FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Copa Mitropa:
12 listopada 1931 r. Wiener AC przegrywa z First Vienna FC 1:2 w drugim meczu finałowym Pucharu Mitropa po dwóch golach Franza Erdla oraz honorowym Hanke. Po puchar sięga austriacki First Vienna, który wygrał obydwa mecze finałowe(pierwszy 3:2).
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
6
@FCBparasiempre
W dzisiejszych czasach to, że w większości reprezentacji znajdują się piłkarze naturalizowani lub tacy, którzy korzenie mają na drugim końcu świata, jest już właściwie normą. W ostatnich latach piłkarze w pewien sposób związani z Polską reprezentowali na mistrzostwach świata i Europy światowe potęgi – Francję, Niemcy, Anglię, Argentynę czy Brazylię. Obecność takich zawodników w kadrach narodowych to jednak zjawisko niemal tak stare jak sama piłka nożna. Zapraszamy Was do przeczytania historii o jednym z pionierów – pierwszym piłkarzu polskiego pochodzenia, który zagrał na mundialu. Kurytyba to liczące prawie dwa miliony mieszkańców miasto w południowej Brazylii i stolica stanu Parana. Aktualnie w Kurytybie mieszka ok. 400 tys. potomków Polaków, a polska kultura i tradycja wciąż jest tam żywa. Jednym z największych terenów zielonych w mieście jest park Jana Pawła II, w którym znaleźć można m.in. skansen z chatami pierwszych polskich emigrantów czy restaurację, która gościom serwuje barszcz oraz pierogi. W Kurytybie urodził się, chociażby doskonale znany kibicom reprezentacji Polski Thiago Cionek – uczestnik Euro 2016 i MŚ 2018. Historia polskiej emigracji do Kurytyby sięga jednak końca XIX w., gdy polscy rolnicy wyjeżdżający do Ameryki Południowej otrzymywali od rządu Brazylii hektary ziemi za darmo. To właśnie w Kurytybie 12 listopada 1910 roku na świat przyszedł syn Polaka i Niemki– Rodolfo Barteczko, znany również pod pseudonimem Patesko. Gdy futbol na kontynencie południowoamerykańskim jeszcze raczkował, Brazylia była w cieniu dwóch potęg – Argentyny i Urugwaju. Lokalni rywale na zmianę triumfowali w Copa America, natomiast „Canarinhos” odgrywali rolę ubogiego krewnego, tylko dwukrotnie przerywając ten duopol – akurat wtedy, gdy kontynentalne mistrzostwa rozgrywane były w „Kraju Kawy”. Ten układ sił potwierdziły pierwsze Mistrzostwa Świata w 1930 roku. Po porażce w pierwszym meczu z Jugosławią jasne stało się, że druga i ostatnia grupowa potyczka z Boliwią będzie tylko meczem o honor. Brazylijczycy z zazdrością mogli spoglądać na sąsiadów, którzy spotkali się w pierwszym historycznym finale turnieju o Złotą Nike. Przed kolejnym mundialem brazylijski futbol był w trakcie ogromnych zmian – przejścia z amatorstwa na zawodowstwo. Problemy biurokratyczne sprawiły, że Brazylijczycy nie mogli wysłać do Włoch najmocniejszej reprezentacji. Przed MŚ funkcjonowały de facto dwa brazylijskie związki piłki nożnej: stary, który zrzeszał kluby amatorskie i nowy, do którego należało większość najważniejszych zespołów z Rio de Janeiro i Sao Paulo. FIFA do wysłania reprezentacji na turniej zobligowała stary związek, do którego wciąż należało Botafogo. Dwie brazylijskie federacje nie doszły do porozumienia, wskutek czego na włoski mundial wysłano liczącą zaledwie siedemnastu zawodników drużynę. W jej skład wchodziło dziewięciu piłkarzy Botafogo, do których dokooptowano ośmiu profesjonalistów. Wśród tych zawodowców byli między innymi słynny Leonidas czy wspomniany Patesko. Brazylijczyk o polskich korzeniach karierę zaczynał w lokalnym klubie Palestra Italia, w którym szybko zdobył status gwiazdy, a w 1932 roku triumfował w Campeonato Paranaense (mistrzostwa stanu Parana). Rok później reprezentował już barwy urugwajskiego Nacionalu, czołowego wówczas klubu Ameryki Południowej, z którym w 1933 roku został mistrzem kraju. Gdy brazylijska federacja tworzyła ekipę na Mistrzostwa Świata, zdecydował się na powrót do kraju.
W podróż do Europy Brazylijczycy wyruszyli 12 maja 1934 roku. Były to jeszcze czasy, w których piłkarze nie podróżowali drogą powietrzną. Trzynastodniowa podróż na małym statku Biancamano nie należała do najbardziej komfortowych. Brazylijczycy cierpieli z powodu choroby morskiej, a do Europy dotarli dopiero dwa dni przed pierwszym meczem. Na domiar złego już na początku turnieju „Canarinhos” trafili na bardzo mocną reprezentację Hiszpanii z legendarnym bramkarzem Ricardo Zamorą. W tych okolicznościach to Hiszpanie byli faworytem meczu na Stadio Luigi Ferraris w Genui i zgodnie z oczekiwaniami pokonali zmęczonych rywali 3:1, choć nie bez kontrowersji – Brazylii należał się ponoć rzut karny po interwencji hiszpańskiego obrońcy, który ręką zatrzymał strzał Leonidasa. W drużynie Brazylii zagrał oczywiście Rodolfo Barteczko, zostając tym samym – na cztery lata przed debiutem reprezentacji Polski na MŚ – pierwszym piłkarzem polskiego pochodzenia na mundialu. Po Mistrzostwach Świata Patesko trafił do Botafogo, gdzie znalazł swoje miejsce na ziemi. W klubie z Rio de Janeiro ten lewonożny napastnik występował do 1943 roku (z krótką przerwą na grę w Atletico Mineiro i Fluminense), strzelił w tym czasie 102 gole dla klubu i zapracował na status jednej z klubowych legend. Dobra gra w klubie pomogła mu również rozwinąć skrzydła w reprezentacji Brazylii, w której łącznie rozegrał piętnaście oficjalnych meczów i zdobył sześć bramek. W świetnej formie był podczas Copa America w 1937 roku, ale w decydującym o tytule meczu „Canarinhos” przegrali po dogrywce z Argentyną. Mundial w 1938 roku miał być czasem ostatecznej próby dla „Canarinhos”. Tym razem działacze z Rio de Janeiro i Sao Paulo doszli do porozumienia, więc Brazylijczycy jechali do Francji w najmocniejszym możliwym składzie, z błogosławieństwem prezydenta kraju Getulio Vargasa. Nie popełniono też błędów sprzed czterech lat – przed turniejem piłkarze spędzili miesiąc na zgrupowaniu w uzdrowisku Caxambu, a do Francji dotarli na trzy tygodnie przed pierwszym meczem. Nic dziwnego, że oczekiwania kibiców były ogromne, a pierwszy rywal miał być tylko przystawką przed daniem głównym – walką o medale. A jednak Polska nieoczekiwanie postawiła potentatowi z Ameryki Południowej bardzo twarde warunki. W barwach „Canarinhos” błyszczał Leonidas, ale Polacy mieli w swoich szeregach genialnego Ernesta Wilimowskiego, który nie ustępował brazylijskiemu magikowi. Temu meczowi poświęcono już wiele artykułów, więc ograniczmy się do samego wyniku – po jednym z najlepszych spektakli w historii mundiali Brazylijczycy triumfowali po dogrywce 6:5. Ogromna rywalizacja w brazylijskiej kadrze sprawiła, że Patesko akurat w tym meczu nie zagrał. W rezerwie pozostał również na mecz drugiej rundy z wicemistrzem świata sprzed czterech lat, Czechosłowacją. W drużynie naszych południowych sąsiadów główne role odgrywali król strzelców poprzedniego mundialu Oldrich Nejedly i bramkarz Frantisek Planicka, który mecz z Brazylią kończył ze złamaną ręką. Sam mecz był jednym z najbrutalniejszych w historii mundiali, a w piłkarskich kronikach zapisał się jako „bitwa w Bordeaux”. Brazylijczycy kończyli mecz w dziewiątkę, a mimo to udało im się dociągnąć do końca remis 1:1. Regulamin nie przewidywał rzutów karnych, więc dwa dni później zaplanowano powtórkę. Trener Brazylii Ademar Pimenta wymienił praktycznie cały zespół, na czym skorzystał Patesko, który wskoczył do składu. Znowu błyszczał Leonidas, który wprowadził „Canarinhos” do strefy medalowej, ale potem – poturbowany i skrajnie wyczerpany – nie mógł wystąpić w półfinale z Włochami. Mecz odbył się w Boże Ciało, dzięki czemu transmisji radiowej mogły słuchać miliony Brazylijczyków liczących na awans drużyny narodowej do finału. Trzeci morderczy mecz w ciągu pięciu dni – to było jednak zbyt wiele. Brazylijczycy winą za porażkę obwiniali sędziego, ale obiektywni obserwatorzy uznali, że wypoczęci Włosi byli po prostu lepsi od zmęczonych i pozbawionych swojej największej gwiazdy rywali. Na otarcie łez Leonidas i spółka w meczu o 3. miejsce ograli jeszcze Szwedów. Patesko rozegrał trzy mecze (grał w drugim meczu z Czechosłowacją, z Włochami i ze Szwecją), nie strzelił gola i pozostał w cieniu największej gwiazdy drużyny. Mimo że Brazylijczycy wracali do domów „tylko” z brązowymi medali, na ulicach Rio de Janeiro byli owacyjnie witani przez tłumy kibiców. Chociaż niekwestionowaną gwiazdą tej drużyny był właśnie Leonidas, to na przełomie lat 30. i 40. XX wieku Rodolfo Barteczko stworzył w reprezentacji zabójczy duet z Timem. W 13. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI czytamy o nich: ,,Głównym atutem brazylijskiego ataku była jego lewa strona: Tim – Patesco. Znakomicie zgrani, świetni technicznie, wchodzili jak w masło w każdą obronę. ,,Elba de padua lima , prawdziwy arbiter elegancji, był jednym z najwybitniejszych rozgrywających tamtych czasów i mistrzem mierzonych podań. Oczarowana jego finezją prasa argentyńska ochrzciła go mianem . Miał on u boku wysokiego, szczupłego dryblera o jasnych włosach, który jego intencje wyczuwał w okamgnieniu.” Co ciekawe Tim jeszcze raz oglądał, jak Polacy strzelają pięć goli w jednym meczu 44 lata później, gdy prowadzona przez niego na Mundialu Espana ’82 reprezentacja Peru uległa biało-czerwonym 1:5.
W 1942 roku, gdy Europa pogrążona była w wojnie, Patesko zapisał ostatni rozdział swojej reprezentacyjnej kariery. Podczas Copa America strzelił nawet dwa gole w meczu z Chile, ale ostatecznie „Canarinhos” ponownie musieli uznać wyższość Urugwaju i Argentyny. Brazylijczyk z polskimi korzeniami przeszedł do historii jako jeden z najlepszych brazylijskich napastników pierwszej połowy poprzedniego stulecia, brązowy medalista mistrzostw świata i legenda Botafogo. Zmarł 13 marca 1988 roku na gruźlicę w Rio de Janeiro. Historia rodziny Patesko i okoliczności jego narodzin nie są do końca wyjaśnione. W 43. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI „Herosi Złotej Nike” można przeczytać, że Barteczko urodził się w rodzinie polskiego emigranta w Niemczech, a do Kurytyby trafił jako dziecko. W tomie 13. „Copa America” Barteczko nazwany został „owocem polsko-austriackiego związku”. Z tomu 7. „Rocznik 93-94” dowiadujemy się natomiast, że jest on synem polskiego emigranta z Austrii, ale urodził się już w Kurytybie. Większość internetowych źródeł przyjmuje, że Patesko urodził się w Brazylii jako syn polskiego imigranta i Niemki. W tym samym czasie, co reprezentacja Brazylii, swój mecz rozgrywali Niemcy, którzy w składzie również mieli trzech piłkarzy polskiego pochodzenia: Fritza Szepana, Paula Zielinskiego i Stanislausa Kobierskiego.
7
Pierwszy Polak na mundialu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
4
@FCBparasiempre
W latach 1996-2000 Manchester City występował w Division One oraz w Division Two. W tym czasie Czerwone Diabły zdobyły trzy tytuły mistrza kraju, jeden Puchar Anglii i triumfowali w Lidze Mistrzów. W ostatniej kolejce sezonu 1999/2000 drugiej ligi Manchester City po zwycięstwie nad Blackburn Rovers na Ewood Park świętował powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Od razu jednak spadli do drugiej ligi, mając zbyt słaby skład. Pierwsze derby Manchesteru po powrocie City do Premier League miały miejsce w listopadzie 2000 roku. Na Maine Road Manchester United po bramce Davida Beckhama zwyciężył 1:0. W meczu tym Roy Keane brutalnie sfaulował Alfa-Inge Haalanda i otrzymał czerwoną kartkę. Keane w swojej książce wydanej rok później przyznał, że zrobił to celowo, ponieważ Irlandczyk w 1997 roku walcząc o piłkę z Haalandem (grającym wtedy dla Leeds) doznał groźnej kontuzji, a Norweg oskarżał go o symulowanie. Keane pauzował siedem miesięcy, ale cały czas myślał o Norwegu. Wejście Irlandczyka było brutalne, a kontuzja Haalanda tak groźna, że piłkarz nie wrócił już do pełnej sprawności i był zmuszony zakończyć karierę. City w 2001 roku spadło z ligi, jednak od razu tam wrócili. W listopadzie 2002 roku na Maine Road The Citizens wygrali 3:1, było to zarazem ostatnie spotkanie derbowe na stadionie Maine Road. W sezonie 2002/03 w Manchesterze City występował Peter Schmeichel. Co ciekawe, Duńczyk, broniąc barw obu klubów, nie przegrał ani jednego derbowego spotkania. W kolejnym sezonie na Old Trafford gospodarze wygrali 3:1, natomiast w marcu po raz pierwszy rozegrano mecz derbowy na nowym obiekcie City of Manchester Stadium. Gospodarze pewnie wygrali 4:1. Obiekt ten był szczęśliwy dla Czerwonych Diabłów w maju 2007 roku. Wtedy wygrali 1:0 (po bramce Cristiano Ronaldo) i po tym zwycięstwie świętowali zdobycie mistrzostwa. 6 lutego 2008 przypadała 50. rocznica katastrofy lotniczej pod Monachium, a cztery dni później na Old Trafford przed meczem uczczono minutą ciszy osoby (w większości piłkarzy United), które straciły życie w tej tragedii. Samo spotkanie zakończyło się zwycięstwem City 2:1, pierwszym na terenie lokalnego rywala od 1974 roku. W 2008 roku Manchester City został przejęty przez Abu Dhabi United Group. Szybko stało się jasne, że ambicje nowych właścicieli wykraczają daleko poza uprzykrzenie życia sąsiadom z Old Trafford. Duże transfery i terapia szokowa wykonana na żywym organizmie klubu z City of Manchester Stadium zaczęła przynosić spodziewane efekty. 20 września 2009 roku odbyło się spotkanie, które Sir Alex Ferguson określił mianem „najlepszych derbów w historii”. Manchester United wygrał mecz 4:3, a zwycięskiego gola zdobył Michael Owen w 96. minucie gry. The Citizens zaczęli budować drużynę, godną do walki o najwyższe cele. Kuszeni wysokimi pensjami zawodnicy przechodzili do klubu nawet od bezpośrednich rywali. Tak było z Tevezem, Adebayorem, Nasrim i wieloma innymi.
23 października 2011 po raz pierwszy w historii doszło do meczu derbowego, gdy obydwie drużyny zajmowały pierwsze i drugie miejsce w tabeli. City ośmieszyło gospodarzy 6:1 i to ich najwyższe zwycięstwo w wyjazdowych derbach od 56 lat. Było to prawdziwe upokorzenie i pokaz nowej siły w Premier League. Czerwone Diabły z kolei po raz ostatni straciły na Old Trafford sześć bramek w 1930 roku, ulegli wówczas Huddersfield Town 0:6. Era post-Fergusonowa Sezon 2011/12 był prawdopodobnie jednym z najlepszych w historii w kontekście walki o tytuł. Gdy wydawało się, że Manchester United wypracował przewagę, która pozwoli bezpiecznie dotrwać na szczycie tabeli do końca sezonu, zaczął tracić punkty, co brutalnie wykorzystał lokalny rywal. Manchester City wyrwał mistrzostwo w doliczonym czasie ostatniego meczu sezonu z QPR. Mniej więcej od tego momentu The Citizens przestali być tylko hałaśliwymi sąsiadami, jak ich określił Sir Alex Ferguson, ale poważnym rywalem, który w kolejnych meczach derbowych dominował nad United. Kryzys, który ogarnął Czerwone Diabły po abdykacji Fergusona szedł w parze z dalszym wzrostem ekipy z Etihad. Przyśpiewki „The City is Yours”, czy „City are a joke” straciły na aktualności. Niestety dziś aktualną przyśpiewką(w obie strony) jest „She said no”, która jest wyrazem dezaprobaty wobec napaści seksualnych dokonywanych przez piłkarzy. Dziś to do gry ,,The Citizens” wzdychają młodzi kibice, a gra United bywa ciężka w odbiorze nawet dla zagorzałych fanów Czerwonych Diabłów. Jest to skutkiem wielu składowych. Częste roszady na ławce trenerskiej, brak długofalowej polityki transferowej i idący za tym brak chemii w drużynie sprawiają, że United przestał budzić strach wśród przeciwników. Tymczasem City sezon po sezonie doskonaliły swoją grę, a zakontraktowanie Guardioli na stanowisko menadżera było prawdopodobnie najlepszą decyzją personalną na wyspach od wielu lat. Jednak kluczową decyzją ważącą obecną sytuację obu klubów nie było odejście Fergusona, a zmiany w strukturach zarządczych City i United. W 2012 City zatrudniło Txiki Beguiristaina, czyli dyrektora sportowego wielkiej FC Barcelony. United w tym czasie awansował na dyrektora wykonawczego Eda Woodwarda. Ten doskonale radził sobie jako menadżer ds. marketingu, natomiast nie dorównywał Txikiemu doświadczeniem w budowie pionu sportowego. To się później odbijało na kolejnych transferach, które przestały być mocną stroną United. W czasie gdy Old Trafford wciąż powiększał swoją wartość komercyjną, Citizens postawili na budowę silnej drużyny i pracę u podstaw, czyli stworzenie jednej z najnowocześniejszych akademii piłkarskich na świecie. Na przestrzeni niespełna dekady role w walce o prym wmieście obróciły się niemal o 180 stopni.
Statystyki (stan przed meczem 6.03.2022):
Do tej pory drużyny z Manchesteru zmierzyły się ze sobą 186 razy, z czego:
77 wygrał Manchester United
53 razy padł remis
56 razy wygrał Manchester City
Bilans bramek to 265:253 na korzyść Manchesteru United.
Analizując statystyki, należy wyróżnić rekordy. Zacznijmy od tych drużynowych:
Najwyższe wygrane – aż 4-krotnie mecze derbowe kończyły się różnicą 5-bramek.
United 1–6 City (1926);
United 0–5 City (1955);
United 5–0 City (1994);
United 1–6 City (2011);
Największą frekwencją cieszył się mecz z 16 kwietnia 2011 roku. W ramach półfinału Pucharu Anglii na Wembley zebrało się 86549 kibiców. Poniżej prezentujemy uśrednione frekwencje:
Mecze, w których gospodarzem było City: 46500 (najwyższa 71364);
Mecze, w których gospodarzem było United: 54500 (najwyższa 75790);
Mecze na neutralnym terenie: 57000 (najwyższa 86549);
Najskuteczniejsi piłkarze w meczach derbowych:
Wayne Rooney (UTD)- 11;
Joe Hayes (MCI) – 10;
Francis Lee (MCI) – 10;
Bobby Charlton (UTD – 9
Sergio Agüero (MCI) – 9;
Colin Bell (MCI) – 8;
Eric Cantona (UTD) – 8;
Brian Kidd (UTD / MCI) – 8 (5/3);
Joe Spence (UTD) – 8;
Paul Scholes (UTD) – 7;
Dennis Viollet (UTD) – 7;
United w meczach derbowych było prowadzone przez 19 różnych menadżerów, a City przez 35.
Stosunek goli samobójczych to 8 (United) do 4 (City);
W meczach derbowych 23 krotnie padały bramki z rzutów karnych. 15 z nich wykonywało United. Ostatni raz United strzeliło gola z karnego 7 marca 2021 roku (Bruno Fernandes). City swój ostatni rzut karny wykorzystało w 19 stycznia 1910 roku (Tevez)
Aż 39 różnych piłkarzy występowało w obu klubach w swojej karierze. Więcej na ten temat pisaliśmy w tym miejscu. Dziś ten rekord zostanie prawdopodobnie ustalony na nowo za sprawą Sancho.
Były 4 przypadki, gdy menadżer jednej drużyny był wcześniej związany z drugą. Ernest Mangnall prowadził oba kluby, Matt Busby grał dla City, a trenował United, a Steve Coppell oraz Mark Hughes po karierach piłkarskich w barwach Czerwonych Diabłów zostali trenerami Citizens.
Dziś derby Manchesteru to nie tylko wojna o miasto, ale przede wszystkim wojna o Anglię. Aspiracje obu klubów już dawno wykraczają poza lokalną dominację, a utrata punktów w bezpośrednim starciu może rzutować na tym, kto ostatecznie wzniesie puchar mistrza Anglii. Rywalizacja znów się wyrównała, chociaż to City ma przewagę. Znane porzekadło mówi, że „derby rządzą się własnymi prawami”. Trudno, patrząc na przebieg spotkań pomiędzy City a United, nie zgodzić się z tym powiedzeniem. Losy obu drużyn, ich historia, ludzie, którzy w większym bądź mniejszym stopniu związani są z tymi klubami, tworzą niesamowitą aurę, która sprawia, że starcia między Obywatelami a Czerwonymi Diabłami wywołują ciarki na plecach kibiców nie tylko w Anglii, ale na całym świecie. Na sam koniec bardzo ciekawa anegdota: Kilka lat temu kibic Manchesteru United zgodził się oddać swojemu bratu ratujące życie komórki pod warunkiem, że brat przestanie kibicować wrogiej drużynie – Manchesterowi City. Emerytowany doradca Martin Warburton (50 lat) poprosił swojego brata Paula (59 lat) o podpisanie żartobliwego kontraktu, w którym zobowiązuje się dołączyć do grona kibiców Manchesteru United. Paul, który potrzebował przeszczepu, aby zwalczyć przewlekłą białaczkę limfatyczną B-komórkową, podszedł do zmiany drużyny w sposób filozoficzny. „Miałem prawdziwe szczęście, że komórki Martina były zgodne. Często się zdarza, że mając siedmioro bądź ośmioro rodzeństwa, nie można znaleźć pasujących komórek” – powiedział. Martin przyznał, że wykorzystał tę okazję z premedytacją, by jego brat przestał kibicować Manchesterowi City. „Ten kontrakt wprawdzie był żartem, ale on i tak go podpisał” – zakończył Martin.
8
@FCBparasiempre
Mecze derbowe zawsze niosą za sobą coś więcej, niż rywalizację sportową. Nie inaczej jest w rywalizacji Manchesteru United z Manchesterem City. Dwa kluby z miasta konkurują ze sobą od zawsze, a historia walki o władzę przypomina koniunkturę gospodarczą — raz na wozie, raz pod wozem. Pomimo deklarowanej wrogości, ekipy te nie mogą bez siebie istnieć a kibice wykrzykujący wrogie przyśpiewki wobec oponentów z pewnością muszą pamiętać, że były w historii momenty, gdy jeden klub ratował ten drugi. Oto historia rywalizacji o kolor Manchesteru. Pierwszy nieoficjalny mecz derbowy miał miejsce 12 listopada 1881 roku, kiedy to klub Newton Heath (obecnie Manchester United) gościł drużynę West Gorton (obecnie Manchester City). Spotkanie zakończyło się zwycięstwem The Heathens 3:0. Osiem lat później, 26 lutego 1889 derby Manchesteru rozegrano po raz pierwszy mecz przy sztucznym świetle. Zwycięstwo Newton Heath nad Ardwick (taką nazwę przyjął West Gordon – w 1984 roku klub ostatecznie przemianowano na Manchester City) oglądało wówczas 10 tys. kibiców, a samo spotkanie zostało rozegrane w cieniu tragedii w miejscowej kopalni węgla. Do 1894 roku spotkania pomiędzy tymi zespołami przyjęły formę meczów towarzyskich oraz lokalnych turniejów. W 1892 Newton Heath przystąpił do rozgrywek rozszerzonej Division One, jednak po dwóch sezonach spadł do drugiej ligi. W tym samym roku Ardwick został jednym z dwunastu klubów założycielskich Division Two. 3 listopada 1894 roku po raz pierwszy doszło do spotkania tych drużyn w rozgrywkach ligowych. W obecności 14 tys. kibiców The Heathens upokorzyli gospodarzy na ich obiekcie, zwyciężając 5:2. Cztery bramki w tym spotkaniu zdobył Dick Smith. To jedyny piłkarz, który w derbach Manchesteru ustrzelił „karetę”. W rewanżu, w styczniu 1895 roku, na stadionie Bank Street spotkanie zakończyło się ponownym zwycięstwem Newton Heath. Na pierwszy triumf kibice (wówczas już) City nie musieli długo czekać. W grudniu 1895 wygrali 2:1. Wtedy po raz pierwszy w historii derbowych potyczek został podyktowany rzut karny, który jednak nie został wykorzystany przez The Heathens. Rok później w Boże Narodzenie 1896 roku na stadionie przy Bank Street zjawiło się 18 tys. kibiców. Jeden z redaktorów lokalnej gazety napisał wówczas, że nigdy jeszcze nie widział takiego tłumu i był zachwycony prowadzeniem dopingu przez młodszą część publiczności w pierwszej części spotkania. Sezon 1898/99 Manchester City zakończył na pierwszym miejscu i awansował po raz pierwszy w historii do Division One. Kolejne derby rozegrano cztery lata później. Przed rozpoczęciem sezonu 1902/03 zespół Newton Heath z powodu problemów finansowych przyjął nową nazwę — Manchester United F.C. W Boże Narodzenie 1902 roku, na Bank Street doszło do jedenastych ligowych derbów. Na spotkanie przybyło około 40 tysięcy kibiców i był to rekord frekwencji w spotkaniu pomiędzy tymi zespołami. Mecz zakończył się remisem 1:1, ale emocji nie brakowało. Billy Meredith dwukrotnie uderzył w poprzeczkę, United kończyło mecz w dziesiątkę po tym, jak kontuzji doznał bramkarz Herbert Birchenough. W rewanżu, rozegranym 10 kwietnia 1903 roku, na Hyde Road, United pewnie zwyciężyli 2:0. Przerwało to passę spotkań bez porażki Manchesteru City, która trwała ponad trzy miesiące, ale nie przeszkodziła zespołowi w awansie do Division One. Wiosną 1906 roku Manchester United po raz pierwszy pod nową nazwą awansował do najwyższej ligi angielskiej. Wtedy też ówczesny menadżer United, Ernest Mangnall, ściągnął do zespołu czterech zawodników Manchesteru City (m.in. Billy’ego Mereditha, zamieszanego w próbę przekupstwa jednego z zawodników Aston Villi — więcej o tym zawodniku przeczytacie tutaj). Na początku grudnia 1906 roku, na obiekcie City Hyde Road, w obecności 40 tys. widzów, doszło do pierwszego meczu derbowego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Spotkanie to zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 3:0. W rewanżu na Bank Street padł remis 1:1, a w składzie United wystąpili trzej z czterech sprowadzonych do klubu byłych piłkarzy City: Meredith, Turnbull i Burgess. 21 grudnia 1907 w meczu na Bank Street, Sandy Turnbull został usunięty z boiska i był to pierwszy tego typu przypadek w historii derbów. Dwa lata później czerwoni zdobyli pierwsze w historii mistrzostwo kraju, a w 1909 roku także po raz pierwszy sięgnęli po Puchar Anglii. Sezon 1908/09 The Citizens zakończyli na 19. miejscu (przedostatnim) i spadli do Division Two. Wraz z wybuchem I wojny światowej zawieszono rozgrywki ligowe i pucharowe. Mimo trwających działań zbrojnych sezon 1914/1915 dokończono. Co prawda później nie kontynuowano ogólnokrajowych rozgrywek, ale w zamian utworzono sekcje lokalne. Obydwa kluby z Manchesteru podczas czterech sezonów wzięły udział Lidze hrabstwa Lancashire oraz dodatkowych turniejach towarzyskich. Wprowadzono jednak odrębne przepisy, głównie ze względów bezpieczeństwa, m.in. skrócono mecze do 80 minut bez możliwości przeprowadzenia przerwy, kluby były zmuszone do ograniczenia liczby widzów, a także zmniejszono górny limit płac. W okresie międzywojennym United spadał z pierwszej ligi trzykrotnie, City dwukrotnie. Był to czas, w którym obydwie drużyny się mijały. W 1920 roku spłonęła jedna z trybun stadionu Hyde Road i podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Pierwsze, derbowe spotkanie na nowo utworzonym Maine Road miało miejsce 12 września 1925 – ponad dwa lata po otwarciu. Zanotowano wówczas rekordową frekwencję – 63 tys. widzów. W sezonie 1939/40 rozegrano zaledwie trzy kolejki. Wybuch wojny spowodował przerwanie wszystkich rozgrywek piłkarskich, wielu graczy zostało wezwanych przez brytyjską armię. Podobnie jak podczas I wojny światowej, zorganizowano rozgrywki dla poszczególnych regionów. W pierwszym sezonie podczas wojny obydwa zespoły z Manchesteru przydzielone zostały do Western Regional League, a w latach 1940-1946 do North Regional Section. W wyniku zniszczeń, jakie wywołało zbombardowanie Manchesteru i okolic 20 grudnia 1940 roku, w którym ucierpiał także stadion Old Trafford, Manchester United zmuszony był wynajmować obiekt City – Maine Road do końca sezonu 1948-1949. Łącznie w 73 meczach, rozegranych w roli gospodarza na Maine Road, zremisowaliśmy 17 meczów, a przegraliśmy 3. Strzeliliśmy 193 bramki i straciliśmy 70, osiągając przy tym rekordowy po dziś dzień wynik 10:0 w europejskich pucharach.
W 1945 roku menadżerem Manchesteru United został były piłkarz Manchesteru City, Matt Busby, podpisując wówczas pięcioletni kontrakt. Po II wojnie światowej zespół z czerwonej części zmuszony był wciąż rozgrywać swoje mecze w roli gospodarza na stadionie lokalnego rywala – Maine Road, płacąc przy tym czynsz za wynajęcie w wysokości 5000 funtów rocznie + ustalony procent ze sprzedaży biletów. Zniszczony w 1940 roku przez Luftwaffe Old Trafford, został oddany ponownie do użytku w lecie 1949 roku. W sezonie 1946/47 Manchester City zajął pierwsze miejsce w Division Two i powrócił do ekstraklasy. W pierwszym powojennym meczu derbowym padł (do dziś niepobity) rekord frekwencji. 20 września 1947 roku na stadion Maine Road przyszło 78 tys. widzów. 31 sierpnia 1957 roku. Ta data to dla kilku piłkarzy United, zwanymi Dziećmi Busby’ego, był ostatni derbowy pojedynek. Strzelcy bramek – Duncan Edwards i Tommy Taylor oraz Roger Byrne, Eddie Colman, David Pegg, Liam Whelan zginęli w katastrofie lotniczej pod Monachium 6 lutego 1958 roku (Edwards w wyniku odniesionych obrażeń zmarł 15 dni później w szpitalu), wracając z rozegranego dzień wcześniej, ćwierćfinałowego meczu Pucharu Europy z Crveną Zvezdą. W czerwcu 1962 roku były piłkarz The Citizens Denis Law, po rocznym pobycie we włoskim Torino, przeszedł za rekordową wówczas sumę 115 000 funtów do United. 15 maja 1963, w przedostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia, w ramach którego obydwa zespoły walczyły o utrzymanie. Mecz zakończył się remisem, który praktycznie przesądził o spadku City do Division Two. Cztery minuty przed końcem The Citizens prowadzili 1:0, jednak bramkarz gospodarzy Harry Dowd sfaulował w polu karnym Denisa Lawa, a sędzia podyktował rzut karny. Wykorzystał go Albert Quixall. W trakcie meczu doszło do niemiłych incydentów z udziałem piłkarzy. W ostatniej kolejce sezonu 1962/63 Manchester City przegrał na Upton Park z West Hamem 1:6 i spadł do drugiej ligi. Manchester United z kolei pokonał na Old Trafford Leyton Orient 3:1 i zapewnił sobie utrzymanie w ekstraklasie. Derby Manchesteru na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie cieszyły się dobrą sławą. W grudniu 1970 roku George Best podczas wślizgu złamał nogę Glynowi Pardoe. Rok później w meczu na Maine Road, w którym padł wynik 3:3, Francis Lee oskarżył Besta o symulowanie i aktorstwo. W pierwszym spotkaniu sezonu 1973/74 Lou Macari i Mike Doyle otrzymali czerwone kartki, jednak nie godząc się z opinią sędziego, nie chcieli opuścić placu gry. Dopiero po interwencji arbitra i kolegów z zespołu, obydwaj udali się do szatni. W tym samym sezonie, w ostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia na Old Trafford. Czerwone Diabły, którym widmo degradacji zaglądało w oczy, musiały ten mecz wygrać, by mieć jeszcze szansę na utrzymanie. Po 80 minutach spotkania na tablicy było 0:0. Wtedy to Francis Lee podał do Denisa Lawa (dwukrotnego mistrza Anglii, zdobywcy Pucharu Anglii oraz zdobywcy Pucharu Europy z United), a ten piętką skierował piłkę do bramki United. Piłkarze City gratulowali mu gola, jednak ten zdawał sobie sprawę, że pogrążył swój były klub. Po zdobytej bramce natychmiast został zmieniony, a boisko opuszczał ze spuszczoną głową. Tuż przed końcem meczu na boisko wtargnęli kibice United, spotkanie przerwano. Matematyka jednak udowodniła, że gol ten był bez znaczenia, ponieważ nawet w przypadku wygranej, Manchester United spadłby z ligi. Denis Law po meczu przyznał, że nigdy w karierze nie czuł się tak przygnębiony. Ten dzień zapisał się w kalendarzu sympatyków Manchesteru City jako „dzień, w którym Denis Law wysłał United do II ligi”. W sezonie 1974/75 Czerwone Diabły zajęły pierwsze miejsce w Division Two.W 1983 roku na Maine Road Manchester City potrzebował przynajmniej remisu w meczu z Luton Town, by pozostać w Division One. Mecz ten wygrali goście po bramce legendarnego Radomira Anticia. W niedzielę, 26 października 1986, po raz pierwszy przeprowadzono telewizyjną transmisję na żywo z meczu derbowego. Kibice na stadionie i przed telewizorami byli świadkami remisu 1:1. 23 września 1989 Manchester City, jako beniaminek, pokonał na Maine Road rywala zza miedzy aż 5:1. Po trzech minutach od rozpoczęcia spotkania na murawę wtargnęli kibice, a sędzia zmuszony był przerwać mecz i nakazał piłkarzom obydwu drużyn zejście do szatni. Dopiero po 10 minutach i interwencji policji, gra została wznowiona. W sezonie 1990/91 obydwa kluby zajęły wysokie miejsca w tabeli (City piąte, United szóste), lecz żaden nie był wtedy zaliczany do faworytów. W październiku na Maine Road padł wynik 3:3, a na początku maja na Old Trafford Manchester United wygrał 1:0 po bramce siedemnastoletniego wówczas Ryana Giggsa, dla którego był to pierwszy gol w karierze. W pierwszych derbach sezonu 1992/93, czyli zaraz po utworzeniu Premier League, Manchester United pokonał City 2:1. Było to debiutanckie spotkanie dla Érica Cantony. 7 listopada 1993 roku, na Maine Road, United pokonało City 3:2, mimo iż do przerwy było 2:0 dla The Citizens. Po dwie bramki w tym spotkaniu zdobyli Niall Quinni i Éric Cantona. W listopadzie 1994 roku na Old Trafford United zdeklasowało rywala 5:0, a hat-trickiem popisał się Andriej Kanczelskis, który parę sezonów później przeszedł do Manchesteru City. W sezonie 1995/96 miały miejsce ostatnie mecze derbowe w tamtej dekadzie. Spowodowane było to spadkiem City do niższej ligi. W połowie października 1995 roku bramka dwudziestoletniego wówczas Paula Scholesa wystarczyła do wygranej. Na początku kwietnia na Maine Road Czerwone Diabły wygrały ponownie. Tym razem 3:2.
8
Dokładnie 143 lata temu odbyły się pierwsze derby…(dla zainteresowanych w odpowiedzi na mój komentarz):
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Nieszczęśliwy przypadek ,,La Pulgi”:
12 listopada 2006 r. Lionel Messi doznał poważnej kontuzji a mianowicie złamania piątej kości śródstopia w meczu z Realem Saragossa, co oznaczało 3 miesiące przerwy w grze. Był to już drugi tak poważny uraz Argentyńczyka w ciągu roku. Pauzował również w 3 ostatnich miesiącach poprzedniego sezonu z powodu naderwania mięśnia uda i opuścił w ten sposób finał Ligi Mistrzów w 2006 r.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
11
Blaugrana w europejskich pucharach:
12 listopada 1958 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe FC Basel 1:2 w ramach pierwszej rundy 1/8 Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy zdobyli: rewelacyjny napastnik Evaristo oraz Gensana.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
7
@FCBparasiempre
Jeśli twoim ojcem jest najlepszy piłkarz świata, to z góry wiadomo, że gdy odwiesi już buty na kołku, to właśnie na ciebie spadnie ciężar presji, by w te buty ponownie wskoczyć. Nawet jeśli spadają ci one z nóg i czujesz się w nich jak w kajakach, a na dodatek wspomniany ojciec odżegnuje się od wspólnych więzów krwi. I to pomimo tego, że już dawno udowodniono mu, że się myli, a ty wyglądasz jak jego niemal perfekcyjna kopia z młodości. Mniej więcej tak wyglądała ponad połowa życia Diego Sinagry, znanego jako Diego Maradona jr. Pierworodnego syna śmiertelnego boga futbolu. Ile dzieci spłodził Diego Maradona? To pytanie, na które chyba nikt – nawet on sam za życia – nie potrafił odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością. La Pelusa był w tym temacie równie skuteczny co pod bramką rywala. W momencie śmierci uznawał swoje ojcostwo w przypadku ósemki potomków. W 2019 roku dowiedzieliśmy się o trójce kubańskich pociech mistrza świata z 1986 roku, które spłodził, gdy na początku XXI wieku przebywał na wyspie, rządzonej przez swojego przyjaciela Fidela Castro, przechodząc tam terapię odwykową. Matkami tych dzieciaków miały być dwie różne kobiety. Jedna z nich to Mavys Alvarez, która w czasie ich romansu miała… 16 lat. Jest to jedno z najpoważniejszych odbrązowień pełnego rys pomnika argentyńskiego gwiazdora. Pierwszy obyczajowy skandal z udziałem ówczesnego piłkarza Napoli wybuchł jednak krótko po zakończeniu mundialu Mexico ’86, który zapewnił Diego futbolową nieśmiertelność. 20 września 1986 roku w jednym z neapolitańskich szpitali przyszedł na świat malec, którego matka utrzymywała, że jest on owocem jej romansu z największym idolem całego miasta. To dziecko to owoc mojego związku z Diego Armando Maradoną, piłkarzem Napoli. Po więcej informacji w tej sprawie proszę się zwracać do mojego adwokata. Dlaczego Diego nie uznał syna? Myślę, że jest niedojrzały. Ale wie, że to jego syn. Myślę, że przez to cierpi. Tak mówiła przed kamerami telewizyjnymi 21-letnia wówczas Cristina Sinagra, tuląc do piersi noworodka. Powagi całej sytuacji dodawał fakt, że długoletnia narzeczona La Pelusy – Claudia Villafane – była wówczas w drugim miesiącu ciąży. Diego odżegnywał się obiema rękami, jakoby miał być ojcem chłopca. W 1993 roku odmówił wykonania testów DNA, w związku z czym sąd uznał jego ojcostwo. Pomimo tłumaczeń Maradony Neapol wiedział swoje. Mały Sinagra wyglądał jak skóra zdarta z krnąbrnego taty. Ten natomiast na początku 1991 roku odszedł z Napoli w cieniu licznych skandali, powiązań z Camorrą i uzależnienia od kokainy, co zaowocowało 15-miesięczną dyskwalifikacją piłkarza złapanego na dopingu. Neapol również musiał przeżyć coś w rodzaju terapii odwykowej. Skończyły się w końcu lata prosperity, gdy ekipa ze stolicy Kampanii biła bogaczy z północy kraju, prowadzona do boju przez Maradonę. W głowach szalonych neapolitańczyków tliła się jednak nadzieja, która była niczym metadon dla ćpuna uzależnionego od heroiny. Przecież za kilka lat w buty ojca mógł wskoczyć Maradona junior… Zresztą jeśli przetrzepiecie Internet, to znajdziecie jeszcze archiwalne teksty sprzed 20 lat, napisane, chociażby przez brytyjskiego ,,Guardiana”, w których przeczytacie: ,,Ma tylko 14 lat, ale już uważany jest za zdolnego do gry z chłopcami starszymi o trzy lata. Cudowne dziecko tak jak jego tata”. Całość artykułu okraszona jest wymownym tytułem: ,,Neapol czeka na zbawiciela”. Żyjemy w czasach, w których z jednej strony nieodpowiedzialni rodzice potrafią zakładać w social mediach profile kilkuletnim „gwiazdom piłki” i dzielić się ze światem informacjami o ich postępach w treningach, napędzając tym samym narrację o ”nowych Messich”. Z drugiej strony opinia publiczna jest coraz częściej świadoma zagrożeń, które płyną z nakładania presji na tak młodych adeptów piłkarskiej sztuki. Gdy Sinagra dorastał nie było jeszcze twittera, tik toka czy instagrama, ale sam fakt noszenia na sobie ciężaru bycia pierworodnym Boskiego Diegito i dorastanie w tak specyficznym miejscu jak Neapol wystarczały z nawiązką. Diego Sinagra przejawiał jako dzieciak ogromny talent, ale wiadomo, że jest on tylko jednym z czynników składających się na ostateczny sukces. W jakim stopniu ten talent wykorzystał Maradona junior? A ilu z was słyszało o nim w innym kontekście, niż fakt bycia synem jednego z największych piłkarzy na świecie?
Tak chyba możemy określić związek młodego Maradony z futbolem. We wspomnianym artykule ,,Guardiana” jest mowa o tym, że Sinagra jako 14-latek pojawił się na konsultacjach włoskiej kadry u-17. W Napoli trenował od 11 roku życia. Z jednej strony z piętnem ogromu oczekiwań miejscowych fanów, z drugiej strony cały czas mając w świadomości, że ojciec się do niego nie przyznaje. Nie potrzebował swojego ojca wcześniej, więc nie potrzebuje go i teraz – mówiła zadziornie Cristina Sinagra. SSC Napoli nie było już superdrużyną napędzaną przez trio Ma-Gi-Ca (Maradona-Giordano-Careca). Tułało się po Serie B, a za gwiazdę zespołu uchodził Stefan Schwoch czy Francesco Turini. Na trybunach stadionu Świętego Pawła, dziś przemianowanego na stadion imienia Diego Maradony, zasiadało co mecz zaledwie po kilka tysięcy sfrustrowanych fanów. Młodziutki Diego był dla nich nadzieją na wyrwanie zespołu z marazmu. Prawdziwy zbawca pojawił się jednak kilka lat później pod postacią podstarzałego producenta filmowego i nazywał się Aurelio De Laurentis. A młody? Z ojcem łączył go niski wzrost, krępa postura i burza czarnych włosów. A piłkarsko? Bardziej Sinagra niż Maradona… Diego jr. swoje najlepsze kluby, w jakich miał okazję występować (Napoli, Genoa), wpisał do CV jeszcze jako junior. W barwach seniorskiego zespołu z Neapolu nigdy nawet nie zagrał. Raz był w składzie meczowym, ale Pescara oddała spotkanie walkowerem… Później była już tylko równia pochyła. Jeszcze jako 15-latek zagrał we wspomnianym zespole Squadra Azzura u-17 (pod nazwiskiem Maradona), mierząc się na boisku z dorosłą reprezentacją Włoch. Rino Gattuso szybko nakrył młodziana czapką, a selekcjoner Trapattoni mówił po meczu, że oczekiwałby po nim więcej. Urodzony w Neapolu Fabio Cannavaro powiedział natomiast: ,,Jako neapolitańczyk mam dreszcze widząc Maradonę na boisku, ale gdyby był on moim synem, nie chciałbym, żeby skupiał tyle uwagi”. Sinagra, być może robiąc dobrą minę do złej gry, bagatelizował fakt, że wszystkie oczy powędrowały w jego kierunku. ,,Nazwisko Maradona nie jest ciężarem, jest inspiracją. Dziś drżały mi nogi ale jeśli Bóg pozwoli, może kiedyś zagram w przeciwnej drużynie”. Nie zagrał i było cholernie daleko od zagrania… Gdy pogrążone w kłopotach Napoli uznało, że Sinagra jest im zbędny, stało się jasne, że chłopak nie pójdzie ścieżką kariery podobną do tej, jaką kroczył jego ojciec. Nie skorzystał z oferty wyjazdu do szkockiego Dunfermline, został w ojczyźnie i zawędrował do amatorskiego zespołu Cervia. Dlaczego akurat Cervia? Zespół ten został wyselekcjonowany do wzięcia udziału w specjalnym reality show pod nazwą Campioni, il sogno, w którym widzowie śledzili poczynania owej drużyny przez cały sezon i częściowo decydowali o jej kształcie poprzez głosowanie audiotele, a na koniec kampanii wybierali trzech najlepszych zawodników, którzy w nagrodę udawali się na przedsezonowy obóz przygotowawczy do Juventusu, Interu i Milanu. Junior nie znalazł się w tej trójce… W 2008 roku postanowił spróbować sił w beach soccerze i można chyba powiedzieć, że w końcu odnalazł swoje przeznaczenie. Gra w reprezentacji Włoch, gol w finale mistrzostw świata, scudetto zdobyte z Napoli? Tak, Sinagra osiągnął to wszystko, tyle że na piasku… Ze Squadra Azzura został wicemistrzem świata w 2008 roku, Neapolowi dał ich pierwsze plażowe mistrzostwo Italii. Na zielonej trawie cały czas kopał na poziomie amatorskim, chociaż niekiedy potrafił przypomnieć widzom, jaka krew płynie w jego żyłach. W barwach Venafro zdobył takiego gola:
7
Gdy sława wyprzedza talent:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
1
@Bocheno1 Z tym ,,za długi" to bym polemizował, no ale z redakcją niestety się nie polemizuje...
2
@Bocheno1 Tak, tak, przyznaje się bez bicia! Po prostu był długi, choć widywałem już ,,deczko" dłuższe...
9
@FCBparasiempre
Według wielu kibiców piłki nożnej Pele uchodzi za najlepszego gracza, jaki kiedykolwiek stąpał po kuli ziemskiej. Normalne więc, że wokół jego postaci narosła spora ilość mitów. Szczególnie że czasy, w których Pele znajdował się u szczytu popularności, nie pozwalały na weryfikowanie wszystkich plotek i spekulacji. Być może część z was słyszała kiedyś opowieść o tym, że gwiazdor Santosu i reprezentacji Brazylii przyczynił się swoim przyjazdem do Nigerii do tymczasowego zawieszenia broni w trakcie trwającej w tym kraju wojny domowej. Czy faktycznie tak było? W 1967 r. południowo-wschodnia część Nigerii, bogata w ropę naftową, zamieszkana w większości przez chrześcijan i członków grupy etnicznej Ibo, ogłosiła secesję. Lokalni politycy oskarżali władze w Lagos o marginalizację ekonomiczną regionu, pozbawianie Ibo stanowisk państwowych i inicjowanie pogromów na zislamizowanej północy kraju. Proklamowano utworzenie Republiki Biafrańskiej. Nowy kraj, o powierzchni ok. 75 tys. km2, nazwę wziął od Zatoki Biafrańskiej, części znacznie większej Zatoki Gwinejskiej. Pieczę nad nowopowstałym krajem, którego niepodległość poparły m.in: Tanzania, Gabon czy Zambia, sprawował pułkownik Chukwuemeka Odumegwu Ojukwu. Wkrótce władze Nigerii postanowiły odpowiedzieć zbrojnie na niepodległościowe zapędy Biafry. Wojna Domowa toczyła się w latach 1967-1970. Ostatecznie Ojukwu musiał salwować się ucieczką z kraju, a wyniszczone działaniami militarnymi quasi-państwo powróciło pod pieczę władz nigeryjskich. Jeśli chcielibyście poczytać więcej na temat tamtego konfliktu zbrojnego, to polecam wam książkę “Ostatnia walka”, będącą wspomnieniami byłego pilota Dywizjonu 303, poszukiwacza przygód i najemnika – Jana Zumbacha. Ten polski as lotnictwa walczył po stronie rebeliantów, będąc jednocześnie dowódcą skromnych Sił Powietrznych Biafry. W 1969 roku ekipa Santos FC udała się na tournée po Afryce. Ich celem były: Kongo, Mozambik, Ghana, Algieria i Nigeria. Takie piłkarskie “trasy koncertowe” były w tamtych czasach bardzo popularne, a Santos uskuteczniał je ze szczególną lubością. Nic dziwnego. Wszak mieli w swoich szeregach największą gwiazdę futbolu. Kurę znoszącą złote jajka, którą klubowi działacze eksploatowali do granic możliwości. Tak więc 26 stycznia 1969 roku mieszkańcy Lagos, w którym odbył się mecz pomiędzy brazylijskim zespołem i reprezentacją Nigerii, mieli okazję zobaczyć w akcji piłkarskiego półboga, który ustrzelił dublet w spotkaniu zakończonym remisem 2-2. Mimo to część opinii publicznej miała wątpliwości co do sensu płacenia Santosowi 11 tysięcy funtów w zamian za możliwość obejrzenia w akcji Pelego. Związkowi działacze twierdzili jednak, że jest to cena okazyjna, jak za możliwość obejrzenia w akcji przez lokalnych kibiców brazylijskich mistrzów futbolu. A i reprezentanci tego afrykańskiego kraju mogą się przecież czegoś nauczyć, podpatrując poczynania przybyszów z Ameryki Południowej. Wkrótce po rozegraniu tego meczu w świat popłynął jeszcze jeden przekaz. Przybycie do Lagos wielkiego Pele, tak bardzo zaaferowało lokalsów, że ci zdecydowali się na czas 48 godzin zawiesić bratobójczy konflikt. Brazylijski As nie dość, że był uznawany za gracza o umiejętnościach przekraczających ludzkie pojęcie, to teraz dodatkowo otrzymał łatkę gołąbka pokoju. Mit ten rósł z każdym kolejnym rokiem i był powielany w kolejnych publikacjach. Podtrzymywali go również działacze Santosu i zawodnicy, którzy wystąpili w omawianym spotkaniu. Niektórzy z nich twierdzili jednak, że zawieszenie broni nie potrwało 48 godzin. Gdy Brazylijczycy odlatywali z lotniska w Lagos, mieli rzekomo usłyszeć ponowne wystrzały.
O trzydniowym zawieszeniu broni mogli za to przeczytać czytelnicy tygodnika Time, który opisał całą sprawę w 2005 roku. A jak było naprawdę? W 2015 roku ową historię postanowił dogłębnie zbadać nigeryjski bloger Oloajo Aiyegbayo, który przestudiował większość dostępnych materiałów prasowych z tamtego okresu i … nie znalazł żadnej wzmianki o rzekomym zawieszeniu. Santos zimą 1969 roku zagrał w Nigerii dwa mecze. Pierwszym był wspomniany pojedynek z tamtejszą kadrą narodową. Drugi natomiast został rozegrany kilka dni później. Przeciwnikiem brazylijskiej ekipy byli piłkarze z Beninu (nie mylić z państwem Benin), trzeciego co do wielkości miasta Nigerii. Tamtejsi działacze na ostatnią chwilę zdołali uzbierać kwotę potrzebną do opłacenia renomowanego rywala. Starcie miało miejsce 4 lutego i zakończyło się triumfem Pelego i spółki wynikiem 2-1. Zwolennicy teorii o zawieszeniu broni właśnie ten mecz wskazują jako przyczynek do lobbowanej przez nich historii. Dowodem ma być fakt, że lokalne władze postanowiły otworzyć na czas tego wydarzenia most, łączący Benin City (miasto gospodarza meczu) z Biafrą. Problem polega na tym, że owy most był otwierany na czas każdego meczu rozgrywanego w Beninie. Mało prawdopodobnym jest także, aby mieszkańcy zbuntowanej Biafry ryzykowali podróż na terytorium wroga nawet dla obejrzenia tak ikonicznej postaci jak Pele. A temu miało służyć rzekome zawieszenie broni i otwarcie mostu, dzięki któremu powstał mit o futbolowym herosie, który na 48 godzin wstrzymał wojnę, by zwaśnione ludy wspólnie mogły obejrzeć jego popisy z piłką przy nodze. Sam Edson Arantes do Nascimento również kilkukrotnie budował swoimi wypowiedziami narrację, mającą na celu wzmocnienie legendy o tym, jakoby wizyta Santosu przyczyniła się do chwilowego zaprzestania działań militarnych. W wywiadzie dla CNN w 2011 roku mówił: ,,Tak, jestem z tego dumny. Wiesz, masz to w filmie i mojej biografii, jak wspólnie z kolegami z Santosu zatrzymaliśmy wojnę. Ludzie byli tak zbzikowani na punkcie futbolu, że zastopowali wojnę byle obejrzeć Santos grający w Afryce”. Cóż, każda wielka gwiazda stara się podtrzymywać i dokładać kolejne cegiełki do budowy swojej legendy. Możliwe jest jednak, że Pele myli pewne fakty. W swojej autobiografii były piłkarz pisze o tym, że incydent w Nigerii miał miejsce w 1967 roku. Prawdą jest jednak, że Santos swoje mecze towarzyskie w tym kraju rozegrał dwa lata później. Jednakże we wspomnianym 1967 roku Brazylijczycy udali się do Demokratycznej Republiki Konga oraz Gabonu. Obydwa te państwa również targane były wewnętrznymi konfliktami. Gdy w 2012 roku Pele odwiedził Gabon, w następujący sposób zwrócił się do miejscowych kibiców: ,,Mówili nam, że tutaj panuje wojna i jesteśmy szaleni, bo nie powinniśmy tu grać. Graliśmy w Liberville oraz Kinszasie. Prezydent Omar Bongo rządził wówczas krajem i powiedział do nas: ,,Musimy przerwać wojnę, bo wszyscy idziemy obejrzeć Pele i przerwał. Zagraliśmy i to było fantastyczne. Nie mogę o tym zapomnieć”. Czy możliwe, że Pele i historycy futbolu pomieszali dwa wydarzenia? Czy może cała sytuacja z przerwaniem wojny to bujda wyssana z palca? Pewne jest jedno. Wokół owej historii narosło mnóstwo mitów i jej prawdziwego oblicza zapewne nigdy nie poznamy. Możemy być jednak pewni tego, że Pele jako gołąbek pokoju z miejsca zatrzymujący wszelkie konflikty, jest tak samo wiarygodny jak historia o studentach wyrzuconych z okna w kartonie z napisem “Misja na marsa”. Obydwie te historie możemy uznać za miejskie legendy.
11
Redakcja usuneła mi komentarz o Pele, więc ponowiam go w odpowiedzi na mój komentarz.
Pele i jego Santos w Nigerii:
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Arkon
@Adran360
10
Wybitne postacie polskiego futbolu:
11 listopada 1889 r. w Świątnikach Górnych urodził się Tadeusz Synowiec. Pierwszy kapitan polskiej reprezentacji, współzałożyciel ,,Przeglądu Sportowego” i jeden z najlepszych zawodników w polskim futbolu w jego pionierskim okresie. Pochodził z biednej rodziny i dość wcześnie został osierocony. Później od rówieśników zaczął naukę, ale był najlepszym uczniem krakowskiego gimnazjum Utrzymywał się z lekcji, których udzielał uczniom młodszych i starszych klas. Piłkę kopać zaczął w klubie RKS Rudawa, a w wieku 20 lat w 1909 r. trafił do Cracovii. Stał się symbolem klubu, dla którego rozegrał 317 spotkań. Od 1913 r. pełnił funkcję kapitana. W trakcie I wojny światowej przebywał w okolicach Kijowa, gdzie w latach 1914-1917 występował w zespole Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego w Kijowie. W 1921 r. razem z kolegami został pierwszym w historii mistrzem Polski. Stanisław Mielech wspominał, że podczas jednego z wyjazdów niewiele brakowało, a Synowca zostawili by na dworcu. Czekali na peronie na przyjazd pociągu, a gdy ten nadjechał, wszyscy rzucili się, żeby zająć jak najwygodniejsze miejsca. Pociąg miał już ruszać, ale wtedy ktoś zapytał: gdzie jest Tadek? Synowiec spokojnie, niczym się nie przejmując, siedział sobie na ławce i pogrążał się w lekturze sportowej prasy. To m.in. dzięki niemu powstał ,,Przegląd Sportowy”. Był jego pierwszym redaktorem naczelnym i tę funkcję pełnił już wtedy, kiedy jechał z kolegami na premierowy występ polskiej reprezentacji w Budapeszcie. W kadrze zagrał osiem razy. We wszystkich meczach pełnił zaszczytną funkcję kapitana zespołu. Ostatni występ zaliczył 18 maja 1924 r. w przegranym 1:5 meczu ze Szwecją. Na paryskich igrzyskach był rezerwowym. W sierpniu 1925 r. przejął obowiązki kapitana związkowego PZPN, z których wywiązywał się do końca 1927 r. Prowadził reprezentację w 12 meczach (11 oficjalnych). Jako zawodnik znakomicie potrafił się ustawiać i imponował skutecznością w odbiorze piłki. Nigdy jednak nie atakował przeciwnika jako pierwszy, starał się wyczuć jego ruchy i zwykle udawało mu się wybić futbolówkę. Sporadycznie się zdarzało, że ktoś minął go dryblingiem. Był niezrównany w grze głową i nigdy nie wpadał w panikę. Zawsze, nawet w największym zamieszaniu, potrafił zachować spokój. Grał bardzo fair i nigdy nie faulował, nigdy też nie miał zatargów z sędziami. Imponował kondycją i przygotowaniem fizycznym, a dzięki swojemu uporowi, nieustępliwości i bezwzględnemu wykorzystywaniu błędów rywali, krakowska publiczność nadała mu przydomek Żyła. Nie umiał przerzucać piłki na drugą stronę boiska, nie potrafił strzelać goli głową z rzutów rożnych, albo poprzez linię obrony. Ale gdy Kożeluh na treningu zarządził strzelanie o czekoladę do starego kapelusza leżącego w bramce, w cylinder pierwszy trafiał „Żyła”. Styczeń, który był „pies na czekoladki” narzekał, że Tadzio nigdy się nie spieszył z napoczęciem czekolady i z poczęstunkami. W Reprezentacji rozegrał 8 meczów.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
9
Serce się kraje, gdy człowiek przypomni sobie co wrogowie Polski robili z Danutą Siedzikówną, Witoldem Pileckim, Orlętami Lwowskimi i wieloma innymi bohaterami oraz zapomnianymi żołnierzami naszej ojczyzny, rozsianymi po całym świecie. Cześć ich pamięci!
12
Blaugrana w Superpucharach:
11 listopada 1992 r. FC Barcelona pokonała na Vicente Calderon Atletico Madryt 1:2 i tym samym sięgnęła po raz trzeci w swojej historii po Superpuchar Hiszpanii. Tydzień po tym jak Barça sensacyjnie odpadła z Pucharu Europy(porażka z CSKA Moskwa) Blaugrana stanęła przed szansą na przynajmniej częściowe zatarcie złego wrażenia z europejskich pucharów. Po pierwszym meczu na Camp Nou i zwycięstwie 3:1 z Atletico szansa na Superpuchar jeszcze wzrosła. W rewanżu osłabieni brakiem Schustera gospodarze zaatakowali w pierwszych minutach, aczkolwiek Futre nie wykorzystał dwóch dogodnych sytuacji. Gol Beguiristaina w 21 minucie właściwie rozstrzygnął rywalizację. ,,Kluczowy był wynik pierwszego meczu a zwłaszcza fakt nadrobienia strat ze stanu 0:1”- podsumował dwumecz Johan Cruijff.
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Kultywowanie historii FC Barcelony:
Dokładnie 70 lat temu zaprezentowano makietę Camp Nou. Wystawę modelu stadionu w skali 1:200 otwarto w samym centrum miasta i cieszyła się ogromnym powodzeniem. W przetargu na budowę stadionu wygrała firma INGAR SA, która zaproponowała najniższą stawke(podobnie jak AGROMAN- 66 mln. peset), ale przewidywała dużo krótszy czas budowy(18 miesięcy, o 10 mniej niż rywale). W sumie sam projekt kosztował klub prawie 35 mln peset, z których 16 pochodziło z kredytu. Już na samym początku prac okazało się iż budowa pochłonie dużo więcej niż przewidywano. Najpierw kwota wzrosła do 100 mln peset, następnie do 162 mln, aż w końcu pełne koszty konstrukcji wraz z kosztem terenów i podatków osiągnęły zawrotną sume 242 mln peset. Z uwagi na to, że była to suma przekraczająca możliwości Barcelony, wyemitowano obligacje i papiery wartościowe na sume 160 mln peset, które gwarantowały 7% zysków w skali roku.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
1
Czyżby zaczynała nam się odradzać klątwa Anoeta? O tym przekonamy się dopiero w przyszłym sezonie, o ile oczywiście Baskowie nie spadną do Segunda Division.
0
@Bartula No powiedzmy....
0
Przecież ten cały War to jest zbrodnia na futbolu! To cholerstwo trzeba jak najszybciej zlikwidować!
Ps. De Jong to jest zakała rodziny i piąte koło u wozu. Trzeba jak najszybciej się go pozbyć!
1
@Symson Dzisiejszy mecz Lecha również będzie niezapomniany. Bravissimo ,,Kolejorz"!
5
Leże sobie bardzo wygodnie na sofie i oglądam bardzo fajniutki meczyk w telewizorze na TVP2. Absolutnie nie żałuje że zdecydowałem się oglądać właśnie ten mecz Ekstraklasy a do tego mój sympatyczny Kolejorz punktuje... niesympatyczną dla mnie Legie, z czego jestem całkowicie ukontentowany...
10
Spełnienie dziecięcych marzeń:
Nie, nie było dokładnie tak samo jak w przypadku Diego Maradony 5 lipca 1984 roku ale mało brakowało. O ile na stadion San Paulo w Neapolu na prezentację Argentyńczyka przyszło 70 000 osób, o tyle w Barcelonie 21 lipca 2003 roku na trybunach Camp Nou zasiadło 30 000 kibiców. To absolutny rekord w stolicy Katalonii. Żadna inna gwiazda, która grała wcześniej w barwach Azulgramy nie została przywitana przez tak liczną publiczność. Ronaldinho miał być pierwszym z wielu. Kiedy Brazylijczyk wyszedł na boisko w koszulce z numerem 10 i zaczął pokazywać swoje piłkarskie akrobacje, kibice oszaleli z zachwytu a rzadko zdarza się by Katalończycy, tak bardzo europejscy, tak powściągliwy, mniej emocjonalnie niż Hiszpanie z innych prowincji dawali upust swemu entuzjazmowi. Wszystko ma swoje wytłumaczenie. Po pierwsze publiczność była szczęśliwa, ponieważ po utracie szansy na sprowadzenie Beckhama do drużyny wreszcie trafiła gwiazda. Nie był to wprawdzie piłkarz, którego się spodziewali ale nikt nie mógł zaprzeczyć że trafił im się prawdziwy talent. Prasa reklamowała Ronaldinho jako nowy piłkarski fenomen a wielu kibiców pamiętało jego znakomite występy podczas mundialu w Korei i Japonii albo niektóre z jego magicznych akcji w barwach PSG. Jednak to wszystko nie mogło wystarczyć aby usprawiedliwić tak wielką mobilizację tłumu. Istniał inny, głębszy powód, zrodzony z rozczarowania. Sezon 2002/03 był fatalny, Barça zagrała słabo i wyniki gorsze być nie mogły. Drużyna została wyeliminowana z Pucharu Króla przez Noveldę, zespół z trzeciej ligi; w Champions League odpadła w ćwierćfinale ulegając Juventusowi; w Primera Division zajęła dopiero szóste miejsce, mając 22 punkty straty do Realu Madryt, który w ostatniej kolejce zdobył tytuł mistrzowski. Na ławce trenerskiej zasiadało dwóch trenerów: Luis Van Hall, który poniósł klęskę i zrezygnował oraz Radomir Antič. Serb próbował uniknąć całkowitego pogrążenia drużyny i udało mu się ostatecznie wywalczyć awans do pucharu UEFA, jednak klub nie przedłużył z nim kontraktu. Pod koniec czerwca jego miejsce zajął Frank Rijkaard, kolejnych Holender podziwiany jako piłkarz, lecz niedoświadczony jako trener. Kibice jednak z nadzieją spoglądali na nowe szefostwo i nową gwiazdę Ronaldinho. Oczekiwali że Brazylijczyk będzie zbawcą że poprowadzi Barcelonę na szczyt. Bardziej niż wywalczenie wysokiego miejsca w tabeli pragnęli żeby zespół grał dobrze i odzyskał prestiż. Kibice Azulgrany zawsze byli bardzo wymagający i krytycznie wobec swojej drużyny wolą widzieć jak przegrywa mecz, grając w sposób spektakularny niż oglądać zwycięstwo wywalczone po słabym występie. Mają takie podejście już od czasów Fernando Daucika, który trafił do Barcelony razem ze swoim szwagrem Ladislao Kubalą, jedną z pierwszych gwiazd klubu.
Nie wiemy czy nasz bohater zdawał sobie sprawę gdzie tak naprawdę trafił, czy był świadomy czego publiczność oczekuje od niego i od nowej Barçy. Niewątpliwie był pod wrażeniem 30 000 kibiców, którzy bili mu brawo i skandowali jego imię na znak powitania. Znał już atmosferę Camp Nou, wszak reprezentacje Katalonii i Brazylii grały tutaj mecz towarzyski przed mistrzostwami świata w 2002 roku. Canarinhos wygrali wtedy 3:1 a publiczność była zachwycona Ronaldinho, autora dwóch goli. Mimo to po prezentacji Ronnie powiedział że nie wyobrażał sobie tak wyjątkowego, gorącego powitania. Dodał też że jest bardzo szczęśliwy że znakomicie czuje się w nowej drużynie i że gra w Barcelonie jest spełnieniem jego marzeń: ,, Od małego chciałem naśladować Romario a później Ronaldo. Widziałem ich jak występowali w koszulkach Blaugrany i myślałem że pewnego dnia ja też zagram w tym klubie. Zawsze byłem zakochany w Barsie". W lipcu 2003 roku nowa Barcelona udała się na tourne po USA. 27 lipca w Bostonie zagrała z Juventusem. W regulaminowym czasie gry było 2:2 a w rzutach karnych 6:4 dla Barçy. Ronaldinho wszedł w drugiej połowie i strzelił gola z rzutu karnego ale prasa więcej niż o nim pisała o Rustu, tureckim bramkarzu. 31 lipca w Waszyngtonie Barça odniosła kolejne zwycięstwo 2:0 z Milanem Didy i Szewczenki. Ronaldinho zaliczył pierwszą asystę podając piłkę do Quaresmy. Trzeci mecz rozegrano w Filadelfii gdzie Katalońska drużyna przegrała 1-3 z Manchesterem United. Po tej porażce piłkarze wrócili do Barcelony a następnie udali się do Anglii i Irlandii by zagrać tam kolejne mecze towarzyskie. 24 sierpnia odbył się mecz o trofeum imienia Joana Gampera, w którym Barça zmierzyła się z Boca Juniors. Na Camp Nou przyszło 90 000 widzów pragnących zobaczyć debiut Ronaldinho, który jednakowoż nie wyróżnił się niczym w tym meczu. Dwa dni później Blaugrana wygrała puchar Katalonii nie było to trofeum szczególnie istotne ale pierwsze zdobyte po bardzo długim czasie i traktowano je jako dobry znak przed rozpoczynającymi się 30 sierpnia rozgrywkami ligowymi. Media przedstawiały sezon 2003/04 jako pojedynek między Beckhamem i Ronaldinho. Z jednej strony gwiazda futbolu, medialny fenomen, kapitan reprezentacji Anglii, nowy galaktyczny Real Madryt a z drugiej kolejny uśmiechnięty Brazylijczyk, który przychodził z ligi francuskiej, gdzie zbytnio nie błyszczał. Mimo tego to właśnie ten ostatni był nadzieją na wskrzeszenie Barçy…
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
4
@FCBparasiempre
W Parmie cały czas miał status gwiazdy. Coraz częściej jednak dawał o sobie znać jego charakter. Można było poczytać w tabloidach o jego barwnym życiu prywatnym. Przyczyniał się do tego również jego romans z niemiecką modelką Petrą Scharbach. Mimo wszystko w sezonie 1994/95 pozostawał nadal ważną częścią w żółto-niebieskiej układance Nevio Scali. Zagrał we wszystkich rozgrywkach 41 razy i zdobył 10 goli. Był też „ojcem sukcesu” w półfinałowej potyczce włoskiego zespołu z Bayerem Leverkusen w Pucharze UEFA. Dzięki jego trzem bramkom w dwumeczu z Niemcami, zawodnicy Parmy trzeci sezon z rzędu dotarli do finału europejskich rozgrywek. Rywalem Asprilli i spółki w najważniejszym meczu, tym razem był ich inny znajomy z Serie A – Juventus. Podopieczni Nevio Scali na własnym boisku pokonali Starą Damę 1:0, zaś w stolicy Piemontu zremisowali 1:1. Tino zagrał pełne 180 minut. Bohaterem Parmy został jednak tym razem Dino Baggio, który pokonał Angelo Peruzziego dwukrotnie. Asprilla po raz kolejny mógł wznieść klubowe trofeum w górę. Kłopoty Ośmiornicy zaczęły się jednak sezon później. Na Stadio Ennio Tardini pojawili się między innymi Hristo Stoiczkow, który przywędrował do Włoch z wielkiej Barcelony, a także 23-letni Filippo Inzaghi, który sezon wcześniej strzelił dla Piacenzy 15 goli w Serie A (Asprilla w najlepszym sezonie zdobył 10). Zwiększenie konkurencji w składzie oraz mało profesjonalny rytm życia Asprilli, uwielbiającego nocne eskapady, spowodował, że Kolumbijczyk nie był już jedną z najważniejszych kart w talii trenera Parmy. W pierwszej części sezonu zameldował się na boisku jedynie sześć razy. Faustino musiał się zastanowić nad swoją przyszłością. W przerwie zimowej zgłosił się menedżer Newcastle United – Kevin Keegan. Sroki walczyły wówczas o zdobycie mistrzostwa Anglii. Zimą 1996 roku Faustino Asprilla opuścił słoneczną Italię, żeby zagrać w powstałej dopiero Premier League. Sam, we wspomnianym wcześniej wywiadzie dla FourFourTwo, utrzymuje, że jego odejście było spowodowane podpisaniem kontraktu z Fabio Capello, który miał objęć po sezonie stery Gialloblu i nie widział miejsca dla Tino. Ostatecznie Capello Parmy nie poprowadził, gdyż wybrał ofertę Realu Madryt, ale Asprilli w zespole już nie było. Czy taka wersja wydarzeń jest prawdą? Patrząc na brak zaufania, jakim od początku sezonu 1995/96 darzył Kolumbijczyka Nevio Scala, trudno przypuszczać, by jego transfer do Newcastle stał się faktem jedynie za sprawą Capello. Luty 1996 roku. Tłumy fotoreporterów oraz kibice i przedstawiciele Newcastle entuzjastycznie witają na lotnisku, wychodzącego z prywatnego odrzutowca (wysłanego specjalnie po niego) Faustino Asprillę. Głęboko wierzą, że oto na ich ziemię zstępuje ten, który da zespołowi upragniony tytuł mistrza Anglii. Twarz ich wybawcy nie do końca jednak bije pewnością siebie, jakiej oczekiwano od wspaniałego herosa. Bardziej przypomina on zagubionego chłopca, który właśnie pomylił samoloty i wylądował nie w miejscu docelowym. W Anglii w ten dzień szalała śnieżyca, a mieszkający całe życie w krajach o ciepłym klimacie Faustino, w młodości zdecydowanie bardziej wolał biegać po szkolnym boisku, niż uczęszczać na lekcje geografii. Kompletnie nie był przygotowany na trzaskający mróz, który czekał na niego w Wielkiej Brytanii. ,,Widziałem na mapie, że Newcastle leży gdzieś nad morzem. Cóż, co miałem pomyśleć, jeśli nie to, że są tam plaże i jest gorąco?”. Zadebiutował już 24 godziny po przylocie do Anglii. W meczu z Middlesbrough zmienił w 67. minucie Keitha Gillespie. Gdy pojawiał się na boisku, jego koledzy z drużyny przegrywali 0:1. Newcastle wygrało a Asprilla asystował przy jednej z bramek. Zmiana dała partnerom z drużyny odpowiedni zastrzyk energii. Nie wszystko potoczyło się jednak tak dobrze. Gdy Kolumbijczyk przybywał na St. James Park, Newcastle United miało dziewięć punktów przewagi nad drugim w tabeli Manchesterem United. Kibice głęboko wierzyli, że po niemal 70 latach uda się zdobyć upragniony tytuł. Zwłaszcza, że Kevin Keegan sprowadził posiłki. Oczy wszystkich zwrócone były jednak w głównej mierze na czarnoskórego latynosa. Nadmuchany do granic możliwości balonik pękł z hukiem. W ostatnich 14 meczach, zawodnicy The Magpies zdobyli zaledwie 21 punktów. W tym samym czasie Czerwone Diabły sir Alexa Fergusona w 13 spotkaniach wywalczyły ich aż 33, notując zaledwie jedną porażkę. Podopieczni Keegana dali się wyprzedzić. Po sezonie zaczęło się szukanie winnych. Gromy posypały się również na głowę El Tino, który w tych 14 meczach zaledwie trzy razy trafił do siatki. Keeganowi eksperci zarzucali zaś, że po przyjściu Kolumbijczyka zmienił ustawienie taktyczne, by wpasować go w tryby swojej drużyny, a przez to zepsuł dobrze naoliwioną maszynę.
Asprilla pojawił się w zespole w momencie rozpoczęcia kryzysu. Sam szkoleniowiec również bronił swojego gracza, często podkreślając, że w wielu meczach dawał on jego zespołowi najwięcej jakości ze wszystkich. Tak było chociażby w starciu „o sześć punktów” z Manchesterem United, który Newcastle przegrało pechowo po bramce Erica Cantony. Przyszły selekcjoner reprezentacji Anglii uznał Asprillę najlepszym zawodnikiem tamtego meczu. Większość osób, które obejrzały tamto spotkanie uznało nim jednak Petera Schmeichela, który powstrzymał biało-czarną nawałnicę pod swoją bramką. Po latach sam jednak przyznał, że był to jeden z tych wieczorów, w czasie którego „wszystkie piłki trafiały w niego”. Ta potyczka była jednym z punktów zwrotnych sezonu. Mimo to Asprilla i koledzy zebrali sporo braw od swoich kibiców za starcie z United. Pod wrażeniem piłkarskich umiejętności kolegi z zespołu był także Peter Beardsley: ,,Asprilla był wspaniałym graczem. Miał wysublimowane podanie, świetną wizję gry i umysł piłkarza”. Na zarzuty o to, że Faustino był głównym winowajcą niepowodzenia Newcastle w tamtym sezonie odpowiedział: ,,Stanowił łatwy cel, ale to po prostu nie było prawdą”. Nie zawsze jednak koledzy z drużyny i menadżer zachwycali się postawą El Tino. Najbardziej naraził im się po przegranym 0:2 meczu z Arsenalem na Highbury, kiedy po meczu szybko wziął prysznic i pospiesznie wymknął się tylnym wyjściem ze stadionu i pognał motocyklem na lotnisko, nie czekając na pomeczową odprawę. Uzasadnił to tym, że… nie mówi po angielsku, więc i tak nie zrozumiałby słów Kevina Keegana. Pojedyncze przebłyski geniuszu Ośmiornicy dawały jednak nadzieje, że w kolejnym sezonie na dobre stanie się on liderem drużyny. Za rekordową sumę 15 milionów funtów ekipę z Newcastle wzmocnił król strzelców Euro 1996, Alan Shearer, otrzymując jednogłośny status największej gwiazdy zespołu. Asprilla grywał na skrzydle lub siedział na ławce rezerwowych. Z ławki musiał oglądać choćby rewanż na Manchesterze United. Newcastle rozbiło rywala aż 5:0. W przeciwieństwie do Asprilli, nadzieje kibiców spełniał Shearer, który został w tamtym sezonie królem strzelców całych rozgrywek z liczbą 25 goli. El Tino w 24 spotkaniach strzelił cztery. Do tego ze stanowiska menadżera zespołu zrezygnował na początku 1997 roku Kevin Keegan. Można było mieć wątpliwości, czy zastępujący go na trenerskiej ławie Kenny Dalglish znajdzie miejsce dla Kolumbijczyka. Legenda Liverpoolu nie odstawiła jednak Asprilli całkowicie na boczny tor. W sezonie 1996/97 Newcastle znów zajęło drugie miejsce w lidze i doszło do ćwierćfinału Pucharu UEFA. W tych drugich rozgrywkach Asprilla spisywał się zdecydowanie lepiej, strzelając pięć goli w sześciu spotkaniach. Na początku kolejnego sezonu sytuacja Faustino znów się zmieniła. Z drużyny odeszli Les Ferdinand i David Ginola, zaś Shearer doznał urazu więzadeł w czasie przedsezonowego turnieju. W nogach Asprilli miała spoczywać odpowiedzialność za tworzenie sytuacji bramkowych. Octopus zaczął sezon w świetnym stylu, zapewniając swojemu zespołowi zwycięstwo w pojedynku z Sheffield Wednesday w pierwszej kolejce. Zdobył w tamtym spotkaniu dwie bramki. Jak się miało okazać… były to jego jedyne dwa gole ligowe. Dzięki drugiemu miejscu z poprzedniego sezonu, ekipa znad rzeki Tyne mogła przystąpić do rundy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów. Tam nie bez kłopotu rozprawili się z Dinamem Zagrzeb i awansowali do rozgrywek grupowych. Pierwszym przeciwnikiem zespołu Kenny’ego Dalglisha była Barcelona. Asprilla od zawsze bardzo dobrze czuł się w rozgrywkach pucharowych. Kibice Newcastle na pewno jednak spodziewali się tego, co zrobił 17 września 1997 roku na St. James Park. Każdy wielki piłkarz ma w swojej karierze spotkanie, które może wspominać latami. Takim meczem dla Asprilli z pewnością był pojedynek z Blaugraną. W 22. minucie pozwolił się sfaulować w polu karnym rywala bramkarzowi Ruudowi Hespowi, by następnie samemu pokonać go z „wapna”. Osiem minut później głową skierował futbolówkę w okienko bramki holenderskiego golkipera Barcy. Na początku drugiej połowy El Tino wbiegł między obrońców katalońskiego zespołu i po wyskoku rodem z NBA zdobył hat-tricka. Po wszystkim długo celebrował swój wyczyn pod trybunami, robiąc fikołki i świętując z kibicami Newcastle. Barcelona na hat-trick Asprilli odpowiedziała tylko dwoma golami i trzy punkty zostały na wybrzeżu. Był to epizod, który na zawsze wyrył się złotymi zgłoskami w historii klubu z Anglii, a także w życiorysie naszego bohatera. Sezon miał jednak nieudany. W Lidze Mistrzów również nie strzelił już bramki, a Sroki odpadły w grupie, zwyciężając jeszcze tylko raz z Dynamem Kijów. Zimą 1998 roku przygarnął go klub, w którym zaczął swoją przygodę z europejską piłką. Po dwóch latach przerwy wrócił do Parmy.
Wszystko to było już tylko odcinaniem kuponów. Parma odkupiła go z Anglii za kwotę sześciu milionów funtów. Dokładnie tyle samo włoscy działacze otrzymali wcześniej od Newcastle. Przez dwa sezony zagrał zaledwie w 12 meczach ligowych. W 1999 roku wywalczył swój drugi Puchar UEFA. Parma pokonała w finale Marsylię 3:0. El Tino zagrał w decydującym starciu sześć minut, zmieniając w końcówce spotkania Hernana Crespo. Było to już czwarte europejskie trofeum, które udało mu się zdobyć. Tym razem jednak jego wkład w sukces był symboliczny. Niedługo potem wybudował ranczo, które chyba było już wyrazem tęsknoty za powrotem do swojej ojczyzny. Po epizodzie w Parmie powrócił na swój kontynent. Przez kolejne kilka lat tułał się po Ameryce Południowej, grając kolejno w Brazylii (Fluminense i Palmeiras), Meksyku (Atlante), Kolumbii (Atletico Medellin), Chile (Universidad Chile), Argentynie (Estudiantes La Plata) i ponownie w Kolumbii (Cortulua), gdzie w 2004 roku zawiesił buty na kołku. Trzy lata wcześniej po raz ostatni przywdział koszulkę reprezentacji Kolumbii. Dla Los Cafeteros zagrał 57 spotkań i zdobył 20 bramek. Pojechał na dwa mundiale (1994, 1998) i trzy razy był w składzie reprezentacji na Copa America. Jak wspomniałem na początku tego tekstu, Asprilla był postacią bardzo barwną. Kochał piękne kobiety, dobrą zabawę i nadal kocha życie. Po zakończeniu kariery został ekspertem w telewizji ESPN. Promuje również własną markę… prezerwatyw. W kolumbijskim radiu LA FM tak się wypowiadał na ten temat: ,,Myślę, że to świetny pomysł. Mam nadzieję, że zostaną wykorzystane w kampanii przeciwko niechcianym ciążom nastolatek”. W czasach gry w Newcastle podrywał podobno dziewczyny, wmawiając im, że w jego mieszkaniu znajduje się David Ginola. Rozochocone dziewczyny chętnie wchodziły wówczas do domu Kolumbijczyka, chcąc poznać przystojnego, francuskiego piłkarza. Oczywiście na miejscu napotykały pusty apartament. Gianfranco Zola utrzymywał zaś, że gdy jedyny raz zabrał Asprillę na ryby, to ten połamał mu wszystkie wędki. Tino jest również fanem broni palnej, z którą w czasie gry w Chile przyszedł kiedyś na trening, mówiąc kolegom, że jeśli nie zaczną uciekać, to zacznie do nich strzelać. Pojawiał się także roznegliżowany na okładkach czasopism w Kolumbii i Włoszech. Aktywnie udziela się również na Twitterze. Aktualnie większość czasu spędza na swoim ranczo w rodzinnym Tulua, gdzie między innymi hoduje konie. Świetna technika, dobry przegląd pola, niekonwencjonalne decyzje. Czego więc zabrakło Asprilli, by zrobić większą karierę? Zapewne każdy odpowie podobnie. Charakter „południowca” zbyt często dawał o sobie znać. Popadanie w skandale, romanse, zbyt gorąca głowa, niechęć do reżimu treningowego i słabość do wszelkich życiowych pokus. To demony, które pogrążyły już niejedną gwiazdę futbolu rodem z Ameryki Południowej. Z drugiej jednak strony, skoro Asprilli prowadzenie takiego żywota odpowiada, jest szczęśliwy i zadowolony ze swojej kariery, to czy mamy prawo go osądzać? Możemy się jedynie cieszyć, że futbolowi bogowie stworzyli kolejną postać, której historii życia słucha się z zapartym tchem.
6
@FCBparasiempre
Z pewnością wielu z was oglądało serial „Narcos”. Kokainowe kartele, bojówki ukrywające się w zakamarkach amazońskiej puszczy, konflikty polityczne, korupcja. Wiele osób w ten sposób postrzega właśnie Kolumbię. Gdzieś tam w tle przewija się także futbol. Gdy pomyślimy o gwiazdach tego sportu z lat 90-tych, to na myśl przychodzą nam: ekscentryczny bramkarz Rene Higuita, Carlos Valderrama i jego bujna czupryna, czy zamordowany po strzeleniu samobójczej bramki na mundialu w USA Andres Escobar. Jest także i on. Bohater naszego dzisiejszego tekstu – Faustino Asprilla. Urodził się 10 listopada 1969 roku jako Faustino Hernan Asprilla Hinsteroza, w liczącym sobie 200 tysięcy mieszkańców Tulua, leżącym przy Autostradzie Panamerykańskiej i będącym głównym ośrodkiem tańca Salsa, znanym w całej Ameryce Południowej. Swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w słynnej szkółce „Carlos Sarmiento Lora” w Cali. Ta piłkarska akademia została założona w 1984 roku przez siostrzenicę lokalnego społecznika, (zmarł cztery lata wcześniej), aby uczcić jego pamięć. Jest ona małą kopalnią piłkarskich diamentów. Oprócz Asprilli, „wyprodukowała” takich graczy jak chociażby Faryd Mondragon czy Mario Yepes. Nauka futbolu w tak prestiżowym miejscu miała poskutkować w przypadku Asprilli transferem do któregoś z utytułowanych klubów z Cali – America bądź Deportivo. Szczególnie ten drugi klub często czerpał ze źródełka akademii „Carlos Sarmiento Lora”, która początkowo była nawet jego przybudówką. Żaden z tych klubów nie zdecydował się jednak na podpisanie kontraktu z Tino. Trafił on do Cucuta Deportivo. Klub niewiele znaczył na piłkarskiej mapie Kolumbii. W swojej ponad 60-letniej historii nie mógł poszczycić się zdobyciem jakiegokolwiek krajowego trofeum. Leżąca przy granicy z Wenezuelą Cucuta okazała się jednak trampoliną dla 20-letniego Faustino. Spędził tu zaledwie rok. Tyle wystarczyło, żeby zwrócić na siebie uwagę. W sezonie 1988 rozegrał 36 spotkań i zapakował rywalom 17 bramek. Jego zespół zajął spokojne ósme miejsce w tabeli. Oko na młodym zawodniku zawiesili działacze Atletico Medellin i to właśnie tam przed sezonem 1989 trafił Tino. Opieszałość klubu z Cali, napędzanego „narkopieniędzmi” braci Orejuela, wykorzystało Medellin, wspierane bogactwem tamtejszego kokainowego kartelu. Sprawa Asprilli – 1:0 na korzyść Pablo Escobara. W pierwszym sezonie dla nowego klubu, Octopus (pol. Ośmiornica), jak nazywali Faustino przyjaciele z dzieciństwa (a wiązało się to z niepohamowanym apetytem napastnika) zagrał tylko 16 razy (15 spotkań ligowych i jeden w Pucharze Kolumbii). Stało się tak dlatego, że rozgrywek ligi kolumbijskiej w 1989 roku nie dokończono. Powodem podjęcia takiej decyzji, była śmierć sędziego liniowego – Alvaro Ortegi. Stało się to po tym, jak Ortega nie uznał bramki dla Atletico Medellin w prestiżowym starciu z… a jakże, America de Cali. Asprilla zdołał zdobyć dla Los Verdolagas dziewięć goli. W dwóch następnych sezonach stawał się coraz ważniejszym ogniwem zespołu. Przez dwa kolejne lata przywdziewał zielono-biały trykot 61 razy i pokonywał bramkarza rywali 21-krotnie. Tino nigdy nie był typem klasycznego egzekutora. Często wystawiano go na prawym skrzydle lub za plecami napastnika. Trenerzy lubili wykorzystywać jego kreatywność, zwinność i szybkość. Nie tylko pokonywał bramkarzy rywali. Potrafił również obsłużyć kolegów z zespołu doskonałym podaniem. W sezonie 1990 finiszował wraz z drużyną na drugim miejscu w lidze kolumbijskiej, zmuszony uznać wyższość największego rywala z Cali. W 1991 roku to już jego team zgarnął najważniejszy skalp na krajowym podwórku, ciesząc się z pierwszego od 10 lat mistrzostwa Kolumbii dla Medellin. Postawa ciemnoskórego gracza nie uszła uwadze obserwatorów z kontynentu europejskiego. Początek sezonu 1992 rozpoczął jeszcze w barwach klubu ze światowej stolicy przemytu kokainy, ale zdołał dla niej zagrać ledwie 13-krotnie (siedem goli). Kolumbijczyk wylądował w Serie A, będącej wówczas uznawaną za najsilniejszą ligę piłkarską na świecie. Zasilił szeregi Parmy. Na Półwysep Apeniński powędrował za niecałe 11 milionów dolarów. Do ekipy Gialloblu dołączył w momencie, gdy ta wchodziła w swój „złoty okres”. Była akurat świeżo po zdobyciu pucharu Włoch, pierwszym znaczącym trofeum w historii. Na Stadio Ennio Tardini latynoski piłkarz miał okazję trenować z takimi tuzami jak: Tomas Brolin, Gianfranco Zola czy Roberto Sensini. Nad klubem z północy Włoch pieczę sprawował trener Nevio Scala. Tino szybko odnalazł się w Europie. W debiutanckim sezonie strzelił 12 bramek. Tifosi Parmy zapamiętali najbardziej jego piękne uderzenie z rzutu wolnego w samo okienko bramki Milanu na San Siro. Sebastiano Rossi odprowadził piłkę wzrokiem, a Asprilla pomknął do linii bocznej, celebrując gola w charakterystyczny dla siebie sposób – zrobił salto. Zapewnił zwycięstwo swojemu zespołowi i jednocześnie przerwał trwającą od 58 spotkań serię meczów bez porażki podopiecznych Fabio Capello.
Był doceniany przez ekspertów. W 1993 roku zajął szóste miejsce w plebiscycie na Piłkarza Roku FIFA. W klasyfikacji tej wyprzedził m.in. takich graczy jak Bebeto i Ronald Koeman. Parma zajęła trzecie miejsce. Największym sukcesem klubu z północy Italii w sezonie 1992/93 był jednak triumf w Pucharze Zdobywców Pucharów. Faustino zdobył w tych rozgrywkach cztery gole. Kolumbijczyk pokonywał kolejno golkiperów: węgierskiego Ujpestu, Sparty Praga i dwukrotnie Atletico Madryt w półfinale rozgrywek. W najważniejszym momencie sezonu jednak zawiódł, ale nie przez słabą grę, a z powodu swojego szalonego charakteru. Dał o sobie znać temperament południowca, przez który nabawił się kuriozalnej kontuzji. Jak wspominał w jednym z wywiadów, gdy przebywał w Kolumbii, w jego samochód uderzył autobus. Nic mu się nie stało, jednak postanowił wyjaśnić całą sytuację z kierowcą, który spowodował kolizję. Kierowca zdążył w pośpiechu zatrzasnąć drzwi autobusu. Tino wybił szybę w pojeździe i pokiereszował sobie odłamkami szkła nogę. Na tyle, że wykluczył się z finałowego starcia z Royalem Antwerpia. Absencja Asprilli nie przeszkodziła podopiecznym Nevio Scali w wywalczeniu europejskiego trofeum. W finale rozgrywanym na Wembley AC Parma odprawiła Belgów z kwitkiem, wygrywając 3:1. Asprilla mógł się tylko przyglądać temu triumfowi z trybun. Jego wybuchowy charakter nie po raz pierwszy napytał mu biedy. Okazja do „odkucia się” nadarzyła się już rok później. Włosi znów przebili się do finału PZP. Szło im bardziej opornie niż we wcześniejszej edycji. Maccabi Hajfę pokonali dopiero po rzutach karnych, a w półfinale zwyciężyli z Benficą dzięki bramce zdobytej na wyjeździe. Asprilla tym razem dołożył zaledwie dwie bramki i to obie strzelone w jednym meczu szwedzkiemu Degerfors IF. W wielkim finale Gialloblu trafili na Arsenal. Asprilla tym razem trzymał przed najważniejszym starciem nerwy na wodzy i 4 maja 1994 roku mógł wybiec w pierwszym składzie. Trofeum nie udało się jednak obronić. Nie pomógł w tym kolumbijski napastnik. Kanonierzy zwyciężyli dzięki bramce Alana Smitha w 19. minucie. Asprilli udało zapisać się w kajecie sędziego jedynie za sprawą żółtej kartki. Podopieczni Nevio Scali nie zakończyli jednak sezonu 1993/94 bez europejskiego trofeum. Już na samym początku sezonu zdołali sobie wywalczyć Superpuchar Europy. Zwyciężyli w dwumeczu z Milanem. Octopus zdobył w tamtym sezonie łącznie 16 goli, występując w 44 spotkaniach. Zapracował sobie w tamtym momencie na miano gwiazdy zespołu i ulubieńca trybun Stadio Ennio Tardini. Pojechał z reprezentacją Los Cafeteros na igrzyska w Barcelonie w 1992 roku. Szybko pożegnał się jednak z olimpijskimi zmaganiami, zajmując ostatnie miejsce w swojej grupie. W kadrze seniorskiej zadebiutował w 1993 roku. Już w pierwszym meczu z Chile wpisał się na listę strzelców, pokazując selekcjonerowi Francisco Maturanie, że szybko może stać się ważnym ogniwem reprezentacji. Kilka tygodni później selekcjoner zabrał go na turniej Copa America. Kolumbijczycy zdobyli tam brązowe medale. Tino dwukrotnie nie pomylił się w konkursach jedenastek, które Kolumbijczycy musieli rozegrać dla rozstrzygnięcia spotkań ćwierćfinałowego i półfinałowego. Jedno z najlepszych spotkań w barwach Los Cafeteros Asprilla zagrał we wrześniu 1993 roku. Drużyna Maturany mierzyła się z Argentyńczykami, którzy kilka miesięcy wcześniej wygrali wspomniane Copa America, a w półfinale wyeliminowali właśnie Kolumbię. W Buenos Aires (eliminacje MŚ 1994) Asprilla i koledzy wzięli srogi rewanż na Albicelestes, rozbijając mistrzów Ameryki Południowej aż 5:0. Dwa gole w tamtym spotkaniu strzelił bohater tekstu. Do dziś triumf na argentyńskiej ziemi z 1993 roku, przez wielu ekspertów uważany jest za najlepszy mecz Kolumbijczyków w historii. Kolumbijczycy przeszli przez wewnątrzamerykańskie eliminacje jak burza, nie przegrywając żadnego meczu. Kibice głęboko wierzyli, że w Stanach Zjednoczonych Los Cafeteros mogą spełniać rolę czarnego konia. Tino oczywiście został powołany na turniej. Po porażkach z Rumunią i sensacyjnie z gospodarzami mistrzostw – Amerykanami – Asprilla i spółka wiedzieli, że czas pakować manatki i udać się na wakacje. Na osłodę pokonali jeszcze Szwajcarię, ale niewiele to już zmieniło. Fatalny występ Faustino i jego kolegów poskutkował tragedią, na jaką nikt sobie nie zasłużył. Za samobója w meczu z USA, najwyższą karę zapłacił Andres Escobar. Kibic-psychopata zastrzelił go w jednym z klubów w Bogocie, krzycząc „Gol!” w chwili oddawania każdego ze strzałów. To zrobiło ogromne wrażenie na Asprilli, który tak wspomina ostatnią rozmowę z Escobarem w wywiadzie dla FourFourTwo: „Czułem się bardzo źle… myślę, że wszyscy tak się czuliśmy. Dużo płakałem. Był naprawdę dobrym przyjacielem i świetną osobą. Bardzo zabawną, zawsze żartującą. W samolocie, gdy wracaliśmy z USA do Kolumbii, mówił do mnie: „Nie wychodź na ulicę, to naprawdę bardzo niebezpieczne. Wiem, że lubisz imprezować, ale coś ci się może stać, mogą cię zabić. Zostań w domu.” Powiedziałem: „Ok, zostanę”. Osobą, która wyszła był on. Nie skorzystał z rady, którą dał mnie”. Po tamtym wydarzeniu Asprilla i Carlos Valderrama zawiesili swoje kariery reprezentacyjne.
6
Latynoskie legendy futbolu:
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
8
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
10 listopada 1913 r. urodził się Artur Woźniak. Czołowy piłkarz krakowskiej Wisły w latach 30-tych i dwukrotny król strzelców (1933 i 1937). Jako drugi gracz w historii klubu przekroczył granicę stu goli w lidze. Wyróżniał się doskonałą techniką i boiskową inteligencją. Do zespołu Wisły dołączył jako 14-latek. Jego piłkarscy idole zdobywali wówczas mistrzostwo kraju w pierwszym ligowym sezonie. W zespole juniorów spędził cztery lata. Prezentował się na tyle dobrze, że 15 sierpnia 1931 r. dostał szansę debiutu na ekstraklasowych boiskach. Wystąpił w przegranym 0:2 meczu z Ruchem. Dwa tygodnie później zdobył swoją pierwszą bramkę w lidze a Wisła wygrała z warszawską Polonią 3:0. W kolejnym sezonie stał się już podstawowym zawodnikiem zespołu. Występował na pozycji łącznika i w 19 meczach strzelił 13 goli – najwięcej w zespole. W 1933 r. kiedy z boiskiem w dramatycznych okolicznościach pożegnał się Henryk Reyman, Woźniak został przesunięty na środek ataku i godnie zastąpił wielkiego mistrza. Z 19 golami na koncie zdobył swój pierwszy tytuł króla strzelców. W Wiśle występował aż do wybuchu wojny. Wystąpił też w decydujących o mistrzostwie meczach w 1947 r. Nigdy nie udało mu się zdobyć mistrzostwa kraju. Trzykrotnie musiał się zadowolić drugim miejscem (1931, 1936 i 1947). W czasie okupacji występował w meczach konspiracyjnych. Był żołnierzem Armii Krajowej o pseudonimie „Władysław”. Z powodu swojej działalności w podziemiu poszukiwało go Gestapo. Przeniósł się do Warszawy, ale został tam aresztowany w trakcie Powstania Warszawskiego. Trafił do obozu Mauthausen-Gusen jako więzień polityczny, w którym przebywał do czasu oswobodzenia w maju 1945 r. Mimo znakomitych umiejętności strzeleckich i bardzo pewnej pozycji w krakowskim klubie tylko pięciokrotnie wystąpił w reprezentacji. Debiutował w wygranym 4:3 meczu z Jugosławią 10 września 1933 r. Na kolejną szansę musiał czekać dwa lata. Nie był brany pod uwagę przy ustalaniu kadry na igrzyska w Berlinie i mistrzostwa świata we Francji. Ostatni występ w biało-czerwonych barwach zaliczył w 1938 r. w spotkaniu z Łotwą (porażka 1:2). Trudno oprzeć się wrażeniu, że zawodnik o takim potencjale ofensywnym mógł w narodowej drużynie osiągnąć więcej. Dla Wisły strzelił przecież 102 gole w 140 meczach. Pamiętajmy jednak, że konkurencja w reprezentacyjnym ataku była wówczas ogromna. Po zakończeniu kariery Woźniak spełniał się jako trener. Prowadził ŁKS, Garbarnię, Lecha, Zawiszę, Ruch, Zagłębie Sosnowiec, Śląsk Wrocław i oczywiście Wisłę. W Reprezentacja rozegrał 5 meczów.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
10
Barça wypunktowała Betis:
10 listopada 2013 r. FC Barcelona pokonała Real Betis 1:4 w 13-tej kolejce Primera Division. Mimo, że od 22. minuty FC Barcelona musiała sobie radzić bez kontuzjowanego Leo Messiego, to i tak bardzo pewnie pokonała w Sewilli ostatni w tabeli Betis. Mecz, w którym gospodarze długo mieli przewagę, ostatecznie zakończył się rezultatem 1:4 a dwa gole dla gości strzelił Cesc Fabregas. Przez większą część pierwszej połowy Betis miał wyraźną przewagę i momentami nie schodził z połowy Barcelony. Rewelacyjnie w bramce gości spisywał się jednak Victor Valdes, który pewnie bronił groźne strzały m.in. Moliny i Caro. W 22. minucie po ostrym wejściu tego ostatniego, boisko musiał opuścić Leo Messi. Jeszcze w trakcie meczu Blaugrana poinformowała na swojej stronie internetowej, że Argentyńczyk doznał urazu mięśnia lewego uda. Messi borykał się z urazami mięśni uda od początku roku. Nieobecność największej gwiazdy nie przeszkodziła jednak gościom w odniesieniu zwycięstwa. Barça przetrzymała napór rywala i momentalnie uderzyła. Dwa gole w zaledwie dwie minuty skutecznie podcięły skrzydła gospodarzom. Pierwszy gol padł po centrze Fabregasa, którą wykorzystał Neymar a minutę później piłkę na wolne pole dostał Pedro, który uciekł obrońcom i strzałem z ostrego kąta pokonał Sarę. W drugiej połowie Betis próbował odrobić straty, lecz jak w transie bronił Valdes, który powstrzymywał kolejne ataki gospodarzy. Niewykorzystane sytuacje jednak się mszczą i w 64. minucie pierwszą ze swoich dwóch bramek strzelił Fabregas. Wykorzystał on centrę od Montoyi, a 16 minut później w podobny sposób dobił rywali, strzelając bramkę głową. Wynik spotkania ustalił w doliczonym czasie gry Molina, który sam wykorzystał rzut karny podyktowany za faul Daniego Alvesa. Dzięki temu zwycięstwu Barcelona powiększyła do trzech punktów swoją przewagę nad drugim w tabeli Atletico Madryt, które w niedzielę zremisowało na wyjeździe z Villarreal 1:1.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
9
Bardzo smutne wspomnienie:
10 listopada 2009 r. samobójstwo popełnił Robert Enke, który zaczynał grać w FC Barcelonie w 2002 r. Do stolicy Katalonii trafił za darmo z Benfiki, odrzucając jednocześnie oferte z Manchesteru United. Niemiec nie potrafił wywalczyć sobie miejsca w składzie ani u trenera van Gaala, ani u Anticia, będąc pod koniec sezonu 2002/03 trzecim golkiperem. W sumie przez cały sezon rozegrał jedynie cztery spotkania, w tym jedno ligowe. Od 2003 r. grał krótko w Fenerbahce i CD Tenerife a następnie trafił na 5 lat do Hannoveru, gdzie w sezonie 2008/09 został wybrany najlepszym bramkarzem ligi niemieckiej. 10 listopada 2009 r. popełnił samobójstwo rzucając się pod pociąg. Od wielu lat chorował na depresje, która pogłębiła się po śmierci jego dwuletniej córki. Kilka miesięcy przed samobójstwem wraz z żoną adoptował dziewczynkę Leile, lecz nie pomogło to w walce z chorobą. Jego kolega z Hannoveru Marco Villa wiedział o chorobie kolegi, który myślał o samobójstwie już od dłuższego czasu. Krótko przed śmiercią Enke wysłał mu nawet smsa: ,,Powstań, gdy leżysz na ziemi”, będącego cytatem z piosenki ,,Die Totten Hosen”. Wiadomość pozostała bez odpowiedzi.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson