FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Mixtape Obyś miał racje, gdyż z tym ,,pewne zwycięstwo" to mam duże wątpliwości po ostatnich konfrontacjach z Granadą i ostatnio z ,,naszą" grą...
7
@FCBparasiempre
Juventus i Napoli to dwa kluby, które pokazują różnice między bogatą północą a biednym południem Włoch. Są to kluby pełne przeciwieństw i nikomu o zdrowych zmysłach nie przychodzi do głowy, by w jakimś stopniu łączyć je ze sobą. Zdarzają się jednak wyjątki od tej reguły, czego świetnym przykładem jest Ciro Ferrara, legenda zarówno SSC Napoli, jak i Juventusu. Syn ortopedy i gospodyni domowej urodził się 11 lutego 1967 roku w dzielnicy Neapolu, Posillipo, która słynie z wielu restauracji serwujących choćby owoce morza. Młodego Ciro jednak nie interesował wówczas splendor tych lokali, lecz to, gdzie i jak można uprawiać sport. Przyszła legenda włoskiego futbolu zaczynała nie od piłki kopanej. Ferrara, zanim odkrył piłkę nożną, uprawiał regularnie koszykówkę i pływanie, jednak gdy dowiedział się o testach w zespole Vomero, postanowił spróbować swoich sił w nowej dla siebie dyscyplinie sportu. Rodzice nie podzielali entuzjazmu Ciro. Wyznawali zasadę „najpierw obowiązki, potem przyjemności”. Powiedzieli swojemu synowi, że musi zdobyć wykształcenie, by móc później realizować się w swojej piłkarskiej pasji. Syn państwa Ferrara ukończył więc studia, zdobywając wykształcenie księgowego. Później zapisał się do ISEF, czyli polskiego odpowiednika Akademii Wychowania Fizycznego. Kariera sportowa Ferrary została jednak zahamowana przez syndrom Osgooda-Schlattera. Choroba ta objawia się bólem w okolicy guzowatości kości piszczelowej, który nasila się przy aktywności sportowej. U Ciro Ferrary skutkiem tej przypadłości było przymusowe wylądowanie na wózku inwalidzkim. Na szczęście udało się mu wyleczyć i zacząć znakomitą karierę piłkarską. Z racji pochodzenia, naturalnym ruchem na start poważnej, piłkarskiej kariery Ciro Ferrara trafił do Napoli, które w latach 80. XX wieku miało swój najlepszy czas w historii. Maradona, Careca, czy Giordano działali na wyobraźnię młodych piłkarzy z Neapolu jak najlepszy magnes. Ciro przybył do klubu spod Wezuwiusza w 1984 roku i przez kolejne 10 lat tworzył swoją historię w Napoli, zdobywając rzecz jasna pamiętne mistrzostwo kraju w 1987 roku, pokonując choćby swój przyszły klub, Juventus. Zanim jednak trafił do Turynu (w momencie transferu na Stadio Delle Alpi), Ferrara rozegrał 247 spotkań, w których zdobył 12 goli. Już wtedy wyróżniał się sporą charyzmą i umiejętnością dostosowania się do zmian taktycznych. Był również twardy i zdecydowany w swoich zagraniach defensywnych. Nieprzypadkowo Zbigniew Boniek, czy Ryan Giggs określili go jako jednego z obrońców, przeciwko któremu grało się im najtrudniej w karierze. To właśnie na czasy gry Ferrary w Neapolu przypada największy międzynarodowy sukces tego zespołu. Wszyscy kibice obecnego klubu Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego mają w pamięci sezon 1988/1989, kiedy to drużyna wywalczyła trofeum za zwycięstwo w Pucharze UEFA. W drodze do finału Azurri pokonali m.in. Juventus, czyli przyszły klub bohatera tego tekstu. Ciro niejako przyczynił się do finałowego zwycięstwa, ponieważ jego gol na 2:1 w drugim meczu finału (pierwszy Napoli wygrało na własnym stadionie, 2:1) praktycznie zamknął rywalizację. Ostateczny wynik 3:3 sprawił, że to właśnie drużyna z Włoch sięgnęła po Puchar UEFA.
Rok 1994 był przełomowy dla Ferrary, ponieważ wtedy trafił on do Juventusu. Nie pierwszy raz, zarówno w przeszłości, jak i obecnie ma to miejsce, klub z Turynu podkupił wyróżniającego się piłkarza rywala. Wtedy Juventus stawał się hegemonem na arenie międzynarodowej, co potwierdzały kolejne awanse klubu do finałów Ligi Mistrzów. Ekipa złożona z takich postaci, jak Del Piero, Montero, czy Peruzzi była wprost stworzona do robienia rzeczy wielkich. Ważnym elementem dla tej ekipy, jak i samego Ciro w Juventusie była osoba jej trenera, Marcello Lippiego. Lippi, który znał Ferrarę z czasów Napoli, pomyślał, że będzie to idealny kandydat na prawego obrońcę w jego drużynie. Wiele o tym, jaki stosunek łączył Ferrarę i Lippiego mówi to, że ikona włoskiego calcio, jaką jest Lippi, szybko mianowała kapitanem właśnie prawego obrońcę Juventusu. Szybko też i klub zyskał na tym, ponieważ mając dwie takie postaci w dowództwie, łatwiej było osiągać wielkie sukcesy. Rzeczywistość w europejskich pucharach okazała się jednak brutalna dla Juve i Ferrary, ponieważ lata 90. były czasem dla „Starej Damy” koszmarem. Poza jednym wygranym finałem przeciwko Ajaksowi zespół Lippiego przegrał trzy kolejne mecze o Puchar Europy z rzędu. To było bardzo trudne doświadczenie dla Ferrary, któremu jak każdemu piłkarzowi z tamtej drużyny przypadł w udziale ten dramat. Szczególnie trudno zrozumieć kibicom Juventusowi fakt, że w finałach z Borussią Dortmund w 1997 i z Realem w 1998 roku zespół z Turynu przegrał. Patrząc na kadry i potencjał rywali w tamtym okresie śmiało możnaby rzec, że Juventus miał lepszych piłkarzy. Real był po jednym z najsłabszych sezonów w latach 90, natomiast Borussia z całym szacunkiem nie była uważana za rywala, który może pokonać w znakomitym stylu znacznie lepszy kadrowo Juventus. XXI wiek jeśli chodzi o Puchar Mistrzów, również był trudny dla Ferrary i zespołu. Jeden półfinał i porażka w finale z Milanem sprawił, że Juventus bardzo długo męczył się później w tych rozgrywkach. Po tym zdarzeniu Ciro Ferrara zagrał jeszcze dwa lata, jednak z czasem stawał się mniej znaczący w kadrze Juve. Ferrarę i Lippiego łączyła wieloletnia znajomość i współpraca. Trener Juventusu i późniejszy selekcjoner mistrzów świata z 2006 roku pomyślał sobie, że warto wprowadzić do swojego sztabu właśnie zaufanego człowieka i byłego kapitana, którym był Ferrara. Tak oto, rzecz jasna przy ukończeniu kursów trenerskich, został współpracownikiem Lippiego. Zanim jednak o tym, warto przyjrzeć się jego karierze w reprezentacji. Posiadając trzyletni staż w Serie A, piłkarz staje się ukształtowanym i doświadczonym zawodnikiem. W przypadku niektórych to doświadczenie jest już na tyle duże, by trafić do reprezentacji kraju. Tak było z 20-letnim Ferrarą, który po trzech latach gry w Napoli, trafił do reprezentacji Włoch, prowadzonej wówczas przez Azeglio Viciniego. Zauważył on potencjał w bardzo młodym obrońcy Napoli, który już rok później pojechał z drużyną na EURO 1988. Później kolejni selekcjonerzy zwracali uwagę na talent Ferrary, jednak w czasach jego młodości byli jeszcze lepsi piłkarze od niego, co sprawiało, że zagrał znacznie mniej, niż mógłby. Jego czas w kadrze, podobnie zresztą jak w Turynie, był naznaczony symbolem porażki. Włosi, w trakcie kariery Ferrary, co oczywiście nie jest jego winą, odpadli w półfinale swojego mundialu w 1990 roku i stracili złotego gola w meczu o mistrzostwo Europy 2000 roku. Nie wliczam w to mundialu 1994, ponieważ nie znalazł się wówczas w kadrze na turniej. Kariera Ferrary w kadrze zakończyła się na 49 meczach, w 2000 roku. Z pewnością mogła obfitować w znacznie większe sukcesy, ale sam finał mistrzostw Europy, czy mundial w swoim kraju mógł sprawić, że przeżył ciekawe chwile jako reprezentant kraju.
Kariera trenerska Ferrary nie wyszła mu tak, jak ta piłkarska. O ile początek w sztabie Lippiego był niezwykły, bo zdobył z nim tytuł mistrza świata, tak już samodzielna praca byłego piłkarza Juventusu i Napoli powinna być traktowana w ramach tych do zapomnienia. Po dwóch latach przerwy od mundialu w Niemczech, Ferrara ponownie dołączył do sztabu reprezentacji, ponownie współpracując z Lippim, który przejął kadrę po Roberto Donadonim i nieudanym dla Włochów EURO 2008. Pierwszą samodzielną pracą Ferrary był Juventus. Co prawda był tam trenerem tymczasowym po zwolnieniu Claudio Ranieriego, ale wiele mówi jednak to, że zaufano wówczas dość świeżemu w branży człowiekowi. Później nie wiodło się mu zbyt dobrze. Przejął co prawda kadrę młodzieżową Italii, ale nie był to jakiś czas, który można wspominać z utęsknieniem. Następnie w 2012 roku na krótko przejął Sampdorię, by zakończyć na ten moment karierę trenerską w chińskim Wuhan Zall.
6
Wybitne legendy włoskiego futbolu:
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11
0
Po erze Messiego FC Barcelona nie potrafiła wygrać z Granadą(3 remisy) ani też z Xavim, więc konfrontacja zapowiada się bardzo ciekawie. Poza tym może dojść do historycznego pojedynku w Primera Division dwóch Polaków, jeśli na boisku pojawi się Kamil Jóźwiak...
0
@FcPortoFan1999 No cóż, ,,Wolnoć Tomku w swoim domkmu"...
0
No prosze! ,,Nasza kochana" Argentina(U-23) gra z Brazylią o 21.30 a zdaje się iż pierwotnie mieli grać bodaj o północy!? W związku z tym mecz Argentyny i równie ,,kochanej" Barcuni nakładają się na siebie i to w dodatku z niedzieli na poniedziałek, kiedy trzeba wstawać o 5.30 do roboty. Ciężkie jest życie kibica...
7
@FCBparasiempre
11 lutego 1965 r. urodził się Ryszard Cyroń, napastnik. ,,Koledzy mi mówią że gdybym w wieku niespełna 27 lat nie wyjeżdżał z Górnika do Niemiec, w naszej ekstraklasie zdobyłbym więcej goli niż Lubański a może i Pohl. No ale w Niemczech też udawało się coś ciekawego zrobić. Na przykład strzelać gole Khanowi, który stał w bramce Bayernu Monachium. Pochodzę z Mikulczyc a dla chłopaków stamtąd Górnik to była piłkarska świątynia. Grałem w Sparcie Zabrze w trzecioligowym klubie i tęsknie patrzyłem na tego wielkiego sąsiada. Doceniałem to, co mam bo jako 16-latek grałem w pierwszym zespole. Motywacji mi nie brakowało, gdyż wiedziałem że Górnik zawsze ma Sparte na oku i że jak będę się wyróżniał, to do niego trafie”- opowiada Cyroń, mieszkający 300 lat w Niemczech. W 1983 r. mocno zaczął trzecioligowy sezon: cztery mecze i 4 gole. Tylko że właśnie w tym czwartym występie złamał kość śródstopia. ,,To był dla mnie bardzo trudny moment bo Górnik, jeśli w ogóle istniała jakaś szansa, nagle mocno się odemnie oddalił. Był dopiero sierpień a ja sezon już mogłem spisywać na straty”- zwraca uwagę Cyroń. W styczniu, kiedy dopiero zaczynał pracę nad odbudowaniem formy, wydarzył się cud. Do Sparty zadzwonił Jan Szlachta, najważniejszy człowiek w Górniku, z konkretnym komunikatem: ,,Chcę mieć w swoim klubie tego młodego napastnika Cyronia, więc zapraszam na rozmowe”. ,,Działacz Sparty, który następnego dnia zawiózł mnie do gabinetu Szlachty, był chyba tak samo podekscytowany jak ja a na pewno mocno przestraszony. Przed spotkaniem udzielił mi tylko jednej wskazówki: ,,Rysiek, ty zdajesz sobie sprawę, do kogo idziemy? Gdy będziemy u niego w biurze, lepiej w ogóle się nie odzywaj”. Pod drzwiami czekaliśmy z pół godziny a po dopuszczeniu nas przed oblicze Szlachty zdawało mi się że ,,rozmowa” trwała jakieś 10 sekund. W zasadzie chodziło tylko o to że wcześniej podpisałem wstępny kontrakt z Szombierkami Bytom. Nie paliłem się do takich przenosin ale kusiło mnie granie w 1 lidze. Szlachta błyskawicznie zmienił moje plany: ,,Ty jesteś chłopak z Zabrza, nie będziesz po Bytomiu jeździł. Bierzemy cię do Górnika. Zapraszam jutro na trening do Huberta Kostki”. Słowa Szlachty miały moc sprawczą. Powiedział jak ma być i w jednej chwili cała reszta stała się tylko formalnością”- wyjaśnił Cyroń. Tej pierwszej wiosny po kontuzji, zagrał w 9 meczach Górnika i strzelił 3 gole. Całkiem obiecujący początek. W następnym sezonie wystąpił we wszystkich ligowych spotkaniach, zwykle w podstawowym składzie. Zdobył już 7 goli, co uczyniło go najlepszym snajperem drużyny. Najważniejsze że Górnik został mistrzem Polski! W ostatnim meczu gwarantującym tytuł, Górnik pokonał w Łodzi Widzew 2:1. Do przerwy było 1:0 dla gospodarzy a korespondencyjnie walcząca o tytuł Legia prowadziła w Szczecinie. W tym momencie w wirtualnej tabeli to ona była mistrzem. Ostatecznie zremisowała z Pogonią 1:1, natomiast zabrzanie zabrali się do roboty a Widzew zaskakująco stracił ochote do walki. Wyrównał Cyroń i wypracował zwycięskiego gola, którego zdobył Komornicki.
Górnicy mieli już bardzo mocną paczke, w ofensywie z Pałaszem i Zgutczyńskim a za chwile mieli być jeszcze mocniejsi. Na fali sukcesu ludzie zawiadujący Górnikiem nie pożałowali pieniędzy na wzmocnienie siły ognia. Zatrudnili nieprzeciętnie utalentowanego Jana Urbana oraz krnąbrnego, lecz bardzo dobrego napastnika Andrzeja Iwana. Dla Cyronia nie musiały to być dobre informacje, gdyż perspektywa gry w wyjściowym składzie stawała się mocno niepewna. ,,Wcale nie czułem się zepchnięty na bocznice. Ucieszyłem się że będę w jednej drużynie z takimi gośćmi. Jak się ma 20 lat człowiek jest zadowolony że ma się od kogo uczyć a nie że grozi mu ławka. W tym pierwszym mistrzowskim sezonie pokazałem że umiem strzelać gole. Nie zaczynałem od zera. Cieszyłem się na te rywalizacje, byłem w najlepszym polskim klubie”- argumentuje pan Ryszard. Rzeczywiście nie przepadł, choć to raczej inni byli na świeczniku. W pierwszym rzędzie reprezentanci a on w kadrze narodowej praktycznie nie zaistniał. ,,Jeżeli chodzi o reprezentacje, to słusznie kiedyś ocenił to mój kolega z boiska Jacek Grembocki, stwierdzając że tylko przeleciałem w niej przez szatnie. Byłem na zgrupowaniu w beskidzkiej Wiśle, w Izraelu ale wszystkiego uzbierało się dwa towarzyskie występy za czasów trenera Łazarka. Nie brakowało wtedy w Polsce dobrych napastników. Stawiano na tych lepszych. Nie mam powodów żeby obrażać się na fakty”- mówi Cyroń. Z górnikiem zdobywał 4 kolejne tytuły mistrza Polski a indywidualnie zaliczył godną podziwu serie: w każdym z tych czterech sezonów strzelił w ekstraklasie co najmniej 13 goli. Zauważyła go Bundesliga i odezwał się Hamburger SV. ,,To był jednak zły moment, gdyż jesienią 1991 walczyłem z kontuzją łąkotki. Doszedłem do siebie i wróciłem do gry. Tyle ze byłem przygotowany na polska lige a nie na niemiecką. Do Zabrza przyjechał jednak trener HSV Schock. Wygraliśmy z Ruchem 4:2 a ja strzeliłem 2 gole i Schock oświadczył że nie wraca do Hamburga bez Cyronia. Pojechałem tam w listopadzie i po 4 tygodniach treningów z HSV nie mogłem chodzić bo taki to był dla mnie przeskok; a że trochę kosztowałem, od razu pojawiły się w niemieckich gazetach komentarze że niewypał, że się nie nadaje i tak dalej. Szkoda że tak nagle to się wszystko zadziało. Powinienem był zostać w Górniku do końca sezonu, zbudować solidną forme po kontuzji i dopiero wtedy iść na transfer do Niemiec”- przyznaje. Z Zabrzem pożegnał się 24 listopada meczem z Widzewem(1:0) a już 6 dni później zadebiutował w HSV w ligowym meczu z Schalke. Gospodarze wygrali w Hamburgu 2:1 a bohaterem był Polak, tyle że inny- Jan Furtok, zdobywca obydwu zwycięskich goli. Furtok z Cyroniem tworzyli wówczas polski atak HSV. Pilkarzem tego klubu w tamtych czasach był także Matysik, dawny kolega Cyronia z szatni Górnika. Rodacy wprowadzili nowego kolege do zespołu. Było mu dzięki temu łatwiej ale problem zrobił się wiosną po zmianie na stanowisku trenera. Drużyne objął Coordes. Jak na ironie w debiutanckim meczu nowego trenera Cyroń strzelił swojego jedynego gola w barwach HSV a jednak Coordes uznał że nie będzie go potrzebował w składzie na następny sezon. Po zakończeniu sezonu zadzwonił do niego Rudi Wojtowicz, były reprezentant Polski i piłkarz Szombierek. Kończył akurat karierę w Fortunie Düsseldorf. ,,Już po rozpoczęciu rozgrywek zaproponował mi przenosiny do Düsseldorfu. Wcześniej do drużyny dołączył też Buncol a trenerem po dwóch latach ponownie został Ristić. Zgodziłem się i była to moja najlepsza decyzja po wyjeździe z Polski”- ocenił Cyroń.
Fortuna nie od razu wróciła do elity. Potrzebowała trzech sezonów, przeszła swoisty czyściec bo po roku spadła nawet na trzeci poziom rozgrywkowy. W 1995 r. Fortuna zameldowała się w Bundeslidze. Cyroń wracał do niej mając już ponad 30 lat ale nie przeszkodziło mu to z 9 golami być najlepszym snajperem zespołu. ,,Gdy Fortuna grała w 3. Bundeslidze mogłem wrócić do Hamburga ale Ristić przekonywał mnie żebym został bo buduje nową ekipe i potrzebuje mnie w składzie. Zostałem i w tej III lidze strzeliłem 25 goli. Pewnych meczów nigdy nie zapomnę. Po powrocie w 1995 do Bundesligi pokonaliśmy u siebie Bayern Monachium 3:1 w pucharze Niemiec a ja(chociaż wszedłem z ławki rezerwowych) strzeliłem gola. Później zremisowaliśmy w lidze na jego stadionie 2:2 i też trafiłem do siatki. W obu przypadkach pokonywałem Olivera Khana”- zaznacza z satysfakcją. Górnika z Fortuną jednak nawet nie próbuje porównywać. ,,Górnik to jest moje życie. Do Niemiec pojechałem zarobić. Wszyscy wiemy że tam możliwości były i ciągle są zupełnie inne. W Niemczech spędziłem już ponad 30 lat, jednak to, co przeżyłem w Zabrzu ma największą wartość. I jeszcze jedno wam powiem. Dla mnie indywidualnie 4 mistrzowskie tytuły z Górnikiem nie znaczą tyle, ile moje zdjęcie wśród wielkich klubowych sław na stadionie przy Roosvelta. To najcenniejsza rzecz jaka mnie w piłkarskim życiu spotkała”- kończy opowieść nasz bohater.
5
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Sysia11
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
8
@FCBparasiempre
W jego przypadku nie chodziło tylko o znalezienie się wśród innych wyjątkowych talentów, zainspirowanie własnym geniuszem grupy bardzo dobrych piłkarzy do tego by osiągnęli wielkość. Maradona potrzebował raczej być centralną postacią, wokół której gromadzą się i na której głównie muszą polegać inni. Nie chodziło przy tym jedynie o jego techniczne sztuczki, o te wszystkie ,,gambetas”, rzuty wolne czy gole ale także o to ze stawał się dla swoich drużyn inspiratorem i organizatorem. Z innych legend futbolu chyba tylko Cruyff(choć w odmienny sposób) imponował na boisku równie chłonnym taktycznie mózgiem. Podobnie jednak jak krzywdzące byłoby przedstawianie drużyny mistrzów świata z 1986 r. jako Maradony i reszty zespołu, nie można mówić o Napoli jako o argentyńskim hetmanie i dziesięciu pionkach. Występowali tam przecież inni gracze na wysokim poziomie, zwłaszcza po tym jak przed sezonem pomundialowym sprowadzono Andree Carnavale, który stworzył fenomenalny tercet ofensywny z Maradoną i Bruno Giordano. Na środku obrony grał Ciro Ferrara a w pomocy Fernando de Napoli i Salvatore Bagni. Tyle że wszyscy oni, jakkolwiek utalentowani, nie byliby w stanie grać o mistrzostwo kraju bez Maradony. To on pozwolił im uwierzyć ze wszystko jest możliwe, tak samo jak to zrobił w reprezentacji Argentyny. Z Maradoną u szczytu formy Napoli wygrało ,,scudetto” w sezonie 1986/87, po raz pierwszy w historii klubu, zapewniając sobie tytuł po remisie 1:1 w przedostatniej kolejce z Fiorentiną. W takiej sytuacji trudno się dziwić zainteresowaniu ,,camorry” sukcesami Napoli. Być może jej członkowie postępowali w tym przypadku jak zwykli lokalni biznesmeni uradowani triumfem drużyny ale w następnym sezonie sytuacja wokół klubu zaczęła budzić dużo większe wątpliwości. Do drużyny dołączył Brazylijczyk Careca, wraz z Maradoną i Giordano tworząc słynny tercet Ma-Gi-Ca. Rozgrywki zaczeli fenomenalnie a kiedy 10 kwietnia pokonali Inter 1:0 mieli już 4 punkty przewagi w tabeli, później jednak nie zdołali wygrać żadnego z ostatnich 5 meczów i zostali wyprzedzeni przez Milan Sacchiego, który pokonał ich 3:2 na San Siro na 3 kolejki przed końcem sezonu. Nie ma oczywiście na to żadnych dowodów ale całe Włochy huczały od pogłosek że ,,camorra” w obawie przed wielkimi stratami kontrolowanych przez nią bukmacherów w przypadku ponownego zdobycia mistrzostwa przez Napoli, zmusiła drużynę do odpuszczenia rywalizacji. Maradona dementował te pogłoski mówiąc że ,,ludzie… gadają bzdury”. Sam obwiniał sędziów, swoje problemy z krzyżem ale także kolegów z drużyny, którzy po porażce z Fiorentiną zaczeli się domagać zwolnienia Bianchiego. Sam nigdy nie był wielkim zwolennikiem tego trenera, mówił iż ,,zaczął eksperymentować” i ponosił znaczną część odpowiedzialności za kryzys formy ale zarazem uważał protesty piłkarzy za źle pomyślane, gdyż zmierzały do uczynienia z Bianchiego męczennika.
Zgodnie z przewidywaniami Argentyńczyka kibice w kolejnych meczach zaczeli skandować nazwisko trenera a po zakończeniu sezonu klub przedłużył z nim kontrakt. Pewny swojej pozycji Bianchi pozbył się z drużyny 6 piłkarzy. Wówczas Maradona powiedział prezesowi Ferlaino że nie zamierza dłużej pracować z tym trenerem i ze ma do wyboru albo jego, albo Bianchiego. Prezes nie dał się jednak zaszantażować. Przypomniał po prostu Maradonie że w grudniu przedłużył kontrakt z klubem do 1993 r. i na jego mocy zarabia 5 milionów dolarów rocznie. Informacje na temat żądań piłkarza zniechęciły do niego wielu kibiców. Powracające kłopoty ze zdrowiem spowodowały że ,,La pelusa” zaczął mniej trenować. Choć z pewnością chodziło mu o profilaktykę mającą zapobiec poważniejszym urazom, nie złagodziło to podejrzeń że niedawny idol Neapolu szuka sposobu na odejście z klubu. Drużyna zakończyła kolejny sezon na drugim miejscu w tabeli ale straciła do Interu aż 11 punktów i ani przez moment nie wyglądało na to że może poważnie włączyć się do walki o mistrzostwo. Później przyszedł triumf w Pucharze UEFA, po dwumeczu ze Stuttgartem, w trakcie którego Maradona wywalczył kontrowersyjnego karnego ale w czerwcu 1989 r. podczas meczu z Pisą piłkarz opuścił boisko z kontuzją uda a rozwścieczeni kibice wybuczeli siedzące w loży dyrektorskiej Claudie i córjke Maradony Dalme a także jego agenta Coppole. Argentyńczyk był oburzony i wściekły. Wielu wiązało jego nierówną forme z imprezowym stylem życia, o którym powszechnie wiedziano pomimo panującej w mediach zasady by o nim nie pisać. Maradona był coraz mocniej przekonany ze padł ofiarą spisku. Presja jaką odczuwał już w pierwszych latach kariery w Argentynie, tutaj rozwinęła się w paranoje. Pewnego razu wykorzystał telewizyjny show, którego był gospodarzem, do ataku na krytykujące go media, przy innej okazji próbował wepchnąć gazete do ust rozmawiającego z nim dziennikarza. Gdy sezon się skończył, wrócił do Esquina, deklarując że jego stopa więcej we Włoszech nie postanie. Oczywiście mówienie o spisku było absurdalne, choć stało się nieusuwalnym elementem narzekań Maradony na cały świat. Prawdą jest jednak iż wokół piłkarza działy się rzeczy dziwne i niepokojące. Ktoś uszkodził jeden z jego samochodów i włamał się do mieszkania jego siostry, niczego nie zabrał, choć poprzestawiał sprzęty. Czy były to ostrzeżenia ze strony camorry? Maradona nie miał co do tego wątpliwości. Kiedy powiedział że zamierza zostać w Argentynie, odpowiedź z Neapolu nadeszła błyskawicznie. Uważano że złamał umowę. Kibice i dziennikarze zaczeli rozdmuchiwać ekscesy z jego udziałem, czego z pewnością by nie robili, gdyby siedział cicho i po prostu dobrze grał w pilke. Na łamach ,,Il Mattino” ukazało się stare zdjęcie Maradony w towarzystwie rodziny Giuliano z podpisem: ,,Trudno sobie wyobrazić by ktokolwiek chciał się narazić camorrze, porywając się na jej idola”. Istnieją liczne interpretacje tych wydarzeń ale zdaniem Jimmy’ego Burnsa to sama camorra przywoływała Maradone do porządku.
Z niechęcią, czując się związany umowami(zarówno tymi podpisanymi, jak i być może niepisanymi) Maradona wrócił więc do Neapolu. Zanim to jednak zrobił, poślubił Claudie w trakcie ekstrawaganckiej ceremonii w katedrze w Buenos Aires. Była to jeszcze jedna wizerunkowa katastrofa. Przepych wesela, na które sprowadzono ponoć prostytutki z całego świata a dla zwiększenia wrażeń rozdawano kokainę, kontrastował ze strajkiem pracowników transportu publicznego, protestujących przeciwko zbyt niskim płacom. Termin faktycznie nie był najszczęśliwszy ale Maradonę, który dokonywał właśnie aktu ostatecznego odcięcia się od nizin społecznych, nic to nie obchodziło. Zwłaszcza iż nadal go fetowano. Kandydat na prezydenta Carlos Menem, którego kampanię wyborczą prowadził zresztą Cyterszpiler, zabiegał o jego poparcie. Po powrocie do Włoch Maradona kompletnie nie nadawał się do gry. Jego kondycja była tak fatalna że na godzine przed meczem Pucharu UEFA z Wettingen w listopadzie 1989 r., nowy trener Alberto Bigon odstawił go od składu. W odpowiedzi Maradona kolejny raz stwierdził że jest ofiarą spisku. Miesiąc później oznajmił z kolei ze losowanie mundialu zostało ustawione, na co sekretarz generalny FIFA Sepp Blatter odrzekł że jest ,,albo głupi, albo podły”. Mimo tych wszystkich awantur Napoli już w drugiej kolejce znalazło się na pierwszym miejscu w tabeli Serie A i utrzymywało tę pozycje aż do lutego, kiedy wyprzedził je Milan. Im bliżej kolejnych mistrzostw świata, tym bardziej Maradona koncentrował się na grze a jego forma rosła. Wiosną miewał momenty doskonałej formy. Wygrana 4:2 z Bolonią przy jednoczesnej porażce Milanu z Veroną oznaczała powrót na szczyt w przedostatniej kolejce a 1:0 u siebie z Lazio w ostatnim meczu sezonu przypieczętowało tytuł. Niezależnie od wszystkich skandali zrobił to jeszcze raz. Ażeby uświadomić miare jego sukcesu, wypada zauważyć że Napoli, po dwóch ,,scudetti” wywalczonych podczas jego pobyty w klubie, aż do sezonu 2022/23 nie powtórzyło tego osiągnięcia.
13
,,Boski Diego” w Neapolu:
Wyjątkowość tego gracza, kiedy porównać go z innymi kandydatami do miana piłkarza wszechczasów polega niewątpliwie na tym że niemal samodzielnie poprowadził przeciętny klub do mistrzostwa kraju i to w czasach gdy pieniądze nie tyle miały wpływ na sukces, co o nim rozstrzygały. Nie znaczy to oczywiście że był lepszy niż Pele, Di Stefano, Cruyff, Messi czy Puskas ale z pewnością był inny od nich wszystkich.
Pozostałą część tej frapującej historii przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11
6
@FCBparasiempre
Przedstawienie sylwetki „samorodnego” talentu, którego piłka słuchała się jak namiętna kochanka, jest czystą przyjemnością. Jak może być inaczej, skoro mowa o kimś, kto perfekcyjnie opanował sztukę gry obiema nogami, dostarczając partnerom wypielęgnowane piłki z krótkiego rozegrania. Koledzy z zespołu uwielbiali go za to , choć cenili go również z takiego powodu, że prowadził aktywne życie i w pełni poświęcił się nie tylko piłce. Był też przede wszystkim oddany ojczyźnie. Józef Kałuża, bo o nim mowa, to doskonały wzór do naśladowania. Niestety przyszło mu żyć w ciężkich czasach. Umarł przedwcześnie, głównie przez brak penicyliny, w targanym wojną kraju. Urodził się 11 lutego 1896 w Przemyślu, ale całe jego piłkarskie i zawodowe życie było związane z Krakowem, do którego przeniósł się w wieku siedmiu lat. Miał czterech braci, z którymi poznawał świat piłki nożnej, coraz popularniejszej na terenie Galicji. To ojciec( zawodowy podoficer) wpoił mu pewne zasady, które kiedyś ukształtowały też jego. Kałuża odznaczał się inteligencją nie tylko na boisku. Był bardzo zdolnym uczniem, wręcz urodzonym polonistą. Mimo braku pieniędzy, udało mu się ukończyć Seminarium Nauczycielskie, w którym w 1915 roku zdał maturę. Dwa lata później, po powrocie z wojska, rozpoczął pracę nauczyciela w szkole przy ulicy Żółkiewskiego. Zawód ten łączył z ogromną pasją do świata futbolu. Dodatkowo ciągnęło go też do dziennikarstwa. Kałuża połączył wszystkie swoje pasje. Jego analizy spotkań czy fachowe teksty na temat piłki nożnej można było znaleźć na łamach gazet „Raz, dwa, trzy” i „Przeglądu Sportowego”. Był wielkim autorytetem w dziedzinie metodologii piłkarskiej. Napisał nawet podręcznik do nauki taktyki, ale niestety zaginął on podczas Powstania Warszawskiego. Słynny Kałuża miał tylko 166 cm wzrostu i wątłą wagę. Nie był demonem szybkości, choć umiał zgubić rywala niespodziewanym sprintem. Jego talent dostrzeżono już, gdy miał 13 lat. Wtedy przyjęto go do Robotniczego Klubu Sportowego Kraków. Świadomy swojego talentu szukał większego klubu i w 1911 rozpoczął przygodę z Cracovią. W tym czasie mówiło się o „krakowskiej szkole piłkarskiej” , która szczyciła się ofensywnym stylem, polegającym na utrzymywaniu się przy piłce i grze w trójkącie. Każda dzielnica wówczas miała kilka swoich „reprezentacji”, które toczyły ze sobą boje o prymat na swoim terenie i w całym Krakowie. Pewnego razu, taka drużyna z Błoń, miała rozegrać kolejny mecz i nie mogła skompletować składu. Przysłuchujący się burzliwej dyskusji „niepozorny uczniak” z Podgórza, zaproponował swoją grę w ataku. Wywołało to salwę śmiechu wśród pewnych siebie krakowian, którzy dla poprawienia humoru przyjęli propozycję. ,,Grał inaczej niż my wszyscy. Piłka słuchała go, kleiła mu się do nogi. Wózkował (dryblował) świetnie, lecz wózkiem trudno nam było zaimponować. Rewelacją dla nas były natomiast jego strzały, ustawianie się do piłki, wybieganie na pozycję, wypuszczanie piłek łącznikom na przebój lub na skrzydła. Jego zagrania powiązały nasze bezplanowe indywidualne gierki i nadały im sens. Jak łatwo było przy nim zdobywać bramki” – pisał Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży w Przeglądzie Sportowym.
Cracovia była w tamtych czasach znakomitą drużyną. Po I wojnie światowej skład uzupełniono młodymi siłami. Józef Kałuża nie był jedynym oseskiem, który stał się tytanem „Pasów”. Nie wolno tu zapomnieć o Bolesławie Janie Kotapce. Ten był piłkarzem, obdarzonym niezwykłą techniką oraz wielką pracowitością. Jak wspomina nieoceniony Stanisław Mielech, Kotapka po treningach wyznaczał sobie dodatkowe zajęcia, nie dawał sobie taryfy ulgowej. Zmysłem przypominał Inzaghiego, jeżeli można użyć takiego porównania. „Kałapaka”(jak nazywali go koledzy) słynął z wykorzystywania dobitek. Pole karne było jego królestwem i zawsze wiedział jak się tam ustawić. Wyróżniał się niesłychaną zaciętością i chęcią do gry. Zdarzyło mu się zataić ropnia pod paznokciem dużego palca, którego usztywnił blachą i niemal nie spowodował tym jeszcze gorszego urazu. O jego umiejętnościach snajperskich świadczy fakt, że w 66 meczach zdobył 84 gole. W parze z Kałużą potrafili czynić cuda. Niestety ten duet nie mógł w pełni pokazać swoich możliwości, bo Kotapka zginął śmiercią tragiczną – w nocy z 24 na 25 kwietnia 1922 roku – został zasztyletowany. Kto raz ujrzał Bolka, to wychudzone chłopczątko, nie wierzył własnym oczom. Niezwykły poziom techniczny i rozum, z zawodnika zupełnie pozbawionego szybkości, zrobiły pierwszej jasności gwiazdę. Jako technik potrafił wszystko, jako taktyk miał szósty, albo i siódmy zmysł. To było tajemnicą skuteczności jego gry – tak opowiadał Józef Kałuża o Bolesławie Kotapce. Nigdy nie dowiemy się, czy Kotapka byłby tak wielki jak Kałuża. Józef posiadał bowiem zdolność zdobywania bramek z każdej pozycji. Różne źródła podają sprzeczne informacje dotyczące liczby goli zdobytych przez asa „Pasów” w oficjalnych meczach: 465-487 goli w 404-454 spotkaniach, licząc grę w reprezentacjach Krakowa i Polski, oraz pierwszy zespół Cracovii. O jego wielkiej klasie świadczy również fakt, że miał wyłączność na grę w środku ataku pasiastej drużyny – przez 18 lat! Boisko zmieniało go w rasowego, chorobliwie ambitnego snajpera, który niczym wieżyczka czołgu, jedynie obracał się i ustawiał celownik, by zadać śmiertelny cios. Poza murawą był zupełnie innym człowiekiem, pogodnym i skromnym. Boiskowy temperament często pchał go do kłótni z arbitrami, którzy pobłażali mu, ze względu na jego markę i zasługi. Był genialnym samoukiem, jednak cały kunszt i technikę wypracował zanim zaczął grać zawodowo. Właściwie półzawodowo, bo jak wcześniej wspominałem, nigdy nie rozstał się z posadą nauczyciela. Ożenił się w 1923 roku z Józefą Dudziak, która urodziła mu córkę Irenę. Jej poświęcał każdą wolną chwilę. Był ekspertem w grze sam na sam z bramkarzem. Gdy golkiper wybiegał, by skrócić kąt, pewne było że Kałuża i tak go ogra. Jak wspominał cytowany wcześniej kolega z Cracovii, Stanisław Mielech, chyba nie było w jego czasach tak kompletnego bramkarza, który by wyczuł intencję lidera „Pasów”. ,,Nigdy nie egzekwował rzutów wolnych i karnych. Do pierwszych brak mu było „atomowych” strzałów, a do drugich nerwów. Tym cenniejszy(w porównaniu z innymi „królami strzelców” jak Reyman, Peterek czy Kossok) był jego rekord goli zdobytych z przebojów i kombinacji”– Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży. Z każdym rokiem stawał się coraz większą legendą Cracovii. W 1921 był jednym z autorów mistrzostwa, w pierwszym sezonie regularnych rozgrywek.
Z dobrej strony pokazał się też w reprezentacji, gdzie wystąpił dwadzieścia razy, strzelając osiem goli. Józef Kałuża był dla kadry tak samo ważny, jak dla Cracovii. W książce „Cracovia znaczy Kraków” wspomniana jest historia o tym, jak Imre Pozsonyi, trener kadry w jej pierwszym historycznym meczu, wezwał w pewnym momencie Józefa do siebie, by ten wziął ciężar gry na siebie. Polak posłuchał trenera i już po kilku minutach rozciągnął grę ze środka. Piłka dotarła do Wacława Kuchara, a ten stanął oko w oko z węgierskim bramkarzem Zsakiem. Piłka po strzale tak mocno uderzyła go w głowę, że padł na ziemię, niczym rażony piorunem. Co zrobił Kuchar? Oczywiście nie dobijał, choć mógł na stale zapisać się w historii polskiej reprezentacji, jako zdobywca pierwszego w jej dziejach gola. On zaczął… go cucić. Napastnik Pogoni Lwów stał się synonimem piłkarskiego fair play, zanim zaczęto tak nazywać kulturalne zachowania w piłce. Józef Kałuża także był wyjątkowym trenerem. Potrafił poskładać zespół, wykorzystać jego największe atuty, jakimi były indywidualności, a także mądrze wprowadzić nowych graczy. Zanim mógł poprowadzić Polaków, musiał potwierdzić swoją skuteczność na ligowej ławce. Wiedza i doświadczenie jakie gromadził, przybliżały go do najważniejszego trenerskiego stanowiska. Rok po zakończeniu kariery, w 1932 roku, stał się najważniejszą osobą w polskiej piłce. Stało się tak, dzięki wykładom trenerskim, jakich udzielał. Został wówczas kapitanem związkowym PZPN, czyli selekcjonerem kadry. Poprowadził polską ekipę do 4. miejsca na IO w Berlinie i pierwszego awansu do mundialu w 1938 roku. To on był trenerem Orłów, podczas słynnego meczu z Brazylijczykami, gdy przegraliśmy 5:6 i kiedy pokonaliśmy wicemistrzów świata – Węgrów 4:2, tuż przed wybuchem wojny. Łącznie poprowadził reprezentację w 47 spotkaniach. To pod jego ręką w kadrze błyszczały takie gwiazdy jak Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz czy Władysław Szczepaniak. Gorzkie życie w okupowanym Krakowie, płynęło mu pod znakiem słów jakie kierował do młodzieży: ,,Młodzi niech sobie grają – nam jednak nie można sprawiać pozorów, że życie sportowe w naszym, podbitym przez najeźdźców kraju, płynie normalnie”. Tak widział sytuację Polaków po przegranej kampanii wrześniowej. Jednak nigdy nie można było powiedzieć, że się poddał. Wręcz przeciwnie. Okupant chciał kontrolować Polaków w każdej sferze. Najwybitniejszemu polskiemu piłkarzowi lat 20-tych, zaproponowali posadę „Sportfuerhera”, który miał kontrolować, za zgodą Niemców, życie sportowe w Generalnym Gubernatorstwie.
Dumny Pasiak nie mógłby żyć z piętnem zdrajcy i kolaboranta. Jego osobowość przyciągała nielicznych pozostałych w kraju członków zarządu PZPN. Tym też się zajął. Starając się unikać uwagi Niemców, kierował życiem sportowym kraju. Od małego był chorowity. W młodości zmagał się z podejrzeniem, częstej w tamtych czasach gruźlicy. Zmarł nagle, 11 października 1944 na zakażenie krwi. Można było tego uniknąć, stosując penicylinę. Jak się łatwo domyślić, nie była ona jednak łatwo dostępna w okupowanym mieście. Kałuża ciężko znosił nie tylko chorobę, ale też okupację. Był symbolem manifestującej polskość grupy krakowian, która żegnała ukochanego Pasiaka, mentora i piłkarskiego dominatora. Dzisiejsze ulokowanie stadionu Cracovii nie przypadkiem ma miejsce na ulicy jego imienia. Wielkość Józefa Kałuży nie podlega dyskusji. Skala jego wkładu w rozwój polskiej piłki jest nie do przecenienia. Jeżeli do liczby goli które ustrzelił nie ma pewności, to jest ona w innej kwestii– takiego Pasiaka już nie będzie.
4
Wielkie legendy polskiego futbolu:
@Sysia11
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
0
@Comentateiro Legenda trenerska Lecha Poznań??? No bez przesady! A co on z tym Lechem takiego wygrał(?) bo nie przypominam sobie?
10
Feliz cumpleaños panie Jose!
11 lutego 1963 r. urodził się Jose Mari Bakero, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony. W 1988 r. do stolicy Katalonii ściągnął go Johan Cruijff i uczynił go czołową postacią swojej drużyny. Bakero jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy zdobyli 6 tytułów mistrzowskich i to w dwóch różnych klubach(2 w Realu Sociedad i 4 w FCB). W czasie całej swojej kariery, Bakero cechowała niesamowita wola walki. Jose umiał poderwać zespół do lepszej gry, co na trybunach trudno było uchwycić. Bakero nie tylko wspomagał kolegów mentalnie, lecz również potrafił wykonywać kluczowe podania otwierające zawodnikom droge do bramki. Najważniejszym trafieniem Jose Bakero był gol z 6 listopada 1991 r. przeciwko FC Kaiserslautern, dający awans Blaugranie do fazy grupowej Ligi Mistrzów i w efekcie późniejszy tryumf w tych rozgrywkach. Jose Mari do dziś obok swojego partnera ze środkowej formacji- Josepa Guardioli, jest jednym z symboli legendarnego ,,Dream Teamu”.
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11
9
Był sobie… nieprzeciętny piłkarz:
10 lutego 1926 r. urodził się Danny Blanchflower, pomocnik. Jeśli przeciętny kibic piłki nożnej usłyszy o Irlandii Północnej, natychmiast pomyśli o George’u Beście. Jednak Ulster wydał na świat wielu znakomitych piłkarzy. Jednym z nich był Danny Blanchflower, uchodzący za gracza kompletnego, wszechstronnie wyszkolonego i inteligentnego na boisku. Zawodową karierę zaczynał w Barnsley w skąd dwa lata później trafił do Aston Vila (148 gier i 10 goli). Następnie został zawodnikiem Tottenhamu, w którym zapracował na miano klubowej ikony (337 występów i 15 goli). To właśnie on jako kapitan drużyny poprowadził Tottenham do dwóch triumfów w Pucharze Anglii i zdobył pierwsze dla londyńskiej drużyny trofeum na arenie międzynarodowej – Puchar Zdobywców Pucharów. W reprezentacji zagrał 56 razy i strzelił dwa gole.
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
0
Panie Julianie Alvarez, pan jesteś w gorącej wodzie kąpany...
0
A coż to tam się dzieje na ,,Etihad Stadium"? Pepito czadu! Czadu a ganar!
4
@FCBparasiempre
10 lutego 1903 r. urodził się Matthias Sindelar. „Papierowy człowiek”, jak nazywano Sindelara ze względu na kruchą budowę ciała, występował na środku ataku, doskonale wpisując się w nurt tzw. naddunajskiej szkoły piłkarstwa, opierającej się na dużej liczbie krótkich podań. „Mozart futbolu” jak też o nim mówiono imponował niepospolitą techniką, wyjątkową kreatywnością, niezłą skutecznością, świetnym dryblingiem oraz przede wszystkim inteligentnym poruszaniem się po murawie. Był uosobieniem powiedzenia „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Poza boiskiem raczej nie był wzorem do naśladowania dla początkujących zawodników – nie lubił trenować, pił, palił, utrzymywał związki z prostytutkami, chętnie spędzał czas w kasynie. Miał trudny charakter, nienawidził się podporządkowywać. Specyficzne usposobienie nie przeszkodziło mu zostać największą gwiazdą zarówno drużyny klubowej – Austrii Wiedeń, jak i austriackiej kadry narodowej, choć nie wykluczone, że znacząco przyspieszyło koniec jego barwnego życia. Sindelar w 1999 roku został przez IFFHS uznany najlepszym austriackim piłkarzem XX wieku. Z całą pewnością jego umiejętności były nietuzinkowe, jednak nie można zapomnieć iż występował w najlepszym okresie w historii austriackiego futbolu. Reprezentacja pod wodzą Hugo Meisla siała postrach na całym świecie, nie przegrywając 14 meczów z rzędu, pokonując m.in. Szkocję 5:0, Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię, Węgry 8-2, Belgię 6-1 czy Włochy 2-1(stąd nazwa Wunderteam – cudowna drużyna). „Sindi” był sztandarową postacią kadry, stając się rozpoznawalny w całej Europie. Nagły rozwój piłki nożnej w Austrii związany był z założeniem w 1924 roku drugich na świecie zawodowych rozgrywek piłkarskich. Znacząco podniósł się poziomo ligi, założonej przecież sporo wcześniej, bo już w 1911 roku. Wraz z lepszymi widowiskami pojawili się kibice, którzy tłumnie zaczęli odwiedzać stadiony piłkarskie – za średnią frekwencję uważano wówczas 40 tysięcy widzów, co bez wątpienia napędzało dalszy rozkwit futbolu w Austrii.
Podopieczni Meisla, pod nieobecność przedstawicieli ojczyzny piłki nożnej Anglii, uważani byli za faworytów rozgrywanych w 1934 roku na terenie Włoch drugich mistrzostw świata. Tam jednak zawiedli, zajmując jedynie 4 miejsce. „Sindi” zdobył na turnieju ledwie jedną bramkę, trafiając w wygranym 3:2 spotkaniu z Francją. Duże nadzieje wiązano z następnym Mundialem w 1938 roku, niestety chęć dominacji nad światem ich rodaka – Adolfa Hitlera, bezlitośnie zamknęła im drogę na francuski turniej. Warto wspomnieć, że część austriackich piłkarzy(m.in. Josef Stroh, Rudolf Raftl, Franz Wagner czy Willi Schamus) wystąpiła na mistrzostwach przyjmując, w przeciwieństwie do Sindelara, propozycję gry w zespole III Rzeszy. Sindelar przez niemal całą karierę związany był z jednym klubem – Austrią Wiedeń. Jedynie początek swojej futbolowej przygody spędził w innym wiedeńskim zespole – ASV Hertha, do którego trafił w wieku 15 lat, po rekomendacji nauczyciela, który pełnił funkcję quasi – skauta, wyszukując młode talenty dla kilkunastu drużyn. Już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole, szybko zyskując sobie uznanie kibiców i ekspertów. W wieku 20 lat odniósł ciężko kontuzję kolana, która postawiła jego dalsze występy pod znakiem zapytania. Dopiero operacja przeprowadzona przez dr Hansa Spitzy’ego pozwoliła wrócić „Sindiemu” do gry, jednak był zmuszony do końca kariery nosić na kolanie specjalną opaskę(właśnie tą kontuzją tłumaczył Herbergerowi swoją odmowę). W wieku 21 lat, po spadku Herthy, który nieodłącznie wiązał się z kłopotami finansowymi, przeszedł do rywala zza między, ówczesnego mistrza Austrii – SV Amateure. Z Sindelarem w składzie w 1926 roku po raz drugi wygrali ligę, a następnie zmieniono nazwę na FK Austria. „Papierowy człowiek” nie miał więcej okazji świętować krajowego mistrzostwa, celebrując za to zdobycie 5 Pucharów Austrii oraz sukcesy na międzynarodowej arenie. Sidnelar skrupulatnie wykorzystywał swoją popularność, reklamując zegarki i produkty mleczne oraz grając w filmie…samego siebie. Był ulubieńcem prasy sportowej i kawiarnianego towarzystwa Wiednia. Tak jak na Wyspach kibice mają swoje puby, tak w Austrii mieli swoje kafejki. Miejscem spotkań fanów „Fioletowych” była „Café Parsifal”, gdzie obok zwykłych miłośników piłki zasiadali także piłkarze, władze klubu, a nawet znani pisarze i dziennikarze. Tam „Sindiego” poznał austriacki pisarz Friedrich Torberg, który lakonicznie podsumował „Mozarta futbolu”: „Był po prostu geniuszem.”
23 stycznia 1939 roku doszło do jednej z najbardziej tajemniczych śmierci w historii piłki nożnej. Tego dnia w Wiedniu, w apartamencie mieszczącym się w kamienicy przy Annagase 3 odnaleziono nieprzytomną kobietę leżącą przy nagich zwłokach 35 – letniego mężczyzny. Jak ustalono podczas nieprzeciętnie błyskawicznego śledztwa, ten nie żył już od 10 dni. Kobieta zmarła wkrótce po przewiezieniu do szpitala. Oficjalny komunikat brzmiał: zatrucie dwutlenkiem węgla. Jednakże ci, którzy znali męską ofiarę rzekomego wypadku, a prawdę powiedziawszy mało kto o nim nie słyszał, powątpiewali w wersję nazistowskich władz. W ten osobliwy, skrajnie zagadkowy sposób, austriacki futbol stracił swego najwybitniejszego syna, symbol siejącego do niedawna popłoch Wunderteamu, ulubieńca wiedeńskich kawiarni – Matthiasa Sindelara. Hipotez co do przyczyny jego śmierci jest kilka. Wersja oficjalna, rozpowszechniana przez nazistowską propagandę mówi, jak wspomniano na wstępie, o przypadkowym zatruciu dwutlenkiem węgla. Jest ona o tyle prawdopodobna, że sąsiedzi Sindelara często narzekali na nieszczelne instalacje gazowe. Aczkolwiek należy wspomnieć o kilku faktach, mocno ją podkopujących. Po pierwsze śledztwo trwało zadziwiająco krótko, zostało zamknięte zaledwie po 2 dniach. Co więcej, cała dokumentacja dotycząca dochodzenia w enigmatycznych okolicznościach zaginęła. Istnieli także świadkowie twierdzący, że naciskano z samej stolicy III Rzeszy, ażeby uznać sprawę za nieszczęśliwy wypadek. Inna teoria sugeruje, że Sindelara zamordowała kobieta przy której znaleziono martwego piłkarza – potomkini cór Koryntu, będąca jednocześnie jego dziewczyną, Żydówka włoskiego pochodzenia Camilla Castagnola. Ta dowiedziawszy się o planowanym przez „Mozarta futbolu” zerwaniu, postanowiła otruć najpierw jego a następnie siebie, składając ich związek na swoistym ołtarzu miłości. Rozważa się również podwójne samobójstwo. Sindelar wraz ze swoją partnerką mieli pozbawić się życia w ramach buntu wobec szerzącej się hitlerowskiej zarazie, której efektem była utrata suwerenności przez Austrię oraz antysemityzm, stopniowo pożerający ich przyjaciół, a także w bliskiej perspektywie zagrażający im samym. Oprócz tego w grę wchodzi zemsta alfonsa Castagnoli– Ameriki Maxiego, który delikatnie to ujmując, nie był wniebowzięty z powodu utraty podopiecznej. Jednak najwięcej argumentów zdaje się przemawiać za tym, że „Mozart futbolu” stał się po prostu ofiarą bezwzględnej „vendetty” nazistowskich prominentów, na którą ciężko pracował od dobrych kilku miesięcy.
Był zagorzałym przeciwnikiem ideologii narodowo–socjalistycznej oraz wszystkiego co z nią związane. W jego teczce w Gestapo znalazły się takie określenia jak „socjaldemokrata”, „czeski nacjonalista” czy „sojusznik Żydów”, co samo w sobie wystarczyło do wydania wyroku śmierci. Ponadto, nie zważając na dezaprobatę decydentów, pomagał przetrwać swoim żydowskim przyjaciołom, a pozostałych przedstawicieli narodu Dawidowego traktował w dalszym ciągu z szacunkiem. Za przykład może posłużyć sytuacja z sierpnia 1938 roku, gdy Sindelar podczas zakupu kawiarni nie wykorzystał trudnego położenia jej właściciela Leopolda Drilla, którego z racji pochodzenia zmuszono do sprzedaży kafejki za bezcen, płacąc mu uczciwą cenę 20 tysięcy marek. Na korzyść „Sindiego” nie działała także przynależność klubową– wiedeńska Austria uważana była za zespół żydowskiej burżuazji. Zresztą z „Fiołkami” wiąże się kolejna anegdota, wyraźnie wskazująca jakimi wartościami kierował się Sindelar. W ramach wszechobecnej antysemickiej nagonki zabroniono piłkarzom rozmawiać z żydowskimi pracownikami klubu(zarówno obecnymi jak i byłymi, których jeszcze nie wyrzucono). Do tego grona należał m.in. do niedawna prezydent klubu dr Emanuel Schwarz. Gdy tuż przed wyjazdem z Austrii spotkał „Sindiego” usłyszał: „Nowy prezydent zabronił mi z panem rozmawiać, ale ja zawsze z panem porozmawiam, Herr Doktor.” Do tego dochodził rodowód Sindelara, który nie był czystej krwi Austriakiem, ale pochodzącym z Moraw czeskim imigrantem. Urodził się w roku 1903, w leżącym na terenie multinarodowych Austro-Węgier Kozlovie jako Matěj Šindelář. W 1905 roku jego rodzice postanowili przenieść się do Wiednia, osiedlając się w biednej, robotniczej dzielnicy Favoriten. Dopiero tam postanowiono zmienić rodzinne nazwisko na Sindelar, a przyszłemu kapitanowi Wunderteamu zmodyfikować imię na ułatwiające asymilację Matthias. Jakkolwiek to wszystko może wystarczyłoby do zwrócenia uwagi przedstawicieli Tysiącletniej Rzeszy w Austrii, natomiast na pewno nie ściągnęłoby na Sindelara gniewu berlińskiej centrali nazistowskiego imperium. O to zadbał sam „Mozart futbolu”, prawdopodobnie podając ostatni gwóźdź do trumny zbijanej dla niego przez fanatyków narodowego socjalizmu. 3 kwietnia 1938 roku na wiedeńskim Praterze odbyło się spotkanie mające uczcić Anschluss Austrii do III Rzeszy. Naprzeciwko siebie stanęły kadra narodowa Niemiec i występujący po raz ostatni legendarny Wunderteam, aczkolwiek już pod nową nazwą– Marchia Wschodnia(Ostmark). Na życzenie swojego kapitana Sindelara, Austriacy zamiast w tradycyjnych biało – czarnych trykotach, wystąpili w kolorach swojej flagi – czerwone koszulki, białe spodenki, czerwone getry, co już samo w sobie mogło zostać odebrane jako prowokacja. Aby nikt nie poczuł się urażony, ustalono, że mecz miał zakończyć się braterskim, pojednawczym remisem. Pierwsza połowa toczyła się według groteskowego scenariusza – każdy zawodnik, w tym Sindelar, pudłował z sytuacji z których wydawało się nie można spudłować. Wszystko układało się tak jak uzgodniono w politycznych gabinetach. Jednak 20 minut przed końcem meczu „Papierowy człowiek” nie wytrzymał - pokonał niemieckiego bramkarza, a następnie podbiegł pod trybunę zajmowaną przez nazistowskich dygnitarzy, aby poprzez taniec okazać swoją radość. Jakby tego było mało, tłum zgromadzony na trybunach zaczął skandować „Austria! Austria!”, co ośmieliło kolegów Sindelara - Karl Sesta zdobył gola na 2:0, tym samym ustalając wynik meczu.
Zapewne żaden sportowiec od czasów czarnoskórego Jesse’ego Owensa, z łatwością pokonującego niemieckich wysokich blondynów na Igrzyskach w Berlinie, nie rozwścieczył w takim stopniu Hitlera i jego popleczników, co wtedy austriaccy piłkarze z „Mozartem futbolu” na czele. Oczywiście całokształt przewinień poszedłby w niepamięć, przysłonięty wybitną grą Sindelara dla chwały III Rzeszy, lecz ten postanowił zakończyć karierę, wielokrotnie odmawiając niemieckiemu selekcjonerowi Seppowi Herbergerowi, tłumacząc się zaawansowanym wiekiem oraz prześladującą go od dawna kontuzją kolana. Późniejszy Mistrz Świata z 1954 roku wspominał: „Próbując raz po raz namówić go do gry, w końcu zrozumiałem, że kierowały nim inne powody. Miałem wrażenie, że miało to związek z niepokojem i odrazą, jakimi darzył wydarzenia na scenie politycznej. To nie dawało mu spokoju i prawdopodobnie zaważyło na jego odmowie.” Na pogrzeb Sindelara przyszło ponad 15 tysięcy ludzi. Zapewne nigdy nie będzie możliwe stwierdzenie ze stuprocentową pewnością w jaki sposób zmarł. Niechybnie wersja głosząca nazistowską zemstę buduje mit bohaterskiego Austriaka, który oddał życie za swoje przekonania. Świetnie wyraził to Jonathan Wilson, angielski dziennikarz, zajmujący się futbolową historią: „Dostępne dowody wyraźnie sugerują, że śmierć Sindelara była wypadkiem, a jednak poczucie, iż bohater nie może zginąć w tak przyziemny sposób przeważa. Przecież co lepiej odda klimat Austrii w czasie Anschlussu niż sportowiec, artysta, pupil społeczeństwa wiedeńskiego, brutalnie zagazowany wraz ze swoją Żydowską dziewczyną?”.
5
Najwybitniejsza legenda austriackiego futbolu:
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
1
@Lionel_Messi10 Swoją drogą to ciekawe jest to zdjęcie(pierwszy raz je widze) ale jeszcze ciekawsze z czego obaj się śmieją?
0
@Mixtape Co prawda w ubiegłym sezonie Girona pewnie pokonała u siebie ,,Białych" ale to bodaj La Liga była już rozstrzygnięta? W tym sezonie Real nie leży Gironie i nic dobrego dzisiaj na Santiago Bernabeu im nie wróże. Wierz mi że bardzo chciałbym się mylić...
0
@tristan87 Tym się nie trzeba chwalić. To trzeba tylko przypominać, gdyż jest to wydarzenie historyczne w dziejach polskiego futbolu!
0
@FcPortoFan1999 W takim razie za młody jesteś! Nie masz prawa głosu... :)
8
Czy wiemy że…
10 lutego 1999 r. Wojciech Kowalczyk zdobył 1000 gola dla reprezentacji Polskiej w całej jej historii występów. Działo się to na Malcie w towarzyskim meczu z Finlandia, z którą Polacy zremisowali 1:1. Kowalczyk gola zdobył w 34 sekundzie meczu!
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
9
Blaugrana w europejskich pucharach:
10 lutego 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Woolverhampton 4:0 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Pucharu Mistrzów. Gole dla Barçy zdobyli: Villaverde(2), Kubala oraz Evaristo. Rewanż był równie okazały ale o tym przypomnę mniej więcej za miesiąc.
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon
7
Wybitne rekordy, wybitni piłkarze:
10 lutego 1901 r. na stadionie Camp del Hotel Casanovas doszło do pojedynku pomiędzy FC Barceloną a Club Franco Espanyol w ramach Copa Macaya. Mecz ten wygrała Duma Katalonii w stosunku 13:0! Uwaga, w meczu tym został ustanowiony klubowy rekord goli. Niejaki… Joan Gamper ,,huknął’’ w tym spotkaniu 9 goli! Mało tego, niespełna miesiąc później Gamper wyrównał klubowy rekord strzelając 9 goli Gimnasticowi Tarragona również w Copa Macaya!
Również 10 lutego(cóż za zbieg okoliczności) tyle że w roku 1952, Ladislao Kubala dokonał rzeczy wprost niebywałej! Otóż w starciu ze Sportingiem Gijon w ramach 22 kolejki La Liga strzelił 7 goli! Strzelał kolejno w 11, 27, 70, 73, 75, 83 i 89 minucie. Proszę zauważyć że Kubala w 19 minut strzelił 5 goli! To wyczyn iście spektakularny. Jest jeszcze tylko jeden piłkarz w całej historii Primera Division, który dorównał osiągnięciu Kubali a mianowicie Bask Agustin Sauto Arana, znany lepiej jako Bata. Bata również strzelił 7 goli i to w meczu przeciwko…FC Barcelonie, w którym Athletic Bilbao rozgromił Barçe 12:1! Kubala jest jednak nieco lepszy ponieważ strzelił 5 goli pod rząd, czego nie udało się dokonać Bacie. Co ciekawe, tak genialny snajper jak Leo Messi nie strzelił nawet 5 goli w La Liga a miał ku temu naprawdę wiele okazji. Tak czy inaczej Ladislao Kubala był bez wątpienia największym crackiem Dumy Katalonii XX wieku.
@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
10
@FCBparasiempre
9 lutego 1931 r. urodził się Josef Masopust, genialny czeski pomocnik. Josef był jednym z sześciu dzieci i od początku nie miał lekko. Rodzina nie miała zbyt wiele pieniędzy, co nauczyło go skromności, nigdy nie stał się rozrzutny. Od dziecka był też uczony szacunku do innych. Wszyscy z jego otoczenia powtarzali, że zawsze był dobry, pomocny i nigdy nie zrobił nic złego innej osobie. Niewątpliwy wpływ na to miała też wojna, która wybuchła, gdy miał on 8 lat. To wszystko sprawiło, że Masopust na boisku odznaczał się nie tylko wspaniałą grą, ale też postawą fair play. Był on wzorem człowieka – zarówno na murawie, jak i poza nią. To właśnie o takich ludziach powinno się opowiadać wszystkim młodym adeptom futbolu. Sam piłkarz, wspominając dom, szczególnie mocny nacisk kładł na rolę ojca w jego piłkarskiej karierze. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, który udzielił w zeszłym roku, wspominał m.in.: „tata mówił mi, że jeśli chcę być dobrym zawodnikiem, muszę kopać lewą i prawą nogą”. Poszedł za radą ojca, a umiejętność gry obiema nogami była jego wielkim atutem w przyszłości. Pierwszym (i prawdopodobnie najcenniejszym) zdaniem, jakie usłyszał od rodzica w związku z piłką nożną, było jednak: „żadnych potańcówek, tylko biegać, biegać, biegać”. Posłuchał. Opłaciło się. Ojcu Masopusta dziękować mogą też kibice Dukli Praga. To on poradził synowi, by – gdy ten chciał przejść do większego klubu bezpośrednio z Mostu – najpierw zaliczył mniejszy zespół, w którym dostanie szansę na rozwój. Tak zrobił. I ostatecznie, mimo że pierwotnie miejsce w jego sercu zajmowała Slavia, trafił do jej praskiej rywalki. 1952 oraz 1968. Śmiało lata te można uznać za początek i koniec „ery Masopusta” w drużynie ze stolicy Czech. Josef stał się jej najwybitniejszym piłkarzem w historii, zdobywając z nią osiem mistrzostw Czechosłowacji oraz trzy krajowe puchary. Raz – w 1966 roku – udało się Dukli zdobyć dublet. Również na arenie europejskiej klub prezentował się świetnie. Kilka razy awansował do ćwierćfinału Pucharu Europy, a raz dotarł nawet do 1/2, gdzie zespołem lepszym okazał się Celtic Glasgow, późniejszy zwycięzca. Masopust Dukli oddał całe swe serce i ogromną część piłkarskiej kariery, ale sam w wywiadach, udzielanych głównie w ostatnich latach, przyznawał, że w głowie kołatała mu się myśl o wyjeździe (choć bardziej pasującym słowem byłaby „ucieczka”) za granicę. Powód był prosty: w Czechosłowacji panował komunizm, zarobki piłkarzy były minimalne, a zawodnikiem tej klasy interesowały się zagraniczne kluby. W wywiadzie z Markiem Wawrzynowskim Josef przyznawał, że otrzymał raz ofertę z Sampdorii Genua, która natychmiast została odrzucona. Inne nawet do niego nie docierały, choć zainteresowanie było – przepisy nie pozwalały jednak na taki transfer. Przed ucieczką na „Zachód” powstrzymywała go też myśl o rodzinie, którą musiałby zostawić w kraju. Po zakończeniu swej kariery piłkarskiej – ostatnie dwa lata spędził w Belgii, gdy w końcu (mając 38 lat) dostał pozwolenie na wyjazd – wrócił do ojczyzny… i Dukli. Prowadził ją przez kilka lat jako trener. Zresztą zaliczył nawet trzyletnią przygodę z reprezentacją. W pewnym momencie znalazł się aż w Indonezji, gdzie zajmował się pracą z młodzieżą, ale jego dom, jak sam mówi w rozmowie z Grzegorzem Rudynkiem, „od pół wieku stoi w tym samym miejscu, nieopodal stadionu Dukli”. To najlepiej pokazuje, gdzie ten wielki piłkarz zostawił swe serce.
Słowem wstępu: debiut w kadrze „Rycerz” (bo taki przydomek mu nadano) zaliczył w roku 1954 przeciwko Węgrom, a sześć lat później, wraz ze swymi kolegami z boiska, zdobył brąz mistrzostw Europy. To, co najważniejsze w jego przygodzie z kadrą Czechosłowacji, zdarzyło się jednak w trakcie chilijskiego mundialu w roku 1962. Powiedzieć, że Czesi nie byli faworytami, to jak nie powiedzieć nic. Wieszczono im pożegnanie się z turniejem już w fazie grupowej. Zdaniem większości osób, które obserwowały światowy futbol w tamtym czasie, podopieczni Rudolf Vytlačila śmiało mogli skupić się na zwiedzaniu i poznawaniu nowego dla nich kraju. Miał to być jedyny pozytywny akcent w ich wyjeździe. Stało się inaczej. Dzięki swej fantastycznej grze – której tempo nadawał oczywiście Masopust – Czesi dotarli aż do finału. Tam napotkali (po raz drugi w tym turnieju, do pierwszego meczu jeszcze wrócimy) Brazylię. Josef zdobył bramkę w 15. minucie spotkania. Później, w wielu wywiadach przyznawał, że „przez minutę czuliśmy się jak mistrzowie świata”. Przez minutę, bo po takim czasie wyrównał Amarildo. W drugiej połowie Brazylijczycy dołożyli kolejne dwa gole i to oni mogli świętować. Jak przyznawał sam „Rycerz” Czesi nie byli rozczarowani porażką. Uznawali srebrny medal za swój wielki sukces – całkiem inaczej niż dwanaście lat wcześniej Węgrzy, przeciwko którym Masopust w kadrze debiutował. Podobne zdanie mieli mieszkańcy Pragi, którzy tłumnie wyszli przywitać piłkarzy, gdy ci autobusem przemierzali ulice stolicy. Zresztą już w czasie turnieju z Czechosłowacji przybywać zaczęło do piłkarzy mnóstwo listów, widokówek itp. ze słowami wsparcia i gratulacji. Po śmierci Masopusta ze wszystkich czechosłowackich piłkarzy, którzy brali udział w tamtym turnieju, przy życiu pozostało sześciu: Josef Jelinek, Josef Kadraba, Vladimir Kos, Jan Lala, Vaclav Masek i Jiri Tichy. Po fantastycznym występie na mundialu, Masopust stał się jednym z faworytów do zdobycia Złotej Piłki. Wiedział o tym, że znalazł się na liście nominowanych, ale nie przypuszczał – choć, jak mówił, nie został całkowicie zaskoczony otrzymaniem nagrody – że zwycięży. O tym fakcie dowiedział się w rozmowie telefonicznej od znajomego dziennikarza. Ten, przewidując możliwy szok, najpierw zapytał zawodnika, czy siedzi. Dopiero potem powiedział mu o tym, że został wybrany zawodnikiem roku. W tamtych latach nie było jeszcze wielkich gali z mnóstwem zaproszonych gości, nie robiono z wręczenia Złotej Piłki wydarzenia na skalę światową. W przypadku „Rycerza” podarowano mu nagrodę przed meczem Dukli z Benficą. Wręczył ją redaktor „France Football”, uściskiem dłoni pogratulował mu Eusebio i inni zawodnicy, a po chwili rozpoczęło się spotkanie. Nic więcej. Niepotrzebne były przemowy, swoją grą, a więc tym, co najważniejsze, Josef mógł już po chwili udowodnić, że na ZP zasłużył. Losy Masopusta i Brazylijczyka dość często się ze sobą przeplatały. Już w 1959 roku Dukla Praga pojechała do Meksyku, gdzie – w meczu towarzyskim – zmierzyła się z ekipą Santosu. Dla „Rycerza” było to jedno z ważniejszych spotkań w karierze, a jego drużyna wygrała 4:3. Wtedy spotkali się z najlepszym (to opinia bohatera tego tekstu) piłkarzem w historii po raz pierwszy. Kolejne ważne spotkanie to oczywiście mecz opisanych już Mistrzostw Świata w roku 1962. Nie finałowy. W nim Pele nie wystąpił. Tu musimy „cofnąć się” do fazy grupowej, gdzie Czechosłowacja bezbramkowo zremisowała z Brazylią. Co takiego wyróżnia to spotkanie na tle pozostałych? Fakt, że mieliśmy w nim do czynienia z jednym z najsłynniejszych zachowań fair play w historii piłki nożnej. W trakcie meczu Pele doznał – według Masopusta przy oddawaniu strzału – kontuzji. W tamtych latach nie dopuszczano jeszcze możliwości zmiany zawodników, więc Brazylijczyk na boisku musiał zostać, by nie osłabiać swej drużyny. „Rycerz” powiedział więc partnerom z drużyny, by ci nie faulowali Czarnej Perły. I faktycznie, Pele był oszczędzany przez rywali, co pozwoliło mu dokończyć starcie.
Gest ten, jakże dziwnie wyglądający w dzisiejszych czasach(czasach futbolu nastawionego przede wszystkim na zwycięstwo za wszelką cenę) do dziś wspominany jest przez Pelego. Brazylijczyk zresztą szczerze podziwia i docenia osiągnięcia „Rycerza”. Gdy był obecny na 80. urodzinach Masopusta, składając Czechowi życzenia powiedział: „Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłeś dla piłki nożnej. Byłeś w niej przede mną, otworzyłeś drzwi dla mnie i kolejnych pokoleń piłkarzy”. Trudno o wyraz większego uznania. Historia Masopusta jest ciekawa. Oto jeden ze zdobywców Złotej Piłki. Piłkarz uniwersalny, o bajecznej technice. Człowiek, którego zagraniami zachwycali się wszyscy: kibice, rywale, trenerzy. Wicemistrz świata, zdobywca brązowego medalu na pierwszych mistrzostwach Europy. Andrzej Gomołysek analizując grę Masopusta napisał: „Niewielu zawodników w historii było tak uniwersalnych i miało na piłkę w swoim kraju taki wpływ jak on”. I faktycznie tak było. Czesi o tym pamiętają. W roku 2000 „Rycerz” wybrany został graczem stulecia w Czechach, a cztery lata później zawodnikiem pięćdziesięciolecia UEFA (w każdym kraju członkowskim wybierano takiego). W 2006 roku uhonorowany został Medalem Za Zasługi I stopnia. Przed stadionem Dukli stoi jego pomnik a obiekt jego pierwszego klubu(Baniku Most) bierze nazwę od jego imienia.
I o ile w swej ojczyźnie Masopust był uwielbiany do końca swych dni, o tyle na Zachodzie(a nawet w Polsce) wydawał się być postacią nieco zapomnianą. Sam przyznam szczerze, że po raz pierwszy usłyszałem o nim zaledwie dwa lata temu, gdy do rąk wziąłem biografię Pelego. Z czego to wynika? Wydaje się, że z faktu, iż sukcesy Masopust odnosił w komunistycznej Czechosłowacji, z której wyjechać mógł dopiero pod koniec życia, a w której obserwować go mogło niewielu fanów futbolu czy dziennikarzy. Zapisał się oczywiście w historii światowej piłki, choćby występem na MŚ w Chile, jednak były to czasy genialnej Brazylii, o której teraz mówi się w pierwszej kolejności. Na liście zdobywców Złotej Piłki nazwisko „Rycerza” wydaje się być niepasującym elementem, anomalią, która nigdy więcej nie miała miejsca. Na szczęście tylko „wydaje się”. Bo pasuje on tam równie mocno, jak Di Stefano, Charlton czy Cruijff. Tu należy ukłonić się w stronę Michela Platiniego, który – dosłownie w ostatnim dniu życia Josefa – wręczył mu Nagrodę Prezydenta UEFA. On o Czechu pamiętał. Śmierć Josefa Masopusta okazała się w pewnym sensie punktem zwrotnym w powolnym „zacieraniu się” pamięci o tym wielkim piłkarzu. Smutne, ale prawdziwe. Potrzebna była ta tragedia, by serwisy i gazety na całym świecie przypomniały sobie, że taki piłkarz istniał i czarował. Nie „kopał”, nie „grał”. Czarował. Jego rajdy na trwałe zapisały się w historii futbolu jako „slalom Masopusta”, a jego przegląd sytuacji, opanowanie w kluczowych momentach spotkania i zmysł taktyczny widać na każdym nagraniu z meczów, w których brał udział. To, że nie ma go już wśród nas, jest prawdziwą tragedią dla futbolowego świata. Pamięć „Rycerza” uczczono minutą ciszy przed finałem ME U21 rozgrywanych w Czechach.
Zarówno przed, jak i po jego śmierci, wiele osób wypowiadało się o czeskim piłkarzu. Tu starałem się zebrać jak najwięcej tych wypowiedzi, tworząc swego rodzaju „pomnik” ku pamięci Josefa Masopusta.
Michel Platini: „Josef Masopust to gracz, którego szczerze podziwiałem. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim. W swoich czasach Josef był naprawdę wybitnym graczem. Był wielkim pomocnikiem Dukli Praga z talentem i umiejętnością zdobywania bramek oraz z niesamowitą zdolnością do eleganckiego dryblowania. Zasłużenie wygrał Złotą Piłkę w roku 1962 oraz był częścią wspaniałego składu Czechosłowacji, która zdobyła wtedy wicemistrzostwo świata.”
Miroslav Pelta (szef piłkarskiej federacji Czech): „To strata nie do zastąpienia. Był wyjątkową osobowością, zarówno na boisku, jak i poza nim.”
Pele: „Masopust był jednym z najlepszych graczy, jakich kiedykolwiek widziałem, ale to niemożliwe, by urodził się w Europie. Z tymi dryblingami musiał być Brazylijczykiem!” „Bez wątpienia był jednym z najlepszych graczy w historii Europy. On i Beckenbauer.”
Eusebio: „Josef jest legendą. Był lepszym piłkarzem, niż ja kiedykolwiek.”
Gianni Infantino: „Josef Masopust jest legendą, wielkim piłkarzem Dukli Praga.”
Josef Jelinek (srebrny medalista MŚ 1962): „Czuję się, jakby zmarł mój ojciec. Starałem się spłacić mu pewne rzeczy i zapewnić opiekę. Był skromnym człowiekiem i wielkim piłkarzem. To smutne, że musimy pożegnać tak wielką legendę. Będę pamiętać, jak wyszedł ze szpitala po poważnej chorobie. Był wesoły, nawet o tym żartował.”
Bohuslav Sobotka (były premier Czech): „Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci tak wybitnej osobistości czeskiego futbolu, jaką był Josef Masopust. Na zawsze pozostanie on jednym z najlepszych piłkarzy w historii Czech, a także wzorem dla wielu obecnych i przyszłych sportowców.”
Vaclav Masek (srebrny medalista MŚ 1962, były gracz Sparty Praga): „Był 10 lat starszy, ale wobec mnie zawsze zachowywał się bardzo dobrze. Nauczyłem się od niego wiele. Był wspaniałym technikiem i strzelcem. Ze swoją głową był w stanie wymyślić rzeczy niesamowite. Będę wiązać z nim wspaniałe wspomnienia. Choć graliśmy w innych klubach, zawsze znajdował dla mnie dobre rady.”
Ivo Viktor(złoty medalista ME 1976, legenda Dukli Praga): „Jego umiejętności piłkarskie najlepiej dokumentują nagrody, które otrzymał. Dzięki swemu myśleniu na boisku, był jednym z najlepszych piłkarzy, obok Pelego czy Cruijffa. Jestem 11 lat młodszy, więc dla mnie był też wzorem do naśladowania. Miał osobowość nie tylko na boisku – w trakcie naszych wyjazdów zawsze śpiewał lub opowiadał anegdoty. Z powodu swoich umiejętności językowych na miejscu załatwiał wszystko, czego tylko potrzebowaliśmy za granicą. Będzie mi go bardzo brakować.”
Uwe Seeler (legenda niemieckiej piłki nożnej, były gracz reprezentacji Niemiec i HSV): „Masopust to Pele czeskiego futbolu. Grał świetnie, strzelał, zdobywał bramki… był po prostu wielkim graczem. Dokładnie wiedział, co w danej chwili zrobić z piłką i, co najważniejsze, zawsze robił to poprawnie. Był wielkiej klasy piłkarzem, którego ogromnie doceniam. Wspaniały przyjaciel.”
7
Nie zapominajmy o wybitnych słowiańskich legendach futbolu:
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon
12
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
9 lutego 1928 r. w Zabrzu urodził się Antoni Franosz. Był piłkarskim symbolem defensywy Górnika z jego pionierskich czasów. Grać w piłkę zaczął już w Preußen, w którym zadebiutował w 1944 r. Po wojnie od początku istnienia klubu związany z Górnikiem. Wielu wspomina go jako jednego bardzo ambitnego i twardego człowieka. ,,Zawsze rwał się do gry i nie przeszkadzały mu w tym nawet kontuzje. Owijał nogę jakimś bandażem i wracał na boisko. W Londynie, kiedy graliśmy z Tottenhamem, jeden z Anglików korkami rozwalił mu kolano. W przerwie kazał sobie to miejsce polać spirytusem, obwiązać i wyszedł na boisko”– wspominał Roman Lentner. Wyprzedził swoją epokę. Jako pierwszy zaczął atakować flanką. Chodził przy linii, jak skrzydłowy a wówczas żaden obrońca tak nie grał. Wyglądał niepozornie ale rywale bardzo szybko przekonywali się, że nie można go lekceważyć. Zawsze ciągnęło go do przodu. Był kapitanem Górnika praktycznie do końca kariery i bardzo chętnie dzielił się doświadczeniem i udzielał wskazówek młodszym kolegom. W zabrzańskim zespole występował do 1961 r. Przeszedł w tym czasie drogę od występów w klasie A Śląska Opolskiego do gry w elicie i zdobycia trzech tytułów mistrza kraju (1957, 1959 i 1961). Zdążył też zagrać w europejskich pucharach. Dzięki swojemu niespożytemu zapałowi był ulubieńcem kibiców. Był znakomitym dyrygentem zespołu o niekwestionowanym autorytecie. Nigdy nie dostąpił zaszczytu gry w reprezentacji. Jako trener też związał się z Zabrzem. Pracował w Górniku, Pogoni i Gazobudowie, a także w Czarnych Pyskowice. W stanie wojennym wyjechał do Niemiec i osiadł w Kolonii.
@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
9
Feliz cumpleaños panie Valverde! Cules pamiętają…
9 lutego 1964 r. urodził się Ernesto Valverde Tejedor, hiszpański trener i piłkarz, którego wszyscy doskonale znamy. Bardzo dziękujemy za te nie liczne ale jednak sukcesy z Blaugraną. Mimo wszystko 2 mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Króla i Superpuchar Hiszpanii mają swoją niepodważalną wartość. Bywaj zdrów panie Ernesto.
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon