FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Zoker Ano faktycznie! W tamtym okresie średnio śledziłem Serie A a tym bardziej Milan. Dopiero od 2 lat mam te Eleveny, więc teraz bym z pewnością wiedział...
0
@Zoker A on kogo zdradził bo nie kojarze? Wiem tylko że gra teraz w Interze...
1
@Adran360 Nie wiem dlaczego ale jakoś generalnie nie potrafie żartować ze sportu a z futbolu to już wogóle!
9
@FCBparasiempre
Wśród najbardziej radykalnych kibiców mówi się o nich różnie. Zdrajcy, judasze, sprzedawczyki. Mowa tu o piłkarzach, którzy na pewnym etapie kariery decydują się opuścić klub, po to, by zasilić swojego wielkiego rywala. Pół biedy jeśli na taki ruch decyduje się ktoś, kogo nazywamy „piłkarskim najemnikiem”, problem pojawia się gdy robi to ktoś, kogo trybuny uważają za jednego ze swoich ludzi. Dziś przyjrzymy się pięciu zawodnikom, którzy zdecydowali się na kontrowersyjny transfer.
Luis Figo, FC Barcelona-> Real Madryt
Nie będę owijał w bawełnę. Zaczynam od prawdopodobnie najbardziej wstrząsających przenosin w historii piłki. Był lipiec, 2000 roku. Portugalczyk będący prawdziwym idolem Camp Nou zdecydował się opuścić FC Barcelonę na rzecz śmiertelnego wroga, Realu Madryt. Pięć lat spędzonych na katalońskiej ziemi i mnóstwo świetnych występów w barwach Blaugrany dały Portugalczykowi status idola. Nic więc dziwnego, że wieść o – wtedy rekordowym – wartym 56 milionów dolarów transferze, rozjuszyła miejscowych kibiców. Jak w ogóle do tego doszło? Otóż gdy piłkarski świat dowiedział się o wstrząsającej transakcji, na Santiago Bernabeu odbywały się wybory na nowego prezydenta Los Blancos. Ówczesny boss w osobie Lorenzo Sanza zdawał się być niekwestionowanym faworytem. Stały za nim sukcesy i dobra kondycja klubu. Po co cokolwiek zmieniać? Jego konkurent Florentino Perez wiedział, że by wygrać, potrzebuje czegoś extra. Asem z rękawa miał być transfer Luisa Figo. Tak więc drugi z kandydatów obwieścił, że jeśli wygra wybory, Portugalczyk trafi do Madrytu. Jeśli natomiast do przeprowadzki nie dojdzie, kibice Los Blancos będą wchodzić na stadion za darmo, przez cały kolejny sezon. Zdeterminowany kandydat mówił, że ma już nawet podpisaną pewną, wstępną umowę z Figo. Sam zainteresowany zaprzeczał wszystkiemu, a Lorenzo Sanz drwił słowami: „Może następnym razem Florentino ogłosi, że zakontraktował Claudię Schiffer?” Deklaracje majętnego Hiszpana wyglądały na zwykłą kiełbasę wyborczą. Pokusa i ciekawość głosujących okazała się jednak nie do powstrzymania. Perez wygrał wybory. Maszyna ruszyła. Jak się później okazało, kontrkandydat Lorenzo Sanza nie rzucał słów na wiatr. Jeszcze przed rozstrzygnięciem wyborów wprowadził w życie niecny plan. Hiszpan skorzystał z przeciągających się negocjacji kontraktowych na linii Figo-Barcelona. Ówczesna umowa Portugalczyka zawierała klauzulę odstępnego w wysokości około 50 mln dolarów. Oznaczało to tyle, że każdy, kto będzie gotów zapłacić tę kwotę, będzie miał wolną drogę, by sprowadzić Portugalczyka do swojego klubu. Pod warunkiem, że ten się na to zgodzi. Perez zadbał również o to. W odpowiednim momencie dał Portugalczykowi ofertę nie do odrzucenia. Prezes Realu zaoferował agentom Figo ponad 2 mln dolarów za sam fakt, podpisania porozumienia, które zobligowałoby go do przejścia do Los Blancos, tylko wtedy jeśli Perez wygra wybory. Wówczas wydawało się to niemożliwe. Kwota ta miała być łatwym zarobkiem dla Portugalczyka – który dziś twierdzi, że o niczym nie miał pojęcia – i jego agentów. Rzeczywistość okazała się inna. Perez triumfował w wyborach, wpłacił klauzulę i tym samym zmusił Figo do przeprowadzki. Majstersztyk. Czy piłkarz Barcelony miał jakieś wyjście? Tak. Ale tu pojawia się kolejny haczyk. Umowa na linii Perez-Figo zawierała również zapis, w wyniku którego sam piłkarz, lub jego pracodawca może unieważnić dokument. Warunkiem było jednak wpłacenia blisko 30 mln dolarów, jako rekompensatę za zerwanie umowy. Katalońska strona znalazła się pod ścianą. Idol Camp Nou trafił na Santiago Bernabeu. Perez dotrzymał słowa. Ówczesny, wówczas świeżo upieczony prezydent Barcelony, Joan Gaspart wspomina: „Żeby przekonać fanów, że umowa z Figo była prawdziwa, Perez obiecał im darmowy wstęp na stadion przez rok, jeśli Figo nie podpisze kontraktu z Realem. W jaki sposób? Finansując to z rekompensaty, którą musielibyśmy wypłacić w imieniu Figo. Jak mógłbym to zrobić?. Jestem nowym prezydentem Barcelony i mam płacić kibicom Realu Madryt, żeby w każdy weekend mogli oglądać swoją drużynę? Umarłbym… umarł!” Wszyscy doskonale wiemy, co było potem. Już pierwsza wizyta Figo na Camp Nou wiązała się z traumatycznymi momentami dla Portugalczyka. Przeraźliwy hałas, wulgarne epitety, a także latające zewsząd fałszywe banknoty, ozdobione jego wizerunkiem. To jednak nic. Sezon później skrzydłowy nie pojawił się na Camp Nou z powodu kontuzji. Do prawdziwego ekstremum doszło jednak w kolejnych rozgrywkach w roku 2002. To do czego piłkarz zdążył się już przyzwyczaić, było zaledwie zapowiedzią kolejnych absurdów. Wszelakie próby wykonywania rzutów rożnych przez piłkarza Realu kończyły się prawdziwym bombardowaniem z trybun. Na murawę leciały monety, zapalniczki, butelki po whiskey, a nawet… świński łeb. Do dziś nie wiadomo jak to możliwe, że fanatycy dali radę wnieść go na stadion. Jedno jest pewne, żadna inna przeprowadzka, nie zagotowała piłkarskich fanów do tego stopnia.
Luis Enrique, Real Madryt -> Barcelona
Trzeba jednak przyznać, że kibice Blaugrany wykazali się stosunkową krótką pamięcią. W momencie, w którym Luis Figo przeżywał dramat na murawie Camp Nou, tamtejsze trybuny miały swojego lokalnego idola z przeszłością w… Realu Madryt. Luis Enrique trafił do Los Blancos ze Sportingu Gijon w roku 1991. Nigdy nie był pierwszoplanową postacią w barwach Królewskich, co nie zmienia faktu, że spędził na Santiago Bernabeu aż pięć lat. Trudno nazywać go ulubieńcem trybun, rola „zapchajdziury” nigdy nie dała mu statusu gwiazdy. Kiedy kontrakt Hiszpana dobiegał końca, zarząd zdawał się nie być zdeterminowanym, by podpisać z nim nową umowę. Niezadowolony z tego faktu zawodnik postanowił zagrać na nosie Królewskim, kiedy to zgłosiła się po niego Barcelona. I tak szokująca przeprowadzka stała się faktem. Enrique mówił prowokacyjnie na łamach Marci: „Kiedy widzę siebie na naklejkach i w telewizyjnych transmisjach, uważam, że w białym mi nie do twarzy. Purpurowy połączony z niebieski pasują mi znacznie lepiej.” Co ciekawe, zawodnik dodaje po latach (Four Four Two): „To nie była trudna decyzja. Podpisałem z Realem kontrakt na pięć lat i tyle też dla nich grałem. Wypełniłem swoje zobowiązanie, nie złamałem umowy”. Hiszpan początkowo miał problem ze zdobycie uznania w oczach fanów Blaugrany. Nie pomagał mu w tym fakt, że swego czasu zdobył jedną z bramek w El Clasico, w którym to Real rozgromił Barcę aż 5:0. Mocny charakter pomógł jednak Hiszpanowi, który zaliczył dublet w ligowym debiucie i z każdym meczem zyskiwał poparcie trybun, by ostatecznie zostać kapitanem zespołu. Punktem kulminacyjnym w porozumieniu między piłkarzem a kibicami Blaugrany był jego gol w bezpośrednim starciu Realu z Barceloną, w roku 1997. Duma Katalonii pokonała rywali 3:2, a jedną z bramek zdobył Enrique. Piłkarz nie miał zamiaru tonować emocji. Szalona radość i eksponowanie herbu to coś, co musiało rozwścieczyć sympatyków Los Blancos. Gdy obecny selekcjoner reprezentacji Hiszpanii wspomina tę chwilę w podcaście Colgados del Aro, mówi: „Jeśli się strzela gola, to należy go celebrować…” Piłkarz spędził na Camp Nou 8 lat, zdobywając w tym czasie dwa Mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Zdobywców Pucharu, Superpuchar Europy, a także trzy inne, krajowe trofea.
Robin Van Persie, Arsenal -> Manchester United
Kiedy Holender pojawił się na Highbury w 2004 roku, angielscy kibice nie wiedzieli o nim zbyt wiele. Zanim piłkarz zaczął świecić pełnym blaskiem, fani Kanonierów musieli wykazać się sporą cierpliwością. Oczywiście, od samego początku przygody Van Persiego w Londynie, widać było, że jest to piłkarz z ogromnym potencjałem. Mimo wszystko nauka gry na pozycji napastnika (wcześniej grał jako skrzydłowy), zmiana otoczenia, a także niedające mu spokoju kontuzje sprawiały, że piłkarz miał spory problem, by pokazać pełną klasę. Wenger obdarzył jednak swojego podopiecznego sporym zaufaniem i pozwalał mu na harmonijny rozwój. Holender spędzał w stolicy Anglii kolejne lata, stając się coraz bardziej istotną postacią zespołu. Przełomowymi rozgrywkami zdaje się być sezon 2010/2011, kiedy to Holender 18-krotnie trafił do siatki ligowych rywali i powoli wyrastał na topowego napastnika. Regularna forma, a także cechy przywódcze, coraz bardziej doświadczonego piłkarza, zaowocowały jeszcze większym uznaniem ze strony Wengera. Francuz wręczył Van Persiemu opaskę kapitańską na kolejny sezon. Szybko okazało się, że ta decyzja to strzał w dziesiątkę. Zaufanie menedżera popchnęło Holendra do najlepszego indywidualnego sezonu w życiu. I tak w kampanii 2011/2012 napastnik strzelił zawrotną liczbę 30 ligowych goli, dokładając do tego aż 14 asyst. Taka forma musiała zaowocować nagrodą piłkarza sezonu Premier League, a także jeszcze większymi oczekiwania kibiców i menedżera, którzy wierzyli, że w kolejnych miesiącach Holender popchnie zespół do sukcesów. No właśnie. Trofea to coś, co może zakręcić w głowie piłkarza, nawet bardziej niż pieniądze. Tak było w przypadku Van Persiego, który ogłosił, że nie podpisze nowego kontraktu z klubem. Arsenal nie był gwarantem zwycięstw. Fani byli zdruzgotani. Sympatycy The Gunners nie mogli pojąć jak – bądź co bądź – świeżo upieczony kapitan, może ich opuścić, po swoim najlepszym sezonie w życiu. To nie miało tak wyglądać! Rozgoryczenie było tym większe gdy okazało się, że Van Persie trafi do… Manchesteru United. Czy mogło być gorzej? Tak, tylko jeśli zdecydowałby się na transfer do Tottenhamu. To byłby jednak absurd. Niemniej rywalizacji na linii Kanonierów i Czerwonych Diabłów, którzy to wspólnie zdominowali rozgrywki w latach 1992-2004, była czymś, co tworzyło między tymi klubami silny antagonizm. Chęć wygrywania była jednak dla Van Persiego zbyt wielka, by patrzeć na sentymenty. Sam piłkarz uważa, również, że Kanonierzy pokpili sprawę nowego kontraktu (BT Sports): „Moją przygodę z Arsenalem możecie porównywać do małżeństwa. Ja i moja żona – Arsenal – byliśmy w związku przez 8 lat. Możliwe, że po ośmiu latach moja żona się trochę mną zmęczyła. Takie są fakty. (…)Faktem jest to, że nie zaproponowano mi przedłużenia kontraktu. Musiałem się rozejrzeć wokół. Byłem ambitny. Wciąż chciałem wygrać ligę. Takie jest życie. Miałem do wyboru trzy opcje. Jedna zagraniczna opcja szybko stała się nieaktualna. W grze pozostał Manchester City i Manchester United.” Mimo wszystko trudno dziś uwierzyć, że Arsenal nie chciał zatrzymać w klubie swojego najlepszego piłkarza. Niemniej, trafił on na Old Trafford, za około 30 mln euro, gdzie z miejsca spełnił swoje marzenie, jakim był triumf w rozgrywkach Premier League w sezonie 2012/2013. Wydatnie się zresztą do niego przyczynił, strzelając 26 goli i sięgając po drugą z rzędu Koronę Króla Strzelców. Dziś sam Holender twierdzi, że było warto.
Sol Campbell, Tottenham -> Arsenal
Wenger nie powinien mieć jednak pretensji zarówno do swojego napastnika, jak i Sir Alexa Fergusona. Około dekadę wcześniej sam przeprowadził manewr, którym rozwścieczył fanów rywala. Animozje kibiców Tottenhamu i Arsenalu są stare jak świat. Zarówno dla jednych, jak i drugich Derby północnego Londynu to najważniejsze spotkania sezonu. Rywalizacja Kanonierów i Kogutów to całe lata złośliwości i niechęci jaką serwują sobie kibice tych zespołów. Nic więc dziwnego, że kiedy w lipcu, 2001 roku, Sol Campbell zdecydował się zamienić White Harte Lane na Highbury, cała piłkarska Anglia zadrżała. Ale od początku. Pomiędzy sezonami 2000/2001 a 2001/2002 ten potężnie zbudowany, środkowy obrońca Kogutów oznajmił, że nie ma zamiaru przedłużać kontraktu z klubem. Kibice Tottenhamu byli niepocieszeni. Campbell był symbolem klubu, wychowankiem i jednym z lepszych obrońców w lidze. Fani zastanawiali się gdzie powędruje ich lider. Bezgotówkowy transfer związany z wygasającą umową otwierał wiele kierunków. Warunki finansowe przedstawione przez działaczy Spurs były rzekomo nie do przyjęcia, a z defensorem łączono Liverpool, Chelsea, Barcelonę czy Real. Każda z tych opcji byłaby łatwiejszą do przełknięcia dla społeczności z White Harte Lane, niż ta, którą wybrał sam piłkarz. Wieść spadła jak grom z jasnego nieba. Campbell zostanie Kanonierem! Szok był tym większy, że całość negocjacji udało się sfinalizować z dala od medialnego zgiełku. Wenger wspomina z satysfakcją: „Osiągnęliśmy porozumienie, które nie wyszło do prasy. Pamiętam jego konferencję prasową, która odbyła się w ośrodku treningowym. Zjawiło się zaledwie dwóch dziennikarzy i nigdy nie zapomnę ich min, gdy na salę wszedł Sol. „Sol Campbell z Tottenhamu”, nie mogli w to uwierzyć! (…) Sol wiedział, że do nas dołączy na tydzień przed wygaśnięciem jego kontraktu, a przynajmniej złożył nam taką obietnicę. Uświadomiłem sobie jak ważne to było, gdy graliśmy pierwszy wyjazdowy mecz z Tottenhamem, ale to jest facet, który nie boi się odważnych decyzji.” Wyżej wspomniany mecz nie był dla Campbella bułką z masłem. Przeraźliwie gwiżdżący tłum, a także transparenty z napisem „Judas” były tym co przywitało Anglika na starych śmieciach. Defensor do dziś zmaga się z łatką jednego z największych zdrajców w historii futbolu. Dziennik Daily Mail umieścił go swego czasu na szczycie takiego rankingu. Sam piłkarz, który spędził na Highbury pięć lat, mówił w 2014 roku, na łamach Sky Sports: „Przykro mi z powodu tego jak moje przenosiny wyglądały w oczach kibiców. Nie zamierzam jednak za to przepraszać, gdyż moja przeprowadzka do Arsenalu dała mi wiele sukcesów”. Cóż, dwa triumfy w Premier League, trzy Puchary Anglii, a także udział w finale Ligi Mistrzów, sprawiają że trudno się z Campbellem nie zgodzić.
Manuel Neuer, Schalke -> Bayern
Obecny bramkarz reprezentacji Niemiec to żywa legenda, zarówno drużyny narodowej jak i Bayernu Monachium. Neuer gra w Bawarii od 2011 roku, co sprawia, że jest mocno z tym klubem utożsamiany. Do tego stopnia, że niektórzy z kibiców mogą nie pamiętać o tym, że bramkarz ten zaczynał swoją karierę w Schalke 04, a więc w zespole, którego kibice wprost nienawidzą swoich wyżej wspomnianych rywali. Mało tego. Reprezentant Niemiec w swoich młodzieńczych latach był zagorzałym fanem klubu z Arena AufSchalke. Młody Neuer był regularnie widywany na stadionie Królewsko-Niebieskich, gdzie wraz z najzagorzalszymi fanami wspierał swoich miejscowych bohaterów. To naprawdę był chłopak z Gelsenkrichen! Nic dziwnego, że letni transfer rozwścieczył miejscowych fanów, którzy nie potrafili wybaczyć piłkarzowi tej zdrady. Nie pomógł nawet triumf w Pucharze Niemiec. Kiedy Schalke sięgało po to wyróżnienie, po pokonaniu MSV Duisburg, w meczu finałowym, spekulowano już o tym, że Neuer od nowego sezonu zagra w Bayernie. Bramkarz mógł myśleć, że triumf w prestiżowych rozgrywkach pomoże mu w godnym pożegnaniu się z fanami w trakcie fety. Nic bardziej mylnego. Podczas uroczystości jeden z fanów jasno dał do zrozumienia Neuerowi, co myśli o jego przeprowadzce. Miejscowy kibic spoliczkował piłkarza na oczach tysięcy mieszkańców miasta. Video z tego zdarzenia jest do znalezienia w internecie po dziś dzień. Tak czy inaczej transfer stał się faktem. Neuer zasilił Bayern za kwotę blisko 30 mln euro i od tamtego czasu regularnie broni bramki zespołu z Bawarii. Sam zawodnik wówczas mówił: „Wiem, że część kibiców traktuje mnie jak Judasza, ale Schalke zawsze zostanie częścią mnie.” Nie sądzę by te słowo zmieniły cokolwiek w optyce kibiców z Gelsekirchen. Faktem jest jednak, że ta przeprowadzka, pozwoliła Neuerowi na wygranie takich trofeów jak: ośmiokrotne Mistrzostwo Niemiec, dziewięć krajowych pucharów a także Ligę Mistrzów oraz Superpuchar Europy. Niestety dla fanów z Królewsko-Niebieskich, w ich klubie nie byłoby to możliwe.
Powyższe przykłady futbolowych „zdrajców” nie wyczerpują oczywiście tematu. Wszystkie przypadki to bezpośrednie przeprowadzki z jednej strony barykady na drugą. Spokojnie mogłoby się tu znaleźć również miejsce dla takich zawodników jak Bernd Schuster (z FC Barcelony do Realu), Michael Laudrup (ten sam przypadek), Mario Goetze (z Borussii do Bayernu) czy Ashley Cole (z Arsenalu do Chelsea). Istnieje również grupa piłkarzy, która podpadła fanom z powodu samego faktu gry dla zwaśnionych ze sobą klubów, mimo że pomiędzy tymi epizodami, decydowali się na przygody w zupełnie innych zakątkach świata. Możemy mieć tu na myśli Ronaldo (Barcelona, Inter, Real, Milan), Mo Johnstona ( Celtic, Rangers) czy Michaela Owena (Liverpool, Manchester United). Są tacy, którzy rozumieją, że piłka nożna dla części zawodników, jest niczym innym jak pracą- idziesz tam, skąd masz ofertę. Pozostali twierdzą, że futbol to jednak coś więcej, a szacunek dla fanów to rzecz nadrzędna. Jeśli chodzi o mnie, stoję gdzieś po środku. Z jednej strony razi mnie transfer Luisa Figo bo widzę w nim chęć zarobku i brak poszanowania tradycji, z drugiej rozumiem posunięcie Manuela Neuera, gdyż jest ono tożsame z pragnieniem rozwoju. Klubowe waśnie i transferowe sagi to jednak zawsze tematy złożone, w których nie ma prostych odpowiedzi.
8
Kontrowersyjne ruchy transferowe:
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@regatta52 To prawda ale z drugiej strony nie wiemy jeszcze co pokaże i co osiągnie Yamal...? Dorównać Messiemu tego, co osiągnął będzie jemu piekielnie ciężko, jeśli wogóle będzie to możliwe w wykonaniu Yamala...?
9
@FCBparasiempre
16 listopada 1893 r. powstała Sparta Praga, najbardziej utytułowany zespół w historii czeskiej (i Czechosłowackiej) piłki nożnej. Po I wojnie światowej była jedną z najlepszych drużyn w Europie i odnosiła niemałe sukcesy na arenie międzynarodowej. Powstanie Sparty datuje się na 1893 rok w wyniku rozłamu, do jakiego doszło w zespole AC Praha, założonego dwa lata wcześniej. Na samym początku nazywała się zupełnie inaczej, niż dzisiaj: AC Královské Vinohrady. Rok później zmieniono nazwę na AC Sparta, a człon „Praga” zostanie dodany dopiero w latach 50. XX wieku. Klub wywodzi się z miasta Vinohrady, która w 1922 roku zostanie dołączona do aglomeracji Pragi jako jedna z jej dzielnic. Niemal od samego początku istnienia gra w charakterystycznych ciemno-czerwonych barwach u siebie i w żółtych barwach na wyjeździe. Stało się to dzięki podróży ówczesnego prezesa klubu dr Petříka do Anglii. Podpatrzył tam ekipę Arsenalu i postanowił przywieźć ze sobą jeden zestaw koszulek londyńskiego zespołu. Na samym początku istnienia Spartanie mieli problemy, z powodu braku wsparcia stołecznego Ratusza, mimo wcześniejszych obietnic. Treningi zawodników odbywały się na poligonie wojskowym, a mecze rozgrywano na specjalnie wyznaczonym terenie w parku. Pierwsze lata występów nie były owocne w sukcesy, ale w 1904 roku, po przyjściu trzech utalentowanych piłkarzy ze Slavi Praga, Jana Košeka, Jindřicha Baumruka i Rudolfa Krummera, Sparta stała się jedną z najlepszych ekip na terenie Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Jeszcze w tym samym roku, w Boże Narodzenie, pokonali First Viennę 7:2 i 7:0, Budapeszt BTK 4:1, a z aktualnym mistrzem Anglii Newcastle United minimalnie przegrali 2:3. Na początku XX wieku klub ze stolicy Czech była tak mocny, że nawet jej druga drużyna była w stanie wygrywać z ligowymi rywali, a nawet z pierwszą drużyną Sparty. Dlatego w 1912 roku, kiedy odbyły się pierwsze mistrzostwa Czeskiego Związku Piłki Nożnej, mistrzostwo Spartan nikogo nie zdziwiło. W trakcie pierwszej wojny światowej rozgrywki niemal stanęły w miejscu, z powodu działań wojennych, ale Sparta nie próżnowała. W 1915 założyła szkółkę juniorską, a po zakończeniu działań wojennych skumulowała w swojej kadrze wielu świetnych zawodników, stając się jedną z najlepszych drużyn na świecie. To w większości piłkarze Sparty zapewnili reprezentacji Czechosłowacji dojście do finału Igrzysk Olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku. W Finale Czechosłowacja przegrała z Belgią 2:0. Tuż po końcowym gwizdku oprotestowała rezultat meczu, za co została zdyskwalifikowana. Choć w pierwszych latach po zakończeniu I wojny światowej rozgrywki krajowe oficjalne nie istniały, to organizowano je oddolnie. Sparta była najlepsza nieprzerwanie od 1919 do 1923 roku, wygrywając 59 na 60 rozegranych meczów, z łącznym rezultatem bramkowym 235-46. Generalnie eksperci piłkarscy uważają Spartę Praga, FC Barcelonę i FC Nürnberg za najlepsze drużyny pierwszej połowy lat 20. XX wieku. W 1921 roku w prestiżowym turnieju o tytuł nieoficjalnego mistrza kontynentu Spartanie pokonali obu rywali na swoim terenie, Norymbergę 2:1 i Barcelonę 3:2.
Z czasem konkurencja w kraju i za granicą zaczęła rosnąć wraz z popularyzacją piłki nożnej, a Sparta przestała się rozwijać, przez co rywale zaczęli ją doganiać. Mimo wszystko nadal byli znaną marką na arenie międzynarodowej. Drużyna w 1926 wyruszyła na piłkarskie tournée po Ameryce Północnej, gdzie rywalizowała z angielskimi i szkockimi zespołami. Na 12 meczów wygrali siedem, w dwóch przegrali, w trzech zremisowali. W 1924 roku Czechosłowacki Związek Piłki Nożnej ustanowił zasady profesjonalizacji piłki nożnej, tworząc oficjalną ligę, która rozpoczęła działalność dwa lata później. Warto przy tym spojrzeć na historię pierwszego ligowego meczu, wygranego 7:1 przez Spartę z SK Union Vršovice. Sędzia jednak nie uznał wyniku meczu ze względu na nieodpowiedni teren. Po wielu miesiącach zarządzono rozegranie ponownego meczu. Tym razem wygrana 3:2 bardzo bolała Spartę, bo zmieniony rezultat bramkowy bezpośrednio doprowadził to przegranego tytułu ligowego. Następne lata były już zdecydowanie lepsze i do 1938 roku Sparta Praga sześciokrotnie została mistrzem kraju. W latach, kiedy nie wygrywała ligi, zawsze była druga, z wyjątkiem sezonu 1927/28. Poza tym triumfowała w międzynarodowych rozgrywkach o Puchar Mitropa w 1927 i 1935 roku, w którym brały udział najsilniejsze kluby ze środkowej części kontynentu m.in. Włoch, Austrii, Węgier czy Jugosławii. W marcu 1939 III Rzesza dokonała aneksji państwa Czechosłowackiego, a we wrześniu doprowadziła do wybuchu II wojny światowej. Mimo tych okoliczności rozgrywki ligowe w Czechosłowacji dalej się odbywały. Sparta Praga odczuła trudy wojny. W sezonie 1940/41 zajęła dopiero czwarte miejsce w lidze. Źle rozpoczęła kolejny sezon i po jesiennej części rozgrywek zajmowała ostatnie miejsce. Dodatkowo w derbach ze swoim odwiecznym rywalem, Slavią Praga, odniosła kompromitującą porażkę 7:0. Uratowania drużyny podjął się Vlasta Burian. Został on nie tylko trenerem, ale także inwestorem. Z własnej kieszeni zatrudnił kilku zawodników, obchodząc tym samym nazistowski zakaz profesjonalizmu w piłce nożnej. Od nowa podłożył fundamenty funkcjonowania klubu, dzięki czemu Sparta uratowała się przed spadkiem z ligi w ostatnim meczu sezonu 1941/42. Nowe wzmocnienia zaczęły odciskać piętno, w kolejnym sezonie zakończyli rok na zmagania na pozycji wicelidera, a w sezonie 1943/44 wygrali czeską ligę, już po raz dziesiąty w swojej historii. To był jednocześnie ostatni rozegrany sezon w okresie II wojny światowej. Po wyzwoleniu kraju większość zawodników Sparty trafiła do kadry narodowej. Po wojnie życie piłkarskie szybko wróciło do normy, a w lidze czeskiej było po staremu. Naprzemiennie dominowały kluby z Pragi: Sparta i Slavia. To się zaczęło zmieniać w latach 50-tych, kiedy oba zespoły zostały wyparte przez trzy zespoły: Bratysławskie Sokol NV i Červená hvezdę, a dodatkowo na miejscowym podwórku, czyli w stolicy, powstał wojskowy klub ATK. Ta trójka sięgnęła po większość trofeów w latach 50-tych, ale Sparta dwukrotnie nie dała za wygraną, wygrywając ligę w 1952 i 1954 roku. Nie miała jednak okazji na wiele prestiżowych rywalizacji międzynarodowych, z powodu zamknięcia się bloku komunistycznego na zachód. Pod koniec dziesięciolecia Sparta zaczęła podupadać i dwa ostatnie sezony 1958/59 i 1959/60 spędziła na bronieniu się przed spadkiem. Sparta Praga utrzymała swój solidny poziom, ale już na stałe straciła pozycję lidera w lidze. Nadal wygrywała, ale już nie tak często, jak miało to miejsce w przeszłości. Lata 60-te to tylko dwukrotnie wygrana liga, a lata 70-te to trzy zdobyte puchary krajowe. Bardzo skromny dorobek w przeciągu 20 lat jak na zespół z taką historią i aspiracjami. Dwukrotnie wygrana liga dała przepustkę do dwóch występów w Pucharze Europejskich Klubów Mistrzowskich, czyli ówczesnej Lidze Mistrzów. Spartanie zaprezentowali się w obu rozgrywkach naprawdę dobrze, dochodząc do Ćwierćfinałów. W pierwszym ćwierćfinale ulegli w dwumeczu Partizanie Belgrad, gdzie po wygranej 4:1 u siebie skompromitowali się w drugim meczu porażką 5:0. W drodze do drugiego ćwierćfinału rozgromili kolejno: FC Lausanne-Sport, Górnik Zabrze, Skeid Oslo i RSC Anderlecht, a powstrzymał ich dopiero Real Madryt.
Lata 70-te były najtrudniejszym okresem w historii klubu. Kilkukrotnie obronili się przed spadkiem, ale w sezonie 1974/75 Sparta spadła do II ligi, jedyny raz w swojej historii. Co prawda rok później wróciła do najwyższej klasy rozgrywkowej, ale w następnych sezonach nadal przebywała w dolnej części tabeli. Wielkim paradoksem jest fakt, że to właśnie w tym okresie Sparta odnotowała także największy sukces na arenie międzynarodowej. W 1973 roku awansowała do półfinału Pucharu zdobywców Pucharów. W półfinale, po zaciętej i równej batalii, ulegli AC Milanowi, ale tak dzielna postawa drużyny, która na krajowym podwórku odnosiła porażkę za porażką, budziła spory szacunek. Swój powrót na szczyt Sparta Praga może zawdzięczać przede wszystkim trenerowi Václavowi Ježekowi. Prowadził wcześniej zespół w latach 1964-69, a teraz przybył, by całkowicie odmienić skład zespołu i styl gry. To poskutkowało i w sezonie 1983/84, po siedemnastoletniej przerwie, Sparta wygrała ligę czeską, a następnie całkowicie ją zdominowała. Drużyna trenera Ježki odnosiła sukcesy także na arenie międzynarodowej, gdzie w latach 1983-1985 Sparta awansowała do ćwierćfinału Pucharu UEFA i Pucharu Mistrzów, ale na tym skończyły się dalsze sukcesy za granicą. Spartanie mieli wtedy bardzo silną kadrę, dzięki skupieniu się na regularnym rozwijaniu mniej znanych graczy do wysokiego poziomu. To między innymi z tego powodu dziewięciu piłkarzy Sparty reprezentowało Czechosłowację na Mistrzostwach Światach w 1990 roku. Podobnie było sześć lat później, na Mistrzostwach Europy 1996, gdzie Czesi zdobyli srebrny medal. To także w tamtym okresie dla Spartan grał Jiří Novotný, defensywny pomocnik, który był filarem swojego zespołu i doprowadził do zdobycia aż 14 tytułów ligowych. Lata 90-te charakteryzowały się również tym, że dochodziło do częstej rotacji składu. Tak swoją szansę w Sparcie dostały przyszłe legendy w historii czeskiej piłki, takie jak Pavel Nedvěd, Jan Koller czy Tomáš Rosický. Choć liczba pięciu wygranych sezonów na przestrzeni lat 2000-2010 na papierze wygląda bardzo dobrze, to w porównaniu do przeszłości i w odniesieniu do trudnych momentów w czeskiej piłce była świadectwem, że legendarna Sparta zaczyna powoli gasnąć. Sytuacja z płacami piłkarzy była wręcz dramatyczna, a kluby częściej ponosiły straty, niż dochody. Doszło do tego, że talenty piłkarskie, w tym te młodzieżowe, po rozegraniu kilku udanych meczów w lidze czeskiego poszukiwało dalszej kariery za granicą. Z tego powodu każdy musiał sięgnąć po alternatywne rozwiązania. Swoje szanse dostawali coraz młodsi zawodnicy, lub piłkarze, którzy nie mogli wcześniej wywalczyć miejsca w podstawowej jedenastce. Postawiono też na czeskich weteranów, którzy po udanym epizodzie na boiskach europejskich wracali do kraju, na ostatni etap swojej przygody z piłką. To miało swoje przełożenie w piłce międzynarodowej. Choć Sparta często awansowała do Ligi Mistrzów, to przeważnie odpadała w fazie grupowej. Później sytuacja tylko się pogarszała, bo zarząd klubu nie był w stanie zapewnić stałych zarobków, a zmiennicy, którzy pojawiali się w miejsce sprzedanych piłkarzy, nie prezentowali wymaganej od nich jakości. W porównaniu do innych klubów Sparta z tym wyzwaniem poradziła sobie słabo. Pozostała silną czeską ekipą, ale utraciła status najlepszej. Ostatni tytuł ligowy Sparta Praga wywalczyła w sezonie 2013/14, a ostatni puchar kraju w 2020 roku. Podsumowując na przestrzeni całej swojej historii, czeski klub wygrywał ligę 37 razy, a puchar kraju 27 razy, co jest krajowym rekordem. Sięgnął także trzykrotnie po Superpuchar, dwukrotnie, w 2010 i 2014 roku, na łamach rozgrywek o Czeski Superpuchar, a w 2020 roku już w ramach innych rozgrywek: o Superpuchar Czechosłowacji. W ostatnich latach Sparta często awansuje do Ligi Europy, ale najczęściej odpada albo w fazie grupowej, albo tuż po przejściu do dalszej fazy rozgrywek. Regularnie znajduje się w ścisłej czołówce czeskiej ligi, często ją kończąc na drugim lub trzecim miejscu, ale tracąc zbyt dużo punktów do lidera rozgrywek. Obecnie trenerem drużyny jest Brian Priske, a od grudnia 2018 roku dyrektorem sportowym jest były zawodnik klubu i legenda Arsenalu Tomáš Rosický.
9
Czy wiemy że…
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@FcPortoFan1999 Dokładnie tak! Chodziłem wówczas do podstawówki i był to mój pierwszy w życiu obejrzany mecz!
1
@FcPortoFan1999 No nie tylko ten pan miał te szczęście oglądać to na żywca...
8
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
16 listopada 1919 r. urodził się Tadeusz Parpan, środkowy obrońca i pomocnik. W pierwszym sezonie po II wojnie światowej, w bitwie o pierwsze miejsce w tabeli łeb w łeb szły ze sobą dwa krakowskie zespoły: Wisła i Cracovia. Biała Gwiazda górowała w ofensywie dzięki takim piłkarzom, jak Józef Kohut czy Mieczysław Gracz. ,,Pasy” potrafiły się jej jednak przeciwstawić znakomitą defensywą i to one wyszły z tego boju zwycięsko. Największą zasługę w tym dziele miał znakomity obrońca – Tadeusz Parpan. Kiedy UEFA po II wojnie światowej organizowała mecz Reprezentacji Europy z Wielką Brytanią, wysłała do selekcjonerów kadr narodowych listy zgłoszeniowe dla kandydatów do tego prestiżowego starcia. Henryk Reyman(Wiślak z krwi i kości) nie miał wątpliwości kto z Polaków mógłby unieść to ważne brzemię odpowiedzialności. Na karcie skreślił nazwiska Gracza oraz defensora Cracovii – Parpana. Ostatecznie piłkarzowi Pasów, pomimo powołania, nie udało się zagrać w tym meczu z powodu braku paszportu. Parpan budził wielkie zainteresowanie kibiców w tych pierwszych powojennych sezonach ze względu na swój wzrost. Mierzył 186 centymetrów, co wówczas stanowiło rzadko spotykany wymiar u piłkarza. Stąd nazywano go powszechnie ,,Wielkoludem z Cracovii”. Te warunki fizyczne dawały mu znaczną przewagę w pojedynkach główkowych. Jego główna zaletą było jednak znakomite ,,czyszczenie pola”. Parpan nie dopuszczał po prostu przeciwników w pobliże swojej ,,jedenastki”, przez o mawiano że bramkarz Cracovii na ogół jest bezrobotny. Znakomicie kierował też defensywą swej drużyny. Przyczyniło się to do wywalczenia przez Cracovie mistrzostwa Polski w 1948 r. O wszystkim(jedyny raz w historii Ekstraklasy) decydował baraż dwóch najlepszych drużyn tabeli.
Po zakończeniu rozgrywek okazało się bowiem że Pasy i Biała Gwiazda wywalczyły równą ilość punktów. Ostatecznie na neutralnym boisku Garbarni, Cracovia wygrała 3:1 i po raz ostatni w swej historii zdobyła mistrzostwo Polski. Parpan nie mógł zagrać w tym decydującym meczu. Przez cały sezon był jednak zdecydowanie najważniejszą postacią defensywnie nastawionych Pasów. Dowodzą tego liczne wyróżnienia indywidualne za ten okres. Obrońca znalazł się na 6 miejscu w Plebiscycie ,,Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca 1948 roku. Przez kolejne ćwierć wieku jedynym futbolistą, któremu udało się wyrównać ten wynik, był Deyna. W 1949 Parpan znalazł się zaś na 9 miejscu. Przez następne 20 lat dwa razy z rzędu pozycje w Top-10 udało się utrzymać tylko Cieślikowi oraz Szymkowiakowi. Oprócz mistrzostwa z Cracovią, wywalczył wicemistrzostwo. Miał wtedy 32 lata. Najlepszy okres zabrała mu niestety wojna. Nim wybuchła(a był przecież ledwie rok młodszy od Wilimowskiego) nie zdążył wpłynąć na szerokie wody. Grał tylko w Łagiewiance, klubie założonym przez swego ojca Piotra, z braćmi Tadeuszem i Leopoldem. Dopiero podczas okupacyjnych rozgrywek zwrócił na siebie uwagę Pasów, co pozwoliło zasilić szeregi tej drużyny w pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości. Podczas II wojny światowej nie tylko kopał piłke ale był też żołnierzem Armii Krajowej i za swoje męstwo został uhonorowany odznaczeniami. Do dziś nikt z piłkarzy Cracovii nie pobił go w liczbie występów w reprezentacji. Jako zawodnik tego klubu rozegrał w biało-czerwonych barwach 20 meczów, strzelając jednego gola. Po ledwie 4 występach został nominowany kapitanem, co dowodziło jego umiejętności przywódczych. Lepiej pod względem skuteczności wygląda jego dorobek w Cracovii. W 63 meczach w Ekstraklasie zdobył 13 goli. Średnia 0,2 trafienia do dziś wygląda imponująco jak na obrońcę. Trzeba jednak wiedzieć iż Parpan zaczynał jako pomocnik i czasem jeszcze ustawiany był przez trenerów w linii środkowej a nawet jeśli grywał już tam, gdzie pokazywał najwięcej ze swoich umiejętności, to nie udało się całkowicie wyplenić z niego ciągu na bramke. Po odejściu z Cracovii krótko występował jeszcze w Garbarni razem ze swoim bratem Leopoldem. Kariere zakończył w 1951 r. Później pełnił role trenera obydwu krakowskich zespołów, w których występował w Ekstraklasie. Był też kierownikiem Pasów. Nie zdecydował się jednak na powiązanie tego etapu życia wyłącznie z piłką. Jako inżynier z wykształcenia pracował przede wszystkim na Politechnice Krakowskiej. Tadeusz Parpan został wybrany do najlepszej jedenastki 105-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Jest też patronem stadionu Armatury Kraków(dawnej Łagiewianki). Zmarł w 1999 roku.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
10
Debiut ,,La Pulgi” w Dumie Katalonii:
16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Taki oto był początek geniusza futbolu…
Tylko spójrzcie:
8
Debiut geniusza:
16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Taki oto był początek geniusza futbolu…
Spójrzcie:
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
2
Tego Cristiano Ronaldo to zdecydowanie trzeba wziąść w kaftan i zawieźć do szpitala psychiatrycznego na permanentne leczenie!
10
Cenne 3 punkty na wyjeździe:
O kolejne trzy punkty wzbogaciła się reprezentacja Polski w eliminacjach piłkarskich mistrzostw Europy. 15 listopada 2006 r. Biało-czerwoni wygrali w Brukseli bardzo ważny mecz z Belgią 1:0. Zwycięskiego gola strzelił napastnik GKS Bełchatów Radosław Matusiak. To trzecia wygrana z rzędu kadry prowadzonej przez Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner reprezentacji Polski zaskoczył wszystkich. W środku boiska za chorego Mariusza Lewandowskiego zagrał nie Przemysław Kaźmierczak, nie Łukasz Garguła i nie Rafał Murawski, a Dariusz Dudka. Jak widać Beenhakker wie co robi, bo piłkarz Wisły Kraków rozegrał w Brukseli dobre spotkania. Podobnie jak Marcin Wasilewski, którego ostatecznie do gry na prawej obronie wystawił selekcjoner kosztem Marcina Baszczyńskiego. Od początku spotkania to Polska dyktowała warunki gry. Już w 10 minucie obrońcy gospodarzy uratowali swój zespół przed utratą gola po akcji Euzebiusza Smolarka z Radosławem Matusiakiem. W 19 minucie biało-czerwoni objęli prowadzenie. Rozgrywający świetny mecz Matusiak wygrał pojedynek biegowy z defensorem Bayernu Monachium Danielem Van Buytenem i technicznym strzałem w długi róg pokonał Stijna Stijnena. Matusiak potwierdził, że staje się zawodnikiem europejskiego formatu. Oprócz strzelonego gola radził sobie z obrońcami rywali, a także stwarzał sytuacje strzeleckie kolegom z drużyny. Widać, że dwa gole strzelone w meczu z Wisłą Kraków to nie był przypadek i mamy kolejnego dobrego napastnika. Po zdobyciu gola przez Polaków obraz spotkania nie zmienił się. Belgowie nie mieli atutów ani pomysłu na sforsowanie naszej obrony, która grała bardzo pewnie. Na środku defensywy nie mylili się Jacek Bąk i Michał Żewłakow a kolejny bardzo dobry mecz rozegrał Grzegorz Bronowicki. Biało-czerwoni czekali na okazje do kontr i mieli wyśmienite szanse na podwyższenie prowadzenia. W 36 minucie po bardzo dobrym podaniu Matusiaka w sytuacji sam na sam znalazł się bohater dwóch poprzednich spotkań eliminacyjnych, Smolarek, ale strzelił tuż obok słupka. Tuż przed przerwą ten sam piłkarz miał jeszcze jedną szansę. Tym razem dośrodkował Maciej Żurawski, a po uderzeniu głową piłki przez Smolarka centymetrów zabrakło nam do szczęścia.
W II połowie Belgowie zagrali ofensywnie i częściej robiło się nerwowo pod bramką Artura Boruca. Biało-czerwonych wspierało jednak 15 tys. wspaniale dopingujących kibiców, którzy zasiedli na stadionie w Brukseli. ,,Gramy u siebie. Polacy, gramy u siebie” - roznosiło się po obiekcie skandowanie fanów. Największe zagrożenie gospodarze stworzyli już w doliczonym czasie gry, kiedy do ataku przeszedł rosły Van Buyten. Bezbłędnie bronił jednak Boruc, który raz ubiegł właśnie wspominanego wcześniej piłkarza a później Emila Mpenzę. W 79 minucie na boisku pojawił się Rafał Murawski, wychowanek MRKS Gdańsk i były piłkarz Prokomu Arki Gdynia, czy Lecha Poznań i zapisał się w historii polskiej piłki nożnej jako 800 piłkarz, który wystąpił w biało-czerwonych barwach.
,,Zawsze gramy o trzy punkty i tak samo było w Brukseli. Staramy się jak najdłużej utrzymać przy piłce, żeby przejść do akcji ofensywnej. Mieliśmy więcej sytuacji i zasłużyliśmy na zwycięstwo. Cieszę się, że rok zakończyliśmy dwoma jakże cennymi wygranymi” - powiedział Dariusz Dziekanowski, asystent Leo Beenhakkera.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Pyrrusowe zwycięstwo na zakończenie eliminacji:
15 listopada 1989 r. reprezentacja Polski wygrała wyjazdowe spotkanie z Albanią 1:2 w el. MŚ 1990 po golach Tarasiewicza i Ziobera. Jesień Ludów zrobiła swoje. W Albanii reżim komunistyczny mocno chwiał się w posadach. Mieszkańcy tego kraju coraz głośniej domagali się wolnych wyborów oraz idących za nimi głębokich zmian społecznych, gospodarczych i politycznych. W takiej scenerii nasi piłkarze kończyli nieudane eliminacje włoskiego mundialu. I mecz w Tiranie niczego w tym smutnym krajobrazie nie zmienił. Polacy wygrali szczęśliwie, bo gospodarze w niczym nie ustępowali drużynie Andrzeja Strejlaua. On przynajmniej miał małą satysfakcję, że prowadzona przez niego kadra odniosła pierwsze zwycięstwo w meczach o punkty. W wyścigu o awans biało-czerwoni wyraźnie ustępowali Szwedom i Anglikom. Kilka zrywów, indywidualnych szarż i okresów dobrej gry to za mało, by nawiązać walkę na pełnym dystansie ze Skandynawami i Wyspiarzami.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
10
Wybitne legendy Dumy Katalonii:
15 listopada 1927 r. urodził się Joan Segarra, głównie środkowy obrońca, wielka legenda Dumy Katalonii. Segarra był charyzmatycznym kapitanem(miał przydomek ,,El Gran Capitan”) między innymi ,,Barcelony Pięciu Pucharów”. Cechował go wysoki wzrost i doskonałe przygotowanie fizyczne. Przez 15 sezonów rozegrał aż 402 spotkania we wszystkich rozgrywkach, co daje mu jedno z czołowych miejsc w historii klubu. Mimo gry na pozycjach defensywnych strzelał dużo goli, szczególnie w sezonie 1958/59, kiedy to Blaugrana zdobyła podwójną korone. Z powodu problemów z gałką oczną nie zagrał w finale Pucharu Europy z Benfiką. W reprezentacji rozegrał 25 spotkań, ostatnie na Mistrzostwach Świata w Chile w 1962 r. przeciwko Czechosłowacji. Zmarł 3 września 2008 r.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Danny Gaucho Bardzo dziękuje za tak wyczerpującą pomoc ze strony ,,eksperta" futbolu...
0
@okiemtypera_lucaxx95 Nie bardzo interesuje mnie to, kogo to podnieciło, tylko jak doszło do tego że Argentyna przegrała...?
1
@Danny Gaucho Naprawde!? A ja taki głupi że nawet wyniku nie sprawdziłem...
Dobrze że są jeszcze tak inteligentni ludzie jak ty...
1
Kochani moi pasjonaci futbolu a cóż to się staneło że moja Argentyna przegrała z Paragwajem!???
10
Hattrick Claresa:
14 listopada 1976 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Burgos CF 3:0 w ramach 10 kolejki Primera Division. Hattrickiem popisał się Manuel Clares Garcia, który został ściągnięty pod koniec maja 1974 r. z CD Castellon aby w przyszłości zastąpić Cruijffa.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Wybitne legendy polskiego futbolu:
14 listopada 1907 r. w Krakowie urodził się Henryk Martyna, obrońca i kapitan Legii Warszawa, 24-krotny reprezentant Polski, członek zespołu, który zajął czwarte miejsce na IO w Berlinie w 1936 r. ,,Miał słynny, oswobadzający wykop oraz bił potężne rzuty karne i wolne. Pamiętam, jak raz na meczu z austriackim Rapidem strzelił wolnego niemal ze środka boiska i trafił w poprzeczkę. Gdzie te czasy?” – wspominał jego grę redaktor Bohdan Tomaszewski. Antałek to mała beczułka przeznaczona do przechowywania wina albo piwa, w potocznym języku oznaczająca po prostu grubasa. Właśnie Antałkiem nazywano Martynę i faktycznie jego sylwetka daleka była od ideałów fitnessu, przy wzroście 167 cm ważył ponad 80 kg. Jednak twardo stał na nogach, grał z wielkim wyczuciem i poświęceniem a rywali straszył swoimi atomowymi strzałami. Przygodę z futbolem zaczynał w krakowskich klubach (Orzeł, Korona), w stolicy Małopolski skończył też szkołę handlową. W 1928 r. rozpoczął służbę wojskową w Warszawie i trafił do Legii, gdzie przeżył najlepsze lata swojej kariery. Dla Wojskowych rozegrał 160 meczów i zdobył 18 goli. Odszedł w 1936 r. i do wybuchu wojny grał w Warszawiance. Był pierwszym strzelcem gola dla reprezentacji w meczu o punkty – 15 października 1933 r. w eliminacjach MŚ pokonał legendarnego bramkarza Františka Pláničkę strzałem z rzutu wolnego (przegraliśmy 1:2). W kadrze debiutował 28 września 1930 r. w towarzyskim meczu ze Szwecją (zwycięstwo 3:0) a przygodę z drużyną narodową zakończył 4 października 1936 r. z Danią (zszedł w 21. minucie w meczu przegranym 1:2). W czasie kampanii wrześniowej walczył w obronie Twierdzy Modlin. Niemcy zwolnili go z obozu jenieckiego w Iławie i wrócił do Warszawy. W rozgrywkach konspiracyjnych w stolicy reprezentował barwy KS Radość. W czasie Powstania Warszawskiego był cywilnym komendantem kamienicy przy ul. Mokotowskiej 52 a po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Uciekł stamtąd i resztę życia spędził w Krakowie. Był współwłaścicielem firmy poligraficznej, a także kierownikiem sklepu, w czym z pewnością pomogło mu wykształcenie ekonomiczne. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 4 gole.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
0
@RoberDzik Osobiście wybrałbym tą pierwszą opcje ale pod warunkiem że ,,nasz wróg naczelny" czyli Real Madrid nie wygrałby w tym czasie żadnej Ligi Mistrzów a w La Liga wygrałby maksymalnie 5 razy.
8
Legendy argentyńskiego futbolu:
14 listopada 1936 r. urodził się Rubén Héctor Sosa, pomocnik i napastnik; zdobywca Copa America z 1959 r. oraz 2-krotny mistrz Argentyny z Racing Club de Avellaneda. Sosa nazywany był Markizem, ponieważ główkową z elegancją i klasą godną Markiza. Przyszedł z Platensy i w latach 1958- 64 strzelił(głównie głową) dla Racingu 79 goli w 147 meczach. Łącznie w lidze argentyńskiej Sosa rozegrał 181 meczów i zdobył 96 bramek. W 1965 roku przeniósł się do Urugwaju, gdzie do 1966 roku grał w klubie CA Cerro, a w 1967 roku w klubie Club Nacional de Football, z którym zdobył wicemistrzostwo Urugwaju i dotarł do finału Copa Libertadores 1967. Karierę piłkarską zakończył w 1968 roku w USA, w klubie Boston Beacons, w którym rozegrał 17 meczów i zdobył 7 goli. W reprezentacji Argentyny Sosa rozegrał 17 meczów, zdobywając 11 goli.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
9
Bitwa o ,,Highbury”:
Bardzo często mówi się, że styl wyspiarskiej piłki nożnej odznacza się grą siłową. W tamtych czasach jednak mieliśmy do czynienia z gladiatorami muraw. Brutalne mecze im więc nie były straszne. Mecz z 14 listopada 1934 roku jest również określany „prawdziwym meczem o mistrzostwo świata”. Do Londynu przyjechała reprezentacja Włoch, która w 1934 roku wygrała mundial na swoim terenie. Anglicy nie brali udziału w tamtym turnieju, ponieważ w 1928 roku rodzima federacja wystąpiła ze struktur FIFA. Choć był to mecz towarzyski, to brano go jak najbardziej na poważnie. Sam Benito Mussolini obiecał każdemu zawodnikowi, że w przypadku wygranej, otrzymają po 150 funtów oraz samochód a konkretnie wybrany przez siebie model Alfy Romeo.
Anglicy już na początku spotkania pokazali, że traktują ten mecz towarzyski jak prawdziwy finał. W pierwszej minucie świetną okazję na zdobycie bramki zmarnował Eric Brook, który nie wykorzystał rzutu karnego, sprezentowanego przez Ceresciolego. Włoski piłkarz w dosyć głupi sposób sfaulował w polu karnym Teda Drake’a. Zaledwie 120 sekund później Brook się zrehabilitował i otworzył wynik tego spotkania. Można powiedzieć, że od tego momentu puściły hamulce po obu stronach. W 10. minucie Brook ustrzelił dublet, lecz na tym gospodarze nie poprzestali. Chwilę po wznowieniu gry, boisko musiał opuścić Luis Monti, który po zderzeniu z Drake’iem doznał złamania nogi. Od tej chwili goście grali w osłabieniu (w owym czasie nie wprowadzono jeszcze przepisu dotyczącego zmian). Wykorzystując przewagę, trzecią bramkę wbił na domiar złego…Ted Drake. Włosi nie wytrzymali i rewanżowali się jak tylko można. Najlepiej to obrazuje starcie, po którym Eddie Hapgood musiał opuścić boisko z powodu złamanego nosa. Mało? Niedługo potem opatrywany był Ray Bowden z powodu skręcenia kostki a Eric Brook opuścił murawę na skutek złamania kości przedramienia. Na drugą połowę Włosi wychodzili więc w przewadze. Bramka strzeżona przez Franka Mossa była ostrzeliwana raz za razem. Włosi szturmowali połowę Anglików, czego efektem były dwa gole Giuseppe Meazzy. O ile sytuacja na boisku trochę się uspokoiła, to nadal dochodziło do starć, choćby między Luigim Bertolinim i Wilfem Coppingiem. Na szczęście Anglików, wynik spotkania do ostatniego gwizdka nie uległ zmianie. Po tej batalii – piłkarzy uznano za bohaterów narodowych i mistrzów świata, a potocznie nazywano ich „Lwami Highbury”. W meczu tym wystąpił także sir Stanley Matthews. Agresja i brutalność, jaka towarzyszyła temu spotkaniu, w efekcie doprowadziła do poważnych rozmów na temat rezygnacji organizowania oficjalnych spotkań międzypaństwowych…
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
11
Ku pamięci legend:
14 listopada 1986 r. zmarł Ferdinand Daučik. Pochodził on z Czechosłowacji a do Barcelony przybył w 1950 r. jako trener węgierskich uciekinierów z komunistycznego kraju, których liderem był jego szwagier, Ladislao Kubala. Josep Samitier, wielka legenda Barçy był zachwycony poziomem węgierskiej drużyny i doradził prezydentowi FCB zatrudnienie zarówno Daučika, jak i Kubali. Już w pierwszym sezonie Blaugrana dzięki nowym nabytkom zdobyła mistrzostwo Hiszpanii a w dwóch kolejnych podwójną koronę. W 1954 r. Daučik odszedł z Barcelony i przez ponad 20 lat prowadził kilkanaście klubów, głównie hiszpańskich. W sumie był trenerem przez 30 lat bez przerwy, co jest rzadko spotykane. Jeszcze we wrześniu 1980 r. Daučik w wieku 70 lat był pełen werwy i pomysłów: ,,Jestem co raz bardziej przekonany że moja witalność bierze się z tego iż cały czas jestem aktywny. Do teraz widząc dzieci biegające za piłką przyłączam się do gry. Moja głowa jest pełna pomysłów, które zrewolucjonizują futbol hiszpański. To ostatni cel, który sobie postawiłem. Futbol hiszpański jest chory od ponad 15 lat, konkretnie od porażki na Mistrzostwach Świata w Anglii. Wiem że jestem osobą kontrowersyjną ale gdyby brać pod uwagę matematykę w piłce, to pod względem zwycięstw i trofeów byłbym numerem jeden”- powiedział Daučik w 1980 r.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Safrani Nie znam szczegółów ale akurat mnie to nie dziwi, kiedy ojciec dawał taki a nie inny przykład synowi...
10
Wybitne legendy polskiego futbolu:
13 listopada 1955 r. w Warszawie urodził się Stanisław Terlecki. Synonim wielkiego pecha w polskim futbolu. Dwukrotnie był bardzo bliski wyjazdu na mistrzostwa świata, jednak na przeszkodzie stawały mu dziwne przypadki. Ostatecznie nie zagrał na tej imprezie, choć w opinii wielu Terlecki był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych lat 70-tych i 80-tych na świecie! ,,Brylantowe” – mawiał podobno o jego umiejętnościach sam Gmoch. Zawodnik był pewniakiem w jego drużynie szykowanej do występu na Mistrzostwach Świata. Na drodze stanął mu jednak ligowy występ w barwach ŁKS przeciwko Polonii Bytom. Niespełna miesiąc przed mundialem obrońca rywali Czesław Bryłka popełnił brzydki, perfidny faul, po którym Terlecki doznał kontuzji łąkotki. Wykonał olbrzymią prace aby powrócić do zdrowia w ekspresowym tempie. Stawił się nawet na specjalnych testach zarządzonych przez selekcjonera, przechodził kolejne egzaminy ale kiedy przyszło do wykonania strzału piłka lekarską, musiał odpuścić. Gmoch wprost przyznawał że ten niespodziewany wypadek przewrócił do góry nogami całą jego koncepcje gry opierającą się głównie na Terleckim. Cenił go nawet wyżej niż Gadoche. Uważał że posiada wszystkie zalety tamtego a dodatkowo jest skuteczniejszy. Pomimo braku powołania, przyjechał na lotnisko powitać powracającą z mundialu kadre. Pomagał nawet wynosić bagaże Masztalerowi. Natomiast Bońka i Kukle częstował szampanem. Za drugim razem na drodze stanął mu jego charakter. Inteligentny i błyskotliwy Terlecki z czasem zaczął być coraz bardziej bezkompromisowy. Przekornie stawał okoniem w reakcji na wiele decyzji. Już raz spotkał się z dyskwalifikacją, za… szczekanie na dziennikarzy. Kilka miesięcy później popadł w jeszcze większe tarapaty, gdy razem z Bońkiem i Żmudą protestował przeciwko karze dla Młynarczyka. Całą czwórke ukarano za to dyskwalifikacją. Piłkarze Widzewa ukorzyli się przed PZPN-em i przeprosili. Terlecki pozostał niezłomny w swej decyzji. Przypłacił za to absencją mundialową. Świat nie mógł znów obejrzeć w akcji znakomitego technika…
Po prawdzie długo mu się zbierało na taka dyscyplinarną absencje. Jako potomek magnaterii był chyba jedynym jawnym przeciwnikiem komunizmu wśród piłkarzy. W czasie strajków studenckich nawet samochodem dowoził prowiant protestującym. Jako jeden z nielicznych legitymował się studiami i to nie na AWF-ie ale na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Zawsze zresztą podkreślał wage nauki. Kariera klubowa nie przyniosła mu zbyt wielu trofeów. Ani w Gwardii, ani w ŁKS-ie, w którym stał się gwiazdą ligi, nie dane mu było choćby raz stanąć na podium. Raz zagrał w finale Pucharu Polski. Dopiero po powrocie zza granicznych wojaży, już w barwach Legii Warszawa, 2-krotnie został zdobywcą Pucharu Polski. Nigdy zaś nie zdobył mistrzostwa Polski. Pomimo tego niewątpliwie stał się jedną z największych gwiazd Ekstraklasy pod koniec lat 70-tych. Do tej pozycji uprawniał go niesamowity drybling i umiejętności techniczne. Dzięki szybkości i naturalnej kiwce łatwo przedostawał się pod pole karne rywali. Wytrzymałość sprawiała natomiast że można było się spodziewać jego kolejnych rajdów praktycznie w każdej chwili, nawet pod sam koniec meczu. Dla tych popisowych numerów na stadion ŁKS-u ściągały tłumy. Szacuje się iż większość Stanisławów urodzonych w tym mieście pod koniec lat 80-tych zawdzięcza swoje imie właśnie temu piłkarzowi. Jego ściągnięcie klub zawdzięcza włókniarkom, które poskarżyły się Gierkowi że ich mężowie myślą o braku tego piłkarza a nie o pracy. Starszym fanom z miejsca przypominał swojego poprzednika z ofensywy łodzian – Jerzego Sadka. Może Terlecki obdarzony był nieco słabszym wykończeniem niż Sadek, za to miał jeszcze lepszy drybling. Wielu uważało nawet że nie widziało lepszego piłkarza w swoim życiu. W barwach ŁKS-u sięgnął po swoje najważniejsze indywidualne wyróżnienie w karierze – tytuł Odkrycia Roku w Plebiscycie ,,Piłki Nożne”. W reprezentacji w sumie zagrał 29 razy i strzelił 7 goli. Najlepiej wypadł w starciu ze Szwajcarią w 1979, gdy strzelił 2 gole. Po dyskwalifikacji już nigdy nie włożył biało-czerwonej koszulki reprezentacji. Wyjechał do USA, gdzie w New York Cosmos został następcą Pelego. Po powrocie do Polski występował jeszcze w ŁKS-ie, Legii oraz Polonii Warszawa. Później zajął się biznesem. Prowadził też własną szkółke piłkarską. Spisał biografie pt. ,,Pele, Boniek i ja”. Był felietonistą w ,,Superexpresie”. W ostatnim czasie jednak wycofał się ze środowiska piłkarskiego. Stanisław Terlecki zmarł w grudniu 2017 r. po wieloletnich problemach z psychiką i alkoholem.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
3
@FCBparasiempre
Na nogi postawiono najważniejszych działaczy Górnika, dygnitarzy partyjnych w Zabrzu, aż w końcu sprawa oparła się o prezesa PZPN Wiesława Ociepkę, który był jednocześnie członkiem KC PZPR. Oślizłę wypuszczono rano o 10:00, dopiero po okazaniu, w którym rozpoznał go jeden z milicjantów. Kiedy zawodnicy wychodzili na mecz, funkcjonariusze uważnie przyglądali się każdemu piłkarzowi Górnika, szukając Kapcińskiego. Ten jednak nie został nawet wpisany do protokołu i czekał w hotelu. Dzięki zabiegom na różnych szczeblach całą sytuację udało się załagodzić, ale dla zawodnika nie był to koniec problemów. „Wie pan, pobity funkcjonariusz musiał zmienić pracę…” – stróże prawa dawali mi wyraźnie do zrozumienia, że jakiś „prezent” dla pokrzywdzonego pozwoli ją wyciszyć. Po takiej sugestii wróciłem do Zabrza, wziąłem z klubu cały kupon gabardyny – materiały na galowy mundur górniczy – i pojechałem z nim ponownie do stolicy. Pokręcili nosem… „Święta się zbliżają, coś by się przydało pod choinkę” – usłyszałem. Nie było wyjścia; podjąłem – niemałe – pieniądze z książeczki PKO, wsadziłem w kopertę i zawiozłem do Warszawy. Dopiero wtedy ostatecznie zamknięto dochodzenie – wspominał. Dominacja Górnika w lidze nie każdemu się podobała. Czasami zdarzało się, że sędziowie bardziej sprzyjali przeciwnikom. Pojawiały się też rozmaite propozycje odpuszczenia meczu, ale nikt nigdy nie proponował pieniędzy za przegraną czy remis. Miała też miejsce sytuacja, w której wyniku Oślizło został zawieszony. Górnik grał z GKS-em Katowice. Przegrywali już 0:2, ale w końcu do siatki trafił Alozjy Deja, a potem do remisu doprowadził Hubert Skowronek. Ta druga bramka nie została jednak uznana przez sędziego. Bogdan Hirsch dopatrzył się pozycji spalonej, jak i faulu Erwina Wilczka. Zaczęły się protesty. Zostałem czynnie znieważony. Uderzył mnie zawodnik Górnika, Florenski. Wcześniej byłem atakowany przez Oślizłę i Wilczka. Obaj trzymali jednak ręce przy sobie – żalił się mediom arbiter. Dla Hirscha było to pierwsze spotkanie prowadzone na tym szczeblu. Wcześniej piętnastokrotnie sędziował na drugoligowych boiskach. Mecz został przerwany, według zabrzan niesłusznie. Oślizło, który był kapitanem, złożył oficjalny protest z powodu naruszenia przepisów gry i domagał się odnotowania tego w protokole. ,,Sędzia nie uznał nam prawidłowo – moim zdaniem – zdobytej braki. Chłopcy otoczyli go, gestykulując dość gwałtownie. Mówią, że Włodek Lubański położył arbitrowi rękę na ramieniu, że nim „potrząsnął”. Ja tego nie wiem – byłem pod własną bramką. Z tym większą konsternacją przyjąłem decyzję arbitra, który wskazał na tunel, przerywając mecz”– przedstawiał swoją wersję Oślizło. Kilka dni później przyszły do klubu wezwania na Wydział Dyscypliny. Ośliźle zarzucono obrazę słowną sędziego, a Florenskiemu czynne znieważenie arbitra. Kapitan Górnika przypuszcza, że koniecznie chciano kogoś ukarać i padło na najstarszych. Ich kariery zbliżały się już powoli do końca, a zawieszenie takiego zawodnika jak choćby Lubański, byłoby znaczącym osłabieniem dla reprezentacji. Na posiedzeniu, kiedy kazano nam z „Florkiem” siąść przed wysokim gremium, poczułem się jak na ławie oskarżonych w sądzie. Odczytano protokół pana Hrischa. „Oj, panie Stanisławie, nigdy bym nie przypuszczał, że tak zrównoważony człowiek może się uciec do takich zachowań” – usłyszałem komentarz zza stołu, przy którym siedzieli członkowie wydziału. „Pan wierzy w to, że ja mógłbym postąpić tak, jak to opisał sędzia?” – zapytałem przewodniczącego. „Ale ja, niestety, muszę respektować to, co jest napisane” – nie odpowiedział mi wprost na moje pytanie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na straconej pozycji – opowiadał stoper. Ostateczne Kostka, Oślizło i Wilczek otrzymali karę sześciu miesięcy dyskwalifikacji w zawieszeniu na rok. Oślizło został dodatkowo pozbawiony funkcji kapitana na dwa lata. Florenskiego zdyskwalifikowano na okres dwóch lat, co oznaczało dla niego praktycznie koniec kariery. Piłkarze wiedzieli, że to niesprawiedliwe, żaden jednak nie zaprotestował. Wszyscy chcieli chronić Lubańskiego. Brał udział w wielu pucharowych bojach Górnika. Pierwsze ich występy bywały pechowe, o czym szerzej przeczytacie w naszej książce. Dopiero pod wodzą Gezy Kalocsaya udało im się bardziej zaistnieć w rozgrywkach. W 1967 r. wiosną spotkali się z Manchesterem United, prowadzonym przez Matta Busby’ego. W Anglii Polacy przegrali, ale u siebie postawili Anglikom bardzo trudne warunki i wygrali 1:0. Gola strzelił Lubański, a asystę przy tym trafieniu zanotował Oślizło. Nie wystarczyło to jednak do awansu i zabrzanie pożegnali się z rozgrywkami.
Znakomite występy dawały kibicom nadzieje na równie dobry start w kolejnym sezonie. Tym bardziej że zabrzanie byli w świetnej formie. Niestety, ale po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji marzenia prysły. UEFA chciała oddzielić kraje kapitalistyczne od komunistycznych. Wobec tych planów państwa zza żelaznej kurtyny wycofały się z rozgrywek. Wszystkie oprócz Czechosłowacji. Nasi południowi sąsiedzi dobrze na tym ruchu wyszli, bo właśnie wtedy Slovan Bratysława zwyciężył w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów. To w tych rozgrywkach Górnik, jako zdobywca krajowego pucharu, reprezentował Polskę sezon później. Jeśli nas regularnie czytacie, to z pewnością znacie historię występu zabrzan w tamtym sezonie. Oślizło oczywiście odgrywał jedną z głównych ról. To on właśnie namówił Gorgonia, żeby w rewanżowym meczu z Romą ruszył do przodu i spróbował szczęścia. Opłaciło się. Gorgoń wywalczył rzut karny, który na bramkę zamienił Lubański. Przed trzecim, dodatkowym meczem, niewiele brakowało, a zawodnicy Górnika nie dojechaliby na czas na stadion i przegraliby walkowerem. A wszystko przez sztuczki Helenio Herrery. Omal nie spóźniliśmy się na mecz, choć w mieście byliśmy przecież odpowiednio wcześniej. Wszystko dlatego, że autokar w ogóle nie podjechał po nas pod hotel. Na szczęście polonusi z Francji i Niemiec, którzy przyjechali do nas po autografy, zabrali nas swoimi samochodami! To była ostatnia chwila! Wbiegłem na stadion 20 minut przed pierwszym gwizdkiem, przebierałem się w strój, jadąc już samochodem. Włosi dawno się rozgrzewali. Potem okazało się, że Helenio Herrera, trener Romy, powiedział kierowcy, że ma po nas… nie jechać, bo autokar jest do wyłącznej dyspozycji włoskiej ekipy i ma na nią czekać na parkingu. Tymczasem organizatorzy przygotowali jeden autokar dla obu drużyn – opowiadał Oślizło. Starcie zakończyło się oczywiście remisem. Dziwnym trafem w dogodnej sytuacji dla Górnika zgasło światło. Zabrzanie jako pierwsi objęli prowadzenie, ale Włosi wyrównali po wątpliwym karnym. Wobec braku rozstrzygnięcia nadszedł czas na losowanie. Pierwsze w tym meczu, które decydowało o kolorze strojów, wygrali Włosi. Tym razem jednak szczęście było po naszej stronie. Właściwie nie była to moneta, a żeton – zielony z jednej, czerwony z drugiej strony. Sędzia nie wskazał wówczas, który z nas ma pierwszeństwo wyboru. Szybko się więc wyrwałem i pokazałem na „zieleń”. „Kolor nadziei” – pomyślałem sobie. A poza tym czerwonego to ja bardzo nie lubiłem… Sędzia podrzucił żeton. Te sekundy, kiedy frunął w powietrzu, były straszne. W końcu arbiter pozwolił upaść mu na ziemię. I wtedy zobaczyłem ten mój kolor na wierzchu! Wyrzuciłem w górę ręce z radości – wspominał jeden z najważniejszych momentów w swojej karierze Oślizło. Przed finałem z Manchesterem City koledzy namówili swojego kapitana, żeby poszedł do prezesa i spróbował wynegocjować jakąś dodatkową premię. W odpowiedzi usłyszał, że mają grać i wygrać, a krzywdy im nie zrobią. Do Wiednia pojechały dwa autokary, w których oprócz zawodników, znalazło się też miejsce dla żon, działaczy, dygnitarzy i rozmaitych dyrektorów. Dojechali na miejsce w dniu meczu przed południem. Dostali dwie godziny wolnego na zakupy, ale czynników, które wpłynęły na wynik meczu, było z pewnością więcej. Jeszcze przed upływem kwadransa Anglicy objęli prowadzenie. Drugiego gola zdobyli po błędzie zabrzańskiej obrony. Stefan zagrał do mnie niezbyt precyzyjnie. Z trudem doszedłem do piłki. Chciałem ją od razu podać do Olka, lecz nie uczyniłem tego dokładnie i Lee wyczuł moje intencje. Murawa była śliska, przewróciłem się, a rywal samotnie ruszył na naszą bramkę – wspominał z żalem stoper Górnika. Kiedy do końca pozostawało 20 minut, Oślizło postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wiele nie ryzykował, a zawsze miał ciągoty ofensywne. Akcja poszła prawą stroną. Banaś posłał płaskie dośrodkowanie w pole karne wprost do kapitana. Byłem odwrócony bokiem do bramki. Przyjąłem prawą nogą, obróciłem się o 180 stopni i uderzyłem lewą, tą słabszą. Nie powiem, że z zamkniętymi oczami, ale jednak bez mierzenia. Piłka dostała jeszcze poślizgu i wpadła do bramki. Czasu na radość nie było, szybko pobiegłem do środka boiska. „Jeszcze 20 minut” – kołatała mi w głowie myśl– opisywał. Anglicy dobrze jednak wiedzieli co robić. Grali na czas. Jak najczęściej starali się wybijać futbolówkę poza boisko, a nie było wtedy ustawionych co pięć metrów chłopców do podawania piłek. Górnik przegrał. Na pomeczowej, wspólnej kolacji mieli jednak okazję napić się szampana z okazałego pucharu.
Na początku lat 70. mimo już dosyć zaawansowanego wieku Oślizło ciągle prezentował bardzo dobrą formę. Jednak jego przygoda z reprezentacją zakończyła się po pechowej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia 10 października 1971 r. Polacy przegrali 1:3, a winą za porażkę obarczono Jana Tomaszewskiego i resztę formacji defensywnej, z Oślizłą na czele, choć nikt go palcem nie wskazywał. W Górniku jednak jego pozycja była niepodważalna. Niestety kontuzja, którą odniósł 21 października 1972 r., była początkiem końca jego piłkarskiej kariery. Kwadrans przed końcem meczu z Pogonią doznał urazu w starciu ze skrzydłowym Ryszardem Mańką. Korki przeciwnika przebiły prymitywny ochraniacz i zatrzymały się na kostce. W szatni, po ściągnięciu getrów, zobaczyłem jednak wielką dziurę w nodze, z wystającą kością! Nie była złamana, ale i tak konieczna okazała się wizyta w szpitalu i szycie. A następnego dnia rano koledzy odlatywali do Kijowa na pierwszy mecz PEMK z miejscowym Dynamem. Prezes Wyra poprosił mnie, bym przyjechał pożegnać chłopaków, jako dobry duch drużyny. Ale byłem tak słaby po zabiegu, że nie udało mi się nazajutrz dojechać do klubu i życzyć drużynie „wszystkiego dobrego”. Najwyraźniej właśnie z tego powodu doszło do ochłodzenia naszych stosunków – wspominał obrońca. W Kijowie Górnik przegrał, a w prasie podkreślano, że bardzo był widoczny brak Anczoka i Oślizły. W rewanżu 8 listopada pan Staszek już zagrał, ale drużynie nie udało się odwrócić losów dwumeczu. 12 listopada wyszedł w wyjściowym składzie w meczu z Lechem. Górnik wygrał 3:0. Nikt nie przypuszczał, że to ostatnie ligowe spotkanie legendarnego stopera. Miał już 35 lat, ale ciągle czuł się na siłach, żeby grać. O tym, że nie ma dla niego miejsca w zespole, dowiedział się od krawca. Na początku 1973 r. zabrzanie mieli polecieć na ponadmiesięczne tournée do Meksyku, Gwatemali, Kostaryki i Kolumbii. Tradycyjnie po jednym z treningów piłkarze poszli na przymiarkę garniturów, w których mieli udać się za ocean. Krawiec sprawdzał listę zawodników, ale próżno było na niej szukać nazwiska Oślizły. Wzburzyło mnie to, poszedłem do kierownika, Mariana Olejnika. „Nie ma mnie na liście” – mówię. Bardzo się zmieszał, speszył, wreszcie mówi: „Prezes Wyra polecił, żeby cię już nie zabierać. Że już masz dość tych dachówek na dom w Szczyrku” – przedstawiał sytuację Oślizło. Ostatnie zdanie odnosi się do domku letniskowego, którego budowę pan Staszek powoli kończył. Długie lata zastanawiał się, czy prezes był o tę daczę zazdrosny, czy chodziło o coś innego. Mimo że wielokrotnie się spotykali, to Oślizło nigdy nie zapytał o powody tej decyzji. Kiedy Górnik był w Ameryce, to obrońca trenował razem z drugą drużyną. Pracował nad dojściem do jak najwyższej formy. Chciał jeszcze udowodnić swoją przydatność dla drużyny. Na próżno prezesa do zmiany zdania próbował przekonać trener Jan Kowalski. Swoje niezadowolenia ze sposobu, w jaki potraktowano Oślizłę, wyrażali też zawodnicy na czele z Lubańskim. Nikt nic nie wskórał. 14 kwietnia przy okazji derbowego meczu z Ruchem oficjalnie pożegnano wielkiego obrońcę. To był mój pierwszy tej wiosny mecz, w którym pojawiłem się na stadionie. W garniturze, na trybunach. W przerwie poproszono mnie na bieżnię, podziękowano za lata gry w Górniku. Dostałem telewizor kolorowy. I tyle – opowiadał. Po zakończeniu boiskowej kariery próbował swoich sił jako trener. Prowadził sporo drużyn, z lepszymi, bądź gorszymi rezultatami. Myślał, że będzie to dość łatwa praca – wystarczyło przekazać młodszym to, co samemu najlepiej się potrafiło – ale jednak nie było to takie proste. Zdecydowanie lepiej radził sobie jako piłkarz niż jako szkoleniowiec. Eryk Wyra proponował mu posadę kierownika sekcji, ale Oślizło uniósł się honorem i grzecznie podziękował. Wkrótce potem okazało się, że musi podjąć normalną pracę w górnictwie, bo tylko trenerzy pierwszego zespołu byli z niej zwolnieni. Na szczęście dano mu możliwość wyboru działu, w którym będzie pracował i dzięki temu został inspektorem BHP. Pracując w kopalni, równoległe był szkoleniowcem drużyn młodzieżowych. Kilka razy zmieniał miejsce zatrudnienia, ale zawsze pilnował tego, żeby mieć ciągłość pracy w górnictwie i nie stracić przywileju górniczej emerytury. W 1990 r. został drugim trenerem Górnika u boku swego przyjaciela Jana Kowalskiego. Obaj panowie doprowadzili zabrzański zespół do wicemistrzostwa kraju, a rok później do finału Pucharu Polski. Kiedy w 1995 r. zwolniono Edwarda Lorensa i Waldemara Fornalika ich miejsce zajął właśnie Oślizło. Swój ukochany klub poprowadził jednak tylko w dwóch meczach. Jeden wygrał i jeden przegrał. Przez cały czas był związany z klubem. Najpierw jako rzecznik, później jako doradca prezesa. Jako jedyny z dawnych gwiazd Górnika ma własny gabinet na stadionie. Z zabrzańskim klubem ośmiokrotnie zdobywał tytuł mistrza Polski. Sześciokrotnie wznosił w górę Puchar Polski. Czterokrotnie zwyciężał w plebiscycie Sportu o Złote Buty. W reprezentacji rozegrał 57 spotkań. Strzelił jedną bramkę (ze Szwecją we Wrocławiu w 1966). Wiele razy wyprowadzał kadrę na boisko jako kapitan. Niestety, jak całe pokolenie lat 50. i 60. był niespełniony w reprezentacji. Żeby awansować na wielką imprezę, zawsze czegoś brakowało, zawsze coś stawało na przeszkodzie. Wzór do naśladowania tak na boisku, jak i poza nim. Zawsze oddany i waleczny, ale jednocześnie elegancki i grający fair. Dokładnie taki, jaki powinien być kapitan.