną popularnością, w związku z tym dziennikarze gotowi byli na wiele aby zaspokoić żądnych sensacji czytelników. Sprawa Wilimowskiego miała jednak pewien pozytywny aspekt. W artykule ,,Un probleme se pose maintentat: le transfert international d’un joueur amateur” poruszono kwestię pozyskiwania graczy z zagranicy. Sprawa przejścia z klubu zawodowego do zawodowego między różnymi krajami była opisana w przepisach ale kwestia przejścia zawodnika z zespołu amatorskiego do zawodowego z dwóch różnych krajów nie miała żadnego uregulowania prawnego. W tym miejscu pojawiało się bardzo duże pole do nadużyć. Przykład próby pozyskania Wilimowskiego był pierwszym tego typu we Francji, po którym zasygnalizowano aby FIFA zajęła się tym zagadnieniem.
10
Tournee po Francji:
31 października 1937 r. zorganizowano mecz Liga Polska – Francuska Liga Północna. W Lille w obecności 20 tys. widzów Polacy wygrali 2:1 po golach Leonarda Piątka i Ernesta Wilimowskiego. Następnie w Paryżu Polacy zagrali przeciw drużynie mistrza Włoch Bologna FC, pokonując ją 5:1(!) i znów w głównej roli pokazali się Ślązacy: 2 gole ,,Eziego”, po jednej Piątka, Wostala i Korbasa.
Co też tak frapującego wydarzyło się we Francji(?), tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360