9

Zapomniane, acz wspaniałe legendy hiszpańskiego futbolu:

25 maja 1912 r. urodził się wybitny napastnik Isidro Langara. Isidro był postacią absolutnie wyjątkową. Podczas gdy większość zawodników wyjeżdżało z Ameryki Południowej do Europy, on postąpił odwrotnie. Urodzony w miejscowości Pasaia zawodnik zaczynał i kończył swoją karierę w Realu Oviedo (142 mecze i 165 goli!), lecz wojna domowa w Hiszpanii skłoniła go do wyjazdu za ocean. Tam Langara przez cztery lata zakładał koszulkę argentyńskiego San Lorenzo de Almagro (121 meczów i 110 goli) oraz meksykańskiego Real Club España(68 występów i 105 goli). Fenomenalną skuteczność potwierdził również w kadrze Hiszpanii (12 gier i 17 goli!) oraz w reprezentacji Kraju Basków (osiem gier i 17 trafień). ,,Jako piłkarz Isidro Langara wsławił się jako doskonały atleta oraz jako autor „niemożliwych goli”, które często zdobywał po strzałach z dystansu. Jednym z pamiętnych jego występów był pojedynek otwierający sezon 1933/34, kiedy jego Oviedo wygrało z FC Barceloną 7:3! Tego dnia Langara strzelił dwa gole ze stałych fragmentów z odległości około 50 metrów! Zauważył to bramkarz Espanyolu, Lazaro Florenza, jednak kilka tygodni później i on stał się ofiarą podobnego rzutu wolnego, wykonywanego przez Langarę. Jego doskonałe warunki fizyczne zostały też zauważone przez kolegów z drużyny CA San Lorenzo del Almagro, kiedy na pierwszym treningu mieli oni zapytać, czy Langara jest piłkarzem, czy może zapaśnikiem. W San Lorenzo również został zapamiętany ze względu na ekstremalnie silne strzały, oddawane bardzo często z dużego dystansu”– czytamy w wikipedii.


@Visca_barca
@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

6

@FCBparasiempre
Po niesatysfakcjonujących pod względem sukcesów latach 60-tych, w 1971 roku w Juventusie rządy objął Giampiero Boniperti. Nowy prezydent odkrył młodych, zdolnych zawodników oraz trenera Trapattoniego, dzięki którym nastała druga złota era klubu. W historycznej drużynie, która zdobyła między innymi Puchar Europy, obok Platiniego, Bońka czy Rossiego grał Gaetano Scirea, wielka legenda Juventusu, która w wieku 36 lat zginęła… w Polsce. Włoch urodził się 25 maja 1953 roku w Cernusco sul Naviglio. Swoją piłkarską przygodę zaczął w Atalancie Bergamo, początkowo grając jako pomocnik. W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku w wieku 19 lat w meczu z Calgiari. W sezonie rozegrał 20 meczów, jednak Nerazzurri zajęli dopiero odległe 14 miejsce w tabeli i spadli do Serie B, gdzie Gaetano ostatni rok reprezentował ich barwy. Jak to jest wrócić po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej i od razu zdobyć Scudetto? Ba, zdobyć je będąc podstawowym zawodnikiem czołowego klubu we Włoszech, a nie jakimś tam rezerwowym wchodzącym na ostatnie minuty meczu. A to dopiero przedsmak tego, co miał osiągnąć w biało- czarnej koszulce. W Juventusie grał na pozycji libero z „szóstką” na plecach. Po odejściu Dino Zoffa przejął opaskę kapitana. Profesjonalizm i skuteczność na boisku przekładały się na sukcesy w kraju i Europie. Był (wraz z Marco Tardellim) pierwszym piłkarzem, który zdobył wszystkie cztery najważniejsze europejskie klubowe puchary. Do tego siedem razy został mistrzem kraju i zdobył 2 puchary Włoch. Po boisku poruszał się elegancko, z gracją. Umiejętnie łączył rolę obrońcy z ofensywnymi zapędami pod bramkę rywala. Najlepiej Grę Scirei obrazują słowa Bońka: ,,Blok defensywny stanowił najsilniejszą formację Juventusu. Całością poczynań obronnych kierował kapitan drużyny Gaetano Scirea, w mojej opinii najlepszy libero na świecie. Uważam, że od czasów Beckenbauera, Scirea nie miał konkurenta. Doskonale grał głową, dzięki czemu zdobywał sporo bramek. Silny, waleczny”. Skoro mówimy już o waleczności, Giuseppe Furino – boiskowy kolega wspomina Włocha w jednej z rozmów: ,,Pamiętam historię, gdy Gaetano doznał kontuzji stopy. Zamiast poprosić o zmianę, rozegrał całe spotkanie, używając tylko lewej nogi do kopania piłki. Byliśmy zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o tym po meczu i zaczęliśmy podziwiać go jeszcze bardziej. Kiedy przybył do klubu, był jeszcze młody, ale już wtedy nie było takiego drugiego”. Scirea do końca swojej kariery został w Turynie, przez 14 lat rozgrywając 552 mecze, rekord, który dopiero po 20 latach pobił Alessandro Del Piero. Z reprezentacją pojechał na trzy mundiale. W Argentynie Włosi zajęli 4 miejsce a Scirea grał w każdym spotkaniu. Swoją pierwszą bramkę dla Italii zdobył w meczu towarzyskim z Polską tuż przed euro ‘80, gdzie Azzurri znów zajęli miejsce za podium. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii ’82 rozpoczęli słabo. Ledwo przebrnęli przez pierwszą rundę, nie wygrywając ani jednego meczu! W drugiej zaś czekali Argentyńczycy i zachwycający grą Brazylijczycy. Pokonanie Argentyny oznaczało walkę z drużyną Tele Santany o pierwsze miejsce w grupie. Powstrzymanie ich było nie lada wyzwaniem jednak formacja obronna Włoch z Gaetano Scireą w szeregach, znalazła na Canarinhos sposób. Wygrana 3:2 dała awans do najlepszej czwórki turnieju, gdzie po pokonaniu Polaków, ekipa Enzo Bearzota w finale rozprawiła się z Niemcami 3:1. Dzięki swojej fantastycznej grze Scirea trafił do jedenastki turnieju i w dużej mierze pomógł reprezentacji zdobyć trzeci już tytuł mistrza świata. Zakończył karierę reprezentacyjną po mundialu w Meksyku w 1986 roku. Mecz z Francją, po którym Włosi odpadli z turnieju był jego 78. W Juventusie, jak i w reprezentacji kolegą Gaetano był Claudio Gentile. Ci panowie często byli razem przedstawiani, ponieważ ich styl gry znacząco ze sobą kontrastował. Mówiono, że Scirea jest aniołem środka defensywy natomiast kolega z drużyny diabłem wcielonym. Podczas gdy Gentile uważał, że futbol nie jest dla baletnic, priorytetem Scirei była gra fair play, co zaowocowało brakiem czerwonej kartki w całej jego karierze. Świetnie sprawdzał się w roli kapitana. To on podczas tragedii na Heysel starał się uspokoić tysiące ludzi na trybunach. Zawsze też był gotowy podać pomocną dłoń kolegom z drużyny. Kiedy Stefano Tacconi przeżywał kryzys po trafieniu na ławkę rezerwowych, ten motywował go, by walczył o ponowne miejsce w podstawowej jedenastce. Poza boiskiem był uczciwy i skromny, nie szukał rozgłosu. Po śmierci jego żona odkryła, że wspierał finansowo kilka instytutów i biednych rodzin.

Kiedy zawiesił buty na kołku, Boniperti wpadł na pomysł, aby dwaj przyjaciele z boiska poprowadzili Juventus z ławki trenerskiej. Tak więc Scirea – drugi trener i asystent Dino Zoffa, pojechał do Polski, aby zebrać informacje o Górniku Zabrze, przyszłym rywalu w Pucharze UEFA. Przed meczem zawitał w Wadowicach, by zwiedzić miasto Papieża. Podczas pobytu w Polsce dowiedział się o tragicznej śmierci Kazimierza Deyny w wypadku samochodowym. 3 września 1989 roku wracał fiatem 125p do Warszawy wraz z kierowcą, tłumaczką i działaczem Górnika. W okolicy Babska można było napotkać na roboty drogowe. Prowadzący auto nie zachował wystarczającej ostrożności, by dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. W trakcie wyprzedzania zderzył się z żukiem jadącym z naprzeciwka. Prawdopodobnie wszyscy by przeżyli wypadek, gdyby nie fakt, iż wybuchły wiezione kanistry z benzyną. Czy mogło być jeszcze gorzej? Niestety okazuje się, że mogło. Trzy z czterech drzwi zablokowały się, uniemożliwiając ucieczkę. Oprócz działacza Górnika, który uratował się przez sprawne drzwi, wszyscy spłonęli żywcem. Policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, kilka godzin identyfikowali ciała. Po całej tragedii, w Polsce można było usłyszeć jedynie krótki komunikat: ,,Na trasie z Katowic do Warszawy, w miejscowości Babsk doszło do tragicznego wypadku. Zginęli tłumaczka Barbara Januszkiewicz, kierowca Henryk Pająk oraz były reprezentant Włoch w piłce nożnej, a potem drugi trener Juventusu Gaetano Scirea”. Dino Zoff o śmierci przyjaciela dowiedział się w drodze powrotnej z meczu ligowego. Bardzo boleśnie to przeżył, tak samo, jak członkowie rodziny zmarłego. Ojciec Scirei nie mógł się pogodzić z utratą syna i po kilku dniach sam zmarł na zawał. Po śmierci Gaetano, żona Mariella została dosłownie zasypana listami od kibiców i znajomych. Otrzymała siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów – wszystkie zaadresowane do męża jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. Włochy okryły się żałobą. W pogrzebie uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób. Rok później nadal pamiętano o włoskim piłkarzu. Kiedy Pani Scirea, wraz z drużyną Juventusu odwiedziła Jana Pawła II, papież trzymając ją za rękę, powiedział: „ Wiem, że Pani mąż zginął na mojej ziemi i bardzo nad tym boleję. Będę o nim i o pani synu pamiętać w moich modlitwach”. Upamiętniając legendę Juventusu trybuna, na której przebywali najwierniejsi kibice Juve, otrzymała nazwisko Scirei, natomiast do głównego wejścia Juventus Stadium prowadzi ulica jego imienia. Co roku jest rozgrywany turniej dla młodzieży na jego cześć i przyznawana nagroda dla najlepszej publiczności Serie A. Kiedyś Marco Tardelli powiedział: ,,On był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale był zbyt skromny, by to stwierdzić, czy nawet o tym pomyśleć. W sercach zawodników i fanów zawsze będzie wielkim piłkarzem i człowiekiem, którego skromność i życzliwość była po prostu niespotykana. Czapki z głów Panie Scirea”.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Juventus Turyn

1x Puchar Europy (1985)

1x Superpuchar UEFA (1984)

1x Puchar UEFA (1977)

1x Puchar Zdobywców Pucharów (1984)

1x Puchar Interkontynentalny (1985)

7x mistrzostwo Włoch (1975, 1977, 1978, 1981, 1982, 1984, 1986)

2x Puchar Włoch (1979, 1983)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Świata (1982)

5

To był dobry człowiek i zasłużony piłkarz. Grzechem byłoby o nim zapomnieć:

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca

1

@Sysia11 No ale z tym ,,bardzo" dobry to bym nie przesadzał. W finale Ligi Europejskiej grał bardzo przeciętnie, tyle że tak jak już pisałem, poza finałem nie ogladałem całych meczów Bayeru w tym sezonie.
Ps. Bardzo mi się podobał w finale Mateo Ruggeri, nie wspominając już o Lukmanie czy jak mu tam się pisze...

1

@cules100pro Przy wyniku 3:0 do przerwy z tak przeciętnym przeciwnikiem, to i rezerwy w drugiej połowie by to spokojnie dociągneły zwycięstwem...

13

,,Ostatnie tango” Pepa Guardioli:

25 maja 2012 r. FC Barcelona pokonała w finale Copa del Rey Athletic Bilbao 3:0 i zdobyła 26 w historii Puchar Hiszpanii. To był ostatni z 14 pucharów Guardioli w roli szkoleniowca Blaugrany i jednocześnie ostatni mecz w tej roli. Finał na rozebranym niedawno Vicente Calderon miał jednostronny przebieg. Wynik ustalono już po 25 minutach za sprawą dwóch trafień Pedro i jednego gola Messiego.

Składy obu drużyn:

FC Barcelona: Pinto - Adriano, Mascherano, Pique, Montoya - Iniesta, Busquets, Xavi (81. Fabregas) - Pedro (87. Thiago Alcantara), Messi, Alexis Sanchez (71. Keita) Rezerwowi: Valdes, Bartra, Keita, Thiago Alcantara, Fabregas, Tello, Afellay

Athletic Bilbao: Iraizoz - Aurtenetxe, Amorebieta, Ekiza, Iraola - De Marcos (46. A. Herrera), Martinez- Gomez, Muniain, Susaeta (46. Perez)- Llorente (73. Toquero)





@Sysia11
@Symson
@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

8

Kolejny Puchar do gabloty Blaugrany:

25 maja 1952 r. FC Barcelona zdobywa 10-ty(i drugi z rzędu) w swojej historii Puchar Króla Hiszpanii. W zaciętym finałowym meczu Barça pokonała po dogrywce Valencie CF 4:2 na Estadio de Chamartain. Gole dla Blaugrany zdobyli Jorge Vila Soler(72 minuta), Basora(40 minuta), Kubala(96 minuta) oraz Cesar Rodriguez(119 minuta). A oto ten triumfujący skład: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, Cesar Rodriguez, Vila Soler, Kubala i Manchon


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Visca_barca

6

@FCBparasiempre
Dla wielu z nas futbol jest czymś, co dodaje codziennemu życiu kolorytu, uroku i magii. Emocjonujemy się meczami i wspólnie przeżywamy wygrane i przegrane. Poza swoją piękną stroną piłka nożna ma jeszcze tę nieco bardziej mroczną. W historii tej gry nie brakowało wielu tragicznych rozdziałów. Katastrofy samolotów z drużynami na pokładzie na zawsze zostawiły ślad naszej pamięci. Podobnie było z tragediami, w których poszkodowani byli kibice. W tragicznych wydarzeniach na stadionach Heysel, Hillsborough czy Ibrox zginęło wielu miłośników futbolu, takich jak my. Najwięcej ofiar pochłonęły jednak wydarzenia, jakie rozegrały się 24 maja 1964 r. w Limie a które do historii przeszły jako tragedia na Estadio Nacional albo rzeź w Limie. Południowoamerykańscy fani futbolu znani są ze swojej spontaniczności. Niejednokrotnie zdarzało się, że niektórzy z nich w przypływie emocji wbiegali na boisko. Tak miało być podczas meczu Peru – Austria na igrzyskach w Berlinie. W wyniku wtargnięcia Peruwiańczyków na murawę został poturbowany jeden Austriak, co w konsekwencji spowodowało podjęcie decyzji o powtórzeniu meczu, co z kolei doprowadziło do wycofania się Peruwiańczyków z olimpijskiej rywalizacji. Bohaterami tamtej ekipy byli tacy piłkarze jak Teodoro Fernández, Alejandro Villanueva i Jorge Alcalde. 27 października 1952 r. cała trójka brała udział w inauguracji nowego stadionu w Limie. Nowe Estadio Nacional, które stanęło na miejscu starego obiektu, rok później miało gościć uczestników mistrzostw Ameryki Południowej. Zadbano więc o to, żeby obiekt godnie się prezentował. Wyposażono go w wiele udogodnień, takich jak choćby luksusowe loże i windy na jednej z trybun. Uroczystości rozpoczęły się już o godzinie 10:00 i trwały do wieczora. W trakcie ich trwania uhonorowano wielu peruwiańskich sportowców, wśród których była wspomniana wyżej trójka piłkarzy z igrzysk w Berlinie, a także złoty medalista olimpijski Edwin Vásquez oraz Julia Sánchez i Gerardo Salazar, którzy święcili triumfy na igrzyskach panamerykańskich. Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, że za kilkanaście lat stadion stanie się areną jednej z największych tragedii w dziejach futbolu. W maju 1964 r. rozgrywano w Limie turniej kwalifikacyjny do rozpoczynających się w październiku igrzysk olimpijskich w Tokio. Brały w nim udział młodzieżowe ekipy Argentyny, Brazylii, Kolumbii, Urugwaju, Chile, Ekwadoru i oczywiście Peru. 24 maja gospodarze mierzyli się z Argentyńczykami, którzy jak dotąd odnieśli komplet zwycięstw. Ewentualna wygrana z Peru dawała im już pewny awans na turniej w Tokio. Peruwiańczycy w pierwszym meczu tylko zremisowali z Ekwadorem i żeby myśleć o wyjeździe na igrzyska, to musieli przynajmniej zremisować z Argentyną. Tym bardziej że mieli jeszcze do rozegrania mecz z zawsze groźną Brazylią. Mimo że był to tylko turniej kwalifikacyjny do igrzysk, to spotkanie z Argentyną przyciągnęło na stadion rzesze kibiców. Sprzyjał temu fakt, że mecz był rozgrywany w niedzielę. Nie bez znaczenia była też klasa rywala i waga pojedynku. Wielu rozkochanych w futbolu Peruwiańczyków zmierzało na Estadio Nacional, licząc na dobry występ swoich ulubieńców i solidną dawkę sportowych emocji. Wszyscy oni szczelnie wypełnili trybuny stadionu, które mogły pomieścić 53 tys. widzów. Początek spotkania wyznaczono na 15:00 i punktualnie o tej godzinie urugwajski sędzia Ángel Eduardo Pazos dał znak do rozpoczęcia gry. Mecz początkowo przebiegał zgodnie z oczekiwaniami. Nieznaczna przewaga rysowała się po stronie Argentyny, ale Peru grało z wielkim zaangażowaniem i też potrafiło stworzyć dogodne sytuacje. W pierwszej odsłonie kibice nie zobaczyli jednak bramek. Kilkanaście minut po rozpoczęciu drugiej połowy Argentyńczycy objęli prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Néstor Manfredi, który wykorzystał błąd przy rzucie rożnym popełniony przez peruwiańskiego bramkarza Juana Barrantesa. Gospodarze niesieni fantastycznym dopingiem kibiców ruszyli do odrabiania strat. Czas jednak płynął, a bramki nie padały. Kiedy do końca pozostawało mniej niż dziesięć minut, argentyński obrońca Horacio Morales próbował wybić piłkę spod własnej bramki, ale ta odbiła się od stopy Peruwiańczyka Victora Lobatóna i wpadła do siatki. Radość kibiców nie trwała jednak długo. Sędzia Ángel Eduardo Pazos uznał, że napastnik gospodarzy przekroczył przepisy i gola nie uznał. Co zrozumiałe, decyzja Urugwajczyka nie spodobała się miejscowym fanom. Wkrótce na boisko wtargnął niejaki Víctor Malesia Vazquez, którego wielu kibiców znało jako Negro Bomba. Próbował zaatakować sędziego, ale w porę został obezwładniony przez służby porządkowe. Nie był to jego pierwszy taki wyskok, bo już wcześniej podobnie się zachowywał na meczach Alianzy Lima. Chwilę później za jego przykładem podążył inny rozzłoszczony obrotem spraw kibic. Edilberto Cuenca ruszył w kierunku sędziego i chciał go podobno zaatakować szyjką butelki, ale też został unieszkodliwiony. Sposób, w jaki tego dokonano budzi jednak niemałe kontrowersje. ,,Nasi policjanci kopali go i bili, jakby był wrogiem. To właśnie wzbudziło złość wszystkich(łącznie ze mną)- wspominał po latach Jose Salas, który był wówczas na trybunach. Cuenca miał zostać też zaatakowany przez policyjne psy, które na oczach innych kibiców szarpały jego ubranie. W kierunku policjantów zaczęły lecieć kamienie i butelki. Sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna, a niektórzy ze zgromadzonych próbowali sforsować ogrodzenie i dostać się na boisko. Sędzia podjął decyzję o przerwaniu meczu i zawodnicy zeszli do szatni. Niektórzy z kibiców widząc, że sytuacja robi się coraz bardziej niebezpieczna i że służby nie panują nad rozzłoszczonym tłumem, próbowali opuścić stadion. Nasza piątka zeszła ze schodów, żeby wyjść na ulicę podobnie jak wielu innych, ale brama wyjściowa była zamknięta. Odwróciliśmy się więc i zaczęliśmy z powrotem wchodzić po schodach, ale wtedy policja użyła gazu łzawiącego. Ludzie zgromadzeni na trybunach zaczęli stamtąd uciekać i wbiegli to tunelu, powodując ogromny ścisk – opowiadał Jose Salas. Po użyciu gazu na stadionie zapanował totalny chaos. Tysiące osób ruszyło ku stadionowym bramom, które jednak były zamknięte. Później pojawiały się głosy, że policjanci, którzy mieli ich pilnować, opuścili swoje stanowiska, żeby zobaczyć końcówkę meczu, lub też chcieli w ten sposób zmusić tłum do powrotu na trybuny. Ludzie dusili się, kaszleli i mdleli. Wiele osób zostało stratowanych i praktycznie zmiażdżonych. Wciśnięci między stalowe pręty bram nie mieli jak zaczerpnąć powietrza i zwyczajnie się dusili. Wiele dzieci zmarło na rękach rodziców. Ofiary były też wśród osób starszych. Salas wspominał, że przez dwie godziny był w takim ścisku, że jego stopy nie dotykały ziemi.

Kiedy w końcu udało się otworzyć bramy, spora część kibiców wdała się w zamieszki z policją. Ucierpiało wiele okolicznych sklepów i podpalono kilkanaście samochodów a funkcjonariusze mieli użyć ostrej amunicji. ,,Przechodzili obok mnie chłopcy z sąsiedztwa i zauważyli mnie. Byłem dość chudy udało im się mnie wyciągnąć. Ale potem zaczęło się strzelanie i zaczęli biec. Strzały padały na zewnątrz, kule były wszędzie. Zacząłem biec i nie oglądałem się za siebie– mówił Salas. W tym samym czasie piłkarze ciągle czekali w szatniach, czekając na moment, kiedy będą mogli w końcu wyjść. W składzie Peru grał wówczas młody Héctor Chumpitaz, który po latach podzielił się swoimi wspomnieniami z tego tragicznego dnia. Kiedy dotarliśmy do szatni, niektórzy ludzie zdążyli już wyjść na zewnątrz i wrócić, mówiąc, że były dwa zgony. „Dwa zgony?” – zapytaliśmy. Jeden już wydawał się dużo. Spędziliśmy w szatni dwie godziny, zanim pozwolono nam wyjść, więc nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W drodze powrotnej do naszego ośrodka treningowego słuchaliśmy radia, gdzie podawano kolejne liczby – 10, 20, 30 ofiar. Za każdym razem, gdy pojawiały się wiadomości, to liczby rosły– 50 ofiar, 150, 200, 300, 350 – wspominał Chumpitaz. Oficjalnie w wyniku tragicznych wydarzeń na Estadio Nacional śmierć poniosło 328 osób, a ponad 500 zostało rannych. Według wielu ta liczba jest niedoszacowana, bo nie uwzględnia tych, którzy zginęli w starciach z policją. Istnieje wiele relacji naocznych świadków, którzy opowiadali o zmarłych z ranami postrzałowymi. Wyznaczony jednak do zbadania katastrofy sędzia Benjamin Castañeda nie był w stanie znaleźć dowodów, żeby te informacje potwierdzić. Kiedy usłyszał, że w szpitalu Loayza w Limie są dwie ofiary z ranami postrzałowymi, natychmiast udał się na miejsce. Docierając do kostnicy, spotkałem kogoś, kogo znałem. Zapytałem go, czy są tam dwa ciała z ranami postrzałowymi. „Tak”, powiedział mi, „ale oni właśnie je zabrali.” – mówił Castañeda. Kilka miesięcy po tragedii zgłosił się do niego starszy mężczyzna, który mówił, że jego dwaj synowie, którzy studiowali medycynę, przyjechali do Limy z prowincji i nigdy nie wrócili. Mężczyzna szukał ich nazwisk na listach ofiar, ale żadnego nie znalazł. Prowadził dalsze dochodzenie, ale bez skutku. Powiedziałem mu więc, że otrzymałem wiadomość, że niektórzy ludzie zginęli w wyniku strzałów i niestety nigdy nie mogłem odkryć ich tożsamości, ponieważ wszystko było przede mną ukryte – opowiadał Castañeda. W swoim raporcie Castañeda napisał, że liczba ofiar śmiertelnych podana przez rząd nie odzwierciedla prawdziwej liczby ofiar, ponieważ istnieją uzasadnione podejrzenia o potajemne usuwanie tych, którzy zginęli od kul. Oskarżył też ministra spraw wewnętrznych o zaaranżowanie inwazji na boisko i brutalną reakcję policji. Według niego pokaz siły miał uzmysłowić ludziom ryzyko, na jakie narażają się, występując przeciwko władzy. Rząd z kolei winą za zamieszki obarczył trockistowskich agitatorów. Dziennikarz Jorge Salazar, który napisał książkę traktującą o tragedii na Estadio Nacional, zauważa, że w tamtych czasach nastroje społeczne w Peru było bardzo burzliwe i wystarczyła tylko iskra, żeby wywołać ogień. ,,To były lata sześćdziesiąte, czas Beatlesów, Fidel Castro był w modzie, wszystko się zmieniało na świecie. W Peru po raz pierwszy mówiono o sprawiedliwości społecznej. Było dużo demonstracji, ruchów robotniczych i partii komunistycznych. Lewica była dość potężna, a między policją a ludem trwały nieustanne tarcia” – oceniał Salazar.

Po tragedii rząd ogłosił siedmiodniową żałobę narodową. Kościół zorganizował zbiórkę na rzecz pomocy rodzinom ofiar, a pogrzeby gromadziły tysiące żałobników. Pojawiały się też pojedyncze głosy, który nawoływały do anulowania wyniku meczu i zawieszenia urugwajskiego sędziego. Przeszły jednak bez echa, a sam arbiter bardzo przeżył te wydarzenia. Chciałbym mieć pewność, że to nie była moja wina, jak podają niektóre gazety w Limie. To było straszne. Gdybym wiedział, że zginie tyle ludzi, nie zagwizdałbym, a potem odłożył gwizdek na wieki. Chcę zapewnić wszystkich, że to nie była moja wina – mówił Urugwajczyk. Winą za tragedię obarczono komendanta policji Jorge Azambuje, który wydał rozkaz użycia gazu. Został później skazany na 30 miesięcy więzienia. Zamówiłem gaz łzawiący na trybuny. Nie wyobrażałem sobie jednak jak tragiczne mogą być konsekwencje – tłumaczył Azambuja. Drugim ukaranym był Castañeda. Nałożono na niego karę grzywny za sześciomiesięczne opóźnienie w publikacji raportu i niestawienie się na wszystkich 328 autopsjach, tak jak powinien. Jego raport po publikacji trafił do kosza. Turniej kwalifikacyjny został przerwany. Zwycięzcą została uznana Argentyna. O drugie miejsce miały powalczyć ze sobą Brazylia i Peru. W rozegranym 7 czerwca w Rio de Janeiro spotkaniu lepsi byli Canarinhos, którzy wygrali 4:0. ,,Oczekiwałem zwycięstwa, ale za taką cenę wolałbym najbardziej upokarzającą z porażek”– mówił potem trener Argentyńczyków Ernesto Duchini. Do dzisiaj nie udało się znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania i prawdopodobnie nigdy się to już nie uda. Miejmy jednak nadzieje, że ta i inne stadionowe tragedie będą już tylko smutnym wspomnieniem i nauką na przyszłość.

8

@FCBparasiempre
Sezon 1994/95 był być może najbardziej drastycznym przełomem w dziejach rywalizacji o najcenniejsze klubowe trofeum w Europie. Po raz pierwszy bowiem nie wszyscy mistrzowie dostali szansę rywalizacji o najważniejsze trofeum na kontynencie. Z 48 zwycięzców rozgrywek ligowych do walki w eliminacjach Ligi Mistrzów przystąpiło bowiem tylko 24. Triumfatora poprzedniego sezonu oraz siedmiu Mistrzów z najwyższym współczynnikiem klubowym zwolniono z eliminacji, pozostała 16-tka została zaś podzielona na 8 par. Po raz pierwszy też owa runda pucharowa nosiła nazwę kwalifikacji i nie była przez nikogo traktowana jako część właściwej Ligi Mistrzów. Na trybunach Ernst Happel stadion na meczu finałowym(24.05.1995) pomiędzy Ajaksem a AC Milanem zasiadło 20 000 kibiców obu zespołów, przy czym ci z Amsterdamu zostali wyposażeni przez klub w chorągiewki, więc można powiedzieć że sprawiali lepsze wrażenie. Gdy piłkarze wychodzili z tunelu na boisko na pierwszy rzut oka widać było różnicę między rywalami. Poorane zmarszczkami oblicza Baresiego i Tasottiego kontrastowały z dziecinnymi twarzyczkami Reizigera, Davidsa czy braci de Boerów. W 11-tce Milanu znalazł się tylko jeden zawodnik mający mniej niż 26 lat, w jedenastce Ajaxu ledwie dwóch mających więcej niż 25. Było to zatem prawdziwe starcie generacji, lecz Louis Van Gaal wiedział że nie można czekać ze zwycięstwem w Lidze Mistrzów aż jego zawodnicy trochę dojrzeją. Może przeczuwał że niedługo świat futbolu całkowicie się zmieni i dojdzie do rewolucji w przepisach transferowych? W każdym razie jeszcze przed pierwszym występem swego zespołu w Lidze Mistrzów powiedział: ,, Obawiam się że nasi najzdolniejsi zawodnicy niebawem nas opuszczą". Zatem teraz albo nigdy! Po zakończeniu półfinałów Van gal ucieszył się że rywalem jego zespołu w meczu o puchar będzie Milan a nie PSG. ,, Milan gra jak my, przede wszystkim po to by wygrać. Podstawową strategią PSG natomiast jest uniknięcie porażki"- powiedział nieco naginając rzeczywistość do własnych wyobrażeń. Jakże bardzo się pomylił oczekując ze strony rywala z Lombardii ofensywnego nastawienia! Milan przystępował do meczu mocno osłabiony, brakowało bowiem kontuzjowanego Dejana Savicevicia, który z trybuny honorowej oglądał mecz w towarzystwie wciąż jeszcze pozostającego na liście płac u Berlusconiego, czy trwale już niezdolnego do gry Marco van Bastena. Capello bał się Ajaxu. Świadczy o tym najlepiej obrana przezeń na finał taktyka. Marcel Desailly miał indywidualnie kryć Litmanena. Robił to zresztą w sposób, który sprowokował Louisa Van Gaala do wykonania najsłynniejszej trenerskiej akcji w historii Ligi Mistrzów. Po tym jak Francuz zaatakował Fina we własnym polu karnym wysoko uniesioną nogą, co uszło uwadze arbitra, van Gaal za linią boczną wykonał skok przypominający cios kung-fu, za pomocą którego chciał zademonstrować całemu światu co stało się przed chwilą na boisku. Fotoreporter uwiecznił to na kliszy, zdjęcie obiegło świat a Van Gaal został zapamiętany jako świetny karateka. Desailly zajmował się więc Litmanenem a Boban Rijkaardem, choć w trochę bardziej subtelny sposób. Włoscy napastnicy Marco Simeone i Daniele Massaro mieli przeszkadzać Blindowi i Frankowi de Boerowi w wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, tak by musiał to robić najbardziej chaotyczny z tego tercetu i miewający głupie pomysły Reiziger. Donadoni i Albertini byli zorientowani na utrudnianie życia Seedorfowi i Davidsowi. Milan prezentował więc taktykę na ,, nie", nastawioną na niwelowanie atutów przeciwnika. Ciekawe dlaczego Capello tym razem, inaczej niż w finale Ligi Mistrzów przed rokiem przystał na warunki rywala zamiast postarać się narzucić mu swoje? Może postąpiłby inaczej gdyby miał Savicevicia? A może tak bardzo wystraszyły go dwie porażki grupowe z Ajaxem i to co zespół ten zrobił w półfinale z Bayernem że obecność Czarnogórca niczego by nie zmieniła? Johann Cruyjff całym sercem kibicował Ajaksowi. Powiedział przed meczem że ma nadzieję iż tym razem wygra zespół prezentujący bardziej ofensywny i ładniejszy football. Zarazem jednak przestrzegał przed kontratakami Milanu, w ich zatrzymaniu widząc klucz do sukcesu rodaków. Myślenie ludzi z Amsterdamu przed finałem najlepiej wyraziło zdanie wypowiedziane przez Litmanena: ,, Jedyne czego potrzebuje Milan, to byśmy raz popełnili błąd w obronie". Niestety dla widowiska Van Gaal był tego samego zdania i podobnie jak Capello nie zaplanował szturmu. Do obrania ofensywnej strategii od pierwszej minuty nie przekonał go nawet fakt że jego zespół dwa razy pokonał Milan 2.0 w fazie grupowej, grając normalnie czyli po swojemu. Najwidoczniej zapamiętał jak rok wcześniej otwarty futbol w finale Ligi Mistrzów przeciwko Milanowi skończył się dla FC Barcelony. W pierwszej połowie Włosi zagrali więc skrajnie defensywnie a Ajax bardzo ostrożnie. Patrząc na futbol prezentowany przez Holendrów można było sprawować znane porzekadło i stwierdzić że najlepszym atakiem jest według nich obrona. Ostatecznie to Milan dominował choć wcale tego nie chciał. Nic zresztą z tej dominacji nie wynikało, gdyż kapitalnie spisywała się obrona Ajaxu dowodzona przez Blinda oraz pomoc. Jeden z najlepszych meczów w karierze rozgrywał Rijkaard ale w ofensywie w pierwszej połowie amsterdamczycy prezentowali się (jak powiedział sam Ronald) bardzo źle, to był gówniany mecz. W szatni Ajaxu doszło w przerwie do awantury. Van Gaal nie mógł dojść do głosu, gdyż kłócili się Rijkaard i Seedorf. Ostatecznie to starszy z graczy zyskał posłuch u kolegów i wytłumaczył im co powinni robić inaczej. Chodziło mu o szybszą wymianę podań. Kibice nie słyszeli jego słów i dlatego martwili się że do końca meczu nic się nie wydarzy. Po przerwie jednak Ajax z minuty na minutę poczynał sobie śmielej. Od początku tej części meczu Rijkaard odgrywał de facto rolę obrońcy a dzięki cofnięciu się o kilkanaście metrów miał więcej czasu i miejsca na konstruowanie akcji zaczepnych. Ciekawe kto wymyślił ten manewr - on sam czy Van Gaal? W 54 minucie Kanu zastąpił Seedorfa (miało na to wpływ wydarzenie w szatni), co zwiększyło siłę ognia i szybkość gry ofensywnej zespołu.

Gdy w 69 minucie Van Gal dokonywał drugiej zmiany, kibice byli mocno zdziwieni. Holenderski szkoleniowiec postanowił bowiem ściągnąć z boiska swojego Asa Jariego Litmanena, który nie potrafił w żaden sposób uwolnić się spod opieki Desaillyego i wpuścić w jego miejsce 18-letniego Patricka Kluiverta. ,, Byłem nieco rozczarowany faktem że zaczynam tylko na ławce rezerwowych ale rozumiałem że trener na finał potrzebuje bardziej doświadczonych zawodników"- mówił po latach napastnik w materiale ,, Guardiana". Kluivert dostał od van Gaala polecenie by nie cofał się do pomocników aby rozgrywać z nimi akcje, lecz szukał przede wszystkim wolnego pola i w nie wbiegał. Ponieważ Kanu był o miesiąc młodszy uprawnione jest stwierdzenie że menedżer Ajaxu postanowił uśmiercić Milan przy użyciu dzieci i ten plan się powiódł. 85 minucie, po akcji zaczętej przez van der Sara i wymianie przez amsterdamczyków 9 podań Rijkaard doskonale zagrał prostopadle do Kluiverta a ten z uśmiechem na ustach wykończył całość przytomnym strzałem. Kluivert nie ukrywał nigdy że Rijkaard był jednym z jego sportowych wzorów, tak więc zwycięski gol padł po akcji przeprowadzonej przez Mistrza i ucznia. ,, Pobiegłem gdzieś ale dopadli mnie koledzy, wszyscy się na mnie rzucili. Nie mogłem oddychać. Musiałem użyć wszystkich sił żeby się od nich uwolnić i nie dać się udusić"- wspominał autor decydującego trafienia. Po chwili po podaniu od Blinda gola mógł strzelić Kanu ale chybił a potem sędzia zakończył mecz. ,, Po ostatnim gwizdku zapanowało szaleństwo. Po prostu zwariowaliśmy, straciliśmy nad sobą kontrolę"- wspominał Kluivert. ,, Wulkan eksplodował- tak określił to w dwóch słowach Ronald de Boer i zakończył: - nie wiedzieliśmy że to się zbliża. Erupcja zaskoczyła nawet nas samych". Z kolei z twarzy piłkarzy Milanu bił smutek jakby głębszy niż tylko z powodu porażki. Po latach Daniele Massaro, dla którego był to ostatni mecz w Barwach zespołu z San Siro powiedział w reportażu ,, Guardiana": ,, Ten mecz zakończył okres pięknych 10 lat, w trakcie których wygraliśmy wszystko i zapisaliśmy piękną kartę w dziejach futbolu. Rok wcześniej nie byliśmy faworytami w meczu z FC Barceloną i wyszliśmy na mecz odpowiednio zmotywowani. Teraz popełniliśmy jakiś mentalny błąd, gdyż nie byliśmy równie zdeterminowani". W historii zawodu trenera było wielu nadętych buffonów, którzy uważali że pozjadali wszystkie rozumy ale wyraz w przekonaniu o własnej wyjątkowości dawali oni jednak zazwyczaj dopiero wtedy gdy wygrali coś znacznego, zdobyli ważne trofeum. Van Gaal nie potrzebował samemu sobie dowodzić własnej wielkości. Gdy w 1991 roku został awansowany z funkcji asystenta pierwszego trenera Ajaxu na naczelne stanowisko powiedział zarządowi: ,, Gratuluję zatrudnienia najlepszego managera na świecie". Słowa te przedostały się do wiadomości publicznej. Ton Harmsen prezydent klubu nie miał innego wyjścia niż przedstawić nowego Bossa dziennikarzom mówiąc: ,, Luis jest cholernie arogancki, tutaj lubimy takich ludzi". Ajax Amsterdam Luisa van Gaala jest głównym bohaterem pierwszego rozdziału świetnej książki Michaela Coxa: ,, Gegen pressing i Tiki Taka". Cox pisze o holenderskim futbolu totalnym wprowadzonym przez Rinusa Michelsa w latach 70-tych XX wieku. ,, Zawodnicy Ajaxu i reprezentacji Holandii nie byli rzekomo przypisani do pozycji i zdawało się że mogą błąkać się po boisku gdzie tylko chcą dzięki czemu grają energiczny, płynny, piękny futbol w rzeczywistości jednak piłkarze wymieniali się pozycjami tylko w linii pionowej, choć teoretycznie mogli swobodnie przemieszczać się po boisku, ciągle myśleli o swoich obowiązkach, biorąc pod uwagę działania kolegów z drużyny". Michels miał kilku uczniów, wśród nich Cruyffa i Van Gaala. Ci dwaj zaś rozwinęli jego myśl w różnych kierunkach. ,,Cruyff z całego serca wierzył w rolę gwiazdorów, Van Gaal nieugięcie podkreślał znaczenie kolektywu". Cox przywołuje słowa Michelsa: ,, W podejściu Van Gaala jest mniej miejsca na swobodę i wymienność pozycji. Ponadto dopracował budowanie akcji do najmniejszego szczegółu". Doszło do tego że w zasadzie zabronił typowej dla futbolu totalnego wymienności pozycji między graczami biegającymi po tej samej stronie boiska, czyli tak bardzo rozwijał ideę Michelsa aż w końcu im zaprzeczył. W jego ideale zawodnicy mieli jak najmniej biegać po boisku, za to być na nim idealnie rozstawieni. Van Gaal nie cierpiał dryblingów. Nie tylko uważał je za nieefektywne, lecz także sądził że są przejawem skrajnego piłkarskiego egoizmu. To wszystko było w pewnym sensie gryzieniem się przez psa we własny ogon ale jakże owocnym! Cox pisze dalej: ,, kiedy Ajaxowi nie udawało się wygrać Van Gaal narzekał zwykle że jego podopieczni nie trzymali się ustaleń. Praca z młodymi chłopakami cieszyła go właśnie dlatego że dało się ich kształtować. Nie potrzebuję 11 najlepszych, potrzebuję najlepszej jedenastki"- powiedział. O co dokładnie chodziło wyjaśnił po latach Kluivert. Otóż (jako wychowanek) ,, wszedłem do nowego dla siebie zespołu Jakbym grał w nim od lat, od razu odnalazłem się w jego taktyce". Van Gaal oczywiście nie pracował sam. Zbudował sztab składający się z oryginałów, wręcz maniaków. Jos Geysels, który wcześniej pracował z hokeistami odpowiadał w nim za ukształtowanie wytrzymałości piłkarzy oraz ich szybkości dynamicznej. Nad techniką biegu pracował były koszykarz Laszlo Jambor. Siła i gibkość były domeną Renne Wormhoudta, wcześniej opiekującego się drużyną Futbolu Amerykańskiego ,,Amsterdam Admirals”. Ronald de Bouer w rozmowie z ,,For for to” wspominał że ćwiczenie Wormhoudta były bardzo ciekawe, ich wykonywanie bawiło zawodników a jednocześnie przynosiło szybkie efekty.

W Ajaxie wielkiej wagi nie przywiązywano tylko do jednego- w kwestii żywieniowych. Doprawdy w kontekście wszystkiego tego co zostało napisane o perfekcjonizmie Van Gaala i jego sztabu zdumiewają słowa Marka Overmarsa z wywiadu dla ,, Independent" z 2017 roku: ,, wszystkie kluby miały już wtedy swoje laboratoria, dietetyków a my w dniu finału poszliśmy w dresach na stołówkę i dostaliśmy na obiad to co dostają zwykle uczniowie, którymi wielu z nas wciąż było a mianowicie małą zupkę, spaghetti i szarlotkę". Na boisku jednak Ajax Van Gaala, nawet jeśli napędzany tylko spaghetti i szarlotką był prawdziwą mechaniczną pomarańczą, zespołem, którego gra pozostawała skrajnie zautomatyzowana, zaprogramowana przez trenera. Nikt tak jak Gaal nie wierzył bowiem siłę schematów i nikt nie umiał ich tak wcielać w życie jak wychowankowie klubu, w którym pracował. Zazwyczaj schematami posługują się drużyny nastawione na defensywę i Ajax także znakomicie wykorzystał je próbując odzyskać piłkę. To było prekursorskie podejście, dlatego van Gaal jest jednym z ojców ,,gegenpressingu” a także rozkładania na czynniki pierwsze ekipy rywali. ,, Van Gal analizował nagrania ze spotkań najbliższych rywali i szczegółowo tłumaczył jak konstruują akcje a także w jaki sposób je przerywać a jego asystent Bruins Slot bezustannie zaskakiwał piłkarzy poziomem wiedzy na temat konkretnych przeciwników"- pisze Cox. Przy tym wszystkim Ajax był ekipą nastawioną na wskroś ofensywnie. Po odbiorze piłki amsterdamczycy natychmiast rozpoczynali realizację innego schematu, nakierowanego na rozciągnięcie szeregów obronnych rywala i szybkie zdobycie dostępu do jego bramki. Bardzo wiele akcji krzyżowym przerzutem rozpoczynał świetnie wyszkolony lewy kryjący Frank De Boer. Danny Blind wolał raczej atakować środkiem, szukać prostopadłego podania. Z kolei Reiziger po odzyskaniu piłki ruszał do przodu a był jednym z najszybszych zawodników Europy. Właśnie jego szybkość umożliwiała też całemu zespołowi wysokie ustawienie linii obronnej. Reizeger zawsze zdążył wrócić jeśli drużynie nie udała się pułapka ofsajdowa. Cox kwartet Reiziger- Blind-Rijkaard-De Boer nazywa najbardziej utalentowaną technicznie czteroosobową obronę, jaką widziała piłka nożna, co być może jest pewną przesadą ale niewielką. Wszyscy jednak, łącznie z Rijkaardem byli owocami pracy van Gaala. ,, Nasz trener był zawsze skupiony na jednym: poprawianiu umiejętności i jakości gry każdego piłkarza"- scharakteryzował go w 2017 roku Edwin van der Sar. Van Gaal miał obsesję na punkcie niektórych ćwiczeń, rozgrzewka polegała na podawaniu piłki prawą nogą do lewej i na odwrót, codziennie też jego zawodnicy trenowali grę na jeden kontakt i 30-metrowe przerzuty, które potem w meczu wykonywali z zamkniętymi oczami. W ataku charakterystyczne było wykorzystywanie całego pola gry. Jari Litmanen po stracie piłki pierwszy obrońca (Van Gal do prawdy potrzebował dziesiątki z niewielkim ego, który nie przeszkadzałoby w paraniu się brudną robotą) po jego odzyskaniu przeistoczą się w zawodnika zawsze pozostającego pod grą, pokazującego się do podania każdemu koledze przy piłce. Fin był przy tym Także najlepszym strzelcem zespołu (zdobył 6 z 13 goli w tamtej kampanii Ligi Mistrzów), gdyż zarówno skrzydłowi, jaki środkowy napastnik odgrywali rolę przynęty (jak to ujął koks), mającej wyprowadzić defensorów z pola karnego, by Litmanem mógł tam poszaleć. Może nie wykonywał tylu efektownych zagrań co jego poprzednik Denis Bergkamp ale za to wszechstronnością bił nawet Holendra. ,, Naszą najlepszą dziesiątką w historii był Litmanen"- powiedział kiedyś Rijkaard. Ze skrzydłowych wybijał się Mark Overmars, zawodnik dysponujący niebywałym przyspieszeniem i potrafiący w zasadzie wszystko. ,, Overmars należał do absolutnej czołówki. Dobrze dryblował, potrafił wygrać pojedynek"- mówił o nim Van Gaal, co dowodzi że może i zakazywał piwek ale gdy jeden z jego zawodników spróbował i mu wyszło, szkoleniowiec nie był zły tylko zadowolony. Finidi George też zresztą lubię dryblować i też był klasycznym skrzydłowym, który miast ścinać do środka wolał bawić się z przeciwnikiem w kotka i myszkę przy linii bocznej. Jednak z sercem drużyny pompującym nieustannie krew do żył amsterdamskiej ekipy był duet znakomity w środkowych pomocników Edgar Davids- Clarens Seedorf. Myślę że ich grę w tamtym sezonie oraz rolę w zespole spokojnie można porównać do gry i roli Xaviego oraz Iniesty w FC Barcelonie Guardioli oraz Luki Modricia i Toniego Crossa w Realu Zidane. ,, Obaj byli znakomici technicznie ale zarazem na tyle pełni energii by toczyć boję w pomocy i ruszać do przodu ze wsparciem dla grających na środku piłkarzy ofensywnych"- pisze trafnie Cox.

Najcenniejszy opis specyfiki i fenomenu Ajaxu z sezonu 1994/95 wyszedł wszakże z ust Jorge Valdano, w roku 1995 trenera Realu. Po triumfie ekipy van Gaala w wiedeńskim finale powiedział: ,, Ajax zbliża się do futbolowej utopi. Ma znakomitą koncepcję gry a zarazem jego zawodnicy są bardzo silni fizycznie. Ajax jest zarazem piękną i bestią". Można by dodać że był w 1995 roku ekipą zarazem młodą, jaki doświadczono ,, Nigdy nie widziałem tak intensywnego rytmu gry i takiej koncentracji u tak młodych piłkarzy"- powiedział Daniele Massaro. A oto opinia Danego Blinda z wywiadu z 2020 roku udzielonego stronie ad.nl: ,, Byliśmy piłkarzami, którzy potrafili myśleć o krok do przodu. Dużo pracowaliśmy taktycznie na treningach, taktyka zawsze była podczas gry najważniejsza. Potrafiliśmy dobrze ocenić każdą boiskową sytuację. Mieliśmy młodą ale też bardzo dorosłą grupę z mądrymi graczami". Prawda jest taka że zwycięski Ajax był dziełem (kreaturą) swego trenera w takim stopniu, w jakim chyba żaden inny z triumfatorów tej imprezy. Jednak sukcesu z 1995 roku nie byłoby też bez tych, którzy zaszczepili Ajaksowi jego wyjątkową kulturę piłkarską a mianowicie Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa a z kolei bez van Gaala nie byłoby półfinału Ligi Mistrzów w sezonie 2018/19, kiedy klubem zarządzali w van der Sar i Overmars. ,, Byliśmy 10 sekund od finału Ligi Mistrzów. Mam nadzieję że pewnego dnia uda się Ajaksowi znów w nim zagrać. W 2019 roku stało się jasne że nie jest to niemożliwe mimo że czasy zmieniły się tak bardzo"- powiedział wówczas Danny Blind.

6

1

@fart No oczywiście może tak być ale jak dotychczas Laporta w dalszym ciągu rujnuje Barce. Żeby całkowicie wyjść na prostą, Flick musiałby zdobyć co najmniej Lige Mistrzów a na to trzeba budowania kadry piłkarzy co najmniej 2 lata, jak nie więcej...

7

@FCBparasiempre
Erwin Nyc urodził się 24 maja 1914 roku, tuż przed wybuchem I wojny światowej. Przygodę z piłką nożną rozpoczął w wieku 15 lat a jego pierwszą drużyną stała się wówczas Pogoń Katowice. Tu po raz pierwszy widać przejaw polskości w rodzinie Nyców. Żaden Niemiec nie zapisałby swojego dziecka do polskiego klubu. Pogoń była w tych czasach odpowiednikiem 1.FC Kattowitz, który był niemieckim klubem na naszych ziemiach. Nawet Ruch Wielkie Hajduki nie posiadał aż tylu polskich patriotów, jak w katowickiej Pogoni. W żadnym wypadku więc nie można uznawać Erwina za Niemca, co najwyżej za człowieka wywodzącego się ze środowisk śląskich, o skomplikowanych korzeniach. W 1935 roku Erwin został wezwany do odbycia służby wojskowej w Warszawie, gdzie formalnie pełnił obowiązki w jednostce lotniczej. Większość czasu spędzał, grając na pozycji środkowego pomocnika, w najpopularniejszej stołecznej drużynie, czyli Polonii Warszawa. Dla zespołu Czarnych Koszul był to sezon nadziei. Klub dopiero awansował po grach eliminacyjnych do Ligi a Erwin w tym pomógł, z marszu stając się bohaterem kibiców. Od tamtego momentu niesamowicie zżył się z drużyną a jego nazwisko zaczynało nabierać renomy. Także po zakończeniu służby, Erwin pozostał wierny Polonistom, pracując przy okazji w firmie górniczej. Poza tym Nyc był świetnym zawodnikiem, którego warunki fizyczne (180 cm wzrostu) predysponowały do gry nie tylko w pomocy, ale przede wszystkim w obronie. To był jeden z piłkarzy, który zaczął odgrywać rolę stopera. Umiejętność ta skłoniła Józefa Kałużę oraz szefostwo PZPN, aby w 1938 roku zabrać Erwina na Mistrzostwa Świata na sławny mecz z Brazylią. Trzeba wspomnieć, że nie znalazłby się na nim, gdyby nie kontuzja Jana Wasiewicza, zawodnika lwowskiej Pogoni. Dzięki nieszczęściu kolegi, to Nyc wskoczył do kadry, powiększając w niej grono Polonistów(wcześniej powołanym był Władysław Szczepaniak, który przy okazji tego meczu był kapitanem) Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. W spotkaniu z Brazylią, Erwin zagrał jako jeden z trzech pomocników, obok Wilhelma Góry i Ewalda Dytki. Nie był to jednak pierwszy mecz Nyca w kadrze narodowej. Jego debiut rok wcześniej przypadł na mecz z Danią, który Polska wygrała 3:1. Grywał również w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 we Francji, kiedy to przeciwnikiem Biało-Czerwonych była Jugosławia. Licznik gier w kadrze tego rosłego pomocnika zatrzymał się na liczbie 11. Nyc znowu staje się Nytzem. Na początku II wojny światowej, luksusowe mieszkanie Erwina, które znajdowało się w Warszawie, zostało zbombardowane przez niemieckie lotnictwo. Później Nyc został zobowiązany do walki na froncie i popadł w niemiecką niewolę, jednak już po kilku dniach został z niej zwolniony. Powrócił na Górny Śląsk, który wówczas dostał się pod panowanie niemieckie. Jak wszyscy inni piłkarze z tego regionu, został zmuszony do podpisania volkslisty. Górnoślązacy, którzy wówczas występowali do końca sierpnia 1939 roku w najwyższej polskiej Lidze, stali się znowu obywatelami Rzeszy. Ich nazwiska spolonizowane w połowie lat trzydziestych zarządzeniem wojewody Michała Grażyńskiego, otrzymały z powrotem swą niemiecką formę, tak jak były zapisane w metrykach urodzenia. W 1940 roku Erwin zaczął występować w niemieckim klubie. Dzisiaj każdy rozgrzesza taką sytuację, zwłaszcza na Śląsku. Był nawet wzywany dwukrotnie do gestapo. Dopiero po tych rozmowach, pod groźbą wywozu do obozu pracy, zdecydował się na wstąpienie do drużyny okupanta. Nadszedł moment wyboru – być prześladowanym czy grać w piłkę? Katowicki przełożony NSDAP Georg Joschke przyłączył więc Nyca do drużyny 1. FC Kattowitz, podobnie jak dwóch innych graczy: Ewalda Dytko i Ernesta Willimowskiego (który odszedł z niej po niespełna czterech miesiącach). Joschke, w latach trzydziestych, sam prowadził ten klub dla mniejszości niemieckiej w Polsce. W ciągu pięciu sezonów w Gaulidze Górnego Śląska nie osiągnął z nim większych sukcesów. Nie wzbił się nawet powyżej czwartego miejsca w tabeli. W czerwcu tego samego roku w Katowicach, Nyc wziął udział w pierwszym szkoleniu dla graczy z Górnego Śląska, przeprowadzonym przez ówczesnego szkoleniowca Reichu, Seppa Herbergera. Gazeta „Kicker” widziała wtedy w Erwinie podstawowego stopera niemieckiego zespołu, lecz do takiego obrotu spraw nie doszło. Kilka razy Nyc brał udział w meczach zespołu Gauligi Górnego Śląska, gdzie jego opiekunem był Kurt Otto, były trener Schalke i polskiej drużyny narodowej. Tego samego roku został powołany do niemieckiej służby lotniczej w Fliegerhorst. W tym czasie nadal grał w piłkę, w drużynie Luftwaffen Sport Verein. Stacjonował w Berlinie, ale bardzo często w mundurze Luftwaffe przyjeżdżał do Warszawy. Prawdę mówiąc, Erwin lotnikiem nigdy nie został, był jedynie w wojsku pomocniczym. Później został przeniesiony do jednostki Markersdorf w dolnej Austrii, gdzie również grał w lokalnej drużynie złożonej z lotników. Po kilku miesiącach powrócił do Fürstenwalde. ,,Dawno temu rozmawiałem ze Zdzisławem Gierwatowskim, który grał w Polonii Warszawa od 1938 roku, więc znał Nyca osobiście. Mówił mi, że to był swój chłopak, żaden Niemiec, nawet nie posiadał niemieckiego akcentu a rozmawiali ze sobą w języku polskim”– wspominał Robert Gawkowski.

W środku wojny, podczas jednego z rozgrywanych meczów, kiedy to Polonia grała w konspiracyjnej lidze, przywdziewając czarne trykoty, wypatrzono Erwina w mundurze Luftwaffe. Przyglądał się swoim kolegom na boisku, a po spotkaniu wybrał się z nimi na prawdziwą „biesiadę”. Podczas wojny moralne opory znikały. Ludzie nie wiedzieli, czy dożyją kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca… Najnormalniej na świecie, Nyc przesadził z alkoholem i podczas godziny policyjnej wyszedł na ulicę. Zaczął przy tym wymachiwać pistoletem i wołać: dajcie mi jakiegoś szwaba, ja go ukatrupię! Nie mogło obyć się bez patriotycznego akcentu. Wyobrażacie sobie, że niemiecki żołnierz zaczyna śpiewać hymn Polski? Tak też uczynił Erwin, nad którym prawdopodobnie opatrzność sprawowała swą opiekę – żaden patrol nie przechodził obok miejsca zdarzenia. Pan Zdzisław Gierwatowski mówił, że piłkarze Polonii będący wówczas z Nycem, zaciągnęli go siłą do jakiegoś pokoju, gdzie zasnął. Na szczęście miał broń, którą wymachiwał nadal przy sobie. Gdyby zastrzelił jakiegoś Niemca, to prawdopodobnie czekałby go pluton egzekucyjny albo w najlepszym wypadku karna kampania na Wschód. Pod koniec wojny dostał się także pod rosyjską niewolę. Po powrocie do Pogoni Katowice, gdzie Erwin grał po wojnie, napotkał wiele przeszkód. Był szkalowany przez władze komunistyczne, które mówiły, że musi ponieść konsekwencje za to, iż grał w niemieckich klubach. Poloniści stanęli jednak murem za swoim byłym zawodnikiem. Pisali listy, że Nyc nigdy nie był kolaborantem, współpracował z ruchem oporu, załatwiał pistolety dla Armii Krajowej, lecz nie wiadomo, ile w tym jest prawdy. Wszyscy, którzy z nim kiedyś grali czuli, że żaden z niego Niemiec. Erwin przyznał również, że na początku wojny miał kontakt z byłym polskim selekcjonerem Józefem Kałużą, który doradzał mu, że w ten sposób może uniknąć represji ze strony niemieckich okupantów. Te wypowiedzi pomogły Nycowi, a dochodzenie zostało przerwane. Nie mógł on jednak wyjeżdżać za granicę i nie można było powołać go do reprezentacji piłkarzy z ligi okręgowej, a także reprezentacji Polski. W przypadku Erwina Nyca, Ewalda Dytko, Teodora Peterka i Gerarda Wodarza, UB chciało dokładnie wiedzieć, co robili podczas służby we Wehrmachcie, a przede wszystkim u aliantów. Te przesłuchania napędziły im mnóstwo strachu, że dopiero wiele lat później poczynili jakieś uwagi na ten temat. Oficjalnie ich życiorysy podawały, że zostali zmuszeni do służby we Wehrmachcie, poczuwali się polakami i przy pierwszej okazji zdezerterowaliby – fragment książki Thomasa Urbana „Czarny orzeł, biały orzeł”. Erwin był człowiekiem o dobrym sercu – przywoził czasem z Niemiec, podobnie jak Karol Kossok to, czego nie było wtedy w Polsce. Mowa tutaj o piłkach, korkach czy sprzęcie piłkarskim. Prawdziwy spokój w jego życiu nadszedł po 1948 roku, kiedy zmienił pisownię nazwiska na polską. Z Erwina Günthera Nytza stał się Edwardem Piotrem Nycem. Brzmiało po naszemu, ale na Polonii nadal wołano na niego Erwin. Nikt nie widział w tym nic złego – znacząca część tych Polonistów zamieszana była w powstanie warszawskie, więc byli uczuleni na zdradę, lecz do Erwina nic nie mieli. Widzieli, że zmiana imienia ma na celu ułatwić mu drogę w tej nowej, komunistycznej rzeczywistości. Po zakończeniu aktywnej kariery sportowej Nyc próbował swoich sił w latach 50. w kilku drużynach z Górnego Śląska jako trener (m.in. w AKS Chorzów), jednak nie udało mu się zaistnieć w żadnym z prowadzonych zespołów. Opowieść o Erwinie Nycu sięgnie 1957 roku, kiedy to zorganizowany został jubileusz Wacława Kuchara. Zrobiono wówczas wielki mecz oldbojów pomiędzy Pogonią Lwów a Polonią Warszawa. Trzeba widzieć to, jako pewien opór w stosunku do komuny – był to październik, więc można było pozwolić sobie na więcej. Plakaty i wypowiedzi sugerowały, że Polonia podejmować będzie starą Pogoń. Spotkanie to miało przypomnieć o tym, że Lwów kiedyś był polski. Z Bytomia czy Wrocławia przyjechali dawni lwowiacy a Polonia zaprosiła Erwina Nyca a także Wilhelma Grolika, postać mniej znaną, ale również w swej historii kontrowersyjną. Wszyscy cieszyli się z obecności Erwina. To najlepszy dowód na to, jak go odbierano. Podczas wojny, w stosunku do jego osoby, było sporo niedomówień. Dzisiaj chyba już nikt nie mówi negatywnie o poczciwym Erwinie, który zmarł 1 maja 1988 r. w wieku 73 lat na terenie Piekar Śląskich.

8

2

Problem ,,naszej" Barcuni leży w tym że Joan Laporta już nie nadaje sie na prezydenta FC Barcelony a z kolei Xavi jeszcze(bądź nawet wogóle) nie nadaje się na prowadzenie FC Barcelony, z tąd te konieczne zmiany. Podobnie sprawa ma się z piłkarzami, których część nie powinna się znaleźć w ,,naszym" klubie. Następna sprawa to sztab szkoleniowy a zwłaszcza medyczny, w tym psychologiczny, to wszystko leży i kwiczy a ktoś przecież za to odpowiada! Kto? No przecież nie papież Franciszek, tylko pan Laporta.....!

9

Tragiczny w skutkach wypadek legendy FC Barcelony:

Francisco Javier Urruticoechea czyli ,,Urruti” był bramkarzem Barçy w latach 1981-88. Pochodzący z Kraju Basków zawodnik trafił na Camp Nou z Espanyolu i w latach 1982-86 był podstawowym golkiperem Dumy Katalonii. Po odejściu z Barcelony zakończył karierę i został trenerem bramkarzy. Kilka godzin przed feralną nocą(24 maja 2001 r.) oglądał wraz z przyjaciółmi finał Ligi Mistrzów. Następnie wsiadł do swojego Mercedesa 320 CE i ruszył w strone domu. Będąc blisko celu około godziny 3:37 w nocy na północnej obwodnicy Barcelony stracił panowanie nad kierownicą i jego samochód trzykrotnie uderzył w bariere ochronną a sam Urruti wypadł z pojazdu. Jadący za nim kierowca BMW nie był w stanie go ominąć i bramkarz poniósł śmierć na miejscu.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca

9

Szczęśliwa końcówka sezonu:

24 maja 1992 r. FC Barcelona rozgromiła na wyjeździe Real Valladolid 0:6(!) w 36 kolejce Primera Division, po 2 golach Stoiczkowa, Koemana i Nadala. To zwycięstwo pozwoliło Blaugranie zbliżyć się na jeden punkt do Realu Madryt a w ostatniej kolejce(dzięki wygranej Tenerife z Realem) sięgnąć po mistrzostwo Hiszpanii.




@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

0

,,Oficjalnie: Barcelona zwolniła Xaviego!"
,,Wszystko zmierza ku temu, że Hansi Flick wkrótce zastąpi Xaviego na stanowisku trenera Barcelony. Mundo Deportivo informuje, że oficjalne ogłoszenie tego nastąpi w poniedziałek, a wkrótce ma odbyć się spotkanie obecnego szkoleniowca z Joanem Laportą i Deco. Mogą oni przekazać Xaviemu decyzję o zwolnieniu go ze stanowiska".
Skoro mogą oni przekazać Xaviemu decyzje o zwolnieniu go i oficjalne ogłoszenie tego nastąpi wkrótce, to ja się pytam, jakie to jest: ,,Oficjalnie: Barcelona zwolniła Xaviego"?
Przecież to jest groch z kapustą!

10

Pierwszy Puchar Króla w gablocie Blaugrany:

24 maja 1910 r. rozpoczął się pierwszy w historii wygrany przez FC Barcelone turniej finałowy Pucharu Króla Hiszpanii. Co ciekawe z powodu nieporozumień między klubami odbyły się równolegle dwa turnieje i obydwa są uważane za oficjalne. Duma Katalonii wzięła udział w rozgrywkach pod egidą nowo powstałego Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej (RFEF). Właśnie 24 maja Barça pokonała w półfinale Deportivo La Coruña 5:0 a dwa dni później pokonała Club Español de Madrid 3:2 po golach Wallace’a, Commamali i Pepe Rodrigeuza. W turnieju tym brały udział tylko 3 kluby a turniej był rozgrywany w Madrycie.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca

11

Aranycsapat, czyli ,,Złota jedenastka”:

Dokładnie 70 lat temu Węgrzy rozbili w Budapeszcie reprezentacje Anglii w meczu towarzyskim aż 7:1(!) co do dziś jest najwyższą porażką w historii angielskiej piłki nożnej. Był to rewanż za przegrany mecz listopadowy na Wembley z ubiegłego roku, jakim pałali wówczas Anglicy. Węgrzy znów byli o klasę lepsi i 3 tygodnie później pojechali na mundial jako faworyt. Tam dopiero w finale zatrzymała ich reprezentacja RFN po słynnym ,,cudzie”(de facto przekręcie, o czym już pisałem i niejednokrotnie będę przypominał) w Bernie i zwycięstwie 3:2.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Visca_barca

6

@FCBparasiempre
Wszyscy młodzi chłopcy zarażeni baskijskim patriotyzmem, chcieli tak jak on zdobywać mnóstwo goli. Pozostaje idolem do dziś. Możemy narzekać, że jego sława opiera się w dużym stopniu na zasadzie przedwczesnej śmierci. Jednak trofea pozostają wieczne i przemawiają na jego korzyść. W czasach swojej świetności dumnie reprezentował tylko jeden klub – Athletic Bilbao. Każdy pasjonat przyodziany w biało-czerwone, pionowe pasy, wyobraża sobie jak Rafael Moreno Aranzadi lub po prostu „Pichichi” sto lat temu mijał obrońców. Kolczyk w uchu, różnokolorowe buty, idealnie nażelowane, pofarbowane lub przystrzyżone w wymyśle wzory włosy, koszulki rozchodzące się jak świeże bułeczki w sklepiku osiedlowym – zarówno te oryginalne, jak i tanie podróby(koszulki, nie bułki!). Własna firma najwygodniejszych na rynku (podobno) bokserek, zdjęcia wrzucane najnowszym IPhonem 6 na Instagrama, fanpage, mający blisko 20 milionów polubień i unikanie paparazzich, mknąc naprzód swoim Astonem Martinem One-77 z silnikiem V12. Takie życie być może w dzisiejszych czasach wiódłby Rafael w jednej z dzielnic Bilbao (o ile nie skusiłby się na grube pieniądze szejków). Ponad sto lat temu wyróżnić mógł się zaledwie białą chustką na głowie, co umożliwiało rozpoznanie go na boisku, w jednej chwili. Aranzadi kochał Bilbao od zawsze. Tutaj się urodził i wychował. Ludzie mówili, że ma intelektualny potencjał, jednak on nie chciał się kształcić. Nie marzył, żeby pójść w ślady ojca, który był prawnikiem, a z czasem został burmistrzem miasta. Wujek Rafaela (brat matki) był bardzo znanym hiszpańskim filozofem i pisarzem, ale i to do niego nie przemawiało. Do inżynierii też nigdy nie ciągnęło, choć tym zajmował się jego brat – Raymond. Wolał kopać szmacianą piłkę z kolegami i wracać późno do domu. Dołączył do Athleticu w 1911 roku, mając 19 lat. Wówczas uzyskał przydomek „Pichichi” (mała kaczka) z racji swoich warunków fizycznych. Szybko awansował do pierwszego zespołu. Najważniejszym trofeum w Hiszpanii był w tamtym czasie Puchar Króla. Brały w nim udział drużyny z całego kraju. Ceniono go ponad wszelkie mistrzostwa regionalne. Finał Copa del Rey (przeciwko Racing Club de Irun) w 1913 roku Aranzadi przegrał, ale szybko im się zrewanżował kilka miesięcy później – strzelając historyczną, pierwszą bramkę na stadionie San Mames, już w 5. minucie. „Pichichi” w dużym stopniu przyczynił się do zdobycia czterech Pucharów Króla, trzech mistrzostw północy, oraz dwóch Mistrzostw Vizcayan. W finale Copa del Rey 1915 ustrzelił nawet hat-tricka, a Athletic pokonał Espayol, aż 5 do 0. Znakomita część tych trofeów jest też zasługą angielskiego trenera Billy’ego Barnesa. Szkoleniowiec rozumiał doskonale pozycję Rafaela. Szczególnie że nie minął rok, odkąd sam przestał grać w piłkę. Grał jako skrajny lewy napastnik w drużynie Queens Park Rangers. Skupiał się więc najmocniej na pozycji „Pichichiego”. Wówczas grano na pięciu, czy nawet sześciu napastników, zupełnie nie dbając o środek pola. „Pichichi” grał na tej samej pozycji, co jego trener w przeszłości. Stąd bardzo dobrze się rozumieli. Często schodził do środka i pełnił poniekąd rolę mediapunta. Znakomity drybling, zwrotność, dobra gra obiema nogami, i silny strzał – to cechy, które pomagały mu bardzo często kończyć akcję indywidualnie. Pichichi był więc jednocześnie mediapuntą i lisem pola karnego. Teraz trudno to sobie wyobrazić, jednak wtedy proporcje obrońców w stosunku do napastników były jak w piłkarzykach stołowych – atakujący mieli przewagę. „Pichichi”, zdobył też srebro olimpijskie w 1920 r., strzelając na turnieju jedną bramkę. Kariera reprezentacyjna jednak nie zdążyła rozkwitnąć, bo licznik zatrzymał się na 5 spotkaniach.

Pod koniec swojego życia (nikt tak wtedy nie przypuszczał) przestał imponować formą. Ikona „Pichichiego” nie była tak silna za jego życia. Wówczas był bez żalu krytykowany. Fani domagali się tego samego piłkarza, który jeszcze niedawno był piłkarskim czarodziejem. W maju 1921 roku postanowił zostać piłkarskim sędzią. To zabolało fanów jeszcze bardziej niż zawieszenie butów na kołku. Sędziowski debiut wypadł mu na stadionie… San Mames. Jednak w wieku 29 lat, zmarł w swoim mieszkaniu na tyfus. Przyczyną było prawdopodobnie zjedzenie nieświeżych ostryg. Pośmiertnie więc „Pichichi” znów stał się ulubieńcem i ikoną Bilbao. Dziś legenda jeszcze bardziej urosła. Jest wymieniany naprzemiennie z Telmo Zarrą (także istnieje nagroda nazwana jego imieniem – Trofeo Zarra – przyznawana najlepszemu hiszpańskiemu strzelcowi Primera Division i Segunda Division) jako najwybitniejszy zawodnik w historii baskijskiego klubu. Od 1926 r. na cześć snajpera powstało popiersie z brązu, które od tamtego zdobi San Mames. W 1953. roku „Marca” postawiła „Pichichiemu” najtrwalszy pomnik, nazywając nagrodę najlepszego strzelca Primera Division jego imieniem, a właściwie przydomkiem. To hołd dla bramkostrzelnego gracza, który paradoksalnie nigdy nie był królem strzelców ligi, bo ta powstała przecież w 1929 roku. Nie miał więc okazji, którą pewnie by wykorzystał. Na setną rocznicę powstania klubu Athletic Bilbao, został odkryty wielki pomnik „Pichichiego” wraz z jego małżonką Aveliną Rodriguez. Na głowie posągu nie mogło zabraknąć białej chusty. To przecież stały atrybut Rafela. Ten „gigante” możemy podziwiać w muzeum Euskal Museoa Bilbao Museo Nasco. W świątyni San Mames istnieje pewna tradycja. Jeśli drużyna gra na tym stadionie pierwszy raz – to jej kapitan składa kwiaty przy popiersiu „Pichichiego”, które od 2013 roku, czyli od powstania nowego San Mames, znajduje się przy wyjściu z tunelu. Jeszcze do niedawna Cristiano Ronaldo i Lionel Messi konsekwentnie walczyli o „małą kaczkę”.

7

9

Szanowni cules, czy wiecie że:

23 maja 1912 r. Alfonso Albeniz Jordana został pierwszym piłkarzem, który przeszedł z FC Barcelony do Realu Madryt(wówczas FC Madrid). Powodem przeniesienia się do stolicy było rozpoczęcie studiów w tym mieście. Albeniz został potem dyrektorem w Realu i prezesem pierwszego Hiszpańskiego Kolegium Sędziów. W 1902 r. jeszcze jako piłkarz Blaugrany zagrał w pierwszym El Clasico jako najmłodszy gracz w historii(16 lat i 132 dni), choć jak pisano wówczas w gazetach ,,ze względu na wiek nie powinien uczestniczyć w tak brutalnej i niebezpiecznej grze”. Z kolei inny zawodnik, Jose Quirante, będąc piłkarzem Barçy, grał dwa lata dla Realu w latach 1906-1908 ze względu na obowiązki w pracy, które zmusiły go do przeprowadzki do Madrytu. W tym czasie był jednak formalnie nadal piłkarzem FCB. No cóż, takie to właśnie były wtedy amatorskie czasy…


@Arkon
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Rastafarnianin

4

No prosze, kiedy nie oglądałem meczów Bayeru Leverkusen w całości w tym sezonie, tylko jakieś krańcowe ,,ogony" to oni nie przegrywali żadnego meczu! A kiedy wczoraj obejrzałem ,,Aptekarzy" od deski do deski to akurat kompletnie nie istnieli, zwłaszcza w pierwszej połowie! Takie to paradoksy...

2

@MesQueUnClub96 Aha, tak też przypuszczałem. Dzięki śliczne i pozdrawiam :)

0

Słuchajcie no kochani pasjonaci futbolu. Mam pytanie dotyczące rekordu Bayeru Leverkusen. Otóż aby ,,Aptekarze" mogli dzisiaj w finale wyśrubować rekord do 52 meczów bez porażki wystarczy im remis w regulaminowych 90 minutach(?) czy też muszą ten mecz rozstrzygnąć ogólnym zwycięstwem?

0

@FcPortoFan1999 Owszem ale powtarzam(!) byliśmy świeżo upieczoną trzecią siłą na świecie! Taka Portugalia a zwłaszcza ZSRR były od nas gorsze a już zdecydowanie w naszym zasięgu. Czegoś zabrakło, pytanie tylko czego(?) bo napewno nie umiejętności...

10

@FCBparasiempre
Rok 2010 był dla Ligi Mistrzów szczególny. Po raz pierwszy od pięciu lat w finale tych rozgrywek zabrakło angielskiej drużyny. W ostatecznym meczu na Santiago Bernabeu stanęły naprzeciwko siebie dwa zespoły, które marzyły o zakończeniu sezonu z potrójną koroną. Z kolei trenerzy obu klubów już wcześniej triumfowali w tych rozgrywkach, Louis van Gaal z Ajaksem a Jose Mourinho z FC Porto. Przypominamy dziś finał Champions League: Bayern – Inter. Historia sezonu 2009/2010 w Lidze Mistrzów mogła wyglądać zupełnie inaczej, ponieważ finaliści aż do ostatniej kolejki fazy grupowej walczyli o awans do 1/8. Bayern potrzebował zwycięstwa w Turynie, gdzie czekał na niego odradzający się powoli z drugoligowych popiołów Juventus. Był to bezpośredni pojedynek o wyjście z drugiego miejsca, a przed samym spotkaniem to Włosi zajmowali premiowane miejsce. Gospodarze objęli prowadzenie, ale Niemcom udało się odpowiedzieć aż czterema trafieniami. Warto dodać, że wyrównującego gola z rzutu karnego zdobył dla gości… bramkarz Hans-Jörg Butt. Sensacyjnym zwycięzcą grupy okazało się francuskie Girondins de Bordeaux. Dosyć niespodziewane jest to, że problemy z awansem w grupie F miał Inter, gdzie wyrastał na jej zdecydowanego faworyta, obok broniącej tytułu Barcelony. Remisy z Rubinem Kazań i Dynamem Kijów, a także porażka z Hiszpanami sprawiły, iż w ostatnim meczu z rosyjską drużyną Włosi nie mogli przegrać. Gole Samuela Eto’o i Mario Balotellego dały im pewny triumf. Później miało się okazać, że po raz pierwszy w historii w finale nie wystąpi ani jeden zwycięzca swojej grupy. W 1/8 finału na Bayern czekała Fiorentina, która stawiała rywalom bardzo silny opór – dwumecz zakończył się wynikiem 4:4, a Bawarczycy przeszli dalej tylko dzięki bramkom strzelonym na wyjeździe. Do historii przeszły ich dwa spotkania w ćwierćfinale, gdzie spotkali się z Manchesterem United. Pierwszy mecz u siebie Niemcy wygrali dzięki trafieniu Ivicy Olicia w doliczonym czasie gry. Rewanż na Old Trafford nie do końca układał się po ich myśli – po 41 minutach przegrywali już 0:3. Przed przerwą gola zdobył jednak niezawodny Olić, a na kwadrans przed końcowym gwizdkiem przepięknym uderzeniem z woleja popisał się Arjen Robben, dzięki czemu Bayern prześlizgnął się do kolejnej rundy, ponownie korzystając z zasad wyjazdowych goli. Półfinałowy dwumecz z Olympiquem Lyon nie pozostawił już żadnych wątpliwości – trzy gole Olicia w rewanżu zapewniły chłopcom van Gaala bilet do Madrytu. Droga Interu do upragnionego finału miała dla Jose Mourinho kilka osobistych podtekstów. Jego pierwszym rywalem w rundzie pucharowej była Chelsea, z której Portugalczyk jeszcze nie tak dawno został przegoniony przez Romana Abramowicza. Łatwo można się domyślić, ile satysfakcji dały szkoleniowcowi mediolańczyków dwie wygrane w starciach z Anglikami – 2:1 u siebie i 1:0 na wyjeździe. Dwa jednobramkowe zwycięstwa nad CSKA Moskwa dały Interowi przepustkę do swojego pierwszego półfinału od 2003 roku. Tam czekała na nich Barcelona, w której z kolei Mourinho był asystentem i tłumaczem Bobby’ego Robsona, a później współpracował jeszcze… z van Gaalem. W pierwszym spotkaniu na San Siro gospodarze zagrali być może najlepszy mecz za kadencji portugalskiego trenera i w świetnym stylu pokonali Katalończyków 3:1. Rewanż na Camp Nou dziś należy do klasyków Champions League – czerwona kartka dla Thiago Motty jeszcze przed upływem 30. minuty, potem ponad godzina walenia przez Barcelonę głową w mediolański mur, gol Gerarda Pique, chwilę później nieuznane trafienie gospodarzy i koniec meczu. Następnie miała miejsce celebracja gości na murawie, prowokacje Mourinho i włączone zraszacze… Takie było tło awansu Interu do wielkiego finału Ligi Mistrzów, swojego pierwszego od 1972 roku.

Bayern – Inter. 22 maja 2010 roku (po raz pierwszy mecz był rozgrywany w sobotni wieczór!) w Madrycie stanęły naprzeciw siebie dwie wspaniałe europejskie firmy prowadzone przez dwóch wielkich taktyków. Było to piąte starcie w historii pomiędzy tymi zespołami. W ciągu paru tygodni poprzedzających ten finał zarówno monachijczycy, jak i mediolańczycy wygrali swoje ligi oraz krajowe puchary. Jedni i drudzy mieli zatem jasny cel: wywalczyć trofeum numer trzy i szczycić się zdobyciem potrójnej korony. Stawką był nie tylko puchar – zwycięstwo Bayernu oznaczało, że Bundesliga otrzyma w kolejnym sezonie dodatkowe miejsce w Champions League kosztem… Serie A. Inter zatem musiał wygrać nie tylko dla siebie, lecz także i dla całego calcio. Van Gaal i Mourinho – obaj panowie mieli szansę na swój ponowny triumf w tych rozgrywkach. Holender po raz pierwszy wygrał je w 1995 roku, gdy prowadzony przez niego młodziutki Ajax dosyć niespodziewanie pokonał AC Milan. Nie mniejszą sensacją była wygrana w 2004 roku FC Porto, którym dowodził Portugalczyk. Smoki ograły wówczas w finale AS Monaco 3:0. Ernst Happel i Ottmar Hitzfeld zdobywali Puchar Europu z dwoma różnymi zespołami. Pewne było to, że tej nocy dołączy do nich trzeci szkoleniowiec. Pytanie tylko brzmiało: który? ,,Moją filozofią jest zawsze atakowanie. Mourinho woli stawiać na defensywę, ale ma zawodników, którzy mogą przesądzić o wyniku meczu” – Louis van Gaal przed spotkaniem finałowym. Po raz czwarty na arenę finału wybrano Santiago Bernabeu. Wcześniej takie mecze rozgrywane były tutaj w 1957, 1969 oraz 1980 roku. Ten drugi raz był szczęśliwy dla innej drużyny z Mediolanu. AC Milan pokonał wówczas Ajax aż 4:1. W majowy wieczór 2010 roku na trybunach zasiadło ponad 73 tysiące widzów. Sędzią był dobrze znany polskim kibicom Howard Webb. Oba zespoły do finału przystępowały bez swoich kluczowych zawodników. Van Gaal nie mógł skorzystać z Francka Ribery’ego, który pauzował za czerwoną kartkę obejrzaną w dwumeczu z Lyonem. Z tego samego powodu zabrakło w składzie Włochów Motty. Gdy jedni i drudzy ustawili się już wreszcie w tunelu, można było rozpoczynać finał. Bayern na ponowny sukces w rozgrywkach czekał dziewięć lat, z kolei Inter – aż czterdzieści pięć. Jak można się było spodziewać, od początku zaatakowali Bawarczycy. Szczególnie aktywny na prawym skrzydle Robben przez cały sezon był motorem napędowym ofensywnych akcji klubu z Monachium. Holender w dziesiątej minucie łatwo ograł Cristiana Chivu oraz Waltera Samuela i dograł do Olicia, ale napastnik nie trafił w bramkę. Chwilę później były gracz Realu Madryt dorzucił piłkę na głowę Daniela Van Buytena, a ta po jego strzale trafiła w rękę Maicona. Sędzia nie odgwizdał rzutu karnego, chociaż śmiało mógł to zrobić. Inter, stojący za podwójną gardą, odpowiedział dwoma mocnymi uderzeniami Wesleya Sneijdera z rzutów wolnych ustawionych ponad trzydzieści metrów od bramki Butta. Bayern miał dużą przewagę w posiadaniu piłki, ale nie potrafił udokumentować tego trafieniem. Zespół Mourinho w tym sezonie przyzwyczaił do bardzo defensywnej gry, ale w odpowiednich momentach potrafił zadać zabójczy cios. Tak też się stało w 35. minucie finału. Julio Cesar wykopał piłkę z własnego pola karnego, Diego Milito zgrał ją głową do Sneijdera, a ten oddał mu ją natychmiast po przyjęciu, dzięki czemu Argentyńczyk znalazł się w sytuacji sam na sam z niemieckim bramkarzem. Napastnik Interu nie zwykł marnować takich okazji i celnym strzałem dał prowadzenie swojemu zespołowi. Jeszcze przed przerwą Włosi mogli zdobyć drugiego gola. Tym razem to Milito podawał do Sneijdera, ale Holender z dwunastu metrów trafił prosto w Butta. Pierwsza połowa zakończyła się zatem jednobramkową przewagą mediolańczyków. Zaledwie dwadzieścia sekund po rozpoczęciu drugiej części młodziutki Thomas Müller mógł wyrównać, ale fantastyczną interwencją nogami popisał się Cesar. Bayern wyszedł po przerwie niezwykle zdeterminowany. Dziesięć minut później groźnie uderzał Hamit Altintop. W polu karnym Interu robiło się coraz gorąco – ponownie próbował Müller, lecz tym razem jego strzał został sparowany przez Estebana Cambiasso. Po ponad godzinie Cesar znów musiał się wspiąć na wyżyny swoich umiejętności, broniąc mocne uderzenie Robbena.

Gdy wydawało się, że remis wisi w powietrzu, dwadzieścia minut przed końcem mediolańczycy zadali drugi cios. Samuel Eto’o podał piłkę do Milito, który wdał się w pojedynek z Van Buytenem. Argentyński snajper w piękny sposób ograł rywala i nie dał żadnych szans Buttowi. Co prawda belgijski obrońca karierę zakończył rok później, ale ,,El Principe” wysłał go na przedwczesną emeryturę tamtej nocy. Istnieją podejrzenia, że ,,Big Danowi” do tej pory kręci się w głowie po tamtej akcji. Wynik zmienił się na 2:0 i wyglądało na to, że nic już nie odbierze Interowi pucharu. Mourinho gestami uspokajał swoich zawodników, ale w środku czuł już wielki triumf. Wszystko przebiegało według jego planu. Do końca spotkania pozostawały już sekundy, a rezerwowi piłkarze mediolańczyków przygotowywali się do świętowania zwycięstwa. Wówczas Mourinho dokonał trzeciej zmiany tej nocy – zdjął bohatera Milito a w jego miejsce wprowadził Marco Materazziego. Do ucha nie przekazał mu jednak żadnych uwag taktycznych a jedynie słowa: ,,Byłeś na boisku w pierdolonym finale mistrzostw świata i będziesz w dzisiejszym pierdolonym finale ligi mistrzów”. Zaraz po tym Howard Webb zagwizdał po raz ostatni. Inter wygrał Champions League, zdobył potrójną koronę, a Jose dołączył do Happela oraz Hitzfelda. Dla niego i dla klubu to był wielki i niezapomniany sezon. ,,W piłkarskim sensie to była prowokacja ze strony Van Gaala, gdy powiedział, że Inter jest defensywną drużyną ale wiem, czego chciał a ja pragnąłem tej samej rzeczy – zwycięstwa. Nie zatraciliśmy naszej osobowości, jesteśmy bardzo zwartą drużyną i udało nam się wygrać po kontratakach. Po drugiej bramce mecz był już skończony” – Jose Mourinho. 34% – zaledwie tyle czasu przy piłce utrzymywali się mediolańczycy. Wystarczyło to jednak, aby strzelić dwa gole. Parę dni po finale Materazzi wyjawił, że jego trener już dużo wcześniej wiedział, jak potoczy się to spotkanie. Na początku maja Portugalczyk był w Berlinie, gdzie oglądał starcie Bayernu z Herthą. Gdy włoski obrońca wysłał do niego SMS-a z pytaniem, jak prezentują się Bawarczycy, Mourinho odpisał mu: Wygramy 2:0. 28 maja Jose zrezygnował z posady trenera Interu, aby podjąć pracę w Realu Madryt. Zastąpił tam Manuela Pellegriniego, który z Królewskimi odpadł z Champions League w 1/8 finału po dwumeczu z Lyonem. Swoje odejście z Mediolanu portugalski szkoleniowiec zapowiedział już chwilę po triumfie nad Bayernem, gdy stał przed telewizyjnymi kamerami: ,,To był wspaniały, niesamowity sezon. Brakuje mi słów, aby opisać, jak się czuję. Jestem bardzo szczęśliwy i dumny, ale… jednocześnie jestem smutny, bo to prawdopodobnie mój ostatni mecz z Interem a Inter jest moim domem – w taki sam sposób, w jaki moim domem jest Chelsea. Trudno było mi opuszczać Chelsea a teraz równie ciężko jest zostawić Inter ale takie jest życie, taki jest futbol”. Na Santiago Bernabeu nie udało się Mourinho wywalczyć upragnionego trofeum Ligi Mistrzów – trzeciego dla niego i dziesiątego dla klubu. Po zwolnieniu z Realu powrócił do Chelsea, gdzie w drugim sezonie wygrał Premier League. Co łączy natomiast Mourinho i Van Gaala? Ten pierwszy próbuje sprzątnąć po bardziej doświadczonym koledze, który zawiódł w Manchesterze United. Próbuje udowodnić, że The Special One wciąż jest wyjątkowy. Czy uda mu się kiedykolwiek jeszcze wywalczyć swoją własną, trenerską potrójną koronę albo choć wygrać Champions League?

Bayern Monachium – Inter Mediolan 0:2 (0:1)

Gole: Milito 35 i 70 m.

Bayern: Butt – Lahm, Van Buyten, Demichelis, Badstuber – van Bommel, Schweinsteiger, Robben, Müller, Altintop (Klose) – Olić (Gomez)

Inter: Cesar – Maicon, Lucio, Samuel, Chivu (Stanković) – Zanetti, Cambiasso, Sneijder – Eto’o, Milito (Materazzi), Pandev (Muntari)

9

0

@FcPortoFan1999 Wiedziałem że prędzej czy później odpiszesz ;)
No nie do końca się zgodze że awans był niedostępny. Wówczas byliśmy trzecią drużyną świata(!) i w zasadzie obowiązkiem był awans na ME. Po mundialu coś pękło, przecież piłkarzy mieliśmy znakomitych aby uzyskać ten awans...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?