FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
2
@Safrani Nie zapominam o użytkownikach, którzy mnie doceniają i mają o mnie dobre słowo. No ale z drugiej strony chciałbym zaznaczyć że mam już 10 użytkowników, którym obiecałem oznaczenia, więc będe się starał oznaczać ciebie,jak tylko się da! Ale napewno o tobie nie zapomne!
0
@BISHBASHBOSH Generalnie masz racje, lecz nie w przypadku Ferrana Torresa. Otóż właśnie bardzo dobrze się stało w jego przypadku że doznał kontuzji i nie będzie grał, gdyż wszyscy, na czele z trenerem, w sztabie szkoleniowym są całkowicie ślepi na jego wartość w drużynie. On jest po prostu totalnych patałachem i nie zasługuje na taki klub jak FC Barcelona! Nigdy nie powinien się tu znaleźć!
9
Grande Espectacolo El Clasico!
7 października 1989 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 po dwóch golach Koemana i jednym Salinasa w 6 kolejce Primera Division. Zespół prowadzony przez Johana Cruyffa nie był w dobrym położeniu, ponieważ przegrał trzy z pięciu meczów La Ligi a w spotkaniu z Realem już w siódmej minucie stracił pierwszego gola. Przyczynił się do tego sam Koeman, który faulował Emilio Butragueño w polu karnym a jedenastkę na bramkę zamienił Hugo Sánchez. Nie był to dobry początek w El Clásico nowego obrońcy Blaugrany. Koeman wraz z kolegami potrafił jednak pokazać hart ducha i pojedynek ostatecznie zakończył się sukcesem Katalończyków. Już po kilku minutach od pierwszego gola przyjezdnych, wyrównał Julio Salinas a w drugiej połowie o losach rywalizacji przesądził sam winowajca przy trafieniu rywali. Holender wykorzystał dwa rzuty karne, dając swojemu zespołowi trzy punkty. 26-letni wówczas zawodnik pokazał, że ma nerwy ze stali, zwłaszcza że drugą jedenastkę musiał powtórzyć po wbiegnięciu w pole karne kilku zawodników. Nie pomylił się jednak i zakończył swoje pierwsze El Clásico z dubletem!
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Aktualizacja najlepszych snajperów wszechczasów na poziomie pierwszoligowym(pierwsza 20-tka):
1 J. Bican(Austria) – 607! zdobytych goli
2 C. Ronaldo- 551
3 Messi- 514
4 F. Puskas(Węgry) 508 goli
5 S. Bobek(Jugosławia)- 423
6 I. Schlosser(Węgry) - 417
7 G. Zsengeler(Węgry) - 416
8 Mc Grory(Szkocja) - 410
9 Gerd Müller- 403
10 C. Bianchi(Argentyna) -393
Z. Ibrahimovič 393
11 F. Szusza(Węgry) - 392
12 Luis Suarez(Urugwaj)-391
13 R. Lewandowski -387
14A. De Cleyn(Belgia)- 377
15 Romario - 375
16 G. Nordhal(Szwecja)- 374 (485)
Di Stefano(Argentyna) -374 (406)
17 J. Greaves(Anglia) - 366
H.Gallacher(Szkocja)- 366
18 D. Onnis(Włochy)- 363
19 J. Takacs(Węgry) - 360
20 Hugo Sanchez – 356
0
@KierownikLucas No a przez ile? Całe lato?
1
Z pewnością mecz z Deportivo w Alaves nie będzie spacerkiem ale jeśli Fort, Inigo Martinez a zwłaszcza Pena nie wywinał jakiegoś numeru, to powinniśmy na Mendizorroza wygrać!
Vamos Barca! Vamos a ganar!
0
@KierownikLucas Wolałbym raczej 40 stopni przez 2, 3 tygodnie a później przez cały rok 20 stopni, aniżeli tak jak u nas 0 lub -10 przez całą zime..
3
W Gironie(i nie wykluczone ze w całej Hiszpanii) śliczna pogoda, świeci słońce a u nas 10 stopni i pada deszcz! Ech... nie każdy ma w życiu szczęście...
Ps. Ależ kopanina na Estadio Montilivi! Coraz niższy poziom tej hiszpańskiej piłki niestety...
7
Numerologia:
W latach 1930-2010 Ameryka zdobyła mistrzostwo świata 9 razy a Europa 10. Brazylia sięgnęła po puchar pięciokrotnie a Argentyna i Urugwaj dwukrotnie. Włochy mają cztery tytuły na swoim koncie a Niemcy trzy. Anglicy triumfowali tylko raz, na własnym terenie. Europa miała dwa razy więcej szans na zdobycie prestiżowego trofeum z uwagi na to że w Mistrzostwach Świata zdecydowaną większość zespołów stanowiły reprezentację krajów europejskich. W 19 turniejach Europę reprezentowało 216 ekip a Amerykę 109. Ponadto większość sędziów pochodziła ze starego kontynentu. W odróżnieniu od mistrzostw świata klubowy Puchar Interkontynentalny dawał równe szansę europejskim i amerykańskim drużynom. W konfrontacjach najlepszych klubów świata nieznacznie górą są jedenastki z Ameryki Południowej, podczas gdy zespoły europejskie triumfowały raz mniej(22 do 21). Jeśli chodzi o zaburzoną równowagę sukcesów w mistrzostwach świata, przypadek Wielkiej Brytanii budzi szczególne zdumienie. W dzieciństwie tłumaczono mi że Bóg jest jeden ale ma trzy postacie: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Nigdy nie mogłem tego pojąć, tak jak wciąż nie rozumiem, dlaczego jedną Wielką Brytanię tworzą cztery państwa a dajmy na to Hiszpanię czy Szwajcaria, mimo ogromnych różnic narodowościowych, wciąż pozostaje jedna. W każdym razie piłkarski Monopol Europy, który do tej pory kontestowała jedynie Ameryka powoli odchodzi w przeszłość. Do mundialu w 1994 roku FIFA dopuszczała do udziału w turnieju jedną czy dwie ekipy z pozostałych kontynentów ale już od 1998 roku liczba uczestników mistrzostw zwiększyła się z 24 do 32 zespołów. Europa utrzymała wprawdzie swoją niesprawiedliwą przewagę liczbową nad Ameryką ale nie była w stanie zablokować zwiększenia liczby drużyn z czarnej Afryki i krajów położonych na południe od Sahary, prezentujących szybki, radosny futbol. Musiała się też pogodzić z coraz większą konkurencją ze strony Państw Arabskich i Azjatyckich, do niedawna zaledwie biernych obserwatorów wydarzeń rozgrywających się na światowych boiskach.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
2
@AssisMoreira Valencia zagrała w finale z Bayernem Monachium a w składzie Valencii zagrał w pomocy właśnie Gerard Lopez.
8
@FCBparasiempre
6 października 1957 r. urodził się Bruce Grobbelaar. Stara ludowa prawda mówi, że dobry bramkarz powinien być odrobinę szalony. W naszej interpretacji moglibyśmy wyróżnić golkiperów zrównoważonych więc słabych, lekko stukniętych i całkowitych świrów. Osobną kategorię należałoby stworzyć dla Bruce’a Grobbelaara, którego sylwetkę dzisiaj przypominamy. Urodzony w RPA zawodnik to postać co najmniej barwna, nie tylko ze względu na trykoty, które przyodziewał w meczach narodowej reprezentacji Zimbabwe. Cechowały go niepowtarzalny ekscentryzm, zamiłowanie do życia i olbrzymia pewność siebie. To wszystko pozwoliło mu przetrwać trudy pierwszych miesięcy na Anfield. Nim trafił do miasta Beatlesów, grywał w zimbabwejskim Highlanders, południowoafrykańskim Durban City i kanadyjskim Vancouver Whitecaps. Miejsca egzotyczne i prowincjonalne, wobec których jedyną szansą by wypłynąć na szerokie wody, było wypożyczenie do czwartoligowego Crewe Alexandra. Do składu The Railwaymen wkroczył jak po swoje – zachował osiem czystych kont w 24 meczach, a w spotkaniu z York City, choć tylko z karnego, pokonał swojego boiskowego vis-a-vis. Udane występy Zimbabwejczyka, bo sam siebie za takiego uważa, na Gresty Road szybko przykuły uwagę skautów z Liverpoolu. Być może nawet oni sami nie spodziewali się, że pośród półamatorskiej szarzyzny wyłowią taki diament. Urocze lica włodarzy z Merseyside wespół z 250 tys. funtów oczarowały Kanadyjczyków, którzy wciąż posiadali pełne prawa do piłkarza, a transfer został potwierdzony 17 marca 1981 r. Liverpool miał genialny w swojej prostocie plan na rozwój Grobbelaara i, jak to najczęściej bywa, w trybie przyspieszonym tenże prysnął niczym mydlana bańka. Bruce miał zbierać bramkarskie szlify pod okiem Raya Clemence’a – prawdziwego fachmistrza, legendy i ulubieńca The Kop, który w barwach The Reds zdobył wszystko, co się dało i to do kwadratu. Anglik niespodziewanie zdecydował się jednak na transfer do Tottenhamu, pozostawiając młodego padawana samemu sobie. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło. Nie byłoby sprawiedliwie pierwszych meczów Grobbelaara nazwać słabymi, więc skategoryzujmy je jako małą katastrofę. 24-latek tracił mnóstwo bramek, Liverpool zaś jeszcze więcej punktów. W dużej mierze były to strzały, z którymi nikt na tym poziomie nie powinien mieć najmniejszych problemów. Sprawy w swoje ręce wziął ówczesny menedżer, legendarny Bob Paisley. Mimo stanowczej, surowej wręcz postawy, nie tracił wiary w swojego podopiecznego. W grudniu 1981 r. Liverpool zajmował trzynastą lokatę w ligowej tabeli, tracąc do lidera trzynaście punktów. Napiętą sytuację miał poprawić rozgrywany w Boxing Day mecz z Manchesterem City. Jak na ironię, spotkanie zakończyło się łatwym zwycięstwem The Citizens 3:1, w czym dużą zasługę miał, a jakże, Grobbelaar. Po latach przyznał, że rozczarowany Paisley wziął go po meczu na stronę, pytając dyskretnie, jak ocenia swoje pierwsze pół roku na Anfield. Mogło być nieco lepiej to jedyne, co piłkarz dał radę z siebie wydusić. Szef docenił błyskotliwość tego określenia dorzucając, że jeżeli Bruce nie przestanie popełniać idiotycznych błędów, z powrotem wyląduje w czwartej lidze. Niemal 40 lat później trudno jest zweryfikować, jaki wpływ na formę Zimbabwejczyka miała przytoczona rozmowa. Fakty pozostają jednak faktami – Grobbelaar rósł w oczach, a wraz z nim odżyła cała drużyna. Co prawda bramkarz nie wyzbył się nigdy maniery popełniania gaf, ale udało mu się znacznie ograniczyć ich ilość, a zamiast nałogowo tracić cenne punkty, zaczął je ratować. Opadł kurz, a The Reds z nową gwiazdą między słupkami sięgnęli po mistrzowski tytuł dokładając do tego Puchar Ligi. To drugie osiągnięcie nabrało wymiaru symbolicznego, bowiem w bezpośrednim, finałowym pojedynku Bruce okazał się lepszy od Raya Clemence’a. Dawid poniósł Goliata na tarczy.
Lata mijały, a brzydkie kaczątko przeobraziło się w dorodnego łabędzia. W maju 1984 r. żaden fan Liverpoolu nie wyobrażał sobie, by w bramce miał stanąć ktoś inny. Mocna pozycja w drużynie nie mogła jednak uczynić łatwiejszym wyzwania, jakim był rozgrywany w Rzymie finał Pucharu Europy przeciwko miejscowej AS Romie. Najważniejszy mecz sezonu, ba, kariery, włoski przeciwnik grający na własnym podwórku. Bruce zdawał się jednak nic sobie z tego nie robić. Jako pierwsi wyszliśmy do tunelu i zaczęliśmy śpiewać „I don’t know what it is, but I love it” Chrisa Rea’i. Im dłużej zwlekali rywale, tym my byliśmy głośniejsi. Gdy wyszli z szatni, wyglądali na zszokowanych. Graeme Souness szepnął mi do ucha: „Mamy ich!” – opowiadał. Souness miał rację. Mieli. Spotkanie nie należało do najwybitniejszych – może nie rozczarowało, ale o tym, co działo się w podstawowym czasie gry, nie opowiadano przez dekady. Ot, najzwyklejsze, przeciętne 1:1. Historia dopiero miała się napisać, bowiem po raz pierwszy miano klubowego mistrza Europy zależało od powodzenia w konkursie rzutów karnych. Role się obróciły – to bramkarze znaleźli się w świetle jupiterów, a strzelający stali się tłem. Bruce rozgrywał swój własny mecz. Istnym fenomenem było, że bohaterem został bramkarz, który nie obronił ani jednego strzału. Wygrały proste gierki psychologiczne, po mistrzowsku skonfundował napastników. Przed drugą serią próbował przegryźć siatkę, przed kolejnymi w ekstrawagancki sposób wił się na nogach, co po dziś dzień określane jest jako nogi spaghetti. Trudno to opisać, najlepiej obejrzeć samemu. Nogi spaghetti były prototypem Dudek Dance, a bramkarze Liverpoolu już na zawsze zostaną zapamiętani ze swoich zachowań na linii bramkowej. Swoje próby zepsuło dwóch piłkarzy Giallorossich, a Grobbelaar, nie po raz ostatni, znalazł się na ustach wszystkich. Gdy zmierzałem w stronę bramki, Joe Fagan objął mnie i powiedział: „Słuchaj, nikt nie będzie Cię winił, jeżeli nie obronisz karnego. Ja, trenerzy, prezes, dyrektorzy, twoi koledzy i kibice. Nikt”. Te słowa dodały mi otuchy, stres wyparował. Na odchodne rzucił jeszcze: „Postaraj się wybić ich z rytmu”. To właśnie zrobiłem, wybiłem z rytmu dwóch reprezentantów Włoch, Bruno Contiego i Francesco Grazianiego – opowiadał bramkarz. To nie musiał być pierwszy tryumf Grobbelaara w Pucharze Europy. W 1981 r., niespełna trzy miesiące po transferze, Bob Paisley zakomunikował mu, że będzie zmiennikiem Raya Clemence’a w finałowym starciu z Realem Madryt. Bramkarz wprawił swojego zwierzchnika w osłupienie komunikując, że miejsce na ławce bardziej należy się doświadczonemu Steve’owi Ogrizoviciowi. Menedżer wyraził zgodę, warunkiem była jednak rozmowa obu bramkarzy, w której Bruce miał we własnej osobie przekazać instrukcje starszemu koledze. Co miał zrobić, to zrobił. Na własne życzenie pozbawił się najłatwiejszego złotego medalu w karierze i cierpliwie czekał na swoją kolej. Mimo altruistycznej postawy i pogodnego nastawienia do życia, nie zawsze żył w przyjacielskich stosunkach z kolegami z zespołu, o czym na własnej skórze przekonał się Steve McManaman. We wrześniu 1993 r., gdy Grobbelaar powinien raczej służyć radą i doświadczeniem, dał o sobie znać wybuchowy temperament Zimbabwejczyka. Bramkarz dwoił się i troił, by uratować choćby punkt na Goodison Park, jednak był to jeden z tych dni, kiedy drużynie nie wychodziło absolutnie nic. Zmasowane ataki Evertonu jeszcze w pierwszej połowie zostały ukoronowane zdobyciem bramki, co wprawiło Bruce’a w prawdziwą furię. Zaczął wściekle wymachiwać rękoma, po czym rzucił się na będącego w pobliżu McManamana. Młody pomocnik usłyszał parę cierpkich słów o zaangażowaniu całej drużyny i wszystko poszłoby w zapomnienie, gdyby skończyło się na perswazji ustnej. Z powództwa bramkarza doszło jednak do rękoczynów, wywiązała się jedna z najsłynniejszych szarpanin między zawodnikami tej samej ekipy w historii angielskiego futbolu. Nie trwało to długo, ale Anglik raczej nigdy później nie wdawał się w dyskusję z bramkarzem The Reds. Kochał takie smaczki. W pewien deszczowy dzień, kiedy The Reds gromili swojego rywala 5:0, pożyczył od kibica parasol, rozłożył go i stał pod nim do ostatniego gwizdka. W momentach tryumfu paradował w dziwacznych nakryciach głowy, nie rozstawał się z majestatycznym wąsem, w końcu zapuścił mały warkoczyk z tyłu głowy. Pozowanie do zdjęć sprawiało mu radość a uśmiech na jego twarzy nie bladł. Na murawie kradł show. Pole karne było jego królestwem, a piłka własnością. Miał ponadprzeciętny refleks, a co najważniejsze, potrafił sprawić by najprostsza interwencja wyglądała jak cuda na kiju. Jeżeli piłka nożna to widowisko, Grobbelaar rozumiał jej istotę, jak mało kto. The Kop oddało mu serca na długie trzynaście lat. W tym czasie rozegrał 627 spotkań i zdobył trzynaście pucharów – nieźle jak na kogoś, kogo na Anfield mogło, a wręcz nie powinno już być po pół roku.
Czy życie Bruce’a Grobbelaara to sielanka, niekończące się momenty chwały i zabawne wydarzenia? Bynajmniej. W 1994 r. stał się bohaterem afery korupcyjnej, w którą zamieszani byli także Hans Segars i John Fashanu. Ten wstydliwy rozdział był ostatnim we wspólnej historii Grobbelaara i Liverpoolu. Zmiana pokoleniowa nastąpić musiała tak czy siak, a młody David James już zdążył wygryźć weterana z bramki The Reds. Reprezentantowi Zimbabwe, który został oczyszczony z zarzutów, należało się jednak inne, lepsze pożegnanie z Merseyside. Do dziś całą sytuację wspomina niechętnie i traktuje jako swoją osobistą krucjatę. Jak sam uważa, miał za co odpokutować, wszak przyziemna afera korupcyjna ma się nijak do patosu życia i śmierci. Właśnie śmierć podążała z nim ramię w ramię od młodzieńczych lat, gdy po ukończeniu szkoły średniej został zmobilizowany i wcielony do armii. Brał udział w wojnie domowej w Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) i aż za dobrze pamięta widok jego towarzysza broni, który w akcie zemsty i desperacji odcinał uszy wrogim żołnierzom, którzy zabili całą jego rodzinę. Grobbelaar nie pamięta lub nie chce ujawnić, ilu ludzi sam pozbawił życia, przyznaje jednak, że było ich wielu. Przepraszał, ale przeszłości zmienić nie mógł. Brał udział w finale Pucharu Europy na belgijskim Heysel, przed którym życie straciło 39 kibiców Juventusu. Brał udział w półfinałowym meczu FA Cup na Hillsborough, po którym 96 fanów The Reds nigdy nie wróciło do swoich domów. Jakim cudem Bruce poradził sobie z tym wszystkim? Nie było łatwo, ale jak sam przyznał, on po prostu kocha życie – i to doskonale spina klamrą jego historię.
7
Szaleniec na nogach… z makaronu:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
10
Tragiczny los byłego piłkarza Barçy:
6 października 1967 r. urodził się Sergi Lopez Segu. Był on drugim z czterech członków familii Lopez, którzy przywdziewali trykot w barwach Blaugrana. Senior rodu Julian Lopez zagrał w FC Barcelonie w zaledwie jednym meczu towarzyskim ale przez krótki czas dzielił szatnie z Kubalą. Najstarszy syn Juliana, Sergi, zaliczył 54 oficjalne mecze w pierwszej drużynie w latach 1987-91 a w 1995 r. w barwach Realu Saragossa wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów. Jeden z działaczy Barcelony, Josep Mussons, nazwał go ,,Montserrat Caballe z Mini”(Mini Estadi-stadion Barçy B). W 2006 r. popełnił jednak samobójstwo rzucając się pod pociąg w Granollers. Drugi z braci Lopez- Juli, zagrał w jedynie trzech meczach towarzyskich przed sezonem 1995/96 a karierę kończył w Terrasie. Największą karierę z całej rodziny zrobił najmłodszy z braci- Gerard. Był zawodnikiem Barçy przez 5 lat a wcześniej w 2000 r. zagrał z Valencią w finale Ligi Mistrzów. W 2013 r. został selekcjonerem reprezentacji Katalonii.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
1
@FcPortoFan1999 No ok. ale jednak widze że była dogrywka a w niej na 4:1 strzelili grecy, więc jakby nie patrzeć to po dogrywce!
1
@FcPortoFan1999 No wiem, zgadzam się z tobą. Już nie pamiętam szczegułów tego meczu ale tam było coś bardzo blisko, chyba po dogrywce, nieprawdaż?
10
Postacie polskiej piłki nożnej:
Władysław Jerzy Engel urodził się we Włocławku, 6 października 1952 roku. Jest wychowankiem Junaka Włocławek, z którego przeniósł się do Kujawiaka Włocławek. W czasie studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie grał w AZS-AWF Warszawa i Polonii. Karierę piłkarską zakończył w 1975 roku. Karierę trenerską rozpoczynał w klubach warszawskich z niższych lig (m.in. z rezerwami Polonii w lidze okręgowej, z Hutnikiem w trzeciej lidze, czy też z RKS Błonie również w trzeciej lidze). Kolejnym etapem była praca przy reprezentacji Polski - w 1981 roku Engel objął w Kadrze Bank Informacji, zastępując Bernarda Blauta. Kilka miesięcy później powrócił do Hutnika Warszawa, z którym w 1983 roku po raz pierwszy w historii klubu awansował do drugiej ligi. W połowie lat 80' został trenerem pierwszej drużyny Legii. Już w pierwszym sezonie zdobył z nią wicemistrzostwo Polski, kolejne lata nie były już jednak tak udane jak poprzednie. Po zrezygnowaniu z prowadzenia Legii, Engel przeniósł się na Cypr, gdzie trenował tamtejsze drużyny. Kiedy w 1995 roku powrócił do Polski, zajął się biurowymi sprawami. Został najpierw dyrektorem sportowym w Legii, grającej wtedy w Lidze Mistrzów. Potem na takim samym stanowisku pracował w Polonii. W 2000 roku, po części za sprawą Engela Polonia zdobyła potrójną koronę (mistrzostwo Polski, Puchar Ligi i Superpuchar Polski). 1 stycznia 2000 roku to przełomowa data w życiorysie Engela - wtedy to oficjalnie stał się selekcjonerem reprezentacji Polski. Z znanego tylko w wąskim gronie trenera stał się osobą rozpoznawalną w całej Polsce. Eliminacje do mundialu okazały się niezwykle udane i Polska po szesnastu latach ponownie weszła do grona najlepszych drużyn na świecie. Występ w Korei i Japonii już tak udany nie był. Pamiętna porażka z Koreą i blamaż z Portugalią sprawiły, że Polska zakończyła zmagania w fazie grupowej turnieju. Engel pożegnał się z reprezentacją. Do pracy powrócił po rocznej przerwie - najpierw jako dyrektor sportowy, a potem już jako trener. W 2005 został szkoleniowcem "Białej Gwiazdy", a rok później trenował piłkarzy APOEL-u na Cyprze. 31 lipca 2006 został powołany na stanowisko pełnomocnika Prezydium Zarządu ds. Szkolenia. Jest również członkiem Zarządu, Wydziału Szkolenia oraz Rady Trenerów PZPN.
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 O panie! Widze że jesteście porządnie wykształceni...
9
FC Barcelona w europejskich pucharach:
6 października 1965 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou DOS Utrecht 7:1(!) w I rundzie Pucharu Miast Targowych. Aż 5(!) goli w tym meczu ustrzelił znakomity napastnik Jose Antonio Zaldua. Pozostałe gole strzelili Verges i Pereda. Zaldua już na stałe zapisał się w historii europejskiego futbolu, notując niezwykły występ, zdobywając pięć goli w meczu Pucharu Miast Targowych na Camp Nou. Napastnik z Nawarry, który dołączył do klubu latem 1961 roku razem z Peredą, Zaballą i Pesudo dzięki środkom uzyskanym z transferu Luisa Suáreza do Interu, ostatecznie został kapitanem Blaugrany i zaprezentował olśniewający występ przeciwko holenderskiej drużynie DOS, prowadząc do ogromnej wygranej 7-1 i ich eliminacji z turnieju. Pomimo rozgromienia, Barça grała w przerywanym tempie, jak wyjaśnił dziennikarz José María Hernández Pijuán na łamach 'El Noticiero Universal', dodając, że gdy zespół Roque Olsena złapał rytm, zaprezentowali "stylowy, a jednocześnie praktyczny futbol, który przyprawiał rywali o zawrót głowy, narażając ich na ogromne luki, które tamtejsi napastnicy mogli wykorzystać wedle woli." Co ciekawe, mecz przeciwko DOS Utrecht był drugim występem Zaldúi w sezonie 1965-66. Napastnik powrócił do drużyny azulgrana po okresie wypożyczenia w Osasunie od lutego do maja 1965 roku, gdzie na nowo odkrył formę i sprawność po poważnej kontuzji kolana. Zadebiutował w szóstym meczu przeciwko Córdoba na El Arcángelu (0-0) i opuścił siódmy mecz przeciwko Atlético Madryt na Camp Nou (1-4). Po jego pięciu golach przeciwko DOS Utrecht, Zaldúa zagrał prawie w każdym meczu i miał swój najlepszy sezon z Dumą Katalonii pod względem zdobytych bramek: 18 goli w 36 występach, co daje średnio 0,5 gola na mecz, imponujący wynik w czasach, gdy Barça mogła tylko "uzbierać" kilka tytułów Pucharu Generalissimusa...
Niecodzienny europejski rekord Zaldúi przetrwał 59 lat. Zdołał go wyrównać dopiero nie kto inny, jak sam Lionel Messi 7 marca 2012 roku. Tego dnia, w meczu Ligi Mistrzów (1/8 finału, rewanż), argentyński gwiazdor pogrążył Bayer Leverkusen, zdobywając pięć z siedmiu goli, które Niemcy stracili na Camp Nou (7-1).
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
6
@FCBparasiempre
5 października 1960 r. urodził się brazylijski napastnik Antonio de Oliveira Filho, znany bardziej jako Careca. Brazylia miała wielu wybitnych ofensywnych piłkarzy. Pele, Zico, Garrincha, Ronaldo, czy Ronaldinho to tylko nieliczni w panteonie wielkich zawodników atakujących rodem z Kraju Kawy. Mimo to w zespole „Canarinhos” nigdy nie było łatwo o środkowego napastnika. Zdarzało się jednak, że tę wymarzoną „dziewiątkę” udało się im wychować. Jednym z takich piłkarzy był właśnie Careca. Przyszły gwiazdor reprezentacji Brazylii i Napoli narodził się w mieście Araraquara, leżącym w stanie Sao Paulo. Swój pseudonim wziął od klauna o imieniu Carequinha. Wynikało to bowiem z podobieństwa słynnego brazylijskiego klauna do chłopaka z Araraquary. Miał on bowiem bujne włosy, przypominające mop. Carequinha z kolei miał czubek głowy łysy, a włosy na głowie pozostały mu z boku. Młody, bo ledwie szesnatoletni Careca swoją karierę rozpoczął w klubie Guarani FC (nie, nie sponsoruje ich słynna marka yerba mate). Tam zasłynął dobrym wykończeniem i szybkością, która wyróżniała go na tle rówieśników. Szybko został określony wielkim talentem brazylijskiej piłki, ale na szczęście dla niego i brazylijskiej piłki nie popełniono błędu powszechnego wśród działaczy z Kraju Kawy w XXI wieku. Mianowicie chodzi tu o to, że nie został on szybko sprzedany do Europy, co pomogło rozwinąć się młodemu napastnikowi na własnej ziemi i pomóc kadrze narodowej grając z kolegami w kraju. W Guarani FC mimo sześciu lat nie zagrał zbyt wiele. Rozegranie sześćdziesięciu trzech meczów w ciągu tylu lat w jednym klubie to nie jest dużo. Mimo to zdołał zdobyć trzydzieści osiem goli, co robi wrażenie. Ta spora liczba goli pozwoliła Carece się wypromować. Jego talent rozwinął się już na tyle, że był kandydatem do występu w reprezentacji Brazylii na mistrzostwach świata w Hiszpanii w 1982 roku. Pech jednak chciał, że doznał kontuzji. Mowa o pechu, bo kto wie, co osiągnęliby Brazylijczycy, gdyby był on w składzie. Rok później, po dojściu do pełni zdrowia, Careca spełnił marzenie o grze w Sao Paulo FC, największym klubie z tamtego stanu i jednym z czołowych w Brazylii. Tam w krótszym okresie – czteroletnim – rozegrał o cztery mecze więcej, niż w Guarani FC i zdobył 54 bramki. Pokazało to dobitnie, jak rozwijał się z każdym kolejnym rokiem. W 1987 roku Careca wreszcie wyruszył w świat. Pomimo wszystko średnio udanych mistrzostwach świata w Meksyku, o których mowa będzie w części o reprezentacji, trafił on do Napoli. Klub z miasta w regionie Kampania we Włoszech, znanego z mafii miał już jednego wielkiego piłkarza w swoich szeregach. Był nim pewien niskiego wzrostu Argentyńczyk, który w Meksyku zrobił furorę. Mowa oczywiście o Diego Maradonie. Careca dołączył do niego i Bruno Giordano, z którym wkrótce mieli stworzyć tercet Ma – Gi – Ca. Napoli było wówczas wielkim klubem we Włoszech, który tworzył w latach osiemdziesiątych choćby z Juventusem, czy wielkim Milanem Arrigo Sacchiego najlepszą ligę na świecie. Duże grono znakomitych piłkarzy na czele z Van Bastenem, Gullitem, Platinim, Maradoną, czy Rijkaardem lgnęło do Serie A niczym pszczoły do miodu. Pozyskanie kogoś takiego do Neapolu, jak Careca miało być dla „Partenopei” utwierdzeniem w przekonaniu, że są najlepsi w kraju. Byli oni bowiem świeżo po zdobyciu mistrzostwa Włoch. Czy Careca był pomocnikiem Maradony w Napoli? Zdecydowanie nie, ponieważ po pierwsze ci dwaj byli z krajów, które niekoniecznie za sobą przepadają. Mimo to Brazylijczyk i Argentyńczyk w tym przypadku nie żarli się jak pies z kotem. Zdrowo ze sobą rywalizowali, stymulując cały zespół do sukcesów, które Napoli na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych osiągało. Szybko stali się kolegami z boiska, a sam Careca traktował Diego przed transferem do Napoli wręcz mitycznie. ,,Przyjechałem do Neapolu, by spełnić moje marzenie o grze obok Diego”– podsumował Careca. Po drugie różnił ich styl gry. Maradona był klasycznym przykładem piłkarza grającego niezwykle pod względem technicznym, natomiast Careca był szybki, ale liczyło się dla niego przede wszystkim skuteczne wykończenie. Postawiona w tytule teza, czy Careca był pomocnikiem Maradony, patrząc na ich style gry, może być wręcz odwrócona. Styl gry boskiego Diego wskazywał na to, że to on mógł pomagać Brazylijczykowi, a nie odwrotnie. Ich wspólna gra doprowadziła wreszcie do tytułu mistrzowskiego w 1990 roku – ostatniego w historii Napoli. Sam Careca zdobył 74 gole w swojej sześcioletniej historii gry na Stadio San Paolo.
Po opuszczeniu Neapolu w 1993 r. roku Careca w wieku 33 lat powędrował do Japonii. Gra w zespole Kashiwa Reysol miała być stopniowym końcem kariery dla Brazylijczyka. Przyspieszyły to niestety dwie operacje nóg, które zmusiły go do wcześniejszego zawieszenia butów na kołku. Zanim do tego jednak doszło, zdążył on zdobyć w Japonii przez 3 lata 31 goli. ,,Grałem do 37 roku życia, bo miałem dwie operacje nóg, które zbyt mocno wpłynęły na moje zdrowie. Gdyby nie to, to mógłbym grać do 42 roku życia”– wspominał Careca. Po japońskiej przygodzie Careca postanowił wrócić do ojczyzny, by tam zakończyć swoją świetną karierę. Niestety łącznie od 1997 do 1999 roku rozegrał w trzech brazylijskich klubach – Santosie, Campinas i Sao Jose łącznie 21 meczów. W 1999 roku po raz pierwszy zakończył swoją karierę. ,,Pożegnalny mecz w 1999 zorganizowałem w Neapolu, bo Neapolitanie na to zasłużyli. W tym dniu padał śnieg, a mimo to przybyło pięćdziesiąt tysięcy ludzi”– opowiadał Careca. To tylko pokazuje, jak bardzo doceniał kibiców Napoli. Podkreślił tym fakt, że czuł się w tym klubie i mieście bardzo dobrze. Nikt nie miał wówczas pojęcia, że Careca kiedykolwiek jeszcze zagra w piłkę. W 2005 roku mając 45 lat Brazylijczyk wznowił na krótko swoją karierę w Galforth Town w Anglii. Brazylia w latach osiemdziesiątych miała niesamowite pokolenie piłkarzy. Falcao, Zico, Socrates, czy Toninho Cerezo to przykłady wybitnych zawodników, którzy tworzyli jedną z najpiękniej grających drużyn w historii futbolu. Wyznająca filozofię „joga bonita” ekipa „Canarinhos” miała w 1982 roku z łatwością zdobyć tytuł mistrza świata. Nikt jednak nie przypuszczał, że pokona ich reprezentacja Włoch z Paolo Rossim na czele. Pamiętny mecz, wygrany przez „Squadra Azzurra” 3:2 sprawił, że Brazylia nie mogła się z tym pogodzić. Wtedy jeszcze nie było Careci, który z powodu kontuzji przeżywał tę klęskę w domu. Jego czas miał dopiero nadejść. Debiut w kadrze narodowej przypadł na 1983 rok, w którym wystąpił po raz pierwszy na wielkiej imprezie. Była to Copa America, w której Brazylijczycy zajęli drugie miejsce. Światowa scena poznała go jednak w pełni dopiero trzy lata później w Meksyku na mistrzostwach świata. Brazylia jechała tam jak zawsze w roli głównego kandydata do tytułu najlepszego zespołu na świecie, a Careca miał być jednym z jej przodowników. Mundial wtedy różnił się od obecnych realiów. W grupie za zwycięstwo zdobywało się jeszcze dwa punkty, wychodziły z niej w niektórych przypadkach trzy drużyny. Brazylia trafiła w fazie grupowej na Hiszpanię, Algierię i Irlandię Północną i zdobyła wówczas komplet sześciu punktów. Careca zgodnie z oczekiwaniami był jednym z głównych bohaterów „Selecao”, zdobywając w grupie trzy gole. Później nadszedł czas na starcie z reprezentacją Polski, która już w fazie grupowej delikatnie mówiąc nie zachwycała. Brazylia pokonała drużynę Antoniego Piechniczka a Careca ustalił wynik spotkania na 4:0. Później jednak znowu Brazylia zawiodła w kluczowym momencie turnieju. Tym razem ich przeciwnikiem i pogromcą okazała się Francja. Mecz zaczął się dobrze dla Brazylii, ponieważ Careca wyprowadził Brazylię na prowadzenie, jednak jeszcze w pierwszej połowie Michel Platini wyrównał stan rywalizacji. Rywalizację rozstrzygnęły rzuty karne, które Francja wygrała 4:3. Później Careca brał udział jeszcze w rozgrywanym rok później Copa America, z którego Brazylia odpadła po fazie grupowej oraz w mistrzostwach świata w 1990 roku, w których „Selecao” wypadli niewiele lepiej, ponieważ odpadli w 1/8 finału. Trzeba przyznać, że Careca miał zdecydowanie lepszą karierę w klubie, niż w reprezentacji. Szybki i skuteczny pod bramką przeciwnika Brazylijczyk nie zaznał sukcesu z kadrą narodową mimo tego, że był otoczony wybitnymi kolegami z boiska. Mimo to należy podkreślić fakt, że był znakomitym napastnikiem, który wiele wniósł do świata futbolu.
5
Brazylijskie legendy futbolu:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Arkon
@Adran360
7
@FCBparasiempre
5 października 1949 r. urodził się Zygmunt Garłowski, pomocnik. ,,Był kochanym bratem, tęsknił za nami. Gdy po urlopie znowu leciał do Australii, mówił że jeszcze tylko 4 lata, byle do emerytury i na stałe wróci do Polski. Wtedy widziałem go ostatni raz. Zmarł nagle. Do Polski wróciły już tylko jego prochy.”- mówi o Zygmuncie Garłowskim jego młodszy brat Ireneusz. Zygmunt to legenda Śląska Wrocław, kapitan i najlepszy strzelec drużyny, która w 1977 roku zdobyła pierwsze mistrzostwo Polski. Mistrzem w drużynie był również Ireneusz – niezły boczny pomocnik lub obrońca ale w cieniu błyszczącego na boisku brata. ,,Wszędzie szliśmy razem bo Zyga o mnie pamiętał. Nie tylko o mnie ale o całej rodzinie. Gdy gdzieś miał się przenieść, przenosiliśmy się wszyscy. Od dziecka zapowiadał się na superpiłkarza, więc ojciec uznawał że trzeba dostosować się do jego piłkarskich planów. Miałem 15 lat i pojechaliśmy do Bytomia bo Zygmunta chciała Polonia, tyle że Górnik Wałbrzych ani myślał go puszczać, więc czekaliśmy tam dobrych kilka tygodni na rozwój wypadków. Potem włączył się ROW i zamieszkaliśmy w Chwałowicach pod Rybnikiem. Musieliśmy wracać do Wałbrzycha bo Zygmuntowi groziła długa karencja.”- wspomina brat Irek. Dopiero 5 lat później Garłowskiego z Górnika Wałbrzych wyciągnął Śląsk Wrocław. ,,Argument służby wojskowej nie wchodził w gre bo brat formalnie był zatrudniony w kopalni na etacie górnika dołowego a tych do wojska nie brali. Trzeba się było zwyczajnie dogadać i gdy Śląsk już dopiął swego, Zygmunt przyjechał po mnie na zgrupowanie Górnika. Powiedział że wszystko załatwione i ja też się przenosze. Zyga był dla mnie piłkarskim wzorem już w naszej rodzinnej Bielawie i w pierwszym klubie, czyli w Bielawiance. Chodziłem na jego mecze jako kibic i też grałem w piłke. Nigdy jednak mu nie dorównałem, nie miałem takiego talentu ”- mówi o 4 lata młodszy brat. Z Bielawy(oczywiście również razem) bracia przenieśli się do pobliskiego Wałbrzycha. W mieście funkcjonowały 2 drugoligowe kluby. O Zygmunta mocno zabiegał Thorez, który za chwile zmienił nazwę na Zagłębie. Gdyby wybrał te oferte, jego kariera pewnie nabrałaby większego rozpędu bo już w następnym sezonie zespół awansował do Ekstraklasy ale… ,,Na Thoreza kategorycznie nie zgadzał się ojciec. Uważał że to mocno ,,czerwony” klub. Samo nazwisko francuskiego komunisty w nazwie było skutecznym straszakiem dla taty, byłego żołnierza Armii Krajowej. Jego synowie nie mogli przecież grać w Thorezie!”- wspomina Ireneusz. Zygmunt trafił więc do sąsiada zza miedzy. W 1968 r. Górnik Wałbrzych zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Na turnieju finałowym w Mielcu błyszczał Zygmunt Garłowski. W drużynie gospodarzy grał Grzegorz Lato, w Lechii Gdańsk wschodząca gwiazda trójmiejskiej piłki Zdzisław Puszkarz… Na przenosiny do Śląska duży wpływ miała również głowa rodziny Garłowskich. Wrocławianie akurat awansowali do elity, Górnik spadał do 3 ligi. Mimo że w Śląsku nie brakowało w tamtych czasach bardzo dobrych ofensywnych piłkarzy, jak Sybis, Kwiatkowski i Pawłowski, to Zygmunt nie tylko potrafił dogrywać kolegom piłke ale i sam był niezłym egzekutorem. Do niego należało też wykonywanie rzutów karnych. Przed finałami mistrzostw świata w 1974 r. był w szerokiej kadrze reprezentacji Polski. Kazimierz Górski dał mu szanse w towarzyskim meczu z Grecją ale po zaledwie 45 minutach został ściągnięty i mógł zapomnieć o turnieju. W pierwszej połowie zmarnował świetną okazje strzelecką i podobno w tym momencie selekcjoner uznał że nie potrzebuje go w 22-osobowej ekipie. ,,Zyga był raczej skryty, nie lubił głośno rozstrząsać takich spraw a już na pewno nie w jego stylu było użalanie się nad sobą. Dało się jednak wyczuć że brak powołania go zabolał a czy zadecydowała jedna zepsuta okazja? Jakiś powód musiał być, no i pamiętajmy że oprócz Deyny w środku pola grali Kasperczak, Ćmikiewicz i Maszczyk. Strasznie trudno było wskoczyć do takiej ekipy.”- zaznacza Ireneusz Garłowski. Tyle że jego brat przegrał walkę o miejsce w kadrze bezpośrednio z Romanem Jakóbczakiem. Pomocnik Lecha w tym ostatnim sprawdzianie z Grekami nie zmarnował szansy, strzelił gola. Górskiemu musiało się to spodobać. Zygmunt generalnie nie miał szczęścia do seniorskiej kadry. Nie było go też w drużynie na igrzyskach olimpijskich w Monrealu. Schemat się powtórzył: szansa pokazania się w ostatnim przedturniejowym meczu z Irlandią i zejście z boiska już po 45 minutach z negatywną cenzurką. Za to Śląsk nieustannie liderował! Nie chodzi tylko o mistrzowski sezon ale też o finał Pucharu Polski, kiedy w 1976 golem z rzutu karnego w starciu ze Stalą Mielec przypieczętował zdobycie trofeum, oraz o dobre mecze w europejskich pucharach, łącznie z ćwierćfinałem Pucharu Zdobywców Pucharów. Kapitanem drużyny przestał być po odejściu trenera Żmudy, kiedy zespół przejął Aleksander Papiewski. Nie tylko dla obu Garłowskich najważniejszym trenerem w historii Śląska pozostaje Władysław Zmuda. To on ,,przerobił” Zygmunta na środkowego pomocnika bo najpierw był napastnikiem. ,,W moim Śląsku zajął się organizacją gry ofensywnej. Tworzył w tej strefie bardzo interesujący duet z Janem Erlichem, który z kolei miał więcej zadań defensywnych. To byli świetni gracze. Mundial w Niemczech? Może jednak był za spokojny? Na pewno nie miał charakteru człowieka, który zawsze potrafi bić się o swoje. Nie chcieli go, to się nie napraszał. Troche mu chyba brakowało przebojowości poza boiskiem, charakterystycznej dla kilku innych piłkarzy, którzy zaistnieli w kadrze. W Śląsku nie musiał się przepychać łokciami bo szybko poznaliśmy jego wartość. Ani w szatni, ani poza klubem nie był wodzirejem. Co innego na boisku: tu miał kompletne papiery na kreowanie gry! Dlatego był kapitanem drużyny. Wydaje mi się że z powodu cech osobowościowych i boiskowego znaczenia dla Śląska był tym, kim Deyna dla Legii. Jego największą zaletą była umiejętność szybkiego wyboru najlepszego rozwiązania w danej sytuacji. Do każdej drużyny zawsze uporczywie szukałem tego typu piłkarza, bo to stanowiło bazę do wielu innych działań i cieszyłem się że w Śląsku trafiłem na kogoś takiego. Gdybym nie miał wtedy Zygmunta, zdecydowanie musiałbym szukać innych rozwiązań. Jego nie dałoby się ot tak zastąpić kimś innym, takich piłkarzy nie spotyka się codziennie na ulicy”- podkreśla trener Żmuda. Zygmunt ze Śląskiem rozstał się zimą 1981 r. Miał wówczas 32 lata, więc skorzystał z okazji i wyruszył do Australii, gdzie grał w Polonii Soccer Club. Wybrał się tam z dawnymi kolegami ze Śląska: Zygmuntem Kalinowskim i Henrykiem Sobczykiem oraz Antonim Galasem z Zagłębia Wałbrzych. Brat mieszkał w St. Marys i jak to już wcześniej bywało, załatwił miejsce w drużynie także dla mnie. Dołączyłem do niego razem z Henrykiem Kowalczykiem. Wszyscy graliśmy w Polonii Soccer Club.”- opowiada brat Ireneusz. Bracia wrócili do Polski w 1984 r. Zygmunt zaliczył jeszcze epizod w Polarze Wrocław. Później przez niecały sezon był asystentem Apostela w Śląsku. W 1987 r. Zygmunt Garłowski ponownie poleciał do Australii, tym razem już na stałe. ,,Miał australijski paszport, mógł więc legalnie tam zarabiać. Nieźle mu się wiodło ale mówił że gdy skończy 62 lata i zapracuje na australijską emeryture, to na pewno wróci do Polski.”- wspomina brat Irek. Wiosną 2007 r. przyleciał na krótki urlop do kraju. ,,Nie miałem pojęcia że widzimy się po raz ostatni. Odliczaliśmy te jego lata do emerytury. Pożegnaliśmy się a za chwile miała lecieć do niego żona i nagle przyszła ta tragiczna wiadomość. Skok ciśnienia, wylew! A nigdy nie chorował, nie narzekał.”- kręci z niedowierzaniem głową brat legendarnej gwiazdy Śląska. Prochy Zygmunta Garłowskiego wróciły do Polski. Pogrzeb odbył się 12 lutego 2008 roku na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu.
6
Zapomniane legendy rodzimego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
9
Był sobie trener:
5 października 1997 r. trybuny Camp Nou wygwizdały Luisa Van Gaala. Rzadko zdarza się tak, iż nowy trener dopiero buduje nowy zespół, drużyna wygrywa cztery pierwsze mecze sezonu, w piątym prowadzi już od 6 minuty a trybuny reagują gwizdami. Dwa gole dla gości z Tenerife, przedzielone zmianą idola trybun Ivana de la Peñi, dolały jedynie oliwy do ognia. Rozwścieczeni kibice już w 25 minucie żegnali trenera białymi chusteczkami. Ostatecznie Blaugrana wygrała 3:2, lecz niezadowolenie trybun było słyszalne przez pełne 90 minut. ,,Wiem że zmiana Ivana była niespodziewana ale musiałem to zrobić. Mówiłem mu że musi uważać na Juanele. Poza tym w ofensywie też podawał niecelnie. Ja podejmuje ryzyko w przeciwieństwie do innych trenerów. Gdybyśmy przegrali, również uważałbym że miałem racje”- podsumował swoje decyzje Van Gaal.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
2
Vamos Pepito! Vamos ,,Obywatele"!
1
@trolownik Akurat reprezentacji nie ogląd, głównie ze wzgledu na Cristiano Ronaldo...
1
@Lionel_Messi10 Chodzi mi raczej o Juanma Lillo. Skąd on się wziął?
0
@FcPortoFan1999 A ten Krasiński to niby jaki jaki miał pseudonim?
3
Znakomicie ogląda się Bernardo Silve w Manchesterze City. To jest bardzo wszechstronny, czarujący zawodnik. Wypada żalować że nigdy nie mógł zagrać w ,,naszej" Barcuni.
Ps. Kim tak naprawde jest asystent ,,Pepito"(?) bo kompletnie się nie orientuje...
5
@FCBparasiempre
Przedstawiam wam sylwetkę znakomitego i bodaj najlepszego przedwojennego bramkarza, wybranego w 1933 roku najlepszym piłkarzem w kraju, którego śmiało można określić legendą lwowskich klubów. Pierwszą intrygującą rzeczą w tym zawodniku jest samo imię. Spirydion? Zapewne nie spotkaliście nikogo, kto by się tak nazywał. Urok tego imienia dopełnia nazwisko – Albański. W dodatku jego żona, która była znaną w okolicy śpiewaczką operetkową, także posiadała nietypowe imię – Eustachia. Lwów, który należał do Austro-Węgier, był prawdziwą mieszaniną nacji. Samych Ormian było kilkanaście tysięcy. Pochodzenie popularnego „Romka” czy „Spirytusa” (tak nazywali Albańskiego koledzy) nie było więc całkiem oczywiste. Zapytacie, kim czuł się Spirydion Albański. Oczywiście czuł się Polakiem. Z ciekawości zaglądałem do materiałów lwowskich sprzed wojny i tam było wyjaśnienie, że Spirydion pochodził z grekokatolików, Ormian a może wręcz Mołdawian. – Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. Zacznijmy więc od początku. Albański urodził się 4 października 1907 roku we Lwowie. W piłkę zaczął grać już w czasach szkolnych. Jako osiemnastolatek przeniósł się w 1925 z drużyny wojskowej do Pogoni Lwów. Przez trzy lata nie było dla niego miejsca w pierwszym zespole, więc grywał z konieczności w drużynie rezerw w pomocy i ataku. W Ekstraklasie zadebiutował 6 maja 1928 przeciwko Cracovii. Stosunkowo dosyć późno jak na piłkarza, bo jak łatwo policzyć, miał wtedy 21 lat. ,,Pół meczu grałem w rezerwie, w ataku. Kiedy okazało się, że etatowy bramkarz, Bogusław Lachowicz, nie zjawił się na zbiórce, w przerwie ściągnięto mnie z boiska, na którym grały rezerwy. Trener Karl Fischer nie miał innego wyboru i mnie – debiutanta wysłał na boisko z nr 1 na swetrze, zaś sam zajął miejsce za bramką i niczym sufler podpowiadał mi co w danej sytuacji robić. Robiłem co mogłem, ale już w pierwszej połowie przepuściłem dwukrotnie piłkę do siatki. W drugiej połowie grałem już jak „prawdziwy” bramkarz. Zainicjowałem nawet jedną akcję, po której wypuszczony w uliczkę dr Józef Garbień zdobył gola. Ponieważ nie przepuściłem już żadnej bramki, Pogoń wygrała 3:2.. „– w ten sposób swój debiut opisał Spirydion Albański, fragment książki „Polska Piłka Nożna” Józefa Hałysa. Miejsca między słupkami bramki już nie oddał. Był kolejnym wspaniałym bramkarzem po Emilu Görlitzu. Uprawiał również hokej – w ówczesnych czasach piłkarze zimą często zmieniali się w hokeistów. Jednym z przykładów jest tu zawodnik warszawskiej Polonii, Władysław Szczepaniak. Po wojnie Albański zdobył uprawnienia trenera i sędziego hokejowego. Nieobca była mu również piłka ręczna i koszykówka. Trzy lata później Spirydion stał się numerem jeden w reprezentacji, a jego debiut przypadł rozgrywany 5 lipca 1931 na wyjazdowy mecz z Łotwą. Polska wygrała 5:0, inna sprawa, że piłkarze łotewscy wyraźnie odstawali od naszych zawodników pod względem poziomu piłkarskiego. Pomimo tego trzeba było docenić zachowanie czystego konta przez tego kruczoczarnego chłopaka, który był obdarzony świetnym refleksem, chociaż mówiono o nim „zbyt lekki do walki, w powietrzu niczym piórko”. W dodatku był bardzo bystrym człowiekiem. I znów mamy przerwę w postaci meczu międzynarodowego z Łotwą w Rydze. Piłkarstwo polskie reprezentowała niemal cała „Wisła” uzupełniona Karolem Kossokiem, Albańskim, Szczepaniakiem i mną. Łotysze grali gorzej od nas, ale to nie wyklucza, że właśnie tego pamiętnego dnia, choć na trybunach zebrało się zaledwie 1500 widzów, chcieli wykazać, że nie dzieli ich przepaść od Polski. (…) Nie tylko, że nie udało im się strzelić choćby honorowego gola, ale atak polski zaokrąglił wynik do 5:0. (…) Żegnano nas w Rydze bardzo serdecznie, zasypywano nas komplementami, ale wyczuwało się na każdym kroku, że Łotysze po prostu są przerażeni kolosalną różnicą, jaka dzieli ich umiejętności od naszych piłkarzy. – Jerzy Bułanow, fragment książki „11 Czarnych Koszul – moje wspomnienia”
W reprezentacji rozegrał łącznie 21 spotkań. Jego największym sukcesem był wyjazd na igrzyska olimpijskie, rozgrywane w 1936 w Berlinie. Zagrał we wszystkich czterech spotkaniach turnieju. Po zwycięstwach nad Węgrami i Wielką Brytanią Polska musiała uznać w półfinale wyższość Austrii, przegrywając 1:3. W meczu o trzecie miejsce Spirydion wyprowadził drużynę z opaską kapitana na ramieniu, jednak szczęście nam nie dopisało. Brąz zdobyli Norwegowie wygrywając z nami 3:2, a Polska wracała do domu tylko, albo aż, z czwartym miejscem. Sporo pretensji po tym turnieju skierowanych zostało właśnie ku osobie Albańskiego. Twierdzono, że gdyby bronił jak z Austrią w Warszawie czy Rumunią w Bukareszcie (Stanisław Mielech, niegdyś reprezentacyjny napastnik, powiedział, że Spirydion bronił wtedy bezbłędnie), Polska mogłaby wywieźć nawet złoto. Kolejną cechą tego zawodnika, która zapewne was zaintryguje, jest jego wzrost. Gdybyśmy dzisiaj usłyszeli, że bramkarz ma 176 centymetrów, powiedzielibyśmy śmiało „niski, co on chce zdziałać między słupkami?”. Jest jednak na to proste wyjaśnienie, którego udzielił Robert Gawkowski. Wzrost? 1,76. Niski? Błąd! Dlatego, że średnia wzrostu podwyższyła się o kilkanaście centymetrów. Kiedyś oceniałem jedną z drużyn lwowskich czy krakowskich. Pisano o niej „niezwykle rosła drużyna, przeciętna wzrostu nawet ponad 170”. Niezwykle rosła drużyna i 170 cm? Dzisiaj to liliputy. Wystarczy spojrzeć na statystykę. Napastnik wysoki, 168 cm. Ludzie byli niżsi, bramkarz mający 176 cm był uważany za słusznego wzrostu faceta. Wtedy to był naprawdę wysoki człowiek, ze świetnym refleksem. Spirydion był wierny Pogoni. Od 1936 roku stał się jej kapitanem. W ciągu 11 lat opuścił tylko 5 spotkań! Łącznie rozegrał ich w barwach lwowskiego klubu 234. Był prawdziwym człowiekiem ze stali, kontuzje omijały go szerokim łukiem. Rozegrał nieprzerwanie 174 mecze, co jest drugim najlepszym wynikiem w historii tych rozgrywek (pierwsze miejsce zajmuje Jerzy Jóźwiak z wynikiem 185 gier).
Wynik ten trzeba bez wątpienia podziwiać, tym bardziej, iż w tamtych czasach piłka była czysto amatorska, choć nie do końca. Piłkarze mogli liczyć na drobne opłaty w postaci deputatów – a to 50 zł, a to zegarek czy żywność. Drużyna, która wygrała mecz, jadła obiad za darmo. Zresztą oprócz doznania urazu zawodnik zawsze mógł się rozchorować, nie dojechać czy po prostu nie dostać zwolnienia z pracy na mecz. Zanim nastał czas wojny, swój ostatni mecz Pogoń Lwów grała na Konwiktorskiej, 20 sierpnia 1939. Lwowiacy przegrali wtedy 1:2. ,,Pierwsza część tego mało emocjonującego spotkania mija bezbramkowo. Wspomnieć trzeba o pięknym strzale Kazimierowicza w poprzeczkę oraz wyróżnić nawrot formy u Albańskiego, broniącego skutecznie.” – Przegląd Sportowy Nr 67, 21 sierpnia 1939
Zespół Pogoni uznawano za jeden z najlepszych w tamtych latach. Lubiany przez wszystkich „Romek” nie wygrał jednak ani razu z nim mistrzostwa. Trzykrotnie święcił tytuł wicemistrza kraju. Przybył do klubu już po fenomenalnym okresie, gdy to w latach 1922-1925 Pogoń czterokrotnie zdobywała mistrzostwo Polski. Gdyby odbyły się rozgrywki z 1924 roku, przerwane przez igrzyska olimpijskie, zapewne miałaby pięć tytułów z rzędu! Już w tydzień po powrocie z Warszawy rozpętała się wojna. Potem nastąpił okres okupacji radzieckiej, który jednak nie doświadczył zawodników aż tak bardzo, jak mogło by się wydawać. Jak większość piłkarzy ze Lwowa, Spirydion grał w Dynamie czy Spartaku Lwów. Do grona tych zawodników zaliczał się późniejszy najlepszy trener XX wieku Kazimierz Górski. W 1940 Albański grał, mając już 33 lata, co było dość rzadkim przypadkiem. W owych czasach piłkarze o wiele wcześniej kończyli karierę, niż dziś. Dziś uważa się, że trzydzieści parę lat to najlepszy okres dla bramkarza. Jednak w tamtych czasach 35 urodziny oznaczały już schyłek kariery. Co pisał o nim Kazimierz Górski? Kiedy Kazimierz zaczynał swoją przygodę z piłką, to Spirydion zaczynał być już sławny. Podobno we Lwowie każdy chciał być Spirydionem Albańskim. Nawet ci, którzy grali jako napastnicy– Robert Gawkowski.
Po wojnie, jak większość lwowiaków „Spirytus”, przeniósł się na ziemie zachodnie. Najpierw do Rzeszowa, gdzie rozegrał kilka spotkań w barwach tamtejszej Resovii, a potem do Katowic, gdzie został na stałe. Po wojnie pracował w Instytucie Górnictwa. Próbował również swoich sił jako trener piłkarski. Początkowo był asystentem Ryszarda Koncewicza w Ruchu Chorzów jako „instruktor”, czyli formalnie drugi trener. W tym okresie świętował zdobycie pierwszego mistrzostwa w swojej karierze szkoleniowca. Był to sezon, w którym tytuł mistrza Polski otrzymywał, na wzór radziecki, nie mistrz ligi, a zdobywca Pucharu Polski, a w nim to Ruch Chorzów okazał się lepszym od Wisły Kraków. Warunki przedmeczowe nie były sprzyjające. W jednej z gazet Spirydion wypowiedział się na ten temat tak: ,,Warszawa przyjęła nas niezbyt gościnnie, ulokowano zawodników w brudnych, zapuszczonych pomieszczeniach.” Pomimo przeciwności, jakie postawiła im Sekcja Piłki Nożnej GKKF, która miała zająć się kwaterunkiem graczy, Ruch wygrał swój mecz 2:0 po bramkach Henryka Alszera i Jana Przecherki. Później „Spirytus” obejmował lokalne kluby typu Pogoń Katowice, Unia Strzemieszyce czy Zagłębianka Dąbrowa Górnicza. Na początku lat pięćdziesiątych był także sędzią na poziomie II ligi. Znamiennym dla czasów PRL było łatwe zapominanie o przedwojennych sportowcach. W tym okresie więcej pisano o sportowcach radzieckich czy czechosłowackich niż o polskich. W większości książek, które nawiązują do tamtych czasów, Albański figuruje jedynie jako jeszcze jedno nazwisko. Spirydion zmarł w 1992 roku w wieku 84 lat. Dziewięć miesięcy później odeszła jego żona Eustachia. 22 lata temu bramkarz Spirydion Albański został pochowany na cmentarzu przy ulicy Francuskiej w Katowicach ale dziś zdaje się, już nikt o tym nie pamięta a przecież to jedna z najciekawszych postaci naszego futbolu. Lwowiak, wychowanek tamtejszej Pogoni, 18 razy zagrał w reprezentacji Polski, wystąpił na olimpiadzie w Berlinie. Obdarzony świetnym refleksem był trochę zbyt szczupły (jak pisze encyklopedia FUJI, trzykrotnie stawał przed komisją poborową i trzykrotnie był zwalniany z powodu niedowagi. Był nawet okres, kiedy ważył mniej niż 50 kg!). Na Śląsk przyjechał z jednym kuferkiem w 1945 roku i został tu już do końca życia. Przez rok bronił w katowickiej Pogoni. Potem został trenerem. – Paweł Czado, dziennikarz Gazety Wyborczej Katowice, wydanie z 06.07.2002.
Przez wiele lat grób Albańskich był zaniedbany – nikt się nim nie opiekował. Postanowili to zmienić członkowie Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Katowicach i Zabrzu. Z pomocą przyszedł Zbigniew Boniek i wiele innych osób. Po renowacji grobu, przy okazji turnieju Ernesta Pohla, młodzi piłkarze reaktywowanej w 2009 roku Pogoni Lwów złożyli kwiaty i proporczyk na grobie Spirydiona. Piękny gest. Bo przecież o takich sportowcach jak on nie można zapomnieć.
5
Jeszcze jedna zaległość z wczorajszego dnia.
Zapomniane legendy polskiego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360