FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
,,Pyrrusowe” El Clasico:
23 lutego 1941 r. FC Barcelona pokonuje na Estadio Chamartin Real Madryt 1:2 w przedostatniej kolejce Primera Division, po golach Jose Bravo i Mariano Martina. Honorowego gola dla gospodarzy zanotował Barinaga. Jednak to zwycięstwo na niewiele się zdało bo w końcowej tabeli Blaugrana uplasowała się dopiero na 4 pozycji.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sysia11
1
@FCBMati10 Owszem tekst ten pochodzi z książki Jonathana Wilsona, jednak nie z ,,Odwróconej piramidy" a z ,,Aniołowie o brudnych twarzach". Akurat ,,Piramidy" nie posiadam ale jak tylko będę miał możliwość to ją nabędę. Dzięki śliczne za porade :)
7
@FCBparasiempre
22 lutego 1953 r. meczem Peru-Boliwia(0:1) zainaugurowano 22 edycje Copa America. Impreza miała się odbyć w Paragwaju, lecz znów powtórzyła się historia z 1924 roku. Paragwaj znękany wyniszczającymi wojnami i równie przewlekłymi niepokojami wewnętrznymi, nie stanął jeszcze na nogach. Słowem znów nie było warunków aby ten biedny kraj był w stanie zorganizować impreze o takiej randze. W efekcie CONMEBOL postanowił przenieść rozgrywki gdzie indziej. Wybór padł na stolice Peru, Lime. Gospodarze grający wówczas chyba najbardziej radosny i widowiskowy futbol na kontynencie, zdawali sobie sprawę iż peruwiańscy artyści przy wszystkich swych walorach grzeszą niefrasobliwością i dość powierzchownym stosunkiem do skomplikowanych zagadnień taktycznych. Dlatego zaangażowali europejskiego trenera, który tę wesołą gromadke uroczych lekkoduchów zagonił do katorżniczej pracy podczas półrocznego zgrupowania, mającego wymusić żelazną dyscyplinę. W rezultacie zespół został dobrany niezwykle starannie. Mistrz świata Urugwaj, potraktował turniej w Limie eksperymentalnie, mając przed sobą perspektywę obrony tytułu w Szwajcarii w 1954 r. Postanowiono więc sprawdzić nowy zaciąg młodszych piłkarzy, stanowiących bezpośrednie zaplecze pierwszej kadry. Jak zwykle bitną drużynę przysłała Boliwia. Dzielni górale szczycili się fenomenalnym technikiem Victorem Ugarte, który z roku na rok gruntował swą wysoką międzynarodową reputacje. Z kolei najsłabszy Ekwador nie miał nic do stracenia i może to właśnie nastawienie przyniosło mu dwa remisy, z których ten z Paragwajem był doprawdy zaszczytny. Wicemistrzowie świata, Brazylijczycy już nieco otrząsnęli się po szoku Maracany, po drodze pocieszając się tytułem mistrza turnieju Panamerykańskiego w 1952. Nadal grali wielcy rutyniarze: Danilo, Bauer i Zizinho a momentami również Ademir, lecz pozycje starych asów atakowała równie zdolna a może nawet zdolniejsza generacja. Obrońcy Djalma Santos i Nilton Santos mieli w niedalekiej przyszłości utworzyć parę dwukrotnych mistrzów świata, Do tych zaszczytów miał poprowadzić Canarinhos genialny dyrygent Valdir Pereira zwany Didi. Geniusz strategiczny pomocnika Fluminense w roku 1953 dopiero dojrzewał, lecz jego przebłyski potrafili dojrzeć przenikliwi obserwatorzy. Na prawym skrzydle pojawił się ktoś, kto udanie wypełnił luke pomiędzy Tesourinha a Garrinchą a mianowicie Julio Botelho, który podobnie jak oni był fenomenem dryblingu. Brazylia odzyskiwała pewność siebie i z takim składem była pewna zwycięstwa. Lecz oto znów, podobnie jak w 1949, na jej drodze pojawił się utrapiony Paragwaj. Cztery lata wcześniej był on o włos od pozbawienia Canarinhos niemal stuprocentowego tytułu a i tak swoją postawą zaimponował wszystkim. Tym razem ekipa ,,Guarani” postanowiła nie zaniedbać niczego, co mogłoby ja przybliżyć do upragnionego celu jakim był Puchar Ameryki.
Turniej w Limie stał pod względem sportowym przynajmniej na takim poziomie, na jakim leży stolica Peru. Wszystkie mecze przebiegały w atmosferze zażartej walki i obfitowały w niezliczone przykłady ambicji graniczącej z poświęceniem. Nawet skazani na pożarcie outsajderzy nie sprzedawali tanio skóry. Doświadczyli tego pewni siebie gospodarze w meczu otwarcia ulegając lekceważonej Boliwii. W tych mistrzostwach naprawdę nie było mocnych. Każdy prędzej czy później znajdował swojego pogromcę. Rozsierdzone Peru odegrało się na Brazylii, pokonując ją przy aplauzie 55 tys. widzów jednym golem. Chile po 3 golach nieuchwytnego Moliny pokonało 3:2 Urugwaj ale za to uległo gładko Paragwajowi 0:3. Brazylia uznała jednobramkową wyższość Peru, wcześniej w identycznym stosunku pokonując Urugwajczyków. Przed ostatnim teoretycznie meczem turnieju(Peru-Urugwaj) sytuacja była jasna. Paragwaj i Brazylia zgromadziły po 8 punktów, Peru i Chile miały ich po 7. Choćby najskromniejsze zwycięstwo dawało gospodarzom absolutny triumf i nawiązanie do pamiętnych dni glorii z 1939 r. Sprawa wydawała się przesądzona. ,,Celestes” grali wprawdzie nieźle ale gdzież im tam było do mistrzów świata z 1950. Jednak noc decydującego starcia okazała się jedną z najczarniejszych w dziejach peruwiańskiego futbolu. Na nic zdały się trudy wielomiesięcznego forsowanego zgrupowania i dyscyplinujące nauki. ,,Inkowie” ruszyli z ogromnym rozmachem odkryci jak na uroczystej paradzie. Ich cyrkowe popisy spotkały się ze stoicką obojętnością betonowej pary Gonzalez-Martinez. Cała drużyna Celestes zgromadziła się na własnej połowie skutecznie odpierając szaleńcze lecz nieskoordynowane ataki. Za to z rzadka, bez pardonu, wypuszczała ,,zatrute strzały”. Szybki skrzydłowy Pelaez dwukrotnie pokazał niefrasobliwej obronie peruwiańskiej jaki numer ma naszyty na błękitnej koszulce. Jeszcze Romero dobił osłupiałych gospodarzy na 0:3! Ten zaskakujący rezultat diametralnie odwrócił sytuacje. Na placu boju pozostały z dorobkiem 8 punktów Paragwaj i Brazylia. Dokładnie 1 kwietnia zmierzyły się one w dodatkowym(de facto finałowym) meczu. Ten bój Davida z Goliatem zelektryzował publiczność Paragwajczycy wyszli na boisko z taką determinacją, jakby mieli walczyć o życie. Brazylijczycy skupieni w równie zaciętym milczeniu. Rozgorzała twarda, bezlitosna batalia, w trakcie której nikt nie odstawił nogi. Trzeszczały kości ale obyło się bez przelewu krwi. Ozdobą tego dramatycznego meczu były iście homeryckie pojedynki, jakie toczyli najlepsi ,,cabezadores”, czyli główkarze obu zespołów- Herrera i Baltazar. Paragwajczyk w 98 przypadkach na 100 skakał wyżej ale dwukrotnie dał się wywieźć w pole i tyleż razy Riquelme wyciągał piłke z siatki. Jednak Herrera nie miał powodów do wstydu. Baltazar głową strzelał silniej i celniej niż nogą. Paragwajczycy byli wszakże o jedno trafienie lepsi. Bramkarza Castilho pokonali Atilio Lopez, wspomagający napastników Manuel Gavilan oraz uderzający jak grom Ruben Fernandez. Gdy brytyjski sędzia Dean odgwizdał koniec meczu przy stanie 3:2, ,,Guarani” pośród wiwatów wykonali runde honorową niemal pijani ze zmęczenia i bezgranicznego szczęścia. Powrót do kraju był jednym pasmem triumfów. Na lotnisku oczekiwały bohaterów narodowych nieprzebrane tłumy a na ulice wyległa chyba cała ludność Asuncion.
7
,,Guarani” po raz pierwszy i jak dotąd ostatni(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Lionel_Messi10 Nie rozumiesz mnie :) Ja wiem że to jest mocna reprezentacja ale chodzi mi o to że Nigeria gra inny futbol niż będą grali przeciwnicy Argentyny na Copa America! Nie widze większego sensu przygotowywać się do Copy w ,,afrykańskim" stylu"...
0
@FCBparasiempre Ośmiele się z tobą niezgodzić! Choćby Nigeria była mistrzem świata to i tak prezentuje kompletnie odmienny styl gry od latynoskiego. Co do Salwadoru to jeszcze bym się zgodził w kontekście jak to ująłeś ,,sprawdzenia młodych" ale Nigeria??? W końcu to przygotowania do Copa America a nie do Puchar Konfederacji...
4
@FCBparasiempre
Kolejna wielka innowacja Hirschla a zarazem jeszcze jedna wskazówka że wiązał swoją przyszłość z Gimnasią w stopniu o wiele większym niż wydawało się Guttmannowi, polegała na płaceniu zawodnikom pensji tej samej wysokości aby mieli ,,wspólne poczucie poświęcenia”. Warto dodać iż oprócz podstawowej gaży wyjściowa jedenastka otrzymywała także pewien procent ze sprzedaży biletów. W efekcie zamiast kwoty między 120 a 300 peso miesięcznie gracze pierwszej drużyny(podobnie zresztą jak i trener) zarabiali powyżej 700 peso. Wszystko układało się znakomicie aż do końca września, kiedy to podczas 26 kolejki(sezon składał się z 34 kolejek) Gimnasia rozgrywała wyjazdowy mecz z Boca Juniors. Do przerwy podopieczni Hirschla prowadzili 2:1 ale po wznowieniu gry sędzia odgwizdał wyjątkowo kontrowersyjnego karnego dla gospodarzy a gdy zdołali wyrównać, uznał dla nich trzeciego gola, tym razem ze spalonego. Gracze Gimnasii byli wściekli ale choć władze ligi przyznały im racje, zawieszając arbitra, wynik meczu nie uległ zmianie. W następnej kolejce Gimnasia wygrała z Independiente ale to, co wydarzyło się później podczas meczu z San Lorenzo było jeszcze gorsze niż zdarzenia sprzed 2 tygodni. Kiedy piłkarze Hirschla przegrywali 2:1, wydawało się że sędzia przyzna im karnego. Ostatecznie jednak arbiter zdecydował że przewinienie miało miejsce przed polem karnym a wkrótce potem uznał gola dla San Lorenzo, choć bramkarz Gimnasii przekonywał iż zatrzymał piłke na linii. Rozbici piłkarze Gimnasii usiedli na boisku na znak protestu a zanim sędzia przerwał mecz, rywale strzelili im kolejne 4 gole. Następne 2 mecze, z River Plate i Racingiem, na 5 i 4 kolejki przed końcem rozgrywek zakończyły się porażką podopiecznych Hirschla a szanse na tytuł przepadły. Piłkarze i kibice Gimnasii uważali że zostali obrabowani przez dwóch sędziów. W tamtym sezonie Gimnasia strzeliła 90 goli(!) o cztery więcej niż druga w rankingu najskuteczniejszych Boca i zbierała powszechne komplementy za swój ofensywny futbol. Choć trzeba jednak przyznać że straciła 55 goli, najwięcej z czołowych siedmiu drużyn. Sympatia fanów była po jej stronie. Wielu zdawało sobie sprawę że Wielka Piątka jest zbyt mocna, nie tylko ze względu na liczebność i gwałtowność tłumów ale także zaplecze polityczne, które mogło wywierać wpływ na arbitrów. O tym iż sędziowie bali się siegać po gwizdek w trudnych momentach świadczy fakt że w całych rozgrywkach 1933 roku podyktowano tylko 34 rzuty karne. Guttmann jednak twierdził że Hirschl i jego Gimnasia nie byli aż tak niewinni. ,,Miał pewien sławny albo raczej niesławny trick. Jego piłkarze trenowali z ciężkimi piłkami, takimi jak te używane w Anglii. W tamtych czasach w Ameryce Południowej panował zwyczaj grania piłką gospodarzy w pierwszej połowie i gości w drugiej ale Hirschl wpadł na pewien pomysł. Dawał bramkarzowi kolczasty pierścień żeby przebić piłke rywali a potem grać już tą cięższą, do której Gimnasia była przyzwyczajona. Mówię wam: to był kawał skurczybyka”- opowiadał o swoim rodaku. Czyżby chodziło o tę samą ciężką piłke namoczoną i z upchniętym do środka drugim kawałkiem skóry, która po przeprowadzce Hirschla do River Plate stała się częścią legendy Bernabe Ferreyry? River, któremu spodobał się ofensywny styl Hirschla, w ramach swojego programu inwestycji szukał właśnie trenera specjalisty. Zatrudnił Węgra w 1934 roku. Hirschl zaczął stopniowo( a przynajmniej tak twierdził) ustawiać defensywę w litere M, przesuwając jednego ze środkowych pomocników do tyłu, choć nie tak głęboko by stał się jak w Anglii trzecim obrońcą ale raczej by zajął pozycję cofniętego rozgrywającego, jak to było już przyjęte w krajach naddunajskich, piłkarza, który uczestniczy w grze obronnej ale zarazem pomaga kreować gre z głębi pola. Po roku sprowadził za sobą Minelle z Gimnasii i powierzył mu właśnie te role. Niezależnie od tego czy zaczynał od blefu czy nie, sukcesów trenerskich Hirschla nie sposób kwestionować. W 1936 roku, kiedy system rozgrywek argentyńskich przechodził jeszcze jedną dziwaczną reformę, zdobył z River Plate Copa Campeonato, czyli w gruncie rzeczy wygrał lige, choć jej rozgrywki polegały na tym że każdy z zespołów grał z innymi drużynami tylko raz. Jego piłkarze wygrali 13 z 17 meczów, strzelając przy okazji 49 goli. Miał przy tym wielkie zaufanie do młodych zawodników. Wielki Adolfo Pedernera debiutował u niego jako 16-latek, w 1935 r. W tym samym sezonie 18-letni Jose Manuel Moreno występował regularnie w pierwszym składzie po lewej stronie formacji ofensywnej żeby wkrótce grać już z równym powodzeniem na każdej pozycji u boku środkowego napastnika. Moreno dorastał w La Boca, kibicował Boca Juniors i bardzo chciał występować w tej drużynie ale po nieudanych testach nie dostał propozycji kontraktu. Obiecał sobie wówczas że w Boca pożałują tej decyzji i gdy tylko złamany nos skłonił go do przerwania dobrze zapowiadającej się kariery bokserskiej, przeniósł się do River Plate. Jego wielkie chwile nadeszły w trakcie tournée po Brazylii w 1934 r., kiedy wykazał się niemal nadludzką pewnością siebie. ,,Spokojnie chłopaki – miał powiedzieć przed meczem z Vasco da Gama. – Strzelimy im Piątke jak nic. Popatrzcie tylko na gościa, który ma mnie kryć. Jest strasznie brzydki, mam zamiar zdrowo go pogonić”. Jak powiedział, tak się stało: River wygrało 5:1.
Pedernera z kolei dorastający w Avellanedzie był fanem Racingu ale jego ojciec, który zaczął oswajać go z piłką, jak tylko syn skończył cztery lata, grał w River Plate. Podobnie jak Moreno, chłopak również wiele się nauczył od Ferreyry. W 1938 r. niepewny jeszcze miejsca w wyjściowej jedenastce, został dopuszczony przez napastnika do wykonywania rzutu wolnego. Próbował podkręcić piłke ale źle trafił i bramkarz obronił bez trudu. Ferreyra wziął go wtedy na strone. ,,Jeśli bijesz wolnego – powiedział – wal z całej siły a nie rób jakichś cyrków, dobra?” ,,Oczywiście wziąłem to sobie do serca – opowiadał Pedernera. – Zawsze kiedy ustawiałem piłke do rzutu wolnego miałem w pamięci co mi radził Bernabe”. Przy innej okazji Pedernera wspominał, jak Ferreyra pojawił się kiedyś w szatni z poobijanymi i posiniaczonymi nogami, skopany przez pilnującego go obrońcę. ,,To wszystko przez Watsona Huttona- narzekał. – Przez tego faceta, co wymyślił piłke…” Od tamtej pory Ferreyra schodził coraz głębiej do środka boiska, oddalając się od obrońców rywali i szukając miejsca, gdzie miałby więcej swobody. To właśnie w tej roli cofniętego atakującego miał brylować także Pedernera, operujący ostatecznie jak reżyserzy gry z lat 20-tych. Był ,,Adolfo Divino”, boskim Adolfo, pilotem ,,La Maquiny”. Zdolnym zarówno do oddania piekielnie silnego strzału niemal bez zamachu, jak do rozegrania piłki z klepki z Moreno albo do precyzyjnego podania na dobieg w kierunku Labruny albo(jak to zrobił podczas pewnego niezapomnianego meczu z San Lorenzo) do zamarkowania podania a potem delikatnego podcięcia piłki nad bramkarzem. Moreno i Ferreyra stworzyli zabójczy duet. W 1936 roku ten drugi był najlepszym strzelcem River Plate w Campeonato, zdobywając 15 goli w 17 meczach a z kolei w Copa de Honor najwięcej goli(13) zdobył ten pierwszy. Rok później, gdy rozgrywki ligowe wróciły do bardziej standardowej formuły, Moreno strzelił 32 a Ferreyra 25 goli. River zaś sięgnęło po mistrzostwo kraju, zdobywając w sumie 106 goli(!) przegrywając tylko 3 z 34 meczów i osiągając sześciopunktową przewagę nad równie bramkostrzelnym Independiente, którego liderem był wówczas genialny paragwajski napastnik Arsenio Erico. ,,Żadna z drużyn nie wychodziła na murawe tak świetnie przygotowana jak wybitne River Plate – pisało ,,El Grafico”, podkreślając rolę Hirschla w tamtym sukcesie. – Żadna z drużyn nie mogła się z nią równać choćby pod względem kondycji fizycznej”. Mając już zapewniony tytuł, River grało z Boca w przedostatniej kolejce żądne rewanżu nie tylko za dwie wcześniejsze porażki w tym sezonie(w lidze i meczu towarzyskim) ale także za cały okres ,,starszeństwa”(terminem tym Argentyńczycy opisują sytuacje, w której jedna drużyna stale dominuje nad drugą). W brzydkim i pełnym awantur meczu piłkarze Hirschla wygrali 3:2 a przemoc z boiska przeniosła się na trybuny. Wysiłki Isaaca Caswella, angielskiego sędziego sprowadzonego specjalnie po to, by mecz nie wymknął się spod kontroli spełzły na niczym. Piłkarze przeszli na zawodowstwo w 1931 r. ale arbitrzy nie poszli ich śladem i w latach 30-tych poziom sędziowania stawał się przedmiotem coraz głośniejszej krytyki. W 1932 r. na przykład, kiedy Vicente de Angelis nie uznał gola Estudiantes, przegrywającego 1:0 w meczu z przewodzącym tabeli River Plate, wściekli piłkarze rzucili się na niego. De Angelis uciekł do szatni a kiedy 15 minut później wrócił by wznowić gre, przyznał im racje, co wywołało plotki że prezydent Estudiantes sterroryzował go przy pomocy pistoletu. Bramkę na 1:1 nazwano ,,El gol de la casilla”, golem z szatni. AFA wykazując się znaną już anglofilią(Lub kulturowym uzależnieniem, zależy jak na to patrzeć), uznała że rozwiązaniem problemu sędziów będzie zwrot w stronę Wielkiej Brytanii i ściągnięcie stamtąd arbitrów, którzy wyznaczaliby standardy i nauczali fachu argentyńskich kolegów. Awantury wśród publiczności zdarzały się w argentyńskiej piłce od zarania. Jak trzeźwo zauważył Caswell, zmiana podejścia arbitrażu wymagała czasu. Punkt zwrotny zdaniem angielskiego arbitra nadszedł we wrześniu 1938 r., kiedy podczas meczu Boca-Racing usunął z boiska awanturującego się Roberto Cherro. Choć kibice obrzucili sędziego kamieniami, sam piłkarz został zawieszony na miesiąc. ,,Moja zdecydowana postawa w trakcie tego meczu – wspominał Caswell- i fakt że wymusiłem dyscyplinę, nie zważając ani na sławę piłkarza, ani na znaczenie klubów, zrobiły wielkie wrażenie i odmieniły sytuacje”. Anglik wrócił do kraju w 1940 roku otoczony powszechnym szacunkiem.
W sezonie 1938 River strzeliło 105 goli w 32 meczach ale to nie wystarczyło. Independiente z wciąż znakomitym Erico zdobyło aż 115 goli(!) zapewniając sobie mistrzostwo kraju dzięki zwycięstwu 8:2(!) nad Lanus w ostatniej kolejce. Choć Erico strzelał jak na zawołanie, prawdziwą gwiazdą drużyny był Antonio Sastre, piłkarz, o którym Cesar Luis Menotti mówił że w życiu nie widział lepszego, umieszczając go w 1980 roku na szczycie swojej listy pięciu najwybitniejszych Argentyńczyków wszech czasów. Sastre mógł grać na wielu pozycjach i to czyniło go aż tak niebezpiecznym. Kiedy rywale skupiali się na napastnikach, Erico i jego partnerze Vicente de la Macie, on schodził po piłke do środka, rozbijając tradycyjne ustawienie i kreując gre. Sastre, jak wielu innych, został zauważony w barwach klubu Progresista, mającym swoją siedzibę w Avellanedzie w dzielnicy La Mosca. W Independiente zadebiutował w 1931 r. zastępując kontuzjowanego Lalina jako lewy atakujący, najwyraźniej pod wpływem sugestii Seoanego, którego miejsce miał ostatecznie zająć. Wysoki i silny, mógł zostać klasycznym środkowym napastnikiem ale przeniósł się na lewą stronę po tym, jak Independiente kupiło znakomitego urugwajskiego snajpera Roberto Portę. Jego największym kapitałem okazała się więc uniwersalność. W sumie rozegrał w Independiente 340 meczów i zdobył 112 goli, pomagając drużynie wygrać lige w 1938 a w 1941 przeniósł się do brazylijskiego São Paulo, gdzie oprócz 3 tytułów mistrza kraju doczekał się pomnika na swoją cześć. ,,Gdyby kiedykolwiek ustanowiono Nagrode Nobla w dziedzinie futbolu, nie mam wątpliwości iż cała Brazylia głosowałaby na Sastrego”- mówił prezes klubu Pedroso. Hirschl odszedł z River Plate z tytułem wicemistrzowskim za sezon 1938, wrócił na krótko do Gimnasii a potem zaczął prace z Rosario Central. Kiedy w 1939 roku jego nowi podopieczni przegrali 6:0 z River, Węgier mówił że to efekt jego pracy: ,,Przybyłem osobiście by zebrać owoce mojego nauczania. Tych 6 goli strzelili przecież moi chłopcy”. Później pracował w San Lorenzo, Banfield i ponownie w San Lorenzo aż nagle w 1944 roku jego kariera w Argentynie została gwałtownie przerwana. Protokół z odbytego 13 stycznia posiedzenia komisji dyscyplinarnej AFA wspomina w punkcie siódmym porządku obrad iż prezydent Banfield Florencio Sola usiłował przekupić bramkarza Ferro Carril Oeste Sebastiana Gualco przed meczem Banfield z Ferro we wrześniu 1943 r.(mecz zakończył się wynikiem 1:1 a Gualco w nim nie zagrała). Wśród osób wymienionych jako biorące udział w próbie oszustwa był także węgierski trener, który zaangażował się w próbę przekupienia zawodnika Gualco kwotą 2 tysięcy peso. Hirschl znalazł się w grupie 9 osób skazanych za sportową niemoralność i został dożywotnio pozbawiony możliwości prowadzenia jakiejkolwiek bezpośredniej lub pośredniej działalności w AFA lub w klubach przy niej afiliowanych. Karę anulował 10 maja Generalny Inspektorat Sprawiedliwości ale związana z nią niesława pozostała. Pozbawiony możliwości pracy w Argentynie, Hirschl najpierw przeniósł się do Brazylii, gdzie prowadził Cruzeiro, później zaś objął urugwajski Peñarol, z którym wywalczył 2 mistrzostwa kraju i w którym dokonał rewolucji taktycznej, umożliwiającej zdaniem wielu późniejszy niespodziewany sukces Urugwaju na mistrzostwach świata w Brazylii w 1950 r. Historyk Atilio Garrido, autor książki ,, Maracanazo: a historia secreta”, twierdzi iż tylko panujący w kraju antysemityzm uniemożliwił Hirschlowi poprowadzenie w tamtym turnieju drużyny narodowej, choć prostsze wydaje się tłumaczenie że jego związki z Peñarolem były źle widziane przez reprezentantów wywodzących się z rywalizującego z tym klubem Nacionalu. W 1951 r. Hirschl zrezygnował z pracy trenerskiej w związku z pogarszającym się stanem zdrowia(za co winił stres wywołany uprawianiem tego zawodu). Utrzymywał jednak związki ze światem futbolu, zajmował się wyszukiwaniem talentów dla kilku klubów, między innymi dla Milanu. Na ławkę trenerską powracał dwukrotnie. Najpierw w 1956 r. w Peñarolu, później zaś(na prośbe prezydenta klubu Antonio Libertiego) w River Plate w 1961 r., gdzie jednak dopadły go ponowne oskarżenia o udział w ustawianiu meczów przed laty. Kampanie na ten temat rozpoczął ówczesny redaktor ,,El Grafico” Dante Panzeri, którego same brzmienie głosu wystarczyło(wedle słów Hirschla) by poczuć się źle. Zmarł w 1973 r. i został pochowany na cmentarzu żydowskim w miasteczku La Tablada, wchodzącym w skład metropolii Buenos Aires.
Mimo wszystkich zastrzeżeń trudno nie uznać go za geniusza w argentyńskim futbolu wyprzedzającego swoją epoke o całe lata. Taktyczne innowacje, które wiodły go do największych sukcesów, doceniono dopiero w 1939 r. Owszem, Hirschl był(jak powiadał Guttmann) kawałem skurczybyka, pytanie tylko na czym owo bycie skurczybykiem polegało. Czy na tym że blefował opowiadając o zainicjowaniu zmian taktycznych wcześniej niż to się naprawdę wydarzyło, czy może na ukrywaniu przez 4 lata tego co faktycznie zrobił? Tak czy inaczej, to właśnie on wprowadził argentyńską taktykę w ere nowożytną.
9
@FCBparasiempre
Człowiek, który wprowadził River Plate i generalnie rzecz biorąc argentyński futbol w nowoczesność, czyli postawił przed nim kwestię taktyki, nazywał się Imre Hirschl. Europejski futbol zmieniał się wówczas po wprowadzeniu w 1925 r. przepisu o spalonym i związanego z tym rozwoju w Anglii ustawienia znanego jako W.M. Europa Środkowa nie przejmowała się aż tak bardzo wprowadzeniem do gry trzeciego obrońcy i powierzeniem mu roli stopera ale i tutaj w ciągu drugiej dekady XX stulecia środkowy pomocnik zaczał grać bliżej własnej bramki(choć zachowywał wciąż sporą część odpowiedzialności za kreowanie gry) i w latach 30-tych ustawiana w literę M obrona(mylnie nazywana ,,systemem W”) zaczęła się przyjmować na całym kontynencie. Najbardziej wyrafinowane debaty o taktyce toczono wówczas w kawiarniach Austrii i Węgier, gdzie intelektualiści stosowali do analizy wydarzeń boiskowych te same narzędzia pojęciowe, przy pomocy których rozmawiali o polityce, muzyce czy literaturze. I to właśnie znad Dunaju wyruszyła przez Atlantyk druga fala pionierów, która zrewolucjonizowała futbol południowoamerykański, dając zaszczepionej przez Brytyjczyków miejscowej interpretacji tego sportu zastrzyk nowego taktycznego rygoru. O ile pierwszą falę tworzyli młodzi Brytyjczycy, szukający za oceanem przygody i poprawy ekonomicznego losu, ta druga składała się w większości z Żydów uciekających przed rosnącym w Europie antysemityzmem. Jako się rzekło, człowiekiem, który sprawił że argentyńskie drużyny otwarły się na system W-M był węgierski Żyd nazwiskiem Imre Hirschl, tajemnicza postać, której w 1932 r. powierzono funkcje trenera Gimnasia y Esgrima La Plata, choć wcześniej nie miał wielkiego doświadczenia w pracy z czołowymi drużynami. Powszechnie uważa się że wchodził w skład ekipy Ferencvaros, która zrobiła w Argentynie furorę podczas tournée w1929 r., wiele argentyńskich źródeł zapewnia nawet iż zadebiutował w tym klubie w 1916 r. a zakończył karierę piłkarską wkrótce po podróży za ocean jako 29-latek. Problem w tym że w klubowym muzeum Ferencvarosu nie ma ani jednego dokumentu, który mógłby to potwierdzić. Wygląda na to że Hirschl nie zagrał tu ani jednego meczu. Nie przypominał go sobie także podczas rozmowy w 2014 r. Ferenc Rudas, 92-letni, najstarszy żyjący wówczas piłkarz Ferencvarosu. Hirschl był więc człowiekiem znikąd. Jeśli jak przekonuje historyk Jose Luis Romero, Argentyna była krajem, w którym można było znaleźć sobie nową tożsamość, mało kto zrobił to równie skutecznie jak ów przybysz z Węgier. Wydaje sięprawdą ze Hirschlurodził się 11 czerwca 1900 r. w Apostag ale niemal wszystko inne, co opowiedział Argentyńczykom na swój temat było kłamstwem. Jego córka Gabriela mówi że ojciec rzadko wracał do przeszłości ale że słyszała opowieść o tym jak w ślad za braćmi wyruszył podczas I wojny światowej do Palestyny, gdzie zataił swój wiek ażeby zaciągnąć się do wojska brytyjskiego. Gabriela posiada wielka kolekcję wycinków z argentyńskiej, brazylijskiej i urugwajskiej prasy. Z niektórych tekstów o ojcu wynika że grał w Ferencvarosie, z niektórych że występował w Athletic Club Budapeszt, inne z kolei twierdzą że był zawodnikiem Hakoah Wiedeń i Hakoah Nowy York, zdarzają się też wzmianki o jego związkach z paryskim Racing Club. Jedna z urugwajskich gazet z 1949 roju(pracował w tym czasie w Peñarolu) upierała się nawet że był ,,jednym z najlepszych piłkarzy świata”. Na żadne z tych twierdzeń nie ma dowodów. Jeśli Hirschl w ogóle grał w piłke, to w najlepszym wypadku na poziomie półprofesjonalnym. Przede wszystkim był sprzedawcą a przejściowo również udziałowcem w będącej własnością jego krewnych firmie produkującej salami, do której w 1928 r. należały również cztery sklepy w Budapeszcie. Wyemigrował w 1929 i 20 września tegoż roku zameldował się w jednym z hosteli w Santos, portowym mieście w pobliżu São Paulo. Do Brazylii dostał się statkiem z Cherbourga. Wkrótce został asystentem w klubie Palestra Italia(w przyszłości znanego jako Palmeiras), najpierw u boku innego Węgra, Jenö Medgyessyego a później jego następcy, słynnego Urugwajczyka Humberto Cabeliego. Wedle historyka Fernando Gallupo po odejściu Medgyessyego Hirschl w 1929 r. prowadził drużynę w dwóch meczach ligi Paulista, wygrywając z Portuguesą 2:1 i przegrywając 1:4 z Corinthians. Ostatecznie Palestra zajęła wówczas 3 miejsce.
Jednak w pierwszych miesiącach 1930 r. Hirschl był już bezrobotny i kiedy pod koniec czerwca bądź w lipcu spotkał w São Paulo innego węgierskiego Żyda Bele Guttmanna, powiedział mu że szuka pracy. Guttmann był wówczas piłkarzem Hakoah, drużyny, która odbywała tournée po obu Amerykach żeby propagować ideologię muskularnego judaizmu. ,,Powiedział że byłby wdzięczny, gdyby mógł dołączyć do zespołu jako masażysta, gdyżma silne ręce i mocny uchwyt – opowiadał legendarny trener Benfiki. – postanowiłem sprawdzić go od razu i powiadam wam: miałem cholernie dobry masaż”. Hirschl został więc masażystą w Hakoah i podróżował z tą drużyną przez kolejny miesiąc w drodze do Argentyny. Tak to przynajmniej wygląda w opowieści Guttmanna. Wersja Hirshla a raczej wersje, gdyż wydaje się ze zawsze opowiadał tę samą historie na różne sposoby, różniła się fundamentalnie. ,,Studiowałem na uniwersytecie w Budapeszcie, grałem w tamtejszej drużynie i odkryłem że mam smykałkę do trenerki. Najpierw związałem się z Athletil Club Budapeszt. Zanim zadebiutowałem jako trener, przez lata podróżowałem po świecie jako piłkarz. Odwiedziłem takie kraje jak Czechosłowacja, Indie, Afryka, Anglia, Francja i Niemcy. Byłem też w Paryżu, w tamtejszym Racing Club. To stamtąd przeniosłem się do USA, gdzie doskonaliłem swój fach w drużynie Hakoah”- mówił w wywiadzie dla ,,La Tribuna”. Hirschl twierdził iż był lewym łącznikiem i że w Hakoah grywał na wszystkich 5 ofensywnych pozycjach ale gdyby tak było to Guttmann, który od 1928 r. był właśnie zawodnikiem nowojorskiego zespołu Hakoah, z pewnością by o tym wiedział, kiedy spotkali się w São Paulo. Inna sprawa że po latach Hirschl opowiadał że z Guttmannem grali razem jeszcze na Węgrzech. W czerwcu 1938 r. dziennikarz ,,La Tribuna” zapytał go wprost, czy wystąpił kiedykolwiek w jakimś meczu w Argentynie. ,,Tak – odpowiedział. – W Rosario, naszym rywalem był chyba Nacional. Pamiętam dobrze że grałem jako środkowy napastnik a obrońcą był Lecea. Skończyło się 1:1 a gola dla Hakoah zdobył mój kolega Grünfeld”. W Rosario ekipa Hakoah rozegrała 3 mecze i wszystkie zremisowała 1:1, Hirschl miał więc na myśli najprawdopodobniej spotkanie z Newell’s Old Boys, gdzie Lecea występował przed przeprowadzką do Independiente. Barwy New York Hakoah faktycznie reprezentowali Jozsef i Leo Grünfeld. Być może Hirschl rzeczywiście wystąpił w tym meczu, zastępując jednego z podstawowych zawodników. ,,Pod koniec tournée zaczęło nam brakować pieniędzy, więc w Buenos Aires powiedzieliśmy mu dowidzenia. Wyjechaliśmy z miasta a on został i zaczął rozpowiadać ze był w Hakoah asystentem trenera a ponieważ widywano go z nami, historia brzmiała prawdopodobnie i szybko znalazł prace”- opowiadał Guttmann. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć iż Guttmann również często zmyślał ile wlezie a co ważniejsze, był kimś, kto bez przerwy wchodził z innymi w konflikty i pozwalał by osobiste antypatie miały wpływ na jego anegdoty. ,,Jego prawdziwym celem – kontynuował swoja opowieść o Hirschlu – było jak najszybciej wylecieć z roboty, dostać solidną odprawę i z tych pieniędzy opłacić żonie i dziecku podróż z Budapesztu a jak w tym fachu najłatwiej stracić prace? Żonglując składem najbardziej jak się da. Tyle że kibice uznali że jest wybitnym ekspertem, co spowodowało iż zmienił zdanie i skupił się na futbolu jako prawdziwy trener”. Mimo porażki w pierwszych trzech meczach sezonu 1932 i wygrania jedynie trzech z pierwszych 16 meczów, Gimnasia skończyła rozgrywki na solidnym 7 miejscu. Nic dziwnego że kolejny sezon zaczęła z impetem, wygrywając pierwsze pięć meczów i zajmując pozycję lidera tabeli na półmetku, także dzięki świetnej formie napastnika Arturo Naona. Na początku Hirschl wydawał się skryty i zamknięty w sobie a prasa nie poświęcała mu wiele uwagi, skupiając się przede wszystkim na meczach ,,grandes”. ,,To co się dzieje w Gimnasii jest zdumiewające – zauważal autor jego portretu w ,,El Grafico” w maju 1933 r. – Zawodnicy nie mogą zmienić aż tyle sami z siebie – jego wpływ jest oczywisty”. Węgier jednak komentował skromnie: ,,Po pierwsze nie uczę futbolu. Byłoby czymś dziwacznym próbować uczyć futbolu w kraju, gdzie gra się najlepszy futbol. Takich piłkarzy jak w Argentynie nie ma nigdzie na świecie. ,,Criollos” mają potencjał i jedyne co mi pozostaje, to go wykorzystać”.
Z artykułu wynika że przed rozpoczęciem pracy Hirschl obejrzał 3 mecze Gimnasii a potem powiedział zarządowi że zespół wydaje się niezły i że nie potrzebuje żadnych pieniędzy na transfery. Obiecał iż jeśli go zatrudnią, w 1933 roku będzie walczył o mistrzostwo kraju. Dostał prace ale wkrótce doszło do napięć, gdyż część zawodników pierwszego zespołu zastąpił piłkarzami, którzy wcześniej uchodzili za rezerwowych. ,,Zarząd protestował – czytamy w ,,El Grafico” – bo uważał tych graczy za beznadziejnych ale w kontrakcie Hirschla zapisano że ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji, więc postawił na swoim a dziś jest oczywiste iż jego obietnica umieszczenia Gimnasii w gronie drużyn ubiegających się o tytuł została spełniona”. Ci ,,beznadziejni” piłkarze to Arturo Naon, wciąż najlepszy strzelec w historii Gimnasii, prawy łącznik Alberto Palomino, prawy pomocnik Oscar Montañez i bramkarz Atilio Herrera, którzy wkrótce stworzą trzon zespołu znanego jako ,,El Expreso”. Największą gwiazdą spośród podopiecznych Hirschla stał się jednak Jose Maria Minella, z początku środkowy napastnik, który zwrócił na siebie uwagę już jako 16-latek, grając w lokalnej drużynie z rodzinnego Mar del Plata podczas zwycięskiego meczu z załogą krążownika HMS Repulse, zorganizowanego w 1925 r. z okazji wizyty w Argentynie księcia Walii, późniejszego króla Edwarda VIII. Minella dołączył do Gimnasii w 1928 r. i strzelił 11goli w 37 meczach ale podczas długiego posezonowego tournée w latach 1930-31 musiał założyć koszulke z numerem 5 z powodu kontuzji Pedro Chalu i nigdy już nie wrócił do ofensywy, redefiniując za to pozycję środkowego pomocnika. ,,Historia będzie się dzielić na czasy przed Minellą i po Minelli”- twierdził Juvenal, najbardziej znany ekspert od taktyki piłkarskiej wśród argentyńskich dziennikarzy. Z Montañezem po prawej i Angelem Miguensem po lewej stronie Minella był sercem formacji opisywanej jako ,,Las tres Ms.” ,,Piłkarzom zaoferowałem przyjaźń, więc mogliśmy lepiej dzielić się odpowiedzialnością. Skoro widziałem ze wszystko idzie zgodnie z planem, nie musiałem sięgać po argumenty siłowe. Owszem, nałożyłem kilka kar ale tylko z początku. Przez kolejne pół roku piłkarze nie zapłacili marnych pięciu peso. ,,Criollo”, o których braku dyscypliny tyle się opowiada, przystosowali się naprawdę łatwo”- opowiadał Hirschl. Mając w pamięci słowa Guttmanna, trudno nie zachować ostrożności podczas lektury tych wynurzeń. Granica między głębią słów geniusza a komunałami naciągacza zawsze jest cienka. W pewnym momencie można nawet odnieść wrażenie że Hirschl sam wyjaśnia jak taki naciągacz działa: ,,Wszystko opiera się na jasnym tłumaczeniu i na podchodzeniu do piłkarzy z uczuciem. Jeśli mówisz do nich we właściwy sposób, jest ci o wiele łatwiej”. Ale może nasze podejrzenia są niesprawiedliwe, może to prosta mądrość handlarza wędlinami pozwoliła Hirschlowi zrozumieć że najlepsze efekty osiągnie, pozwalając zawodnikom wierzyć w marzenia. Z pewnością był wyjątkowo charyzmatyczny. Na każdej fotografii z drużyną widać jak dominuje nad piłkarzami nie tylko ze względu na wzrost ale także dlatego że zawodnicy dosłownie spijają z jego ust każde słowo. Gabriela wspomina że w bankach, sklepach czy na dworcach kolejowych przyciągał uwagę i gromadził wokół siebie publiczność samym sposobem mówienia. W końcu jednak trzeba odrzucić wątpliwości. Jakiekolwiek były powody, dla których Hirschl podjął prace w Gimnasii(a tylko świadectwo Guttmanna sugeruje że nie były do końca szlachetne), szybko okazał się bardzo inspirującym trenerem. ,,Moje pierwsze zadanie polegało na postawieniu drużyny na nogi pod względem przygotowania fizycznego – mówił.- Piłkarze musieli być w dobrej formie. Żeby osiągnąć ten cel musiałem rozważyć, jakiego rodzaju ćwiczeń potrzebuje każdy z zawodników i jak ciężko powinien trenować. Nie można wymagać od 11 ludzi aby robili dokładnie to samo. Dla jednych będzie to w sam raz, dla innych zaś za mało lub zbyt wiele”. Wprowadził więc do treningów ,,elementy szwedzkiej i amerykańskiej gimnastyki” a także mieszankę sprintów i biegów długodystansowych a nawet koszykówki. Kiedy uznał że Delovo i Naon nie muszą trenować, ich przygotowanie do meczów ograniczył do ciepłych kąpieli i masaży. ,,Intensywność zajęć zależy od ich terminu – tłumaczył. – Pracujemy ciężej przed rozpoczęciem rozgrywek i lżej w ich trakcie”. Przyznajmy iż brzmi to zaskakująco nowocześnie. Opisując zwycięstwa ,,El Expreso” nad Independiente i San Lorenzo, ,,El Grafico” zauważył iż doszło do nich między innymi dzięki lepszej wytrzymałości drużyny Hirschla. Inna sprawa że jakkolwiek Węgier miał słuszność podkreślając specyfikę i wirtuozerie gry ,,criollo”, to jego rodak Guttmann osiągnął później lepsze wyniki z São Paulo, gdzie wprowadził bardziej bezpośredni styl gry z większą koncentracją na podaniach niż indywidualnych umiejętnościach.
7
Węgierski sklepikarz, który zrewolucjonizował argentyński futbol:
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
0
@Lionel_Messi10 Jak dla mnie to zdecydowanie za cieniutcy ci sparingpartnerzy. Meksyk, Kolumbie czy nawet Urugwaj, to są porządne ekipy do przetarcia...
10
Nieco zapomniane legendy futbolu:
22 lutego 1969 r. urodził się duński napastnik Brian Laudrup. W marcu 2004 roku znalazł się na liście 125 najlepszych piłkarzy stulecia FIFA ogłoszonej przez Pelégo. Brian Laudrup urodził się w rodzinie o piłkarskich tradycjach. Jego ojciec i brat również byli piłkarzami. Karierę piłkarską rozpoczął w Brøndby IF wkrótce przenosząc się do niemieckiego Uerdingen. Już po jednym sezonie w tym klubie kupił go Bayern Monachium. Jego udane występy w zespole "Bawarczyków" poskutkowały transferem do zespołu Serie A-Fiorentiny. We Włoszech reprezentował również barwy Milanu, jednak w żadnym z tych klubów mu się nie wiodło. W lipcu 1994 opuścił Włochy i został zawodnikiem Glasgow Rangers, któremu pomógł w skompletowaniu dziewięciu z rzędu mistrzostw Szkocji (podczas pobytu Laudrupa w drużynie The Gers wygrywali ligę trzykrotnie). W 1998 Brian przeniósł się do Chelsea F.C., lecz nie rozegrał w barwach The Blues zbyt wielu spotkań i po kilku miesiącach odszedł do FC Kopenhaga. Rodzinne problemy spowodowały, że w 1999 odszedł do Ajaksu Amsterdam, w którym po jednym spędzonym sezonie zakończył profesjonalną karierę z powodu kontuzji. Dziś grywa wspólnie z równie popularnym bratem Michaelem w oldbojach Lyngby BK. Laudrup był kluczowym graczem reprezentacji Danii, w której rozegrał 82 spotkania i strzelił 21 bramek. Pomógł jej w zdobyciu Mistrzostwa Europy w 1992, grał także na Euro 1996 i w Mistrzostwach Świata 1998.
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
10
Epokowe starcia Dumy Katalonii, które przeszły do historii:
22 lutego 2006 r. Barça pokonała na Stamford Bridge Chelsea 2:1 w ramach 1/8 Ligi Mistrzów. Przed pierwszym starciem w Londynie stadion ,,The blues” ironicznie był nazywany ,,Stamford Beach”, gdyż murawa była niezwykle zaniedbana i spore połacie trawy posypano piaskiem. Wydawało się to celowym zabiegiem pana Mourinho , mającym na celu osłabienie atutów Blaugrany w grze piłką po ziemi. W 36 minucie meczu nastoletni wówczas Messi przeprowadził rajd prawym skrzydłem, ograł Robbena i został brutalnie sfaulowany przez Asiera del Horno. Sędzia Hauge nie zawahał się i wyrzucił za ten faul Baska z boiska. Pomimo osłabienia, to gospodarze wyszli na prowadzenie, gdy w 59 minucie do własnej siatki po rzucie wolnym trafił Thiago Motta. Za to w 71 minucie Barça wyrównała, również za sprawą bramki samobójczej, której sprawcą był John Terry. W 79 minucie zwycięskiego gola strzelił niezawodny Samuel Eto’o. Był to jednocześnie gol numer 300 w Pucharze Europy/Ligi Mistrzów. Rewanż na Camp Nou nie był aż tak udany, jednak remis 1:1 wystarczył do awansu do ćwierćfinału. Mieliśmy wówczas ekstra ,,paczke”, Marquez z Puyolem czyścili niemal wszystko a Ronaldinho z Eto’o i częściowo już z Messim, dokonywali dzieła zniszczenia!
Przypomnijmy sobie te historyczne chwile:
Zlikwidowali tego jutuba więc wklejam drugiego:
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11
1
Z tak słabiutkim Napoli wypuszczamy z rąk niemal pewną wygraną. Wielka szkoda tego straconego gola. Teraz na Estadio Luis Companys w rewanżu może się wszystko zdarzyć, zwłaszcza że mecz dopiera za 3 tygodnie. No ale dopóki piłka w grze...
Mimo wszystko dobrej nocki życze.
0
@vangoor Dokładnie! On powinien grać u ,,nas" a nie u ,,białych"!
5
Panie i panowie dzisiaj 36 lat kończy Angel Di Maria, znakomity argentyński skrzydłowy, mistrz świata i mistrz Ameryki Południowej. Takiego skrzydłowego dawno Argentyna nie miała(bodaj od czasu Daniela Bertoniego) i może długo nie mieć…
0
@Kwasiak98 Zgadza się, w 2017 r. również w 1/8
8
Blaugrana w Lidze Mistrzów:
14 lutego 2012 r. FC Barcelona pewnie pokonała na wyjeździe Bayer Leverkusen 1:3 w 1/8 Champions League. Gole dla gości zdobyli: Alexis Sanchez(41 i 55 minuta) oraz Messi w 88 minucie. Honorowe trafienie dla gospodarzy zanotował Kadlec w 52 minucie.
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
1
@MixtapeJa również...
9
Grande Espectacolo El Clasico:
14 lutego 1999 r. FC Barcelona pokonała w klasyku Real Madryt 3:0 w ramach 22 kolejki Primera Division. Gole dla Blaugrany zdobyli: dwie Lusi Enrique oraz jedną(w drugiej połowie) Rivaldo. Czerwoną kartke w tym meczu zarobił nie kto inny jak Roberto Carlos. Był to drugi sezon pod wodzą Luisa van Gaala i drugi z kolei wywalczony tytuł mistrza Hiszpanii. Przy okazji chciałbym przypomnieć iż w owym sezonie w barwach FC Barcelony zadebiutował Patrick Kluivert a w meczu Ligi Mistrzów zadebiutował z kolei Xavi Hernandez.
Popatrzmy:
Jakieś lobuzy łajdaki usuneli tego jutuba!
@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
8
Wyczyn godny podziwu:
14 lutego 1960 r. FC Barcelona odnotowała jedno z największych zwycięstw w swojej historii, pokonując w 22 kolejce Primera Division UD Las Palmas aż 8:0! W dodatku aż 5 goli(!) w tym meczu ,,huknął” znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez. Pozostałe trafienia zaliczyli Sucu, Verges i Olivella. Jeśli się nie myle, to więcej niż 5 goli w jednym meczu La Liga dla Barçy strzelił tylko genialny Ladislao Kubala.
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
8
Feliz cumpleaños panie Hans:
14 lutego 1953 r. urodził się Hans Krankl, austriacki napastnik. Do Barcelony przybył w 1978 r. i już w pierwszym sezonie gry zdobył Trofeo Pichichi dla najlepszego snajpera La Liga(29 goli). Z FC Barceloną sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów. Na krótko przed finałem tego pucharu, miał wypadek samochodowy, w którym poważnie ucierpiał. Mimo kłopotów ze zdrowiem zdecydował się zagrać w finale i nawet strzelił decydującego gola w dogrywce. W kolejnym sezonie Krankl zaczął grać gorzej i popadł w konflikt z trenerem. ,,Moim jedynym problemem jest trener Joaquim Rife, który wymaga ode mnie rzeczy nadprzyrodzonych”- żalił się później Hans. W styczniu 1980 r. opuścił więc Blaugrane i wyjechał do Austrii. Po kilku miesiącach gry w ojczyźnie stwierdził iż może wrócić do Barcelony jeżeli zmieni się trener i znacząco wzmocni się drużyna. Krankl wrócił więc na krótko do Barcelony lecz tylko na początek sezonu 1980/81 po czym na dobre pożegnał się z Dumą Katalonii.
@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
6
@FCBparasiempre
,,Byłem królem… A wy pierwsi, bezduszni idioci, przyznacie, że byłem królem…” – to pierwsze słowa głównego bohatera filmu ,,Heleno”, poświęconemu najbardziej zapomnianej legendzie brazylijskiego futbolu. Powyższe słowa idealnie odzwierciedlają jego osobowość. Nie wiadomo, co u Heleno De Freitasa było większe – samouwielbienie czy talent do piłki nożnej. Między innymi te dwie cechy sprawiają, że jest on jedną z najbardziej fascynujących postaci w historii piłki nożnej. Każda epoka czy też dziesięciolecie brazylijskiego futbolu ma swój symbol. Najpierw był Arthur Friedenreich smarowany pudrem ryżowym, aby żadnego białego człowieka w Brazylii nie kuła w oczy świadomość gry z czarnym. Lata przedwojenne to – według legendy – bosonogi Leonidas, któremu na mundialu we Francji w 1938 roku kroku dotrzymywał jeden z najbardziej kontrowersyjnych zawodników w historii polskiej piłki nożnej, czyli Ernest Otto Prandella, bardziej znany jako Ernest Wilimowski. Na innym mundialu, w Szwecji, dwadzieścia lat później narodziła się legenda Pelégo. Niespełna osiemnastoletni gracz Santosu wraz z kolegami zdobył pierwsze dla Brazylii mistrzostwo świata, spełniając obietnicę z dzieciństwa, kiedy to słuchający w radio – jak napisał urugwajski poeta Eduardo Galeano – ,,najbardziej donośnej ciszy w historii futbolu” – dziesięcioletni Edson Arantes do Nascimento, wtedy zwany jeszcze Dico poprzysiągł zemstę i zdobycie upragnionego przez Brazylijczyków Pucharu Julesa Rimeta. Później Brazylia miała swoich kolejnych idoli: destrukcyjnego w swym radosnym i beztroskim sposobie bycia Garrinchę, niespełnionego Zico, niepokornego Romario, walczącego z nadwagą nie tak skutecznie jak z rywalami Ronaldo, nonszalanckiego w swojej radości z grania Ronaldinho, aż po dzisiejszą gwiazdkę, czyli Neymara. Niestety, w dyskusji o największych wirtuozach brazylijskiego piłkarstwa zapomina się o jednej postaci. Być może dlatego, że najlepszy moment jego kariery przypadł na czasy niepokoju o byt, a nie niepokoju o mecz, czyli okres II wojny światowej. Być może o bohaterze mojego tekstu zapomniano, ponieważ w odróżnieniu od Pelégo czy Ronaldo niczego wielkiego nie wygrał. Niespełnienie. To właśnie wraz z nieprzeciętnym talentem wykreowało jego legendę. W 1937 roku prezes Botafogo Carlito Rocha, będąc na Copacabanie, zwrócił uwagę na pewnego młodzieńca, który całkiem sprawnie żonglował…pomarańczami. Rocha błyskawicznie sprowadził młodziana do swojego klubu. W 1939 roku De Freitas zadebiutował w dorosłej drużynie Botafogo. W ciągu dziewięciu lat gry dla ,,Fogão”, Heleno w 235 meczach strzelił 209 goli. Niemal każdego fetował tańcząc sambę. Jego gra również miała w sobie coś z tańca, coś ze sztuki. Eduardo Galeano tak wspomina jedną z jego wielu bramek: ,,Heleno odwrócony plecami do bramki rywala, przyjął piłkę na pierś. Obrócił się, nie pozwalając futbolówce upaść, cały czas balansując nią na klatce piersiowej, wyginając się niczym gimnastyk. Między nim a bramką znajdowali się wszyscy obrońcy Flamengo – wydawać by się mogło, że jest ich nieskończenie wielu. Heleno przechylił się zatem do tyłu i nienaturalnie wygięty, z piłką na sobie wbiegł między zaskoczonych obrońców, nie wiedzących czy faulować czy odpuścić. Uczynili to drugie, a De Freitas spokojnie umieścił piłkę w siatce i wydał z siebie okrzyk radości, niczym lew, król zwierząt. Jednym z atutów urodzonego w 1920 roku Heleno bez wątpienia była pewność siebie. To dzięki niej mógł brylować na salonach Rio de Janeiro. Nazywano go ,,królem Rio”. Był przedstawicielem piłkarskiej inteligencji. Słuchał jazzu, czytywał Szekspira i Dostojewskiego. Jego ojciec był właścicielem ogromnej plantacji kawy, dzięki czemu dzieciństwo Heleno nie wpisywało się w kanon biednego, skromnego, pełnego wyrzeczeń okresu, charakterystycznego dla wielu gwiazd brazylijskiej piłki nożnej. Wyższe wykształcenie (studia prawnicze), elokwencja i świadomość swojej siły sprawiała, że przyciągał wiele kobiet. Grając przez krótki czas w kolumbijskim Atlético Junior, poznał laureata Literackiej Nagrody Nobla z 1982 roku, autora ,,Stu lat samotności” Gabriela Garcíę Márqueza , który pisał o nim: ,,Jako piłkarz Heleno pluł ogniem i lodem jednocześnie-był kimś więcej niż napastnikiem. Cały czas dawał innym powody, by mówili o nim źle.
Jeszcze jeden cytat od Galeano: ,,Miał twarz Rudolfa Valentino i temperament wściekłego psa. Na boisku był zwierzęciem. Pewnej nocy w kasynie, przegrał wszystkie pieniądze jakie miał. Następnej nocy, Bóg jeden wie gdzie to było – przegrał swoją chęć do życia.” De Freitas nie znosił sprzeciwu i bylejakości. Przed rozpoczęciem jednego z kolejnych sezonów w Botafogo, Heleno postanowił wpłynąć na poczynania swoich kolegów przemową motywacyjną. ,,Król Rio” wjechał na murawę boiska treningowego na motocyklu, po czym zarzucił piłkarzom ,,Fogão” brak zaangażowania, ambicji i przeciętność. Jedną z obsesji Heleno było zdobycie mistrzostwa stanu Rio de Janeiro z Botafogo. Niestety, nigdy mu się ta sztuka nie udała. Po kolejnej porażce w 1947 roku, De Freitas zdemolował szatnię, a jego ręce ociekały krwią. Koledzy z zespołu, trener Flávio Costa oraz prezes Carlito Rocha coraz częściej mieli dość fochów i wybuchów Heleno, który właśnie z tego powodu doczekał się pseudonimu ,,Gilda”, na cześć równie kapryśnej postaci granej przez Ritę Hayworth w filmie o tym samym tytule. Pewnego dnia Costa wytknął bohaterowi tekstu bumelanctwo. Po treningu Heleno podszedł do trenera i…wymierzył do niego z pistoletu. Na całe szczęście, w magazynku nie było żadnego naboju. Prezes w 1948 roku zdecydowali, że Heleno musi opuścić Botafogo. Sprzedano go do Boca Juniors Buenos Aires. De Freitas źle znosił nieobecność żony Ilmy i dziecka. Dodatkowo dokuczał mu chłód stolicy. Heleno zdarzało się trenować… w płaszczu. Podczas pobytu w Argentynie podobno miał mieć romans z Evą – żoną dyktatora Juana Perona. W 1949 de Freitas chciał wrócić do Botafogo, jednak prezes Rocha nie był zainteresowany powrotem czupurnego gwiazdora i Heleno związał się z Vasco da Gama. W końcu zdobył upragnione mistrzostwo stanowe, jednak wtedy niewiele już zostało z blasku ,,króla Rio”. Uzależnienia od alkoholu, papierosów i eteru oraz niechęć przed podjęciem leczenia przeciwko kile wyniszczały jego organizm. Podobny los spotka później kolejnego bożyszcza Botafogo: kochającego życie, czerpiącego z niego pełnymi garściami. Nazywano go Garrincha…
Heleno De Freitas tak jak, chociażby George Best nigdy nie dostąpił zaszczytu gry na mistrzostwach świata. II wojna światowa niewątpliwie zabrała mu dwie okazje ku temu, aby wystąpić w najbardziej prestiżowych rozgrywkach. Nie było mu również dane wygranie Copa America. W 1945 roku został nawet królem strzelców imprezy wraz z Argentyńczykiem Norberto Méndezem. Niestety, w finale lepsi okazali się ,,Albicelestes”. Rok później Brazylia ponownie musiała zadowolić się srebrem. Innym niezrealizowanym marzeniem Heleno był występ na mundialu rozgrywanym w jego ojczyźnie. Niestety w 1950 roku był on już cieniem samego siebie. Na dodatek selekcjonerem reprezentacji Brazylii był znienawidzony przez gwiazdora Flávio Costa. Wielu kibiców uważa jednak, że z Heleno na boisku zamiast króla strzelców turnieju Ademira, nie doszłoby do tragedii, którą Brazylijczycy nazywają ,,Maracanãzo”. Rok po klęsce brazylijskiej reprezentacji na Maracanie, Heleno dostąpił zaszczytu wystąpienia na tym legendarnym obiekcie, już w barwach klubu América. Na murawie wyglądał na zagubionego i rozkojarzonego. W 35 minucie sędzia wyrzucił go z boiska po brutalnym faulu na jednym z przeciwników. W ten sposób pożegnał się z futbolem. Choroba psychiczna i poczucie niespełnienia nękały jego umysł i duszę. Z chorobą nie radził sobie tak dobrze jak z rywalami na boisku czy też kobietami na bankietach. Na prośbę rodziny w 1953 roku został umieszczony w ośrodku leczniczym w Barbacenie. Tam również pokazywał, jak bardzo trudny miał charakter. Kiedy dowiedział się z radia, że Brazylia, bez niego, w końcu zdobyła upragniony Puchar Świata, podjął nieudaną próbę samobójczą, odpalając kilkanaście papierosów naraz. Innym razem chciał się zabić, połykając wycinki z gazet, będące ozdobą jego pokoju i dowodem na to, że człowiek, którym dziś zawładnął obłęd, kiedyś władał milionami serc w całej Brazylii. Bóg chyba bacznie obserwował jego poczynania, bowiem zabrał go do siebie zaledwie rok po historycznym triumfie ,,Canarinhos”. Miał 39 lat. Szkoda, że nie spełnił innych jego próśb, bo tak wielki piłkarz jak Heleno De Freitas bez wątpienia na to zasłużył.
4
Zapomniany król:
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
1
@Comentateiro O to fajniutko :) Troche ci zazdroszcze bo Kolejorza zawsze lubiłem i będę lubiał....
10
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
12 lutego 1958 r. w Trzebiechowie urodził się Krzysztof Pawlak. W latach 1983-1987 był podstawowym obrońcą polskiej reprezentacji. Był też filarem obrony Lecha Poznań w latach 1980-1988 – zdobył z nim 2 mistrzostwa Polski i 3 puchary kraju. Sport był w jego życiu tak ważny, że o tydzień przełożył ślub, żeby tylko zagrać w Łodzi przeciwko Widzewowi. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Kaliszu, w drużynie Calisii. W wieku 17 lat przeniósł się do poznańskiej Warty, a edukację kontynuował w V LO w Poznaniu. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Hannę Kijewską, siostrę legendy poznańskiego basketu, Eugeniusza Kijewskiego. Po pięciu latach gry dla Zielonych, na początku 1980 roku przeniósł się do Kolejorza. W niebiesko-białych barwach zadebiutował 9 marca tego roku w wygranym 2:0 meczu z bydgoskim Zawiszą. W tym spotkaniu swój debiut zaliczył również trener Wojciech Łazarek, który od początku stawiał na „Gogusia” (tak Pawlaka nazywali koledzy z drużyny). Pawlak grał na prawej obronie, choć zdarzało mu się występować na stoperze lub w pomocy. W barwach Lecha rozegrał 281 spotkań, w tym m.in. 232 w I lidze i 10 w europejskich pucharach, zdobył w nich 19 goli. Z Lechem dwukrotnie został mistrzem Polski i trzy razy sięgnął po Puchar Polski. Odszedł w 1988 roku do belgijskiego Lokeren, by po półrocznym pobycie w tym klubie przenieść się do szwedzkiego Trelleborga. Do kraju wrócił w 1993 roku do Warty, z którą awansował i jeszcze przez rok występował w I lidze. Rozegrał 31 spotkań w reprezentacji narodowej (zdobył nawet bramkę przeciwko Indiom). Debiutował w meczu z Rumunią w Krakowie w 1983 r. Wystąpił na Mistrzostwach Świata w Meksyku w 1986 roku (zagrał przeciwko Portugalii i Anglii) i był pierwszym lechitą, który rozegrał mecz na MŚ. Po raz ostatni wystąpił w reprezentacji w meczu eliminacji Mistrzostw Europy z Węgrami w Budapeszcie (1987 r., przegrana 3:5). W 1986 roku ukończył poznański AWF i uzyskał uprawnienia trenerskie. Pierwszą samodzielną pracę trenerską podjął w Sokole Pniewy, później pracował z Wartą Poznań i GKS-em Bełchatów, z którym w 1996 roku dotarł do finału Pucharu Polski. W tym samym czasie selekcjonerem reprezentacji został Antoni Piechniczek, który swoim asystentem mianował właśnie Pawlaka. Gdy eliminacje do MŚ we Francji były już przegrane, Pawlak zastąpił w ostatnim meczu zdymisjonowanego Piechniczka. W czerwcu 1997 wygrał 4:1 z Gruzją i jest jedynym selekcjonerem kadry, który może się pochwalić stuprocentową skutecznością zwycięstw. Od lipca 1997 roku do marca 1998 prowadził Kolejorza, ale wyniki zespołu nie były zadowalające. Potem prowadził m.in. KP Konin, Polonię Środa Wielkopolska i Kanię Gostyń.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
1
@mekston To bardzo miłe z twojej strony że mnie oznaczasz w swoich komentarzach i bardzo ci za to dziękuje, jednak z drugiej strony nie będę akceptował tej ,,chińszczyzny", w tym wypadku języka angielskiego, gdyż zwyczajnie go nie znam i nie toleruje na tej stronie. Bardzo mi przykro i w związku z tym nie będę się odnosił do komentarzy w obcych językach(wyjątkiem jest przetłumaczenie na polski język) ani też dawał zielonych herbów siłą rzeczy.
Wprawdzie tutaj przetłumaczyłes tekst ale mimo wszystko nadal jest jakieś obce słowo goat
10
Wyjątkowe legendy argentyńskiego futbolu:
12 lutego 1909 r. urodził się Bernabe Ferreyra. W czasach, gdy za piłkarzy nie płacono jeszcze wielkich pieniędzy argentyńskie River Plate sięgnęło głęboko do kieszeni, żeby pozyskać Bernabé Ferreyra. Transfer za 23 000 funtów okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ gwiazda Tigre (45 goli w 43 meczach) przez siedem lat była główną strzelbą Los Millonarios (187 goli w 185 meczach!). Co zaskakujące, zawodnik o przydomku „El Mortero Rufino” lub „La Fiera” zagrał tylko cztery razy w reprezentacji kraju i ani razu nie zdołał pokonać bramkarza rywali „Albicelestes”. Czy Ferreyra był więc aż tak dobry? Słynny argentyński napastnik, Jose Manuel Moreno, twierdzi, że tak: ,,Bernabé był wyjątkowym zawodnikiem: przy nim przeciwnicy musieli pracować dwa razy ciężej niż przy innych zawodnikach. Dla nas, partnerów z drużyny, sprawiał, że wszystko stawało się łatwiejsze. Jednak jako człowiek zawsze znaczył więcej. Bernabé zasłużył na ogromne pieniądze, jakie otrzymał, ale nie potrafił ich przy sobie zatrzymać. Dawał je innym ludziom, nie prosząc o nic w zamian. Kiedy on uścisnął twoją dłoń, mogłeś być pewny, że znalazłeś przyjaciela na całe życie.”
@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon
8
Epokowe wydarzenie w dziejach Blaugrany:
12 lutego 1929 r. ,,nasz'' ukochany klub zagrał pierwszy w historii mecz w Primera Division. Inauguracyjny sezon La Ligi rozpoczął się 10 lutego 1929 r. Dwa dni później Duma Katalonii rozegrała pierwszy historyczny mecz na Campos de Sport del Sardinero w Santander, pokonując tamtejszy Racing 0:2. Mecz toczył się w fatalnych warunkach atmosferycznych, więc trybuny były niemal puste. Blaugrana zagrała w eksperymentalnym zestawieniu uwzględniającym zawodników z rezerw. Legendarny Josep Samitier, nominalny ofensywny pomocnik wystąpił z tego powodu na środku obrony. Pierwsze historyczne 2 gole dla Barcy strzelił Katalończyk Manuel Parera Penella. Pięć dni później Blaugrana rozegrała pierwszy ligowy mecz u siebie, przegrywając z Realem Madryt 1:2. W ten sam dzień również na Les Corts odbyło się drugie spotkanie ligowe pomiędzy barcelońską Europą a Arenas de Getxo(5:2). Na oba mecze obowiązywał jeden bilet za 3 pesety.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Compadre
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
1
@Mixtape Słuchaj, ja swego czasu nawet za Guardioli, kiedy przegrywali z kimś tam mistrzostwo to już się wkurzałem a najbardziej za Valverde i Setiena. Teraz już się nie wkurzam, gdyż przywykłem do takiej gry w ostatnich miesiącach i nie robi to na mnie jakiegoś większego zdenerwowania. Co najwyżej jest mi smutno i żal mi jest ,,mojego" klubu i niektórych piłkarzy. W ,,naszej" Barcuni to właściwie nic nie funkcjonuje idealnie czy też porządnie. Pomijając już kwestię bardzo przeciętnego i niedoświadczonego na arenie międzynarodowej Xaviego, to bez przerwy są kontuzjowani piłkarze, brak zrozumienia i koncentracji pomiędzy nimi, nie przemyślane, w efekcie nie trafione transfery. Sztab medyczny oraz psychologiczny leży i kwiczy! Ktoś musi za to odpowiadać! Kto zatrudniał tych wszystkich ludzi odpowiedzialnych za prawidłowe funkcjonowanie klubu? Kto zatrudniał 34-letniego piłkarza(czytaj Lewandowski) na 4 lata do klubu o całkowicie innym profilu niż Bayern Monachium, gdzie czuł się jak ryba w wodzie? Ostatecznie za to wszystko odpowiada Joan Laporta. Owszem, ja też chciałem żeby ponownie został prezydentem jak za czasów Rijkaarda i Guardioli, gdyż to wówczas funkcjonowało wyśmienicie. Teraz jednak kompletnie nie funkcjonuje i mam wrażenie że pan Laporta tylko dobrze się bawi swoim stanowiskiem, które mu nie przeszkadza. Pamiętaj że ryba zawsze psuje się od głowy. Pies jest pogrzebany w prezydencie i jego doświadczonej i profesjonalnej świcie. Począwszy od Bartomeu a skończywszy na ,,dzisiejszym" Laporcie instytucja klubu jest rujnowana na każdej płaszczyźnie a przynajmniej nie prosperuje należycie. W takich okolicznościach nawet najlepszy trener na świecie nie zdobędzie Ligi Mistrzów, co najwyżej mistrzostwo Hiszpanii. Uwierz mi, dopóki nie zmieni się zarząd na czele z prezydentem nie będzie sukcesów w Lidze Mistrzów, co najwyżej sporadycznie na krajowym podwórku...
0
@Mixtape Jak widzisz sama wiara nie wystarczy aby wygrywać mecze i odnosić sukcesy jak dawniej. Tutaj w ,,naszym" klubie potrzeba czegoś zdecydowanie innego! czego? o tym napisze ci jutro bo musze raniutko wstać do roboty. dobranoc.