6

@FCBparasiempre
10 maja 1969 r. urodził się Dennis Bergkamp. Pomimo tego że uznawano go za artystę futbolu, sam Dennis o popisach tylko dla sztuki mówił tak: “Generalnie nie lubię zwodów. Podoba mi się, gdy robią je inni, albo kiedy sam mam z nich korzyść. Jednak nie jest to moja ulubiona forma gry. Nie szukam okazji do zrobienia zwodu. To nie mój styl. Ja skupiam się na przyjęciu piłki, kontroli, podaniach. Czy jedno minięcie lub podanie pozwoli mi lub komuś innemu stanąć przed bramkarzem? Czy zdołam stworzyć miejsce do podania? To właśnie moja pasja, moja specjalizacja. Zwody to dla mnie… no, to tylko zwody. Uważam że za wszystkim musi stać jakaś myśl i znaczenie. Co wnosi zwód? Musi być użyteczny. Sztuka dla sztuki mnie nie interesuje”. Dennis Bergkamp jak wszyscy chłopcy w tamtych czasach uczył się grać w piłkę na ulicy i okolicznych trawnikach. Jako najmłodszy z czwórki braci miał kogo podpatrywać. Był znakomitym obserwatorem. Po każdym meczu potrafił opisać, jak padały bramki, gdzie stali zawodnicy i jak wyglądał przebieg meczu. Często samotnie odbijał piłkę o ściany, drzewa czy inne przeszkody na amsterdamskich ulicach. Już od czasu gdy był dzieckiem, fascynowała go piłka i jej ruch. Jego idolem był angielski pomocnik Glenn Hoddle. “Zawsze zachowywał równowagę. Podobało mi się, jak przyjmował piłkę w powietrzu i kontrolował ją. Natychmiastowa kontrola. Zawsze perfekcyjny kontakt.” Był bardzo wysportowanym dzieckiem. Startował w zawodach lekkoatletycznych i zdobywał nagrody w wielu konkurencjach, zwłaszcza biegowych. Jego ulubioną był pchnięcie kulą. Podobały mu się również inne sporty zespołowe, takie jak baseball czy koszykówka. Jednak z rówieśnikami, często dziećmi emigrantów z Surinamu, Turcji czy Maroka najczęściej grał w futbol. Jako że wyróżniał się na tle innych, kolejnym etapem były treningi w klubie. Metody szkoleniowe w latach 80. ubiegłego stulecia, bardzo się różniły od tych stosowanych obecnie. Trenerzy byli surowi i wprowadzali niemal wojskowy rygor na zajęciach. Treningi nie były tak dopracowane jak obecnie, a i młodym piłkarzom nie poświęcano tyle uwagi co teraz. Większość rzeczy musieli robić sami, i to jak twierdzi Dennis pomagało im tworzyć własną grę. Trenerzy nie przerywali co chwilę gry, by pokazać, co jest robione źle i jak dany zawodnik powinien się zachować. Bergkamp twierdzi, że to zabija kreatywność w tych chłopcach. Jak mają wymyślić własne rozwiązania boiskowych sytuacji, skoro wszystko jest robione za nich. Wielkim szczęściem Dennisa było to, że w Ajaksie trafił na Johana Cruijffa, który szybko zobaczył ogromne możliwości młodego Bergkampa. Najbardziej cenił w nim inteligencję i zmysł obserwacji: “Jest inteligentny i oto właśnie chodzi, ponieważ w futbol gra się głową, a nogi mają tylko w tym pomagać. Jeżeli nie używa się głowy, same nogi nie wystarczą. Dlaczego gracz musi gonić piłkę? Bo zbyt późno zaczął biec. Trzeba być uważnym, używać głowy i znaleźć właściwą pozycję. Jeśli za późno dobiegnie się do piłki, to znaczy, że wybrało się niewłaściwą. Bergkamp nigdy się nie spóźniał.” Aby szybciej przygotować Bergkampa do gry w pierwszym zespole, Wielki Johan użył sprytnego podstępu. Przeniósł Dennisa z najwyższej grupy juniorów A1 do młodszego rocznika A2. Dodatkowo kazał wystawiać go tam, na innych pozycjach niż grał dotąd, by mógł poznać różne zachowania na boisku i dzięki swoim umiejętnościom obserwacji, nauczyć się je wykorzystywać w swojej grze. Dennis wtedy tego nie rozumiał, ale po latach zrozumiał zamysł Cruijffa, który dodatkowo zaczął przygotowywać Bergkampa, do roli kreatora gry, co najlepiej było widać gdy Dennis grał w Arsenalu. “Kiedy jest się najlepszym piłkarzem, ma się więcej czasu, a kiedy ma się więcej czasu, trzeba go mądrze wykorzystać – pomagając innym graczom, rozmawiając z nimi, instruując ich i kierując nimi.” Bergkamp szybko powrócił do A1, i niedługo potem został powołany na mecz pierwszego zespołu. Dennis Bergkamp zadebiutował w seniorskim zespole Ajaksu 14 grudnia 1986 roku, w meczu przeciwko Rodzie JC. Nie stresował się tym i był pewny siebie, jak przez całą swoją karierę: “Naprawdę nie myślałem ‘Jezus Maria, gram dla Ajaksu!’. Po prostu czułem się dobrze, zupełnie naturalnie.” Po wygranym 2:0 meczu, w szatni do młodego Dennisa podszedł Frank Rijkaard, który był wtedy gwiazdą ,,Joden” i zapytał Bergkampa o wiek. Gdy usłyszał odpowiedź, powiedział: “Siedemnaście? No to masz przed sobą świetlaną przyszłość.”

Jednak na miejsce w pierwszym składzie Dennis musiał trochę popracować, ponieważ w pierwszych dwóch sezonach był tylko rezerwowym. W każdym kolejnym sezonie Dennis Bergkamp stawał się coraz ważniejszą postacią zarówno w Ajaksie, jak i ogólnie w holenderskim futbolu. Trzykrotnie w sezonach 1990/1991, 1991/1992 i 1992/1993 był najlepszym strzelcem ligi, a dwukrotnie w latach 1991 i 1992 został wybrany najlepszym graczem Eredivisie. Pod koniec sezonu 1992/1993, wraz z Wimem Jonkiem, podpisał kontrakt z Interem Mediolan. Ówczesny trener Ajaksu, Louis van Gaal, zarzucał wówczas Dennisowi, że nie dawał z siebie wszystkiego w końcówce sezonu. Trudno w to jednak uwierzyć, znając profesjonalizm i ambicję Bergkampa. Dennis teoretycznie mógł wybierać spośród wszystkich największych klubów w Europie, ale tak naprawdę już dużo wcześniej zdecydował się na grę we Włoszech. To była w tamtych czasach najsilniejsza liga na świecie. Jego agent i brat prowadzili negocjacje z dwoma klubami, Juventusem i Interem. Jednak przeczucie podpowiadało im by podpisać kontrakt z klubem z Mediolanu. Pierwszy sezon w Interze Bergkamp miał całkiem przyzwoity. Wprawdzie w lidze było przeciętnie, bo tylko 8 goli w 31 meczach, ale za to w pucharach zupełnie inaczej. 9 goli w Pucharze Włoch i 8 (najlepszy strzelec) w Pucharze UEFA robią wrażenie, zwłaszcza że Inter ostatecznie zdobył to drugie trofeum. Jednak włoscy trenerzy nie potrafili właściwie wkomponować Dennisa do zespołu. Można też powiedzieć, że nie chcieli zmieniać taktyki zespołu i ustawiać jego gry specjalnie pod Bergkampa. Dennis to widział, i pomimo że w Italii bardzo mu się podobało, postanowił zmienić klub. Jak się potem okazało, była to najważniejsza decyzja w jego piłkarskiej karierze. Bergkamp debiutował w kadrze za kadencji słynnego Rinusa Michelsa. Było to 26 września 1990 roku w towarzyskim meczu z Włochami. Szybko stał się podstawowym graczem reprezentacji Oranje, która była jednym z głównych faworytów mistrzostw Europy rozgrywanych w 1992 na szwedzkich boiskach. Broniący tytułu mistrzowskiego Holendrzy, wzmocnieni Bergkampem, wydawali się mieć wszelkie atrybuty, by obronić tytuł. Zwłaszcza gdy w fazie grupowej pokonali 3:1 Niemców, swoich odwiecznych rywali. Niestety porażka w półfinale z Danią, po serii rzutów karnych, zakończyła marzenia o obronie mistrzowskiego tytułu. Rozpoczęła zaś serię holenderskich klęsk w konkursach rzutów karnych na wielkich turniejach. Bergkamp był jednym z niewielu graczy, którzy nie zawiedli na tym turnieju. W eliminacjach do MŚ w Stanach Zjednoczonych reprezentacja Holandii spotkała się w grupie z Polską. Kadrze prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua udało się zremisować na De Kuip w Rotterdamie, po znakomitym meczu przeciwko naszpikowaną gwiazdami drużyną Oranje. Niestety mecz rewanżowy w Poznaniu był kompletnie dla nas nieudany i przegraliśmy 1:3, a dwa gole strzelił nam Dennis Bergkamp. W USA Holendrzy ponownie zawiedli. Kłótnie w zespole zakończyły się wraz z porażką 2:3 w ćwierćfinale z późniejszymi zwycięzcami turnieju Brazylijczykami. Dennis po raz kolejny nie zawiódł, zdobył w tym turnieju trzy bramki, ale to nie wystarczyło, by zdobyć medal. W drodze powrotnej do kraju doszło do wydarzenia, które jak się wydaje, zadecydowało o tym, że Bergkamp przestał latać samolotami. Jeden z dziennikarzy zażartował sobie, że ma bombę i samolot musiał awaryjnie lądować. Ta sytuacja, w połączeniu z kilkoma innymi, które miały miejsce podczas podróży Bergkampa na mecze we Włoszech, skłoniła Dennisa do podjęcia tej trudnej decyzji. O swojej decyzji Bergkamp poinformował sztab kadry na zgrupowaniu przed wyjazdowym meczem z Białorusią w czerwcu 1995 roku. Dennis Bergkamp podpisał kontrakt z Arsenalem latem 1995 roku. Był wtedy rekordowym zakupem klubu z Londynu, ponieważ kosztował aż 7,5 miliona funtów. Na wyspach był jednym z graczy, którzy rozpoczęli proces zmian w Premier League. To on, wraz z trenerem Wengerem pokazał graczom Arsenalu jak się właściwie odżywiać. To on swoim profesjonalizmem i dążeniem we wszystkim, co robił do perfekcji, zmienił podejście wielu graczy do treningu. Ray Parlour powiedział: „To on zmienił całe nasze nastawienie do treningu. Wystarczyło popatrzeć, jak się prowadzi, by otworzyły ci się oczy.”

Po treningach z Bergkampem piłkarze myśleli, skoro on tak trenuje to może i oni powinni dać z siebie więcej. Otwierał innym graczom oczy na wiele aspektów funkcjonowania profesjonalnego piłkarza. To jakim wzorem był Bergkamp, najlepiej pokazuje wypowiedź Robina van Persie dla holenderskiej TV. Robin był wtedy na początku swojej kariery, a Dennis powoli ją kończył. „Wracał wtedy do formy po kontuzji. Trenował z dwoma chłopakami, piętnastolatkiem i szesnasto-, może siedemnastolatkiem, oraz trenerem od przygotowania fizycznego. Ćwiczyli podania i strzały z manekinami. Była to 45-minutowa sesja, a Dennis nie wykonał ani jednego podania, które nie byłoby perfekcyjne. On nie popełnił ani jednego błędu! Wszystko robił na sto procent, na maksa. Strzelał tak mocno, jak się dało, kontrolował piłkę, grę, bezpośrednie podania… To było piękne. Dla mnie to była po prostu sztuka.” Mimo tego wielkiego profesjonalizmu, właściwego odżywiania, dbałości o swoje ciało oraz oczywiście ogromnych umiejętności, Dennis przez pierwsze siedem meczów nie potrafił zdobyć gola dla Arsenalu. Jednak warto było wprowadzać te zmiany, ponieważ pod wodzą Wengera Dennis stał się legendą Arsenalu i całej ligi. Mimo że podczas całej swojej 11-letniej kariery w Londynie miewał też sezony kiedy bardzo się nie wyróżniał, to po latach ocenia się go jako jednego z tych piłkarzy, którzy zmienili Premier League. Zdecydowały o tym jednak nie tylko bramki, które strzelał, a bardziej jego styl gry i podania, dzięki którym kreował kolegom sytuacje do zdobycia gola. On, trzykrotny król strzelców Eredivisie, w Arsenalu miał więcej asyst niż strzelonych goli. Tylko w meczach ligowych zanotował 93 asysty i 87 goli. Stał się bardziej pomocnikiem niż napastnikiem. W Arsenalu Dennis wreszcie czuł się sportowo spełniony. Trener mu ufał i pozwalał grać tak jak lubi, a koledzy z drużyny idealnie się do tego dopasowali. „To, co Arsene powiedział o mnie, starającym się osiągnąć perfekcję, w tamtych czasach było prawdziwe dla całej drużyny. Byliśmy naprawdę bliscy ideału. Oczywiście, zdarzały się głupie mecze, podczas których nie mogłeś sensownie kopnąć piłki, ale przez większość czasu byliśmy po prostu niewiarygodni, bardzo bliscy sposobu, w jaki według mnie futbol powinien być rozgrywany.” Sam Arsene Wenger tak postrzega holenderską filozofię futbolu i samego Dennisa: „Oczywiście kocham sposób, w jaki Holendrzy patrzą na piłkę nożną. Mają pozytywną filozofię i budują swoją grę od podstaw. Mają też filozofię polegającą na stawianiu 'mózgowców’ w środku boiska. Uzdolnieni technicznie, myślący i bystrzy piłkarze są umieszczani na środku, w sercu drużyny. Dennis stanowi najlepszy symbol holenderskiej filozofii, bo opiera się ona na technice, wyobraźni i myśleniu. Jako trener możesz poprawiać grę jedynie wtedy, gdy taki piłkarz jest szanowany przez drużynę. To oznacza, że drużyna będzie grała w taki sposób, w jaki pasuje temu piłkarzowi. Robią to, jeśli czują, że leży to w ich interesie. Wielką siłą Dennisa było to, że koledzy z drużyny ogromnie go szanowali.” Po wspomnianych wcześniej MŚ w USA kolejnym turniejem, na którym Oranje mieli powalczyć o medale, były ME w 1996 roku. Dla Dennisa to był turniej na boiskach, które już dobrze znał. Niestety kadra Hiddinka była targana, jak to często u Holendrów bywa, wewnętrznymi konfliktami. Czarnoskórzy piłkarze, na których czele stali Clarence Seedorf i Edgar Davids, uważali, że trener faworyzuje białych graczy. Z taką atmosferą nie było szans na odniesienie sukcesu i Oranje odpadli w ćwierćfinale, oczywiście po serii rzutów karnych. Kolejnym turniejem były MŚ we Francji w 1998 roku. Był to turniej, na którym reprezentacja Holandii z Dennisem w składzie miała największe szanse na zdobycie tytułu mistrzowskiego. Potyczki z nimi obawiali się nawet gospodarze, czyli przyszli mistrzowie świata. Kolega Bergkampa z Arsenalu, Thierry Henry tak to opisuje: „Drużyna Brazylii nie była słaba, ale według mnie to Holendrzy tworzyli najsilniejszy skład turnieju. Kto wie, jak zagraliby w finale? Odczuliśmy znaczną ulgę. Byłem młody, ale pamiętam rozmowy starszych kolegów z drużyny. Naprawdę nie chcieli mierzyć się z Holandią, bo nie ważne, jaką taktykę obierzesz, Holendrzy są silni, szybcy i doskonali technicznie, mają wspaniały styl gry. Wszyscy chcieliśmy uniknąć starcia z ich reprezentacją. Prawdę mówiąc, zawsze tak było”.

Niestety ponownie seria rzutów karnych zadecydowała, że to Brazylia(a nie Holandia) zmierzyła się z Francuzami w finale. Rok 2000 i mistrzostwa Europy rozgrywane na stadionach w Belgii i Holandii, były ostatnim turniejem dla Dennisa Bergkampa. Niestety pomimo ogromnej przewagi Oranje w półfinałowym meczu z Włochami, Holendrzy nie byli w stanie pokonać Francesco Toldo. Doszło do konkursu jedenastek, który ponownie zakończył się przegraną Holendrów. Jest wiele teorii, dlaczego Holendrzy przegrywali konkursy jedenastek. Jedni mówią o nietrenowaniu tego elementu gry, inni o lekceważeniu rywala. Dennis jednak twierdzi, że to nieprawda. Każdy piłkarz podchodzi do karnego skoncentrowany i chce go strzelić jak najlepiej. Jednak wtedy pojawia się presja, a czasem decyduje zwykły przypadek. Bergkamp nie uważa, że kilkadziesiąt karnych wykonanych dodatkowo na treningu zwiększyłyby szanse Oranje w konkursach jedenastek. Jak każda legenda Dennis Bergkamp pozostawił po sobie akcje i bramki, które są setki tysięcy razy oglądane przez kibiców na całym świecie. Jedną z najbardziej kultowych jest ta z meczu Arsenalu przeciwko Newcastle z 2002 roku. Drugim golem, o którym wszyscy pamiętają, jest decydujące trafienie z meczu przeciwko Argentynie na MŚ we Francji w 1998 roku. Dennis Bergkamp zdobył 10 goli dla Holandii na wielkich turniejach, co jest rekordem, a jeżeli dodamy do tego 8 asyst (tylko Robben uzbierał ich tyle samo) mamy kompletnego napastnika. Na 90 minut gry Bergkamp zapewnia 0,3 asysty i zdobywa 0,4 gola. Jest to znakomity wynik jak na zawodnika, który dość rzadko występował jako najbardziej wysunięty napastnik Oranje. Dzięki 3,6 strzałom i 2,5 wykreowanym sytuacjom był bezpośrednio zaangażowany w 6 sytuacji bramkowych na mecz. W historii Ligi Mistrzów, w pojedynczym sezonie tylko pięciu graczy miało takie statystyki: Lionel Messi, Neymar, Cristiano Ronaldo, Nabil Fekir i Hakim Ziyech. Jak widać nawet jeżeli ludzie nie klasyfikują Bergkampa wśród najlepszych graczy na świecie, to od względem statystycznym z pewnością należy do tej kategorii. Na koniec wróćmy do tytułowej perfekcji, i zapamiętajmy słowa Dennisa Bergkampa, które najlepiej oddają go jako profesjonalistę: „Nawet jeśli jej nie osiągnę, jestem zadowolony tak długo, jak do niej dążę.”

5

Żywe legendy holenderskiego futbolu(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):

@Visca_barca
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

10 maja 1954 r. urodził się Józef Adamiec, środkowy obrońca. Pan Józef odszedł z Lecha Poznań a potem wyjechał na stałe do Niemiec oburzony zarzutami o sprzedaż meczu. ,,Przysięgam na wszystkie świętości że nie splamiłem się korupcją! Tymi bzdurnymi pomówieniami ktoś wyrządził mi straszliwą krzywdę! Nie mogłem tego przeboleć”- wspomina Adamiec. Nie za często zdarzali się profesjonalni piłkarze z gęstym zarostem. Przez pewien czas był on znakiem rozpoznawczym Adamca. Miał świetne warunki fizyczne a broda sprawiała że wyglądał jeszcze groźniej. Pan Józef piłkarskie nazwisko wyrabiał sobie w Ozimku Małapanew. W Ozimku gospodarze szykowali się na towarzyski mecz z zabrzanami, które przy okazji miało być pożegnaniem bohatera niniejszego tekstu. ,,Dzień przed meczem przyjechali do mnie Antoni Piechniczek z Józefem Zwierzyną i po prostu zabrali do Opola. Nie mogłem się oprzeć ich perswazji i dałem się namówić. Górnik przestał się liczyć i wcale tego nie żałuje. To był mój region, moja drużyna i mój klub”- wspomina Adamiec. W Odrze Piechniczek za pomocą zapobiegliwych działaczy zmontował mocną ekipe. W bramce Młynarczyk, na środku obrony właśnie Adamiec z Wójcickim, Kwaśniewski w pomocy i Tyc w ataku. W 1978 r. Odra była najlepsza na półmetku ligowych rozgrywek ale ostatecznie zakończyła sezon na 5 miejscu. Krążą różne teorie dlaczego tak się stało. ,,W tamtym czasie pojawił się nowy prezes klubu, który nie dogadywał się z zawodnikami. Nie wnikam czy miał podstawy ale z pewnością popsuło to atmosferę w szatni. Straciliśmy niepodważalny atut, czyli jedność i koncentracje na wspólnym celu”- opowiada pan Józef. Potem Odra zaczęła dołować, odchodzili z niej ważni piłkarze jak Kwaśniewski, Wójcicki i Młynarczyk. Ostatecznie Odra spadła do drugiej ligi w czerwcu 1981. ,,Chciałem zostać i pomóc w trudnym momencie. Z takim nastawieniem wybierałem się z żoną na urlop do Bułgarii i wtedy na Okęciu pojawił się trener Wojciech Łazarek”- snuje Adamiec. Spotkanie nie było przypadkowe. Łazarek specjalnie pofatygował się na lotnisko by zachęcić Adamca do zmiany klubu. Wtedy już pracował w Lechu Poznań. ,,Jak kiedyś Piechniczek w sprawie Odry, tak wówczas Łazarek umiał mnie przekonać że najlepiej będzie mi w Kolejorzu. Kiedy wróciliśmy z wczasów, wszystkie nasze meble z Opola były już przewiezione do nowego mieszkania w Poznaniu. Pierwszy sezon w Lechu nie był specjalnie udany, trochę się męczyłem. Miałem słaby rok, najpierw siedziałem na ławce a potem Łazarek wystawiał mnie jako defensywnego pomocnika. Wreszcie powiedziałem mu że chce grać na swojej pozycji. Trener wysłuchał moich argumentów i zrobił roszadę: ja na stoperze a Józek Szewczyk do pomocy i w końcu wszystko zaskoczyło”- wspomina piłkarz.

W 1983 r. Lech zdobył mistrzostwo kraju. Wiosnę Adamiec miał znakomitą. W meczu z Legią(1:0) na 4 kolejki przed końcem sezonu strzelił zwycięskiego gola w ostatnich sekundach meczu. Wcześniej tej samej wiosny Lech wygrał z wielkim Widzewem 3:1 a Adamiec strzelił dawnemu koledze Młynarczykowi dwa gole, oba po pięknych akcjach a jeszcze trzeciego wypracował. Do przerwy było 0:0, do gry wszedł dopiero w drugiej połowie z wyjątkowo ofensywnymi zadaniami i zagrał jedno z najlepszych spotkań w karierze. W następnym sezonie znowu było mistrzostwo i jeszcze Puchar Polski na dokładkę. ,,Gdybym od razu złapał wysoką forme w Lechu, zakład że byłbym w kadrze na mundial w Hiszpanii bo Piechniczek miał mnie na oku. W ekipie na mistrzostwa świata w Meksyku też mógłbym być. Wtedy jednak mieszkałem już w RFN. Żyli tam moi teściowie, zatem nie było problemu z legalnymi przenosinami, tyle że kariera piłkarska mi się popsuła. Straciłem dużo czasu na przymusowym zawieszeniu bo nie miałem zgody na zmianę klubu. Dwa tygodnie trenowałem z Borussią Dortmund. Pasowałem im ale nie było pozwolenia z Polski na moje przejście. Tak więc dyskwalifikacja i praktycznie koniec poważnej kariery”- opowiada nasz bohater, który miał wtedy 31 lat. Liczył się z takim scenariuszem a mimo to nie chciał już grać w Lechu. Wszystko z powodu jednego meczu z ŁKS przegranego 1:2. Kibice nie wierzyli że była to porażka po sportowej walce, tylko z premedytacją odpuszczony mecz, właśnie z inicjatywy Adamca. Posądzenie zapiekło go do żywego. ,, Po spotkaniu coś takiego zasugerował piłkarz ŁKS. Tak sobie ktoś rzucił że mecz został sprzedany i afera gotowa. Nie obronisz się przy takich plotkach i emocjach. No to ja po tylu latach przysięgam wam na wszystkie świętości że ani tego, ani żadnego innego meczu nie sprzedałem! Nie mógłbym Kolejorzowi zrobić takiego świństwa! Jak ktoś w ogóle mógł tak pomyśleć?! Owszem popełniłem prosty błąd przy straconym golu ale przecież takie historie się zdarzają. Ciągle żałuje że wyszedłem wtedy na boisko bo miałem kontuzje kolana. Chciałem pomóc i poprosiłem o zastrzyk znieczulający. Ryzykowałem zdrowie a ramach podziękowania oskarżono mnie o sprzedaż meczu… Mocno mnie to zabolało bo było strasznie niesprawiedliwe. To był wielki cios. Nie chciałem już grać w Lechu”- opisywał mocno poruszony pan Józef. Gdy Adamiec mieszkał już w Niemczech, odwiedzili go działacze Lecha przy okazji meczu Kolejorza z Borussią Mönchengladbach w Pucharze UEFA. ,,Dopiero wtedy wszystko sobie wyjaśniliśmy a prezes Nowak nawet prosił mnie żebym wrócił do Poznania i znowu grał w Lechu. Ja już nie chciałem. Na Bułgarską przyjechałem jedynie na pożegnanie Mirka Okońskiego. Było całkiem sympatycznie ale to tylko jedna wizyta. Kończyłem grać w Wormatii Worms. Miałem kłopoty zdrowotne, dosyć poważnie zachorowałem ale lekarze wyciągnęli mnie z tego i znów byłem zdrów jak ryba. Tęsknie za Polską, często odwiedzam moje rodzinne strony pod Opolem bo tam też mam dom. No i o Odrze zawsze pamiętam. Jakże mógłbym zapomnieć o tylu wspaniałych ludziach”- kończy swoją historie Józef Adamiec.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Visca_barca

11

Duma Katalonii triumfuje w europejskich pucharach:

10 maja 1989 r. FC Barcelona pokonuje w finale Sampdorie Genua 2:0 i trzeci raz w historii zdobywa Puchar Zdobywców Pucharów. To był pierwszy sezon Johana Cruijffa w roli szkoleniowca Barçy. Droga do finału wiodła przez 4 dwumecze, w tym między innymi pamiętną rywalizacje z Lechem Poznań. Ostatecznie podopieczni Cruijffa zagrali w finale rozgrywanym na Wandorskfstadion w Bernie – tym samym stadionie, na którym Blaugrana przegrała finał Pucharu Europy w 1961 r. i w tych samych koszulkach, w których jej zawodnicy wystąpili w nieszczęsnym finale w Sevilli w 1986 r. Obydwa zwycięskie gole z Sampdorią strzelili Baskowie: Julio Salinas już w 3 minucie i Lopez Rekarte z podania Solera(dwaj ostatni weszli z ławki rezerwowych) kwadrans przed końcem spotkania. Po powrocie do Barcelony piłkarze dwoma autokarami, w eskorcie zmotoryzowanych kibiców, udali się do ratusza a następnie na Camp Nou, gdzie oczekiwało na nich 15 tysięcy widzów.

Przeżyjmy to jeszcze raz:





@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

8

Kolejny puchar do kolekcji:

10 maja 1925 r. FC Barcelona zdobyła piąty w swojej historii Puchar Króla, pokonując w finale Arenas Club de Getxo 2:0 na Estadio Reina Victoria w Sevilli. Gole dla Barçy zdobyli Josep Samitier oraz Agustin Sancho. Historyczny skład Blaugrany:

FC Barcelona: Platko, Planas, Walter, Torralba, Sancho, Carulla, Piera, Arnau, Samitier, Alcantara, Sagi-Barba.


@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Culer9002

0

@DonCarletto Owszem powojenny, ale z zasadniczą różnicą. Otóż przed wojną był tylko jeden międzynarodowy turniej klubowy a mianowicie Mitropa Cup, jednak uczestniczyły w nim tylko i wyłącznie ekipy z Europy środkowo wschodniej, więc nie można tego brać pod uwage. Tak więc niejako jest to rekord wszechczasów...

5

A więc jednak, zrobili to! Niewiarygodne(!) ale ,,Aptekarze" pobili rekord wszechczasów należący do Benfiki(48 meczów bez porażki). Na koncie mają już 49 meczów bez porażki a przecież mogą ten rekord jeszcze wyśrubować. W dzisiejszych czasach(bardzo długich meczach i częstotliwości meczów) to jest wynik niebotyczny!

11

Żywe legendy niemieckiego futbolu:

9 maja 1945 r. urodził się Jupp Heynckes, były napastnik. W 2013 roku został wyróżniony jako Ehrenpreisträger (Odbiorca Honorowej Nagrody) w ramach obchodów 50-lecia Bundesligi. Jest również pierwszym niemieckim trenerem, który z Bayernem Monachium zdobył potrójną koronę: w Bundeslidze, DFB-Pokal i Lidze Mistrzów UEFA. Trofeum elitarnego klubu Europy zostało zapewnione dzięki zwycięstwu 2:1 nad Borussią Dortmund w finale Ligi Mistrzów na londyńskim stadionie Wembley. Jupp Heynckes wygrał już Ligę Mistrzów UEFA z Realem Madryt w 1998 roku. Był także zwycięzcą Bundesligi z Bayernem Monachium w 1989, 1990 i 2018 roku. Jupp Heynckes rozpoczął karierę piłkarską i trenerską w Borussii Mönchengladbach w swoim rodzinnym mieście, gdzie urodził się jako dziewiąte z dziesięciorga dzieci. Trenował także Athletic Bilbao, Eintracht Frankfurt, CD Tenerife, Benfikę, FC Schalke 04 i Bayer 04 Leverkusen. Po obu stronach trzyletniej kariery w Hannover 96, grał jako zawodowiec w Mönchengladbach od 1962 do 1967 i od 1970 do 1978. Poprowadził „Źrebięta” do czterech tytułów Bundesligi (1971, 1975, 1976, 1977), DFB-Pokal w 1973 i Puchar UEFA w 1975. Jupp Heynckes zagrał w 369 meczach Bundesligi (strzelając 220 goli) i był królem strzelców w 1974 i 1975. Z reprezentacją Niemiec, dla której rozegrał 39 występów (strzelając 14 goli ), Jupp Heynckes zdobył mistrzostwo Europy w 1972 roku i Puchar Świata w 1974 roku.


@Visca_barca
@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

10

Anglia z Argentyną spotkały się po raz pierwszy w dziejach futbolu:

9 maja 1951 r. w ramach ,,Festival of Britain” zaproszono ,,Albicelestes” do Anglii na mecz towarzyski, który był pierwszym w historii oficjalnym pojedynkiem obu reprezentacji. Przegląd prasy brytyjskiej z tamtego czasu pokazuje wprawdzie że do meczu z Argentyną nie przywiązywano wielkiej wagi, traktując go po prostu jako jeszcze jeden mały krok na drodze do normalizacji po drugiej wojnie światowej ale w oczach Argentyńczyków rzecz miała się kompletnie inaczej. Chodziło o uregulowanie kwestii quasi-kolonialnych i to w najlepszy możliwy sposób- za pomocą futbolu. Zdaniem ,,El Grafico” ,,Argentyna czekała na to 50 lat”. Gazety w Buenos Aires rozpoczęły obsługę pierwszego meczu z Anglią na wiele tygodni przed datą jego rozegrania a ich szpalty wypełniały szeregi wykresów i diagramów, wraz z gruntownymi analizami sesji treningowych a nawet tego, co piłkarze jedzą? Była w tym, jak podkreślało ,,El Grafico”, przemożna potrzeba zwycięstwa nad ,,tymi, którzy uważali się za ojców i mistrzów naszego futbolu; tymi, którzy przybyli na naszą ziemie by pokazać że w piłke nożną można grać tylko na ich modłę”. Zauważmy na marginesie że ten bardzo dziwny fragment więcej mówi o argentyńskiej niepewności niż o angielskiej arogancji. Pomysł że Anglia tyranizowała jakiś naród a w szczególności Argentyne, dlatego że nauczyła jego przedstawicieli grać w piłke, brzmi absurdalnie. Rzecz przecież w tym że Anglia nauczyła grać w piłke po prostu wszystkich. Uwyraźniona tu postawa i frazeologia przypominają raczej dyskurs ,,El Grafico” z lat 20-tych a więc z czasów, gdy tworzyła się tożsamość argentyńskiego futbolu, a co za tym szło, tożsamość Argentyny w opozycji do wszystkiego co brytyjskie. Zapowiedź przedmeczowa w ,,La Nacion” skupiała się z kolei na kontraście między dwiema kulturami. W trakcie meczu, jak pisano, zobaczymy ,,dwa kompletnie różne style gry: długie podania, ścisłe krycie i kontrataki, które charakteryzują brytyjski futbol, oraz doskonały drybling i szybkość Argentyńczyków”. Kilku Argentyńskich piłkarzy niepokoiło się spodziewaną konfrontacją z siłowym stylem gry Anglików a bramkarz Miguel Angel Rugilo zdecydował że będzie raczej piąstkował piłke, zamiast ją łapać, w obawie przed łokciami angielskich napastników. Z pewnością Argentyna nie przystępowała do meczu z kompleksem niższości, przynajmniej jeśli chodzi o technikę zawodników ale zarówno w jej piłkarzach, jak w obsługujących spotkanie dziennikarzach było coś z zafascynowanych innym światem turystów. Reprezentanci Argentyny kupowali ubrania, odkurzacze i lodówki żeby zawieźć je do kraju a rezerwowy wówczas Santiago Vernazza, napastnik River Plate nie krył zdumienia tym, jak bardzo zielona może być trawa na Wembley w porównaniu z pylastymi boiskami w ojczyźnie.

Anglicy rozpoczęli mecz o wiele lepiej od Argentyńczyków. Najpierw Jackie Milburn zmusił Rugilo do dobrej interwencji, później piłka po główce Stana Mortensena poszybowała tuż nad poprzeczką aż w końcu w 18 minucie gospodarze wykonywali rzut rożny. Tym razem Rugilo ani nie łapał, ani nie piąstkował tylko zwyczajnie minął się z piłką. Miał jednak szczęście gdyż przy dalszym słupku futbolówka została wybita i trafiła do Labruny, który wyminął Alfa Ramseya i zagrał ją do przodu. Ruben Bravo nie dość że piętą, to jeszcze z woleja odegrał ją znów do Labruny, ten zaś wyminął bramkarza Anglików Williamsa i zacentrował wzdłuż bramki do Mario Boye, który trafił głową do siatki. Później Boye opisywał ten moment jako najwspanialszy w życiu ale tuż po strzeleniu gola wydawało się że oszalał albo nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało. ,,Rozpalony emocjami wracał pędem na środek boiska, sprawiając wrażenie kogoś, kto właśnie zawojował świat, tańcząc i skacząc z dzikiej radości”- pisał Geoffrey Green w ,,Timesie”. Stopniowo jednak goście zostali zepchnięci do głębokiej defensywy. Wąsaty Rugilo ubrany w zdumiewająco krótkie spodenki, stawał się bohaterem meczu, nie tylko efektownie broniąc ale i grając pod publiczkę(kołysał się na poprzeczce, gdy strzał Anglików przelatywał ponad bramką i wymachiwał rękami gdy złapał piłke). Milburn dwukrotnie trafił w słupek aż w końcu, 11 minut przed końcem Anglicy wyrównali po swoim 14-tym rzucie rożnym w tym meczu. Nikt z Argentyńczyków nie zablokował Harolda Hassala, gdy ten doszedł do wrzutki Toma Finneya na 11 metrze, ani Mortensena, który wyrósł nagle przy dalszym słupku by wepchnąć piłke do bramki. Rugilo, co zrozumiałe, wzruszył tylko ramionami. Przewaga Anglików w powietrzu, której Argentyńczycy tak się obawiali, dała się kolejny raz we znaki 7 minut później. Tym razem Ramsey wykonywał rzut wolny po prawej stronie boiska. Mortensen zagrał piłke głową wzdłuż bramki a nie pilnowany Milburn wbił ją do siatki. Teraz Rugilo był już załamany. Wynik końcowy zadowolił jednak obie strony a schodzący z boiska piłkarze nie kryli wzajemnego szacunku. Anglicy wciąż pozostawali niepokonani na Wembley i choć przegrywali do 79 minuty mogli mówić że zdominowali rywali. Argentyńczycy wracali do kraju z honorem i świadomością że do wygranej brakowało 11 minut…



@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca

0

@KrychaFCB Nie moge na to patrzeć! I tak mam stwierdzone duże nadciśnienie, więc nie zamierzam ryzykować udaru...

0

@FcPortoFan1999 Sam tego nie potrafie wytłumaczyć?

0

@FcPortoFan1999 No coż, psychika zwłaszcza w piłce nożnej nie zna granic i jest nie wytłumaczalna...

10

Kalendarium Katalońskiej Dumy:

9 maja 2018 r. FC Barcelona wysoko wygrywa na Camp Nou z Villareal CF 5:1 w 34-tej(zaległej) kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelali: Dembele(2), Coutinho, Paulinho oraz Messi. Tym samym Blaugrana umocniła się z 14 punktami przewagi nad drugim w tabeli Atletico a 25-te w historii mistrzostwo Hiszpanii zapewniła sobie już 2 kolejki wcześniej.


@Visca_barca
@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Mixtape Akurat wczoraj w 99% zadecydował prezent Neuera a wowczas prześieradła poczuły krew i poszło. Dałbym sobie co najmniej paznokcia uciąć że gdyby nie babol Neuera to Bayern by przeszedł...

11

Premierowe El Clasico w La Liga:

9 maja 1929 r. FC Barcelona pokonuje na Estadio Chamartin Real Madrid 0:1 w 11-tej kolejce Primera Division. Jedynego gola zdobywa w 83 minucie znakomity Kataloński napastnik Jose Sastre Perciba. To było pierwsze zwycięstwo nad ,,Królewskimi” w pierwszym historycznym sezonie Primera Division. Oczywiście w tym pierwszym sezonie triumfuje Duma Katalonii z przewagą 2 punktów przed Realem Madrid oraz 5 przed Athletic Bilbao i Realem Sociedad. Oto historyczne składy:

Real Madrid: Cabo, Quesada, Urquizu, J.M.Pena, Prats, Esparza, L.Pena, Lazcano, Lozano, Rubio, Morera.

FC Barcelona: Platko, Walter, Saura, Samitier, Guzman, Castillo, Piera, Sastre, Arocha, A. Garcia, Parera.


@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Visca_barca

9

Ameryka odkryta na nowo:

Dla Pedra Arispe słowo ojczyzna znaczyło tyle co nic. Ojczyzna była miejscem, w którym się urodził (Co nie miało znaczenie, gdyż przecież nikt z nim tego nie konsultował) i gdzie wypruwał sobie żyły w przetwórni mięsa. Było mu wszystko jedno u kogo pracował ale kiedy reprezentacja Urugwaju wygrała Igrzyska Olimpijskie we Francji w 1924 roku, Arispe był jednym ze zwycięskich piłkarzy. Kiedy tak patrzył jak urugwajska flaga ze słońcem i czterema błękitnymi pasami sunęła w górę pośrodku innych flag Arispe czuł że miękną mu nogi. Cztery lata później Urugwaj zwyciężył na olimpiadzie w Holandii. ,, Nie jesteśmy już tylko małym punkcikiem na mapie"- skomentował tę wygraną prezes urugwajskiego związku piłkarskiego Atilio Narancio, który w 1924 roku zastawił swój dom aby opłacić reprezentantom podróż. Błękitna koszulka była niepodważalnym dowodem na istnienie Urugwaju wydobytego z cienia powszechnej anonimowości. Autorami sukcesu z 1924 i 1928 roku byli robotnicy i lekkoduchy, dla których kopanie piłki było czystą przyjemnością. Pedro Arispe był robotnikiem w przetwórni mięsa. Jose Nassazi cią marmurowe bloki. Perucho Petrone prowadził warzywniak, Pedro Cea roznosił lód, Jose Leandro Andradye był grywającym w karnawale muzykiem i pucybutem. Wszyscy mieli po 20 albo trochę więcej lat ale na zdjęciach wyglądają dużo starzej. Siniaki po kopnięciach rywali leczyli wodą i solą, okładami z octu i kilkoma kieliszkami wina. W 1924 roku przypłynęli do Hiszpanii trzecią klasą a na miejscu podróżowali za pożyczone pieniądze wagonami klasy drugiej, śpiąc na drewnianych ławkach i rozgrywając kolejne mecze w zamian za dach nad głową i jedzenie. W drodze na olimpiadę w Paryżu rozegrali w Hiszpanii 9 meczów i ze wszystkich potyczek wyszli zwycięsko. Wtedy po raz pierwszy drużyna z Ameryki Południowej grała w Europie w Paryżu Urugwaj zmierzył się najpierw z Jugosławią. Ta wysłała swoich szpiegów na treningu Urugwajczyków. Zawodnicy jednak szybko przejrzeli podstęp i z radością kopali w boisko zamiast w piłkę, wystrzeliwali ją w słońce i zderzali się jeden z drugim kropkę szpiedzy donosili: ,, ci biedni chłopcy, którzy przyjechali z tak daleka budzą litość..." Na pierwszy mecz przyszło niespełna 2000 widzów. Flagę Urugwaju zawieszono do góry nogami i tak wciągnięto na maszt, zamiast hymnu puszczano jakiś brazylijski marsz ale tamtego popołudnia Urugwaj pokonał Jugosławię 7:0 i wtedy stało się coś co można by nazwać ponownym odkryciem Ameryki. Przed każdym następnym meczem kibice dopuszczali się rękoczynów, byle tylko móc zobaczyć w akcji nieuchwytnych jak wiewiórki futbolistów, grających w piłkarskie szachy. Angielska szkoła preferowała długie, Górne podanie ale ci nie znani synowie poczęci w dalekiej Ameryce nie zamierzali słuchać się ojca.

Woleli futbolu oparty na krótkich podaniach, częstym kontakcie z piłką, z piorunującymi zmianami rytmu i z wodami wykonanymi w pełnym biegu. ,, Cóż za rewelacja, to jest prawdziwe piłka nożna. To co znaliśmy i uprawialiśmy do tej pory było tylko zwykłą szkolną rozrywką"- zachwycał się arystokrata i pisarz Henri de Montherlant. Sukcesy urugwajskich jedenastek najpierw na olimpiadach w 1924 i 1928 a później w Mistrzostwach Świata w 1930 i 1950 r. nie byłyby możliwe bez oficjalnej polityki ówczesnych władz, które krzewiły kulturę fizyczną i budowały w całym kraju stadiony sportowe. Mijały lata i po tamtym państwie, który miał misję społeczną pozostały tylko wspomnienia. Podobnie jak po tamtych drużynach. Niektórzy zawodnicy jak Enzo Francescoli odziedziczyli i potrafili udoskonalić starą szkołę ale ogólnie rzecz biorąc urugwajska piłka nie jest już tym, czym była kiedyś. Coraz mniej dzieci gra w piłkę, coraz mniej dorosłych potrafi kopać się z wdziękiem. Mimo to nie ma Urugwajczyka, który nie uważałby się za profesora futbolowej taktyki i strategii oraz erudytę, jeśli chodzi o historię piłki nożnej. Piłkarska pasja Urugwajczyków pochodzi właśnie z tamtych czasów a jej korzenie widoczne są nawet dziś. Gdy gra Reprezentacja nieważne z kim, kraj wstrzymuje oddech politycy, śpiewacy i szarlatani z wesołych miasteczek nabierają wody w usta, kochankowie przestają się kochać a muchy latać...


@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Visca_barca

0

@Culer9002 Chodzi o Sergi Roberto? bo ja tej chińszczyzny nie panimaju

7

Ajax był bardzo bliski wymarzonego finału:

Przystępując do rywalizacji z Tottenhamem, Ajax wiedział że za rok nie będzie miał szans na finał, gdyż Frenkie De Jong był już de facto piłkarzem FC Barcelony a po innych też ustawiały się kolejki. Postawa zespołu na stadionie w Londynie świadczyła że zawodnicy rozumieją powage sytuacji, zagrali bowiem właśnie niezwykle odpowiedzialnie. Mogli wygrać wyżej niż 1:0 bo objąwszy prowadzenie groźnie kontratakowali a jeden z tych wypadów zakończył się słupkiem. Z kolei Tottenham kilka razy przechytrzył rywala przy stałych fragmentach, co wszakże nie skończyło się golem ale dawało nadzieje na gole w rewanżu(8 maja 2019). Trzy dni przed nim ekipa ten Haga grała finał Pucharu Holandii. Zwycięstwo 4:0 nad Willemem nie mogło podnieść i tak wysokiego morale, na pewno natomiast zmęczyło zawodników. W pierwszej połowie starcia z Tottenhamem byli jeszcze świetni jak tydzień wcześniej. Za to w drugiej całkiem opadli z sił. W defensywie grali równie źle jak Barça na Anfield ale i tak byli o sekundy od finału, którego pozbawił ich autor hattricka Lucas Moura, tak jak Origi rozgrywający najlepszy mecz w karierze. Odniesione w dramatycznych okolicznościach zwycięstwo 3:2 w Amsterdamie oznaczało że ,,Koguty” zameldowały się w finale Champions Lig.



@Visca_barca
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

11

Wybitne legendy futbolu:

8 maja 1960 r. urodził się włoski obrońca Franco Baresi, mistrz Świata z 1982 r., Zdobywca Pucharu Mistrzów i Ligi Mistrzów-1989, 1990,1994 (AC Milan), Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1989 i 1990 (AC Milan), Zdobywca Superpucharu Europy-1989, 1990, 1994 (AC Milan), 6-krotny Mistrz Włoch, oraz 4-krotny Zdobywca Superpucharu Włoch. W wieku 14 lat wstąpił do szkółki Milanu, w drużynie seniorów zadebiutował 4 lata później 23 kwietnia 1978 roku w meczu z Veroną. Nigdy nie był silny fizycznie jak wielu środkowych obrońców, nie imponował szybkością, ale zawsze przez cały mecz zachowywał koncentrację, nie pozwalając by coś go rozproszyło. Miał też zdolność "czytania gry", umiejętność ustawienia się na boisku, dlatego też jego ulubioną pozycją był libero, skąd widział wszystko co działo się na polu gry. Właśnie "brak budowy typowej dla obrońcy" spowodował, że w lokalnym rywalu Interze nie poznali się na jego talencie, przez co nie trafił do tego klubu jak jego brat Giuseppe.W sezonie swojego debiutu wywalczył z Milanem scudetto i jak się miało okazać był to na dłuższy czas jedyny sukces Włocha. Przeżył on w Rossonerich dwie dekady: najczarniejszą i najpiękniejszą. Właśnie zaczynała się ta pierwsza. W roku 1980 wybuchnął skandal z ustawianiem meczów. Zamieszany był w to m.in. prezydent Rossonerich i kilku graczy. Wśród nich nie znalazł się Franco. Milan został karnie zdegradowany do Serie B. Już w następnym sezonie wrócił na najwyższy szczebel, ale ponownie spadł. Mimo to Baresi nie opuścił Mediolanu. Jego dobra gra zaowocowała mianowaniem go na kapitana drużyny, którą pełnił przez następne 14 lat. W Serie B rozegrał 61 spotkań (4 gole).Tego samego roku (1982) pojechał na Mistrzostwa Świata, ale był tam tylko rezerwowym i nie zagrał ani minuty. Trener reprezentacji Włoch Bearzot stawiał na innych a do takiej roli Baresi był nieprzyzwyczajony. Dlatego też oświadczył, że dopóki nie zmieni się trener, on w reprezentacji nie zagra; słowa dotrzymał. Kosztowało go to absencję również na MŚ 86. Mimo tego rok 1986 był dla Baresiego szczególny. W tym to roku prezydentem Milanu został Silvio Berlusconi, potentat medialny, który zainwestował w klub wielkie pieniądze. I tak dla Rossonerich i Baresiego rozpoczął się najwspanialszy okres w historii klubu. Obrona z Tassotim, Costacurtą, Maldinim i naszym głównym bohaterem stała się jedną z najlepszych, jeżeli nie najlepszą defensywą w dziejach piłki nożnej. W czasie tej dekady Milan zdobył wszystko co było do zdobycia. Z reprezentacją nie wiodło mu się tak jak na arenie klubowej. Najbliżej wielkiego sukcesu był na ostatnich dla niego MŚ 94, gdzie to w finale Włochy uległy Brazylii w rzutach karnych. To właśnie przestrzelone karne najpierw Franco a później Roberto Baggio zadecydowały o porażce. Zajął też 3 miejsce na MŚ 90. Łącznie w reprezentacji rozegrał 81 meczów, z czego 10 na MŚ, strzelił jednego gola. Franco, jako obrońca, nie strzelał zbyt wielu goli, ale może pochwalić się niezwykłym wyczynem. W sezonie 1989/90 podczas meczu z Messiną w rozgrywkach o Coppa Italia Baresi zanotował hat-trick! Wprawdzie wszystkie trzy gole strzelił z rzutów karnych, ale to rzadki wyczyn - zwłaszcza dla defensora. W swej karierze rozegrał 470 spotkań w Serie A i zdobył 12 goli. Poza tym zanotował 61 spotkań w Serie B (4 gole), 97 w Pucharze Włoch, 69 w rozgrywkach o Europejskie Puchary, 5 w SuperPucharze Włoch, 6 w SuperPucharze Europy, 4 w Pucharze Interkontynentalnym, 1 baraż o miejsce w Pucharze UEFA i 3 spotkania w Mitropa Cup. Łącznie rozegrał 719 oficjalnych spotkań w barwach Milanu. Baresi zakończył karierę w 1997 roku. Na jego pożegnalny mecz przyszło ponad 50.000 tys. widzów, a transmisje przeprowadził między innymi Eurosport. W uznaniu zasług Silvio Berlusconi wręczył Beresiemu złotą piłkę oraz ogłosił, iż nikt więcej w Milanie nie założy koszulki z numerem 6. Przy okazji obchodów stulecia Milanu został wybrany najlepszych zawodnikiem w historii klubu. W sezonie 2002/03 rozpoczął samodzielną pracę trenerską jako opiekun Primavery Milanu.



@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Sysia11
@Visca_barca

9

Żywe legendy brazylijskiego futbolu:

8 maja 1966 r. urodził się Claudio Taffarel, brazylijski piłkarz, który grał jako bramkarz i jest trenerem bramkarzy reprezentacji Brazylii i Galatasaray. Podczas 18-letniej kariery grał zawodowo w pięciu klubach, w tym w Parmie, Atlético Mineiro i Galatasaray. Zdobywca ponad 100 występów w reprezentacji Brazylii, pomógł drużynie narodowej wygrać mistrzostwa świata w 1994 roku, występując także w innych ośmiu głównych międzynarodowych turniejach w ciągu jednej pełnej dekady, przede wszystkim pomagając Brazylii zająć drugie miejsce w mistrzostwach świata w 1998 roku. Urodzony w Santa Rosa, Rio Grande do Sul, Taffarel rozpoczął karierę grając w Sport Club Internacional, ale pojawił się tylko w 14 meczach Série A podczas swojego pięcioletniego okresu, otrzymując jednak nagrodę Złotej Piłki za sezon 1988. W 1990 roku wyjechał za granicę i dołączył do Parmy AC we Włoszech, świeżo awansowanej do Serie A po raz pierwszy w jej historii; wystąpił we wszystkich 34 meczach ligowych w następnej kampanii, kiedy drużyna Emilii-Romanii zajęła szóste miejsce i zakwalifikowała się do Pucharu UEFA. W 1993 roku Taffarel, obecnie tylko rezerwowy w Parmie, podpisał kontrakt z innym zespołem Serie A, AC Reggiana 1919, gdzie był pierwszym wyborem w niewielkiej ucieczce przed spadkiem. Następnie wrócił do ojczyzny i przez trzy lata grał w Clube Atlético Mineiro. W wieku 32 lat Taffarel wrócił do Europy i dołączył do Galatasaray SK, zdobywając sześć głównych trofeów podczas swojej trzyletniej kariery, w szczególności dwa tytuły Süper Lig i Puchar UEFA 1999-2000 , pokonując Arsenal 4: 1 w rzutach karnych, gdzie został wybrany Zawodnik meczu (0-0 po 120 minutach); Karierę zakończył w wieku 37 lat w byłym klubie Parma, po półtora sezonu jako drugi wybór i po odrzuceniu oferty Empoli FC: zepsuł mu się samochód, gdy miał podpisać kontrakt, który później opisał jako „znak Boga”. W 2004 roku Taffarel ponownie dołączył do Galatasaray jako trener bramkarzy - pod wodzą byłego kolegi z drużyny Gheorghe Hagi - wracając do klubu na sezon 2011-12, ponownie z Fatihem Terimem jako menadżerem. Taffarel zadebiutował w reprezentacji Brazylii 7 lipca 1988 r. W Złotym Pucharze Dwustulecia Australii , grając we wszystkich czterech meczach i tracąc dwa gole, gdy jego drużyna wygrała turniej. Był także w bramce przyszłorocznego Copa América , który Brazylia również wygrała (w swojej dziesięcioletniej karierze wystąpił w pięciu edycjach tego ostatniego turnieju). Taffarel był starterem dla narodu podczas Mistrzostw Świata FIFA 1994 w Stanach Zjednoczonych, pozwalając tylko na jednego gola w pierwszej rundzie i dwa w fazie pucharowej, z wyłączeniem dwóch rzutów karnych w finale. Cztery lata później we Francji pomógł drużynie narodowej zająć drugie miejsce, w szczególności oszczędzając dwa rzuty karne w wygranym 4: 2 rzutach karnych z Holandią w półfinale.

Taffarel zagrał 101 razy z ,,Seleção” . Po przejściu na emeryturę w 2003 roku trener Carlos Alberto Parreira zaproponował zorganizowanie pożegnalnego meczu, ale zawodnik odmówił, stwierdzając, że nie jest zainteresowany takimi fanfarami; wrócił do gry u boku Romário pod koniec 2004 roku przeciwko Meksykowi, aby upamiętnić zwycięstwo w Mistrzostwach Świata w 1994 roku w Los Angeles Memorial Coliseum. Uważany za jednego z największych brazylijskich bramkarzy wszechczasów, Taffarel był znany jako racjonalny, konsekwentny i skuteczny bramkarz, z dobrą podstawową techniką bramkarza, który preferował raczej skuteczny niż spektakularny styl gry. Jego głównymi atrybutami były refleks, wyczucie pozycji i opanowanie w bramce, a także umiejętności zatrzymywania kar; ponadto był znany z tego, że był szybki, gdy schodził z linii, a także był wysoko ceniony za umiejętności z piłką u jego stóp. Jednak ze względu na niski wzrost czasami miał problemy z obsługą krzyży. Taffarel i jego były kolega z drużyny Atlético Mineiro, Paulo Roberto, założyli agencję graczy, skupiającą się głównie na obiecującej młodzieży. Podczas mistrzostw świata w 1998 roku, kiedy reprezentacja Brazylii trenowała na stadionie Trois-Sapins w Ozoir-la-Ferrière, na przedmieściach na południowy wschód od Paryża, burmistrz miasta zaproponował zmianę nazwy stadionu na jego imię. Obecnie pracuje jako trener bramkarzy w Galatasaray i reprezentacji Brazylii.


@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Rl9k1nG No jasne że to by bylo coś wspaniałego. Obawiam się tylko że ,,Prześcieradła" finały wygrywają a Borussia tylko rozgrywa a do tego jednak Borussia ma gorszą jakość kadry od ,,Królewskich"...

5

Wprawdzie Borussia Dortmund miała wczoraj mnóstwo szczęścia(ponoć lepszym sprzyja szczęście), to jednak wolą walki i charakterem odprawiła z kwitkiem PSG i to bez straty gola! Bravissimo ,,Die Borussen"! Dziękuje czarnożółtym za to że w jakimś stopniu pomścili ,,moją Barcunie". Paradoksalnie do pełni szczęścia brakuje mi tylko awansu bardzo nielubianego przezemnie Bayernu Monachium. Ewentualne zwycięstwo ,,Królewskich" w Lidze Mistrzów(każde zwycięstwo) będzie dla mnie najsmutniejszym dniem w życiu...

22

Feliz cumpleaños Lucho!

Swoje 54 urodziny obchodzi dzisiaj Luis Enrique, ofensywny pomocnik, który swoją karierę zaczynał w Sportingu Gijon i z którego trafił do Realu Madryt. Na Santiago Bernabeu spędził 5 lat, lecz skłócony z zarządem zdecydował się na odejście do… FC Barcelony! Już w grudniu 1995 nastąpiły pierwsze kontakty Lucho z zarządem Blaugrany a 3 miesiące później przeszedł w tajemnicy testy medyczne w Madrycie. Luis rozbił aparat fotograficzny dziennikarza, który próbował mu zrobić zdjęcie w szpitalu i oświadczył że przechodził jedynie badania przed podpisaniem umowy ubezpieczeniowej. Oficjalne porozumienie nastąpiło dopiero 27 maja. Kibice Barçy początkowo byli sceptycznie nastawieni do jego osoby, jednakże w ciągu ośmiu sezonów stał się ulubieńcem cules a dzięki swojej charyzmie i waleczności został kapitanem drużyny. W 2004 r. zdecydował się na zakończenie kariery. Do klubu wrócił w 2008 r. obejmując stanowisko FC Barcelony B, z którą awansował do drugiej ligi hiszpańskiej. W 2011 r. został trenerem AS Romy, lecz po jednym sezonie podziękowano mu za współprace. Po roku przerwy trafił na ławke trenerską Celty Vigo, którą prowadził przez jeden sezon. Dalsze losy Lucho znamy chyba wszyscy?



@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Visca_barca

5

@FCBparasiempre
Dla zainteresowanych historią kibiców Derby County Ben Warren jest prawdziwą legendą. Choć od jego śmierci minęło już ponad 100 lat, to trudno przejść obojętnie obok jego tragicznej historii. Odszedł w wieku zaledwie 37 lat. Benjamin Warren urodził się 7 maja 1879 w Newhall. Ta mała podmiejska osada położna jest w pobliżu miasteczka Swadlincote w dystrykcie South Derbyshire w Anglii. Dzisiaj osada liczy niespełna 800 mieszkańców. 140 lat temu było ich z pewnością jeszcze mniej. W osadzie znajduje się Kościół Św. Jana i to właśnie w nim mały Ben został ochrzczony 4 kwietnia 1880 roku. Spisy ludności z tamtego okresu pozwalają znaleźć sporo informacji na temat rodziny Warrenów. Według takiego spisu z 1881 roku Benjamin jest trzecim z czwórki dzieci Josepha Henry’ego i Emily Sarah (z domu Staley). Jego ojciec jest kotlarzem. Mieszkają na Thorn Tree Lane w Newhall. Ze spisu przeprowadzonego 10 lat później dowiadujemy się, że Ben ma jeszcze czworo młodszego rodzeństwa. Państwo Warrenowie mają wówczas ósemkę dzieci. Kolejnych 10 lat później Joseph i Henry mają już 12 dzieci i mieszkają pod nowym adresem, przy Union Road 201 w Newhall. Młody Ben pracuje wówczas, podobnie jak jego ojciec, jako kotlarz. Ślub Benjamina z jego daleką kuzynką Minnie Staley odbył się 21 października 1902 roku w kościele Emmanuela w Swadlincote (ślub został zarejestrowany w Burton-upon-Trent, grudzień 1902). W tym czasie Ben już od czterech lat był piłkarzem pierwszej drużyny Derby County. Wcześniej grał w juniorskich zespołach w Swadlincote i Newhall, a następnie w już w „dorosłych” drużynach Newhall Town FC i Newhall Swifts FC. Działacze Derby County udali się do Newhall w maju 1898 roku, aby pozyskać zdolnego lewego obrońcę. Z czasem Warren zaczął grać na prawej stronie defensywy, stając się jednym z najlepszych na tej pozycji w całym kraju. Bazując na relacjach prasowych sprzed ok. 120 lat, można stwierdzić, że Warren był dobry w odbiorze piłki. Grał twardo, ale bardzo fair. Często włączał się do akcji ofensywnych, co nie było typowe dla obrońców w tamtym czasie. Słynął także ze starannej pielęgnacji swoich wąsów. Derby County, nazywane często The Rams, było wówczas ambitną drużyną, której marzyły się większe sukcesy niż wicemistrzostwo Anglii w 1896 i dwa przegrane finały Pucharu Anglii w 1898 i 1899. Za pierwszym razem lepsze w finałowym meczu lepsze okazało się Nottingham Forrest, a za drugim Sheffield United. W rozrywkach 1901/1902 Derby z Warrenem w składzie również dobrze radziło sobie w rozgrywkach Pucharu Anglii, a Ben imponował skutecznością. We wszystkich pucharowych meczach zdobył łącznie osiem goli. Barany wygrały kolejno z Blackburn Rovers 2:0, Lincoln City 3:1 i Portsmouth 6:3 (po wcześniejszym remisie 0:0). W półfinale Derby trafiło na Sheffield United, z którym miało rachunki do wyrównania. Spotkanie odbyło się w West Bromwich i zakończyło się remisem 1:1. W powtórzonym meczu rozegranym w Wolverhampton znów padł remis 1:1. Dopiero w trzecim spotkaniu (tym razem w Nottingham) piłkarze Sheffield okazali się lepsi i wygrali 1:0. W kolejnym roku piłkarze Derby byli jeszcze bardziej zdeterminowani, aby zwyciężyć w FA Cup. 2:1 ze Small Heath, 2:0 z Blackburn Rovers, 3:0 ze Stoke (gol Warrena) i 3:0 w półfinale z Millwall (znów bramka Warrena) dały The Rams awans do finału. Finał rozegrany na starym stadionie Crystal Palace w Londynie odbył się 18 kwietnia 1903 roku. Grające w błękitno-granatowych strojach Bury FC nie dało żadnych szans występującej w czerwonych koszulkach i czarnych spodenkach drużynie Derby County. Warren zagrał w spotkaniu jako prawy pomocnik w ustawieniu 2-3-5. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Bury 6:0. W kolejnych latach, w których Warren by członkiem zespołu drużynie Derby nie udało się dotrzeć już do finału. Na zdobycie jedynego w historii Pucharu Anglii The Rams czekały aż do 1946 roku, a na mistrzostwo (jedno z dwóch) do 1972 roku. Warren grał w Derby do 1908 roku. W tym czasie uzbierał łącznie 242 ligowe spotkania. Jego kolegami z drużynami byli zawodnicy, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii Derby County — Steve Bloomer (474 ligowych meczów), Jimmy Methven (458 meczów), Archie Goodall, młodszy brat Johna (380 spotkań), George Richards czy Charlie Morris.

Dobra i stabilna forma w meczach ligowych i pucharowych zaowocowała powołaniem Warrena do reprezentacji Anglii. 17 lutego 1906 w meczu przeciwko Irlandii (wtedy będącej jeszcze częścią Zjednoczonego Królestwa) Warren zadebiutował w kadrze, a Anglia wygrała 5:0. Spotkanie odbyło się w ramach 22. edycji British Home Championship — turnieju rozgrywanego między reprezentacjami z Wysp Brytyjskich. Warren zagrał także w wygranym 1:0 meczu z Walią i przegranym 1:2 spotkaniu ze Szkocją. Do 1 kwietnia 1911 roku Warren uzbierał w kadrze 22 mecze i zdobył dwie bramki — obie w spotkaniach z Austrią. Najpierw w 1908 roku trafił do siatki Austriaków w meczu wygranym aż 11:1, a rok później w rywalizacji zakończonej wynikiem 8:1 dla Synów Albionu. W ostatnim meczu, w którym grał Ben Warren, Anglicy zremisowali ze Szkocją 1:1. 28 lipca 1908 roku Chelsea zapłaciła drużynie Derby County 1000 funtów za pozyskanie Warrena. Chrapkę na Bena miały też Leicester Fosse (do 1919 nazwa dzisiejszego Leicester City) i Manchester City. Warren wybrał jednak Chelsea, ale odrzucił możliwość przeniesienia się na stałe do Londynu. Po każdym meczu w barwach Chelsea wracał do domu w rodzinnym Newhall. W barwach The Blues zadebiutował w meczu z Preston North End 1 września 1908 roku. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, a Chelsea wystąpiła w następującym składzie: Jack Whitley – John Cameron, Thomas Miller, Ted Birnie, Robert McRoberts, Ben Warren, Norman Fairgray, Angus Douglas, Percy Humphreys, George Hilsdon, Jimmy Windridge. Warren bez trudu zdobył stałe miejsce w drużynie Chelsea, utrzymał także swoją pozycję w narodowej kadrze. Kolejny sezon(1909/1910) przyniósł Warrenowi pierwsze poważne problemy zdrowotne. Opuścił drugą połowę sezonu z powodu cysty (rodzaju torbieli) na boku tułowia. 4 grudnia 1909 roku Warren zagrał jeszcze w wygranym meczu Chelsea z Bristol City 4:1 (dwa gole słynnego Viviana Woodworda), a już 21 grudnia został zoperowany w szpitalu Świętego Tomasza w Londynie. Podczas drugiej części sezonu Warren tylko raz pojawił się na boisku — 7 marca w zakończonym bezbramkowym remisem meczu z Sheffield United. Dla Chelsea nie była to dobra kampania. Dziewiętnaste, czyli przedostatnie miejsce w tabeli oznaczało spadek do Second Divison. Sezon 1910/1911 już z w miarę zdrowym Warrenem Chelsea rozpoczęła od wyjazdowego zwycięstwa z jego byłym klubem, Derby County 4:1. Hat-tricka strzelił w tym spotkaniu George Hilsdon (prawie 100 bramek dla The Blues w zaledwie sześć lat). Warren również imponował swoją grą i ponownie stał się ważnym członkiem zespołu. Najczęściej grał na boku trzyosobowej linii pomocy. Chelsea radziła sobie nieźle, wygrywając m.in. 7:0 z Lincoln City czy 3:1 z West Bromwich. Ostatecznie jednak to ta ostatnia drużyna zajęła pierwsze miejsce w lidze i wywalczyła awans. Drugi był Bolton, a Chelsea dopiero trzecia. Na pocieszenie został tytuł króla strzelców dla Boba Wittinghama (31 goli). O krok od sukcesu The Blues byli też w FA Cup. Po pokonaniu Leyton Orient, Chesterfield Town, Wolverhampton i Swindon Town Chelsea znalazła się w półfinale krajowego Pucharu. Na St. Andrew’s Stadium w Birmingham rywalem Chelsea było Newcastle. Porażka 0:3 zakończyła marzenia ówczesnego drugoligowca o zdobyciu prestiżowego trofeum. Warren nie mógł wtedy wiedzieć, że więcej przed taką szansą już nie będzie dane mu stanąć. Sezon 1911/1912 był bardzo udany dla Chelsea. 54 punkty i drugie miejsce w tabeli dały upragniony powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Bob Wiittingham tym razem zdobył mniej bramek (26), ale i tak był najlepszym strzelcem zespołu. Prawie wszystko układało się po myśli fanów The Blues. Prawie. Dla Benjamina Warrena i jego rodziny jesień 1911 roku była początkiem koszmaru, który nie miał szczęśliwego końca. 28 października 1911 roku Chelsea wygrała 4:1 z Clapton Orient (ówczesna nazwa Leyton Orient). Jedna z prasowych relacji głosiła: ,,Wagę zwycięstwa podkreśla fakt, że zawodnik Ben Warren był w drugiej połowie tylko statystą”. Taki stan rzeczy spowodowany był kontuzją kolana, której doznał. Przypomnijmy, że w tamtych czasach nie było możliwości dokonania zmiany. Lekarze uznali, że jest to niewiele więcej niż rutynowa kontuzja, a artykuł z gazety The Evening Telegraph & Post z 22 listopada 1911 roku sugerował, że uraz Warrena nie jest poważny: ,,Ben Warren robi wielkie postępy. Stan kontuzjowanego kolana poprawił się znacznie szybciej, niż się spodziewano, a teraz Warren spokojnie ćwiczy, aby wzmocnić mięśnie. Oczekuje się, że za kolejne trzy tygodnie znów będzie w formie meczowej”.

Takie twierdzenia okazały się jednak nieuzasadnionym hurraoptymizmem. Kolano nie goiło się, jak należy. Warren im dłużej przebywał w szpitalach i był poza domem, tym bardziej martwił się, jak nakarmi swoją żonę i czwórkę dzieci. W ówczesnej rzeczywistości piłkarz, który nie grał, nie otrzymywał wynagrodzenia. Warren obawiał się nie tylko perspektywy przedwczesnego zakończenia kariery, ale także utraty zdolności do wykonywania jakiejkolwiek godziwej pracy. Kolejna miesiące przynosiły tylko gorsze wiadomości. Gazety donosiły, że u Warrena rozwinęła się „gorączka mózgowa”. Zdaniem prasy, Warren, wcześniej łagodny i kulturalny człowiek, „stał się bardzo dziwny a czasami agresywny”. 15 grudnia 1911 r. trafił do prywatnej kliniki. Rick Glanvill tak pisał o tym fakcie w oficjalnej monografii Chelsea FC: ,,Został przyjęty do prywatnej kliniki w Nottingham, cierpiąc na ostrą manię, urojenia, że został otruty oraz halucynacje słuchu i wzroku”. Wiedza o leczeniu tego rodzaju chorób na początku XX wieku była dużo mniejsza niż obecnie. Psychiatria budziła wówczas wielkie zainteresowanie naukowców, ale metody leczenia znacznie odbiegały od dzisiejszych. Warrenowi starano się zapewnić jak najlepsze warunki odzyskiwania zdrowia. Nie bez znaczenia było to, że piłkarz był znaną publicznie postacią. W lutym 1912 roku Warren musiał przyjąć kolejny cios. Mająca od lat problemy z płucami matka piłkarza, Emily zachorowała na grypę. Ciężki przebieg choroby oraz troska o swego syna doprowadziła panią Warren do śmierci. Pogarszający się stan Warrena skłonił lekarzy do decyzji o umieszczeniu Bena w zakładzie zamkniętym. ,,Ben Warren został przeniesiony z Nottingham do zakładu w Mickleover, bliżej jego własnego domu. Nadal daleko mu do wyzdrowienia— donosił „The Manchester Courier”, w poniedziałek, 11 marca 1912 roku”. Kontuzjowane kilka miesięcy wcześniej kolano Warrena miało się już zdecydowanie lepiej. Natomiast stan umysłu piłkarza Chelsea mógł budzić bardzo poważny niepokój. Po kilku miesiącach pobytu w zakładzie w Mickleover wciąż sprawny fizycznie Warren postanowił stamtąd uciec. Przyjrzyjmy się nieco dłuższemu cytatowi z gazety The Courierz 5 września 1912, aby przekonać się, jak skończyła się ta próba. Wczoraj rano, tuż przed drugą, na Derby Road w Nottingham miał miejsce niesamowity incydent. Uwagę przyciągnął nagi mężczyzna przechodzący między fontanną a główną bramą cmentarza. Inny mężczyzna, który akurat pił przy fontannie, zobaczył tajemniczą postać i był tak przerażony, że pobiegł za nią z pełną prędkością wzdłuż Alfreton Road. Pozostali przechodnie podążyli za tą postacią w dół Derby Road. Mężczyzna palił papierosa i nie miał na sobie nic poza kołnierzem i krawatem. Przechodząc Derby Road, zobaczył goniących go mężczyzn i krzyknął: „Dobranoc, Jack”. Przechodnie niespokojnie podążyli za nagim mężczyzną i zobaczyli, jak oddawał się dziwacznym wybrykom. Skakał po chodniku i jezdni, jakby się bawił w wyimaginowaną grę w piłkę nożną i wrócił drogą w kierunku mężczyzn. Mężczyźni podeszli do dziwnego „piłkarza”i spytali go, co robi. Powiedział im, że jedzie do Trent Bridge, aby zagrać w meczu. Musiał tam być o 15:30. Wkrótce przybył inspektor policji i przekonując nieznajomego, że zostanie zabrany na boisko piłkarskie, nakłonił go do udania się do Guildhall, gdzie mężczyzna podał nazwisko Ben Warren i powiedział, że mieszka w Derby. Kilkakrotnie nawiązał do gry w Derby County ze Steve’em Bloomerem i innymi znanymi piłkarzami, a później został rozpoznany przez dziennikarza jako słynny obrońca lub pomocnik. Żałosną sytuację Warrena tłumaczy fakt, że po opuszczeniu Derby County kilka sezonów temu przeniósł się do Chelsea, gdzie doznał urazu kolana, co wymagało operacji chirurgicznych. W końcu udał się do swojego domu w Newhall, a następnie do szpitala publicznego w Nottingham, gdzie przebywał kilka miesięcy i poinformowano go, że jego stan znacznie się poprawił. Warren, jeszcze tydzień temu, był w szpitalu psychiatrycznym hrabstwa Derbyshire w Mickleover, gdzie był przeniesiony z Nottingham. Uważa się, że uciekł z Mickleover i szedł pieszo do Nottingham, czyli odległość 20 mil. Kilka dni później po tych wydarzeniach w gazecie The Evening Telegraph and Post ukazał się zaskakujący artykuł. Autor tekstu sugerował, że Warren ma się coraz lepiej. Czytelnicy mogli dowiedzieć się, że Ben jest w dobrej formie fizycznej, znów jest dawnym sobą i wkrótce wróci do gry w Chelsea. Biorąc pod uwagę, iż kilka dni wcześniej Warren biegał nagi po parku w Nottingham, doniesienia gazety wydawały się mało wiarygodne i dawały fałszywą nadzieję wielbicielom jego futbolowego talentu. Dwa dni później sprawę skomentował pracownik Chelsea, A.J. Palmer, który bez ogródek stwierdził, że tekst, który ukazał się w gazecie, jest zwykłą bzdurą. ,,Chciałbym, żeby tak było, ale pewne jest, że Ben Warren nie będzie w stanie grać w Chelsea w tym sezonie i osobiście wątpię, czy kiedykolwiek będzie na tyle zdrowy, by grać w pierwszoligowym futbolu. Proszę publicznie zaprzeczyć tej pogłosce”. O tym, że rację miał raczej Palmer niż dziennikarz The Evening Telegraph and Post świadczyć mogą kolejne wydarzenia. Według personelu szpitala Warren uważał się za nieprzydatnego i często wspominał o tym, że popełni samobójstwo. Raz zdarzyło się, że podarł prześcieradła na strzępy i usiłował się powiesić. Jego stan nie poprawił się na pewno w związku z doniesieniami o wybuchu I wojny światowej i wysłaniu na front jego braci. Wszyscy przeżyli wojnę, choć brali udział w krwawej bitwie nad Sommą, w której śmierć poniosło ponad 400 tysięcy brytyjskich żołnierzy. Przebywający w zamkniętym zakładzie Ben nie doczekał końca Wielkiej Wojny.

W sierpniu 1916 roku u Warrena zaobserwowano niepokojący suchy kaszel, po dwóch miesiącach zdiagnozowano u niego gruźlicę. Wyczerpany psychicznie Ben nie miał siły walczyć z chorobą. 15 stycznia 1917 roku pół godziny przed północną Ben Warren został znaleziony martwy przez mającego nocny dyżur opiekuna. Zanim doszło do tego tragicznego wydarzenia, angielskie środowisko piłkarskie wyszło z inicjatywą udzielenia pomocy finansowej rodzinie Bena Warrena. W tym celu zorganizowano dwa mecze charytatywne. 27 kwietnia 1914 roku rozegrano mecz „Południe” kontra „Północ”. „Południe” wystąpiło w składzie: Molyneux (Chelsea); Shaw (Arsenał), Colclough (Crystal Palace), White (Fulham), Logan (Chelsea), Grimsdell (Tottenham Hotspur); Walden (Tottenham Hotspur), Woodward (Chelsea), Davis (Millwall), McFadden (Clapton), McNeil (Chelsea). W drużynie „Północy” zagrali natomiast: Pearson (West Bromwich); Crompton (Blackburn Rovers), Womack (Birmingham); Barbour (Derby County), Roberts (Oldham); Meredith (Manchester United), Shea (Blackburn Rovers), Osborn (Preston North End), Bache (Aston Villa), Henshall ( Notts County). Najpierw prowadzenia objęli piłkarze z północy(gol Bache’a) ale strzały McFaddena i Forda (wszedł z ławki) dały zwycięstwo „południowcom”. Najważniejsze było jednak to, że z biletów zebrano kwotę, którą po odliczeniu kosztów organizacji, w całości przekazano żonie piłkarza, pani Minnie Warren. Kilka dni później w Newhall zorganizowano mecz miejscowego zespołu Newhall Swifts z Derby County. Goście wygrali 4:1, jednak ponownie najważniejsza była kwota zebrana na rzecz żony i dzieci Bena Warrena. Łącznie z obu spotkań, a także z licznych datków uzbierano kwotę 613 funtów. Pogrzeb odbył się w Newhall, 18 lutego 1917 roku, w obecności dużej liczby żałobników. Warrena żegnała nie tylko rodzina i mieszkańcy Newhall, ale także przedstawiciele świata angielskiej piłki. W 1929 w tym samym grobie pochowany został najmłodszy syn Warrena, Grenville. Po latach (w 1963) spoczęła tam także żona Bena, Minnie. Przez wiele dziesięcioleci rodzinny grobowiec Warrenów był zapomniany i bardzo zaniedbany. Dopiero w ostatnich latach grób został uporządkowany przez krewnych. Dzięki miejscowemu historykowi Stuartowi Haywoodowi odsłonięto tablicę pamiątkową w miejscu urodzenia Warrena. Jego rodzinny dom został częścią szlaku edukacyjnego prezentującej dziedzictwo miasta Swadlincote i okolic. Mający już ponad 80 lat Stuart Haywood uważany jest za najlepszego znawcę życiorysu Warrena. W rozmowie z Derby Telegraph przyznaje, że stylem gry Ben Warren mógł przypominać Stevena Gerrarda, mimo iż grał na innej pozycji: ,,Oczywiście nigdy nie widziałem, jak grał i nie ma żadnych nagrań ale na podstawie doniesień o jego kondycji, nieustannym bieganiu, zdecydowanych interwencjach i celnych podaniach, jego styl był prawdopodobnie podobny do stylu Gerrarda. Piłkarskie tradycje w rodzinie Warrenów kontynuował syn Bena, Harry. Grał w drużynie Folkestone Invicta, w której z czasem został grającym menadżerem. Później prowadził też drużyny Chelmsford City, Southend United i Coventry City. Życiorys Bena Warrena to z całą pewnością historia tragiczna. Jego niewątpliwie udaną karierę sportową przerwał szereg następujących po sobie nieszczęść. Choć był przecież jednym z najbardziej znanych piłkarzy w kraju, to pomoc, której mu udzielono, nie wystarczyła, aby ocalić go przed chorobą psychiczną i śmiercią. Patrząc na tę historię z perspektywy ponad stu lat łatwo zauważyć, jak wiele zmieniło się w świecie futbolu od tamtego czasu. Zdrowie współczesnych piłkarzy monitorowane jest przez szereg specjalistów, a w razie problemów futboliści otaczani są troskliwą opieką. Warto pamiętać o tym kontraście i jeszcze bardziej docenić trud zawodników, którzy dostarczali kibicom rozrywki przed stu laty.

6

7

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

7 maja 1918 r. w Hajdukach Wielkich urodził się Henryk Alszer. Jeden z czołowych napastników chorzowskiego Ruchu w latach powojennych. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w 1934 r. w RKS Hajduki. Później grał jeszcze w Hajduczance i KS CHorzów. Kiedy wybuchła wojna występował w zespole 06 Załęże. W czasie okupacji był zawodnikiem Bergknappen. To właśnie wojna zabrała mu najlepsze piłkarskie lata. Jako zawodnik niemieckiego klubu zyskał opinię niezwykle skutecznego napastnika, co zaowocowało powołaniem do reprezentacji Śląska. W 1944 r. został przymusowo wcielony do Wehrmachtu, ale wkrótce zdezerterował na terenie Francji i przedostał się do Wielkiej Brytanii. Tam zgłosił się jako ochotnik do służby w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. W 1945 r. występował we francuskim Lens, a później w szkockim Forres. Kiedy w 1946 r. na tournée w Szkocji przebywał Team Silesia, to do drużyny zgłosiło się kilku przedwojennych piłkarzy, którzy służyli u generała Andersa. Wśród nich był też Alszer. Podpisali karty zgłoszenia do Ruchu i wkrótce wszyscy pojawili się w Chorzowie. Alszer znakomicie rozumiał się z młodym Gerardem Cieślikiem. Kiedy Niebiescy pokonywali 5:0 kijowskie Dynamo, to właśnie ta dwójka była nieuchwytna dla zawodników rywali. Sam Cieślik wspominał, że to był chyba najlepszy mecz Alszera w klubowych barwach. W szczytowym okresie formy imponował szybkością i energią. Grał na środku ataku i był raczej egzekutorem niż konstruktorem akcji. Obok niego grali Cieślik i Breitner, z którymi stworzył trio ABC. Równie dobrze radził sobie jednak na prawym skrzydle. W zależności od sytuacji potrafił wrzucać miękkie centry w pole karne albo posyłać ostre, przeszywające piłki. Był filarem mistrzowskiego zespołu z lat 1951-1953. Już w 1950 r. próbował swoich sił jako trener – dojeżdżał wtedy raz w tygodniu do Głuchołaz, gdzie pomagał miejscowej Unii. W Ruchu grał do 1957 r., potem jako grający trener występował w Górniku Katowice i Pogoni Nowy Bytom. Fatalnie znosił podróże, nawet te samochodowe. Kiedy jego szkoleniowa kariera zaczynała się rozwijać, zginął tragicznie pod kołami samochodu 31 grudnia 1959 r. ,,Do tragedii doszło w Sylwestra, więc wielu myślało, że „Walek” był pijany. Zapewniam, że to nieprawda. Przyszedł do mnie wieczorem feralnego dnia, był zupełnie trzeźwy. Wybierał się dopiero na sylwestrową zabawę. Dla wszystkich, którzy go znali, była to wielka strata” – opowiadał jego przyjaciel Henryk Hajduk. W Reprezentacji rozegrał 13 meczów, strzelając 2 gole.



@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca

11

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

7 maja 2002 r. w finale Pucharu Katalonii z FC Terrasa zadebiutował w pierwszej drużynie Barçy Andres Iniesta. 18-letni wówczas pomocnik wszedł na boisko w 49 minucie meczu przy stanie 1:1, lecz nie zdołał pomóc kolegom na tyle by zdobyć puchar. Barça niestety przegrała ten finał rzutami karnymi 4:1.


@Visca_barca
@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

10

Duma Katalonii w finałach europejskich pucharów:

7 maja 1986 r. FC Barcelona przegrała finał Pucharu Europy Mistrzów Klubowych po rzutach karnych. Przeciwnikiem na rozgrywanym Ramon Sanchez Pizjuan obiekcie był mistrz Rumunii Steaua Bukareszt. Mecz zakończył się wynikiem 0:0 a dogrywka również nie przyniosła goli. Potrzebne były zatem rzuty karne. Bohaterem tych karnych został Rumuński bramkarz Duckadam, który obronił wszystkie 4(!) ,,jedenastki”, strzelane kolejno przez Alexanco, Pedraze, Pichiego Alonso i Marcosa. Bramkarz Barçy Urruti wybronił ,,tylko” 2 karne i Steaua wygrała 2:0, wywołując rozpacz na trybunach zdominowanych przez kibiców Blaugrany.




@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Visca_barca

3

@FCBparasiempre
6 maja 1980 r. urodził się brazylijski napastnik Ricardo José Dognella Lima de Oliveira. Jest jednym z najdłużej żyjących brazylijskich napastników, biorąc pod uwagę, że dzisiaj, w wieku 44 lat, nadal gra. Z 381 golami zdobytymi w swojej długiej karierze, jest drugim najbardziej skutecznym zawodnikiem za legendarnym Fredem. Wysoki i smukły (1 metr i 83 centymetry przy 78 kilogramach) Ricardo Oliveira w swoich złotych latach miał najlepsze cechy pod względem szybkości w krótkich strzałach i w progresji oraz oko do bramki. Wciąż potrafi się wykazać zarówno w polu karnym, jak i w strzelaniu ze średniej odległości. Zdobywał puchary i tytuły mistrzowskie w Brazylii, Hiszpanii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz był królem strzelców Copa Libertadores i azjatyckiej Ligi Mistrzów, a także ligi brazylijskiej. Jego talent oczarował także prezesa Adriano Galliani z Mediolanu, który sprowadził go do Włoch w 2006 roku z niewygodną etykietą „spadkobiercy Szewczenki”, gdy tylko został sprzedany do Chelsea. Jednak mimo udziału w zwycięskiej jeździe w Lidze Mistrzów dla Rossoneri , Oliveira, również dzięki nieoptymalnej kondycji fizycznej, nie będzie w stanie spisać się dobrze i już po jednym sezonie odejdzie z klubu. Ricardo Oliveira , urodził się w São Paulo. Jego rodzina jest bardzo biedna i w wieku 8 lat stracił ojca. W wieku 15 lat został zmuszony do bycia żebrakiem na ulicy, aby przeżyć. Jednak miłość do piłki nożnej uratuje go przed smutnym losem. „Pochodzę z biednej rodziny – powiedział w rozmowie z „Marcą” w 2008 roku . Musiałem prosić ludzi o jedzenie, bo byłem głodny. Chodziłem też zbierać rzeczy na ulicy, żeby je potem sprzedawać. Inni znajomi próbowali różne ścieżki: przemoc, napady rabunkowe, narkotyki. Nigdy tego nie robiłem. Nie miałem jedzenia, ale zawsze wstawałem, żeby coś zrobić”. „Nawet jeśli nie miał pracy, a ja wychodziłem na ulicę prosić o jedzenie lub pieniądze na światłach, nigdy nie szedłem kraść, żeby zabrać coś, co nie było moje. Moje dzieciństwo było bardzo skromne, z wielkimi trudnościami, ale przezwyciężyłem je dzięki mojemu wielkiemu marzeniu: zostać piłkarzem”. Od 1997 do 1999 grał w młodzieżowym sektorze Corinthians, z którym wygrał Copa São Paulo de Futebol Júnior , najważniejsze młodzieżowe rozgrywki piłkarskie w Brazylii w 1999 roku. „Timão – powiedział „SportNews” – był pierwszym klubem, który poprosił mnie o spróbowanie. W 1997 roku wszedłem do sektora młodzieżowego razem z 300 zawodnikami, ale w 1999 roku, po Copa São Paulo, zostałem zwolniony. Tak więc po 5 -6 miesiącach pojechałem do Portuguesa”. La Portuguesa, jego nowy klub, uwierzył w Ricardo i po niecałym roku w drużynie młodzieżowej, w 2000 roku zadebiutował w pierwszej drużynie. Młody napastnik od razu pokazał, że ma dobre średnie gole iw nieco ponad dwa lata strzelił łącznie 49 goli w 82 występach dla Rossoverdich. Te liczby zwróciły na niego uwagę tak dużego zespołu jak Santos , który zdecydował się go kupić w 2003 roku. W zespole, który należał do wielkiego Pelé, Ricardo Oliveira zyskuje wielki rozgłos. Zastępując Alberto został wyjściowym środkowym napastnikiem zespołu, przyczynił się do 2. miejsca w mistrzostwach Brazylii (14 występów i 4 gole) a przede wszystkim doprowadził Peixe golami do finału Copa Libertadores . Brazylijczycy ponieśli porażkę w podwójnej konfrontacji z Argentyńczykami z Boca Juniors (podwójny nokaut na 2:0 i 1:3), ale Ricardo Oliveira wciąż może świętować tytuł króla strzelców turnieju ex aequo z Marcelo Delgado dzięki 9 zdobytym golom.

W 2003 roku nadszedł czas, aby napastnik z Sao Paulo przepłynął ocean: w rzeczywistości podpisał kontrakt z Valencia Rafy Beniteza, który zdobył historyczny „dublet” , zdobywając Scudetto i Puchar UEFA, ten ostatni pokonując 2:0 „Olympique Marsylia. Ricardo Oliveira nie jest w kadrze Göteborga, ale nadal uczestniczy w szczególnie pozytywnym roku dla Nietoperzy z 29 występami i 9 golami. Jednak ostateczna eksplozja nastąpiła w sezonie 2004/05 , kiedy brazylijski napastnik przeniósł się do Betisu . Z zielono-białymi od razu strzelił 23 gole w 38 meczach, w tym 22 w La Liga, w których zajął 3. miejsce w tabeli Pichichi za Forlanem i Eto'o. Zespół zajął 4. miejsce w La Liga i zakwalifikował się do Ligi Mistrzów. Mało tego: Ricardo Oliveira poprowadził drużynę Serry Ferrer do sukcesu w Copa del Rey, zdobywając 4 gole w 8 meczach , z których najważniejszym jest pierwszy w finale na Vicente Calderón w Madrycie, w którym Andaluzyjczycy wygrywają 2- 1 dodatek na Osasunie. Brazylijczyk również zaczął dobrze w drugim sezonie w Andaluzji, zdobywając 7 bramek w 13 meczach, ale oto odcinek , który będzie oznaczał kolejne sezony. W Lidze Mistrzów, 1 listopada 2005 r., na Estadio Benito Villamarin w Sewilli zostanie rozegrany mecz pomiędzy Betisem i Chelsea. Było to tuż po 20 minutach pierwszej połowy, kiedy Oliveira został mocno zaatakowany przez portugalskiego obrońcę Ricardo Carvalho. Wślizg był na piłce ale brazylijski napastnik upadł niefortunnie na boisku i doznał kontuzji prawego kolana . Musiał zejść z boiska na noszach, zastąpiony przez Daniego w 25. minucie , a konsekwencje były bardzo poważne: pierwsze badania lekarskie wskazywały na złamanie kolana i skręcenie więzadła, ale kolejne badania instrumentalne pogarszały sytuację. Ricardo Oliveira faktycznie zgłosił całkowite zerwanie więzadeł krzyżowych i częściowe zerwanie więzadeł bocznych. W rzeczywistości sezon napastnika już się skończył, Oliveira przegrywa również mistrzostwa świata 2006 z Brazylią i minie 6 miesięcy, zanim znów zobaczymy go na boisku. Napastnik ponownie pojawił się na murawie 19 marca 2006 roku w ekstraklasie, rozgrywając na stadionie Bernabeu cały mecz z Realem Madryt (0:0). Potem rozegrał jeszcze tylko jeden mecz, 16 kwietnia, z Celtą Vigo (0:2 na korzyść Galicji). Dla wszystkich jest jasne, że zawodnik nie jest już tym, czym był przed kontuzją i że powrót do dobrej formy zajmie mu trochę czasu. Statyczny, przewidywalny, ma niewielki wpływ. Po łącznie 15 meczach i 7 bramkach , wszystkie zdobyte przed wypadkiem, został sprzedany w kwietniu do rodaków z San Paolo , gdzie ma nadzieję spotkać się ponownie. Wpływ jest dobry: w mniej niż trzy miesiące Oliveira zdobywa 5 goli w 8 meczach ligowych i 2 gole w 4 meczach Copa Libertadores. W rozgrywkach Tricolor Paulista dociera do finału po pokonaniu Meksykanów z Chivas Guadalajara. Betis wezwał go z powrotem do Hiszpanii, Ricardo też chciał zagrać w finale, a brazylijski klub próbował przekonać Hiszpanów do przedłużenia wypożyczenia, ale bez powodzenia. Zawodnik późno wrócił do Sewilli i został ukarany grzywną , a São Paulo straciło trofeum na rzecz Internacional de Porto Alegre. Tymczasem Milan skupił się jednak na brazylijskim napastniku, który właśnie stracił Andrija Szewczenkę , który poleciał do Chelsea w Anglii za sumę 43 mln 300 tys. euro. Cios na poziomie technicznym, ale także porządna suma do reinwestowania na rynku transferowym. Poza tym, że klub był nieprzygotowany: Adriano Galliani nie spodziewał się pożegnania ukraińskiego napastnika i został zmuszony do znalezienia ważnej alternatywy w krótkim czasie. Tak zaczęły się długie negocjacje z prezesem Betisu Manuelem Ruizem de Loperą , który naturalnie próbował negocjować cenę, wiedząc, jaką sumę włożyli Rossoneri za sprzedaż ukraińskiego napastnika. Ostatecznie także dzięki dobrym stosunkom mediolańskiego klubu z Roberto de Assis , bratem Ronaldinho i agentem Ricardo Oliveiry oraz za jego pośrednictwem transakcja została sfinalizowana za kwotę 17 mln euro plus rezerwacja pomocnika Szwajcara Johanna Vogela.

Podczas gdy Szewczenko rozpoczyna swoją przygodę w The Blues prawą nogą, zdobywając Tarczę Dobroczynności, w Mediolanie Ricardo Oliveira jest jego wyznaczonym spadkobiercą. Kiedy zakup staje się oficjalny, atakujący wybiera koszulkę Shevy z numerem 7 i dumnie prezentuje ją w dniu swojej prezentacji. "Nie zawiodę kibiców - zadeklarował po przyjeździe do Włoch - cieszę się, że trafiłem do tak ważnego klubu jak Milan". Nieśmiały i raczej zamknięty w sobie, pierwsze letnie wypady wydają mu się kojące. Brazylijski napastnik robi dobre wrażenie na trenerze Carlo Ancelottim i kibicach Rossonerich, którzy mają nadzieję, że choć wyraźnie nie jest tak silny jak Szewczenko, to przynajmniej zapewni drużynie dobre zaopatrzenie pod bramką. Początek sezonu 2006/07 również jest dla niego zachęcający. Oliveira zadebiutował w Serie A 10 września pierwszego dnia, w którym Rossoneri zmierzą się z Lazio na San Siro . Nowy nabytek, który przejął Gilardino w 62. minucie, po zaledwie 8 minutach , po doskonałej trajektorii Andrei Pirlo z rzutu rożnego, dobrze uderzył głową i wprowadził Peruzziego na 2:0. Mecz zakończy się wynikiem 2:1 dla Diavolo, a dla Ricardo Oliveiry, który marnuje kilka okazji, które mogły dać mu bramkę, wydaje się, że to początek dobrej kombinacji z włoską drużyną. Zamiast tego, a fani wkrótce zrozumieją, że tak nie będzie. Pomimo znalezienia dużej przestrzeni po kontuzji Pippo Inzaghiego, Brazylijczyk nie spełnia oczekiwań. Wychodzi na boisko we wszystkich rozgrywkach, w których Rossoneri są bohaterami, oprócz mistrzostw, Coppa Italia i Ligi Mistrzów, ale jego proszek jest mokry. Prawdopodobnie to, co spotkało jego siostrę, która 4 października zostaje porwana w San Paolo przez zakapturzonych bandytów , dotyka również jego, odbiera mu pogodę ducha . Dziewczyna pozostanie w rękach porywaczy przez ponad 5 miesięcy, na szczęście 12 marca 2007 roku zostaje zwolniona. Faktem jest, że Ricardo nie jest przekonujący na boisku. Dezorientujący, gdy ma piłkę przy nodze, niecelny w strzałach od bramki, często przytłaczany w atakach obrońców przeciwnika, były Betis wpada w inwolucyjną spiralę. Od 23 listopada gol przeciwko Lazio pozostaje jego jedynym golem dla Włochów. ,,Od dawna nie strzeliłem gola i to nie jest dla mnie normalne - powiedział La Repubblica - Nigdy nie przydarzył mi się taki okres. Ale praca się opłaca, czuję to, Wszystko w porządku. Sceptycyzm w moich porównaniach? Nie ma to dla mnie znaczenia: minie, kiedy wrócimy na zwycięską drogę”. Niedługo potem sytuacja nieco się poprawiła: Oliveira otworzył wynik 28 listopada w rewanżu 1/8 finału Coppa Italia przeciwko Brescii (2:1) , a następnie przed Bożym Narodzeniem, 23 grudnia, powtórzył się w lidze przeciwko Udinese. Podnosi asystę Brocchiego i po dobrej kontroli szybkości klatką piersiową pokonuje De Sanctisa i jest 0-3. Za mało jednak dla tych, którym przyznano tytuł „wyznaczonego spadkobiercy Szewczenki”. Również z tego powodu w styczniu firma AC Milan ubiega się o przykrywkę, kupując Ronaldo „Il Fenomeno” , aw przypadku Ricardo Oliveiry możliwości popisu są znacznie ograniczone. Rzeczywiście, zawodnik był poszukiwany w styczniu przez Real Madryt, Milan był za sprzedażą, ale FIFA zawetowała ją, biorąc pod uwagę, że napastnik grał już w 2 klubach w tym samym sezonie. Jednak 25 stycznia Oliveira złożył swój podpis w pierwszym meczu półfinałowym Coppa Italia , zdobywając drugiego osobistego gola w meczu z Romą, prawdopodobnie najpiękniejszego w koszulce Milanu. Brazylijczyk kradnie piłkę Chivu i odlatuje wielkimi krokami w kontrataku, po czym pokonuje Curciego na najbliższym słupku. Rossoneri, prowadząc 2: 0 w pierwszej połowie, odzyskają równowagę, tracąc 2 bramki w drugiej połowie pierwszej połowy. Kończy się wynikiem 2:2, a w rewanżu Roma awansuje do finału dzięki wygranej u siebie 3:1. ,,Dobrze się spisaliśmy - stwierdził po meczu napastnik San Paolo dla "Sport Mediaset" - ale potem popełniliśmy kilka błędów i Roma jest za mocna. Wiemy, że jeśli pozwolisz im grać, są niebezpieczni. 17 lutego numer 7 zdobywa swoją trzecią i ostatnią bramkę w Serie A w brawurowym remisie 3:4 ze Sieną: asysta Ronaldo i uderzenie prawą nogą, które lekko odbite przez bramkarza wślizguje się w lewą stronę.

Ostatnie miesiące były mocno rozczarowujące, a były zawodnik Betisu coraz mniej miejsca znajduje na boisku. Przed półfinałowym meczem Ligi Mistrzów z Manchesterem United Ricardo Oliveira mimo to wychodzi na jaw i do mikrofonów „Il Giornale” jasno mówi, że ma nadzieję zostać w Rossonerich. "Podoba mi się tutaj - zapewnia - i chcę zostać, aby pokazać, co potrafię. Ale zawodnik chce i musi grać więcej niż ja w tym sezonie. Myślę, że mogę grać u boku Ronaldo i mam potencjał, by grać z nim on, z Gilardino lub Inzaghim. Myślę, że mogę być starterem, ale trener tak nie myśli : szanuję jego decyzje, nawet jeśli nie zawsze się ze mną zgadzają”. Nawet ostatnią fazę Ligi Mistrzów Ricardo będzie musiał oglądać z trybun. Ancelotti będzie wolał Inzaghiego, który wrócił na szczyt i Gilardino. I będzie miał rację: Milan pokonał Liverpool 2:1 23 maja, zemścił się na Stambule i zdobył 7. Ligę Mistrzów/Puchar Europy w swojej historii. Oliveira jest oczywiście wśród zwycięzców , ale nie postawił stopy na boisku od drugiego meczu 1/8 finału przeciwko Celticowi. Zakończył ze skromnym bilansem 37 występów i 5 goli, z czego 3 w 26 występach ligowych, 2 w 5 meczach w Pucharze Włoch i żadnym w 6 ogólnych występach w Lidze Mistrzów. Wbrew oczekiwaniom jego los był już przesądzony: klub postanowił nie dawać mu kolejnej szansy i w czerwcu Galliani wysłał go do Realu Saragossa na wypożyczenie za 2 mln euro z prawem wykupu po 10. Wracając do futbolu bardziej mu odpowiadającego, bo mniej defensywnego i fizycznego, jak hiszpański, w drużynie Aragonii stworzy szanowany ofensywny duet z „Księciem” Diego Milito. W rzeczywistości obaj strzelili 33 z 50 bramek zdobytych przez drużynę , jednak nie na tyle, aby uniknąć degradacji. Oliveira zrewidował dwucyfrową liczbę bramek, zdobywając 18 bramek , ale ostatnia porażka 3:2 z Majorką (w meczu, w którym Brazylijczyk strzelił dwa gole) zadecydowała o spadku Realu Saragossa do Segunda División. Jednak 22 gole w 43 meczach sprawiły, że iberyjski klub wykorzystał kartę napastnika. 25 maja 2008 roku Real Saragossa wpłacił 10 milionów euro do kasy Rossonerich i przejął etykietę napastnika. Po 9 bramkach w 18 meczach w hiszpańskiej Serie B (i łącznie 31 bramkach w 61 występach dla drużyny) , Betis postanowił w styczniu 2009 roku odebrać syna marnotrawnego za 9 milionów. Oliveira zdobywa 6 goli w 16 meczach , którymi może pozdrowić nawet drużynę, która chyba przede wszystkim dała mu sławę, po 39 golach w 76 meczach. Rzeczywiście, jego czas w drogim europejskim futbolu dobiegł końca. Powita go Al-Dżazira , ambitny klub ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich , który latem 2009 roku zapłacił za niego dobre 15 milionów euro , aby przenieść go do lokalnej ligi. Na Bliskim Wschodzie napastnik, obecnie dwudziestodziewięcioletni, zna drugiego młodzieńca. W mistrzostwach, które są z pewnością mniej wymagające niż europejskie, dużo zdobywa i wygrywa. W szczególności z Al-Dżazirą, w ciągu czterech i pół roku, przeplatanego powrotem do San Paolo w 2010 roku (łącznie 15 goli w 29 meczach z El Tricolor Paulista) , Brazylijczyk zdobył 92 gole w 119 rozegranych meczach i dodaje do jego palmarès an Emirati Scudetto (2010/11) , 2 Puchary Prezydenta i Puchar Ligi . Na poziomie osobistym najlepszym rokiem jest rok 2015, w którym jest autorem 33 bramek w 37 meczach . Ponownie w Mistrzostwach Zjednoczonych Arabów Ricardo Oliveira również nosił koszulkę Al-Wasl od stycznia do czerwca 2014 (4 gole w 12 meczach) , zanim wrócił na stałe do ojczyzny. Złote lata w Betisie sprawiły, że Ricardo Oliveira również nosił koszulkę Brazylii . Trener wzywa napastnika. zielono- złoty Carlos Alberto Parreira w kadrze na Copa America 2004 . Zadebiutuje 8 lipca w meczu 1. rundy z Chile (1:0 dla Seleçao). W tej edycji turnieju napastnik rozegrał jeszcze 2 mecze. Występował na boisku w przegranym 1:2 meczu z Paragwajem, zawsze w fazie grupowej, oraz w meczu 1/8 finału z Meksykiem 18 lipca, w którym strzelił także pierwszego gola w rundzie pokerowej z Brazylią ( 4- 0). Potem zobaczył, jak jego koledzy z ławki rezerwowych docierają do finału, pokonując rywali Argentynę w rzutach karnych i zdobywając trofeum. W 2005 roku znalazł się w kadrze na rozgrywany w Niemczech Puchar Konfederacji . Wychodzi na boisko tylko w meczach z Grecją (zwycięstwo 3:0) i Meksykiem (porażka 1:0), ale i w tym przypadku może świętować ostateczne zwycięstwo w tytule dzięki 4:1, jakie daje Adriano i jego towarzysze Argentyna 29 czerwca.

Kontuzja kolana i trudności z powrotem do poprzedniego poziomu kosztowały Oliveirę utratę powołania na Mistrzostwa Świata 2006 w Niemczech i niedługo potem odejście zawodnika z Seleçao. Ale historia Ricardo Oliveiry i Brazylii jeszcze się nie skończyła: niesamowita forma na Bliskim Wschodzie pozwala mu wrócić do reprezentacji w wieku 35 lat, w 2015 roku, aby pomóc drużynie Dungi po cięciu Roberto Firmino. Strzela jeszcze 2 gole i jest również powołany na Copa America del Centenario w 2016 roku, ale w tym przypadku nowy problem fizyczny zmusi go do poddania się. Swoją przygodę w zielono-złotych barwach zakończył 30 marca 2016 roku z bilansem 5 bramek w 15 meczach oraz wygranym Copa America i Pucharem Konfederacji. Po powrocie do Brazylii w 2015 roku Ricardo Oliveira strzela serią bramek i ma fundamentalny wkład w Santos , wygrywając dwa kolejne mistrzostwa Paulisty (2015 i 2016). W złotym roku 2015, w wieku 35 lat, strzelił 37 bramek w 62 meczach, niesamowite liczby, które przywróciły go także do reprezentacji. Oliveira nadal zdobywa bramki dla Santosu, zespołu, który wprowadził go na wysokie poziomy, aż do 2017 roku , kończąc długą przygodę w różnych okresach z Peixe z dorobkiem 91 bramek w 171 występach. W wieku 37 lat ten, który był flopem w koszulce Rossonerich, nie myśli ani chwili o przerwaniu i rozpoczyna długą wędrówkę: gra przez 2 i pół roku z Atletico Mineiro (37 goli w 110 meczach) , również zdobywając tytuł Mineiro w 2020 roku , następnie gra w Coritiba (2 gole w 18 występach) od września 2020 do lutego 2021, następnie po rocznej przerwie spowodowanej pandemią, w São Caetano (bez gry, od stycznia do lutego 2022 ) i wreszcie dla klubu Athletic Minas Gerais , z którym właśnie grał w wieku 41 lat w Campeonado Mineiro do Interior ( 9 występów i jeden gol ), jednym z wielu turniejów, które przyciągają brazylijską piłkę nożną. Oliveira strzelił gola dla swojej drużyny 1:1 w pierwszym meczu przeciwko Caldense , podczas gdy w rewanżu Athletic zwyciężył w rzutach karnych, zdobywając tytuł po raz pierwszy. „Doświadczenie w Athletic było zapierającą dech w piersiach przygodą” – powiedział ekspert w rozmowie z „Globo.com” . Do klubu trafiłem w wieku 41 lat, po rocznej przerwie, a sztab szkoleniowy przestudiował konkretny plan treningowy dla mistrzostwo. Każdy dzień tutaj był dla mnie jak nowy początek i świetna okazja, aby wrócić do robienia tego, co zawsze kochałem, do gry w piłkę nożną. Powoli osiągnąłem najlepszą formę fizyczną i mogłem się do tego przyczynić. Jednak podczas swoich doświadczeń w Zjednoczonych Emiratach Arabskich Oliveira został pastorem ewangelickim : chrzci, odprawia msze i celebruje śluby , nawet swoich kolegów z drużyny. W tym swoim duchowym doświadczeniu płodny napastnik odkrył również, że ma wielką pasję do śpiewania : wraz z żoną Deborą w 2019 roku nagrał singiel „Te Amo, te Quero!”. 380 goli w 768 meczach rozegranych pomiędzy klubem a reprezentacją narodową sprawia, że Ricardo Oliveira jest drugim najlepszym strzelcem Brazylii, który wciąż jest aktywny, za Fredem. Największym żalem w karierze takiej jak jego pozostaje niemożność przebicia się we Włoszech.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?