FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
12
Wybitna postać Dumy Katalonii, o której każdy cule winien pamiętać:
13 października 1872 r. w Hottingen urodził się Walter Gustaw Wild, szwajcarski elektryk ale przede wszystkim pierwszy w historii prezydent FC Barcelony! Wild był jedną z dwunastu osób na spotkaniu, na którym powstał klub, które odbyło się w gimnazjum ,,Solé” 29 listopada 1899 roku. Pochodzący z zamożnej szwajcarskiej rodziny był najstarszym z pierwotnych członków klubu a jego koledzy jednogłośnie mianowali go prezesem. Wild był bardzo wszechstronnym dżentelmenem, który pojawił się również w dziesięciu meczach FC Barcelony, w tym w pierwszym z drużyną kolonii angielskiej. Jednak na zawsze będzie najbardziej zapamiętany z tego co zrobił jako prezydent. Wild zezwolił na wykorzystanie swojego mieszkania w ,,Carrer Princesa” na posiedzenia zarządu i prowadził nieustanny spór dyplomatyczny z FC Català, który był najstarszym klubem piłkarskim w Barcelonie. Jednym z najważniejszych osiągnięć Wilda jako prezydenta był sposób, w jaki udało mu się zdobyć dla Barçy swój pierwszy stadion bez konieczności dzielenia się nim z FC Català, przy Hotelu ,,Casanovas”. Walter Wild był trzykrotnie ponownie wybierany na prezydenta między 13 grudnia 1899 r. a 27 grudnia 1900, ale został zmuszony do rezygnacji 25 kwietnia 1901, ponieważ musiał wyjechać do Anglii, będąc prezesem FC Barcelona przez 513 dni. Tego samego dnia, w którym złożył rezygnację, został mianowany członkiem honorowym w uznaniu za wszystko, co zrobił dla klubu. Wild bardzo rzadko śledził późniejszy rozwój klubu a prawie pół wieku później, kiedy był gościem honorowym Złotej Rocznicy FC Barcelony, był zdumiony, widząc, jak urósł klub, którym przewodniczył ponad 50 lat wcześniej.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
0
@FcPortoFan1999 Oby! Nadzieja umiera ostatnia...
0
Jeszcze tylko tego brakowało żeby pan Cristiano Ronaldo podkręcił sobie licznik goli w meczu z Białoczerwonymi! No ale zaraz,zaraz, na ,,Pana" to trzeba sobie zasłużyć! Dla mnie to on jest tylko narcystycznym zaburzeniem osobowości...
11
Gwardia w gronie prekursorów:
Mało kto dziś zdaje sobie sprawę z tego że nasza Federacja była jedną z 16 reprezentowanych w pierwszej edycji Pucharu Mistrzów. My graliśmy a zabrakło m.in klubów z Czechosłowacji, Grecji, Rumunii, Turcji, Szkocji, ZSRR a przede wszystkim z Anglii. Wyspiarski wątek jest istotny z naszego punktu widzenia, bowiem polski klub został zgłoszony do premierowej edycji Pucharu Mistrzów właśnie w zastępstwie Anglików. UEFA wespół z francuskim dziennikiem ,,L’Equipe" wysłała zaproszenie do Chelsea, mistrza Anglii z roku 1955. Ówczesna ekipa ,, The Blues" zrezygnowała jednak ze startu, podając za przyczynę brak wolnych terminów. Tak naprawdę wyspiarze bali się kolejnej kompromitacji na arenie międzynarodowej a wycofanie wymogły władze angielskiej ligi. Tym samym pozostało wolne miejsce a Szwedzki Djurgardens Sztokholm musiał poczekać na nowego rywala. Władze UEFA proponowały Szwedom przeciwnika z Bułgarii, Rumunii bądź… Polski i właśnie ten ostatni kraj Skandynawowie wybrali. Dużo niejasności było także z nominacją naszego przedstawiciela. W Polsce grano wtedy systemem wiosna-jesień i mistrza za rok 1955 mieliśmy poznać dopiero w listopadzie. Logiczne zatem wypadało zgłosić do pierwszej rundy mistrza z poprzedniego roku – Polonię Bytom. Ta jednak spisywała się słabo w obecnym sezonie, więc ,,aparatczykowiec” z sekcji piłki nożnej Głównego Komitetu Kultury Fizycznej(ówczesny PZPN) postanowił zgłosić prowadzącą w tabeli ekstraklasy Gwardie Warszawa. Wówczas był to milicyjny klub, zatem stało za nim poparcie ważnego resortu. O milicyjnych wpływach przekonaliśmy się już podczas pierwszego meczu Gwardii(12.10.1955), gdy do Sztokholmu zabrano Mariana Norkowskiego, słynącego z mocnego strzału napastnika… Polonii Bydgoszcz(kolejny klub z pionu gwardyjskiego). Dziś taki szwindel nie mógłby przejść ale Szwedzi zorientowali się dopiero po pierwszym meczu i oczywiście zaprotestowali a Norkowskiemu pozostał w biografii mecz w europejskich pucharach. W Sztokholmie wszystko było dla nas pierwsze. Premierowe spotkanie w pucharach, w dodatku w świetle jupiterów, pierwszy obroniony rzut karny(Stefaniszyn wspaniałą paradą wybił piłke zmierzającą w prawy dolny róg bramki). Co ciekawe, pechowy strzelec Parling, podbiegł do polskiego golkipera i pogratulował mu pięknej interwencji. Ostatecznie mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Trenerem Gwardii był wtedy Edward Brzozowski ale z racji swoich przekonań, nie był on lubiany przez władzę ludową, która… nie pozwoliła mu wyjechać z drużyną na mecz do Szwecji. Dlatego opiekę nad zespołem na to jedno spotkanie przejął Tadeusz Foryś. W rewanżu na ławce zasiadł już Brzozowski ale swojego debiutu w europejskich pucharach nie zaliczył do udanych. Na stadionie Wojska Polskiego 25 tysięcy widzów oglądało popisowy występ Szwedów, którzy już do przerwy strzelili ,,warszawskim harpaganom” cztery gole. Trzy z nich Erikson- pierwszy piłkarz, który zaaplikował polskiemu klubowi hattricka. Wynik(4:1 dla gości) ustalono już w pierwszych 29 minutach. Odnotujmy historycznego zdobywcę gola dla naszej drużyny Krzysztofa Baszkiewicza. Popularny ,,Baśka” miał smykałkę do tego rodzaju trafień bo był też autorem premierowej bramki Gwardii w Ekstraklasie. Dziś to zapomniana postać a szkoda, gdyż Baszkiewicz słynął z niekonwencjonalnych strzałów, zaś jego specjalnością były gole zdobywane bezpośrednio z rzutu rożnego, jak choćby dwa(!) w meczu strzelone bydgoskiej Polonii w kwietniu 1956 r.
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
1
@don'T.R.I.P.e Ale też i sporo szczęścia. Gdyby Ricardo był inaczej ustawiony lub wogóle nie zareagował, to raczej byśmy przegrali. Z drugiej strony mówi się że lepszym sprzyja szczęście...
12
Najstarsze i najwspanialsze turnieje świata:
Dokładnie 100(!) lat temu meczem Paragwaj-Argentyna(0:0) w Montevideo, rozpoczęła się 8 edycja Copa America. Pierwotnie turniej miał się odbyć w Paragwaju, gdyż wcześniej przyjęto zasade rotacyjną. Okazało się jednak że impreza tej rangi przerasta organizacyjne możliwości Asuncion i w efekcie turniej przeniesiono do Urugwaju. Startowały 4 ekipy, z których tylko Chile pogodziło się z rolą chłopca do bicia. Pozostałe trzy toczyły zażarte, wyrównane boje. Argentyński futbol był wówczas pogrążony w organizacyjnym chaosie, który podobnie jak w Urugwaju przybrał postać ,,Wielkiej Schizmy”(Asociasion Argentina kontra Asociasion Amateur), lecz przebiegał o wiele drastyczniej. Tak dalece że wielkie kluby zrzeszone w konkurencyjnej lidze zbojkotowały reprezentację. Sklecono ją więc z zawodników stołecznych Boca Juniors i Huracan oraz klubów prowincjonalnych. W tej sytuacji ciężar gry spoczywał na wypróbowanej już, żelaznej defensywie Boca(m.in. genialny bramkarz Tesoriere) i sprawdzonym także wcześniej doskonałym środkowym napastniku z Cordoby, Gabino Sosa. Natomiast Urugwaj, świeżo upieczony mistrz Olimpijski(co traktowano wówczas jako mistrz Świata) przystąpił do ostatniego meczu turnieju(de facto finału) z Argentyną w niemal identycznym ,,olimpijskim” składzie. Mecz zakończył się rezultatem 0:0 co dało pierwsze miejsce w grupie Urugwajowi, który tryumfował po raz piąty w historii.
Również 12 października tyle że 2 lata później(1926) mecz Chile-Boliwia w Santiago, zakończony zwycięstwem gospodarzy 7:1 zainaugurował 10 edycje Copa America. Po raz pierwszy w turnieju uczestniczyła Boliwia, która nawet nie mogła marzyć o najskromniejszym remisiku tracąc aż 24 gole! Niewiele lepiej zaprezentował się Paragwaj osłabiony brakiem świetnego Rivasa. Gospodarze wznieśli się na szczyty swoich możliwości szaloną ambicją nadrabiając pewne niedostatki techniczne. Taka ofiarność przyniosła zaszczytny remis 1:1 z Argentyną, lecz na Urugwaj już nie wystarczyła. Argentyna przywiozła do Santiago na ogół piłkarzy już dobrze znanych. Co raz któryś wyróżniał się bajeczną techniką i precyzją strzałów, jak choćby legendarny Gabino Sosa, zwany ,,Payador de la Redonda”. Payador to taki śpiewający gaucho, poetycki trubador argentyńskiej pampy. Zaś redonda, dosłownie ,,okrągła” to nic innego jak piłka. U boku Sosy pojawił się kapitalnie grający głową napastnik Roberto Cherro z Boca Juniors. Jednak nawet tak wybitni gracze nie byli w stanie sprostać drużynie ,,Celestes”, która wreszcie przestała upajać się wspomnieniami olimpijskiego tryumfu i po prosto ostro zabrała się do roboty. W efekcie Urugwaj w decydującym meczu pokonał Argentynę 2:0 i do wawrzynu olimpijskiego dorzucił laur kontynentalny. Królem strzelców został natomiast Chilijczyk David Arellano z 7 golami, jednak najlepszym piłkarzem turnieju został wybrany legendarny Jose Leandro Andrade. Warto również wspomnieć iż równie legendarny Hector Scarone strzelił aż 5(!) goli w jednym meczu(Urugwaj-Boliwia 6:0).
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
4
@RoberDzik Zdecydowanie Argentynie! Od Espana 1982, kiedy to ujrzałem ,,Boskiego" Diego Armando Maradone, zawsze Argentynie! Na drugim miejscu zaś Hiszpanii.
9
Wybitne legendy urugwajskiego futbolu:
12 października 1917 r. urodził się Roque Gastón Máspoli, legendarny bramkarz. Był urugwajskim piłkarzem i trenerem. Maspoli zaczynał grę w młodzieżowych szeregach Club Nacional de Football. W 1939 roku zadebiutował w urugwajskiej Primera División w barwach Liverpoolu de Montevideo. Po jednym sezonie spędzonym w Liverpoolu dołączył do CA Peñarol. Resztę swojej kariery piłkarskiej spędził w Peñarol, zdobywając z klubem sześć tytułów Primera. Był bramkarzem reprezentacji Urugwaju, która zdobyła mistrzostwo świata w 1950 roku. W meczu finałowym Mistrzostw Świata w 1950 roku, znanym jako „ Maracanazo” ze względu na zaskakujące zwycięstwo Urugwaju na stadionie Maracanã w Rio de Janeiro, w obecności prawie 200 000 brazylijskich kibiców, Máspoli wpuścił tylko jednego gola a goście pokonali faworyzowanych Brazylijczyków 2-1. Cztery lata później na mistrzostwach w Szwajcarii, Urugwajczycy zajęli czwarte miejsce, przegrywając w półfinale z Węgrami i w meczu o trzecie miejsce z Austrią. Na turnieju w 1954 był najstarszym bramkarzem. Máspoli był również trenerem urugwajskiego klubu Peñarol, z którym zdobył pięć mistrzostw kraju, Puchar Wyzwolicieli i Puchar Interkontynentalny w 1966 roku, kiedy drużyna pokonała Real Madryt 4:0 w dwumeczu. Później był menadżerem drużyn w Hiszpanii, Peru i Ekwadorze. W latach 80-tych Máspoli spędził kilka lat trenując reprezentację Urugwaju. Roque Máspoli trafił do szpitala 10 lutego 2004 r. z powodu problemów z sercem, gdzie zmarł dwanaście dni później.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
1
@FcPortoFan1999 Bądźmy poważni! Tyle w temacie!
1
@FcPortoFan1999 Jeśli @Luciano99 żartuje to nie ze mną takie żarty! A nawet jeśli nie żartuje z jakimś tam Lucjanem Seniorem, to z całym szacunkiem ale takich ,,Lucjanów" jest na pęczki i napewno nie są legendami, o których warto by cokolwiek wspominać...
5
@FCBparasiempre
Pan Roman był dobrze zapowiadającym się bokserem. Wrodzona duma sprawiła, że po pewnym turnieju rzucił rękawice w kąt i zajął się na poważnie piłką nożną. Jego kariera to seria wzlotów i upadków. Przez nieudane spotkanie z Węgrami nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie. W meczu przeciwko Hiszpanii zaprezentował się na tyle dobrze, że podobno zainteresował się nim Real Madryt. Jedna przesłana wiadomość sprawiła, że został odsunięty od kadry na dziesięć lat. Poznajcie historię Romana Korynta, swego czasu, najlepszego obrońcy w naszym kraju. Tylko najlepsi z najlepszych zyskują status legendy za życia. Roman Korynt był dla Lechii tym, kim Gerard Cieślik dla Ruchu i Lucjan Brychczy dla Legii. Być może najwierniejsi sympatycy wymienionych zespołów popukają się w czoło na takie stwierdzenie, lecz były polski obrońca to ktoś naprawdę wyjątkowy. Jeszcze nie tak dawno, kiedy Roman Korynt pojawiał się na stadionie w Gdańsku, ludzie wstawali z miejsc. To mówi samo za siebie. Roman Korynt przyszedł na świat 12 października 1929 roku w Tczewie. Kiedy miał kilka miesięcy, jego rodzice postanowili przeprowadzić się do Gdyni. Co ciekawe, to właśnie w tym mieście mieszka do dziś, chociaż jego nazwisko niezaprzeczalnie jest kojarzone z Gdańskiem. Już jako kilkunastoletni chłopiec musiał pomóc rodzinie, dorabiając jako pomocnik kowala. Ośmiogodzinna harówka przy użyciu dziesięciokilogramowego młota. I tak dzień w dzień. Ciężka praca od najmłodszych lat zahartowała jego ciało i wpłynęła na osobowość przyszłego nieustępliwego obrońcy. Pan Roman podczas jednego z wywiadów udzielonego dla portalu „Łączy nas piłka” podsumował to w ten sposób: ,,Jako nastolatek nabiłem muskuły. Po czterech miesiącach przyszło wyzwolenie, Niemcy poszli, a muskuły zostały”. Zainteresowanie sportem sprawiło, że po zakończeniu wojny zaczął treningi w miejscowym Gromie. W gdyńskim klubie uprawiał zarówno piłkę nożną jak i boks. Z początku wydawało się, że to właśnie pięściarstwo jest jego przeznaczeniem. Korynt zdradzał nieprzeciętny talent. Dwukrotnie został mistrzem Wybrzeża juniorów. W książce Pana Stefana Szczepłka „Moja historia futbolu” możemy przeczytać o tym, iż do treningów zachęcał go legendarny Feliks Stamm – podoficer Wojska Polskiego i wychowawca wielu przyszłych mistrzów boksu – Jerzego Kuleja, czy Zbigniewa Pietrzykowskiego. Korynt był również sparingpartnerem „Bombardiera z Wybrzeża”, pierwszego powojennego medalisty olimpijskiego – Aleksego Antkiewicza. Jedna sytuacja sprawiła, że przyszły reprezentant Polski porzucił marzenia o pięściarstwie. Podczas pewnego turnieju został zwyczajnie oszukany przez sędziów, którym zależało na zwycięstwie boksera Gwardii. Korynt, wyraźnie lepszy od swojego przeciwnika, postanowił unieść się dumą i raz na zawsze zakończyć przygodę z boksem. Nie zerwał jednak całkowicie ze sportem. Poświęcił się za to jednej dyscyplinie – piłce nożnej. Wtedy też przeniósł się z Gromu do nieco zapomnianego dziś, najstarszego klubu w Gdańsku – Gedanii. Po dwóch latach przyszło zawiadomienie o obowiązku odbycia służby wojskowej, przez co zawodnik musiał zmienić otoczenie. Początkowo trafił do zwyczajnej jednostki, gdyż nowi koledzy nie znali jego sportowej przeszłości. Z czasem wznowił treningi w drużynie OWKS Lublin, skąd bardzo szybko został dostrzeżony przez CWKS. W barwach Legii zadebiutował 22 lipca 1951 roku w meczu przeciwko Gwardii. Co ciekawe, w tym samym spotkaniu pierwszy mecz w barwach Wojskowych rozegrał Leszek Jezierski, także sprowadzony z Lublina. Niecały rok później, 25 maja 1952 roku, Roman Korynt zadebiutował z orzełkiem na piersi. Towarzyska potyczka przeciwko Rumunii w Bukareszcie zakończyła się minimalną porażką biało-czerwonych 0:1, a zawodnik Legii przebywał na boisku od początku do końca spotkania. Jak sam przyznawał po latach, niewiele pamięta z tego debiutu, zapewne przez stres. Od tamtej chwili czuł jednak niebywałą dumę i obiecał sobie, że będzie trenował jeszcze ciężej. Po odbyciu służby wojskowej, Roman Korynt przeniósł się do Lechii Gdańsk. Grał dla niej nieprzerwanie w latach 1953-1967, walnie przyczyniając się do największych sukcesów w historii klubu. W 1955 roku wraz z gdańskim zespołem dotarł do finału Pucharu Polski, po drodze pokonując krakowską Wisłę, warszawską Gwardię, czy Odrę Opole. W finale piłkarze z Wybrzeża spotkali się z drużyną Legii. Wojskowi, z Szymkowiakiem, Pohlem, czy Brychczym, pewnie wygrali 5:0. Rok później Lechia wywalczyła za to najlepszy rezultat w historii ich występów w najwyższej klasie rozgrywkowej. Gdańszczanie zajęli trzecie miejsce, ustępując jedynie Ruchowi Chorzów i Legii Warszawa. Osobnym rozdziałem w karierze Romana Korynta jest reprezentacja.
Trzy tygodnie po debiutanckim spotkaniu przeciwko Rumunii, nasz bohater miał okazję zagrać drugi raz w biało-czerwonych barwach. Rywal był jednak z dużo wyższej półki. Reprezentacja Węgier, choć trudno to sobie dziś wyobrazić, była prawdziwą piłkarską potęgą. Złota węgierska jedenastka z lat pięćdziesiątych należała do ścisłej światowej czołówki. Statystyki także nie napawały optymizmem przed tym spotkaniem. Dwa ostatnie boje z Węgrami kończyły się dla nas tęgim laniem – 0:6 w 1951 i 2:5 w 1950 roku. Korynt miał bardzo trudne zadanie. Musiał pilnować w tym meczu Kocsisa i Puskasa, czyli jednych z najlepszych piłkarzy tamtego pokolenia na świecie. Młody zawodnik, delikatnie mówiąc, nie poradził sobie z tym zadaniem. Po pierwszej połowie na tablicy świetlnej widniał wynik 0:5 i Korynt został zmieniony. W drugiej odsłonie Węgrzy byli łaskawi i więcej bramek nam nie strzelili. Mecz zakończył się ostatecznie rezultatem 1:5, a Pan Roman czuł się bardzo zawiedziony swoją postawą. Wiedział, że zawiódł i najprawdopodobniej nie pojedzie na Igrzyska Olimpijskie do Helsinek. Na jednej z wycinek dotyczących tego towarzyskiego spotkania z Węgrami, napisał wówczas – „Tracę szansę wyjazdu”. Na kolejne Igrzyska Olimpijskie, w których wzięła udział piłkarska reprezentacja Polski, także nie pojechał, choć z zupełnie innego powodu. W 1960 roku, na kilka miesięcy przed imprezą w Rzymie, Roman Korynt był czołowym obrońcą w naszym kraju. W latach 1959 i 1960 został wybrany najlepszym piłkarzem w plebiscycie katowickiego „Sportu”. Był zatem pewniakiem, jeśli chodzi o miejsce w kadrze. Obok Gerarda Cieślika, wymieniano go jako głównego bohatera niezapomnianego zwycięstwa ze Związkiem Radzieckim w 1957 roku. W meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy przeciwko Hiszpanii, krył samego Alfredo Di Stefano. Spotkanie zakończyło się porażką biało-czerwonych, ale Korynt zaprezentował się na tyle dobrze, że obok Lucjana Brychczego miał znaleźć się w kręgu zainteresowań słynnego Realu Madryt. Co więc poszło nie tak? Podczas pobytu reprezentacji w Niemczech, obrońca poznał mężczyznę mówiącego po polsku. Jegomość opowiadał, że pochodzi z Gdańska. Panowie utrzymali kontakt i pisali do siebie korespondencję. W jednym z listów, tajemniczy nieznajomy zapytał o zarobki piłkarza. Korynt odpisał zgodnie z prawdą, że otrzymuje 300 złotych za wygrany mecz. Kilka dni później informacja ta została przekazana niemieckiej prasie i zrobiła się afera. Zgodnie z panującymi zasadami, w Igrzyskach Olimpijskich mogli brać udział jedynie amatorzy, którzy nie pobierali żadnego wynagrodzenia. Zachodni dziennikarze podgrzewali atmosferę, pisząc, że niemieccy amatorzy grali z polskimi zawodowcami. Dlaczego? Niemcy przegrali z nami w eliminacjach, więc ów jegomość miał nadzieję, że przez tę intrygę zostaniemy zdyskwalifikowani. Piłkarz tłumaczył później przedstawicielom PZPN-u, iż pisząc o pieniądzach, miał na myśli zwrot utraconych zarobków. Wyjaśnienia te przesłano następnie do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który uznał je za wystarczające. Wydawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, a Koryntowi nic nie grozi. Był to jednak początek poważnych problemów. Zawodnik Lechii nie mógł wyjeżdżać z klubem na żadne mecze zagraniczne, a w reprezentacji Polski otrzymał szlaban na…10 lat. Wrodzona ufność do ludzi spowodowała, że najlepszy obrońca w naszym kraju został potraktowany jak zdrajca. Z tego powodu nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie, a jego licznik gier z orzełkiem na piersi zatrzymał się na trzydziestu czterech występach (w tym czterech w roli kapitana). Obrońca był bardzo zdołowany całą sytuacją, ale postanowił, że się nie podda. Motywacja z jaką przystąpił do gry po tym niesprawiedliwym zawieszeniu, korzystnie wpłynęła na defensywę Lechii. Gdańszczanie w dziesięciu kolejnych spotkaniach nie stracili bramki. Zresztą, Pan Roman grał z powodzeniem w klubie z Wybrzeża aż do 1967 roku. Łącznie ma na koncie ponad 200 spotkań w biało-zielonych barwach. Roman Korynt jest żywą legendą Lechii Gdańsk. Kibice pamiętali o nim, zapraszając na mecze. Miał tam swoją lożę. W końcu to jego drugi dom. Prowadził sportowy tryb życia i jak sam przyznawał, nigdy nie pił podczas zgrupowań. Nawet podczas prywatnych spotkań z kolegami był jednym z nielicznych, którzy odmawiali. Wspominał, że pierwszy raz spróbował alkoholu po pamiętnym zwycięstwie odniesionym nad Związkiem Radzieckim. W dniu jego 85.urodzin, Polski Związek Piłki Nożnej przyjął Pana Romana do elitarnego Klubu Wybitnego Reprezentanta, czym niejako złożył ukłon byłemu piłkarzowi i przeprosił za zawieszenie sprzed lat. Formalnie trzeba bowiem rozegrać przynajmniej 80 spotkań w drużynie narodowej, aby znaleźć się w tym gronie. Obok Zdzisława Puszkarza został również wybrany najpopularniejszym piłkarzem 70-lecia Lechii Gdańsk. Uhonorowano go również Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Ma na swoim koncie również tytuł Piłkarza 50-lecia Wybrzeża. Wielkie sukcesy, co trzeba podkreślić, idą w parze z wielką osobowością Pana Romana. Skromność, z jaką opowiadał o swojej karierze i duma, która rozpiera go gdy wspomina występy z orzełkiem na piersi, powinny stanowić przykład dla kolejnych pokoleń.
5
Zapomniane(mam nadzieje że nie przez wszystkich) legendy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
2
@LeoMessiiBarcaPepa Szczerze? Nie liczyłem... :)
7
Golazo!
12 października 1996 r. Luis Nazario de Lima strzela jednego z dwóch goli dla Barçy w meczu Primera Division przeciwko SD Compostela, za to jakiego!? To było najbardziej niesamowite trafienia w karierze popularnego ,,El Gordo”, którego przydomek nie pasował do jego ówczesnej formy fizycznej. Już przy drugim golu popisał się fantastyczną asystą, po której Giovanni musiał tylko przyłożyć noge aby zdobyć gola. Historyczna akcja przy golu na 0:3 zaczeła się w środku pola. Ronaldo pokonał w walce o piłke dwóch piłkarzy Composteli i rozpoczął spektakularny rajd. Napastnik rywali Chiba próbował go zatrzymać kopiąc po nogach i ciągnąc za koszulke. Ronaldo nie dał się wytrącić z rytmu i dalej mijał kolejnych rywali. W sumie przedryblował siedmiu graczy z pola i bramkarza. Zachwycony Bobby Robson aż złapał się za głowe, nie dowierzając że taka akcja jest w ogóle możliwa.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
12
Debiut wybitnej legendy:
12 października 1950 r. w towarzyskim meczu z Osasuną, wygranym przez FC Barcelone 4:0, w barwach Blaugrana debiutuje i strzela gola w debiucie legendarny, genialny Ladislao Kubala.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
1
@Adran360 O prosze! Nawet nie wiedział że wraca z powrotem Interkontynentalny. Choć z drugiej strony mam wrażenie że Klubowe Mistrzostwa Świata powinny być znacznie ciekawsze tyle że jak mówisz: będą rozgrywane co 4 lata. Dzięki śliczne za wyczerpującą informacje :)
1
@FcPortoFan1999 A! Nie zorientowałem się od razu. Chodzi o Benfike?
1
@FcPortoFan1999 Który mecz masz na myśli?
11
Czy wiemy że…
Pele jest jedynym piłkarzem, który strzelił hat-tricka w finale nieistniejącego już Pucharu Interkontynentalnego. Król futbolu dokonał tego w dniu 11 października 1962 r. w barwach brazylijskiego Santosu w zwycięskim spotkaniu z Benfiką 5:2(!) i to rozegranym na Estadio da Luz w Lizbonie.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Comentateiro
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
0
@FcPortoFan1999 Tylko i wyłącznie rzutami karnymi, krótko mówiąc dużym szczęściem...
0
@FcPortoFan1999 Dla mnie osobiście stoi w miejscu...!
14
Koncert ,,Ebiego”:
11 października 2006 r. Polacy zaczarowali boisko w Chorzowie! Bohaterem został Ebi Smolarek, który strzelił 2 gole i sprawił, że niemożliwe stało się możliwe. Polska wygrała z Portugalią 2:1 i dopisała 3 bardzo cenne punkty w eliminacjach Euro 2008. Zamieszanie pod bramką Ricardo rozpoczęło się od podania Żurawskiego do Rasiaka. Ten stojąc tyłem do bramki odegrał piłkę do Lewandowskiego, który uderzył w kierunku bramki Portugalczyków. Ricardo jednak obronił, ale przy dobitce Smolarka musiał skapitulować. 8 minut później znów Ricardo musiał wyjmować piłke z bramki po strzale Smolarka. Tym razem asystę zaliczył Rasiak. Z pewnością nawet najwięksi fani polskiej reprezentacji oglądali pierwszą połowę meczu z szeroko otwartymi oczami. Pomijając bowiem cenne gole, biało-czerwoni zagrali świetnie. Portugalia była cieniem samej siebie, nie tworzyła w ogóle sytuacji podbramkowych. Polska mogłaby prowadzić wyżej. Po strzale Macieja Żurawskiego piłka odbiła się od Ricardo i trafiła w wewnętrzną część słupka. W drugiej połowie Portugalia wzięła się w garść i zaczęła zagrażać bramce Kowalewskiego. Jednak polscy obrońcy i sam Wojciech Kowalewski bardzo długo spisywali się świetnie. Biało-czerwoni byli czujni i gdy tylko natrafiała się okazja, wyprowadzali groźne kontry. Jednak w doliczonym czasie gry gola Polakom strzelił Nuno Gomes. Mimo to wniosek po meczu jest jeden: Leo Beenhakker nie do poznania odmienił polską reprezentację. Mecz w Chorzowie oglądało 40 tysięcy kibiców.
Polska zagrała w składzie: 1-Wojciech Kowalewski - 4-Paweł Golański, 6-Jacek Bąk, 16- Arkadiusz Radomski, 3-Grzegorz Bronowicki -5-Jakub Błaszczykowski, 18-Mariusz Lewandowski, 14-Radosław Sobolewski, 7-Euzebiusz Smolarek - 9-Maciej Żurawski, 11-Grzegorz Rasiak.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
11
@FCBparasiempre
11 października 1937 r. w Ashington urodził się Robert Charlton angielski pomocnik i napastnik. Mistrz Świata z 1966 r.(Anglia) ; Zdobywca Złotej Piłki France Football w 1966 r. ; Zdobywca Pucharu Europy w 1967 i 1968 (Manchester United) ; Mistrz Anglii w latach 1957, 1965 i 1967 ; Zdobywca Złotej Piłki za najlepszego piłkarz MŚ w 1966 r. Rekordzista pod względem zdobytych goli dla Manchester United – 249 ; Najlepszy Piłkarz Angielski XX wieku według IFFHS oraz członek drużyny wszech czasów według FIFA – 1994. ,,Bobby” Charlton był członkiem reprezentacji Anglii, która w 1966 roku zdobyła tytuł Mistrza Świata. To również najlepszy europejski piłkarz 1966 roku. Większość swojej piłkarskiej kariery grał w Manchesterze United na pozycji ofensywnego pomocnika. Był znany z niebywałej skuteczności w sytuacjach podbramkowych oraz potężnych strzałów z dystansu. Jego brat Jack, to były gracz Leeds United, który również występował podczas pamiętnego mundialu w 1966 roku. Charlton zaczął grać w barwach Manchesteru United w 1956 roku. Trzykrotnie, wraz z kolegami z zespołu, zdobywał Mistrzostwo Anglii, raz zdobył Puchar Anglii, a także Mistrzostwo Świata w 1966 roku. Dostał również wiele indywidualnych osiągnięć, między innymi Złotą Piłkę w 1966 roku. Został wybrany do grona 100 najlepszych piłkarzy w historii piłki nożnej oraz drużyny wszechczasów w Mistrzostwach Świata. Rozegrał 106 spotkań w reprezentacji swojego kraju, strzelając 49 goli. 9 lutego 1953 r. uczeń Bedlington Grammar School- Robert Charlton- został zauważony podczas jednego z meczów swej drużyny East Northumberland, przez jednego ze skautów Manchesteru United. Charlton udał się na testy w tym wielkim klubie i pomimo ofert kilku innych zespołów, podpisał kontrakt z Czerwonymi Diabłami. Miał wtedy 15 lat. Został jednym ze sławnych "Busby Babes"- młodych, utalentowanych piłkarzy, którzy pojawili się w Manchesterze dzięki dobrej polityce klubowej. Wypracowywał swoją pozycję w klubie, grając w zespołach młodzieżowych i regularnie strzelając bramki. Swój debiut ligowy zaliczył w październiku 1956 roku, w spotkaniu przeciwko Charlton FC. W pierwszym sezonie swoich występów w barwach United zdobył 12 bramek w 14 spotkaniach. Przyczynił się w ten sposób do zdobycia przez Czerwone Diabły mistrzostwa Anglii. Charlton był bardzo ważnym punktem drużyny, która w kolejnym sezonie, jako pierwszy angielski klub, rywalizowała w Pucharze Europy. Manchester doszedł aż do półfinału, ulegając w nim obrońcom tytułu, Realowi Madryt. Ich reputacja wzrosła jeszcze bardziej w kolejnym sezonie. W bardzo zaciętych spotkaniach ćwierćfinałowych z Red Star Belgrad wykrzesali z siebie wszystko co najlepsze i z dużą pomocą Charltona, który w wyjazdowym meczu dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, awansowali do czołowej czwórki Pucharu Europy. W bardzo dobrych nastrojach wracali samolotem do Anglii, myśląc o kolejnych meczach ligowych.Samolot, którym gracze i sztab szkoleniowy Manchesteru wracali do domu, wylądował w Monachium w celu zatankowania paliwa. Postój w Niemczech odbywał się w pogarszających warunkach pogodowych. Kiedy pasażerowie zostali wezwani do powrotu na pokład maszyny, padający śnieg z marznącym deszczem spowodował oblodzenia pasa startowego. 2 razy odkładano wylot samolotu z lotniska, co wywołało niepokój pasażerów. Zostali oni poinformowani o konieczności ponownego opuszczenia maszyny, dopóki nie zostanie usunięta drobna usterka. Po powrocie na pokład Charlton oraz jego kolega Dennis Viollet zamienili się miejscami z Tommym Taylorem oraz Davidem Peggiem, którzy zdecydowali, że będą bezpieczniejsi w tylnej części samolotu. Podczas kolejnej próby startu samolot przeciął ogrodzenie lotniska, a jego skrzydło uderzyło w dom i razem z częścią ogona oderwało się od reszty maszyny i uderzyły w drzewo, po czym zatrzymały na śniegu. Bobby Charlton, przymocowany pasem w fotelu, wypadł z kabiny. Został zauważony przez bramkarza Manchesteru, Harry'ego Gregga, który wyszedł z katastrofy prawie bez szwanku. Chwycił leżących w śniegu Charltona oraz Violleta i odciągnął z dala od niebezpiecznej strefy, obawiając się kolejnego wybuchu. Pomocnik Manchesteru doznał obrażeń głowy i przez długi czas znajdował się w ciężkim szoku. Siedmiu jego kolegów(w tym Taylor i Pegg, z którymi zamienił się miejscami) zginęło na miejscu, a kilku kolejnych kolejnego dnia w szpitalu. Ostatecznie w katastrofie życie straciły 23 osoby. Początkowo twierdzono, że przyczyną tragedii był lód na skrzydłach samolotu, lecz oficjalna przyczyna, ogłoszona później, to ubłocony pas startowy, uniemożliwiający bezpieczny start. Charlton był pierwszym ocalałym, który opuścił szpital- wrócił do Manchesteru 14 lutego 1958 roku, 8 dni po katastrofie. Drużyna Czerwonych Diabłów musiała być budowana od podstaw i nikt nie wiedział, czy ocalali w wypadku zawodnicy będą w stanie grać na takim samym poziomie jak wcześniej.Niespodziewanie władze Manchesteru zdecydowały się na kontynuowanie sezonu. United odpadli w półfinale Pucharu Europy i spadli na dalsze miejsce w tabeli ligi angielskiej, lecz jakimś cudem udało im się zdobyć drugi z rzędu Puchar Anglii, a sukces ten zbiegł się w czasie z powrotem rannego w katastrofie w Monachium, trenera Matthew Busby'ego. Niedługo potem Bobby Charlton został po raz pierwszy powołany do reprezentacji kraju na mecz ze Szkocją. Tak zaczęła się jego długa, wspaniała przygoda z reprezentacyjną piłką. Już w pierwszym meczu strzelił 2 bramki, udowadniając, że w tak młodym wieku może być ważnym elementem kadry narodowej. Mimo to, będąc w kadrze podczas Mistrzostw Świata w Szwecji w 1958 roku, nie wystąpił na boisku ani minuty. W 1959 roku strzelił hat-tricka w wygranym aż 8-1 meczu z USA, a po raz drugi trzy bramki w jednym meczu międzypaństwowym zdobył w 1961 roku przeciwko Chile. Kolejny sukces z drużyną klubową osiągnął w 1963 roku, kiedy to Manchester United pokonał w finale Pucharu Anglii Leicester City 3-1. Nowa drużyna Manchesteru, zbudowana po monachijskiej katastrofie, zdobyła również 2 tytuły mistrzów Anglii w przeciągu 3 kolejnych lat.W międzyczasie jego kariera reprezentacyjna rozwijała się w bardzo szybkim tempie. Hat-trick w meczu ze Szwajcarią w czerwcu 1963 roku spowodował, że wskaźnik ilości bramek w narodowych barwach zatrzymał się na liczbie 30, dzięki czemu wyrównał rekord Toma Finneya i Nata Lofthouse'a w ilości zdobytych goli w rozgrywkach międzykrajowych. Samodzielnym rekordzistą stał się 4 miesiące później, kiedy to strzelił swą 31 bramkę przeciwko Walii. Właśnie wokół Charltona budowano reprezentację Anglii, która miała rywalizować o najwyższe cele podczas Mistrzostw Świata w 1966 roku w Anglii. Pierwszy mecz w turnieju z reprezentacją Urugwaju Anglicy zremisowali 0-0, jednak już kolejne z Meksykiem, wygrane 2-0 spotkanie to błysk geniuszu Charltona, który strzelił jedną z bramek. Kolejna wygrana z Francją pozwoliła awansować przybyszom z Wysp Brytyjskich do ćwierćfinału. Dwa kolejne spotkanie to ponownie zwycięstwa: 1-0 z Argentyną oraz 2-0 z Portugalią. W tym drugim meczu Charlton strzelił pierwszą bramkę. W finale Anglicy pokonali Niemców 4:2 i zdobyli upragniony tytuł najlepszej drużyny globu. Największe gwiazdy drużyn, które spotkały się w decydującym meczu, czyli Bobby Charlton oraz Franz Beckenbauer zostały skutecznie zneutralizowane i nie wyróżniły się w tym meczu. W kolejnych Mistrzostwa Świata w 1970 roku Anglicy doszli do ćwierćfinału, gdzie przegrali z drużyną RFN. Był to ostatni mecz reprezentacyjny Bobby'ego Charltona, który w 106 występach w kadrze strzelił 49 goli. W latach 70-tych XX wieku Manchester United przestał się liczyć zarówno na arenie krajowej, jak i międzynarodowej. Charlton opuścił Manchester na końcu sezonu 1972/1973, mając na koncie 758 oficjalnych spotkań, w których strzelił 249 bramek. Jest on rekordzistą pod względem strzelonych bramek w barwach Czerwonych Diabłów. Ostatnim meczem, w którym występował, było spotkanie z Chelsea, przed którym otrzymał pamiątkową papierośnicę z rąk prezesa Chelsea. W 1973 roku Bobby Charlton został grającym kierownikiem zespołu Preston North End, zatrudniając na pozycję trenera swego przyjaciela z Manchesteru Nobby Stilesa. Niestety pierwszy sezon w tej roli zakończył w strefie spadkowej i opuścił zespół. Jednakże w tym okresie został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego. W 1975 zdobył 18 bramek w 31 meczach dla drużyny Waterford United. W 1978 roku wystąpił również w jednym meczu drużyny Shrewsbury Town przeciwko reprezentacji Zambii. Następnie został dyrektorem drużyny Wigan Athletic, po czym kilka lat spędził w Republice Południowej Afryki. Założył kilka szkółek piłkarskich w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy też Australii. W 1984 roku zaproponowano mu zostanie członkiem rady dyrektorów w Manchesterze United, częściowo ze względu na jego wiedzę o piłce nożnej, a częściowo dlatego, że uznano, że klub potrzebuje słynnej "nazwy" na pokładzie po rezygnacji Sir Matta Busby'ego. Jego obecność w klubie była czynnikiem uspokajającym dla fanów Czerwonych Diabłów, kiedy klub ten, w 2005 roku, został przejęty przez Malcolma Glazera. W 2008 roku, 50 lat po katastrofie w Monachium, Manchester United wygrał Ligę Mistrzów, a Charlton początkowo odmówił przyjęcia medalu zwycięzców, twierdząc, że nie zasługuje na tą nagrodę, gdyż nie uczestniczył w decydujących meczach Pucharu Europy 50 lat wcześniej. W 1994 roku otrzymał tytuł szlachecki a od 2002 roku jego nazwisko znajduje się w National Hall of Fame, hali poświęconej historii brytyjskiej piłki nożnej. 2 marca 2009 roku został honorowym obywatelem miasta Manchester.
9
Wybitne legendy futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Wybitni snajperzy futbolu:
11 października 1889 r. w Budapeszcie urodził się Imre Schlosser, wybitny węgierski snajper. As Ferencvarosu (169 meczów i 269 goli!) i MTK Budapeszt (125 występów i 141 goli!) uchodził za niezwykle skutecznego snajpera. Swój niebywały instynkt strzelecki potwierdził też w reprezentacji Węgier, w której strzelał średnio 0,87 gola na mecz (68 występów i 59 goli). Schlosser próbował też swoich sił w austriackim Wiener AC, choć tam nie był już aż tak skuteczny (17 gier i 6 goli). Ciekawostką jest fakt, że węgierski napastnik jako pierwszy piłkarz spoza Wielkiej Brytanii został najlepszym snajperem lig europejskich w 1911 roku.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
Co tam się zadziało w drugiej połowie ,,spektaklu na wodzie" na Estadio Monumental de Maturín(?), gdyż oglądałem tylko pierwszą połowe. ,,La Pulga" rozegrał cały mecz...?
10
Prezydenci FC Barcelony:
11 października 1944 r. urodził się Joan Gaspart, 43 w kolejności prezydent FC Barcelony. Swoją funkcje pełnił w latach 2000-2003. Wcześniej przez 22 lata był wiceprezydentem w zarządzie Jospa Lluisa Nuñeza. W 1992 r. obiecał że jeśli Blaugrana wygra finał Pucharu Europy, to wykąpie się w Tamizie i słowa dotrzymał. Przez wiele lat piastowania poważnego stanowiska w klubie dał się poznać jako fanatyczny kibic, który nie przebiera w słowach. Jego prezydentura, mimo pełnego zaangażowania była pasmem klęsk klubu i nieudanych transferów. Przez 3 lata sekcja piłki nożnej FC Barcelony nie zdobyła żadnego trofeum i Gaspart musiał odejść.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
@FCBparasiempre
Lubimy pisać o piłkarzach, ponieważ ich historie są prawdziwą skarbnicą wiedzy o piłce. Dziś czas na ciekawą postać. Mowa bowiem o Argentyńczyku, który nigdy nie był na piedestale, zdążył jednak wyrobić sobie dobrą opinię na San Siro. Julio Cruz, gdyż o nim mowa, urodził się 10 października 1974 r. Co jest tak charakterystycznego w Julio Cruzie? Wzrost i styl gry niemal kompletnie niepasujący do argentyńskiego futbolu. Nawet dziś uważany za wysokiego Gonzalo Higuain ma 185 centymetrów wzrostu, tyle samo Gabriel Batistuta, do którego należała poprzednia era piłkarzy. Tymczasem Cruz mierzy aż 190 centymetrów. Wróćmy do początku. Karierę zaczynał w stołecznym Banfield, choć urodził się w oddalonym od Buenos Aires o tysiąc kilometrów Santiago del Estero. Razem z rodziną przeniósł się jednak do stolicy i trafił do „El Taladro”. Po pierwszej bramce dla swojego klubu jeden z dziennikarzy zobaczył go z kosiarką i zyskał przydomek „El Jardinero”. Po dobrych występach w ekipie juniorskiej w 1993 roku przeszedł do pierwszego zespołu, w tamtych czasach typowego argentyńskiego średniaka. Tam spotkał m.in. Javier Zanettiego. W swoim klubie w końcu przebił się do pierwszego składu i mimo kłopotu ze strzelaniem bramek, których samo Banfield po prostu strzelało mało, zapracował na transfer do argentyńskiego potentata, River Plate. Wtedy zapracował sobie także na debiut w reprezentacji Argentyny. Długo w ekipie „La Banda” jednak nie wytrzymał. Po 23-latka zgłosił się Feyenoord. Miał w tym samym czasie oferty również z Włoch, jednak jak sam wspominał: ,,Włochy są dla mnie kolebką futbolu, jednak holenderska liga wydawała mi się wtedy lepsza dla mojego rozwoju. Światowi gracze tacy jak Romario, Ronaldo, czy bracia De Boer dorastali w Holandii”– mówił w udzielonym po latach wywiadzie. W Rotterdamie świetnie się jednak odnalazł. Od razu wskoczył do pierwszego składu w drużynie Leo Beenhakkera. W pierwszym sezonie szybko jednak zaczął spłacać zainwestowane w niego ponad pięć milionów euro. Strzelił 18 bramek w 33 meczach. U swojego boku miał też Jona Dahla Tomassona. Zaczęły powoli zgłaszać się po niego inne kluby. Tym bardziej, gdy w drugim sezonie ponownie strzelił 15 bramek w Eredivisie, prowadząc „Klub Ludu” do mistrzostwa Holandii. 15 bramek było jednak dla niego pewną blokadą, tyle samo goli zgromadził w każdym z trzech sezonów, które spędził w Eredivisie. Media ciągle pisały o nim, jako o leniwym napastniku, który mógłby strzelać zdecydowanie więcej bramek, gdyby bardziej angażował. Wtedy jednak pojawiła się szansa na dalszą europejską ekspansję. Podpisał kontrakt z Bologną, gdzie świetnie zaczął sezon, jednak później spuścił z tonu. W kolejnym sezonie obudził się z kolei dopiero wiosną, gdy w ośmiu meczach strzelił siedem goli, a jego zespół mimo fatalnej końcówki zajął piąte miejsce w Serie A. Jak sam powtarzał, bardzo dużo dało mu wtedy zaufanie ówczesnego trenera, Francesco Guidolina. W 2003 roku pojawiła się wielka szansa. Inter szukał następcy dla Hernana Crespo, który odszedł do Chelsea i padło właśnie na Cruza, choć od początku kibice dziwili się temu ruchowi, twierdząc, że Cruz może być ewentualnie uzupełnieniem ławki, a nie podstawowym napastnikiem, który może wskoczyć w buty swojego rodaka. Na dodatek wydano na niego prawie dziesięć milionów euro. I faktycznie, choć zaczął rozgrywki w Serie A, szybko zaczął balansować pomiędzy podstawową jedenastką a rezerwą. Hector Cuper wiedział jednak, że zawsze może na niego liczyć. W kolejnym sezonie było jednak zdecydowanie gorzej z graniem, choć miejsce wywalczył sobie w końcówce sezonu, zdążył strzelić pięć goli. Okazało się więc, że to kibice „Nerrazurri” mieli rację. Wtedy jednak nastąpił przełom. Sezon 2005/2006 należał bowiem do rosłego snajpera, który zagrał 52 spotkania i strzelił 25 bramek, zapewniając niemal w pojedynkę punkty w Lidze Mistrzów w starciu z Artmedią, Porto, czy Ajaxem. Najczęściej, gdy Inter męczył się z rywalem i ostatecznie strzelał tylko jedną bramkę, była ona autorstwa Cruza. Zespół z San Siro zgarnął wtedy mistrzostwo, a nasz bohater wrócił do reprezentacji „Albicelestes” i pojechał na mistrzostwa świata, gdzie zagrał w dwóch meczach, jednak to i tak niewiele dało pozycji Argentyńczyka.
Do stolicy mody powrócił Hernan Crespo, dołączył także Zlatan Ibrahimović, a przy świetnie wyglądającym Adriano zrobiło się zwyczajnie za ciasno. El Jardinero wskakiwał więc z reguły na końcówki, zdążył jednak wygrać Interowi wielkie derby, gdy w wygranym 2:1 meczu z Milanem strzelił bramkę i zanotował asystę przy trafieniu Zlatana. Cruz miał bowiem dryg do budzenia się w ważnych momentach. Mimo że nie strzelał po kilkadziesiąt goli w sezonie, jego trafienia były bardzo istotne, często dawały punkty i ratowały skórę kolegom. Tak było m.in. w starciu z Udinese, gdy w doliczonym czasie gry dał trzy oczka swojej ekipie, ratując przy okazji Jose Mourinho. W kolejnym sezonie znów jednak odzyskał miejsce w składzie. Adriano wyglądał coraz gorzej, nie było też już wypożyczonego Crespo i razem z Ibrą odpowiadał za strzelanie bramek w mistrzowskim sezonie. Sam zdobył 13 bramek w samej Serie A. W kolejnym sezonie nie mógł już jednak liczyć na regularną grę. Sam miał 34 lata, a do składu wskoczył piekielnie utalentowany Mario Balotelli. Na dodatek wraz z końcem sezonu wygasał jego kontrakt. Jeszcze rok pograł w Lazio i zdecydował się na zakończenie kariery. Jak sam mówił, stracił pasję do gry. Rok wcześniej nad jego pozyskaniem zastanawiała się m.in. Barcelona, a Pep Guardiola chciał mieć na ławce prawdziwego lisa pola karnego. Ostatecznie do Katalonii trafił jednak Zlatan Ibrahimović. W Serie A rozegrał prawie 250 spotkań, w których strzelił 80 goli. Na dodatek ma na swoim koncie 22 mecze i trzy bramki w reprezentacji. W głównej mierze było tak, jak przewidywali kibice, nie zdołał godnie zastąpić Crespo, jednak i tak był kochany, nie tylko za wygrane derby Mediolanu. Często radował fanów bramkami dającymi punkty, poza tym zawsze można było na niego liczyć. Cztery razy z rzędu świętował też mistrzostwo Włoch. ,,To wręcz nie do pomyślenia, ale wielu ludzi w Argentynie niema nawet czystej wody pitnej, wiele dróg jest nieutwardzonych. Ludzie ciężko pracują, ale nie robią postępów, a rząd mówił o równości. Bardzo mnie to boli i chciałem to zmienić”– mówił Cruz o dołączeniu do polityki. Współpracował z ówczesnym burmistrzem Buenos Aires. Po nieudanej karierze politycznej zdecydował się na inwestycje w surowce. Pomaga również argentyńskim graczom w transferze do Europy.
Osiągnięcia zespołowe:
Inter Mediolan
4x mistrz Włoch (2006, 2007, 2008, 2009)
2x Puchar Włoch (2005, 2006)
3x Superpuchar Włoch (2006, 2007, 2009)
Feyenoord Rotterdam
1x mistrz Holandii (1999)
1x Super Puchar Holandii (2000)
Lazio Rzym
1x Superpuchar Włoch (2010)
River Plate
2x mistrz Argentyny (1997)
Osiągnięcia indywidualne:
1x król strzelców Pucharu Włoch (2008) – 4 gole
9
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
2
@Lionel_Messi10 No nie śledze, to znaczy śledze ale nie oglądam. Wiem tylko że ostatnio u siebie nie przegrali z Urugwajem, no ale Urugwaj ostatnio zdecydowanie poniżej oczekiwań gra a nasza Argentyna to są Pany!