9

,,Konik polny”:

Był rok 1902, kiedy pod numerem 198 przy ulicy Comte d'Urgell, wówczas należącej do jednego z czterech dystryktów, na które w 1858 roku podzieliła się dawna gmina Les Corts de Sarria, urodził się Josep Samitier Vilalta. Wywodzący się z rodziny robotniczej ,, Sami" całe dzieciństwo spędził na tamtym osiedlu, znanym jako Can Batllo. Jego nazwa nawiązywała do fabryki włókienniczej, założonej w 1867 roku przez Feliksa Batllo Barrere w budynku, w którym obecnie znajduje się Escola Industrial i różne lokale władz miasta. Samitier uczył się w szkole Jose Soli, mieszczącej się przy ulicy Rossello. Po zajęciach miał w zwyczaju spacerować aż do boisk, na których Barça rozgrywała swoje mecze, przy ulicach Muntaner i Industria a często biegiem wracał ze szkoły do domu żeby jak najszybciej móc usiąść na balkonie, skąd widział plac gry przy ulicy Industria. Z tego miejsca mały sami ze stopami trzymanymi między żelaznymi prętami balustrady godzinami oglądał piłkę nożną. Widział jak na tamtym boisku gra genialny Paulino Alcantara, jego Idol z dzieciństwa. Pewnego dnia na treningu pierwszej drużyny młodziutki Samitier podszedł do goleadora Barcelony żeby się z nim przywitać a ten po zamienieniu kilku słów powiedział mu: ,, Ty będziesz piłkarzem". Od tamtego dnia mały ,,Sami” nie przestawał marzyć o tym by pewnego dnia włożyć koszulkę Blaugrany. W 1913 roku Samitier rozpoczął sportową karierę w juniorskich drużynach FC International, który w 1922 roku połączył się z Centre d'sports de Sands, na skutek czego powstała Unio Esportiva de Sants. Dyrektorzy FC Barcelony, Joan Esriba i Antoni Olive zwrócili uwagę na młodego napastnika drużyny zielono-białych w 1918 roku. Sprowadzili go do klubu, gdy miał zaledwie 16 lat i futbol łączył z pracą hydraulikę. W zamian za związanie się z barwą dostał garnitur i zegarek z błyszczącą tarczą. W ten oto sposób ,,Sami” spełnił marzenie by grać w FC Barcelonie, gdzie dzielił szatnię z Alcantarą do czasu aż w 1927 roku piłkarz z Filipin zakończył karierę zawodową. Zadebiutował w pierwszej drużynie w 1919 roku i od razu stał się jednym z pierwszych wielkich idoli barcelonizmu. Z dumą Katalonii Samitier zdobył 12 tytułów mistrza Katalonii, jedno mistrzostwo Hiszpanii oraz 5 Pucharów Króla. Strzelił 326 goli w 454 meczach, które rozegrał w koszulce Barçy. Ze względu na zwrotność i ruchliwość znany był jako ,,Człowiek konik polny” albo ,,Czarodziej”, chociaż pierwszym przydomkiem jaki mu nadano był ,,Pears”, ponieważ zwinnością przypominał znakomitego zawodnika zespołu New Country, który grał w Blaugranie. Związek Samietiera z klubem nie zakończył się bynajmniej gdy piłkarz zawiesił buty na kołku. W 1944 roku został trenerem Barçy. Prowadząc pierwszą drużynę w sezonie 1944/45 wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, tytuł, którego klub nie mógł zdobyć od 1929 roku. Później, kiedy był sekretarzem technicznym FC Barcelony zarekomendował transfer Węgra Ladislao Kubali, po tym jak 10 czerwca 1950 roku obejrzał jego występ z zespołem Hungaria na stadionie Saria.


@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@misterio No to trzeba było od razu tak pisać a nie używać jakiejś cholernej chińszczyzny!
Dzięki śliczne za wyjaśnienie i jednocześnie prośba żebyś nie pisał po chińsku...

0

@misterio Co oznacza słowo ,,prime"?

2

@FcPortoFan1999 No tak, to była dla reprezentacji ostatnie udane mistrzostwa tej rangi ale też i troche szczęśliwe, gdyż ze Szwajcarami wcale nie byliśmy lepszą ekipą i pokonaliśmy ich ledwo w rzutach karnych...

6

@FCBparasiempre
W tym miejscu jedna uwaga(choć chyba czytelnicy zdążyli się już zorientować) jako, że był to szczególny, dla wielu jedyny udany turniej reprezentacji, jaki pamiętają, to na występ Polaków kładziemy dziś największy nacisk. Skoro jest okazja, by wreszcie zamiast Hiszpanii, Portugalii czy Czech chwalić naszych trzeba ją wykorzystać. W grupie C EURO 2016, do której losowano nas z trzeciego koszyka, trafiliśmy ponownie na Niemców a oprócz tego na Ukrainę i Irlandię Północną. Szanse awansu oceniano jako wysokie, zwłaszcza wobec zmiany formuły rozgrywek. Po raz pierwszy na EURO miała zostać rozegrana faza 1/8 finału. Wobec tego z 24 uczestników zmagań grupowych aż 16 przechodziło dalej. Bezpośredni awans miały zapewnione dwie pierwsze drużyny oraz cztery z najlepszym bilansem spośród tych z trzecich miejsc. Nie tylko w Polsce spekulowano zatem, że do sukcesu może wystarczyć nawet jedno zwycięstwo przy dwóch porażkach. Rozbudowany format oznaczał też zwiększenie liczby stadionów do dziesięciu. Największy z nich to oczywiście podparyski Saint Denis. Na szczęście tym razem, inaczej niż 12 lat wcześniej w Portugalii, organizatorzy podeszli do sprawy pragmatycznie. Pisaliśmy niedawno o tym, że większość stadionów, na których rozgrywano EURO 2004 jest obecnie „sierotami”. We Francji wszystkie 10 obiektów do dziś jest regularnie używanych, w tym dziewięć przez kluby Ligue1. Cztery z nich postawiono specjalnie na EURO 2016, sześć istniejących rozbudowano. Ilu dokładnie polskich kibiców pojechało do Francji wspierać naszych? Tego dokładnie nie wiadomo, ale słynne „gramy u siebie” i inne polskie przyśpiewki słychać było od pierwszego starcia z Irlandią Północną. Na boisku szło nam ciężko. Do przerwy nie mogliśmy strzelić gola, ale coś, już na pierwszy rzut oka, było inaczej niż w dotychczasowych premierowych grach na wielkich imprezach – atakowaliśmy. Stwarzaliśmy też okazje, a te najlepsze marnował Arkadiusz Milik. Zresztą nie ostatni raz na tym EURO, co stanie się wkrótce tematem popularnych nad Wisłą żartów. Milik jednak tuż po przerwie wreszcie trafił i na przekór „hejterom” stał się pierwszym polskim zdobywcą gola na tych mistrzostwach. Mieliśmy kilka sytuacji do podwyższenia, ale znów zabrakło skuteczności. Nikła wygrana 1:0 była jednak jak najbardziej zasłużona. Dużo radości sprawiła wszystkim świadomość, że bez względu na rezultat z Niemcami do końca będziemy w grze. Bez meczu o honor, być może nawet bez meczu o wszystko i z wygranym meczem otwarcia – polscy kibice przecierali oczy ze zdumienia. Kontuzji w starciu z napastnikiem rywali doznał Wojciech Szczęsny. Wkrótce okazało się, że wykluczy go ona z gry już do końca turnieju. Nie sposób uniknąć analogii z poprzednim EURO, gdzie udział Wojtka, wtedy z powodu czerwonej kartki, też zakończył się na jednym meczu. W drugiej kolejce, już po raz czwarty za kadencji Nawałki, zmierzyliśmy się z Niemcami. I podobnie jak w sparingu dwa lata wcześniej padł wynik bezbramkowy. Rywale częściej byli przy piłce, ale to ponownie Arkadiusz Milik marnował najlepsze sytuacje. To spotkanie mogliśmy wygrać. Być może, jak na mistrzostwach świata 1978, mieliśmy dla wielkiego przeciwnika zbyt dużo respektu? Tak czy inaczej remis był cennym rezultatem. Do tego niemal gwarantował wyjście z grupy bez względu na przebieg ostatniego starcia z Ukrainą. Rywale, mimo wcześniejszych dwóch porażek, wciąż mieli teoretyczne szanse na awans. Musieli „tylko” wysoko wygrać z nami. Nie byli nawet blisko. Zwyciężyliśmy po trafieniu Jakuba Błaszczykowskiego. Zajęliśmy drugie miejsce w grupie z dorobkiem siedmiu punktów, tyle samo zdobyli Niemcy. Z trzeciego miejsca udało się wyjść Irlandii Północnej, której wystarczyły do tego 3 pkt. To pokazuje jak niespotykanie spokojny i pewny był awans Polaków. Przez całą fazę grupową nie straciliśmy bramki. Michał Pazdan siał postrach wśród rywali, a po meczu z Niemcami trafił nawet do jedenastki kolejki EURO. To były mistrzostwa defensora Legii Warszawa. Budujący był też obraz całej, zjednoczonej na wspólnym celu drużyny. Dochodzące z szatni sceny pokazywały osobę wielkiego lidera, jakiego Polska miała nie tylko na boisku w Robercie Lewandowskim. To on, jeśli było trzeba w mocnych słowach, mobilizował zespół przed i w trakcie meczu. Trener oddawał „Lewemu” pole w tym aspekcie wcale przy tym nie tracąc na respekcie czy charyzmie. Znający swoje, centralne, miejsce, dobrze czujący się na boisku i po za nim Lewandowski właśnie za kadencji Adama Nawałki przeżywał w kadrze najlepszy okres i najwięcej jej dawał. Nawet jeśli, tak jak w fazie grupowej EURO 2016, nie strzelał bramek. Najważniejszy był efekt w postaci awansu i styl, który mimo zaledwie dwóch strzelonych goli mógł się podobać. Zresztą samo pojawienie się jakiegokolwiek stylu w kontekście gry reprezentacji Polski też było pewną nowością.

Rywalem rozpędzonych Polaków w 1/8 finału została Szwajcaria. Podobnie jak my zajęła drugie miejsce w grupie za jej zdecydowanym faworytem – Francją. Na tym analogie się nie kończyły – z potentatami bezbramkowo zremisowali, nie przegrali meczu i strzelili tylko dwa gole. Zdobyli jednak od Biało-czerwonych mniej punktów – 5 i stracili jedną bramkę. Remis z Francuzami to ich najbardziej wartościowy wynik w fazie grupowej, oprócz tego pokonali debiutującą Albanię i zremisowali z Rumunią. Helweci stanowili drużynę bez gwiazd pokroju Lewandowskiego, za to z silną, zbalansowaną jedenastką, której większość grała w najmocniejszych europejskich ligach. Na papierze szanse wydawały się być wyrównane. Trudno też mówić o jakiejkolwiek przewadze doświadczenia, skoro fazę 1/8 finału rozgrywano pierwszy raz w historii EURO. Odzwierciedlała to sytuacja na boisku. Mecz toczono „na styku”, aż do 39’ minuty kiedy po asyście Kamila Grosickiego prowadzenie Polakom dał Jakub Błaszczykowski. Od tej pory rosła przewaga Szwajcarów, choć nie można powiedzieć, że Biało-czerwoni tylko się bronili. Jeszcze 10 minut przed końcem na tablicy widniał korzystny dla nas rezultat. Wtedy Xherdan Shaqiri nieprawdopodobnym strzałem wyrównał. To był najpiękniejszy gol mistrzostw, rodem z innej planety. Naszej defensywy w inny sposób najwyraźniej nie dało się wtedy pokonać. Dogrywka przebiegła pod znakiem narastającego naporu Szwajcarów, który udało nam się przetrwać głównie dzięki ofiarnym interwencjom obrońców i świetnej grze Łukasza Fabiańskiego w bramce. Wkrótce polscy piłkarze i kibice mieli przeżyć emocje na nieznanym sobie poziomie. Rzuty karne w fazie pucharowej EURO. Najpierw marzeniem był sam awans, na który czekaliśmy przez 13 nieudanych kwalifikacji, potem pierwsza wygrana, premierowe wyjście z grupy a teraz coś, co nawet bez udziału Polaków wywołuje u piłkarskich fanów szybsze bicie serca. Nawałce została jedna zmiana. Ledwo dwa lata wcześniej wprowadzony tuż przed serią „jedenastek” Tim Krul wygrał Holendrom ćwierćfinał mistrzostw świata z Kostaryką. Polski trener, nie po raz ostatni, postawi jednak na „Fabiana”, co wkrótce będzie szeroko dyskutowane. Karne po polskiej stronie celnie rozpoczął Lewandowski. Potem nie mylili się Milik, Błaszczykowski i Glik. Kiedy Granit Xhaka nie trafił w bramkę wiadomo było, że celny strzał Grzegorza Krychowiaka da nam historyczny awans do ćwierćfinału EURO. Krycha wytrzymał napięcie i pewnie pokonał Szwajcarskiego bramkarza. Piłkarze pobiegli do siedzących za bramką polskich i kibiców i wspólnie celebrowali sukces. To były piękne obrazki. W ćwierćfinale graliśmy z Portugalią, która dotychczas...nie wygrała na tym turnieju meczu w regulaminowym czasie. Fazę grupową Cristiano Ronaldo i spółka przeszli dzięki trzem remisom i nowym regułom pozwalającym na awans zespołom z trzecich miejsc. W 1/8 decydującego gola strzelił Nani w końcówce dogrywki. W Polsce panowało prawdziwe futbolowe szaleństwo. Już w drugiej minucie odblokował się Robert Lewandowski strzelając najszybszego gola w EURO 2016. Wyrównał jeszcze przed przerwą jego nowy kolega klubowy z Bayernu – Renato Sanches. To znów był strzał z dalszej odległości. Polskie pole karne pozostawało niezdobyte. Mimo, że rezultat do końca meczu a nawet dogrywki, się nie zmienił momentami graliśmy porywający futbol. Byliśmy przynajmniej równorzędnym rywalem dla CR7, Naniego czy Ricardo Quaresmy. Męskie sporty zespołowe od lat dostarczały polskim kibicom niezapomnianych emocji. Mistrzowie tie-breaków(siatkarze), czy horrorów(piłkarze ręczni) do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Teraz czekały nas drugie rzuty karne w historii startów na wielkich imprezach. I drugie w ciągu tygodnia. Adam Nawałka postawił na ten sam zestaw strzelców. Zaczęli pewnie kapitanowie: Robert Lewandowski i Cristiano Ronaldo. Potem po naszej stronie nie pomylili się Milik i Glik. Uderzenie Jakuba Błaszczykowskiego obronił Rui Patricio i gdy Quaresma pokonał Fabiańskiego piąty strzał Krychowiaka nie był już potrzebny. Odpadliśmy, choć z 9 wykonywanych na turnieju „jedenastek” zmarnowaliśmy tylko jedną. W tym turnieju Polska ani przez chwilę nie przegrywała w regulaminowym czasie gry. To sytuacja bez precedensu. Łukasz Fabiański po zastąpieniu Wojciecha Szczęsnego bronił wspaniale. Z Portugalią i Szwajcarią niejednokrotnie ratował nasz zespół. Nigdy nie był jednak specjalistą od karnych i decyzja o zmianie, zwłaszcza, że w obu przypadkach Nawałka jeszcze jedną miał w odwodzie, ujmy „Fabianowi” by nie przyniosła. Na ławce mieliśmy prawdziwego króla „jedenastek” – Artura Boruca. Przypomnijmy, że wspomniany Tim Krul po wybronieniu Holendrom karnych w kolejnym spotkaniu potulnie wrócił na ławkę rezerwowych, a Jasper Cilessen do bramki. Wszyscy byli zadowoleni z osiągniętego wspólnymi siłami awansu. O tym czy na EURO 2016 mogło być podobnie, czy to tylko futbolowe science-fiction już się nie przekonamy. Odpadliśmy ale to były niezapomniane chwile dla polskich piłkarzy i kibiców. Dla polskiego fana wyjście z grupy, ćwierćfinał, rzuty karne na wielkiej imprezie to zupełnie inne przeżycie niż dla angielskiego czy niemieckiego. Tak jak wszystko, co przeżywa się pierwszy raz. Obecne pokolenie kibiców sukcesy Górskiego czy Piechniczka zna z telewizji i opowieści. Dla nas EURO 2016 to coś, co na zawsze zostanie w pamięci. Nowością była jakość, rozpoznawalny styl i atmosfera panująca w kadrze i wokół niej. Po raz pierwszy od dawna powracających do kraju piłkarzy witały wiwatujące tłumy na lotnisku.

Tak jak finały Mistrzostw Europy 2012 stały się szansą na gospodarczy rozwój Polski i Ukrainy i otwarcie Europy na Wschód, tak te rozegrane cztery lata później dały okazję do wypromowania kilku słabszych futbolowo nacji. Irlandia , Irlandia Północna, Islandia, Węgry, Albania nie tylko mogły poczuć atmosferę wielkiego piłkarskiego święta ale też dzięki nowej formule do końca liczyć się w grze o awans do fazy pucharowej a nawet, jak w przypadku Islandii w niej zagrać i wyeliminować Anglików. Kibice z tych krajów dali ogromny powiew świeżości. Śpiewy Irlandczyków czy fanów z Islandii pamięta każdy. Oni w przeszłości nie przegrywali, tak jak ich piłkarze, eliminacji a mimo to nie mieli okazji pokazania się na wielkim turnieju. Faza grupowa zakończyła się 22 czerwca. Do fazy pucharowej, poza drużynami z pierwszych i drugich miejsc, awansowały cztery drużyny z trzecich lokat. Dzięki temu do 1/8 finału dostali się Portugalczycy, którzy wygrali turniej. Cristiano Ronaldo i spółka w rywalizacji grupowej zdobyli zaledwie trzy punkty. Faza pucharowa rozpoczęła się 25 czerwca. W pierwszych spotkaniach zmierzyli się Polacy ze Szwajcarami oraz Portugalia z Chorwacją. Biało-czerwoni awansowali po rzutach karnych, a o zwycięstwie Portugalii przesądził gol Ricardo Quaresmy w dogrywce. W kolejnych dniach awans uzyskali Walijczycy, Belgowie, Niemcy, Włosi i Francuzi. Wielką sensację sprawili Islandczycy, którzy wyeliminowali Anglików. Pierwszym ćwierćfinałem było spotkanie Polski z Portugalią, które rozegrano 30 czerwca. Biało-czerwoni po szybkim objęciu prowadzenia później pozwolili doprowadzić rywalom do wyrównania. O losach spotkania przesądziły rzuty karne, które lepiej wykonywali Portugalczycy. Dzień później Walijczycy sprawili sensację w starciu z Belgami. Mecz lepiej zacząl się dla piłkarzy Marca Wilmotsa, którzy prowadzenie po golu Radji Nainggolana. Później gole Ashleya Williamsa, Hala Robsona-Kanu i Sama Vokesa sprawiły, że to Walijczycy awansowali do półfinału. Wielkie emocje były w trzecim ćwierćfinale i starciu Niemców z Włochami. W podstawowym czasie gry był remis 1:1, a bramki zdobyli Mesut Oezil oraz Leonardo Bonucci. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i zwycięzcę miały wyłonić rzuty karne. W nich obie drużyny były niezwykle nieskuteczne. Niemcy awansowali dopiero po... dziewiątej serii "jedenastek", a wygraną zapewnił im Jonas Hector. Kolejnej sensacji nie sprawili już Islandczycy, którzy przegrali z Francją 2:5. Trójkolorowi już do przerwy prowadzili 4:0. Piłkarze Didiera Deschampsa w drugiej połowie pozwolili rywalom na nieco więcej ale i tak byli spokojni o końcowy wynik. 6 lipca w Lyonie rozpoczęła się walka o finał. Portugalczycy pokonali Walijczyków 2:0. Pięknego gola na 1:0 w 50. minucie strzelił Cristiano Ronaldo, który popisał się kapitalnym uderzeniem głową. Trzy minuty później podwyższył Nani i Portugalia cieszyła się z awansu. Dzień później, na Stade Velodrome w Marsylii, Niemcy zagrali z Francuzami. Bohaterem spotkania okazał się Antoine Griezmann. Napastnik gospodarzy turnieju w doliczonym czasie gry pierwszej połowy otworzył wynik, a w 72. minucie trafił po raz drugi. Ówcześni mistrzowie świata nie byli w stanie odpowiedzieć. Trójkolorowi stanęli przed szansą zdobycia mistrzostwa Europy przed własną publicznością. 10 lipca 2016 roku, na Stade de France rozegrano finał turnieju. Zadanie Portuglczyków skomplikowało się już na początku. Cristiano Ronaldo został zaatakowany przez Dimitriego Payeta. "CR7" doznał urazu kolana i lider drużyny z Półwyspu Iberyjskiego opuszczał boisko zalany łzami. Brak Ronaldo nie podłamał Portugalczyków. Zespół Fernando Santosa skupił się na obronie, a gospodarze raz po raz atakowali. Znakomite okazje mieli m.in. Olivier Giroud i Antoine Griezmann. W bramce świetnie prezentował się jednak Rui Patricio, graczom Santosa w kilku sytuacjach dopisało też szczęście. W dogrywce Ronaldo pojawił się już na ławce rezerwowych i z zabandażowanym kolanem... asystował Santosowi przy linii bocznej. W 109. minucie Eder, który wcześniej wszedł na boisko z ławki rezerwowych, mocno kopnął z dystansu i pokonał Hugo Llorisa. Portugalczycy nie oddali już przewagi i po raz pierwszy w historii sięgnęli po trofeum. Królem strzelów turnieju został Antoine Griezmann, który zdobył sześć bramek. Najwięcej asyst(4) mieli Eden Hazard i Aaron Ramsey. Z bramkarzy najlepiej spisywali się Manuel Neuer oraz Rui Patricio, którzy po cztery razy zagrali "na zero". Najstarszym strzelcem gola był Zoltan Gera z reprezentacji Węgier, który w dniu zdobycia bramki miał 37 lat i 61 dni. Najmłodszym został Renato Sanches, który zdobył bramkę mając 18 lat i 317 dni. Sędziowie łącznie pokazali 205 żółtych kartek. Oznacza to, że piłkarzy byli napominani średnio cztery razy na spotkanie. Arbitrzy pokazali też trzy czerwone kartki. Po turnieju UEFA wybrała najlepszą jedenastkę Euro 2016. Wybierano wyłącznie wśród zawodników, których reprezentacje dotarły przynajmniej do półfinału. W składzie dominowali oczywiście reprezentanci Portugalii. Było ich czterech: Rui Patricio, Pepe, Raphael Guerreiro i Cristiano Ronaldo. Oto ta jedenastka: Rui Patricio – Raphael Guerreiro, Pepe, Jerome Boateng, Joshua Kimmich – Joe Allen, Toni Kroos, Dimitri Payet, Antoine Griezmann, Aaron Ramsey – Cristiano Ronaldo.

10

@FCBparasiempre
EURO 2016 to turniej niezapomniany dla wielu krajów, które dzięki rozszerzeniu formuły rozgrywek mogły w niej wystąpić po raz pierwszy. W tym gronie, grająca po raz trzeci z rzędu Polska, spisała się jak na weterana przystało i ani przez minutę nie oddała rywalom prowadzenia. W 2010 roku UEFA ogłosiła, że EURO 2016 zorganizuje Francja. Miał to być już szósty wielki turniej mistrzowski w kraju, którego osobistości takie, jak Jules Rimet i Henri Dealunay, tworzyły podwaliny pod ich powstanie. Współgospodarzowi poprzedniego EURO(Polsce) przyniosły one sukces jedynie organizacyjny. Sportowo wypadliśmy bardzo słabo zajmując ostatnie miejsce w „grupie marzeń”. W kiepskiej atmosferze, po miażdżącej krytyce ze strony kibiców i piłkarzy, w tym Roberta Lewandowskiego, odszedł Franciszek Smuda. Pod wodzą jego następcy, notującego wcześniej sukcesy z Ruchem Chorzów Waldemara Fornalika, przegraliśmy z kretesem eliminacje mistrzostw świata 2014. W grupie uplasowaliśmy się za Anglią, Ukrainą i Czarnogórą, wyprzedzając tylko prawdziwych słabeuszy – Mołdawię i San Marino. Dużo mówiło się też o tym, że Robert Lewandowski nie jest w kadrze tym samym napastnikiem co w klubie. Receptą na to miał być kolejny selekcjoner a większość opinii publicznej po ostatnich niepowodzeniach z sentymentem wracała do czasów Leo Beenhakkera i czekała na kolejnego zagranicznego fachowca. Wielu zatem nie podobało się, że trenerem najważniejszej drużyny w kraju został Adam Nawałka – do tej pory szkoleniowiec zespołów klubowych i przez rok asystent Holendra w reprezentacji. Oprócz znalezienia sposobu na odblokowanie „Lewego” miał jeden główny cel – awans na EURO 2016, który byłby dla Polski trzecim z rzędu i w ten sposób ugruntowałby naszą pozycję jako liczącej się na Starym Kontynencie ekipy. W międzyczasie na ekranach telewizorów polscy piłkarze i kibice obejrzeli jak na Mistrzostwach Świata w Brazylii gospodarze zostali w półfinale zmiażdżeni przez Niemców i jak wcześniej, już w fazie grupowej, spektakularnie skończyła się epoka hiszpańskiej dominacji w futbolu. W eliminacjach do EURO 2016 wzięła udział rekordowa liczba uczestników – 53. Walczyli oni o jednak o aż 23 miejsca w turnieju finałowym. Wszystko przez szeroko dyskutowane rozszerzenie jego formuły. Przeciwnicy mówili o braku elitarności, gdy awans może wywalczyć niemal połowa uczestników. Zwolennicy podawali argumenty romantyczno – ekonomiczne. Odpowiedzi miał dostarczyć francuski czempionat. Wcześniej w kwalifikacjach drużyny rozlosowano do dziewięciu grup. Wyjątkowo brał w nich udział także gospodarz. Francja uzupełniła skład jedynej grupy pięciozespołowej, rozgrywając mecze towarzyskie z jej pauzującymi uczestnikami. Miało to zapobiec traceniu rytmu meczowego przez Tricolores. Mimo 23 wolnych miejsc kwalifikacji nie udało się wywalczyć Holandii, która zajęła czwartą lokatę w grupie za Czechami, Islandią i Turcją. To prawdziwa kompromitacja Oranje, którzy zazwyczaj byli przecież specjalistami od eliminacji. Historyczny awans osiągnęła za to Albania, która wyprzedziła m.in. Serbię i Danię, ustępując jedynie Portugalii. Polacy trafili na reprezentację Niemiec, której nigdy wcześniej nie udało się nam pokonać, a do tego Irlandię, Szkocję, Gruzję i debiutujący w eliminacjach Gibraltar. Przy takim zestawie rywali, mając w składzie piłkarzy m.in. Bayernu Monachium, Borussii Dortmund czy FC Sevilla premiowane awansem drugie miejsce było niemal obowiązkiem. Zaczęliśmy od planowego rozgromienia Gibraltaru. W kolejnym spotkaniu Polacy napisali historię. Nie wiadomo dokładnie dlaczego ale jesienne terminy zawsze były najkorzystniejsze dla naszych reprezentantów. Tylko w XXI wieku w październiku i listopadzie efektownie pokonywaliśmy m.in. Włochy, Czechy, Portugalię, Belgię czy Danię. 11 października 2014 r. do tego zestawu dołączyli wreszcie nasi zachodni sąsiedzi. To był początek eliminacji i 3 pkt. nie miały jeszcze wagi awansu ale w tym akurat meczu znaczyły dla polskich kibiców i piłkarzy znacznie więcej. Wcześniej nie wygraliśmy z Niemcami, nawet towarzysko. Najbliżej było w 2009 r. kiedy w 90 minucie objęliśmy prowadzenie, a i tak jeszcze zdążyliśmy je stracić. Klątwa? Tym, którzy oglądali spotkanie kojarzy się ono raczej z kiksem Jakuba Wawrzyniaka, który dał początek serii niewybrednych memów. Pechowy obrońca zagrał też w historycznych zawodach pięć lat później. Po bardzo dobrej, ale momentami też szczęśliwej grze wygraliśmy 2:0. Bramki strzelili Arkadiusz Milik i Sebastian Mila. Ile znaczy to zwycięstwo dla Polaków(tak piłkarzy, jak i kibiców) można chyba zrozumieć tylko nad Wisłą. Sceny pokazujące radość po golach i ostatnim gwizdku mówiły same za siebie. Choć futbol powinien być wolny od polityki, to akurat tę rywalizację ciężko rozpatrywać wyłącznie pod kątem sportowym. Pierwszy raz zmierzyliśmy się z Niemcami w 1933 r. Niemal 100 lat historii, 21 podejść i tylko jedno zwycięstwo. Adam Nawałka nie miał już nic do stracenia, po takim sukcesie nawet gdyby przegrał z Gibraltarem, byłby tym, który jako pierwszy pokonał Niemców.

Mało kto pamięta, że ledwie trzy dni później na tym samym Stadionie Narodowym zremisowaliśmy ze Szkocją. Jedyną porażkę w kwalifikacjach ponieśliśmy, nieco zgodnie z planem, w rewanżu z zachodnimi sąsiadami. Mimo to o bezpośredni awans musieliśmy bić się do końca, w ostatniej kolejce pokonując również zainteresowaną nim Irlandię. Kapitan Robert Lewandowski po meczu wcielił się w rolę showmana wygłaszając przemowę, czy może raczej prowadząc swoisty dialog z ponad 50 tys. zgromadzonych na Stadionie Narodowym kibiców: ,,Nie wiem jak Wy, ale ja jestem dumny z tych chłopaków” – krzyczał. Najbardziej dumny powinien być jednak z siebie, gdyż z 13 golami został królem strzelców eliminacji. Przynajmniej pierwsza część planu została więc już w jakiś sposób zrealizowana. „Lewy” strzelał jak na zawołanie, tak Gibraltarowi, jak Niemcom. Wyraźnie stał się też mentalnym liderem zespołu – to jego zagrzewający do walki głos słychać było zawsze na naradach i w przerwach. Kolejnym zadaniem było skompletowanie kadry na francuskie finały. Pomóc miały w tym sparingi, które początkowo dawały powody do optymizmu. Kolejno pokonywaliśmy Islandię, Czechy, Serbię i Finlandię. Zespoły z co najmniej średniej półki, a co najważniejsze z Europy. Przed samym turniejem, już w czerwcu, najpierw przegraliśmy w Gdańsku z Holandią, a potem zremisowaliśmy bezbramkowo w Krakowie z Litwą. Obie te reprezentacje na EURO się nie zakwalifikowały, więc niemoc w starciach z nimi nie wróżyła najlepiej. Trzeba jednak pamiętać, zwłaszcza teraz, że ostatnie przed mistrzostwami sparingi kadry często stanowią bardziej zasłonę dymną niż realny sprawdzian jej potencjału – np. przed Mundialem 2006 pokonaliśmy bardzo silną wtedy Chorwację, by za kilka dni ulec Ekwadorowi. Wracając jednak do drużyny Adama Nawałki, to po test-meczach przyszedł czas na powołanie kadry. Kontuzje wyeliminowały z niej Macieja Rybusa i Pawła Wszołka, a na ostatniej prostej selekcjoner skreślił Pawła Dawidowicz, Artura Sobiecha i Przemysława Tytonia. Oto skład w jakim Polska jechała na trzecie z rzędu finały Mistrzostw Europy: Łukasz Fabiański, Artur Boruc, Wojciech Szczęsny, Thiago Cionek, Kamil Glik, Michał Pazdan, Artur Jędrzejczyk, Łukasz Piszczek, Bartosz Salamon, Jakub Wawrzyniak, Jakub Błaszczykowsk,i Kamil Grosicki, Tomasz Jodłowiec, Bartosz Kapustka, Grzegorz Krychowiak, Karol Linetty, Krzysztof Mączyński, Sławomir Peszko, Filip Starzyński, Piotr Zieliński, Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik oraz Mariusz Stępiński. Losowanie grup Euro 2016 odbyło się 12 grudnia w Paryżu. Tak oto przedstawiały się rozlosowane grupy:

Grupa A: Francja, Albania, Rumunia, Szwajcaria Grupa B: Anglia, Walia, Słowacja, Rosja Grupa C: Niemcy, Irlandia Północna, Polska, Ukraina Grupa D: Hiszpania, Turcja, Czechy, Chorwacja Grupa E: Belgia, Irlandia, Szwecja, Włochy Grupa F: Portugalia, Islandia, Węgry, Austria

9

11

Bar przy ,,Industria”:

Na początku XX wieku popularność futbolu była tak ogromna że stadion FC Barcelony przy ulicy Industria miał nawet własny bar by zaspokoić głód przybywających na mecze Barçy kibiców. Pomysłodawcą lokalu był Esteve Sala, który po latach będzie pełnił funkcję prezydenta klubu, między lipcem 1934 a lipcem 1935 roku. W barze, który mieścił się w niewielkim pomieszczeniu w obrębie stadionu sprzedawano kanapki oraz napoje gazowane i chłodzące. Odpowiadał za niego ten sam człowiek, który obsługiwał klientów w drewnianym kiosku przy fontannie Canaletes. Jeśli szykowało się zwycięstwo Barçy pracownik baru dzwonił w połowie meczu żeby kelnerzy z kiosku przygotowali więcej kanapek i napojów aby w ten sposób mogli obsłużyć tłum kibiców świętujący sukces drużyny. Sala był przedsiębiorcą z wielką wizją przyszłości. Jego bar z jedzeniem i piciem, pionierski nie tylko na stadionie FC Barcelony ale też na wszystkich obiektach tamtych lat spotkał się ze wspaniałym przyjęciem ze strony kibiców. Od tamtego czasu pójście na mecz stało się nierozerwalnie związane ze zjedzeniem dobrej kanapki. Wcześniej klub udostępnił mały bar na parterze domu sąsiadującego ze stadionem przy ulicy Industria, którym kierował dozorca Manuel Torres. W tym zaimprowizowanym budynku, znanym powszechnie jako ,, La Barraca", Torres spełniał zachcianki przychodzącej na mecze publiczności. Jednymi z jego stałych klientów stali się sami piłkarze, ponieważ klub dawał im po paczce z czterdziestoma kuponami o wartości 5 centymów żeby za darmo mogli korzystać ze stadionowego baru. Od 1914 roku Torres zaczął po treningach podawać piłkarzom pierwsze obiady. Zawodnicy jadali tu tortille, befsztyk oraz wypijali miskę mleka z dwiema łyżeczkami kakao. W ten sposób odzyskiwali siły.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

0

@Balboa901 oraz Claudio Taffarel

0

@Balboa901 Gian Luca Paliuca, czy jak tam się pisze...

8

@FCBparasiempre
9 czerwca 2006 r. rozpoczął się w Niemczech 18-ty w historii mundial. Argentyńczycy wysłali drużynę ustabilizowaną i utalentowaną. W kadrze nie brakowało sprytnych i świetnych technicznie piłkarzy, którzy grali zgodnie ze starymi argentyńskimi receptami, z Mascherano jako klasyczną ,,piątką”, ustawioną przed defensywnym kwartetem, dwójką wahadłowych Maxi Rodrigeuzem i Cambiasso lub Lucho Gonzalezem, obok niego u szczytu tego diamentu przywróconym do łask Riquelme, jako ,,enganche” operującym za plecami Crespo i Savioli. Jedynym powodem do przedmundialowych zmartwień było trudne losowanie. Rywalami w grupie okazały się Holandia, obiecujące WKS oraz Serbia i Czarnogóra. Obawy zaczęły się rozwiewać po komfortowym 2:1 z WKS. W chwili rozpoczęcia turnieju Serbia i Czarnogóra również nie były już tak silnym rywalem, jak to się wydawało w momencie losowania i przegrały na inauguracje z Holendrami 0:1 ale tego, co się spotka je z rąk Argentyńczyków, nikt się chyba nie spodziewał. Wszystko zaczęło się już w 6 minucie kiedy Saviola wyłożył piłke Rodrigeuzowi. Później nastąpił gol, który przeszedł do historii jako efekt najpiękniejszej być może zespołowej akcji w dziejach mistrzostw świata. Wymiana 26 podań, której kulminacją było zagranie piętą Crespo do Cambiasso i strzał tego ostatniego ze środka pola karnego. Tuż przed przerwą Rodriguez zdobył swojego drugiego gola, dobijając uderzenie Savioli a w drugiej połowie po faulu na tym zawodniku czerwoną kartke obejrzał Kežman. To co wydarzyło się jeszcze później, nabrało znaczenia po upływie czasu. Na kwadrans przed końcem meczu z ławki rezerwowych podniósł się niejaki… Lionel Messi a po 3 minutach obecności na boisku wemknął się w pole karne i dośrodkował do Crespo, który strzelił czwartego gola dl Argentyny. Drugi z wprowadzonych po przerwie zmienników Carlos Tevez, po indywidualnej akcji umieścił piłke w siatce po raz piąty aż w końcu na 2 minuty przed ostatnim gwizdkiem sędziego Tevez podal do Messiego, który zdobył swojego pierwszego gola na mistrzostwach świata. Wydaje się to nieprawdopodobne ale musiało upłynąć równe 8 lat aby strzelił kolejnego gola na mundialu. Bezbramkowy remis z Holandią zapewnił Argentynie awans z pierwszego miejsca. Rywalem w 1/8 był Meksyk i w tym meczu po raz pierwszy w trakcie mundialu Albicelestes musieli gonić wynik. W 6-tej minucie przeciwnicy wykorzystali coś, co było problemem już podczas meczu z WKS a mianowicie przewagę wzrostu. Rafael Marquez doszedł do dośrodkowania z rzutu wolnego Pardo, przedłużonego później głową przez jednego z kolegów i wepchnął piłke do siatki przy dalszym słupku. W 10 minucie zrobiło się jednak 1:1. Crespo dostawił uniesioną wysoko nogę do dośrodkowania Riquelme z rzutu rożnego. Saviola i Crespo nie wykorzystali sytuacji sam na sam z bramkarzem i doszło do dogrywki, w której będący na skraju pola karnego Maxi Rodriguez przyjął na pierś dalekie podanie w poprzek boiska a następnie huknął z woleja w samo okienko. Był to fantastyczny gol:



Ćwierćfinałowy mecz z Niemcami rozgrywano w Berlinie. Argentyna objęła prowadzenie w znany już sposób. Tym razem rzut rożny Riquelme zamienił na gola silnym uderzeniem głową Ayala. Do 72 minuty, kiedy Pekerman zdjął z boiska Riquelme i zastąpił go Cambiasso, wszystko wydawało się przebiegać po myśli Argentyńczyków. Zdaniem wielu komentatorów był to moment, w którym trener Albicelestes nie tylko stracił nerwy ale także szanse na wygranie mundialu. Tocalli twierdził jednak że kadre pogrążyły kontuzje. Na minute przed zejściem Riquelme urazu doznał bramkarz Abbondanzierri, w którego miejsce na boisku pojawił się Leo Franco. Z kolei pekerman siedem minut później musiał zmienić Crespo. Mając na ławce Messiego, Aimara i Saviole, selekcjoner sięgnął po Julio Cruza, wysokiego i dość nieporadnego na tle tamtej trójki napastnika. Tocalli tłumaczył: ,,Świetnie znaliśmy Riquelme, pracowaliśmy z nim od czasu, gdy miał 14 lat i występował jako ,,piątka”. Wiedzieliśmy że jeśli trzy razy z rzędu straci futbolówkę, to dlatego że jest zmęczony albo ma jakiś kłopot. Prowadziliśmy 1:0 i widzieliśmy jak gubi piłke za piłką, jak rusza się mniej niż zwykle a jego podania nie mają głębi. Nie było w nim tego błysku, wydawał się zmęczony. Mieliśmy na ławce Cambiasoo, dobrego w walce o odbiór piłki ale też świetnego technicznie gdy chodziło o jej podawanie. Więc przy stanie 1:0 mówiliśmy sobie zmiana Riquelme na Cambiasso pozwoli nam nadal grać w piłke ale też łatwiej ją odbierać. To samo było z Cruzem. Dlaczego Cruz a nie Messi? Bo wiedzieliśmy że Niemcy są niebezpieczni w walce w powietrzu i chcieliśmy się zabezpieczyć. Uważaliśmy że jedyny sposób, w jaki mogą nam wbić gola to główka po stałym fragmencie gry. No i faktycznie strzelili nam głową ale po 40-metrowej długiej piłce. Tego nikt nie mógł przewidzieć”. Minute po wejściu Cruza Borowski przedłużył dośrodkowanie Ballacka i Klose faktycznie zdobył gola głową. O awansie musiały zdecydować rzuty karne, w których Argentyńczycy okazali się gorsi, w dużej mierze wytrąceni z równowagi tym że niemiecki bramkarz Lehmann przed każdym strzałem wyciągał zza getrów niewielką karteczke z hotelowym nadrukiem i coś na niej czytał. Jak się później okazało, z siedmiu nazwisk na liście Lehmanna tylko dwa należały do wykonawców argentyńskich jedenastek ale obaj ci piłkarze strzelili dokładnie tak, jak przewidywał niemiecki trener bramkarzy Andreas Köpke. Resztę uczyniła siła sugestii. Ponieważ wydawało się że Lehmann zna ich zamiary, kolejni strzelcy wpadali w panike. Ayala i Cambiasso spudłowali a Niemcy strzelali bezbłędnie i awansowali do półfinału. Był to wspaniały spektakl ale zakończył się haniebnie, wielka awanturą na środku boiska i czerwoną kartką dla Cufre, który kopnął Mertesackera. ,,Argentyńczycy nas sprowokowali. Kiedy nasi piłkarze szli strzelać rzuty karne, wrzeszczeli coś po hiszpańsku. Nie rozumieliśmy co mówią ale z pewnością chcieli wytrącić naszych napastników z równowagi. Borowski strzelił na 4:2 i podniósł palec do ust żeby pokazać im że mają siedzieć cicho. To ich naprawdę wkurzyło. Potem nie widziałem już zbyt wiele, poza tym że jeden czy drugi padli na boisko”- wspominał Michael Ballack. Na filmie z tamtego meczu widać że Rodriguez wali Schweinsteigera w tył głowy, Coloccini szarpie się z Fringsem a Sorin z menadżerem reprezentacji Niemiec Bierhoffem. Niemal natychmiast po porażce pojawiły się plotki o podziałach w reprezentacji i(chcąc uniknąć znajomego mechanizmu oskarżeń i szukania winnych) zmęczony Pekerman zrezygnował z funkcji trenera. Fakt że dobrze rozpoznał niemieckie zagrożenie(Argentyńczyków ponownie pogrążyła słaba gra w powietrzu) nie mógł być wielkim pocieszeniem.

7

1

@mekston Od 317?

0

@tadzik447 No to może inaczej: oszustwo się zemściło utratą mistrzostwa Hiszpanii

15

Lionel Messi skopiował ,,wyczyn” Diego Maradony:

9 czerwca 2007 r. Lionel Messi w meczu La Liga z Espanyolem strzelił gola… ręką. Niecałe dwa miesiące po strzeleniu gola żywcem przypominającego słynny rajd Maradony z meczu Argentyna-Anglia na Mundialu w Meksyku, Messi skopiował drugiego gola strzelonego przez wielkiego rodaka w tamtym spotkaniu. Blaugrana toczyła korespondencyjny pojedynek o mistrzostwo z Realem Madryt i potrzebowała zwycięstwa w derbach aby pozostać liderem tabeli. Goście wyszli na prowadzenie w 30 minucie ale krótko przed przerwą Messi po dośrodkowaniu Zambrotty trącił piłke ręką obok bramkarza Kameniego. W drugiej połowie Leo wyprowadził Barçe na prowadzenie ale w ostatniej minucie spotkania wyrównał Raul Tamudo i tym samym odebrał Dumie Katalonii niemal pewne mistrzostwo. Jak się okazało ,,małe oszustwo” nie popłaca.....




@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11

1

@Adran360 Ha! Jeśli dobrze pamiętam to ten artykuł pochodzi z książki Stefana Szczepłka a jesli tak to ta książka ma już 10 lat(!), więc nie dziwota że nie pamiętam wszystkiego.........:)

1

@Adran360 Ja ten artykuł mam już chyba ze 2 lata i już troche zapomniałem o nim :) Myślałem przez chwile że gdzieś znalazłeś to na internecie :)

1

@Adran360 Dokładnie tak było. Wszystko opisane jest właśnie w tej książce o nim. A gdzie czytasz ten artykuł?
A no tak, zapomniałem że to jest w tym artykule. Dawno go już nie czytałem...:)

1

@Adran360 Owszem, to wszystko prawda. Jednak mało kto poza kontynentem południowoamerykańskim zdaje sobie sprawe jakim był piłkarskim geniuszem! To con on wyczyniał, to nie mieści się w pale! W oficjalnych meczach międzynarodowych objeżdżał wszystkich obrońców i bramkarza nawet dwukrotnie(!) czekając aż się podniosą. A przypominam że był częściowo niepełnosprawny! Uwierz mi, on był jeszcze lepszym dryblerem od Messiego(!) ale wyłącznie dryblerem, gdyż ogólnie umiejętnościami był jemu równy. Bardzo polecam przeczytać o nim książke ,,Garrincha. Samotna gwiazda"

7

@FCBparasiempre
Mistrzostwa Świata w 1990 roku we Włoszech były jednymi z najnudniejszych w historii. Piłkarze strzelali mało goli, grali brutalnie i przede wszystkim zabrakło meczów, które moglibyśmy wspominać z zapartym tchem. Uczestnicy bardzo chwalą jednak organizację i otoczkę mundialu na Półwyspie Apenińskim. Choć zabrakło na nim reprezentacji Polski, jeden z naszych rodaków miał zaszczyt wziąć udział w wielkim finale. Jak do tego doszło? Jak wspomina te chwile? Dlaczego reprezentacje Chile i Meksyku zostały wykluczone z walki o najważniejszy piłkarski turniej? Dlaczego po raz pierwszy zrezygnowano z oficjalnej ceremonii otwarcia rozgrywek? Który bramkarz był prekursorem dalekich, znanych dziś jako „Neuerowych”, wycieczek poza pole karne? Odpowiedzi na te pytania i masę innych ciekawostek o Mundialu 1990 znajdziecie w poniższym artykule. Chęć organizacji 14-tej edycji Mistrzostw Świata wyraziło aż 16 państw. Od dawna wiadome było, że wyścig wygra ktoś z Europy. Oficjalne oferty zgłosiło 8 krajów: Anglia, Austria, Francja, Grecja, Jugosławia, RFN, Włochy i ZSRR. W maju 1984 roku FIFA postanowiła, że Mundial 1990 zostanie rozegrany we Włoszech. Wszyscy uczestnicy światowego czempionatu, począwszy od piłkarzy i trenerów, przez sędziów i delegatów, kończąc na kibicach, zgodnie stwierdzają, że zdecydowanie najlepsze turnieje organizują kraje po uszy zakochane w futbolu. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak bardzo Italia kocha piłkę nożną. W związku z tym z rozgrywkami w 1990 roku wiązano wielkie nadzieje. Ich maskotką, jedną z najpopularniejszych i najbardziej oryginalnych w dziejach, został Ciao. Prawdopodobnie nie ma na świecie kibica, który nie kojarzy postaci wzorowanej na klocki lego z piłką w miejscu głowy. Znakomicie prezentował się także oficjalny plakat. Przedstawiał boisko piłkarskie usytuowane w centrum wizytówki Włoch, rzymskiego Koloseum. W eliminacjach do mistrzostw wystartowało 105 drużyn. Dwa zwycięstwa z Albanią i remis ze Szwecją nie wystarczyły Polsce do awansu. Nasi piłkarze musieli uznać wyższość Skandynawów oraz Anglików i pierwszy raz od 1974 roku turniej oglądali w telewizji. Warto przy tej okazji wspomnieć o Klątwie Bońka. Były zawodnik m.in. Widzewa, Juventusu i Romy w mocnych słowach zareagował na krytykę po odpadnięciu drużyny Antoniego Piechniczka w 1/8 finału Mundialu 1986: „Wszystkim się w głowach poprzewracało. Już sam awans do mistrzostw jest wielkim sukcesem. Jeszcze zatęsknimy za polskimi awansami”. Trzeba przyznać, że szybko zatęskniliśmy. Podczas gdy nasza piłka popadała w coraz większy marazm, swoje problemy w eliminacjach mieli również Duńczycy i Francuzi, kolejno przyszli Mistrzowie Europy i Świata, którzy nie zdołali zakwalifikować się na włoski turniej. Ciekawe rzeczy działy się w strefie CONCACAF. Meksyk, największy faworyt, został zdyskwalifikowany za fałszowanie paszportów swoich zawodników, by ci mogli wystąpić na Mistrzostwach Świata do lat 20. Na południe od Meksyku o awans walczyły drużyny Chile i Brazylii. Ich grupowy rywal, Wenezuela, był jedynie dostarczycielem punktów. W Chile gospodarze zremisowali z Canarinhos 1:1. W 67. minucie rewanżu na Maracanie, przy prowadzeniu następców Pelego 1:0, chilijscy zawodnicy zeszli z boiska, gdyż z bólu zwijał się ich bramkarz, Roberto Rojas, rzekomo trafiony racą wyrzuconą z trybun. Spotkanie miało być powtórzone, jednak śledztwo i powtórki wykazały, że golkiper sfingował całą akcję, przygotowując nieco przypaloną bluzę i raniąc swoją twarz żyletką, schowaną przed meczem w rękawicy. Finalnie FIFA ukarała Chilijczyków walkowerem i zakazem udziału w kwalifikacjach do kolejnych mistrzostw. Ponadto na Rojasa nałożono dożywotnią dyskwalifikację. Kara została anulowana w 2001 roku, dzięki czemu futbolowy oszust mógł zostać trenerem. Walkę o tytuł toczono w dniach 8 czerwca – 8 lipca 1990 roku. Do Argentyny (aktualny Mistrz Świata) i Włoch dołączyli: Anglia, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Jugosławia, RFN, Rumunia, Szkocja, Szwecja, ZSRR, Argentyna, Brazylia, Kolumbia, Urugwaj, Kostaryka, USA, Egipt, Kamerun, Korea Południowa i Zjednoczone Emiraty Arabskie. System rozgrywek był taki sam jak cztery lata wcześniej. Uczestnicy zostali podzieleni na sześć czterozespołowych grup, z których awans do fazy pucharowej wywalczały dwie najlepsze ekipy każdej z nich oraz cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Podział na grupy prezentował się następująco:

Grupa A: Austria, Czechosłowacja, Stany Zjednoczone, Włochy Grupa B: Argentyna, Kamerun, Rumunia, ZSRR Grupa C: Brazylia, Kostaryka, Szkocja, Szwecja Grupa D: Jugosławia, Kolumbia, RFN, Zjednoczone Emiraty Arabskie Grupa E: Belgia, Hiszpania, Korea Południowa, Urugwaj Grupa F: Anglia, Egipt, Holandia, Irlandia

Organizatorzy bardzo obawiali się brytyjskich kibiców, w związku z czym mecze grupy F były rozgrywane na stadionach w Palermo i Cagliari, gdzie służby były najlepiej przygotowane na ewentualne ekscesy chuliganów. Oprócz Stadio La Favorita i Stadio Sant’Elia, organizatorzy przygotowali jeszcze 10 obiektów: w Rzymie, Neapolu, Mediolanie, Turynie, Bari, Florencji, Genui, Weronie, Udine i Bolonii. Podczas budowy i przebudowy obiektów śmierć poniosło ponad 20 robotników. Aby oddać im hołd, prezydent Włoch, Francesco Cossiga, zrezygnował z oficjalnej ceremonii otwarcia. Rozgrywki zainaugurowało starcie Argentyny z Kamerunem, zakończone nieoczekiwanym zwycięstwem Nieposkromionych Lwów 1:0. Przy bocznej linii z chorągiewką biegał nasz rodak, Michał Listkiewicz. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej opowiedział mi o kulisach swojej pracy: „Przed mundialem we Włoszech była audiencja u papieża Wojtyły. Miałem zaszczyt stać obok niego i przedstawiać kolejnych sędziów. Po wszystkim odbyło się wspólne spotkanie i papież mówił, że szkoda, że na turnieju nie gra reprezentacja Polski, bo chciałby kibicować, no ale skoro jest polski sędzia, pan Michał, to będzie się za niego modlił”. Modlitwy Ojca Świętego okazały się skuteczne. Listkiewicz pobił rekord Mistrzostw Świata, sędziując na linii aż 8 spotkań na jednym turnieju, w tym właśnie mecz otwarcia i wielki finał. Zanim jednak dotrzemy do finału, skupmy się na zmaganiach grupowych. Porażka z Kamerunem spowodowała, że Argentyńczycy do ostatniej kolejki musieli zażarcie walczyć o wyjście z grupy. Po zwycięstwie 2:0 nad ZSRR i remisie 1:1 z Rumunią udało im się znaleźć w gronie czterech najlepszych drużyn z trzecich miejsc i rzutem na taśmę awansować do 1/8 finału. Pierwsze miejsce w tabeli niespodziewanie zajął rewelacyjny Kamerun, choć w ostatnim starciu tej fazy został boleśnie sprowadzony na ziemię, przegrywając 0:4 ze Związkiem Radzieckim. Drugą pozycję zajęła Rumunia. To właśnie w meczu z Rumunią, wygranym przez przybyszy z Afryki 2:1, narodziła się mundialowa legenda strzelca dwóch goli, 38-letniego wówczas Rogera Milli. Z grup A i C wyszły tylko po dwie ekipy. W tej pierwszej bezkonkurencyjni okazali się Włosi i Czechosłowacy, tę drugą zdominowali przybysze z Ameryki Południowej i Środkowej. Brazylia i Kostaryka wysłały przy okazji do domu Szwedów i Szkotów. Zjednoczone Emiraty Arabskie, Korea Południowa i Egipt przyjechały do Italii bardziej w roli turystów niż ekip walczących o wysokie cele. W kolejnym etapie rozgrywek doszło do kilku nieprecedensowych wydarzeń. Już w 1/8 los skojarzył ze sobą odwiecznych rywali, Argentynę i Brazylię. Z wielkiej chmury spadł mały deszcz, minimalne zwycięstwo 1:0 odnieśli zawodnicy znad La Platy. Czechosłowacja pomściła drużyny z północnej Europy i pewnie ograła Kostarykę 4:1. Trzy gole zdobył Tomas Skuhravy. Hat-tricków na Mistrzostwach Świata było już sporo, ale Skuhravy był pierwszym zawodnikiem, który triplet zaliczył wyłącznie po uderzeniach głową. Czwarty remis zanotowała Irlandia, po czym okazała się lepsza od Rumunii w serii rzutów karnych i zameldowała się w 1/4 finału bez wygrania ani jednego meczu. Przez wiele miesięcy przed rozpoczęciem turnieju Kolumbijczycy szczycili się, że grają w polu w jedenastu, ponieważ ich bramkarz, René Higuita, często wybiega daleko przed pole karne, pełniąc wówczas rolę ostatniego obrońcy. Można śmiało powiedzieć, że to jego grę naśladuje Manuel Neuer. Niemcowi nie przydarzył się jeszcze wielki klops na arenie międzynarodowej (choć w tym momencie niektórzy mogą przypomnieć mecz Interu z Schalke w Lidze Mistrzów), podczas gdy Higuita po dalekim wyjściu ze swojej bramki podarował Kamerunowi gola w dogrywce. Z jego nieudanego dryblingu na 30. metrze skrzętnie skorzystał Milla. Nieposkromione Lwy wygrały 2:1. Jeden z najstarszych zawodników rozgrywek zaliczył drugi dublet i wprowadził swoją drużynę do historycznego ćwierćfinału. Historycznego, bo pierwszego dla zespołów z Afryki. To właśnie starcie zawodników z Afryki przeciwko Anglii okazało się zdecydowanie najlepszym widowiskiem w 1/4 finału. Po remisie 2:2 w regulaminowym czasie gry, w dogrywce gola z rzutu karnego zdobył niezawodny Lineker. Największa sensacja i najbardziej pozytywna drużyna całego mundialu musiała pakować manatki i wracać do domu. Pozostałe ćwierćfinały wypada jedynie wspomnieć. Emocji było w nich jak na lekarstwo. Niemcy wygrali z Czechosłowacją, a Włosi z Irlandią po 1:0. Zwycięzcę bezbramkowego meczu Argentyna – Jugosławia wyłoniła seria jedenastek. Pomimo pudeł Maradony i Troglio, do półfinału awansowali aktualni Mistrzowie Świata. W strefie medalowej Argentyna trafiła na Włochów, a Anglia na RFN. Znowu mieliśmy bliźniacze pojedynki. Po remisach 1:1, w jednym i drugim doszło do konkursów rzutów karnych. Wojny nerwów wygrali Niemcy i Argentyńczycy. Cała Italia zalała się łzami. No, nie do końca cała. Na meczu w Neapolu zameldowało się sporo kibiców Napoli i bardziej niż swoją drużynę narodową wspierało swoją żywą legendę, Diego Maradonę. Na otarcie łez Włosi pokonali 2:1 Anglię w “finale pocieszenia”, jak zwykło się mawiać na mecz o trzecie miejsce. Na wielki finał jedenastki Argentyny i Niemiec wyprowadzał m.in. Michał Listkiewicz. „Mundiale są moim największym sukcesem zawodowym. Przede wszystkim byłem jedynym Polakiem w ścisłym finale. Tak jak kiedyś była klątwa Bońka, że długo nie awansujemy do finałów, co trwało przez 16 lat, tak ja powiedziałem, że stawiam świetną kolację Polakowi, który będzie w finale Mistrzostw Świata. W jakiejkolwiek roli, nawet niech strzyże trawę, maluje linie albo jako dziecko wyprowadza piłkarza na boisko. Nadal czekam”. No i się wreszcie doczekał(!) bowiem jak wszyscy wiemy finał mundialu w Katarze poprowadził Szymon Marciniak ale o tym będzie mowa w dziale Katar 2022.

Natomiast finał we Włoszech był taki, jak większość turniejowych spotkań. Mówiąc delikatnie, mało atrakcyjny. Padł tylko jeden gol, autorstwa Andreasa Brehme z, niespodzianka, rzutu karnego. Więcej było nieczystej gry niż piłkarskich emocji. Obrońcy tytułu kończyli mecz w dziewiątkę, po czerwonych kartkach dla Monzona i Dezottiego. Franz Beckenbauer powtórzył osiągnięcie Brazylijczyka Zagalo, sięgając po Mistrzostwo Świata jako piłkarz i trener. Polski sędzia był bardzo chwalony za swoje poczynania na Mistrzostwach Świata. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o głównych bohaterach turnieju. Snajperzy nie palili się zbytnio do strzelania goli. Średnio na mecz padło zaledwie 2,21 gola. Statystyka wygląda jeszcze gorzej, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko regulaminowe 90 minut gry: 2,10 gola/mecz. Jest to najgorszy wynik w historii mundiali. Włoskie finały były znakomitym pretekstem do dyskusji na temat, co zrobić, aby w futbolu padało więcej goli. Pomysłów było wiele. Wśród nich najbardziej oczywiste: zwiększenie rozmiarów bramek lub granie bez spalonego. O marazmie rozgrywek z 1990 roku trafnie pisał Eduardo Galeano w Blaskach i cieniach futbolu: „Na włoskich mistrzostwach królował futbol nudny, pozbawiony śmiałości i piękna”.

7

6

Mamy to! Nokaut! Ach Igunio nasza, jakżesz cie nie kochać i nie wielbić pod niebiosa!

0

@FcPortoFan1999 No trzeba to jakoś mocno podkreślić! A nie tylko dawaj i dawaj...

2

Vamos Igunia! Vamos a ganar! Vamos po wielkoszlemowe mistrzostwo świata!

0

@Barcasub No powiedzmy........:)

0

@Barcasub Bogacz się znalazł! Jeszcze rok temu nie miałem Eurosportu i jakoś nie miałem problemu z tym...

0

@FcPortoFan1999 Owszem ale o Euro wypada wspomnieć, zwłaszcza o bezprecedensowej ,,La Roja!"

5

@FCBparasiempre
Proces decyzyjny jeśli chodzi o przyznanie tego turnieju Polsce i Ukrainie był w tym wypadku niezwykle emocjonujący. Ta wspólna kandydatura nie cieszyła się szczególną popularnością wśród delegatów. W finale wyborów naszymi konkurentami byli Węgrzy i Chorwaci oraz Włosi. Zdecydowaną faworytką w tym momencie była propozycja z Italii. Czy przed ostatnim głosowaniem zadziałały miliony prezesa ukraińskiej federacji piłkarskiej Hryhorija Surkisa? Czy doszło do propozycji korupcyjnych? Tego nikt nikomu nie udowodnił. Jednak prawda jest taka że w jakiś niesłychany sposób Polacy i Ukraińcy przekonali członków UEFA i 18 kwietnia 2007 roku obydwa kraje mogły się cieszyć z największej imprezy piłkarskiej, jaka kiedykolwiek się w nich odbyła. W eliminacjach do ME 2012 wzięły udział reprezentacje narodowe z 51 europejskich federacji krajowych, które walczyły o 14 miejsc, dających prawo występu w turnieju głównym (finałach ME) – dwa pozostałe miejsca były zarezerwowane dla drużyn współgospodarzy imprezy: Polski i Ukrainy (debiut na mistrzostwach Europy). Był to ostatni turniej rozegrany w tym systemie, gdyż od 2016 roku w 51 meczach rywalizować będą 24 drużyny. Po raz pierwszy do rywalizacji w eliminacjach mistrzostw Europy przystąpiła Czarnogóra. Do mistrzostw awansowało 9 drużyn z pierwszych miejsc w każdej grupie, plus jeden wicemistrz. Były to ekipy: Niemiec, Rosji, Włoch, Francji, Holandii, Grecji, Anglii, Danii, Hiszpanii (obrońcy tytułu) i Szwecji (najlepsi z drugiego miejsca w grupach). Drugie miejsca kwalifikowały się do dodatkowych baraży, z których awans zapewniły sobie 4 drużyny. Były to reprezentacje: Chorwacji (po zwycięstwie w dwumeczu z Turcją), Irlandii (wygrana z Estonią), Czech (wygrana z Czarnogórą) oraz Portugalii (wygrana z Bośnią i Hercegowiną). Turniej rozegrano w czterech miastach Polski - Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku oraz czterech miastach Ukrainy - Kijowie, Doniecku, Charkowie i we Lwowie. Mecz otwarcia odbył się 8 czerwca o godzinie 18:00 na Stadionie Narodowym w Warszawie. Przy prawie 57 tysiącach widzów na murawę wybiegły jedenastki Polski i Grecji, które miały rywalizować w grupie a z Rosją i Czechami. Nie ma co się oszukiwać. Nadzieje Polaków na dobry wynik były wręcz przytłaczające. Hasła: ,, Franek Smuda to się uda" było wszechobecne. Przed telewizorami zasiadło 12 milionów Polaków. Nikt, absolutnie nikt nie wątpił w to że Grecy muszą paść ofiarą naszej drużyny reprezentacyjnej i początek meczu wszystkie te nadzieje potwierdzą. Murawski cudownie uderzył za pola karnego, jednak bramkarz Chalkias wyciągnął się jak guma i przeniósł piłkę nad poprzeczką. Później Lewandowski minimalnie minął się z piłką, będąc na czwartym metrze przed bramką Hellady. W 17 minucie tego nie zrobił, w tej najpiękniejszej dla nas 17 minucie po dośrodkowaniu Błaszczykowskiego uderzył głową w futbolówkę tak mocno jak byk na corridzie uderza Torreadora. Chalikias nie miał szans. Prowadziliśmy 1:0, piłkarze cieszyli się ze zdobytego gola a adrenalina niemal tryskała z ich ciał. Ależ to była energia, ależ to było szaleństwo. Kiedy w 44 minucie Papastopoulos dostał drugą żółtą a w efekcie czerwoną kartkę, wydawało się że sięgniemy piłkarskiego nieba i nic, absolutnie nic nas już w tym meczu nie zatrzyma. Drugą połowę rozpoczęliśmy bardzo dobrze. Lewandowski mógł strzelić swojego drugiego gola ale nie to niestety zaważyło na losach meczu. W 51 minucie popełniliśmy pierwszy w tym spotkaniu błąd, który zaowocował dla Greków golem strzelonym przez rezerwowego Salpingidisa a dla Polski całkowitym rozbiciem mentalnym. Nagle gdzieś uleciała finezja, adrenalina i polot naszej reprezentacji a w serca zakradła się złowroga trwoga. Wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej, kiedy Wojtek Szczęsny otrzymał za faul na Greku w swoim polu karnym czerwoną kartkę. Dodatkowo piłkarze z Hellady wykonywać mieli rzut karny. Wtedy właśnie na boisku pojawił się rezerwowy Przemysław Tytoń. Była 71 minuta. Sytuacja całkowicie nas przytłoczyła ale Tytoń jakimś cudem wyczuł intencje kapitana przeciwników Karagounisa i pewnie wybronił strzał z 11 m. Niesamowita sprawa... ale wigor i nadzieja nie wróciły już do Polaków. Każdy, czy to kibic, czy zawodnik czuł wewnętrznie że nic się nie da więcej zrobić. Jeszcze Grecy strzelili szczęśliwie nieuznanego gola i sędzia karballo mógł zagwizdać koniec meczu. Wówczas wydawało się że owszem szkoda wygranej ale mamy jeden punkt i z całą pewnością nie będzie to punkt ostatni. Drugim meczem w tej grupie było starcie Rosji i Czech we Wrocławiu. Chyba nikt się nie spodziewał że drużyna prowadzona przez Dicka Advocaata tak zdemoluje swoich przeciwników. 4:1 był wynikiem nieco szokującym, zważywszy na to że w następnej kolejce z Rosjanami miała grać Polska ale wcześniej w tej serii spotkań odbył się mecz Grecji z Czechami. Wydawało się że nasi południowi sąsiedzi nie otrząsnął się straumy poprzednich zawodów. Nic z tych rzeczy. W ciągu pierwszych dziesięciu minut dwa razy zadali cios Helladzie. Mimo że później Gekas zmniejszył dystans, to i tak Czesi schodzili z murawy stadionu miejskiego we Wrocławiu nagrodzeni trzema punktami. Wiadomo było że mecz Polski z Rosją będzie nie tylko walką o punkty, lecz także starciem ogólnie rzecz biorąc dwóch narodów ze skomplikowaną wzajemną historią.

Przed spotkaniem budowano atmosferę niemal wojenną. Na pewno nie chłodziło nastrojów to że kibice rosyjscy zdecydowali się na zorganizowanie marszu, który (jak zapewniali) miał być apolityczny, jednak zbiegł się z obchodzonym w ich kraju właśnie 12 czerwca dniem Rosji. Łatwo można było przewidzieć że coś takiego skończy się wielką awanturą ale najważniejsze sprawy odbywały się na murawie Stadionu Narodowego. Nasi przeciwnicy mieli w statystykach większe posiadanie piłki. My oddaliśmy więcej strzałów na bramkę Małafiejewa ale to Osetyniec Dzagojew dał prowadzenie Rosjanom. Co się wtedy działo w sercach kibiców, trudno opisać. Szaleństwo zmieszane z nadzieją wysłane jak pocisk od całej Polski musiało jakoś parapsychologicznie trafić na murawę Stadionu Narodowego. W 57 minucie Jakub Błaszczykowski wziął sprawy we własne nogi i przepięknym uderzeniem wyrównał stan meczu. Do końca nic się nie zmieniło i tak po dwóch spotkaniach Polska miała dwa punkty a Rosja 4. Jednak wtedy wydawało się że po pierwsze i najważniejsze, honor został uratowany a po drugie że mieliśmy realne szanse na wyjście z grupy. Wystarczyło 16 czerwca we Wrocławiu ograć Czechów... ,, wystarczyło" to bardzo dobre słowo w tamtych okolicznościach. Fakt jest jeden bezsporny, rzuciliśmy się na Czechów jak wygłodniały pies na kawał wędzonej kiełbasy. Podbramkowe sytuacje się mnożyły. Petr Czech i jego obrońcy dwoili się i troili, lecz jakimś cudem upragniony gol nie padał. Wszystko jedno czy Polacy strzelali z bliska, czy z daleka; chcieli pokonać czeskiego bramkarza głową, czy nogą. Nic i jeszcze raz nic. W drugiej połowie sytuacja się odwróciła, jakby reprezentacja Polski straciła całą amunicję a nasi sąsiedzi mieli jej jeszcze pod dostatkiem. Gdyby nie Tytoń przegrywalibyśmy do fatalnej 72 minuty pewnie ze 3:0... Tak, ta 72 minuta i Petr Juraszek. To właśnie on sprowadził nas na ziemię. Jeszcze w końcówce tego meczu stać nas było na szaleńczy ataki ale mimo że cuda działy się pod bramką Czecha, rezultat się nie zmienił a więc 1:0 dla Czechów. Tak skończył się nasz sen o potędze. W drugim meczu trzeciej serii spotkań naszej grupy zupełnie niespodziewanie Grecy przypomnieli sobie jak się gra i pokonali pewnych siebie Rosjan 1:0 po golu Karagonisa. Rozstrzygnięcie końcowe gier w grupie A było wobec tych faktów i przebiegu poszczególnych meczów co najmniej zaskakujące. Awansowali Czesi z sześcioma punktami i Grecy z czterema. Po tej klęsce rozpętało się w naszym kraju szaleńcze obwinianie Franciszka Smudy o wszystko, co złe w polskiej kadrze. Piętnowano i krytykowano jego ,, farbowanych lisów", czyli piłkarzy sprowadzonych do reprezentacji z innych krajów (Perquis, Polański, Obraniak, Boenisz). Taki był gorzki koniec naszych wielkich aspiracji. Naturalnie wydarzeniami grupy A żyła cała piłkarska Polska jednak to ta z literką B została nazwana grupą śmierci: Niemcy, Portugalia, dania i Hiszpania. Trzeba przyznać iż zestaw był nieprawdopodobnie mocny. Okazało się że Niemcy pokazali swoją moc ale Holendrzy rozpadli się na drobne kawałki. Już w pierwszym meczu doszło do nie lada niespodzianki. ,, oranje" z Robinem Van Persie, Arienem Robbenem czy Wesleyem Snajderem zostali obaleni na ziemię przez grających zachowawczo Duńczyków. Prawie 36 000 kibiców na stadionie w Charkowie nie mogło uwierzyć że wynik na tablicy świetlnej w 90 minucie dawał zwycięstwo z zawodnikom z Jutlandii i 1:0. Tymczasem we Lwowie Niemcy minimalnie ale konsekwentnie ograli Portugalię w takim samym stosunku bramkowym. W drugiej kolejce Kto oglądał ten mecz, na pewno nie żałował poświęconego czasu najpierw strzelali ci drudzy, obejmując prowadzenie 2:0 za sprawą Pepe i postigi a później odpalili dynamit przeciwnicy. W 41 minucie Po akcji ,,główkowej" patricio, bendtner pokonał bramkarza rui, później ten sam zawodnik dał Dani wyrównanie 10 minut przed końcem meczu. Kiedy wydawało się że remis pozostanie, co oczywiście stawiałoby Portugalią w bardzo złym położeniu, varela huknął jak z petardy noworocznej i zrobiło się 3,2 dla gości z półwyspu iberyjskiego. Takim też wynikiem zakończyło się to spotkanie. W charkowie Holendrzy szukali punktów w walce ze swoim odwiecznym rywalem Niemcami. Jednak zawodnicy z Czarnym Orłem na koszulkach szybko załatwili sprawę dwoma golami gomeza. Na nic zdajł się pomarańczowy pościg a nawet bramka Van Persiego z 73 minuty. Porażka oranje 2:1 oznaczała że po dwóch meczach mają na koncie żałosne zero punktów. Trudno w to uwierzyć ale stan ten nie zmienił się do końca gier grupowych, gdyż 17 czerwca Portugalczycy po dwóch golach Ronaldo odprawili Holendrów bez litości z Charkowa. Kompromitacja- tylko to słowo może określić występ ,,Oranje” w Euro 2012. Niemcy po niemiecku załatwili sprawę z Danią wygrywając 2:1 i było jasne że do dalszej części turnieju awansują właśnie oni i Portugalczycy.

W grupie C mierzyły się ekipy potężnej Hiszanii, zawsze groźnych Włochów, gwiazdorskiej Chorwacji i zielonej, rozśpiewanej Irlandii. W pierwszym meczu dość niespodziewanie padł remis 1:1 a obydwa gole dzieliło zaledwie kilka minut. Najpierw Di Natale w 61 minucie dał Włochom prowadzenie a potem Fabregas w 64 wyrównał. Trener Prandelli był szczęśliwy a Wincente del Bosce z żalem gratulował przeciwnikom remisu. W drugim meczu Irlandczycy zaczęli pisać swoją rekordową ale negatywną historię na Mistrzostwach. Przegrali z Chorwacją 3:1 i chyba tak do końca nie zdawali sobie sprawy że dalej będzie już tylko gorzej. Przegrali bowiem wszystkie pozostałe spotkania, najpierw z Hiszpanią 4:0 później z Włochami 2:0. Efekt Był niezwykle słaby. Wyrównali tym samym niechlubny rekord Mistrzostw Europy, kończąc zawody zerowym wynikiem punktowym i bilansem bramek minus 8! Hiszpanii po pierwszym remisie nie powstrzymał już nikt. Po zwycięstwie nad Chorwacją w Gdańsku, gdzie wyszarpali w ostatnich minutach gola mogła świętować pierwsze miejsce w grupie. Na drugim miejscu zameldowali się Włosi, którzy ledwie jednym punktem wyprzedzili Chorwację. Grupa D rozgrywała swoje mecze w Doniecku i Kijowie. Zagrały w niej Ukraina Szwecja Francja i Anglia. Wszystko rozpoczęło się 11 czerwca w Doniecku, kiedy Anglia i Francja, odwieczni rywale zremisowali 1:1. Gole padły w 30 i 39 minucie a autorami ich byli Samir Nasri i Joleon Lescott. Jak się okazało, były to jedyne stracone punkty w grupie przez Anglików. W następnej kolejce ograli Szwedów 3:2 a w ostatnim swoim meczu pokonali Ukrainę 1:0. Ten drugi mecz był o tyle istotny że spowodował odpadnięcie współgospodarzy turnieju na tak wczesnym etapie rozgrywek. Dodatkowo towarzyszyły mu duże kontrowersje. Ogólnie rzecz biorąc Ukraińcy na czele z Andrijem Szewczenką od początku atakowali. Zdawali sobie doskonale sprawę z wagi tego spotkania. Można spokojnie uznać że gol Rooneya z 48 minuty był wypadkiem przy pracy i z przebiegu gry Anglikom się nie należał. Pół godziny przed końcem meczu miała miejsce sytuacja, w której Marco Dević strzelił prawidłowo gola, choć John Terry wykopał piłke z bramki. Niestety Wiktor Kassai, mimo obecności sędziego bramkowego gola nie uznał. Był to ogromny błąd, który spowodował wyrzucenie z turnieju tak Ukrainy, jak i ukaranego za tę sytuację Kassaiego. Kosztem naszych sąsiadów ze wschodu awansowali Francuzi, którzy swój mecz z współgospodarzami turnieju wygrali 2:0. Tak właśnie skompletowano wszystkich ćwierćfinalistów. Ten etap turnieju trwał od 21 do 24 czerwca a mecze rozgrywano kolejno w Warszawie Doniecku Gdańsku i Kijowie pierwszą parą były Czechy i Portugalia. Wiadomo, ci pierwsi to nasi Pogromcy z Wrocławia. Każdy Polak był ciekawy jak sobie poradzą w tak trudnym meczu i trzeba przyznać że radzili sobie całkiem nieźle gole stracili dopiero w 79 minucie a strzelił go niezawodny Cristiano Ronaldo. Choć z drugiej strony aktywnie zagrażali bramce patricio tylko przez pierwsze 15 minut... W drugim meczu mieliśmy przyjemność podziwiać cały grad goli, które zasypały stadion w Gdańsku jak manna pustynię. Niemcy pokonali Greków 4:2 i mimo wyniku nie pozostawili piłkarzom z Hellady ani odrobiny złudzenia, która drużyna jest lepsza. Szczególnie wyróżniał się Mesut özil, dzięki któremu nasi zachodni sąsiedzi grali z niezwykłym polotem i fantazją. Jak się okazało murowanie cegłówkami swojej bramki w tym wypadku kompletnie nic nie dało. W następnej parze mierzyli się Hiszpanie z Francuzami. Spotkanie to zdominował jeden zawodnik. Był nim Xabi Alonso, który strzelił dwa gole. Przed meczem mówiło się o kłótniach trenera Laurenta Blanca ze swoimi zawodnikami. Na boisku nie było tego widać, ponieważ Francuzi radzili sobie całkiem nieźle. Jednak pokonać w tamtym momencie Hiszpanię, to było zadanie praktycznie niemożliwe do wypełnienia. Skończyło się wynikiem 2:0. W ostatnim ćwierćfinale spotkali się Anglicy z Włochami. Tuż po meczu okrzyknięto że byliśmy świadkami piłkarskich szachów. Trzeba sobie zdać sprawę że w większości przypadków to określenie stosuje się zamiennie do powiedzenia iż mecz był po prostu okrutnie nudny. Tak właśnie było tym razem czyli 0:0 po 90 minutach i 0:0 po dogrywce. Całe szczęście dla Włochów że mieli Buffona. Jego oponent Joe Hart to była zupełnie inna półka bramkarska. Buffon wybronił strzał Cola i było po sprawie, po serii rzutów karnych 4:2 dla Włochów.

W półfinale 27 czerwca na Donbas Arenie w Doniecku stanęły do krajowego boju sąsiedzi z półwyspu Iberyjskiego, czyli Portugalczycy i Hiszpanie. Mecz nie był porywającym widowiskiem. Przez większość czasu przewagę mieli zawodnicy portugalscy. Próbował poszaleć Ronaldo ale nic to nie dawało. Strzelał z daleka, strzelał z bliska, dryblował, miotał się i nic nie w skórał. Sił było coraz mniej, coraz bardziej tchu w piersiach brakowało, Hiszpanie zaś nie zamierzali odpuszczać i stopniowo zyskiwali przewagę, która w dogrywce była niemal przytłaczająca ale to również nic nie dało. Trzeba było strzelać rzuty karne. Ramos pyknął w stylu Panenki, po nim Bruno Alves walnął w poprzeczkę bramki Casillasa, Fabregas dokończył i tak Hiszpanie wylądowali w finale Mistrzostw Europy. Prawdę mówiąc kibice chyba więcej oczekiwali od tych dwóch drużyn. W końcu one potrafiły grać naprawdę porywająco. 28 czerwca w Warszawie zmierzyli się ze sobą solidne Niemcy i dość nieoczekiwanie grający w półfinale Włosi. Jeśli licznie zebrana na trybunach niemiecka publika spodziewała się że podopieczni Joachima Lowa uruchomią swój groźnie mruczący przed meczem pojazd zwany walcem, to się grubo pomylili. Dodatkowo Italia miała w swoich szeregach wspaniałego Buffona i grającego mecz życia Mario Balotelliego. Dzięki nim i reszcie kolegów drużyna zagrała koncertowo. To nie tak że Niemcy nie mieli sytuacji. To nie tak że przy odrobinie szczęścia nie mogli wygrać ale trzeba zobaczyć te parady włoskiego bramkarza i trzeba zobaczyć gole ich niesfornego napastnika. Obydwa gole dla Włoch padły w pierwszej połowie. W 20 minucie Cassano zakręcił niemieckimi obrońcami i pięknie wyłożył piłkę dobrze ustawionemu Balotelliemu, który dokończył akcję golem. W 36 minucie ten sam piłkarz dostał długie podanie, popędził na bramkę Neuera i oddał atomowy strzał, który prawie przedziurawił siatkę kropkę mimo prób i mimo wykorzystanego przez Ozila w 92 minucie rzutu karnego to jednak Włosi zameldowali się w finale wygrywając 2:1. Wielki finał Euro 2012 odbył się 1 lipca na stadionie olimpijskim w Kijowie. Ponad 63 000 kibiców podziwiało grę, jak się okazało najlepszej drużyny reprezentacyjnej w historii całej piłki nożnej. Hiszpania stłamsiła marzenia Włochów w sposób niezwykle skuteczny ale też okrutny. Iniesta rozgrywał fenomenalne spotkanie, dyrygował niby rozczochrany Maestro swoją orkiestrą, choć sam za wiele włosów przecież nie posiadał. Jego drużyna punktowała a później odskakiwała, skutecznie temperując ataki zawodników Prandelierego. W 14 minucie Silva otworzył skarbiec w którym gole leżały niczym szmaragdy. Potem w 41 minucie swoje dołożył Jordi Alba, w 84 Fernando Torres, w końcu w 88 Juan Mata. Można by zaryzykować że wynik wyglądał gorzej niż gra Włochów. Mieli swoje szanse i przy odrobinie szczęścia mecz mógł wyglądać zupełnie inaczej. Zastanawiające jest jakim cudem na początku drugiej połowy Di Natale nie strzelił gola. Fakt jednak pozostaje niezaprzeczalne. Hiszpanie zwyciężyli we wspaniałym stylu i pokazali że są najlepszą 11-tką świata. Nikt przed nimi nie zdobył pod rząd Mistrzostwa Europy, świata i jeszcze raz Europy. ,,La Rocha” była u szczytu a kibice mogli do utraty przytomności śpiewać swoje Campeones camperones! Zakończone mistrzostwa były o tyle kłopotliwe że po raz drugi w historii gospodarzy odpadli w fazie grupowej. Poza tym aż sześciu zawodników zostało królami strzelców, wszyscy mając na koncie po trzy trafienia. Byli to Mandżukić, Fernando Torres, Mario Gomez, Cristiano Ronaldo, Owen, Dzagojew i Mario Balotelli. Hiszpański pomocnik Andres Iniesta co prawda nie był najlepszym strzelcem ani też asystentem Mistrzostw Europy, ba! Nie strzelił nawet żadnego gola i miał tylko jedną asystę, lecz wszystko to jest nieważne w momencie, kiedy spojrzy się na niego grę i oceni wpływ, jaki wywierał na zespół. Chyba tylko jedno słowo może oddać jego działalność boiskową: maestria. To wspaniałe że piłkarz z drugiego szeregu, bez którego ani wielka Hiszpania nie byłaby wielką ani wspaniała FC Barcelona wspaniałą by nie była, został wybrany oficjalnym MVP turnieju. W końcu doceniono nie tylko gwiazdorskie poczynania napastników ale głębiej przeanalizowano grę najlepszej jedenastki w Europie.

5

9

@FCBparasiempre
Gilmar, Djalma Santos, Nilton Santos, Didi, Zito, Vava, Zagallo. Tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata w 1958 roku Brazylia miała kim straszyć swoich przeciwników. Trener Vicente Feola dokooptował do składu na turniej, pod presją mediów i kibiców, dwóch zawodników, którzy dla świata byli wówczas anonimowi. Jak bardzo Pele i Garrincha, bo o nich mowa, zmienili historię futbolu? Zgodnie z obietnicą FIFA z lipca 1950 roku, organizację Mundialu 1958 powierzono Szwecji. Chęć udziału w turnieju wyraziło 55 krajów. Większość z nich podzielono na trzyzespołowe, kontynentalne grupy. Polska została skojarzona z Finlandią i ZSRR. Finowie przegrali wszystkie mecze, stając się, zgodnie z przewidywaniami, outsiderami tabeli. Biało-Czerwoni przegrali pierwszy mecz z Rosjanami 0:3, a rewanż na Stadionie Śląskim doczekał się miana legendy. 100 tys. osób obserwowało, jak po dwóch bramkach Gerarda Cieślika Polacy zwyciężyli 2:1. W związku z taką samą liczbą punktów, konieczny był dodatkowy mecz barażowy na neutralnym terenie. W Lipsku Sowieci zwyciężyli 2:0 i to “Wielki Brat” wywalczył awans na Mistrzostwa Świata. Ciekawy przypadek z eliminacji dotyczy reprezentacji Izraela. Izraelczycy mieli pierwotnie przejść cztery etapy kwalifikacji. W każdym z nich trafiali na kraje muzułmańskie, kolejno Turcję, Indonezję, Egipt i Sudan. Żaden z nich nie chciał rozgrywać meczu na terenie swojego oponenta, zatem wszyscy solidarnie oddali dwumecze walkowerem. Cztery starcia, cztery walkowery – czy taka sytuacja zapewniła Izraelowi udział w czempionacie? Myśląc logicznie, powinna zapewnić ale nie zapewniła! FIFA stwierdziła, że bez grania w eliminacjach udział w turnieju przysługuje jedynie gospodarzom (Szwecja) i aktualnemu Mistrzowi Świata (Republika Federalna Niemiec), zatem postanowiła, że Izrael zmierzy się z jedną z drużyn, która zajęła drugie miejsce w swojej grupie w eliminacjach europejskich. Wylosowano Walię. Wyspiarze wygrali dwa mecze w rozmiarze 2:0 i to oni pojechali do Skandynawii. Swoją drogą, jeden jedyny raz w historii zdarzyło się, by awans wywalczyły aż cztery drużyny z Wysp Brytyjskich – Anglia, Walia, Szkocja i Irlandia Północna. W turnieju, rozegranym w dniach 8-29 czerwca 1958 roku, wzięło udział 16 drużyn: Szwecja, RFN, Anglia, Francja, Węgry, Czechosłowacja, Walia, Austria, ZSRR, Jugosławia, Irlandia Północna, Szkocja, Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Meksyk. Zostały podzielone na cztery grupy. W grupie A mierzyły się Argentyna, Irlandia Północna, Czechosłowacja i RFN. Grupa B skojarzyła ze sobą Jugosławię, Francję, Paragwaj i Szkocję. Grupa C: Meksyk, Szwecja, Walia i Węgry. Najciekawiej zapowiadały się pojedynki w grupie D, w której zameldowały się ekipy Anglii, Austrii, Brazylii i ZSRR. W szwedzkim czempionacie wprowadzono kilka innowacji. Po raz pierwszy ułożono finałową drabinkę, dzięki czemu nie było konieczności losowania par w fazie pucharowej. Wielką popularnością cieszył się konkurs na oficjalną piłkę. Organizatorzy doczekali się aż 103 zgłoszeń. Ostatecznie wygrał model “Gunnar Gren”, nazwany tak na cześć znakomitego szwedzkiego pomocnika. Ponadto po raz pierwszy mecze były transmitowane na żywo w telewizji. Co prawda tylko na terenie Szwecji, inne kraje nadal musiały podziwiać wyczyny piłkarzy jedynie z odtworzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że był to bardzo duży krok w kierunku komercjalizacji i popularyzacji najpiękniejszej dyscypliny sportu na świecie. Jednym z głównych faworytów do sięgnięcia po Złotą Nike była Brazylia. Canarinhos bardzo poważnie podeszli do turnieju. Na kilka miesięcy przed jego rozpoczęciem krajowy rząd postanowił przekazać na reprezentację potężną działkę pieniędzy. W związku z tym piłkarze z kraju kawy mieli zapewnione najlepsze warunki przygotowawcze.

Ponadto do pracy w kadrze zaangażowanego prywatnych lekarzy, dentystów, a nawet psychologa. W związku z faktem, że większość zawodników wywodziła się ze skrajnej biedy, przywołani fachowcy mieli ręce pełne roboty. Najwięcej do powiedzenia chciał mieć psycholog, Joao Carvalhaes. Jeszcze w trakcie selekcji dokonał na zawodnikach wiele badań psychologicznych. Dzięki uzyskanym wynikom zaczął namawiać trenera Vicente Feolę do tego, by ze zgrupowania wyrzucił dwóch gagatków, których wyniki “stanu umysłu” były wręcz katastrofalne. Jednego nazwał dzieckiem, a drugiego człowiekiem niedorozwiniętym. Pierwszym był 17-letni Pele, a drugim gwiazda Botafogo, 24-letni Garrincha. Feola również nie był zagorzałym zwolennikiem tych dwóch zawodników. Doskonale zdawał sobie sprawę, że obaj mają pstro w głowie i lubią sprawiać kłopoty wychowawcze. Ich obecność w drużynie narodowej była podyktowana olbrzymią presją mediów i społeczeństwa. Pele, mimo młodego wieku i koguciej budowie ciała, grał bez strachu, na wielkim luzie i prezentował niespotykaną wcześniej w Brazylii skuteczność. Garrincha był jeszcze większym fenomenem. Kiedy wychodził na rozgrzewkę wśród publiczności, przed którą prezentował się po raz pierwszy, wzbudzał salwę śmiechu. Wszystko przez specyficzną budowę ciała i sposób poruszania się. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że największy magik w historii piłki nożnej nie zrobiłby dzisiaj kariery, bo w młodym wieku zostałby pozbawiony nadziei przez lekarzy. Garrincha miał bowiem krzywy kręgosłup, lewą nogę krótszą od prawej, a w zestawie obie tworzyły swoisty żagiel na wietrze – lewa była wygięta na zewnątrz, a prawa do wewnątrz. Manuel Francisco dos Santos, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko Garrinchy, urodził się i wychował w Pau Grande. Malownicza miejscowość była ziemskim rajem dla zawodnika. Gdy był mały, uwielbiał łowić ryby i polować na strzyżyki. To właśnie dzięki tym małym ptaszkom zyskał swój przydomek. Nie brał życia zbyt poważnie. Nie interesowało go zainteresowanie wyrażane jego osobą przez największe kluby w Brazylii. Wolał swoje Pau Grande, do którego stale wracał po wypłynięciu na szerokie wody. Kiedy w 1950 roku cały kraj rozpoczynał płacz podczas przegranego finału z Urugwajem na Maracanie, on na spokojnie łowił ryby. Nigdy nie dbał o pieniądze, co często wykorzystywali klubowi prezesi. Od zawsze był uczulony na pracę, a jego ulubionymi zajęciami było uganianie się na przemian za kobietami i za piłką. W jednym i drugim nie miał sobie równych. Byłe kochanki zachwalały jego łóżkowe umiejętności i 25-centymetrowy sprzęt, którym dysponował. Jeszcze większym magikiem był jednak na boisku. Chwała Bogu, że akurat tę zdolność mógł podziwiać cały świat. Dysproporcje w budowie ciała przeobraził w swoją tajną broń. Dzięki niespotykanej koordynacji ruchowej mało który przeciwnik był w stanie przewidzieć, jak zwód akurat wymyśli Garrincha. A dryblerem był niezwykłym. Uwielbiał holować piłkę, kiwać zawodników, zakładać im siatki. Sprawiało mu to większą przyjemność niż samo strzelanie goli. Tuż przed Mundialem 1958 reprezentacja Brazylii rozegrała sparingowe starcie z włoską Fiorentiną. Mane przedryblował obrońców, wyszedł sam na sam, okiwał bramkarza kładąc go “na tyłku” i mając przed sobą pustą bramkę… zatrzymał się, pozwolił golkiperowi wstać, wymanewrował go raz jeszcze i wszedł z piłką do jego świątyni. Feola, inni trenerzy i koledzy z drużyny z początku nienawidzili u niego samolubnej gry. Do czasu… Mundial 1958 zainaugurowało starcie Szwecji i Meksyku, pewnie wygrane przez gospodarzy 3:0. Szwedom trzeba oddać, że podczas całego turnieju prezentowali się znakomicie. Faza grupowa wyklarowała kilku pretendentów do wygrania mistrzostw. Wśród nich, obok Brazylii i Francji, byli właśnie Skandynawowie. Awans z grupy A wywalczyły drużyny RFN i Irlandii Północnej, z grupy B Francja i Jugosławia, a z grupy C Szwecja i Walia, której do promocji wystarczyły zaledwie trzy remisy. Najciekawiej było w grupie D, uznanej za grupę śmierci. Garrincha i Pele od początku turnieju ugrzęźli na ławce. Bez nich Canarinhos pokonali Austrię 3:0 i bezbramkowo zremisowali z Anglią, prezentując bardzo zachowawczą grę.

Decydującym meczem w kontekście awansu do fazy pucharowej było starcie z ZSRR. Na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem do Feoli udała się rada drużyny, prosząc, by wystawił w składzie Pelego i Garrinchę. W tym samym czasie Carvalhaes wykonał na zawodnikach kolejne psychotesty. Pozytywnie zdało go tylko dwóch zawodników – Nilton Santos i, co zaskakujące, Pele. Najgorszy wynik osiągnął, a jakże, Mane. Kiedy został poproszony o narysowanie pierwszej rzeczy, która przychodzi mu na myśl, nabazgrał coś na kształt okręgu i kilku wychodzących z niego kresek. Psycholog zapytał: ,,Mane, mam rozumieć, że to słońce? Nie. Głowa Quarentinhy (kolega z Botafogo)”. Carvalhaes stanowczo odradzał Feoli wystawienie Garrinchy. Ten jednak wziął odpowiedzialność na swoje barki i odpowiedział: “Może i masz rację w kwestii psychiki Garrinchy, ale rzecz w tym, że nie znasz się na piłce nożnej”. Po wszystkim odsunął Carvalhaesa od drużyny aż do zakończenia mistrzostw. Garrincha i Pele wybiegli w podstawowej jedenastce. Mane nie znał brazylijskiego hymnu, podczas jego grania stał pogarbiony i wyraźnie znudzony. Zwracał na siebie uwagę publiczności. Feola chciał od samego początku pokazać, kto będzie dzielił i rządził na boisku, więc nakazał Didiemu, by pierwszą piłkę zagrał na skrzydło do Garrinchy. Tak się stało. Piłkarz z Pau Grande już w swoim dziewiczym kontakcie z futbolówką rozkochał w sobie kibiców zgromadzonych na trybunach. W ciągu pierwszych pięciu minut przez sowieckie pole karne przeszła prawdziwa nawałnica. Jej efektem był gol Vavy. Ten sam zawodnik ustalił rezultat w drugiej połowie. Zwycięstwo 2:0 dało Brazylijczykom pierwsze miejsce w grupie i awans do ćwierćfinału, gdzie czekała na nich Walia. Dzięki dość niespodziewanemu remisowi Anglii z Austrią, w grze pozostali Rosjanie. Po triumfie nad Sowietami prasa zachwycała się tylko jednym zawodnikiem, czarodziejem Garrinchą. Pisano, że zawodnik Botafogo “w pojedynkę rozwaliłby reprezentację Anglii”. Mecz 1/4 finału z Walią był słabszy w wykonaniu Canarinhos. Wielu trenerów jest zdania, że najtrudniejszym starciem na turnieju zawsze jest czwarty mecz. Potwierdziło się to na przykładzie drużyny Feoli. Mane stale miał przy sobie trzech opiekunów, nie opuszczających go nawet na krok, przez co ciężko było mu w pełni rozwinąć skrzydła. Bohaterem starcia został Pele, strzelec jedynego gola. W dniu starcia miał zaledwie 17 lat i 239 dni. Do dziś jest najmłodszym strzelcem bramki w finałach Mistrzostw Świata. Patrząc na dyspozycję poszczególnych zespołów, półfinał między Francją a Brazylią zapowiadał się wręcz fenomenalnie. Ułożeni Francuzi, do których dzień przed meczem przyjechały żony i partnerki, kontra nieokiełznani Brazylijczycy, którzy podczas mistrzostw żyli w seksualnym raju, uciekając z hotelu w ramiona bardzo wyzwolonych i chętnych na wszystko i o każdej porze Szwedek. Przede wszystkim była to jednak konfrontacja najlepszych zawodników na świecie. Z jednej strony Raymond Kopa i Just Fontaine, z drugiej Pele i Garrincha. Ci drudzy nie pozostawili żadnych złudzeń. Co prawda pierwsza połowa nie wskazywała końcowego, zdecydowanego triumfu, ale drugie 45 minut rozwiało wszelkie wątpliwości. Canarinhos więcej akcji przeprowadzali stroną Garrinchy, a ten szalał w najlepsze. Kryjący do Andre Lerond po latach odtworzył sobie zapis meczu na video i widząc, jak ośmieszał go Mane, szczerze stwierdził: “Wiedziałem, że było źle, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaki to był obciach”. Mimo wszystko Garrinchę w półfinałowym starciu przyćmił Pele, zdobywca klasycznego hat-tricka. Młokos liczący 17 lat i 244 dni został najmłodszym w historii strzelcem trzech bramek w jednym mundialowym meczu. Brazylia zwyciężyła 5:2. Finałowym przeciwnikiem piłkarzy Feoli byli Szwedzi, którzy w poprzedniej rundzie pokonali RFN 3:1. Zanim doszło do decydującego starcia, Francja ograła Niemców 6:3 w meczu o trzecie miejsce. Cztery bramki zdobył Just Fontaine. W całym turnieju uzbierał aż 13 trafień, co jest wyczynem niedoścignionym i ciężko będzie go kiedykolwiek poprawić. Przed wielkim finałem pojawił się problem. Stroje Szwecji i Brazylii były niemal bliźniacze, przez co konieczne było losowanie, która z drużyn może wystąpić w swoich standardowych, żółtych (kanarkowych) trykotach. Losowanie było łaskawe dla gospodarzy. Canarinhos mieli więc trzy opcje– koszulki białe, zielone albo niebieskie. Białe kojarzyły się z niczym innym jak z haniebną porażką na Maracanie w 1950 roku, więc automatycznie odpadły. Ostatecznie wybrano niebieskie. Z dwóch powodów. Niebieski był kolorem szat Matki Bożej z Aparecidy, patronki całego kraju, której powierzono opiekę nad piłkarzami podczas Mistrzostw Świata. Ponadto zauważono, że w poprzednich pięciu mistrzowskich edycjach aż cztery razy triumfatorem był zespół, grający finał właśnie w niebieskich koszulkach (po dwa razy Urugwaj i Włochy).

W Rio de Janeiro i innych miastach kraju powoli odczuwano nadchodzący sukces. Feola nie chciał powtórki z 1950 roku, zatem zabronił swoim zawodnikom rozmawiać z kimkolwiek przed decydującym starciem. Gdy na konferencji prasowej zobaczył setki mikrofonów, nakazał je powyłączać. Nie chciał szumu. Nie zapowiadał sukcesu, wypowiadał się rozważnie, z respektem i lekką obawą przed przeciwnikiem i wspierającą go publicznością. Przed każdym spotkaniem obowiązkowym rytuałem brazylijskich zawodników było wypicie narodowego dobra, kawy. Kawy oryginalnej, przywiezionych przez zespół ze swojego kraju w olbrzymich ilościach. W finale z początku bardziej pobudzeni byli jednak Szwedzi. Za sprawą Liedholma wyszli na prowadzenie już w czwartej minucie. Pięć minut później wyrównał niezawodny Didi. Ten sam zawodnik wyprowadził swoich kolegów na prowadzenie na nieco kwadrans przed końcem pierwszej części spotkania. W szatni zawodnicy znów posilili się kawą i w drugiej odsłonie odegrali kolejny koncert. Dwie bramki Pelego, najmłodszego w historii Mistrza Świata (17 lat i 249 dni), i jedna Zagallo były efektem zdecydowanej, ofensywnej, radosnej gry Canarinhos, napędzanej rajdami Garrinchy. Ostateczny wynik odzwierciedlał różnicę między dwoma zespołami – 5:2. Po końcowym gwizdku niemal cała zwycięska ekipa zalała się łzami szczęścia. Niemal cała, bo niewzruszony pozostał jedynie Garrincha. Dla niego zwycięstwo w finale Mundialu smakowało mniej więcej tak, jak zwycięstwo na podwórku w Pau Grande. Podczas koronacji Mistrzów Świata, zgodnie z tradycją, puchar Julesa Rimeta trafił w ręce kapitana, Belliniego. Zawodnik uniósł statuetkę wysoko ponad głowę, dając przykład kolejnym pokoleniom zawodników, którzy w podobny sposób świętują zdobycie ważnego pucharu lub mistrzostwa. Brazylia oszalała na punkcie swoich zawodników. Oszalał również cały świat. Każdy, kto śledził przebieg Mistrzostw Świata, był zauroczony Pelem i Garrinchą. Nelson Rodrigues pisał o tym drugim: “Jest uważany za idiotę, ale na Mistrzostwach Świata pokazał, że to my jesteśmy idiotami. Myślimy, racjonalizujemy. Przy cudownej szybkości jego reakcji jesteśmy nierobami, ociężałymi hipopotamami”. Pele i Garrincha stali się najcenniejszym dobrem narodowym Brazylii. Z całego świata otrzymywali setki listów z prośbą o autografy, europejskie ekipy zapraszały Botafogo i Santos na tournee, a kobiety mdlały na ich widok, z czego zawodnicy skrzętnie korzystali. Ich wartość była do tego stopnia niepodważalna, że otrzymali zakaz podróżowania jednym samolotem. Dalsza historia pokazała, że gdy w reprezentacji występowali w duecie, Canarinhos nie przegrali meczu. Na całym świecie to Pele po dziś dzień jest uznawany za najlepszego piłkarza w historii, jednak większość Brazylijczyków w tym rankingu znacznie wyżej stawia Garrinchę. Mane porywał tłumy, często w pojedynkę rozstrzygał losy spotkań. W narodowych barwach wystąpił 50 razy. Wówczas Brazylia przegrała tylko jedno spotkanie. Kiedy? Tego dowiecie się przy innej okazji.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?