FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@kanver_ To wszystko jest pozytyw ale tylko i wyłącznie na płaszczyźnie Primera Division. W Lidze Mistrzów praktycznie nie istniejemy a już na pewno jej nie zdobędziemy!
9
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
26 września 1899 r. w Krakowie urodził się Ludwik Gintel. Początkowo grywał jako obrońca. Kiedy przeciwnik ruszał z piłką w jego kierunku, to nigdy nie atakował pierwszy. Wyczekiwał rywala i synchronizował swoje ruchy z jego sposobem poruszania. Dzięki temu praktycznie zawsze wychodził z tych pojedynków zwycięsko i często przerywał groźne akcje rywali. Karierę zaczynał w krakowskiej Jutrzence a w 1916 r. dołączył do Cracovii. Pasom był wierny do końca kariery. Dwukrotnie świętował mistrzostwo kraju (1921 i 1930). Dla krakowskiego klubu rozegrał grubo ponad 300 meczów. Z czasem zaczął grywać coraz bardziej ofensywnie i chętnie zapuszczał się na połowę rywala. Jego forma zawsze była bardzo stabilna a Stanisław Mielech wspominał, że ulubionym treningiem, dzięki któremu utrzymywał się w odpowiedniej dyspozycji, była skakanka. Podobno nie miał sobie równych w tym ćwiczeniu. Znakomicie wyszkolony technicznie, co przydawało mu się podczas jego rajdów. Praktycznie całą karierę występował jako obrońca, ale w 1928 r. został przesunięty do ataku. To był strzał w dziesiątkę. Gintel wystąpił wówczas w 22 meczach, w których 28 razy pokonywał bramkarzy rywali, co zapewniło mu tytuł króla strzelców. Nikt w jednym sezonie nie strzelił dla Cracovii więcej goli niż on. Z reprezentacją związany od początku. Wystąpił w pierwszym historycznym meczu z Węgrami i obok Leona Sperlinga i Mariana Einbachera był w tym meczu jednym z trzech polskich piłkarzy pochodzenia żydowskiego. W pierwszym spotkaniu rozgrywanym w Polsce, które Polacy przegrali 0:3, strzelił pierwszą w historii polskiej reprezentacji bramkę samobójczą. Na igrzyskach w Paryżu był rezerwowym. Ostatni raz wystąpił w przegranym 2:6 starciu ze Szwecją 1 listopada 1925 r. na stadionie Cracovii. Po wybuchu wojny przez Rumunię dostał się do Palestyny. Tam w Tel Awiw-Jafie w wieku niespełna 74 lat, kiedy dowiedział się o śmiertelnej chorobie, zdecydował się wyskoczyć z trzeciego piętra i popełnić samobójstwo. W Reprezentacji rozegrał 12 meczów.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 No to ,,Jeszcze poczekajcie, jeszcze się nie dajcie! Jutro pośmiejecie się że było źle".
0
@FcPortoFan1999 Daj spokój, według mnie przesadzasz! Barca jest potężniejszym klubem od Porto a już nie raz w swojej historii zajmowała 3 miejsce w rodzimej lidze. A to że przegrali na wyjeździe z Bodo/Glimt jeden mecz z wielu, to nie czyni ciebie ani Porto frajerami. Taka jest moja opinia. Trzymaj się i głowa do góry :)
0
@FcPortoFan1999 Jak mam rozumieć słowo ,,Dzbanami"?
0
@AnsuLamine Krótko mówiąc chciałoby się rzec: A nie mówiłem!? Jedna jaskółka(w tym wypadku bardzo słaby Real Valladolid) wiosny nie czyni...
9
Golleada FC Barcelony:
26 września 1995 r. FC Barcelona pokonała Hapoel Beer Sheva 5:0 w pierwszej rundzie PUEFA. W pierwszym meczu w Izraelu Blaugrana odniosła najwyższe zwycięstwo na wyjeździe w rozgrywkach europejskich a mianowicie 0:7(!), między innymi dzięki hattrickowi Rogera. W meczu rewanżowym w mocno rezerwowym składzie Barça dołożyła kolejne 5 goli. Zawodnikiem meczu wybrano Ivana de La Peñe, o którym trener rywali Hadad powiedział że ,,będzie jednym z najlepszych piłkarzy na świecie”. Mimo świetnego wyniku trybuny wygwizdały Hagiego, który nie mógł się z tym pogodzić: ,,Nie rozumiem czemu mnie tak traktują. Kibice powinni zrozumieć że jestem piłkarzem Barçy i chce się dobrze prezentować na murawie”. Wynik dwumeczu był również rekordem w historii klubu(dotychczas najlepszy rezultat osiągnięto w rywalizacji przeciwko FC Aris Bonnevoie z Luksemburga w 1979 r. i wynosił 11:2).
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
0
@AnsuLamine Naturalnie iż może być 6! Jednak osobiście uważam że Getafe ma szczelniejszą defensywe niż Real Valladolid. Wkrótce się przekonamy!
0
@FcPortoFan1999 Rozumiem...
0
@FcPortoFan1999 No ale jaka jest tego przyczyna?
0
@AnsuLamine Naturalnie żartowałem, gdyż według mnie za bardzo się rozpędziłeś tym wynikiem...
0
@FcPortoFan1999 Co tam się znowóż dzieje z ,,Dragao"?
0
@AnsuLamine A ja myśle że będzie dwucyfrówka! Co ty na to?
0
@Coutinho007 No tak nie do końca się z tobą zgodze z tą legendą. Jeśli chodzi oczywiście o reprezentacje Belgii. Dla mnie osobiście troche lepszy był Erwin Vandenbergh, nie mówiąc już o De Bruyne. Ta ,,magia" Hazarda mało kiedy miała wymierne skutki...
0
@AduŚ07 Ależ oczywiście!
0
@Kapitan hawk On jeszcze nie podpisał kontraktu a po drugie nie jest zarejestrowany!
7
Zapomniane legendy futbolu:
25 września 1960 r. urodził się ukraiński napastnik Ihor Biełanow. Największe sukcesy odnosił w barwach Kraju Rad, wówczas w 1986 r. zdobył Złotą Piłką. Ten rok należał do Diego Maradony, który poprowadził Argentynę do zdobycia Pucharu Świata w Meksyku. To był czas, gdy Złotą Piłkę przyznawano jedynie zawodnikom europejskim, co zmieniło się dopiero w połowie latach 90. XX wieku. Na meksykańskim mundialu Biełanow zdobył dla ZSRR cztery gole (z czego trzy w przegranym 3-4 po dogrywce meczu z Belgią), wcześniej w barwach Dynama Kijów, pod wodzą legendarnego trenera Walerego Łobanowskiego zdobył Puchar Zdobywców Pucharów. Złota Piłka dla Biełanowa był niemałym zaskoczeniem. Już nawet nie chodzi o to, że 25-letni skrzydłowy zaczął na poważnie (oficjalnie sportowcy radzieccy byli amatorami) uprawiać piłkę nożną ledwie cztery lata wcześniej a o to że najlepszym piłkarzem ZSRR w tamtym roku został jego kolega klubowy Aleksandr Zawarow. W pokonanym polu Biełanow zostawił Gary’ego Linekera i Emilio Butrageño. Stugębna plotka głosi, że zawodnik wstydził się odebrać cennej nagrody w swoim kijowskim mieszkaniu, gdyż...przeciekał mu dach.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@Coutinho007 No weź nie żartuj!
8
@FCBparasiempre
Z pewnością wielu z was, przypominając sobie wielkie mecze lub wielkie turnieje, zadaje sobie pytanie: czy wynik byłby inny, jeśli zagrałby ten lub inny zawodnik? Podobnie jest w Belgii. Mnóstwo kibiców zastanawia się czy gdyby 7 października 1985 niebieskie BMW prowadzone przez Ludo Coecka nie uderzyło w barierki na autostradzie pod Antwerpią, to Czerwone Diabły mogłyby pokonać na mundialu w Meksyku wielką Argentynę Diego Maradony? Niestety nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale za to wiem, kim był Ludo „Boem” Coeck i z wielką przyjemnością wam o nim opowiem. Ludovic Coeck urodził się 25 września 1955 roku w robotniczej dzielnicy Berchem w południowej części aglomeracji Antwerpii (tak samo, jak słynny belgijski sędzia John Langenus). Jak w klasycznej opowieści, od dziecka Ludo marzył o karierze piłkarskiej, a futbol był jego pasją. Godzinami potrafił uderzać piłkę o bramy osiedlowych garażów. Ojciec chciał, żeby syn wytrenował siłę strzału. Nocami moczył futbolówkę w wodzie, by była cięższa. Chłopak, grając na ulicy, był najlepszy. Podobnie było w zespołach juniorskich Berchem Sport, gdzie zaczął trenować w wieku 9 lat. Jak każde małe dziecko, miał również swojego piłkarskiego idola a był nim słynny włoski gwiazdor, Gianni Rivera. W klubie szybko zdali sobie sprawę, jak wielki talent im się trafił i w wieku 16 lat, w sezonie 1971-1972, młody chłopak został przeniesiony do pierwszej drużyny. Trenerem Berchem Sport był wtedy jeden z największych belgijskich piłkarzy w historii, Rik Coppens. Chciał on, by Ludo zadebiutował w pierwszym zespole już rok wcześniej, ale nie zgodził się na to sędzia główny. Również zarząd klubu nalegał, żeby ostrożnie wprowadzać młodego chłopaka do zespołu. Jednak gdy awans do pierwszej ligi zaczął się wymykać z rąk, Coppens mając kilka kontuzji w zespole, posadził 16-latka na ławce w kluczowym spotkaniu z liderem rozgrywek Beringen. Mecz ten odbył się 6 lutego 1972 roku, a Coeck po wejściu na boisko zdobył zwycięskiego gola dla swojego zespołu. Wysoki chłopak z bujną blond czupryną zachwycił dziesięciotysięczną publiczność. Ludo zapytany po meczu czy miał tremę, odpowiedział: ,,Podczas rozgrzewki miałem dreszcze w nogach, ale po wejściu na boisko zdenerwowanie minęło i grałem jak zawsze”. W debiutanckim sezonie Coeck wystąpił w siedmiu meczach w barwach Berchem, w których zdobył siedem bramek. Wraz z zespołem wygrał drugoligowe rozgrywki i awansował do 1. ligi. Został jednocześnie okrzyknięty największym talentem w Belgii. Wiadomym się stało, że będą go chciały pozyskać największe kluby w kraju, ale piłkarz i jego ojciec mieli w planach pozostanie w Berchem, aż do momentu zakończenia nauki przez chłopaka. Gdy latem 1972 roku pojawiła się oferta z Anderlechtu, wszystko uległo zmianie. Legendarny prezes Fiołków Constant Vanden Stock wziął sprawy w swoje ręce i zaproponował ojcu Ludo – 10000 belgijskich franków miesięcznie (równowartość około 250 euro) oraz prywatnego kierowcę, który będzie zawoził syna ze szkoły na treningi i do domu. Ponadto oba kluby uzgodniły kwotę transferu w wysokości 5 milionów franków (150 tys. euro). Dla kibiców Berchem Sport ten transfer był szokiem i uznali swojego pupila za zdrajcę, jednak największe pretensje mieli do zarządu klubu i oczywiście do władz Anderlechtu. W Antwerpii pojawiły się plakaty, na których napisane było: ,,Porwano dziecko. Opis sprawcy: mężczyzna o fioletowej cerze. Miał na sobie spodnie z dużymi tylnymi kieszeniami, które były wypełnione banknotami”. Wielu belgijskich dziennikarzy twierdziło, że ten zakup przyczynił się do sportowego upadku silnego wówczas klubu, choć miliony z tej umowy bardzo się przydały. Cały transfer do dzisiaj owiany jest tajemnicą i nikt do końca nie wie kto (i w jaki sposób) przekonał Ludo i jego ojca do zmiany planów, i przenosin na Astrid Park. ,,Odejście Ludo ciężko przeżyłem. Kiedy wyjeżdżałem na wakacje, wiedziałem, że jest zainteresowanie ze strony Anderlechtu, i że negocjacje były w toku. Byłem za granicą, kiedy został podpisany transfer, a dowiedziałem się o tym w rozmowie telefonicznej z dr. Romboutsem (ówczesny prezes Berchem), który nawiasem mówiąc, był moim przyjacielem. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że transfer był satysfakcjonujący finansowo dla Berchem, a występy w Anderlechcie są marzeniem każdego młodego belgijskiego piłkarza. Ale wtedy…” – Rik Coppens tak wypowiadał się na temat transferu Ludo.
17-letni Coeck, przechodząc do ,,Paars-Wit”, dołączył do zespołu, w którym grali m.in. François Van der Elst, Rob Rensenbrink, Paul Van Himst, Hugo Broos czy Gilbert Van Binst. Młody chłopak został przyjęty przez drużynę bardzo dobrze. Gwiazdom RSCA zaimponowała jego pewność siebie i radosne podejście do życia. Donośny śmiech Ludo było słychać wszędzie. Niemiecki trener Mauves Georg Kessler wystawiał go początkowo tylko w meczach rezerw, ale gdy zobaczył, że młodzian jest gotowy do gry, rzucił go natychmiast na głęboką wodę. Niecałe osiem miesięcy po debiucie w Berchem, 26 listopada 1972 roku młody piłkarz został wystawiony w pierwszym składzie, w meczu przeciwko Standardowi. Mecze Anderlechtu ze Standardem to najbardziej elektryzujące pojedynki w Belgii, nazywane potocznie belgijskim Clasico. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem „Fiołków” 3:2, a siedemnastolatek był największą gwiazdą tego widowiska. Grał bezbłędnie. Każda jego akcja stanowiła zagrożenie dla bramki gości. Zaprezentował również swój potężny strzał z dystansu, a Léon Jeck, obrońca drużyny z Liege, który zablokował to uderzenie, długo nie podnosił się z murawy. Po meczu widownia skandowała nawiązując do nazwiska Ludo: Koekoek, koekoek! (Kukułka, Kukułka). Ten przydomek towarzyszył mu przez całą karierę. Miesiąc później, w meczu przeciwko Sint-Truidense VV, strzelił swojego pierwszego gola dla Anderlechtu. Jego gra w kolejnych spotkaniach spowodowała, że został nowym idolem kibiców zasiadających na trybunach Astrid Park. Jednak kluczowym graczem Paars-Wit został w kolejnym sezonie, kiedy to pod wodzą trenera Urbaina Braemsa, Anderlecht zdobył mistrzostwo Belgii. Początkowo był rezerwowym, ale kiedy tylko pojawiał się na boisku, swoją grą udowadniał, że zasługuje na kolejne szanse. Trener Braems wystawiał Ludo praktycznie na każdej pozycji oprócz bramkarza, a mimo to młodzian zawsze potrafił sobie poradzić. Publiczność go uwielbiała, a w drugiej części sezonu stał się podstawowym graczem Anderlechtu. Ludo Coeck był bardzo uniwersalnym piłkarzem. Zaczynał jako ofensywny pomocnik, a później przez kolejnych trenerów był wycofywany w głąb pola, gdzie mógł w pełni wykorzystać swoje największe atuty, a mianowicie: inteligencję w grze, drybling, umiejętność bardzo dokładnych podań na odległość 40-50 metrów oraz piekielnie mocny strzał lewą nogą. Po tych uderzeniach piłka często leciała z prędkością nawet 118,7 km/h. Siłę strzału zawdzięczał nie tylko treningowi, ale również nietypowej budowie ciała. Jego lewa stopa była znacznie mniejsza niż prawa. Ta anomalia umożliwiała mu oddawanie potężnych strzałów, ale również była przyczyną urazów kręgosłupa, kolan i kostek, które prześladowały go przez niemal całą karierę. Po zdobyciu mistrzostwa Ludo mógł się cieszyć z kolejnego sukcesu. 8 września 1974 roku trener Raymond Goethals umożliwił mu debiut w reprezentacji w meczu eliminacyjnym do Mistrzostw Europy przeciwko Islandii. O ile w klubie grywał podczas pierwszych sezonów wszędzie po trochu, to w reprezentacji występował najczęściej na pozycji numer 10.
Piłkarz taki jak Coeck, mający ogromną łatwość w grze, musi podczas meczu znajdować się nie dalej niż 30-40 metrów od bramki rywala – twierdził Goethals. Jednocześnie trener Belgów mówił o Ludo tak: ,,To nie była prawdziwa dziesiątka, ponieważ nie grał bezpośrednio za napastnikiem. On był bardziej numerem sześć”. To pokazuje, że Coeck nie był mocno przywiązany do pozycji, ale najważniejsze było to, aby to on kierował grą zespołu. Od początku 1975 roku miał już pewne miejsce w drużynie Czerwonych Diabłów, oczywiście jeśli tylko był zdrowy. I tu pojawia się wcześniej wspomniany problem kontuzji. Jeszcze jako gracz Berchem, Ludo miał problemy z kręgosłupem, ale prawdziwe kłopoty dopiero miały nadejść.
Anderlecht w latach 70. należał do najsilniejszych klubów w Europie. 5 maja 1976 roku grał przed własną publicznością na stadionie Heysel w Brukseli finał Pucharu Zdobywców Pucharów z angielskim West Ham United. Fani Fiołków bardzo liczyli na zdobycie pierwszego europejskiego trofeum. Zespół prowadzony przez Hansa Croona wygrał ten mecz 4:2, ale dla Ludo to był bardzo zły wieczór. Próbując zatrzymać Trevora Brookinga, nabawił się poważnego urazu stawu skokowego i musiał zostać zmieniony po zaledwie 33. minutach. 20-letniego piłkarza czekała w Barcelonie jego pierwsza operacja. Tymczasem trenerem Anderlechtu został Raymond Goethals, który rozstał się z reprezentacją. Odkąd go znałem, zmagał się ze swoimi stopami. Pierwszą operację przeprowadził wybitny chirurg z Barcelony, Cabot. Potem były kolejne. W Anderlechcie zawsze grał w trzech butach. Godzinę przed każdym meczem owijał lewą stopę taśmą, a potem wkładał ją do specjalnego skórzanego buta. Dopiero wtedy mógł ostrożnie założyć właściwe buty. Po meczu musiał dużo odpoczywać i nie trenował kilka dni – w taki sposób nowy trener opisywał problemy Coecka. Mimo takich problemów Ludo przez trzy sezony był kluczowym graczem Anderlechtu i reprezentacji Belgii. Wystąpił we wszystkich najważniejszych meczach Mauves. Pod wodzą nowego trenera Fiołki zdobyły Superpuchar Europy w 1976 roku, pokonując w dwumeczu wielki Bayern (1:2 i 4:1). W 1977 przegrały z HSV finał Pucharu Zdobywców Pucharów (0:2), ale już rok później, po pokonaniu 4:0 Austrii Wiedeń, trofeum to ponownie znalazło się w gablocie klubu z Astrid Park. Po meczu z Austriakami, ze względu na coraz większe problemy ze stopą, Belg musiał ponownie poddać się zabiegowi, ale dzięki temu mógł rozegrać prawie cały sezon 1978-1979. Po wodzą Goethalsa udało się jeszcze zdobyć w grudniu 1978 roku Superpuchar Europy, pokonując angielski Liverpool FC, ale to był ostatni sukces tego zespołu. Belga zastąpił Urbain Braems, pod którego ręką Coeck zadebiutował w Anderlechcie, ale tym razem nie mieli wielu okazji do współpracy. W meczu pucharowym przeciwko Beerschot Ludo zerwał więzadła w kolanie i w czerwcu 1979 roku konieczna była kolejna operacja. Prasa pisała nawet o końcu kariery, ale po 9 miesiącach rehabilitacji, wrócił na boisko. Niestety nie na tyle wcześnie by otrzymać powołanie na Mistrzostwa Europy, choć w towarzyskim meczu z Polską zdążył strzelić swojego pierwszego gola w reprezentacji. W 1980 roku nowym trenerem Anderlechtu został Tomislav Ivić. Ludo, kiedy grasz z tyłu, możemy stracić mniej niż 10 goli w sezonie – oznajmił nowy szkoleniowiec. Jak powiedział, tak zrobił i piłkarz zaczął grywać na pozycji libero, podobnie zresztą jak w reprezentacji, gdzie ustawiał go Guy Thys. Nie podobało się to zawodnikowi, który zapytany jak ocenia swoją nową pozycję na boisku, odpowiedział: ,,Moim zdaniem, ta rola jest zbyt ograniczająca. Jestem zbyt młody żeby już sobie z nią poradzić”. W obecnych czasach nikogo nie dziwią bardzo modnie ubrani i świetnie uczesani piłkarze. Dla wielu z nich jest to równie ważne, jak gra w piłkę, jednak piłkarz, który był gwiazdą kolorowych magazynów, był w latach 70. rzadkością. Coeck bardzo dbał o swój wygląd. Bez wizyty u swojego fryzjera Freddy’ego Arnou, nie wychodził na miasto. Bujne loki, przystrzyżony wąs, złoty łańcuch na szyi, modne ciuchy i szybkie BMW. To charakteryzowało Ludo poza boiskiem. Artykuły w czasopismach dla kobiet czy sesje zdjęciowe były dla niego codziennością. Wszędzie otaczały go piękne kobiety, które przyciągał wiecznym uśmiechem, inteligencją i rozrywkowym trybem życia. Jednak najważniejszym wydarzeniem w 1981 roku było przyjście do Anderlechtu Juana Lozano. Ludo Coeck szybko zaprzyjaźnił się z hiszpańskim pomocnikiem i przez dwa lata większość wolnego czasu spędzali w swoim towarzystwie. We wrześniu 1981 podczas meczu pucharowego z Widzewem Łódź, Belg ponownie uszkodził kolano i potrzebna była następna operacja. Na szczęście tym razem zdążył wrócić do formy i pojechał na mundial do Hiszpanii. Podczas pierwszego meczu wyłączył z gry samego Diego Maradonę, dzięki czemu Belgia sprawiła ogromną niespodziankę, wygrywając 1:0. W kolejnym spotkaniu z Salwadorem ponownie był kluczowym graczem swojej drużyny, a na dokładkę strzelił zwycięskiego gola. Niestety dla Czerwonych Diabłów, w kolejnej rundzie trafili na Polskę ze Zbigniewem Bońkiem. Jak to się skończyło, wszyscy doskonale wiemy (3:0 dla Polski po hat-tricku Bońka). Podłamani Belgowie przegrali również kolejny mecz z ZSRR i odpadli z turnieju. Coeck był jednym z niewielu, którzy mogli wrócić do kraju z podniesioną głową, a prasa rozpisywała się na temat zagranicznego transferu blondwłosego pomocnika. Ludo jednak pozostał na kolejny sezon w Anderlechcie. Nowym trenerem Fiołków został były kolega z drużyny, najlepszy piłkarz w historii klubu z Astrid Park, Paul Van Himst. Wraz ze zmianą trenera, nasz bohater ponownie został przesunięty do linii pomocy.
,,Z tobą w środku pola strzelamy dziesięć goli więcej w każdym sezonie” – powiedział Van Himst do Ludo przed rozpoczęciem sezonu. Zdrowy zagrał znakomity sezon, świetnie współpracując na boisku ze swoim przyjacielem Juanem Lozano. Na zakończenie swojej przygody z Anderlechtem zdobył Puchar UEFA, pokonując w dwumeczu Benficę (1:0, 1:1). Kilka tygodni po finale Coeck przeniósł się do Włoch i podpisał kontrakt z Interem Mediolan. Włoski klub zapłacił Anderlechtowi za belgijskiego pomocnika ponad 45 mln franków belgijskich (około 1,125 mln euro). Zdążył rozegrać tylko 9 ligowych meczów… Los nie chciał odpuścić Ludo, który 9 listopada 1983 roku w Bernie podczas meczu eliminacji do ME poważnie uszkodził swoją lewą kostkę. Sezon dla niego się zakończył. Niestety, jak się potem okazało, dobiegła też końca jego przygoda z Serie A. W styczniu 1984 roku lewa kostka ponownie poszła pod nóż. Belg ciężko pracował nad powrotem do zdrowia, ale Inter, by zwolnić miejsce w składzie dla obcokrajowca, wypożyczył go latem do Ascoli. Kibice przyjęli go tam po królewsku, lecz nie było mu dane zagrać w barwach tego klubu. W grudniu konieczna była kolejna operacja stawu skokowego. W 1985 roku rehabilitacja zaczynała przynosić efekty. Coeck miały opuścić Włochy i powrócić do Belgii do RWD Molenbeek. Znany belgijski chirurg dr Martens obiecał Ludo, że szybko wróci na boisko. Ten wziął udział w programie telewizyjnym „ExtraTime” i chwilę później wsiadł w swoje BMW. Ruszył z Antwerpii do Brukseli. Niestety nie dojechał na miejsce. Przy mocno padającym deszczu, jego zbyt szybko jadące BMW wypadło z drogi, odbiło się od ciężarówki i uderzyło w barierki. Coeck w bardzo ciężkim stanie został przywieziony do szpitala, gdzie mimo przeprowadzonej operacji, zmarł dwa dni później z powodu odniesionych ran. Jego śmierć wstrząsnęła całym światem piłki nożnej. W pogrzebie wzięły udział tysiące kibiców i wszyscy najważniejsi ludzie belgijskiej piłki. Ludo Coeck był miłym i mądrym człowiekiem. Prawdziwym profesjonalistą, który nigdy się nie poddawał. Mimo statusu wielkiej gwiazdy zachowywał się całkowicie normalnie. Porozumiewał się w kilku językach. Gdy dziennikarz zapytał go, czy ma nieszczęście do kontuzji, ten odpowiedział: ,,Widziałem dużo większe tragedie. W szpitalach, w których przebywałem”. Zawsze był uśmiechnięty i optymistycznie nastawiony do życia. Raymond Goethals, który obserwował jego karierę od momentu gdy Ludo skończył 15 lat, tak o nim opowiadał: ,,Nigdy się nie dowiemy, czy Coeck poradziłby sobie we Włoszech. Poza Grünem żadnemu Belgowi nie udało się tam nic wielkiego osiągnąć. Scifo? W Interze nie grał, a w Torino nie zadomowił się na dłużej. Uwierzcie mi, po jednym roku Włosi wiedzą lepiej niż ktokolwiek inny. Czy ktoś jest dobry, czy nie. Capello, który ustawił Desailly’ego w środku pola, jest przykładem dla innych. Jednak nie wiem, czy przygoda Coecka we Włoszech mogłaby być udana. Mogę tylko powiedzieć, że u nas w kraju był świetnym pomocnikiem. Niestety miał mało szczęścia w życiu”. I jeszcze jedna wypowiedź tego słynnego trenera: ,,Ludo Coeck miał wszystko: fantastyczną technikę z piłką przy nodze, drybling, dobrze grał głową i był inteligentny. W skrócie – urodzony talent. Dzięki niemu przeżyliśmy wiele wspaniałych chwil. Potrafił podać na odległość 30 – 40 metrów z niesamowitą precyzją. To był bardzo miły facet, który potrafił cieszyć się ze wszystkiego i uwielbiał się śmiać. Nie chciałbym powiedzieć, że jego życie było dobre, ponieważ nie wiem, jak mu się wiodło prywatnie. Byłem na jego ślubie, ale później brał rozwód. Z tym piłkarzem mam tylko dobre wspomnienia. Mieliśmy bardzo dobry kontakt. Dlatego to jest bardzo trudne dla mnie, że już go nie ma”.
Na nagrobku Ludo ma wypisane słowa: ,,Alssportman was hijgroot, als mens ishijniet te evenaren”– Jako sportowiec był wielki, Jako człowiek był niezrównany. Czy może być lepszy komplement? Na początku tekstu zadałem pytanie, czy Belgia z Ludo w składzie miałaby szansę pokonać Argentynę na mundialu w 1986 roku. Nie mam pojęcia, ale cztery lata wcześniej dokładnie to uczyniła a Coeck wyłączył z gry boskiego Diego i z pewnością Maradona o tym pamiętał.
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Berchem Sport
Mistrzostwo 2 ligi – 1971-72
RSC Anderlecht
Mistrzostwo (2x) – 1973-74, 1980-81
Puchar Belgii (3x) – 1972-73, 1974-75, 1975-76
Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975-76, 1977-78
Puchar UEFA (1x) – 1982-83
Superpuchar UEFA (1x) – 1976, 1978
Osiągnięcia Indywidualne:
Złoty But dla najlepszego piłkarza Belgii XX wieku – 10 miejsce
Wybrany do zespołu wszech czasów RSC Anderlecht dziennika DH – 2020
Rekordy i ciekawostki
Jego imieniem nazwano stadion Berchem Sport w Antwerpii
Piosenkarz Raymond van het Groenewoud uhonorował Coecka w 1976 roku piosenką „Ludo Coeck” , która została nagrana w wersji studyjnej w 1984 roku na płycie Habba!
Ludo Coeck nosił kapitańską opaskę zarówno w RSC Anderlecht jak i w reprezentacji Belgii
9
Legendy belgijskiego futbolu:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
1
@Ziemny Wybacz ale ja nie jestem uczonym aby rozszyfrowywać twoje kody!
7
@FCBparasiempre
Josef Bican urodził się w 1913 roku w Wiedniu. Pochodził z austriacko – czeskiej rodziny. Jego ojciec był uznanym piłkarzem Herthy Wiedeń, ale wszystko zmieniło się po I wojnie światowej. Podczas bitwy został zraniony a następnie odmówiono mu operacji nerek. Wskutek tej decyzji ojciec Josefa Bicana zmarł już w wieku 30 lat. Matka pracowała w restauracji, ale nie mogła liczyć na zbyt dużą pensję. Delikatnie mówiąc – w domu się nie przelewało, a Josef pierwsze piłkarskie kroki musiał stawiać… bez butów. Eksperci twierdzili później, że dzięki temu młody „Pepi” tak wspaniale rozwinął swoje umiejętności techniczne. Josef poszedł w ślady ojca i zapisał się do szkółki Herthy Wiedeń. W tej drużynie spędził pierwsze lata swojej juniorskiej kariery. Już jako nastolatek wyróżniał się niezwykłym instynktem strzeleckim. Ciekawostką jest fakt, że w trakcie jednego z treningów, matka Josefa po faulu na synu zaatakowała sprawcę parasolem. Charakter, na który narzekano, Josef wyniósł więc z domu i nic dziwnego, że dość często zmieniał barwy klubowe. W zespołach Schustek i Farbenlutz młody snajper strzelił ponad 70 goli. A mówimy już oczywiście o rozgrywkach seniorskich. Niedługo potem jego osobą zainteresował się austriacki potentat – Rapid Wiedeń. Bican zapracował sobie na bardzo przyzwoitą jak na ówczesne czasy piłkarską pensję w wysokości 150 szylingów. Mało tego, kiedy pogroził palcem, że po raz kolejny zmieni klub, jego stawka wzrosła trzykrotnie. Jak widać, mechanizmy rządzące dzisiejszym futbolem były aktualne także blisko 100 lat temu. „Pepi” był motorem napędowym Rapidu i w znacznym stopniu przyczynił się do sukcesów tej drużyny. Na swoim koncie miał więcej strzelonych goli niż rozegranych meczów. Bramki zdobywał po uderzeniach zarówno lewą, jak i prawą nogą. Dysponował też doskonałym przyspieszeniem i śmiało mógł walczyć z najlepszymi sprinterami tamtych czasów. Podobno jego wynik na „setkę” wynosił wtedy 10,8 sekundy. W wieku 20 lat Bican pojechał na pierwszy wielki turniej piłkarski. To były Mistrzostwa Świata w 1934 roku. Najważniejszym wówczas człowiekiem w austriackim futbolu był syn żydowskiego bankiera mieszkający w Wiedniu-Hugo Meisl, jednocześnie Sekretarz Generalny Austriackiego Związku Piłkarskiego i trener pierwszej drużyny. To właśnie Meisl był pomysłodawcą zorganizowania pierwszych rozgrywek klubowych na skalę europejską – Pucharu Mitropa oraz rozgrywek międzypaństwowych — Pucharu Dr. Gerö (oba ruszyły w 1927). Brały w nich udział najsilniejsze wówczas kraje kontynentu europejskiego: Austria, Czechosłowacja, Węgry i Włochy. Pierwsze trzy z nich tworzyły tzw. szkołę naddunajską, której nauczycielem był brytyjski trener Jimmy Hogan. Jego styl, zwany szkockim, oparty był na grze krótkimi podaniami „po ziemi” i wymagał od zawodników wybitnego wyszkolenia technicznego.
Hogan był bliskim przyjacielem Hugo Meisla i wywarł ogromny wpływ na jego prowadzenie drużyny narodowej. Genialni podówczas piłkarze Anton Schall, Pepi Bican, a zwłaszcza Matthias Sindelar (zwany „Mozartem futbolu”) szybko znaleźli wspólny język i podbili piłkarski świat. Wygrana 2-1 z Czechosłowacją 12 kwietnia 1931 zapoczątkowała niezwykłą serię 14 meczów bez porażki. Jeszcze głośniej o drużynie austriackiej zrobiło się miesiąc później, gdy wygrała ze Szkocją w Wiedniu aż 5-0. To był jednak dopiero początek. Jeszcze tego samego roku Austria pokonała faworyzowane Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię w Bazylei, a w 1932 Węgry 8-2, Szwecję 4-3, Belgię 6-1 i Włochy 2-1. Zespół Meisla natychmiast obwołano „wunderteamem” czyli „drużyną marzeń”, a pochwałom jego podopiecznych nie było końca. Tym samym na drugim mundialu w historii futbolu to właśnie reprezentacja Austrii, pod nieobecność Anglików, była wielkim faworytem mistrzostw. We Włoszech Bican pierwszy raz spotkał się z komunistami, przed którymi dzielnie uciekał przez całą karierę i którzy mimo wszystko ciągle mu towarzyszyli. Włoska impreza została wykorzystana jako pokaz potęgi i dyktatury Benito Mussoliniego. Jedyny raz w historii zdarzyło się, by w turnieju zabrakło drużyny broniącej trofeum sprzed czterech lat. Europejskie reprezentacje zbojkotowały poprzednią imprezę w Urugwaju. Teraz to Urugwaj obraził się na Europę. Marzeniem rządzących we Włoszech i Niemczech partii faszystowskich był finał pomiędzy reprezentacjami tych krajów, co miało mieć wspaniały wymiar propagandowy. Benito Mussolini robił wszystko, aby Włosi nie tylko świetnie zaprezentowali się jako gospodarze mistrzostw, ale przede wszystkim, by po prostu to mistrzostwo świata zdobyli. Służyć temu miało między innymi naturalizowanie kilku świetnych Argentyńczyków (gwiazdora poprzednich mistrzostw Luisa Montiego oraz Raimundo Orsiego, Attilio Demarię i Enrico Guaitę) czy przekupywanie sędziów (do dziś nie wyjaśniono dziwnych decyzji sprzyjających Włochom w półfinale i finale turnieju). Sam Mussolini w swojej „Doktrynie faszyzmu” podkreślał, że wszystko, co wielkie rodzi się w walce. Ze wszystkich życiowych atrybutów cenił najbardziej siłę i dominację, którą Włosi mieli pokazać na mundialu. Symbole faszystowskiej doktryny politycznej rzucały się w oczy niemal na każdym kroku. Na plakatach reprezentujących mistrzostwa widoczny był starożytny znak sędziowski – fasces lictorii – godło faszyzmu. Stadiony nazywano na cześć przywódców lub partii faszystowskich, a włoski polityk świetnie wykorzystywał mundial do własnych celów. Ówczesny selekcjoner „Squadra Azurra” Vittorio Pozzo współpracował z Mussolinim, bo faszyzm podgrzewał poczucie narodowe. Mój ojciec był bardziej patriotą, niż nacjonalistą, a to różnica. Nacjonalista postrzega wszystkich jako wrogów, a patriota wspiera swój własny kraj i akceptuje to, że inni mają te same prawa – mówił wówczas syn trenera reprezentacji Włoch. W przeniknięty korupcją i przekrętami świat bardziej polityki niż piłki nożnej wkroczyć mieli „nieskazitelni” Austriacy. Co ciekawe, już trzy i pół miesiąca przed mistrzostwami odbył się mecz towarzyski dwóch największych faworytów do tytułu. Bican i spółka postanowili wówczas popłynąć pod prąd i zmierzyć się z przyszłymi gospodarzami turnieju. Mimo braku w składzie kluczowego Mathiasa Sindelaara zagrali fantastyczne spotkanie, zwyciężając 4-2. Zażenowani Włosi zdecydowali się na teksańską masakrę piłą łańcuchową, powszechnie znaną jako „skalpel Pozzo”.
Wściekły Benito Mussolini nakazał szkoleniowcowi rewolucję. Ten wiedząc, że nie ma innego wyjścia, a raczej, że takie mu się nie opłaca, natychmiast odsunął od reprezentacji kilku zawodników. Szczególnym szokiem dla kibiców była rezygnacja trenera ze wszystkich najlepszych defensorów Juventusu (poza Giamberio Combim) czy z niezwykle popularnego w tamtych czasach Renato Cesariniego. Skład Włochów prezentował się wyjątkowo przeciętnie. Gdzie jednak gospodarz nie może, tam sędzia pomoże. W turyńskim debiucie austriacki „wunderteam” dopiero po dogrywce uporał się z Francuzami 3-2. Decydującego gola w dramatycznych okolicznościach (109 minuta) strzelił Bican i uratował honor swojego kraju. Po spotkaniu pojawiło się ogromne zainteresowanie wiedeńskim napastnikiem, a kolejny mecz w jego wykonaniu mieli oglądać przedstawiciele największych klubów świata. Później po niezwykłym boju „Pepi” i spółka rozprawili się z Węgrami, by w półfinale zmierzyć się z gospodarzami turnieju, wprowadzonymi do najlepszej czwórki przez sędziów – Włochami. Mecz przebiegał w niezwykle burzliwej atmosferze, nikt nie ukrywał, że to Squadra Azzurra musi zagrać w finale. I to choćby najwyższym kosztem. Sędziowie, którzy nie ukrywali kolacji z Benito Mussolinim, pomagali gospodarzom jak tylko mogli, gwizdali 'faule duchy’ Austriaków, a przy brutalnej grze Włochów puszczali grę. Kombinacji była cała masa, spotkanie było wyreżyserowane od początku do końca. Włoski przywódca spoglądający na całą sytuację z trybun tylko klaskał, udając przejęcie, tak naprawdę ciesząc się w głębi, że jego plan działa, a jego kraj wygrywa. Bo jak mogłoby być inaczej. Prawdziwą farsą całego pokazu korupcji mistrzostw była sytuacja z golem dla gospodarzy. Otóż po jednym ze strzałów bramkarz Austrii przyklęknął, trzymając piłkę w rękach. Natychmiast zaatakował go Meazza, doprowadzając do wypuszczenia piłki przez goalkepeera, dzięki czemu Guaita dobił piłkę już niemal z linii bramkowej i strzelił jedynego gola spotkania. Faul był ewidentny. Decyzja kuriozalna. Arbiter spotkania dzięki bezbłędnemu wypełnieniu swojej roli, poprowadził finał mundialu, który oczywiście wygrały Włochy. Austriacy, w tym Bican, narzekali wówczas na mokre boisko, które uniemożliwiało im ich ulubioną grę po ziemi, a zwłaszcza na ostrą grę przeciwników, w której technicznie grający piłkarze nie mieli szans się przeciwstawić… Meisl nazwał to spotkanie „uliczną burdą, a nie piłkarskim meczem” i na zawsze zerwał przyjaźń z trenerem Włochów Vittorio Pozzo… Dziennikarze, już po zwycięstwie gospodarzy w finale wymownie pytali: „I to jest drużyna rzekomo zwana mistrzem świata?”. Słowa powtarzali parę miesięcy później, gdy mistrz już po 12 minutach przegrywał z Anglią 0-3… Na turnieju Josef zagrał w czterech meczach i strzelił jednego gola. Reprezentacja Austrii odniosła wtedy spory sukces, bo dotarła aż do półfinału, ale kibice byli załamani. Od pamiętnego meczu z Czechosłowacją była to dopiero trzecia porażka „wunderteamu” (31 meczów – 101 strzelonych goli!). Fani liczyli na mistrzostwo świata, a po porażce w meczu o III miejsce z III Rzeszą wracali do kraju bez medalu. To był dla nich wstyd. „Pepi” zagrał udany turniej, zebrał bardzo pochlebne recenzje i o młodym napastniku robiło się coraz głośniej… Rok po udanym mundialu Bican wywołał wielkie kontrowersje swoją decyzją. Postanowił odejść z Rapidu do drużyny wielkiego rywala – Admiry. Nie ukrywał, że potrzebuje nowych wyzwań. W poprzednim klubie osiągnął już niemal wszystko. W nowym zespole nie było już jednak tak łatwo o sukcesy. Zdobycie jednego Pucharu Austrii z Admirą wygląda niezwykle blado w porównaniu do osiągnięć zaksięgowanych przez niego w okresie gry w Rapidzie…
Wtedy, w 1936 roku Austria, bez udziału Bicana, wzięła udział w kolejnej wielkiej imprezie, którą znów zdominowała polityka. Igrzyska Olimpijskie miały odbyć się w Berlinie, a głównym celem Hitlera było jak najlepsze wyszkolenie niemieckich sportowców tak, aby mógł z łatwością potwierdzić wyższość rasy aryjskiej. Dużą rolę odegrał tutaj minister propagandy w III Rzeszy Joseph Goebbels. Niemieckich sportowców przedstawiano we wręcz mityczny sposób. Wszyscy oczywiście bardzo dobrze umięśnieni, z niebieskimi oczami i blond włosami. Dużą rolę przyłożono do wychowania fizycznego, w szkołach najpierw podniesiono liczbę godzin w-f z dwóch na trzy tygodniowo, a później z trzech na pięć. Z czasem doszło nawet do tego, że wychowanie fizyczne było ważniejsze niż takie przedmioty jak matematyka czy fizyka, a kiepskie rezultaty sportowe mogły doprowadzić nawet do wyrzucenia ze szkoły. Nie brakowało nawiązań do kultury greckiej, a szczególnie spartańskiej. I znów jak w przypadku Włochów, tak i w Niemczech dominował kult siły. Niestety nie tej sportowej. Bo sport dla Hitlera i Mussoliniego nie miał absolutnie żadnego znaczenia. Włosi pokonali w finale Austrię, nadal prowadzoną przez Meisla. Mecz pomiędzy tymi reprezentacjami po raz kolejny niewiele miał wspólnego ze sportem, a jego sędziowanie znów udowodniło, kto ma wygrywać na faszystowskiej ziemi. Turniej ten miał olbrzymie znaczenie dla późniejszej kariery Bicana (choć w nim nie zagrał), bo rozwinął siłę hitleryzmu, a niemiecki przywódca chciał mieć po swojej stronie coraz głośniejsze nazwiska, także te sportowe. W Admirze Bican zbyt długo nie zabawił. W 1937 roku przeniósł się do ligi czechosłowackiej. Na początku reprezentował tam barwy Slavii Praga. Niemal od razu dał się poznać jako typowy lis pola karnego. Zdobywał gole seriami z niebywałą wręcz regularnością. W ciągu kilku lat potrafił ustrzelić blisko 400 goli w oficjalnych meczach! Dzięki niemu Slavia rok w rok z łatwością kolekcjonowała tytuły mistrzowskie. Josef szybko związał się z czeską ziemią i uzyskał nawet obywatelstwo tego kraju. Z uwagi na niedopatrzenia organizacyjne okazało się jednak, że nie będzie mógł wystąpić na Mistrzostwach Świata w 1938 roku. Pozostały mu jedynie spotkania towarzyskie, w których oczywiście był piekielnie skuteczny. W latach II wojny światowej osiągnął szczyt formy. Wybitni sportowcy świetnie spełniali w tym okresie role propagandowe, dlatego Hitler za wszelką cenę chciał go wykorzystać jako twarz swojej ideologii. Przywódca III Rzeszy miał nakłaniać Bicana do podpisania niemieckiej listy narodowościowej. W domu Josefa mówiło się wprawdzie w języku niemieckim, ale ten mimo to postanowił odmówić.
Po wojnie ubiegały się o niego włoskie kluby. Juventus Turyn miał podobno zaoferować nawet 6 milionów koron za transfer. Bican wahał się długo, ale odrzucił tę ofertę. Obawiał się, że na Półwyspie Apenińskim do głosu dojdą komuniści i jego piłkarska przyszłość stanie pod wielkim znakiem zapytania. Nie spodziewał się jednak, że taka sama sytuacja może mieć miejsce w … Czechosłowacji. Partia komunistyczna bardzo szybko chciała go widzieć w swoich szeregach. Josef i tym razem sprytnie się wymigał. Skupił się tylko i wyłącznie na grze w piłkę nożną a że potrafił to robić znakomicie, to po wojnie kibice także mogli zachwycać się jego wspaniałymi golami. „Pepi” był w swoim klubie gwiazdą numer jeden. Nie wszystkim jednak taka sytuacja odpowiadała. Tym bardziej, że Bican miał pochodzenie austriackie. Choć Slavia zdominowała rozgrywki ligowe, to w jej drużynie często dochodziło do sprzeczek i awantur. Koledzy z zespołu mieli pretensje, że Josef gra zbyt egoistycznie… Ten z kolei sugerował, że zazdroszczą mu goli, kibiców i sukcesów. Co by nie mówić, statystyki broniły napastnika. Późniejsze losy jego kariery ukształtowała… dalsza ucieczka przed komunistami. Ci cały czas nie dawali mu spokoju i chcieli wcielić go do partii. Bican najpierw odszedł do FK Vitkovice, a później do Hradeca Kralove. W obu tych klubach nie zatracił nic ze swojej skuteczności. Choć pod przymusem musiał opuszczać różne miasta, to na boisku wciąż przypominał maszynkę do zdobywania goli… Karierę sportową zakończył w wieku 42 lat jako najstarszy zawodnik całej ligi. Po zawieszeniu butów na kołku rozpoczął nowe życie jako trener. Pierwszym jego klubem w tej roli była oczywiście Slavia Praga. Później poprowadził jeszcze kilka innych czechosłowackich zespołów, aż wreszcie przeprowadził się do Belgii. Kiedy w 1968 roku Brazylijczyk Pele zmierzał po zdobycie swojej 1000 bramki w karierze, dziennikarze sportowi rozpoczęli poszukiwania najskuteczniejszego piłkarza w historii futbolu. Tak naprawdę nie da się sprawdzić tej informacji, bo w dawnych czasach dużo meczów miało charakter nieoficjalny. Niemniej jednak, wtedy właśnie padło nazwisko Bicana. Pojawiły się nawet plotki że czeski napastnik zdobył we wszystkich spotkaniach w sumie ponad 5000 bramek! A co na to sam zainteresowany? – ,,Kto by mi uwierzył, gdybym powiedział, że strzeliłem pięć razy więcej goli niż Pele?” – zaśmiał się tylko Bican. Według statystyków piłkarskich „Pepi” zdobył 643 gole w ligowych meczach. W 1997 roku Międzynarodowa Organizacja Historyków Piłki Nożnej uznała go wraz z Pele i Uwe Seelerem najlepszym strzelcem XX wieku. Josef „Pepi” Bican spędził kilka ostatnich miesięcy swojego życia w szpitalu z chorobą serca. Miał nadzieję, że umrze w swoim domu w dzień Bożego Narodzenie. Niestety nie doczekał tego święta i zmarł dwa tygodnie wcześniej. Odszedł w wieku 88 lat jako najwybitniejszy piłkarz w historii czeskiego i austriackiego futbolu.
11
To był genialny snajper:
Giuseppe Meazza, Alfredo Di Stefano, Ferenc Puskas, Artur Friedenreich, Fernando Peyroteo, Just Fontaine, Pele, Gerd Mueller, Johan Cruyff, Ronaldo – myślicie, że słyszeliście o wszystkich najskuteczniejszych piłkarzach w historii? Odpowiedź brzmi „nie”, jeżeli nie znacie… no właśnie kogo(?) tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
9
,,Barçagate”:
25 września 2009 r. Barceloną wstrząsnęła afera ,,Barçagate”. Jak ujawnił dziennik ,,El Periodico de Catalunya”, czterech z pięciu wiceprezydentów FC Barcelony było śledzonych przez detektywów z agencji Metodo 3. Weryfikacja miała na celu sprawdzenie kandydatów pod kątem ewentualnego przejęcia władzy w przyszłości, gdy Joan Laporta nie będzie mógł startować w wyborach z powodu odbycia dwóch kadencji za sterami klubu. Całą sprawę prowadził Joan Oliver, lecz prezydent nie był o niej poinformowany. Z początku gdy o tej sytuacji dowiedział się jeden z wiceprezydentów, poinformował pozostałych i chcieli domagać się dymisji Olivera. Z uwagi na walkę piłkarzy o potrójną korone postanowili nie ujawniać sprawy. Joan Oliver na konferencji prasowej wyjaśnił że cała operacja miała na celu ,,audyt bezpieczeństwa” i miał ,,chronić sprawdzane osoby”. Piąty wiceprezydent, Alfonso Godall nie był poddany ,,audytowi”, gdyż na początku marca tamtego roku wykluczył możliwość kandydowania w przyszłości na stanowisko prezydenta.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
0
@FcPortoFan1999 Nierozumiem? Dlaczego celowo?
0
@FcPortoFan1999 Zaraz ale o jakim ojcu i synu w kadrze mówisz? No bo chyba nie o Lubańskim?
9
Pożegnanie Włodka:
24 września 1980 r. reprezentacyjną karierę zakończył pierwszy kapitan Orłów Górskiego i do momentu kontuzji najważniejszy piłkarz reprezentacji Polski w tamtym okresie – Włodzimierz Lubański. W pożegnalnym, 80-tym meczu(zremisowanym z Czechosłowacją 1:1) zdobył 50-tego gola w drużynie narodowej. Po weryfikacji przeprowadzonej w późniejszych latach, w statystykach Włodka pozostało 75 meczów w kadrze uznanych za oficjalne i 48 goli a zatem bilans na tyle imponujący, że pozazdrościć mogą wszyscy(poza Robertem Lewandowskim) reprezentanci. Za nieoficjalne wśród rozegranych przez Lubańskiego spotkań w narodowym trykocie uznano np. mecz z Kolumbią na inaugurację IO w Monachium w 1972 roku, czy potyczkę w kwalifikacjach olimpijskich z Hiszpanią (w Gijon kapitan zdobył bardzo ważnego gola). Wszystko dlatego, że naprzeciw biało-czerwonych stawały amatorskie – zatem dalekie od najsilniejszych – składy rywali. To jednak nie ma większego znaczenia przy ocenie reprezentacyjnych dokonań napastnika, który w drużynie narodowej zadebiutował licząc 16 lat i 188 dni. I już na dzień dobry – w wygranym 9:0 meczu z Norwegią w Szczecinie – wpisał się na listę strzelców. W tym samym mieście, w 1965 roku w kwalifikacjach MŚ, strzelił 4 gole Finom. W tym trzy początkowe – między 19 a 24 minutą! 5 goli wbił w Luksemburczykom w Krakowie, także w kwalifikacjach mundialu w kwietniu 1969 roku. Niespełna pół roku później poprowadził biało-czerwonych do pierwszego – do dziś jednego z zaledwie trzech –zwycięstwa nad Holandią (2:1) zdobywając na Stadionie Śląskim zwycięskiego gola. U Kazimierza Górskiego – u którego cieszył się nie tylko kapitańską opaską, ale i specjalnymi względami – nie zatracił skuteczności. W Krakowie we wrześniu 1971 roku przyczynił się do rozbicia Turcji (5:1) wbijając hat-tricka. Na igrzyskach w Monachium nie trafił – o czym mówi otwarcie – z formą, ale i tak do złota dorzucił dwa trafienia – z Ghaną i Marokiem. I prawdopodobnie najważniejszą akcję turnieju, po której wywalczył rzut karny w meczu z ZSRR i oddał tę jedenastkę(choć był wyznaczony do wykonywania) Kazimierzowi Deynie. To wreszcie Lubański poprowadził Orły Górskiego do historycznej, do dziś jedynej, wygranej nad Anglią w Chorzowie w kwalifikacjach mistrzostw świata w czerwcu 1973 roku. Zabrał wtedy piłkę Bobby’emu Moorowi, i po fenomenalnej indywidualnej akcji ustalił wynik na 2:0. Niestety, to w tym spotkaniu doznał kontuzji, która zakończyła de facto wielki etap Włodka w drużynie narodowej…
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 O widzisz! Dobrze wiedzieć. Czyli użytkownik tristan87 miał racje?
0
@tristan87 Nigdy nie widziałem tego Adana w akcji ale nie wykluczone że masz racje. W końcu szkółke mamy de best!
1
Tymczasem ,,Sport" podaje: https://www.flashscore.pl/wiadomosci/pi-ka-nozna-liga-portugal-antonio-adan-ma-do-aczyc-do-barcelony-37-latek-zastapi-ter-stegena/b52TBAyI/