FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Pawel13sz Osobiście dałbym mu szanse na jeszcze jeden sezon w naszej kochanej Barcuni. Jeśli grałby poniżej podstawowych oczekiwań to wówczas definitywnie sprzedać...
9
@FCBparasiempre
Bohaterem poniższego tekstu jest zawodnik, o którym Silvio Marzolini, najlepszy argentyński zawodnik Mistrzostw Świata 1966, powiedział: „W historii piłki nożnej było trzech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Maradona i Messi ale tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt, że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy, w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene, czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje. Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie. Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko, chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej przez Jonathana Wilsona na potrzeby książki „Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarska historia Argentyny”, Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny, niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka. Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki. Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co później przekładało się na jego imponujące statystyki.
„Jeśli nie umiesz strzelać obiema nogami i słabo główkujesz, pozbawiasz się 70% szans na zdobycie bramki”. Chciał potajemnie odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi. Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach, a tych wówczas nie brakowało. Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli. Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo prowadził San Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku, a w latach 1958-1961 zdobył aż 119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach, klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25 milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie 1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo – rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych. Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny, że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga. W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami:
-Dlaczego mi to zrobiłeś?
-Bo trenerzy mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę.
Krewki Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z Buenos Aires przedostał przez La Platę się do Montevideo i zasilił tamtejszy Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21 występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali. Gdy w 1964 roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji. Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w 1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu prezydenta kadra wyjechała na czempionaty, a te były dla niej swoistym zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną 2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z Czechosłowacją. El Nene w Szwecji nawet nie powąchał murawy, a po powrocie do ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce, bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”.
Cztery lata później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu El Nene wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów, w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że El Nene ma przecież na koncie mistrzostwo i wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów, ale z drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych, a tych którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię argentyńskiego bohatera a jeśli już się ją pozna, nie sposób o niej zapomnieć.
6
Wspaniała i wyjątkowa legenda argentyńskiego futbolu:
@Sysia11
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
2
@Sysia11 A no właśnie(!) statystyki nie zawsze grają(strzelają gole) a reprezentacja Argentyny to nie przelewki...
0
Bardzo mnie zirytował we wczorajszym meczu Manchesteru City z Aston Villą pan Julian Alvarez a konkretnie jego strzelecka indolencja. Nie znam na pamięć jego statystyk z obecnego sezonu Premier Lig ale jeśli Julian ma grać podobnie jak z Aston Villą to na zbliżającą się Copa America nie ma czego szukać a już napewno nie w pierwszym składzie. Całe szczęście że w życiowej formie jest Foden, więc może pokaże ,,Królewskim" gdzie raki zimują...
0
@Mixtape Wiesz co nie chciałbym być niegrzeczny, zwłaszcza w stosunku do osób, które oznaczam, czyli również do ciebie ale komentarze w obcych językach będę całkowicie ignorował, gdyż zwyczajnie ich nie będę rozumiał a po drugie jestem całkowicie przeciwny używania obcych języków na polskich stronach internetowych. No chyba że niektóre strony tylko z nazwy są polskie a wówczas to najzwyczajniej jest smutne...
0
@Mixtape A dlaczegóż to mówi się(pisze) w tym slangu w obcym języku? Nie można po Polsku stwierdzić na przykład: jaram się, kręci mnie czy też zwyczajnie bardzo mi się podoba, ekscytuje mie ktoś(coś)?
0
@Mixtape Chyba nie zauważyłeś mojego pytania. Pytałem cie co to znaczy hype?
9
Posucha dośrodkowań z rzutów rożnych:
4 kwietnia 1993 r. FC Barcelona strzeliła gola po rzucie rożnym w wygranym 3:0 meczu z CD Logroñes. I co z tego zapytacie?. Otóż zdobywanie goli po dośrodkowaniach z kornerów za trenera Cruijffa przychodziło Blaugranie niezwykle ciężko. Właśnie 4 kwietnia Katalończycy strzelili takiego gola po główce Bakero. Na kolejną taką okazje przyszło czekać… 20 miesięcy! Autorem gola w meczu Ligi Mistrzów był… ponownie Bakero. Ekipa Cruijffa potrzebowała w tamtym czasie średnio 162 rzuty rożne czyli mniej więcej 26 spotkań aby pokonać bramkarza rywali po bezpośrednim dośrodkowaniu.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
10
Copa w rytmie samby:
3 kwietnia 1949 r. w Rio de Janeiro Brazylia rozgromiła Ekwador 9:1(7:1)! w meczu rozpoczynającym 21 edycje Copa America. Do tej edycji nie przystąpiła Argentyna, bez reszty zaprzątnięta myślą jak sklecić możliwie silne składy w krajowych rozgrywkach ligowych. Urugwajczycy wciąż sparaliżowani strajkiem najlepszych zawodowców, w ostatniej chwili wysłali do Brazylii ,,ekipe ratunkową”, złożoną z piłkarzy drugiego rzutu. W tych okolicznościach Canarinhos wydawali się faworytem niepodważalnym i stuprocentowym. Puchar Ameryki miał właściwie stanowić przygrywke i rodzaj poligonu doświadczalnego dla finałów MŚ 1950, przyznanym właśnie Brazylii. Wszystko też podporządkowano temu celowi strategicznemu. Brazylia w trakcie mijającej właśnie dekady tylekroć upokarzana przez Argentyne i Urugwaj, otrząsała się z dawnych kompleksów, odzyskując pewność siebie i uzasadnione poczucie własnej wartości. Szykowała się do wielkich zadań i wyjątkowych przeznaczeń. Zmianie tego nastawienia sprzyjała polityka prezydenta Getulio Vargasa, uderzająca w tony patetycznie patriotyczne. Dobitnie oddawało ów nastrój hasło ,,Brazylia brazylijska!”. Znalazło to również przełożenie na gruncie sportowym. Przez całe 10-lecia liga brazylijska była ,,Mekką” zawodowców, zwłaszcza argentyńskich i urugwajskich. Każdy klub mógł mieć ich nawet pięciu! Wreszcie w 1949 rygory zostały skrajnie zaostrzone; w całej Brazylii mogło jednocześnie grać najwyżej 5 zawodników cudzoziemskich. Gospodarze turnieju szli od początku jak burza, dosłownie zmiatając z drogi wszelkie przeszkody. Na rozgrzewke rozgromili Ekwador 9:1 i tratowali następnych przeciwników, nie okazując im żadnych względów, należnych gościom. Kolejno padały jak ścięte: Boliwia 1:10!, Chile 1:2, Kolumbia 0:5, Peru 1:7, Urugwaj 1:5… Aż tu raptem na drodze rozpędzonego brazylijskiego tornada znalazł się maleńki, skromny Paragwaj. 50-tysięczna ,,torcida” zapełniająca trybuny Vasco da Gama, dyszała żądzą krwi. Kolejna ofiara miała zostać metodycznie poćwiartowana, rozdarta na strzępy i połknięta żywcem.
Obstawiano zakłady czy ,,Guarani” dostaną 6, 7 czy może 8 goli w plecy. Początek meczu zdawał się potwierdzać te oczekiwania. Prawa strona brazylijskiego napadu, Tesourinha-Zizinho, wymieniała podania z zamkniętymi oczami. Na przedpolu bramki Paragwajskiej rozpętał się huragan, lecz ten huragan nie złamał paragwajskiej palmy, co najwyżej przygiął ją do ziemi. Guarani ustępujący rywalom technicznie, nie wdawali się w misterne kombinacje i nie pozostawiali zagrożonych kolegów bez pomocy. Walczyli z bezgranicznym poświęceniem o każdy centymetr murawy i o każdą sekundę czasu. Cudów zręczności dokonywał kapitalny bramkarz Garcia, który bronił tak rewelacyjnie że już w przerwie meczu działacze Flamengo wiedzieli że za wszelką cene muszą go wykupić z Cerro Porteño, co w istocie niebawem się stało. Do dzisiaj Sinforiano Garcia uchodzi za bezsprzecznie najlepszego golkipera w dziejach ,,Flu”. Obrona paragwajska dowodzona przez Alberta Gonzaleza grała pewnie, twardo i bezwzględnie. W środku pola zapore nie do przebicia stworzyli Manuel Gavilan i Pedro Nardelii,który wkrótce zrobił furore w Boca Juniors czy Peñarol. Asem atutowym w ataku był błyskotliwy, fantastyczny przebojowiec o kąśliwym strzale, 22-letni Duilio Jorge Benitez z Nacional Asuncion. Jego niepowszedni talent eksplodował właśnie na tym turnieju. Działacze Boca Juniors, wykładając 200 tysięcy pesos zadbali aby z Rio nie wracał już do Asuncion, tylko jechał do Buenos Aires. Jednak Benitezowi najwidoczniej przypadł do gustu klimat brazylijskiej metropolii; dołączył szybko do swojego rodaka Garcii. Doskonale też spisywali się pozostali napastnicy Guarani, w razie potrzeby w pocie czoła wspomagający obronę i czyhający na szanse błyskawicznych wypadów. Szybkością imponował Cesar Lopez Fretes, strzałami z najtrudniejszych pozycji Enrique Casimiro Avalos zaś wszechstronnością Dionisio Arce. Golom Avalosa i Beniteza, gospodarze przeciwstawili tylko jeden gol, jaki strzelił Tesourinha i oto zdrętwiała z trwogi widownia Vasco da Gama musiała przyjąć do wiadomości że jej idole przegrali ten pozornie ,,spacerowy” mecz. Ponieważ obie drużyny miały po 12 punktów, 3 dni później doszło do dodatkowego rozstrzygającego meczu. Jednak ów czynnik miał natychmiastowe następstwa nieco innego typu.
Postawa Paragwajczyków wywarła takie wrażenie że wielkie kuby z Rio momentalnie zapałały pożądaniem do skromnych(i co nie bez znaczenia-tanich) piłkarzy maleńkiego kraju. Już niebawem w ślady Beniteza i Garcii poszedł stoper Modesto Bria ściągnięty do Flamengo, podczas gdy napastnik Egidio Landolfi zasilił Botafogo. Zresztą na całym kontynencie zapanowała swoista moda na futbolistów z Asuncion. Tymczasem Canarinhos wzmocnili skład, chimerycznego Octavuio zastępując Ademirem i od pierwszej sekundy natarli z dziką furią. Dzielni Guarani w poprzedni zwycięski mecz włożyli tyle energii iż nie byli w stanie zregenerować nadwątlonych sił. Pod niektórymi piłkarzami dosłownie uginały się nogi. Tym razem brazylijski sztorm zatopił paragwajską łupinke. Zemsta była straszna bo aż 7:0! Sam Ademir popisal się hattrickiem, co stanowiło zapowiedź jego strzeleckich osiągnięć podczas MŚ 1950. Poligon doświadczalny zdał w oczach ekspertów egzamin. Ostatecznie, mimo przejściowych kłopotów z Paragwajem, Brazylia po kilkudziesięciu latach zdobyła Puchar Ameryki. Pokazała gre ofensywną, radosną i pełną rozmachu. W 8 meczach strzeliła aż 46 goli! co dało niewiarygodną przeciętną 5,75 na mecz! Brazylijczyk Jair da Rosa Pinto został z 9 golami pierwszym ,,arthilero” turnieju. Przetestowani zostali pozytywnie przyszli ,,mundialiści”. Przygotowania były dopięte na przedostatni guzik. Jednakże wnikliwi analitycy, bardziej sceptyczni i skłonni do dzielenia włosa na czworo, nie podzielali tych zachwytów. Zapamiętali dobrze bezradność brazylijskich wirtuozów w obliczu twardej obrony w pierwszym meczu z Paragwajem i zadali sobie pytanie: A co będzie jeśli Canarinhos natrafią na jeszcze twardszą? Ten właśnie problem szczególnie dogłębnie postanowiono przestudiować rok później w Urugwaju…
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
9
Czy wiemy że:
Dokładnie 119 lat temu pięciu włoskich imigrantów zebrało się w Plaza Solís, położonym w samym sercu La Boca, portowej dzielnicy Buenos Aires. Esteban Baglietto, Alfredo Scarpatti, Santiago Sana, oraz bracia Juan i Teodoro Farenga założyli klub Boca Juniors, 32-krotny mistrz Argentyny i 6-krotny zdobywca Copa Libertadores. Nazwę Boca Juniors można tłumaczyć jako „młodzież z Boca”. La Boca to jedna z 47 dzielnic Buenos Aires, natomiast słowo „Juniors” zostało dodane celem zwiększenia prestiżu oraz nadania nazwie angielskiego brzmienia (to głównie brytyjscy marynarze, budowniczy kolei i robotnicy jako pierwsi przywieźli piłkę nożną do Ameryki Południowej).
Pozdrawiam wszystkich sympatyków ,,Bosteros”.
@Sysia11
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
14
Przegrywamy z Jugosławią, ale jedziemy na mundial jako debiutant:
3 kwietnia 1938 roku biało-czerwoni zmierzyli się w Belgradzie z reprezentacją Jugosławii. Gospodarze postawili przyjezdnym trudne warunki w walce o awans na mundial, ale polscy piłkarze pokazali charakter. Droga na pierwsze mistrzostwa świata w wykonaniu kadry Polski, czyli francuski mundial w 1938 roku, była wyjątkowo krótka. Los (a właściwie FIFA) zestawił biało-czerwonych z Jugosławią, a o tym, kto pojedzie na turniej, miał zadecydować dwumecz. Pierwotnie jednak Polska miała mieć zupełnie innych rywali - były nimi Irlandia i Norwegia. Ostatecznie przy zielonym stoliku zdecydowano jednak, że wobec braku Hiszpanii wśród walczących o awans drużyn (nie została dopuszczona w związku z wojną domową) powstaną trzy grupy, w których będą po dwa zespoły. Pod uwagę brano kryterium geograficzne i biało-czerwoni zostali zestawieni z piłkarzami z Bałkanów. Podopieczni legendarnego Józefa Kałuży rozstrzygnęli losy tej rywalizacji właściwie już w pierwszym spotkaniu, do którego doszło 10 października 1937 roku. Na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie, w obecności 30 tysięcy kibiców, biało-czerwoni dosłownie rozbili rywali w pył. Po końcowym gwizdku było 4:0 dla gospodarzy, dwa gole zdobył Leonard Piątek, a dzieła zniszczenia dokończyli Jerzy Wostal i Ernest Wilimowski. Sytuacja przed rewanżem była wymarzona, jednak spotkanie w Belgradzie nie było spacerkiem. Mogło być to pewne zaskoczenie, ponieważ w poprzednim roku lepsi byli zawodnicy z Bałkanów, którzy zwyciężyli aż... 9:3, do przerwy prowadząc na własnym boisku 5:0. Co prawda Polacy grali wtedy bez zawieszonego Ernesta Wilimowskiego, ale wynik mógł dawać do myślenia i nie napawać optymizmem przed decydującym starciem. Zwłaszcza że Jugosłowianie chwilę wcześniej przegrali minimalnie (4:5) z Czechosłowacją.
Jugosłowianie szybko ruszyli na Polaków, starali się zdominować mecz, wiedząc, że potrzebują tu okazałego zwycięstwa. Mieli za sobą ponad 20 tysięcy kibiców, którzy byli bojowo nastawieni na ten mecz, podróżujący całą dobę pociągiem goście mieli prawo być zdeprymowani. Jednak udało im się stanąć na wysokości zadania, niewiele robiąc sobie z gorącej atmosfery. Biało-czerwoni skupili się na obronie, kilka razy postraszyli rywali, ale prasa w Jugosławii żaliła się na to, że w tym spotkaniu ich ulubieńcom towarzyszył ogromny pech. Nie potrafili zamienić swoich sytuacji na gole, a w bramce świetnie spisywał się Adolf Krzyk. Polacy, choć nie zagrali pięknie, osiągnęli swoje - zdołali uzyskać wynik, który dał im awans i zapisał się w historii. Przegrana 0:1 tym razem okazała się być zwycięstwem.
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
14
Pierwsze w historii ligowe derby Warszawy:
3 kwietnia 1927 r. Warszawianka pokonała Legie 4:1(0:0). Mecz dostarczył widzom wiele emocji i przyniósł nieoczekiwane zwycięstwo Warszawiance. W tym spotkaniu to Legia uchodziła za faworyta więc rozmiary jej porażki zadziwiły tym bardziej że Warszawianka, jak podał sprawozdawca ,,Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, grała chaotycznie i bez planu. Legia przegrała mimo wielkiej przewagi. Przez cały czas pierwszej połowy Legia miała dużą przewagę, po przerwie ten sam obraz gry. Na dodatek przez 80 minut Warszawianka grała w 10-tke a ostatnie 10 minut nawet w 9-tke! Mało tego, pierwszy gol w tym meczu(57 minuta) padł bezpośrednio z rzutu rożnego(!) a więc zapisał się w historii polskiej ligi jako pierwsze tego typu trafienie. Autorem tego gola był napastnik Warszawianki Jan Luxenburg.
Oraz pierwsze w historii ligowe derby Krakowa:
3 kwietnia 1927 r. Jutrzenka Kraków poległa na własnym boisku z Wisłą Kraków 0:4(0:2). Pierwsze krakowskie derby przyniosły umiarkowane emocje ze względu na wyraźną przewagę Wisły, w której zadebiutowali pozyskany z BBSV bramkarz Emil Folga oraz pomocnik Bronisław Makowski z Cracovii. Dużym wzmocnieniem był też powrót Balcera, który przebywał w Poznaniu. Komentatorzy, zaznaczając różnice klas obu drużyn, podkreślali ambitną gre Jutrzenki. Drużyna ta została wzmocniona Grünbergiem wcześniej występującym w ŻKS Amatorzy. W trakcie meczu doszło do pierwszej zmiany w historii Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Jeszcze przed pierwszym golem kulejącego bramkarza Jutrzenki Mellera zastąpił Elsner. Na słowa uznania zasłużył też łódzki sędzia Dancygier.
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
0
@Mixtape A co to znaczy hype? bo to już jakaś chińszczyzna widze...
8
Polska Liga Piłki Nożnej po raz pierwszy w historii:
W niedziele 3 kwietnia 1927 r. odbyła się premierowa kolejka rozgrywek Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Na inauguracje rozegrano siedem spotkań(w tym aż pięć derbowych). Przez kilkadziesiąt lat nikt nie próbował ustalić, który zawodnik był strzelcem pierwszego gola w ekstraklasie. Informacja na ten temat została opublikowana dopiero w roku 2000 na kartach książki ,,O tytuł mistrza Polski”, wydanej w ramach serii ,,Encyklopedia Piłkarska Fuji”. Przedstawiono tam analizę, z której wynikało że pierwszy mecz rozpoczął się w Łodzi o godz. 15.00 na boisku przy ul. Wodnej(a nie na placu Hallera, jak początkowo twierdziła jedna z publikacji). Był to mecz Klub Turystów Łódź – ŁKS Łódź 0:2. W czasie jego trwania pierwszego gola zdobył Jan Durka w 22 minucie meczu. W Łodzi 2 października 2012 r. odsłonięto nawet tablice upamiętniającą rozegranie przed 85 laty pierwszego meczu ligowego i zdobycie pierwszego gola w historii ekstraklasy. Tymczasem sprawa owego pierwszeństwa wcale nie była oczywista. Po dokładnej analizie można było dojść do wniosku że napis na pamiątkowej tablicy należałoby zmienić. Na kartach dwóch książek przedstawione zostały bowiem argumenty sugerujące historyczną pomyłke, która niesłusznie uczyniła z Durki zdobywcę pierwszego gola. Analiza prasowa wskazuje bowiem że również 0 15.00 rozpoczęło się spotkanie w Toruniu, w którym miejscowy TKS pokonał Polonię Warszawa 4:3. Potwierdza to przedmeczowa zapowiedź zamieszczona w ,,Słowie Pomorskim”. Już w 6 minucie toruńskiego pojedynku gola zdobył Paweł Gumowski. Ten fakt w sposób oczywisty zaprzecza twierdzeniu, jakoby pierwszego gola w ekstraklasie mógł zdobyć Durka. Warto podkreślić że po obu historycznych boiskach nie ma już dziś nawet śladu. Co ciekawe, Łódź jako gospodarz jednego z premierowych meczów zapisała się w historii ekstraklasy rekordowym osiągnięciem, choć zupełnie innego rodzaju. To właśnie tam oglądano prawdopodobnie najmłodszego uczestnika zmagań inauguracyjnej kolejki. Bramkarz Klubu Turystów Alfred Lass w chwili swego debiutu miał zaledwie 17 lat i 10 dni.
Do miana gospodarza pierwszego meczu mógłby kandydować także trzeci mecz, choć trudno jednoznacznie ocenić, o której godzinie rozpoczęły się rozgrywki w Katowicach. W zapowiedziach przedmeczowych zarówno katowicka ,,Polonia”, jak i krakowski ,,Ilustrowany Kurier Codzienny” podały informacje, adresowaną zapewne do potencjalnych widzów, że mecz 1.FC - Ruch rozpocznie się o godzinie 15.00. Tymczasem w pomeczowej relacji ,,Przegląd Sportowy” napisał że: ,,O godzinie 16 na boisku stanęły obie drużyny”. Jako najbardziej wiarygodną należy przyjąć zapowiedzi zamieszczone w niemieckojęzycznych dziennikach ,,Kattowitzer Zeitung” oraz ,,Der Oberschlesische Kurier”, ponieważ były to gazety opisujące najbardziej szczegółowo sprawy związane z klubem 1.FC Katowice, gospodarzem tego meczu. Przyjmujemy jako ostateczną tą właśnie wersje, choć trudno wyzbyć się w tym względzie wszelkich rozterek. Z całą pewnością można jednak stwierdzić że właśnie piłkarze z Katowic, po zwycięstwie z Ruchem aż 7:0, zostali pierwszym liderem rozgrywek ekstraklasy. Napastnik 1.FC Karol Kossok był natomiast pierwszym ,,ligowcem”, który zdobył cztery gole w jednym meczu. W premierowej kolejce ekstraklasy nie zabrakło także innych osobliwości. Sędziowie podyktowali aż 7 rzutów karnych, z których wykorzystano 3. Kilku zawodników opuściło plac gry z powodu kontuzji ale tylko jednego zastąpił gracz rezerwowy, bowiem możliwe zmiany obejmowały wyłącznie bramkarzy. Z kolei kibice w Warszawie oglądali gola zdobytego bezpośrednio z rzutu rożnego autorstwa Jana Luxenburga, zawodnika Warszawianki. W derbach Lwowa Pogoń wygrała z Hasmoneą aż 7:1! Jednak z powodu udziału w meczu dwóch nieuprawnionych zawodników, występujących, co ciekawe, w składach obu rywali, wynik meczu został anulowany. Najbardziej ucierpiał na tym strzelec pierwszego klasycznego hattricka w historii ligi Wacław Kuchar, gdyż w zaistniałej sytuacji derby Lwowa trzeba było powtórzyć w późniejszym terminie, gdzie dość niespodziewanie Hasmonea wygrała powtórzone spotkanie 2:1 i tylko ten drugi wynik zapisano w ligowych tabelach. W związku z tym formalnym strzelcem pierwszego w historii klasycznego hattricka okazał się zawodnik łódzkiego Klubu Turystów Karol Bersch a dokonał tego w 2 kolejce ligowej w wygranym meczu z Wisłą Kraków 5:1.
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
8
Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:
3 kwietnia 2012 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou AC Milan 3:1(2:1) po dwóch golach Messiego i jednym Iniesty oraz po honorowym trafieniu Nocerino, w ramach rewanżowego meczu ćwierćfinałowego Ligi Mistrzów. W rewanżu Blaugrana pierwsze dwa gole strzeliła z rzutów karnych, przy czym drugi rzut karny podyktowany za ciągnięcie Busquetsa za koszulke przez Neste był bardzo kontrowersyjny. Ibrahimovič i inni członkowie ekipy Milanu pieklili się po meczu oskarżając Kuipersa o stronniczość i mówili że teraz rozumieją Mourinho i jego żale na temat sędziowania na Camp Nou. W takiej atmosferze Barça po raz piąty z rzędu awansowała do półfinału Ligi Mistrzów.
Składy:
FC Barcelona: Valdes - Alves, Mascherano, Pique (Adriano, 75.), Puyol, Xavi (63.), Iniesta, Busquets, Fabregas (Keita, 78.), Messi, Cuenca
AC Milan: Abbiati; Abate, Mexès, Nesta, Antonini; Nocerino, Ambrosini, Seedorf (Aquilani, min.60); Boateng (Pato, min.69) [Maxi López, min.83]; Robinho, Ibrahimovič
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
9
Cules pamiętają!
Feliz cumpleaños panie Salvador! Z okazji 83-tych urodzin.
3 kwietnia 1941 r. w L’Arboç urodził się Salvador Sadurni, legendarny bramkarz. Salvador Sadurni charakteryzował się potężną sylwetką i był ubrany niemal zawsze na czarno. Obok Ramalletsa i Zubizarrety prawdopodobnie największa legenda jaka stała w bramce FC Barcelony. Jako jedyny z tej trójki był wychowankiem Dumy Katalonii i nigdy jej nie opuścił (nie licząc rocznego wypożyczenia do Mataró). Jego idolem był Ramallets, który dał mu szansę, a do jego rozwoju przyczynił się również ówczesny trener Barçy- Ladislao Kubala. Dzisiaj wspomina, że był on „najważniejszym trenerem w jego karierze”. Jako jeden z niewielu stosował specjalne treningi dla golkiperów. Sadurní trzykrotnie zdobył Trofeo Zamora ale miał również szansę na czwarte trofeum, lecz jego trener, Olsen, zdecydował się nie wystawić go w ostatnim spotkaniu. By zdobyć nagrodę zawodnik musiał rozegrać przynajmniej 22 mecze w sezonie. Po przyjściu Cruyffa, Sadurní zdobył z Barceloną jedyne mistrzostwo Hiszpanii. Miało to miejsce w sezonie 1973/74 i co ciekawe bramkarz opuścił pamiętne zwycięstwo 5:0 na Bernabéu z powodu kontuzji. Ostatni sezon spędzony w Barcie był najgorszy w całej karierze. Tak oto go wspomina: ,,trener Weisweiler nie chciał nawet o mnie słuchać i dał mi szansę jedynie pod koniec sezonu, gdy graliśmy w różnych wsiach. Tak źle to zniosłem, że nie chciałem już nic słyszeć o piłce nożnej’’. Salvador Sadurni rozegrał dla Dumy Katalonii 500 spotkań w tym 247 w La Liga. 1 września 1976 r. odbył się pożegnalny mecz Sadurniego, Rife oraz Torresa na Camp Nou przeciwko Stade Rennes wygrany 2:0.
Dziękujemy serdecznie za oddanie i wierność FC Barcelonie.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
11
Puchar Wyzwolicieli:
Już dzisiejszej nocy rozegrane zostaną pierwsze mecze 65 edycji Copa Libertadores. 32 południowoamerykańskie drużyny rozlokowane w ośmiu grupach powalczą o „La Gloria Eterna” – Wieczną Chwałę, jak za oceanem mówi się o końcowym triumfie w najbardziej prestiżowych rozgrywkach na kontynencie. Jak co roku możemy spodziewać się ignorowania taktyki, fanatycznych kibiców, wielu pięknych goli, wiadra czerwonych kartek, masy polotu i ogromu finezji. Bo Copa Libertadores na pewno nie jest smutna. Pierwszy raz o Puchar Wyzwolicieli zagrano w roku 1960. Wystartowało tylko siedem drużyn a każda z nich była mistrzem swojego kraju. W pierwszym spotkaniu w historii rozgrywek Peñarol pokonał boliwijską ekipę Jorge Wilstermann (nazwaną na cześć pierwszego boliwijskiego pilota samolotów komercyjnych) 7:1! Urugwajczycy później wygrali w finale z Olimpią Asunción, zostając pierwszym klubowym mistrzem kontynentu. Peñarol wygrał też w 1961, tym razem będąc minimalnie lepszym od Palmeirasu.
Pierwsze dwie edycje nie cieszyły się popularnością poza Ameryką Południową. W 1962 było już zupełnie inaczej, a wszystko to za sprawą wielkiego Santosu, który miał w swoim składzie 22-letniego wirtuoza – Edsona Arantesa do Nascimento. Nie tylko Pelé brylował zresztą w tamtej drużynie. „Os Santásticos” („Santastyczni”) lub „O Balé Branco” („Biały Balet”), bo tak nazywano wtedy Santos, przez wielu uważani są za najwspanialszą drużynę wszech czasów. Biorąc pod uwagę, jak bardzo zmienił się futbol od tamtych czasów, jest to stwierdzenie mocno na wyrost, ale sporów z serii „Maradona czy Messi?” rozstrzygać tu nie będziemy. Wtedy Santos był wielki i wygrał Copa Libertadores w 1962 i 1963 roku – pokonując w finale odpowiednio Peñarol i Boca Juniors. W sumie Copa Libertadores padła łupem 25 różnych klubów z siedmiu krajów. Nigdy nie zwyciężyły drużyny z Peru, Boliwii i Wenezueli. Nie wygrali też Meksykanie – od 1998 do 2017 w CL grały też kluby meksykańskie. Chivas, Tigres i Cruz Azul docierały do finału, zawsze w nim przegrywając. Dyskusja o powrocie meksykańskich drużyn ciągle się toczy. Meksykanie wycofali się z rozgrywek po zmianie formatu kalendarza – od 2017 Copa Libertadores startuje na przełomie lutego i marca, a kończy się w listopadzie. Wcześniej zaczynała się w styczniu, a finał miał miejsce w lipcu lub sierpniu. Obecny format koliduje Meksykanom z ich krajową ligą i Ligą Mistrzów CONCACAF. Potomkowie Azteków są jednak otwarci na powrót (jeśli kalendarz ulegnie zmianie), a przy tej okazji sporo mówi się też o ewentualnych występach drużyn z MLS. Reprezentanci Wenezueli i Boliwii jako jedyni nigdy nie dotarli nawet do finału rozgrywek. Najwięcej triumfów zanotowały kluby argentyńskie i brazylijskie(po 23). Ośmiokrotnie najwyższej chwały dostąpili piłkarze z Urugwaju, trzykrotnie Kolumbijczycy i Paragwajczycy, a raz gracze z Chile i Ekwadoru.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
7
@FCBparasiempre
Cesarz. Ten pseudonim jest doskonale znany w futbolu. Nosił go słynny Franz Beckenbauer. Dziś przedstawimy historię innego „Kaisera”. Chodzi o Cesarza, którego śmiało można nazwać królem piłkarskiej obłudy – Carlosa Henrique Raposo. Ów Kaiser może uchodzić za kogoś w rodzaju futbolowego Nikodema Dyzmy, choć czasem może się wydawać, że Dyzma jest przy nim tylko płotką. Zanim przybliżymy bliżej jego sylwetkę, spójrzmy na jego metrykę. Wygląda ona obiecująco. Wynika z niej, że Carlos Henrique Kaiser był piłkarzem takich klubów jak Botafogo, Fluminense, Flamengo, Vasco da Gama, grał też w Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Argentynie oraz we francuskim Ajaccio. Wygląda to więc solidnie ale jeśli przyjrzymy się głębiej samym statystykom, to dojdziemy do wniosku, że użycie słowa „grał” jest dużym nadużyciem. Carlos Henrique był w tych klubach, ale w żadnym z nich nie rozegrał ani jednego spotkania. Początkowo Raposo rzeczywiście przejawiał spory talent. W wieku juniorskim kopał piłkę na tyle dobrze, że zwróciły na niego uwagę znaczące brazylijskie kluby. Z czasem okazało się, że seniorski futbol to zupełnie co innego niż młodzieńcza zabawa w piłkę nożną. Zabawa – to słowo klucz w przypadku tego piłkarza. Młokos pod względem piłkarskim przestał się rozwijać, ale już w młodym wieku uzależnił się on od gwiazdorskiego trybu życia. Zaczął on więc szukać różnych metod, żeby utrzymać się na powierzchni. I w tym momencie zaczyna się przedstawienie. Pierwszym jego elementem jest przydomek piłkarza – Kaiser. To nic, że nasz bohater był napastnikiem, a słynny „Cesarz” Beckenbauer obrońcą. Ten majestatyczny przydomek pasował jak ulał, bo kojarzył się z wielką postacią ze świata futbolu. Kto nie chciałby mieć w swoich szeregach brazylijskiego „Kaisera”? Przecież to marketingowy majstersztyk! Dalej miało jednak być już znacznie trudniej. Sam przydomek przecież nie zapewni mu godnego kontraktu, ale znajomości mogą przynieść wiele korzyści. Raposo zaprzyjaźnił się z czołowymi brazylijskimi piłkarzami jak Romario, Edmundo, Branco, Renato Gaucho czy Ricardo Rocha. Kiedy jeden z nich zmieniał klub, proponował też, by działacze zwrócili uwagę na utalentowanego napastnika.
W ten sposób „Kaiser” był zapraszany na testy, najczęściej trzymiesięczne. Na początku tłumaczył, że nie jest w pełni formy i musi się odbudować fizycznie i dlatego potrzebuje nieco więcej czasu niż trzy miesiące. Potem kiedy już rzekomo się przygotował, wychodził na boisko i przy pierwszym kontakcie z piłką padał na ziemię jak rażony piorunem. Kontuzja! Raposo grał w czasach, kiedy medycyna nie była jeszcze tak rozwinięta, żeby sprawdzić, czy kontuzja jest rzeczywista, czy może jest tylko wymysłem piłkarza na uniknięcie odpowiedzialności, tak więc czas mijał, „Kaiser” pobierał pensję, a na boisku nie było po nim śladu. Na takiego piłkarza z porcelany patrzy się krzywo, ale Carlos Henrique był niezwykle ceniony przez działaczy kolejnych klubów. Z czego to wynika? Będąc w Botafogo piłkarz bardzo często posługiwał się telefonem komórkowym. Warto wspomnieć, że w tych czasach mało kto miał taki telefon, więc samo posiadanie takiego gadżetu było nie lada gratką. Raposo wciąż odbierał telefony i rozmawiał z kimś po angielsku, tłumacząc, że dzwonią do niego agenci zagranicznych klubów, które są gotowe zrobić wszystko by mieć go w swoich szeregach. Skoro wszyscy się o niego biją, to trzeba mu zaoferować nowy kontrakt! Sielanka trwała do czasu, kiedy jeden z członków sztabu szkoleniowego podsłuchał rozmowę i zdał sobie sprawę z faktu, że Raposo ni w ząb nie zna języka angielskiego. Postanowił więc sprawdzić, jak to jest z jego telefonem i kiedy piłkarz był pod prysznicem, szkoleniowiec sprawdził tajemniczą komórkę, która okazała się być… zabawką. Jak bardzo przebiegły musiał być „Kaiser”, żeby przez tyle lat pozorować wysokie umiejętności piłkarskie? Odpowiedzią niech będzie historia z Bangu. Będąc w tym klubie i oczywiście lecząc kontuzję, piłkarz zasiadł na ławce rezerwowych. Początkowo był zapewniany, że i tak nie zagra, ale kiedy wynik był niekorzystny trener postanowił wyciągnąć asa z rękawa i wprowadzić go na boisko. Raposo podniósł się z wielką werwą i zamiast się rozgrzewać podbiegł do kibiców drużyny przeciwnej, wdrapał się na siatkę i obrzucał ich inwektywami. Doszło nawet do rękoczynów! Sędzia nie zastanawiał się długo i pokazał piłkarzowi czerwoną kartkę zanim ten postawił stopę na murawie. Sam piłkarz tłumaczył się następująco: ,,Zanim cokolwiek powiecie, posłuchajcie mnie przez chwilę. Bóg dał mi ojca, którego straciłem, ale potem dał mi kolejnego (chodzi o prezydenta Bangu, Castora de Andrade). Nigdy nie pozwolę żeby ktokolwiek mówił, że mój ojciec jest złodziejem a fani posunęli się do takiego czynu. Musiałem interweniować.” Prezes de Andrade natychmiast zaoferował mu nowy kontrakt. Wszystko, co do tej pory napisaliśmy, jest mocno niewiarygodne, ale to jeszcze nie koniec. Legendy o Raposo dotarły w końcu do Europy i piłkarz otrzymał ofertę z Gazalec Ajaccio. We Francji odbiło się to szerokim echem, bo w końcu do klubu przybywał brazylijski napastnik, który grał u boku Romario czy Edmundo. Zorganizowano wielką fetę, która miała poprzedzać mecz sparingowy. „Kaiser” został przedstawiony kibicom, ci przyjęli go z wielką radością, szczególnie kiedy ten zaczął wybijać piłki w trybuny. W tamtych czasach fani mogli zatrzymać piłki jako pamiątki, więc Raposo wybijał i wybijał, aż w końcu piłek zabrakło. Skończyło się na tym, że sparing się nie odbył, a trener zaaplikował swoim podopiecznym trening biegowy. „Kaiser” pozostał w Ajaccio przez kilka kolejnych sezonów. Zagrał około 20 spotkań, wchodząc na boisko z ławki rezerwowych. Potem wrócił do Brazylii i zakończył swoją niezwykle bogatą karierę. Po kilku latach opowiedział o wszystkim brazylijskim mediom. Mówił, że od zawsze chciał być piłkarzem, ale nie chciał grać w piłkę i udało mu się to. Jego historię można traktować jak magiczną sztuczkę słynnego iluzjonisty, można też uważać go za oszusta, który przechytrzył wszystkich i zapewnił sobie godne zarobki oraz rozrywkowy tryb życia. Jednak czy idąc na występ iluzjonisty nie chcemy zobaczyć magicznych sztuczek? A czy oszust nie nabiera tylko tych, którzy dają się nabrać?
5
Król futbolowej obłudy:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
12
Wilimowski dał popis:
W drugiej kolejce ligowej sezonu 1939(2 kwiecień) drużyna Ruchu wybrała się do Warszawy na mecz z Warszawianką. Debiut ligowy węgierskiego trenera Petera Szabo wypadł bardzo okazale. Zwycięstwo 5:0(!) zmazało częściowo plamę meczu w Krakowie(porażka 1:2). ,,Przegląd Sportowy” w swoim stylu pisał: ,,Ślązacy mieli pierwszą połowe wyjątkowo słabą. Ruch miał jeszcze sporo luk”. Mimo iż gazeta ta lubowała się w krytyce hajduckiej a może już chorzowskiej jedenastki, to jednak wielokrotnie przebijała inną prase sportową w relacjach z meczów. Również i tym razem jej opis stanowił rzetelne źródło informacji. Oczywiście nadal było to narzekanie dziennikarza, który krytykował że na trybunach pojawiło się za dużo publiczności, że było ciasno i że Warszawa nie ma porządnego boiska do rozgrywania meczów ligowych. Tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” napisał że w meczu tych dwóch drużyn nie było żadnej niespodzianki a Warszawianka stała pod znakiem walącego się ogrodzenia, wszystko się w niej waliło. Nieprzygotowana do zawodów wytrzymała tempo tylko do przerwy, pozostawiając później Wilimowskiemu wolną ręke a ściślej mówiąc wolną noge w strzelaniu goli według uznania. Kiedy w siatce bramkarza Warszawianki Kondrackiego zatrzepotał piąty gol, na trybunach rozpoczął się festiwal uszczypliwości wobec piłkarzy ze stolicy. Gole, które strzelał Wilimowski padły w 25, 52, 70 oraz 71 minucie meczu. Piątego dołożył Słota w 88 minucie. Szczególnie o dwóch strzałach genialnego snajpera warto wspomnieć. ,,Pierwszego gola ,,Ezi” zdobywa swoim najbardziej typowym sposobem, piłka niby ,,strzepnięta” od niechcenia idzie jakimś fałszem do bramki. Trzeciego gola Wilimowski strzelił mając na karku dwóch graczy, idzie w lewo a strzał kieruje wprost w przeciwny róg. Po meczu publiczność rozentuzjazmowana wpada na boisko by porwać Wilimowskiego, liczni wojacy pochodzenia śląskiego uprzedzają warszawiaków i sami wynoszą swego pierona do szatni”- tak opisywał ,,Przegląd Sportowy”. Kończąc wątek tego meczu, Teodor Peterek nie strzelił w nim rzutu karnego a dziennikarz ,,Przeglądu Sportowego” ochrzcił go ,,Longinusem”, nawiązując do postaci Longinusa Podbipięty, bohatera ,,Ogniem i mieczem”, którego wygląd był podobny do Peterka. Mecz w Warszawie był debiutem ligowym Ruchu z dzielnicy Chorzów Batory. Pozostał jeszcze debiut na boisku w Chorzowie a le o tym wspomnę 9 kwietnia.
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
10
Czy wiecie że…
2 kwietnia 2013 r. FC Barcelona rozegrała mecz numer 500 w rozgrywkach międzynarodowych o stawke. Blaugrana zremisowała to spotkanie 2:2 w Paryżu z tamtejszym PSG w ramach ćwierćfinałowego starcia Ligi Mistrzów. Bilans wszystkich meczów wyniósł 279 zwycięstw, 114 remisów i 107 porażek. Ten bilans nadal mamy bardzo korzystny i niech już tak zostanie na zawsze. PSG walczyło o odwieszenie już na pierwszy mecz Ibrahimovicia, który otrzymał 2 mecze dyskwalifikacji za wybryk na Estadio Mestalla. Ostatecznie ta sztuka się udała i ,,Ibra” zagrał. Blaugrane wzmocnił Vilanova, który po kuracji w Nowym Jorku wrócił do Hiszpanii. Poleciał po niego Roura aby w samolocie zdać przełożonemu sprawę z sytuacji. Barça mecz zremisowała ale wróciła z kontuzjowanym, nie wiadomo na jak długo Messim oraz wykluczonym na co najmniej miesiąc Mascherano, więc Vilanova miał o czym myśleć, tym bardziej że z powodów zdrowotnych praktycznie nie grał Puyol.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
9
Blaugrana w europejskich pucharach:
2 kwietnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Köln 4:1 w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola w tym spotkaniu strzelił Marti Filosia. Natomiast hattrickiem w tym meczu popisał się znakomity pomocnik i kapitan Josep Maria Fuste.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
1
@FCBparasiempre
Poza standardowymi wytycznymi takimi jak: „niedopuszczanie do gromadzenia się kibiców”; „izolowanie awanturujących się nietrzeźwych osobników”; „legitymowanie wszystkich, których zachowanie jest odstępstwem od normy”, pojawiły się również uwagi, których do tej pory trudno uświadczyć w peerelowskich planach zabezpieczania sportowych imprez masowych: „Wszystkie wystąpienia w stosunku do obywateli powinny być przemyślane, praworządne z zachowaniem pełnego spokoju”; „ (…) interwencję natychmiast przerwać w przypadku nieprzychylnej reakcji ze strony widowni (…)”; „W toku działań pododdziałami zwartymi kategorycznie zabrania się stosowania brutalnych metod w stosunku do zatrzymanych”; „Obserwacja grupy kibiców holenderskich pod kątem ustalenia ich kontaktów z obywatelami PRL (w miarę możliwości ustalić rodzaj tych kontaktów)”; „Zwracanie uwagi w swoim zasięgu działania w celu ujawniania i niedopuszczenia do kolportażu wrogich lub pacyfistycznych ulotek i haseł”. Wszystkie te zalecenia zawarte w oficjalnym planie zabezpieczenia meczu świadczą o bardzo poważnym podejściu do spotkania ze strony władz. Przy tak ogromnej grupie przybyszy z Holandii (plan zakładał obecność nawet 5 tysięcy Holendrów) bardzo istotnym czynnikiem całego przedsięwzięcia było niedopuszczenie do wszelkich prób niepożądanego kontaktu Polaków z obywatelami Zachodu. Handel towarami, walutą lub co gorsza – potencjalne szpiegostwo, były dla służb bardzo istotnym aspektem kontroli. Przy czym pamiętano, aby zachować umiar w ewentualnej interwencji, o czym świadczy użycie słów „kategorycznie zabrania się”. Świeżo w pamięci były zajścia z Marca 1968 roku – trybuny niepotrzebnie prowokowane mogły doprowadzić do zamieszek z milicją, co w obliczu obserwacji ze strony mediów zachodnioeuropejskich, władz UEFA oraz Holendrów na stadionie mogło zdecydowanie zaszkodzić ekipie Gomułki, która już i tak chyliła się ku upadkowi. Wracając do rywalizacji. Podróż do Holandii nie odbyła się bez problemów. Podczas odprawy na lotnisku celnicy na kontrolę osobistą zaprosili Grotyńskiego i Żmijewskiego. Jak się okazało, wspomnieni zawodnicy Legii mieli przy sobie dość duże kwoty dolarów amerykańskich. Niedobrze. Przewóz obcej waluty ponad dozwolony limit stanowił w Polsce Ludowej poważne przestępstwo. Wiceprezes Legii płk. Porotejko później tak informował: ,,Po przeprowadzonej odprawie celnej przedstawiciel kierownictwa klubu z-ca sekretarza generalnego mjr Korol, na sygnał przedstawiciela Punktu Kontroli Granicznej, wspólnie z nim dokonał rozmowy z zawodnikami: sierż. Grotyńskim i sierż. Żmijewskim, polecając zostawić obcą walutę, którą posiadają przy sobie. Rozmowa była przeprowadzona dyskretnie, a zawodnik Żmijewski natychmiast przekazał ponad 2 tysiące dolarów USA.” Sytuacja na pewno wpłynęła na obu wspomnianych zawodników, ale też rykoszetem musieli dostać pozostali koledzy z drużyny. Niepotrzebny problem zwiększył poziom stresu wśród wszystkich piłkarzy, bardzo możliwe zatem, że koncentracja na meczu uciekła gdzieś w inne, niepotrzebne rejony.
Rewanż zaplanowano na 15 kwietnia, więc Wojskowi mieli dwa tygodnie na szlifowanie formy. Brać komunistyczna – tym razem w NRD – pomogła i udostępniła swoje obiekty treningowe. Klub Vorwärts Berlin nie tylko służył swoją infrastrukturą, ale także radą (Vorwärts grał z Feyenoordem w ćwierćfinale). Na nic to niestety pomogło. Najpierw na początku spotkania z ostrego kąta strzałem głową Grotyńskiego pokonał Van Hanegem, a w 31. minucie genialnym wolejem z około 20 metrów popisał się Hasil. Cały mecz pod kontrolą mieli Holendrzy, więc zwycięstwo 2:0 było jak najbardziej zasłużone. Po meczu w Przeglądzie Sportowym relacjonowano, że niewątpliwy wpływ na postawę Wojskowych miały dwa czynniki. Po pierwsze wspomniana sprawa z przewozem waluty. Oczywiście ciężko zrzucać winę porażki tylko na dwóch zawodników, lecz obserwatorom tamtego spotkania nie ulegało wątpliwości to, że tego dnia nie byli zupełnie skoncentrowani na boisku. A i reszta drużyny podobno była bardzo nerwowa jeszcze przed samym spotkaniem. Drugą kwestią były warunki, w jakich przygotowywali się zawodnicy Legii. Ani obiekty treningowe w Berlinie, ani tym bardziej w Warszawie, nie pozwalały przygotować się na odpowiednim poziomie. Feyenoord dysponował dużo lepszą bazą treningową – to również mogło mieć wpływ na przebieg spotkania. Po powrocie do Polski z Grotyńskiego i Żmijewskiego ukarano opłatą celno-skarbową, co pozwoliło zatuszować całą sprawę.
1.04.1970 – Legia Warszawa – Feyenoord Rotterdam 0:0 15.04.1970 – Feyenoord Rotterdam – Legia Warszawa 2:0 (Van Hanegem 3, Hasil 31)
W 2020 roku minęło 50 lat od dwumeczu z Feyenoordem i pamiętnej kampanii Legii Warszawa. Nigdy później Legia nie dysponowała podobnym potencjałem w jednym momencie. Dzisiaj tacy zawodnicy jak Deyna, Brychczy, Gadocha, Blaut, Żmijewski, Pieszko czy Stachurski byliby podstawowymi graczami wielu bardzo dobrych drużyn w Europie. Ba, każdy zawodnik z tamtej drużyny spokojnie odnalazłby się na zachodzie. Paradoksalnie czasy komunistyczne pozwoliły odnieść taki sukces. Może wojsko nie zapewniało obiektów treningowych na poziomie przyzwoitym i europejskim, lecz zakaz opuszczania Polski pozwolił zatrzymać wszystkich zawodników w swoim ,,prime timie”. Czy byłoby to dzisiaj możliwe? Wątpię. Swoją drogą, sezon 1969/1970 był(według wielu ekspertów) najlepszym sezonem polskich klubów w europejskich pucharach. Nie tylko występy Legii okazały się bardzo dobre, ale również Górnik Zabrze zaprezentował kapitalną dyspozycję, docierając do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Takie to były czasy. Czy doczekamy kiedyś ponownie takiego sezonu? To już temat na inną debatę.
6
@FCBparasiempre
Sezon 1969/1970 w europejskich pucharach Legia miała niemalże perfekcyjny. Format rozgrywek oczywiście zdecydowanie różnił się od współczesnej odmiany Ligi Mistrzów, lecz nadal Puchar Europy Mistrzów Klubowych był najważniejszym turniejem w Europie. Na przestrzeni ośmiu spotkań Legia Warszawa udowodniła, że należała wówczas do najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Format Pucharu Europy miał zupełnie inny wymiar, niż to co dzisiaj obserwujemy w Lidze Mistrzów. Udział brały tylko drużyny, które były mistrzami swoich lig. Nie było żadnych grup, tylko faza pucharowa. Nie było żadnego rankingu, koszyków czy obostrzeń politycznych, na podstawie których wykluczano jakieś konfrontacje. Każdy mógł trafić na każdego. Prawdziwy turniej mistrzów, prawdziwy prestiż. W dzisiejszych realiach sponsoringowych, marketingowych i komercyjnych– awykonalne. Sezon 1968/1969 Legia Warszawa skończyła na szczycie tabeli z dwupunktową przewagą nad Górnikiem Zabrze. Było to trzecie mistrzostwo kraju dla Legii, które kończyło okres wyczekiwania na kolejnego mistrza od 1956 roku. W tym samym sezonie Legia całkiem przyzwoicie poradziła sobie w Pucharze Miast Targowych i dotarła w nim do 1/8. Porażka w dwumeczu z węgierskim Ujpesti Budapest skończyła przygodę Wojskowych, ale napędziła do mocnego finiszu w lidze i Pucharze Polski (porażka w finale z Górnikiem Zabrze). Sezon ten stanowi podstawę świetnej postawy w kolejnym, bo właśnie wtedy umocnił się kształt drużyny, według wielu uznawanej za jedną z najlepszych w historii klubu. Jeśli nie najlepszą. Podstawowa 11 wyglądała w następujący sposób: Władysław Grotyński, Antoni Trzaskowski, Feliks Niedziółka, Andrzej Zygmunt, Władysław Stachurski, Bernard Blaut, Kazimierz Deyna, Lucjan Brychczy, Robert Gadocha, Jan Pieszko oraz Janusz Żmijewski. Trenerem tamtej ekipy był Edmund Zientara. Były piłkarz Legii trenował Wojskowych między 1969 a 1971 rokiem. Wykorzystał potencjał drzemiący w drużynie i zbudował zupełnie wyjątkowy kolektyw. Co ciekawe Zientara jest jednym z dwóch ludzi w historii klubu, którzy zdobyli mistrzostwo Polski jako zawodnik i trener. W sezonie 1969/1970 skład był niemal identyczny, z drobną zmianą, gdzie Feliksa Niedziółkę zastąpił Zygfryd Blaut (zagrał więcej minut). Ta drużyna grała ze sobą od wielu miesięcy i niemal na pamięć znali swoje ruchy. W sezonie 1968/1969 przegrali w lidze raptem 3 mecze, a w sezonie 1969/1970 powtórzyli ten wyczyn (na 26 kolejek). Kolejny atut to niewątpliwie genialna druga linia. Trio Blaut-Deyna-Brychczy, można śmiało powiedzieć, wyprzedziło swoje czasy. To, że była to najlepsza linia pomocy w Polsce było oczywiste. Jednak mecze w Europie pokazały, że mieliśmy do czynienia z wyjątkową skalą talentu na arenie międzynarodowej. Oprócz efektywnej i efektownej gry, Panowie Blaut, Deyna i Brychczy dokładali – dosłownie – worek bramek. W sezonie 1968/1969 we wszystkich rozgrywkach zdobyli łącznie 34 bramki (atak zdobył 35 bramek!). Pomoc zatem odpowiadała za 45% potencjału w ataku. Kazimierz Deyna był najlepszym strzelcem Legii w lidze (12 goli). W Pucharze Polski również (5). Były solidne podstawy, by z nadzieją spoglądać na kolejny sezon w Europie. Na początek mistrzom Polski los przydzielił mistrza Rumunii – zespół UT Arad. Pierwszy mecz zaplanowano na 18 września 1969 roku w Rumunii. Pierwszych 6 kolejek w polskiej lidze napawało optymizmem Wojskowych (4 zwycięstwa, 2 remisy, bilans goli 13:3), lecz balonika świadomie nie pompowano.
W pamięci pozostawały bowiem poprzednie występy Legii w Pucharze Europy, w których odpadali w pierwszej rundzie. Na wyjeździe Legioniści wywalczyli bardzo dobry wynik, bo wygrali 2:1. Choć mistrz Rumunii prowadził już od 7. minuty, to Legii udało się odeprzeć napór w pierwszej połowie i na przerwę schodzili z bagażem jednej bramki. Kolejnych już nie stracili. W drugiej połowie najpierw w 66. minucie stan meczu wyrównał Żmijewski, a dziewięć minut później wynik podwyższył Gadocha. Rezultat świetny, wracamy do Polski. To co wydarzyło się w Warszawie, przeszło do historii występów polskich drużyn w europejskich pucharach. Myślę nawet, że jest to jeden z bardziej niesamowitych wyczynów w historii Pucharu Europy w ogóle. 1 października w Warszawie 15 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie było świadkami wybitnego meczu Wojskowych. Choć po pierwszej połowie wynik 0:0 tego nie zapowiadał. Rumunii dzielnie walczyli przeciwko ewidentnie lepszej Legii, ale w drugiej połowie, dokładnie w 51. minucie pękli. Pierwszą bramkę zdobył Bernard Blaut. UT Arad nie wytrzymał nacisku i w 70. minucie Gadocha pogrzebał szanse Rumunów na awans. Następnie w ciągu 15 minut Legioniści zdobyli kolejne sześć bramek. Wszystkie zdobyli w ciągu 34 minut! Było to niebywałe, nawet jak na tamte czasy i tamten charakter gry. Ostateczny wynik – 8:0. Legia melduje się w drugiej rundzie. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że drużyna mistrza Rumunii była chłopcem do bicia, to już spieszę wytłumaczyć – otóż nie. W następnym sezonie Pucharu Europy UT Arad w pierwszej rundzie wyeliminował… obrońcę trofeum. Zatem była to poważna drużyna.
18.09.1969- UT Arad – Legia Warszawa 1:2 (Domide 7 – Żmijewski 66, Gadocha 75) 1.10.1969 – Legia Warszawa – UT Arad 8:0 (B. Blaut 51, Gadocha 70, 74, Brychczy 73, Stachurski 78, Deyna 81, Żmijewski 83, Pieszko 85) 2 Runda – Legia vs AS Saint-Etienne
W kolejnej fazie Legioniści trafili na mistrza Francji, poprzeczka powędrowała zatem wyżej. W owym czasie byli absolutnymi dominatorami w swoim kraju. Od sezonu 1966/1967 rokrocznie zdobywali mistrzostwo Ligue 1, aż do 1970 roku. Dodać również należy, że w pierwszej rundzie Saint-Etienne wyeliminowało Bayern Monachium, który już wtedy był bardzo mocną drużyną. Mecz zaplanowany na 12 listopada poprzedziły negocjacje z Telewizją Publiczną, która miała niemały problem. Tego samego dnia zaplanowane było także spotkanie Górnika Zabrze z Rangersami w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów. TVP zapłaciło Legii 150 tysięcy złotych tylko po to, by zorganizować mecz później, gdyż godziny obu meczów się pokrywały. Dosyć hojna dotacja, ale jak się wkrótce okazało – słuszna. Nie dość, że telewidzowie obejrzeli zwycięstwo Górnika, to jeszcze byli świadkami wygranej Legii 2:1. Choć pierwsza połowa tego nie zapowiadała. W 39. minucie prowadzenie Francuzom dał Herve Revelli. Trybuny były bardzo niespokojne i kilka niebezpiecznych przedmiotów lądowało na murawie, a druga połowa została nawet opóźniona ze względu na wybuchające petardy. Sytuacja na pewno dawała podstawy sędziemu, by przerwać mecz i oddać walkowera mistrzowi Francji. Na szczęście do tego nie doszło i warszawianie mogli odrobić straty. Trwało to długo, ale w 78. minucie Jan Pieszko wyrównał stan meczu, a pięć minut później zwycięstwo dał Kazimierz Deyna. Do Francji Legia wybrała się zatem z jednobramkową zaliczką. Optymizm jednak tonowano, ponieważ w poprzedniej rundzie Saint-Etienne ograło na własnym stadionie Bayern aż 3:0. Nie było mowy o żadnym odpuszczaniu. O tym, że ta rywalizacja była dla Francuzów istotna świadczy fakt, że cały numer gazety Sport Actualites był poświęcony rewanżowemu spotkaniu między mistrzem Polski a Francji. Lecz niewiele brakło, by to spotkanie się w ogóle nie odbyło. Wszystko przez strajk w zakładach energetycznych. Gdyby nie było oświetlenia, Legii musiałby zostać przyznany walkower. Taka sytuacja – na szczęście miejscowych – nie miała miejsca i mecz został rozegrany. 26 listopada na trybunach zebrało się 30 tysięcy kibiców oczkujących od swoich zawodników zwycięstwa, a żeby awansować wystarczył wynik 1:0 dla gospodarzy. Było zimno, a murawa była w fatalnym stanie przez wcześniejsze opady śniegu. Bądź co bądź, warunki dla obu drużyn były jednakowe. Tak jak przewidywano – Saint-Etienne na swoim stadionie mocno naciskało, a Legioniści skupili się raczej na szczelnej obronie oraz groźnych kontratakach.
Jednak wynik bardzo długo wynik utrzymywał się korzystny dla Legii. Bezbramkowy remis promował Wojskowych do kolejnej rundy. W 85. minucie Kazimierz Deyna uciszył miejscowe trybuny i ostatecznie pogrzebał nadzieje Francuzów. Jeden z kontrataków przyniósł oczekiwany skutek. Deyna przyjął piłkę w polu karnym przeciwnika, spojrzał, przymierzył i… Zobaczcie sami. Porażka była szokiem dla Francuzów. Jak to, absolutny hegemon we Francji nie może przejść drugiej rundy? No tak to, nie może. Nie z taką Legią. Francuzi byli na tyle pewni siebie, że przed meczem zorganizowali wystawną kolację, zapewne po to, by uczcić awans. Niestety Legioniści na uroczystym posiłku przebywali głównie we własnym gronie z raptem kilkoma francuskimi działaczami. Prezes Saint-Etienne nie zdobył się na gest szacunku i nie pogratulował Legii awansu. Doceniła ich jednak francuska, gdzie Deynę określono – po raz pierwszy – mianem „Le General”. Wymowne.
12.11.1969 – Legia Warszawa – AS Saint-Etienne 2:1 (Pieszko 78, Deyna 83 – Revelli 39) 26.11.1969 – AS Saint-Etienne – Legia Warszawa 0:1 (Deyna 85)
Następną rundą był już ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70 XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło, Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe z lokalnymi drużynami – między innymi CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu „narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób, korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik ten – mimo silnego naporu Galatasaray – nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla Legii przed rewanżem w Warszawie. Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów. Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu – Lucjan Brychczy. Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę – w 11. i 55. minucie. Awans do półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w historii.
4.03.1970 – Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47 – Brychczy 37) 18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11, 55)
Z trzech dostępnych drużyn (Leeds, Celtic i Feyenoord) los przydzielił Legii mistrzów Holandii. Mowa tutaj o drużynie, która w latach 60-tych wygrała Eredivisie 4 razy, a na początku lat 70-tych rywalizowała jak równy z równym z bodaj najlepszym Ajaxem w historii. Choć Feyenoord zdobywał mistrzostwo kraju w następnych dekadach, to nigdy później drużyna z Rotterdamu nie osiągnęła podobnego poziomu. Na przełomie lat lat 60-tych i 70-tych osiągnęła swój peak. Pierwszy mecz został zaplanowany na 1 kwietnia 1970 roku. Nie tylko w stolicy, ale też w całym kraju oczekiwano awansu do finału. Opinia publiczna doskonale zdawała sobie sprawę, że Legia jest w stanie wygrać ten dwumecz. Feyenoord miał problemy w poprzednich rundach z awansem i w konfrontacjach z Milanem oraz Vorwärts Berlin musieli dwukrotnie odrabiać straty (0:1 i 2:0 w obu dwumeczach). Jeśli Legia trafi z formą, można wypracować niezłą zaliczkę przed wizytą w Holandii. Na wypełnionym ponad miarę Stadionie Wojska Polskiego (30 tysięcy widzów) obie drużyny nie spełniły oczekiwań mediów i kibiców. Rzęsisty deszcz spowodował, że z murawy zrobiła się błotnista maź. W tych warunkach Legionistom trudniej było o zdobycie bramki, choć kontrolowali przebieg meczu. Dogodne sytuacje marnowali Brychczy oraz Małkiewicz. W Przeglądzie Sportowym relacjonowano, że w normalnych okolicznościach atmosferycznych Legia miałaby większe szanse na wypracowanie przewagi. Warunki jednak były jakie były i remis 0:0 był niewątpliwym sukcesem Feyenoordu. Data meczu oczywiście zobowiązywała, więc spiker na stadionie postanowił zażartować z kibiców na trybunach. W przerwie meczu powiedział, że po spotkaniu na terenie pływalni obok stadionu będą przyjmowane zapisy na wyjazd do Amsterdamu i rewanżowy mecz w Rotterdamie. Koszt – 150 zł. Ludzie podobno zdębieli. Nie dziwne. Żartować z możliwości wyjazdu na zachód w czasach, gdy było to bardzo trudne do zrealizowania? Ironia wyższych lotów. Prima Aprilis w wersji komunistycznej. Na to spotkanie do Warszawy przybyło wielu kibiców z Holandii. Fakt ten nie jest niczym wyjątkowym i Stadion Wojska Polskiego gościł niejedną zorganizowaną grupę fanów. Wizyta ta jednak przeszła do historii z innego powodu. Kibice w Warszawie mogli pierwszy raz zobaczyć kibiców innej drużyny, która w zupełnie nieznany dotąd sposób manifestowała swoje oddanie klubowi. Z charakterystycznymi cylindrami w czerwone i białe pasy, z szalikami oraz flagami w barwach Feyenoordu fani z Holandii pokazali, jak można wspierać swoją drużynę. Dla fanów Legii było to zupełnie nowe doświadczenie i po raz pierwszy ujrzeli sposób kibicowania w ten sposób – w czasach „szarej” komunistycznej rzeczywistości był to niewątpliwie powiew zachodniej cywilizacji i najprawdopodobniej od tego momentu możemy zaobserwować początek transformacji kibicowskiej w Polsce – takiej, w której wykorzystuje się barwy klubu jako element identyfikacji oraz manifestacji w trakcie meczów. Kibiców ktoś przecież musi pilnować. W czasach PRL wszystkie mecze były objęte procedurą zabezpieczenia przez oddziały milicji. Szczególną uwagę miały spotkania z zachodnimi reprezentacjami lub klubami. Nie inaczej było w ramach tej rywalizacji. Choć w tym przypadku prestiż i znaczenie meczu były dużo wyższe. Nie było do tej pory tego typu widowiska sportowego, zatem plan zabezpieczenia przez służby był specjalny. Poza przeznaczeniem większej liczby oddziałów w rejonie ulic Łazienkowskiej, Rozbrat i Czerniakowskiej, na samym stadionie również znajdowała się nadprogramowa liczba służb. Łącznie ponad 3000 mundurowych oraz 71 różnego rodzaju pojazdów. Na szczególną uwagę zasługują również dodatkowe „uwagi i zalecenia” dla wszystkich funkcjonariuszy.
4
Najlepsza Legia w historii:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
12
Wybitne legendy futbolu:
1 kwietnia 1927 r. urodził się Ferenc Puskas. Dla starszego pokolenia najlepsi piłkarze w historii to Pelé, Diego Maradona i Johan Cruyff, a młodsi bez zastanowienia wskazują na Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo. Warto jednak wiedzieć, że swego czasu po zielonej murawie biegał ktoś taki jak Ferenc Puskás – napastnik, którego na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiali się wszyscy obrońcy. „Galopujący Major”, jak nazywano go z powodu służby w węgierskiej armii, był zawodnikiem kompletnym, uznanym w 1953 roku przez czasopismo „World Soccer” za najlepszego na świecie. Ci, którzy śledzili wnikliwie jego grę twierdzą, że potrafił strzelać bramki z każdej odległości obiema nogami i głową, a także dysponował znakomitym przeglądem pola, pozwalającym mu notować wiele asyst. W latach 1945-56 zdobył dla reprezentacji Węgier 84 gole w 85 występach. Nigdy później Magiczni Madziarzy nie odnosili większych sukcesów, bo za takie trzeba uznać złoty medal olimpijski w 1952 roku oraz drugie miejsce na mundialu dwa lata później. ,,Jeszcze przed końcowym gwizdkiem strzeliłem wyrównującą bramkę ale sędzia liniowy wskazał pozycję spaloną” – wspominał Puskás finał mistrzostw świata z Niemcami, w którym Węgrzy prowadzili już 2:0, lecz ostatecznie polegli 2:3. ,,Nigdy mu tego nie wybaczę, chociaż na boisku się nie kłóciliśmy. Po prostu przegraliśmy i zwiesiliśmy głowy. W końcu arbiter ma zawsze rację. Po meczu pojawiło się mnóstwo plotek, że go sprzedaliśmy, ale to nonsens.” Cały kraj był załamany tą porażką a piłkarze zostali poproszeni przez służby mundurowe o niepokazywanie się na ulicy dopóki sytuacja się nie uspokoi. Gdy wydawało się, że napędzani przez niesamowitego Puskása Magiczni Madziarzy na mundialu w 1958 roku znów powalczą o najwyższy laur, niecałe dwa lata przed szwedzką imprezą na Węgrzech wybuchła krwawa rewolucja, z powodu której Ferenc postanowił opuścić kraj i wyjechać do Hiszpanii. W odwecie rodzima federacja nałożyła na niego osiemnastomiesięczną dyskwalifikację na wszystkich frontach. W razie powrotu do ojczyzny piłkarzowi groziła kara śmierci za dezercję, więc w kadrze narodowej nie wystąpił już nigdy więcej. Co ważne, „Galopujący Major” nie był w swojej decyzji odosobniony, ponieważ podobnie do niego postąpiło wielu kolegów po fachu czy trenerów. ,,Miałem wtedy już prawie trzydziestkę na karku, więc ta dyskwalifikacja brzmiała dla mnie jak wyrok. W pewnym momencie odezwali się jednak do mnie ludzie z Realu Madryt. Powiedziałem im, że jestem za gruby i chyba nie dam już rady grać zawodowo, ale następnego dnia pojawiłem się w Madrycie i odbyłem bardzo dziwną rozmowę z prezydentem klubu – Santiago Bernabéu. Nie mieliśmy tłumacza, więc ja mówiłem po węgiersku, a on po hiszpańsku. W pewnym momencie zacząłem gestykulować: „wszystko w porządku, ale spójrz na mnie – mam 18 kilogramów nadwagi”. Wtedy on odparł: „To już twój problem, a nie mój”.
Przed emigracją Ferenc spędził siedem lat w klubie Budapest Honvéd FC, dla którego w 164 występach zdobył 165 goli. Po owocnej karierze w ojczyźnie okraszonej sukcesami z reprezentacją można było przypuszczać, że gra dla Realu Madryt będzie dla Węgra jedynie krótkim przystankiem przed sportową emeryturą. Wszyscy, którzy tak uważali, okrutnie się jednak pomylili. W latach 1958-66 w barwach Los Blancos „Galopujący Major” rozegrał 180 spotkań i strzelił w tym czasie aż 156 bramek. Królewscy z nim w składzie sięgnęli po dziesięć trofeów: pięć mistrzostw Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Puchary Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Sam zainteresowany natomiast aż czterokrotnie wygrywał rywalizację o Trofeo Pichichi dla najlepszego strzelca La Liga. ,,W Madrycie nigdy nie czułem się obco i nie musiałem się wstydzić swojego pochodzenia. Jeśli gdzieś pojawialiśmy się z Los Blancos, to zawsze witały mnie małe grupki Węgrów. Uważali mnie za jednego ze swoich, ponieważ z powodu wydarzeń w 1956 roku ojczyznę opuściło około sto tysięcy moich rodaków. Cieszę się, że mogłem być częścią tej wielkiej drużyny. Atmosfera w zespole była wspaniała, a to jeden z kluczy do sukcesu. Obcokrajowcy odgrywali tu ważną rolę. Razem z Francuzem polskiego pochodzenia Raymondem Kopą i Argentyńczykiem Alfredo Di Stéfano ciągle ogrywaliśmy Hiszpanów w karty”. W finale Pucharu Europy w 1960 roku na Hampden Park w Glasgow Real Madryt rozbił Eintracht Frankfurt 7:3, a „Galopujący Major” ustrzelił w tym spotkaniu pokera (4 gole). Tymczasem węgierskie władze uważały go za zdrajcę ojczyzny. Zakazano transmisji spotkań Królewskich, a gazetom nakazano o ich węgierskim napastniku pisać tylko źle. Prawdziwi kibice na wszelkie możliwe sposoby szukali jednak relacji telewizyjnych z meczów Los Blancos oraz prawdziwych informacji o swoim idolu. ,,Po opuszczeniu Węgier przyrzekłem sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Zostałem naprawdę okropnie potraktowany po tym jak przez szmat czasu dawałem z siebie wszystko. Dwadzieścia pięć lat później zmieniłem zdanie i zdecydowałem się na powrót. Cieplejszego powitania na lotnisku nie mogłem sobie wymarzyć. To było niesamowite. Czułem się jak jakaś gwiazda muzyki pop”.- wspominał Węgier. Po zakończeniu kariery sportowej Ferenc Puskás został trenerem. Największe sukcesy odnosił z Panathinaikosem Ateny, z którym wywalczył dwa mistrzostwa Grecji oraz finał Pucharu Europy. Zmarł w Budapeszcie 17 listopada 2006 roku w wieku 79 lat.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
11
Za twardy orzech do zgryzienia:
Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona zremisowała z Atletico Madryt 1:1 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów. Jedynego gola(ratującego remis) dla Barçy strzelił w 71 minucie Neymar. Atletico na Camp Nou zaskoczyło Blaugrane odwagą, zagrało w myśl przedmeczowych słów Courtois: ,,Już złapaliśmy bestie, teraz trzeba ją tylko przywiązać”. Gracze Simeone wywierali presją na zastępującym kontuzjowanego Victora Valdesa Jose Pinto, gdyż ten słabo grał nogami. Strzał życia wyszedł Brazylijczykowi Diego, który w pierwszej polowie wszedł za kontuzjowanego Diego Coste i goście wywieźli z Camp Nou cenny remis.
@Sysia11
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
9
A to ci historia:
1 kwietnia 1977 r. Rinus Michels odsunął od drużyny Rexacha i Marciala. Hiszpanie postanowili więc wynająć boisko za 600 peset i trenowali indywidualnie przez 90 minut. Powodem problemów obu piłkarzy były wydarzenia z wcześniejszego weekendu. FC Barcelona przegrała w Burgos tracąc praktycznie szanse na tytuł mistrzowski a Rexach, Marcial i Neeskens udali się do Madrytu, mając na to zgode trenera Michelsa. W jednej z dyskotek Marcial spoliczkował gościa lokalu, który wykonał piłkarzom zdjęcie bez ich zgody. Hiszpan twierdził iż ,,nie uderzył go zbyt mocno i sam też oberwał ale nie pamięta od kogo bo w starciu uczestniczyło mnóstwo ludzi”. Marcial lamentował również że uderzona osoba poszła ,,wypłakać się na komisariat a on nawet nie zdążył wypić zamówionego whiskey”. Pikanterii sprawie dodawał fakt iż zarówno Marcial, jak i Rexach negocjowali nowe umowy w klubie. Dla pierwszego z nich oznaczało to koniec gry w Blaugranie i przejście do Atletico Madryt. Marcial Manuel Pina Morales(tak brzmi jego pełne nazewnictwo) jest jedynym piłkarzem w historii Primera Division, który strzelał gole Realowi Madryt w czterech różnych klubach. Udało mu się nawet strzelić 2 gole w jednym meczu z rzutów wolnych zarówno lewą jak i prawą nogą.
Wystarczył jeden(i to za zgodą trenera) wyskok aby usunąć z drużyny naprawdę wartościowego pomocnika. Czy Michels aby nie przesadził…?
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
2
@FCBparasiempre
I tak wracamy do Santa Fe, gdzie rok wcześniej rozpoczał się marsz po mistrzostwo kraju. W hotelu Conquistador Bielse dopadły wątpliwości. Jego metody wymagały wiary a on właśnie ją stracił. ,,Zamknąłem się w pokoju – opowiadał potem – zgasiłem światła, zaciągnąłem zasłony i zrozumiałem co naprawdę znaczą słowa wypowiadane czasem tak lekko: »Chce umrzeć«. Zacząłem płakać. Nie rozumiałem co się dzieje. Cierpiałem jako kibic i cierpiałem jako profesjonalista”. Zadzwonił do żony Laury. ,,Zderzyłem się wówczas z argumentem, który dla wielu byłby nie do odparcia” – opowiadał. Ich córka była poważnie chora. Przez kilka miesięcy balansowała między życiem a śmiercią. To wtedy naprawdę przeżywał emocjonalne piekło. ,,Czy to że chciałbym się teraz zapaść pod ziemie w związku z jednym przegranym meczem ma jakikolwiek sens? – pytał. Wiedział już że nie ma ale ważniejsze było coś innego. ,,Rozumowanie było bez zarzutu – mówił. – ale moje cierpienie z powodu porażki domagało się jakiegoś usprawiedliwienia”. W ten sposób Bielsa doszedł do tego na czym polegał kryzys. To co się stało w meczu z San Lorenzo nie było zwykłą porażką a on zakwestionował coś więcej niż swoje umiejętności trenerskie. Dobór słów nie był przypadkowy. On nie szukał rozwiązania problemu tylko usprawiedliwienia filozofii, którą żył i którą jego drużyna miała wyrażać na boisku. ,,Jeśli trzeba będzie przemyśleć cały projekt, zrobimy to razem. Poszukamy nowego sposobu i nowej metody, jeśli się okaże że nie czujemy się na siłach osiągnąć tego co zamierzyliśmy sobie przed rozpoczęciem sezonu”- powiedział. Bielsa wyznaczał więc nową droge. Problemem nie było to że posunął się zbyt daleko ale to że nie posunął się wystarczająco daleko. ,,Wciąż pod wpływem emocjonalnego szoku narodził się nowy sposób rozumienia taktyki. Od jakiegoś czasu miałem kilka koncepcji na temat jednostek i ich wkładu w zbiorowy wysiłek ale nie wcielałem ich w życie ponieważ wiązały się ze zbyt dużą liczbą rotacji na boisku. Porażki jakich doznaliśmy pozwoliły nam teraz odświeżyć strukturę dużyny a zarazem odnowić całą koncepcje a to za sprawą całej serii zmian pozycji”- opowiadał Bielsa. Ta skomplikowana fraza jest dla Bielsy czymś typowym. Mówiąc prościej, chodziło o to by zespół poznał zwyczaje przeciwnika i przez rotacyjny system krycia indywidualnego wywarł na niego presje. Przykładowo jeśli rywale rozpoczynają rozgrywanie akcji od podanie środkowego obrońcy do prawego obrońcy, drużyna Bielsy będzie naciskać na środkowego obrońcę i postara się przeciąć to podanie. Llop wspomina ten czas jako pełen nerwów: ,,Marcelo próbował znaleźć właściwą taktykę, więc całymi dniami gadaliśmy i gadaliśmy”. W Santa Fe zremisowali 0:0 ale był to dopiero początek. Tydzień później pokonali 1:0 Rosario Central w meczu przerwanym na 2 minuty przed końcem z powodu awantury na trybunach. ,,Najważniejszą różnicą było przygotowanie fizyczne. Newell’s przypominało traktor, który rozjeżdża wszystkich przeciwników. Ten zespół zadusiłby każdego, to był ten pomysł Bielsy, dodanie wściekłego pressingu do istniejącego już stylu Newell’s. Kiedy z nimi grałeś, wracałeś do szatni w poczuciu że nie tylko oszołomili cię podaniami ale też zabiegali na śmierć”- mówił Simon. Rewolucja nabierała tempa. Żona Saldañi zgineła w wypadku samochodowym ale on grał dalej, znajdując oparcie w Bielsie i w sile drużyny. Dobre wyniki pojawiły się także w Copa Libertadores. Do końca fazy grupowej Newell’s pozostało niepokonane odnosząc także ważne, gdyż katartyczne wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z San Lorenzo a im lepiej szło Bielsie, tym uważniej analizowano jego metody i częściej stawiano pytanie: na czym polega jego nowy styl? Czy trener Newell’s jest ,,bilardistą” czy ,,menottistą”? ,,Bielsy nie da się zestawić ani z Bilardo ani z Menottim. Był taktykiem ofensywnym. Proszę zauważyć, słowa »taktyk« często używa się na określenie trenera, który myśli negatywnie, skupia się na obronie a przecież taktyka nie polega tylko na defensywie i blokowaniu najmocniejszych stron przeciwnika. Bielsa to właśnie udowodnił. Był mieszanką tamtych dwóch, połączył obie szkoły”- wspominał Llop.
Z pewnością tak właśnie widział to sam trener. ,,Słuchałem ich przez 16 lat. Osiem lat Menottiego, dla którego najważniejsze było inspirowanie oraz osiem Bilardo, dla którego najważniejsza była funkcjonalność – mówił po objęciu posady selekcjonera w 1998 roku. – Starałem się wziąć od nich to, co najlepsze”. Komentarze Menottiego i Bilardo były zgodne z stereotypami na temat tych szkoleniowców. ,,Bielsa to młodzieniec z problemami. Ma swoje idee i wie jak je wprowadzić w życie ale różnimy się już w punkcie wyjścia. On sądzi że futbol jest przewidywalny, ja myśle kompletnie inaczej”- opowiadał Menotti. Bilardo z kolei uważał iż Bielsa po prostu go naśladuje. ,,Podzielam jego rozumowanie bo przypomina to, co robiliśmy w 1986 – mówił. – Ma mnóstwo taśm z nagraniami oponentów, zupełnie jak ja wtedy”. Z pewnością znajdą się tacy, którzy będą zdania że jego treningi(zwłaszcza tych 120 piątkowych powtórzeń) były z ducha Bilardo, co nie musi przecież oznaczać że podejście Menottiego do ćwiczeń z piłkarzami było szczególnie artystyczne, z drugiej strony jednak przekonanie Bielsy o konieczności atakowania przy każdej nadarzającej się okazji było z pewnością z ducha Menottiego. Kiedy sam próbował zdefiniować swoją filozofie, mówił że sprowadza się do czterech pojęć: permanentne skupienie, mobilność, rotacja i coś jeszcze, co trudno przełożyć a jest jednym z klasycznych terminów Bielsy. W muzyce ,,repenitizacion” to określenie oznaczające wykonanie utworu bez jego wcześniejszego ćwiczenia, nie jest całkowitym zdaniem się na wyobraźnie, gdyż dopuszcza czytanie nut ale w odniesieniu do futbolu z pewnością zawiera pewien stopień improwizacji w połączeniu z uważnością. Jest to innymi słowy pojęcie podsumowujące sprzeczny, wydawałoby się, ze zdrowym rozsądkiem idealizm filozofii ,,bielsista”, oczekiwanie od piłkarzy że będą w kółko robić coś po raz pierwszy; paradoks sygnalizujący wspaniałą bezcelowość tego, co starał się osiągnąć. ,,To co możliwe zostało już dokonane – mówił podczas pracy w Newell’s. – My próbujemy niemożliwego”. Kiedy Llop opowiadał o rozgrywaniu ,,mistycznych meczów” i konieczności wiary w trenera, mówił właśnie o tym: W przypadku Bielsy zawsze miało się wrażenie iż chodzi mu tyleż o wygrywanie meczów, co o osiągnięcie absolutu. Oto dlaczego otacza go atmosfera kultu. Jak wielu jego rówieśników z Ameryki Południowej, Bielsa był pod wrażeniem gry reprezentacji Holandii z pierwszej połowy lat 70-tych ale bardziej bezpośredni wpływ wywarł na niego Urugwajczyk Oscar Tabarez, trener, którego pragmatyzm wydawał się pozostawać w dziwnej sprzeczności z jego własnym idealizmem. ,,Piłka nożna opiera się na czterech fundamentach, jak to ujął Oscar Tabarez. Na obronie, na ataku, na tym, jak przechodzisz z ataku do obrony. Chodzi o to by te przejścia odbywały się w sposób jak najbardziej płynny”- mówił Bielsa. Podczas Clausury w sezonie 1991/92 Newell’s przegrało tylko raz i dwupunktową przewagą w tabeli odebrało tytuł Velezowi Sarsfield. W Copa Libertadores z kolei piłkarze Bielsy pokonali Defensor Sporting i awansowali do ćwierćfinału, gdzie jeszcze raz musieli się zmierzyć z San Lorenzo. Rany po tamtym 0:6 były wciąż świeże ale tym razem ograli ich w Rosario 4:0 a cały dwumecz zakończyli wynikiem 5:1. W półfinale czekała kolumbijska America de Cali. Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1 ale już w 5 minucie drugiego meczu po rzucie wolnym i główce Pochettino Argentyńczycy objeli prowadzenie. Mecz był bardzo zacięty i ostry a atmosfera na trybunach do tego stopnia przepełniona wrogością że samo wejście na stadion stanowiło ciężkie przeżycie. Newell’s się broniło ale rzut karny w ostatniej minucie przyniósł Americe wyrównanie i o dalszych losach obu drużyn musiała zdecydować seria jedenastek. Piłkarze z Cali dwukrotnie nie trafili w sytuacji, gdy gol zapewniał im awans do finału a w końcu Norberto Scoponi obronił strzał Orlando Maturany i z wynikiem 11:10 Newell’s awansowało dalej, choć zanim drużyna mogła myśleć o finale, najpierw musiała bezpiecznie opuścić boisko. Kolumbijscy kibice byli wściekli a trafiony z trybun jakimś przedmiotem Berizzo miał rozbitą głowe. Finał przeciwko FC São Paulo z Raim i Cafu w składzie także skończył się rzutami karnymi ale tym razem Newell’s przegrało. Bielsa wyraźnie wyczerpany emocjonalnym wynikiem związanym z prowadzeniem drużyny, której kibicował w stylu, który rozpropagował, zrezygnował z posady. ,,Próbowaliśmy go przekonać żeby tego nie robił ale był kompletnie wypompowany. Chciał nawet odejść wcześniej ale odwiedziliśmy go z Martino w domu i namówiliśmy żeby został, jednak miesiąc czy dwa później i tak podał się do dymisji. Być może uważał że jego epoka dobiegła końca, że nie będzie już w stanie powtórzyć tak dobrego wyniku. Ja w każdym razie chciałem żeby został i wiedziałem jak wielkie znaczenie ma dla Newell’s. Kiedy odszedł musieliśmy się bronić przed spadkiem. To było straszne”- opowiadał Llop.