FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Cudowne lata, fantastyczna drużyna, epokowe mecze:
Dokładnie 15 lat temu FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Wygrany 2:0 finał z Manchesterem United rozegrano na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Blaugrana przystępowała do tego finału ze sporymi osłabieniami w defensywie. Kartki wykluczyły występ Daniego Alvesa i Abidala a z powodu kontuzji nie mógł wystąpić doświadczony Rafael Marquez. Trenujący Manchester sir Alex Ferguson próbował wykorzystać te osłabienia i oparł taktykę na Cristiano Ronaldo, który rozpoczął swój występ od kilku prób uderzeń z dystansu. Duma Katalonii wydawała się być zepchnięta do defensywy, lecz w 10 minucie Iniesta zagrał piłke w pole karne do Eto’o i niezawodny jak zawsze Kameruńczyk pokonała Van der Saara. Barça przejęła wówczas kontrole nad grą i pozwoliła ,,Czerwonym Diabłom” na zaledwie dwa celne strzały w całym meczu. W 70 minucie Xavi posłał górną piłke w pole karne, do której niespodziewanie doskoczył Messi, pokonując strzałem głową holenderskiego bramkarza rywali. Warto dodać że pod nieobecność wyżej wymienionych obrońców, bardzo dobrze spisali się Yaya Toure i Sylvinho. Historyczne składy obu drużyn:
Barcelona: Víctor Valdes - Carles Puyol, Yaya Toure, Gerard Pique, Sylvinho - Xavi, Sergi Busquets, Andres Iniesta, Lionel Messi, Samuel Eto'o, Thierry Henry (72 Seydou Keita).
Manchester: Edwin van der Sar - John O'Shea, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Ji-sung Park (66 Dimityr Berbatow), Michael Carrick, Anderson (46 Carlos Tevez), Ryan Giggs (75 Paul Scholes) - Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney.
Przeżyjmy to jeszcze raz:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11
@Visca_barca
8
Początki wielkiej ,,Barçy 5 Pucharów”:
27 maja 1951 r. FC Barcelona zdobywa dziewiąty w historii Puchar Hiszpani(zwany wówczas Copa del Generalisimo). W finałowym starciu na Estadio de Chamartin Barça pokonuje Real Sociedad San Sebastian 3:0. Gole w tym finale strzelali znakomici snajperzy: Cesar Rodriguez (31 i 67 minuta) oraz Mariano Gonzalvo(44 minuta). Ten zdobyty puchar był swoistym preludium do zdobycia przez Blaugrane 5 pucharów w roku następnym, co okazało się jednym z największych osiągnięć w historii Dumy Katalonii.
@Visca_barca
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Debiut bramkarskiej legendy FC Barcelony:
27.05.1923 r. w meczu towarzyskim z angielskim Bishop Auckland FC, zadebiutował w barwach Blaugrany legendarny golkiper Ferenz Plattko. Barça wygrała ten mecz 5:0 a więc debiut okazał się całkiem udany.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Visca_barca
0
@mekston A no to fajniutko! Zaraz zobacze na fleszskor. Dzięki śliczne :)
0
Przychodze z roboty, włączam Eurosport, patrze Igi nie ma!, Włączam drugi Eurosport(bo akurat mam) też Igi nie ma! Czyżby już grała?
10
Kataloński futbol wychodzi na ulicę:
Pierwsze mecze piłki nożnej rozgrywane na katalońskiej ziemi miały miejsce w 1890 roku, kiedy przybyli do portu w Barcelonie angielscy marynarze oraz brytyjscy robotnicy, pracujący w sektorze włókienniczym, spotykali się na zaimprowizowanych boiskach, na przykład na welodromie ,,La Bonanova” by tam uganiać się za piłką. Dwa lata później kilku socios ,,Reial Club de Regates de Barcelona” zorganizowało w pobliżu hipodromu ,,Can Tunis” pierwsze mecze z udziałem lokalnych piłkarzy. Jednak dopiero 6 lat później Gaspar Matas i Danes założył najstarszy klub w Katalonii o nazwie FC Palamos. Równolegle jeden z tych cudzoziemców, którzy osiedli w Barcelonie a mianowicie Szwajcar Hans Gamper, uczestniczył w pierwszych ,, nieformalnych" meczach rozgrywanych w mieście. Tamte spotkanie organizowano w dobrze oświetlonych miejscach, jak Promenada tuż przy łuku triumfalnym albo na ulicach czy wielkich poza miejskich działkach ,,Sant Gervasi de Cassoles”, gminy, która w 1897 roku została przyłączona do Barcelony. Jej nazwa wywodziła się od wiejskiej kaplicy z XI wieku poświęconej braciom bliźniakom, świętym męczennikom Gerwazemu i Protazemu, zaś cała miejscowość liczyła sobie zaledwie kilka wiejskich domów. Na tamtym terenie (obecnie dzielnica Sarria-Sant Gervasi) spotykali się młodzi amatorzy żeby oddawać się swojej pasji. Większość tych zaimprowizowanych meczów rozgrywano na ulicy Espanya (później Lincoln) usytuowanej pomiędzy ulicami Balmes i Saragossa, nieopodal miejsca, w którym mieszkał wtedy Gamper. Jako że brakowało piłkarzy, zagraniczni pionierzy zaprosili do udziału w grze katalońskich sąsiadów. W ten właśnie sposób Carlos Comamala, sąsiad Gampera został jednym z pionierów katalońskiego futbolu. Owi młodzieńcy grali w codziennych ubraniach kopiąc jedyną piłkę jaką wówczas mieli. Do Katalonii nie dotarły Jeszcze trykoty ani reguły gry a spontaniczność prowadziła do takiego ekstremum że bramki oznaczone były dwoma kamieniami. Drużyny też nie liczyły po 11 piłkarzy ponieważ w tamtych latach, gdy futbol w Katalonii dopiero się wykluwał niewielu jeszcze uprawiało piłkę nożną. Tak więc najczęściej grało się po sześciu albo siedmiu pośród naszych Pionierów futbolu znajdziemy znamienite nazwiska barcelonizmu, takie jak Gaissert, Kunzle, Wild, Witty, Oliver, Cabot, Osso, Terradas, Pujol, Llobet, Parsons, Maier, Engler czy wspomniani już Gamper i Comamala.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Visca_barca
7
@FCBparasiempre
To były jubileuszowe, 10-te mistrzostwa Starego Kontynentu rozgrywane w Anglii w 30-tą rocznice jedynego jej triumfu na mistrzostwach świata. Rozgrywki miały przebiegać ponownie w zmienionej formule. Zadecydowano iż w imprezie wystartuje 16 ekip. Decyzji o poszerzeniu grona z 8 do 16 uczestników Euro nie ma co się dziwić. Po 1989 r. stopniowo wzrastała liczba państw, które ogłaszały swoją niepodległość i niezależność terytorialną. Po rozpadzie ZSRR zrzeszone dotąd w nim państwa zaczęły się usamodzielniać. Jeszcze podczas Euro ’92 istniała reprezentacja pod nazwą Wspólnota Niepodległych Państw ale do meczów o udział na kolejnym Euro wszystkie te kraje wystawiły swoje własne drużyny. Nie było już także zjednoczonej Jugosławii. Zamiast niej w eliminacjach zagrały: Chorwacja, Macedonia i Słowenia. W wyniku rozpadu federacji Czechosłowackiej Europa doczekała się powstania osobnych republik Czech i Słowacji. Wszystkie te zmiany objęły również UEFA. Grono państw członkowskich poszerzyło się o kolejne piłkarskie federacje. Eliminacyjne wyniki 13 nowo powstałych reprezentacji nie rzuciły na kolana bo nie mogły. Większość z nich to byli piłkarscy outsiderzy. Najlepiej z nich wypadły Litwa, Gruzja i Słowacja, która wyprzedziła w grupie reprezentacje Polski. Na turniej do Anglii pojechała Rumunia oraz Francja. Obie drużyny wygrały rywalizację w ,,polskiej grupie”. Polacy grali nierówno. Potrafili wznieść się na wyżyny(0:0 z Francją w Paryżu), by chwile później runąć z piedestału do rynsztoku(1:4 ze Słowacją w Bratysławie). W efekcie grupę nieoczekiwanie wygrała Rumunia przed Francją, Słowacją i Polską. Dwie pierwsze ekipy awansowały na turniej. Gospodarzom Euro, wymienianym przez futbolowych fachowców w gronie głównych faworytów do zwycięstwa, szczególnie zależało na osiągnięciu tego celu. Po pierwsze, z uwagi na fakt bycia organizatorem zawodów. Po drugie z powodów czysto ambicjonalnych. Wreszcie p trzecie, przez wzgląd na trenera Terre’ego Venablesa, który jeszcze przed mistrzostwami oświadczył że po Euro ’96 rozstaje się z kadrą. Powodem takiej deklaracji były zarzuty prokuratorskie obciążające trenera. Albionu za niejasności finansowe, w które miał być uwikłany podczas trenowania Tottenhamu. Venables oczekujący na rozprawe w sądzie chciał chociaż na boisku pozostawić po sobie dobre wrażenie. Tymczasem znano już jego następcę. Po Euro nowym trenerem miał zostać Glenn Hoddle. Obawiano się czy wszystkie te zawirowania wokół kadry nie wpłynął niekorzystnie na forme reprezentacji. Odpowiedź na to pytanie miał dać pierwszy mecz ze Szwajcarią. Na Wembley w obecności 77 tys. fanów, oficjalnie zainaugurowano piłkarskie zmagania. Gol Shearera wywołał euforie na trybunach a trafienie Kubilaya Turkyilmaza pogrążyła stadion w ciszy. Remis w meczu otwarcia stanowił sporą niespodzianke, zważywszy na fakt że kolejni rywale, przynajmniej teoretycznie, byli bardziej wymagający. Batalie ze Szkotami zawsze urastały do miana największego sportowego wydarzenia na Wyspach. Na Euro spotkali się po raz pierwszy. Mecz był wyrównany tylko do przerwy. Po zmianie stron Anglicy przeszli do kontrnatarcia. Pierwszego gola ponownie zdobył Shearer a drugiego dołożył Gascoigne. Gol ,,Gazzy” był przepięknej urody. Będąc w pełnym biegu, lewą nogą przerzucił piłke nad próbującym interweniować Hendrym, po czym prawą oddał soczysty strzał z woleja. Bramkarz był bezradny. Szkoci przegrali 0:2 a pogrążył ich Gascoigne, ulubieniec kibiców… Glasgow Rangers. Wynik mógłbyć inny, gdyby Gary McAllister wykorzystał rzut karny ale nie od dziś wiadomo że nie wykorzystane sytuacje się mszczą. Nadchodził dzień meczu z Holandią. Anglicy podbudowani zwycięstwem nad Szkocją i grą przed własną publicznością nie mieli zbytnich powodów do niepokoju, tym bardziej iż Holendrzy grali dość nie przekonująco. Dało się też u nich słyszeć coraz częstsze pogłoski o konflikcie na tle rasistowskim, jaki wybuchł w kadrze. To wszystko nie sprzyjalo koncentracji przed najważniejszym meczem w grupie. Wówczas Anglicy rozegrali najlepszy mecz na tych mistrzostwach. Rozgromienie Holendrów aż 4:1 miało swoją wymowę. Po dwa gole strzelili Shearer i Sheringham. Honorowego gola dla ,,Pomarańczowych” zanotował Kluivert i ten właśnie gol pozwolił Holendrom na awans z drugiego miejsca. Z grupy B bez żadnych niespodzianek awansowały dalej Hiszpania i Francja. Natomiast w tzw. grupie śmierci(grupie C) doszło do niespodzianki. Co prawda starcie gigantów, czyli Niemców z Włochami zakończyło się bezbramkowym remisem, jednak kilka dni wcześniej ,,makaroniarze” polegli w starciu z Czechami 2:1, co w praktyce przekreśliło ich szanse na awans z grupy. ,,Azzuri” pod wodzą Sacchiego mieli odnosić wielkie sukcesy. Nie było wyników, gdyż zabrakło wykonawców. Polityka personalna włoskiego szkoleniowca budziła powszechne zdumienie. Chcąc samemu pozostawać w centrum uwagi, Sacchi niszczył swoich konkurentów do sławy. Ofiarami despotycznego trenera padli Baggio oraz ówczesny król strzelców Serie A Giuseppe Signori. Grono niechcianych poszerzył Vialli. Wszystkich tych 3 napastników zabrakło na Euro ’96. Wkrotce zabrakło też Italii a po paru miesiącach również Sacchiego.
W grupie D ,,zaszalała” Chorwacja a z bardzo dobrej strony pokazał się jej napastnik Davor Šuker. Obrońców tytułu z przed 4 lat ,,powieźli” 3:0(!) i odprawili do domu. Mecz zasłynął z kapitalnych pojedynków Schmeichela z Šukerem. Duński golkiper, wobec bezradności partnerów z drużyny, sam w końcówce meczu zapędzał się pod bramke przeiwnika. W efekcie wracającemu pod swoje pole karne Schmaichelowi towarzyszyły kontry Chorwatów, które pogrążyły wygasły ,,Duński dynamit”. Chorwaci awansowali z drugiego miejsca a z pierwszego Portugalia, która zgubiła tylko jeden punkt, w meczu z… Danią. W fazie pucharowej starcia z udziałem Anglików i Francuzów za każdym razem rozstrzygały rzuty karne. Obie ekipy zakończyły swój występ w turnieju ex aequo na 3 miejscu. W ćwierćfinałach lepiej egzekwowali jedenastki od Hiszpanów i Holendrów ale w meczach półfinałowych szczęście sprzyjało już ich rywalom. Pechowymi strzelcami okazali się Pedros(Francja) oraz Southgate(Anglia). To w durzej mierze przez nich Czesi i Niemcy awansowali do wielkiego finału. W ćwierćfinale Czesi wygrali 1:0 z Portugalią a bohaterem tego meczu został Karel Poborsky. Pomocnik Slavii w pojedynke rozstrzygnął losy potyczki z Portugalią. Solową akcje zwieńczył przepięknym golem, gdy cudownym lobem pokonał Vitora Baie. Niemcy z kolei odprawili z kwitkiem Chorwacje, która celowo zajęła 2 miejsce w grupie aby w pucharowej drabince trafić na drużynę Vogsta. Misternie budowany plan legł tym razem w gruzach a pewnych siebie Chorwatów skarcił Sammer. W finale turnieju trafili na siebie Niemcy i Czesi. Dokładnie 20 lat temu również w finale spotkały się te same drużyny. Wówczas(po rzutach karnych) lepsi byli Czesi a więc teraz Niemcy pałali żądzą rewanżu. Przez godzine gry nic nie przemawiała ani za jedną, ani za drugą ekipą. Dopiero gol dla Czechów zmienił oblicze całego meczu. W walce o piłke Sammer nieprzepisowo powstrzymał rywala ale całe zajście miało miejsce przed polem karnym. Nie wiedzieć czemu włoski arbiter sprezentował Czechom rzut karny. Patrik Berger nie miał problemów z pokonaniem Andreasa Koepke. Nieoszczędzany prze opinie publiczną Vogst ponownie znalazł się w poważnych tarapatach. Dążąc do zmiany rezultatu, zdecydował się na zmiane zawodnika. Scholla zastąpil Bierhoffem. Niemiecki szkoleniowiec miał nosa. Pięć minut po wejściu na murawe napastnik odwdzięczył się trenerowi za okazane mu zaufanie. Ziege dośrodkowywał z rzutu wolnego w samo kłębowisko piłkarzy czyhających w polu karnym Kouby. Bierhoff uwolnił się spod opieki czeskich defensorów i strzałem głową z bliska doprowadził do wyrównania. Niemieccy kibice oszaleli z radości a Vogts odechnął z ulgą. Zbliżała się dogrywka. Nietypowa, gdyż dająca szanse na przerwanie 30-minutowej męczarni związanej z oczekiwaniem na rzuty karne. Wystarczyło tylko aby jedna z ekip jako pierwsza strzeliła gola a wówczas cały mecz automatycznie skończy się przed czasem. Zasada ,,złotego gola” lub jak kto woli ,,nagłej śmierci” obowiązywała właśnie od mistrzostw w Anglii. Wcześniej FIFA testowała to rozwiązanie na mistrzostwach świata juniorów w 1993 r. Przepis ten miał swoich zagorzałych zwolenników i zaprzysięgłych wrogów(w tym i mnie). Nie narzekali tylko zwycięzcy… ,,Złoty gol” padł dopiero w finale. Wcześniej piłkarze ,,nie odważyli się” skorzystać z tego przywileju. Pierwszym, który tego dokonał był Oliver Bierhoff, który w ten sposób pogrążył Czechów. Historyczna chwila nadeszła w 95 minucie meczu. Goszczący w polu karnym rywali Klinsmann krótkim przerzutem uruchomił będącego w pobliżu Bierhoffa. Ten, mając za sobą Kadleca, obrócił się z piłką i natychmiast uderzył lewą nogą w kierunku czeskiej bramki. Kouba próbował wybić piłke ale uczynił to tak nieporadnie że ta otarła się o jego rekawice i tuż przy słupku wpadła do bramki. Czesi otarli się o złoty medal, który złotym strzałem zapewnili sobie Niemcy. No cóż, klątwa wypowiedziana przez Linekera że ,, Futbol to prosta gra, w której za piłką biega 22 facetów, a na końcu i tak wygrywają Niemcy” trwała w najlepsze.
6
Panie i Panowie, dużymi krokami zbliżają się mistrzostwa Europy. Z tej okazji pragnę przybliżyć ten najbardziej prestiżowy turniej reprezentacyjny na Starym Kontynencie.
Historia mistrzostw Europy część 10:
@Visca_barca
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 W taki wypadku i ja całego nie obejrze, jeśli wogóle obejrze...
0
@FcPortoFan1999 Jutro to dla mnie nie wystarczająca odpowiedź, gdyż pracuje do 15-tej i chciałbym obejrzeć jej mecz.
0
No dobra, Hubert Hubertem ale kiedy do cholery zacznie grać nasza kochaniutka Iga?
0
@FcPortoFan1999 Ahaaa....
0
@FcPortoFan1999 A no właśnie nie wiem po jaką cholere tak się robi?
0
No ale żeby nasz pan Hubert Hurkacz tak się męczył z jakimś skośnookim zółtkiem?
Niedowiary....
1
@FcPortoFan1999 I znowóż wiedziałem że odpiszesz :) Szybki jesteś na tej La Rambli, nawet bardzo szybki. Mam wrażenie że siedzisz tutaj 20 godzin(!) na dobe...
8
@FCBparasiempre
Dokładnie 20 lat temu FC Porto po raz pierwszy wygrało Lige Mistrzów. Finał z 2004 roku po raz pierwszy oglądano w 200 krajach. Mecz, na którego zwycięzcę czekała premia w wysokości 6,6 miliona euro (dla przegranego przewidziano 3,3, był traktowany jako starcie dwóch najzdolniejszych trenerów Europy młodego pokolenia (Mourinho miał 41 lat a Deschamp 35). Co ciekawe obaj marzyli o posadzie w Chelsea i rozmawiali z Romanem Abramowiczem, który jednak już kilka tygodni przed decydującym starciem ostatecznie postawił na Mourinho, choć to Deschamp jako ex zawodnik Chelsea był faworytem dziennikarzy. Największym zmartwieniem francuskiego szkoleniowca była kontuzja kostki doznana przez Morientesa w ligowym meczu z Rennes. Może trener as Monaco za bardzo troszczył się o stan swojego Asa, który ostatecznie zagrał i to przez całe spotkanie, choć wiele zespołowi nie pomógł, przez co zaniedbał inne aspekty? Na przykład kwestią mobilizacji zawodników, którzy już byli dogadani z innymi klubami: Rothena, Guily'ego, Prso i Ibarry. Monako uważane przez kibiców za faworyta przygotowywało się do meczu w ponurej atmosferze, gdyż książę Albert nie rozwiązał jednak problemów finansowych i istniało duże prawdopodobieństwo że finał będzie naprawdę ostatnim tangiem tej ekipy. Sam Deschamp dostał propozycję przedłużenia umowy ale z mniejszą pensję kropkę późniejszy ,, The Special One" w ostatnich dniach przed finałem zdecydował się na strategię głaskania podopiecznych. ,, Moi zawodnicy już przeszli do historii. Rzadko się zdarza by tak skromny klub dochodził do finału" - prawił. Na ostatniej odprawie (jak wspominał po latach Nuno Valente) ,, powiedział że stajemy przed okazją naszego życia i po prostu musimy ją wykorzystać kropkę dodał że mamy dobry plan taktyczny i jesteśmy właściwie przygotowani do tego meczu". W meczu finałowym spodziewano się zażartej walki i małej liczby goli, tymczasem uważana za bardziej defensywna i jedenastka FC Porto całkowicie dominowała i zwyciężyła bardzo łatwo po Liverpoolu sięgnęła po Puchar Europy rok po zdobyciu Pucharu UEFA. Może smokom pomogła Zdecydowana przewaga ich kibiców? W Porto Oczywiście wszystkie przyznane tej ekipie bilety rozeszły się bardzo szybko, w Monte Carlo zaś był z tym kłopot. Tak więc wejściówki na byli miejscowi dzięki czemu, jak potem policzona, na same kiełbaski wydano w trakcie finału pół miliona euro. Na pewno zaś korzystną okolicznością dla Portugalczyków była kontuzja Ludovica Giuly'ego w 23 minucie. ,, to zmieniło bieg meczu i pozwoliło nam grać w piłkę tak jak lubimy"- cytuję Barkley Mourinho, dodając od siebie że chodziło oczywiście o nastawienie na kontry kropkę Porto bynajmniej nie zagrało Wielkiego meczu. Oddało Trzy strzały na bramkę Monako i trzy razy ją zdobyło. Golkiper Flavio Roma nie miał dobrego dnia. Prowadzenie mocno przypadkowym strzałem dał portugalskiej ekipie młody Brazylijczyk Carlos Alberto, który dołączył do zespołu przed startem sezonu. W 2017 roku w wywiadzie dla strony maifutebol.pt wspomniał swoją pierwszą rozmowę z Mourinho: ,, zapytał mnie przy wszystkich z jakim numerem chcę grać. Odpowiedziałem że z dziesiątką. To mu się spodobało, powiedział że taka odwaga dowodzi mentalności zwycięzcy ale zadecydował że na razie będą jednak grał z 19 tyle mam lat". Poznawszy w ten sposób nowego zawodnika i zorientowawszy się że chłopak nie ma kompleksów, mu nie wahał się posyłać go do boju w najważniejszych meczach. Drugi Gol był autorem Deco a Lider smoków Uzyskał go sprytnym strzałem po świetnej akcji z alei niczym, który przed chwilą pojawił się na boisku. .. Zaczerpnąłem powietrze i odseparowałem się od wszystkiego, Byłem tylko ja, bramkarz i środkowi obrońcy. Strzeliłem Jakbym grał z przyjaciółmi w parku. Gdybym pomyślał o tym wszystkim co działo się wokół mnie, o tym że był to rozstrzygający Golf w finale Ligi Mistrzów, najnormalniejszą reakcją byłoby uderzenie z całej siły"- opowiadał po meczu. Trzeciego gola wbił Alejniczew, świetnie wyprowadzający kontry Porto w końcówce. Odkąd dowiedział się przed meczem że żaden Rosjanin nie wygrał jeszcze Ligę Mistrzów. Miał olbrzymią chęć pojawić się na placu i przyczynić się do triumfu a potem, jak Szewczenko przed rokiem, zawieźć puchar do swego kraju i pokazać go rodakom. Zanim Mourinho wpuścił z niecierpliwionego Rosjanina, przez dobrych kilka minut tłumaczył mu przy linii bocznej, z użyciem notesu i długopisu, po co wchodzi, co ma zrobić na boisku. ,, gola strzeliłem zupełnie przypadkowo. Chciałem uderzyć piłkę gdzie indziej, tam gdzie rzucił się bramkarz ale zeszła mi z nogi"- wyznał po meczu dziennikarzom zawodnik będący już wyraźnie pod dobrą datą.
Najlepsi na boisku byli obrońcy Porto, z liderem formacji Jorge Costa na czele, którzy całkowicie zdominowali napastników Monako. Tak znakomity jeszcze niedawno Morientes, mówiąc po piłkarsku nie zrobił sztyche a zespół z Księstwa nie oddał ani jednego celnego strzału. Gracze as Monaco mil jednak kilka razy pretensje do sędziów o, jakżeby inaczej, sygnalizowanie spalonych w stykowych sytuacjach. W sumie zostali złapani na ofsajdzie aż 12 razy, z czego co najmniej trzy razy arbitrzy podjęli błędne decyzje, pozbawiające wicemistrzów Francji dogodnych sytuacji bramkowych. Może nie były to drobiazgi ale tak czy owak wynik był sprawiedliwy. ,, bardziej niż Porto wygrało, Monaco przegrało ten finał"- powiedział o wysłannikowi piłki nożnej znaleziony na trybunie prasowej Peter Schmeichel. Zgadzał się z nim deko: ,, Monako ułatwiło nam zadanie. Widzowie byli rozczarowani, gdyż spodziewali się większych emocji. To już jednak nie mój problem". Jose Mourinho widział inaczej Nie tylko sam mecz finałowy ale i całą mistrzowską kampanię. ,, Nie było przypadków w naszym zwycięstwie, nie jest też ono wynikiem słabości rywali. Może nie mieliśmy najdroższych piłkarzy ale mieliśmy najlepszy zespół. Czasami trener myśli sobie że skoro ma wspaniałych futbolistów to nie musi wymyślać skomplikowanej taktyki. Jednak w prowadzeniu drużyny najważniejszą rolę odgrywa filozofia gry'- powiedział po meczu Portugalczyk. Innymi słowy wygrał przede wszystkim on. Barkley cytuje inną jego wypowiedź: ,, prywatnie był to dla mnie Trudny wieczór, ponieważ przepełniały mnie sprzeczne uczucia. Widziałem że odchodzę z zespołu". Może dlatego Mourinho nie towarzyszył piłkarzom, gdy Alejniczew, Deco (wybrany MVP finału) przyznawszy że teraz mają zamiar przez tydzień imprezować, natychmiast wcielili ten plan w życie, co sprawiło że najłatwiej wygrany Puchar Ligi Mistrzów w historii był też trofeum najmocniej opitym. ,, moich podopiecznych sport to zobaczyłem dopiero po trzech miesiącach, kiedy przyjechali na Stanford Bridge na Ligę Mistrzów"- powiedział szkoleniowiec Zwycięskiej ekipy. Nazwiska triumfatorów Ligi Mistrzów z 2004 roku może poza deko, który dokonał wielkich rzeczy w Barcelonie, wielu kibiców już zapomniało. Tamta zwycięstwo jak Chyba żadne inne traktowane jest przede wszystkim jako dzieło trenera. Kariera Jose Mourinho, tłumacza a potem asystenta i szefa banku informacji Bobby’ego Robsona w Sportingu, Porto i Barcelonie, gdzie został także by pracować z Louisem Van Haalem, jest doprawdy fascynujące. Pierwszą samodzielną posadę dostał niebawem w Benfice, w której jednak popracował tylko przez kilka miesięcy. Potem było Uniao Leiria, którym zajął piątą (najwyższą w historii tego klubu) pozycję na mecie rozgrywek ligowych. Do Benfiki mu wracać nie chciał, za to gdy w styczniu 2002 roku dostał propozycję objęcia FC Porto poleciał tam jak na skrzydłach. Mimo że skład smoków był wtedy naprawdę słaby, zadeklarował że za rok zdobędzie z tą drużyną mistrzostwo kraju. Z miejsca zajął się tworzeniem nowej ekipy, która miała składać się z ambitnych, młodych portugalskich piłkarzy. Jego pierwszymi transferami byli Maniche, Paulo Ferreira i Nuno Valente a z Uniao wyciągnął Brazylijczyka Derleya. Wszyscy oni dostawali kontrakty motywacyjne czyli uzależniające wysokość pensji od osiągnięć zespołu. W sezonie 2002 03 Porto nie tylko zdobyło zapowiadane mistrzostwa Portugalii ale sięgnęło też po Puchar UEFA, w finałowym meczu pokonując Celtic Mourinho nagle stał się gwiazdą. Zdecydował się on, nie ma licznych ofert z zagranicy pozostać jednak w Porto. Koks w ,, geigen pressing i tiki-tace przytacza słowa trenera, które świadczą o tym że przed startem Ligi Mistrzów wcale nie był pewny siebie: ,, możemy osiągnąć coś fajnego ale chyba nie jesteśmy w stanie wygrać Ligi Mistrzów". Gdy rok później przedstawię się londyńskim dziennikarzom jako nowy manager Chelsea sprawił już całkiem inaczej: ,, zostaniemy mistrzami, gdyż mamy najlepszych graczy i (Wybaczcie jeśli zabrzmi to arogancko) najlepszego managera... Proszę Nie myślcie że jestem arogancki, gdyż to nieprawda. Uważam że jestem wyjątkowy (The Special One). Jestem mistrzem. Interesuje mnie tylko zwycięstwo. Chciałbym podtrzymać wspaniałą passę a nie czekać na kolejne triumfy aż do 2010 roku". Przyznajmy Jednak że po tym, jak w dwa lata wywalczył z FC Porto 6 trofeów, rzeczywiście miał prawo lekko odlecieć. Jak w istocie rzeczy grało Porto w sezonie 2004? Czy Mourinho spełnił obietnicę, który złożył, gdy obejmował zespół? Według koksa zapowiadał wtedy:,, obiecuję że będę grał ofensywnie. Obiecuję że każdego dnia będziemy pracowali nad atakami na bramkę rywala aż dopracujemy doskonale systematyczny i automatyczny model gry. Gdy to osiągniemy obiecuję wam ofensywną piłkę a Zanim to nastąpi, zamierzam atakować z rozwagą". Za kadencji Mou Porta stosowało rozmaite strategie gry, zależnie od rywala i warunków meczowych. Wtedy nikt z pewnością nie mówił o Portugalczyku jako mistrzu defensywy, choć czasami, jak w meczu z Deportivo u siebie korzystał on z furtki, którą sam sobie zostawił mówiąc: ,, a zanim to nastąpi...". Mourinho jawi się Coxowi jako w pewnym sensie finalny produkt portugalskiej szkoły rozumienia futbolu ukształtowanej nie na boiskach treningowych, leczy w uniwersyteckich salach. To w Porto bowiem narodziła się mityczna dziś periodyzacja Taktyczna autorstwa Wiktora Frade, profesora na tamtejszym Uniwersytecie, w której głównym założeniem było to, by trening fizyczny, techniczny, taktyczny i praca nad strefą mentalną odbywały się razem a każde ćwiczenie na treningu zawierało te cztery elementy. Mourinho zaś okazał się jej wiernym akolitą.
Trening u Mou był zawsze starannie zaplanowany, trwał albo 90 minut albo 120,gdy w najbliższym spotkaniu mogła zdarzyć się dogrywka. Piłkarze musieli zakładać ochraniacze, gdyż mieli grać równie ostro jak podczas meczu. Koks w ogóle przypisuje Mourinho i jego metodzie mnóstwo nowatorstwa: ,, FC Porto zakładało agresywny pressing pod polem karnym rywala I grało wysoko ustawioną linią obrony. Kwartet Obrońców doskonale się rozumie i potrafił wyjść do przodu, by złapać rywala na spalonym". Do tego zespół Mourinho Po fazie intensywnego naciskania rywala odpoczywał z piłką przy nodze. Są na to dowody. Tylko w dwóch meczach fazy grupowej oraz w finale FC Porto miało krócej piłkę niż rywale. W swojej istocie nie był to bynajmniej futbol nowatorski a schemat taktyczny podejrzanie mocno przypomniał to, co przed rokiem prezentował triumfator z San Siro. Tak jak u Carlo Ancelottiego boczni pomocnicy portugalskiej drużyny byli takimi tylko w teorii, gdyż Alejniczew i Maniche w niewielkim stopniu udzielali się w grze przy linii bocznej. Bardzo agresywnie i regularnie atakowali natomiast obaj boczni obrońcy a mianowicie Nuno Valente i Paulo Ferreira. Nastawienie obu spokojnie można było porównać do nastawienia Roberto Carlosa w realu. Także przechodzenie z 433 na 4231 nie jawiło się jako nic niezwykłego. Chyba najrzadziej spotykane w owym czasie było permanentne rozbieganie się obu napastników na boki. Podsumowując: gdy FC Porto wygrało Ligę Mistrzów w 2004 roku wokół Jose Mourinho i jego futbolowych wizji zrobiło się bardzo głośno. Dziś z perspektywy czasu trzeba jednak stwierdzić że niczego wielkiego nie wymyślił. Stare pomysły ubrał w Nowe szaty i przedstawiał jako swoje wynalazki. Może największym jego wkładem w rozwój futbolu jest odpowiednie docenienie rangi ,, mind games:, z których zasłynął, czyli bawienia się i manipulowania psychiką oraz umysłami piłkarzy a także dziennikarzy, tak by ci robili wszystkich nazw wówczas zaczarował nawet nie tym, jak grało jego Porto ale tym, jak o tym opowiadał i ten stan u wielu piłkarzy, kibiców oraz dziennikarzy wciąż trwa.
8
,,Wejście smoka”:
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Visca_barca
0
@FcPortoFan1999 Oczywiście że tak zostanie ale niesmak i to ogromny, też pozostanie...
3
@FCBparasiempre
Na niwie futbolowej obaj mieli ten sam cel - zostać największym magnatem Europejskiej piłki. Dlatego potyczka ich drużyn była dla nich tak bardzo prestiżowe. Gdy Tapie zapowiedział piłkarzom Premium w wysokości 200 000 dolarów na głowę za wygranie meczu, Berlusconi od razu podbił stawkę. Za faworyta uważano Milan i to pomimo kiepskiej postawy tej drużyny na ligowym finiszu, która jednak nie mogła pozbawić zespołu tytułu mistrza Włoch. Mediolańczycy mieli de facto scudetto w garści już na półmetku rozgrywek odsadziwszy Inter na 8 punktów (za zwycięstwo przyznawano wtedy dwa punkty). ,,Rossonerii” śpiewająco, z kompletem zwycięstw przeszli też przez fazę grupową Ligi Mistrzów a ponadto napędzała ich żądza zemsty wobec UEFA za wykluczenie klubu z europejskich rozgrywek w sezonie 1991/92. Warto przypomnieć okoliczności tego wydarzenia. Otóż piłkarze Milanu za podszeptem kogoś ,, z góry" postanowili przed czasem opuścić boisko podczas spotkania z om, w proteście przeciwko decyzjom sędziego. To tylko dodawało smaczków finałowej rywalizacji. Milan na początku lat 90 to była prawdziwie Galaktyczna drużyna. Szatnia pełna gwiazd stanowiła zresztą dla młodego wówczas trenera Fabio Capello wielki kłopot. Żalił się mediom że częściej niż trenerem przychodzi mu być psychologiem, gdyż co chwila musi jakiemuś gwiazdorowi komunikować że nie wystąpi w danym meczu. ,, Nie można narażać gwiazd na częste, przymusowe przerwy w karierze"- stwierdził pewnego razu tłumacząc Dlaczego tak mocno rotuje składem w Lidze Mistrzów. Do finału zagrało w niej aż 23 piłkarzy. Tak więc często zdarzało się że Włoch posyłał do boju 11 nieoptymalną, tylko wykoncypowaną. Miał w kadrze aż sześciu obcokrajowców, gdyż do słynnego tercetu Holendrów dokupiono mu latem 1992 roku oprócz Papina także Dejana Sawicevicia, Zvonimir Boban zaś wrócił z Bari a przecież cały czas obowiązywał limit trzech zawodników z zagranicy na boisku. Do tego doszło jeszcze dwóch najzdolniejszych włoskich piłkarzy młodego pokolenia: Lentini oraz Eranio. Trzeba jednak zauważyć że Cappello żonglował swymi asami znakomicie, żaden z nich nie mógł czuć się zbytnio pokrzywdzony. Szkoleniowiec Milanu nie miał zresztą innego wyjścia niż prowadzić z ręczną politykę personalną, wszak jego Boss jasno powiedział co sądzi o oskarżeniach że wpakował do tego barszczu zbyt wiele grzybów: ,, To sprawa trenera żeby w drużynie nie było kwasów". Swoją drogą Capello miał do swego ,,cappo” równie nabożny stosunek jak Goethals do swojego. Gdy Milan nie przegrał 41 kolejnego meczu w lidze i pobił rekord Fiorentiny rzekł: ,, Ten sukces dedykujemy naszemu prezydentowi". W zespole z Lombardii w finale nie mogli zagrać Ruud Gullit, Dejan Sawicevič i Zvonimir Boban, co tylko ułatwiło trenerowi ustalenie składu. Mimo to Papin zajął miejsce zaledwie na ławce rezerwowych. Co do Gullita, plotkowano że wcale nie był kontuzjowany, lecz decyzję o odsunięciu go od gry podjął sam Silvio Berlusconi, gdyż zawodnik nie chciał przyjąć zaproponowanych mu warunków przedłużenia kontraktu. Zresztą nie tylko on, także Frank Rijkaard nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Miląc znajdował się w centrum uwagi ale zawodnicy om mieli przekonanie że to oni wygrają. ,, przegraliśmy finał 2 lata temu, choć byliśmy lepsi, teraz Bóg musi nam go oddać. Po tylu trudnościach na drodze nie możemy doznać kolejnej porażki"- tak można streścić kilka przedmeczowych wypowiedzi aby Diego Pele dla francuskich mediów. Koledzy zaś musieli ufać gwieździe zespołu. Zaproponowany przez Goethalsa skład Olympique został zatwierdzony przez Tapiego. Nie wiadomo czy prezydent wprowadził do tym razem jakieś zmiany, w trakcie meczu natomiast kilka razy sięgał po krótkofalówkę a w tym samym czasie na ławce podnosił ją któryś z członków sztabu. Czy Tapie domagał się korekty taktyki w trakcie meczu i żądał zmian personalnych? Nie wiemy, na pewno jednak nie pytał trenerów o samopoczucie... Początek meczu zdecydowanie należał do ekipy z Włoch. Milan przyciskał marsylię, lecz Marco van Basten i Daniele Massaro zmarnowali dogodne okazje. W zespole z Francji największą ochotę do walki i prowadzenie ataków przejawiał po jego Szarży w ostatniej minucie gry przed przerwą francuski zespół wywalczy rzut rożny, gdyż dośrodkowanie gańczyka w ostatniej chwili zablokował wcześniej prześcignięty przezeń Paulo Maldini. Sam Pele dokładnie zacentrował na głowę Bazyla Bolliego, który mocne uderzeniem umieścił piłkę w siatce. To był dopiero drugi gol stracony przez Milan w tej edycji Ligi Mistrzów ale właśnie to trafienie przesądziło o porażce Włochów. Aedi Pele zdradził po latach kulisy zdobycia Tego gola w wywiadzie dla Sport-avenir .com: ,, Zauważyłem że przy rzutach rożnych drużyna Milanu ustawia się dosyć głęboko. Dlatego wieczorem w pokoju hotelowym powiedziałem do Bolly’ego i Anglomy żeby przy każdym kornerze dla nas jeden z nich atakował bliższy słupek A ja tam spróbuję dograć". W przerwie na stadionie olimpijskim rządzili kibice Milanu, lekceważący to, co się stało. Wielki Milan nie mógł przecież w taki sposób wypuścić z rąk trofeum. Równo z rozpoczynającym drugą odsłonę spotkania gwizdkiem sędziego istotnie zaczął się szturm Van Bastena i kolegów. Na boisku zameldował się Papin, przywitany przez kibiców om straszliwymi gwizdami i okrzykami zdrajca. Zaraz po wejściu mógł wyrównać ale i jego zawiodła skuteczność. Z każdą minutą napór mediolańczyków słabo, podobnie jak doping ich kibiców, tymczasem coraz głośniejsi byli fani o m którzy zaczynali wierzyć że marzenie może się ziścić. W końcu sędzia zakończył zawody. ,, Zagraliśmy kompletny mecz. To było zwycięstwo nasze, piłkarzy ale zarazem wielki sukces z całej Francji"- skomentował po latach Rudi Voller w rozmowie z rp-online.de.
Pozostaje pytanie dlaczego w końcówce wyraźnie więcej sił mieli zawodnicy mistrza Francji, którzy dzięki temu pewnie doholowali zwycięstwo do końca? Oto co na ten temat powiedział w 2006 roku w wywiadzie dla ,, L'Equipe" ich pomocnik Jean Jacques Eydelie: ,, przed finałem Kazano nam ustawić się w rządku i każdy dostał zastrzyk. Odmówił tylko Rudi Voller. Podczas gry czułem niezwykłą suchość w ustach. Moje ciało reagowało inaczej niż zwykle". Czy om wygrało mecz, bo jego piłkarzom podano doping? Czy może, jak tłumaczono w klubie były to wyłącznie dozwolone środki? Żaden z pozostałych zawodników nie potwierdził rewelacji kolegi ,, to co mówi Eydelie jest całkowicie niewiarygodny. Nie przypominam sobie widoku któregokolwiek piłkarza om dostającego podejrzany zastrzyk"- powiedział Voller. ,, Nasze zwycięstwo w Monachium było absolutnie czyste"- stwierdził Marcel Desailly. ,, Mieliśmy tak silny skład że nie było potrzeby się dopingować"- dodał asystent trenera Goethalsa Jean Fernandez. No właśnie, jak silny skład posiadała Francuska drużyna? Wielu kibiców om uważa że o wiele mocniejsza była ekipa z 1991 roku, ta, która przegrała finał z Crveną Zvezdą. Najlepiej znający zagadnienie, gdyż najdłużej grający w klubie obrońca Eric de Meco po latach powiedział tak: ,, Najmocniejsza to była drużyna z 1990 roku, która z Pucharu Europy odpadła w półfinale po meczu z Benfiką i golu strzelonym dla niej ręką przez watę. Enzo Francescoli, Chris Waddle, Karl-Heinz Forster, Moser, Manu Amoros! Cóż to była za moc!". No ale zespołowi temu zabrakło szczęścia i determinacji a ekip jest 1993 roku- nie. Obraz odbierający trofeum piłkarzy OM i smutno siedzących w kącie boiska graczy Milanu utkwił w pamięci wielu obserwatorów. Sytuacja wzbudziła pewne zażenowanie, UEFA zaczęła więc rozmyślać nad tym by za nim zwycięzcy odbiorą puchar, wręczać pokonanym medale za dotarcie do finału, co było bardzo ludzkim pomysłem, który niebawem wprowadzono w życie. W Monachium graczy Marsylii oraz Bernarda Tapiego opanowało szaleństwo. I wspólna noc była bardzo długa. Na imprezie zabrakło tylko jednego człowieka- trenera Goethalsa. On świętował największy sukces w karierze po swojemu: wypalając na balkonie hotelowego pokoju kilka papierosów, które przez całe życie były najwierniejszym druhem. ,, Gdy następnie jego dnia wróciliśmy do Marsylii od wczoraj kibiców"- opowiadał po latach rudy Voller. Piłkarze nie mogli się do nich przyłączyć, gdyż niebawem czekał ich kolejny arcyważny mecz. Wielka feta odbyła się na Stade Velodrom 3 dni później, 29 maja. Tak się złożyło że Olimpic grał tego dnia w lidze z depczącym mu po piętach PSG. Miał dwa punkty przewagi, więc zwycięstwo przesądzało sprawę tytułu mistrzowskiego. Kibice chcieli świętować podwójnie i otrzymali ku temu okazję, bo choć goście wyszli na prowadzenie w Siódmej minucie Marsylia wygrała 3:1. Nikogo nie obchodziło że mecz był brzydki czy pełen fauli. Bohaterowie zostali nagrodzeni, choć nie poszło gładko, ponieważ kibice ze stolicy nie zamierzali, oczywiście klaskać wielkiemu rywalowi. Rzucali na boisko race a ostatecznie pobili się z policją. To była chyba jedyna w historii Ligi Mistrzów feta Zwycięzców przebiegająca w takiej atmosferze. Fabian Bartez powiedział jednak po niej: ,, granie w takim klubie jak Olympic Marsylia, z takimi kibicami, to najwspanialsza rzecz jaka możesz spotkać piłkarza". Bernard Tapie też wypinał pierś do orderów. Nawet jeśli już nie ingerował w zwycięską taktykę i w skład (albo robił to w umiarkowanym stopniu) to przecież Olimpiq był jego tworem, powstał i funkcjonował za jego pieniądze ,, to był po prostu klub należący do jednego człowieka, który podejmował tam wszystkie ważne decyzje"- powiedział po latach Angloma. Od 1986 roku ta pije, nie licząc się z pieniędzmi, kupował wszystkich tych znakomitych piłkarzy, którzy umknęli uwagę szefów klubów potężnych wtedy serie A. Zatrudniał wybitnych trenerów, przed Goethalsem jego zespół prowadzili między innymi Michelle Hidalgo oraz Franz Beckenbauer. Nie zrezygnował z marzeń o triumfie ani po porażce w Bari, ani po wyeliminowaniu w kolejnej edycji 1991-92 przez Spartę Praga jeszcze przed fazą grupową. Zemścił się jednak za to ostatnie na piłkarzach w charakterystyczny dla siebie sposób: przez cały następny sezon dostawali wypłaty z opóźnieniem. Gdy latem 1992 roku Milan zagiął parol na gwiazdę zespołu Jean Pierre Papina, nie zatrzymywał napastnika na siłę, lecz sprzedał go sprowadzając w zamian dwóch kapitalnych atakujących: Vollera oraz Boksicia. Pierwsze zdobycie Pucharu Europy przez klub z kraju pomysłodawców europejskich rozgrywek traktował jako swoje powołanie, dziejową misję. Gdy wyczarterowany samolot ze zdobywcami i trofeum na pokładzie lądował w Marsylii, Tapie przeżył być może najszczęśliwszy dzień życia. Nie wiedział jeszcze wtedy że wejście na szczyt skończy się upadkiem. Cytując Bułhakowa: ,, Annuszka już wylała olej". Pięć dni przed starciem z Milanem Marsylia rozgrywała ligowy mecz z Valencienneem. Do końca sezonu pozostały trzy kolejki, zespół literował w tabeli lig 1 i miał cztery punkty przewagi na PSG. W poprzedniej serii OM wysoko pokonał Lille, tymczasem rywal znajdował się w strefie spadkowej, dostał ostatnio lanie od Nantes i wyglądał na słabowitego. Federacja piłkarska, chcąc pomóc marsylczykom przed finałowym starciem z Milanem wyznaczyła potyczkę na piątek. Co podkusiło Tapiego żeby kupować akurat ten mecz? Takie działanie ocierało się o absurd. Magnat wyszedł jednak z założenia że trzeba wspomóc piłkarzy, który głowy będą już zaprzątnięte meczem w Monachium. Poprzez swoich ludzi dotarł więc do kilku zawodników Valenciennes i zapłacił im by Nie stawiali przesadnego oporu jego pupilom ale Boksić strzelił gola w 21 minucie a potem zaczął się kabaret, jak w meczu z Brugge (ale wtedy nikomu niczego nie udowodniono; być może ten mecz z belgami tak rozzuchwalił Tapiego?). Po kilku dniach jednego z graczy Valenciennes, obrońcę i Jackuesa Glassmanna ruszyło sumienie (albo zmotywowało go coś innego) i zawodnik ujawnił całą sprawę. Jego rewelacje potwierdził kapitan zespołu Christopher Robert, który przyznał że to do niego zgłosił się z propozycją korupcyjną jeden z graczy om - Jean Jacques Eydelie. Afera z początku śmieszne, wkrótce stała się poważna. UEFA zaczęła naciskać by ją wyjaśnić. Sama wzięła pod lupę mecz om z... CSKA (6:0), gdyż trener Rosjan Kostyliew doniósł że próbowano go przekupić ale Europejska Federacja niczego nie wytropiła. Dopiero po kilku latach o złożonej i im propozycji korupcyjnej donieśli trener Glasgow Rangers Walter Smith oraz piłkarz Mark Hatelley. Być może więc om przebyło nieuczciwie całą drogę do finału Ligi Mistrzów.
Niewykluczone że Francja w 1993 roku dłużej i zacieklej broniła swej chluby ale przecież za kilka lat miał się tam odbyć mundial, więc skaza na wizerunku kraju była i jej niepotrzebna. Om szybciutko zaczęto wykluczać z kolejnych rozgrywek sezonów 1993 94: Puchar Francji (Ostatecznie w nim zagrał), superpucharu Europy i pucharu interkontynentalnego. W końcu klub został wyrzucony także z Ligi Mistrzów. Czołowi zawodnicy natychmiast zgłosili chęć rozwiązania kontraktów. Tapie krzyczę o włoskiej mafii, która chce Zemsty za odebranie serię a Pucharu Europy ale nikt go już nie słuchał. Tak upadło jego imperium. Sam szef najpierw zasłaniał się menadżerem OM Barnesem ale ostatecznie okazało się że od początku o wszystkim wiedział. W końcu w 1996 roku, w wieku 53 lat Bernard Tapie trafił do więzienia. Znalazł się w nim w ciekawych okolicznościach. Gdy otrzymał wyrok 24 miesięcy pozbawienia wolności, z czego 16 w zawieszeniu, nie udało się go osadzić za kratkami, gdyż adwokaci potrafili go wybronić ale chcąc złożyć odwołanie musiał pozwolić się zamknąć chociaż na jeden dzień, gdyż tak stanowi francuskie prawo. Tak więc udał się w wyznaczone miejsce do paryskiego więzienia La Sante, lecz sąd kasacyjny nie znalazł podstaw do wszczęcia postępowania odwoławczego i biznesmen pozostał w celi. Niebawem jednak adwokaci podjęli starania zmierzające do tego by ich klient był wolny w dzień a w zakładzie zamkniętym spędzał tylko noce. Ostatecznie to w tym trybie odbył karę. Mecz z PSG był przedostatnim w karierze Goethalsa. Po ostatnim ligowym meczu sezonu z Toulouse zmęczony szkoleniowiec odszedł na emeryturę (by jeszcze na chwilę wrócić z niej w 1995 roku i objąć Anderlecht). Jako futbolista grał na bramce. Jako trener przez wiele lat przysparzał chwały belgijskiemu futbolowi, Pracując w tym że Anderlechcie oraz standardzie Liege, wówczas czołowych ekip Europy. Za granicą przed objęciem Marsylii w 1991 roku prowadził Bordeaux, Sao Paulo FC, Vitorię ponownie Bordeaux. Z reprezentacją Czerwonych Diabłów dotarł do najlepszej czwórki Mistrzostw Europy w 1972 roku. Uchodził on za mistrza taktyki, Nazywano go nawet z tego powodu naukowcem a ponieważ często wygrywał z silniejszymi, także czasami czarodziejem. Wolał jednak raczej bronić niż atakować kropkę to on wprowadzał do Europejskiego futbolu nowinki służące po prawie gry defensywnej: agresywny pressing i strefowe krycie. Właśnie tymi elementami imponował grający najczęściej w ustawieniu 5-2-3 zespół (choć akurat na finał Belg wybrał inny system: 4 3 1 2). Przez wiele lat nikt nie stosował potem 1 z tych ustawień, odeszło ono w zapomnienie, po wielu latach zostało jednak odkurzone przez reprezentację Kostaryki na mundialu w 2014 roku, która właśnie dzięki oryginalnej taktyce wyszła z grupy, mimo że Rywalizowała w niej z Anglią, Włochami i Urugwajem, po czym dotarła do ćwierćfinałów imprezy. Jego dziedzictwo nie zostało więc całkowicie zaprzepaszczone. Wkładem om w rozwój futbolu było udowodnienie jak świetnie rezultaty może przynieść wdrożenie defensywnych rygorów do zespołu składającego się z wybitnych futbolistów. Taka idea była też bliska Bernardowi Tapiemu, który w 2018 roku powiedział: ,, część zawodników woli mecz przegrany 3-4, w którym strzeli trzy gole, niż zwycięstwo 1:0 bez swojego udziału. Tymczasem piłka nożna opiera się poświęceniu dla innych. Jeśli w zespole nie ma altruizmu jest on skazany na porażkę". W istocie rzeczy wszyscy trenerzy silnych zespołów stawiający na defensywę, w tym Jose Mourinho są uczniami Goethelsa ale oczywiście dziś nikt do takiego źródła inspiracji nie zamierza się przyznawać. Goathels dostał dożywotni zakaz pracy trenerskiej w Belgii, więc jeśli temida nie okazała się całkiem ślepa nie był o niczym nie wiedzącym niewiniątkiem. Tapie doskonale wiedział kogo zatrudniał. Po aferze w Belgii trenera nie dopadły Zresztą wyrzuty sumienia. Po krótkim epizodzie w Guimaraes objął posadę dyrektora sportowego w drugoligowym Racingu Yet z rodzinnej Brukseli. Oczywiście był de facto trenerem tego zespołu, który ekspresowo wywalczył awans do ekstraklasy. W Marsylii dostał od prezydenta Tapiego zespół z mnóstwem gwiazd. Nie ze wszystkimi udało mu się dogadać. Tylko rok wytrzymał z nim Eric Cantone. Gdy pewnego razu piłkarz powiedział że nie podoba mu się rola rezerwowego i nie zasiądzie na ławce trener polecił mu zająć miejsce rząd za nią gracze bardzo go cenili. ,, szanuję go oczywiście ze względu na wiek ale także doświadczenie i klasą trenerską. Dopiero on zrobił z nas stuprocentową ekipę"- powiedział Basile Boli. Goethals wygrał Ligę Mistrzów mając 72 lata. Do dziś nie dokonał tego nikt starszy.
4
,,Les Olympiens” zdobywają puchar w cieniu korupcji:
Pierwszy w dziejach finał Ligi Mistrzów pomiędzy Olympique Marsylia a AC Milan był starciem Tapiego z Berlusconim, dwóch ludzi o bardzo podobnej drodze życiowej, związanej z show-biznesem, wielkimi interesami i polityką oraz o równie okazałych ambicjach. O kulisach tego finału zapraszam do odpowiedzi na mój komentarz.
@Visca_barca
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
12
W pogoni za historycznym mistrzostwem:
26 maja 1929 r. FC Barcelona zdecydowanie pokonuje Atletico Madryt 4:0 na Estadio Montjuïc w 14 kolejce Primera Division, umacniając się na prowadzeniu z dwupunktową przewagą nad Realem Madrid i już do końca rozgrywek nie odda prowadzenia, czego efektem jest pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii. Gole przeciwko Atletico strzelali: Josep Sastre(10 m.), Josep Samitier(43 i 61 m.) oraz Emil Walter(47 m.).
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Visca_barca
7
@FCBparasiempre
Euro 1992
Był rok 1989. Jesień Ludów wypierała stary pojałtański porządek, który rozpostarł nad częścią kontynentu żelazną kurtynę. Kraje dawnego bloku wschodniego zaczęły odzyskiwać suwerenność. W listopadzie zaczęto demontaż muru berlińskiego, będącego dotąd krwawą zaporą dla wszystkich uciekinierów zmierzających do ,,lepszego świata”. Najkrwawsze walki o niepodległość miały miejsce w Jugosławii. Kraj pogrążał się w wojnie domowej. Rychło interweniowały wojska ONZ. Rada Bezpieczeństwa nałożyła na Jugosławie surowe sankcje. Decyzje te odbiły się na wszystkich obywatelach, również na piłkarzach, którzy walkę o udział w Euro ’92 wygrali w sportowej rywalizacji ale przegrali przez wojnę bałkańską. Ucierpiało na tym znakomite pokolenie utalentowanych graczy. W 1987 r. na mistrzostwach świata U-20 młodzieżowa drużyna Jugosławii zdobyła złoty medal. Kilku piłkarzy z tych mistrzostw wystąpiło w eliminacjach do Euro ’92 ale w finałowym turnieju wzięli udział dopiero 4 lata później, już jako Chorwaci. Wcześniej uniemożliwiła im to wojna domowa w Jugosławii. Strata tym większa, gdyż piłkarze Osima przeszli przez eliminacje jak burza. Tylko jedna porażka, a poza tym same zwycięstwa. Na tak znakomity wynik zapracowała istna bałkańska mieszanina narodów: Chorwaci, Macedończycy, Bośniacy, Słoweńcy czy wreszcie Serbowie. Zawodników dzieliły kwestie etniczne ale jednoczyły wspólne cele sportowe. Dyskwalifikacja ,,Plavich” wymusiła wyznaczenie następców. Tym sposobem na turniej miała pojechać Dania, która w grupie zajęła drugie miejsce. Podopieczni Moellera-Nielsena nie byli tym faktem zachwyceni. W trybie awaryjnym pościągano ich z urlopów, nakazując przylot drużyny do Szwecji. Piłkarze w ,,wakacyjnej formie” okazali się i tak lepsi od pozostałych konkurentów pieczołowicie przygotowujących się do imprezy. W ekipie brakowało tylko skonfliktowanego z trenerem Michaela Laudrupa. Z kolei Francuzi grali z polotem i przeszli do historii ale… tylko eliminacji. Komplet zwycięstw w ośmiu meczach musiał budzić uznanie. Nie straszni im byli Czechosłowacy ani Hiszpanie. Bohaterem obwołany został trener Michel Platini. To pod jego wodzą piłkarze nabrali przekonania do własnych umiejętności. Platini postawił na mieszankę rutyny z młodością. Na boiska do Szwecji zabrał byłych mistrzów Europy 1984(Amoros i Luis Fernandez) oraz przyszłych mistrzów świata z 1998(Blanc, Petit, Deschamp). Wszystkie znaki na niebie i ziemi przemawiały za koncepcją wielkiego Michela. Boiskowe realia miały ją jednak boleśnie zweryfikować. Z kolei trzecie drużyna Euro’88 oraz mistrzostw świata 1990(Włosi) okazała się nie mieć wystarczających argumentów ażeby dostać się na turniej w Szwecji. Tylko jedna porażka ale aż 4 remisy, w tym oba z ZSRR uniemożliwiły ,,Squdra Azzuri” awans na Euro. Jeśli chodzi o reprezentacje Polski, to w grupie eliminacyjnej trafiła na Turcje, Irlandie i Anglie, zajmując ostatecznie 3 miejsce za Irlandią. Naszych piłkarzy pognębił podział punktów w Dublinie i Poznaniu oraz tradycyjnie Gary Lineker. Po raz pierwszy na turnieju zagrały dwie ekipy z północy kontynentu. Do tej pory tylko Dania trzykrotnie znalazła się w ścisłej czołówce. Szwedom ta sztuka nie udała się nigdy. Tym większa radość zapanowała z zajęcia debiutanckiego 3 miejsca. Dania czwarty a trzeci z rzędu występ uświetniła pierwszym w swojej historii złotym medalem. Zanim do tego doszło, jedni i drudzy w towarzystwie sześciu innych drużyn turnieju musieli wykazać swą wyższość w pierwszej fazie rozgrywek. Traf chciał że znaleźli się w tej samej grupie, razem z zespołami Anglii i Francji. Czterech pretendentów a tylko dwa wolne miejsca. Dania rozpoczęła od bezbramkowego remisu z Anglią i porażki ze Szwecją. Po dwóch meczach miała na koncie zaledwie jeden punkt, więc o awansie decydował ostatni grupowy pojedynek z Francją. ,,Trójkolorowym” wystarczał remis, który utrzymywał się do 78 minuty. Wówczas gola na wagę awansu Danii strzelił Elstrup. Natomiast pierwsze miejsce w grupie przypadło Szwedom. W ekipie ,,Trzech Koron” wspaniale spisywał się Thomas Brolin. Jego gole przesądzały o zwycięstwach z Danią oraz Anglią. Dania ze Szwecją poznały swoich rywali w półfinałach dzień po zakończeniu rywalizacji we własnej grupie. Ostatnie mecze w drugiej grupie odbyły się z udziałem Holendrów z Niemcami oraz Wspólnoty Niepodległych Państw ze Szkocją. Szlagierowo zapowiadało się starcie mistrzów Europy z mistrzami świata. W Göteborgu na stadionie Ulevi rozegrał się prawdziwy spektakl. Niemcy przystąpili do meczu bez kontuzjowanego Völlera. Holendrzy w najsilniejszym zestawieniu. Piorunujący początek ,,Pomarańczowych”. Ronald Koeman dośrodkowuje do Rijkaarda a ten strzałem głową z kilkunastu metrów zdobywa prowadzenie. Po kwadransie zrobiło się 2:0. Rzut wolny z odległości około 30 metrów do bramki Illgnera. Do piłki podchodzi niezawodny w takich chwilach Ronald Koeman, lecz zamiast strzelać, lekko trącił piłke, którą z całą mocą uderza Witschge. Soczysty, płaski strzał ląduje w niemieckiej bramce. Holendrzy nie zwalniają tempa ale nie zdobywają kolejnych goli. Nie mógł wstrzelić się van Basten. Jego fenomenalne uderzenie z półobrotu zamiast rozerwać siatke, o mało nie złamało poprzeczki. Do szczęścia brakowało naprawdę nie wiele. Wreszcie ocknęli się Niemcy. Haessler z rzutu rożnego zagrał wprost na głowe Klinsmanna, który w takich sytuacjach nie zwykł się mylić. Mimo to ostatnie słowo należało do Holendrów. Winter dośrodkował w pole karne do wbiegającego Bergkampa, który strzałem głową z 11 metrów ustalił wynik meczu na 3:1 dla Holandii. Do półfinału weszli zarówno zwycięzcy, jak i pokonani.
Mecze półfinałowe miały dwóch bohaterów. Pierwszym z nich był napastnik, drugim bramkarz. Obaj spotkali się w wielkim finale. Znakomite widowisko oraz 5 goli zafundowały kibicom w Sztokholmie reprezentacje Niemiec i Szwecji. Po 10 minutach gry w okolicach pola karnego sfaulowany został Riedle. Do rzutu wolnego podszedł specjalista w tej dziedzinie Thomas Haessler. Krótki rozbieg, strzal i gol. Ravelli nawet nie drgnął. Podopieczni Vogsta po godzinie gry zdobyli drugiego gola. Riedle z bliska po podaniu od Sammera i Szwedzi przegrywali już różnicą 2 goli. Szybka odpowiedź Brolina z rzutu karnego nie wyprowadziła z równowagi mistrzów świata, którzy w samej końcówce dobili rywala. Ponownie Riedle, który doskonale wystartował do prostopadłej piłki od Helmera i strzałem w długi róg po raz drugi pokonał Ravellego. To był jego trzeci gol w turnieju i drugi w tym meczu, choć miał swój udział przy każdym golu strzelonym ,,Trzem Koronom”. Szwedzi zbyt późno pomyśleli o odrabianiu strat. Gol głową Kenneta Anderssona był pożegnalnym trafieniem gospodarzy na tym turnieju. Do finału weszli rywale a wszystko za sprawą Haesslera i Riedle. Honor Skandynawów obroniła Dania, która pokonała Holandię. Drogę do finału otworzył im gol Henrika Larsena w 6 minucie. Holendrzy nie składali broni. Centrował Wouters, odgrywał Rijkaard a całą akcje sfinalizował Bergkamp. Cios za cios. Rozpędzeni Duńczycy raz jeszcze skutecznie atakują. Mocnym strzałem z 15 metrów ponownie do siatki trafił Larsen. Gdy zwycięstwo było już na wyciągnięcie ręki, szanse Holendrom przywrócił Rijkaard. Witschge zagrywał z kornera na pole karne a tam w zamieszaniu najprzytomniej zachował się pomocnik Milanu a więc dogrywka i rzuty karne a w nich dramat van Bastena. Jego strzał broni Schmeichel i jak się niebawem okaże, wprowadzi Danie do finału. Kolejni zawodnicy strzelali już bezbłędnie, lecz to wpadka ,,wielkiego Marco” odebrała ,,Pomarańczowym” szanse obrony tytułu. Niemcy kontra Dania. To miał być pojedynek Davida z Goliatem. Niemcy, faworyci wszystkich turniejów, trzykrotni mistrzowie świata oraz dwukrotni Europy. Duńczycy, przygodni uczestnicy szwedzkiej imprezy. Raz jeden brązowi medaliści Euro. Oni już swoje zrobili. Dostali się do finału, choć pierwotnie miało ich nie być na tym turnieju. Gdy już zagrali, weszli niemal na sam szczyt. Pozostał tylko finał. W przeciwieństwie do Niemców mogli ale wcale nie musieli go wygrać. Ich szanse nie były wysokie. Mieli z rywalami jedną cechę wspólną a mianowicie charakter. ,,Duński dynamit” kontra niemiecka solidność. Obie ekipy zaczęły bez swoichliderów. Niemcy bez Matthaeusa, Duńczycy bez Michaela Laudrupa. Mimo to w drużynie Vogsta co drugi zawodnik występował na boiskach Serie A, więc rywalizacje na najwyższym poziomie miał we krwi. Pozostali byli filarami swoich zespołów w Bundeslidze, którym również nie obca była gra o najwyższą stawkę. W duńskiej ekipie większość graczy rekrutowała się z krajowych drużyn, dokąd piłkarska Europa zaglądała tylko sporadycznie. Największe obycie posiadał Schmeichel(Manchester United) oraz Sivebaek(AS Monaco). Trener bardzo liczył na duet napastników Povlsen i Brian Laudrup, grających na co dzień w Bundeslidze. Mecz zaczął się na dobre dopiero po golu strzelonym przez Danie. W 19-tej minucie walczący po prawej stronie boiska Povlsen odegrał na 16-ty metr a Jensen kropnął nie do obrony pod poprzeczkę. W odpowiedzi Niemcy. Mocny strzał Klinsmanna po ziemi z dużym trudem Schmeichel wybija na rzut rożny. Kolejna próba, tym razem Effenberga ale golkiper nie daje się zaskoczyć. Duńczycy schodzą na przerwę pełni nadziei a Niemcy pełni obaw. Po zmianie stron obraz gry pozostał właściwie ten sam. Przewagę optyczną mieli Niemcy. Rywale tylko od czasu do czasu próbowali im się odgryźć. Celował w tym Brian Laudrup, który na skrzydle siał zamęt w szykach obronnych rywali. Po jednej takiej szarży przed szansą na podwyższenie rezultatu stanął Kim Vilfort ale tym razem jeszcze spudłował. Niemcy albo rewanżowali się nieskutecznością albo na ich drodze stawał kapitanie dysponowany Schmeichel. Tak było w przypadku Klinsmanna, którego strzał głową w efektowny sposób sparował golkiper. Swoją okazje zmarnował także riedle, będący cieniem zawodnika tak znakomicie grającego w meczu przeciw Szwedom. Wreszcie nadszedł decydujący moment meczu. Walka o piłke w środku boiska a ta trafia do Vilforta, który w jej opanowaniu wyraźnie pomaga sobie ręką. Sędzia nie reaguje. Kim ogrywa Brhmego i Helmera, po czym będąc na 16-tym metrze uderza na bramkę Illgnera. Mniej więcej z tej samej odległości równą godzinę temu Jensen zapewnił Duńczykom prowadzenie. Vilfort przypieczętował sukces, jego strzał nie był tak piekielnie mocny jak poprzednika ale niezwykle precyzyjny. Piłka wpadła do siatki tuż przy samym słupku. ,,Duński dynamit” eksplodował na całą Europę a wraz z nim szał radości wielu kibiców pomalowanych w czerwone barwy z przecinającym je białym krzyżem. Ogromny udział w sukcesie miał właśnie wspomniany Kim Wilfort. Nie tylko w finale wykazał się ogromną odpornością psychiczną. W trakcie turnieju nagle opuścił zgrupowanie i wrócił do kraju. Musiał być przy swojej 7-letniej córce chorej na białaczke, której stan zdrowia raptem się pogorszył. Po kliku dniach Vilfort wrócił do drużyny i pomimo tych trudnych dla niego chwil wspomógł Danie w półfinałowych bojach z Holandią oraz finałowym starciu z Niemcami. Duńczycy piłkarsko nie byli najlepsi ale zdecydowanie najbardziej charakterni. Udowodnili iż ambicją można zdziałać bardzo wiele, nawet wygrać mistrzostwa Europy. Królami strzelców zostali ex aequo Bergkamp, Brolin, Larsen oraz Riedle, strzelając po 3 gole każdy.
7
Historia mistrzostw Europy część 9:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Visca_barca
1
@NeroTFP1 No jeśli by tak miało być to bylibyśmy w miare bogatymi ludźmi, oczywiście gdybyśmy postawili co najmniej tysiąc złotych na taki finał. Przy okazji bylibyśmy również bardzo szczęśliwymi cules ale w końcu komu zabroni się marzyć...?
11
Coś nieprawdopodobnego! FC Barcelona w końcu wygrywa Lige Mistrzów!
Z tą tylko małą/dużą różnicą że dokonały tego panie a nie panowie.... jednak to nie zmienia faktu że to wciąż... Duma Katalonii!!!
0
@Spacedragon Nie pamiętam na tą chwile tego zdarzenia, musiałbym to odkurzyć. Wówczas byłem w ekstazie po golu strzelonym przez Inieste. Tak czy owak Ovrebo mocno nam sprzyjał, tak jak i Aytekin z PSG...
0
@Spacedragon Masz na myśli mecz z PSG? Nie ogladałem go, nie miałem do niego dostępu.
Widziałem tylko urywki i znalazłem jeszcze taki artykuł: https://sport.tvp.pl/48080893/barcelona-psg-61-uefa-przyznala-ze-sedzia-popelnil-bledy
0
@alegre84 Owszem, Ovrebo ewidentnie sprzyjał wtedy ,,naszej" Barcuni, tak jak Aytekin w meczu z PSG(6:1)
0
@July_6_BcN Ale co masz na myśli(?) bo ten przysłowiowy cud na Camp Nou był mocno naciągniety przez sędziego i absolutnie nie zasłużyliśmy na te zwycięstwo, co zresztą pokazuje późniejsza gra w Lidze Mistrzów...
5
@FCBparasiempre
25 maja 1967 na Estádio Nacional w Lizbonie CELTIC Glasgow pokonuje INTER Mediolan 2:1(0:1) w finale Pucharu Mistrzów. Dzisiaj drużyny walczące o triumf w Lidze Mistrzów to zbiory najlepszych piłkarzy z całego świata. Był jednak piękny czas, kiedy to grupa kolegów z osiedla potrafiła pokonać wszystkich. W 1967 r. Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych wywalczył Celtic Glasgow a wszyscy ówcześni zawodnicy „The Bhoys” urodzili się w promieniu 30 mil od Glasgow. Tę wspaniałą drużynę trenował Jock Stein i przeszła ona do historii jako „Lwy z Lizbony”, ponieważ właśnie w słonecznej Portugalii Celtic FC pokonał w finale Pucharu Mistrzów Inter Mediolan. Każdego wieczora tuż przed snem, klęcząc przed figurką Matki Boskiej, razem z bratem modliłem się o zdrowie dla mamy i taty, dla Grana McKenny oraz dla Grana McCabe’a a także dla wszystkich naszych ciotek i wujków. „Módlcie się także za Jocka Steina” – przypominał nam ojciec. Kilka lat później było u nas kilku wujków i ksiądz, który tłumaczył, dlaczego Jock Stein powinien zostać świętym. Co prawda nie był katolikiem ale w 1967 r. za jego sprawą stał się cud – pisał w „The Guardian” szkocki dziennikarz Kevin McKenna. „Lwy z Lizbony” (Lisbon Lions) to zwycięzcy finału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych, który odbył się na Stadionie Narodowym w Lizbonie 25 maja 1967 r. Celtic Glasgow pokonał tego dnia Inter Mediolan 2:1, zdobywając jako pierwszy klub z północy kontynentu najcenniejsze klubowe trofeum. Było to zwieńczenie najlepszego sezonu w 130-letniej historii „The Bhoys”. Celtic FC w sezonie 1966/1967 zdobył mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, no i przede wszystkim Puchar Europy. Dokonała tego drużyna będąca mieszanką rutyny z młodością, prowadzona przez legendę szkockiej piłki Jocka Steina. Jego „Lwy z Lizbony” już kilka lat przed erą Ajaxu Amsterdam i genialnego Rinusa Michelsa prezentowały futbol totalny. ,,To niemożliwe, nikt tak nie gra, w zespole szkockim jest ośmiu napastników!” – krzyczał szwajcarski komentator w drugiej połowie finałowego meczu z Interem. Jednocześnie był to zespół złożony z chłopaków niemal z jednego osiedla, wszyscy poza Bobbym Lennoxem urodzili się w promieniu 10 mil od stadionu Celtic Park. Zresztą nawet i sam Lennox pochodził z miasteczka Saltcoasts, leżącego zaledwie 30 mil od największego szkockiego miasta (jako jedyny nie-glasgowczyk określał sam siebie mianem outsidera). Historia „Lwów z Lizbony” to coś niemożliwego w erze modern football, dlatego ma w sobie tyle romantyzmu. Zwłaszcza że była to naprawdę świetna drużyna. Celtic Football Club został oficjalnie założony 6 listopada 1887 r. przez irlandzkich imigrantów w Glasgow. Celem miała być walka z biedą wśród miejscowych Irlandczyków, a zaczęło się to wszystko w sali katolickiego kościoła św. Marii (katolicyzm od samego początku był jednym z symboli „The Bhoys”). Na klubowym herbie widnieje jednak rok 1888, ponieważ dokładnie 28 maja tego roku „Celtowie” zagrali pierwszy oficjalny mecz. Ich rywalem – a to niespodzianka! – byli Glasgow Rangers. Pierwsze Old Firm Derby zakończyły się zwycięstwem Celticu 5:2. Już w 1889 r. „The Bhoys” dotarli do finału Pucharu Szkocji, w 1892 r. zdobyli to trofeum, a po roku dorzucili do tego pierwszy tytuł mistrza Szkocji. Wystarczyło więc zaledwie kilka lat istnienia, aby Celtic stał się czołowym klubem w kraju. W 1964 r. klub po raz pierwszy pokazał się na arenie międzynarodowej, docierając do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (zlikwidowany w 1999 r.). Po imponującym zwycięstwie u siebie z MTK Budapeszt 3:0, na wyjeździe „Celtowie” roztrwonili przewagę i przegrali aż 0:4. Była to jednak zapowiedź złotej ery Celticu, która miała się zacząć wraz z przyjściem trenera Jocka Steina. Oficjalnie został on ogłoszony menedżerem Celticu 31 stycznia 1965 r. Umówił się jednak z władzami klubu, że pozostanie w Hibernanie, dopóki nie znajdą tam jego następcy. Ostatecznie więc zawitał na dobrze sobie znany Celtic Park w marcu, zastępując pracującego tam od 20 lat Jimmy’ego McGrory’ego (ten w uznaniu zasług otrzymał posadę dyrektora PR). Jock Stein urodził się 5 października 1922 r. w Hamilton oddalonym o 12 mil od Glasgow i był zawodnikiem Celtic FC w latach 1951-1956. Przychodził z walijskiego Llanelli AFC raczej jako uzupełnienie, ale udało mu się wywalczyć stałe miejsce na środku obrony, z czasem zasłużył nawet na opaskę kapitana. Karierę musiał zakończyć w wieku 34 lat z powodu uciążliwej kontuzji kostki.
Przydzielono mu do trenowania drużyny juniorskie oraz rezerwy. Po nieco ponad trzech latach takiej pracy postanowił rozpocząć działalność na własną rękę i przeszedł do Dunfermline Athletic. W momencie rozpoczęcia pracy (14 marca 1960 r.) miał zaledwie dwa punkty przewagi nad ostatnią drużyną w tabeli. Utrzymał zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej, a już w następnym sezonie wywalczył Puchar Szkocji. Dało to prawo gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1961/1962 Dunfermline dotarł do ćwierćfinału. Te osiągnięcia poskutkowały ofertą z Hibernianu Edynburg, do którego Jock Stein przeniósł się w marcu 1964 r. (to był ulubiony przez Steina miesiąc do zmian miejsca pracy). Przez rok pobytu w stolicy Szkocji zdołał wygrać Summer Cup czy pokonać w meczu towarzyskim Real Madryt. To wystarczyło, aby dostać ofertę z Celticu i w marcu 1965 r. Jock Stein rozpoczął swoją najpiękniejszą życiową przygodę. Jego następcą w Hibernianie został Bob Shankly, starszy brat legendarnego Billa. Do dzisiaj Stein pozostaje najlepszym menedżerem Hibernianiu w historii, w ciągu roku jego pracy współczynnik zwycięstw drużyny wynosił 62%. Zatrudnienie Jocka Steina na stanowisku pierwszego trenera Celtic FC było przełamaniem swego rodzaju tabu, ponieważ był on pierwszym protestanckim menedżerem w historii klubu. Zastał drużyną przygotowującą się do rozegrania półfinałów Pucharu Szkocji. Udzielił swoim nowym podopiecznym wskazówek taktycznych na poziomie, z jakim wcześniej nie mieli do czynienia. Rozprawili się w półfinale z Motherwell, a w finale pokonali Dunfermline. Po dwóch miesiącach pracy na Celtic Park Jock Stein miał już swój pierwszy „skalp” – „The Bhoys” wygrali Puchar po raz pierwszy od jedenastu lat. W przerwie letniej ściągnął najlepszego strzelca Motherwell Joe McBride’a. W pierwszym pełnym sezonie pod wodzą Steina (1965/1966) „The Bhoys” zdobyli Puchar Ligi Szkockiej i dotarli do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Byli bardzo bliscy historycznego występu w finale europejskich rozgrywek – przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 1:2, a w meczu na Anfield sędzia nie uznał dającej „Celtom” awans bramki Bobby’ego Lennoxa (wątpliwy spalony). Co się jednak odwlecze… Potem Celtic przegrał w finale Pucharu Szkocji z Rangersami, ale powetował to sobie w lidze, zdobywając pierwsze od dwunastu latu mistrzostwo Szkocji. Imponujące pasmo sukcesów w ciągu zaledwie dwóch lat, ale najlepsze dopiero się zbliżało. Przed startem sezonu 1966/1967 Jock Stein właśnie tak powiedział do swoich piłkarzy. Faktycznie, był to najbardziej magiczny, cudowny i niezapomniany sezon w historii klubu z katolickiej części Glasgow. Mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Glasgow Cup i Puchar Europy – w drodze do tych trofeów „The Bhoys” strzelili łącznie 196 goli. Już letnie mecze towarzyskie zapowiadały coś wielkiego – Celtic pokonał m.in. Manchester United 4:1 (tzw. „dzieci Busby’ego”, które w 1968 r. zdobyły Puchar Europy) oraz 1:0 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabéu. Ligę ekipa Jocka Steina rozpoczęła od fenomenalnej serii ośmiu kolejnych zwycięstw. Dopiero w dziewiątej kolejce rozpędzonych „Celtów” na ich boisku powstrzymała drużyna St Mirren, remisując 1:1 (5 listopada 1966 r.). W tym czasie Jock Stein i spółka mieli już na koncie pierwszy triumf – 29 października w finale Pucharu Ligi Szkockiej pokonali Glasgow Rangers 1:0 po golu Bobby’ego Lennoxa. Spotkanie na Hampden Park oglądało 94,5 tys. widzów. Wpadkę z 5 listopada z St Mirren „The Bhoys” szybko sobie powetowali zwycięstwem w finale Pucharu Glasgow (7 listopada) nad Patrick Thistle FC 4:0 (znowu na Hampden Park, tym razem jednak „tylko” 31 tys. widzów – mniejsza ranga rozgrywek i rywala). Oprócz finalistów udział w Glasgow Cup brały jeszcze Queens Park FC oraz oczywiście Rangersi. Potem przyszła seria trzech kolejnych ligowych zwycięstw, bezbramkowy remis w Kilmarnock i znowu dwie wygrane. Jedynie w okresie świątecznym „Celtów” dopadła lekka zadyszka – w wigilię zremisowali z Aberdeen 1:1, a w sylwestra 1966 po raz pierwszy przegrali w lidze (2:3 na wyjeździe z Dundee United). Był to tylko wypadek przy pracy, ponieważ w 13 kolejnych meczach Celtic wygrał aż 12 razy, notując w międzyczasie jeden remis. Chłopcom Jocka Steina wyraźnie jednak nie leżały Aberdeen i Dundee United, ponieważ w rewanżach padły niemal identyczne wyniki – bezbramkowy remis z Aberdeen (19 kwietnia) i porażka 2:3 z Dundee na Celtic Park (3 maja). To sprawiło, że w przedostatniej kolejce (6 maja – Old Firm Derby) Rangersi wciąż mieli szansę na prześcignięcie rywala z katolickiej części Glasgow. Padł jednak remis 2:2 i „Celtowie” mogli świętować kolejne mistrzostwo Szkocji. Tytuł przypieczętowany na Ibrox Park smakował szczególnie. Był to już czwarty „skalp” Jocka Steina i spółki, bo 29 kwietnia w finale Pucharu Szkocji pokonali Aberdeen 2:0 (z którym nie mogli sobie poradzić w lidze) po dwóch bramkach Williego Wallace’a. Sezon wspaniały, ale każde z tych czterech trofeów Celtic zdobywał już wielokrotnie. Jednak o wyjątkowości sezonu 1966/1967 stanowi Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych.
„The Bhoys” mogli wystartować w tych rozgrywkach dzięki pierwszemu od dwunastu lat tytułowi mistrza Szkocji, a stało się to już w pierwszym pełnym sezonie pracy Jocka Steina. Do Lizbony wiodła jednak dość długa droga. W pierwszej rundzie Celtowie trafili na FC Zurich. 28 września 1966 r. zwyciężyli na Celtic Park 2:0 po golach Gemmella i McBride’a. W rewanżu 5 października (dzień 44. urodzin Jocka Steina) Gemell trafił dwa razy, jednego gola dołożył Stevie Chalmers i Celtic pewnie przeszedł do kolejnej rundy. Przejście Szwajcarów okazało się bułką z masłem, a w drugiej czekał zespół FC Nantes, mistrz Francji. Rywal był jednak słabszy niż sądzono i sprawa rozstrzygnęła się już praktycznie w pierwszym meczu, wygranym przez „Celtów” na wyjeździe 3:1. 30 listopada 1966 r. w Nantes bramki strzelali McBride, Lennox i Chalmers. Identycznym wynikiem zakończył się rewanż w Glasgow, rozegrany 7 grudnia (Johnstone, Chalmers, Lennox). Kolejne mecze odbyły się dopiero w marcu następnego roku. Tu zaczęły się schody, bo 1 marca 1967 r. w Nowym Sadzie Celtic przegrał z Vojvodiną 0:1. Jock Stein bał się tego meczu. Rok wcześniej oglądał bowiem inny, w którym Partizan Belgrad grał z Manchesterem United na tyle skutecznie, by wyeliminować go z rozgrywek. Teraz Vojvodina była mistrzem i ona stanęła na drodze Szkotów. Jej podstawowym atutem miał okazać się bramkarz Ilija Pantelič. Ale nie tylko on. Zespół z Nowego Sadu wygrał 1:0 i miał prawo jechać na rewanż w niezłych nastrojach. Serbowie w Glasgow musieli się jednak zmierzyć nie tylko z rywalem, ale także z 70-tysięcznią widownią na Celtic Park. 8 marca 1967 r. gospodarze wyrównali stan rywalizacji w 58. minucie po golu Steviego Chalmersa. Kiedy zanosiło się na dogrywkę, awans dał w ostatniej minucie meczu stoper Billy McNeill po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Charliego Gallaghera. Na drodze do finału stała potem już tylko jedna drużyna – praska Dukla. Półfinał Pucharu Mistrzów był jednak przekleństwem Brytyjczyków. Do tej pory na tym szczeblu zespoły w Wysp grały aż osiem razy i nigdy nie dotarły do finału. W pierwszym meczu w Glasgow (12 kwietnia) gospodarze zwyciężyli 3:1 po dwóch golach Williego Wallace’a i jednym Jimmy’ego Johnstone’a. W rewanżu 25 kwietnia mistrzowie Czechosłowacji wcale jednak nie stali na straconej pozycji, poczynaniami zespołu z Dukli kierował wciąż będący w wysokiej formie 36-letni wicemistrz świata z 1962 r. Josef Masopust. Bohaterem okazał się jednak starszy o cztery miesiące bramkarz „Celtów” Ronnie Simpson, który zachował czyste konto. Bezbramkowy remis w pełni satysfakcjonował Szkotów. To był w ogóle magiczny czas dla weterana, który pomiędzy dwoma meczami z Duklą zadebiutował w reprezentacji Szkocji. I co to był za debiut – Szkocja pokonała na Wembley aktualnych mistrzów świata 3:2! Skład Anglików w tym meczu (15 kwietnia 1967 r.) był niemal identyczny jak w finale MŚ z Niemcami Zachodnimi, jedynie Jimmy Greaves zastąpił Rogera Hunta. Pod koniec kwietnia „The Boys” zapewnili sobie jeszcze Puchar Szkocji, na początku maja przypieczętowali mistrzostwo, więc całe swoje siły mogli skupić na finale Pucharu Mistrzów. O ile droga do finału była stosunkowo łatwa (raczej żaden z wyeliminowanych klubów nigdy nie należał do potentatów europejskiej piłki), o tyle w finale czekał wielki Inter Mediolan pod wodzą Helenio Herrery, triumfator PEMK z 1964 i 1965 roku. Jedenaście edycji rozgrywek o Puchar Mistrzów i tyleż zwycięstw drużyn z południa kontynentu! Posrebrzane trofeum nie opuszczało dwóch półwyspów i tylko trzech miast. Jak nie Półwysep Iberyjski, to Apeniński. Jak nie Madryt – to Lizbona. Jak nie Lizbona – to Mediolan. I tylko cztery kluby – sześciokrotnie Real, po dwa razy Benfica oraz Inter i raz Milan. Drużyna z północnych Włoch miała też dużo trudniejszą drogę do finału w Lizbonie. Początek dość lekki, bo w pierwszej rundzie wyeliminowali Torpedo Moskwa. Było to klasyczne zwycięstwo w preferowanym przez Inter stylu catenaccio – 1:0 u siebie po samobójczej bramce Woronina i dające awans 0:0 na wyjeździe. Czyli zgodnie z podobną filozofią, wyznawaną wiele lat później np. przez José Mourinho – przede wszystkim nie stracić bramki, a z przodu zawsze coś wpadnie (choćby po samobójczym trafieniu rywala). Dużo bardziej przekonujące było zwycięstwo w 1/8 finału z Vasasem Budapeszt (2:1 w Mediolanie i 2:0 w stolicy Węgier). Jednak w ćwierćfinale na podopiecznych Helenio Herrery czekała przeszkoda najtrudniejsza z możliwych. Real Madryt w 1966 r. wygrał PEMK po raz szósty i stawał do rozprawy z triumfatorem z dwóch poprzednich lat. Był to także rewanż za półfinał sprzed roku, kiedy to górą okazał się Real. W pierwszym meczu w Mediolanie Inter wygrał 1:0. Taktyka na rewanż była więc prosta: „zaryglować” bramkę, a z przodu może coś wpadnie. I tak też się stało – w 23. minucie trafił do siatki gospodarzy Renato Cappellini (strzelec gola także w pierwszym spotkaniu), a „Królewskich” pogrążył w 57. minucie ich własny obrońca Zoco, strzelając „samobója”. Była to dopiero druga porażka Realu na własnym stadionie w europejskich pucharach (wcześniej w 1962 r. wygrał tam 1:0 Juventus), ale pierwsza decydująca o odpadnięciu.
W półfinale Włosi musieli się zmierzyć z CSKA Sofia. Bułgarzy w 1/8 wyeliminowali mistrza Polski Górnika Zabrze (4:0 w Sofii i 0:3 w Zabrzu – Górnik prowadził już do przerwy 3:0, a po zmianie stron karnego nie wykorzystał Ernest Pohl), w ćwierćfinale byli górą w starciu z Linfield Belfast (2:2 w Irlandii Północnej i 1:0 w Sofii). Byli prawdziwą rewelacją tej edycji Pucharu Mistrzów i o mały włos nie dotarli do finału. Po remisie 1:1 w Mediolanie dokładnie taki sam wynik padł w Sofii. Dopiero w trzecim meczu na „neutralnym” stadionie w Bolonii (wybór tego miejsca nie był zbyt fortunny) Włosi zapewnili sobie awans do finału po bramce niezawodnego Renato Cappelliniego w 12. minucie. Potem zastawili słynny „rygiel” i udało się „dowieźć” 1:0 do końca meczu. Krąży legenda, że paragwajski trener Juventusu Heriberto Herrera (zbieżność nazwisk z Helenio przypadkowa) przed finałem zaprosił do Turynu Jocka Steina, aby dokładnie wyjaśnić mu sposób gry Interu. Nawet i bez tego trener „Celtów” wiedział jednak, czego może się spodziewać. Mimo tego został zaskoczony. Pierwsze minuty meczu finałowego należały zdecydowanie do zawodników z Półwyspu Apenińskiego. Już w 7. minucie James Craig sfaulował w polu karnym Renato Cappelliniego, a legendarny Sandro Mazzola pewnie wykorzystał jedenastkę. Spotkanie ułożyło się więc dla Interu wyśmienicie i mógł on przyjąć ulubioną taktykę – „rygiel”, utrzymywanie piłki na własnej połowie i sporadyczne kontry. Wyszło jednak na to, że Inter objął prowadzenie zbyt wcześnie. Świetnie przygotowany fizycznie Celtic stosował – używając dzisiejszej terminologii – wysoki pressing, i z każdą minutą Szkoci coraz bardziej tłamsili rywala. Szybko też neutralna publiczność portugalska (Włochów i Szkotów było po ok. 12 tysięcy) opowiedziała się po stronie Wyspiarzy, ponieważ ich ofensywny styl był po prostu przyjemniejszy dla oka. Inter dzielnie bronił się do 63 minuty. Wtedy Tommy Gemmel uderzył z linii pola karnego w „same widły”, a strzegący bramki Interu Giuliano Sarti nawet się nie ruszył. Napór Celticu rósł i druga bramka wisiała w powietrzu. Inter padł ostatecznie w 84. minucie – Stevie Chalmers zmienił kierunek lotu piłki wstrzelonej w pole karne i znalazła ona drogę do siatki. Pozostawało jeszcze sześć minut na odrobienie strat, ale Inter nie był już w stanie nic zrobić. Puchar trafił w ręce niesamowitych chłopaków z Glasgow. Ponieważ rok wcześniej Real wywalczył puchar na własność, UEFA ufundowała nowy, nieco inny, ten sam, o który walczy się do dziś. I właśnie ten puchar odebrał z rąk prezydenta UEFA, Szwajcara Gustava Wiederkehra i prezydenta Portugalii America Thomaza – Billy McNeill, jako kapitan pierwszej zwycięskiej drużyny z Wysp Brytyjskich. Dwa tygodnie później Celtic zaproszony został przez Real Madryt do rozegrania na Estadio Bernabeu pokazowego meczu na cześć żegnającego się z boiskiem Alfreda di Stefano. Ówczesny trener Liverpoolu Bill Shankly (autor wielu słynnych cytatów), starszy o dziewięć lat od Jocka Steina, powiedział do niego po finale w Lizbonie: „Jock, teraz jesteś nieśmiertelny!”. W następnym sezonie Celtic wywalczył mistrzostwo i Puchar Ligi Szkockiej, potem znowu ugrał potrójną koronę. W 1970 r. „The Boys” jeszcze raz dotarli do finału Pucharu Europy, ale tym razem musieli uznać wyższość nowej jakości w europejskim futbolu – holenderskiego futbolu totalnego. Przegrali z Feyenoordem Rotterdam 1:2. Jock Stein prowadził „Celtów” do 1978 r. Następnie zaliczył krótki epizod w Leeds United i przejął obowiązki selekcjonera reprezentacji Szkocji, którą poprowadził w finałach MŚ w Hiszpanii w 1982 r. Umarł tak jak żył – 10 września 1985 r. dostał zawału serca podczas meczu wyjazdowego z Walią w eliminacjach MŚ. Na śmierć swojego mistrza patrzył bezradnie Alex Ferguson, zdolny szkocki trener młodszego pokolenia i ówczesny asystent Jocka Steina. Celtic FC zdobył po 1967 r. wiele tytułów, w 2003 r. dotarł nawet do finału Pucharu UEFA, jednak żadna drużyna nie może się równać z „Lwami z Lizbony” Jocka Steina. Razem z nim na nieśmiertelność zasłużyła cała jedenastka, która 25 maja 1967 r. zdobyła najcenniejsze klubowe trofeum.