FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Premierowe ,,El Clasico” na własnym stadionie:
13 maja 1905 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z Realem Madrid(ówcześnie jeszcze FC Madrid) na własnym stadionie Camp del Carrer Muntaner. To był mecz towarzyski, który FC Barcelona wygrała 5:2, po dwóch golach Charlesa Walleca i Ponza oraz jednym legendarnego Romy Fornsa.
@Visca_barca
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@MesQueUnClub96 Dla mnie szwabka tak samo jak Klose i Podolski!
0
@MesQueUnClub96 A kto?
0
Igo(!), Igunio kohana, rozpiernicz ta szwabke cholerno w proch i pył! Wierzymy mocno że tego dokonasz!
9
Absolutna premiera El Clasico:
13 maja 1902 r. doszło do pierwszego w historii El Clasico(choć wówczas jeszcze tak tego nie nazywano). Pojedynek miał miejsce w Madrycie w półfinale turnieju o nazwie Copa de la Coronacion(de facto Puchar Króla), zorganizowanego z okazji koronacji króla Alfonsa XIII. Mecz rozpoczął się o godzinie 11.00 na Hipodromie przy La Castelannie, gdzie obecnie zlokalizowane jest Estadio Santiago Bernabeu. Bynajmniej, nie było to idealne miejsce do rozgrywania meczu. Boisko było bardzo długie i szerokie. Nic w tym dziwnego, bowiem odbywały się na nim wyścigi konne. Było to kolejne utrudnienie. Końskie łajno wykorzystywano do nawożenia murawy, co powodowało ryzyko wdania się w ranę zakażenia skutkującego tężcem. FC Barcelona pokonała ,,Los Blancos”(ówcześnie FC Madrid) 3:1 po dwóch golach Udo Steinberga i jednym Joana Gampera. Jednak pierwsi na prowadzenie wyszli ,,Los Blancos” po golu Irlandczyka Arthura Johnsona. Kibice wspierali zawodników obydwu drużyn, poza obcokrajowcami grającymi dla Barçy(było ich aż sześciu), których przywitały gwizdy. Przypomnijmy zatem historyczny skład Barçy z tego epokowego wydarzenia: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Mayer, Valdes, Parsons, Morris, Albeniz, Steinberg oraz Gamper. Dwa dni później Duma Katalonii spotkała się w finale z Club Vizcaya(późniejszy Athletich Bilbao). Mecz miał odbyć się rano ale przeciwnicy narzekali że w ciągu kilku dni grali już trzykrotnie i chcą odpocząć. Prawdziwym powodem protestu było oczekiwanie na obrońcę Careagę, który zdążył na popołudniowy termin pojedynku. O 22:25 Hans Gamper wysłał telegram do Barcelony: ,,Vizcaya- klub złożony z najlepszych zawodników z Bilbao wygrał 2:1. Mecz wyrównany. Publiczność zadowolona. Wracamy w sobotę po południu”. W finałowym składzie Blaugrany zagrało trzech szkockich braci Morris(John, Samuel i Henry). Inną ciekawostką jest fakt, że FC Madrid chciał aby FC Barcelona zagrała z nimi jeszcze raz o drugie miejsce, lecz Barça miała już zaplanowaną podróż powrotną. W wymyślonym międzyczasie Copa Gran Peña zagrali więc przegrani z półfinałów: FC Madrid i Club Español. Cały turniej uważany jest za prekursora Pucharu Hiszpanii.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca
7
@FCBparasiempre
Euro ‘80
Na 20-lecie rozgrywek o ME UEFA postanowiła rozszerzyć formułę turnieju finałowego z 4 do 8 drużyn. Co to oznaczało w praktyce? Przede wszystkim wyjście naprzeciw oczekiwaniom telewidzów i sponsorów. Zainteresowanie jednych i drugich europejskim czempionatem systematycznie wzrastało. Większa liczba meczów to większa oglądalność a zatem większy zysk dla coraz szerszego grona reklamodawców. Raczkujący marketing, będący wówczas jedynie uzupełnieniem sportowej rywalizacji, z czasem zupełnie ją zdominował. Dwukrotne zwiększenie liczby uczestników pociągnęło za sobą dość istotne zmiany. Przede wszystkim zmniejszono liczbę grup eliminacyjnych do siedmiu. Całą stawkę 31 drużyn podzielono między 3 grupy pięciozespołowe oraz 4 czterozespołowe. W dalszym ciągu jedynie zwycięzcy tychże grup awansowali już bezpośrednio do turnieju finałowego, bez konieczności dodatkowych gier w ćwierćfinałach. Nie mogło być inaczej skoro dla szczęśliwców przewidziano 7 miejsc, gdyż ósme przypadało z urzędu gospodarzowi imprezy. Decyzję Komitetu Wykonawczego UEFA przyjęto z ulgą i zadowoleniem. Od tej pory gospodarz miał walczyć o zwycięstwo w turnieju, a nie jak to miało miejsce dotychczas, o jego organizację. Postanowienie to nie wiele znaczyło dla zespołów drugiej kategorii, gdyż ich szanse na awans w konfrontacji z o wiele silniejszymi ekipami cały czas pozostawały iluzoryczne. Zmieniła się natomiast pozycja potentatów, którzy nie musieli się już obawiać ryzykownej walki między sobą w systemie pucharowym. Wszystko po to, aby najatrakcyjniejsze mecze odbywały się w finałach a nie kwalifikacjach. Pierwszym szczęśliwym gospodarzem nie muszącym walczyć o z góry przyznaną nagrodę byli Włosi. Wybór nie budził zdziwienia zważywszy zwłaszcza na narodowość prezydenta UEFA, wówczas sprawującego swój urząd. Artemio Franchi(w przeszłości szef Włoskiej Federacji) został trzecim w historii sternikiem UEFA. Na tym stanowisku wytrwał 10 lat. Dla Włochów tamten okres był najczarniejszym w historii ich futbolu. Afera ,,tottonero” odsunęła na dalszy plan wagę przygotowań do mistrzostw Europy. Trener Enzo Bearzot obawiał się że nie skompletuje kadry na zbliżający się wielkimi krokami turniej Starego Kontynentu. Bearzot ostatecznie nie mógł skorzystać z dwóch piłkarzy: Bruno Giordano oraz asa Perugii Paulo Rossiego. Trener najbardziej liczył na tego drugiego, jednak ostatecznie Rossi nie pojechał na turniej, gdyż za udział w korupcyjnym procederze został zdyskwalifikowany na 3 lata. Później złagodzono mu wyrok, dzięki czemu mógł się zrehabilitować na mundialu w Hiszpanii. Podczas Euro ’80 Włosi musieli sobie radzić bez niego. ,,Makaroniarze” mieli swoje problemy a Anglicy mieli znakomitego napastnika Kevina Keegana, którego największym przekleństwem były występy w narodowej reprezentacji. Anglicy przechodzili poważny kryzys. W latach 1970-1980 nie dostali się ani na mistrzostwa świata ani na mistrzostwa Europy. Turniej we Włoszech był praktycznie pierwszą i zarazem ostatnią okazją dla Keegana aby mógł być w pełni dumny z reprezentowania Albionu. Wiele wskazywało że tak się właśnie stanie a gwarantem sukcesu miał być właśnie Keegan, który w eliminacjach zdobył najwięcej goli(7). A Polacy? No cóż, ostra rywalizacja między Polską, NRD i Holandią wyszła na dobre tylko tej ostatniej. Mimo korzystniejszego bilansu bezpośrednich meczów(2:0 w Chorzowie i 1:1 w Amsterdamie) biało-czerwonym zabrakło punktu do ,,Pomarańczowych”. Tak więc pora na turniej finałowy a w nim ,,Grupa śmierci”, w której znaleźli się Czechosłowacja, RFN, Holandia oraz Grecja. Trzy pierwsze drużyny na turnieju przed 4 laty, dokładnie w wymienionej kolejności uplasowały się na podium. Piłkarze znad Wełtawy najpierw pokonali Holendrów a później w dramatycznych okolicznościach uporali się z RFN. Przegrani otrzymali szanse poprawy ale tym razem walka toczyła się nie o medale, tylko o pozycje w tabeli. Dwa miejsca premiowano awansem. Ekipy z tej grupy stanowiły połowę stawki walczącej o wielki finał. Pozostała czwórka to Włochy, Belgia, Anglia oraz Hiszpania. Zasady turnieju przewidywały iż w wielkim finale zagrają zwycięzcy obu grup a w meczu pocieszenia zmierzą się ze sobą drużyny z drugich miejsc. Nie była zatem możliwa powtórka sprzed 4 lat ale już finał z udziałem RFN i Anglii(taki sam jak na mundialu w 1966) był jak najbardziej realny. Tylko jeden z tych zespołów spełnił pokładane w nim nadzieje. Ekipą RFN dowodził wówczas Jupp Derwall. Narzucony mu plan zaczął realizować bardzo skrupulatnie. Zaczął od zwycięstwa nad Czechosłowacją. Później przyszedł mecz z Holandią. Hat-trick Allofsa przesądził o wygranej, choć w samej końcówce 2 gole ,,Oranje” napędziły Niemcom trochę strachu. W tym meczu debiutował 19-letni Lotar Matthaeus. Po bezbramkowym remisie z Grecją piłkarze RFN trafili tam gdzie ich miejsce czyli do finału.
Na drugim miejscu w grupie zameldowali się Czechosłowacy a na trzecim Holendrzy. Oba zespoły miały taką samą liczbę punktów a w bezpośrednim meczu miedzy nimi był remis. Awansowała ekipa Venglosa, gdyż straciła o jednego gola mniej. Występ w finale zapewniła sobie także Belgia. Faworyci byli w odwrocie. Anglia wygrała tylko jeden mecz i to z jeszcze słabszą Hiszpanią, której szczytem możliwości był bezbramkowy remis z Włochami. ,,Azzuri” grali wybitnie defensywnie. Nie stracili wprawdzie ani jednego gola ale strzelili zaledwie jednego. To wystarczyło do awansu, o którym ostatecznie zadecydował ostatni mecz zremisowany z Belgami. W ekipie włoskiej bardzo dobrze spisywał się Graziani, co potwierdził golem w meczu o trzecie miejsce z Czechosłowacją. Wynik pozostawał jednak nie rozstrzygnięty, więc doszło do rzutów karnych a w nich przysłowiową wojnę nerwów rozstrzygnęli na swoją korzyść Czechosłowacy w stosunku 9:8! W finale po raz trzeci z rzędu zagrała RFN. Do tej pory trzykrotnie w finale wystąpili także gracze ZSRR, z tą tylko różnicą że nie pod rząd. Niemcy, mając w pamięci poprzedni finał z CSRS, woleli uprzedzić rozwój wydarzeń i jako pierwsi zdobyć gola. Od samego początku groźnie atakowali. Pierwszy strzał Hansi Muellera padł jeszcze łupem Pfaffa ale po upływie kilku chwil, bramkarz Belgów zmuszony był do kapitulacji. Bernd Schuster rozegrał piłke z Klausem Allofsem, który momentalnie mu ją zwrócił a ten podciągnął parę metrów w kierunku bramki, po czym miękko zagrywając nad Geretsem, posłał futbolówkę wprost pod nogi Hrubescha. Ten długo się nie zastanawiając, huknął z linii pola karnego i Niemcy objeli prowadzenie. To tylko rozochociło piłkarzy RFN. Belgowie sparaliżowani coraz wyraźniejszą przewagą Niemców, nie mogli znaleźć dla siebie właściwego rytmu rozgrywania akcji. Nieudolne próby Ceulemansa zagrożenia niemieckiej bramce z góry skazane były na niepowodzenie. W ekipie RFN bardzo dobrze spisywał się Allofs. Król strzelców Euro ’80 w tym meczu wprawdzie gola nie strzelił ale brał na siebie ciężar rozgrywania akcji, przez co robił więcej miejsca na boisku mało ruchliwemu Hrubeschowi. W drugiej połowie zawodnicy RFN starali się kontrolować przebieg gry, przez co nieco częściej do głosu zaczeli dochodzić Belgowie. Na kwadrans przed końcem meczu Rene van der Eycken stanąl przed szansą doprowadzenia do remisu. Van Moer zagrywa do wychodzącego na czystą pozycje van der Elsta, Stielike rzuca się w pościg, zatrzymuje rywala w nieprzepisowy sposób. Całe zajście ma miejsce tuż przed szesnastką ale arbiter decyduje się podyktować rzut karny. Van der Eycken korzysta z prezentu i mecz zmierzający do końca zaczyna się od nowa. Niemcy nie zamierzają jednak czekać na dogrywkę. Rummenigge dośrodkowuje, Hrubesch główkuje, Pffaf łapie. Po kilku minutach niemal kopia tej sytuacji. Rzut rożny dla RFN. ,,Kalle” ustawia piłkę w narożniku boiska, zagrywa w pole karne a potężny Hrubesch uderza głową na bramkę. Piłka ląduje w siatce. Do końca meczu nic już nie ulega zmianie. Niemcy po raz drugi w historii zostają najlepszą drużyna kontynentu.
7
Małymi kroczkami zbliża się Euro a więc...
Historia mistrzostw Europy część 6:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Visca_barca
1
@FcPortoFan1999 Raczej nie, gdyż ide robić kolacje, potem robić śniadanie do roboty a potem to już będzie po meczu a jeszcze potem obejrze kawałek jakiegoś filmu albo dokumentu i idę spać!
0
@FcPortoFan1999 Podziękował ślicznie :)
0
@FcPortoFan1999 Niemal byłem pewny że coś do mnie napiszesz....
0
A jeszcze tak przy okazji mam pytanie do kibiców: Czy finał Ligi Mistrzów będzie można obejrzeć na otwartej antenie naszej telewizji?
I jeszcze jedno: Czy od nowego sezonu Lige Mistrzów będzie można obejrzeć na TVP?
1
Nie no, ja dziękuje za oglądanie Ekstraklasy. Takiego komedio-dramatu nie zamierzam oglądać!
0
@Stinger_ Wyczuwam 0:0, bez przymiotnika potężne
4
@FCBparasiempre
Stara futbolowa zasada mówi że do każdego zespołu trzeba co roku dołączyć kilku nowych piłkarzy że co najmniej dwa ogniwa, te najsłabsze należy wymienić i chociaż jednego zawodnika wpuścić do podstawowego składu. Jeśli bowiem nie dokona się żadnych zmian w drużynie grozi stagnacja znający się jak łyse konie piłkarze popadną w rutynę a zespół nie będzie potrafił niczym zaskakiwać rywali, którzy znakomicie go rozszyfrują oczywiście nie bez znaczenia jest też aspekt marketingowy, wiadomo że koszulki z nazwiskiem nowej gwiazdy klubu świetnie się sprzedają a głośno transfer generalnie napędza koniunkturę. Dlatego też aktem wielkiej odwagi było to, na co latem 2005 roku zdecydowali się Frank Rijkaard, Txiki Beguiristain i Joan Laporta. Otóż uznali oni że drużynie nie jest potrzebny żaden nowy istotny piłkarz. Nie wydali pieniędzy aby tylko je wydać. Owszem do zespołu dołączyło Dwóch zawodników ale tylko po to by uzupełnić do przepisowych 25 kadrę, osłabioną ale oczywiście tylko liczebnie) odejściem takich futbolistów jak Rochembak, Sergio Garcia czy Damia. Za marka Van Bommela oraz Santiago Ezsquero Barça nie zapłaciła ani centa, ponieważ obu wygasły kontrakty z poprzednimi klubami: PSV i Athletikiem Bilbao. Obaj mieli swoje lata, przyszli do Barcelony by odciąć jeszcze kilka przysłowiowych kuponów od dotychczasowych osiągnięć w Barcelonie panowała przecież moda na bezpretensjonalnych weteranów. Szefowie Barçy najwyraźniej wyszli z założenia że zespół w żadnym wypadku nie jest wypalony że grając w tym samym składzie co w sezonie 2004/05 wciąż będzie skutecznie napędzany do kolejnych sukcesów wewnętrznym entuzjazmem i pozostanie nieprzewidywalny dla rywali. ,, Byliśmy grupą piłkarzy zachwyconych możliwością wspólnego grania w piłkę, pełną wiary w piękną przyszłość, zauroczoną naszym trenerem. Chcieliśmy wygrać wszystko i mieć cały świat u stóp"- wspominał tamten czas w kilka lat później Ronaldinho. Rijkaard to widział, rozumiał że akurat teraz zespół nie potrzebuje wzmocnień. Przewidywał że wpuszczenie do szatni kogoś ważnego mogłoby zakłócić idealną harmonię w drużynie. Dlatego postanowił nie dokonywać istotnych zmian w kadrze. Było to prawdziwie mistrzowskie posunięcie przyszłość dowiodła że wszystkie te optymistyczne przypuszczenie i wnioski Były jak najbardziej słuszne. Jak się okazuje czasami opłaca się zadziałać wbrew schematom. Trzeba tylko wyczuć odpowiedni moment, zrozumieć wyjątkowość sytuacji, dostrzec że to jest właśnie ten czas, kiedy od reguły należy zrobić wyjątek nie wszystko układało się w tym wspaniałym sezonie 2005/06 pomyśli Franka Rijkaarda i jego zawodników. Wielkość Barçy z tamtego czasu polegała jednak także na tym że drużyna potrafiła poradzić sobie z każdą przeciwnością losu, przezwyciężyć każdy kryzys, rozwiązać każdy problem. Kontuzja Leo Messiego po tym, co pokazał w meczu na Stanford Bridge była oczywiście ciosem bolesnym, jednak obecność Argentyńczyka na boisku nie stanowiła wówczas konieczności, tylko opcję. Dalece bardziej mogło zaszkodzić w drużynie to co stało się 2,5 miesiąca wcześniej (2 grudnia 2005) podczas treningu w starciu z rezerwowym bramkarzem Jorquerą, kontuzji zerwania więzadeł krzyżowych doznał mały generał Barcelony- Xavi. Pozycja Xaviego w zespole z pewnością nie była tak silna jak za kadencji Guardioli, jednak już od dosyć dawna, gdyż od sezonu 2001/02 był on podstawowym graczem. Początkowo jego rozwój nieco blokowała obecność w drużynie Guardioli defensywnego pomocnika grającego tuż przed formacją obronną ponieważ Xaviego przygotowywano przecież do roli jego następcy ale po sezonie 2000/01 ,,Pep” odszedł z klubu. Xavi rozwijał się powoli. W momencie odniesienia kontuzji nadal miał status wschodzącej gwiazdy, choć przecież stuknęło mu już 25 lat. Rozegrał dwa wielkie mecze, po których zyskał uwielbienie fanów. 25 kwietnia 2004 roku z Realem Madryt na wyjeździe i 2 listopada tego roku z Milanem w Lidze Mistrzów. W tym pierwszym Barça wygrała na Camp Nou 2:1 a trzeba wiedzieć że zaliczył genialną asystę przy golu Samuela Eto. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni publika skandowała jego imię. Kiedy owego feralnego drugiego grudnia doznał tak poważny kontuzji, oczywiście można się było zastanawiać czy aby jego brak w całej wiosennej części rozgrywek nie pokrzyżuje w Barcelonie planów. Jednak po czasie okazało się że to fatalne wydarzenie obróciło się na korzyść drużyny. Nie jest to stwierdzenie eleganckie wobec Xaviego ale opis jego rekonwalescencji i pełnej morderczych ćwiczeń rehabilitacji pod okiem Emiliego Ricarta należy do najciekawszych i najbardziej poruszających fragmentów jego autobiografii i w tym przypadku sprawdziło się porzekadło, które sportowcy powtarzają wyjątkowo często: Co cię nie zabije to cię wzmocni. Xavi pracował żeby zdążyć na finał Ligi Mistrzów. Ostatecznie cały mecz z Arsenalem spędził na ławce rezerwowych ale wystąpił w kilku ostatnich spotkaniach ligowych a ciężkie ćwiczenie ogólnorozwojowe, straszliwy reżim jakiemu został poddany przez te kilka miesięcy 2006 roku naprawdę mu pomogły. Po wakacjach Był jakby nieco innym piłkarzem, mocniej stojącym na nogach, bardziej stanowczym I zdecydowanym. Zmężniał, można powiedzieć definitywnie zmienił się Z Xavito w Xaviego. Teza że bez tej ciężkiej kontuzji nie byłoby Wielkiego Xaviego (mistrza świata i Europy i konkwistadora Ligi Mistrzów) jest co najmniej ryzykowna. Fakty mówią jednak za siebie. Po powrocie do zdrowia barceloński ,,Napoleon” grał lepiej niż przed wypadkiem.
Ponadto należy pamiętać że dłuższa nieobecność Xaviego bardzo stymulująco wpłynęła na dwóch innych znakomitych pomocników: deko i Iniesty. Deco to być może najbardziej niedoceniany dziś zawodnik drużyny Rijkaarda. I jego rola w sukcesach z lat 2005 2006 wydaje się z perspektywy czasu mniejsze niż Ronaldinho, Samuela Eto, Xaviego czy nawet Messiego i Iniesty a była w swej istocie ogromna. Gwiazdor Porto ery Jose Mourinho był bowiem ulubionym partnerem ,,Roniego”, zawodnikiem, z którym as Barçy rozumiał się bez słowa. Choć reprezentował Portugalię, Deco to przecież rodowity Brazylijczyk, wyszedł z tej samej piłkarskiej szkoły. Jeden szukał na boisku drugiego, drugi pierwszego. Deko podążał krok w krok z akcją Ronaldinho by ten mógł mu odegrać piłkę, kiedy znajdzie się w tarapatach. Wypadnięcie z gry Xaviego rozszerzyło jego pole działania. Miał teraz większy obszar boiska pod swoimi rządami a był wtedy naprawdę w znakomitej formie, prezentował bardziej twórczy futbol niż Xavi. Także adresowi i nieście kontuzja Xaviego pozwoliła w pełni rozwinąć skrzydła. Tu znów trzeba przypomnieć kilka faktów. Iniesta z perspektywy swych dokonań i jawi się nam jako Złote dziecko, zawodnik, który od kiedy tylko pojawił się u trenera pierwszego zespołu Barçy, szturmem wszedł do podstawowej 11. Otóż nic bardziej mylnego. Aby nie sięgać zbyt daleko w przeszłość prześledźmy jego losy tylko w sezonie 2005/06. Do czasu odniesienia przez Xaviego kontuzji, Iniesta (jeszcze wtedy z pewnością żaden Don Andres) wystąpił w 11 meczach. Tylko dwa razy grał od początku a dziewięciokrotnie pojawiał się na boisku w drugiej połowie. Trzy razy zmienił Edmilsona, 2 razy Xaviego i po razie Marqueza, Deco, Giuly'ego i Messiego. To doskonale obrazuje jego ówczesny status w zespole: mówiąc brutalnie zapchaj dziury. Rijkaard widział w nim zmiennika dla Deco i Xaviego, ewentualnie partnera, gdy trzeba było zagrać bardziej ofensywnie. Co się zatem stało po kontuzji Xaviego? Otóż i nie staw wybiegł na boisko w jedenastce w trzech pierwszych meczach Primera Division i wszystkie je Barça wygrała. Choć potem zdarzało mu się jeszcze zaczynać jako rezerwowy, to z miejsca udowodnił że jest zawodnikiem z tej samej półki co kontuzjowany Partner. Tak oto kontuzja lidera pomocy obróciła się na korzyść zespołu, pozwoliła wydobyć potencjał z innych występujących w nim zawodników. Gdy Xavi wrócił stworzył wielki duet z Iniestą. Deco zaś Po pewnym czasie musiał odejść... Opowieść o wiekopomnym sezonie 2005/06, próba wyjaśnienia Dlaczego w Barcelonie udało się wtedy tak wiele wygrać byłaby niepełna bez krótkiego choćby zajęcia się postacią zawodnika, który osiągnął wówczas pierwszy szczyt swojej kariery. Mowa o Samuelu Eto’o. Kameruńczyk został przecież dzięki swoim 27 golom królem strzelców sezonu ligowego, do tego zdobył gola w finale Ligi Mistrzów, 6 zresztą w całej edycji imprezy. Jego rolę w osiągnięciu zespołu należy przeanalizować dwutorowo: jako osoby i jako piłkarze. Ten pierwszy aspekt jest może nawet istotniejszy. Eto jest Specyficznym człowiekiem, bardzo uczuciowym i ekstrawertycznym. Albo kogoś kocha albo nienawidzi, rzadko występują u niego stany pośrednie. Nie umie się hamować, o czym najlepiej świadczą słowa wykrzyczane po zdobyciu tytułu mistrzowskiego w 2005 roku, te o madryckim rogaczu. Jego zachowania, wypowiedzi czy nawet miny zawsze najlepiej świadczyły o tym, jaka atmosfera panuje w szatni. Wystarczyło na niego spojrzeć by się dowiedzieć czy między piłkarzami, albo między nimi a trenerem jest zgoda czy też powstały jakieś konflikty. Eto’o był najlepszym probierzem atmosfery w ekipie. W wyrazie jego twarzy, ruchach, boiskowych zachowaniach jak w soczewce skupiały się radości bądź problemy zespołu. Przez cały sezon Eto’o tryskał entuzjazmem. Na boisku był prawdziwą zadziorą, dobrym duchem drużyny. Jako Snajper czasami zawodził, marnował dużo sytuacji, często podejmował błędne decyzje ale ciągle był w ruchu, dochodził do dobrych pozycji do oddania strzału. Ponadto atakował Obrońców rywali, wcielał się w rolę pierwszego obrońcy. Czuł się sprawiedliwie traktowany przez trenera, miał przekonanie że koledzy mu ufają, lubią go i akceptują takim jakim jest. Jego odwieczny konflikt z Ronaldinho znalazł się w fazie uśpienia. Kiedy jednak coś się w Samuelu zmieniło od razu odbiło się to na obrazie całego teamu. Z pewnością nie uwzględniliśmy tu wszystkich niuansów które doprowadziły Barçe do triumfów w sezonie 2005/06 Ligi Mistrzów w Paryżu. Brazylijczyk został wtedy zdjęty z boiska w przerwie by zrobić miejsce Andresowi Inieście. Sytuacja tego rodzaju nazywana w polskim slangu piłkarskim wędką, nie jest miła dla żadnego zawodnika ale Edmilson tak po latach w rozmowie z dziennikarzem Asa wspominał ten moment: ,, Odebrałem to normalnie. Już byłem mistrzem Hiszpanii czyli człowiekiem szczęśliwym. Teraz chodziło o to żeby wygrać mecz. Graliśmy w przewadze, potrzebny był zawodnik ofensywny. Odczułem tę zmianę wyłącznie jako spowodowaną koniecznością taktyczną, w żaden sposób nie odebrałem jej osobiście. Wiedziałem że mam pełne zaufanie trenera. Wszedł adres i nadał naszej grze zupełnie nową dynamikę wygraliśmy a ja mimo tego co się stało w finale czułem się pełnowartościowym członkiem najlepszego zespołu Europy".
5
Tak oto rodziła się magiczna ,,Barcunia”:
@AssisMoreira
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca
0
@T^L Z terenem przeciwników jak najbardziej się zgodze. Natomiast że nie były to ogórki to w żadnym wypadku się z tym nie zgodze!
1
@Pawlak1992 No ale do guniuszu to mu jeszcze brakuje...:)
7
@FCBparasiempre
Włoski futbol kojarzy nam się z obroną. Utarte slogany o cattenacio co chwilę padają z ust komentatorów, gdy mówią o drużynach z Italii. Chociaż w dzisiejszych czasach te banały mają coraz mniej wspólnego z prawdą, to nie da się ukryć, że to właśnie kluby z półwyspu Apenińskiego zrewolucjonizowały ten element gry. Był jednak we Włoszech trener, który w czasach hossy cattenacio kompletnie nie poddawał się trendom, a stawianie zasiek w obronie uważał wręcz za zbrodnię przeciwko futbolowi. Nigdy nie wywalczył wielkich trofeów, ale w sercach i pamięci kibiców pozostał na zawsze. Posłuchajcie historii Zdenka Zemana. Zeman urodził się 12 maja 1947 roku. Nigdy nie grał profesjonalnie w piłkę, wolał uprawiać siatkówkę i szczypiorniaka. Latem 1968 roku pojechał na wakacje, do swojego wuja mieszkającego na Sycylii. Ta podróż odmieniła życie młodego Zdenka. W czasie jego nieobecności wojska Układu Warszawskiego najechały Czechosłowację. Operacja „Dunaj” zakończyła „Praską wiosnę”. Komuniści za pomocą czołgów przywrócili socjalistyczny ład w ojczyźnie Zemana. Ten postanowił pozostać we Włoszech na stałe. Wiele osób śmieje się, że to jedyna rozsądna decyzja, jaką przyszły trener podjął w swoim życiu. Wujek Zemana, Cestmir Vycpalek, w przeciwieństwie do Zdenka posmakował zawodowego futbolu. Grał m.in. dla Juventusu, Parmy i Palermo. Gdy zawiesił buty na kołku, postanowił zająć się trenowaniem. Zaczynał od niższych lig włoskich. Po jakimś czasie trafił do „Starej Damy”. Najpierw zajął się prowadzeniem drużyn juniorskich, potem objął pierwszy zespół i doprowadził Juventus do dwóch mistrzostw Włoch. W tym czasie jego siostrzeniec zajął się zdobywaniem wykształcenia. Zrobił fakultet z medycyny sportowej. Następnie postanowił pójść w ślady wuja i zająć się trenowaniem. Ukończył renomowaną szkołę Coverciano w podobnym czasie co Arigo Sacchi. Wkrótce potem obaj odcisnęli swoje piętno na włoskim futbolu. Pierwsze kroki w trenerskim światku Zeman stawiał w Palermo. Trenował tam drużyny do lat 12. Przełom stanowiło otrzymanie posady w czwartoligowej Licacie. Wkrótce awansował z tym zespołem do Serie C. Co ciekawe uczynił to, mając w składzie prawie samych juniorów. Stawianie na młodzież stało się po jakimś czasie jego znakiem rozpoznawczym. Drugim był ultra ofensywny futbol prezentowany przez jego zespoły. Z Licaty trafił do Foggi. To właśnie dzięki pracy w tym klubie miała o nim usłyszeć cała Italia. Do ekipy z Apulii zaliczył dwa podejścia. Najpierw po roku pracy opuścił „Satanellich” i przeniósł się do Parmy, by zastąpić tam Sacchiego, który rozpoczynał właśnie swój chlubny rozdział w Mediolanie. Ten epizod okazał się dla Zemana kompletnym niewypałem. Zwolniono go po siedmiu meczach. Przygarnęła go za to Messina. Pod jego skrzydłami „Toto” Schillaci ustrzelił w sezonie ligowym 23 bramki, dzięki czemu zainteresował się nim Juventus. Można powiedzieć, że król strzelców Mundialu w 1990 roku był pierwszym z całej plejady gwiazd, które wyszły spod ręki „Il Boemo”. W 1989 roku Zeman zatoczył koło i powrócił do Foggii.
To, co odróżniało Zemana od innych menadżerów, to brak lęku przed zwolnieniem. Czech twierdził, że obawa przed utratą stanowiska hamuje trenerów przed stosowaniem ofensywnej taktyki, przez co ich zespoły boją się grać w piłkę. Nasz bohater gardził takim podejściem. Piękna gra jego drużyny była celem nadrzędnym. Na szczęście we Foggii trafił na wyrozumiałego szefa. Pasquale Casillo, właściciel „Satanellich”, mocno wierzył w umiejętności i filozofię Zemana. Pomimo trudnych początków, nie ugiął się pod presją kibiców i nie zwolnił „Il Boemo” po serii słabszych wyników. Ta wiara zaowocowała. Zeman w dwa lata awansował z Foggią z Serie C do Serie A. Trener cały czas był wierny swojej filozofii futbolu. Uwielbiał taktykę 4-3-3. Z przodu biegało trzech środkowych napastników, pomocnicy często podłączali się do fazy ataku, a boczni obrońcy grali w stylu, jaki znamy z dzisiejszych boisk, czyli praktycznie jak skrzydłowi. W akcjach ofensywnych potrafiło uczestniczyć ośmiu piłkarzy. Jak na Czecha przystało, inspiracje czerpał między innymi z hokeja na lodzie. Jeśli wam się zdaje, że to Manu Neuer zaczął pierwszy grać jako bramkarz-libero, to musicie zobaczyć, jak w systemie Zemana funkcjonował jego ulubieniec – Francesco Mancini. W sezonie 1990/91 Foggia strzeliła 67 goli. Drugie w tej klasyfikacji Udinese zdobyło ich 53. Ultra ofensywny styl Zemana nie zawsze popłacał. Angażowanie takiej liczby piłkarzy do atakowania bramki rywala sprawiało, że przed własnym polem karnym często zostawało jedynie dwóch stoperów. Szczególnie w Serie A drużyna często musiała płacić frycowe za takie ustawienie. Tak było w ostatniej kolejce sezonu 1991/92. Po pierwszej połowie Foggia prowadziła z AC Milanem 2:1. Większość menadżerów w takiej sytuacji skupiłaby się na obronie wyniku. Jednak nie Zeman. On nakazał swoim graczom dążyć do strzelenia kolejnych goli. W rezultacie Milan wygrał ten mecz…2:8. By przygotować piłkarzy do gry o takiej intensywności, jego treningi charakteryzowały się dużymi obciążeniami fizycznymi i długim czasem trwania. Bieganie po górach było stałym elementem harmonogramu zajęć. Sam szkoleniowiec nie dbał przesadnie o zdrowie. Papierosy palił taśmowo, a na treningach klął jak szewc. Zresztą odpalona cygaretka była jednym ze znaków charakterystycznych Czecha. W pierwszym sezonie na najwyższym poziomie rozgrywkowym „Satanelli” zajęli dziewiąte miejsce. Więcej bramek od nich strzelił tylko Milan, więcej straciło tylko zdegradowane Ascoli… To mówi wszystko o bezkompromisowym podejściu Zemana do calcio. Futbol miał dawać radość kibicom, a nie być partią szachów. „Ludzie mówią, że powinienem zmienić taktykę. Nie zgadzam się z tym. Chcę, żeby mój zespół zabawiał fanów i zbliżył ich do zespołu. Mam nadzieję przekonać sceptyków, że pracujemy dobrze.” Foggia była rewelacją sezonu 1991/92. Nic dziwnego, że ofensywni piłkarze tego klubu stali się celami transferowymi dla bogatszych zespołów. Zeman stracił latem całą linię ataku. Signori odszedł do Lazio, Rambaudi do Atalanty, a Francesco Baiano do Fiorentiny. Z klubem pożegnał się także Igor Szalimow, który wybrał grę dla Interu. „Il Boemo” musiał odbudować cały ofensywny potencjał drużyny z Apulii. Podołał zadaniu i znalazł godnych zastępców (m.in. Bryan Roy). W następnym sezonie Foggia uplasowała się na jedenastej pozycji. Dwa lata później znów zajęła dziewiąte miejsce w lidze. Nikt już nie miał wątpliwości. Największą wartością zespołu był jego trener, który potrafił utrzymać formę zespołu niezależnie od składu i rewolucji kadrowych. Czech miał wyjątkową rękę do młodych graczy. Wypromował wielu przyszłych reprezentantów Italii. Wielu ekspertów uważa, że radził sobie lepiej z młodzieżą niż ze starszymi zawodnikami, ponieważ ukształtowani i doświadczeni gracze nie godzili się na uczestniczenie w jego szaleństwach. Od zwariowanej taktyki, po żelazny reżim treningowy. Styl prowadzenia zespołu przez Zemana często był określany jako autorytarny.
W 1994 roku otrzymał w końcu szansę w poważnym klubie. Podpisał kontrakt ze stołecznym Lazio. Signori, Boksić, Chamot, Fuser, Winter, Casiraghi. To tylko niektórzy z graczy, jacy wówczas reprezentowali rzymian. Dostał do ręki silne karty. Ze swojej ojczyzny przywiózł Pavela Nedveda. Zakontraktował go przed Euro ’96. Po tamtym turnieju wszyscy wiedzieli, że Zeman znów wynalazł perełkę. Nedved w jednym z wywiadów przyznał, że to właśnie rodakowi zawdzięcza wszystko. Na głęboką wodę rzucił młodziutkiego Alessandro Nestę, który hartował się w jego szalonym systemie gry, tak trudnym dla obrońców. „Każdy młody piłkarz, powinien mieć nadzieję, że będzie trenowany przez Zemana”- To właśnie słowa legendarnego włoskiego defensora, pod którymi podpisał się również Francesco Totti. Włodarze Lazio nie byli jednak tak wyrozumiali, jak Casillo we Foggii. Wynajdowanie młodych talentów i efektowna gra to było dla nich za mało. Chociaż wygrał 5-1 z Padovą i Napoli, zwyciężył 7-1 ze „swoją” Foggią, pokonał u siebie 4-0 Milan, upokorzył Fiorentinę 8-2, w dwumeczu z Interem wygrał 6-1, a Juve w Turynie odprawił 3-0. To nie wystarczyło, żeby sięgnąć po mistrzostwo. Zbyt często gubił punkty z ekipami z dołu tabeli. W Lazio pragnęli trofeów, a tych Zeman nie potrafił im dać. Po trzech sezonach mieli już dość. Ku niezadowoleniu fanów pożegnali czeskiego szkoleniowca. „Il Boemo” nie opuścił jednak Rzymu. Zmienił tylko barwy na żółto-czerwone. „Zeman jest trenerem i osobą, która wniosła znaczący wkład w mój rozwój zawodowy i osobisty.”- Taką laurkę wystawił Czechowi wspomniany wcześniej Totti. Gwiazda „Króla Rzymu” rozbłysła mocniej, gdy pieczę nad nim sprawował właśnie Zeman. To on po raz pierwszy wręczył mu kapitańską opaskę. Wiele lat później, Czech zapytany o pięciu najlepszych włoskich piłkarzy, odpowiedział: „TOTTI, TOTTI, TOTTI, TOTTI I TOTTI.” W AS Romie skończyło się jednak tak samo, jak u sąsiadów zza miedzy. Wyniki były dobre, ale brakowało konkretów. Został zwolniony. Po nim przyszedł Capello i w rok zdobył scudetto… Dodatkowo wywołał skandal. W wywiadzie dla L’espresso zarzucił piłkarzom Juventusu stosowanie dopingu. Powiedział także, że drużyna z Turynu jest jedyną, której nigdy nie poprowadzi. Po tej wypowiedzi stał się w kręgach futbolowego establishmentu persona non grata. Niektórzy twierdzą, że zamknął nią sobie drogę do poważnego futbolu. Postarał się o to Luciano Moggi, ówczesny dyrektor generalny Juve, który sam odszedł z piłki w niesławie po wybuchu afery Calciopoli. Czas pokazał, że Zeman niewiele się pomylił, chociaż zrobiono z niego wariata.
W 1998 roku odrzucił podobno ofertę przejścia do FC Barcelony. Katalońskie DNA plus filozofia Zemana… Pomyślcie, cóż za mieszanka wybuchowa mogła z tego powstać. Możemy tylko bardzo żałować, że nigdy niedane nam było się o tym przekonać. „System powiedział, że mnie nie chce i moja kariera potoczyła się w innym kierunku. Mogłem trenować milan, inter albo real.” Naprawdę mógł to robić, gdyby chociaż raz nie chciał płynąć pod prąd i wybrał milczenie. W 1999 roku po raz pierwszy opuścił Italię. Jednakże ani przygoda w Fenerbache, ani wiele lat później w Crvenej Zveździe nie zakończyła się sukcesem i Zeman szybko wracał do Włoch. Tam czuł się najlepiej, wszak sam twierdził, że czuje się bardziej Sycylijczykiem, niż Czechem. Na półwyspie Apenińskim był jednak banitą. Zepchnięto go na margines. Tułał się po klubach z niższych lig i rozmieniał swój trenerski kunszt na drobne. W 2010 roku rękę wyciągnął do niego ponownie Pasquale Casilla, który chciał odbudować Foggię. Sam wracał do klubu po okresie, w którym zmagał się z problemami z prawem. Wierzył, że receptą na sukces, będzie odtworzenie struktur sprzed dwudziestu lat. Nie udało się awansować do Serie B, ale Foggia zdobyła najwięcej bramek w lidze. O Czechu i jego zwariowanym futbolu znów zrobiło się głośno. To pozwoliło Zemanowi na podjęcie pracy w Pescarze. Awansował z tym klubem do Serie A. Drużyna strzeliła ponad 90 bramek w sezonie, śrubując rekord ligi, a Zeman wypromował kolejne gwiazdy włoskiej piłki: Verattiego, Insigne czy Immobile. Dzięki temu otrzymał drugą szansę w Romie. W „Wiecznym mieście” znów mu nie wyszło. Piłkarze nie uwierzyli, że może ich poprowadzić do sukcesów. Skończyło się konfliktem z Daniele De Rossim i utratą posady. Kolejne lata to było już tylko odcinanie kuponów. Od marca 2018 roku Zeman pozostaje bez pracy. Czy wróci jeszcze na trenerską ławę? Ma już ponad 70 lat więc może być ciężko znaleźć klub, który powierzy mu stery. Czeski trener dorobił się we Włoszech rzeszy swoich fanów, którzy są nazywani „Zemanini”. Praktycznie w każdym włoskim mieście (może poza Turynem) „Il Boemo” darzony jest wielkim szacunkiem. Pomimo braku sukcesów z sentymentem wspominają go tiffosi obydwóch rzymskich klubów. Był entuzjastycznie witany nawet przez fanów z Mediolanu, chociaż nigdy tam nie pracował. Kibice kochali jego bezkompromisowy styl i dążenie do zdobywania bramek w każdej sytuacji, nawet przy wysokim prowadzeniu. Jego drużyny zapewniały widowisko. Bo dobra gra zawsze wyprzedzała w hierarchii Zemana wyniki. ,,Nasze pułapki ofsajdowe były ustawione praktycznie na środku boiska. To było samobójstwo! Zemana to nie obchodziło. On chciał, żebyśmy tak grali w meczach ligowych. prosiliśmy go nawet kiedyś, by przyłożył większą uwagę do zadań defensywnych, ale nie chciał o tym słyszeć!”- tak pracę z Zemanem wspominał Cafu. Giuseppe Signori twierdził zaś, że jedynymi rzeczami, których nie toleruje Zeman, są podania do tyłu i kradnięcie czasu w narożniku boiska. Sam bohater powiedział kiedyś, że woli przegrać 5:4 niż bezbramkowo zremisować. Innym razem mówił: „Jeśli strzelisz 90 goli, to nie ważne ile stracisz”
Przeciwnicy śmiali się z naiwności i takiego myślenia ”Il Boemo” oraz jego radosnego futbolu. Szydzili z braku pragmatyzmu i romantycznej wizji gry. Gdy Czech skrytykował Inter Mourinho za kunktatorstwo i wyrachowaną grę, „The Special One” spytał tylko: „Kim on jest? gdzie on gra? muszę się dowiedzieć, co wygrał. Teraz jestem na wczasach, ale jak będę miał chwilę to sprawdzę w google”. Jeden z najbardziej znanych utworów Stinga opowiada o „Angliku w Nowym Jorku”. W 1999 roku włoski piosenkarz Antonello Venditti, prywatnie fan Romy, nagrał piosenkę o pewnym Czechu we Włoszech. Kończy się ona słowami: ,,Ponieważ nigdy się nie zmienisz”. Nigdy się nie zmienił. Pozostał na zawsze wierny swoim piłkarskim ideałom i dążeniu do atrakcyjnej dla oka gry.
7
Geniusz bez trofeów:
@Culer9002
@Visca_barca
@Adran360
@Symson
@Arkon
@Ogorinho1974
@KrychaFCB
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
0
@FcPortoFan1999 Dlatego też napisałem zawstydzający...
7
Zawstydzający remis reprezentacji Polski:
12 maja przypada rocznica meczu z Albanią(1971 r.) w kwalifikacjach Euro’72. Po udanym debiucie ze Szwajcarami, trener Kazimierz Górski szybko wziął wraz z drużyną zimny prysznic. Albańczycy nie dali się ograć w Tiranie, choć suma umiejętności indywidualnych była nieporównywalna, oczywiście na korzyść biało-czerwonych. Nie był to dobry prognostyk przed kolejnymi spotkania w eliminacjach mistrzostw Europy, w których reprezentacja Polski pod wodzą nowego selekcjonera dopiero powstawała… ,,Na usprawiedliwienie remisu, który był w gruncie rzeczy porażką mógłbym przytoczyć sporo przekonywających argumentów. Nie mogły jednak zmienić wyniku, który wywołał fatalny rezonans w opinii publicznej” – wspominał po latach Kazimierz Górski w książce „Piłka jest okrągła”. ,,O godzinie trzeciej po południu, kiedy zaczynaliśmy mecz, temperatura przekraczała 30 stopni. Było potwornie gorąco i duszno a do tego wysokie położenie miasta sprawiało, że zawodnicy zatykali się po kilkunastu minutach gry – kontynuował trener Górski. – Już w 5. minucie zdobyliśmy prowadzenie, po czym powtórzyła się stara śpiewka – lekceważenie przeciwnika, bezproduktywne zagrania, nonszalancka zabawa w kotka i myszkę. Kiedy gospodarze wyrównali, nasi ruszyli do szturmu i zdobyli nawet prowadzenie, lecz sędzia bramki nie uznał…”
Albania – Polska 1:1 ; Gole: Zhega 32 – Banaś 5.
POLSKA: Grotyński – Wraży, Winkler, J. Wyrobek, Anczok – Szołtysik, Deyna (69. Ćmikiewicz), Banaś, B. Blaut, Lubański, Gadocha (45. Kozerski).
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Culer9002
0
@FcPortoFan1999 No powiedzmy że jest...
7
Ikony polskiego futbolu:
12 maja 1929 r. urodził się Leszek Jezierski, piłkarz, reprezentant Polski a przede wszystkim ceniony trener. Karierę sportową rozpoczął w KS Lublinianka. Podczas odbywania służby wojskowej reprezentował Legię Warszawa, w barwach której w 6 meczach zdobył 1 bramkę. W 1953 r. przeniósł się do Łódzkiego Klubu Sportowego, z którym zdobył puchar i mistrzostwo Polski (w sumie do 1961 r. rozegrał 160 spotkań). W reprezentacji Polski zadebiutował 8 sierpnia 1954 r. w meczu z Bułgarią (w drużynie biało-czerwonych wystąpił 6 razy). Grał jeszcze w Starcie i Włókniarzu Łódź oraz w Stomilu Poznań. W karierze trenerskiej jego pierwszym sukcesem było zdobycie w 1966 r. mistrzostwa Polski juniorów z zespołem MKS Hala Sportowa. Kierując drużynami w naszym mieście, doprowadził łódzką piłkę nożną do bardzo silnej pozycji krajowej. W 1975 r. awansował z Widzewem Łódź do Ekstraklasy. Kolejnym krokiem w karierze trenerskiej był ŁKS, który prowadził w latach 1976–78, 1981–84, 1987–1990 i w sezonie 1995/96. Jego największymi osiągnięciami jako trenera było jednak zdobycie mistrzostwa Polski w 1979 r. z Ruchem Chorzów oraz wicemistrzostwa kraju w sezonie 1986/87 z Pogonią Szczecin. Prowadził też m.in. Lecha Poznań i Zawiszę Bydgoszcz. Trzykrotnie wybierano go na trenera roku w plebiscycie „Piłki Nożnej", działał także w radzie trenerskiej PZPN. Przydomek „Napoleon” nieprzypadkowo określał jego charakter i twarde trenerskie zasady, na temat których krąży wiele opowieści i anegdot, a sam Leszek Jezierski stał się piłkarska legendą. Ostatnie lata życia spędził w swoim domu w Sokolnikach. Zmarł 12 stycznia 2008 r. i został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Doły.
@Visca_barca
@Symson
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
1
@FCBparasiempre Peyroteo ma średnią 1,67 gola na mecz a Deak 1,28 gola na mecz. Natomiast Wilimowski ma 1,34 gola na mecz!
0
@kanver_ No jeśli chodzi o pierwszą lige to również Peyroteo, Wilimowski a zwłaszcza Deak mieli wysoką średnią ale czy wyższą to musiałbym sprawdzić?
0
@Danny Gaucho Prosze nie wrzucać mi tu jakichś głupawych iksów...
0
@kigani Przecież wiem że nie wygrał! Jednak to nie oznacza że poziom i prestiż był niższy niż Puchar Zdobywców Pucharów! Zaryzykowałbym stwierdzenie że Puchar Mistrzów stał na wyższym poziomie...
0
@Danny Gaucho Nie znam języka angielskiego ale jeszcze potrafie się domyslić co do strzelanych goli: https://best100football.wordpress.com/josef-bican/
0
@kigani Nie no, bez przesady, było troche więcej mocnych ekip niż tylko 5. Poza top-5 lig Europy byli jeszcze silni mistrzowie Holandii, Belgii, ZSRR, Czechosłowacji, Austrii, Jugosławii czy Bułgarii, więc to nie były przelewki...
5
Klasyfikacja strzelecka wszechczasόw na poziomie pierwszoligowym(pierwsza 20-tka)
1 J. Bican(Austria) – 607! zdobytych goli
2 C. Ronaldo- 545
3 F. Puskas(Węgry)- 508
Messi- 508
4 S. Bobek(Jugosławia)- 423
5 I. Schlosser(Węgry) - 417
6 G. Zsengeler(Węgry) - 416
7 Mc Grory(Szkocja) - 410
8 Gerd Müller- 403
9 C. Bianchi(Argentyna) -393
10 Z. Ibrahimovič 393
11 F. Szusza(Węgry) - 392
12 Luis Suarez(Urugwaj)-385
13 R. Lewandowski -384
14A. De Cleyn(Belgia)- 377
15 Romario - 375 (1000 total w karierze)
16 G. Nordhal(Szwecja)- 374 (485)
Di Stefano(Argentyna) -374 (406)
17 J. Greaves(Anglia) - 366
H.Gallacher(Szkocja)- 366
18 D. Onnis(Włochy)- 363
19 J. Takacs(Węgry) - 360
20 Hugo Sanchez – 356
Ps. Co do Messiego, Luisa Suareza i Cristiano Ronaldo, to mogłem się pomylić o 2, góra 3 gole, gdyż nie śledze lig, w których grają.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca