FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
7
@FCBparasiempre
11 marca 1936 r. urodził się Oreste Omar Corbatta, wybitny argentyński prawoskrzydłowy. Corbatta był postacią tyleż genialną, co tragiczną. Na boisku potrafił z piłką zrobić wszystko. Kiedy dostawał ją przy linii, to nie było sposobu, żeby mu ją odebrać. Imponował skutecznością z rzutów karnych, w ciągu całej swojej kariery przestrzelił z jedenastu metrów ledwie kilka razy. Potrafił też strzelać gole prosto z rzutów rożnych. Niejednokrotnie w swoich rajdach po skrzydle mijał rywali niczym slalomowe tyczki, czym wielu obrońców doprowadzał do rozpaczy. Doskonale umiał również obsłużyć kolegów podaniem, dzięki czemu zaliczał sporo asyst, których jednak nikt wówczas nie liczył. Był jednym z motorów napędowych genialnej argentyńskiej reprezentacji, która w 1957 r. na turnieju w Limie nie pozostawiła rywalom złudzeń, kto jest najlepszy na kontynencie. W 1958 r. na szwedzkich mistrzostwach świata Corbatta jako pierwszy Argentyńczyk trafiał do siatki przeciwników w każdym grupowym meczu. Czterokrotnie zostawał mistrzem Argentyny. Swoją grą potrafił tak zachwycać, że na jego mecze przychodzili nawet kibice innych drużyn, tylko po to, żeby zobaczyć go w akcji. Na szczycie nie utrzymał się długo, bo ledwie parę lat, ale wystarczyło to, żeby oczarować swoimi umiejętnościami rzesze kibiców. Do dzisiaj jest wymieniany w gronie najlepszych prawoskrzydłowych argentyńskiej piłki, a dla wielu tych, którzy widzieli go w akcji, na zawsze pozostanie tym największym. Jeśli w pierwszych dziesięcioleciach zorganizowanej gry w piłkę utrwaliła się idea osobistego stylu, wizerunek zwinnego, wolnego i cnotliwego piłkarza jako antyteza angielskiej szorstkości, to Corbatta był wyrazem tego mitu założycielskiego – pisał o nim w jego biografii Alejandro Wall. Miał jednak drugą twarz, tę, którą prezentował poza boiskiem. Był członkiem niezapomnianych Los Ángeles Carasucias, czyli brudnych aniołów, ale kiedy prześledzimy jego życiorys, to bardziej niż brudny będzie do niego pasować określenie upadły anioł. Napisałem chwilę wcześniej, że na szczycie nie utrzymał się długo – właściwsze jednak byłoby stwierdzenie, że tego szczytu nigdy nie osiągnął. Nigdy nie dowiemy się bowiem, gdzie by doszedł, gdyby w pełni mógł rozwinąć swój talent. Ten rozwój nie został jednak zahamowany przez kontuzję, wypadek czy tragedię. Corbatta przeszkodził sobie sam. Jeszcze jako młody człowiek zaczął z upodobaniem sięgać po szklaneczkę wina i później z czasem popadł w uzależnienie. Często określa się go jako argentyńskiego Garrinchę. Obaj panowie mieli wiele wspólnego. Kochali dryblować, pieścić i bawić się z piłką, ale równie mocno kochali nocne życie i alkohol. Obaj niestety też przedwcześnie odeszli z tego świata, nie mając przy sobie praktycznie niczego, oprócz wspomnień dawnych dni chwały. Pod koniec XIX i na początku XX wieku Argentyna była jednym z najszybciej rozwijających się państw świata. W 1910 r. zajmowała dziesiąte miejsce wśród najbogatszych krajów. Dynamiczny rozwój rolnictwa i infrastruktury sprawiał, że ciągle jeszcze młody kraj potrzebował rąk do pracy. Ludność Argentyny rosła wówczas o cztery procent rocznie. Kraj odpowiadał za siedem procent całego światowego transportu i połowę PKB całego kontynentu. Nic więc dziwnego, że rzesze Europejczyków w poszukiwaniu lepszego życia udawały się wówczas za ocean. Sporo wśród nich było Polaków, ale najwięcej Hiszpanów i Włochów. Osiedlaniu się w Argentynie sprzyjały rzecz jasna coraz wyższy standard życia, łagodny klimat i wsparcie władz. Decyzję o wyjeździe często przyspieszał brak perspektyw na polepszenie bytu w ojczyźnie. Tak było choćby w przypadku Włochów. Szacuje się, że w latach 1875-1928 z Włoch wyjechało 17 milionów ludzi. Obok Stanów Zjednoczonych i Brazylii to właśnie Argentyna była głównym celem ich podróży. Osiedliło się tutaj wówczas według różnych źródeł około czterech milionów Włochów. W efekcie liczba ludności Argentyny wzrosła z czterech milionów 1895 r. do prawie ośmiu w 1914 r.
Wśród tych, którzy wybrali życie w kraju rozległych pampasów i wołowiny byli dziadkowie Corbatty ze strony ojca. Oreste Corbatta prowadził mały, przydomowy zakład szewski w położonym nad Adriatykiem sennym miasteczku Recanati w regionie Marché we Włoszech. Pewnego dnia razem z żoną Maríą podjął decyzję o wyjeździe do Ameryki. W trwającej ponad miesiąc podróży towarzyszyła młodemu małżeństwu dwójka ich dzieci – Santa i Gerónimo. Nie od razu jednak trafili do Argentyny. María była w ciąży i kiedy nadszedł czas rozwiązania, musieli zatrzymać się w Brazylii. Tam przyszło na świat ich trzecie dziecko, któremu dali na imię Américo. Oreste znalazł pracę na plantacji kawy, a niedługo później María ponownie zaszła w ciążę i urodziła jeszcze córeczkę Elisę. Trzy lata później wyruszyli do Argentyny. Rodzina osiedliła się w małej mieścinie Caseros, która dzisiaj nosi nazwę Daireaux. Corbatta znalazł tam zatrudnienie przy zbiorach pszenicy na polach Máximo Guastiniego, farmera, którego poznali poprzez przyjaciela. Kiedy wydawało się, że wreszcie znaleźli swoje miejsce i mogą spokojnie żyć, Corbattów spotkała tragedia. Oreste zmarł nagle w sierpniu 1909 r. Stało się to niedługo po przyjściu na świat trzeciego syna Alberto i na kilka miesięcy przed urodzeniem się trzeciej córki Orestiny. María została sama z szóstką dzieci. Najstarszy z rodzeństwa 14-letni wówczas Gerónimo, na którego wszyscy wołali Gino, podejmował się różnych zajęć, żeby pomóc matce. W końcu znalazł zatrudnienie na poczcie. Mimo że miał braki w edukacji spowodowane emigracją i przedwczesną śmiercią ojca, to dobrze sobie radził. Codziennie rano napełniał swoją torbę listami i przesyłkami i dopiero, kiedy wszystkie doręczył, mógł sobie pozwolić na odpoczynek. Kiedy stał się dorosły, to ożenił się z urodzoną Daireaux Isabelą Fernández. Była córką Pedro Fernándeza i Primitivy Díaz, choć od małego wychowywała się w domu lokalnego znachora. Zamieszkali na rogu dzisiejszych ulic Guglieri i Pellegrini, ale dzisiaj po ich domu nie ma nawet śladu. Małżeństwo doczekało się ośmiorga dzieci – czterech synów i czterech córek. Synowie nosili imiona Guillermo, Raúl i Juan Carlos, a córki Hilda, Isabel, Azucena i Griselda. 11 marca 1936 r. o godzinie 18:15 na świat przyszedł najmłodszy z nich – Oreste Osmar. W życiorysie Corbatty nie brakuje znaków zapytania. Wokół jego boiskowych i pozaboiskowych wyczynów przez lata narosło wiele mitów. Wątpliwości dotyczą także takich, wydawać by się mogło, prostych do ustalenia rzeczy, jak choćby pisownia imion piłkarza. Według hiszpańskojęzycznej Wikipedii Corbatta nosił imiona Orestes Osmar, anglojęzyczna z kolei podaje imiona Oreste Omar, podobnie jak argentyńskie El Gráfico, ale już na oficjalnej stronie Racingu przy nazwisku piłkarza widnieją imiona Oreste Osmar. W wielu innych źródłach oba imiona są zamieniane kolejnością, a nierzadko bywa, że jest podawane tylko jedno z nich. Sam piłkarz nigdy się na ten temat nie wypowiadał i nikogo też nie poprawiał, jak się powinno do niego zwracać. Alejandro Wall, który w 2016 r. napisał książkę poświęconą życiu Corbatty, przypomniał w niej, że w 1999 r. dziennikarz Oscar Barnade opublikował na łamach gazety Olé akt urodzenia piłkarza. Z dokumentu, do którego również jemu udało się dotrzeć, jasno wynikało, że Corbatta otrzymał imiona Oreste Osmar. Jego imię było jednak rzadko zapisywane i z biegiem lat literka s mogła się gdzieś zagubić, dlatego też dla wielu kibiców pozostanie po prostu Omarem. Wall przytacza też zdanie, jakim podzieliła się z nim jedna z krewnych piłkarza Clelia. Według niej Oreste i María, kiedy wypływali z Włoch nazywali się nie Corbatta, ale Corvatta. Po dotarciu do Brazylii podczas wypełniania urzędowych dokumentów, gdzieś musiał się wkraść błąd, którego Oreste z powodu swojego analfabetyzmu nie mógł zauważyć. Wersję tę uwiarygadnia fakt, że nazwisko Corvatta jest dość popularne we włoskiej prowincji Macereta, skąd dziadkowie Omara wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia. O swoich najmłodszych latach Corbatta wypowiadał się bardzo rzadko lub wcale. Nie zachowało się wiele informacji na temat jego dzieciństwa, a wielu z tych, którzy mogliby coś pamiętać, już nie żyje. Z napisanej przez Walla książki Corbatta: El wing, w której autor rozprawia się z wieloma mitami i która była bardzo pomocna podczas pracy nad tym tekstem, dowiadujemy się, że mały Omar mógł tylko pomarzyć o beztroskim i szczęśliwym dzieciństwie. Już jako maluch musiał się zmierzyć z tragedią, jaką z pewnością dla kilkuletniego chłopca była niespodziewana śmierć ojca. Nie zachował nawet zbyt wielu wspomnień z Gerónimo.
Kiedy po latach próbował się wyrwać ze szpon nałogu, szukając przyczyn uzależnienia, wrócił myślami do czasów, gdy mieszkał z rodzicami w Daireaux. Pamiętał stamtąd właściwie tylko jedno – jak ojciec siadał przy stole, żeby napić się wina, brał małego Omara na kolana i częstował go alkoholem, mimo że chłopiec nie miał nawet pięciu latek. Niedługo po śmierci męża w 1941 r. Isabela zdecydowała się wyjechać z Daireaux. Razem z dziećmi przeniosła się do położonego 400 kilometrów na północny-wschód miasta La Plata. Najstarszy z jej synów, Guillermo, znalazł pracę w miejscowej fabryce, a pozostali dwaj chcieli dostać się do policji. Omar był oczywiście za mały, żeby móc normalnie pracować, ale mimo to starał się, jak mógł, żeby choć trochę pomóc matce. Rodzina zamieszkała w barrio La Loma, gdzie żyła bardzo skromnie, a budynek, który służył im za dom, z wyglądu przypominał stary magazyn i nie miał nawet drzwi. Mieszkaliśmy kilka przecznic dalej i widywaliśmy Omara chodzącego każdego dnia z koszami owoców i warzyw w rękach oraz z czosnkiem zwisającym mu z ramion. Sprzedawał je na ulicy. Zbierał też butelki, żeby wymienić je na trochę drobnych. Robił wszystko, żeby pomóc mamie – wspominała kuzynka Corbatty Alicia Matas. Isabel, żeby zapewnić dzieciom byt, prała i sprzątała w domach innych ludzi. Praktycznie nie utrzymywała kontaktów z resztą rodziny i została zapamiętana jako osoba dość ponura i posępna. Trudno się dziwić, bo przecież życie jej nie rozpieszczało. Corbatta pod tym względem był do niej podobny. Kuzynostwo wspomina go jako wycofane, zamknięte w sobie dziecko. Nawet kiedy przechodził koło domu ciotki Orestiny, która próbowała zapraszać go na herbatę i ciasteczka, mały Omar nie reagował, tak jakby świat zewnętrzny zupełnie nie istniał. Opuszczał głowę tak, jakby się wstydził. Był smutnym chłopcem – mówiła po latach Alicia o swoim kuzynie. Bardzo szybko zakończył też edukację. Już w drugiej klasie musiał zrezygnować ze szkoły, żeby pomóc w dystrybucji chleba, jak wspominał w jednym z wywiadów. Nie zdążył się nauczyć ani pisać ani czytać, co w przyszłości będzie dla niego sporym powodem do wstydu. La Plata dla dorastającego Omara nie była wymarzonym miejscem do życia. Jednak to właśnie w tym mieście odnalazł jedną z niewielu rzeczy, z której mógł czerpać radość. To w La Placie zaczął grać w piłkę, która szybko stała się jego całym światem. Na boisku był zupełnie inny – nie chodził już z opuszczoną głową. Krewni mówili o nim, że już od małego dużo się ruszał i był bardzo wygimnastykowany. Swoje pierwsze piłkarskie kroki Corbatta stawiał na pustych parcelach w sąsiedztwie. Zawsze pamiętał, gdzie zaczynał i podkreślał, że to w czasie ulicznych gier toczonych w okolicach skrzyżowania 17. z 36. ulicą sam, bez niczyjej pomocy uczył się futbolowego abecadła. Grywał na boso, bo nie stać go było choćby na tenisówki. Praktycznie z nikim nie rozmawiał i nic nie mówił. Odzywał się tylko wtedy, kiedy prosił o piłkę. W wywiadzie, którego udzielił w 1980 r. Rodolfo Braceliemu, powiedział, że gra na takich wyjałowionych, pokrytych kurzem boiskach była dużo przyjemniejsza, niż występy na najlepszej murawie. Kiedy dziennikarz zapytał go, dlaczego tak uważa, Corbatta odpowiedział: ,,Bo kiedy kurz unosi się z ziemi, to możesz ukryć w nim piłkę tak, że żaden Bóg jej nie znajdzie.” Pierwszym klubem, którego barwy reprezentował Corbatta był założony w bliskim sąsiedztwie Peñarol. To w tym małym klubiku, którego siedziba znajdowała się tylko jedną przecznicę od jego domu, zaczął występować jako prawoskrzydłowy. W La Placie działały wówczas dwa naprawdę wielkie kluby – Estudiantes i Gimnasia y Esgrima. Corbatta był kibicem pierwszego z nich i marzył, żeby kiedyś zagrać w ich barwach. Kiedy mecze Peñarolu kolidowały ze spotkaniami Estudiantes, Corbatta nie wahał się i wolał oglądać w akcji swoich idoli, zajmując miejsce w górnym rzędzie na trybunie studenckiej. Z tego też względu dla swojej drużyny najczęściej występował w meczach, które rozgrywano rano. W tych popołudniowych brał udział tylko wtedy, kiedy Estudiantes grało na wyjeździe.
W tamtych czasach dla klubów jednym ze sposobów na wyszukiwanie utalentowanych młodych piłkarzy z najbliższej okolicy była organizacja małych turniejów, w których często brały udział rozmaite osiedlowe drużyny. Zawody zaczynały się zwykle w soboty, a kończyły w niedziele. Był to dobry sposób, żeby z bliska przyjrzeć się kandydatom do gry w zespołach juniorskich. Corbatta brał w nich udział jako zawodnik drużyny Resistencia. Została ona utworzona specjalnie na potrzeby występu w takich turniejach. Pierwszy, w którym się zaprezentował, odbył się na obiektach Gimnasii y Esgrimy, a kolejny zorganizowało Estudiantes. Omar pokazał się tam z na tyle dobrej strony, że wkrótce potem dołączył do swojego ulubionego zespołu. Estudiantes było jego pierwszym oficjalnym klubem. Jako czternastolatek grał w rezerwach w ósmej lidze, ale w drużynie nie spędził zbyt wiele czasu. Występował tam tylko w latach 1950-51, a okoliczności jego odejścia nie są do końca jasne. Najbardziej rozpowszechniona wersja mówi, że Corbatta pożegnał się z klubem po odniesieniu kontuzji kostki. Sam piłkarz kilka lat później twierdził, że powodem jego odejścia były nienajlepsze stosunki z liderem zespołu. Z kolei w klubie przez długi czas krążyła plotka, że Corbatta miał rzekomo ukraść buty koledze z drużyny. Inne wersje tej historii mówią, że miał to być tylko żart, albo że Omar nie oddał na czas butów właśnie przez odniesioną kontuzję. Jak było naprawdę już się nie dowiemy. Pewne jest jednak to, że w biuletynie Asociación del Fútbol Argentino z 1953 r. pojawiła się informacja o przejściu Corbatty z Estudiantes do ligi piłkarskiej La Platy. Kilka miesięcy później Omar został zawodnikiem klubu Juverlandia, który swoją siedzibę miał w mieście Chascomús leżącym 80 kilometrów na południe od La Platy. Po opuszczeniu Estudiantes Corbatta ponownie zaczął pokazywać się na rozrywanych w La Placie mniej lub bardziej oficjalnych turniejach. Swoimi występami zwrócił uwagę dwóch mężczyzn z Chascomús, którzy szukali wzmocnień do swojego klubu. Byli to Héctor Noya, który był właścicielem sklepu rowerowego i prezesem Juverlandii oraz jego szwagier Osvaldo Diani. Corbatta zrobił na nich duże wrażenie swoim dryblingiem i gołym okiem widać było, że ma nieprzeciętny talent. Matka Corbatty powiedziała nam, że syn nie ma obuwia, więc musieliśmy to załatwić. Kupiliśmy mu też spodnie i koszule – opowiadał Alejandro Wallowi Osvlado Diani. Corbatta zmienił klub, ale nie zmienił miejsca zamieszkania. Ciągle mieszkał z matką i wolał co tydzień dojeżdżać 80 kilometrów do Chascomús. Mecze rozgrywano w niedziele, więc Omar wyjeżdżał z domu już w sobotę. W Chascomús miał zapewniony nocleg u brata prezesa, a po niedzielnych zawodach wracał do La Platy. Funkcjonował tak przez dwa lata. W nowym zespole dość szybko znalazł wspólny język z jednym z chłopaków, który też nocował u Noyi. Wkrótce obaj coraz więcej czasu zaczęli spędzać w miejscowych barach. Corbatta pozbawiony matczynej kontroli po raz pierwszy poczuł namiastkę wolności i skrzętnie starał się ją wykorzystać. Razem z kolegą często wymykali się wieczorami, więc włodarze klubu, żeby ukrócić te występki, przyprowadzali im na noc psa, który miał ich pilnować. Juverlandia brała udział w rozgrywkach lokalnej Ligi Chascomunense. Nigdy wcześniej nie odnosiła sukcesów, ale zmieniło się to w 1954 r. Wtedy to grająca w zielono-białych koszulkach drużyna po raz pierwszy w historii wygrała ligę. Dla Corbatty był to pierwszy poważny sukces, który co prawda zblednie przy innych triumfach, ale to po nim stało się jasne, że Omar musi trafić do lepszej ekipy, żeby móc się rozwijać. Niedługo później uwagę na młodego skrzydłowego zwrócił jeden z największych klubów w kraju – Racing Club de Avellaneda. Zespół La Academia, jak określają go kibice, trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Argentyny w latach 1949-51. 3 września 1950 r. oddano do użytku nowy stadion, który był wówczas jednym z największych i najnowocześniejszych obiektów w kraju. Estadio Presidente Perón nazwany tak na cześć prezydenta kraju rok później był areną ceremonii otwarcia pierwszej edycji igrzysk panamerykańskich. Mimo posiadania tak zacnego patrona stadion wśród kibiców najczęściej funkcjonował jako El Cilindro de Avellaneda, lub po prostu El Coliseo. Połowa lat pięćdziesiątych to dla klubu czas przebudowy i odmłodzenia zespołu. W przyszłości jednym z liderów budowanej drużyny miał zostać właśnie Corbatta. Okoliczności jego dołączenia do Racingu również jednak nie są całkowicie jasne i w całej tej historii pojawia się kilka nazwisk.
7
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
0
@FcPortoFan1999 Owszem zgadza się. Wystarczy wymienić tylko Juninho Pernambucano czy Benzeme a przecież grali jeszcze Grosso, Lloris, Pjanić czy Cesar Delgado.
10
Rewanż z przytupem!
11 marca 2009 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Olimpique Lyon 5:2 w 1/8 Ligi Mistrzów. W pierwszym meczu na Stade Gerland Barça wywiozła cenny remis 1:1. Natomiast rewanż był meczem spektakularnym a dla Henry’ego, który strzelił 2 gole i zaliczył dwie asysty, bodaj najlepszym w katalońskim okresie jego kariery. Prasa pisała po meczu że Blaugrana jest jedyną ekipą, która w tym sezonie może stawić czoła angielskiej dominacji na kontynencie. Sylvinho powiedział zaś w rozmowie ze stroną klubową: ,,Naszym celem jest potrójna korona. Nie będzie mowy o oszczędzaniu sił. Chcemy wygrać wszystko”. Kości zostały rzucone.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
11
Europejskie trofea:
11 marca 1998 r. FC Barcelona zdobyła swój pierwszy tytuł pod wodzą Luisa van Gaala a był nim Superpuchar Europy. Uczyniła to w rewanżowym meczu z Borussia Dortmund na Westfalenstadion remisując 1:1. W pierwszym meczu na Camp Nou Barça wygrała 2:0(gole zdobyli Luis Enrique i Rivaldo z karnego), natomiast w rewanżu trafił Giovanni. To był ostatni Superpuchar rozgrywany systemem mecz i rewanż. To był również ostatni sezon Pepa Guardioli, który jednak nie występował w dwumeczu o Superpuchar.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
1
Lobotke??? Na miłość Boską(!) ,,Generale", przecież to jeden z najgorszych zawodników Napoli, jeśli nie najgorszy...
11
O takich legendach Blaugrany warto a nawet trzeba pamiętać:
11 marca 1935 r. urodził się Eulogio Martinez, Paragwajczyk, jeden z najlepszych napastników w historii FC Barcelony. Cechowała go nie tyle skuteczność co boiskowa gracja a największym atutem Paragwajczyka była z pewnością łatwość zdobywania sobie pozycji strzeleckich. W granatowo-bordowych barwach występował przez 6 sezonów, w których zdobył 168 goli w 225 meczach. Eulogio jest pierwszym strzelcem gola na Camp Nou, w meczu otwarcia stadionu z reprezentacją Warszawy 24 września 1957 r. Ponadto warto również pamiętać że Martinez strzelił 7 goli(!) w meczu Copa del Rey przeciwko Atletico Madryt 1 maja 1957 r. zakończonym zwycięstwem 8:1! Wówczas przyćmił samego Kubale, który również swego czasu(10.02.1952) strzelił 7 goli w jednym meczu.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
9
@FCBparasiempre
10 marca 1965 r. w Gdańsku urodził się Jacek Grembocki, obrońca. Sportowe CV Grembockiego powinno robić wrażenie nawet na laikach. Jako 18-latek przeżywał pucharową przygodę z wielkim Juventusem a potem w mistrzowskim Górniku Zabrze zagrał niezapomniane mecze z Realem Madryt oraz w kilku innych spektakularnych europejskich potyczkach. Występował też w reprezentacji Polski, no i trenował… Roberta Lewandowskiego! Jacka większość bardziej kojarzy jako szkoleniowca, twardego, zadziornego, nieustępliwego i takiego, co nigdy nie gryzie się w język. Z trudem panuje nad emocjami. Gdy prowadził drużynę zza linii bocznej, to zawsze całym sobą, kończąc spotkanie jako strzępek nerwów. Przy tym wszystkim nie brakowało mu fantazji. Pracować w Polonii Warszawa dla ekscentrycznego milionera Wojciechowskiego i zarazem w tej pracy uparcie bronić swojego zdania? To praktycznie sprzeczność sama w sobie. On przynajmniej ambitnie próbował. Zanim jednak na scenę wkroczył szkoleniowiec Grembocki, Polska poznała Grembockiego jako piłkarza. Pomysły na karierę miał nieszablonowe. Oto w wieku 30 lat został piłkarzem w… Wenezueli. Podpisał umowę ze stołecznym Caracas FC, topowym klubem w tym kraju. ,,Pieniądze oferowali oczywiście lepsze niż miałem w Polsce za czasów gry w Górniku. Baza też nieporównywalnie lepsza a żyło się tam tanio i wtedy jeszcze w miare bezpiecznie”- podkreśla Grembocki. Dodajmy iż w polskiej lidze i reprezentacji Grembocki dał się poznać jako prawy obrońca, ewentualnie boczny pomocnik, jednak do Caracas jechał jako napastnik. Takie było zapotrzebowanie. Staż Grembockiego zbiegł się z pielgrzymką Jana Pawła II właśnie w Wenezueli. Valentiner(właściciel FC Caracas) był wystarczająco wpływowym człowiekiem, by wyjednać sobie prywatną audiencje u papieża. W czasie rozmowy z Janem Pawłem II, opowiadając o swoim klubie, wspomniał że akurat w tej chwili na testach w drużynie ma gracza z Polski ale jeszcze nie podjął decyzji, czy go zatrudni. ,,Mojemu rodakowi trzeba pomóc”- miał powiedzieć papież. ,,Tak to opisały media”- zaznacza Grembocki i dodaje że Valentiner prośbe głowy kościoła wziął sobie do serca i choć w Caracas został Mike Osei, zostawili też i jego. ,,Nie ukrywam że badania lekarskie zaliczyłem na słowo harcerza. Miałem kolano po trzech operacjach, zgięcie i ruchomość stawu bardzo słabe. Lekarz też się chyba nade mną zlitował na fali tego papieskiego wsparcia bo tylko zapytał, czy kolano mnie pobolewa. Zaprzeczyłem. Nie skłamałem bo nie pobolewało, ono mnie napierdzielało! Dostałem półroczny kontrakt”- opowiadał Grembocki. W Wenezueli za dużo sobie jednak nie pograł. Miesiąc musiał czekać na certyfikat a drużyna walczyła bez niego. Potem jeździł na wszystkie mecze jako rezerwowy. Raz zagrał w lidze i raz w Copa Libertadores przeciwko San Lorenzo, w którym w składzie grał mistrz Świata Oscar Ruggeri. W czerwcu 1996 r. Jacek wrócił do Europy. Były jeszcze epizody w Niemczech i pare ładnych lat w Polsce ale już nie w ekstraklasie. Na piłkarskie nazwisko sumiennie zapracował w latach 80-tych. Zaczynał w Lechii Gdańsk. Z fantazją 18-latka zdobył z Lechią Puchar i Superpuchar Polski. Potem był Juventus w PZP. Co z tego że 2 mecze przegrane? Liczyła się wielka przygoda i spotkanie ze światowymi gwiazdami. ,,Juventus nie wiedział co to za kosmici z tej Lechii, dlatego latem sfinansował nam obóz we Włoszech. Graliśmy sparingi a oni nas obserwowali. Fantastyczna przygoda”- wspomina Grembocki. Potem dokonał dużej rzeczy: przeniósł się z Lechii do Górnika Zabrze, wówczas najlepszego polskiego klubu. Górnik na prawą obronę sprowadził Szlezaka, zdrowego, wybieganego chłopa z Górnika Knurów.
Trener Lesław Ćmikiewicz próbował obydwu, trwała rywalizacja. Szybko jednak odszedł ze stanowiska a zastąpił go będący świeżo po mistrzostwach świata w Meksyku Antoni Piechniczek. ,,On od razu postawił na mnie. Całkiem odmienił moją role w zespole. Byłem mu wdzięczny bo czułem jego wsparcie, które dodawało mi skrzydeł. Odżyłem. Jako trener krzyknął do mnie w czasie meczu: ,,Ty człapaku!”, bo na przykład nie wróciłem za kontrakcją pod bramke, to się nie obrażałem, tylko czułem że jestem dla niego ważny i chce żebym był coraz lepszy. Myślę że gdyby to wszystko działo się wcześniej, byłbym na meksykańskim mundialu”- oceniał Grembocki. Potem zajął się pracą trenerską. W Zniczu Pruszków prowadził Roberta Lewandowskiego, który za jego czasów strzelał gole jak na zawołanie. To była pamiętna wiosna sezonu 2007/08 kiedy Zniczowi jakimś cudem nie udało się awansować do ekstraklasy. Zadecydowały ostatnie mecze, w których Lewandowski nagle przestał strzelać gole. Znicz z Grembockim został w drugiej lidze a Lewy poszedł do Lecha Poznań. ,,Gdy zima przyszedłem do Pruszkowa, Robert był wspaniałym, zwykłym chłopakiem, który nastawiał się na karierę zawodowego piłkarza, lecz wcale jakoś nadzwyczajnie nie wybijał się ponad poziom. Dopiero gdy wpuściłem go w drugiej połowie wygranego ostatecznie sparingu z ŁKS, zobaczyłem u niego coś, co zapamiętam do końca życia. W głowie mam taką taśme filmową: Robert na środku boiska przejmuje piłke, zakłada siatke twardzielowi Udareviciovi, bierze go na plecy, biegnie na bramke i strzela gola! Ta jedna akcja oświeciła mnie jako trenera że mam do czynienia z ogromnym talentem. Wtedy głośno powiedziałem: ,,Ten facet będzie grał w reprezentacji Polski!”. No jasne, nie zawyrokowałem że w Dortmundzie czy Bayernie, wtedy to była czysta abstrakcja. Mówimy o chłopaku, który dopiero pograł trochę w polskiej drugiej lidze! Potencjał na kadre narodową jednak w nim dostrzegałem. Dlaczego? Bo ja kiedyś też w niej grałem i też uparcie pokonywałem kolejne szczeble”- wspomina niepokorny piłkarz i trener. Jacek Gembocki zdobył 2-krotnie mistrzostwo Polski z Górnikiem Zabrze(1987 i 1988), Puchar Polski z Lechią Gdańsk(1983) oraz Superpuchar Polski również z Lechią(1983).
5
Żywe legendy rodzimego futbolu:
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
6
@FCBparasiempre
10 marca 1963 r. Boliwia remisuje z Ekwadorem 4:4 na Estadio Hernan Siles w La Paz. Tym samym rozpoczyna się 28 edycja Copa America. Po raz pierwszy w historii uczestników turnieju gościła Boliwia. Nigdy wcześniej piłkarze z nizin nad La Platy nie występowali na wysokościach tak podniebnych. Stolica Boliwii nazywana ,,Dachem Ameryki” leży bowiem 3600 metrów nad poziomem morza. Rozrzedzone powietrze powodujące odczuwalny niedobór tlenu oraz inne klimatyczne problemy stawiały przed organizmami zawodników wymagania, którym słabsi fizycznie nie mogli sprostać. Owe specyficzne warunki dla odmiany faworyzowały gospodarzy oraz do pewnego stopnia także obytych z wysokogórską specyfiką- Peruwiańczyków. Główną areną imprezy był stołeczny Estadio Hernan Siles, jednak organizatorzy, uwzględniając argumenty drużyn przyjezdnych, większość spotkań przenieśli na jeszcze pojemniejszy Estadio Felix Capriles w miejscowości Cochabamba, położonej nieco niżej niż La Paz. Nieobecność Urugwaju, trzeciorzędna ekipa Brazylii(najlepsi jej piłkarze akurat szykowali się do wielkiego tournée po Europie), pokoleniowa zmiana w drużynie Peru, wreszcie personalna rewolucja w kadrze Argentyny- wszystko to stwarzało gospodarzom wręcz życiową szanse. Trzeba przyznać iż bodaj nigdy wcześniej turniej tej rangi nie był, w skutek powyższych okoliczności, obsadzony tak słabo. Toteż Boliwia przygotowywała się do niego niezwykle starannie. Poświęcono temu wszystkie możliwe środki, zapewniając ekipie idealne warunki. Czuli oni ogromną społeczną presje, lecz owe wygórowane oczekiwania okazały się czymś w rodzaju wiatru w żagle. Poczucie odpowiedzialności za wynik nie paraliżowało ich, wprost przeciwnie, wyzwoliło wszelkie rezerwy, dopingując do największych poświęceń. Zresztą pod tym względem boliwijscy górale zawsze stali wysoko. Ambicją, bitnością, wolą walki dorównywali niemal samym Paragwajczykom. Było też jasne że w niebywale trudnych warunkach klimatycznych wydolność ich organizmów pozwoli na ,,zabieganie” przeciwnika. Ich asem atutowy, idolem absolutnym, wręcz bohaterem narodowym był nieodmiennie, już od końca lat 40-tych, Victor Agustin Ugarte, z pochodzenia Indianin, który w czasie turnieju miał… 37 lat! Niewysoki, silny fizycznie, w odróżnieniu od bitnych, twardych lecz nieco topornych kolegów był przede wszystkim niezrównanym technikiem. Jego dryblingi, sposób panowania nad piłką czy imponujący repertuar zwodów, nasuwały porównanie z największymi artystami piłki z Brazylii, Urugwaju czy Argentyny. Nie ustępował im niczym. Na początku lat 60-tych pojawił się wreszcie w Boliwii godny partner Ugarte. Nie był wprawdzie technikiem tak finezyjnym ale potrafił wiele. Występował na prawym skrzydle, lecz z upodobaniem zmieniał pozycje, często przechodząc do środka. Strzelał ostro i kąśliwie, w najmniej spodziewanych momentach. Ten groźny napastnik nazywał się Ramiro Blacutt i miał już za sobą doświadczenie zdobyte w argentyńskim Ferro Carril Oeste. Wraz z Blacuttem w tymże Ferro grali jeszcze twardy jak skała Wilfredo Camacho oraz często w charakterze rezerwowego de Lorenzo. Boliwijczycy szukali wzorów do naśladowania właśnie u potężnego sąsiada. Argentyńscy zawodnicy byli gwiazdorami klubów z La Paz i Cochabamba a niektórzy z nich po pewnym czasie przyjęli nawet obywatelstwo boliwijskie, nabywając tym samym praw do występów w drużynie narodowej. Taki status uzyskali obrońcy Cainzo i Eduardo Espinoza oraz pomocnik Vargas. Odsiecz ta bardzo wzmocniła linie defensywne i chociaż wspomniana trójka z pewnością nie reprezentowała klasy światowej, lecz jej doświadczenie i obycie przydało całemu zespołowi wiele solidności i pewności siebie. Spośród uczestników turnieju zupełnie nie liczyła się Kolumbia. Tylko kompletnie osamotniony Gamboa przeprowadzał błyskotliwe indywidualne akcje. Nieco lepiej wypadł Ekwador, lecz pozbawiony swego asa atutowego Alberto Spencera, nie mógł zwojować zbyt wiele. Jednak to Ekwadorczyk Carlos Raffo dosyć nieoczekiwanie wywalczył tytuł króla strzelców imprezy z 6 golami. Z kolei Peru zmieniało skóre. Odeszli niemal wszyscy wybitni piłkarze dawnej generacji,, traktujących futbol jako beztroską , cudowną zabawę. Dopiero wyrastało pokolenie nowe, o innej mentalności. Nazwiska takich piłkarzy jak Rubinos, Campos, Leon czy Gallardo miał poznać futbolowy świat po kilku następnych latach , kiedy dojrzały fantastyczne talenty młodej generacji: Cubillas, Sotil, Challe, Baylon czy Ramirez. Natomiast nad podziw udany okazał się powrót Paragwaju do kontynentalnej elity. ,,Guarani” przywieźli zespół jak zwykle bojowy i nieprzytomnie ambitny, który znakomicie znosił trudne warunki klimatyczne, kondycyjnie wytrzymując wszystkie mecze do ostatniego gwizdka. Paragwajczycy urwali punkt faworyzowanej Argentynie, ulegli tylko gospodarzom a w przekroju całego turnieju stracili najmniej goli. W obronie bez zarzutu spisywali się Antonio Insfran i Vicente Bobadilla, zaś w ataku wielkie wrażenie wywarł głownie Eladio Zarate, potężne, wysokie chłopisko, poruszające się wszakże z gracją baletnicy. Zdobył wprawdzie tylko 3 gole ale widać było że gra świetnie głową i ma zadatki na snajpera wyborowego. Wiedząc że Brazylia sprawdza swoje głębokie rezerwy, również kierownictwo ekipy argentyńskiej postanowiło poddać próbie całą grupe młodych, obiecujących piłkarzy. Legendarny piłkarz a wówczas trener Nestor Rossi, zebrał naprawdę zdolnych młokosów. Do ciekawych postaci należał bramkarz Edgardo Andrada, prawoskrzydłowy Raul Bernao czy wreszcie szczupły napastnik Cesar Luis Menotti, bardzo inteligentny o silnej osobowości. Jednak to było za mało by rywalizować o miano mistrza Ameriki Południowej i w efekcie Argentyna zajęła dopiero 3 miejsce. Losy turnieju przesądził właśnie mecz gospodarzy z Argentyną w La Paz. Boliwijscy górale nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa, chociaż wygrali 3:2 po zaciętej walce. O dziwo Albicelestes dobrze znieśli klimatyczne niedogodności, toteż zażarty, wyrównany bój trwał do końcowego gwizdka. Ponad 20 tys. fanatycznych kibiców ryczało tak przeraźliwie że ich krzyk zdawał się wprawiać w drżenie szczyty okolicznych gór. Ten szaleńczy doping nie pozostał bez wpływu na wynik spotkania. ,,Mieliśmy wrażenie że w przypadku wygranej nie uszlibyśmy cało ze stadionu”- komentował argentyński napastnik Savoy. Decydujący gol padł w okolicznościach, które wzbudziły protesty gości. Blacutt został sfaulowany na polu bramkowym. Rzut karny obronił Andrada w iście kocim stylu, wybijając piłke na korner, po czym utonął w ramionach kolegów, przyjmując gratulacje za ten wyczyn. Tym czasem Boliwijczycy bez chwili zwłoki wykonali rzut rożny i korzystając z zamieszania, Camacho strzelił gola. Swój ostateczny sukces Boliwia przypieczętowała pare dni później w Cochabamba, pokonując Brazylie 5:4! Niebywała euforia ogarnęła stadion, miasto i cały kraj. Bohaterów zniesiono z boiska na ramionach. Prezydent republiki, Victor Paz Estenssoro osobiście pojawił się w szatni, ściskając po kolei wszystkich piłkarzy. Na wniosek rządu minister edukacji wypłacił każdemu zawodnikowi po 10 milionów pesos, zaś dwie postaci najbardziej zasłużone uhonorował najwyższym odznaczeniem państwowym: orderem Andyjskiego Kondora. Zaszczytu tego dostąpili prezes federacji futbolowej Roberto Prada oraz największy piłkarz Boliwii w dziejach- Victor Agustin Ugarte. Doprawdy, trudno o godniejsze zakończenie, wieloletniej, wspaniałej kariery. Długo jeszcze szczęśliwa Boliwia napawała się tym jedynym w historii triumfem. Nie ma się co dziwić, w końcu Boliwia poza swoim terytorium jest piłkarskim outsajderem i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zdobędzie jeszcze to trofeum…
5
Wyjątkowa Copa!
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
7
@FCBparasiempre
Fernando Peyroteo, bo o nim mowa, urodził się w Humpata w Angoli 10 marca 1918 r. Był synem białych osadników a jego nazwisko Peyroteo wzięło się od jego dziadka ze strony ojca, który był pochodzenia hiszpańskiego. Młody chłopak okazał się wszechstronnym sportowcem. Od wczesnych lat uprawiał wiele dyscyplin. Zaczął grać w piłkę w lokalnych klubach w Angoli, w tym w Sporting Clube de Luanda, który był luźno powiązany ze Sportingiem z Lizbony. W 1937 r. Jego rodzina przeprowadziła się do Lizbony z powodu złego stanu zdrowia jego matki. W stolicy Portugalii swoje pierwsze kroki 19-letni Fernando skierował do Sportingu. Nie marnował czasu i już w pierwszym meczu treningowym strzelił hat-tricka. Ówczesny trener Sportingu József Szabó natychmiast zorientował się, jak ogromny talent mu się trafił i bez żadnej pisemnej umowy, opierając się tylko na słownych ustaleniach, zaproponował mu grę w barwach Lwów. Szabo trenował z nim cztery razy w tygodniu, choć pozostali gracze mieli takie treningi tylko dwukrotnie. Mimo że później otrzymywał lepsze finansowo oferty m.in. z Porto, pozostał wierny Sportingowi przez całą karierę. On nigdy by nie zagrał dla Benfiki czy FC Porto. Dla niego barwy w których grał były święte. Tak mówił w wywiadzie dla „Jornal Sporting” jego syn. W swoim pierwszym oficjalnym meczu, 12 września 1937 roku, zdobył dwa gole w wygranym 5:3 meczu z Benfiką. Jak się potem okazało, był to początek wyjątkowej kariery. Po tym spotkaniu dziennikarze tak opisywali jego grę: ,,Jest doskonale zbudowanym fizycznie, szybkim graczem i bez wysiłku dochodzi do pozycji strzeleckich. Peyroteo nie pokazał żadnych nerwów w swoim debiucie, co pokazują dwa zdobyte gole”. Filmy które zachowały się z tamtych czasów, pokazują Peyroteo jako kompletnego napastnika. Był szybki, świetnie dryblował, grał równie dobrze obiema stopami. Nie była dla niego problemem również gra głową. Co ważne, był bardzo inteligentnym graczem a to pozwalało mu również organizować ustawienie zespołu, gdy cofał się i grał na pozycji obecnie określanej jako „10”. Zawsze uważał, że zespół to suma indywidualności: ,,Dobre zespoły, bez dobrych zawodników, moim zdaniem nie istnieją”- pisał tak w swoich wspomnieniach. Jego pełen profesjonalizm widać po tych słowach: ,,Przed meczami interesowałem się defensywą, z którą miałem się zmierzyć. Czy szybko reaguje? Czy dobrze radzi sobie w pojedynkach o piłkę? Czy piłkarze równie dobrze grają obiema stopami, czy może mają jedną lepszą od drugiej? Czy zamykają oczy gdy skaczą do piłki? Czy grają technicznie czy siłowo? Zawsze próbowałem wykorzystać ich słabości.”
Jego najsłynniejszy mecz to spotkanie z Benfiką, decydujące o mistrzostwie w sezonie 1947/1948. Aby wyprzedzić w tabeli lokalnego rywala, Sporting musiał wygrać trzema golami. Peyroteo zdobył cztery bramki w 34 minuty, dzięki czemu Sporting wygrał 4:1 i na zakończenie sezonu zdobył mistrzostwo Portugalii. Niestety na arenie międzynarodowej nie osiągnął takich sukcesów, jak w klubie. II wojna światowa zabrała mu wiele najlepszych lat. W tym czasie Portugalia była ograniczona do grania spotkań z innymi neutralnymi krajami, Hiszpanią i Szwajcarią. Peyroteo zagrał w 20 meczach dla Portugalii i strzelił w nich 15 goli. Nigdy nie wystąpił na mistrzostwach świata. Jego trener ze Sportingu, Cândido de Oliveira, określił go najlepiej: Był maszyną strzelającą bramki. Statystyki z tego okresu są często niewiarygodne, głównie z powodu włączenia lub wyłączenia klubowych meczów towarzyskich. Jednak oficjalne dane Sportingu wpisują mu niesamowite 544(!) gole w 327 meczach dla klubu. Wygląda to jeszcze bardziej imponująco, gdy te liczby są podzielone. Zdobył 332 gole w 197 meczach w lidze portugalskiej, co daje mu średnią 1,68 gola na mecz! Wprawdzie wyprzedza minimalnie Eusébio (320) i Fernando Gomesa (319), ale bije ich na głowę, gdy liczymy bramki strzelane na mecz. Być może strzelił ich najwięcej, bo aż 693(!) we wszystkich rozgrywkach i meczach towarzyskich, wszystkie tylko dla jednego klubu. W sezonie 1946/1947 Sporting zdobył niesamowite 123 gole(!) w zaledwie 26 meczach na drodze do zwycięstwa w lidze. To był najlepszy sezon Peyroteo, który zaliczył 43 trafienia w zaledwie 19 meczach ligowych. Ten rekord trwał do czasu, aż inny zawodnik Sportingu, Argentyńczyk Hector Yazalde, zdobył 46 bramek w sezonie 1973/1974, ale on potrzebował do tego 29 meczów. Inne osiągnięcia Peyroteo są również niewiarygodne. Strzelił dziewięć goli w jednym pojedynku z Leça FC w 1942 roku, co wciąż jest rekordem ligi portugalskiej. W 1948 roku zdobył z kolei osiem goli w starciu z Boavistą. Po sześć goli w meczu strzelał trzykrotnie, a po pięć aż dwunastokrotnie! Był także pierwszym, który strzelił 5 goli w dwóch kolejnych spotkaniach . Miało to miejsce w 1942 roku. To sześciokrotny król strzelców ligi portugalskiej. Ze Sportingiem zdobył osiem mistrzostw Lizbony, sześć mistrzostw Portugalii i cztery puchary krajowe.
W tamtym czasie nie było Pucharu Europy ani innych ogólnoeuropejskich rozgrywek, co uniemożliwiło Peyroteo pokazanie swoich umiejętności szerszej widowni. To też tłumaczy dlaczego jest tak mało znany poza Portugalią. Po wygraniu trzeciego z rzędu tytułu mistrzowskiego w sezonie 1948/1949, zdecydował się przejść na emeryturę. W swoim ostatnim meczu ligowym strzelił hat-tricka przeciwko Orientalowi, a spotkanie skończyło się wynikiem 8:0. 25 września 1949 roku Peyroteo zagrał swój ostatni mecz w barwach Sportingu, wygrany 2:1 z Atletico Madryt. Przed tysiącami Sportinguistas, Fernando Peyroteo tak uzasadniał zakończenie kariery w wieku zaledwie 31 lat: Byłem żołnierzem w szeregach narodowego sportu, a żołnierz nigdy nie uchyla się od obowiązków, niezależnie od okolicznościach! Odtąd jednak uznaję, że jestem starym żołnierzem… Nie potrafię sprostać wymaganiom zawodowego piłkarza, który chce zachować formę, być przydatny dla swojego klubu i sposobu w jaki trenuje. Kiedy wchodzę na boisko, mam ochotę grać, ale po kilku kopnięciach piłki czuję niewytłumaczalną irytację. Po zakończeniu kariery wrócił na pewien czas do Angoli ale w 1961 roku powrócił do Portugalii, by poprowadzić reprezentację kraju, jednak po kompromitującej porażce 2:4 z Luksemburgiem został zmuszony do odejścia. Niedługo potem w meczu oldboyów odniósł kontuzję, która spowodowała operację i trzeba było amputować mu nogę. Fernando Peyroteo zmarł na atak serca 28 listopada 1978 r., w wieku 60 lat. Na zawsze jednak pozostał najlepszym piłkarzem w historii Sportingu.
6
Zapomniany genialny snajper:
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
1
@NeroTFP1 Jak najbardziej!
3
Mamy to! Brawo ,,Czerwonoarmiści"! W końcu Legia pokonana!
12
Wielki Górnik w europejskich pucharach:
10 marca 1971 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie Górnik Zabrze pokonał Manchester City 2-0 w pierwszym meczu 1/4 finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Gole zdobyli Włodzimierz Lubański 34 minuta oraz Erwin Wilczek w 40 minucie. Spotkanie sędziował Leonidas Vamvakopoulos a spotkanie z trybun oglądało około 90 tysięcy kibiców. W rewanżu wygrał zespół z Anglii i o awansie rozstrzygnął trzeci mecz rozegrany w Kopenhadze gdzie zwycięski okazał się Manchester i to drużyna z wysp zagrała w półfinale gdzie odpadła z Chelsea. Składy:
Górnik: Hubert Kostka, Jan Wraży, Jerzy Gorgoń, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha, Zygfryd Szołtysik, Erwin Wilczek, Hubert Skowronek, Jan Banaś, Włodzimierz Lubański (60' Władysław Szaryński) Jerzy Wilim
Manchester: Joe Corrigan, Tony Book, Tony Towers, Derek Jeffries, Tommy Booth, Mike Doyle, Alan Oakes, Mike Summerbee, Neil Young, Francis Lee, Colin Bell
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
0
@Barwindg Wybacz ale nie mam tyle czasu aby weryfikować każdy jutub. Około roku temu działał bez zarzutu! Nie mam pojęcia dlaczego oni coś blokują w tych jutubach...
13
Po prostu geniusz!
10 marca 2007 r. Lionel Messi po raz pierwszy w karierze ustrzelił hattricka i to w El Clasico! To był pierwszy klasyk Argentyńczyka na Camp Nou, zakończony remisem 3:3. Goście trzykrotnie wychodzili na prowadzenie, jednak za każdym razem Messi wyrównywał. Po raz trzeci uczynił to w ostatniej minucie meczu gdy Blaugrana grała osłabiona brakiem Oleguera, wyrzuconego z boiska jeszcze w pierwszej połowie.
To trzeba zobaczyć jeszcze raz:
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
11
Ku pamięci wybitnych legend Blaugrany:
10 marca roku 1999, odbył się mecz w hołdzie wielkiemu Johanowi Cruijffowi. Duma Katalonii pokonała w tym meczu 2:0 zespół złożony z piłkarzy ,,Dream Teamu”(między innymi Zubizarreta, Koeman, Bakero, Begiristain, Stoiczkow, Laudrup czy Salinas) oraz gwiazd futbolu( wystąpili chociażby Mario Jardel czy Eric Cantona). Spotkanie oglądał komplet widzów na Camp Nou.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
13
Trofea Blaugrany:
10 marca 1993 r. FC Barcelona zdobyła Superpuchar Europy pokonując w rewanżowym meczu na Camp Nou Werder Brema 2:1. Gole dla Barçy zdobyli Stoiczkow i Goikoatxea. Był to pierwszy zdobyty Superpuchar w historii Blaugrany. Oczywiście Dume Katalonii prowadził wówczas nie kto inny jak sam Johan Cruijff.
Przypomnijmy:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
13
Feliz cumpleaños murzynku Samuelu! 43 lata temu urodził się Samuel Eto’o, mój ulubiony napastnik Blaugrany. Przy tej okazji chciałbym tylko dodać że po przybyciu do Barçy latem 2004 r. Eto’o i Deco, zakochałem się w Dumie Katalonii na amen! Już rok wcześniej, kiedy grał Ronaldinho sympatyzowałem z Blaugraną lecz nie miałem możliwości oglądania jej, jedynie śledziłem wyniki na telegazecie. Najbardziej właśnie uwielbiałem Eto’o, Ronaldinho i Puyola. Dopiero po pewnym czasie doceniłem wartość Xaviego, Iniesty czy choćby Marqueza. To były cudowne, niemal beztroskie czasy…
Jeśli ktoś chciałby poznać biografie Eto’o to mam dla niego taką oto strone: https://legendysportu.pl/samuel-etoo-czarna-perla/
Również Feliz cumpleaños Ivanie! 36 lat kończy dziś Ivan Rakitič, wszystkim cules bardzo dobrze znany pomocnik. Dziękujemy za wszystkie chwile radości i poświęcenie dla Dumy Katalonii. Bywaj zdrów!
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
8
Cudze chwalicie, swego nie znacie:
Wszyscy fascynują się niesamowitą skutecznością trójki napastników Barcelony, ochrzczonej nazwą MSN. I słusznie. Messi, Neymar i Luis Suarez robili nieprawdopodobne rzeczy! Ale cudze chwalicie, swego nie znacie. Frapującą historie poznacie w odpowiedzi na mój komentarz. W Polsce był kiedyś atak co najmniej równie skuteczny. Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz i Teodor Peterek robili rzeczy jeszcze bardziej niewiarygodne i gdyby piłka nożna była wówczas tak medialna, jak dziś, to pewnie wszyscy słyszeliby o ataku WWP. Żeby opowiedzieć tę historię musimy uruchomić nasz wehikuł czasu i cofnąć się aż do lat 30-tych ubiegłego wieku. Jesteśmy w miejscowości Wielkie Hajduki, które w 1939 roku zostaną częścią Chorzowa. Tamtejszy Ruch dopiero zaczynał budować swoją legendę a głównymi architektami byli Teodor Peterek i Gerard Wodarz. To oni, wraz z Edmundem Giemsą, decydowali o obliczu ofensywy zespołu, który w 1933 sięgnął po tytuł mistrza Polski. Wodarz grał na pozycji lewoskrzydłowego. Strzelanie goli nie było jego głównym obowiązkiem, choć podczas 11 sezonów gry w Ruchu strzelił ich 51, czyli całkiem sporo. Jego wkład w sukcesy Ruchu był nie do przecenienia, bo zazwyczaj to po jego dośrodkowaniach z lewego skrzydła napastnicy strzelali bramki. Gdyby ktoś w czasach przedwojennych liczył asysty, to być może mielibyśmy do czynienia z jakąś astronomiczną liczbą. Wodarz był tak dobry, że po meczu z Wielką Brytanią na igrzyskach olimpijskich w Berlinie, Anglicy natychmiast zaproponowali mu grę na Wyspach. Piłkarz odmówił, tłumacząc to tęsknotą za rodzinnym domem. No cóż, takie były wtedy czasy. Teodor Peterek był z kolei klasycznym snajperem. Do Ruchu trafił w 1928 roku ze Śląska Świętochłowice i szybko oczarował kibiców tego klubu eleganckim stylem gry. Kiedy już się zaaklimatyzował na dobre, zaczął strzelać gole z zadziwiającą częstotliwością i w sumie na boiskach ekstraklasy uzbierał ich aż 154. Peterek słynął ze świetnej gry głową i… dogryzania arbitrom. Choć obaj zawodnicy zbierali doskonałe recenzję przed 1934 rokiem, to w rok, w którym Włosi zdobyli tytuł mistrza świata a Polska i Niemcy podpisały deklarację o niestosowaniu przemocy, był przełomowy dla obu zawodników i dla samego klubu. Stało się tak ze względu na przybycie nowego zawodnika – genialnego Ernesta Wilimowskiego.
Popularny „Ezi” grał wcześniej w 1. FC Katowice i już wtedy wszyscy mówili, że ten piłkarz ma papiery na granie. Kiedy jednak założył koszulkę Ruchu, stał się kimś w rodzaju futbolowego mesjasza. Już w pierwszym sezonie strzelił 33 gole, a trzeba zaznaczyć, że wcale nie wpłynęło to na ilość goli strzelonych przez Peterka, który trafiał do siatki 28 razy! Jeżeli dodamy do tego 10 goli Wodarza, to wyjdzie nam niewiarygodna liczba 71 goli w 21 meczach!(w jednym meczu Ruch wygrał walkowerem po wycofaniu rywala). A przecież Wilimowski miał wówczas zaledwie 17 lat! Ile znaczył Wilimowski dla Ruchu? Oddajemy głos nieocenionemu Andrzejowi Gowarzewskiemu, który na łamach tomu 2. „Kolekcji klubów” dotyczącego historii Ruchu Chorzów, pisał następująco: ,,Młodziutki napastnik, o mało przekonującej posturze − szczupły, wręcz chudy, o skąpej, rudowłosej czuprynie i śmiałym, wręcz bezczelnym spojrzeniu − był jednak najlepszym transferem, jakiego dokonali hajduccy działacze. Za hutniczy etat stał się graczem „niebieskich” i od pierwszego występu wzbudzał entuzjazm kibiców. To niewiarygodne, jak olbrzymim talentem obdarzyła go natura − objawił się jako technik absolutny, a przy tym posiadający fenomenalną wręcz intuicję strzelecką. Swoją postawą zmuszał do respektu i akceptacji najbardziej rutynowanych partnerów, znajdował bez trudu miejsce należne mu z racji umiejętności a młody wiek nie miał w tym przypadku żadnego znaczenia. Poddali się jego osobowości tak znakomici gracze, jak Peterek i Wodarz, akceptowali, choć nie zawsze lubili, wszyscy inni”.[Kolekcja klubów. Ruch Chorzów. Wydawnictwo GiA. Str. 43/45]. W kolejnych latach trójka W-W-P, wspierana m.in. przez Edwarda Giemsę, Ewalda Urbana, Ernesta Kubisza czy Ewalda Kruka, była postrachem polskich bramkarzy. W efekcie Ruch do momentu rozpoczęcia II wojny światowej tylko raz dał sobie odebrać tytuł mistrzowski. Peterek w tym czasie dwukrotnie sięgał po tytuł króla strzelców, a w 1936 roku dzierżył berło wraz z Wilimowskim (strzelili wówczas po 18 bramek) a Wodarz robił to, co wychodziło mu najlepiej ― wystawiał im piłki jak na tacy.
W reprezentacji również cała trójka spisywała się wyśmienicie, jednak razem zagrali tylko w trzech meczach. Po raz pierwszy hajduckie trio spotkało się na boisku 23 maja 1934 w meczu ze Szwecją (2:4), choć wówczas Peterek wszedł tylko na ostatnie dziewięć minut. W 1934 roku Peterek, Wilimowski i Wodarz wraz z Edmundem Majowskim i Józefem Nawrotem tworzyli atak reprezentacji Polski w meczu z Jugosławią (1:4) a w 1938 wspólnie z Ryszardem Piecem i Leonardem Piątkiem wystąpili w meczu przeciwko reprezentacji Niemiec (1:4). Ostatecznie Peterek zagrał w kadrze w dziewięciu meczach i strzelił sześć bramek, bilans Wodarza to 28 gier i dziewięć goli a dorobek Wilimowskiego wynosił 22 mecze i 21 goli! Cała trójka brała też udział w wielkich międzynarodowych turniejach i jak zwykle, spisywała się wyśmienicie. W 1936 roku Wodarz (grając u boku Peterka) strzelił trzy bramki Wielkiej Brytanii na igrzyskach olimpijskich, a w 1938 Wilimowski strzelił na mistrzostwach świata cztery gole w starciu z Brazylią, i co warte odnotowania, wszystkie po podaniach Wodarza. Era wielkiego Ruchu zakończyła się w 1939 roku, choć zapewne trwałaby znacznie dłużej, gdyby nie II wojna światowa. Chorzowianie w ostatnim przedwojennym sezonie wciąż imponowali niesamowitą skutecznością. Wilmowski po 14 kolejkach miał 26 goli, Peterek 10, a Wodarz dołożył jedno trafienie (choć nie sposób policzyć jego asyst). W tym sezonie do historii przeszedł mecz Ruchu z Union Touring Łódź. Chorzowianie wygrali wówczas 12:1(!) a Wilimowski strzelił aż 10 goli! Co ciekawe ,,Przegląd Sportowy” miał po tym spotkaniu… skrytykować „Eziego”, o czym pisał na swoim blogu Paweł Czado: ,,Szokujące, że za najlepszego zawodnika tamtego meczu uznano nie Wilimowskiego a autora dwóch pozostałych goli kierującego atakiem, wyjątkowo świetnie dysponowanego Teodora Peterka! Przegląd Sportowy napisał, że gra Wilimowskiego w tym meczu nie była bez zarzutu.” Było w niej za dużo cyrkowych sztuczek a za mało pomocy sąsiadom, na czym stracił dobrze grający Wodarz”. Można się tylko zastanawiać co by się działo, gdyby w tamtych czasach było coś takiego jak europejskie puchary. Być może wówczas MSN wciąż próbowałby doścignąć osiągnięcia WWP? Tego już się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że w 1939 roku wybuchła wojna, która rozdzieliła niezwykłe chorzowskie trio. Peterek i Wodarz przez krótki czas zakładali koszulki Bismarckhütter Sport Vereinigung, powstały w miejsce zlikwidowanego Ruchu. Później zostali siłą wcieleni do Wermachtu, ale pod koniec wojny bronili honoru Polski. Zupełnie inaczej potoczyły się losy Wilimowskiego. „Ezi” podpisał volkslistę, przyznając poniekąd, że jest Niemcem i grał nawet w reprezentacji III Rzeszy. I właśnie dlatego Wilimowski przez wiele lat był wymazywany z kart historii polskiej futbolu. Czas pokazał, że wszelkie próby wymazania piłkarzy o takiej klasie są z góry spisane na straty.
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
0
Czyż to Tuchel się wkurwił na swoich podopiecznych czy odwrotnie(?) że tak tłuką to Mainz?
0
@FcPortoFan1999 No raczej wszystko na to wskazuje, gdyż nasza gra wygląda jak gra Barcy a nawet gorzej...
7
@FCBparasiempre
Pod taką nazwą w roku 1960 rozegrano pierwsze w historii Mistrzostwa Europy. Pierwszy projekt mistrzostw Europy powstał wszak aż 33 lata wcześniej, tj. w 1927 roku. Jego autorem był Francuz Henri Delaunay, długoletni sekretarz generalny Fédération Française de Football, a więc francuskiego odpowiednika PZPN. Pomysł nie zyskał jednak aprobaty innego Francuza, legendarnego Julesa Rimeta, pomysłodawcy mundialu i szefa FIFA, który obawiał się osłabienia pozycji Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej. Mimo to idea ,,Euro” przetrwała i po wojnie ponownie pojawił się projekt zorganizowania zmagań o miano najlepszej drużyny Starego Kontynentu. W 1951 roku swoją koncepcję mistrzostw Europy przedstawił Włoch Ottorino Barassi, który od lat identyfikował się z pomysłem Delaunaya. FIFA znów stanęła okoniem, jednak tym razem wywołało to skutki odwrotne od spodziewanych. Dnia 22 czerwca 1954 roku w Bernie 7 działaczy piłkarskich pochodzących z 7 różnych krajów powołało do życia Unię Europejskich Związków Piłkarskich (UEFA), której sekretarzem generalnym został Delaunay. Od tego momentu zorganizowanie pierwszego Euro wydawało się być tylko kwestią czasu. W lutym 1955 roku w trakcie spotkania działaczy UEFA w Brukseli przyjęto ogólny zarys mistrzostw Starego Kontynentu, zgodnie z którym Euro miało odbywać się co 4 lata, w tym samym roku co letnie igrzyska olimpijskie, w analogicznym systemie jak mundial. Konkretów wciąż jednak brakowało. Na domiar złego w listopadzie 1955 roku zmarł Henri Delaunay, przez co trudno było liczyć, że jego idea mistrzostw Europy szybko przeistoczy się w realny byt w postaci pierwszego turnieju. Po wielu dyskusjach i spotkaniach, w których istotną rolę odgrywał m.in. syn Henriego Delaunaya – Pierre, wreszcie w 1957 roku kongres UEFA zatwierdził koncepcję rywalizacji o tytuł mistrza Europy. W czerwcu 1958 roku podczas kongresu w Sztokholmie przyjęto ostateczny kształt Euro, którego oficjalna nazwa brzmiała Puchar Europy Narodów (samo trofeum dla najlepszej drużyny otrzymało imię Henriego Delaunaya). Pierwsza część mistrzostw miała odbywać się w systemie pucharowym (mecz i rewanż). Następnie po wyłonieniu półfinalistów planowano przeprowadzić w jednym państwie turniej finałowy, nadal w systemie pucharowym, tyle że bez rewanżów. Gospodarzem turnieju miała być Francja, ewentualnie Hiszpania, chyba że żaden z tych krajów nie przeszedłby do tego etapu rozgrywek – wówczas zamierzano wybrać inne państwo. W Sztokholmie od razu przeprowadzono także losowanie rozgrywek. Akces do turnieju zgłosiło 17 drużyn, dlatego też o jedno miejsce w 1/8 finału musiały dodatkowy pojedynek stoczyć reprezentacje Czechosłowacji i Irlandii. Ostatecznie po dwumeczu do 1/8 awansowała Czechosłowacja. Do walki o udział w pierwszych mistrzostwach Europy nie przystąpiła ekipa RFN, czy choćby ówcześni wicemistrzowie świata Szwedzi. Dla nich, a także dla wielu innych zespołów, nowo powstałe rozgrywki nie miały wystarczająco dużej rangi. Z uczestników ,,szwedzkiego” mundialu europejskie wyzwanie podjęło tylko sześć zespołów: Austria, Czechosłowacja, Francja, Jugosławia, Węgry i ZSRR. Dodatkowo w eliminacjach udział wzięły: Bułgaria, NRD, Polska oraz Rumunia. Wszystkie te kraje z wyjątkiem Francji, oddzielone były od reszty świata żelazną kurtyną. 8 z 17 pretendentów aspirujących do występów na turnieju finałowym, to państwa ustroju socjalistycznego. Dziewiąta z tego grona Austria, mimo niefortunnego położenia geograficznego, w 1955 r. zyskała wieczystą neutralność, porzucając wszelkie związki łączące je z Moskwą.
Pozostałe kraje były w dużej mierze uzależnione od ,,Wielkiego Brata”. Dla dwóch z nich najbardziej dramatyczny okazał się rok 1956. Polski Październik i rewolucja na Węgrzech odcisnęły ogromne piętno na piłkarskich losach obu państw. To właśnie wtedy nastąpił kres ,,Złotej jedenastki” Gustava Sebesa. Wojska radzieckie krwawo stłumiły ten jawny akt nieposłuszeństwa. W narodzie węgierskim pozostała głęboko tkwiąca zadra. Po dwóch latach ponownie dała znać o sobie, kiedy Madziarzy w eliminacjach Pucharu Narodów Europy wylosowali ZSRR. Pierwszy mecz na moskiewskich Łużnikach przyciągnął ponad stutysięczną widownie. Rosjanie mieli znakomitą kadre. Walentin Iwanow, Anatolij Ilijin i Sława Metreweli pokonali niedoszłych mistrzów świata z 1954 ale bez Puskasa, Kocsisa, Czibora czy Buzanszky’ego to już nie była ta sama drużyna co kiedyś. W Moskwie zabrakło jeszcze Bozsika, który zagrał dopiero w rewanżu oraz Hidegkutiego, który po mistrzostwach świata w Szwecji definitywnie rozstał się z reprezentacją. Mecz w Budapeszcie był formalnością, więc gol Wojnowa tylko przypieczętował awans ZSRR. W kolejnej ,,socjalistycznej” parze mierzyli się ze sobą Jugosłowianie i Bułgarzy. ,,Plavi” posiadali bardzo silną drużynę, która na trzech ostatnich igrzyskach olimpijskich zdobywała srebrne medale. Nie miała więc specjalnych trudności w wyeliminowaniu rywali. Podobnie jak Czechosłowacy, którzy po remisie z Danią w Kopenhadze u siebie zaaplikowali im aż 5 goli!. Do ćwierćfinałów awansowali także Rumuni, za to piłkarze Polski i NRD nie sprostali drużynom z Półwyspu Iberyjskiego, odpowiednio Hiszpanii i Portugalii. W Chorzowie popisową partie rozegrali gwiazdorzy FC Barcelony i Realu Madryt: Luis Suarez i Alfredo Di Stefano. Natomiast wschodnich Niemców oczarował gracz Benfiki Mario Esteves Coluna, który niebawem wespół z Eusebio miał decydować o jej supremacji w Europie. W tamtym czasie na Starym Kontynencie dominowali akurat dwaj Francuzi: Raymond Kopa oraz Just Fontaine. Obaj zrobili furore na szwedzkich boiskach, doprowadzając francuską reprezentacje do trzeciego miejsca. W dowód uznania Kopa został laureatem Złotej Piłki za rok 1958. Fontaine w tej samej klasyfikacji był trzeci. Znakomicie poprowadzili Francje do kontynentalnego turnieju. W meczach przeciwko Grekom i Austriakom grali jak natchnieni. ,,Justo” Fontaine jako pierwszy gracz w historii eliminacji wsławił się hat-trickiem. Trzy gole z Austrią, strzelone przed paryską publicznością potęgowały uwielbienie, jakim darzyli go kibice. Wcześniej 2 gole wbił Grekom. W finałach nie wystąpił jednak ani on, ani Kopa. Fontaine’a z turnieju wykluczyła poważna kontuzja(złamana noga). Po mistrzostwach zagrał w reprezentacji tylko jeden raz, w spotkaniu z Bułgarią ale gola już nie zdobył. Podobnie jak Kopa, czasy świetności miał już za sobą, choć Francuz polskiego pochodzenia jeszcze przez 2 lata witał się z kadrą. Całe eliminacje zdominowała jednak nie piłka, lecz polityka. Szlagierowo zapowiadany ćwierćfinał pomiędzy Hiszpanią a ZSRR nie odbył się a szkoda. Pasjonujący trenerski pojedynek Herrera – Kaczalin ustąpił miejsca ideowym rozbieżnościom między faszyzmem a komunizmem. Generał Franco nie zezwolił piłkarzom na odlot do Moskwy. Nie widział też możliwości przylotu radzieckich obywateli do jego kraju. Wszelkie próby mediacji podejmowane ze strony prezesa federacji hiszpańskiej nie przyniosły żadnego rezultatu. ,,Caudillo” był nie przejednany. W efekcie Hiszpanie zostali na rok zawieszeni w prawach członka FIFA. Ocalała duma narodowa ale ucierpieli na tym piłkarze. Takie asy jak Gento, Kubala, Di Stefano czy Mateos nigdy nie wystąpili na mistrzostwach Europy. W trakcie czterodniowego turnieju finałowego 4 mecze miały przesądzić o końcowym wyniku premierowych mistrzostw Europy. Pierwszy półfinał dostarczył wielu niezapomnianych wrażeń, od razu przechodząc do historii. Stało się tak za sprawą liczby strzelonych goli, którymi piłkarze Francji i Jugosławii uraczyli widownię zgromadzoną na Parc de Princes w Paryżu. Za Francuzami w tym meczu przemawiała własna publiczność oraz znakomity wynik z mistrzostw świata w Szwecji, na których zajęli trzecie miejsce. Z kolei atutem ,,Plavich” był… korzystny bilans w bezpośrednich meczach z Francją. Tradycji ponownie stało się zadość. ,,Trójkolorowi” pozbawieni Cisowskiego, Kopy, Fontaine’a i Piantoniego prowadzili już 4:2, by ostatecznie ulec rywalom 4:5. Trzy ostatnie gole dla Jugosłowian padły w ciągu zaledwie 3 minut. Bohaterem meczu został Drażan Jerkovič, którego trafienia dały remis a później zwycięstwo bałkańskiej drużynie i to wszystko w odstępie 55 sekund! Francuzi powinni byli się tego spodziewać. Na dwóch ostatnich mistrzostwach świata dwukrotnie mierzyli się z Jugosławią w fazie grupowej i za każdym razem przegrywali. W Szwecji nie przeszkodziło im to zająć trzeciego miejsca, lecz w Paryżu nie pozwoliło awansować do finału. W drugim meczu półfinałowym rozegranym w Marsylii naprzeciwko siebie stanęły zespoły Czechosłowacji oraz ZSRR. Było to bardzo jednostronne widowisko. Przewaga Rosjan ani przez moment nie podlegała dyskusji, choć swoje szanse mieli także rywale. Wybrańcy Kaczalina gładko wygrali 3:0. Okazji na zmniejszenie rozmiarów porażki nie wykorzystał Vojta. Piłka po jego strzale z rzutu karnego minęła słupek bramki Jaszyna i przeleciała za końcowa linie boiska. Rudolf Vytlacil, mistrz defensywy, tym razem nie ustrzegł się błędów a jego drużyna straconych goli. Związek Radziecki awansował do finału, w którym czekał już zespół Jugosławii. Czechosłowakom pozostał mecz z gospodarzami o trzecie miejsce. Rywalizaja bez większej stawki, czego dowodem opustoszałe trybuny Stade Velodrome. Chętnych do obejrzenia gry swoich ulubieńców było nie całe 10 tysięcy rodaków. Francuzi czuli ogromny zawód. Zamiast o chwałę, walczyli o honor ale i tego pozbawili ich lepsi w tym dniu Czechosłowacy. Gole Bubnika i Pavlovicia okazały się na wage brązowego medalu. Dwa lata później na mistrzostwach świata w Chile wynik będzie jeszcze lepszy. Vytlacil był w trakcie przebudowy zespołu, której trzon stanowili Schrojf, popluhar i Masopust(zdobywca Złotej Piłki z 1962 r.). Nie było w niej już miejsca dla Pavlovicia, który w trakcie PNE ’60 miał 34 lata na karku i był najstarszym strzelcem całego turnieju.
Pierwszy finał Pucharu Narodów Europy, jeden z czterech, w których na przestrzeni 28 lat będzie dane wystąpić ekipie ZSRR okazał się zwycięski. Wyścig po złoto dwóch sportowych potęg ustroju socjalistycznego, niejednokrotnie ze sobą konkurujących. Paryski finał miał być rewanżem ,,Plavich” za porażke przed czterema laty w decydującym meczu podczas igrzysk olimpijskich w Melbourne 1956. Wówczas o jednego gola, strzelonego przez nieobecnego teraz Iljina, lepsi okazali się Rosjanie. Tym razem miało być inaczej a było podobnie. Śliska murawa nie predestynowała do przeprowadzenia zbyt widowiskowych akcji. Pierwszego gola, tak jak w półfinale z Francją, strzelili Jugosławianie. Ponownie wynik rywalizacji otworzył Milan Galič. Maslenkin w ostrym starciu z Jerkowiciem walczyli o piłke przy końcowej linii boiska. Gdy obaj stanęli, sądząc że futbolówka opuściła plac gry, ich niezdecydowanie wykorzystał Galič i pokonał Jaszyna. Gol do szatni nie zdeprymował jednak Rosjan. Tuż po przerwie rzucili się do odrabiania strat. Pięć minut po wznowieniu gry Bubkin oddaje mocny strzał na bramkę przeciwników. Vidinič broni ale tak niefortunnie odbija piłke że ta pada łupem zawodników radzieckich. W rezultacie Metreweli z bliska strzela gola. Wynik remisowy utrzymał się do końca meczu. Angielski arbiter Edward Ellis zarządził pierwszą w tym turnieju dogrywke. Dodatkowe 30 minut przypadło akurat na mecz finałowy, jakby umyślnie podnosząc jego dramaturgie. Rozstrzygające trafienie padło dopiero na 7 minut przed końcem całego widowiska. Meschi ograł na lewej flance Durkovicia, po czym dośrodkował na pole karne a tam najwyżej do piłki wyskoczył Poniedielnik i umieścił ją w bramce. To był koniec marzeń Jugosłowian o zwycięstwie a zarazem początek wielkiej fety piłkarzy radzieckich. Gawrił Kaczalin miał swój wielki dzień. Był pierwszym ,,królem Europy” i to wywodzącym się z jej ,,gorszej” części. Kapitan zespołu Igor Netto nie krył dumy i zadowolenia odbierając z rąk Pierre’a Delaunaya puchar imienia jego ojca. Coupe Henri Delaunay zasłużenie przypadł Rosjanom. Wschód wykazał wyższość nad Zachodem ale głównie dlatego że Niemcy i Brytyjczycy zlekceważyli kontynentalne rozgrywki. Całe podium zajeli przedstawiciele socjalistycznych państw. To jedyny taki przypadek w historii, która począwszy od zawodów we Francji, co 4 lata dopisuje kolejne rozdziały batalii o prymat w Europie. Bilans 1960 roku przedstawiał się następująco: Związek Radziecki z Pucharem Henri Delaunaya, Jugosławia z medalem za drugie miejsce i… złotym krążkiem wywalczonym na igrzyskach olimpijskich w Rzymie. Oba finały dzieliły od siebie okrągłe 2 miesiące. Na Parc des Princes 10 lipca ,,Plavi” przeżywali rozgoryczenie, na Stadio Flaminio 10 września szaleli z radości. Futbol jest piękny, bo nieprzewidywalny. Nikt wówczas nie mógł również przypuszczać że Związek Radziecki, Jugosławia i Czechosłowacja po ponad 30 latach ulegną rozpadowi. Rolą historii jest jednak pamiętać także o takich przypadkach. Na koniec trzeba jeszcze odnotować króla, a właściwie królów strzelców. Po dwa gole zdobyli: Galič, Iwanow, Jerkovič, Poniedielnik oraz Francuz Heutte.
7
Małymi kroczkami zbliża się święto futbolu a mianowicie kolejne Euro. W związku z tym chciałbym państwu przedstawić historie tego dosyć młodego turnieju w dziejach futbolu. Puchar Europy Narodów część 1:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
9
@FCBparasiempre
Z perspektywy czasu, Juan Sebastian Veron, który obchodzi dzisiaj swoje urodziny, swoją grą potrafił zachwycać we Włoszech i Argentynie. Mimo średnio udanej męczarni na Wyspach Brytyjskich, tam też nie przepadł kompletnie. Jednak jak sam wielokrotnie podkreślał Italia to miejsce odpowiednie do niego. Całą opowieść o dzisiejszym jubilacie, trzeba chyba zacząć od ojca Juana Ramona Verona, który przez lata występował jako napastnik, czterokrotnie grając w reprezentacji Argentyny, spędzając większość swojej kariery w Estudiantes La Plata. Zaliczył też trzyletni epizod w Panathinaikosie Ateny. Gdy w 1975 roku na świat przyszedł jego syn, Juan Ramon wrócił do Estudiantes, a następnie trzy sezony spędził w Kolumbii i znów wrócił do La Platy, miasta położonego kilkadziesiąt kilometrów od Buenos Aires. Co ciekawe, gdy rodził się jego syn, on akurat rozgrywał mecz, bo trener nie chciał go tracić i nie przekazał zawodnikowi o tak ważnym momencie w jego życiu. Młody Juan Sebastian od razu miał więc lepsze wejście do ekipy „Lwów”, gdzie na treningi zaprowadził go ojciec, przez kolejne lata czynnie uczestniczący w życiu klubu m.in. jako doradca. Całe dzieciństwo miał w głowie jednak tylko piłkę, przez co gorzej szło mu w szkole. Skończyło się tym, że rzucił szkołę i poszedł do pracy do zakładu wulkanizacyjnego. Inaczej było jednak na boisku. Veron junior od razu zaczął sobie wypracowywać dobrą pozycję w klubie, jeszcze w czasach juniorskich. Po prostu prezentował się nad wyraz dobrze, co udowadniał też w młodzieżowych reprezentacjach. Mimo że dysponował potężnymi warunkami fizycznymi, popisywał się bardzo elegancką grą. Nie wykopywał piłki, nie lubił się o nią „bić”. Miał wyraźne inklinacje ofensywne. A gdy dostawał futbolówkę do nogi, zaczynała się prawdziwa sztuka. Ujawniał duszę artysty. Potężny strzał z dystansu, a do tego podania najwyższej klasy, znajdujące najmniejszą lukę w szeregach obronnych rywali, czy też długie dopieszczone zagrania. Prawdziwy artysta, którego dziś najprościej porównać do Kevina De Bruyne, mieszanym z Andreą Pirlo. To wszystko nie umknęło uwadze pierwszej drużyny, gdzie młody Argentyńczyk wszedł jak po swoje. Od pierwszych meczów zawładnął środek pola i już w drugim sezonie, znacząco przyczynił się do wydostania „Lwów” z drugiej ligi na najwyższy poziom rozgrywek w Argentynie. Było jednak wiadomo, że Estudiantes, wydostające się z okopów to za małe progi na takiego zawodnika, dodatkowo klub miał problemy finansowe i tuż po awansie trafił do argentyńskiego potentata, Boca Juniors. Tam spędził jednak tylko pół roku, bo nadeszła oferta z Europy. W Buenos Aires grał jednak w jednym zespole z Diego Armando Maradoną. Veron przeniósł się za około sześć milionów funtów do Sampdorii Genua, gdzie trafił pod wodzę Svena-Gorana Erikssona. Zaliczył już wtedy swoje pierwsze występy w pierwszej reprezentacji. Zaliczył dwa bardzo dobre sezony w Serie A i powoli Genua zaczynała się robić zbyt ciasna. Czarował swoją grą, strzelał kapitalne bramki z dystansu i zwracał na siebie uwagę przeciwników. Choć posturą i wyrazem twarzy przerażał, z piłką przy nodze stawał się innym piłkarzem, który na boisku widział dużo więcej.
W 1998 roku Daniel Passarella powołał go na mistrzostwa świata. Tam Argentyńczycy odpadli w ćwierćfinale, ulegając Holandii, jednak sam Juan Sebastian mógł uznać turniej za udany. Zagrał komplet minut, łącznie z dogrywką w spotkaniu z Anglią w 1/8 finału, a do tego dorzucił trzy asysty, po jednej w meczu z Jamajką w fazie grupowej, oraz Anglią, a następnie Holandią, popisując się kapitalnym prostopadłym podaniem do Claudio Lopeza. Po światowym czempionacie cena za niego wzrosła. Parma zapłaciła za niego ponad trzykrotność ceny, za którą w ogóle trafił na Półwysep Apeniński. Tam wytrzymał jeden sezon, ale z ekipą „Gialloblu” wygrał Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, gdzie we wcześniejszej fazie Parma mierzyła się w pamiętnych meczach z Wisłą Kraków, ostatecznie wygrywając dwumecz jedną bramką. A Veron zanotował asystę, przy golu Enrico Chiesy. Jak się później okazało, to właśnie „Biała Gwiazda” sprawiła Włochom największe trudności, bowiem w późniejszych fazach raczej dość pewnie ograli Glasgow Rangers, Bordeaux, Atletico Madryt, a także w wielkim finale Olympique Marsylię, wygrywając 3:0. Wtedy Veron również zanotował asystę, znów przy trafieniu Chiesy, ustalającym wynik spotkania. Dużo bardziej Parma męczyła się w Pucharze Włoch, gdzie m.in. w finałowym dwumeczu, bramkami na wyjeździe pokonała Fiorentinę. Alberto Malesani największe bronie wystawił dopiero po przegranym pierwszym meczu z Udinese. W rewanżu wystąpiła już najmocniejsza ekipa z Veronem, Hernanem Crespo, czy Gino Baggio, a sam argentyński pomocnik zdobył bramkę i dorzucił asystę, prowadząc Parmę do zwycięstwa 4:0. Następnie zdobył po jednym golu w obydwu spotkaniach z Interem w ramach półfinału. Dodatkowo Parma zajęła trzecie miejsce w lidze, a Veron zdobył w lidze jedną bramkę i sześć asyst. Mimo że nie pojechał na Copa America, to wszystko zaprocentowało kolejnym sporym transferem, gdy za równowartość 30 milionów euro trafił do Lazio, znów pod skrzydła Erikssona. Tam wejście miał wyborne. W swoich pierwszych ośmiu meczach w lidze zapisał na koncie pięć bramek i tyle samo asyst. A prawdziwą popisówką był niesamowity gol z Hellasem Verona, gdy skierował piłkę do bramki prosto z rzutu rożnego, a jakby tego było mało, miał jeszcze dwie asysty. Debiut w nowych barwach zaliczył z kolei z Manchesterem United w ramach Superpucharu Europy. „Biancocelesti” wygrali na Stade Louis II w Monako 1:0 po trafieniu Marcelo Salasa, a Veron rozegrał pełne 90 minut i zgarnął tytuł najlepszego zawodnika meczu. Na boisku czarną robotę za jego plecami odwalał wtedy Diego Simeone, przez co Argentyńczyk mógł się zająć kreowaniem. Problemem według Erikssona było jednak jego nocne życie. Veron miał jednak szczęście, bo tam bardzo szybko temperował go szwedzki szkoleniowiec, przez co nie był w stanie całkowicie „popłynąć” i piłka nigdy nie zeszła u niego na dalszy plan. Szybko ułożył też sobie relacje z kibicami, którzy nie mogli wytrzymać, że gwiazdor ich ukochanego zespołu nosi tatuaż Che Guevary. Razem z kolegami dotarł też do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepsza okazała się Valencia. Do tego vicemistrzostwo Włoch i Puchar Włoch. Trzeba przyznać, że rosły Argentyńczyk zaliczył bardzo korzystne wejście do zespołu. Swoją formę podtrzymał też w kolejnym sezonie, gdy skończył go z czterema bramkami i dziesięcioma asystami w 32 spotkaniach. Przeszkadzać zaczęło mu delikatnie zdrowie i kolejne mniejsze urazy. Dodatkowo był mocno eksploatowany w reprezentacji, będąc etatowym pomocnikiem w eliminacjach do mistrzostw świata, w których „Albicelestes” w 18 spotkaniach zanotowali tylko jedną porażkę.
Świetna postawa Verona w reprezentacji i stolicy Włoch zaprocentowała kolejnym ogromnym transferem. Kolejnymi powodami tego okazało się odejście Svena-Gorana Erikssona oraz problemy finansowe klubu ze stolicy Włoch. A prawdopodobnie najważniejsze były problemy z prawem. Szybko bowiem okazało się, że „Mała Wiedźma” grał w Serie A na włoskich papierach, które, krótko mówiąc, były „lewe”, wpisał tam bowiem włoskich dziadków, którzy nie istnieli. W swoich szeregach zapragnął go za to mieć sir Alex Ferguson i Manchester United wyłożył na niego ponad 40 milionów euro, bijąc angielski rekord transferowy. Sam szkoleniowiec był zafascynowany dotychczasową ekipą „Biancocelesti” na czele właśnie z sympatycznym łysolem. Nie było jednak wielką tajemnicą, że Szkot chciał w swojej drużynie również Marcelo Salasa, który pogrążył jego zespół w pamiętnym starciu o Superpuchar Europy i Alessandro Nestę. Legendarny szkocki trener od razu wkomponował go do środka pomocy, gdzie rządził razem z Royem Keanem oraz Paulem Scholesem. To okazało się jednak problemem, bowiem „Czerwone Diabły” przez lata grały czwórką pomocników. Nagle Ferguson postanowił coś zmienić i chciał do Keane’a, Scholesa i skrzydłowych Giggsa i Beckhama, wrzucić kogoś z całkowicie innego świata. W całym pierwszym sezonie zagrał 40 spotkań, strzelił pięć bramek i dołożył sześć asyst. Już w swoim drugim miesiącu dostał też statuetkę dla najlepszego gracza miesiąca w Premier League. Wszystko zwieńczył wyjazdem na mistrzostwa świata, gdzie Argentyna po trzech meczach wróciła do domu. Nasz bohater zagrał we wszystkich, w dwóch z nich wyprowadzając swój zespół w roli kapitana. Po powrocie z Korei i Japonii jego forma wzrosła, a błyszczał szczególnie w Lidze Mistrzów, gdzie strzelił cztery bramki i dodał pięć asyst. W lidze z kolei miał tylko dwie bramki i trzy asysty. Niestety w drugiej połowie sezonu dopadła go kontuzja, przez którą pauzował półtora miesiąca. „Czerwone Diabły” skończyły jednak sezon serią 18 spotkań bez porażki, dzięki czemu zdobyli tytuł. Do tego dotarli do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepszy okazał się Real Madryt, w pamiętnym dwumeczu, gdy kapitalny mecz i hattrick Ronaldo dał awans do finału „Królewskim”. Veron właśnie w rewanżu zaliczył powrót na boisko po kontuzji. Problemem okazało się jednak to, że Argentyńczyk nie do końca przystosował się do angielskiego stylu gry. Był typowym artystą, który potrzebował troszkę miejsca, by móc czynić cuda. Mimo wzrostu (186 cm) nie lubił walki wręcz i ciągłych ostrych wejść. Lecz miewał doskonałe zagrania, które potrafiły wpłynąć na wynik i to najbardziej cenił Alex Ferguson, jednak w dłuższej perspektywie nie potrzebował zawodnika w środku pola, któremu bliżej do „dziesiątki”. Dodatkowo samemu Argentyńczykowi nie było po drodze z językiem angielskim, a także deszczową pogodą. Przez dłuższy czas bronił go jednak Ferguson, który na zaczepki dziennikarzy odpowiedział na konferencji tak: ,,On you go. I’m no fucking talking to you. He’s a fucking great player. Yous are fucking idiots”
Po sezonie przeszedł do Chelsea za ponad 20 milionów euro. Tam jednak kompletnie przepadł, występując w zaledwie 14 spotkaniach. W tym czasie przestał już dostawać powołania do kadry. A sam wielokrotnie mówił, że marzy mu się powrót na Półwysep Apeniński. Kolejne dwa lata spędził w barwach Interu Mediolan, gdzie wracał do formy. Mimo kolejnych drobnych urazów zdobył z „Nerrazurri” Puchar Włoch. W drugim sezonie zdobył scudetto. W całym sezonie rozegrał 35 spotkań, ale strzelił tylko jedną bramkę i miał siedem asyst. Po sezonie postanowił wrócić do korzeni i podpisał kontrakt z Estudiantes La Plata, gdzie z mniejszymi i większymi przerwami spędził kolejnych 11 lat. I to była druga młodość tego zawodnika. Spisywał się znakomicie, doprowadzając swoją ekipę do pierwszej od 23 lat Apertury, gdy w dwumeczu „Lwy” pokonały wielkie Boca Juniors. Mało tego. W 2009 roku Veron w roli lidera zespołu osiągnął największy sukces w historii, zdobywając Copa Libertadores, wygrywając w dwumeczu z Cruzeiro Belo Horizonte, a sam zaliczył asystę przy zwycięskim golu Mauro Boselliego. Wcześniej wobec świetnej formy na rodzimych boiskach, Alfio Basile przywrócił go do pierwszej reprezentacji, co spowodowało też grę w Copa America, gdy „Albcelestes” przegrali w finale z Brazylią. W 2010 roku pojechał też na mistrzostwa świata, powołany przez Diego Maradonę, a po nieudanym turnieju oficjalnie zakończył karierę w narodowych barwach. W 2010 roku zdobył też drugi raz z Estudiantes Aperturę. W 2012 roku wobec kolejnych kłopotów zdrowotnych postanowił zakończyć przygodę z boiskiem. Po roku jednak wrócił do gry na kolejny sezon i po sezonie zakończył karierę. Ponownie jednak wrócił, jednak z innego powodu. Założył się z kibicami, że nie wykupią 65% karnetów. Ci jednak spięli się i wykonali limit, bowiem Veron obiecał, że gdy to zostanie spełnione, ponownie przywdzieje klubową koszulkę i pomoże zespołowi w meczach. Wtedy był już w La Placie innym człowiekiem, bowiem w 2014 roku został wybrany prezydentem klubu. Do zakładu podszedł jednak bardzo poważnie. Przez dłuższy czas trenował z trenerem personalnym, by należycie przygotował go do powrotu na boisko. Zanotował pięć spotkań, w których zdążył zaliczyć asystę. Prezydentem był do 2021 roku. Następnie postanowił ograniczyć swoją działalność w klubie na tyle, że został wiceprezydentem.
Statystyki i osiągnięcia:
Lazio Rzym
1x mistrzostwo Włoch (2000)
1x Superpuchar UEFA (2000)
1x Puchar Włoch (2000)
1x Superpuchar Włoch (2001)
AC Parma
1x Puchar UEFA (1999)
1x Puchar Włoch (1999)
Manchester United
1x mistrzostwo Anglii (2003)
Inter Mediolan
1x mistrzostwo Włoch (2006)
1x Puchar Włoch (2005)
1x Superpuchar Włoch (2006)
Estudiantes La Plata
1x Copa Libertadores (2009)
2x mistrzostwo Argentyny (2007, 2010)
Osiągnięcia indywidualne:
2x Piłkarz Roku w Argentynie (2006, 2009)
2x Najlepszy Piłkarz Południowej Ameryki (2008, 2009)
7
„Mała Wiedźma”:
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
9 marca 1962 r. urodził się Jan Furtok, napastnik, który przez lata z powodzeniem występował na poziomie Bundesligi. Do czasów Roberta Lewandowskiego, to właśnie legenda GKS-u Katowice była najlepszym strzelcem ligi naszych zachodnich sąsiadów z naszego kraju. Jan Furtok jest wychowankiem Górnika Katowice, ale na szerokie wody udało mu się wypłynąć w barwach miejscowego GKS-u. Napastnik w barwach "Gieksy" spędził ponad 10 lat i w rozgrywkach ligowych zdążył w tym czasie strzelić 77 goli w 169 meczach oraz zdobyć Puchar Polski. Jego dobra skuteczność została dostrzeżona przez niemieckie kluby. Piłkarz przeniósł się najpierw do Hamburgera SV, a następnie do Eintrachtu Frankfurt. Łącznie w obu tych zespołach występował przez siedem lat. W sumie zdobył w lidze niemieckiej 59 goli i zaliczył 30 asyst. Po tym okresie powrócił do GKS-u Katowice, gdzie zakończył karierę. Od kilku lat Furtok niestety zmaga się z poważnymi objawami Alzheimera.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
0
@FcPortoFan1999 Ale napewno lepsza od Majorki, więc schody będą znacznie większe...