FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
15
Nerwowy rewanż ze szczęśliwym zakończeniem:
12 maja 2015 r. Bayern Monachium pokonał FC Barcelone 3:2 w półfinale Ligi Mistrzów. W rewanżu Bayern mógł doprowadzić do dogrywki ale akurat eksplodował Neymar, który na Allianz rozegrał być może swój najlepszy mecz w barwach Blaugrany. Gdyby nie jego popisy i 2 gole po podaniach Luisa Suareza, Bayern miałby szanse odrobić straty z Camp Nou. Stworzył sobie bowiem mnóstwo sytuacji, z których wykorzystał zaledwie trzy a to dzięki wspaniałej postawie ter Stegena. Po zakończeniu meczu w Monachium kamery uchwyciły moment, w którym roześmiani Messi i Luis Enrique padli sobie w objęcia i czule się wyściskali. Była to bardzo ważna chwila, gdyż od czasu wydarzeń styczniowych po przegranym meczu z Realem Sociedad, przez 3 miesiące trener i jego lider nie odzywali się do siebie w ogóle. Pokój został zawarty dopiero po pokonaniu potwora z Monachium. ,,Po wyeliminowaniu Bayernu wiedzieliśmy że najtrudniejsze już za nami a teraz pozostała nam radość z gry w finale”- wspominał Dani Alves.
@Visca_barca
@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
11
Barça sięga po drugi Puchar Zdobywców Pucharów:
12 maja 1982 r. FC Barcelona pokonała w finale Standard Liege 2:1 i sięgnęła po raz drugi w historii po Puchar Zdobywców Pucharów. Rywale objeli prowadzenie w 8 minucie dzięki bramce Vandersmissena ale tuż przed przerwą wyrównał Alan Simonsen. Natomiast w 63 minucie zwycięskiego gola strzelił Quini. Trener Barçy Udo Lattek stwierdził iż teraz ,,czuje się spełniony”. Niemiecki szkoleniowiec wstawił do składu Migueliego, który w tamtej edycji pucharów wystąpił przez zaledwie 9 minut: ,,Sporo zaryzykowałem bo od dawna nie grał. Dlaczego na niego postawiłem? Pomyślałem że to idealny piłkarz na to starcie i sprawdziło się to w stu procentach”. Usunięty z boiska pod koniec meczu Meeuws miał inne zdanie na temat ,,Tarzana”: ,,Carrasco atakował co chwile dwoma wyprostowanymi nogami i sędzia nie reagował. Natomiast o Miguelim można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest piłkarzem”. Holender Tahamata grający dla Standardu, pomimo porażki zdobył się na żart o Manolo, który krył go przez całe spotkanie: ,,Jestem pewien że wszedłby za mną nawet do łazienki”.
Wspomnień czar:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Symson
@Visca_barca
1
@Lanosss No zgoda ale może nie dzisiaj...?
3
Feliz cumpleaños panie de Jong!
Swoje 27 urodziny obchodzi dzisiaj Frankie de Jong, bardzo dobrze znany wszystkim holenderski pomocnik.
7
@FCBparasiempre
Barça na tronie, Barça w potrójnej koronie. Stało się to, na co czekali wszyscy fani Dumy Katalonii. Po wywalczonym dwa tygodnie wcześniej Mistrzostwie Hiszpanii oraz triumfie w finale Pucharu Króla przyszedł czas na finał Ligi Mistrzów. 27 maja 2009 roku na wypełnionym po brzegi Stadio Olimpico w Rzymie, piłkarze Barcelony udowodnili swą wyższość nad mistrzem Anglii Manchesterem United. Tym samym zdobyli trzecie trofeum w sezonie 2008/2009. Tamten mecz był drugim w 17-letniej historii Ligi Mistrzów, a czwartym w ogóle w historii Pucharu Europy finałem rozgrywanym na tym stadionie. Jako rozjemcę tego spotkania UEFA wyznaczyła szwajcarskiego arbitra Massimo Busacce, dla którego był to drugi finał Ligi Mistrzów, jaki przyszło mu sędziować (w 2002 roku prowadził spotkanie Realu Madryt z Bayerem Leverkusen). Zespoły zaczęły w następujących składach:
FC Barcelona: Víctor Valdés, Carles Puyol, Yaya Touré, Gerard Piqué, Sylvinho, Xavi, Sergio Busquets, Andrés Iniesta, Leo Messi, Samuel Eto’o, Thierry Henry
Manchester United: Edwin van der Sar, John O’Shea, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra, Anderson, Michael Carrick, Ryan Giggs, Park Ji-sung, Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney
Obie ekipy zaskoczyły ustawieniem. Wiadomo było, że trener Barçy Josep Guardiola może mieć kłopoty z zestawieniem defensywy, ale najbardziej zaskakujące dla wszystkich było wystawienie na środku ataku Lionela Messiego. To samo tyczy się Manchesteru, w którym od początku spotkania na szpicy zagrał Cristino Ronaldo. Co ciekawe było to dopiero trzecie spotkanie, w którym ci dwaj panowie stanęli naprzeciw siebie. Poprzednie dwa, to były mecze półfinałowe Ligi Mistrzów rozegrane sezon wcześniej. Wtedy w dwumeczu padła jedna, jedyna bramka, którą w rewanżu na Old Trafford strzelił Paul Scholes, dzięki czemu do finału awansowali gracze z Manchesteru. Czerwone Diabły ostatecznie wygrały tamtą edycję LM, pokonując w rzutach karnych londyńską Chelsea. Tak więc dwie już wtedy największe gwiazdy światowej piłki, gracze, których pojedynek miał być dodatkowym smaczkiem tego finału, zawodnicy uniwersalni jednakże na co dzień grający jako skrzydłowi, mieli pełnić funkcje egzekutorów i wykańczać akcje kolegów. Jak się potem miało okazać, było to trochę złudne. Od początku do ataku ruszył Manchester, zyskując optyczną przewagę w pierwszych minutach gry. Red Devils mogli nawet objąć prowadzenie, po strzale z rzutu wolnego wspomnianego Ronaldo, ale bramkarz Barçy Victor Valdes z trudem odbił strzał Portugalczyka, a resztę załatwili obrońcy. W 10. minucie Barcelona przeprowadziła właściwie pierwszą składną akcję. Jak się okazało, była to zabójcza kontra. Messi ze środka pola obsłużył wbiegającego prawym skrzydłem Samuela Eto’o, ten wpakował się pomiędzy trzech obrońców i sprytnym, mocnym strzałem w krótki róg zdobył gola. Od tego momentu Barça kontrolowała przebieg wydarzeń na boisku. Piłkarze United grali natomiast momentami tak jakby dostali obuchem w głowę, nie mogąc się otrząsnąć po otrzymanym ciosie. Obraz gry w drugiej połowie niewiele się zmienił. Tym razem od samego początku zaatakowała Duma Katalonii, tworząc sobie kilka dogodnych sytuacji. Po jednej z nich Thierry Henry mógł podwyższyć wynik meczu. Udało się to jednak dopiero w 70. minucie, kiedy to Xavi Hernandez – architekt gry ofensywnej Barcelony – z niewiarygodną precyzją wrzucił piłkę z prawej strony boiska w pole karne Manchesteru. Tam dopadł do niej Lionel Messi, który zawisł na chwilę w powietrzu niczym Michael „Air” Jordan za najlepszych lat i skierował piłkę do siatki rywala. Bezradny Edwin van der Sar odprowadził tylko futbolówkę wzrokiem. Najniższy obok Xaviego gracz na boisku wykorzystał lukę pomiędzy dwoma „wieżami” obrony United – Johnem O’Shea i Rio Ferdinandem – ośmieszając ich strzałem głową. Asystujący przy tym golu Xavi, był niewątpliwie najlepszym zawodnikiem tego spotkania. Jak zwykle świetnie spisywał się zarówno w ofensywie jak i w defensywie. Mało tego – niewiele brakowało, by sam wpisał się na listę strzelców, kiedy to piłka po jego strzale z rzutu wolnego odbiła się od słupka. W sukurs partnerowi z drugiej linii szedł Andres Iniesta, który odbierał, kreował i kiwał, jakby w czasie tego meczu piłka była przyklejona do jego stopy. Przydarzyła mu się tylko jedna akcja w ofensywie, przy której stracił piłkę. Przyzwoite spotkanie zagrał również wspomniany wcześniej Francuz Thierry Henry, który po przegranym finale Arsenalu z Barceloną w 2006 roku odszedł z londyńskiego klubu do Blaugrany właśnie po to, by wreszcie móc wygrać Champions League. Na wielkie brawa zasłużył również kapitan Blaugrany Carles Puyol, który z konieczności zagrał na prawej obronie. Walczył jak gladiator, był wszędzie i również on miał szanse pokonać van der Sara, lecz przegrał pojedynek sam na sam z tym ostatnim.
Wielka gwiazda Manchesteru Cristino Ronaldo z minuty na minutę gasł a wraz z nim cała drużyna. W jego grę wkradało się coraz więcej niedokładności i coraz więcej nerwów, czego efektem była żółta kartka, otrzymana przez niego pod koniec spotkania. Nie pomogło nic, nawet zastosowanie przez sir Alexa Fergusona w drugiej połowie ultraofensywnej taktyki (Ronaldo – Rooney – Tevez – Berbatov). Ten chwyt udał się raz, w meczu ligowym z Tottenhamem Hotspurs, kiedy to Manchester przegrywał 0:2, by wygrać spotkanie 5:2. Jednak nigdy więcej ten wariant nie przyniósł skutku, tym bardziej na Stadio Olimpico przy tak dysponowanym przeciwniku. Rzymski finał ostatecznie zakończył się wynikiem 2:0 dla piłkarzy Blaugrany. Bez wątpienia jednak w tym meczu spotkały się dwie najlepsze ekipy rozgrywek Ligi Mistrzów w sezonie 2008/09. Spotkanie to nie należało do pięknych, bo finały rzadko zachwycają. Na pewno jednak nie raz widzieliśmy brzydsze mecze o to trofeum. Barça zdominowała środek pola i pokazała, że tę formację miała w tamtym czasie najmocniejszą na świecie. Manchester natomiast momentami grał tak, jakby linii pomocy nie posiadał w ogóle. Wygrała wielka drużyna. Młoda i jednocześnie dojrzała. Ekipa pełna bardzo silnych osobowości z zamiłowaniem do widowiskowej piłki. Barcelona zdobyła Puchar Europy po raz trzeci w swej historii, a jej trener Pep Guardiola dołączył do wąskiego grona tych, którzy zdobyli to trofeum zarówno jako piłkarze, jak i trenerzy. Był on przecież zawodnikiem pamiętnego teamu Johana Cruyffa, gdy Barca w 1992 roku na stadionie Wembley sięgała po swój pierwszy w historii puchar. Guardiola zasłużył na szczególne uznanie, gdyż był to przecież jego debiutancki sezon jako trenera Barcelony. Ba, nigdy wcześniej oprócz rocznej pracy z rezerwami Barçy nie prowadził żadnej drużyny. To on zdecydował się na przewietrzenie składu przed tamtą kampanią. Pozbył się paradoksalnie najsłabszego ogniwa w drużynie, czyli Ronaldinho. Piłkarza, będącego kilka sezonów wcześniej największą gwiazdą Dumy Katalonii. Niestety gwiazda Brazylijczyka szybko gasła z powodu mało sportowego trybu życia. Pep Guardiola nie bał się ryzyka. Poza odpaleniem wypalającej się gwiazdy Canarinhos okiełznał zbuntowanego Samuela Eto’o, dokupił jednego piłkarza, który notabene nie mógł zagrać w finale (Daniego Alvesa) poukładał drużynę po swojemu i efekty były piorunujące. Trzy trofea w debiutanckim sezonie, w tym to najcenniejsze, jakim był Puchar Mistrzów. Manchester United miał szansę po tym meczu stać się pierwszym w historii Ligi Mistrzów zespołem, który obroni puchar zdobyty rok wcześniej. Niestety nie udało się i zespół sir Alexa Fergusona dołączył do grona składającego się z Juventusu, AC Milan i Ajaxu Amsterdam, które również zaprzepaściły taką okazję. Dodatkowo nasz rodak, rezerwowy bramkarz Manchesteru United Tomasz Kuszczak, mógł zostać pierwszym Polakiem, który zdobyłby Puchar Mistrzów dwukrotnie. Jak wspomniałem na początku FC Barcelona sezon 2008/09 zakończyła, triumfując w Copa del Rey, Primera División i Lidze Mistrzów. Pieczętując zwycięstwo w tym finale, stała się pierwszym hiszpańskim klubem w historii, któremu udało się zdobyć potrójną koronę. Ten wyczyn powtórzyła w sezonie 2014/15, już pod wodzą Luisa Enrique i do dziś pozostaje jedyną drużyną z Hiszpanii, której się to udało. Oprócz tego Leo Messi został królem strzelców tamtej edycji Ligi Mistrzów, strzelając 9 bramek. Znawcy futbolu, dziennikarze, kibice – wszyscy przed tym spotkanie zastanawiali się, kto wyjdzie zwycięski z elektryzującego pojedynku Leo Messiego z Cristiano Ronaldo, kogo będzie można obwołać nowym cesarzem Rzymu. Tym razem górą był Messi i jak stwierdził po tym triumfie Guardiola, to jego nazwisko już w tym momencie było grawerowane na Złotej Piłce dla najlepszego piłkarza świata (jak się później okazało, nie pomylił się). A kibice mogli po meczu wykrzyczeć: AVE BARCA! AVE CESAR MESSI!
8
Co zmajstrował Guardiola w pierwszym sezonie w Dumie Katalonii? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz:
@Visca_barca
@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
3
@MesQueUnClub96 Ojej, to ile ty masz lat?
1
@misterio No cóż, tacy są właśnie latynosi a jacy? Są obłędni na punkcie futbolu, zwłaszcza Brazylijczycy...
10
Diabeł i anioł w Rio de Janeiro:
Pewnej deszczowej nocy pod koniec 1937 r. kibic wrogiej drużyny zakopał na stadionie klubu Vasco da Gama martwą żabe, wypowiadając straszną klątwe: ,,Niech Vasco nie zdobędzie mistrzostwa przez 12 lat! Niech tak się stanie, jeśli Bóg jest w niebie!”. Kibic ów nazywał się Arubinha a jego miłością był maleńki klub, któremu Vasco da Gama spuścił straszne lanie wygrywając aż 12:0. Zakopując martwą żabe z zaszytymi ustami kibic chciał pomścić tę zniewagę. Lata całe fani i władze klubu Vasco bez skutku szukały zakopanego płaza na boisku i w jego okolicy. Murawa wyglądała jakby ją zryły nornice. Mimo ze Vasco zatrudniał najlepszych piłkarzy w Brazylii i wystawiał najsilniejsze drużyny, skazany był na porażke. Klątwe przełamał dopiero w 1945, zdobywając upragnione trofeum, które wymykało mu się z rąk od 1934 r. Jedenaście lat posuchy: ,,Bóg odpuścił nam roczek”- oświadczył po historycznym zwycięstwie prezes klubu. Kilka lat później Flamengo, ulubiona drużyna Rio de Janeiro i całej Brazylii, przeżywało podobne kłopoty. W 1953 r. mijało 9 lat, odkąd po raz ostatni klub zdobył mistrzostwo kraju. Ogromne rzesze jego fanów, najwierniejszych, najbardziej zagorzałych, głodne były sukcesu. Z pomocą przyszedł katolicki duchowny ojciec Goes, który przyrzekł zwycięstwo, w zamian zażądał jednak by zawodnicy chodzili na msze i przed każdym meczem i odmawiali na kolanach różaniec przed ołtarzem. W taki sposób Flamengo zdobyło 3 tytuły mistrzowskie z rzędu. Ligowi rywale interweniowali u kardynała Jaime Camary, oskarżając drużynę o stosowanie niedozwolonych środków dopingowych. Ojczulek Goes bronił się że on tylko wskazuje ścieżke Pana i dalej odmawiał różaniec z paciorkami w kolorze czerwono-czarnym, które tak się składa są barwami Flamengo oraz pewnego afrykańskiego bóstwa – Jezusa i Szatana w jednym. Po 4 latach Flamengo jednak straciło tytuł, piłkarze przestali chodzić na msze i nigdy więcej nie odmówili różańca. Ojciec Goes szukał nawet pomocy u rzymskiego papieża ale ten nie odpowiedział na jego prośby….
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca
0
@Piorun Nie no, ja też często dopisuje aby przeczytać to w odpowiedzi na mój komentarz. Tym razem nie dopisałem ale większość użytkowników już wie o co chodzi...
7
@FCBparasiempre
Wspaniałe zwycięstwo w rozgrywanych w Peru mistrzostwach Copa America w 1957 roku zwiększyło jeszcze argentyńskie poczucie własnej mocy, choć tak naprawdę tamtejszy świat futbolu potrzebował już otrzeźwienia. Na rozgrywany rok później mundial w Szwecji reprezentacja Albicelestes jechała pewna sukcesu, choć przecież nie brakowało sygnałów ostrzegawczych, gdyby tylko ktoś zechciał je zauważyć… Najbardziej oczywistym ciosem był wyjazd do Włoch ,,Trio de la muerta”, oznaczający że Angelillo, Maschio i Sivori nie mogli już grać w reprezentacji. Czy aby na pewno nie mogli? Guillermo Stabile od razu wiedział co to oznacza: ,,Za kilka milionów peso straciliśmy wszystko co zyskaliśmy w Limie”- mówił. Eliminacje do Mistrzostw Świata rozgrywane przez Argentynę po raz pierwszy od 1934 roku poszły wprawdzie nieźle. Trzech spośród ,,carasucias” odeszło ale magia pozostała nawet jeśli na starcie Albicelestes przydarzyła się porażka z Boliwią w La Paz, wysokość, na której rozgrywano spotkanie tłumaczyła jakoś ten wynik a kiedy gole Norberto Mendeza i Norberto Conde pozwoliły wygrać 2.0 wyjazdowy mecz z Chile wydawało się że sprawy wróciły do normy. Na własnym terenie Argentyńczycy rozbili zresztą Chile 4:0 po dwóch golach Corbatty, z których jeden do dziś zalicza się do najwspanialszych w dziejach tutejszej piłki. Gospodarze prowadzili już 2:0, kiedy napastnik Racingu zgubił kryjącego go przeciwnika, wyminął bramkarza, zaczekał na powrót kolejnego chili Chica, przedryblował go a kiedy tłum domagał się strzału na widok bramkarza i dwóch Obrońców którzy za ułamek sekundy mogli mu przeszkodzić po raz kolejny, Corbatta zamarkował jedynie uderzenie i dopiero gdy wszyscy trzej przeciwnicy znaleźli się na ziemi, blokując strzał, którego nie było zdecydował się wbić piłkę do siatki. ,,El Grafico” nazwało to ,,najbardziej nieprawdopodobną akcją w historii”. Kolejne 4:0 z Boliwią oraz następne gole Corbatty i Mendeza zapewniły awans na szwedzki turniej. Argentyńska opinia publiczna żyjąca w przekonaniu o sile miejscowej ligi i karmiona przez propagandę historiami o tym że jej ulubieńcy grają najlepszy futbol świata była przekonana że Albicelestes są również faworytami mundialu. Przez pół godziny wydawało się że się nie myli. Argentyńczycy rozgrywali mecz inauguracyjny przed 31-tysięczną widownią w Malmo i objęli prowadzenie z obrońcami tytułu Zachodnimi Niemcami już w trzeciej minucie gdy atakujący z prawej strony Corbatta wdarł się w pole karne i zaskoczył Fritza Herkenratha strzałem przy krótkim słupku ale dyscyplina Taktyczna i fizyczna przewaga Niemców rychło dały znać o sobie. Bohater finału poprzedniego mundialu Helmut ran otrzymał znów powołanie do reprezentacji dopiero po tym, jak zrezygnował z picia piwa i w Fakcie tym można by się właściwie dopatrywać lekcji dla Argentyńczyków. Toran był autorem wyrównującej bramki po strzale prawą nogą zza pola karnego a potem(gdy Uwe Seeler wyprowadził już Niemców na prowadzenie wpychając piłkę do siatki na 3 minuty przed przerwą) przypieczętował wygraną kolejną podkręconą piłką zza 16-tki, tym razem jednak uderzoną lewą nogą. ,,Nie jesteśmy przyzwyczajeni do aż tak brutalnej gry”- mówił Stabile ale jego komentarz odnosił się chyba bardziej do tempa niż do jakiejś przesadnej agresji ze strony Niemców. Odpowiedzią Stabilego na tę w cudzym słowie przemoc było wstawienie do składu na drugi mecz z Irlandią Północną 39-letniego Angela Labruny i powierzenie mu roli lewego łącznika. Pomocnik Irlandczyków Jimmy Mcillroy opisywał później rywali jako w cudzysłowie gromadę małych grubasków, którzy uśmiechali się do nas i wymachiwali do dziewczyn na trybunach zamknąć cudzysłów. To właśnie Irlandia Północna objęła prowadzenie. Pięta Danny’ego Blanchflowera pozwoliła Billiemu Binghammowi dośrodkować na głowę Petera McParlanda. Stopniowo jednak Argentyńczycy wrócili do gry choć wyrównujący gol padł w okolicznościach raczej szczęśliwych. W 37 minucie dośrodkowanie Ludovico Avio odbiło się od uda Dicka Keita i trafiło w jego rękę. Szwedzki sędzia Stan Ahlner podyktował rzut karny, który na gola zamienił Corbatta. Irlandia Północna nadal miała jednak szansę i powinna ponownie objąć prowadzenie po tym jak Billy Cush przepuścił podanie McIlroya do będącego tuż przed bramką Faya Coyle'a, ten jednak źle trafił w piłkę. Było to jedno z trzech naprawdę fatalnych pudeł w meczu, który dla irlandzkiego napastnika okazał się ostatnim w karierze reprezentacyjnej. Menendez wykorzystał prostopadłe podanie od Avio dając w Argentynie prowadzenie, później zaś Avio główkował na 3:1 zapewniając kolegą poczucie komfortu, dzięki któremu zaczęli popisywać się sztuczkami technicznymi podbierając piłkę jeden drugiemu albo, jak to określił McIlrroy ,,Robiąc sobie jaja”. Nie zmienia to faktu że zwycięstwo wcale nie przyszło łatwo a spodziewana przez Argentyńczyków różnica klas na boisku raczej nie rzucała się w oczy. Słabości w argentyńskiej grze dawały się zauważyć już w czasach gdy wielu piłkarzy grało w kolumbijskiej lidze Eldorado. Kiedy Neil Franklin wrócił na wyspy po nieudanym epizodzie w Independiente Santa Fe opowiadał że spotkał się z ostracyzmem argentyńskiej kliki obawiając się brytyjskiej inwazji. ,,Stali się okropnie zazdrośni, jak tylko zobaczyli że piłkarze z Anglii będą trenować i to ciężko. Przykładanie się do zajęć nie było ich najlepszą stroną. Dobrze posługiwali się piłką, chętnie się popisywali ale podczas ćwiczeń byli nieprawdopodobnie leniwi”- opowiadał Franklin.
Wszystkie ostrzeżenia zostały jednak zignorowane i złoty wiek argentyńskiej piłki znalazł swój tyle że gorzki co szokujący koniec w Helsingborgu podczas meczu z reprezentacją Czechosłowacji, która przegrała już z Irlandią Północną i straciła szansę na wyjście z grupy. ,,przyzwyczailiśmy się grać w piłkę bardzo wolno a oni okazali się szybcy- wspominał Jose Ramos Delgado, który znalazł się w kadrze na tamte mistrzostwa choć nie wystąpił w żadnym meczu. - od dawna nie braliśmy udziału w rozgrywkach międzynarodowych, dlatego kiedy pojechaliśmy do Szwecji wydawało się nam że jesteśmy bardzo utalentowani, na miejscu okazało się jednak że nie potrafimy dotrzymać kroku reszcie świata. Naprawdę zostaliśmy w tyle. Europejskie drużyny grały prosto i dokładnie kropkę myśmy dobrze utrzymywali się przy piłce ale nie umieliśmy się przebić pod bramkę rywali”. Pierwszego gola strzelił Milan Dworak płaskim uderzeniem zza pola karnego już w 8 minucie meczu a komiczne błędy argentyńskiej obrony pozwoliły Zdenkowi Zikanowi zdobyć drugiego gola. Ten sam zawodnik ustalił wynik pierwszej połowy na 3:0, po tym jak Carriso wypuścił piłkę z rąk i chociaż Corbatta wykorzystał kolejnego karnego dając Argentyńczykom nadzieją na odrobienie strat, ostatni kwadrans meczu przyniósł im pogrom. Najpierw gola zdobył Feureisl a w samej końcówce Hovorka dołożył jeszcze dwa. W przypadku pierwszego gola wymijając Carriso a przy drugim wbijając do pustej bramki dośrodkowanie jednego z kolegów. Wynik 1:6 był najwyższą porażką w historii reprezentacji Argentyny. Atmosferę szoku i niedowierzania próbował wyrazić bramkarz Amadeo Carriso: ,,Gdybym miał wyjaśnić przyczyny tak słabego występu użyłbym jednego tylko słowa: dezorganizacja. Podróż do Szwecji zajęła nam jakieś 40 godzin, naprawdę kiepski początek, zważywszy że Brazylia na przykład wynajęła prywatny samolot a przed mistrzostwami zorganizowała tournee, w trakcie którego przećwiczyła swoją taktykę na boisku byliśmy równie niezorganizowani. Nic nie wiedzieliśmy o rywalach. Cztery gole Czechów były w zasadzie identyczne: dośrodkowanie wzdłuż bramki i piłkę w siatce. Kolejne dośrodkowanie wzdłuż bramki i kolejny gol. W końcu im się znudziło. Gdy wysiadaliśmy z samolotu myśleliśmy że to będzie łatwizna. Owszem była ale dla naszych rywali”. Kibice w kraju byli wściekli. Kiedy drużyna wylądowała na lotnisku w Ezeizie, obrzucono ją owocami i monetami. ,,Okropne To było. Obrażano nas na każdym stadionie nawet tych, którzy w Szwecji nie zagrali ani minuty. Reprezentację trzeba było przebudować. Zaczęto szukać innych piłkarzy a mianowicie takich, którzy byliby skłonni bardziej się poświęcać niż popisywać Futbol po tym wszystkim przestał być sztuką”- wspominał Ramos Delgado. Szwedzka porażka była tak miażdżąca że wydawała się niemal nie do pojęcia. Szok i wściekłość okazały się tym większe że trzy lata po obaleniu Perona runął jeszcze jeden z życiowych pewników. Pełne samozadowolenia przekonanie o argentyńskiej wyższości Rozpadło się w proch i pył. Stwierdzenie że jeden mecz odmienił losy całej argentyńskiej piłki wydaje się oczywiście zbyt daleko idącym uproszczeniem ale w tamtym momencie tak to właśnie mogło wyglądać. Po 1:6 z Czechosłowacją nic już nie było takie samo. ,,Jaka szkoda że Brazylia, która została zmieciona z boiska przez biało-błękitny sztorm (w Limie) rychło zdołała się podnieść i zdobyć mistrzostwo świata w Szwecji, podczas gdy my, uważani przecież za faworytów turnieju zaczęliśmy rozmontowywać zespół zaraz po tamtym zwycięstwie. Jaka szkoda że skończył się czas ,,carasucias” i że straciliśmy radosny futbol, który tak kochano na trybunach a który dziś jest już tylko wspomnieniem”- pisało ,,El Grafico". Gwałtowność argentyńskich reakcji można było zrozumieć. Reprezentacja przeżyła dokładnie ten rodzaj upokorzenia, którego tak obawiał się Peron, choć wypada dodać że pobierana przez polityka sportowego izolacjonizmu, mające na celu uniknięcie podobnych niepowodzeń w gruncie rzeczy pomogła rozwinąć się poczuciu samowystarczalności i samozadowolenia a więc najważniejsze przyczyny klęski. Właśnie dlatego jednak że katastrofa przyszła tak niespodziewanie Wściekłość i wstrząs okazały się o wiele większe niż w innych tego typu przypadkach o piłkarzach obrzuconych owocami i monetami na lotnisku już wspomnieliśmy. Dodajmy jeszcze że Stabile stracił pracę i rozpoczęła się ogólnonarodowa debata na temat każdego właściwie z futbolowych dogmatów, do których Argentyńczycy wcześniej przywiązywali tak wielką wagę jeśli ,,La nuestra" nie była odpowiedzią, cóż nią było? Jeśli wiara w argentyńską wielkość okazała się fałszywa, gdzie leżała prawda? Częścią problemu było oczywiście to że argentyńscy trenerzy strzelili sobie w stopę nie powołując na mundial żadnego z ,,carasucias”. Argentyńczycy uwierzyli że ponieważ Maschio, Sivori i Angelilio przeprowadzili się do Włoch nie mogli już dłużej grać dla swojej ojczyzny. Była to jednak bzdura, gdyż cała trójka zdecydowała się występować w reprezentacji Włoch dlatego że ojczyzna już ich nie chciała.
Przekonanie że argentyńska piłka jest tak mocna a argentyńska liga tak pełna utalentowanych zawodników że z łatwością da się wypełnić lukę po ,,Trio de la muerta” było przejawem mentalności, które zakładała też że reprezentacja może po prostu wygrać swoje nie biorąc pod uwagę taktyki przeciwnika. Skauting i analiza gry rywala były w powijakach. Ze wściekłością i bólem, z jakimi zareagowano na wyeliminowanie reprezentacji z Mundialu, kryły się głębsze kwestie. Od lat 20-tych Argentyńczycy wiązali swój sposób gry w piłkę z narodowym charakterem; prestiż i tożsamość narodowa były współzależne z wynikami reprezentacji. Jeśli więc kadra została rozgromiona a jej styl obnażono jako kompletnie nieadekwatny do współczesnych standardów, cóż to mogło znaczyć dla całego kraju? Nowe władze odziedziczyły te problemy po czasach Perona ale ich postawa generalnie przyczyniła się do postępu w świecie piłki. Zniknęły preferencyjne kredyty dla klubów oznaczające w gruncie rzeczy państwowe subwencje w piłkę nożną. Rozwój klasy średniej (będący skąd inną efektem polityki gospodarczej peronistów) i telewizyjne transmisje meczów doprowadziły do spadków frekwencji na stadionach, pogłębionego oczywiście rozczarowaniem po katastrofie w Helsingborgu. Dochody klubów malały, zaczęto więc uważnie patrzeć na pieniądze i Odtąd w meczach chodziło już bardziej o wygrywanie niż o spektakl. Piękno i wierność określonym wartością zeszły na drugi plan i Argentyna znów, jak Przy tylu innych okazjach miała się przekonać że kiedy umierają marzenia Ich miejsce zajmuje cynizm. Po Złotym wieku futbolu przyszła era antyfutbolu, częściowo z powodu szwedzkiego rozczarowania i wątpliwości wobec dotychczasowego podejścia do futbolu, częściowo zaś w związku z ekonomią cudzysłów to właśnie wtedy pojawiła się Europejska dyscyplina do argentyńskiej piłki wdarła się nowoczesność rozumiana jako rygor, treningi kondycyjne, higiena, zdrowie, profesjonalizm, poświęcenie, cały ten fordyzm. Trenerzy zaczęli się zajmować przygotowaniem fizycznym i przywiązywać wagę do gry obronnej, kto wcześniej zwracał uwagę na grę obronną? Wtedy, gdy brazylijski triumf na mundialu mógł właściwie dostarczać argumentów za naszym dotychczasowym stylem gry"- zauważył filozof Thomas Abraham.
7
Zmarnowane pokolenie argentyńskiego futbolu:
@Visca_barca
@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
1
No w końcu ruszyła Argentyńska Primera Division, bodaj po raz 137 w historii. Szkoda że żadna stacja tego nie transmituje. W każdym razie Vamos ,,Bosteros"! Vamos po mistrzostwo!
0
@MeMyselfAndI Nie wierzę w te doniesienia, zwłaszcza że pochodzą z polskiej strony ,,naszego wroga naczelnego"!
0
O prosze! Hubert Hurkacz zagra z Rafaelem Nadalem? A to ci ciekawie się zapowiada...
6
@FCBparasiempre
Jackie Milburn – geniusz z kompleksem niższości. Gdyby grał i zachowywał się w dzisiejszych czasach tak, jak za swojego życia, byłby uważany za dziwaka. Urodził się 11 maja 1924 roku w Ashington. Mieszkał przy 14 Sixth Row. Jego ojciec Alexander był górnikiem. Podobna przeszłość miała czekać Jackiego. Wszystko zmieniło się jednak, kiedy Milburn senior podarował swojemu ośmioletniemu wówczas synowi buty piłkarskie na Boże Narodzenie. Jackie od małego kochał sport, a ponadto pochodził z piłkarskiej familii. Kuzynami jego ojca było czterech piłkarzy: John, George, James i Stanley. Krewnymi Jackiego byli mistrzowie świata z 1966 roku: Bobby i Jackie Charltonowie. Milburn dał się poznać jako świetny piłkarz, choć jako nastolatek uprawiał także biegi, skok w dal i skok wzwyż. W szczytowym okresie kariery potrafił przebiec sto jardów w czasie 9,7 sekundy. Jako młody chłopiec był tak bardzo wycieńczony po zwycięskim biegu, że nagrodę odebrał siedząc na plecach niosącego go ojca. Swego czasu zarabiał na życie bieganiem w lokalnych zawodach sprinterskich wraz ze swoim szkolnym przyjacielem Ronniem Coulsonem. Wszystko po tym, jak oblał testy sprawnościowe do Royal Navy. Innym przyjacielem Milburna był Raymond Poxton. Obaj młodzieńcy zostali zaproszeni przez prezesa Newcastle United – Wilfa Taylora na sparing mający na celu sprawdzenie przydatności obu piłkarzy w zespole ,,Srok”. Zanim zagrali, obejrzeli mecz towarzyski Newcastle z Yorkshire AFC. Rozczarowany poziomem widowiska, zawsze skromny Jackie zapytał swojego kompana. ,,Raymond, jesteśmy w stanie zagrać lepiej, prawda?” Do Newcastle trafił po tym, jak klub dał ogłoszenie do ,,North Mail Newspaper” w sprawie poszukiwania piłkarzy chętnych do gry w drużynie. Milburn zgłosił się wraz z Raymondem Poxtonem, choć dwa lata wcześniej otrzymał policzek od NU. Skauci ,,Srok” wypatrzyli Jackiego, kiedy ten strzelił pięć goli dla drużyny Air Corps. Spotkanie pomiędzy przedstawicielem zespołu a Milburnem było już dogadane. Niestety, w wyznaczonym miejscu stawił się tylko młody, obiecujący piłkarz. Podrażniona ambicja Milburna niosła go na boisku. Zagrał tylko jedną połowę meczu kontrolnego, ale zdążył strzelić dwa gole. Na St. James Park pojawił się na kilka godzin przed meczem, nauczony doświadczeniami z przeszłości. Na stadion przyszedł w pożyczonych butach i z zawiniętymi w brązowym papierze dwoma kawałkami ciasta. On i dziesięciu innych, którzy odpowiedzieli na ogłoszenie ,,North Mail Newspaper” nazwani ,,The Stripes” rozgromili grający w niebieskich barwach pierwszy zespół Newcastle, z Albertem Stubbinsem i Jimmym Gordonem w składzie. Wynik końcowy? 9:3 dla amatorów. Dorobek Milburna? Sześć goli. Trener Newcastle Stan Seymour był zachwycony postawą nowicjusza do tego stopnia, że chciał podpisać z nim kontrakt chwilę po ostatnim gwizdku sędziego. Jego plan spalił jednak na panewce, gdyż przed meczem Jackie obiecał ojcu, że kontrakt podpisze dopiero po rozmowie z nim. Seymourowi zależało na Milburnie tak mocno, iż w niedzielę wybrał się do Ashington i rozpoczął negocjację z Alexandrem. Stanęło na tym, że Jackie miał zarabiać dwa funty tygodniowo, a na dodatek klub miał opłacać wszystkie jego przejazdy autobusowe na trasie St. James ‘Park – kopalnia w Hazelrigg, gdzie piłkarz został przeniesiony z innej kopalni w Woodhorn. Stan Seymour tak bardzo ucieszył się ze ściągnięcia do Newcastle Jackiego, że postanowił zaprosić wszystkich pracowników klubu do West End Club. Choć Milburn junior był obiecującym zawodnikiem, pracował także w kopalni, podobnie jak inna gwiazda angielskiego futbolu lat 50. Nat Lofthouse. W kontekście dzisiejszej piłki nożnej wiele mówi się o roli odpoczynku i regeneracji. Milburn miał niewiele czas na relaks, gdyż w kopalni zdarzało mu się pracować na dwie zmiany i to dzień przed meczem! Nawet w młodym wieku nie uciekał jednak przed pracą. Przed wojną rozładowywał worki z cukrem w Londynie. Być może pracowałby przy wydobyciu węgla do końca swojej kariery piłkarskiej (1957), gdyby nie wykryte w 1948 roku zapalenie ucha wewnętrznego i podejrzenie pylicy. W obawie o swoje zdrowie Milburn zmuszony był odejść z zakładu w Hazelrigg. Z kolei Newcastle zmuszone było podwyższyć mu pensję do dwunastu funtów tygodniowo. Rzeczywistością stały się marzenia chłopca, który zaczynał grać w wieku dwunastu lat w Hirst East Senior Boys School. Co ciekawe w młodości był kibicem największego rywala Newcastle, czyli Sunderlandu. Jego idolem był zaś gwiazdor Arsenalu Joe Hulme.
Debiut Milburna miał miejsce 28 sierpnia 1943 roku. Na Valley Parade Newcastle grało z Bradford City. Piłkarz był rozczarowany swoim występem, zważywszy, że z trybun dopingował go ojciec. Jackie nie był zadowolony, że Seymour ustawił go na środku ataku. Trener przyznał się jednak do błędu i w kolejnych spotkaniach ustawał swój nowy nabytek na skrzydle. 4 września Newcastle znowu grało z Bradford, tym razem u siebie z Milburnem na skrzydle. ,,Sroki” wygrały 3:2, a Jackie strzelił gola. Milburn był wzorem profesjonalisty. Pokornie przeniósł się z lewego skrzydła na prawe, po tym jak Newcastle kupiło prawoskrzydłowego Charliego Waymana. Po latach opowiadał, że nie po to otrzymywał dwa funty tygodniowo, aby unikać wyrzeczeń. Równie dobrze mógł odejść do Sheffield United, które tuż po zakończeniu II wojny światowej zaprosiło go na mecze kontrolne. Milburn z każdym miesiącem stawał się coraz lepszy. Historyk futbolu Paul Joannou pisał, że Newcastle pozyskało w 1943 roku surowego zawodnika, który gwałtownie nadrabiał braki w swojej grze. Celem ,,Srok” na sezon 1946/1947 był awans do First Division. Klub zajął jednak dopiero piąte miejsce, choć dobrze spisał się w Pucharze Anglii, odpadając w półfinale po klęsce 0:4 z Charlton Athletic. Stan Seymour nie wykonał planu i został przesunięty na stanowisko dyrektora. Zastąpił go George Martin. Milburn opisał go później jako ,,najbardziej wnikliwego trenera z jakim kiedykolwiek pracował”. Jackie na prawym skrzydle spisywał się znakomicie, jednak Martin zignorował zasadę ,,lepsze wrogiem dobrego” i postanowił przesunąć Milburna na środek ataku. Sytuacja zmusiła Martina do roszad, bowiem poprzedni napastnicy ,,Srok”, czyli Albert Stubbins, Len Shackleton i Roy Bentley opuścili klub. Martin zignorował opinie asystenta Harleya Normana Smitha, Seymoura i samego Milburna. Cała trójka widziała Jackiego na skrzydle. George Martin czuł, że jego podopieczny sprawdzi się w ataku. Nieprzespana noc i nowa pozycja nie wypłynęła na formę Milburna. Nowy napastnik strzelił hat-tricka, a Newcastle wygrało z Bury 5:3. Z Jackiem w ataku Newcastle awansowało do najwyższej klasy rozgrywkowej. Rok 1948 obfitował w wiele ważnych wydarzeń w życiu Milburna. Z Newcastle znalazł się wreszcie w First Division. Dobra gra zaowocowała pierwszym powołaniem do reprezentacji, jednak Jackie, mając konkurencję w osobach Lofthouse, Mortensena, Finneya i Matthewsa, przez siedem lat zagrał dla ,,Synów Albionu” tylko trzynaście razy. Znalazł się jednak w kadrze na haniebne dla Anglików MŚ w Brazylii. W 1948 zakończył też karierę górnika z powodu kłopotów zdrowotnych. Choroba zagrażała również jego żonie. Spanikowany Jackie wysłał nawet list do władz klubu z prośbą o pozwolenie na opuszczenie trudnego do życia górniczego regionu Tyneside. Na szczęście dla rodziny Milburnów i klubu, stan małżonki Jackiego polepszył się. Newcastle walczyło nawet o mistrzostwo Anglii. Boże Narodzenie spędziło na pozycji lidera, jednak na finiszu kampanii ,,Sroki” uplasowały się na czwartej pozycji. Rosnąca forma Milburna nie przeszła bez uwagi nawet w Stanach Zjednoczonych. W 1949 roku Newcastle udało się tam na tournee. W dziesięciu meczach Wyspiarze odnieśli dziesięć zwycięstw, a Jackie strzelił aż 31 bramek! Napastnik stał się bohaterem artykułu ,,Winnipeg Free Press”. Było to wielkie wyróżnienie, bowiem w tamtych czasach gazety poświęcały na doniesienia sportowe tylko jedną stronę. Piłka nożna natomiast była dyscypliną niszową w USA. Prawdziwe powody do chwały przyszły jednak w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. W 1951 i 1952 roku Newcastle dwukrotnie wygrywało Puchar Anglii pod wodzą wracającego na stanowisko trenera Stana Seymoura. 28 kwietnia 1951 roku sto tysięcy osób zgromadzonych na Wembley podziwiało dwie bramki Milburna wbite Blackpool ze Stanem Mortensen i Stanleyem Matthewsem w składzie. Wobec nich i Toma Finneya Jackie zawsze miał kompleks mniejszości, do czego bohater tekstu przyznał się kiedyś ,,hydraulikowi z Preston”. Tego dnia był ponad nimi i wszystkimi innymi. Rok później Milburn gola w finale nie strzelił, ale Newcastle pokonało 1:0 Arsenal. 7 maja 1955 roku w kolejnym finale FA Cup Milburn strzelił gola Manchesterowi City już w pierwszej minucie gry. ,,Sroki” zwyciężyły 3:1. Kibice doceniali jego klasę zarówno podczas kariery piłkarskiej, jak i już po śmierci gracza. Pewnego razu jeden z miejscowych księży, późniejszy prymas Anglii i Walii Basil Hume, poprosił zawodnika o autograf. Ten odmówił, ponieważ uważał, że gwiazdą nie jest ten, kto po prostu wykonuje swoją pracę. Tak pogrzeb ojca opisuje Jackie Milburn junior.
Tysiące ludzi szły wzdłuż drogi w Ashington i Shields Road w Byker [dzielnica Newcastle]. 30 000 osób otoczyło katedrę. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jackie junior był trzecim dzieckiem państwa Milburne, którzy oprócz syna mieli jeszcze dwie córki: Betty i Lindę. Swoją żonę piłkarz poznał w 1947 roku. Laura Blackwood pracowała wtedy w hotelu, gdzie wraz z zespołem nocował Jackie. Rok później wzięli ślub. W 1957 roku Jackie Milburn odszedł z Newcastle. Fizycznie nie dawał już rady dostosować się do tempa gry ekip First Division. Skusił się na trenowanie pochodzącego z Irlandii Północnej Linfield. W słabej irlandzkiej lidze mógł śmiało grać i jednocześnie trenować zespół amatorów. Linfield dwa razy wygrywało ligę, a raz krajowy puchar. Milburn strzelał tam gola za golem. To wszystko za nieosiągalną w Anglii pensję 25 funtów tygodniowo. Przez kilka lat trenował jeszcze londyński amatorski zespół Yiewsley, a następnie od kwietnia 1963 do maja 1964 Ipswich Town. Później pracował jako dziennikarz sportowy w ,,News of the World”. Do 2006 roku był najlepszym strzelcem w historii Newcastle. Rekord poprawił dopiero Alan Shearer. Milburn nie dożył tego wydarzenia. Zmarł 9 października 1988 roku w wieku 64 lat. Uroczystości pogrzebowe odprawiał Basil Hume, naówczas już kardynał. Przyczyną śmierci był rak płuc. Jackie był nałogowym palaczem. Na papierosy nie wydał ani funta, bowiem piłkarze otrzymywali je od klubu. Można więc stwierdzić, że Jackie Milburn oddał życie za Newcastle United.
8
Legendarny górnik z Newcastle:
Strzelił 177 goli w 353 ligowych meczach dla Newcastle United. Dzięki niemu ,,Sroki” trzy razy w ciągu czterech lat sięgały po Puchar Anglii. W reprezentacji występował obok takich postaci jak Stanley Matthews, Nat Lofthouse, Stan Mortensen i Tom Finney. Mimo to zawsze czuł się od nich gorszy. O kim mowa? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Visca_barca
0
@Gall No tak się generalnie mówi o nim że nie był kibicem ale to oficjalnie. Natomiast ciężko jest uwierzyć w to że nie sympatyzował z Realem, nie mówiąc już o wspomnianych przez ciebie profitach z jego strony. Tak czy inaczej gnębił Kataloński naród, włącznie z klubem FC Barcelona...
0
@FCB_dimiC Ojojojoj, straszna dziecinada. Brak słów...
1
@FCB_dimiC Aha, czyli on ma pseudonim ,,Dodi"? Kojarzy mi się to z Doda, czyli Dorotą Rabczewską...
0
@MesQueUnClub96 ,,złomuje"?
10
Francisco Franco i Real Madryt - mroczna historia:
W 1936 roku wybuchła w Hiszpanii wojna domowa. Był to czas trudny dla całej Katalonii jak i piłkarskiego klubu FC Barcelona. Oto historia wydarzeń, które sprawiły, że Franco i Real stali się wrogami numer 1 dla Barçy na lata. Główny przywódca gen. Franco i jego wojska walczyły z lewicowym rządem hiszpańskim i wspierającymi go siłami (republikanami, komunistami, socjalistami). Wojna wybuchła poprzez powstanie, a siłom powstańców przewodzili Emilio Mola i José Sanjurjo. Kiedy drugi z generałów zginął, Mola chciał wypełnić stanowisko po swoim koledze i powołał na nie Francisco Franco, człowieka który do 1975 r. będzie rządził silną ręką w Hiszpanii. Franco, nienawidził komunistów, a Katalonia dawała właśnie im schronienie. Region ten nawet udzielił schronienia rządowi republikańskiemu, który rządził od 1937 w stolicy Katalonii. Rok później wojska Franco wkroczyły na terytorium Katalonii. W wyniku działań wojennych wielu Katalończyków zostało zabitych, a w 1939 roku „armia tyrana” wkroczyła do Barcelony. Był to dokładnie styczeń 1939 roku. Jeszcze przed końcem wojny generał wydał dekret znoszący autonomię Katalonii. Z czasem zabroniono używać języka katalońskiego i symboli narodowych.
Podczas wojny, a nawet po niej, zginęło wielu kibiców Blaugrany. Codziennie na ulicach Barcelony dochodziło do aresztowań, rozstrzeliwano jednocześnie nawet po kilkadziesiąt osób. Na początku wojny w 1936 roku doszło do wielkiej tragedii. Prezes Barcy – Josep Sunyol - został wezwany do Madrytu na posiedzenie piłkarskiej federacji. Po wyjeździe z Barcelony, jego samochód został zatrzymany. Sprawdzono dokumenty prezesa i trzech towarzyszących mu osób, a potem wojska Franco zamordowały Barcelonistów… .
Od tego momentu zaczęły się prześladowania katalońskiego zespołu. Jedną z najczarniejszych dat w historii klubu, był 16 marca 1938 roku. Podczas nalotu wojsk frankistowskich na Barcelonę, ucierpiała spora część miasta, ale najbardziej został zniszczony stadion i klubowe muzeum. Les Corts (Katedra futbolu, stadion FCB) było jednym wielkim gruzowiskiem. W 1940 roku Franco osobiście zmienił nazwę klubu i herb (z 4 do 2 czerwonych pasów na Seneyrze – flaga regionu Katalonii). Mało tego, na miejsce prezesa Blaugrany obsadził swego przyjaciela, hiszpańskiego arystokratę, markiza De la Mesa de Asta. Środkami administracyjnymi ograniczano finansowanie klubu, blokowano transfery i rozgrabiono cały majątek, który był gromadzony przez kibiców przez ponad pół wieku. Generał, również kochał futbol, a jego oczkiem w głowie był zespół z Madrytu – Real. Największa ingerencja w rozgrywki miała miejsce w 1943 roku, gdzie w ½ finale Pucharu Króla, dawniej Copa Del Generalismo, doszło do `El Classico`. W pierwszym pojedynku Barça wygrała 3-0. Przed spotkaniem do szatni piłkarzy ze stolicy Katalonii weszły służby policyjne generała i porozmawiały z zawodnikami, grożąc ich rodzinom oraz bliskim. Real wygrał spotkanie aż 11-1 i awansował do finału, ale do dziś w całym Madrycie i nie tylko, wiedzą, że te zwycięstwo nie było uczciwe.
W 1968 roku doszło do kolejnego skandalu, w finale Pucharu Króla rozgrywanym na Santiago Bernabeu doszło do Gran Derbi. Oczywiście dyktator był na meczu, ale nie było mu w smak, ponieważ Barça wygrała z Realem 1-0 i zdobyła tytuł. A kibice zaczęli rzucać w stronę graczy z Katalonii wszystko co popadło (butelki, kamienie), a sam Franco skwitował to uśmiechem. Był to ważny wieczór, dla Blaugrany. W pomeczowym wywiadzie dla prasy prezes FCB - Narcis De Carreras wypowiedział te słowa: "niech rzucają co chcą, Barcelona to więcej niż klub". Tą wypowiedzią wpisał się do historii, a my Cule co chwile używamy tego stwierdzenia… Wydarzenia tego dnia znane są również jako `butelkowy finał`.
Każdy myśli, że to koniec wybryków Gen. Franco, ale to jeszcze nie koniec. Cofnijmy się 15 lat wstecz. Tyran po raz kolejny pokazał pazur. W 1953 roku Barcelona wpłaciła na konto River Plate 2 mln. peset za Argentyńczyka – Alfredo Di Stefano. Ale wystarczyło jedno polecenia generała, żeby piłkarz nie wylądował w Barcelonie, tylko u największego wroga, czyli w Realu. To właśnie dzięki temu piłkarzowi Real zbudował potęgę Królewskich w latach 50-tych.
autor: Szymon Pietrzyk
@Visca_barca
@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Copa w rytmie samby:
11 maja 1919 r. Brazylia rozgromiła Chile 6:0(3:0) w meczu otwarcia trzeciej edycji Copa America. Pierwotnie turniej miał się odbyć rok wcześniej, jednakże epidemia grypy poraziła Rio de Janeiro, zmuszając organizatorów do przesunięcia terminu o kilka miesięcy. Cała Brazylia szczyciła się pięknym stadionem- Estadio das Laranjeiras, należącym do arystokratycznego klubu Fluminense, i na którym rozegrano wszystkie mecze turnieju. ,,Canarinhos” zmontowali naprawdę silną ekipe. Genialny Arthur Friedenreich miał godnego partnera w ataku Manoela Neco, trzy lata młodszego od wielkiego ,,Frieda”. Odważny, przebojowy drybler w tej edycji Copa America zdobył 4 gole i wraz z Friedenreichem został ,,goleadorem” turnieju. Zespół Chile ponownie stanowił zaledwie tło, chociaż wszyscy wpatrywali się w lewego obrońcę Gatica. Zademonstrował on bowiem po raz pierwszy akrobatyczną ewolucję. Będąc w powietrzu, tyłem do atakujących przeciwników, przerzucił piłke nad sobą, wykonując nogami ruch kojarzący się z widokiem krzyżujących się nożyc. Oddając sprawiedliwość krajowi, z którego pochodził wynalazca, poczęto powszechnie nazywać takie zagranie ,,chilena”. Z kolei Argentyna w niewiele zmienionym składzie była tym razem słabsza, chociaż Urugwajowi uległa(2:3) po wyrównanej walce. Obrońcy tytułu(Urugwaj) pokazali znane już walory najwyższej klasy. Do składu wrócił po kontuzji Isabelino Gradin, który w meczu z Argentyną popisał się atomowym strzałem oddanym w pełnym biegu z ponad 30 metrów. Obie świetne drużyny(Brazylia i Urugwaj) zmierzyły się dwukrotnie, gdyż po pierwszym remisowym meczu zebrały po 5 punktów. Po raz pierwszy w historii Copa America zarządzono zatem(3 dni później) mecz dodatkowy. W ogniu żywiołowego dopingu brytyjskie wzorce przegrały sromotnie z typowo brazylijskim temperamentem. Sam mecz był niezwykle dramatyczny i wyrównany. Saporiti, Foglino, Hector Scarone, Gradin i Romano dosłownie wychodzili ze skóry, lecz gospodarze uskrzydleni szaloną wrzawą nie ustępowali pola. Gol niezawodnego Friedenreicha w 107 minucie dogrywki przesądził wreszcie o pierwszym w dziejach triumfie Brazylii. Zaś but, którym ,,Fried” strzelił złotego gola, w charakterze trofeum czy może raczej swoistej relikwii, długie lata przyozdabiał witrynę jednego z ekskluzywnych pawilonów przy ulicy Ouvidor w Rio de Janeiro.
Z brazylijskim turniejem wiąże się też epizod tragiczny, zarazem dobrze oddający ducha tej rycerskiej, pełnej patosu epoki. Bramki urugwajskiej bronił Roberto Chery zwany ,,Poetą”. Dobry, choć nieco nerwowy, inteligentny chłopak miał wielkie uzdolnienia literackie. Swoje wiersze czytywał na głos przyjaciołom, również tym z boiska, stąd ów przydomek ,,Poeta”. 17 maja 1919,podczas meczu z Chile interweniował tak nieszczęśliwie że uderzył głową o słupek, tracąc momentalnie przytomność. Agonia na łóżku szpitalnym trwała 2 tygodnie. U jego wezgłowia czuwali na przemian koledzy z drużyny i gracze innych zespołów, uczestników turnieju. Zmarł 30 maja 1919, skończywszy zaledwie 23 lata. Dla uczczenia jego pamięci został rozegrany mecz Brazylia(w strojach Peñarol) z Argentyną(w koszulkach Urugwaju). Oba zespoły ufundowały puchar imienia Roberto Chery, który został uroczyście przekazany do honorowych zbiorów Peñarol, zaś w samym Urugwaju powstał klub o nazwie Roberto Chery, biorący w latach 1922-25 udział w rozgrywkach ,,heretycznej” ligi.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca
7
Wybitne legendy urugwajskiego futbolu:
11 maja 1905 r. urodził się urugwajski napastnik Pedro Petrone, Mistrz Świata z 1930 r., 2-krotny Mistrz Olimpijski(1924 i 1928) oraz 2-krotny Zdobywca Copa America(1923 i 1924). W reprezentacji Urugwaju rozegrał 29 spotkań, strzelając 24 gole. Pedro był typem napastnika, który łączył w jedną spoistą całość walory brytyjskie i latynoską szkołę finezji. Zaczynał w klubie FC Charley na pozycji bramkarza co dało mu skoczność i sprężystość oraz wyborne przygotowanie fizyczne. Kiedy jednak w roku następnym zastąpił kogoś w napadzie i z miejsca strzelił 4 gole, stało się jasne co jest jego przeznaczeniem. W 1923 roku trochę przypadkowo towarzyszył kadrze narodowej na tournée po prowincji. W meczu z Colonią wszedł i ,,walną” ot tak sobie 5 goli pod rząd! Trener reprezentacji de Lucca natychmiast włączył go do pierwszego składu i tak 18-letni Petrone zawarł bliższą znajomość z kadrą narodową i współtworzył „Złotą armadę”, która skompletowała wszystkie możliwe na świecie zaszczyty. W 1924 Pedro przeszedł do wielkiego Nacional Montevideo, dla którego zdobył 146 goli w 128 meczach(warto obliczyć tą świetną przeciętną na mecz). W latach 1931-33 występował we włoskiej Fiorentinie gdzie w sezonie 1931/32 został królem strzelców zdobywając 25 goli! Natomiast rzadką ciekawostkę stanowi jego udział(wprawdzie w meczu towarzyskim) w barwach Peñarol w 1929, co wcześniej było wręcz nie do wyobrażenia ze względu na przepaść wrogości dzielącą oba klubowe giganty. Petrone nieco zwalisty, potężnie zbudowany mężczyzna, był prawdziwym postrachem każdej obrony. Do perfekcji opanował sztukę gwałtownego przeboju z reguły kończonego strzałem. Piłkę umiał osłaniać ciałem tak chytrze że przeciwnicy pozostawali bezradni. Na bramkę szedł jak taran na pełnej szybkości aż ziemia dudniła. Walił jak z armaty z 20, 30, a nawet 40 metrów ale nie były to bomby na oślep tylko w światło bramki. Pedro przy pewnych cechach właściwych angielskim „centrom napadu” panował nad piłką niewiele gorzej niż Scarone czy Andrade. Miał bogaty repertuar podań. Po prostu idealnie wykorzystywał wszystkie talenty, jakim tak sowicie obdarzyła go natura. Jego snajperskie wyczyny wzbogaciły potoczny język piłkarski. W Ameryce Południowej, kiedy jakiś obiecujący napastnik oddaje potężny strzał, którego siła dorównuje precyzji, wytrawni smakosze futbolowi mlaskając z uznaniem pomrukują zwięźle „Petroniano”!
@Visca_barca
@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
24
Feliz cumpleaños panie Andresie Iniesta! Oczywiście z okazji 40-tej rocznicy urodzin. Wszyscy cię kochamy i wszyscy o tobie pamiętamy oraz czekamy na powrót do ,,naszej” Barçuni. Piłkarz przyszedł na świat w małej miejscowości Fuentalabilla w regionie Castilla-La Mancha, 125 kilometrów na zachód od Valencii. Kariere zaczynał w juniorach Albacete. W połowie lat 90-tych miał podobno otrzymać oferte ze szkółki Realu Madryt, lecz rodzice zadecydowali o wysłaniu go do barcelońskiej La Masii. Szybko stał się gwiazdą młodzieżowych drużyn Blaugrany i już w 2001 r. włączono go do kadry Barcelony B. W pierwszym zespole zadebiutował w sezonie 2001/02 za sprawą Carles Rexacha. Raptem w wieku 20 lat stał się ważną postacią drużyny i miał spory wkład w trofea zdobyte za kadencji Franka Rijkaarda jak i Josepa Guardioli. Z sezonu na sezon jego gra ewoluowała i stał się jednym z najlepszych ofensywnych pomocników świata, dysponując nadzwyczajną techniką i dryblingiem. Swój talent okazywał także w reprezentacji Hiszpanii, z którą zdobył 2 Mistrzostwa Europy oraz Mistrzostwo Świata, strzelając decydującego gola w finale mundialu w RPA przeciwko Holandii. W plebiscycie na Złotą Piłke 2010 zajął ,,tylko” drugie miejsce, gdyż w powszechnej opinii uważano że powinien zwyciężyć w tymże plebiscycie.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca
1
@FCBparasiempre Zdaniem Bochiniego postrzegania ruchu w ten właśnie sposób jest wrodzona: ,, to nie jest coś, czego możesz się nauczyć. To jest coś, co przychodzi w danej chwili i zależy od inspiracji kolegów. Musisz wiedzieć jak zrobić la pauzę A ktoś inny musi wiedzieć że ją zrobisz i uważać żeby wykonać właściwy ruch w odpowiednim momencie, tak żeby zaskoczyć rywala. ,,La pauza” bez współpracującego z tobą partnera jest po prostu utrzymywaniem się przy piłce do momentu, w którym zostaniesz sfaulowany albo zyskasz parę sekund, Jeśli chodzi ci o grę na czas. Najważniejsze żeby mieć właściwych piłkarzy. Jeśli nie masz w drużynie kogoś szybkiego, jak Barberon albo Burruchaga, kto będzie potrafił w odpowiednim momencie wybiec za plecy obrońców, wykorzystywanie ,,la pauza” nie ma sensu ale samej techniki można i trzeba się nauczyć. Wiele zawdzięczam grze na ,,potreros", jednak w trakcie prawdziwych meczów(mam nawet wrażenie że bardziej w trakcie meczu niż treningów) technikę można poprawić. Kiedy na boisku masz do czynienia z prawdziwymi problemami musisz je rozwiązywać najszybciej, jak potrafisz. Twoje zagrania robią się wtedy coraz bardziej precyzyjne i coraz lepiej służą drużynie". Duet Bochini- Bertoni stał się więc zabójczo skuteczny a ich współpraca nie wymagała niemal ćwiczeń na treningach. ,, rozumieliśmy się od pierwszej chwili, w zasadzie bez słów. To było coś absolutnie naturalnego, zupełnie Jakbyśmy grali ze sobą od urodzenia. Świetnie się uzupełnialiśmy, Ja byłem szybki i znałem mnóstwo sztuczek, on był silny i doskonale grał z klepki, którą myśmy w Argentynie nazywali ,,pared"(ściana)"- mówił Bochini. Miało to rzecz jasna wpływ na grę całej drużyny. ,, Po tym, jak stworzyli tak znakomitą parę, ustawienie całego zespołu się zmieniło, nie jakoś ogromnie ale się zmieniło kropkę staraliśmy się utrzymać pewien taktyczny schemat. Goście z przodu musieli ciężko pracować żeby zapewnić nam balans i żeby nie było słabych punktów i zawsze mieliśmy mózg. Najpierw był to Pastoriza. Cała drużyna starała się podać piłkę do Pastorizy a potem naszym mózgiem stał się Bochini, który był naprawdę kreatywny i potrafił zrobić różnicę. To było wielkie wsparcie"- opowiadał Francisco Sa. Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości co do talentu Bochiniego, musiały się one rozwiać w finale Pucharu Interkontynentalnego. W 1972 roku Independiente spotkało się z wielkim Ajaksem trenowanym przez Stefana Kovacsa remisując 1:1 w ,,Avellaneda” i przegrywając 0:3 po jednostronnym widowisku w Amsterdamie. W 1973 roku jednak Ajax odmówił wzięcia udziału w tych rozgrywkach i Europę reprezentował pokonany wcześniej przez Holendrów Juventus a zamiast dwumeczu rozegrano tylko jedno spotkanie na stadionie olimpijskim w Rzymie. ,, Naturalną reakcją były wątpliwości, czy jesteśmy w stanie grać swoje przeciwko jednej z najsilniejszych drużyn Europy ale na boisku szybko się zorientowaliśmy że wcale nie jesteśmy słabsi że potrafimy ich przedryblować że jesteśmy również szybcy a nawet szybsi"- wspominał Bochini. Na początku drugiej połowy Antonello Cuccureddu z Juventusu nie wykorzystał rzutu karnego, strzelając nad poprzeczką a na 10 minut przed końcem padł gol który zapewnił Bochiniemu i duetowi Bochini-Bertoni status legendy Independiente. Akcje rozpoczął na środku boiska Bertoni, podając do Bochiniego zewnętrzną częścią prawej stopy. Oddalony ponad 30 m od bramki i mający niewiele miejsca Bochini przyjął piłkę również naprawą nogę i choć był pilnowany przez Claudio Gentile, zdołał jednak obrócić się i przełożyć ją na lewą. Nagle otworzyła się przed nim uliczka, którą w biegu gwałtownie przyspieszając. Znajdujący się za jego plecami Bertoni z biegu do środka akurat w momencie, gdy Sandro Salvadore blokował Bochiniego. Bochini odegrał piłkę na prawo, gdzie Bertoni zagrał perfekcyjną klepkę. Futbolówka wróciła do jego stóp na skraju pola karnego i Argentyńczyk mimo że osaczany już przez Salvadore i Sylwio Longobucco, zdołał przerzucić ją nad Dino Zoffem. Był to jedyny gol w tym meczu i Independiente stało się trzecią argentyńską drużyną, która wygrała puchar interkontynentalny. Był to także gol o statusie mitycznym, gdyż taśma z argentyńską transmisją tamtego spotkania zaginęła. Kibice mówili nawet o ,,el gol invisible" aż w końcu w 2009 roku ich organizacja o nazwie ,,Independiente mistico”, wpadła na prosty pomysł udania się do Włoch i poproszenia państwowego nadawcy, w telewizji Rai okopie nagranie. Nawet jednak bez tej dodatkowej otoczki był to gol, po którym Independiente zyskało status globalnego mocarstwa a Bochini został prawdziwą gwiazdą.
Piłkarz ten odegrał również kluczową rolę w finale Copa libertadores w następnym roku, zdobywając pierwszego gola w zakończonym zwycięstwem Independiente 2:0 meczu rewanżowym z FC São Paulo, co oznaczało konieczność rozegrania jeszcze jednego rozstrzygającego pojedynku. Tym razem o jego losach zadecydowały dwa rzuty karne. Najpierw 8 minut przed przerwą Pablo Forlan dotknął piłki ręką po rzucie rożnym Bochiniego a jedenastke wykonywał jego kolega z reprezentacji Urugwaju Ricardo Pavoni, weteran finału Copa libertadores z 1965 roku. Lewy obrońca wciąż nosi wspaniałe wąsy teraz lekko posiwiały, nadający mu wygląd człowieka doświadczonego i władczego. Wówczas jednak były one kruczoczarne i opadały aż na krawędź szczęki, wyglądał więc raczej jak autor melancholijnych ballad. ,, biorę piłkę i idę w kierunku 11 metra ponieważ to ja byłem wyznaczony do wykonywania karnych. Idę i idę a bramka robi się coraz mniejsza. Wiem że za chwilę będę strzelał. Słyszę jak Kibice śpiewają ,,Uruguayo, uruguayo" ale to ,,Uruguayo, uruguayo" znaczy także ,,strzel to", ,, nie możesz spudłować"- opowiadał Pavoni. Uderzył w w piłkę w sam środek bramki, podczas gdy bramkarz Peres rzucił się w lewo. Później, w drugiej połowie Carlos Gay obronił strzał ze Carlosa i Independiente wygrało Copa libertadores po raz trzeci z rzędu. ,, to zwycięstwo oznaczało że mamy możliwość wygrać Libertadores 4 razy z rzędu. To byłoby naprawdę coś, bo wcześniej Nikomu się taka sztuka nie udała"- mówił Sa. Największa przeszkoda nie miała nic wspólnego ze sportem, gdyż Bochini odbywa wówczas służbę wojskową. ,, Nie było tak źle. Przez pierwsze dwa miesiące musiałem tam(w koszarach) siedzieć prawie cały czas ale potem pozwalali mi wychodzić i grać mecze a w końcu miałem się tam stawiać co 15 dni. Mój dowódca był kibicem Racingu ale nigdy nie miałem z tego powodu żadnych problemów ani nieprzyjemności a z czasem się nawet Zaprzyjaźniliśmy I zaczęliśmy razem jadać. Tylko jedne ćwiczenia Dały mi w kość tak bardzo że wróciłem do domu wykończony, miałem grać mecz ale nie mogłem się ruszać. Nogi miałem jak kłody"- opowiadał Bochini. Żeby awansować do finału musieli wygrać z cruzeiro różnicę co najmniej trzech goli i zrobili to, między innymi dzięki olimpijskiej, czyli zdobytej bezpośrednio z rzutu rożnego w bramce Bertoniego. Później zaś Independiente okazało się lepsze od Union Espanola i osiągnęło cel a mianowicie czwarte trofeum Copa Libertadores z rzędu i szóste w historii klubu! Sukcesy w rozgrywkach kontynentalnych były wówczas dla tutejszej piłki normą. Pomiędzy 1968 a 1980 rokiem nie zdarzyło się by w finale Copa Libertadores zabrakło klubu z Argentyny. Na poziomie reprezentacyjnym Jednak potrzeba było sporo czasu aby pozbierać się po szoku związanym z brakiem awansu na mundial w 1970 roku. Omar Sivori zastąpił Juana Jose Pizzutiego na posadzie selekcjonera i pragnąc naprawić błędy z poprzednich eliminacji wspólnie z działaczami afa postanowił wdrożyć plan Maschio. Reprezentacja miała się specjalnie przygotować do rozgrywanego na dużej wysokości wyjazdowego meczu z Boliwią powstała specjalna ekipa piłkarzy, w której znaleźli się między innymi Kempes i Bochini. Wysłano ich do Tilcary, w północnej prowincji Jujuy aby aklimatyzowali się i trenowali na wysokości ponad 2500 m. nad poziomem morza. Nazywano ich ,,La Selection Fantasma", czyli reprezentacja widmo a ci, którzy zostali do niej powołani mieli poczucie odstawienia na boczny tor. Kempes narzekał później na standard hotelu, w którym zostali zakwaterowani i mówił że dostali tak mało pieniędzy na pobyt że musieli zwiększyć liczbę sparingów z dwóch do 7 tylko po to aby zarobić na zakupy żywności w lokalnym supermarkecie. ,, schudłem 8 czy 9 kg"- oceniał ale sam plan przygotowań okazał się jednak strzałem w dziesiątkę. Po zwycięstwie 4:0 nad Boliwią w Buenos Aires i wyjazdowym remisie z Paragwajem Argentyńczycy wygrali 1:0 w La Paz, kończąc eliminacje zwycięstwem 3:1 nad Paragwajczykami na własnym boisku…
3
@FCBparasiempre
Francisco Sa jest wykładowcą kursów trenerskich organizowanych przez AFA na El Monumental. Wysoki i szczupły, nosi okulary w drucianych oprawkach pod kędziorami siwych włosów a Mówi tak cicho że siedząc w szkolnych ławkach i jednej ze stadionowych sal wykładowych, ledwo go słyszymy przez dobiegające z pobliskiej hali krzyki i uderzenia piłki grających tam pięcioosobowych drużyn. Urodził się daleko na północy, w Las Lomitas, w położonej przy granicy z Paragwajem prowincji Formoza ale zawsze był kibicem Independiente i już w rodzinnej miejscowości siadał wraz z rodzicami i rodzeństwem przy radiu by słuchać transmisji meczów klubu z ,,Avellanedy”. Karierę piłkarską zaczynam w młodzieżówce Central Goya, gdzie podpisał także pierwszy zawodowy kontrakt a w 1968 roku przeniósł się do Huracan de Corrientes, klubu ze stolicy prowincji. Wydawało się że przełom w jego karierze nastąpił, kiedy w wieku 23 lat znalazł się w końcu w Buenos Aires ale w ciągu dwóch sezonów w River Plate wystąpił zaledwie w dwóch spotkaniach. Prawdziwy początek oznaczała dopiero przeprowadzka do independiente, miał już 25 lat ale zanim w 1982 roku wziął definitywny Rozbrat z piłką, stał się najbardziej utytułowanym piłkarzem w historii Copa Libertadores. Zespół do którego dołączył prowadzony przez dawną legendę Racingu Pedro Dellache wygrał właśnie Metropolitano. W bramce stał 28-letni a więc wkraczający swój najlepszy okres Miguel Angel Santoro. To z nim w składzie drużyna wygra dwa pierwsze Copa Libertadores a za akcję ofensywne odpowiadał elegant o kruczo-czarnych włosach Jose Omar Pastoriza, zwany ,,El Pato”. Rok później drużyna obroniła Mistrzostwo Ligi, Potem zaś Delacha odszedł a na jego miejsce pojawił się mieszkający z nim w pokoju podczas przedmeczowych zgrupowań Humberto Maschio, dotąd zatrudniony jako specjalista od przygotowania fizycznego. Maschio miał to szczęście że odziedziczył nie tylko zwycięski skład ale także grupę utalentowanych juniorów wśród tych ostatnich wybijają się zwłaszcza Ricardo Bochini, opisany wprawdzie przez dziennikarza jako ,,niezgrabny i nieruchawy karzeł pozbawiony silnego strzału, umiejętności gry głową a nade wszystko charyzmy” ale mający się stać najpopularniejszym piłkarzem w historii klubu w gruncie rzeczy zresztą to brak walorów fizycznych albo gwiazdorskich zachowań zwiększał jego atrakcyjność w oczach fanów. W swojej absolutnej zwyczajności był symbolem geniuszu argentyńskiej piłki, dzieciakiem z ulicy, który stał się kimś nie dzięki mozolnemu szkoleniu czy sile fizycznej ale naturalnemu talentowi. ,,Pozwoliłem Bochinemu zadebiutować. Grał pół godziny i był fantastyczny. Kiedy następnym razem posadziłem go na ławce ludzie mnie wygwizdywali. Uwielbiali go bo znali go z młodzieżówki i z rezerw. Każda nasza ,,dziewiątka" zostawała przy nim królem strzelców cudzysłów”- opowiadał Maschio. Bochini nie lubi udzielać wywiadów ale w końcu po wielu cergielach zgadza się na to. ,,El Bocha” urodził się w Zarate, jakieś 90 km na północ od Buenos Aires na zachodnim brzegu Parany. Jako młody chłopak występował w belgrado, klub jest z rodzinnego miasta i zapowiadał się na tyle dobrze że kiedy skończył 15 lat ojciec zabrał go na testy do San Lorenzo i Boca Juniors. Nie wypadły pomyślnie, więc kolejną próbę podjęli w Independiente. ,,Opiekunem drużyny był wtedy Nito Veiga. Kiedy zobaczył mnie w akcji uznał że coś potrafię a potem wysłał mnie na mecze rezerw, Independiente przeciwko San Martin de Tucuman, który do dziś pamiętam miał zostać rozegrany na stadionie Racingu, gdyż obiekt Independienty był właśnie w remoncie. Mogę więc powiedzieć że pierwszy raz wystąpiłem w stroju Independiente na stadionie Racingu”- opowiadał Bochini. Rok później Belgrano de Zarate wypożyczyło go do Independiente. Miał występować w rezerwach grających wówczas na siódmym szczeblu ligowej drabinki. Mieszkał wciąż w rodzinnym mieście, co oznaczało konieczność długich podróży na południe w każdy wtorek i czwartek, kiedy odbywały się treningi oraz dołączanie do drużyny na sobotnie mecze. ,,Wychodziłem o 6:00 rano, najpierw łapałem autobus na rogu mojej ulicy a potem przesiadałem się na drugi żeby dojechać do stacji kolejowej w Zarate. Potem jechałem pociągiem do dworca Constitucion a stamtąd jeszcze jeden autobus do ,,Awellanedy”. W sumie dotarcie do ośrodka treningowego zajmowało mi 4, 5 godzin. Przyjeżdżałem koło południa, trenowałem do drugiej-trzeciej a potem wracałem do domu kolejne cztery, pięć godzin. Traciłem na to cały dzień. Całe szczęście że działo się to tylko dwa razy w tygodniu, gdyż codziennie nie dałbym rady"- wspominał Bochini.
W takim układzie jednak oznaczało to męczące podróże i Bochini poważnie myślał o tym, by dać sobie spokój z futbolem. ,,Dorastałem w skromnej rodzinie. Brakowało nam pieniędzy a wszystkie te autobusy i pociągi sporo kosztowały, nie mówiąc o tym że musiałem czasem coś zjeść kropkę klub nie zwracał kosztów więc pewnego dnia po prostu uznałem że więcej nie będę jeździł i przez następne dwa miesiące siedziałem w Zarate. Później jednak przekonali mnie żebym wrócił. Powiedzieli że się mną interesują i że czeka mnie przyszłość w tym klubie więc wznowiłem treningi a w następnym sezonie zdecydowali się mnie kupić, więc przeprowadziłem się do internatu, który klub prowadził dla dzieciaków z prowincji. Skończyły się długie podróże"- wspominał Bochini. Jako obrońca Copa Libertadores Independiente w 1973 roku dołączyło do tych rozgrywek dopiero na poziomie grup półfinałowych i także tym razem musiało wygrać swój ostatni mecz by awansować. Ich przeciwnikiem było San Lorenzo a Jedno bramkowe zwycięstwo zapewnił im Miguel Angel Giachello. W finale czekało Colo-Colo. Samobójczy gol Sa w 71 minucie dał Chilijczykom prowadzenie w pierwszym meczu w ,,Avellanedzie” ale 4 minuty później lewoskrzydłowy Mario Mendoza wyrównał i spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. Rewanż odbył się, jak wspomina Sa, w wyjątkowo nieprzyjazny atmosferze. ,, Chile przechodziło wówczas trudny okres. Prezydent Allende był już bardzo słaby a kilka tygodni później został obalony. Wrogość Towarzyszyła nam od chwili, gdy wysiedliśmy z samolotu. Otaczała nas w hotelu, na stadionie, właściwie wszędzie. Nasz autobus, który specjalnie jechał na około żeby dodatkowo wyprowadzić nas z równowagi obrzucono butelkami. W szatni i w tunelu nie było prądu, naprawdę atmosfera jak na Libertadores. Wiele lat później wpadłem na Arppi Filho, który sędziował tamten finał i zapytałem jaki był najtrudniejszy mecz w jego karierze. Odpowiedział że właśnie starcie Colo-Colo z Indipentiente"- opowiadał Bochini. Wszystko to nie zmienia faktu że Argentyńczycy nie ulegli rywalom. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem i trzeba było zagrać Jeszcze raz. Dodatkowy mecz odbył się na ,,Centenario” w Montevideo. Independiente objęło prowadzenie po golu Mendozy ale 6 minut przed przerwą Carlos Caszely, najskuteczniejszy strzelec tamtych rozgrywek doprowadził do wyrównania. Doszło do dogrywki i wkrótce po zmianie stron, w 107 minucie meczu, Giachello przeniósł piłkę nad bramkarzem Colo-Colo Adolfo Nefem a Independiente wygrało 2:1. Po tym sukcesie drużynę opuścił Maschio a na jego miejsce pojawił się Roberto Ferreiro, prawy obrońca Independiente, które wygrywało Copa Libertadores dwukrotnie w latach 60-tych. Pracował zaledwie rok a po nim drużynę poprowadził znów Dellacha. Częste odejścia trenerów nic jednak nie zmieniły w kwestii kontynentalnej dominacji Independiente i miały dużo mniejszy wpływ na styl drużyny niż rozwój talentu Bochiniego i sprowadzenie z Quilmes Daniela Bertoniego, którego nazwisko wymieniano odtąd wspólnie z nazwiskiem tego pierwszego. Bertoni, skrzydłowy z tendencją do schodzenia do środka pola grał szybką, bezpośrednią piłkę i miał wielki talent. ,, Byli dwoma kluczowymi piłkarzami, którzy wzbogacili całą tę naszą twardość. Bochini był nadzwyczajnym piłkarzem a Bertoni fenomenalnym napastnikiem. Dziś już mało kto o nim pamięta ale był szybki silny potrafił strzelać obiema nogami, dryblował i strzelał mnóstwo goli a Bochini był zawodnikiem w typie Iniesty, utalentowanym i inteligentnym"- mówił Sa. To Bochini stał się mistrzem najbardziej cenionej umiejętności w argentyńskiej piłce, ,,la pausa”, czyli opóźnienia na ułamek sekundy podania, by pozwolić jego adresatowi osiągnąć idealną pozycję. Sposób, w jaki tłumaczył to zagranie sam Bochini, wskazuje rzeczywiście na nadzwyczajną zdolność do zwizualizowania i przewidzenia zachowania innych graczy. Przywołuje wręcz na myśl uwagę ewolucjonisty Stephena Goulda że zdolność czołowych sportowców do dokonywania błyskawicznych kalkulacji na niemal każdym innym polu pozwalałyby ich określić mianem geniuszy. Bochini mówił: ,, według mnie są dwa rodzaje ,,la pauza” i dwa sposoby robienia ,,la pauza”: kiedy piłka zagrana jest powoli albo kiedy zagrana jest szybko. Czasami to ty musisz biec z futbolówką przy nodze żeby Partner w tym czasie zdążył wyjść na pozycję. Coś takiego wydarzyło się na przykład podczas meczu z Olimpią(w fazie grupowej Copa Libertadores 1984) kiedy Barberon podał do mnie i popędził do przodu a ja również biegłem z piłką równocześnie jednak czekając aż znajdzie się na dobrej pozycji. Gdybym został na swojej pozycji bez ruchu nie byłbym w stanie dobrze go obsłużyć. Biegłem więc z piłką ale cały czas czekałem aż znajdzie się w odpowiednim miejscu a ja będę mógł mu podać. Zrobiłem to, dośrodkowałem a on strzelił. Innym razem z Gremio w Porto Alegre(w pierwszym meczu finału Copa libertadores 1984), miałem piłkę przy nodze ale musiałem zaczekać, gdyż tamci byli bardzo dobrze ustawieni i odcięli nam niemal całą przestrzeń. Musiałem więc utrzymać piłkę pomimo asysty kryjącego mnie gracza, czekając aż Burruchaga, który właśnie wystartował, znajdzie się za plecami obrońców. Podeszliśmy blisko pola karnego, było bardzo ciasno i musiałem zagrać idealnie w tempo. Za czekałem, podałem i strzeliliśmy. Tak wygląda typowe wytłumaczenie czym jest ,,la pauza”. Chodzi o to żeby utrzymać piłkę aż partner wyjdzie na pozycję. Za pierwszym razem, w przypadku szybkiej pauzy, chodzi o moment olśnienia, o którym nikt nic nie wie(Bochini cicho i trochę niepokojąco zachichotał) i prawie nikt go nie zna. Gdybym został w środku pola mój partner byłby 30 m dalej i nawet gdyby zdołał przyjąć piłkę w polu karnym nie byłoby nikogo, kto czekałby na jego dośrodkowanie. Musiałem więc szybko biec ale zarazem czekać, gdyż byliśmy przecież w drugiej linii, mieliśmy mnóstwo przestrzeni i mnóstwo metrów do ogarnięcia".
4
Cudowne lata ,,Diablos Rojos”(tylko w odpowiedzi na mój komentarz):
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca
6
@FCBparasiempre
10 maja 1969 r. urodził się Dennis Bergkamp. Pomimo tego że uznawano go za artystę futbolu, sam Dennis o popisach tylko dla sztuki mówił tak: “Generalnie nie lubię zwodów. Podoba mi się, gdy robią je inni, albo kiedy sam mam z nich korzyść. Jednak nie jest to moja ulubiona forma gry. Nie szukam okazji do zrobienia zwodu. To nie mój styl. Ja skupiam się na przyjęciu piłki, kontroli, podaniach. Czy jedno minięcie lub podanie pozwoli mi lub komuś innemu stanąć przed bramkarzem? Czy zdołam stworzyć miejsce do podania? To właśnie moja pasja, moja specjalizacja. Zwody to dla mnie… no, to tylko zwody. Uważam że za wszystkim musi stać jakaś myśl i znaczenie. Co wnosi zwód? Musi być użyteczny. Sztuka dla sztuki mnie nie interesuje”. Dennis Bergkamp jak wszyscy chłopcy w tamtych czasach uczył się grać w piłkę na ulicy i okolicznych trawnikach. Jako najmłodszy z czwórki braci miał kogo podpatrywać. Był znakomitym obserwatorem. Po każdym meczu potrafił opisać, jak padały bramki, gdzie stali zawodnicy i jak wyglądał przebieg meczu. Często samotnie odbijał piłkę o ściany, drzewa czy inne przeszkody na amsterdamskich ulicach. Już od czasu gdy był dzieckiem, fascynowała go piłka i jej ruch. Jego idolem był angielski pomocnik Glenn Hoddle. “Zawsze zachowywał równowagę. Podobało mi się, jak przyjmował piłkę w powietrzu i kontrolował ją. Natychmiastowa kontrola. Zawsze perfekcyjny kontakt.” Był bardzo wysportowanym dzieckiem. Startował w zawodach lekkoatletycznych i zdobywał nagrody w wielu konkurencjach, zwłaszcza biegowych. Jego ulubioną był pchnięcie kulą. Podobały mu się również inne sporty zespołowe, takie jak baseball czy koszykówka. Jednak z rówieśnikami, często dziećmi emigrantów z Surinamu, Turcji czy Maroka najczęściej grał w futbol. Jako że wyróżniał się na tle innych, kolejnym etapem były treningi w klubie. Metody szkoleniowe w latach 80. ubiegłego stulecia, bardzo się różniły od tych stosowanych obecnie. Trenerzy byli surowi i wprowadzali niemal wojskowy rygor na zajęciach. Treningi nie były tak dopracowane jak obecnie, a i młodym piłkarzom nie poświęcano tyle uwagi co teraz. Większość rzeczy musieli robić sami, i to jak twierdzi Dennis pomagało im tworzyć własną grę. Trenerzy nie przerywali co chwilę gry, by pokazać, co jest robione źle i jak dany zawodnik powinien się zachować. Bergkamp twierdzi, że to zabija kreatywność w tych chłopcach. Jak mają wymyślić własne rozwiązania boiskowych sytuacji, skoro wszystko jest robione za nich. Wielkim szczęściem Dennisa było to, że w Ajaksie trafił na Johana Cruijffa, który szybko zobaczył ogromne możliwości młodego Bergkampa. Najbardziej cenił w nim inteligencję i zmysł obserwacji: “Jest inteligentny i oto właśnie chodzi, ponieważ w futbol gra się głową, a nogi mają tylko w tym pomagać. Jeżeli nie używa się głowy, same nogi nie wystarczą. Dlaczego gracz musi gonić piłkę? Bo zbyt późno zaczął biec. Trzeba być uważnym, używać głowy i znaleźć właściwą pozycję. Jeśli za późno dobiegnie się do piłki, to znaczy, że wybrało się niewłaściwą. Bergkamp nigdy się nie spóźniał.” Aby szybciej przygotować Bergkampa do gry w pierwszym zespole, Wielki Johan użył sprytnego podstępu. Przeniósł Dennisa z najwyższej grupy juniorów A1 do młodszego rocznika A2. Dodatkowo kazał wystawiać go tam, na innych pozycjach niż grał dotąd, by mógł poznać różne zachowania na boisku i dzięki swoim umiejętnościom obserwacji, nauczyć się je wykorzystywać w swojej grze. Dennis wtedy tego nie rozumiał, ale po latach zrozumiał zamysł Cruijffa, który dodatkowo zaczął przygotowywać Bergkampa, do roli kreatora gry, co najlepiej było widać gdy Dennis grał w Arsenalu. “Kiedy jest się najlepszym piłkarzem, ma się więcej czasu, a kiedy ma się więcej czasu, trzeba go mądrze wykorzystać – pomagając innym graczom, rozmawiając z nimi, instruując ich i kierując nimi.” Bergkamp szybko powrócił do A1, i niedługo potem został powołany na mecz pierwszego zespołu. Dennis Bergkamp zadebiutował w seniorskim zespole Ajaksu 14 grudnia 1986 roku, w meczu przeciwko Rodzie JC. Nie stresował się tym i był pewny siebie, jak przez całą swoją karierę: “Naprawdę nie myślałem ‘Jezus Maria, gram dla Ajaksu!’. Po prostu czułem się dobrze, zupełnie naturalnie.” Po wygranym 2:0 meczu, w szatni do młodego Dennisa podszedł Frank Rijkaard, który był wtedy gwiazdą ,,Joden” i zapytał Bergkampa o wiek. Gdy usłyszał odpowiedź, powiedział: “Siedemnaście? No to masz przed sobą świetlaną przyszłość.”
Jednak na miejsce w pierwszym składzie Dennis musiał trochę popracować, ponieważ w pierwszych dwóch sezonach był tylko rezerwowym. W każdym kolejnym sezonie Dennis Bergkamp stawał się coraz ważniejszą postacią zarówno w Ajaksie, jak i ogólnie w holenderskim futbolu. Trzykrotnie w sezonach 1990/1991, 1991/1992 i 1992/1993 był najlepszym strzelcem ligi, a dwukrotnie w latach 1991 i 1992 został wybrany najlepszym graczem Eredivisie. Pod koniec sezonu 1992/1993, wraz z Wimem Jonkiem, podpisał kontrakt z Interem Mediolan. Ówczesny trener Ajaksu, Louis van Gaal, zarzucał wówczas Dennisowi, że nie dawał z siebie wszystkiego w końcówce sezonu. Trudno w to jednak uwierzyć, znając profesjonalizm i ambicję Bergkampa. Dennis teoretycznie mógł wybierać spośród wszystkich największych klubów w Europie, ale tak naprawdę już dużo wcześniej zdecydował się na grę we Włoszech. To była w tamtych czasach najsilniejsza liga na świecie. Jego agent i brat prowadzili negocjacje z dwoma klubami, Juventusem i Interem. Jednak przeczucie podpowiadało im by podpisać kontrakt z klubem z Mediolanu. Pierwszy sezon w Interze Bergkamp miał całkiem przyzwoity. Wprawdzie w lidze było przeciętnie, bo tylko 8 goli w 31 meczach, ale za to w pucharach zupełnie inaczej. 9 goli w Pucharze Włoch i 8 (najlepszy strzelec) w Pucharze UEFA robią wrażenie, zwłaszcza że Inter ostatecznie zdobył to drugie trofeum. Jednak włoscy trenerzy nie potrafili właściwie wkomponować Dennisa do zespołu. Można też powiedzieć, że nie chcieli zmieniać taktyki zespołu i ustawiać jego gry specjalnie pod Bergkampa. Dennis to widział, i pomimo że w Italii bardzo mu się podobało, postanowił zmienić klub. Jak się potem okazało, była to najważniejsza decyzja w jego piłkarskiej karierze. Bergkamp debiutował w kadrze za kadencji słynnego Rinusa Michelsa. Było to 26 września 1990 roku w towarzyskim meczu z Włochami. Szybko stał się podstawowym graczem reprezentacji Oranje, która była jednym z głównych faworytów mistrzostw Europy rozgrywanych w 1992 na szwedzkich boiskach. Broniący tytułu mistrzowskiego Holendrzy, wzmocnieni Bergkampem, wydawali się mieć wszelkie atrybuty, by obronić tytuł. Zwłaszcza gdy w fazie grupowej pokonali 3:1 Niemców, swoich odwiecznych rywali. Niestety porażka w półfinale z Danią, po serii rzutów karnych, zakończyła marzenia o obronie mistrzowskiego tytułu. Rozpoczęła zaś serię holenderskich klęsk w konkursach rzutów karnych na wielkich turniejach. Bergkamp był jednym z niewielu graczy, którzy nie zawiedli na tym turnieju. W eliminacjach do MŚ w Stanach Zjednoczonych reprezentacja Holandii spotkała się w grupie z Polską. Kadrze prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua udało się zremisować na De Kuip w Rotterdamie, po znakomitym meczu przeciwko naszpikowaną gwiazdami drużyną Oranje. Niestety mecz rewanżowy w Poznaniu był kompletnie dla nas nieudany i przegraliśmy 1:3, a dwa gole strzelił nam Dennis Bergkamp. W USA Holendrzy ponownie zawiedli. Kłótnie w zespole zakończyły się wraz z porażką 2:3 w ćwierćfinale z późniejszymi zwycięzcami turnieju Brazylijczykami. Dennis po raz kolejny nie zawiódł, zdobył w tym turnieju trzy bramki, ale to nie wystarczyło, by zdobyć medal. W drodze powrotnej do kraju doszło do wydarzenia, które jak się wydaje, zadecydowało o tym, że Bergkamp przestał latać samolotami. Jeden z dziennikarzy zażartował sobie, że ma bombę i samolot musiał awaryjnie lądować. Ta sytuacja, w połączeniu z kilkoma innymi, które miały miejsce podczas podróży Bergkampa na mecze we Włoszech, skłoniła Dennisa do podjęcia tej trudnej decyzji. O swojej decyzji Bergkamp poinformował sztab kadry na zgrupowaniu przed wyjazdowym meczem z Białorusią w czerwcu 1995 roku. Dennis Bergkamp podpisał kontrakt z Arsenalem latem 1995 roku. Był wtedy rekordowym zakupem klubu z Londynu, ponieważ kosztował aż 7,5 miliona funtów. Na wyspach był jednym z graczy, którzy rozpoczęli proces zmian w Premier League. To on, wraz z trenerem Wengerem pokazał graczom Arsenalu jak się właściwie odżywiać. To on swoim profesjonalizmem i dążeniem we wszystkim, co robił do perfekcji, zmienił podejście wielu graczy do treningu. Ray Parlour powiedział: „To on zmienił całe nasze nastawienie do treningu. Wystarczyło popatrzeć, jak się prowadzi, by otworzyły ci się oczy.”
Po treningach z Bergkampem piłkarze myśleli, skoro on tak trenuje to może i oni powinni dać z siebie więcej. Otwierał innym graczom oczy na wiele aspektów funkcjonowania profesjonalnego piłkarza. To jakim wzorem był Bergkamp, najlepiej pokazuje wypowiedź Robina van Persie dla holenderskiej TV. Robin był wtedy na początku swojej kariery, a Dennis powoli ją kończył. „Wracał wtedy do formy po kontuzji. Trenował z dwoma chłopakami, piętnastolatkiem i szesnasto-, może siedemnastolatkiem, oraz trenerem od przygotowania fizycznego. Ćwiczyli podania i strzały z manekinami. Była to 45-minutowa sesja, a Dennis nie wykonał ani jednego podania, które nie byłoby perfekcyjne. On nie popełnił ani jednego błędu! Wszystko robił na sto procent, na maksa. Strzelał tak mocno, jak się dało, kontrolował piłkę, grę, bezpośrednie podania… To było piękne. Dla mnie to była po prostu sztuka.” Mimo tego wielkiego profesjonalizmu, właściwego odżywiania, dbałości o swoje ciało oraz oczywiście ogromnych umiejętności, Dennis przez pierwsze siedem meczów nie potrafił zdobyć gola dla Arsenalu. Jednak warto było wprowadzać te zmiany, ponieważ pod wodzą Wengera Dennis stał się legendą Arsenalu i całej ligi. Mimo że podczas całej swojej 11-letniej kariery w Londynie miewał też sezony kiedy bardzo się nie wyróżniał, to po latach ocenia się go jako jednego z tych piłkarzy, którzy zmienili Premier League. Zdecydowały o tym jednak nie tylko bramki, które strzelał, a bardziej jego styl gry i podania, dzięki którym kreował kolegom sytuacje do zdobycia gola. On, trzykrotny król strzelców Eredivisie, w Arsenalu miał więcej asyst niż strzelonych goli. Tylko w meczach ligowych zanotował 93 asysty i 87 goli. Stał się bardziej pomocnikiem niż napastnikiem. W Arsenalu Dennis wreszcie czuł się sportowo spełniony. Trener mu ufał i pozwalał grać tak jak lubi, a koledzy z drużyny idealnie się do tego dopasowali. „To, co Arsene powiedział o mnie, starającym się osiągnąć perfekcję, w tamtych czasach było prawdziwe dla całej drużyny. Byliśmy naprawdę bliscy ideału. Oczywiście, zdarzały się głupie mecze, podczas których nie mogłeś sensownie kopnąć piłki, ale przez większość czasu byliśmy po prostu niewiarygodni, bardzo bliscy sposobu, w jaki według mnie futbol powinien być rozgrywany.” Sam Arsene Wenger tak postrzega holenderską filozofię futbolu i samego Dennisa: „Oczywiście kocham sposób, w jaki Holendrzy patrzą na piłkę nożną. Mają pozytywną filozofię i budują swoją grę od podstaw. Mają też filozofię polegającą na stawianiu 'mózgowców’ w środku boiska. Uzdolnieni technicznie, myślący i bystrzy piłkarze są umieszczani na środku, w sercu drużyny. Dennis stanowi najlepszy symbol holenderskiej filozofii, bo opiera się ona na technice, wyobraźni i myśleniu. Jako trener możesz poprawiać grę jedynie wtedy, gdy taki piłkarz jest szanowany przez drużynę. To oznacza, że drużyna będzie grała w taki sposób, w jaki pasuje temu piłkarzowi. Robią to, jeśli czują, że leży to w ich interesie. Wielką siłą Dennisa było to, że koledzy z drużyny ogromnie go szanowali.” Po wspomnianych wcześniej MŚ w USA kolejnym turniejem, na którym Oranje mieli powalczyć o medale, były ME w 1996 roku. Dla Dennisa to był turniej na boiskach, które już dobrze znał. Niestety kadra Hiddinka była targana, jak to często u Holendrów bywa, wewnętrznymi konfliktami. Czarnoskórzy piłkarze, na których czele stali Clarence Seedorf i Edgar Davids, uważali, że trener faworyzuje białych graczy. Z taką atmosferą nie było szans na odniesienie sukcesu i Oranje odpadli w ćwierćfinale, oczywiście po serii rzutów karnych. Kolejnym turniejem były MŚ we Francji w 1998 roku. Był to turniej, na którym reprezentacja Holandii z Dennisem w składzie miała największe szanse na zdobycie tytułu mistrzowskiego. Potyczki z nimi obawiali się nawet gospodarze, czyli przyszli mistrzowie świata. Kolega Bergkampa z Arsenalu, Thierry Henry tak to opisuje: „Drużyna Brazylii nie była słaba, ale według mnie to Holendrzy tworzyli najsilniejszy skład turnieju. Kto wie, jak zagraliby w finale? Odczuliśmy znaczną ulgę. Byłem młody, ale pamiętam rozmowy starszych kolegów z drużyny. Naprawdę nie chcieli mierzyć się z Holandią, bo nie ważne, jaką taktykę obierzesz, Holendrzy są silni, szybcy i doskonali technicznie, mają wspaniały styl gry. Wszyscy chcieliśmy uniknąć starcia z ich reprezentacją. Prawdę mówiąc, zawsze tak było”.
Niestety ponownie seria rzutów karnych zadecydowała, że to Brazylia(a nie Holandia) zmierzyła się z Francuzami w finale. Rok 2000 i mistrzostwa Europy rozgrywane na stadionach w Belgii i Holandii, były ostatnim turniejem dla Dennisa Bergkampa. Niestety pomimo ogromnej przewagi Oranje w półfinałowym meczu z Włochami, Holendrzy nie byli w stanie pokonać Francesco Toldo. Doszło do konkursu jedenastek, który ponownie zakończył się przegraną Holendrów. Jest wiele teorii, dlaczego Holendrzy przegrywali konkursy jedenastek. Jedni mówią o nietrenowaniu tego elementu gry, inni o lekceważeniu rywala. Dennis jednak twierdzi, że to nieprawda. Każdy piłkarz podchodzi do karnego skoncentrowany i chce go strzelić jak najlepiej. Jednak wtedy pojawia się presja, a czasem decyduje zwykły przypadek. Bergkamp nie uważa, że kilkadziesiąt karnych wykonanych dodatkowo na treningu zwiększyłyby szanse Oranje w konkursach jedenastek. Jak każda legenda Dennis Bergkamp pozostawił po sobie akcje i bramki, które są setki tysięcy razy oglądane przez kibiców na całym świecie. Jedną z najbardziej kultowych jest ta z meczu Arsenalu przeciwko Newcastle z 2002 roku. Drugim golem, o którym wszyscy pamiętają, jest decydujące trafienie z meczu przeciwko Argentynie na MŚ we Francji w 1998 roku. Dennis Bergkamp zdobył 10 goli dla Holandii na wielkich turniejach, co jest rekordem, a jeżeli dodamy do tego 8 asyst (tylko Robben uzbierał ich tyle samo) mamy kompletnego napastnika. Na 90 minut gry Bergkamp zapewnia 0,3 asysty i zdobywa 0,4 gola. Jest to znakomity wynik jak na zawodnika, który dość rzadko występował jako najbardziej wysunięty napastnik Oranje. Dzięki 3,6 strzałom i 2,5 wykreowanym sytuacjom był bezpośrednio zaangażowany w 6 sytuacji bramkowych na mecz. W historii Ligi Mistrzów, w pojedynczym sezonie tylko pięciu graczy miało takie statystyki: Lionel Messi, Neymar, Cristiano Ronaldo, Nabil Fekir i Hakim Ziyech. Jak widać nawet jeżeli ludzie nie klasyfikują Bergkampa wśród najlepszych graczy na świecie, to od względem statystycznym z pewnością należy do tej kategorii. Na koniec wróćmy do tytułowej perfekcji, i zapamiętajmy słowa Dennisa Bergkampa, które najlepiej oddają go jako profesjonalistę: „Nawet jeśli jej nie osiągnę, jestem zadowolony tak długo, jak do niej dążę.”
5
Żywe legendy holenderskiego futbolu(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):
@Visca_barca
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360