FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
No kto by pomyślał?
8 czerwca 1991 Real Madryt zrobił FC Barcelonie mistrzowski szpaler na Santiago Bernabeu. Miało to miejsce w ostatniej kolejce sezonu 1990/91. To był pierwszy przypadek w historii, gdy Blaugrana przyjeżdżała do Madrytu na mecz z Realem będąc już mistrzem Hiszpanii. Barça była już zwycięzcą La Ligi od miesiąca i w każdym z czterech ostatnich spotkań rywale oklaskiwali jej graczy, gdy ci wbiegali z szatni na boisko. Nie ominęło to także Realu, który na pocieszenie wygrał tamto starcie 1:0 po golu Aldany. Prezydent ,,Królewskich” Ramon Mendoza, po meczu wypowiedział się dyplomatycznie ale jednocześnie w sposób ironiczny: ,,Jak możemy nie klaskać drużynie, która wyprzedza o 11 punktów mistrza Hiszpanii z ostatnich 5 lat ”.
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Javier!
Javier Mascherano kończy dzisiaj 40 lat. Dziękujemy za wielkie oddanie i poświęcenie ,,naszemu” klubowi. Bywaj zdrów ,,nasza” legendo.
Chyba nie musze nakreślać sylwetki tak dobrze nam znanego piłkarza? Dodam tylko że Javier urodził się w San Lorenzo a swoją karierę zaczynał w klubie Renato Cesarini z Rosario.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11
0
@FcPortoFan1999 Nie mam Canal+, nie stać mnie...
1
@Comentateiro No co ty? Chyba żartujez?
Z drugiej strony jak masz silne przeczucie to obstawiaj!
8
@FCBparasiempre
Legendami nie zawsze zostają piłkarze, którzy zdobywają liczne trofea, strzelają setki bramek i regularnie trafiają na pierwsze strony gazet. Tacy piłkarze są jednak wyjątkami, bo żeby jeden z nich mógł osiągnąć miano wybitnego, tysiące innych będzie musiało pogodzić się z rolą drugoplanową. Czasem jednak ci drugoplanowi aktorzy też przechodzą do historii. Najlepszym przykładem jest Meksykanin Antonio Carbajal. Urodzony 7 czerwca 1929 r. w stołecznym Mexico City Carbajal już za młodu wyróżniał się skocznością i zwinnością, a więc od zawsze był idealnym kandydatem na bramkarza. Wzrost (180 cm) może i nie był jego atutem, ale przecież w tamtych czasach warunki fizyczne nie były najważniejsze. Zresztą, w Meksyku chyba nigdy nie zwracano większej uwagi na wzrost bramkarzy, o czym świadczy wielka kariera Jorge Camposa. Sam zainteresowany szybko zauważył, że Bóg obdarzył go pewnym talentem, którego nie może zakopać, tylko musi rozwijać. Szybko porzucił więc naukę i skupił się na treningach. Jego ojciec nie potrafił mu tego wybaczyć i nawet kiedy później Antonio grał na mundialu, nie odezwał się do syna nawet słowem. Być może takie podejście jeszcze bardziej motywowało młodego bramkarza, który nie zamierzał się poddawać. Obrał kierunek, w jakim zamierzał podążać i nawet odsunięcie się ojca nie wpłynęło na zmianę kursu. W 1948 roku Carbajal zaczął zbierać pierwsze żniwa swojej determinacji. Młody golkiper znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Londynie, lecz jego rola ograniczyła się do trwania na posterunku, jakim była ławka rezerwowych. Trzeba zaznaczyć, że olimpijska przygoda nie trwała zbyt długo. Już w pierwszym meczu „El Tri” przegrali 3:5 z Koreą Południową i turniej się dla nich zakończył. Dla naszego bohatera był to jednak początek wspaniałej przygody, bo udział w igrzyskach zbiegł się z ofertą z Club Espana. W tym klubie młodzian bronił zaledwie przez dwa lata, ale to wystarczyło, żeby wypracować sobie świetną reputację. Sława Carbajala szybko zaczęła wychodzić poza granice Meksyku i nie było w tym nic dziwnego, że trener reprezentacji Meksyku(Vial) znalazł dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 1950 roku. Zanosiło się, że Carbajal będzie rezerwowym, ale w ostatniej chwili pretendenta do miejsca między słupkami „El Tri” dopadła kontuzja. W ten sposób jedna z najbardziej odpowiedzialnych ról w drużynie przypadła 21-letniemu debiutantowi. 24 czerwiec 1950 roku – to wtedy zaczęła się tworzyć ta piękna historia. Na stadionie w Rio de Janeiro naprzeciwko siebie stanęły reprezentacje Brazylii(gospodarza turnieju) i Meksyku. Mecz poprzedziła uroczystość otwarcia a na pierwszy gwizdek sędziego czekało 80 tysięcy zakochanych po uszy w futbolu fanów „Canarinhos”. Jak w tym wszystkim odnajdował się Carbajal, żółtodziób, który dopiero rozpoczynał swoją przygodę z futbolem? Ciężar presji musiał być ogromny, szczególnie dla bramkarza. To tak jakby stać między słupkami ze słoniem na plecach, nie dość, że ciężar ogromny, to jeszcze trzeba uważać, żeby nie potknąć się o trąbę. No i Carbajal się nie potknął, choć puścił cztery bramki a jego zespół nie odpowiedział żadną. Mało tego, w meczu z Jugosławią znów cztery razy wyjmował piłkę z siatki a Szwajcarzy dwukrotnie znaleźli sposób na przechytrzenie stróża świątyni „El Tri”. Mimo dziesięciu bramek straconych nikt nie miał pretensji do bramkarza, nie zarzucano mu, że brakło mu doświadczenia, nie wytykano mu błędów, choć takie też się przydarzyły, jego dokonania przyjęto z umiarkowanym optymizmem. Melodia przyszłości? Tak zapewne myśleli wtedy kibice. Występ na mundialu przyniósł zainteresowanie ze strony silniejszych klubów. Club Leon, który zgłosił się po Carbajala, miał nieco wyższe notowania niż Club Espana, więc transfer można było potraktować jako sportowy awans. Inna rzecz, że był to transfer wymuszony, bo poprzedni pracodawca Carbajala wycofał się z rozgrywek, ponieważ jego władze nie mogły znaleźć wspólnego języka z działaczami federacji. No cóż, w tamtych czasach takie rzeczy jak poplątane języki decydowały o upadkach czołowych klubów. Antonio już w drugim sezonie zdobył mistrzostwo kraju z Leon, jednocześnie nie oddając miejsca między słupkami w reprezentacji kraju. Z powodzeniem bronił w meczach towarzyskich oraz w spotkaniach eliminacyjnych do mistrzostw świata w 1954 roku. Warto zauważyć, że Carbajal w tych eliminacjach tylko raz przepuścił piłkę do siatki (Tej sztuki dokonał Amerykanin Looby w meczu wygranym przez Meksykanów 3:1). Wydawało się, że nasz dzisiejszy bohater ma pewne miejsce w składzie na mundialu, że trener Vial nie widzi drużyny bez niego i może tak było.
Ostatecznie jednak Vial nie pojechał na mundial, zastąpił go Lopez Herranz, który widział w bramce bardziej doświadczonego Motę. Już po pierwszym meczu (0:5 z Brazylią) tymczasowy szkoleniowiec zmienił zdanie i w pojedynku z Francją postawił na Carbajala. Ten puścił dwie bramki, ale Meksykanie wyrównali a na dwie minuty przed końcem meczu Raymond Kopa celnym strzałem z rzutu karnego pogrzebał marzenia kibiców „El Tri” na korzystny wynik. Powrót do ligowej rzeczywistości okazał się dość przyjemny. W 1956 roku Leon sięgnął po mistrzostwo kraju, rok później przegrał w finale play-off, by w roku, w którym odbywały się kolejne mistrzostwa świata znów sięgnąć po koronę. Nie było więc wątpliwości, że bramki na mundialu musi strzec golkiper najlepszej meksykańskiej drużyny. Na turnieju w Szwecji Carbajal przeżył pewne deja vu. Mecz Meksyku znów poprzedziła uroczystość otwarcia, na trybunach znów ogromne tłumy, tylko rywal nieco inny, choć wcale nie łatwiejszy. Szwecja w owym czasie mogła poszczycić się takimi asami jak Niels Liedholm czy Kurt Hamrin. Jeszcze jedną różnicą był fakt, że tym razem to pełniący funkcję kapitana Carbajal wyprowadzał swoich kolegów na boisko. To jednak niewiele zmieniło, Szwedzi wygrali 3:0, a Meksyk znów musiał liczyć się z pożegnaniem z turniejem już w fazie grupowej. Remis w meczu z Walią nic nie zmienił, bo w ostatnim spotkaniu miejsce w szeregu Latynosom wskazali Węgrzy, pewnie wygrywając 4:0. W ten sposób Meksyk odpadał z turnieju finałowego w fazie grupowej po raz trzeci z rzędu. Kolejne czterolecie nie było już tak udane, jak poprzednie. W latach 1958 – 1962 Club Leon nie zdobył żadnego trofeum. Meksykowi w kwalifikacjach do kolejnego mundialu też się nie wiodło najlepiej, bowiem porażka 0:1 z Kostaryką i bezbramkowy remis z Antylami Holenderskimi można rozpatrywać w kategorii blamażu. Ostatecznie „El Tri” zakwalifikowali się do barażu, w którym rywalem miał być Paragwaj. To właśnie te mecze sprawiły, że historia, którą czytacie, zasługuje na miano legendy. Pierwszy mecz Meksykanie wygrali 1:0, w drugim nie padły bramki. Carbajal zachował więc czyste konto i można powiedzieć, że wybronił sobie czwarty udział w mistrzostwach świata. Przed nim nikt nie dokonał takiej sztuki. Tym razem Meksyk pojechał na mundial z poważnym postanowieniem – wyjść z grupy albo przynajmniej wygrać choć jedno spotkanie. Te plany szybko zweryfikował los, który przydzielił im Hiszpanię, Czechosłowację i, o zgrozo, Brazylię. Potomkowie Inków i Azteków przegrali pierwsze spotkanie z Brazylią 0:2, w drugim ulegli Hiszpanom 0:1, a w trzecim… Czechosłowacy zaskoczyli Carbajala już po 20 sekundach, kiedy to Masek wpakował piłkę do siatki. Potem jednak coś wstąpiło w piłkarzy „El Tri” i po golach Diaza, Del’Aguili i Hernandeza wygrali oni 3:1! Wagę tego zwycięstwa podnosi fakt, że Czechosłowacja została wicemistrzem świata, przegrywając w finale z… Brazylią. Po tym turnieju powoli następował zmierzch kariery Carbajala. Wciąż bezapelacyjnie królował on między słupkami Club Leon, ale w reprezentacji zdarzało się to bardzo rzadko. W 1966 roku Antonio zapowiadał zakończenie swojej niezwykle bogatej kariery, chyba już nawet nie liczył, że selekcjoner reprezentacji kraju powoła go na kolejny turniej. W końcu miał już 37 lat a w Meksyku grali znacznie młodsi i nie mniej utalentowani bramkarze niż on. Jednak w tym miejscu nasz bohater się pomylił. Trener Trellez Campos być może chciał oddać mu hołd, zabierając go na piąty mundial z kolei, choć tym razem tylko w formie rezerwowego. Los znów był wyjątkowo złośliwy, przydzielając Meksykanom Urugwajczyków, Francuzów i Anglików. W meczu z Francją następca Carbajala, Calderon, spisał się bardzo dobrze, przepuszczając jedno uderzenie Haussera, dzięki czemu mecz zakończył się remisem. W drugim spotkaniu poszło mu już nieco gorzej. Po trafieniach Charltona i Hunta Anglia pokonała Meksykanów 2:0, jednocześnie grzebiąc ich marzenia o wyjściu z grupy. To jednak było pretekstem, by w ostatnim spotkaniu z Urugwajem Trellez wystawił w bramce Carbajala! Antonio nie zmarnował szansy, zagrał bardzo dobrze i nie dał się pokonać urugwajskim snajperom. To była wspaniała okazja, żeby pożegnać się z boiskiem i 37-latek postanowił z niej skorzystać. Mecz z Urugwajem był ostatnim w jego profesjonalnej karierze piłkarskiej.
Przez te wszystkie lata nasz dzisiejszy bohater pozostawał piłkarzem Clubu Leon (po odejściu z Clubu Espana, który zrezygnował z udziału w rozgrywkach ligowych). W koszulce tego klubu rozegrał 364 spotkania, zdobywając wszelkie możliwe trofea. Przywiązanie do barw klubowych musi budzić szacunek. Może i Carbajal nie był piłkarzem wybitnym, ale jego charakter, determinacja i długowieczność sprawia, że uważa się go za wybitną postać. Teraz sami powiedzcie, czy historia futbolu musi być pisana wyłącznie przez wybitnych piłkarzy. Antonio Carbajal dokonał rzeczy niezwykłej, uczestniczył w pięciu kolejnych mundialach. Wiele lat później dorówna mu Lothar Matthaus, ale przecież dla Niemców udział na mistrzostwach świata jest czymś normalnym, natomiast dla Meksyku niekoniecznie, szczególnie w tamtych czasach. Fakt, że za czasów Carbajala „El tri” ani razu nie wyszli z grupy, wcale nie umniejsza jego zasług. Zupełnie jak w filmie „Jestem Legendą”– nie ważne, że ci się nie udało, próbowałeś, następcy skorzystają z Twoich doświadczeń i zrobią to dobrze.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Club Leon
2x mistrzostwo Meksyku (1952, 1956)
1x Puchar Meksyku (1958)
1x Superpuchar Meksyku (1956)
7
Herosi Mundialu:
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Żywe legendy rodzimego futbolu:
7 czerwca 1977 r. urodził prawy obrońca Marcin Baszczyński. W dorobku ma aż sześć mistrzostw Polski, a w pewnym momencie był podstawowym obrońcą naszej reprezentacji. Kariera Marcina Baszczyńskiego obfitowała w sukcesy. ,,Jestem spełnionym sportowcem. Z perspektywy czasu człowiek jest trochę mądrzejszy i pewne rzeczy zrobiłby inaczej, ale tych chwil chwały nikt mi nie zabierze”– mówi Baszczyński. Baszczyński urodził się w Rudzie Śląskiej i jak większość chłopaków w tamtych czasach zaczynał na podwórku. ,,Ustawialiśmy kamienie, które pełniły role słupków, albo kopaliśmy piłką w ścianę, chociaż akurat za to sąsiedzi mocno nas gonili”– śmieje się były obrońca, który na początku grał jako napastnik. – To było stopniowe cofanie. Z ataku trafiłem do pomocy, dopiero później zacząłem pełnić rolę kryjącego obrońcy, jak to się niegdyś ładnie nazywało – wspomina. Na szerokie wody wypłynął w chorzowskim Ruchu. Po pięciu sezonach spędzonych przy Cichej przyszła oferta z Wisły Kraków, gdzie Bogusław Cupiał budował najsilniejszy polski zespół początku XXI wieku. – Musiałem walczyć o swoje, bo nie oferowano mi kokosów. W Ruchu nauczyłem się walczyć o ten pieniążek, w dodatku miałem na koncie już występy w reprezentacji i jakąś markę sobie zbudowałem – mówi Baszczyński. Jeszcze będąc w Ruchu obrońca został zawieszony za atak na sędziego. Nieżyjący już Stanisław Żyjewski w meczu ,,Niebieskich” z Górnikiem przyznał mocno naciąganego karnego ekipie z Zabrza. Baszczyńskiemu puściły nerwy. – Można powiedzieć, że wtedy zacząłem walkę z korupcją i to dość skuteczną. Prawdę mówiąc, nie kontrolowałem wtedy swoich emocji. Dziś się tego wstydzę, niezależnie od kulisów tego zdarzenia – mówi nam były piłkarz. Kibice kojarzą Baszczyńskiego przede wszystkim z występami w Wiśle Kraków. Klub z Małopolski był na początku XXI wieku hegemonem w polskich rozgrywkach. Obrońca aż sześciokrotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo kraju. Który tytuł wspomina najlepiej? – Ciężko mi wyróżnić któryś. Pierwsze mistrzostwo było wyjątkowe, ale obrona także. Nie mam najcenniejszego, każde stawiam tu na równi – twierdzi. Z Wisłą przeżywał też piękne przygody w Europie. W 2002 roku Biała Gwiazda rozbiła słynne Schalke 04 na wyjeździe aż 4:1. – Mieliśmy takich chłopaków, którzy czekali na wielki mecz w Europie. Po pierwszym spotkaniu rewanż nie zapowiadał się łatwo. Zagraliśmy wspaniale, na jednym z najnowocześniejszych obiektów na świecie. Cała otoczka nas urzekła. Szatnie, jacuzzi, wszystko było z innego świata. Po meczu było świętowanie, bo trener Henryk Kasperczak pozwolił nam na piwko. I to niejedno – uśmiecha się Baszczyński.
Za granicę Baszczyński wyjechał w 2009 roku do greckiego Atromitosu. Wcześniej pojawiły się oferty z Rosji, Niemiec i Anglii. Polaka chciał słynny West Ham. – Jakbym miał czegoś żałować, to właśnie tego niedoszłego transferu do Anglii. Oni chcieli mnie jednak tylko wypożyczyć. Ja chciałem, ale Wisła się nie zgodziła. Byłem tam na testach, ale musiałem wrócić. Szkoda, bo jestem przekonany, że bym sobie tam poradził – wspomina Baszczyński. Ważnym rozdziałem w karierze naszego bohatera była też reprezentacja Polski. Zagrał w niej 35 razy i strzelił jednego gola. Na mundialu w Niemczech nie zszedł z boiska ani na minutę. Okazało się, że mecz z Kostaryką (2:1) był jego ostatnim w koszulce z orłem na piersi. – Leo Beenhakker powoływał mnie, ale jako zmiennika. Twierdził, że jestem mu potrzebny, jednak już w kadrze nie zagrałem, bo wyżej ceniono Pawła Golańskiego i Marcina Wasilewskiego. Z kadry mam jednak piękne wspomnienia. Nawet dziś kibice mnie pamiętają, czasem podchodzą zbić piątkę i podziękować za moją grę. To szalenie miłe – zakończył Marcin Baszczyński.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
13
Wybitne legendy futbolu:
7 czerwca 1970 r. urodził się Marcos Evangelista de Moraes znany jako Cafu, brazylijski prawy obrońca. 2-krotny Mistrz Świata-1994 i 2002 ; Wicemistrz Świata z 1998 ; 2-krotny Zdobywca Copa America-1997 i 1999 ; 2-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1992 i 1993(z FC São Paulo) ; Zdobywca Ligi Mistrzów-2007(AC Milan) ; Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów 1995(z Real Saragossa) ; Zdobywca Superpucharu Europy-2003 i 2007(AC Milan) oraz Zdobywca Klubowego Mistrzostwa Świata-2007(AC Milan). Zawodową karierę zaczął w 1988 roku w São Paulo FC. Na początku swojej przygody z piłką pełnił rolę rezerwowego, jednak zbiegiem czasu wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. W 1991 roku zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł. W dwóch kolejnych sezonach triumfował w rozgrywkach Copa Libertadores i Recopa Sudamericana. W 1994 roku został wybrany najlepszym piłkarzem roku w Ameryce Południowej. W barwach São Paulo rozegrał 115 spotkań i strzelił 7 goli. W tym samym roku Cafu postanowił zmienić klub. Został piłkarzem Juventude, lecz po krótkiej przygodzie z tym klubem trafił do hiszpańskiego Realu Saragossa, gdzie sięgnął jedynie po Puchar Zdobywców Pucharów. W 1995 roku Brazylijczyk odszedł do Palmeiras São Paulo. W nowej drużynie nie pograł zbyt długo ponieważ dwa lata później trafił do AS Romy. Na swój pierwszy sukces w ekipie "Giallorossich" musiał czekać do 2000 roku, kiedy to Roma sięgnęła po mistrzostwo kraju. W barwach tego klubu rozegrał 163 spotkania.
W 2003 roku podpisał kontrakt z AC Milanem. Swój pierwszy mecz w barwach "czerwono-czarnych" rozegrał 3 sierpnia tego samego roku w zremisowanym 1:1 meczu z Juventusem. W debiutanckim sezonie w ekipie z San Siro zdobył drugi mistrzowski tytuł, sięgnął po Superpuchar Włoch oraz Superpuchar Europy. W 2005 roku po raz pierwszy zagrał w finale Ligi Mistrzów lecz wówczas Milan przegrał po rzutach karnych z Liverpoolem. W kolejnym sezonie świętował zdobycie aż trzech pucharów - Ligi Mistrzów, Superpucharu Europy i Klubowego Mistrzostwa Świata. 16 maja 2008 roku zapowiedział iż po sezonie zakończy piłkarską karierę. W reprezentacji Brazylii zadebiutował 12 września 1990 roku w przegranym 3:0 meczu z Hiszpanią. W 1994 roku po raz pierwszy wystąpił na mundialu, pełniąc rolę rezerwowego a Brazylijczycy po raz czwarty w historii zdobyli Mistrzostwo Świata. W 1997 roku wygrał w rozgrywkach Copa America oraz Pucharze Konfederacji. Rok później Cafu otrzymał powołanie na kolejne MŚ, jednak tym razem ekipa "Canarinhos" przegrała w finale z reprezentacją Francji 3:0. Brazylijski obrońca wystąpił także na Mistrzostwach Świata 2002 roku zdobywając Puchar Świata oraz na nieudanych Mistrzostwach Świata 2006 roku. Na tych dwóch ostatnich turniejach Cafu był podstawowym piłkarzem swojego zespołu. W drużynie narodowej wystąpił łącznie w 142 spotkaniach i strzelił 5 bramek. Po mundialu 2006 wychowanek São Paulo FC zakończył reprezentacyjną karierę. Dla drużyny narodowej rozegrał łącznie 142 spotkania i strzelił pięć goli. Jest rekordzistą kraju pod względem największej ilości występów w reprezentacji Brazylii i jednym z najlepszych prawych obrońców w dziejach futbolu.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@Herato Czyżby USA?
0
Kurcze ależ pan Carlos Alcaraz męczy się z jakimś tam Sinnerem. Naprawde żal mi go widzieć w takiej męczarni...
0
@Mixtape Wprawdzie generalnie nie oglądałem Bayeru Leverkusen w minionym sezonie ale oglądając cały finałowy mecz z Atalantą Bergamo, to mogę stwierdzić jedynie że ten cały Wirtz nie był lepszy od ,,naszego" patałacha Ferrana Torresa...
2
@FcPortoFan1999 No rzeczywiście, aczkolwiek warunki klimatyczne, zwłaszcza wilgotność, były w Meksyku zdecydowanie gorsze niż w Katarze. No i potencjał ludzki mieliśmy wówczas(w Meksyku) zdecydowanie lepszy...
13
Jedyne zwycięstwo i jedyny gol na Mundialu ,,Mexico 1986”:
7 czerwca 1986 r. Polska pokonała Portugalie 1:0. ,,No wreszcie, proszę państwa! Tyle nas to nerwów kosztowało, tak długo czekaliśmy na tę upragnioną bramkę! Wzruszyłem się, ale myślę, że państwo też w polskich domach. No wreszcie, wreszcie. Brawo panie Włodzimierzu, brawo Polacy!”– krzyczał szczęśliwy Dariusz Szpakowski, który relacjonował ten mecz ze stadionu Estadio Universitario w Monterrey. W pierwszym meczu fazy grupowej biało-czerwoni tylko bezbramkowo zremisowali z Marokiem. Jak się później okazało, gol Smolarka z Portugalią pozwolił im wyjść z grupy z trzeciego miejsca. ,,To był mecz o wszystko. Liczyliśmy się, że pierwsze miejsce zajmą Anglicy, a my powalczymy o drugie z Portugalią”– wspominał Dariusz Dziekanowski, który asystował przy tym trafieniu. ,,Znakomicie się zachował. Przyjął piłkę, zagrał po ziemi na dalszy słupek. Co ciekawe, Włodek miał być już zmieniony przez Andrzeja Zgutczyńskiego, ale nie było przerwy w grze i sędzia nie mógł zezwolić na przeprowadzenie zmiany”– zdradził Dziekanowski. Ostatecznie Zgutczyński zmienił go siedem minut później. Na koniec fazy grupowej Anglia pokonała Polskę 3:0 po hat-tricku Gary'ego Linekera, a w 1/8 finału Brazylia rozbiła drużynę Antoniego Piechniczka 4:0. Na kolejny występ w mundialu musieliśmy czekać aż do 2002 roku.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
11
Wybitne legendy futbolu:
7 czerwca 1930 r. urodził się Hilderaldo Bellini, wybitny brazylijski środkowy obrońca, 2-krotny Mistrz Świata(1958 i 1962). Pierwszy Brazylijczyk, który podniósł Puchar Świata jako kapitan zwycięskiej drużyny z 1958 roku. Bellini prowadził drużynę, w skład której wchodzili tacy gracze jak genialny Garrincha, Mario Zagallo czy 17-letni Pele. Brazylijczycy pokonali w finale gospodarzy Szwecję 5:2 i zdobyli pierwszy z rekordowych pięciu tytułów mistrza świata. Bellini był częścią drużyny, która cztery lata później wzniosła trofeum w Chile, chociaż ani razu nie zagrał w tym turnieju. Ostatni ze swoich 51 występów rozegrał na mundialu w Anglii w 1966 roku. Po pobycie w młodzieżowej drużynie swojego rodzinnego klubu Itapirense, zasłynął w Vasco da Gama, gdzie przebywał przez dziewięć lat. Grywał też w São Paulo i Atletico Paranaense. Najlepiej zapamiętano go z kultowego sposobu, w jaki podniósł trofeum Julesa Rimeta, wysoko nad głową dwiema rękami a kolejni brazylijscy kapitanowie powtarzali ten gest.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@Tridente2015 Przyznaje się bez bicia ale akurat nie czytałem całego tekstu, co nie zmienia mojego nastawienia względem Cubarsiego...
0
@Tridente2015 A no zapomniałem ale również wolałbym aby nie grał na igrzyskach...
10
W sporcie jak w życiu, trzeba mieć porządnego farta:
7 czerwca 1992 r. FC Barcelona zdobyła drugie z rzędu mistrzostwo Hiszpanii po pierwszym ,,Cudzie na Teneryfie”. Przed ostatnią kolejką Barça traciła punkt do prowadzącego Realu Madryt i wygrana na Camp Nou 2:0 z Athletic Bilbao była tylko połową sukcesu. Wszyscy cules nasłuchiwali wieści z meczu Tenerify z Realem Madryt. Po 30 minutach wydawało się że sensacji być nie może. Real Beenhakera prowadził bowiem z Tenerifą 2:0 a ponadto drużynę z wysp trenował Valdano- były piłkarz ,,Królewskich”. Gol dla gospodarzy w 36 minucie nieco przywrócił nadzieje, które nasiliły się, gdy w 69 minucie obrońca Realu Villaroya otrzymał czerwoną kartke. Osiem minut później Brazylijczyk Rocha strzelił samobójczego gola doprowadzając do remisu i czyniąc Blaugrane wirtualnym liderem. Niespodziewanie już minute później Tenerife wyszło na prowadzenie po tym, jak Sanchis przelobował własnego bramkarza trafiając w poprzeczkę a do bezpańskiej piłki pierwszy dopadł Pier. Przysłowiowy cud stał się faktem. Duma Katalonii została mistrzem, choć wcześniej ani razu w tamtym sezonie nie była na pierwszym miejscu w tabeli.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
17
Nasz kochany Leo nie tylko jest jednym z najlepszych piłkarzy w historii futbolu ale również jednym z najmądrzejszych. Jego wypowiedź jest dla mnie trafiona w punkt!
0
No i super! Ja się z tego bardzo ciesze! Wystarczy jak pogra w presezonie a i to nie w pełnym wymiarze czasowym. Na tak ogromny talent trzeba chuchać i dmuchać a nie zajeżdżać jak Pedriego. Cubarsiemu nie może spaść choćby włos z głowy.....!
12
@FCBparasiempre
Zdobywca Copa America-1993; 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów-1998 i 2000(z Realem Madryt) oraz 2003(z AC Milan); 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy-1998(z Real Madryt) i 2003(z AC Milan); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1998(z Realem Madryt)
To są trofea Fernando Carlosa Redondo Neri, który przyszedł na świat 6 czerwca 1969 roku w Buenos Aires. Od dziecka miał tylko jeden cel: zostać profesjonalnym piłkarzem. Jego marzeniem była gra w słynnym Independiente. Tego marzenia, niestety, nigdy nie zrealizował. Trafił do szkółki Teleres Remedios a następnie Argentinos Juniors, tej samej, z której wywodzi się wielki Diego Maradona. W międzyczasie grywał w reprezentacji Argentyny U-17, z którą sięgnął po mistrzostwo kontynentu. Świetne warunki fizyczne (186 cm wzrostu) oraz wielka inteligencja na boisku sprawiły, że Redondo grywał głównie na środku pomocy, coraz częściej pełniąc funkcję pivota. W ojczyźnie piłkarz grał przez pięć lat, by 1990 roku, w wieku 21 lat, trafić do Hiszpanii. Stało się tak za sprawą Jorge Solariego, byłego świetnego piłkarza, a od niemal 40 lat trenera. Związki Redondo z rodziną Solari są bardzo mocne, z tej familii pochodzi także jego żona, nasz bohater jest szwagrem Santiago Solariego, innego znakomitego piłkarza argentyńskiego. Wspomniany Jorge, zostając trenerem Tenerife, postanowił ściągnąć do Europy świetnie zapowiadającego się młodzieńca. Fernando z miejsca stał się ważnym ogniwem drużyny, zaczęło się o nim robić głośno w całej Hiszpanii, był obserwowany przez wysłanników wielu czołowych klubów. Po odejściu Solariego trenerem drużyny z Estadio Heliodoro Rodriguez Lopez został inny Argentyńczyk – Jorge Valdano – niegdyś wybitny piłkarz Realu Madryt. Właśnie dwa sezony pod wodzą „Filozofa” były punktem zwrotnym kariery Redondo. Dwa razy z rzędu Teneryfa odbierała Realowi Madryt tytuł mistrza Hiszpanii, wygrywając odpowiednio 3:2 oraz 2:0. Nie od dziś wiadomo, że mieszkańcy wyspy nie są sympatykami „Królewskich”, znacznie większym szacunkiem darzą Barcelonę. Dzięki tym dwóm wygranym to właśnie „Duma Katalonii” pod wodzą legendarnego Johana Cruyffa mogła się cieszyć z tytułu mistrza Hiszpanii. Chociaż Fernando nie strzelił gola w żadnym z tych spotkań, to jest powszechnie uważany za głównego architekta tego sukcesu. To właśnie z nim na boisku Tenerife osiągnęła największy sukces w historii klubu, uzyskując prawo gry w Pucharze UEFA. W 1994 roku Valdano dostał propozycję powrotu do Madrytu, tym razem w roli trenera. Argentyńczyk się nie wahał. Wracał przecież do swojego piłkarskiego domu. Nie zapomniał jednak o swoim najlepszym piłkarzu, szybko załatwiając transfer naszego bohatera do stołecznego klubu. W klubie z Wysp Kanaryjskich Redondo rozegrał 103 mecze, strzelił osiem goli. W 1994 roku Real Madryt przechodził trudny okres, klub opuszczali wielcy piłkarze z Quinta del Buitre, dwa lata wcześniej odszedł jeden z największych goleadorów w historii – Hugo Sanchez. W dodatku w kraju niepodzielnie panował barceloński „Dream Team”. Z drugiej strony, w 1994 roku w białych barwach zadebiutował Raul Gonzalez a rok później Jose Maria Gutierrez „Guti”. Działacze „Królewskich” nie mieli złudzeń – potrzeba transferów. Wielkim sukcesem prestiżowym był transfer Michaela Laudrupa, wszakże to piłkarz Barcelony, który rok wcześniej miał udział w jednej z największych klęsk Realu w historii. Klasyczna manita w Gran Derbi spędzała sen z powiek kibicom Realu. Jednak sezon 1994/1995 miał być inny, i taki był. Valdano przerwał hiszpańską hegemonię Barcelony a w najważniejszym meczu sezonu po raz kolejny tablica wyników pokazała 5:0, tym razem dla „Los Blancos”. Wróćmy jednak do naszego bohatera. Gdzie jest w tym momencie Fernando? Na boisku oczywiście. Argentyńczyk ma pewne miejsce w składzie, jego inteligencja i kultura sprawiają, że szybko zdobywa sobie autorytet i przyjaźń w mocno przecież zhierarchizowanej szatni Realu. W kolejnych sezonach Redondo gra coraz lepiej, zna go cały świat. W sezonie 1996/1997 „Los Merengues” zdobywają kolejny tytuł mistrzowski, tym razem już pod wodzą Fabio Capello. Real przystąpił do rozgrywek Ligi Mistrzów wyjątkowo zmotywowany. Miał najlepszy skład od wielu lat. Jak się potem okazało, wielkie oczekiwania nie były przesadzone. Real dotarł do finału, gdzie niespodziewanie pokonał Juventus 1:0. Mecz był pojedynkiem dwóch największych środkowych pomocników tamtego okresu. Zinedine Zidane musiał ustąpić Fernando Redondo, który rozgrywał kolejny wielki mecz.
Warto teraz przeskoczyć o dwa lata do przodu, do wydarzenia, które zapewniło Redondo nieśmiertelną sławę. Ćwierćfinał Ligi Mistrzów, mecz z obrońcą trofeum, Manchesterem United, mającym najlepszy skład od kilkudziesięciu lat. Real wygrywa 3:2, wspaniały wynik, jednak nie o tym pisała prasa na całym świcie. Pisała o Argentyńczyku, który niemal w pojedynkę wygrał ten mecz. Redondo był wszędzie, odbierał piłkę, rozgrywał, podawał. Robił wszystko. Ukoronowaniem tego niezwykłego widowiska była akcja, po której padł gol na 3:2. Przenieśmy się do Manchesteru. Podanie na lewym skrzydle dostaje nasz bohater. Zrywa się do biegu, obok niego jest trzech rywali, mija ich jednym zagraniem, zagraniem, które przeszło do historii futbolu. Fernando na pełnym biegu posłał piłkę piętą pomiędzy nogami Henninga Berga, dopadł jej przy linii końcowej, stając twarzą w twarz z innym wybitnym graczem, Royem Keanem. Argentyńczyk pewnie posłał idealną piłkę do wbiegającego środkiem Raula, któremu nie pozostało nic innego, tylko wbić piłkę do pustej bramki. Najbardziej znamiennym faktem jest to, że Fernando skupił na sobie uwagę całej obrony United, Raul spokojnie wbiegł w pole karne, jego obecność została zauważona, gdy miał już piłkę przy nodze. O poziomie, jaki prezentował wówczas Redondo bardzo dobrze świadczą słowa Fergusona: ,,Co ten gracz ma w butach? Magnes?” Pamiętajmy, że sir Alex bardzo rzadko decyduje się na komplementy pod adresem piłkarzy innych zespołów. Real wygrał wówczas Ligę Mistrzów, w pierwszym finale w historii dwóch klubów z tego samego państwa, pokonując Valencią w stosunku 3:0. Kolejne bardzo ważne wydarzenie miało miejsce w czasie dekoracji zwycięzców. Jak wiadomo, puchar w górę wznosi zawsze kapitan, a kapitanem był Redondo. Argentyńczyk zrzekł się tego przywileju na rzecz Manuela Sanchisa, żywej legendy klubu, grającej w nim od niemal 20 lat. Hiszpan wznosił w górę puchar ze łzami w oczach. Iluż współczesnych piłkarzy stać by było na taki gest? Przecież możliwość wzniesienia pucharu Ligi Mistrzów to zaszczyt, którego dostępuje tylko garstka wybrańców. Kibice Realu kochali Fernando a Fernando kochał ich, ale… Ale kilka miesięcy później Argentyńczyka nie było już w klubie. Cios w samo serce Ultras Sur zadał Florentino Perez, pozbywając się piłkarza, który otwarcie popierał jego rywala w walce o fotel prezydenta klubu, Lorenzo Sanza. Tego transferu kibice nigdy nie wybaczyli, Fernando był i nadal jest wielkim madridistą, a wielkich madridistas się tak nie traktuje. Redondo przeszedł do Milanu, gdzie grał przez dwa sezony, chociaż słowo „grał” jest użyte nieco nad wyrost. Argentyńczyk wybiegł na boisko tylko 16 razy. Przez cały okres gry we Włoszech walczył z kontuzjami. Jednym z pierwszych spotkań, w którym zagrał, było wyjazdowe starcie z Realem w ramach Ligi Mistrzów. Fernando został przywitany długimi owacjami na stojąco. W Milanie Redondo po raz kolejny pokazał klasę. Nie zgodził się przyjmować wynagrodzenia. Argumentował to faktem, że jeśli nie gra, to nie ma prawa do pobierania z tego tytułu pieniędzy. Usilnie starał się też zrzec przekazanego mu przez klub mieszkania i samochodu, tu jednak nic nie wskórał. W roku 2004 Fernando Redondo zakończył karierę piłkarską. Miał wtedy 34 lata, gdyby nie niemal permanentna kontuzja kolana, mógłby grać jeszcze przez dwa – trzy sezony. O ile kariera klubowa Fernando było względnie udana, to reprezentacyjna nie była już taka dobra. Jak na piłkarza tego formatu, rozegrał mało spotkań w drużynie „Albicelestes”, gdyż tylko 29. Strzelił tylko jedną bramkę. Większość z tych występów przypadała na lata 1992-1994, gdy trenerem Argentyńczyków był Alfio „Coco” Basile, trener – legenda rodzimego futbolu. Wcześniej Fernando nie dostawał zbyt wielu szans na grę, będąc skłóconym z trenerem Carlosem Bilardo.
Nasz bohater odmówił wyjazdu na mistrzostwa świata w 1990 roku, argumentując to chęcią dokończenia studiów prawniczych. Inna wersja wydarzeń mówi o braku akceptacji bardzo defensywnego stylu gry reprezentacji. Na mundialu w 1994 roku Redondo był już najważniejszym ogniwem drużyny, jednak kontrowersje związane z pozytywnym wynikiem testu dopingowego Diego Maradony sprawiły, że cały zespół stracił chęć i motywację do gry, odpadając z turnieju po spotkaniu z Rumunami. Jak się okazało, był to ostatni czempionat globu, na którym mieliśmy przyjemność oglądać Redondo. Do Francji nie pojechał, gdyż – jak donoszą media – nie zgodził się na ścięcie swoich długich włosów. Jednak zdrowy rozsądek każe wierzyć trenerowi Passarelli, który przyznał, że odmowa Redondo wiązała się z faktem, że pomocnik nie chciał grać na boku boiska, widząc się tylko w jego centralnej części. Już po zakończeniu kariery Fernando wielokrotnie grywał w meczach charytatywnych i spotkaniach pożegnalnych swoich kolegów z boiska. Regularnie wybierany był do reprezentacji gwiazd światowego futbolu. Grywał z takimi zawodnikami, jak Ruud Gullit, Frank Rijkaard czy Franco Baresi. Mimo uzasadnionej niechęci do Pereza, Redondo zawsze deklarował się jako zagorzały madridista. Niedawno pojawiły się nawet informacje o możliwości objęcia przez niego funkcji dyrektora sportowego, jednak sam zainteresowany zdementował te plotki. Zapewne każdy zna kibicowski zwyczaj obwoływania futbolowych talentów mianem nowego Maradony/Pelego/Beckenbauera etc. Tak samo sprawy mają się z argentyńskimi defensywnymi pomocnikami. Każdy chce być, a jeśli jest wystarczająco dobry, to jest nowym Redondo. W ostatnim czasie najczęściej porównywanym piłkarzem jest Fernando Gago. Presję powiększa fakt, że Gago również grał w Realu Madryt. Obecnie staje się już jednak jasne, że drugiego Redondo z niego nie będzie. Na koniec przychodzi czas na charakterystykę gry naszego bohatera. Zacznijmy od jakże wymownej opinii byłego trenera Realu, Fabio Capello. „Piłkarz taktycznie idealny” to dobry opis umiejętności Fernando. Od Argentyńczyka rozpoczynała się znakomita większość akcji „Królewskich”. Znakomita większość akcji rywali się na nim kończyła. Królestwem Redondo był środek pola, nie widział się i nie miał zamiaru grać w innych rejonach boiska. Miał on niesamowitą, bardzo rzadką umiejętność kontroli tempa i sposobu przeprowadzania akcji. Umiejętność, którą w dzisiejszym futbolu ma chyba tylko Xavi Hernandez a i tak potrzebuje do tego lepszego dnia. Fernando widział wszystko, piłkę rozprowadzał raczej krótkimi podaniami, często niespodziewanymi i wydawałoby się, że niewykonywalnymi. Dysponował świetną, nienaganną techniką, która przywodzi na myśl wyczyny „Boskiego Zizou”, zero niepotrzebnych ruchów, wszystko obliczone na skuteczność. Jak niemal wszyscy wielcy piłkarze „Los Blancos”, Fernando grał bardzo czysto, był boiskowym dżentelmenem, cieszył się szacunkiem piłkarzy i kibiców Realu, a trzeba pamiętać, że nie każdy w tamtym czasie potrafił wpasować się do składu „Los Merengues”. Na koniec warto zadać sobie pytanie, jak wyglądałaby gra Realu, gdyby sprowadzony w 2001 roku Zidane miał za plecami Redondo? Dwaj królowie środka pola w jednej ekipie…
9
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11
10
Skromne ale jednak zwycięstwo:
6 czerwca 1978 r. reprezentacja Polski pokonała Tunezje w swoim drugim meczu na mundialu w Argentynie . Mieli być chłopcami do bicia, a zostali jedną z rewelacji argentyńskiego mundialu. Najpierw Tunezyjczycy odprawili Meksyk 3:1. Było to pierwsze zwycięstwo drużyny z Afryki w finałach MŚ. Później drużyna z Maghrebu postawiła się medalistom poprzedniego mundialu – z Polską przegrała minimalnie, a na koniec sensacyjnie zremisowała bezbramkowo z mistrzami świata Niemcami. Drużyna Jacka Gmocha wygrała z Tunezją po golu niezawodnego Grzegorza Laty, a w reprezentacji zadebiutował Andrzej Iwan który w wieku niespełna 19 lat został najmłodszym graczem MŚ'78.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
12
Wybitne legendy polskiego futbolu:
Dokładnie 70 lat temu urodził się Władysław Antoni Żmuda, środkowy obrońca. Kiedy okazało się że w jednym pokoju na mundialu w 1974 r. Kazimierz Górski umieścił Deyne oraz Żmude, pokpiwano w Polsce na temat dialogu, jaki miał się rozegrać między tą dwójką. ,,Cześć”- powiedział jeden. ,,Cześć”- odpowiedział drugi na koniec zgrupowania. Nie wynikało to z braku sympatii. Żmuda pod względem milczkowatości przebijał natomiast wycofanego Deyne. Kiedy jednak wchodził na boisko, odwagi mu nie brakowało. Najlepszym dowodem jego wielkich umiejętności jest fakt że tylko on spośród polskich piłkarzy ma w dorobku udział w 4 mundialach! Grał na MŚ w 1974,1978, 1982 i 1986. Łącznie rozegrał w turniejach tej rangi 21 meczów, co jest najlepszym wynikiem w historii reprezentacji Polski. Na całym świecie Żmuda zajmuje obecnie 4 miejsce za Matthausem, Maldinim i Seelerem. Do 1998 był nawet wiceliderem tej klasyfikacji ex aequo z samym Maradoną. Wraz ze Zdzisławem Kapką byli jedynymi członkami drużyny młodzieżowej(brązowy medal ME U-18 w 1972), których na mundial 2 lata później powołał Górski. Wydawało się jednak że Żmuda jedzie tam tylko po nauke. Przecież na nieprawdopodobieństwo zakrawał fakt, iż miał by on zastąpić jednego z bohaterów eliminacyjnych zmagań, w tym starcia z Anglią na Wembley- Mirosława Bulzackiego. Już samo jego pojawienie się w ostatecznym składzie uważano za niespodziankę. Selekcjonerowi jednak spodobało się zgranie Żmudy z obrońcą Górnika Zabrze- Hentykiem Wieczorkiem. Obchodzący 20 urodziny na tydzień przed startem mundialu, był czwartym najmłodszym zawodnikiem powołanym na te MŚ. Od pierwszego gwizdka jednak nawet na chwile nie zszedł z murawy i z równym spokojem radził sobie z egzotycznymi Haitańczykami, co z gwiazdami Argentyny, Włoch, Szwecji, Jugosławii, Niemiec czy Brazylii.
Razem z Gorgoniem stworzył jeden z najlepszych duetów obronnych na tym mundialu. Dzięki temu Żmuda zdobył nagrodę dla najlepszego młodego piłkarza mistrzostw. Znalazł się też w jedenastce młodzieżowców agencji AP. Młody zawodnik imponował przede wszystkim umiejętnością w grze obronnej jeden na jednego. Bardzo dobrze przeciwstawiał się świetnym technicznie rywalom. Jak twierdzi Stefan Szczepłek, wynikało to z jego… bardzo dużej wady wzroku! Podobno Żmuda nie widział wszystkich trików rywali a swoje spojrzenie koncentrował na piłce, co pomagało mu notować wiele odbiorów w takich pojedynkach z największymi gwiazdami światowej piłki. Razem z reprezentacją Polski zdobył na tym turnieju srebro za 3 miejsce. Sukces ten powtórzył także z kadrą pod wodzą Antoniego Piechniczka w 1982 r. Wtedy jednak wystąpił też w roli… dekorującego. Prezydent FIFA Joao Havelange z powodu urazu stóp poprosił o pomoc w rozdaniu medali prezesa PZPN, Włodzimierza Reczka. Ten wręczył zaś tacke z medalami kapitanowi kadry, którym był wtedy właśnie Żmuda. Obrońca przeszedł się z paterą wzdłuż szpaleru kolegów. Agencja Reutera umiejscowiła go w najlepszej ,,11” turnieju. Tak jak w Niemczech stoper w Hiszpanii grał we wszystkich meczach biało-czerwonych od pierwszej do ostatniej minuty. W ogóle 20 kolejnych meczów reprezentacji Polski na mundialach zaliczył w pełnym wymiarze. Korzystał z niego non-stop również Jacek Gmoch w 1978 r. Kariere mundialową zakończył honorowy występ w końcówce spotkania z Brazylią w 1986 r. Zarazem był to jego 21 mecz na turnieju tej rangi, co w tym czasie stanowiło rekord. Wteran bojów mundialowych budził wówczas wielką ciekawość. Telewizja meksykańska przyjechała nawet złożyć mu gratulacje za udział w czwartych MŚ. ,, Nie przyjechałem po to, aby bić rekordy. Dla mnie rekordem, który sprawił mi wiele satysfakcji, będzie bardzo dobra gra polskich piłkarzy”- opowiadał Żmuda. Takie wprowadzenie zasłużonego zawodnika do gry przy stanie 0:4 z Canarinhos jednak nie wszystkim w kraju się spodobało. ,,Dla mnie osobiście było to żenujące i będąc na miejscu Żmudy, nie skorzystałbym z tej oferty. Tak zasłużony piłkarz nie powinien mieć takiego upokarzającego końca swej reprezentacyjnej kariery”- pisał w felietonie dla ,,Dziennika Łódzkiego” o tej sytuacji Jan Tomaszewski.
Znakomitą karte Żmuda zapisał także w samej Ekstraklasie. Zadebiutował w niej tuż po 18 urodzinach w barwach Gwardii Warszawa, gdzie trafił z Motoru Lublin po medalowych ME juniorów. Razem z nią awansował do finału Pucharu Polski. Tam(już bez jego udziału) Gwardziści przegrali 0:2 z Ruchem Chorzów. Większe sukcesy przyniosły mu czasy gry w Śląsku Wrocław oraz Widzewie Łódź. Z zespołem z Dolnego Śląska zdobył po jednym srebrnym i jednym brązowym medalu a także zapisał na swoim koncie triumf w Pucharze Polski. W czasie gry w tej drużynie zetknął się z innym Władysławem Żmudą- trenerem. Dlatego bardzo często oznaczano go w prasie jako ,,Żmude II”. Potem natrafili na siebie w Widzewie. Z Widzem Łódź zwyciężał w lidze dwukrotnie: w 1981 i 1982 roku. Do tego doszło jedno wicemistrzostwo kraju. Szczególnie znakomicie wypadł w pierwszej z tych edycji. Żmuda wygrał wtedy punktacje ,,Sportu”- ,,Złote Buty”. W tym sezonie też strzelił swojego jedynego gola w historii występów w Ekstraklasie. Duże sukcesy przyniosła mu gra w europejskich pucharach. Razem ze Śląskiem Wrocław awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1976/77. Z Widzewem Łódź awansował natomiast do 1/8 finału Puchar UEFA. W tej kampanii właśnie zespół z Łodzi wyeliminował Manchester United a także po wspaniałym boju, Juventus Turyn! Po mundialu w 1982 r. wyjechał do Włoch, gdzie za 320 tysięcy dolarów ściągnął go Hellas Verona. Potem bronił barw US Cremonese i Cosmos Nowy York. W reprezentacji Polski rozegrał w sumie 91 spotkań co obecnie daje mu 9 miejsce w klasyfikacji wszechczasów. Strzelił w tych starciach 2 gole. Poza dwoma medalami z MŚ, wywalczył także wicemistrzostwo olimpijskie. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Rozegrał 79 spotkań w kadrze jako zawodnik klubów Ekstraklasy. Stawia go to na 3 miejscu pod tym względem. Był również pierwszym piłkarzem w historii, który na 3 mundialach reprezentował 3 kluby Ekstraklasy. Nikt też nie zaliczył tylu spotkań na imprezie tej rangi spośród przedstawicieli Ekstraklasy. Po zakończeniu kariery pracował jako trener. Był asystentem Jerzego Engela w reprezentacji, która awansowała na MŚ w 2002 r. oraz Pawła Janasa w kadrze olimpijskiej. Wielokrotnie prowadził też różne drużyny młodzieżowe. Do 2012 r. pełnił funkcje Przewodniczącego Klubu Wybitnego Reprezentanta.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
10
Piłka jest okrągła a bramki są dwie:
Panie i Panowie! Dzisiaj mija 51 lat od jedynego zwycięstwa Polski nad Anglią! Według niektórych źródeł, 6 czerwca 1973 roku na stadionie Śląskim w Chorzowie zmagania Polski i Anglii oglądało 90 tysięcy osób. Inne szacują tę liczbę nawet na 130 tysięcy. Zebrani na tym obiekcie kibice byli świadkami historycznego i(jak na razie) niepowtarzalnego wydarzenia. Był to dzień radości z pokonania tak silnego przeciwnika i dzień bólu dla asa polskiej drużyny, Włodzimierza Lubańskiego. To on zdobył drugą, przesądzającą o zwycięstwie bramkę, ale został też zniesiony z boiska po brutalnym faulu Roya McFarlanda. Była więc wielka radość i wielki ból. Kontuzja, której wtedy doznał, wykluczyła go z udziału w następnych meczach, w tym na Wembley(1:1, 17.10.1973), a także z gry w pamiętnych dla Polski finałach MŚ 1974, w RFN, gdzie biało-czerwoni zajęli trzecie miejsce. Jeden z brytyjskich serwisów internetowych zamieścił artykuł poświęcony temu wydarzeniu, który zatytułowano: "Jak McFarland odebrał Polakom mistrzostwo świata". Sugerowano, że z Lubańskim w składzie biało-czerwoni zajęliby najwyższe miejsce na podium. "To był wyjątkowy mecz, jeśli chodzi o moją osobę. Był ogrom radości ze zdobycia bramki i zwycięstwa nad Anglią, ale też nieszczęśliwy wypadek, ciężka kontuzja, która mnie wyeliminowała na długi czas" - wspominał legendarny napastnik Górnika Zabrze przy okazji ostatniego starcia z "Trzema Lwami"(1:1, 17.10.2012), w wywiadzie dla tygodnika "Newsweek". Pierwszego gola zapisano na konto Roberta Gadochy. W siódmej minucie, po jego rzucie wolnym, po którym pod bramką angielską było niesamowite zamieszanie, piłka wylądowała w siatce (niektóre źródła przypisują tego gola Janowi Banasiowi, a nawet samobójczemu rykoszetowi kapitana Bobby'ego Moore'a). Anglicy grali przez ostatni kwadrans w dziesiątkę. Niecodzienny faul popełnił Alan Hall, którego sędzia wyrzucił z boiska w 76. minucie. Po krótkiej przepychance z Lesławem Ćmikiewiczem, napastnik złapał rywala za szyję i uderzył kolanem w krocze. Po meczu rozczarowania nie ukrywał trener gości sir Alf Ramsey. "Nie wierzę, żeby Polska mogła zagrać lepiej, za to my mogliśmy i powinniśmy byli. Jednak jestem dumny z występu mojej drużyny" - podkreślił. Mecz w Chorzowie był pierwszym spotkaniem obu ekip o stawkę. Bardzo dobrze zaczęła się zatem rywalizacja o punkty z Anglikami, ale łączny bilans jest dla biało-czerwonych druzgocący. W 16 starciach o stawkę Wyspiarze triumfowali dziewięciokrotnie, a sześć razy padł remis - ostatnio 17 października w eliminacjach MŚ 2014 na warszawskim Stadionie Narodowym.
Mecz w 1973 roku był ważny także z innego powodu. Był "początkiem końca" kariery jednego z najlepszych polskich napastników - Lubańskiego - oraz cenionego angielskiego obrońcy - Moore'a. Ten pierwszy musiał zmagać się z kontuzją i długą rehabilitacją po zerwaniu więzadeł krzyżowych. Jak sam przyznał, nigdy nie wrócił już do tak dobrej formy. "Takie są fakty. Ta kontuzja wyeliminowała mnie na długi czas z gry. No niestety, tak się czasami zdarza w piłkarstwie zawodowym" - mówił w "Newsweeku". Wtedy także zaczął się schyłek kariery Moore'a - mistrza świata z 1966 roku. Powodem nie był jednak uraz, a boleśnie przegrana rywalizacja właśnie z Lubańskim. Rutynowany, 32-letni wówczas Anglik dał się ograć "jak dziecko" szarżującemu na niego napastnikowi reprezentacji Polski. Zwlekał z odegraniem piłki, ulegając zwyczajowi "mądrego" rozegrania, a nie wykopywania na oślep. Lubański odebrał ją Moore'owi i pognał na bramkę. W pełnym biegu strzelił w krótki róg bramki Petera Shiltona i było 2:0. To była 47. minuta meczu. Po "wpadce" w Chorzowie, trener Alf Ramsey powoływał jeszcze Moore'a do reprezentacji, by mógł pobić rekord Bobby'ego Charltona w liczbie gier w koszulce z trzema lwami, co się zresztą udało (108 razy), ale fatalny "kiks" w meczu z Polską oznaczał schyłek "ery Moore'a".
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Kessie
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 No cóż, przemineła z wiatrem...
15
Jak dotąd ostatnie chwile czystej radości:
6 czerwca 2015 roku na Olympia Stadion w Berlinie, FC Barcelona pokonała Juventus Turyn 3:1 w finale Champions League! ,,Ta drużyna jest po prostu niesamowita i dlatego ma apetyt na dwa kolejne trofea przed wakacjami”- powiedział Messi po zdobyciu mistrzostwa kraju a przed finałami Pucharu Króla i Ligi Mistrzów. Skoro tak sądził Argentyńczyk, to oczywiście Blaugrana była faworytem berlińskiego starcia z Juventusem, lecz ekipy z Turynu nikt w stolicy Katalonii nie lekceważył. Między oboma finalistami istniało sporo podobieństw. Przede wszystkim ,,Stara Dama” też zmieniła latem trenera. Za Antonio Conte przybył Massimiliano Allegri. Zrazu wybór ten nie ucieszył fanów, którzy darzyli byłego trenera Milanu chłodnymi uczuciami. Przystępując do finału obie ekipy miały już zdobyte mistrzostwo kraju oraz krajowy puchar, więc walczyły o potrójną korone. Z uwagą obserwowano Luisa Suareza, gdyż przyszło mu mierzyć się z Patricem Evrą, którego Urugwajczyk obraził rasistowsko jeszcze w meczu Premier League. Na szczęście nie doszło między nimi do niesportowych incydentów. Ciekawe co by się działo, gdyby mógł zagrać pogryziony na mundialu przez ,,El Pistolero” Chiellini? Niestety kilka dni wcześniej defensor doznał kontuzji, co było dla ,,Starej Damy” dużym osłabieniem. ,,Skoro nie zagra Giorgio, to Barça jest faworytem. Z nim szanse na zwycięstwo byłyby równe”- jasno stwierdził Buffon. ,,To finał Ligi Mistrzów a my jesteśmy Barceloną. Nic innego niż zwycięstwo nie wchodzi w gre. Wszystko nam w tym sezonie jak na razie wychodzi, czemu nagle miałoby być inaczej?”- te słowa Rakiticia z przedmeczowej rozmowy z FIFA.com najtrafniej chyba ilustrowały nastroje wśród zawodników i cules Blaugrany. Plan taktyczny na starcie z Juve zdradził w rozmowie z UEFA.com Gerard Pique: ,,Będziemy mieli długo piłke ale najważniejsze jest żeby wysoko zabierać ją rywalowi i szybko docierać do jego bramki. Jakość napastników Juve sprawia też że bardzo ważna będzie koncentracja w grze obronnej”. Luis Enrique borykał się jednak przed meczem z istotnym problemem: niedyspozycją Iniesty. Podatny na stres zawodnik zmagał się z jakimiś nie do końca określonymi dolegliwościami psychosomatycznymi. ,,Lucho” zastanawiał się czy tak rozbitego zawodnika należy wystawić w pierwszym składzie na finał. W odwodzie miał przecież Xaviego ale to sam Xavi rozstrzygnął problem na korzyść kolegi: ,,Do finału pozostawały 2 dni, kiedy powiedziałem Lucho: »Ten gość nie musi nawet trenować. Spokojnie Luis, poradzi sobie w Berlinie«”. No i Lucho nominował Inieste do pierwszego składu. Na początku meczu pozbawiona Chielliniego obrona Juve grała nerwowo, co skończyło się szybką stratą gola. Akcje zaczął Neymar, przekazał piłke Inieście a ten szybko potwierdził diagnozę Xaviego że da rade, zagrywając do stojącego przed pustą bramką Rakiticia, choć mógł sam strzelać. ,,Na te chwile pracowałem całe życie”- wspominał to trafienie Chorwat. W 11 minucie żółtą kartke dostał straszliwie nabuzowany Vidal, co też nie pozostało bez wpływu na przebieg meczu. Po kwadransie Dani Alves mógł podwyższyć na 2:0 ale Buffon utrzymał zespół w grze dzięki jednej z najlepszych interwencji w karierze. Bohaterem pierwszej połowy należało jednak uznać Busquetsa, który ani razu nie stracił w tym czasie piłki.
Po przerwie graczy Juventusu jakby opuściły nerwy. W 55 minucie przeprowadzili przepiękną akcje. Liechsteiner zagrał do Marchisio, który odegrał mu piętą. Szwajcar pomknął do przodu i podał do Teveza a potem było jak w meczu z Realem. Argentyńczyk strzelił, bramkarz hiszpańskiej ekipy obronił ale dobił Morata. Następne minuty należały do Juventusu. W 60 minucie Tevez miał znakomitą okazje, lecz huknął nad poprzeczką a potem sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Messi. Przeprowadził indywidualną akcje i zakończył ją uderzeniem, które Buffon wprawdzie obronił ale na miejscu znalazł się Luis Suarez. Było 2:1 a minute później Barça znów nacisnęła. Neymar nawet wbił piłke do siatki ale sędzia anulował gola, dopatrując się zagrania ręką strzelca. W końcówce Włosi atakowali całym zespołem, nadziali się jednak na kontre wykończoną przez Neymara. Brazylijczyk w grudniu 2014 r. mówił w rozmowie z ,,Mundo Deportivo”;,,Moim największym marzeniem jest strzelić dla Barcelony gola dającego zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów w 2015 r.”. Ciekawe czy uznał swoje marzenie za spełnione? Chwile potem sędzia zagwizdał po raz ostatni. FC Barcelona znów triumfowała! Luis Enrique po 5 latach wyznał że przed meczem zmagał się z olbrzymim stresem. ,,Nigdy w karierze piłkarskiej ani trenerskiej nie byłem tak zdenerwowany jak wtedy. Nie potrafiłem nad sobą zapanować. Gdybym jeszcze raz miał to przeżywać, to chyba wziąłbym jakieś prochy”- stwierdził. Wyjawił że dopiero trafienie Neymara uwolniło go od napięcia. Z tego powodu już nigdy później nie obejrzał meczu z Juventusem. Finał był tak znakomitym i pasjonującym widowiskiem, jednym z lepszych w historii Ligi Mistrzów że po prostu nie dało się po nim mieć pretensji do pokonanych. ,,Staraliśmy się jak mogliśmy, daliśmy z siebie wszystko ale Barça miała to coś, czego nam zabrakło, choć nie wiem, czym to jest”- powiedział chyba najlepszy tego wieczoru w Juventusie Pogba i była to szczera prawda. Chociaż MVP meczu wybrano Inieste, to chyba jednak najlepszy na boisku był Rakitič. Jeśli ktoś przed meczem się dziwił ze w starciu o taką stawke Xavi znów zasiada na ławce rezerwowych a gra Chorwat, to po ostatnim gwizdku sędziego gratulował Luisowi Enrique konsekwencji. Nikogo nie zdziwiło że Xavi zmienił Inieste a nie Rakiticia. ,,Jestem tu nie po to, by błyszczeć od pierwszego meczu, tylko po to, by ciężko pracować i co dzień stawać się lepszym piłkarzem”- powiedział Chorwat po transferze z FC Sevilli, po czym wcielił ten plan w życie. Sam uważa iż wielka w tym zasługa trenera. ,,Pod względem umiejętności wydobycia z piłkarzy ich potencjału Luis Enrique nie ma sobie równych”- stwierdził.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11
9
Bezczelny Guruceta:
6 czerwca 1970 r. FC Barcelona została ewidentnie skrzywdzona przez sędziego Gurucete w meczu z Realem Madryt. ,,Guruceta!”- skandują starsi kibice na Camp Nou podczas kontrowersyjnych decyzji arbitra, mając w pamięci wydarzenia z przed ponad 40 lat. W rewanżowym meczu ¼ Copa del Generalismo Barça grała na własnym boisku z Realem Madryt. W pierwszym spotkaniu arbiter uznał gola dla ,,Krolewskich” po kilkumetrowym spalonym(ostatecznie padł wynik 2:0) co jeszcze bardziej podgrzewało atmosferę przed rewanżem. Do sędziowania desygnowano młodego 28-letniego arbitra Emilio Carlosa Gurucetę. Przy stanie 1:0 dla Blaugrany sędzia odgwizdał rzut karny dla Realu mimo że faul nastąpił niemal 2 metry przed polem karnym. Na boisko z trybun poleciały poduszki a także inne przedmioty. Kapitan Barçy Eladio Silvestre został usunięty z boiska za słowa skierowane do Gurucety: ,, Jesteś madridistą, nie masz wstydu”. Dziesięć minut przed końcem kibice nie wytrzymali i wbiegli na boisko, gdzie w brutalny sposób spacyfikowała ich policja. FC Barcelona jako klub dostał maksymalną możliwą kare(90 tys. peset), natomiast sędziego zdyskwalifikowano na pół roku. W pierwszym sezonie Gurucety w La Liga aż cztery kluby zażądały aby nie prowadził spotkań z ich udziałem. W 1985 r. po 15 latach Guruceta ponownie poprowadził mecz Blaugrany(,,Nie chcę skończyć kariery zanim wrócę na Camp Nou”- mawiał Guruceta) w Trofeo de Palma ale tym razem nie podyktował karnego na Schusterze i na dodatek usunął Niemca z boiska. Co ciekawe, najlepsi arbitrzy La Liga otrzymują obecnie coroczne wyróżnienie imienia…..Gurucety! Ma to związek z tragiczną śmiercią słynnego arbitra w wypadku samochodowym w lutym 1987 r.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
9
Feliz cumpleaños panie Albercie!
6 czerwca 1970 r. urodził się Albert Ferrer. Ten prawy obrońca zaczynał karierę w FC Barcelona B, lecz debiut w Primera Division zaliczył w ekipie Teneryfy, do której był wypożyczony w 1990 r. Po powrocie trafił do pierwszego składu Blaugrany i zadomowił się w nim aż na 8 lat, podczas których rozegrał 301 spotkań i strzelił 3 gole. Wraz z Dumą Katalonii pięciokrotnie został mistrzem Hiszpanii(1991, 1992, 1993, 1994, 1998), dwukrotnie zdobył Puchar Króla(1997, 1998) oraz cztery razy wywalczył Superpuchar Hiszpanii(1991, 1992, 1994, 1996). W sezonie 1991/1992 sięgnął po Puchar Europy; w finałowym meczu z Sampdorią zagrał w podstawowym składzie. Ponadto w 1997 roku zdobył Puchar Zdobywców Pucharów a w 1992 i 1997 wywalczył Superpuchar Europy. W 1998 r. odszedł do londyńskiej Chelsea, gdzie po pięciu sezonach zakończył karierę.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
9
Zapomniane legendy polskiego sportu:
5 czerwca 1920 r. w Warszawie urodził się Tadeusz Świcarz. Napastnik, jeden z najlepszych piłkarzy w historii Polonii Warszawa, mistrz Polski z 1946 r. Wychowywał się na robotniczej Woli, gdzie latem grało się w piłkę nożną a zimą w hokeja. Kostek(jak go powszechnie nazywano) w wieku 8 lat trafił do Skry, a w 1937 r. przeszedł do Ursusa. Przed wojną udało mu się nawet załapać do robotniczej reprezentacji Polski, z którą pojechał na turniej do Francji. Jego fenomen polegał na tym, że był świetny w dwóch dyscyplinach: ,,To był kapitalny piłkarz. Szybki, ruchliwy i miał świetny drybling. A wie pan, dlaczego z niego taki drybler był? Bo był też hokeistą, i to jakim! Na lodzie, tak jak na murawie, grał na środku napadu. A w hokeju trzeba umieć lawirować między obrońcami. I on to przenosił na boisko piłkarskie” – mówił dla Przeglądu Sportowego jego kolega z boiska bramkarz Zdzisław Sosnowski. Kostek przed wojną awansował do pierwszej drużyny hokejowej Polonii a w 1939 r. otrzymał nawet powołanie do kadry olimpijskiej. Pięknie rozwijającą się karierę piłkarsko-hokejową przerwała wojna. Tadeusz Świcarz był aktywnym uczestnikiem rozgrywek konspiracyjnych jako zawodnik Varsovii. Mimo że nie angażował się w działalność podziemia, został w 1942 r. wywieziony na roboty do III Rzeszy. Wylądował u austriackiego rolnika, który traktował go zupełnie przyzwoicie, jednak uciekł przy pierwszej nadarzającej się okazji i wrócił do Warszawy. Dostał pracę w fabryce Toebbensa, a że jej dyrektor był przed wojną bramkarzem w Hamburgu, zgodził się na powstanie zakładowej drużyny. Kostek ściągnął do niej z Ursusa m.in. Stanisława Woźniaka, z którym potem zdobył mistrzostwo Polski.
Powstanie Warszawskie zastało go na Woli, czyli w najgorszym możliwym miejscu. Przetrwał straszliwą rzeź tej dzielnicy i przedostał się 11 sierpnia na Starówkę, gdzie nie było dużo lepiej. Wzięty do niewoli jako cywil, na rozkaz Niemców chodził na szaber do opuszczonych kamienic. Po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie, potem do Lądka-Zdroju, skąd znowu uciekł. Do Warszawy wrócił już po „wyzwoleniu” i zgłosił się do Polonii Warszawa, która nieoczekiwanie została mistrzem Polski w pierwszych piłkarskich rozgrywkach po wojnie(1946). Jednocześnie grał w hokeja dla Legii Warszawa, co rodziło niekiedy komplikacje– np. przed decydującym meczem sezonu 1946 Polonia musiała go ściągać w trybie pilnym ze zgrupowania hokeistów. Opłacało się, bo dwa gole Świcarza zapewniły zwycięstwo 3:2 z AKS Chorzów i tytuł dla leżącej w gruzach stolicy. Potem jednak już nie było tak kolorowo. Polonia nie zgodziła się na patronat milicji, więc borykała się z coraz większymi problemami organizacyjnymi i finansowymi a dodatkowo Kostek poróżnił się z działaczami. Klub nie pomógł mu w leczeniu groźnej kontuzji, nie chciał także zwrócić kosztów dojazdu na mecz (inna sprawa, że musiał jechać na własną rękę, bo spóźnił się na zbiórkę…). W 1950 r. odszedł więc do Legii, stając się dla kibiców Czarnych Koszul zdrajcą. Zagrał tam siedem spotkań i zdobył jednego gola, po czym złapał kontuzję. Zaliczył jeszcze epizody w Śląsku Wrocław, Lotniku Warszawa i ponownie Legii, ale de facto w wieku 31 lat jego piłkarska kariera się skończyła. Ciągle jednak odnosił sukcesy w hokeju, z Legią trzykrotnie świętował mistrzostwo Polski, znalazł się nawet w reprezentacji olimpijskiej na igrzyska w Oslo (1952). Jako hokeista grał jeszcze dla Gwardii Bydgoszcz i Znicza Pruszków, 16 razy reprezentował Polskę. Jako piłkarz w koszulce z białym orłem na piersi zagrał pięciokrotnie. Debiutował 11 czerwca 1947 r. w pierwszym powojennym meczu Polaków z Norwegią (porażka 1:3) a przygodę reprezentacyjną zakończył 6 listopada 1949 r. w wygranym 2:1 spotkaniu z Albanią.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
5
@FCBparasiempre
Peñarol z minuty na minutę radził sobie coraz lepiej, ale Zamora dzielnie trwał na posterunku. Hiszpanie coraz częściej grali na czas i powoli odliczali już minuty do końcowego gwizdka. Wreszcie jednak na kwadrans przed końcem Urugwajczycy przeprowadzili akcję, która na zawsze zapisała się w pamięci świadków tego widowiska. Urugwajczycy nie potrafili sobie utorować drogi do bramki świetnie broniącego Zamory. W końcu Anselmo ograł dwóch obrońców, przerzucił piłkę do Suffiatiego i ruszył pędem w oczekiwaniu na podanie. Ale w to wszystko wmieszał się Piendibene: poprosił o futbolówkę, dostał ją, minął Urquizú i zbliżył się do bramki rywala. Zamora zobaczył, jak składa się do strzału w krótki róg, i rzucił się w tym kierunku. Tymczasem Piendibene, zamiast huknąć ile sił, posłał piłkę leciutkim uderzeniem w długi róg. Zamora zdołał jeszcze poderwać się na nogi i rzucić w przeciwną stronę, ale jedynie musnął palcami futbolówkę nieuchronnie zmierzającą do siatki – opisywał tamto trafienie Eduardo Galeano w swojej książce „Blaski i cienie futbolu”. Zamora wstał, otrzepał się z kurzu i pogratulował swojemu znakomitemu rywalowi. Rozradowana publiczność skanowała Piendi! Piendi! Peñarol! Peñarol! Peñarol wygrał i w następnym roku wybrał się na tournée po Europie. W ciągu trzech miesięcy stoczyli dziewiętnaście pojedynków. Organizacyjnie sporo było do poprawy i szwankowała skuteczność. Nie bez wpływu na to był pewnie fakt, że w kraju został dochodzący do zdrowia po kontuzji Piendibene. Na fali euforii po zdobyciu drugiego mistrzostwa olimpijskiego zdecydowano o zorganizowaniu meczu o Puchar Serrato. 7 października 1928 r. naprzeciw siebie stanęły zespoły Peñarolu i Nacionalu, w których składzie było jedenastu mistrzów olimpijskich – siedmiu z Nacionalu i czterech z Peñarolu. Los Carboneros przegrali 0:1, a po meczu ogłoszono, że Piendibene nie zagra w zaplanowanym na kolejną niedzielę ligowym pojedynku obu ekip. Dziennikarze i kibice, którzy zgromadzili się tamtego dnia na trybunach Parque Central nie mieli pojęcia, że ostatni raz oglądają Piendibene w akcji. Maestro odszedł w glorii mistrza Urugwaju. W tamtym sezonie Peñarol nie miał sobie równych i z łatwością zwyciężył w lidze. Dla Piendibene był to szósty mistrzowski tytuł. Wcześniej wygrywał w latach 1911, 1918, 1921, 1924 (FUF) i 1926. W sumie w ciągu 20 lat gry dla Peñarolu wystąpił w 506 meczach i strzelił 253 gole. Do dzisiaj ma na koncie najwięcej występów w prestiżowych derbach z Nacionalem, których zaliczył 62 i w których 21 razy wpisywał się na listę strzelców. W drużynie narodowej zagrał w 40 oficjalnych meczach i zdobył 20 bramek. Jeśli doliczymy te nieoficjalne z czasów rozłamu w argentyńskim i urugwajskim futbolu, to bilans będzie wynosił 56 występów i 26 bramek, w tym aż 17 goli, które strzelił Argentynie. Poza boiskiem był raczej wycofany, cichy i dyskretny, ale kiedy pojawiał się na murawie, to nie wahał się strofować i ustawiać kolegów. Świetnie sprawdzał się w roli lidera i potrafił znakomicie zmotywować swoich kolegów do lepszej gry. Był typem zawodnika, przy którym inni wchodzili na wyższy poziom. Nigdy nie krytykował kolegów za popełnione błędy i był pierwszym, który przychodził ich pocieszyć. Znakomicie odnajdywał się w polu karnym rywali. Nie straszne mu były tłok i zamieszanie pod bramką przeciwnika. Kiedy z czasem nieco wyłysiał i przybrał na wadze kilka kilogramów, to właśnie z tych przepychanek uczynił swój dodatkowy atut. Zawsze na pierwszym miejscu stawiał dobro zespołu i odrzucał wszystkie zbyteczne, niepotrzebne i popisowe zagrania. Nigdy nie wyśmiewał się z rywali i zawsze odnosił się do nich z szacunkiem. Wielokrotnie podkreślał, że futbol to gra zespołowa. ,,Stanowczo twierdzę, że możemy i powinniśmy grać zespołowo, bo właśnie zespołowość jest największą zaletą piłki nożnej i dodaje uroku tej pięknej i popularnej dyscyplinie”– mówił.
Przez 20 lat utrzymywał się na szczycie. Z decyzją o zawieszeniu butów na kołku nosił się już wcześniej. Nie do końca zaleczone urazy i tendencja do przybierania na wadze nie sprzyjały utrzymaniu wysokiej formy. Pamiętajmy, że grał w czasach futbolu amatorskiego, więc o jakiejkolwiek profesjonalizacji treningów nie było mowy. To, że mimo tych wszystkich przeciwności tak długo potrafił utrzymać się na szczycie, zasługuje na najwyższe słowa uznania. Jego klasę doceniano też w klubie. Mimo że ciągle był czynnym piłkarzem, to w 1924 r. został mianowany honorowym członkiem klubu. Swoją grą inspirował rzesze młodych urugwajskich adeptów futbolu, a pewnie dla wielu jest wzorem do dzisiaj. José Piendibene po dziś dzień uchodzi za najlepszego środkowego napastnika w historii Urugwaju – co do tego zgodni są wszyscy eksperci! Był symbolem i liderem pierwszego pokolenia zwycięzców, legendarnej generacji „1912” […]. Wysoki, silnie zbudowany, ciemny blondyn o regularnych rysach znamionujących inteligencję i siłę woli – stworzył podwaliny słynnej urugwajskiej szkoły futbolowej, opartej na bezbłędnym panowaniu nad piłką, nienagannej kondycji i sprawności oraz grze pełnej fantazji, łączącej harmonijnie naturalny temperament południowców z chłodną, wyrozumowaną myślą taktyczną. Mieszkanka tych cech miała zapewnić „celestes” na całe dziesięciolecia prymat w światowej piłce. „Maestro” wprowadził w powszechny obieg takie pojęcia jak „cortada” – krótki zwód, „cachetada” – lekkie trzepnięcie piłki, „escoba” – dosłownie miotła, szczotka, cofnięcie piłki pod podeszwą, tak jakby ktoś zamiatał podłogę… Bogactwo techniczne jego repertuaru dosłownie paraliżowało obrońców mających nieszczęście znaleźć się na drodze „Maestro”– barwnie charakteryzował go Tomasz Wołek. Do Peñarolu wracał dwukrotnie w roli trenera. Pierwszy raz 1934 r., a drugi w sezonie 1940/1941. Zmarł 12 listopada 1969 r. w Montevideo w wieku 79 lat. Był piłkarzem kompletnym, który wyróżniał się wizją gry, doskonałymi podaniami, precyzyjnymi strzałami, dryblingiem, grą głową i wspaniałymi piętkami. Śmiało można go uznać za symbol najwcześniejszej, romantycznej epoki południowoamerykańskiego futbolu. Jednym słowem po prostu ,,MAESTRO”.