FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
6
Niespełniona nadzieja polskiego futbolu:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
7
@FCBparasiempre
Dwudziesty trzeci dzień czerwca 1996 roku, godzina 18:30 czasu Greenwich. Na stadionie Villa Park w Birmingham właśnie rozpoczyna się ćwierćfinałowy mecz Mistrzostw Europy pomiędzy reprezentacjami Czech i Portugalii. W 53. minucie tego spotkania długowłosy czeski pomocnik Karel Poborský przedarł się przez portugalską obronę i wysokim lobem przerzucił piłkę nad wychodzącym z bramki Vítorem Baíą. Piłka wpadła do siatki. Czesi objęli prowadzenie, które utrzymali do końca spotkania i awansowali do półfinału (a później finału) turnieju. Gol Karela Poborskýego do dziś uchodzi za jeden z najpiękniejszych w historii Mistrzostw Europy. Jego strzelec (urodzony 30 marca 1972 roku w miejscowości Jindřichův Hradec) podczas angielskiego Euro grał na tyle dobrze, że trafił do najlepszej drużyny turnieju wybranej przez UEFA. Ważniejsze jednak, że w efekcie wzbudził zainteresowanie naprawdę wielkich klubów. Jego dotychczasowy pracodawca Slavia Praga (do której przeszedł raptem sezon wcześniej z Viktorii Žižkov) wycenił początkowo długowłosego pomocnika na 800 000 funtów. Jak można się domyślić, cena dość szybko zaczęła rosnąć. Minęło zaledwie kilka dni od zakończenia Mistrzostw Europy, a za Poborskiego zdążyły wpłynąć oferty od Liverpoolu, Lazio i Manchesteru United. Ani 2 miliony funtów od klubu z Anfield, ani 3 miliony, które oferowali rzymianie, nie wystarczyło, by zapewnić sobie usługi 24-latka. Dopiero 3,6 miliona funtów, które wyłożył klub z Manchesteru, zdecydowało o tym, że Poborský opuścił ojczystą ligę i przeniósł się na Old Trafford. Wydawało się, że Czech idealnie pasuje do młodej drużyny „Czerwonych Diabłów”, która właśnie odzyskała tytuł mistrza Anglii, po tym, jak rok wcześniej niespodziewanie dała się wyprzedzić Blackburn Rovers. Pewnie tak by się stało, gdyby na pozycji Poborskýego nie grał ktoś jeszcze młodszy i jeszcze zdolniejszy. Tym kimś był David Beckham. Sezon 1996/1997 to prawdziwa eksplozja formy Anglika. Poborský musiał zadowolić się rolą gracza drugiego wyboru. 22 ligowe mecze i 4 trafienia – nie był to wynik fatalny, ale z pewnością zarówno sam Poborský, jak i kibice United oczekiwali, że będzie lepszy. Następny sezon (1997/1998) okazał się dla Poborskýego ostatnim spędzonym na angielskich boiskach. Nie była to nawet pełna kampania, bo już na początku 1998 roku Poborský zamienił deszczowy Manchester na słoneczną Lizbonę i dołączył do słynnej Benfiki. Najwyraźniej w ojczyźnie Magellana dobrze pamiętano bramkę, którą Poborský zdobył na EURO ’96. Na Estadio da Luz czeski pomocnik spędził trzy lata, jedne z najlepszych w jego klubowej karierze. Szybko stał się ulubieńcem kibiców. Jego bramkę zdobytą po rajdzie przez całe boisko w meczu ze Sportingiem Braga z sezonu 1998/1999 porównywano ze słynnym golem Maradony. Poborský stworzył znakomity duet z João Pinto, wielokrotnie asystując przy bramkach Portugalczyka. Ich współpraca zakończyła się latem 2000 roku, gdy Pinto przeszedł do lokalnego rywala – Sportingu. Pół roku później Poborský także opuścił Benfikę, by zasilić rzymskie Lazio, które już kiedyś starało się go pozyskać. W „Wiecznym Mieście” spędził dwa sezony. Pewnie nie zapisałby się szczególnie w pamięci kibiców ze stolicy Włoch, gdyby nie ostatni mecz sezonu 2001/2002. Na Stadio Olimpico przyjechał niemal pewny tytułu mistrzowskiego Inter Mediolan. Niemal, bo ewentualna porażka z Lazio przy jednoczesnym zwycięstwie Juventusu sprawiłaby, że mistrzostwo powędrowałoby do Turynu. Czarny (dla kibiców Interu) scenariusz wydawał się mało prawdopodobny, a jednak się ziścił. Juventus oczywiście wygrał swój mecz, a Lazio pokonało Inter 4:2. Walnie do tego przyczynił się strzelec dwóch bramek dla rzymian – Karel Poborský. Latem 2002 roku Poborský wrócił do Czech i zasilił Spartę Praga. Zdążył zdobyć z tym klubem dwa tytuły mistrza Czech i zagrać w Lidze Mistrzów, zanim pod koniec 2005 roku wrócił do Dynama Czeskie Budziejowice – klubu, w którym zaczęła się jego seniorska kariera. 28 maja 2007 roku oficjalnie ją zakończył. Angielskim kibicom przypomniał się w 2015 roku, gdy zagrał w charytatywnym meczu legend Manchesteru United z legendami Liverpoolu. Dziennikarze zwrócili uwagę nie tyle na jego grę, ile na zupełnie inny, niż w latach aktywności piłkarskiej, wygląd. Modnie podgolone i ułożone włosy, gęsta broda – hipster w pełni – ogłosiły niemal zgodnie brytyjskie gazety. W niektórych z nich zastanawiano się jeszcze, czy była gwiazda reprezentacji Czech, nie gustuje czasem w kraftowych piwach. W ostatnich kilku latach o Poborským słychać było w kontekście historii tyleż kuriozalnej, co niebezpiecznej. W 2016 roku były czeski piłkarz trafił do szpitala z powodu zakażenia boreliozą. Jak się okazało kleszcz, który przenosił tę groźną, chorobę mieszkał… w brodzie Czecha. Podczas usuwania insekta z zarostu, Poborský został ukąszony w szyję. Po kilku miesiącach leczenia, przyjmowania antybiotyków i czasowym paraliżu lewego policzka, bohater Euro ’96 powoli wraca do pełnej sprawności.
Pomijając jednak historie pozasportowe, warto zastanowić się, czy Poborský mógł zrobić większą karierę. Z pewnością tak, bo talentu mu nie brakowało. Być może w Manchesterze United odegrałby znacznie istotniejszą rolę, gdyby nie ogromna konkurencja, która panowała wówczas w tej drużynie. Z drugiej strony, gra dla „Czerwonych Diabłow”, Benfiki i Lazio, czy trzykrotny udział w Mistrzostwach Europy (grał też w Mistrzostwach Świata w 2006 roku) to osiągnięcia, których wielu piłkarzy może mu pozazdrościć. Niezależnie od tego, czy Karel Poborský w pełni wykorzystał swój talent i potencjał czy nie, to dzięki bramce strzelonej Portugalii na EURO ’96 czeski pomocnik stał się nieśmiertelny. Jeśli nie dosłownie, to przynajmniej w pamięci piłkarskich kibiców.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Slavia Praga
1x mistrzostwo Czech (1996)
Manchester United
1x mistrzostwo Anglii (1997)
2x Superpuchar Anglii (1996, 1997)
Sparta Praga
2x mistrzostwo Czech (2003, 2005)
1x Puchar Czech (2004)
Reprezentacja:
Brązowy medal Pucharu Konfederacji (1997)
Osiągnięcia indywidualne:
Piłkarz Roku w Czechach (1996)
7
Żywe legendy czeskiego futbolu:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
11
Niezwykła legenda futbolu:
30 marca 1915 r. urodził się paragwajski napastnik Arsenio Erico. Karierę rozpoczął w miejscowym Nacionalu Asunción a w pierwszym składzie klubu zadebiutował mając zaledwie 15 lat. Na początku lat 30-tych Erico wchodził w skład drużyny piłkarskiej paragwajskiego Czerwonego Krzyża, która rozgrywała mecze na terenie Argentyny by zebrać fundusze na wojnę o Chaco. Z powodu świetnej gry podczas meczów towarzyskich w wymienionym tournée, podpisał z nim zawodowy kontrakt Club Atlético Independiente. Erico zadebiutował w lidze argentyńskiej 6 maja 1934 roku w wyjazdowym meczu Independiente przeciwko Boca Juniors (remis 2:2) i swoją grą a szczególnie świetnymi główkami szybko dorobił się przydomku "skaczący diabeł". Tak wspaniały napastnik jak Arsenio Erico nigdy nie zagrał w reprezentacji swojego kraju chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju zaś zdaniem takiego autorytetu jak Di Stefano, w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 325 ligowych spotkaniach zdobył dla Independiente 293 gole, liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! W 1947 roku na krótko zasilił jeszcze szeregi Huracanu. Był z całą pewnością graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby co najwyżej iść Węgier Kocsis i Argentyńczyk Passarella. Przy wzroście 175 cm fruwał w powietrzu na wysokości poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzom piłkę, którą zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością ,,nożycami’’(chilena, bicileta), z woleja, z powietrza czy z ziemi. Jego ,,palomity”(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek a przy tym wszystkim uroczy kompan, skromny i koleżeński, powszechnie lubiany.
W 1939 roku do Buenos Aires zawitał znakomity pisarz francuski Paul Morand, autor głośnego bestselleru ,,Palę Moskwę’’. Wybrał się na mecz Independiente i ujrzawszy w akcji powietrzne ewolucje Erico, zerwał się z miejsca i zakrzyknął w ekstazie: ,,Toż to Niżyński!’’ A Niżyński, gwiazdor słynnych baletów Diagilewa, do dziś uchodzi za największego tancerza wszechczasów. I pomyśleć tylko że taki fenomen nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani’’! A to był za młody a to wynarodowił się tak długo mieszkając w Argentynie a to trener powątpiewał w jego ambicję… Kompletny absurd! W latach 1947-49 Arsenio występował w rodzimym Club Nacional Asunción i tam też zakończył swoją wspaniałą karierę. Arsenio Erico pod względem jakości napastnika można śmiało stawiać na równi z samym Pele a znajdą się i tacy fachowcy(np. Di Stefano) jak i kibice, dla których Erico będzie najlepszym w historii futbolu!
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11
17
Niezwykły przypadek Julio Cezara Romero:
30 marca 1989 r. FC Barcelona zakontraktowała Julio Cesara Romero. Paragwajczyk popularnie zwany Romerito, był najbardziej nieudanym zakupem w erze Cruijffa i jednym z najgorszych w historii Dumy Katalonii. Johan postawił na niego dzięki świetnym występom we Fluminense, gdzie Romerito został wybrany najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej. Brazylijski klub miał ogromne długi wobec piłkarza, więc Blaugrana spłaciła te zobowiązania i pozyskała w ten sposób nowego napastnika. Dwa lata po przylocie do stolicy Katalonii Cruijff wystawił Paragwajczyka w miejsce Linekera w El Clasico. Pojedynek odbył się w dniu reelekcji Nuñeza na prezydenta i zakończył się bezbramkowym remisem a najlepszych okazji nie wykorzystał właśnie Romerito. Z każdym tygodniem Paragwajczyk grał mniej kończąc występy w Barcelonie po 7 spotkaniach i jednym golu w meczu o pietruszkę z Malagą. W 2011 r. został wraz z reprezentacją Paragwaju pierwszym mistrzem Świata w footvalley-jednej z odmian siatko-nogi. Jak widać nikt nie jest nieomylny a Romerito bardziej sprzyjała inna dyscyplina sportu.
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
11
Trofea Blaugrany:
30 marca 1988 r. FC Barcelona po raz 21 w historii zdobyła Copa del Rey. Na Estadio Santiago Bernabeu pokonała w finałowym starciu Real Sociedad San Sebastian 1:0. Zwycięskiego gola zdobył kapitan Blaugrany Jose Ramon Alexanco w 61 minucie. Dume Katalonii prowadził wówczas legendarny Luis Aragoñes.
Wspomnijmy:
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
13
Żywe legendy futbolu:
29 marca 1972 r. urodził się portugalski pomocnik Rui Costa. FIFA w swoim materiale nazwała go „portugalskim księciem”. Mistrz Portugalii i Włoch. Zdobywca Ligi Mistrzów, Superpucharu UEFA i Pucharu Interkontynentalnego. Zawodnik, który w swoim najlepszym czasie osiągnął absolutne piłkarskie szczyty. Grał w znacznie potężniejszej niż dziś Serie A, przywdziewał koszulkę Milanu, który z dzisiejszym zespołem ,,Rossoneri” łączy tylko logo na koszulkach. ,,Moim idolem był Michel Platini. Chodziło o jego sposób gry, o inteligencję, dzięki której zawsze odnajdywał się we właściwej strefie boiska. To pozwalało mu dyktować tempo gry. Nie zapominajmy też o dryblingach i jego umiejętności podejmowania najlepszych decyzji z chłodną głową” – wspominał już po zakończeniu kariery. Jak mało kto zbliżył się jednak do swojego idola na centymetry. Gdyby dziś charakteryzować Costę, pewnie użylibyśmy podobnych słów, co on, gdy mówił o Platinim. Jedyne, czego mu zabrakło, by móc być stawianym na równi z Francuzem, był złoty medal wielkiego turnieju. ,,Gdybym mógł cofnąć czas, poprosiłbym o to, by wygrać mistrzostwo Europy 2004” – mówił w rozmowie z portalem FIFA.com. Mieli przecież wszelkie dane ku temu, by w niego całym sercem wierzyć. „Tworzymy znakomitą mieszankę dwóch zwycięskich reprezentacji młodzieżowych, selekcję najlepszych z najlepszych. Mam nadzieję, że portugalska piłka skorzysta w pełni z naszego pokolenia.” Skorzystała, budując swoją mocną pozycję na lata na arenie międzynarodowej. Przeżywając historie jak ta z Ricardo broniącym gołymi rękami karnego Anglików. Ale nie wycisnęła do ostatniej kropelki, nie sięgając ani po złoto na Euro, ani po medal na mistrzostwach świata. Mimo to Rui Costa na zawsze pozostanie w Portugalii jedną z wielkich legend. Twarzą swojej reprezentacji przełomu wieków. Synonimem boiskowego artysty, który dziś wciąż jest bardzo blisko wielkiej piłki, zasiadając na stanowisku dyrektora sportowego a obecnie prezydenta swojej ukochanej Benfiki.
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
9
@FCBparasiempre
29 marca 1943 r. urodził się Jan Banaś, prawoskrzydłowy. "Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Berlinie. Ojciec nazywał się Paul Helwig, był niemieckim żołnierzem, moją matkę poznał we Lwowie, gdzie pracowała przez półtora roku jako tłumaczka. Po moim urodzeniu przez kilka miesięcy mieszkaliśmy z mamą w Berlinie, a potem przyjechaliśmy do jej rodzinnych Katowic" - mówił. Nazywał się wtedy Heinz-Dieter Banas. Potem został polskim Janem. Karierę zaczął w AKS-ie Mikołów, następnie był WKKF Katowice i Zryw Chorzów, powoływania do reprezentacji Polski juniorów, gdzie grał m.in. z Zygfrydem Sołtysikiem i Antonim Piechniczkiem. W 1962 roku trafił do Polonii Bytom. Tam osiągał pierwsze sukcesy. Z nią wygrał m.in Puchar Intertoto. I właśnie z tymi rozgrywkami jest związana sytuacja, która wpłynęła na piłkarskie życie Banasia. W 1966 roku przed meczem w Norrkoeping z miejscowym IFK, zdecydował się zostać za granicą. "Jeśli chodzi o wyjazd z 1966 roku, za sprawą stał mój ojciec, którego w Szwecji zobaczyłem pierwszy raz od 23 lat" - mówił Banaś. To on namówił syna, żeby nie wracał do Polski. Razem z nim nie wrócili także Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. "Pracował jako księgowy w klubie z niemieckiej ligi regionalnej w mieście Hof. Gdy podsunął mi jednak papier, żebym się zgodził, że z każdego mojego ewentualnego transferu 10 procent będzie szło na jego konto, nasze drogi się rozeszły" - dodał Banaś. Po trzech miesiącach młody piłkarz pojechał do Kolonii, gdzie trenował w 1.FC Koeln. Nie mógł jednak grać, ponieważ polskie władze sportowe zdyskwalifikowały go na dwa lata, wrócił więc do kraju. Po tej przygodzie zmienił oficjalnie pisownię nazwiska na takie, jakie znamy dzisiaj. Mógł występować ale za swoją postawę zapłacił.
Przez cztery lata nie był powoływany do reprezentacji a potem, mimo że grał zarówno w eliminacjach igrzysk olimpijskich 1972, jak i w eliminacjach mistrzostw świata 1974 na turnieje finałowe nie pojechał. Oba były w Niemczech. W pierwszym przypadku miało chodzić o to, że podczas pobytu w Niemczech Banaś pobierał pieniądze od jednego z klubów, czemu sam zainteresowany zaprzecza, tłumacząc, że to było tylko drobne kieszonkowe. Zachodnioniemieckie media miałyby opisać całą aferę. "Otrzymaliśmy poufną informację, że mogą wystąpić oficjalnie do MKOl-u, podważając amatorski charakter naszej reprezentacji, gdyby Jasio zagrał w turnieju" - cytował trener Kazimierz Górski słowa Wiesława Ociepki, szefa PZPN-u a zarazem członka KC PZPR-u i ministra spraw wewnętrznych, w swojej książce "Pół wieku z piłką". Z kolei w przypadku MŚ Banaś miał na nie niepojechać, ponieważ latem 1973 roku, podczas tournee po USA, Górski dowiedział się, że zawodnik zamierza wzmocnić jedną z tamtejszych drużyn. Selekcjoner wiedząc, że nie może na niego liczyć, nie powołał Banasia na mecze eliminacyjne MŚ z Walią w Chorzowie i Anglią w Londynie. "To nieprawda. Z nikim wówczas nie rozmawiałem o grze w USA" - tłumaczył jednak sam zawodnik. Właśnie podczas tego wyjazdu ostatni raz wystąpił w reprezentacji Polski, w której grał od 1964 roku. W tym czasie Banaś był już podstawowym piłkarzem Górnika Zabrze. Przeszedł do niego w 1969 roku. Transfer "największy wtedy w Polsce" z silnej Polonii Bytom do jeszcze mocniejszego zespołu zaowocował wywalczeniem dwóch mistrzostw Polski i trzech Pucharów Polski. Grał też w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, kiedy Górnik przegrał z Manchesterem City 1-2. Porównywano go czasami do George'a Besta, Irlandczyka z Ulsteru, w tym czasie gwiazdy Manchesteru United i jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. "Też miałem, ciemne, długie, kręcone włosy, śledziłem, jakie nosi ciuchy. Jak on grałem na prawym skrzydle, też lubiłem dryblować. Pod tym względem jeszcze większym mistrzem był mój inny idol, Brazylijczyk Garrincha" - mówił Banaś. I podobnie jak Best miał powodzenie u kobiet. "Pewnie imponowało im, że mogą pokazać się z piłkarzem, reprezentantem Polski? Miałem łatwiej, one zdawały sobie sprawę, z kim się zadają, byłem znany, wiadomo, prasa, telewizja. Znały nazwisko Banaś, wiedziały, że gram w Górniku" - mówił. "Z piętnaście razy mogłem już przed ołtarzem stać, większość chciała mnie usidlić. Ciągle kalkulowałem, co nimi kieruje: czy są ze mną dla mnie czy dla pieniędzy?" - dodał. W Zabrzu występował do 1975 roku, a potem w końcu wyjechał za granicę. Najpierw to były polonijne kluby w Stanach Zjednoczonych, następnie Meksyk (Atletico Espanol) i Francja, gdzie m.in. ze względu na stan wojenny spędził 13 lat, grając w tamtejszych drużynach. Do Polski wrócił w 1993 roku. Tutaj imał się różnych zajęć - od pracy z młodzieżą w Gwarku Zabrze po gastronomię. Mieszka w Zabrzu, nieopodal stadionu Górnika.
7
Legendy polskiego futbolu:
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
15
,,Santa Tecla”:
Po trwających niewiele ponad rok pracach w marcu 1966 roku otwarto świątynie mieszczącą się przy alei Madrid w Barcelonie. To dzieło Josepa Soterasa i Mauriego, jednego z architektów biorących udział w przygotowywaniu projektu Camp Nou. Kościół zajmuje powierzchnie 1500 metrów kwadratowych i może pomieścić 800 wiernych. Na ołtarzu znajduje się figurka świętej Tekli wyrzeźbiona w kamieniu przez Ferrana Bernata. W 2002 roku w kościele świętej Tekli odbyła się ceremonia pożegnania jednej z legend barcelonizmu – Ladislao Kubali. Cierpiący na chorobę Alzheimera napastnik zmarł w wieku 74 lat w klinice Pilar. Przed śmiercią wiele razy zapadał w śpiączke. Zgon nastąpił o pierwszej po południu i co ciekawe, w tym samym czasie ówczesny prezydent Barçy Gaspart dokonywał prezentacji Luisa van Gaala jako nowego trenera klubu… Setki kibiców zebranych u wrót kościoła gromkimi oklaskami i okrzykami ,,Kubala! Kubala!” powitało owiniętą flagą ,,blaugrana” trumne, niesioną przez jego byłych kolegów z drużyny. Ciało idola barcelonizmu przyniesiono do kościoła Santa Tecla po tym, jak ponad 15 tysięcy osób pożegnało je w udostępnionym przez klub miejscu na Camp Nou. Później trumna została przewieziona na cmentarz Les Corts, gdzie spoczęła w niszy 625 w Szóstym Departamencie.
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
0
@tristan87Wyczuwam coś okropnego więc chyba zerkne jeszcze dzisiaj z ciekawości...
0
@tristan87 A to zerkne w wolnym czasie, chyba już na święta się zapoznam. Tylko troche wątpie że mnie to zaciekawi ale zobacze...
0
@tristan87 A tego tematu to nie znam
13
Feliz cumpleaños panie Marc!
Dzisiaj swoje 51 urodziny obchodzi Marc Overmars, jeden z najlepszych prawonożnych lewoskrzydłowych w historii piłki nożnej. Podczas swojej bogatej kariery, Overmars błyszczał na boisku, jak nikt inny. Nieważne czy było to Go Ahead Eagles, Willem II, Ajax, Arsenal czy wielka FC Barcelona. Właśnie w tych klubach cieszył świat swoimi dryblingami. Dobry technicznie, szybki, wydawałoby się, że płuca miał ze stali. Jako prawonożny zawodnik, wystawiany był najczęściej na lewym skrzydle, co przynosiło spory efekt. Łamanie akcji do środka i oddawanie strzałów ze swojej teoretycznie lepszej nogi sprawiło, że Overmars strzelił w swojej karierze kilka ważnych bramek w ten oto sposób. W drużynie Dumy Katalonii Overmars grał przez cztery sezony. W 2001/02 był podstawowym zawodnikiem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. W tej historii są również polskie akcenty. W jednym z meczów Champions League, pokonał Jerzego Dudka na Anfield Road, a w ćwierćfinale rozgrywek odprawił Panathinaikos Ateny. W drużynie Koniczynek występowali wówczas: Krzysztof Warzycha oraz Emmanuel Olisadebe. Podczas pobytu w Hiszpanii, nie zdobył żadnego trofeum. Na domiar złego, przez liczne urazy kolan i kostek, został zmuszony do zakończenia swojej przygody z profesjonalnym futbolem w wieku 31 lat.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
5
@FCBparasiempre
28 marca 1955 r. w Gdyni urodził się Zdzisław Rozborski, pomocnik, 2-krotny mistrz Polski z Widzewem Łódź. ,,Znacie Brazylijczyka Zito? W moim dzieciństwie był legendą. Tak na mnie zaczęli wołać na podwórku i byłem zaszczycony. Do dzisiaj nic się nie zmieniło”- informuje Zdzisław ,,Zito” Rozborski. Zito to słynny pomocnik Canarinhos, 2-krotny mistrz Świata. Grał w jednej drużynie z takimi geniuszami jak Garrincha, Pele czy Zagalo. ,,Od bardzo dawna mieszkam we Francji, teraz jestem trenerem amatorskiej drużyny i wszyscy w klubie mówią do mnie ,,coach Zito”. Inna sprawa że w tym kraju zawsze trudno było liczyć na poprawną wymowę mojego prawdziwego imienia”- śmieje się pan Zdzisław. Był filarem Wielkiego Widzewa, który eliminował z pucharów Juventus, Liverpool i inne zacne piłkarskie firmy. Od 1977 do 1983 wystąpił we wszystkich rozgrywanych w tamtym okresie 22 meczach widzewiaków w europejskich pucharach! To również czyni go wyjątkowym zawodnikiem w historii klubu. ,,Za to nigdy nie zagrałem w reprezentacji Polski. I wiecie co? Gdyby ktoś mi proponował pół meczu czy cały mecz w kadrze narodowej za te wszystkie niezapomniane przeżycia w europejskich pucharach, nie poszedłbym na taką wymiane. W Widzewie piłkarsko się spełniłem. Ja filarem Widzewa? Mogę potwierdzić pod warunkiem że tych filarów było znacznie więcej. Nawet po latach to odkrywam . Kiedyś obejrzałem rewanżowy mecz Widzewa z Liverpoolem(2:3) w Pucharze Mistrzów, który dał nam awans do półfinału. I dopiero zauważyłem jak kapitalnie na środku obrony grał Roman Wójcicki. Klasa światowa! Oczywiście ceniliśmy go zawsze ale powinniśmy chyba jeszcze bardziej! Takich właśnie chłopaków mieliśmy w Widzewie, dlatego czuję się zakłopotany, gdy ktoś mi przypisuje szczególną role”- podkreśla Rozborski. Po głośnej aferze na Okęciu w listopadzie 1980 r. sankcje dosięgły Józefa Młynarczyka i Zbigniewa Bońka. W rundzie wiosennej nie mogli grać a Widzew bił się o mistrzostwo Polski. W środku pola potrzebował liderów. Sporo więcej na swoje barki musiał wziąć ,,Zito” Rozborski. Harował w drugiej linii ale bywało że strzelał ważne , decydujące o zwycięstwach gole. Po bezbramkowym remisie z Zagłębiem Sosnowiec widzewiacy zdobyli pierwszy w dziejach tytuł. To był spory wyczyn bo przecież wiosną brakowało w składzie dwóch legend klubu. ,,No i właśnie tu musiałaby się zacząć opowieść o słynnym widzewskim charakterze. Nikogo nie musze chyba przekonywać że piłkarsko najlepszy był Boniek. Należało pilnie znaleźć zastępstwo, więc rozłożyliśmy jego obowiązki na kilka osób i daliśmy rade”- opowiada pan Zdzisław.
Rozborskiego i Bońka los chętnie skazywał na siebie. Jesienią 1973 r., niecały miesiąc po słynnym remisie Polaków na Wembley, taki sam wynik(1:1) padł w drugoligowym meczu Bałtyku Gdynia z Zawiszą Bydgoszcz. Dla gospodarzy gola zdobył 18-letni Rozborski, dla Zawiszy 17-letni Boniek. Do Łodzi przyszli praktycznie w tym samym czasie. Przy czym Boniek prosto z Zawiszy a ,,Zito” z Górnika Zabrze. Z każdym wielkim meczem Widzewa upewniał się że trafił w odpowiednie miejsce, ponieważ wcześniej wybrał jednak jednak znacznie gorzej, kiedy jako nastolatek wylądował przy Roosvelta. ,,Przyjechałem z Bałtyku Gdynia, miałem tylko drugoligowe doświadczenie. Ależ to był dla mnie skok! W Górniku kończyła się pewna era, którą znałem z telewizora, z legendarnych meczów zabrzan w europejskich pucharach, z hegemonii w polskiej lidze. Tyle że to był naprawdę koniec, wygasało coś wielkiego, czego symbolem był także Lubański, który leczył już ciężką kontuzje. Żółtodziób znad morza tuż po Mundialu w RFN wchodził do drużyny, w której było 4 medalistów mistrzostw Świata: Fisher, Gorgoń, Wieczorek i Szarmach. Poza tym kilku innych twardych śląskich chłopów z Janem Wrażym na czele. Z Górnika przeniósł się do Łodzi bo najwyraźniej spodobał się trenerowi Jezierskiemu, zapewne jeszcze w drugiej lidze, gdzie jego Bałtyk rywalizował z Widzewem. ,,To nie było tak że przyszedłem z wielkiego Górnika do Widzewa i w Łodzi witali mnie z kwiatami. Musiałem ciężko zapieprzać, bardzo ciężko. Widzew potrzebował świeżej krwi bo w przypadku Pyrdoła, Chodakowskiego, Kostrzewińskiego to już się robiła ,,końcóweczka”, panowie mieli powyżej trzydziestki”- tłumaczy Rozborski. On i Boniek mieli pomóc. Młodzi, gniewni, ambitni i dużym talentem. Zwłaszcza Boniek ale przecież Rozborskiego nie na darmo nazwali ,,Zito”, no z czegoś to wynikało. ,,Potem przyszedł też Mirek Tłokiński i każdy chciał się wykazać, nikt nikomu nie odpuszczał. W szatni Widzewa było wielu charakternych chłopaków, to i narodziła się drużyna z charakterem. Moje relacje ze Zbyszkiem? Bardzo dobre i będę to powtarzał do końca życia. Nie zmienia to faktu że w szatni bywało gorąco i to bardzo gorąco, nie dało się wytrzymać! Oczywiście mam na myśli kaloryfery”- żartuje. Za chwile poważnieje. ,,To prawda, w przerwie meczu potrafiliśmy sobie skoczyć do oczu. Kibice oczywiście nie mieli pojęcia że czasem między nami niemal dochodziło do rękoczynów. Oj, niekiedy robiło się ostro. Myśmy nie cierpieli przegrywać w treningowych gierkach a co dopiero w lidze. I stąd wzajemne pretensje że ty zrobiłeś to źle a ty tamto. A najlepsze że potem rachunek płacił przeciwnik. Byliśmy tak nabuzowani po ,,wymianie zdań” w szatni że wychodziliśmy na drugą połowe i w tej złości odwracaliśmy losy meczu”- opowiada nasz bohater. Rósł z Widzewem ale do kadry jakoś nie dorósł. ,,Dopóki w kadrze grali Maszczyk, Kasperczak czy Deyna, nie było o czym mówić bo to wielcy piłkarze i wielka drużyna. Później jednak zaczęło nowe pokolenie: Kupcewicz, Ciołek, Miłoszewicz. Czasem trudno mi było zrozumieć, dlaczego w kadrze jest piłkarz X, Y a ja nie dostaje choć jednej szansy, mimo że tak dobrze radzę sobie w europejskich pucharach”- wspomina po latach Rozborski. Nie udało się w kadrze a i na zagraniczny wyjazd musiał długo czekać. Gdy już wyjechał, to na granie przedemerytalne. ,,Widzewiacy dostawali dobre transferowe propozycje, o których dowiadywali się dopiero po latach. Mnie na przykład chciało Leeds United. Pojawiła się podobno konkretna oferta ale nie było żadnych szans na zgode. Miałem wtedy chyba 26 lat. Oczywiście wiem że limit wieku umożliwiający wyjazd za granice był wyższy, lecz umówmy się: była to tylko kwestia dobrej ceny. Jak wszyscy ważni ludzie dostawali z tego kasę, dawali zielone światło. Boniek miał 26 lat i poszedł do Juventusu”- wspominał Zdzisław Rozborski.
6
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu(zwłaszcza łódzkiego Widzewa):
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
9
Postacie polskiego futbolu:
27 marca 1945 r. w Piotrkowicach urodził się Władysław Stachurski. Jako piłkarz przywdziewał barwy stołecznej Skry, SHL-u Kielce, Sarmaty Warszawa i Warszawianki. Stamtąd w 1964 roku trafił do warszawskiej Legii, gdzie grał do 1973 roku. Obdarzony atomowym uderzeniem boczny obrońca rozegrał w barwach „Wojskowych” 115 meczów, strzelając w nich 11 goli. W 1969 i 1970 roku świętował z kolegami z Legii tytuły mistrza Polski, a w latach 1966 i 1973 zdobył Puchar Polski. W europejskich pucharach dotarł z Legią do półfinału Pucharu Europy w sezonie 1969/70. W starciu o finał najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie mistrzowie kraju odpadli z Feyenoordem Rotterdam (0:0, 0:2). Jego futbolową karierę w wieku 28 lat przerwała ciężka kontuzja. W reprezentacji Polski debiutował 12 października 1969 roku w wygranym przez biało-czerwonych 5:1 meczu eliminacji Mistrzostw Świata z Luksemburgiem. Łącznie w reprezentacji rozegrał 8 spotkań, zdobywając jedną bramkę. 23 września 1970 roku pokonał bramkarza Irlandii w towarzyskiej potyczce w Dublinie, wygranej przez Polaków 2:0. Jako trener wprowadził do ekstraklasy bydgoskiego Zawiszę i w sezonie 1989/90 doprowadził beniaminka do 4. pozycji w lidze (najwyższej w historii bydgoskiego klubu). Później objął funkcję szkoleniowca warszawskiej Legii, z którą co prawda nie zdobył tytułu mistrza Polski, ale za to dotarł do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91, eliminując po drodze szkockie Aberdeen, czy włoską Sampdorię Genua. W marszu przez kolejne szczeble pucharu, „Wojskowych” powstrzymał dopiero w półfinale Manchester United. Łącznie poprowadził Legię w 63 spotkaniach.
Jesienią 1993 roku przyszedł do Widzewa. Ówczesny boss czerwono-biało-czerwonych musiał się mocno tłumaczyć kibicom ze swojego wyboru. Człowiek mocno utożsamiany z Legią nie mógł być ulubieńcem widzewskich fanów. Na domiar złego, w debiucie przed łódzką publicznością, Widzew przegrał w derbach z ŁKS 0:1, czego wcześniej robić nie zwykł. Stachurski przebudował łódzki zespół, za jego kadencji na stadion przy ul. Piłsudskiego zawitali m. in. Andrzej Woźniak, Mirosław Szymkowiak czy Grzegorz Mielcarski. Trener ze stolicy zdobył sympatię i szacunek widzewskich kibiców. Stachurskiego zwolniono z Widzewa po 25. kolejce. Sezon dokończył Franciszek Smuda, a Widzew został wtedy wicemistrzem Polski. W listopadzie 1995 roku zastąpił Henryka Apostela na stanowisku trenera reprezentacji Polski. Debiut przypadł na mecz z Japonią w dalekim Hongkongu (19 lutego 1996). Polacy pozbawieni graczy z lig zagranicznych oraz sposobiących się do gry w ćwierćfinale Ligi Mistrzów piłkarzy Legii, przegrali aż 0:5. Stachurski sięgnął wówczas nawet po zawodników z… drugiej ligi, Dariusza Gęsiora i Mariusza Śrutwę z chorzowskiego Ruchu. Dziewięć dni później do Rijeki dolecieli już gracze z Zachodu – Tomasz Wałdoch, Piotr Nowak i Henryk Bałuszyński, jednak biało-czerwoni przegrali z Chorwatami 1:2. 27 marca 1996 roku, w dzień 49. urodzin selekcjonera Polacy na stadionie Widzewa podejmowali Słoweńców. Tym razem byli już gracze Legii i futboliści z zagranicy (Nowak i Andrzej Juskowiak), lecz biało-czerwonym ani razu nie udało się pokonać Bosko Boskovicia. Ponieważ czyste konto zachował też Andrzej Woźniak, mecz zakończył się bezbramkowym remisem. W Święto Pracy 1996 roku na stadionie mieleckiej Stali, reprezentacja Polski zagrała ostatni mecz pod wodzą Stachurskiego. Oparta na graczach Legii (na boisku pojawiło się ich aż ośmiu) z dodatkiem zagranicznego zaciągu (Bałuszyński, Juskowiak, Wojciech Kowalczyk i Tomasz Iwan) kadra ledwie zremisowała 1:1 z Białorusią. W akcie desperacji selekcjoner sięgnął nawet po 17-letniego wówczas Marka Saganowskiego, ale i on nie pomógł w odniesieniu zwycięstwa. Stachurskiemu podziękowano, a trenerem reprezentacji został Antoni Piechniczek. Były selekcjoner na chwilę znów został trenerem Legii i sięgnął po Puchar Polski w 1997 roku. Później pracował z piłkarzami Okęcia Warszawa i Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. W jego trenerskim cv były także epizody z pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Egipcie.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
12
Duma Katalonii pisana historią:
Dokładnie 70 lat temu wmurowano kamień węgielny pod budowę Camp Nou. To był ten sam kamień, którego Joan Gamper użył przed powstaniem legendarnego Camp de Les Corts. Na uroczystość przybyło aż 60 tysięcy ludzi. Stadion został oddany do użytku 3,5 roku później. Podczas rozbudowy Camp Nou, pamiątkowy kamień odkopano i obecnie znajduje się w klubowym muzeum.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
8
@FCBparasiempre
27 marca 1921 r. urodził się brazylijski bramkarz Moacir Barbosa. Jest rok 1963, remont Maracany bierze na celownik między innymi drewniane bramki. Pewien czarnoskóry mężczyzna zabiera jedną z nich. W domu rąbie je siekierą na kawałki a potem pali na popiół. Nie, nie potrzebował się ogrzać, nie, nie urządzał osobliwego grilla – tym mężczyzną był Moacir Barbosa, próbujący dokonać egzorcyzmów. To gol na porąbaną i spaloną przez niego bramkę zmienił narodowego bohatera w symbol narodowej hańby. Brazylijski synonim pecha. Nietykalnego. Trędowatego. Człowieka wytykanego palcami na ulicach. Dla wszystkich poza Barbosą czas płynął, a on, jak w „Dniu świstaka”, został uwięziony w przegranym finale mundialu 1950, w zapętlonej przez pięćdziesiąt lat akcji Schiaffino z Ghiggią, bo rzucała ona cień na każdy dzień reszty jego życia. ,,Maksymalny wyrok w Brazylii to trzydzieści lat. Ja dostałem pięćdziesiąt lat za coś, czemu nawet nie jestem winny”- Moacir Barbosa w 2000 roku, kilka tygodni przed swoją śmiercią. Od 1502 do 1860 Brazylia była największym na świecie importerem niewolników. To również Brazylia była jednym z ostatnich krajów, które zniosły niewolnictwo, ten zapis przyszedł w 1888. Moacir Barbosa urodził się trzy dekady później, ale tylko skrajny naiwniak mógłby sądzić, że skoro niewolnictwa nie było, to sytuacja czarnoskórych była taka sama jak innych grup etnicznych. Często – o, jakie proroctwo – byli kozłami ofiarnymi, obwinianymi za różne problemy społeczeństwa. Ten, kto nazywa futbol tylko grą, głupim kopaniem kawałka skóry, jest ignorantem. W Brazylii czarnoskórzy zawodnicy piłkarscy zmieniali wizerunek całej grupy społecznej. Cały kraj kochał Leonidasa. W niemal każdej brazylijskiej czołowej drużynie pojawiały się czarnoskóre gwiazdy. To wydatnie przekładało się na los(poprzez odpruwanie łatek) setek tysięcy. Ktoś kiedyś powiedział, że Robert Lewandowski jednoosobowo wykonał w Niemczech lepszy PR dla Polski i Polaków, niż lata dyplomacji. Nie wiem czy tak jest – nie mam danych. Ale kto się z tym zgodzi, zachowując proporcje, zrozumie i tamten czas w Brazylii. Moacir Barbosa był powojenną gwiazdą bramki Vasco. Wyróżniał się spokojem w grze, który emanował na całą linię obrony. Stanowił wzór piłkarza fair play, grał czyściutko, nigdy żaden napastnik nie ucierpiał w starciu z nim. Słynął też z tego, że grał bez rękawic. To mu zostało, nawet na poziomie reprezentacyjnym. Twierdził, że w ten sposób lepiej czuje piłkę. Oswaja ją a ta bardziej się go słucha. Zdarza się, że trzy punkty jakaś potęga przyznaje sobie przed rozegraniem meczu. Ale nigdy chyba później nie było to zrobione z taką pompą, jaką w 1950 w Brazylii. W dniu finału Prezydent FIFA, Jules Rimet, przygotował już przemowę na cześć Brazylii. Dla Urugwaju nie przewidział żadnej. Piłkarze faworyta byli tego dnia odwiedzani przez szereg polityków, którzy roztaczali przed nimi wizje tego, co nastąpi po sukcesie. Pojawił się minister edukacji, pod którą wtedy podpadał sport. Sam prezydent Brazylii powiedział: „Stoicie tutaj, tylko jeden krok od nieśmiertelnego trofeum, który wygracie dla całego kraju”. Do tego tabun dziennikarzy i fotografów. Pod obiektem treningowym czekał szereg cwaniaków z kartami „MISTRZOWIE ŚWIATA” czekającymi na podpisy, które można by z szalonym zyskiem sprzedać już wieczorem. ,,Ja dotrzymałem słowa, że powstanie Maracana, wy dzisiaj dotrzymajcie słowa, że zostaniecie mistrzami”– powiedział tuż przed meczem burmistrz Rio de Janeiro. Takie podejście zadziałało na Urugwajczyków jak płachta na byka. Jedna z czołowych brazylijskich gazet koronowała Brazylię przed meczem. Serio, napisali – oto mistrzowie świata. Kapitan Urugwaju, Varela, kupił tę gazetę i przyniósł do urugwajskiego obozu. Trener Juan Lopez Fontana zobaczył w tym potencjał, by obudzić w swoich zawodnikach diabła. Sprawić, by mecz miał personalną stawkę dla każdego zawodnika.
Według legendy, gazeta została podarta na poszczególne stronice, każdy gracz dostał po kilku, a potem Fontana miał powiedzieć: ,,Jak będziecie musieli iść za potrzebą, weźcie to ze sobą. Wrzućcie do toalety i szczajcie na nie”. Jednak trzeba przyznać, że rzadko zdarza się na wielkim turnieju taka demolka, jaką Brazylia sprawiła w Copa America 1949. 9:1 z Ekwadorem. 5:0 z Kolumbią. 10:1 z Boliwią. 7:1 z Peru. 5:1 z Urugwajem. 7:0 w finale z Paragwajem. Barbosa wraz z drużyną byli nie do zatrzymania. Golkiper w zgodnej opinii nie miał sobie wtedy w kraju równych. Nic dziwnego, że rok później, grając u siebie mundial, Brazylia była murowanym faworytem, szczególnie gdy Anglicy skompromitowali się z USA. W finałowej grupie Brazylia wygrała 6:1 z Hiszpanią i 7:1 ze Szwecją. Ale, znowu lub „jak zwykle” nie chodziło tylko o piłkę. Brazylia poszukiwała swojej tożsamości. Powodu do dumy narodowej, ale i czegoś jednoczącego. W kraju rozkochanym w piłce nożnej, a do tej pory bez wygranej w nim, mundial nadawał się do tego celu. To były wręcz pewnego rodzaju kompleksy, widoczne nawet po budowie Maracany. Powstawała kilka lat. Oddano ją ze dwa tygodnie przed finałami. Nie miała być w sensie stricte funkcjonalna – miała być wielka, największa na świecie, podkreślająca sukces Brazylii. Dlatego obiekt powstawał według projektu na dwieście tysięcy miejsc. Urugwaj w finale stanowił tylko przystawkę. Szósta drużyna południowoamerykańskiego czempionatu. Drużyna, która z tymi samymi rywalami, których Brazylijczycy demolowali na mundialu bez mrugnięcia okiem, toczyła zacięte, pełne zwrotów akcji boje. Nawet to jednak nie uzasadnia takiego lekceważenia. Wściekły na całe zamieszanie był szkoleniowiec Flavio Costa, który próbował uspokajać, mówić „poczekajmy na końcowy gwizdek”, ale nie był w stanie zatrzymać tej fali. ,,Wiem, o co chcecie zapytać: gdzie jest w tej opowieści Barbosa, posłany od ładnych kilku akapitów na margines? Otóż właśnie tam, gdzie być powinien – na marginesie. Nieprzypadkowo. Bo nie bierze jak do tej pory udziału w litanii przewin, całej serii kardynalnych błędów, podczas gdy finalnie wszystko skupi się tylko na nim. Tak jakby to on kazał brazylijskiej prasie pompować balonik. Tak jakby to on zaprosił polityków, przez których – według Henrika Brandao Jonssona, autora książki „Joga Bonito” – piłkarze Brazylii nawet nie zdążyli spokojnie zjeść posiłku i już zameldowawszy się na Maracanie, trener Flavio Costa głodnym piłkarzom kombinował w ostatniej chwili kanapki z serem. Nie kazał Juvenalowi, pilnującemu lewej strony, po której to stronie padnie feralny gol, pić dzień przed meczem, przez co Juvenal miał kaca. Nie miał wpływu na to, że jedyny możliwy zastępca Juvenala był kontuzjowany”. Brazylia przeważała, wyszła na 1:0. Zresztą prawdopodobnie ze spalonego. Angielski arbiter sędziował pod gospodarzy. Varela, kapitan Urugwaju, kłócił się Georgem Readerem ładnych kilka minut po bramce. Ta bramka tylko jeszcze bardziej podrażniła Urugwajczyków. Schiaffino strzelił na 1:1 a w samej końcówce… Bramka do dziś jest analizowana. Nie, nie pod kątem przepisów, pod kątem tego, co zrobił Barbosa. Cała strona odsłonięta a w środku Shiaffino, który spodziewał się podania. Tymczasem Ghiggia „dziubnął” piłkę i ta wpadła do siatki na krótkim słupku. Brazylia przegrała. Według jednej z legend wokół tego meczu, piłkarze mieli uciekać ze stadionu w przebraniach zakonnic. Ghiggia powie po latach: ,,Tylko trzech ludzi uciszyło Maracanę. Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja”. Do dziś krążą pogłoski, że na stadionie kilku kibiców zmarło wtedy na zawał serca. Ktoś miał popełnić samobójstwo – nadawał to sam New York Times. Nie chce mi się w to wierzyć. Nawet słowa dramaturga Nelsona Rodrigueza „Każde miejsce ma katastrofę narodową, coś w rodzaju Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą była porażka przeciwko Urugwajowi w 1950” wydają się niesmaczną przesadą. Tam zagłada setek tysięcy, tu tylko przegrany mundial. Ale to pokazuje, jak bardzo Brazylia i Brazylijczycy zainwestowali emocjonalnie w zespół, jak bardzo cała pozasportowa otoczka, tożsamościowa, kulturowa, odgrywała tutaj rolę. Alex Bellos twierdził, że ten mecz na jakiś czas złamał pewność siebie całego narodu. Za to wszystko, przez jedną interwencję został obwiniony Barbosa. Cały kraj rytualnie go grillował. Głuchy na argumenty Flavio Costa, który otwarcie krytykował Juvenala.
„Barbosa, który tak wiele razy grał dobrze, tym razem zawalił. Każdy drugorzędny bramkarz by sobie poradził”– pisało następnego dnia ,,Estado de S. Paulo”, stanowiąc tylko jeden z głosów w jednolitym chórze. Jego temat wałkowały stacje radiowe. Moacir krył się w domu razem z żoną, a krążyły niemożliwe pogłoski: nawet taka, że spalą mu dom. Gdy zaczęła się liga, był nieustannie wyzywany na wszystkich stadionach. Już wcześniej zdarzały się wobec niego rasistowskie odzywki, teraz rozgorzały z nową mocą. „Nawet kryminaliście z czasem się wybacza, gdy odpokutuje swoje grzechy. Mi nigdy nie wybaczono”- mówił Barbosa w 1999 r. Wyobrażacie sobie jak zły mecz musiałaby rozegrać reprezentacja Polski, żeby aż odcinając się od tej klęski zmieniono barwy kadry? Ja sobie nie wyobrażam a po ,,Maracanazo” tak uczyniono. Brazylia przestała grać w bieli, zaczęła w kolorach, które są ikoniczne do dzisiaj. Brazylijscy czarnoskórzy bramkarze przez jedną sytuację Moacira mieli pod górkę przez kolejne dekady. Ukuł się mit, żeby takiego na bramkę po prostu nie dawać a już na pewno nie w kadrze. Barbosa po skończeniu kariery piłkarskiej nie dał rady zaczepić się w piłce. Fatum dopadło go i tutaj – jednoznacznie postrzegany przez zawalenie gola wszech czasów, nie mógł znaleźć zatrudnienia w futbolu. Tylko Vasco pomogło mu ogarnąć pracę, ale wymowne: pracę ratownika na pływalni mieszczącej się blisko Maracany. Nie wiem co najbardziej mnie uderza w tym, że jego mecz wciąż się toczył. Czy ten epizod z porąbaniem i spaleniem bramek. Czy to, że gdy akurat przez pewien czas komentował mecze, sam prezes brazylijskiej federacji Ricardo Teixeira zabronił mu pracować przy kluczowym spotkaniu Canarinhos, bo a nuż przyniesie pecha. Z tej samej przyczyny Mario Zagallo nie wpuścił Barbosy do ośrodka treningowego, gdzie Moacir chciał życzyć powodzenia Claudio Taffarelowi – Moacir był już wtedy po siedemdziesiątce, staruszek przegoniony spod bram. Niezwykłe, a pokazujące jak głęboko kulturowo uwikłana jest tamta jedna interwencja: w 1988 miał premierę film, którego osią jest próba powrotu w czasie i nie dopuszczenia do bramki Ghiggii. Nominowana do prestiżowej nagrody sci-fi Hugo Award powieść „Brasyl” także znalazła miejsce dla Barbosy: w jednej z historii, główna bohaterka chce by Moacir wystąpił w publicznym procesie telewizyjnym, w którym cały naród stanowiłby oskarżyciela. Biografia „Ostatnia parada Moacira Barbosy” to jedno, i jakkolwiek mądrze zwraca uwagę w roli mediów przy kreowaniu idoli, ale też przegranych, tak pozostaje biografią sportowca – aby trafić na karty sci-fi czy filmów fabularnych trzeba zupełnie innego rozgłosu, innego znaczenia. Ale chyba jednak najbardziej uderza to, gdy powiedział, że żaden mecz, nawet tamten finał, nie wprowadził go w taki smutek, jak sytuacja, gdy pewna matka na ulicy wskazała go palcem i powiedziała swojemu synowi: ,,Zobacz, to człowiek, przez którego płakała cała Brazylia”. To niewyobrażalne tkwić całe życie w cieniu takiej winy, tak powszechnie rozpoznawalnej, umieszczonej głęboko w sercach wszystkich Brazylijczyków, nie tylko tych, którzy widzieli Maracanazo. W zasadzie pretensje przekazywane z pokolenia na pokolenie. ,,Płakał mi w rękaw: nie jestem winny! Było nas jedenastu!”- Tereza Borba. Na początku drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych Barbosie zmarła żona. Nowotwór zabrał osobę, która nie tylko całe życie była dla niego wsparciem, ale też pomagała nieść brzemię. Był dobrze po siedemdziesiątce, a dostawał tylko emeryturę za pracę ratownika pływalni. Rzecz w tym, że nawet ta praca była na pół etatu, więc jakoś wiązali koniec z końcem razem z żoną, ale ostatecznie emerytura była na tyle mała, że nie wystarczała nawet na opłaty mieszkaniowe. Przez jakiś czas żył u kogoś w małym pomieszczeniu na podwórzu. Nawet tu doszło do włamania i okradziono go z koszulki reprezentacji Brazylii. A jednak wtedy, w najgorszym momencie, zaświeciło słońce.
Tereza Borba miała wtedy może dwadzieścia lat, prowadziła sklepik na plaży, gdy rozpoznawała Barbosę jak kręci się po plaży. Wyglądał jak bezdomny, którym w istocie był. Tereza pomagała mu, a z czasem zaprosiła go do domu, gdzie mieszkała z mężem. Odstąpili mu cały pokój. Państwo Borbowie pomagali mu, a on przyjmował tę pomoc, ale czuł się z nią nieswojo – często mówił, że zawadza, że lepiej, aby sobie poszedł. Ale Borba stała się w istocie jego przybraną córką. Sama wychowała się bez ojca. W zupełnie obcej osobie Moacir znalazł prawdziwe rodzinne ciepło i bezinteresowną pomoc. Później Borba zadzwoniła do Euricio Mirandy, polityka, ale też działacza Vasco. Miranda jaki był, taki był, według wielu umoczony w korupcję, ale Barbosie pomógł, załatwił mu również skromny comiesięczny czek z klubu, ale który pozwalał już na samodzielne życie. Miranda wraz z Teresą zgłosili również pewien projekt burmistrzowi Rio, a on się do niego zapalił. Znowu Maracana. Znowu tamci piłkarze – przynajmniej wszyscy, którzy jeszcze żyli w 1999 roku. Z wieloma nie widział się od dekad. I tam, na tym boisku, w otoczeniu postaci, które pamiętały Maracanazo, burmistrz Rio przeprosił Moacira za cały brazylijski naród. Impreza z pompą, z honorami – wszystko na rzecz przeklętego. Atmosfera wokół piłkarza w tej ostatniej godzinie zaczęła się zmienić. W obronie Moacira stanął Dida. Barbosa udzielił dużego wywiadu w czołowym brazylijskim talk show. I cały czas miał tamten mecz żywy, jakby odbył się wczoraj, cały czas o akcji opowiadał z najdrobniejszymi detalami. Tereza Borba wspominała, że gdy w 2000 roku urządziła Moacirowi urodziny, ten miał na nich powiedzieć: ,,Jeśli jutro bym umarł, umarłbym jako szczęśliwy człowiek”. Umarł tydzień później. Na grobie ma wyryte: „Tu spoczywa godny podziwu, pogodny człowiek. Taki, jakiego pan Bóg mógł stworzyć tylko w jednym ze swoich najlepszych momentów”. ,,Zrobił tak wiele dla kraju a został ukrzyżowany po jednym meczu”- Dida. Jeden błąd, kilka sekund, a ciągnęło się za nim przez całe życie. Nie w sposób anegdotyczny, nie przez docinki kolegów, ale wydatnie wpływając na jego życie. Na pierwszy rzut oka, niezrozumiałe. Ale na drugi – Brazylia tak bardzo chciała i potrzebowała wygrać, z tak wielu przyczyn pozasportowych, że klęska z Urugwajem stała się klęską narodową. Wszyscy Brazylijczycy, który mieli ogrzać się w blasku chwały, stali się przegrańcami. Sport potrafi pośredniczyć w emocjach, ktoś strzela gola, bije rekord skoczni, a cieszysz się tym samym szczęściem, dzielisz tę samą dumę. Tu dzielono gorycz porażki i chciano tej goryczy się pozbyć. Więc zrzucono cały jej bagaż na jednego człowieka. „To nie my przegraliśmy. To przegrał Moacir Barbosa”. Nie było to logiczne, nie było to prawdziwe, ale było widać z jakiejś głębokiej psychologicznej przyczyny konieczne, choć skazywało jedne plecy na ciężar, który powinien rozłożyć się na cały naród. W 2014 roku Moacira Barbosy znaleźć się już nie dało.
10
Pechowa legenda brazylijskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
16
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
Dokładnie 50 lat temu urodził się Marek Citko, pomocnik. Siedmiu mistrzów olimpijskich i dwójka wicemistrzów. Tak wyglądała dziewiątka z TOP-10 najlepszych sportowców polski w roku Igrzysk Olimpijskich w Atlancie. Jedyny wyłom spośród medalistów w gronie laureatów stanowił piłkarz - Marek Citko. Po mistrzostwie Polski, udanych występach z Widzewem w Lidze Mistrzów oraz golu strzelonym Anglikom na Wembley, stał się największa piłkarską gwiazdą Polski i największą nadzieją na sukcesy. Szybki, dobrze wyszkolony technicznie, niekonwencjonalny w swych rozwiązaniach a w decydujących momentach, w starciach o dużą stawke, skuteczny pod bramką przeciwników w okresie największego marazmu polskiego futbolu na międzynarodowym poziomie. Jawił się dzięki temu jako piłkarz światowego formatu. Zaczynał w Jagiellonii Białystok w sezonie 1992/93. Niedawno dziennikarze ,,Przeglądu Sportowego” Piotr Wołosik i Łukasz Olkowicz ochrzcili ten klub mianem ,,najgorszej drużyny w historii Ekstraklasy”. Punktowo rzeczywiście dorobek stawiał ja na szarym końcu w dziejach najwyższego poziomu rozgrywek. Liczba zawodników, którzy wtedy postawili pierwszy krok na drodze do kariery, nie ma chyba jednak sobie równych w całych latach 90-tych. Tomasz Frankowski, Mariusz Piekarski, Jacek Chańko oraz właśnie Citko. We wrześniu 1995 roku, po 2 latach gry w II lidze, Citko przeszedł z Jagielloni do Widzewa. Na tle ściągniętych w przerwie letniej Siadaczki, Miąszkiewicza a zwłaszcza Koniarka, nie on zdawał się głównym wzmocnieniem Widzewa. Tymczasem w krótkim czasie to pomocnik rodem z Białegostoku na amen zawojował łódzką publiczność. Od 8 kolejki nie opuścił już żadnego meczu i na koniec sezonu świętował swoje pierwsze mistrzostwo Polski. Przyczynił się do niego między innymi 5 golami. Jeszcze lepiej spisał się w kolejnej edycji, gdy pokonał golkiperów 8 razy a Widzew obronił zaś panowanie w Ekstraklasie. Świetnie wyglądał na arenie międzynarodowej. Łódzki klub powtórzył wyczyn Legii i awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Citko swym golem w eliminacjach przeciwko Broendby pozwolił odrobić część strat przy prowadzeniu 3:0 dla rywali. Potem zaś Paweł Wojtala zdobył słynnego gola na wage awansu. Pomocnik Widzewa strzelił też gole mistrzowi Niemiec(późniejszemu zdobywcy Ligi Mistrzów)- Borussi Dortmund oraz po fenomenalnym lobie, pokazywanym we wszystkich telewizjach świata- Atletico Madryt. Występy indywidualne dały mu wielką sławe, choć samemu klubowi nie zapewniły awansu do kolejnej fazy. Dopełnieniem świetnego sezonu był gol przeciwko Anglii na Wembley. Citko dostał piłke w okolicy 11 metra, podciągnął ją do ,,piątki” a następnie przerzucił ją nad Seamanem. Ostatecznie biało-czerwoni przegrali to starcie 1:2 ale wrażenie wywołane trafieniem było olbrzymie. Citko trafił do TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. W analogicznym zestawieniu Telewizji Polskiej znalazł się na drugim miejscu w 1996 r. a w konkursie programu III Polskiego Radia oraz ,,Super Ekspressu” nawet wygrał! Wtedy też odebrał nagrodę dla Odkrycia Roku według ,,Piłki Nożnej” oraz Piłkarza Roku. Citko był na samym szczycie pod względem popularności. W Polsce wybuchło wtedy zjawisko zwane ,,Citkomanią”. Piłkarz stał się bohaterem popularnych programów i gazet. Nie mógł spokojnie przejść na ulicy. Był chyba jedynym tak powszechnie znanym wśród Polaków piłkarzem lat 90-tych. Jego nazwisko przewijało się nawet w serialach. Dopytywały się o niego największe europejskie kluby. Najbliżej podpisania umowy był z Blackburn Rovers. Mistrzowie Anglii z 1995 wykładali na stół naprawdę duże pieniądze. Citko kręcił nosem na proponowaną lige i… czekał na jeszcze lepsze oferty. Zamiast tego przyplątała mu się jednak poważna kontuzja ścięgna Achillesa. Długotrwałe leczenie zabrało mu ponad jeden sezon. Po powrocie nie był już tym samym zawodnikiem co wcześniej. Próbował odbudować się pod wodzą swego ulubionego trenera Franciszka Smudy w Legii ale poza krótkim przebłyskami nie był w stanie nawiązać do formy z Widzewa. Grał potem w Groclinie Dyskobolii, Cracovii oraz Polonii Warszawa. Poza dwoma mistrzostwami wywalczonymi z łódzkim klubem, na koncie miał wicemistrzostwo(z Widzewem) i brązowy medal(z Legią). W reprezentacji Polski zagrał 10 razy i strzelił 2 gole. Poza Anglikami na liste strzelców wpisał się w starciu z Brazylią. Po kontuzji nie wystąpił już ani razu. Niektórzy(z większym zaufaniem do ,,magii cyfr”) twierdzili że uraz ten nie powinien dziwić. Dotknął bowiem ,,kadrowicza przeklętego”. Citko był wszak 666 piłkarzem w historii, który wystąpił w reprezentacji. Grę w Ekstraklasie oprócz kontuzji przerywały mu także zagraniczne epizody. Grał jeszcze w lidze izraelskiej oraz szwajcarskiej. Po zakończeniu kariery przez krótki okres doradzał właścicielowi Polonii Warszawa- Józefowi Wojciechowskiemu. Zaliczył też epizod w roli dyrektora sportowego Wisły Kraków.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
10
Wybitne legendy FC Barcelony:
27 marca 1932 r. urodził się Sigfrido Gracia Royo, najlepszy lewy obrońca w historii FC Barcelony. To był niezniszczalny piłkarz, który rozgrywał w trakcie sezonu nawet 50 spotkań! Gracia niespodziewanie przebił się do pierwszego zespołu z drużyny rezerw i z dnia na dzień stał się kluczowym zawodnikiem. Jego styl budził wielki podziw widowni. Sigfrid zawsze poświęcał się na boisku i słynął z tego iż zawsze dawał z siebie wszystko. Regularne występy i nieustannie wysoka dyspozycja spowodowała że Gracia był królem swojej pozycji i mógł czuć się w zespole niezagrożony. Podczas zmian trenerów każdy kolejny szkoleniowiec zawsze rozpoczynał ustalanie składu właśnie od Sigfrida. Grał na wszystkich frontach stąd zdumiewająca liczba rozegranych spotkań na sezon(50). Całkowicie poświęcił się karierze w Dumie Katalonii. Był kochany i szanowany przez wszystkich zawodników i zarząd zespołu z miasta Gaudiego. Wyznawał zasadę że gdy dasz z siebie wszystko na boisku to nie będziesz miał do siebie nigdy pretensji. Podczas swojej kariery Gracia rozegrał 525 spotkań. Z Dumą Katalonii zdobył 3 mistrzostwa Hiszpanii, 4 Puchary Hiszpanii, 3 Puchary Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.
Cześć i chwała legendom Dumy Katalonii!
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
10
Zapomniane El Clasico:
26 marca 1916 r. FC Barcelona pokonała FC Madrid 2:1 na Ciudad Condal Velodrome w ramach pierwszego półfinału Copa del Rey. Gole dla Barçy zdobyli: genialny Paulino Alcantara oraz Vicenç Martinez. Honorowego gola dla przeciwników zdobył legendarny Santiago Bernabeu. Rewanż w Madrycie wygrali gospodarze 4:1 a że wówczas nie liczyła się ilość zdobytych goli, więc doszło do powtórki pierwszego meczu, o czym napisze 13 kwietnia.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
0
@FcPortoFan1999 A to ciekawe bo ostatnie mecze szła jak burza!
0
@FcPortoFan1999 A później na Euro wstyd hańba i kompromitacja.......
Patrząc zwłaszcza na przeciwników.....
1
A cóż to się staneło z nasza Igunia że przegrała z Rosjanką, jakaś kontuzja czy coś innego?
21
Szczyt bezczelności!
26 marca 2010 r. Johan Cruijff został ogłoszony honorowym Prezydentem FC Barcelony. Decyzja zarządu Joana Laporty została później cofnięta przez Sandro Rosella, który twierdził że statut klubu nie przewiduje takiej funkcji. Cruijjf zwrócił prezydenckie insygnia i przestał pojawiać się na Camp Nou.
Pomyśleć że ci socios przez tyle lat pozwalali rządzić takim sukinsynom jak Rosell i Bartomeu…
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
10
Terapia grupowa:
Psychiatra Enrique Pichon-Riviere poświęcił życie na badanie tajemnicy ludzkiego smutku i przełamywania barier komunikacyjnych. W piłce nożnej znalazł wiernego sprzymierzeńca. W latach 40-tych Pichon-Riviere sformował drużynę piłkarską z pacjentów szpitala psychiatrycznego, w którym pracował. Szaleńcy, niepokonani na argentyńskim wybrzeżu wypróbowali grając w futbol najskuteczniejszą terapie resocjalizacyjną. ,,Interesuje mnie przede wszystkim strategia drużyny piłkarskiej”- mawiał psychiatra, który był także trenerem i napastnikiem. Pół wieku później mieszkańcy miast są mniej lub bardziej szaleni nawet jeśli większość z nich z braku miejsc mieszka poza murami szpitali psychiatrycznych. Wypierani przez samochody, przytłoczeni przemocą i skazani na izolacje, stają się coraz bardziej zagonieni i samotni. Mają coraz mniej miejsc do spotkań i coraz mniej czasu aby się spotykać. W piłce nożnej podobnie jak wszędzie zdecydowanie więcej jest konsumentów niż twórców. Beton przykrył puste place, gdzie dawniej można było niemal w każdej chwili zorganizować piłkarski mecz a praca pochłania niemal cały wolny czas. Większość ludzi nie gra lecz przygląda się jak grają inni w telewizorze lub z trybun coraz bardziej oddalonych od boiska. Piłka nożna, tak jak karnawał, zamieniła się w rozrywke dla mas ale podobnie jak w karnawale są tacy, którzy oprócz tego że oglądają artystów, dają się porwać muzyce i sami zaczynają tańczyć na ulicach, także w futbolu nie brak kibiców, którzy od czasu do czasu stają się głównymi aktorami. Oprócz tego że patrzą i podziwiają zawodowców, sami biegają za piłką czerpiąc z tego przyjemność i nie chodzi tu tylko o dzieci. Mimo trudności ze znalezieniem boiska, koledzy z podwórka, biura albo fabryki znajdują jeszcze sposoby aby rozerwać się chwile kopiąc piłke. Grają do upadłego a potem(wszyscy razem, zwycięzcy i przegrani) idą na piwo, palą papierosy, jedzą obfity posiłek. Krótko mówiąc raczą się przyjemnościami zakazanymi dla zawodowców. Czasami w meczach uczestniczą kobiety, które strzelają gole ale ogólnie rzecz biorąc machistowska tradycja skazuje je raczej na banicje i utrzymanie się z dala od tych hucznie celebrowanych spotkań towarzyskich.
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Sysia11
0
@Dari0G Ja też nic z tego nie rozumiem!
0
@Dari0G A co ma do tego jakiś Luciano? To jakiś żart?