FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Michael24 Oby, oby! Byłbym z tego powodu wielce rad...
8
Duma Katalonii w Copa del Rey:
9 kwietnia 1986 r. FC Barcelona pokonała Athletic Bilbao na San Mames 2:1 w rewanżowym starciu półfinału Pucharu Króla. Barça tylko sobie znanym sposobem przetrwała pierwszy kwadrans rewanżu(na Camp Nou Barça wygrała skromnie 1:0). Bramkarz Urruticoechea kilkakrotnie ratował zespół przed utratą gola, który mógł dać wyrównanie stanu rywalizacji. W 15 minucie Schuster wykonał rzut rożny na krótki słupek, toru lotu piłki nie przeciął żaden z piłkarzy i wpadła ona do bramki. Dziesięciu piłkarzy Athletic, na czele z bramkarzem Zubizarretą domagała się odgwizdania faulu na golkiperze gospodarzy ale arbiter uznał gola. Piękny gol z rzutu wolnego Goikoetxei dał nadzieje na odrobienie strat, lecz przypadkowe wybicie z własnej połowy, po którym Carrasco wykorzystał sytuacje sam na sam zmniejszyło szanse Athleticu niemal do zera. ,,Wiedziałem że zagramy z Blaugraną ale nie spodziewałem się że spotkamy się również przeciwko trójce sędziowskiej. Przy pierwszym trafieniu arbiter najpierw wykonał gest jakby chciał odgwizdać faul ale nagle pokazał na środek boiska. Po tej sytuacji każda decyzja sędziego była dziwna”- podsumował trener Basków Iñaki Saez. Natomiast Schuster miał zupełnie inne zdanie: ,,Sędziowanie było fantastyczne”- podsumował Niemiec.
@AssisMoreira
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
5
@FCBparasiempre
Rok 2013 przyniósł smutną wiadomość. We wtorek, ósmego kwietnia w wieku 88 lat zmarła Margaret Thatcher. “Żelazna Dama” była postacią tak kontrowersyjną że zdania o niej do dziś są podzielone w społeczeństwie angielskim. Pani premier nie była za to na pewno lubiana w środowisku piłkarskim ale śmiało można rzec że sama sobie była winna. Nienawidziła futbolu tak bardzo, że chcąc go zniszczyć, paradoksalnie uzdrowiła go. Wszystko to nie wydarzyłoby się, jednak gdyby nie wydarzenia z 15 kwietnia 1989 roku, których 26. rocznicę obchodziliśmy w tym roku. Mowa oczywiście o tragedii na Hillsborough – zdarzeniu, które do dziś jest cierniem wbitym w serce nie tylko angielskiego futbolu ale całej krainy dumnych synów Albionu. „Derby Anglii w chlaniu” opowiadają przede wszystkim losy herosów murawy, ale nie można pisać o angielskiej piłce jedynie przez pryzmat kielicha, zabawy i włosów „Na Beatlesa”. Lata 80. w futbolu wyspiarskim to apogeum zła i przemocy, dlatego warto pochylić się nad tym, w jaki sposób uzdrowiono piłkę w kraju, gdzie złamana kość w stopie Davida Beckhama była problemem całego kraju. Jak doszło zatem do przecięcia węzła gordyjskiego, będącego spiralą zła i gangreną toczącą angielską ziemię? Feralna druga połowa lat 80. zaczęła się dokładnie pod koniec sezonu 1984/1985, kiedy na stadionie Valley Parade w Bradford doszło do wybuchu pożaru. Zginęło 56 kibiców a ponad 250 zostało ciężko poparzonych. Fatalna infrastruktura, brak gaśnic na stadionie (!) doprowadziły do tragedii, która właściwie zaczyna opowieść o tym, jak angielska piłka zamieniła rynsztok na salony. Bradford było jednak tylko wstępem, wszystko to ginie w cieniu tragedii na Heysel. Spytacie dlaczego, przecież na ,,Valley Parade” zginęło więcej ludzi? Tragedia w Bradford była wynikiem złej organizacji stadionu i niedopatrzeń, Heysel to natomiast eskalacja nienawiści i co tu dużo mówić – barbarzyństwa. Wydarzenia z Belgii do dziś pozostają tematem tabu. Jest to kwestia, którą lepiej przemilczeć w rozmowach z wieloma osobami, a zarazem fakt, który zdaje się być negowany i konsekwentnie zacierany w pamięci ludzkiej. Ten swoisty proces wyparcia to nic innego jak reperkusje zdarzeń, które zamieniły festiwal radości, jakim powinien być futbol, w masową mogiłę. Obrazy ludzkich ciał ustawianych w stosy bliższe są raczej relacjom z wojen bałkańskich niż opisowi meczu. Najważniejsze spotkanie w roku, finał Pucharu Europy pomiędzy Juventusem, a Liverpoolem, zamienione zostało w totalną katastrofę. Piłkarze przed spotkaniem byli niespokojni, w ich głowach kiełkowała myśl, że coś jest nie tak, z boiska do szatni dochodziły bowiem sprzeczne komunikaty. Angielscy kibice byli nabuzowani, najgorzej było w sektorze Z. Włoskich tiffosi i kibiców “The Reds” oddzielała jedynie policyjna strefa buforowa, która była… pusta. Anglicy ruszyli na Włochów, rzucając w nich, czym się dało. Włoscy kibice zaczęli uciekać, wspinając się na mur, który pod ich ciężarem się zawalił. 39 istnień ludzkich odeszło na zawsze z powodu tak błahego, jak futbol. Zapomnijcie o Shanklym, który mawiał, iż „piłka nożna nie jest ważniejsza od kwestii życia i śmierci”. Nie jest-to tylko atrakcyjny bon mot, mile łechczący ego ludzi zajmujących się futbolem. Heysel to grobowiec, symbol śmierci. Śmierci, która będzie musiała jeszcze raz powrócić, aby tchnąć iskrę życia w angielski futbol.
Francuski filozof Jean Baudrillard, tropiący multikulturalizm, globalne zacieranie się granic oraz niszczący wpływ konsumpcjonizmu, w swojej książce “Przejrzystość zła” odniósł się właśnie do feralnych wydarzeń na Heysel. Jego zdaniem masakra ta wydarzyła się, ponieważ w człowieku tkwi głęboko zakorzeniona chęć stania się czynnym aktorem pewnego wydarzenia, hipnotyzującego swą siłą – będącego wręcz pewnego rodzaju plemiennym aktem. Po tragedii w Brukseli angielska prasa wrzała. Lata 80. były czasem, kiedy Anglię bynajmniej nie określały dzisiejsze atrybuty wielkości, vide prosperity, dobrobyt, zadowolenie. Szeroko rozumiany kryzys dopadł dzisiaj oczywiście wszystkich – w mniejszym lub większym stopniu – jednak nie okłamujmy się, Anglia to wciąż kraina mlekiem i miodem płynąca. 30 lat temu było jednak inaczej, a Heysel było zapalnikiem, katalizatorem zmian nie tylko w angielskiej piłce, ale i w społeczeństwie. Premier Margaret Thatcher była stanowcza, tak samo jak prasa, która nie zostawiła suchej nitki na kibicach angielskich, ochrzczonych w Europie mianem “The Animals”. Angielski kibol pustoszył Europę niczym czarna ospa, zostawiając za sobą jedynie zniszczenie, pijaństwo i nieślubne dzieci. Prasa oraz brytyjska inteligencja o taki stan rzeczy oskarżyły totalną kulturową zapaść, jaka stała się udziałem Anglii w latach 80. Przeciętny Anglik w swoim mniemaniu nadal był panem świata, mogącym folgować własnym potrzebom w każdym zakątku. Kula ziemska w mentalności obywatela kraju królowej Elżbiety II nadal była kolonią, a wszystko poza Anglią jedynie perłą w koronie Imperium Brytyjskiego. Czasy się jednak zmieniły. Anglią nie rządziła już Królowa Wiktoria, Kompania Wschodnioindyjska była jedynie reliktem przeszłości, ale nadal pokutowało kolonialne myślenie. Panowie Europy – podsyceni piłkarską kulturą robotniczą – utworzyli pejoratywny ideał piłkarskiego chuligana. Thatcher powiedziała dość, i słusznie. Dlaczego zatem piłkarski świat tak bardzo jej nienawidzi? Margaret Thatcher stała na czele rządu Jej Królewskiej Mości od roku 1979 aż do 1990. Wsławiła się rządami twardej ręki, zwłaszcza w opozycji do strajkujących robotników oraz klasy pracującej (czytaj w większości kibiców piłkarskich). Thatcher wywodziła się z Partii Konserwatystów (torysów), stojących w przeciwwadze do laburzystów, czyli Partii Pracy. Jej stanowczość oraz specyficzna polityka zostały ochrzczone mianem „Thatcheryzmu”. Polegał on na ograniczaniu roli państwa dobrobytu(tzw. welfare state), prywatyzowaniu państwowych przedsiębiorstw oraz wprowadzeniu wolnego rynku tak, aby wydobyć kraj z zapaści gospodarczej. Państwo szybko dźwignęło się z niebytu, jednak efektem ubocznym okazały się galopujące bezrobocie i wzrost stóp procentowych. Nie przysporzyło to oczywiście samej pani premier popularności. Thatcher stawiała na zwiększenie konkurencyjności, wzrost liczby prywatnych spółek i przedsiębiorstw, a także na innowacyjność, która rozwija przecież przemysł. Przy całej swojej miłości do wolnego rynku “Żelazna Dama” (ochrzczona tak przez Radio Moskwa) była czołowym eurosceptykiem, jeśli chodziło o model integracji ponadnarodowy, czyli federacyjny. To ona wypowiedziała słynne słowa: “Give my money back”, sprzeciwiając się wpłacaniu wielkich sum oraz rozwijającego się wpływu instytucji europejskich. Wspierała Ronalda Reagana w jego walce z ZSRR, walczyła także z IRA. Dwukrotnie próbowano ją zabić, ale pozostała nieugięta. Członkowie IRA próbowali nawet głodówek (świetny film Steve’a McQueena “Głód”), a jeden z nich, Bobby Sands, zmarł.
Margaret Thatcher stała jednak niewzruszona przy swoim. O zmarłych nie wypada źle mówić, jednak dzisiaj postać Thatcher bardziej dzieli, niż łączy. Nienawidziły jej środowiska lewicowe, a czołowy brytyjski bard Morrissey śpiewał nawet “Margaret na gilotynę”. Pani premier była nieugięta, przez co silnie krytykowana. Niemiecki “Die Zeit” pisał o niej: “Przyjaciółka Boga, a wróg całego świata”. Wojowała także z futbolem. Dlaczego? Z prostej przyczyny – nie rozumiała jej. Dla Margaret Thatcher futbol był miejscem kaźni, a na stadionach rozgrywały się dantejskie sceny, trybuny były epicentrum zła. Może i było w tym ziarnko prawdy, jednak “Żelazna Dama” nienawidziła kibiców, którzy umówmy się – mieli swoje za uszami, jednak to nie oni byli największym problemem. Prawdziwym utrapieniem były przestarzała infrastruktura, stadiony pamiętające II wojnę światową i płonące łatwo niczym zapałka – jak ten z Bradford. Trybuny stojące, brak identyfikacji kibiców – to wszystko było problemem, który trudno sobie wyobrazić, oglądając dzisiejsze obrazki z Premier League – piękne niczym widokówki z Malibu. Thatcher natychmiast po wydarzeniach w Belgii wycofała angielskie kluby z europejskich pucharów. Uderzyło to jednak przede wszystkim w samą Anglię, przynosząc odwrotne skutki. Po pierwsze. Poziom sportowy drużyn w Anglii zwyczajnie się obniżył. Życie nie znosi pustki i aby być dobrym, utrzymywać stały poziom, kluby piłkarskie muszą rywalizować z innymi. Izolacjonizm drużyn doprowadził do braku jakichkolwiek kontaktów z klubami z kontynentu, a co za tym idzie braku dostępu do nowinek technicznych, innych sposobów gry, rewolucji taktycznych. Pomiędzy rokiem 1977 a 1984 angielskie drużyny całkowicie zdominowały rozgrywki europejskie, to były złote lata futbolu brytyjskiego (paradoksalnie). Po wykluczeniu miało minąć aż 14 lat, zanim następny angielski klub zawojuje Puchar Europy (Manchester United w 1999 roku). Taki stan rzeczy spowodował odpływ pieniędzy i sportowej jakości znad Tamizy. Po drugie. Ci, którzy mieli odpowiedzieć za tragedię, nie ponieśli większej winy. Oczywiście Liverpool wykluczono z rozgrywek, ale co z tego. Sankcje poniosły wszystkie kluby, a w Europie utrwalono stereotyp prostaka z Wysp, szukającego jedynie rozrywek przypisanych plebsowi rodem z czasów wiktoriańskiej Anglii, w opozycji do Europejczyka, odkrywającego dumę ze swojej tożsamości i przynależności do kontynentu, który rozpoczynał starania o zjednoczenie w ramach zalążków UE. Inna sprawa, że Anglicy nigdy nie zabiegali o integracje z kontynentem, ale izolacja sportowa jedynie pogłębiła taki stan rzeczy. Zastanawiające jest także to, że do dziś Heysel jest tematem tabu i stosuje się raczej politykę wypierania tego faktu, aniżeli kultywowania go w pamięci ludzkiej. Nie dziwi taki fakt u Anglików, którzy byli prowodyrami, ale niespecjalnie przypomina się go również u Włochów, a także w Belgii. Na samym stadionie Heysel (nazwanym tak od nazwy dzielnicy Brukseli, w której się znajduje) widnieje jedynie mała tabliczka pamiątkowa i nic więcej. Czy wydarzenia te zostawiły tak głęboko zakorzenioną w sercu zadrę, iż ludzie nie chcą ich pamiętać, czy może cała ta sprawa ma jakieś drugie dno, niesprecyzowane, błąkające się gdzieś na granicy sfery kulturalnej, historycznej, wreszcie politycznej?
Po trzecie. Izolacjonizm doprowadził do rosnącej fali niepokojów w samej Anglii. Margaret Thatcher trzymała rządy żelaznej ręki, dzięki czemu – jak wcześniej pisałem – doczekała się tytułu “Żelaznej Damy”. Będąc na czele partii torysów, stała w opozycji do całej robotniczej Anglii, wspierającej front laburzystów. Retoryka laburzystów była bliższa także sercom i umysłom środowisk piłkarskich w Anglii, które tak jak same kluby wywodziły się przede wszystkim ze związków zawodowych i wielkich zakładów robotniczych schyłku XIX wieku. Thatcher wojowała natomiast ze związkami zawodowymi, górnikami. Nie rozumiała robotniczego etosu, stojącego za sukcesem futbolu. Ludzie zmęczeni byli jej rządami i mimo iż zrobiła wiele dobrego, różnie ocenia się lata jej panowania na brytyjskiej scenie politycznej. Odgórne ograniczenie związków zawodowych niemalże rozsierdziło lewicująca klasę pracującą. Lata 60. to apogeum chuligaństwa w Anglii, jednak dekada lat 80. przyniosła więcej ofiar. Czara goryczy przelała się 15 kwietnia 1989 roku w Sheffield na stadionie Hillsborough. Jeśli zawalenie się trybuny i śmierć 39 osób w Belgii było katastrofą, to to, co zdarzyło się cztery lata później w Sheffield, urosło do rangi pandemonium. 15 kwietnia 1989 roku doszło do półfinałowego spotkania w ramach pucharu Anglii, pomiędzy tym samym Liverpoolem, którego fani wywołali zamieszki na Heysel, a Notthingham Forest. To był kolejny z tych meczów, które zamiast świętem stały się masowym pogrzebem. W 6. minucie spotkania – w wyniku fatalnej wręcz organizacji meczu oraz złego zachowania policji – fani Liverpoolu z powodu zbyt małej liczby miejsc zaczęli tratować się nawzajem, przygnieceni do metalowego płotu. Jęki umierających ludzi opanowały stadion, powodując panikę. Mecz przerwano. Zginęło aż 96 kibiców Liverpoolu. Najmłodszy z nich, Jon Paul Gilhooley, miał jedynie dziesięć lat. Był kuzynem obecnego kapitana oraz legendy “The Reds”, Stevena Gerarrda. Do dzisiaj świadkom tamtych wydarzeń cisną się na twarz łzy, gdy próbują o tym mówić. Rodziny ofiar oraz sam klub przez laty starały się dociec, dlaczego umorzono śledztwo oraz dlaczego policja nie przyznała się do ewidentnych, kardynalnych wręcz błędów. Dopiero w 2012 roku rząd Davida Camerona oznajmił, iż specjaliści przyjrzą się jeszcze raz tragedii w Sheffield. Wyniki były zaskakujące dla opinii publicznej, oczywiste natomiast, a zarazem przyjęte z ulgą przez środowisko piłkarskie oraz to związane z samym miastem Liverpool i klubem. Raport wykazał, że do tragedii doszło wskutek niefrasobliwości oraz uchybień, jakich dopuścili się przedstawiciele angielskiej policji. Przez lata popularna była akcja “Justice for the 96″, w której ludzie domagali się zadośćuczynienia dla 96 ofiar tamtych zdarzeń, których rodziny musiały czekać aż 23 lata, aby sprawiedliwości stało się zadość i przywrócono należną cześć i dobre imię ich zmarłym krewnym. Jest to jedna z ciemnych kart rządów Margaret Thatcher, ponieważ do dziś mówi się, iż jej polityka gardziła środowiskiem kibiców i dopuszczała pewne nadużycia względem nich oraz akceptowała nieoficjalne środki stosowane przez policję. Sprawy te nie zostały do końca wyjaśnione i nie wiadomo, czy sama Thatcher nie została wprowadzona w błąd przez policję i ochronę. Summa summarum, zamieciono pod dywan całe dochodzenie w sprawie Hillsborough. Wydarzenia te, mimo fatalnego zachowania zarówno rządu, jak i policji (w czasie meczu i po nim), doprowadziły do poważnych reperkusji, które raz na zawsze miały zmienić oblicze angielskiej piłki nożnej, a także dać impuls do zmian, tak potrzebny ludziom w Anglii. Margaret Thatcher zleciła opracowanie raportu tamtych zdarzeń.
Peter Taylor, ówczesny minister sprawiedliwości, na polecenie “Żelaznej Damy” opublikował 188 stron raportu, w którym zawarł przyczyny tragedii na Hillsborough. Nie to było jednak najważniejsze. Lord Taylor dał wskazówki, jak w przyszłości unikać tego typu wypadków. Jego praca była pewnego rodzaju drogowskazem, jaką ścieżkę należy obrać, aby naprawić całą sytuację, uleczyć toczony gangreną przez dekady organizm. Swój raport opublikował on w sierpniu 1989 roku, a jego finalna wersja ujrzała światło dzienne w styczniu 1990 roku. Raport obnażył wręcz stadionowe zwyczaje, ubogą infrastrukturę klubów, fatalną organizację meczów na stadionach oraz całych rozgrywek piłkarskich w Anglii. Był to powiew świeżości w hermetycznym, skostniałym piłkarskim półświatku, głos rozsądku w pomieszczeniu pełnym bezsensownych krzyków. Raport Taylora doskonale uchwycił całe zło w angielskiej piłce nożnej. Na skutek raportu całkowicie zrezygnowano z trybun stojących. Od tej pory kibice mogli zajmować miejsca wyłącznie siedzące, w dodatku numerowane. Spowodowało to łatwiejszą identyfikację kibiców po miejscach, z czasem wprowadzono bowiem także unikalne karty kibica, sygnowane nazwiskiem. Wywołało to oczywiście falę protestów, zarzucano nawet ograniczenie swobód obywatelskich. Poprawiono jednak organizację meczów, wprowadzono monitoring oraz zatrudniono specjalistów od ochrony. Wzrosły za to ceny biletów. Odstraszyło to najmłodszych oraz najbiedniejszych, którzy przeważnie tworzyli trzon chuligańskich grup kibiców. W latach 80. można było wejść na stadion już za pięć funtów, dzisiaj te ceny wahają się od 40 do nawet 120. To spowodowało wzrost zainteresowania futbolem wśród całych rodzin, dotąd wykluczonych ze struktur kibicowskich, kojarzących się wcześniej z subkulturą ludzi młodych, przeważnie z nizin społecznych. Piłka nożna zaczynała wchodzić na salony, rósł poziom ligi. Za gigantyczne pieniądze przebudowano stadiony, które dzisiaj przypominają luksusowe obiekty, a nie mordownie sprzed 30 i 20 lat. Ortodoksyjni fani twierdzą, iż futbol umarł wraz z reformą ligi, mecze straciły bowiem swój dawny klimat, stając się miejscem dla pracowników korporacji, a nie prawdziwych kibiców. Jest w tym trochę racji, ale lepszy taki stan rzeczy aniżeli lata 80. pełne krwi, przemocy i śmierci. Zmienił się także profil samego kibica na stadionie w Anglii. To nie są już wyłącznie chuligani, ale ludzie wywodzący się ze wszystkich grup społecznych, zarówno pod kątem pochodzenia, jak i materialnym. To znów ma drugą stronę medalu, ponieważ dzisiaj krytykuje się znowu zbytnią elitarność Premier League. Futbol w Anglii staje się coraz bardziej niedostępny dla biedniejszej klasy pracującej, opanowali go za to pracownicy korporacji, nazwani pogardliwie „krewetkożercami”. Angielskie kluby po śmierci Margaret Thatcher w większości odmówiły uczczenia minutą ciszy zmarłej pani premier. Świat składał kondolencje, Premier League nie. Rodziny zmarłych na Hillsborough przez lata domagały się zadośćuczynienia, bezskutecznie. “Żelazna Dama” nie chciała zbawić angielskiej piłki, chciała ją zniszczyć. Futbol był dla niej zabawą dla mas, dla plebsu. Nie rozumiała piłki nożnej i robotniczego etosu napędzającego futbol. Wszystkie jej decyzje, wycelowane w piłkę, w jakiś sposób jednak uzdrowiły ją. Wolny rynek doprowadził do powstania telewizji Sky Sports, która zainwestowała w futbol i w ten sposób rozwinęła samą ligę. Czy bez traumatycznych zdarzeń na Heysel bądź Hillsborough oglądalibyśmy Premier League w takim wydaniu jak dziś? Śmiem wątpić. A sama Margaret Thatcher? Cóż, to nie ona odpowiedzialna jest za rozkwit Premier League, jednak bez jej decyzji nie byłoby dzisiaj ligi, którą znamy i kochamy. Ciekawy paradoks.
6
Węzeł Gordyjski:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Rastafarnianin
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
10
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
8 kwietnia 1972 r. urodził się Piotr Świerczewski. Pomocnik. Młodsza publiczność zna go głównie jako celebryte i bohatera reality show ,,Agent”. Dawniej jego wizerunek gościł w domach wielu nastolatków na całym świecie. Pan Piotr znalazł się bowiem na okładce pierwszej edycji kultowej gry z serii FIFA. Szatnia GKS Katowice często gościła charakternych piłkarzy. Tacy byli Adam Kucz, Sławomir Wojciechowski czy Adam Ledwoń. W niczym nie ustępował im jednak właśnie Świerczewski. Waleczny, ambitny aż do ostatniego gwizdka, bardzo ofiarny zawodnik znakomicie sprawdzał się w roli defensywnego pomocnika. Pseudonim ,,Świr” pochodził tyleż od nazwiska, co bezkompromisowego drapieżnego stylu gry. Przekore pokazał już na początku kariery. Starszy brat Marek swe kroki skierował do Sandecji Nowy Sącz. Piotr postanowił natomiast iść do innej drużyny i wybrał derbowego rywala klubu krewniaka- Dunajec. Z powodu tych cech charakteru wpadł w oko Januszowi Wójcikowi trenerowi reprezentacji olimpijskiej. ,,Wójt” zabrał go na igrzyska do Barcelony, choć istniało poważne ryzyko wykluczenia Świerczewskiego. Zawodnik nie przeszedł pierwszych testów dopingowych. Kolejna próba oczyściła go jednak z zarzutów. Na turnieju zagrał w 5 z 6 meczów. Między innymi zaliczył asyste w starciu z Kuwejtem, po dośrodkowaniu z lewej strony. W finale został wprowadzony w 55 minucie za Marcina Jałochę. Grę od pierwszej minuty uniemożliwiał mu drobny uraz. Z Hiszpanii przywiózł srebrny medal. Odważnie zapowiadał w rozmowie z bratem jeszcze przed turniejem że medal przywiezie. Akurat pewności siebie nigdy mu nie brakowało.
Wraz z Tomaszem Wałdochem chyba najmocniej potem odcisnął piętno na seniorskiej reprezentacji Polski. Razem z Koźmińskim byli kluczowymi postaciami kadry Jerzego Engela, która awansowała na Mundial w 2002 r. Zagrał w 9 z 10 spotkań eliminacji. Na samych MŚ wystąpił zaś przeciwko Koreańczykom oraz Portugalii. Łącznie w kadrze wystąpił 70 razy i strzelił 1 gola. Dzięki temu należy do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Na początku lat 90-tych był natomiast jedną z najbardziej wyróżniających się postaci na pozycji defensywnego pomocnika w Ekstraklasie. Razem z GKS Katowice sięgnął dwukrotnie po Puchar Polski i raz po Superpuchar; wywalczył wicemistrzostwo Polski oraz brązowy medal. Później rozwijał swa karierę we Francji. Wraz z S.C. Bastią zwyciężył w Pucharze Intertoto a z Olimpique Marsylia, gdzie pełnił rolę kapitana , zajął 3 miejsce w Ligue 1. Krótko grał też w Japonii i Anglii. Po przekroczeniu 30-tego roku życia powrócił do Polski. Na rodzinnej ziemi jeszcze dwukrotnie świętował zdobycie Pucharu Polski(z Groclinem Dyskobolią i Lechem) a także dołożył do tego 2 Puchary Ligi(oba z Groclinem), Superpuchar Polski(z Lechem) oraz brązowy medal mistrzostw Polski z Groclinem. Świerczewski w swojej karierze nie unikał kontrowersyjnych sytuacji. Zdawało się że czas ustatkowania się nadejdzie już przed igrzyskami. ,,Świr” wziął ślub i sprzedał ,,szpanerskiego” forda sierre. Jego zapalczywy charakter niejednokrotnie jednak dawał potem o sobie znać. Przydarzyły mu się między innymi bójki z dziennikarzami, kibicami, piłkarzami innych drużyn czy nawet… policjantami. Z drugiej strony dzięki ambicji cieszył się sławą jednego z bardziej lubianych zawodników w kraju. Występował w filmach i serialach. Nie odszedł całkiem od futbolu. W Ekstraklasie był m.in. menadżerem ŁKS-u. Ponadto prowadził też Znicza Pruszków czy Motor Lublin. Niedawno pełnił również funkcje II trenera w kadrze U-21.
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
8
@FCBparasiempre
8 kwietnia 1950 r. w Malborku urodził się Grzegorz Lato, napastnik. Były takie czasy kiedy Ekstraklasa stanowiła jedyną lige na świecie, gdzie w jednym meczu spotykali się dwaj królowie turniejów olimpijskich oraz król strzelców mundialu. Działo się tak podczas spotkań Legii Warszawa ze Stalą Mielec. W drużynie ze stolicy grał zdobywca korony z Igrzysk z Monachium. Po stronie mielczan jego osiągnięcie skopiował Andrzej Szarmach w Montrealu. Natomiast Grzegorz Lato był najskuteczniejszym zawodnikiem Mistrzostw Świata w RFN. Do dziś jest jednym z dwóch(z Rosjaninem Salenką) zawodnikiem z takim tytułem, który biegał po boiskach Ekstraklasy ale jedynym, który go zdobył jako przedstawiciel klubu z najwyższej polskiej ligi. W RFN wyszedł mu turniej życia. Lato pokonał po 2 razy bramkarzy Argentyny i Haiti. Był też autorem zwycięskich trafień w starciach ze Szwecją i Jugosławią. W spotkaniu ze Skandynawami zakończył wyborną serie Ronniego Hellstroema(595 minut bez straty bramki). Był też pierwszym zawodnikiem, który go pokonał na tych MŚ. Na zakończenie zaś w spotkaniu z Brazylią, czyli obrońcą tytułu, jego błyskotliwy rajd dał Polakom 3 miejsce na świecie. W tej decydującej akcji pokazał swoje największe zalety- ruchliwość, spryt, umiejętność zmiany tempa oraz dobre oko. Na linii środkowej otrzymał podanie od Maszczyka. Reszta aż po sam moment wykończenia, należała już do niego. Balansem ciała oszukał obrońcę Canarinhos i wyrobił sobie nad nim sporą przewagę. Tego dystansu przeciwnik nie był już w stanie nadrobić. Tymczasem Lato pociągnął aż pod same pole karne i lekkim ale bardzo precyzyjnym strzałem posłał piłke obok bramkarza. ,,Zobaczyłem że sędzia liniowy podnosi chorągiewke. Zorientowałem się w tym momencie iż Kapka jest na pozycji spalonej. W tej sytuacji zrezygnowałem z oddania mu piłki i zaryzykowałem samotny rajd. Na szczęście zakończył się on powodzeniem. Teraz niech pokażą Holendrzy czy potrafią strzelić więcej niż ja goli”- opowiadał o tej sytuacji dziennikarzom ,,Nowin Rzeszowskich” Grzegorz Lato.
,,To był ekscytujący gol”- dodawał londyński dziennik ,,Observer”. Mógł jeszcze podwyższyć rezultat. W 88 minucie wyszedł bowiem sam na sam ale bramkarz Canarinhos tymrazem był górą. Polska wygrała ten mecz 1:0 i cieszyła się z 3 miejsca na świecie. Holendrzy(o których mówił pan Grzegorz) na czele z Cruijffem na czele nie dogonili go jednak w klasyfikacji strzeleckiej. W ten sposób Lato zdobył koronę króla strzelców z dorobkiem 7 goli. ,,Zdobycie tytułu króla strzelców to to zasługa wszystkich kolegów z zespołu”- odpowiadał sam skromnie. O 2 trafienia wyprzedził wtedy Neeskensa i swego kolegę z reprezentacji a wkrótce też z klubu- Andrzeja Szarmacha. Do dziś plasuje się pod względem liczby trafień na jednym Mundialu na 7 miejscu ex aequo z Jairzinho. W całej historii wyprzedzają ich tylko Stabile, Ademir, Kocsis, Fontaine, Eusebio oraz Gerd Müller. Trafił też po tym Mundialu do zespołu All-Stars według agencji UPI oraz jedenastek turnieju AFP i News of the World. Magazyn ,,Sunday People” sklasyfikował go na 3 miejscu wśród najlepszych zawodników turnieju. Kiedy z Mundialu wrócił do Polski, Ekstraklasa wraz z Bundesligą i portugalską Primeirą Ligą stanowiła elite lig, w których w sezonie 1974/75 występowali królowie strzelców Mundialu. Od tego momentu kibice w najwyższej polskiej lidze ochoczo skandowali: ,,Grzegorz Lato tego lata najlepszym piłkarzem świata”. Na krajowym podwórku również Lato błyszczał skutecznością, choć tak naprawdę… nie był on napastnikiem. Trenerzy ustawiali go najczęściej na prawym skrzydle. Jego ruchliwość sprawiała jednak że można się było jego spodziewać w każdym sektorze boiska. ,,Czy Lato jest najlepszym polskim skrzydłowym? Na pewno najszybszym”- powiedział kiedyś Kazimierz Górski w wywiadzie dla walijskiej prasy. Podczas medalowego Mundialu bardzo często zamieniał się stronami z Gadochą, co wzbudziło popłoch w szeregach rywali. ,,W ataku czuję się nie gorzej niż w pomocy”- mówił sam o sobie.
Bardzo dobrze grał też głową. Niektórzy żartowali iż gracz obdarzony niegdyś bujną czupryną, stracił włosy właśnie od częstych zagrań głową. W pierwszym meczu po powrocie z MŚ od razu wpisał się na liste strzelców. Jego skuteczność zawodnicy z Ekstraklasy znali zresztą jeszcze przed turniejem. Już w sezonie 1972/73 został królem strzelców. Powtórzył ten wynik także w edycji rozgrywanej bezpośrednio po Mundialu. Dokonał tego z dorobkiem 19 goli, co było najlepszym wynikiem w lidze od 6 lat. Z mielecka Stala zdobył 2-krotnie mistrzostwo Polski, wicemistrzostwo oraz dwa brązowe medale. W europejskich pucharach jego największym dokonaniem była gra w ćwierćfinale Pucharu UEFA. Zdobył też Lige Mistrzów ale w strefie CONCACAF, gdzie występował po wyjeździe z Europy. Po 3 miejscu na Mundialu oraz koronie króla strzelców znalazł się na 6 miejscu w plebiscycie Złotej Piłki wśród najlepszych piłkarzy Europy. Rok później był 17 ex aequo z Christo Bonewem, Ivo Viktorem i Gerdem Müllerem. Zostal 3-krotnie piłkarzem roku w Polsce: w 1974 według ,,Sportu” oraz w 1977 i 1981 według ,,Piłki Nożnej”. Wśród polskich piłkarzy wyróżnia się największą kolekcją medali z turniejów międzynarodowych. Posiada złoto i srebro Igrzysk Olimpijskich ale też 2 srebra Mundialowe(za 3 miejsca). Wraz z Władysławem Żmudą oraz Markiem Kustą i Andrzejem Szarmachem tworzył kwartet jedynych piłkarzy, którzy byli w kadrze na obu MŚ zakończonych podium Polaków(1974 i 1982). Z tym pierwszym szedł łeb w łeb pod względem rozegranych meczów na Mundialu. Starcie z Francją o 3 lokate w 1982 była dla obu 20 meczem na MŚ w karierach a dla Laty też 100 w kadrze. Po nim zdecydował się jednak zakończyć karierę. ,,Nie stać chyba już by mnie było na pogodzenie występów w klubie i drużynie narodowej a nie chciałbym aby powoływano mnie na kredyt”- uzasadniał Lato. Na tym drugim turnieju pod wodzą Piechniczka, tak jak 8 lat wcześniej, należał do najważniejszych postaci kadry. Gola strzelił w starciu z Peru.
Legendarny bramkarz Włoch, Dino Zoff powiedział o nim przed półfinałem: ,,Jest super wzorem jak należy grać w piłke”. Trafienia na Mundialu zanotował też w 1978 przeciwko Tunezji i Brazylii. Jego kolekcja goli z MŚ liczy więc aż 10 goli. To rekord wśród Polaków. Lato był pierwszym zawodnikiem w historii, który rozegrał 100 oficjalnych spotkań w reprezentacji. Jego wynik na razie przebili tylko Żewłakow, Błaszczykowski i Lewandowski. Ponadto znajduje się na 3 miejscu pod względem liczby strzelonych goli za Lewandowskim i Lubańskim. Po zakończeniu kariery na początku lat 90-tych był trenerem, prowadził m.in. Stal Mielec, Widzew Łódź, Olimpie Poznań i Amikę Wronki. Później zajął się działalnością polityczną. Sprawował mandat senatorski. W latach 2008-12 był też prezesem PZPN. To za jego kadencji Polska organizowała Euro 2012.
8
Legendy polskiego futbolu:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
7
Twierdza Camp Nou:
8 kwietnia 2009 r. FC Barcelona pokonała 4:0 na Camp Nou Bayern Monachium w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów. Duma Katalonii śpiewająco poradziła sobie z Niemcami. Zwycięstwo 4:0 było potężne ale gdyby skończyło się 8:0, nikt nie mówiłby o niesprawiedliwości, gdyż Katalończycy dominowali na boisku całkowicie. ,,Wysublimownie techniczne zawodników Blaugrany sprawiło że ten mecz był dziełem sztuki. Bayern został upokorzony”- pisał ,,El Pais”. Mimo tak wyraźnej przewagi swych zawodników Guardiola szalał przy linii bocznej, wyzywał sędziego i ostatecznie został usunięty na trybuny. Gole dla Barçy zdobyli: Messi(2), Eto’o oraz Henry.
Oto dzieło sztuki:
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
6
Legendarni prezydenci Blaugrany:
Dokladnie 60 lat temu zmarł Agustin Montal Galobart, prezydent FC Barcelony w latach 1946-52. Stanowisko objął decyzją dyktatorów reżimu ale z perspektywy klubu był to dobry wybór. Za jego rządów liczba socios zwiększyła się z 20 do 30 tysięcy. 28 lipca 1948 r. zorganizował pierwsze zgromadzenie socios po 12 latach przerwy. W 1949 r. z okazji 50-lecia powstania Blaugrany zorganizował turniej będący hołdem dla Waltera Wilda i Joana Gampera, w którym uczestniczyły brazylijski Palmeiras i Boldklubben Kopenhaga. Mecz z Duńczykami uroczyście rozpoczął wnuk Gampera. Na turniej zaproszono byłego gracza Emilio Waltera, któremu Agustin przez kilka lat wysyłał paczki żywnościowe do Niemiec. Inne ważne decyzje mandatu Montala Galobarta to zatrudnienie Kubali i kupno terenów pod przyszłe Camp Nou.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
10
Rekordy Blaugrany:
8 kwietnia 1962 r. FC Barcelona odniosła rekordowe w swojej historii zwycięstwo w Pucharze Hiszpanii, gromiąc Club Deportivo Basconia aż 10:1(!) w ⅛ tychże rozgrywek. Hattrickiem popisał się w tym meczu Jesus Pereda. Pozostałe gole strzelali Verges(2), Szalay(2), Pais, Zaldua oraz Zaballa.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
10
Historia Mistrzostw Europy część 4:
Euro ‘72
Mistrzostwa Europy do momentu wskazania gospodarza czwartego turnieju finałowego odbywały się kolejno we Francji, Hiszpanii i Włoszech. Tym razem nieoczekiwanym gospodarzem turnieju była Belgia, która niczym szczególnym nie mogła się pochwalić a jednak to jej powierzono organizację Euro ’72. Jedynym warunkiem, co stało się już tradycją, pozostawała konieczność zakwalifikowania się do turnieju finałowego. W eliminacjach wystartowały 32 drużyny. Uczestników podzielono na 8 czterozespołowych grup, gwarantując zwycięzcom udział w ćwierćfinałach. Reprezentacja RFN z pewnością gdzieś podskórnie odczuwała presję wyniku. Cztery lata wcześniej przystępowali do eliminacji z pozycji wicemistrzów świata i zawiedli na całej linii. Teraz byli trzecią drużyną globu i za wszelką cenę chcieli potwierdzić swoją silną pozycje także w Europie. Wówczas zaszkodził im remis z Albanią, którą także i tym razem dostali w prezencie od losu. O jakiejkolwiek wpadce nie mogło być nawet mowy, chociaż rywale dość wysoko zawiesili poprzeczkę. W Tiranie Niemcy zwyciężyli 1:0, natomiast w rewanżu niewiele wyżej bo tylko 2:0. Swoją całą sportową złość wyładowali na Polakach. Debiut Jana Tomaszewskiego w bramce okazał się najgorszy z możliwych. Dwa gole Gerda Muellera i jeden Juergena Grabowskiego uczyniły zeń narodowego winowajcę. Więc w rewanżu między słupkami wystąpił Marian Szeja ale Niemcom już nie zależało na strzelaniu goli, tylko na remisie(skończyło się 0:0), który pozwalał im spokojnie awansować z grupy. Po zaciętych bojach do finałowego turnieju awansowały: Belgia, RFN, ZSRR oraz Węgry. Niemcy i Belgowie przystępowali do Euro ’72 jako absolutni debiutanci. Węgrzy, sukcesorzy słynnego ,,wunderteamu” z lat 50-tych mieli na swoim koncie raptem jeden start, zwieńczony zresztą brązowym medalem. Tylko ZSRR mógł się poszczycić obecnością na wszystkich trzech rozegranych dotąd turniejach. Czołowa czwórka turnieju została dobrana w pary… według swoich osiągnięć na mistrzostwach Europy. Belgia i RFN nie miały żadnych. Węgry i ZSRR zupełnie na odwrót. Rywalizacja obydwu tych krajów bloku wschodniego zawsze skupiała na sobie ogromną uwagę, mimo iż finał konfrontacji zazwyczaj był łatwy do przewidzenia. ,,Sborna” miała patent na Madziarów. Udowodniła to także i w tym półfinałowym starciu. Wystarczył jeden jedyny błąd węgierskiej defensywy aby mogła podtrzymać wyżej postawioną tezę. Silny strzał Końkowa z dystansu znalazł drogę do bramki strzeżonej przez Gecziego. Węgrom nie udało się odrobić strat, choć mieli ku temu znakomitąokazję. W końcówce meczu Dżodżuaszwili sfaulował w polu karnym Dunaia. ,,Jedenastki” nie wykorzystał jednak Sandor Zambo i tym samym nie zmienił biegu historii. Po raz pierwszy na turnieju(a po raz trzeci w ogólnej batalii o mistrzostwo Europy) Madziarzy musieli uznać wyższość odwiecznego rywala. Na osłodę pozostał im jedynie mecz o brąz ale i ten również przegrali, tym razem z Belgią 2:1. Tak więc do Węgrów dołączyli Belgowie, którym nie udało się poskromić naszpikowanej gwiazdami ekipy RFN. Trener Schoen zmagał się z problemami bogactwa. Miał tylu znakomitych graczy że część z nich przygodę z Euro ’72 musiała zakończyć na eliminacjach, gdyż miejsca w kadrze były limitowane. Vogts, Flohe, czy nie mogący grać w jednym zespole z Netzerem Overath, zostali w domu. Wszystkich obecnych i nieobecnych przyćmił jednak Gerd Mueller. Król strzelców mundialu w Meksyku, na Euro ’72 też okazał się najskuteczniejszy. Dwa gole strzelone Belgom wprowadziły Niemców do wielkiego finału. Gospodarze turnieju odpowiedzieli tylko jednym golem.
Finał Euro rozgrywany był na słynnym Heysel. Trener Ponomariew uczulał swych podopiecznych zwłaszcza na Gerda Muellera. Nie pomylił się. Błąd natomiast popełnił przeznaczony do opieki nad korpulentnym Niemcem kapitan ZSRR Murat Churchiława, który nie wywiązał się należycie z powierzonego mu zadania. Mueller został bohaterem meczu. Zaczął w 28 minucie, gdy akcję na własnej połowie boiska zainicjował Beckenbauer. Przedarł się pod pole karne rywali, mijając po drodze dwóch piłkarzy ZSRR. Krótkim podaniem uruchomił Mullera, ten podbił piłke do której dopadł Netzer i silnym uderzeniem z woleja trafił w poprzeczkę. Do futbolówki wystartował Heynckes oddając chytry strzał na bramkę Rudakowa. Ten jednak zdołał sparować piłkę, tyle że wprost pod nogi Muellera. Niemiecki napastnik dopełnił tylko formalności. Drugi gol to popis zawodników Borussi Moenchengladbach. Heynckes w gąszczu radzieckich obrońców wypatrzył wbiegającego w pole karne Wimmera i krótkim prostopadłym podaniem dograł mu piłkę. Wimmer natychmiast zdecydował się na strzał i posłał futbolówkę w długi róg bramki, pod ręką rozpaczliwie interweniującego Rudakowa. Kropkę nad ,,i” postawił niezawodny Mueller. Dobiegała godzina gry. Dynamiczną akcję graczy RFN rozpoczął Schwarzenbeck podaniem do Muellera. Napastnik Bayernu przyspieszył, odgrywając do niezmordowanego Heynckesa. Ten daleki crossem na prawo odnalazł w plu karnym Schwarzenbecka, który na małej przestrzeni boiska zagrał do Muellera. ,,Bomber” z najbliższej odległości pokonał Rudakowa. Rosjanie na kolanach i to drugi raz w odstępie zaledwie 3 tygodni! 26 maja zawodnicy ZSRR uświetnili swoją obecnością otwarcie Stadionu Olimpijskiego w Monachium. W pokazowym meczu ulegli gospodarzom aż 1:4 a wszystkie gole dla RFN nie kto inny, jak Gerd Mueller. Gładkie 3:0 w finale nie pozostawiało złudzeń kto jest najlepszy w Europie.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
16
Duma Katalonii bardzo cierpiała ale w końcu się doczekała:
Dokładnie 50 lat temu FC Barcelona zapewniła sobie długo wyczekiwane mistrzostwo Hiszpani. To był tytuł, który cules świętowali najmocniej w całej historii klubu. Katalończycy nie wygrali La Ligi przez 14 lat(!) a w tym samym czasie Real Madryt świętował tytuł aż dziewięciokrotnie. Blaugrana przypieczętowała sukces w Gijon z tamtejszym Sportingiem, gdzie grał Quini, o którym Michels mówił iż nie widzi dla niego miejsca w składzie gdyż zatrudnił już Claresa. Barça zaczęła sezon 1973/74 od miejsca w strefie… spadkowej! Dopiero transfer Cruijffa spowodował że nie przegrała 24 kolejnych spotkań i wygrała w tym okresie 19 meczów. W Gijon Duma Katalonii przegrywała już 2:1 lecz w ciągu 12 minut Marcial ustrzelił hattricka i zapewnił upragniony tytuł. Po meczu pytano Michelsa czy można porównać Barcelone do Ajaxu a ten odpowiedział: ,,To nie było by sprawiedliwe. Ajax ma kilka Pucharów Europy a Barça dopiero zaczyna”. Michels okazał się niestety prorokiem ponieważ FC Barcelona na kolejny tytuł czekała aż 11 lat!
@Symson
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
0
@Gall Zgadzam się w 100 procentach!
6
Premierowe Derby:
7 kwietnia 1929 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze ligowe derby z Espanyolem w 8 kolejce premierowych mistrzostw Hiszpanii. Duma Katalonii wygrała ten mecz 1:0 po golu Jose Sastre. Bramki Espanyolu strzegł wówczas legendarny Ricardo Zamora, który zapobiegł utracie kolejnych goli.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
0
@FcPortoFan1999 Dokładnie, zgadzam się z tobą
0
@FcPortoFan1999 Zgadza się, nawet ja sam go miałem dosyć ale jakby nie patrzyć trenerem nie jest najgorszym, albo inaczej, nie pasującym do każdej drużyny...
5
Athletic Bilbao wreszcie zdobył Puchar Króla. Musieli czekać aż 40 lat(!) no niebywałe ale zasłużyli na to swoją determinacją i walecznością. Gratulacje dla nich no i dla Ernesto Valverde, trenera jakby skrojonego pod Athletic, bez którego nie było by tego sukcesu. Swoją drogą tak psioczyliśmy na Valverde kiedy prowadził Barcunie a okazało się że to wcale nie taki zły trener. W końcu zdobył z Barcą 2 mistrzostwa, Puchar Króla i Superpuchar no ale z drugiej strony nie poradził sobie w Lidze Mistrzów i w końcu musiał odejść...
1
@Mixtape Baskowie to naród bardzo waleczny o czym nie raz już wspominałem i nie raz się o tym przekonaliśmy. Skoro dają sobie rade z Barcunią to może i dadzą z Mallorca? Mam nadzieje iż motywacji im dzisiaj nie zabraknie. Poza tym tak jak mówisz, nie wygrali dokładnie od 40 lat, więc ja również życze im tego zwycięstwa w dzisiejszym finale...
7
@FCBparasiempre
Stoperów można podzielić na dwie kategorie. Pierwsi to typowi siłacze. Chociaż brakowało im polotu i techniki, to nadrabiali wszystko nieustępliwością i wolą walki. Głównie chodziło im o to, żeby wybić. Druga kategoria to bardziej uniwersalni środkowi obrońcy. Potrafili dobrze wyprowadzać piłkę, prezentowali się z nią lepiej przy nodze, grali bardziej elegancko, na wyprzedzenie. W tym artykule chciałbym przedstawić postać, która łączyła oba te style. Chociaż Pietro Vierchowod nie zyskał nigdy takiej sławy jak Franco Baresi, Gaetano Scirea czy też Paolo Maldini, to za swoją grę należy mu się ogromny szacunek. Urodził się 6 kwietnia 1959 roku w Calcinate, małej miejscowości w pobliżu Bergamo. Jeśli ktoś nie słyszał wcześniej o Vierchowodzie, to może go zaskoczyć dość dziwne jak na Włocha nazwisko. Ojcem Pietro był Ukrainiec – Ivan Lukjanovič Verchowod, który służył w Armii Czerwonej. W czasie wojny trafił do niemieckiej niewoli, a następnie przebywał w więzieniu w różnych miejscach, w tym m.in. w Bergamo. Po jej zakończeniu nie mógł wrócić do ojczyzny, tam groziła mu śmierć przez zsyłkę na Sybir. Zdecydował się więc na dezercję i ukrywanie się w górach w okolicy Bergamo. Tam poznał matkę Pietro. Właśnie ze względu na swoje korzenie włoski obrońca otrzymał później pseudonim „Car”. Rodzinie cały czas doskwierała bieda, dlatego przyszły stoper zdecydował się na porzucenie szkoły już w wieku 14 lat i rozpoczęcie pracy. Vierchowood zarabiał niewielkie pieniądze jako pomocnik hydraulika. Po latach przyznał, że trudne dzieciństwo i młodość bardzo ukształtowały jego charakter. Przełożyło się to oczywiście na nieustępliwy i twardy styl gry.
Karierę rozpoczął w Como Calcio. Wcale nie musiał zostać piłkarzem. Osiągał bowiem świetne wyniki w biegach na krótkich dystansach. Zwracano uwagę na to, że jest atletyczny, inteligentny i obdarzony niezwykłą szybkością. Wielka miłość do piłki jednak zwyciężyła. W Como rozegrał ponad 100 meczów, od 17 do 22 roku życia. Pomógł drużynie przebyć drogę z Serie C1 do Serie A. Jako jedyny gracz w historii Como Calcio otrzymał powołanie do reprezentacji narodowej. Było to 6 stycznia 1981 w meczu z Holandią. Zaraz potem przeniósł się do Fiorentiny. Udało mu się załapać do drużyny, która wzięła udział w mistrzostwach świata w 1982 r. Nie zagrał tam ani minuty, ale jak to się mówi – „zebrał cenne doświadczenie”, a ponadto mógł cieszyć się ze złotego medalu. Defensywę tworzyli tacy zawodnicy jak Claudio Gentile, Gaetano Scirea czy też Fulvio Collovati. Nie było żadnych szans, żeby się przebić. Po hiszpańskim turnieju „Car” przeniósł się do AS Romy. Grał u boku takich piłkarzy jak Pruzzo, Conti, Cerezo i Falcao. Romę trenował wtedy Nils Liedholm. Jego zespół preferował bardzo ofensywny styl gry. Szwedzki trener zaznaczał, że w trudnych sytuacjach możemy pozwolić sobie na atakowanie bardzo dużą liczbą graczy, szczególnie, że wszystko asekuruje Vierchowod. Szybkość, dokładność i wyczucie – tym charakteryzował się Pietro w czasie swojej gry w stolicy Włoch. Spędził tam ostatecznie jeden sezon, ale zdobył mistrzostwo Italii. Od sezonu 1983/1984 „Car” zaczął bronić barw Sampdorii, której pozostał wierny aż przez 12 lat. Świętował z nią wiele sukcesów. Wraz z ekipą z Genui sięgnął po cztery Puchary Włoch, Puchar Zdobywców Pucharów, Superpuchar Włoch i przede wszystkim – jedyne w historii całego klubu mistrzostwo kraju. Najlepszy moment przypadł na lata 1986-1992. Wtedy to Blucerchiatich prowadził Vujadin Boskov. W jego ostatnim roku pracy Sampdoria dotarła do finału Pucharu Europy. Tam musiała jednak uznać wyższość Barcelony. Wraz z Vierchowodem wspaniałą drużynę tworzyli m.in. napastnicy Gianluca Viali i Roberto Mancini czy też bramkarz Gianluca Pagliuca. Viali przyznawał, że ówczesna drużyna Blucerchiatich nie grała być może piłki przyjemnej dla oka, ale on i jego partnerzy byli zabójczo skuteczni.
Po wielu latach spędzonych w Sampdorii przeniósł się do mistrzowskiego Juventusu, ale spędził tam tylko jeden sezon. Mógł się jednak cieszyć, ponownie jak w Romie, ze stuprocentowej skuteczności, ponieważ wraz ze Starą Damą sięgnął po mistrzostwo Włoch. Dotarł też do finału Ligi Mistrzów, gdzie rozegrał cały mecz. W Rzymie Juventus zmierzył się z Ajaxem. Bianconeri pokonali rywali z Holandii po rzutach karnych. „Car” mógł wznieść do góry najcenniejsze klubowe trofeum w Europie. W 1997 roku przeniósł się do Milanu. Trafił na bardzo trudny moment w historii Rossonerich. Klub z San Siro zajął dopiero 11. miejsce w lidze. „Car” był tylko rezerwowym obrońcą, ponieważ koszulkę w czerwono-czarne pasy nosili wtedy tacy zawodnicy jak: Franco Baresi, Alessandro Costacurta i Marcel Desailly. Znów zdecydował się na szybką zmianę barw klubowych. Cztery razy w jednym klubie spędził tylko sezon – Fiorentina, Roma, Juventus, no i Milan. Ostatnim przystankiem w jego karierze była Piacenza Calcio, w której grał do 2000 roku. Zakończył karierę w wieku 41 lat. Pietro Vierchowod zagrał na włoskich boiskach 562 razy, co daje mu siódme miejsce w klasyfikacji wszech czasów, której przewodzi Paolo Maldini (647 spotkań). Zatrzymywał kilka pokoleń napastników. Zico, Careca, Maradona, van Basten czy też Ronaldo – im wszystkim skutecznie uprzykrzał życie. Nie dziwi więc wielki szacunek, jakim darzyli obrońcę ci wybitni napastnicy. Marco van Basten i Diego Maradona wspominali, że nigdy nie spotkali się z trudniejszym obrońcą niż Pietro Vierchowod. Słynny Holender zakończył karierę już w wieku 29 lat. Widząc 40-letniego Włocha ciągle biegającego po boisku, spytał go po jakimś czasie: Ty wciąż jeszcze grasz!? Van Basten przyznawał, że chociaż pojedynki z „Carem” były bardzo twarde, to obaj piłkarze darzyli się dużym szacunkiem. Maradona wspomina z uśmiechem jeden z epizodów kiedy próbował za wszelką cenę minąć Vierchowoda. Chociaż używał wszystkich swoich sztuczek, to obrońca i tak zapędził go do narożnika, gdzie zakończył jego akcję. Wtedy „Boski Diego” powiedział do niego z uśmiechem: ,,Mieli rację kiedy powiedzieli, że jesteś jak Hulk. brakuje ci tylko zielonego koloru.” Swojego uznania wobec Vierchowoda nie ukrywał także Gary Lineker, który mierzył się z nim w czasie mundialu 1990 r.: ,,Był bardzo brutalny i szybki jak błyskawica. Raz lub dwa sprawił, że musiałem podnosić się z kolan.” Podobnie jak van Basten i Maradona, również słynny Anglik uznał Vierchowoda za najbardziej twardego obrońcę, przeciwko któremu przyszło mu grać. Duże problemy z „Carem” miał także wspomniany wcześniej Ronaldo. Pod koniec lat 90-tych słynny Brazylijczyk brylował w barwach Interu. W sezonie 1997/1998 nie strzelił on bramki tylko dwóm zespołom. Był to mistrzowski Juventus oraz Piacenza, której szefem obrony był oczywiście Pietro Vierchowod.
Pietro Vierchowoda można zaliczyć do piłkarzy długowiecznych. Grał na najwyższym poziomie przez prawie 20 lat. Karierę zakończył dopiero, kiedy na torcie mógł zdmuchnąć 41 świeczek. Wielu obserwatorów zastanawiało się więc – z czego wynikała niezwykła kondycja, którą posiadał włoski obrońca. Z pewnością nie bez znaczenia było to, że unikał alkoholu i innych używek. Szkoda, że z tych postanowień nie korzystało wielu piłkarzy zarówno przed nim, jak i po nim. W 1997 roku, kiedy trafił do Milanu, został poddany testowi szybkościowemu. Miał wtedy już 38 lat, ale dystans 100 metrów pokonał poniżej 11 sekund. Wszystko wynikało z niewyobrażalnie silnego organizmu. Cristiano Ronaldo chwali się, że pomimo 33 lat na karku ma wciąż zdrowie 23-latka. Portugalczyka czeka jednak z pewnością jeszcze dużo pracy, aby grać na wysokim poziomie do 40-tki i prezentować się tak jak „Car” włoskiej piłki. Mam nadzieję, że tym artykułem udało mi się przekonać was, że Pietro Vierchowod zasługuje na to, by stawiać go w jednym rzędzie z największymi sławami włoskiego futbolu. Jest trochę zapomnianym stoperem. Przez wielu uznawany był za obrońcę kompletnego. Był wytrzymały, inteligentny i niezwykle twardy. Ponadto świetnie asekurował swoich kolegów i potrafił nawet kreować sytuacje do zdobycia gola. Strzelanie bramek również nie było mu obce, co prezentuje poniżej zamieszczony film. Chciałoby się, żeby każdy wielki mistrz mógł tak długo kontynuować swoją karierę. Pokazali to, chociażby Gigi Buffon, Francesco Totti, Paolo Maldini czy Edwin van der Sar, Niestety wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć.
5
Włoski niezniszczalny „Car”:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
8
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
6 kwietnia 1939 r. w Chorzowie urodził się Eugeniusz Faber. Jeden z najlepszych skrzydłowych w historii chorzowskiego Ruchu. Godny następca legendarnego Gerarda Wodarza. W 1954 r. rozpoczął pracę w kopalni Prezydent i szybko został zawodnikiem zakładowego klubu. Swoją grą zrobił wrażenie na Erwinie Michalskim, który chętnie powoływał go do reprezentacji miasta. Kiedy Roman Lentner odniósł kontuzję, to właśnie Michalski optował za tym, żeby do reprezentacji Śląska powołać w jego miejsce Fabera. Ojga, jak mówili na niego koledzy, spisał się na tyle dobrze, że wkrótce ściągnął go do Ruch. W drużynie Niebieskich szybko się zaadaptował i od pierwszych meczów zrobił wrażenie na kibicach. Uwielbiali go nie tylko za wspaniałe umiejętności, szybkość i strzelecką precyzję, ale też za to, że zawsze grał czysto i fair. Raz tylko dał się sprowokować i uderzył rywala, za co został zawieszony na rok, ale po trzech miesiącach PZPN go ułaskawił. W Ruchu występował przez 12 lat i przez cały ten okres był jednym z najlepszych w zespole. Dwukrotnie sięgał po mistrzostwo kraju (1960 i 1968). Reprezentacyjny debiut zaliczył w starciu z Finlandią (wygrana 6:2) w ramach eliminacji do igrzysk w Rzymie. Jego głównym rywalem do gry na lewej flance był Roman Lentner, dlatego też Faber nieraz występował na prawym skrzydle, gdzie radził sobie równie dobrze. Pojechał na igrzyska, ale w samym turnieju nie zagrał. W reprezentacji występował przez 10 lat. Pożegnał się wygranym meczem z Holandią (2:1) 7 września 1969 r. Z Ruchu odszedł niedługo po przyjściu trenera Vičana. Szkoleniowiec nie chciał mieć w zespole zbyt wielu starszych zawodników a sam Faber nie miał już tyle sił, żeby wytrzymać ciężkie treningi nowego trenera. Wyjechał do Francji, gdzie został zawodnikiem Lens. W 1961 r. Ruch grał tam mecz towarzyski a Faber swoim występem zrobił na tamtejszym prezesie duże wrażenie. O transferze nie mogło być wówczas mowy. Kiedy jednak Francuzi dowiedzieli się, że piłkarz może odejść z klubu, to z miejsca się po niego zgłosili i po paru dniach był już w Lens. Z klubem awansował do I ligi, grał w finale pucharu Francji. W końcu wrócił do Polski, gdzie prowadził zespoły trzecioligowe. 12 grudnia 1981 r. wyjechał do Francji na święta do znajomych. Kiedy wprowadzono stan wojenny, zdecydował się pozostać na emigracji. Eugeniusz Faber zmarł w 2021 roku właśnie we Francji w wieku 82 lat. W Reprezentacji rozegrał 36 meczów, strzelając 11 goli.
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
1
Co??? Szwabski Bayern przegrywa z beniaminkiem? To jest dla mnie po prostu coś wspaniałego! Czuje się jak w siódmym niebie i nie chce go nigdy opuszczać...
7
Kalendarium polskiego futbolu:
6 kwietnia 1983 r. Juventus pokonał Widzew Łódź 2:0 na Stadio Olimpico Gran Torino, po golach Tardelliego i Bettegi w ramach pierwszego półfinału Pucharu Mistrzów. Półfinał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych to największy sukces w historii występów Widzewa w europejskich pucharach. To także jedno z największych osiągnięć polskiego klubu na arenie międzynarodowej. Dalej dotarł jedynie Górnik Zabrze, który zagrał w finale, tyle że mniej prestiżowego Pucharu Zdobywców Pucharów. Początek drogi do półfinału był łatwy, bo w pierwszej rundzie łodzianie trafili na maltański Hibernians FC i bez problemów wygrali obydwa spotkania (3:1 oraz 4:1). Schody zaczęły się już od kolejnego rywala. Los przydzielił Rapid Wiedeń. Mistrz Austrii (dwa lata późnej zagrał w finale PZP) wygrał u siebie 2:1, ale w Łodzi Widzew szybko odrobił straty (po półgodzinie prowadził 3:0) i zwyciężył 5:3. W ćwierćfinale trafił się już przeciwnik z najwyższej półki - Liverpool FC. U siebie podopieczni trenera Władysława Żmudy wygrali 2:0, w rewanżu prowadzili 2:1, ale w końcówce Anglicy strzelili dwa gole. To było jednak za mało, by wyeliminować łodzian. „Jesteście wspaniali. Do zobaczenia w Atenach. Zbyszek" - napisał wtedy do byłych kolegów z Widzewa Zbigniew Boniek, który był już piłkarzem Juventusu. Były prezes PZPN-u w ten sposób życzył, by te zespoły zagrały ze sobą w finale. Stało się inaczej i podczas losowania już w półfinale Widzew trafił na Włochów. Pierwszy mecz(w Turynie) odbywał się tuż po Wielkanocy. Dlatego piłkarze trenowali w świąteczną niedzielę a w Lany Poniedziałek polecieli do Włoch. Trener Żmuda jeszcze przed wylotem analizował na podstawie zapisu wideo mecz Juventusu z Torino. Podkreślał, że rywale dali sobie wbić trzy gole w pięć minut. Paolo Rossi, napastnik Juventusu, stwierdził, że to będzie podobne spotkanie do tego z 1982 r. podczas mundialu w Hiszpanii, kiedy Włochy pokonały Polskę 2:0.
Najwięcej miejsca włoska prasa poświęcała oczywiście Bońkowi. Ba, dziennikarze "La Gazetta Dello Sport" wcześniej odwiedzili Polskę, by napisać reportaż o Zibim. "Niejednokrotnie mówiłem, że nastąpił dość nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który sprawił, że musimy spotkać się z Widzewem już w półfinale. Dziś jestem piłkarzem Juventusu, kierują mną sportowe ambicje i chciałbym zdobyć ze swą drużyną Puchar Europy. Dlatego też dołożę wszelkich starań, by przyczynić się do zrealizowania tych marzeń" – cytował Bońka "Dziennik Łódzki". "Dziś w Turynie supermecz" - zapowiadała polska prasa. Włosi podkreślali rekordowe zainteresowanie kibiców. Do kasy Juventusu ze sprzedanych biletów wpłynęło 1 mld 100 tys. lirów (wtedy około 800 tys. dolarów). To był nowy rekord Włoch pod względów wpływów z wejściówek. "Jeżeli w pierwszych 15 minutach nie popełnimy błędów, wówczas osiągniemy bardzo korzystny rezultat. Jestem pewny, że sprawimy naszym sympatykom prezent" - twierdził Mirosław Tłokiński. Jak się okazało, rację miał Paolo Rossi. Tłokiński też nie minął się z prawdą, bo widzewiacy nie utrzymali bezbramkowego rezultatu przez kwadrans. Gola stracili już w ósmej minucie. Na oczach 70 tys. widzów Widzew przegrał 0:2, choć wcale tak nie musiało się skończyć. "Widzew nie do końca wykorzystał swoje szanse. Nie było widać zbyt wyraźnej przewagi mistrza Włoch, a nawet powiedziałbym więcej, że przez wiele fragmentów właśnie piłkarze Widzewa zamykali zespół gwiazd na ich połowie" - pisał korespondent DŁ. " ,,Gospodarze zaimponowali mi konsekwencją i mieli więcej sił. W pierwszej połowie byliśmy równorzędnym partnerem. Drugą część moi chłopcy rozpoczęli fatalnie, popełnili wiele błędów i straciliśmy drugiego gola. Wyróżniam Młynarczyka i Smolarka" - mówił trener Żmuda.
Składy obu drużyn:
Widzew: Młynarczyk, Świątek, Grębosz, Wójcicki, Kamiński, Wraga (81. Myśliński), Romke, Rozborski, Surlit, Tłokiński, Smolarek.
Juventus: Zoff, Gentile, Scirea, Brio, Cabrini, Boniek, Bonini, Platini, Tardelli, Bettega, Rossi (78. Marocchino).
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
17
Strach ma wielkie oczy:
6 kwietnia 2011 r. FC Barcelona rozgromiła Szachtar Donieck 5:1 na Camp Nou w ramach ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Blaugrana oczywiście była zdecydowanym faworytem zmagań z Szachtarem ale w Katalonii pamiętano w jakich mękach Barça pokonywała tego rywala w 2009 r. w meczu o Superpuchar Europy. Jedyny gol padł wówczas dopiero w dogrywce w 115 minucie. Ponadto tajniki warsztatu Guardioli doskonale znał Czyhrynski, kupiony w 2009 r. przez kataloński klub z Szachtara za 25 milionów euro i sprzedany rok później za 15. Na domiar złego pogłębiły się kłopoty Barçy ze stoperami, gdyż u Abidala wykryto guza wątroby i Francuz na dłuższy czas wypadł ze składu. Mimo tych perturbacji Blaugrana wygrała pierwszy mecz 5:1 ale wszystko mogło potoczyć się inaczej gdyby przy prowadzeniu gospodarzy 1:0 Brazylijczycy z Szachtara byli skuteczniejsi. Rewanż w Doniecku okazał się meczem bez historii, który Katalończycy wygrali 1:0.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
14
Arcydzieło Messiego:
6 kwietnia 2010 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Arsenal 4:1 w rewanżowym spotkaniu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wszystkie 4 gole strzelił genialny Messi. Ten mecz jest uważany za jeden z najlepszych indywidualnych występów Argentyńczyka w całej karierze. Mecz zaczął się dość niespodziewanie. Już w 18 minucie Kanonierzy wyprowadzili szybką akcje, po której Wallcot wyłożył piłke Bendtnerowi a duński napastnik otworzył wynik. Raptem 3 minuty później Messi doprowadził jednak do wyrównania a jeszcze przed przerwą skompletował hattricka. Pod koniec spotkania dokończył dzieła i ustalił wynik meczu. Hiszpanie określają taki wyczyn mianem ,,Pokera”, co odnosi się do układu znanego w Polsce jako ,,kareta”.
To trzeba przypomnieć:
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
11
Cześć i chwała legendom Blaugrany:
6 kwietnia 1966 r. zmarł nagle Julio Cesar Benitez. 27-letni Urugwajski piłkarz FC Barcelony zmarł w wyniku zakażenia przewodu pokarmowego po zjedzeniu zepsutych owoców morza. Tragiczne wydarzenie nastąpiło na 3 dni przed arcyważnym pojedynkiem z Realem Madryt w Primera Division. 150 tysięcy ludzi uczestniczyło w ostatniej drodze Beniteza, który na Camp Nou występował od 1961 r. Grał przeważnie w obronie stając się z czasem ulubieńcem publiczności. Jego poświęcenie najlepiej oddają słowa wypowiedziane tuż przed śmiercią: ,, Do boju chłopaki! Pokonamy Real 2:0!”. Mecz z Królewskimi został przełożony o 2 dni, lecz koledzy Urugwajczyka nie byli w stanie się pozbierać i zremisowali 1:1. Pod koniec tamtego sezonu Katalończycy wygrali jednak z Realem finał krajowego pucharu i zadedykowali trofeum zmarłemu koledze.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
7
@FCBparasiempre
5 kwietnia 1922 r. urodził się Tom Finney, angielski napastnik. Legenda angielskiej reprezentacji Anglii Billy Wright powiedział kiedyś o nim, że nikt nie jest bardziej godzien noszenia białego trykotu reprezentacji. Bill Shankly zestawił go w jednym szeregu z Alfredo Di Stéfano, Pelé, Stanleyem Matthewsem i Diego Maradoną. O kim mowa? Przedstawiamy ikonę Preston North End Toma Finneya. Finney jak wielu piłkarzy urodzonych tuż po zakończeniu I wojny światowej, zanim zaczął pracować na własną chwałę, musiał pomóc w obronie chwały ojczyzny. W 1942 roku powołany został do Królewskiego Korpusu Pancernego, gdzie walczył w Egipcie z ramienia Montgomery’s Eighth Army. Tam zdarzało mu się grywać w lokalnych turniejach drużyn wojennych. Zawodnikiem jednego z miejscowych zespołów był znany na całym świecie z tytułowej roli w filmie ,,Doktor Żywago” aktor Omar Sharif. W 1946 kariera Finneya ruszyła z kopyta. Zadebiutował on w First Division a także w reprezentacji Anglii. Do 1958 roku rozegrał dla niej aż 76 spotkań i strzelił 30 goli. W tamtych czasach nawet najlepsi angielscy piłkarze nie mogli godnie żyć z pensji w klubie, więc chwytali się innych zajęć. Tom został hydraulikiem i zarabiał czternaście funtów tygodniowo. Z powodu wykonywania tej profesji, kibice w całej Anglii nazywali go ,,Preston Plumber”. Cały zespół Preston North End nazywano natomiast ,,drużyną hydraulika i dziesięciu kropel”, dając do zrozumienia, że koledzy Finneya byli tak naprawdę nic nie znaczącymi dodatkami do niego. Ten znakomity lewoskrzydłowy rzeczywiście nie osiągnął ze swoim klubem zbyt wiele. Dwa razy zajmował drugie miejsce w lidze angielskiej (1953 i 1958) a raz dotarł do finału Pucharu Anglii (1954). Finneyem interesowały się inne kluby, szczególnie włoskie. Do Preston przyjeżdżali przedstawiciele Palermo i Torino. Ci drudzy oferowali Anglikowi dziesięć tysięcy funtów za podpisanie kontraktu, sto funtów tygodniowej pensji, Maserati oraz willę nad jeziorem Como. Finney odmówił, tłumacząc, że na zawsze pozostanie wierny miastu Preston i jego klubowi. W szczytowym okresie kariery, Finney zarabiał dwadzieścia funtów tygodniowo. Nigdy jednak nie zależało mu na pieniądzach. Wiele lat po skończeniu z futbolem, Tom krytykował przepłacanie piłkarzy. Uważał też, że nieliczni zasługują na miliony i takim graczom jak choćby Ryan Giggs pieniędzy nie zazdrości.
Finney był znany jako boiskowy dżentelmen. Na murawie jako jeden z nielicznych zawodników nie przeklinał. Przykładem świecił również jako człowiek. Ze swoją żoną Elsie Noblett wziął ślub zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Przeżył z nią niemal sześćdziesiąt lat. Mieli dwójkę dzieci: Barbarę i Briana. Krytykował piłkarzy, którzy między treningami włóczyli się po nocnych klubach, mieli problemy z używkami i rozbijali drogie samochody. Zdaniem Finneya takie zachowanie przynosiło wstyd nie tylko samym graczom, ale również ich klubom z bogatą historią. On sam wstydu Preston North End nigdy nie przyniósł. Mało tego, stał się najlepszym zawodnikiem w historii tego klubu. Czternaście lat gry, 433 mecze i 187 goli. Klasa. Wspomniany Bill Shankly powiedział kiedyś o gwiazdach lat siedemdziesiątych, że są tak dobre jak Finney, z tym że on ma już prawie sześćdziesiątkę… Toma Finneya szanowali nie tylko kibice i koledzy z boiska, ale i przeciwnicy. W 1951 roku Anglia pokonała Portugalię 5-3 w meczu towarzyskim rozgrywanym na Goodison Park. Obie reprezentacje spotkały się raz jeszcze na bankiecie po meczu. W pewnym momencie wszyscy portugalscy zawodnicy unieśli w górę kieliszki, wstali z miejsc i wznieśli zdrowie ,,mistrza, Pana Finneya”. Szacunek okazany przez rywala to chyba najpiękniejsza chwila w karierze.
4
Hydraulik z Preston:
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
15
W drodze ku chwale:
5 kwietnia 2006 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Benfike Lizbona 2:0 w rewanżowym meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W rewanżu dominowała Blaugrana. Wprawdzie w 5 minucie Ronaldinho nie wykorzystał rzutu karnego ale później szybko dał swojej ekipie prowadzenie, którego gospodarze nie wypuścili już do końca. Na 2:0 podwyższył niezawodny Samuel Eto’o i awans do półfinału stał się faktem.
Spójrzmy na chwile:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
10
Duma Katalonii w Pucharze Króla:
5 kwietnia 1925 r. FC Barcelona na Camp de Les Corts, rozgromiła Stadium Zaragoza(późniejszy Real Saragossa) aż 8:0(!) w ostatnim meczu grupowej fazy Copa del Rey i awansowała do półfinału. Jeśli się nie mylę było to najwyższe zwycięstwo z tą drużyną w Pucharze Króla. Gole strzelali: Arnau(4), Vincenc Piera(2) oraz Samitier(2). Natomiast w półfinale Blaugrana bardzo męczyła się z Atletico Madryt i potrzebny był trzeci dodatkowy mecz z ,,Rojiblancos" ale o tym postaram się wspomnieć w rocznice tego meczu dodatkowego a mianowicie 3 maja.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz