FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
6
Duński pechowiec, który przeszedł do historii:
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
11
Wybitny wyczyn Legii:
20 marca 1991 roku Sampdoria Genua zremisowała w rewanżowym starciu ćwierćfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów z Legią Warszawa 2:2 i odpadła z rozgrywek. „Jak do tego doszło, nie wiem” – jak dziś zaśpiewałby pan Zenon Martyniuk z grupy Akcent. Włosi powiedzieliby: incredibile (niewiarygodne)! W marcu 1991 roku dziennikarze, sami piłkarze a także kibice obu drużyn nie byli w stanie uwierzyć w to, co się stało. Stołeczny zespół, który w lidze spisywał się fatalnie, nie potrafił wygrywać i zajmował odległe 11. miejsce, walczył jak równy z równym z pewnie kroczącą po mistrzostwo Włoch Sampdorią. Meczowi w Genui towarzyszyły ogromne emocje i spora dramaturgia. Legioniści prowadzili 2:0 po popisie 19-letniego Wojciecha Kowalczyka, ale gospodarze zdołali wyrównać. Wojskowi kończyli spotkanie w dziesiątkę, bo w 88. minucie czerwoną kartkę (2. żółtą) obejrzał znakomicie broniący tego dnia Maciej Szczęsny. Jako, że Władysław Stachurski wykorzystał limit zmian (obowiązywały wówczas dwie), między słupki wszedł Marek Jóźwiak. Gola na szczęście nie wpuścił i to Legia zameldowała się w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów!
,,To był mój jedyny raz w bramce. Mogłem stanąć między słupkami podczas gry w Guingamp, ale trener się na to nie zdecydował. I to był jego błąd, bo kolega wpuścił dwie bramki, a myślę, że ja na jego miejscu lepiej bym się spisał. Do końca było mało czasu, więc musieli przedostać się pod naszą bramkę najprostszymi środkami. Posyłali, jak to się mówi, długą lagę do przodu i liczyli na łut szczęścia. W naszym polu karnym było dużo zamieszania ale koledzy z obrony spisali się bardzo dobrze, dzięki czemu nie miałem za dużo pracy”-Marek Jóźwiak, były obrońca Legii w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
1
@JanneAhonen Dzięki za wnikliwą uwage :)
12
Żywe legendy hiszpańskiego futbolu:
20 marca 1984 r. urodził się Fernando Torres, były hiszpański napastnik. Fernando Torres jest wychowankiem Atletico Madryt. Zaczynał w nim grać, kiedy klub był na zapleczu Primera Division. Zadebiutował w 2001 roku, kiedy miał 17 lat i 68 dni, co uczyniło go najmłodszym debiutantem w historii klubu. Tydzień później zdobył swojego pierwszego ligowego gola. W latach 2001-07 rozegrał dla Atletico 82 spotkania, w których zdobył 82 gole. W 2007 roku za 38 milionów euro został kupiony przez Liverpool, w którym był absolutną gwiazdą. W 102 meczach dla The Reds strzelił 65 goli. Cztery lata później za około 55 milionów euro przeszedł do Chelsea. W Londynie miał jednak duże problemy z regularnym strzelaniem, a nawet stał się pośmiewiskiem wśród kibiców. W ciągu trzech lat uzbierał zaledwie 20 trafień. W 2014 roku pół roku spędził na wypożyczeniu do Milanu ale tam również nie był w optymalnej formie. Dlatego Włosi zdecydowali się go wykupić z Chelsea, ale zaraz po tym został wypożyczony do Atletico Madryt, gdzie ich trener, Diego Simeone wskrzesił snajperskie umiejętności Hiszpana. W Atletico zagrał w dwóch finałach Ligi Mistrzów ale oba przegrał z Realem Madryt. Fernando Torres ma na swoim koncie również ponad 100 meczów w reprezentacji Hiszpanii. W 2008 roku został mistrzem Europy, a dwa lata później mistrzem świata. Podczas Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie znowu sięgnął po złoto a on sam z 5 golami został królem strzelców imprezy.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
11
Rekordy ,,La Pulgi”:
20 marca 2012 r. Lionel Mesi ustanowił klubowy rekord goli o stawke w wygranym 5:3 meczu La Liga z Granada FC. Argentyńczyk zdobył wówczas hattricka dzięki czemu najpierw wyrównał a później pobił rekord należący do Cesara Rodrigueza wynoszący 232 gole. Swoją drogą trzeba przyznać iż pochodzący z Leon Cesar, był naprawdę genialnym snajperem. Przypomne tylko iż w czasach Cesara Rodrigueza nie rozgrywano tylu meczów o stawke co dzisiaj i nie było żadnych Superpucharów czy klubowych mistrzostw Świata.
Popatrzcie tylko:
@Sysia11
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
9
Zapomniane El Clasico:
20 marca 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madrid 3:1 w ramach 26 kolejki Primera Division. Gole dla Barçy zdobywali znakomici snajperzy, Sandor Kocsis i Eulogio Martinez oraz Ramon Alberto Villaverde. Honorowego gola dla Królewskich zanotował wielki Alfredo Di Stefano. Tym samym Duma Katalonii zrównała się punktami z Królewskimi i już nie oddała prowadzenia do końca rozgrywek wyprzedzając Real Madrid lepszym bilansem pojedynków bezpośrednich, triumfując po raz 8 w historii mistrzostw Hiszpanii.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
0
@Safrani Amica? O czym ty mówisz(?) przecież Amica już nie istnieje!
0
@Safrani Są(!) zajmują 4 miejsce ex aequo z Rakowem Częstochowa.
0
@Safrani W Ekstraklasie a dlaczego pytasz?
10
Czy wiemy że…
Lech Poznań obchodzi swoje 102. urodziny. Dokładnie 19 marca 1922 roku zarejestrowano klub KS "Lutnia" Dębiec, który zapoczątkował historię współczesnego Kolejorza. Przez ponad wiek klub napisał wspaniałą historię, sięgając osiem razy po mistrzostwo Polski oraz pięć razy po Puchar Polski.
19 marca 1922 roku - jest to oficjalna data rejestracji Lecha Poznań. Choć tak naprawdę historia Kolejorza sięga 1920 roku, gdy Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży postanowiło założyć klub pod nazwą KS "Lutnia" Dębiec. Obecnie Dębiec jest jedną z dzielnic Poznania, jednak ponad 100 lat temu były to przedmieścia. Przez Lecha Poznań przewinęło się tysiące osób, piłkarzy, dziesiątki trenerów, a przede wszystkim wspomnień. Kolejorz w swojej historii osiem razy sięgał po mistrzostwo Polski, pięć razy po Puchar Polski oraz sześć razy po Superpuchar Polski. Oprócz tego jest trzykrotnym srebrnym medalistą oraz siedmiokrotnym brązowym medalistą MP. Nie zabrakło też wielkich spotkań na arenie międzynarodowej. Pojedynki z Austrią Wiedeń, Manchasterem City, Juventusem czy chociażby te ostatnie z Villarrealem oraz Fiorentiną zapisały się złotymi głoskami w historii klubu.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
1
@FcPortoFan1999 No cóż, nie zawsze i nie dla każdego świeci słońce...
13
Bardzo szczęśliwy ale jednak ,,zwycięski”remis:
19 marca 1986 r. FC Barcelona zremisowała w rewanżowym spotkaniu w Turynie z Juventusem 1:1 w ramach ćwierćfinału Pucharu Europy. Jak się okazało był to remis zwycięski, bowiem w pierwszym meczu Barça wygrała skromnie 1:0. W rewanżu w pierwszej połowie Juve mogło, a nawet powinno strzelić kilka goli lecz niemiłosiernie pudłował Marco Pacione, w tym między innymi na pustą bramke! W 30 minucie w jednej z nielicznych akcji Blaugrany Victor dośrodkował piłke na drugi słupek do Archibalda. Szkot oddał strzał z ostrego kąta a piłke do własnej bramki wpakował bramkarz Tacconi. Gospodarze doprowadzili do remisu po strzale Platiniego tuż przed przerwą. W drugiej części meczu dało o sobie znać lepsze przygotowanie fizyczne Barçy więc włosi próbowali zaskoczyć rywali strzałami z dystansu jednak nie przyniosło to już żadnego skutku. ,,Szczerze życzę Barcelonie żeby przejęła od nas pałeczke i zdobyła Puchar Europy”- powiedział po meczu trener Juventusu Giovanni Trapattoni. No cóż, jak wiemy nie udało się wówczas zdobyć tego cennego pucharu(porażka ze Steauą) a przecież było tak bardzo blisko…
Wspomnień czar:
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
9
Legia w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych sezonu 1969/70:
Następną rundą, w której zameldowali się ,,Wojskowi” był ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70-tych XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło, Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe z lokalnymi drużynami, między innymi z CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu „narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób, korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik ten – mimo silnego naporu Galatasaray – nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla Legii przed rewanżem w Warszawie.
Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów. Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu Lucjan Brychczy. Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę w 11. i 55. minucie. Awans do półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w historii.
4.03.1970 – Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47 – Brychczy 37)
18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11, 55)
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
2
@fcbarcafan19 Znalazłem coś takiego: ,,Ajax ma żydowskie korzenie. Klub został założony w 1900 roku w sąsiedztwie dzielnicy żydowskiej. Kibice innych drużyn, którzy przyjeżdżali pociągami na mecze Ajaxu przesiadali się w tramwaj, który przejeżdżał przez tę dzielnicę. Na początku wielu piłkarzy i działaczy faktycznie miało żydowskie korzenie, ale z czasem się to zmieniło. Po II wojnie światowej, szczególnie w latach 70. i 80. przyjezdni pseudokibice zaczęli jednak wznosić na meczach antysemickie hasła. Wtedy część naszych fanów, na zasadzie rywalizacji z nimi, zaczęła przynosić na mecze izraelskie flagi. Tak to się zaczęło. W ostatnich latach nastąpiła eskalacja nienawiści. Kibice spoza Amsterdamu zaczęli śpiewać "Hamas, Hamas, Jude raus" i tym podobne rasistowskie hasła, odwoływali się do Holocaustu. Grupa ok. 1000 naszych kibiców wyzywała ich od Palestyńczyków, samych siebie nazywała Żydami. Władze klubu miały tego dość. Nie chciały mieszać do futbolu polityki, chciały skończyć z rasizmem na trybunach. Uznano jednak, że aby kibice drużyn przeciwnych przestali obrażać Żydów, my musimy spróbować zmienić żydowski wizerunek naszego klubu"- Jop Van Kempen
dziennikarz gazety "Het Parool" z Amsterdamu.
4
@fcbarcafan19 Z tego co pamiętam to na początku istnienia grało tam kilku Żydów i jeśli się nie myle to chyba założyciele też byli Żydami ale musiałbym sprawdzić...
10
Czy wiemy że…
18 marca 1900r. w amsterdamskiej kawiarni Oost-Indie spotkało się trzech panów - Han Dade, Floris Stempel i Karel Reeser. Wypili po kilka filiżanek kawy, wypalili parę kubańskich cygar i postanowili, że najwyższy czas założyć klub piłkarski. Nazwali go Ajax od imienia bohatera Iliady, władcy Salaminy, rywalizującego z Achillesem o miano najwaleczniejszego.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
9
(Nie)zapomniany Górnik:
18 marca 1970 r. Górnik Zabrze pokonał Lewskiego Sofia 2:1 w rewanżowym starciu ¼ Pucharu Zdobywców Pucharów. Po uzyskaniu satysfakcjonującego wyniku w Sofii piłkarze Górnika rozpoczęli przygotowania do spotkania rewanżowego. Dzięki zarejestrowanym przez Telewizję Polską fragmentom pierwszego meczu mogli oni dokładnie przeanalizować najważniejsze sytuacje – trzy bramki Lewskiego oraz groźne sytuacje stworzone przez napastników bułgarskich na przedpolu Kostki. Analiza ta miała na celu przede wszystkim poprawienie gry obronnej. Nastroje w drużynie były bojowe, wszyscy piłkarze Górnika zapowiadali, że zrobią wszystko, by wywalczyć przepustkę do grona czterech najlepszych klubowych zespołów w Europie. Piłkarze Lewskiego do Chorzowa udali się samolotem na dwa dni przed meczem. Wcześniej od nich na rewanż udali się kibice. Wyruszyli oni w drogę specjalnym pociągiem już w niedzielę (mecz miał miejsce w środę). Była to pierwsza w historii bułgarskiego futbolu eskapada kibiców na wielki mecz. Już ten fakt świadczy jak wielka była waga tego spotkania. Awans do półfinału PZPE nie przyszedł zabrzanom łatwo. Musieli walczyć rzuciwszy na szalę wszystkie swoje siły i umiejętności. Z dużym wysiłkiem zdobywali każdy metr, a im bliżej znajdowali się bramki Lewskiego – tym trudniej było o piłkę. Bułgarzy wnosili do gry ogromnie dużo ambicji, nieustępliwości i poświęcenia. Trener Czakarow w porównaniu z sofijskim meczem nie tylko wprowadził do zespołu trzech nowych zawodników, ale obrał także zupełnie inną taktykę. Jego zawodnicy grali systemem 1-4-4-2 a w chwilach naporu Górnika ściągali do obrony jeszcze Peszewa, pozostawiając w środku tylko trzech zawodników.
Taka taktyka dość długo okazywała się skuteczną. Co prawda w 7 minucie górnicy zdołali wymanewrować obronę Lewskiego szybką wymianą piłki i Szołtysik precyzyjnym strzałem zdobył bramkę, jednak sędzia dopatrzył się pozycji spalonej. Decyzja ta mocno zdeprymowała i tak już bardzo nerwowych górników. Cóż z tego, że nacierali z furią i nie żałowali ani nóg, ani płuc. Większego pożytku z tego nie było, tym bardziej, że atakowali praktycznie wyłącznie przez środek, gdzie panowało największe zagęszczenie nóg przeciwników. Po upływie ok. 30 minut gry zabrzanie zrozumieli, że rozmokła murawa nie sprzyja zbyt kombinacyjnej grze. Wówczas to zaczęli atakować flankami i pod bramką Lewskiego od razu zrobiło się gorąco. Na przeszkodzie w strzeleniu bramki dwukrotnie stanął Kamenski, a raz poprzeczka po główce Kuchty. Gdy wszyscy myśleli już o przerwie Lubański ruszył w pogoń za straconą zdawało się już piłką, wygrał kolejno pojedynki biegowe z Peszewem, Żeczewem oraz Iwkowem i nie namyślając się wiele strzelił nie do obrony zza linii pola karnego. To był właśnie wielki Włodek Lubański, przez wiele minut niewidoczny, ale umiejący zdobyć się w krytycznym dla swojej drużyny momencie na niebywałą szarżę i odmienić losy spotkania. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie bramka Lubańskiego podniosła na duchu zabrską jedenastkę. Ujawniło się to zaraz po przerwie, kiedy to górnicy stali się na 16 minut całkowitymi dominatorami, pieczętując swoją przewagę golem wypracowanym przez Szołtysika a strzelonym przez Banasia.
Wydawało się, że górnicy nie będą mieli żadnych problemów z odniesieniem zwycięstwa. Stało się jednak inaczej. Zbyt krótkie wybicie piłki przez Oślizłę pozwoliło na strzelenie bramki przez Janko Kiryłowa. Bramki, która znów postawiła znak zapytania nad końcowym wynikiem. Na szczęście podopieczni trenera Matyasa po chwili niepewności wrócili do równowagi i znów zaczęli zagrażać bramce Lewskiego. Znów jednak na przeszkodzie do zdobycia bramki albo stawał Kamenski, albo niezdecydowanie zabrzan, albo poprzeczka. W końcówce trener Lewskiego próbował odmienić jeszcze losy spotkania rzucając wszystkie siły w atak. Manewr ten spalił jednak na panewce. Defensywa Górnika ze spokojnym Oślizłą na czele nie dała się zaskoczyć. Ostatecznie zwycięstwo przypadło drużynie lepszej, która mogła wygrać zdecydowanie wyżej gdyby miała trochę więcej szczęścia. 100 000 widzów na Stadionie Śląskim mogło rozpocząć świętowanie zwycięstwa.
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
11
Legendy polskiego futbolu:
18 marca 1971 r. urodził się Jerzy Brzęczek. Jako pomocnik reprezentował barwy takich zespołów, jak między innymi Lech Poznań, Górnik Zabrze, Tirol Innsbruck, Maccabi Hajfa czy Sturm Graz. Podczas Letnich Igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku Brzęczek pełnił funkcję kapitana kadry olimpijskiej, z którą wywalczył srebrny medal, czym na stałe zapisał się w historii polskiego futbolu. Wraz z końcem kampanii 2008/2009 zakończył piłkarską karierę i rozpoczął pracę jako asystent trenera Polonii Bytom, gdzie doskonalił swój warsztat, by na początku 2010 roku objąć funkcję pierwszego szkoleniowca Rakowa Częstochowa. W klubie spod Jasnej Góry spędził cztery lata, po czym 17 listopada 2014 roku przejął pieczę nad ekstraklasową drużyną Lechii Gdańsk. W latach 2015-2017 prowadził zespół GKS-u Katowice, z kolei edycję rozgrywek 2017/2018 spędził w Płocku, gdzie wraz z tamtejszą Wisłą zakończył ligowe zmagania na 5. miejscu. W lipcu 2018 roku Jerzy Brzęczek został ogłoszony selekcjonerem reprezentacji Polski, a jego głównym zadaniem było zapewnienie Biało-Czerwonym udział na Euro 2020. 7 września 2018 roku zadebiutował w nowej roli, remisując 1:1 w wyjazdowym meczu z Włochami w ramach Ligi Narodów UEFA. W eliminacjach do europejskiego czempionatu Polacy osiągnęli wyznaczony cel i z dorobkiem 25 punktów zdobytych w 10 meczach awansowali na turniej z pierwszego miejsca w grupie. Łącznie pod wodzą Jerzego Brzęczka kadra rozegrała 24 spotkania, notując w tym czasie 12 zwycięstw, 5 remisów i 7 porażek.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
2
@FCB_dimiC Aha. Napisałbym coś na ten temat ale to jest bez sensu, gdyż z dyktaturą sam nie wygram...
0
@FCB_dimiC No właśnie już wiem o kogo chodzi. Tylko co w związku z tym? Nie moge oznaczać zbanowanego kolegi z tego serwisu?
11
Blaugrana w czasach kryzysu:
18 marca 1987 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou z Dundee United 1:2 w rewanżowym spotkaniu ¼ Pucharu UEFA. Do 85 minuty Blaugrana prowadziła 1:0 i odrobiła w ten sposób straty z pierwszego meczu na ,,Tannadice Park”. W samej końcówce Szkoci strzelili 2 gole i niespodziewanie awansowali do półfinału. Na trybunach pojawiły się głosy nawołujące do zwolnienia prezydenta Nuñeza i przywrócenia do składu Schustera. Duma Katalonii do dzisiejszego dnia ma z Dundee United najgorszy bilans spośród wszystkich drużyn, z którymi spotykała się w europejskich pucharach a mianowicie 4 mecze i 4 porażki! Wypada tylko żałować że Szkoci tak cienko przędą w Scottish Premiership, więc chyba nie prędko będzie okazja do rewanżu…?
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
4
Mamy to! Victoria nad Atletico! To niesamowite jak gładko wygrywamy na Civitas Metropolitano, ba(!) to zdumiewające że ,,nasza" Barcunia potrafi dwukrotnie wygrać z klasowym Atletico a nie potrafi u siebie nawet zremisować z Villareal czy z Gironą. Ta ekipa to w tym sezonie istny Doktor Jekyl i Mistrer Hajd
0
@Chudini123 Akurat przed meczem nie należy jeszcze nikogo oceniać. Jednak Sergi Roberto właśnie już od wielu miesięcy nie daje drużynie odpowiedniej jakości(wyjątkiem mecz z Napoli) a poza tym często łapie kontuzje a miesiące i lata mijają...
3
@Chudini123 No to w takim razie ja z kolei jestem ciekaw co powiesz wówczas, gdy Sergi Roberto nie strzeli gola(?) albo co gorsza zawali gola?
9
Towarzysko z Canarinhos:
17 marca 1993 r. reprezentacja Polski zremisowała na Estádio Santa Cruz w Ribeirão Preto z Brazylią 2:2. Wyjazd na towarzyski mecz do Brazylii polskim piłkarzom miał załatwić sam... Lech Wałęsa. Nowy prezydent Polski w 1990 roku gościł w Gdańsku João Havelange'a, a ówczesny prezydent FIFA miał zadeklarować gotowość jego rodaków do starcia z biało-czerwonymi. Do spotkania doszło trzy lata później i zakończyło się ono niespodziewanym remisem. Choć trzeba przyznać, że gospodarze, którzy rok później cieszyli się ze zdobycia tytułu mistrzów świata, całkowicie dominowali na boisku. Tym większa była radość podopiecznych Andrzeja Strejlaua, dla których remis na gorącym terenie, po wielogodzinnej, wyczerpującej podróży do Ameryki Południowej, był wymarzonym rezultatem. Na mecz zostało powołanych szesnastu zawodników. Do jedenastu z polskiej ligi na lotnisku w Anglii mieli dołączyć „stranieri”: Roman Kosecki, Jacek Ziober, Piotr Czachowski, Marek Koźmiński i Robert Warzycha. Selekcjoner po raz kolejny doświadczył, że nie ma roboty lekkiej, łatwej i przyjemnej. W dzień odlotu w siedzibie PZPN zameldował się Kowalczyk w towarzystwie trenera Legii, Janusza Wójcika oraz klubowego lekarza, którzy oznajmili, że występ napastnika warszawskiego klubu jest niemożliwy z powodu kontuzji pachwiny. Z kolei Roman Szewczyk powiadomił selekcjonera, że do Brazylii nie poleci, bowiem jego żona spodziewa się narodzin dziecka. Obolały na zbiórce kadry stawił się bramkarz wrocławskiego Śląska, Adam Matysek. Wszystko przez to, że podczas meczu wrocławian z Szombierkami Bytom linie były wysypane niegaszonym wapnem i nasz golkiper mocno się… poparzył.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
8
@FCBparasiempre
Swego czasu zachwycał swoją grą w Interze Mediolan. Nigdy jednak nie było mu spieszno do piedestału, dlatego teraz już jest postacią zapomnianą, odświeżaną poprzez film z jego kapitalnym rzutem wolnym w meczu z Bologną ale lewej nogi Urugwajczyka bali się wszyscy. Alvaro Alexander Recoba Rivero, tak brzmi jego pełne nazwisko. Nie wychowywał się podobnie jak większość południowoamerykańskich piłkarzy w biednych fawelach, gdzie piłka była jedynym ratunkiem. On wychowywał się w stolicy Urugwaju, Montevideo. Mieście, w którym mieści się ogromna większość klubów z tamtejszej elity. On zawsze miał jednak jeden cel – Danubio, inaczej „Dunaj”, czyli zespół założony w stolicy malutkiego kraju z Ameryki Południowej przez dwójkę braci bułgarskiego pochodzenia. Klub dużo mniejszy niż m.in. Nacional jednak bardzo znaczący nie tylko na mapie Urugwaju. W tamtejszym regionie jest uznawany za prawdziwą wylęgarnię talentów. W czasach juniorskich reprezentowali jego barwy m.in. Marcelo Zalayeta, Diego Forlan, czy Edinson Cavani. Ale żaden z nich nie jest tak kochany tam jak Recoba. Chłopak z dzielnicy De Maronyas, ściśle powiązanej z Danubio FC, od malutkiego był zakochany w biało-czarnych barwach i w jego szeregi wstąpił w wieku dziewięciu lat. A tam szybko zobaczyli, że nie tylko spełnili marzenie wiernego kibica, ale zyskali niebywały talent. Dla miejscowych fanów jest legendą, bowiem nigdy nie zapomniał, skąd pochodzi. Jeszcze przed emeryturą wrócił na Estadio Jardines Del Hipodromo, by cieszyć fanów swoją grą. I to w nim kochano najbardziej – Dla niego liczyła się tylko czysta gra, jak w piosence „Czysta Gra”. Od samego początku błyszczał niewiarygodnymi umiejętnościami. Potrafił wyczyniać cuda lewą nogą, na boisku często zwyczajnie się bawił, bo taki był jego cel. Grał na pozycji ofensywnego pomocnika, jednak w typowym starym stylu, jako „wolny elektron”. Bieganie, czy walka wręcz nie była dla niego stworzona. Gdy w czasach juniorskich strzelał niewiarygodne ilości bramek, wszyscy zaczęli marzyć o tym, by stał się najlepszym na świecie. Najmniej zainteresowany tym, był sam Recoba. Nie dlatego, że był leniem. Jego głowę zajmowało tylko granie w piłkę. Choć nigdy nie ukrywał, że z treningami fizycznymi mu nie po drodze. W końcu w 1994 roku osiągnął swój cel i dotarł do pierwszej drużyny. Miejscowi kibice wspominali, że ten młodzian, wtedy 18-letni z marszu wszedł do pierwszego składu i stał się prawdziwym liderem. Błyszczał już od pierwszych spotkań i uznawano, że w pojedynkę utrzymał Danubio w najwyższej klasie rozgrywkowej. Od razu skierował na siebie oczy wszystkich skautów mocniejszych klubów i nie tylko. Zowiem zaledwie rok po debiucie w seniorskiej piłce Hector Nunez powołał go do pierwszej reprezentacji, dając zagrać w dwóch meczach towarzyskich. W debiutanckim meczu z Hiszpanią zmienił Enzo Francescoliego, poniekąd mając od niego powoli przejmować rolę dyrygenta w ekipie „Los Charruas”. Kolejną szansę Recoba dostał półtora roku później, jednak zaliczył trzy bramki w dwóch meczach z Japonią i Chinami. Pewne miejsce zyskał w 1997 roku. Rok wcześniej Danubio stało się dla niego zbyt małe i skusił się na ofertę Nacionalu, absolutnego potentata w tamtejszej piłce. W ciągu zaledwie półtora roku strzelił dla tego klubu 68 bramek w 58 występach. W 1997 roku wystąpił też w trzech meczach na Copa America, strzelając bramkę Wenezueli. Po tym zapracował sobie na transfer zagraniczny.
Za 4,5 miliona dolarów przeniósł się do Interu Mediolan. Polecił go tam Sandro Mazzola, legenda „Nerazzurri”. 31 sierpnia 1997 roku. Nadszedł wielki dzień. Ruszył kolejny sezon Serie A. Na San Siro przyjechała Brescia z Markiem Koźmińskim w składzie. W pierwszej jedenastce gospodarzy wybiega debiutujący Ronaldo. Inter jednak długo męczy się z rywalem. Na dodatek ponad kwadrans przed końcem asystę Andrei Pirlo wykorzystuje Dario Hubner i wyprowadza przyjezdnych na prowadzenie. Minutę wcześniej Luigi Simoni wprowadza na boisko Alvaro Recobę, który zmienia Maurizio Ganza. W 80 minucie Benoit Cauet zagrywa piłkę do środka pola. Urugwajczyk z „20” na plecach wprowadza futbolówkę w kierunku bramki przeciwnika i potężnym strzałem z ponad 25 metrów w samo okienko nie daje szans Giovanniemu Cervone. Debiut wydawałoby się wymarzony, gdyby jeszcze jego zespół wygrał. Ale to przecież nie był koniec jego popisów. W 85 minucie zostaje sfaulowany w środku pola. Do piłki podchodzi sam poszkodowany, a do bramki ma ponad 30 metrów. Mimo debiutu nikt nie miał wątpliwości, kto powinien uderzać. Recoba potężnie uderza w drugie okienko bramki Cervone i daje trzy punkty w debiucie swojemu zespołowi, przyćmiewając debiut wielkiego Ronaldo. Francesco Moriero podkłada kolano i udaje, że czyści lewego buta Urugwajczyka. Ale w składzie „Nerazzurri” obok Ronaldo jest jeszcze m.in. Youri Djorkaeff, Diego Simeone, czy Ivan Zamorano. Rok później trafia do stolicy mody również Roberto Baggio, czy Nicola Ventola. Dla słabego fizycznie Recoby zwyczajnie brakuje miejsca. Co jakiś czas dostaje okazjonalne szanse wejścia na boisko. Tak jak w styczniu 1998 roku, gdy po kilku miesiącach bez gry, zmienia 20 minut przed końcem Francesco Moriero. Inter przegrywa od samego początku i niemiłosiernie męczy się z Empoli. W 82 minucie sprawy w swoje nogi bierze więc Recoba i strzałem prawie z połowy boiska doprowadza do remisu. W całym swoim pierwszym sezonie uzbierał 19 występów, ale łącznie zaledwie 650 minut. Strzelił w tym czasie pięć bramek i zanotował dwie asysty. W międzyczasie pojechał jednak na Puchar Konfederacji, gdzie rozegrał pięć spotkań, strzelając bramkę Republice Południowej Afryki. Kadra pod wodzą Victora Pua zajęła ostatecznie na turnieju czwarte miejsce. W kolejnej kampanii również nie był w stanie wywalczyć miejsca w składzie i z początkiem nowego roku wybrał się na półroczne wypożyczenie do Venezii. Tam grał prawdziwe koncerty. 19 spotkań, 10 bramek i tyle samo asyst, w tym hattrick i asysta w meczu z Fiorentiną. Mało tego, skarcił też Inter. Gdy ten przyjechał na Stadio Pierluigi Penzo, Recoba już w pierwszej minucie zaliczył asystę przy golu Sergio Volpiego. Trzy minuty później podchodzi do piłki ustawionej na 25 metrze i lewą nogą uderza w poprzeczkę, a następnie futbolówka odbija się od pleców Sebastiena Freya i wpada do siatki. Ostatecznie „Arancianoverdi” wygrywają 3:1. Dzięki „El Chino” zespół przestał okupować sam dół ligowej tabeli i nagle z beniaminka skazywanego na ponowny spadek do Serie B, skończył sezon w połowie stawki. Po bardzo owocnym pół roku w Wenecji nadszedł czas na powrót do Mediolanu.
Tam, choć początek sezonu miał ciężki, kolejnymi bramkami, zyskał zaufanie Marcello Lippiego. Cały sezon zakończył z 10 bramkami na liczniku i 12 asystami. To jednak nic w stosunku do następnego sezonu, gdy grał tuż za plecami Christiana Vieriego. We wszystkich rozgrywkach rozegrał 41 spotkań, strzelił 15 bramek i dorzucił 11 asyst. W Pucharze UEFA władował też dwie bramki w dwumeczu z Ruchem Chorzów, w rewanżu mając udział przy wszystkich trzech trafieniach. Przeżywał piękne chwile, a zakochany w nim był Massimo Moratti, który zaoferował mu pięcioletni kontrakt z czterema milionami zarobków rocznych. Żaden piłkarz na świecie nie zarabiał wtedy takich pieniędzy. Problem był jednak w tym, że cała ekipa z San Siro zawodziła na całej linii. Kibice spodziewali się wielkich triumfów, a dostawali m.in. odpadnięcie w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów z Helsingborgiem. Początek sezonu 2001/2002 Recoba spędził jednak na zawieszeniu za sfałszowanie swoich dokumentów. Oczywiście w taki sposób, by występować w Serie A jako Włoch. Zapewne w jego lewych papierach maczał palce też sam klub. Na boisko wrócił na początku grudnia. I na dzień dobry zaliczył dwie asysty w meczu z Atalantą. Do końca sezonu regularnie grał, a Inter wyłożył się na ostatniej prostej, tracąc tytuł mistrzowski po porażce z Lazio w ostatniej kolejce sezonu. Z praktycznie pewnego mistrza kraju, spadł nagle na trzecie miejsce w tabeli. Sam „El Chino” cieszył się m.in. z awansu na mistrzostwa świata, gdy w rewanżowym meczu z Australią zaliczył dwie asysty. Sam Urugwajczyk zgodził się w końcu też na obniżkę pensji, gdy włoski klub przeżywał kryzys finansowy. W oczach Massimo Morattiego był doskonały, a prezes patrzył na niego przez różowe okulary. Ale Recoba miał coraz mniej spotkań, w których ciągnął za uszy swój zespół. Choć miewał momenty, gdy bawił się grą, a wszystkim opadały „kopary”. Jak w meczu z Lecce, gdy założył „sombrero” w polu karnym i strzelił bramkę. Wielki miał też sezon 2002/2003. Ale cały Inter wyglądał wtedy kapitalnie. Zdobył vicemistrzostwo i dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie uległ Milanowi „bramkami na wyjeździe”, co brzmi kuriozalnie, bowiem obydwie ekipy grają na tym samym stadionie. Takie jednak zasady wyrzuciły „Nerazzurri” za burtę. Sam Urugwajczyk w sezonie strzelił 12 bramek i miał 16 asyst. W kolejnym sezonie coraz bardziej zaczęły mu jednak doskwierać kłopoty zdrowotne, przez co stracił sporo spotkań. I tak zaliczył jednak 11 bramek. Później było coraz gorzej. Wypadał co chwilę, dodatkowo przez pół roku nie był w stanie wrócić na boisko. Gdy grał, nadal miewał mecze, w których potrafił decydować o punktach. Mecz z Romą, 3:3 – bramka i dwie asysty, rewanż z Benficą w 1/8 finału LM, wygrana 4:3 i ponownie bramka i dwie asysty „El Chico”. Chievo Verona – bramka i asysta dały zwycięstwo 2:0. I ten wspaniały mecz na początek 2005 roku, gdy został wpuszczony na boisko na 13 minut przed końcem. Zaliczył bramkę, asystę, a jego zespół odwrócił wynik z 0:2, na 3:2. W sezonie 2005/2006 wchodził dużo mniej, a nawet jeżeli był w pełni, sił głównie okupował ławkę rezerwowych. A gdy zdarzało się wychodzić w pierwszym składzie, to często z opaską kapitańską na ramieniu, przy nieobecnościach Javiera Zanettiego. A i wtedy zdarzało się wygrywać mecze, m.in. z Lazio, przy dwóch bramkach i asyście i zwycięstwie 3:1. Inter w końcu zdobył wtedy upragnione Scudetto. Obronił go zresztą w następnej kampanii, ale z coraz mniejszym udziałem Recoby.
Po tym sezonie Urugwajczyk odszedł do Torino na wypożyczenie. Tam szkoleniowcem był Walter Novellino, który miał ponownie go wskrzesić. Za wiele jednak ugrać się nie udało. Bramka i dwie asysty w Serie A to wynik zdecydowanie odbiegający od jego normy, nawet w sezonach, gdy większość czasu był kontuzjowany. Jego czas we Włoszech dobiegł końca. Jeden sezon został jeszcze w Europie, przechodząc do greckiego Panioniosu, ale i tam furory nie zrobił. W styczniu 2010 roku zdecydował się powrócić do domu i podpisał kontrakt z Danubio, gdzie w końcu odbudował się fizycznie i był w stanie zagrać kilkanaście spotkań bez żadnych problemów, choć jego forma strzelecka uleciała. Kibice jednak i tak go kochali, miał bowiem mnóstwo lukratywnych ofert, ale zdecydował, że to czas na powrót do domu. W końcu dla niego, chłopaka stąd liczyła się tylko piłka. Miłości kibiców do niego nie zmienił nawet powtórny transfer do Nacionalu, gdzie spędził jeszcze cztery lata, jednak w dwóch ostatnich był już cieniem samego siebie. Zdobył jednak razem z klubem dwa razy mistrzostwo. Mając 39 lat na karku, zdecydował się odwiesić buty na kołek. W 2021 roku zdecydował się rozpocząć pracę trenera. Najpierw był asystentem, a następnie samodzielnie przejął zespół rezerw Nacionalu. Na jego mecz pożegnalny zebrała się cała świta na czele z Riquelme, Zanettim i ….. dwoma kolejnymi prezydentami Urugwaju. W swoim kraju nadal jest wielbiony, o czym wspominał m.in. Luis Suarez, który powtarzał, że Recoba to jego idol. Technicznie był jednym z najlepszych na świecie, jednak bieganie zdecydowanie nie należało do jego mocnych stron. Brakowało szybkości, siły, wytrzymałości, co przełożyło się też na kolejne kontuzje. Cień pada jednak na jego poczynania w reprezentacji. Kadra sukcesy zaczęła obchodzić, gdy on odchodził, a dowodził Forlan, Suarez i Cavani. Zagrał w trzech meczach mistrzostw świata, ale jego ekipa pożegnała się po nich z turniejem w Korei i Japonii. Na Copa America zagrał tylko w sześciu meczach. Na wygrany turniej w 1995 roku nie pojechał. Podobnie na ten w 1999 roku, gdzie Urugwaj przegrał dopiero w finale z Brazylią. Podobnie w 2004 roku, gdy jego koledzy zajęli trzecie miejsce. Zagrał w 1997, gdy Urugwaj poległ już w grupie oraz 10 lat później, docierając do czwartego miejsca.
7
,,El Chino” kończy dziś 48 lat:
@Sysia11
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
9
Wybitne postacie włoskiego futbolu:
17 marca 1939 r. urodził się Giovanni Luciano Giuseppe Trapattoni, były piłkarz i trener. Jako zawodnik z sukcesami grał w latach 60-tych w A.C. Milan, gdzie dwukrotnie zdobywał Puchar Mistrzów i mistrzostwo Włoch. Poza tym zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Interkontynentalny oraz Puchar Włoch. Giovanni Trapattoni jako piłkarz zapracował na status legendy Milanu. Był też pilnym studentem Nereo Rocco, szkoleniowca, który poprowadził Rossonerich do wielkich sukcesów w latach 60-tych. Nie mogło zatem zaskakiwać, iż „Trap” trenerską karierę również zaczął właśnie na San Siro. Wydawało się to wręcz naturalne. Jednak władze klubu jakoś nie potrafiły udzielić mu pełnego zaufania. Panowało przekonanie, że Milan potrzebuje bardziej doświadczonego szkoleniowca, przy którym Trapattoni powinien się jeszcze trochę podszkolić. Tymczasem Włoch nie chciał dłużej czekać. Przeniósł się więc na ławkę trenerską Juventusu i w ciągu zaledwie dekady wygrał ze „Starą Damą” wszystko. Z taktycznego punktu widzenia Trapattoni ogromnie wpłynął na rozwój futbolu. Spopularyzował system gry zwany ,,zona mista”, oparty na proaktywnej obronie i szybkiej wymianie podań po odzyskaniu piłki. Na swój sposób „Trap” łączył więc to, co najlepsze w tradycyjnym catenaccio, którego sam uczył się od Rocco, a także ,,michelsowskim” futbolu totalnym. W jego Juventusie nie brakowało agresywnych twardzieli pokroju Claudio Gentile czy też wybieganych harpaganów w stylu Antonio Cabriniego, ale najbardziej emblematyczną postacią dla „Starej Damy” byli jednak elegancki libero Gaetano Scirea. W 1983 roku Juve przegrało jednak finał Pucharu Europy z Hamburgerem SV, co skłoniło „Trapa” do taktycznych korekt, w efekcie których turyńczycy dwa lata później zgarnęli najcenniejsze kontynentalne trofeum. Po drodze wygrywając także Puchar UEFA, Puchar Zdobywców Pucharów i szereg mistrzowskich tytułów w Serie A. Absolutna dominacja. Zresztą w oparciu o gwiazdy Juve została również skonstruowana reprezentacja Włoch, która w 1982 roku zwyciężyła na mistrzostwach świata. Przez wiele lat Giovanni Trapattoni mógł uchodzić nawet za najwybitniejszego kolekcjonera międzynarodowych trofeów w piłce klubowej. Zaczął od fenomenalnej kadencji w Juventusie, gdzie zwyciężył kolejno w Pucharze UEFA, Pucharze Zdobywców Pucharów i Pucharze Europy, a pod jego wodzą błyszczeli tacy gracze jak choćby Michel Platini, Gaetano Scirea, Paolo Rossi czy Zbigniew Boniek. Potem był Inter Mediolan i kolejny europejski sukces, tym razem w Pucharze UEFA i na dokładkę powrót do Juventusu, choć generalnie niezbyt udany, to uświetniony kolejną wygraną, raz jeszcze w Pucharze UEFA. Ponadto zdobywał siedem mistrzostw Włoch (1977-78, 1981-82, 1984, 1986, 1989), mistrzostwo Niemiec (1997), mistrzostwo Portugalii (2005), mistrzostwo Austrii (2007), dwa Puchary Włoch (1978/79, 1982/83), Puchar Niemiec (1997/98), Puchar Ligi Niemieckiej (1997), Superpuchar Europy (1984), Puchar Interkontynentalny (1985). Co tu dużo gadać, doskonały dorobek a mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie niespodziewana porażka „Starej Damy” w finale Pucharu Europy w 1983 roku.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
6
@FCBparasiempre
17 marca 1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu. ,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie, może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków. Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina. Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha, choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów, ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”- zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał… szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat. Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie, no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany, czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce. Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów. ,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem, wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.
Sprawy się komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”- zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek. Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan. Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,, Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie, gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”. Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten… Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem- odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek. Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1, oto marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucił mi się na lewą noge. Powinien być rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski: ,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?! Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,Położe się spać a rano nie mogę się ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje. Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka grającego wówczas z nr. 4 Edinho…
5
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon