0

@Kamiloza91 Zdaje się że najmłodszym był Luis Nazario de Lima

1

@Jakchcesz A to dzięki śliczne za wyjaśnienie :) Ach ta chińszczyzna....

10

Bobek wyrównuje osiągnięcie Fernando Peyroteo:

8 czerwca 1947 r. genialny Jugosłowiański napastnik Stjepan Bobek strzelił 9 goli(!) w jednym, wygranym przez Partizan 10:1 meczu ligi jugosłowiańskiej przeciwko 14. Oktobar. Mecz rozgrywany był w miejscowości Nisz. Przypomne tylko iż absolutnym rekordzistą świata pod tym względem jest Ernest Wilimowski, który w jednym meczu strzelił 10 goli!


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

1

@Sysia11 Aaaa to chodzi o te bijatyki! No to akurat mnie to wogóle nie interesuje, jak to mówi młodzież: nie kręci mnie to. Słuchaj, mówisz że nie pisałaś chmura? Przecież wyraźnie napisałaś: Dzisiaj cloud jakieś pomysły na wygraną. Ja spytałem co to znaczy cloud i użytkownicy powiedzieli mi że to znaczy chmura. Więc o co chodzi?

0

@Sysia11 A konkretnie? Bo kompletnie nie wiem co to jest?

0

@Sysia11 O co tak naprawde chodzi z tą ,,chmurą"? Co miałaś przez to na myśli?

0

@Sysia11 Co to znaczy Cloud?

1

@FcPortoFan1999 Akurat meczu z Grecją nie miałem zamiaru przypominać, gdyż ten remis chluby nam nie przyniósł i jak sam stwierdziłeś: najbardziej boli, zwłaszcza że graliśmy w swoim domu na komfortowych warunkach. No cóż, ,,Franek Smuda czyni cuda, niewidy......."

10

No kto by pomyślał?

8 czerwca 1991 Real Madryt zrobił FC Barcelonie mistrzowski szpaler na Santiago Bernabeu. Miało to miejsce w ostatniej kolejce sezonu 1990/91. To był pierwszy przypadek w historii, gdy Blaugrana przyjeżdżała do Madrytu na mecz z Realem będąc już mistrzem Hiszpanii. Barça była już zwycięzcą La Ligi od miesiąca i w każdym z czterech ostatnich spotkań rywale oklaskiwali jej graczy, gdy ci wbiegali z szatni na boisko. Nie ominęło to także Realu, który na pocieszenie wygrał tamto starcie 1:0 po golu Aldany. Prezydent ,,Królewskich” Ramon Mendoza, po meczu wypowiedział się dyplomatycznie ale jednocześnie w sposób ironiczny: ,,Jak możemy nie klaskać drużynie, która wyprzedza o 11 punktów mistrza Hiszpanii z ostatnich 5 lat ”.


@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Feliz cumpleaños panie Javier!

Javier Mascherano kończy dzisiaj 40 lat. Dziękujemy za wielkie oddanie i poświęcenie ,,naszemu” klubowi. Bywaj zdrów ,,nasza” legendo.

Chyba nie musze nakreślać sylwetki tak dobrze nam znanego piłkarza? Dodam tylko że Javier urodził się w San Lorenzo a swoją karierę zaczynał w klubie Renato Cesarini z Rosario.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11

0

@FcPortoFan1999 Nie mam Canal+, nie stać mnie...

1

@Comentateiro No co ty? Chyba żartujez?
Z drugiej strony jak masz silne przeczucie to obstawiaj!

8

@FCBparasiempre
Legendami nie zawsze zostają piłkarze, którzy zdobywają liczne trofea, strzelają setki bramek i regularnie trafiają na pierwsze strony gazet. Tacy piłkarze są jednak wyjątkami, bo żeby jeden z nich mógł osiągnąć miano wybitnego, tysiące innych będzie musiało pogodzić się z rolą drugoplanową. Czasem jednak ci drugoplanowi aktorzy też przechodzą do historii. Najlepszym przykładem jest Meksykanin Antonio Carbajal. Urodzony 7 czerwca 1929 r. w stołecznym Mexico City Carbajal już za młodu wyróżniał się skocznością i zwinnością, a więc od zawsze był idealnym kandydatem na bramkarza. Wzrost (180 cm) może i nie był jego atutem, ale przecież w tamtych czasach warunki fizyczne nie były najważniejsze. Zresztą, w Meksyku chyba nigdy nie zwracano większej uwagi na wzrost bramkarzy, o czym świadczy wielka kariera Jorge Camposa. Sam zainteresowany szybko zauważył, że Bóg obdarzył go pewnym talentem, którego nie może zakopać, tylko musi rozwijać. Szybko porzucił więc naukę i skupił się na treningach. Jego ojciec nie potrafił mu tego wybaczyć i nawet kiedy później Antonio grał na mundialu, nie odezwał się do syna nawet słowem. Być może takie podejście jeszcze bardziej motywowało młodego bramkarza, który nie zamierzał się poddawać. Obrał kierunek, w jakim zamierzał podążać i nawet odsunięcie się ojca nie wpłynęło na zmianę kursu. W 1948 roku Carbajal zaczął zbierać pierwsze żniwa swojej determinacji. Młody golkiper znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Londynie, lecz jego rola ograniczyła się do trwania na posterunku, jakim była ławka rezerwowych. Trzeba zaznaczyć, że olimpijska przygoda nie trwała zbyt długo. Już w pierwszym meczu „El Tri” przegrali 3:5 z Koreą Południową i turniej się dla nich zakończył. Dla naszego bohatera był to jednak początek wspaniałej przygody, bo udział w igrzyskach zbiegł się z ofertą z Club Espana. W tym klubie młodzian bronił zaledwie przez dwa lata, ale to wystarczyło, żeby wypracować sobie świetną reputację. Sława Carbajala szybko zaczęła wychodzić poza granice Meksyku i nie było w tym nic dziwnego, że trener reprezentacji Meksyku(Vial) znalazł dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 1950 roku. Zanosiło się, że Carbajal będzie rezerwowym, ale w ostatniej chwili pretendenta do miejsca między słupkami „El Tri” dopadła kontuzja. W ten sposób jedna z najbardziej odpowiedzialnych ról w drużynie przypadła 21-letniemu debiutantowi. 24 czerwiec 1950 roku – to wtedy zaczęła się tworzyć ta piękna historia. Na stadionie w Rio de Janeiro naprzeciwko siebie stanęły reprezentacje Brazylii(gospodarza turnieju) i Meksyku. Mecz poprzedziła uroczystość otwarcia a na pierwszy gwizdek sędziego czekało 80 tysięcy zakochanych po uszy w futbolu fanów „Canarinhos”. Jak w tym wszystkim odnajdował się Carbajal, żółtodziób, który dopiero rozpoczynał swoją przygodę z futbolem? Ciężar presji musiał być ogromny, szczególnie dla bramkarza. To tak jakby stać między słupkami ze słoniem na plecach, nie dość, że ciężar ogromny, to jeszcze trzeba uważać, żeby nie potknąć się o trąbę. No i Carbajal się nie potknął, choć puścił cztery bramki a jego zespół nie odpowiedział żadną. Mało tego, w meczu z Jugosławią znów cztery razy wyjmował piłkę z siatki a Szwajcarzy dwukrotnie znaleźli sposób na przechytrzenie stróża świątyni „El Tri”. Mimo dziesięciu bramek straconych nikt nie miał pretensji do bramkarza, nie zarzucano mu, że brakło mu doświadczenia, nie wytykano mu błędów, choć takie też się przydarzyły, jego dokonania przyjęto z umiarkowanym optymizmem. Melodia przyszłości? Tak zapewne myśleli wtedy kibice. Występ na mundialu przyniósł zainteresowanie ze strony silniejszych klubów. Club Leon, który zgłosił się po Carbajala, miał nieco wyższe notowania niż Club Espana, więc transfer można było potraktować jako sportowy awans. Inna rzecz, że był to transfer wymuszony, bo poprzedni pracodawca Carbajala wycofał się z rozgrywek, ponieważ jego władze nie mogły znaleźć wspólnego języka z działaczami federacji. No cóż, w tamtych czasach takie rzeczy jak poplątane języki decydowały o upadkach czołowych klubów. Antonio już w drugim sezonie zdobył mistrzostwo kraju z Leon, jednocześnie nie oddając miejsca między słupkami w reprezentacji kraju. Z powodzeniem bronił w meczach towarzyskich oraz w spotkaniach eliminacyjnych do mistrzostw świata w 1954 roku. Warto zauważyć, że Carbajal w tych eliminacjach tylko raz przepuścił piłkę do siatki (Tej sztuki dokonał Amerykanin Looby w meczu wygranym przez Meksykanów 3:1). Wydawało się, że nasz dzisiejszy bohater ma pewne miejsce w składzie na mundialu, że trener Vial nie widzi drużyny bez niego i może tak było.

Ostatecznie jednak Vial nie pojechał na mundial, zastąpił go Lopez Herranz, który widział w bramce bardziej doświadczonego Motę. Już po pierwszym meczu (0:5 z Brazylią) tymczasowy szkoleniowiec zmienił zdanie i w pojedynku z Francją postawił na Carbajala. Ten puścił dwie bramki, ale Meksykanie wyrównali a na dwie minuty przed końcem meczu Raymond Kopa celnym strzałem z rzutu karnego pogrzebał marzenia kibiców „El Tri” na korzystny wynik. Powrót do ligowej rzeczywistości okazał się dość przyjemny. W 1956 roku Leon sięgnął po mistrzostwo kraju, rok później przegrał w finale play-off, by w roku, w którym odbywały się kolejne mistrzostwa świata znów sięgnąć po koronę. Nie było więc wątpliwości, że bramki na mundialu musi strzec golkiper najlepszej meksykańskiej drużyny. Na turnieju w Szwecji Carbajal przeżył pewne deja vu. Mecz Meksyku znów poprzedziła uroczystość otwarcia, na trybunach znów ogromne tłumy, tylko rywal nieco inny, choć wcale nie łatwiejszy. Szwecja w owym czasie mogła poszczycić się takimi asami jak Niels Liedholm czy Kurt Hamrin. Jeszcze jedną różnicą był fakt, że tym razem to pełniący funkcję kapitana Carbajal wyprowadzał swoich kolegów na boisko. To jednak niewiele zmieniło, Szwedzi wygrali 3:0, a Meksyk znów musiał liczyć się z pożegnaniem z turniejem już w fazie grupowej. Remis w meczu z Walią nic nie zmienił, bo w ostatnim spotkaniu miejsce w szeregu Latynosom wskazali Węgrzy, pewnie wygrywając 4:0. W ten sposób Meksyk odpadał z turnieju finałowego w fazie grupowej po raz trzeci z rzędu. Kolejne czterolecie nie było już tak udane, jak poprzednie. W latach 1958 – 1962 Club Leon nie zdobył żadnego trofeum. Meksykowi w kwalifikacjach do kolejnego mundialu też się nie wiodło najlepiej, bowiem porażka 0:1 z Kostaryką i bezbramkowy remis z Antylami Holenderskimi można rozpatrywać w kategorii blamażu. Ostatecznie „El Tri” zakwalifikowali się do barażu, w którym rywalem miał być Paragwaj. To właśnie te mecze sprawiły, że historia, którą czytacie, zasługuje na miano legendy. Pierwszy mecz Meksykanie wygrali 1:0, w drugim nie padły bramki. Carbajal zachował więc czyste konto i można powiedzieć, że wybronił sobie czwarty udział w mistrzostwach świata. Przed nim nikt nie dokonał takiej sztuki. Tym razem Meksyk pojechał na mundial z poważnym postanowieniem – wyjść z grupy albo przynajmniej wygrać choć jedno spotkanie. Te plany szybko zweryfikował los, który przydzielił im Hiszpanię, Czechosłowację i, o zgrozo, Brazylię. Potomkowie Inków i Azteków przegrali pierwsze spotkanie z Brazylią 0:2, w drugim ulegli Hiszpanom 0:1, a w trzecim… Czechosłowacy zaskoczyli Carbajala już po 20 sekundach, kiedy to Masek wpakował piłkę do siatki. Potem jednak coś wstąpiło w piłkarzy „El Tri” i po golach Diaza, Del’Aguili i Hernandeza wygrali oni 3:1! Wagę tego zwycięstwa podnosi fakt, że Czechosłowacja została wicemistrzem świata, przegrywając w finale z… Brazylią. Po tym turnieju powoli następował zmierzch kariery Carbajala. Wciąż bezapelacyjnie królował on między słupkami Club Leon, ale w reprezentacji zdarzało się to bardzo rzadko. W 1966 roku Antonio zapowiadał zakończenie swojej niezwykle bogatej kariery, chyba już nawet nie liczył, że selekcjoner reprezentacji kraju powoła go na kolejny turniej. W końcu miał już 37 lat a w Meksyku grali znacznie młodsi i nie mniej utalentowani bramkarze niż on. Jednak w tym miejscu nasz bohater się pomylił. Trener Trellez Campos być może chciał oddać mu hołd, zabierając go na piąty mundial z kolei, choć tym razem tylko w formie rezerwowego. Los znów był wyjątkowo złośliwy, przydzielając Meksykanom Urugwajczyków, Francuzów i Anglików. W meczu z Francją następca Carbajala, Calderon, spisał się bardzo dobrze, przepuszczając jedno uderzenie Haussera, dzięki czemu mecz zakończył się remisem. W drugim spotkaniu poszło mu już nieco gorzej. Po trafieniach Charltona i Hunta Anglia pokonała Meksykanów 2:0, jednocześnie grzebiąc ich marzenia o wyjściu z grupy. To jednak było pretekstem, by w ostatnim spotkaniu z Urugwajem Trellez wystawił w bramce Carbajala! Antonio nie zmarnował szansy, zagrał bardzo dobrze i nie dał się pokonać urugwajskim snajperom. To była wspaniała okazja, żeby pożegnać się z boiskiem i 37-latek postanowił z niej skorzystać. Mecz z Urugwajem był ostatnim w jego profesjonalnej karierze piłkarskiej.

Przez te wszystkie lata nasz dzisiejszy bohater pozostawał piłkarzem Clubu Leon (po odejściu z Clubu Espana, który zrezygnował z udziału w rozgrywkach ligowych). W koszulce tego klubu rozegrał 364 spotkania, zdobywając wszelkie możliwe trofea. Przywiązanie do barw klubowych musi budzić szacunek. Może i Carbajal nie był piłkarzem wybitnym, ale jego charakter, determinacja i długowieczność sprawia, że uważa się go za wybitną postać. Teraz sami powiedzcie, czy historia futbolu musi być pisana wyłącznie przez wybitnych piłkarzy. Antonio Carbajal dokonał rzeczy niezwykłej, uczestniczył w pięciu kolejnych mundialach. Wiele lat później dorówna mu Lothar Matthaus, ale przecież dla Niemców udział na mistrzostwach świata jest czymś normalnym, natomiast dla Meksyku niekoniecznie, szczególnie w tamtych czasach. Fakt, że za czasów Carbajala „El tri” ani razu nie wyszli z grupy, wcale nie umniejsza jego zasług. Zupełnie jak w filmie „Jestem Legendą”– nie ważne, że ci się nie udało, próbowałeś, następcy skorzystają z Twoich doświadczeń i zrobią to dobrze.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Club Leon

2x mistrzostwo Meksyku (1952, 1956)

1x Puchar Meksyku (1958)

1x Superpuchar Meksyku (1956)

10

Żywe legendy rodzimego futbolu:

7 czerwca 1977 r. urodził prawy obrońca Marcin Baszczyński. W dorobku ma aż sześć mistrzostw Polski, a w pewnym momencie był podstawowym obrońcą naszej reprezentacji. Kariera Marcina Baszczyńskiego obfitowała w sukcesy. ,,Jestem spełnionym sportowcem. Z perspektywy czasu człowiek jest trochę mądrzejszy i pewne rzeczy zrobiłby inaczej, ale tych chwil chwały nikt mi nie zabierze”– mówi Baszczyński. Baszczyński urodził się w Rudzie Śląskiej i jak większość chłopaków w tamtych czasach zaczynał na podwórku. ,,Ustawialiśmy kamienie, które pełniły role słupków, albo kopaliśmy piłką w ścianę, chociaż akurat za to sąsiedzi mocno nas gonili”– śmieje się były obrońca, który na początku grał jako napastnik. – To było stopniowe cofanie. Z ataku trafiłem do pomocy, dopiero później zacząłem pełnić rolę kryjącego obrońcy, jak to się niegdyś ładnie nazywało – wspomina. Na szerokie wody wypłynął w chorzowskim Ruchu. Po pięciu sezonach spędzonych przy Cichej przyszła oferta z Wisły Kraków, gdzie Bogusław Cupiał budował najsilniejszy polski zespół początku XXI wieku. – Musiałem walczyć o swoje, bo nie oferowano mi kokosów. W Ruchu nauczyłem się walczyć o ten pieniążek, w dodatku miałem na koncie już występy w reprezentacji i jakąś markę sobie zbudowałem – mówi Baszczyński. Jeszcze będąc w Ruchu obrońca został zawieszony za atak na sędziego. Nieżyjący już Stanisław Żyjewski w meczu ,,Niebieskich” z Górnikiem przyznał mocno naciąganego karnego ekipie z Zabrza. Baszczyńskiemu puściły nerwy. – Można powiedzieć, że wtedy zacząłem walkę z korupcją i to dość skuteczną. Prawdę mówiąc, nie kontrolowałem wtedy swoich emocji. Dziś się tego wstydzę, niezależnie od kulisów tego zdarzenia – mówi nam były piłkarz. Kibice kojarzą Baszczyńskiego przede wszystkim z występami w Wiśle Kraków. Klub z Małopolski był na początku XXI wieku hegemonem w polskich rozgrywkach. Obrońca aż sześciokrotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo kraju. Który tytuł wspomina najlepiej? – Ciężko mi wyróżnić któryś. Pierwsze mistrzostwo było wyjątkowe, ale obrona także. Nie mam najcenniejszego, każde stawiam tu na równi – twierdzi. Z Wisłą przeżywał też piękne przygody w Europie. W 2002 roku Biała Gwiazda rozbiła słynne Schalke 04 na wyjeździe aż 4:1. – Mieliśmy takich chłopaków, którzy czekali na wielki mecz w Europie. Po pierwszym spotkaniu rewanż nie zapowiadał się łatwo. Zagraliśmy wspaniale, na jednym z najnowocześniejszych obiektów na świecie. Cała otoczka nas urzekła. Szatnie, jacuzzi, wszystko było z innego świata. Po meczu było świętowanie, bo trener Henryk Kasperczak pozwolił nam na piwko. I to niejedno – uśmiecha się Baszczyński.

Za granicę Baszczyński wyjechał w 2009 roku do greckiego Atromitosu. Wcześniej pojawiły się oferty z Rosji, Niemiec i Anglii. Polaka chciał słynny West Ham. – Jakbym miał czegoś żałować, to właśnie tego niedoszłego transferu do Anglii. Oni chcieli mnie jednak tylko wypożyczyć. Ja chciałem, ale Wisła się nie zgodziła. Byłem tam na testach, ale musiałem wrócić. Szkoda, bo jestem przekonany, że bym sobie tam poradził – wspomina Baszczyński. Ważnym rozdziałem w karierze naszego bohatera była też reprezentacja Polski. Zagrał w niej 35 razy i strzelił jednego gola. Na mundialu w Niemczech nie zszedł z boiska ani na minutę. Okazało się, że mecz z Kostaryką (2:1) był jego ostatnim w koszulce z orłem na piersi. – Leo Beenhakker powoływał mnie, ale jako zmiennika. Twierdził, że jestem mu potrzebny, jednak już w kadrze nie zagrałem, bo wyżej ceniono Pawła Golańskiego i Marcina Wasilewskiego. Z kadry mam jednak piękne wspomnienia. Nawet dziś kibice mnie pamiętają, czasem podchodzą zbić piątkę i podziękować za moją grę. To szalenie miłe – zakończył Marcin Baszczyński.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

13

Wybitne legendy futbolu:

7 czerwca 1970 r. urodził się Marcos Evangelista de Moraes znany jako Cafu, brazylijski prawy obrońca. 2-krotny Mistrz Świata-1994 i 2002 ; Wicemistrz Świata z 1998 ; 2-krotny Zdobywca Copa America-1997 i 1999 ; 2-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1992 i 1993(z FC São Paulo) ; Zdobywca Ligi Mistrzów-2007(AC Milan) ; Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów 1995(z Real Saragossa) ; Zdobywca Superpucharu Europy-2003 i 2007(AC Milan) oraz Zdobywca Klubowego Mistrzostwa Świata-2007(AC Milan). Zawodową karierę zaczął w 1988 roku w São Paulo FC. Na początku swojej przygody z piłką pełnił rolę rezerwowego, jednak zbiegiem czasu wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. W 1991 roku zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł. W dwóch kolejnych sezonach triumfował w rozgrywkach Copa Libertadores i Recopa Sudamericana. W 1994 roku został wybrany najlepszym piłkarzem roku w Ameryce Południowej. W barwach São Paulo rozegrał 115 spotkań i strzelił 7 goli. W tym samym roku Cafu postanowił zmienić klub. Został piłkarzem Juventude, lecz po krótkiej przygodzie z tym klubem trafił do hiszpańskiego Realu Saragossa, gdzie sięgnął jedynie po Puchar Zdobywców Pucharów. W 1995 roku Brazylijczyk odszedł do Palmeiras São Paulo. W nowej drużynie nie pograł zbyt długo ponieważ dwa lata później trafił do AS Romy. Na swój pierwszy sukces w ekipie "Giallorossich" musiał czekać do 2000 roku, kiedy to Roma sięgnęła po mistrzostwo kraju. W barwach tego klubu rozegrał 163 spotkania.

W 2003 roku podpisał kontrakt z AC Milanem. Swój pierwszy mecz w barwach "czerwono-czarnych" rozegrał 3 sierpnia tego samego roku w zremisowanym 1:1 meczu z Juventusem. W debiutanckim sezonie w ekipie z San Siro zdobył drugi mistrzowski tytuł, sięgnął po Superpuchar Włoch oraz Superpuchar Europy. W 2005 roku po raz pierwszy zagrał w finale Ligi Mistrzów lecz wówczas Milan przegrał po rzutach karnych z Liverpoolem. W kolejnym sezonie świętował zdobycie aż trzech pucharów - Ligi Mistrzów, Superpucharu Europy i Klubowego Mistrzostwa Świata. 16 maja 2008 roku zapowiedział iż po sezonie zakończy piłkarską karierę. W reprezentacji Brazylii zadebiutował 12 września 1990 roku w przegranym 3:0 meczu z Hiszpanią. W 1994 roku po raz pierwszy wystąpił na mundialu, pełniąc rolę rezerwowego a Brazylijczycy po raz czwarty w historii zdobyli Mistrzostwo Świata. W 1997 roku wygrał w rozgrywkach Copa America oraz Pucharze Konfederacji. Rok później Cafu otrzymał powołanie na kolejne MŚ, jednak tym razem ekipa "Canarinhos" przegrała w finale z reprezentacją Francji 3:0. Brazylijski obrońca wystąpił także na Mistrzostwach Świata 2002 roku zdobywając Puchar Świata oraz na nieudanych Mistrzostwach Świata 2006 roku. Na tych dwóch ostatnich turniejach Cafu był podstawowym piłkarzem swojego zespołu. W drużynie narodowej wystąpił łącznie w 142 spotkaniach i strzelił 5 bramek. Po mundialu 2006 wychowanek São Paulo FC zakończył reprezentacyjną karierę. Dla drużyny narodowej rozegrał łącznie 142 spotkania i strzelił pięć goli. Jest rekordzistą kraju pod względem największej ilości występów w reprezentacji Brazylii i jednym z najlepszych prawych obrońców w dziejach futbolu.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

0

@Herato Czyżby USA?

0

Kurcze ależ pan Carlos Alcaraz męczy się z jakimś tam Sinnerem. Naprawde żal mi go widzieć w takiej męczarni...

0

@Mixtape Wprawdzie generalnie nie oglądałem Bayeru Leverkusen w minionym sezonie ale oglądając cały finałowy mecz z Atalantą Bergamo, to mogę stwierdzić jedynie że ten cały Wirtz nie był lepszy od ,,naszego" patałacha Ferrana Torresa...

2

@FcPortoFan1999 No rzeczywiście, aczkolwiek warunki klimatyczne, zwłaszcza wilgotność, były w Meksyku zdecydowanie gorsze niż w Katarze. No i potencjał ludzki mieliśmy wówczas(w Meksyku) zdecydowanie lepszy...

13

Jedyne zwycięstwo i jedyny gol na Mundialu ,,Mexico 1986”:

7 czerwca 1986 r. Polska pokonała Portugalie 1:0. ,,No wreszcie, proszę państwa! Tyle nas to nerwów kosztowało, tak długo czekaliśmy na tę upragnioną bramkę! Wzruszyłem się, ale myślę, że państwo też w polskich domach. No wreszcie, wreszcie. Brawo panie Włodzimierzu, brawo Polacy!”– krzyczał szczęśliwy Dariusz Szpakowski, który relacjonował ten mecz ze stadionu Estadio Universitario w Monterrey. W pierwszym meczu fazy grupowej biało-czerwoni tylko bezbramkowo zremisowali z Marokiem. Jak się później okazało, gol Smolarka z Portugalią pozwolił im wyjść z grupy z trzeciego miejsca. ,,To był mecz o wszystko. Liczyliśmy się, że pierwsze miejsce zajmą Anglicy, a my powalczymy o drugie z Portugalią”– wspominał Dariusz Dziekanowski, który asystował przy tym trafieniu. ,,Znakomicie się zachował. Przyjął piłkę, zagrał po ziemi na dalszy słupek. Co ciekawe, Włodek miał być już zmieniony przez Andrzeja Zgutczyńskiego, ale nie było przerwy w grze i sędzia nie mógł zezwolić na przeprowadzenie zmiany”– zdradził Dziekanowski. Ostatecznie Zgutczyński zmienił go siedem minut później. Na koniec fazy grupowej Anglia pokonała Polskę 3:0 po hat-tricku Gary'ego Linekera, a w 1/8 finału Brazylia rozbiła drużynę Antoniego Piechniczka 4:0. Na kolejny występ w mundialu musieliśmy czekać aż do 2002 roku.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

11

Wybitne legendy futbolu:

7 czerwca 1930 r. urodził się Hilderaldo Bellini, wybitny brazylijski środkowy obrońca, 2-krotny Mistrz Świata(1958 i 1962). Pierwszy Brazylijczyk, który podniósł Puchar Świata jako kapitan zwycięskiej drużyny z 1958 roku. Bellini prowadził drużynę, w skład której wchodzili tacy gracze jak genialny Garrincha, Mario Zagallo czy 17-letni Pele. Brazylijczycy pokonali w finale gospodarzy Szwecję 5:2 i zdobyli pierwszy z rekordowych pięciu tytułów mistrza świata. Bellini był częścią drużyny, która cztery lata później wzniosła trofeum w Chile, chociaż ani razu nie zagrał w tym turnieju. Ostatni ze swoich 51 występów rozegrał na mundialu w Anglii w 1966 roku. Po pobycie w młodzieżowej drużynie swojego rodzinnego klubu Itapirense, zasłynął w Vasco da Gama, gdzie przebywał przez dziewięć lat. Grywał też w São Paulo i Atletico Paranaense. Najlepiej zapamiętano go z kultowego sposobu, w jaki podniósł trofeum Julesa Rimeta, wysoko nad głową dwiema rękami a kolejni brazylijscy kapitanowie powtarzali ten gest.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

0

@Tridente2015 Przyznaje się bez bicia ale akurat nie czytałem całego tekstu, co nie zmienia mojego nastawienia względem Cubarsiego...

0

@Tridente2015 A no zapomniałem ale również wolałbym aby nie grał na igrzyskach...

10

W sporcie jak w życiu, trzeba mieć porządnego farta:

7 czerwca 1992 r. FC Barcelona zdobyła drugie z rzędu mistrzostwo Hiszpanii po pierwszym ,,Cudzie na Teneryfie”. Przed ostatnią kolejką Barça traciła punkt do prowadzącego Realu Madryt i wygrana na Camp Nou 2:0 z Athletic Bilbao była tylko połową sukcesu. Wszyscy cules nasłuchiwali wieści z meczu Tenerify z Realem Madryt. Po 30 minutach wydawało się że sensacji być nie może. Real Beenhakera prowadził bowiem z Tenerifą 2:0 a ponadto drużynę z wysp trenował Valdano- były piłkarz ,,Królewskich”. Gol dla gospodarzy w 36 minucie nieco przywrócił nadzieje, które nasiliły się, gdy w 69 minucie obrońca Realu Villaroya otrzymał czerwoną kartke. Osiem minut później Brazylijczyk Rocha strzelił samobójczego gola doprowadzając do remisu i czyniąc Blaugrane wirtualnym liderem. Niespodziewanie już minute później Tenerife wyszło na prowadzenie po tym, jak Sanchis przelobował własnego bramkarza trafiając w poprzeczkę a do bezpańskiej piłki pierwszy dopadł Pier. Przysłowiowy cud stał się faktem. Duma Katalonii została mistrzem, choć wcześniej ani razu w tamtym sezonie nie była na pierwszym miejscu w tabeli.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

17

Nasz kochany Leo nie tylko jest jednym z najlepszych piłkarzy w historii futbolu ale również jednym z najmądrzejszych. Jego wypowiedź jest dla mnie trafiona w punkt!

0

No i super! Ja się z tego bardzo ciesze! Wystarczy jak pogra w presezonie a i to nie w pełnym wymiarze czasowym. Na tak ogromny talent trzeba chuchać i dmuchać a nie zajeżdżać jak Pedriego. Cubarsiemu nie może spaść choćby włos z głowy.....!

12

@FCBparasiempre
Zdobywca Copa America-1993; 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów-1998 i 2000(z Realem Madryt) oraz 2003(z AC Milan); 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy-1998(z Real Madryt) i 2003(z AC Milan); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1998(z Realem Madryt)


To są trofea Fernando Carlosa Redondo Neri, który przyszedł na świat 6 czerwca 1969 roku w Buenos Aires. Od dziecka miał tylko jeden cel: zostać profesjonalnym piłkarzem. Jego marzeniem była gra w słynnym Independiente. Tego marzenia, niestety, nigdy nie zrealizował. Trafił do szkółki Teleres Remedios a następnie Argentinos Juniors, tej samej, z której wywodzi się wielki Diego Maradona. W międzyczasie grywał w reprezentacji Argentyny U-17, z którą sięgnął po mistrzostwo kontynentu. Świetne warunki fizyczne (186 cm wzrostu) oraz wielka inteligencja na boisku sprawiły, że Redondo grywał głównie na środku pomocy, coraz częściej pełniąc funkcję pivota. W ojczyźnie piłkarz grał przez pięć lat, by 1990 roku, w wieku 21 lat, trafić do Hiszpanii. Stało się tak za sprawą Jorge Solariego, byłego świetnego piłkarza, a od niemal 40 lat trenera. Związki Redondo z rodziną Solari są bardzo mocne, z tej familii pochodzi także jego żona, nasz bohater jest szwagrem Santiago Solariego, innego znakomitego piłkarza argentyńskiego. Wspomniany Jorge, zostając trenerem Tenerife, postanowił ściągnąć do Europy świetnie zapowiadającego się młodzieńca. Fernando z miejsca stał się ważnym ogniwem drużyny, zaczęło się o nim robić głośno w całej Hiszpanii, był obserwowany przez wysłanników wielu czołowych klubów. Po odejściu Solariego trenerem drużyny z Estadio Heliodoro Rodriguez Lopez został inny Argentyńczyk – Jorge Valdano – niegdyś wybitny piłkarz Realu Madryt. Właśnie dwa sezony pod wodzą „Filozofa” były punktem zwrotnym kariery Redondo. Dwa razy z rzędu Teneryfa odbierała Realowi Madryt tytuł mistrza Hiszpanii, wygrywając odpowiednio 3:2 oraz 2:0. Nie od dziś wiadomo, że mieszkańcy wyspy nie są sympatykami „Królewskich”, znacznie większym szacunkiem darzą Barcelonę. Dzięki tym dwóm wygranym to właśnie „Duma Katalonii” pod wodzą legendarnego Johana Cruyffa mogła się cieszyć z tytułu mistrza Hiszpanii. Chociaż Fernando nie strzelił gola w żadnym z tych spotkań, to jest powszechnie uważany za głównego architekta tego sukcesu. To właśnie z nim na boisku Tenerife osiągnęła największy sukces w historii klubu, uzyskując prawo gry w Pucharze UEFA. W 1994 roku Valdano dostał propozycję powrotu do Madrytu, tym razem w roli trenera. Argentyńczyk się nie wahał. Wracał przecież do swojego piłkarskiego domu. Nie zapomniał jednak o swoim najlepszym piłkarzu, szybko załatwiając transfer naszego bohatera do stołecznego klubu. W klubie z Wysp Kanaryjskich Redondo rozegrał 103 mecze, strzelił osiem goli. W 1994 roku Real Madryt przechodził trudny okres, klub opuszczali wielcy piłkarze z Quinta del Buitre, dwa lata wcześniej odszedł jeden z największych goleadorów w historii – Hugo Sanchez. W dodatku w kraju niepodzielnie panował barceloński „Dream Team”. Z drugiej strony, w 1994 roku w białych barwach zadebiutował Raul Gonzalez a rok później Jose Maria Gutierrez „Guti”. Działacze „Królewskich” nie mieli złudzeń – potrzeba transferów. Wielkim sukcesem prestiżowym był transfer Michaela Laudrupa, wszakże to piłkarz Barcelony, który rok wcześniej miał udział w jednej z największych klęsk Realu w historii. Klasyczna manita w Gran Derbi spędzała sen z powiek kibicom Realu. Jednak sezon 1994/1995 miał być inny, i taki był. Valdano przerwał hiszpańską hegemonię Barcelony a w najważniejszym meczu sezonu po raz kolejny tablica wyników pokazała 5:0, tym razem dla „Los Blancos”. Wróćmy jednak do naszego bohatera. Gdzie jest w tym momencie Fernando? Na boisku oczywiście. Argentyńczyk ma pewne miejsce w składzie, jego inteligencja i kultura sprawiają, że szybko zdobywa sobie autorytet i przyjaźń w mocno przecież zhierarchizowanej szatni Realu. W kolejnych sezonach Redondo gra coraz lepiej, zna go cały świat. W sezonie 1996/1997 „Los Merengues” zdobywają kolejny tytuł mistrzowski, tym razem już pod wodzą Fabio Capello. Real przystąpił do rozgrywek Ligi Mistrzów wyjątkowo zmotywowany. Miał najlepszy skład od wielu lat. Jak się potem okazało, wielkie oczekiwania nie były przesadzone. Real dotarł do finału, gdzie niespodziewanie pokonał Juventus 1:0. Mecz był pojedynkiem dwóch największych środkowych pomocników tamtego okresu. Zinedine Zidane musiał ustąpić Fernando Redondo, który rozgrywał kolejny wielki mecz.


Warto teraz przeskoczyć o dwa lata do przodu, do wydarzenia, które zapewniło Redondo nieśmiertelną sławę. Ćwierćfinał Ligi Mistrzów, mecz z obrońcą trofeum, Manchesterem United, mającym najlepszy skład od kilkudziesięciu lat. Real wygrywa 3:2, wspaniały wynik, jednak nie o tym pisała prasa na całym świcie. Pisała o Argentyńczyku, który niemal w pojedynkę wygrał ten mecz. Redondo był wszędzie, odbierał piłkę, rozgrywał, podawał. Robił wszystko. Ukoronowaniem tego niezwykłego widowiska była akcja, po której padł gol na 3:2. Przenieśmy się do Manchesteru. Podanie na lewym skrzydle dostaje nasz bohater. Zrywa się do biegu, obok niego jest trzech rywali, mija ich jednym zagraniem, zagraniem, które przeszło do historii futbolu. Fernando na pełnym biegu posłał piłkę piętą pomiędzy nogami Henninga Berga, dopadł jej przy linii końcowej, stając twarzą w twarz z innym wybitnym graczem, Royem Keanem. Argentyńczyk pewnie posłał idealną piłkę do wbiegającego środkiem Raula, któremu nie pozostało nic innego, tylko wbić piłkę do pustej bramki. Najbardziej znamiennym faktem jest to, że Fernando skupił na sobie uwagę całej obrony United, Raul spokojnie wbiegł w pole karne, jego obecność została zauważona, gdy miał już piłkę przy nodze. O poziomie, jaki prezentował wówczas Redondo bardzo dobrze świadczą słowa Fergusona: ,,Co ten gracz ma w butach? Magnes?” Pamiętajmy, że sir Alex bardzo rzadko decyduje się na komplementy pod adresem piłkarzy innych zespołów. Real wygrał wówczas Ligę Mistrzów, w pierwszym finale w historii dwóch klubów z tego samego państwa, pokonując Valencią w stosunku 3:0. Kolejne bardzo ważne wydarzenie miało miejsce w czasie dekoracji zwycięzców. Jak wiadomo, puchar w górę wznosi zawsze kapitan, a kapitanem był Redondo. Argentyńczyk zrzekł się tego przywileju na rzecz Manuela Sanchisa, żywej legendy klubu, grającej w nim od niemal 20 lat. Hiszpan wznosił w górę puchar ze łzami w oczach. Iluż współczesnych piłkarzy stać by było na taki gest? Przecież możliwość wzniesienia pucharu Ligi Mistrzów to zaszczyt, którego dostępuje tylko garstka wybrańców. Kibice Realu kochali Fernando a Fernando kochał ich, ale… Ale kilka miesięcy później Argentyńczyka nie było już w klubie. Cios w samo serce Ultras Sur zadał Florentino Perez, pozbywając się piłkarza, który otwarcie popierał jego rywala w walce o fotel prezydenta klubu, Lorenzo Sanza. Tego transferu kibice nigdy nie wybaczyli, Fernando był i nadal jest wielkim madridistą, a wielkich madridistas się tak nie traktuje. Redondo przeszedł do Milanu, gdzie grał przez dwa sezony, chociaż słowo „grał” jest użyte nieco nad wyrost. Argentyńczyk wybiegł na boisko tylko 16 razy. Przez cały okres gry we Włoszech walczył z kontuzjami. Jednym z pierwszych spotkań, w którym zagrał, było wyjazdowe starcie z Realem w ramach Ligi Mistrzów. Fernando został przywitany długimi owacjami na stojąco. W Milanie Redondo po raz kolejny pokazał klasę. Nie zgodził się przyjmować wynagrodzenia. Argumentował to faktem, że jeśli nie gra, to nie ma prawa do pobierania z tego tytułu pieniędzy. Usilnie starał się też zrzec przekazanego mu przez klub mieszkania i samochodu, tu jednak nic nie wskórał. W roku 2004 Fernando Redondo zakończył karierę piłkarską. Miał wtedy 34 lata, gdyby nie niemal permanentna kontuzja kolana, mógłby grać jeszcze przez dwa – trzy sezony. O ile kariera klubowa Fernando było względnie udana, to reprezentacyjna nie była już taka dobra. Jak na piłkarza tego formatu, rozegrał mało spotkań w drużynie „Albicelestes”, gdyż tylko 29. Strzelił tylko jedną bramkę. Większość z tych występów przypadała na lata 1992-1994, gdy trenerem Argentyńczyków był Alfio „Coco” Basile, trener – legenda rodzimego futbolu. Wcześniej Fernando nie dostawał zbyt wielu szans na grę, będąc skłóconym z trenerem Carlosem Bilardo.


Nasz bohater odmówił wyjazdu na mistrzostwa świata w 1990 roku, argumentując to chęcią dokończenia studiów prawniczych. Inna wersja wydarzeń mówi o braku akceptacji bardzo defensywnego stylu gry reprezentacji. Na mundialu w 1994 roku Redondo był już najważniejszym ogniwem drużyny, jednak kontrowersje związane z pozytywnym wynikiem testu dopingowego Diego Maradony sprawiły, że cały zespół stracił chęć i motywację do gry, odpadając z turnieju po spotkaniu z Rumunami. Jak się okazało, był to ostatni czempionat globu, na którym mieliśmy przyjemność oglądać Redondo. Do Francji nie pojechał, gdyż – jak donoszą media – nie zgodził się na ścięcie swoich długich włosów. Jednak zdrowy rozsądek każe wierzyć trenerowi Passarelli, który przyznał, że odmowa Redondo wiązała się z faktem, że pomocnik nie chciał grać na boku boiska, widząc się tylko w jego centralnej części. Już po zakończeniu kariery Fernando wielokrotnie grywał w meczach charytatywnych i spotkaniach pożegnalnych swoich kolegów z boiska. Regularnie wybierany był do reprezentacji gwiazd światowego futbolu. Grywał z takimi zawodnikami, jak Ruud Gullit, Frank Rijkaard czy Franco Baresi. Mimo uzasadnionej niechęci do Pereza, Redondo zawsze deklarował się jako zagorzały madridista. Niedawno pojawiły się nawet informacje o możliwości objęcia przez niego funkcji dyrektora sportowego, jednak sam zainteresowany zdementował te plotki. Zapewne każdy zna kibicowski zwyczaj obwoływania futbolowych talentów mianem nowego Maradony/Pelego/Beckenbauera etc. Tak samo sprawy mają się z argentyńskimi defensywnymi pomocnikami. Każdy chce być, a jeśli jest wystarczająco dobry, to jest nowym Redondo. W ostatnim czasie najczęściej porównywanym piłkarzem jest Fernando Gago. Presję powiększa fakt, że Gago również grał w Realu Madryt. Obecnie staje się już jednak jasne, że drugiego Redondo z niego nie będzie. Na koniec przychodzi czas na charakterystykę gry naszego bohatera. Zacznijmy od jakże wymownej opinii byłego trenera Realu, Fabio Capello. „Piłkarz taktycznie idealny” to dobry opis umiejętności Fernando. Od Argentyńczyka rozpoczynała się znakomita większość akcji „Królewskich”. Znakomita większość akcji rywali się na nim kończyła. Królestwem Redondo był środek pola, nie widział się i nie miał zamiaru grać w innych rejonach boiska. Miał on niesamowitą, bardzo rzadką umiejętność kontroli tempa i sposobu przeprowadzania akcji. Umiejętność, którą w dzisiejszym futbolu ma chyba tylko Xavi Hernandez a i tak potrzebuje do tego lepszego dnia. Fernando widział wszystko, piłkę rozprowadzał raczej krótkimi podaniami, często niespodziewanymi i wydawałoby się, że niewykonywalnymi. Dysponował świetną, nienaganną techniką, która przywodzi na myśl wyczyny „Boskiego Zizou”, zero niepotrzebnych ruchów, wszystko obliczone na skuteczność. Jak niemal wszyscy wielcy piłkarze „Los Blancos”, Fernando grał bardzo czysto, był boiskowym dżentelmenem, cieszył się szacunkiem piłkarzy i kibiców Realu, a trzeba pamiętać, że nie każdy w tamtym czasie potrafił wpasować się do składu „Los Merengues”. Na koniec warto zadać sobie pytanie, jak wyglądałaby gra Realu, gdyby sprowadzony w 2001 roku Zidane miał za plecami Redondo? Dwaj królowie środka pola w jednej ekipie…

9

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?