FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@El Plutoninho Owszem ale i dla Napoli również inna motywacja i inny mecz...
0
@Luciano99 To się dopiero okaże jak przeciętne jest Napoli na poziomie Ligi Mistrzów. Obys się nie rozczarował po meczu...
0
@FcPortoFan1999 Nie obrażając ciebie, to ktoś, kto zakłada tutaj konto nie będąc przynajmniej zwykłym kibicem FC Barcelony jest dla mnie czystym absurdem...
1
Mecz z Majorką wygrany, jednak moim zdaniem ten test przed starciem z Napoli został oblany. Majorka nie miała wystarczających argumentów aby z nami wygrać, czy choćby zremisować a i tak kilka razy bardzo mocno zagroziła bramce Ter Stegena. Napoli to jednak półka wyżej od Majorki a przynajmniej pół półki, więc zwycięstwo z włoską ekipą będzie graniczyło z cudem...
9
Czy wiemy że…
9 marca 1996 r. padł gol ligowy numer 4000 dla FC Barcelony. Zdobył go Guillermo Amor w przegranym 4:1 wyjazdowym meczu z Valencia CF. Ten pomocnik był jednym z pierwszych piłkarzy ukształtowanych w La Masíi, do której trafił w wieku 12 lat. W ciągu dekady spędzonej na Camp Nou zdobywał gole, które zapisały się w pamięci wielu culés.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
0
Nie czytałem artykułu ale z samym tytułem a konkretnie z wypowiedzią Xaviego chyba wszyscy możemy się zgodzić w stu procentach!
0
@FcPortoFan1999 Prastare dzieje powiadasz? Sukcesy Orłów Kazimierza Górskiego też na dobrą sprawe można już traktować jak prastare dzieje, więc nie wypada i nie można o nich wspominać? Zacznijmy od tego że każdy klub a w tym przypadku FC Barcelone stworzyli ludzie, wszystkie sukcesy stworzyli ludzie, prezydenci, piłkarze, trenerzy itp. Krótko mówiąc Barce stworzyła historia. Gdyby nie historia nie było by FC Barcelony a co za tym idzie nie było by nas tutaj na tej stronie. Jeśli ty nie akceptujesz historii własnego klubu to zwyczajnie nie masz szacunku do klubu i jesteś zwykłym ignorantem! Wniosek nasuwa się taki że ty nie jesteś prawdziwym cule, ba! jesteś co najwyżej zwykłym kibicem FC Barcelony, zresztą po samej nazwie użytkownika można wywnioskować że nie jesteś stuprocentowym cule, więc nie wyjeżdżaj mi z takimi dziecinnymi argumentami o prastarych dziejach...
0
Czy ta wyjątkowa data(piątek) meczu z Majorką jest spowodowana wtorkowym meczem z Napoli(?), czy też tak ustaliła wcześniej La Liga?
8
@FCBparasiempre
Teófilo Cubillas to najlepszy zawodnik w dziejach peruwiańskiego futbolu. Podbił serca kibiców reprezentacji a z ukochanym klubem nigdy nie potrafił się rozstać, bo wracał tam trzy razy. Za każdym razem w innych okolicznościach. Bohater artykułu przyszedł na świat 8 marca 1949 roku w Limie. Od samego początku kariery do jej końca przylgnął do niego pseudonim Nene (Dzieciak) .Wszystko to ze względu na chłopięcy, infantylny wygląd – jedną z wizytówek Cubillasa. Bohater artykułu wychowywał się w Ponte Piedra, jednej z dzielnic na północy Limy. Karierę rozpoczął w niewielkim Huracan Boys i to tam pobierał pierwsze nauki w piłkarskim cechu rzemieślniczym. Jednak to nie Huracan stał się domem Cubillasa. Pewnego dnia drużyna Dzieciaka zmierzyła się w meczu towarzyskim z Alianza Lima – naówczas trzynastokrotnym mistrzem Peru. W sparingu spisał się wystarczająco dobrze, by szefostwo klubu z Limy uznało, że warto zaproponować mu choćby grę w kategoriach juniorskich. Z klubem o biało-granatowych barwach związał się praktycznie do końca swojej kariery. Dziwny to romans – z klubu czterokrotnie odchodził i trzykrotnie wracał. Legendą został jednak do końca. Jak się okazało, wyłowienie perełki, jaką był Cubillas, nie było jedynie pozyskaniem go dla samego pozyskania. To jedna z tych historii, w których okazuje się, że nadprzyrodzone siły zsyłają piłkarski talent na chudego, drobnego i niepozornego sukcesora. W lidze peruwiańskiej zadebiutował jako siedemnastolatek i – uwaga – w wieku tym został królem strzelców rozgrywek z dziewiętnastoma bramkami na koncie. Dodajmy tylko, że Cubillas grał na pozycji mediapunty, a więc łącznika pomocy i ataku (królem strzelców został także w 1970 roku). Na przestrzeni ligowych rozgrywek szybko poznano się na fenomenie ciemnoskórego młodzieńca – dysponował on kapitalną wizją gry, coraz lepiej uderzał z dystansu i częstował znakomitymi zagraniami ze stałych fragmentów – a przy tym piekielnie skutecznym wykończeniem akcji. German Leguia, kolega Cubillasa z reprezentacji, wspomina grę Cubillasa tak: „Myślał tak szybko, że gdy zastanawiałeś się, co on zamierza zrobić, on już dawno to robił”. Piłkarze, którzy dotychczas byli jego idolami, stali się jego równorzędnymi partnerami lub rywalami. Doskonała gra młokosa dała powody sztabowi reprezentacji, by powołać go do reprezentacji na mecze eliminacji do mistrzostw świata. W eliminacjach Peru znalazło się w grupie z Boliwią i Argentyną. Awansować mogła tylko jedna drużyna. Peruwiańczycy z Cubillasem w składzie pokonali na stadionie w Limie faworyzowaną Argentynę 1:0. Postawieni w trudnej sytuacji Albicelestes musieli wygrać, by myśleć o wyjeździe o Meksyku. Tak się jednak nie stało – na słynnej La Bombonerze reprezentacja w biało-czerwonych trykotach dzięki remisowi 2:2 wywiozła z niebezpiecznego terenu punkt i mogła zastanawiać się nad zakwaterowaniem w którymś z meksykańskich hoteli. Na światowym turnieju talent Cubillasa eksplodował. Za umiejętnościami Nene musiał stać ktoś więcej niż małe futbolowe bożki. To musiała być robota potężnego piłkarskiego boga.
W momencie debiutu Cubillasa w reprezentacji Peru selekcjonerem ekipy był Valdir Pereira. Słynny Didi. Jedna z twarzy brazylijskich sukcesów na przełomie lat 50. i 60., cichy strażnik sukcesu Garrinchy i Pelego na mundialach w Szwecji i Chile. Jak przyznawał Cubillas, to Valdir pomógł mu w ukształtowaniu swojego piłkarskiego „ja” – dzięki Didiemu dopracował grę lewą nogą, strzały z dystansu i rzuty wolne. Bardzo prawdopodobne jest, że pełna, choć krótka, symbioza szkoleniowca i jednej z największych gwiazd ekipy złożyła się na późniejsze sukcesy Peru. W pierwszym meczu (dla Peru był to w ogóle pierwszy występ w historii mistrzostw świata) Nene i spółka zmierzyli się z Bułgarią. Pomimo dwubramkowej przewagi Europejczyków do 50. minuty Los Incas zdołali ustrzelić gola kontaktowego (Gallardo), chwilę później wyrównać (Chumpitaz), a za kwadrans wyjść na prowadzenie. Jak łatwo się domyślić, za sprawą Cubillasa i jego fantastycznego rajdu, zakończonego siłowym strzałem w prawy dolny róg bramki Simeonowa. Drugi mecz – przeciwko drużynie Maroka – to kolejny popis umiejętności peruwiańskiego Dzieciaka… I kolejne dwie bramki, w głównej mierze składające się na pewne 3:0. Ostatni mecz, z RFN z fenomenalnym Gerdem Müllerem na czele, kończy się porażką 1:3 po hat tricku niemieckiego snajpera. I tutaj, choć w cieniu wielkiego Bombera, Cubillas zdołał zdobyć bramkę. Meksyk i cały świat mogły już w trakcie turnieju nieśmiało prorokować, komu należy się tytuł największego jego odkrycia. W tym wszystkim warto dodać, że na kilka dni przed meczem z Bułgarią w peruwiańskim Ancash doszło do jednego z największych w historii świata trzęsień ziemi. W wyniku połączonej z osunięciami ziemi, lawinami śnieżnymi i błotnymi katastrofy zginęło od 60 do 70 tysięcy osób – nie wspominając o dziesiątkach czy setkach tysięcy bez dachu nad głową. Nene po latach, w wywiadzie dla FIFA TV, wspomina, że dobra postawa na światowym czempionacie miała przynieść choć odrobinę ukojenia pogrążonym w żałobie Peruwiańczykom. W ćwierćfinale pojawia się poważna przeszkoda na drodze do sukcesu – Brazylia. Z Pele, Carlosem Alberto, Rivelino czy Tostao w składzie. Nikt się specjalnie nie łudził, że Peru stać na pokonanie jednego z faworytów. Już Niemcy obnażyli słabości Inków. Canarinhos zastosowali dość łagodny wymiar kary. Zwycięstwo 4:2 wystarczyło, by spokojnie przejść do kolejnej rundy i konsekwentnie maszerować po trzecie w historii mistrzostwo świata. Reprezentacja Peru wraca do domu. Ranny, obolały naród i tak jest dumny z Sotila, Perico, Challe i Gallardo. Największą radość przynosi jednak Nene – niepozorny, drobniutki dwudziestojednolatek z tytułem najlepszego południowoamerykańskiego piłkarza turnieju, najlepszego młodego piłkarza. Do tego z brązowym butem. Murowany transfer? Niekoniecznie. Po mistrzostwach młody atakujący wrócił do Alianzy. Transfer przyszedł dopiero w 1974 roku. Real Madryt? Barcelona? Benfica? Bayern? Żaden z nich. Złożona z największych gwiazd Ameryki Południowej ekipa przyjechała na mecz pokazowy do Bazylei, by zmierzyć się z europejską jedenastką marzeń. Oczywiście fantastycznym występem podbija serce przedsiębiorcy, Rudiego Reisdorfa, który postanowił ściągnąć go do FC Basel. Wiąże się z tym zabawna historia.
Biznesmen spytał Cubillasa, jaka jest jego wartość na rynku i ile trzeba za niego zapłacić. Cubillas, niewiele się zastanawiając, postanowił wymyślić sumę, według niego, nie do zapłacenia. ,,100 tysięcy dolarów” – miał odpowiedzieć Reisdorfowi. Dla szwajcarskiego bogacza suma ta okazała się fraszką. Nene nigdzie nie chciał odchodzić, ale podbita o kolejne dwieście tysięcy kwota ostatecznie przekonała działaczy Alianzy. W Szwajcarii nie czuł się zbyt komfortowo. Poczucie samotności, nadopiekuńczość ze strony Reisdorfa, konieczność dbania o dietę i pilnowania planu treningowego sprawiły, że Cubillas schudł w Bazylei osiem kilo! Do tego nieprzyjazny, mroźny klimat bardziej odstraszał od gry niż do niej zachęcał. Nieszczęśliwy piłkarz miał odejść do FC Barcelony, prawdopodobnie to jedna z większych strat dla hiszpańskiej piłki w latach siedemdziesiątych, że do transferu nie doszło. Transakcję miał ponoć utrudniać sam Reisdorf, mimo, że FC Barcelona gotowa była zapłacić blisko milion dolarów! Ostatecznie peruwiański crack wylądował w FC Porto. Nie był to oczywiście szczyt marzeń, ale przynajmniej udało się wyrwać z mroźnej Szwajcarii. Przyszłe sezony przyniosły odrobinę stabilności. Po wywalczeniu miejsca w składzie Porto pozostał tam przez trzy kampanie – raz udało się nawet zdobyć mistrzostwo Portugalii. To nadal wciąż nie było to… W międzyczasie europejskiej tułaczki świat piłki reprezentacyjnej po raz kolejny przypomniał sobie o bohaterze tekstu. Wszystko za sprawą Copa América w 1975 roku. Cubillasa okrzyknięto najlepszym zawodnikiem turnieju (choć w przypadku ówczesnej rywalizacji chyba łatwiej mówić o lidze, bo Copa América trwało od lipca do października i spotkania rozgrywano w każdym z krajów). I wcale nie było tak, że doskonały turniej dał szansę na prestiżowy transfer. Przeciwnie, Nene pozostał w Porto jeszcze przez dwa sezony… A potem wrócił do Limy. Tylko na dwa sezony. Potem przygoda na Florydzie. A tam, oprócz słońca, idylli i aligatorów, lukratywny kontrakt z Fort Lauderdale Strikers. Klubem skupiającym później całą piłkarską śmietankę towarzyską – Gerda Müllera, Gordona Banksa czy George’a Besta. Nie ukrywajmy – piłkarzy, którzy przychodzili tu świadomi, że mają najlepsze lata za sobą. W przyjaznym, subtropikalnym klimacie Cubillas doskonale się odnalazł. Został tu na dłużej – na cztery długie sezony… By znowu wrócić tam, gdzie zawsze czekano na niego z szeroko otwartymi ramionami. Rok 1978 to mistrzostwa w Argentynie. Następny wielki czempionat w wykonaniu atakującego reprezentacji Peru – niestety, tylko do drugiej rundy, w której Peru zebrało tęgie lanie od Argentyńczyków, Brazylijczyków i Polaków i nie zdobyło nawet bramki. Hat-trick w meczu z Iranem i dwa trafienia przeciwko Szkocji, w tym jedno zasługujące na miano jednej z najpiękniejszych bramek z rzutu wolnego w historii mistrzostw świata (strzelał zewnętrzną częścią stopy, czym zmylił chyba wszystkich obecnych na stadionie) zapisały się w annałach peruwiańskiej piłki. Jose Luis Chilavert opowiadał po latach: „Kiedy zobaczyłem, jak Cubillas bije rzuty wolne, powiedziałem sobie: ja też tak chcę!”
Na pierwszy rzut oka Alianza była jak wierna mu kobieta, którą Cubillas nieustannie zdradzał, wracał z podkulonym ogonem, a potem znów ją oszukiwał i od niej odchodził. I można śmiało się z takim założeniem zgodzić, gdyby nie to, że do stolicy kraju i umiłowanej drużyny wracał jako sensacja turnieju, syn marnotrawny czy wreszcie: jako kamień węgielny pod odbudowę zniszczonej drużyny. A konieczność takiej budowy nastąpiła pod koniec 1987 roku. Alianza Lima, już bez Teo, szykowała się do powrotu do domu po jednym z wyjazdowych meczów. Na pokładzie znajdowało się szesnastu piłkarzy, trzech sędziów, pięciu trenerów, cztery osoby z zarządu klubu, ośmioro członków załogi i osiem cheerleaderek. Tuż przed lądowaniem zdano sobie sprawę z awarii podwozia. Zaczęły się problemy z lądowaniem. Samolot wpadł do wody. Przeżyła tylko jedna osoba – pilot. Katastrofa wstrząsnęła całym światem piłkarskim. Ekipa, bliska zdobycia mistrzostwa, rozpadła się w tragicznych okolicznościach. W odtworzeniu zespołu pomogły między innymi chilijskie Colo Colo, zaprzyjaźnione z klubem z Limy. Do drużyny zgłosił się także Nene. Wówczas zbliżający się do czterdziestki, podstarzały, ale nadal czujący moralny obowiązek ratowania klubu kształtującego go piłkarsko… Bardziej niż realny ratunek był to prostu ludzki gest ze strony piłkarza. W polskim języku istnieje przysłowie „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Jest, niestety, błędnie rozumiane i wyrwane z kontekstu – każe nam unikać powtarzania czegoś, czym paraliśmy się już wcześniej. Tak dla zasady. Sprawa ma się nieco inaczej, gdy zacytujemy pełną jego wersję: „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, bo już inne napłynęły w nią wody”. Wynika, że do rzeczonej można wchodzić do woli – nawet i tysiąc razy. Po prostu zawsze będzie się to działo w innych okolicznościach. Tak, jak za każdym razem do Alianzy wracał inny Nene.
8
Wspaniałe acz zapomniane legendy futbolu:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Kazragore Oj czekało się i rozprawiało o tym. A czy piłka była wtedy inna? No może troszeczke...
0
@AssisMoreira No właśnie, powinniśmy! Paradoksalnie to co zabrał ten łysy diabeł, to oddał w 2009 Tom Henning Ovrebo...
12
Collina skrzywdził całe barcelonizmo:
8 marca 2005 r. FC Barcelona przegrała na Stamford Bridge z Chelsea FC 4:2 w rewanżowym spotkaniu ⅛ Ligi Mistrzów. Barça broniła wówczas jednobramkowej zaliczki z pierwszego meczu, lecz rewanż zaczął się fatalnie. Do 17 minuty gospodarze strzelili aż 3 gole i totalnie rozbili drużynę Rijkaarda. Bodaj przy pierwszym golu dla Chelsea, banalny błąd popełnił Xavi, tracąc piłke w środku pola. W 26 minucie ręką w polu karnym zagrał gracz ,,The Blues” i karnego wykorzystał Ronaldinho. W 38 minucie ponownie ,,Ronnie” strzelił gola i to jakiego!? To była magia… Wynik 3:2 dawał oczywiście Blaugranie awans do ćwierćfinału, jednak pomimo kilku dogodnych szans Barçy, to Chelsea w 76 minucie ze stałego fragmentu gry strzeliła gola i awansowała dalej. Jednak ten gol na 4:2 nie powinien być uznany ponieważ Victor Valdes był przytrzymywany przez Ricardo Carvalho, lecz Pierluigi Collina uznał gola, czym rozsierdził nie tylko mnie ale i wszystkich cules! Pamiętam jak nagrywałem ten mecz(pierwszy na Camp Nou również) na płyte wielonagrywalną, mając nadzieje na wspaniałą pamiątke zwłaszcza po golu Ronniego. Ależ ja byłem wkurwiony jeszcze na drugi dzień. Pamiętam jak dziś że z rana nie miałem ochoty na żadne śniadanie, zupełnie na nic. Ba! Mało nie rozjebałem szafek w kuchni waląc w nie pięścią! Nie dziwcie się, to był mój pierwszy sezon miłości do Barçuni…
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
0
@FcPortoFan1999 Różnica polega na tym że ja przypominam przede wszystkim bardzo ważne wydarzenia dotyczące ,,naszego" kochanego klubu. Poza tym również bardzo ważne wydarzenia z historii futbolu oraz biografie wybitnych piłkarzy.
1
W dniu Święta Kobiet dużo zdrówka i miłości,
moc uśmiechu i słodkości, mało smutku oraz łez pełni szczęścia jeśli chcesz.
Wszystkim przedstawicielkom płci pięknej składam najserdeczniejsze życzenia zdrowia, pomyślności i samych pięknych dni w życiu.
Życzę by uśmiech rozpromieniał Wasze twarze i byście zawsze czuły się doceniane.
11
Argentina Campeon!
7 marca 1959 r. Argentyna rozgromiła Chile 6:1(4:1) na Estadio Monumental w Buenos Aires. Ten mecz zainaugurował 26 edycje Copa America. Miejscem zmagań o Puchar Ameryki po raz siódmy było Buenos Aires, historyczna kolebka tej imprezy. Monumentalny stadion otworzył podwoje dla 85 tys. widzów, po cichu marzących o wielkim rewanżu za doznanie rok wcześniej upokorzenia. Gospodarze chcąc zmazać palące wspomnienie szwedzkiej ,,Verguenza” czyli hańby i wstydu, kompletnie zmienili zespół. Załamany druzgocącą, nie zawsze sprawiedliwą krytyką odszedł legendarny Guillermo Stabile, pod wodzą którego Albicelestes 6-krotnie(!) zdobywali Copa America. Stworzono szkoleniowy tercet: Victorio Spinetto, Jose della Torre i Jose Barreiro, wspomagany przez grono wytrawnych specjalistów. Ostatecznie szefem trenerskiego triumwiratu został Spinetto, świetny środkowy pomocnik Velez Sarsfield i Independiente, którego nieszczęściem był nadmiar znakomitości na tej pozycji, toteż mimo niewątpliwej klasy w reprezentacji grywał nie często. Obdarzony wybuchowym temperamentem bywał nawet wyrzucany z boiska, lecz miał też niezwykły autorytet i moralną charyzmę, czyniąc zeń postać, jakich niewiele zna historia argentyńskiego futbolu. Po raz pierwszy w dziejach zorganizował on długie zgrupowanie w górach nie opodal Mendozy. Klimatyczne warunki sprzyjały ładowaniu akumulatorów, czym zajmował się wybitny fachman w tym zakresie, nasz rodak z pochodzenia, Adolfo Mogilewski, który pomagał jeszcze Stabilemu w 1955 roku. Zmusił on argentyńskich indywidualistów do ciężkiej pracy a co ważniejsze, metodycznej pracy, niezwykle przy tym urozmaiconej. Oprócz zajęć typowo futbolowych, piłkarze grali w kosza, siatkówkę oraz dużo pływali. Mogilewski starannie dbał o diete i higieniczny tryb życia. Ze starego składu pozostali tylko genialny drybler Corbatta, rutynowany obrońca Lombardo i równie doświadczony pomocnik Mouriño. Szkielet drużyny tworzyli zawodnicy mistrza kraju Racingu: bramkarz Negri, obrońca Murua oraz napastnicy Corbatta, Pizzuti, Manfredini, Sosa, i Belen. Cennym uzupełnieniem był masywny i twardy niegdyś Dellacha, stoper Bernardo Griffa, pracowity pomocnik polskiego pochodzenia Ladislao Cup oraz drobny, zwinny łącznik Calla z Boca Juniors. Na zmiany wchodzili też nieokiełznany drybler Guenzatti i mający zadatki na groźnego strzelca Juan Jose Rodriguez z Boca Juniors. Ton grze nadawali ,,akademicy” z Racingu. Z kolei szybki obrońca Boca Juniors, Juan Carlos Murua zasłynął dżentelmeńskim gestem, kiedy dostrzegłszy kątem oka wijącego się z bólu Paragwajczyka, wybił piłke na aut. Wzbudziło to aplauz trybun, nie wiedzących przecież, iż identycznym gestem w Brazylii popisał się nieco wcześniej legendarny Garrincha. Gwoli ścisłości Argentyna wygrała z Paragwajem 3:1. Nie było w ekipie Albicelestes(oprócz Corbatty) gwiazd godnych stanąć w jednym rzędzie obok minionych sław tej miary co Moreno, Pedernera czy Sivori. Jednak był to właśnie zespół w pełnym słowa znaczeniu zwarty, silny psychicznie, zmobilizowany, doskonale wybiegany i przygotowany fizycznie do trudów długiego turnieju. Tymi walorami Argentyńczycy górowali nad rywalami, z opromienioną mistrzowskim złotem Brazylią włącznie. Atmosfera w drużynie była wspaniała. Krótko przed meczem z Urugwajem cała ekipa zebrana w szatni dodawała sobie ducha chóralnym śpiewem przy akompaniamencie akordeonu.
Z kolei Canarinhos przywieźli do Buenos Aires niemal w komplecie ,,szwedzkich” bohaterów sprzed roku. Zabrakło tylko Vavy, którego jednak udanie zastąpił Valentim z Botafogo, strzelec hattricka w wygranym meczu z Urugwajem. Obie drużyny miały zadawnione porachunki, które postanowiły ,,uregulować” właśnie przy tej okazji. Rozpoczeło się od kilku względnie niewinnych incydentów, które rychło przekształciły się w regularną bijatykę. Stopniowo dołączali do niej rezerwowi, trenerzy i personel pomocniczy. Słynny łysy masażysta Brazylijski Americo, swój zawodowy kunszt wypróbował osobiście na Williamie Martinezie, powalonym przezeń na murawę i cudem uratowanym od uduszenia. Wreszcie do akcji musiały wkroczyć dodatkowe siły argentyńskiej policji. Dopiero po pół godzinie jako tako opanowano sytuację i mecz potoczył się dalej, jak gdyby nigdy nic, chociaż już tylko z udziałem 18 zawodników, bowiem pozostałych czterech sędzia usunął z boiska. Trzeba przyznać że(pomijając ten skandaliczny epizod) mistrzowie świata potwierdzili swą klase. Garrincha rywalizował z Corbattą o miano najlepszego dryblera kontynentu. Didi po profesorsku kierował grą, zaś sam Pele udowodnił wszem i wobec że istotnie jest futbolowym fenomenem. Strzelił jednego gola z Peru, dwa z Chile, jednego z Boliwią, popisał się hattrickiem w meczu z Paragwajem oraz jednego gola w decydującym meczu z Argentyną. Te 8 goli dało mu(w jedynym występie w Copa America) tytuł ,,goleadora”. Jednak nawet jego kapitalne popisy nie zapewniły Brazylii prymatu na kontynencie. Punkt stracony z Peru kosztował ją akurat tyle, by dać się minimalnie wyprzedzić gospodarzom, nad którymi w bezpośrednim pojedynku górowali techniką, lekkością i swobodą. W innych ekipach pojawiło się paru interesujących zawodników. Do elity powrócił Paragwaj. Talentem błysnął obrońca Juan Vicente Lazcano a także strzelec hattricka w meczu z Boliwią, malutki, krągły Cayetano Re, którego snajperskie predylekcje postanowili wykorzystać trenerzy FC Barcelony. W Chile dobrze zaprezentowali się przyszli bohaterowie MŚ 1962, przytomny stoper Raul Sanchez i ofensywny pomocnik o potężnym strzale z dystansu, Eladio Rojas. Ich walory wystarczyły do pokonania 1:0 Urugwaju, dziwnie apatycznego i ospałego. Być może Celestes byli już myślami przy turnieju ,,extraordinario”, który za kilka miesięcy miał się odbyć w Ekwadorze. Tak czy owak sprawili wielki zawód, chociaż we wspomnianym meczu z Brazylią objawili wybitne zdolności pięściarskie. Przeżycia te przypłacił utratą zdrowia i krańcowym załamaniem trener a przede wszystkim mistrz świata z 1930 Hector Castro. Nieźle wypadło za to Peru, którego linia napadu grała efektownie i z polotem. Oprócz znanych już asów jak Gomez Sanchez, Terry czy Seminario, powszechne uznanie wzbudzili dwaj kolejni piłkarze a mianowicie Miguel Angel Loayza oraz Juan Joya. Tak więc w 1959 roku Brazylia zachowała honor ale to Argentyna obroniła tytuł mistrzów Ameryki, remisując w ostatnim meczu z Canarinhos 1:1 po golach Pizzutiego i Pelego.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
9
Niedoceniane i zapomniane legendy futbolu:
7 marca 1895 r. urodził się Manoel Nunes zwany Neco. przygodę z piłką rozpoczął w 1911 roku w trzeciej drużynie klubu Corinthians Paulista. Do pierwszego zespołu przeszedł w 1913 roku. Rok później z 12 golami został królem strzelców pierwszej ligi stanu São Paulo. Jednocześnie razem z Corinthiansem pierwszy raz w swej karierze zdobył mistrzostwo stanu São Paulo. W 1915, gdy Corinthians nie brał udziału w oficjalnych rozgrywkach, gdyż z powodu politycznych zawirowań był bliski bankructwa, Neco w meczach oficjalnych grał w barwach klubu Mackenzie São Paulo, a w barwach Corinthiansu grał tylko w meczach nieoficjalnych. W 1916 po raz drugi sięgnął ze swym klubem po tytuł stanowego mistrza. Jako piłkarz klubu Corinthians Paulista wziął udział w turnieju Copa América 1917, gdzie Brazylia zajęła trzecie miejsce. Neco zagrał we wszystkich trzech meczach: z Argentyną, Urugwajem i Chile. Wciąż jako gracz Corinthians wziął udział w turnieju Copa América 1919, gdzie Brazylia triumfowała. Neco zagrał we wszystkich czterech meczach: z Chile (zdobył 2 gole), Argentyną, Urugwajem(również 2 gole) i w decydującym o mistrzowskim tytule barażu z Urugwajem. Neco był bohaterem pierwszego spotkania z zespołem ,,Urusów" kiedy to goście prowadzili już 2:0. Jego 2 gole dały remis, który pozwolił Brazylii poszukać szansy na mistrzostwo w barażu. Łącznie zdobył 4 gole i razem z Friedenreichem podzielił tytuł króla strzelców turnieju. Po raz ostatni w mistrzostwach kontynentu wziął udział podczas turnieju Copa América 1922, gdzie Brazylia po raz drugi zdobyła mistrzostwo Ameryki Południowej. Neco zagrał we wszystkich pięciu meczach zdobywając jednego gola w decydującym o mistrzowskim tytule boju z Paragwajem. Zdobycie 2 bramek wystarczyło, by Neco został wicekrólem strzelców. Neco zaliczany jest do najwybitniejszych piłkarzy klubu Corinthians, w którym w ciągu 17 lat rozegrał 315 meczów i zdobył 239 goli (w tym w lidze 296 meczów i 235 goli). W latach 1917-1922 rozegrał w reprezentacji Brazylii 15 meczów i zdobył 8 goli. Po zakończeniu kariery piłkarskiej w 1930 kontynuował pracę trenerską w klubie Corinthians, z którym w 1937 zdobył kolejne mistrzostwo stanowe. Znany był jako odważny i przebojowy drybler. Charakteryzował się przy tym bardzo wybuchowym charakterem, gdy był trenerem klubu Corinthians zawieszony został na 18 meczów za uderzenie sędziego. Jest jedynym piłkarzem brazylijskim, któremu wystawiono pomnik – jego statua znajduje się w mieście São Paulo w parku São Jorge.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
10
Polskie kluby w europejskich pucharach:
7 marca 1979 r. Wisła Kraków pokonała Malmö FF 2:1 w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Europy. W 1979 roku Wisła miała wspaniałą drużynę, złożoną głównie z wychowanków. Adam Nawałka, Andrzej Iwan, Zdzisław Kapka, Henryk Maculewicz, Kazimierz Kmiecik, Marek Wróbel czy Marek Motyka – te nazwiska co dwa tygodnie przyciągały na stadion Białej Gwiazdy kilkunastotysięczną widownię a gdy nadchodziły mecze w Europie – na stadionie pojawiało się ponad trzydzieści tysięcy osób. Drużyna Oresta Lenczyka w pierwszej rundzie pokonała Brugge KV, a w drugiej – dzięki większej liczbie bramek zdobytych na wyjeździe – odprawiła z kwikiem Zbrojovkę Brno. To nie były czasy, gdy polski klub musiał przedzierać się przez skomplikowany system kwalifikacji, by dotrzeć choćby do fazy grupowej. Po odprawieniu Belgów i Czechów Wisła znalazła się w gronie ośmiu najlepszych drużyn w Europie. W marcu 1979 roku drodze krakowian do półfinału stanęli mistrzowie Szwecji, Malmö FF. W pierwszym meczu w Krakowie wiślacy wygrali 2:1. W rewanżu długo utrzymywał się wynik bezbramkowy, a gdy w 58. minucie Kazimierz Kmiecik wyprowadził Białą Gwiazdę na prowadzenie, przed radioodbiornikami w Krakowie rozpoczęło się święto. Półfinał był na wyciągnięcie ręki. W końcówce jednak obrona wiślaków rozpadła się jak stary samochód. W ciągu 25 minut krakowianie stracili cztery gole i musieli się pożegnać z marzeniami o finale. ,,To nie Malmö wygrało. To Wisła przegrała” – skonstatował smutno Lenczyk.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
8
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
7 marca 1957 r. Urugwaj pokonał Ekwador 5:2(2:2) na Estadio Nacional w Limie. To był mecz otwarcia 25 edycji Copa America. Większość historyków futbolu starszej daty skłania się ku opinii iż prawdziwą chwałę rozgrywkom Copa America, porównywalną pod względem poziomu i atrakcji ze ,,złotą dekadą” lat 40-tych przywrócił dopiero turniej w Limie. Po pierwsze była to pierwsza w dziejach piłki latynoamerykańskiej impreza filmowana tak obszernie że zapis na taśmie pozwala istotnie wyrobić sobie niezłe wyobrażenie o tym, co się działo na murawie Estadio Nacional. Po drugie, nigdy jeszcze frekwencja nie dopisała w takim stopniu. Wystarczy powiedzieć iż żaden z meczów nie zgromadził mniej niż 40 tys. widzów a przeciętna wahała się w granicach 50 tysięcy! Po trzecie, po różnych doświadczeniach organizatorzy zapewnili kompletną obsade sędziowską z Europy. Tradycja zapraszania arbitrów europejskich miała w Ameryce swoje uzasadnienie. Miejscowi sędziowie niejednokrotnie nie potrafili sobie poradzić z niesfornymi piłkarzami, często też kwestionowano ich kompetencje i bezstronność. Po czwarte turniej w Limie stał się symboliczną sztafetą pokoleń. Po raz ostatni o Copa America walczyły żywe legendy, najwybitniejsi przedstawiciele pokoleń, właśnie schodzących z areny: Brazylijczyk Zizinho, Argentyńczyk Nestor Rossi, Kolumbijczyk Efrain Sanchez, Peruwiańczyk Valeriano Lopez czy też Chilijczyk Jorge Robledo. Ponieważ natura nie znosi próżni, na firmanencie wschodziły nowe gwiazdy o równie olśniewającym blasku: Sivori, Corbatta, Maschio, Angelillo, Garrincha, Pepe, Evaristo, Santamaria, Goncalvez, Sasia, Gamboa czy Benitez z Peru. Po piąte, mistrzostwa stały na dawno nie oglądanym poziomie.
Każdy mecz był wydarzeniem i stanowił niezapomniane widowisko. Aż cztery drużyny reprezentowały zbliżoną najwyższą klase, tocząc niezwykle wyrównane, dramatyczne boje. Obyło się bez skandali, dramaty sportowe nie okazały się tragediami jak w Chile w 1955. Dominował nastrój wielkiego święta, futbolowej fiesty, radosnej i otwartej. Wobec tak nastawionej publiczności sami piłkarze dokładali starań aby wypaść jak najefektowniej i nie zawieść oczekiwań. Toteż grali fair, pięknie, ofensywnie, demonstrując wysoki kunszt techniczny. Wreszcie po szóste, turniej wyłonił mistrza nad mistrzami. Argentyna wprawiła w zachwyt najwybredniejszych nawet koneserów. Od czasów Moreno, Mendeza, Pedernery i Loustau nikt nie grał z taką swobodą, lekkością i finezją a zarazem tak mądrze i skutecznie. Legendarny Stabile osiągnął ze swoją drużyną w Limie same szczyty futbolowej maestrii. To była ekipa jaka trafia się raz na kilka dziesięcioleci. Stabile pozostawił w składzie trzech, czterech wypróbowanych wcześniej zawodników. Dellacha i Vairo w obronie, na lewym skrzydle Cruz w ostatniej chwili zastąpił zeszłoroczną rewelacje, Antonio Garabala, no i wreszcie legendarnego Omara Sivoriego, który właśnie w Limie objawił pełna skalę swego już nie talentu ale wręcz piłkarskiego geniuszu. Już w samym turnieju oczarowali natomiast nowicjusze: genialny Nestor Rossi, Corbatta, Maschio, Angelillo i Maschio. Nestor Rossi w trakcie meczu z Brazylią toczył zacięte pojedynki z niezwykle zręcznym Didim, który raz udanie założył Rossiemu ,,siatke”. Kiedy po kilkunastu minutach Didi powtórzył ten numer, Nestor donośnie ryknął na osłupiałego Brazylijczyka: ,,Raz to jeszcze mogę zrozumieć ale żeby w jednym meczu Rossiemu zrobić dwa ,,tunele” to już naprawdę za dużo, to skandal!”. Podczas turnieju w Limie Argentyna szła jak burza, dosłownie zmiatając kolejnych przeciwników. Dopiero w ostatnim meczu z gospodarzami, kiedy już wszystko było przesądzone, pofolgowała sobie i grając na ćwierć gwizdka dała Peruwiańczykom satysfakcje honorowego zwycięstwa.
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
1
@Lionel_Messi10 A to akurat tego że Luiz Adriano strzelał te 5 goli z karnym to nie wiedziałem. Dzięki za informacje.
10
Rekord ,,La Pulgi”:
7 marca 2012 r. Lionel Messi ustanowił rekord Ligi Mistrzów. Podczas meczu rozgrywanego na Camp Nou z Bayerem Leverkusen(wygranym 7:1), Leo strzelił aż 5 goli! Pozostałe 2 gole strzelił Christian Tello. Jednak 2,5 roku później rekord ten wyrównał były zawodnik Szachtara Donieck Luiz Adriano, który 5 goli wbił przeciwko Bate Borysów. Wprawdzie nie oglądałem meczu na żywo ale nagrałem go później na płytke z powtórki bodaj na TVP Sport. To się nazywa pamiątka.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
8
W końcu przyszła ,,kryska na Matyska”:
7 marca 2006 r. FC Barcelona zremisowała 1:1 na Camp Nou w rewanżowym meczu 1/8 Ligi Mistrzów z Chelsea FC i awansowała do ćwierćfinału. W rewanżu podopieczni Rijkaarda nastawili się na długie utrzymywanie się przy piłce a publika na zapraszanie Mourinho do teatru. Goście z Anglii byli z każdą minutą coraz bardziej bezsilni i wściekli patrząc jak Ronaldinho w samej tylko pierwszej wykonuje 5 celnych zagrań piętą a w 79 minucie dostali gola też po magicznej akcji Brazylijczyka. Wyrównać zaś zdołali dopiero w 90 minucie za sprawą Terry’ego. Barça rozegrała ten mecz jak wybitny torreador walke z bykiem. Niestety Messi zerwał mięsień dwugłowy uda, choć była to dla niego dobroczynna kontuzja, gdyż w trakcie rehabilitacji zmienił fatalną mięsno-słodyczową diete i potem już nie powrócił na szczęście do złych nawyków.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
11
Feliz cumpleaños panie Ronaldzie!
Swoje 25 urodziny obchodzi dzisiaj Ronald Federico Araújo da Silva, dobrze nam znany urugwajski obrońca ,,naszej” FC Barcelony. Kariere rozpoczynał w rodzinnym Huracanie Rivera. Do Barçy B trafił latem 2018 r. z CA Boston River. W pierwszej drużynie Blaugrany zadebiutował towarzyskim meczem z Vissel Kobe 27 lipca 2019 r.
@AssisMoreira
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
1
@FCBparasiempre
W Argentinos zaczynałem prace o 7 rano, kończyłem po południu a co drugi tydzień jeździłem po argentyńskiej prowincji żeby obejrzeć tam jakichś 400-tu zawodników. Temu naprawdę trzeba być oddanym. W Primera chodzi po prostu o wybór drużyny, jedenastu piłkarzy. Kiedy któryś gra słabo, zastępujesz go innym. W drużynach młodzieżowych musisz natomiast zawodników rozumieć, wyczuwać ich nastrój, znać ich rodziny, czasami wejść w buty rodzica ale nie rezygnując przy tym z własnych poglądów i nigdy nie rozluźniając dyscypliny. Piłkarze jej potrzebują, nie ważne czy są dobrzy czy źli, jeśli będą się spóźniać na treningi, nie będą grać. Jeśli nie opracujesz jasnych reguł, nie stworzysz też atmosfery szacunku a we wrogiej atmosferze nikt sobie nie poradzi. Dobrzy trenerzy druzyn młodzieżowych wiedzą kiedy użyć marchewki a kiedy kija. Czsamoi potrzeba dwóch marchewek i jednego kija, nigdy jednak nie można się ograniczać tylko do kija albo tylko do marchewki a prawdziwi fachowcy wiedzą kiedy czego użyć”- opowiadał Tocalli. Żaden inny kraj nie odnosił tylu sukcesów w piłce młodzieżowej a od ostatniego triumfu na mistrzostwach świata minęło ponad 20 lat. ,,Nikt nie powie że w Argentynie brakowało zdolnych piłkarzy. Mieliśmy ich za każdym razem, w 2002, 2006, 2010 roku… ale wygranie mundialu nie jest łatwe. Kluczowe jest przygotowanie fizyczne, bo gdy zespół jest zmęczony może popaść w tarapaty. No i oczywiście trzeba mieć szczęście, gdyż na przykład w 2006 r. prowadziliśmy z Niemcami 1:0 i musieliśmy dokonać dwóch wymuszonych zmian, po czym rywale przejeli inicjatywę a kiedy wyrównali, Messi, Saviola i Aimar przyglądali się temu z ławki”- mówił Tocalli. Być może Argentyńczycy uznali że ich zasoby talentów są nieskończone. Być może zgubiło ich samozadowolenie. Tocalli rzecz jasna winą za kryzys w piłce młodzieżowej obciążał władze federacji. ,,Jestem fanem myślenia w długiej perspektywie – deklarował. – Widać że przynosi ono efekty w Hiszpanii, gdzie wszystko zaczęło się od zmian w piłce młodzieżowej… W reprezentacji Niemiec też panuje ciągłość. Najpierw był Klinsmann, potem jego asystent Löw a w Argentynie wszystko jest postawione na głowie, miotamy się od ściany do ściany bez żadnej stabilizacji”. Trudno było nie odnieść wrażenia iż Tocalli opisuje walkę z czasem. Copa America Centenario z 2016 roku wyglądało jak jeszcze więcej tego samego. Teoretycznie turniej miał być okazją do uczczenia setnej rocznicy rozegrania pierwszych meczów o ten puchar i choć była w tym jawna próba pozyskania dodatkowych funduszy przez coraz bardziej ubożejącą konfederacje, format rozgrywek był dużo bardziej sensowny niż w przypadku tradycyjnej Copa America. Ze strefy Concacaf zaproszono 6 ekip, w tym będące gospodarzem USA, co oznaczało że uczestników można podzielić na cztery grupy złożone z 4 drużyn. Argentyna bez żadnych problemów przeszła nie tylko przez pierwszą faze. Wygrała wszystkie 3 mecze a Messi podczas spotkania z Panamą zdobył hattricka. W ćwierćfinale z Wenezuelą i półfinale z USA strzelała po 4 gole. W finale czekało na nią Chile, które pokonała już 2:1 w grupie. Tym razem nie zdołała jednak złamać oporu rywali. O zwycięstwie miały zadecydować rzuty karne a Messi znalazł się w gronie tych którzy spudłowali. W szatni ponownie płakał, później zaś, dwa dni po swoich 29 urodzinach ogłosił że rezygnuje z dalszych występów w drużynie narodowej. ,,W tej chwili myślę że skończyłem z reprezentacją. Starałem się jak mogłem. To już mój czwarty finał ale żadnego nie wygraliśmy. Naprawde chwytałem się wszelkich możliwych sposobów. Rani mnie to jak nic na świecie ale to ewidentnie nie dla mnie”- mówił ze spuszczoną głową i unikając kontaktu wzrokowego z otaczającymi go dziennikarzami. Działaczom AFA zaś powiedział że poprzedni tydzień był katastrofą. Wyglądało na to jakby myślał że ciąży na nim klątwa. Jakim cudem drużyna, która wygrywała mistrzostwa świata do lat 20-tu w 2005 i 2007 roku a w 2008 sięgneła jeszcze po olimpijskie złoto nie była w stanie wygrać czegokolwiek na poziomie seniorskim? Z pewnością czuł się też rozczarowany funkcjonowaniem federacji i nieustanną krytyką ze strony fanów, choć przecież nie z jego winy AFA była tak sklerotyczna a Higuain marnował wyśmienite okazje w ważnych meczach. I to właśnie wtedy, w jednej chwili podejście argentyńskich fanów do Leo Messiego się zmieniło.
Nie był to już seryjny zwycięzca z Barcelony, który z jakichś powodów obniżał loty zakładając reprezentacyjną koszulke. Zobaczono w nim człowieka, nie maszyne do wygrywania. Nikt nie mógł mieć wątpliwości ze naprawdę mu zależy. Nikt nie wątpił że zwyczajnie nie zasłużył na wszystko co go dotąd spotkało i czemu postanowił położyć kres schodząc ze sztucznej nawierzchni MetLife Stadium w East Rutherford. W końcu okazał jakąś słabość, więc jedyne co trzeba było teraz zrobić to pomóc mu wyjść z dołka. W Argentynie rozpoczęła się kampania mająca wpłynąć na zmianę jego decyzji. O rezygnacji Messiego dyskutowano nawet w politycznych programach argentyńskiej telewizji. Na elektronicznych rozkładach jazdy metra w Buenos Aires wyświetlano napisy ,,No te vayas, Lio”(leo nie odchodź). Martino podał się do dymisji i nowym selekcjonerem został Edgardo Bauza, który doprowadził San Lorenzo do zwycięstwa w Copa Libertadores. Wiedziano że ma świetne relacje z Messim i faktycznie zdołał namówić gwiazde Blaugrany do powrotu. Jednak zarówno wyniki, jak i gra reprezentacji pod Bauzą były fatalne. Nowy selekcjoner został zwolniony już po 9 miesiącach, kiedy wyglądało na to że Argentyna nie zdoła zakwalifikować się na mundial w 2018 r. Zdesperowana AFA zwróciła się do Jorge Sampaoliego, ucznia Bielsy, który odnosił wielkie sukcesy z Universidad de Chile a następnie doprowadził reprezentacje tego kraju do dwóch wygranych w Copa America. Seria trzech remisów sprawiła że w ostatniej kolejce eliminacji Albicelestes musieli pokonać na wyjeździe Ekwador. Zrobili to oczywiście dzięki hattrickowi Messiego w wygranym 3:1 meczu. Zasadnicze problemy, przed którymi stała reprezentacja jednak nie zniknęły. W Chile Sampaoli był w stanie sprawić że drużyna grała intensywnym pressingiem, gdyż miał do dyspozycji grupe zawodników chętnych do współpracy i przyzwyczajonych już do tego stylu przez Bielse. W przypadku kadry Argentyny nie dość że brakowało mu czasu na wprowadzenie swoich metod, to jeszcze odziedziczył grupę niezdarnych defensorów, którzy nie byli przyzwyczajeni do bronienia wysoką linią z dala od własnej bramki. Nie mówiąc już o tym że wielu ważnych zawodników(z Messim na czele) albo nie potrafiło, albo nie chciało podporządkować się wymaganiom stylu bazującego na pressingu i naciskaniu rywali. Po remisie 1:1 z Islandią w pierwszym swoim meczu mundialu w Rosji Argentyńczycy mieli zmierzyć się z Chorwatami. W trakcie hymnów Messi nerwowo pocierał twarz. Wcześniej nie wziął udziału w zorganizowanym z okazji Dnia Ojca ,,asado” w bazie reprezentacji. Spędził tamten wieczór samotnie, nie kryjąc niepokoju. Do przerwy było 0:0 ale Argentyńczycy grali słabo. Siedzący na ławce Sampaoli wyglądał wręcz na chorego, jego poszarzała twarz błyszczała od potu. Trudno było nie mieć wrażenia że zdaje sobie sprawę iż jego drużyna znalazła się na krawędzi. W końcu ściągnął marynarke i zaczął bezsilnie wymachiwać wytatuowanymi rękami, niezdolny do powstrzymania fali anarchii jaka pozbawiała właśnie Argentyne szans na sukces w tym meczu. Chorwacja wygrała 3:0 a łatwość z jaką Rakitič zdobył trzeciego gola wywoływała sarkastyczne uśmiechy. Sampaoli wpadł w pułapke, niezdolny do narzucenia piłkarzom własnej wizji futbolu ale niechętny również czemuś, co próbowali zrobić dwaj jego poprzednicy- zbudowaniu drużyny wokół Messiego. Efektem był chaos i brak dyscypliny, w którym zbyt wielu piłkarzy próbowało zrobić zbyt wiele na własną rękę. Biegali po murawie jak wariaci, za często faulowali podczas desperackich prób odzyskania piłki, za mało myśleli i choć trudno winić Messiego za bałagan w defensywie to jego udział w grze ofensywnej był znikomy. W całym meczu miał tylko 49 kontaktów z piłką, z czego w ciągu ostatniego kwadransa zaledwie sześć. Zniknął akurat wtedy kiedy ojczyzna znalazła się w potrzebie. Trudno nie widzieć absurdu ukrytego w tym ostatnim zdaniu. Dlaczego wszystko miało znów zależeć wyłącznie od niego? Jak to możliwe ze w kraju tej skali nie mógł liczyć na wsparcie żadnego z partnerów? Czy ktokolwiek byłby w stanie udźwignąć tak ogromną presje? Z jakim ciężarem musi wiązać się świadomość iż błysk geniuszu uważany jest za standard a jakikolwiek słabszy występ oznacza potępienie? W ostatnim meczu fazy grupowej Argentyna musiała pokonać Nigerie i liczyć na to że Islandia nie zdoła wygrać z Chorwacją. Messi kolejny raz stanął na wysokości nakładanego nań przez naród zadania i zdobył pięknego gola na 1:0. Awans został jednak przypieczętowany dopiero w samej końcówce przez najmniej spodziewanego strzelca- Marcosa Rojo, który trafił z woleja swoją słabszą nogą. Z turniejem drużyna pożegnała się wprawdzie po epickim boju z idącymi wtedy po złoto Francuzami ale choć porażka 3:4 nikomu ujmy nie przyniosła, była to wciąż porażka i trudno było nie myśleć że gdyby Argentyńczycy zajeli pierwsze miejsce w grupie nie musieliby mierzyć się z faworytami turnieju tylko podążać ścieżką, która przez mecze z Danią, Rosją i Anglią doprowadziła Chorwacje aż do finału.
Jak już wspomnieliśmy, Conmebol wciąż zagęszczał kalendarz rozgrywek Copa America szukając sposobów na finansowe wsparcie pogrążonych w tarapatach federacji. Dla Argentyny i Messiego oznaczało to więc kolejne szanse na zakończenie przedłużającego się okresu czekania na trofeum. Turniej rozgrywany w Brazylii w 2019 r. odbywał się przynajmniej zgodnie z kalendarzem ale Argentynie ponownie się nie udało. Przegrała pierwszy mecz z Kolumbią, później odniosła niezbyt przekonywujące zwycięstwo 2:0 z Katarem, co dało jej awans do dalszych gier, lecz w półfinale gospodarze pokonali ją 2:0. Federacja podziękowała za pracę Sampaolemu i zatrudniła na jego miejsce Lionela Scaloniego, którego główną zaletą było to że jako członek sztabu szkoleniowego poprzedniego selekcjonera znajdował się akurat pod ręką i wiele nie kosztował. Z upływem czasu okazało się iż nie był to tylko wybór na przeczekanie. Choć działacze AFA zatrudnili go niemal przez pomyłke, dawny boczny obrońca Deportivo La Coruña, West Hamu i Lazio krok po kroku budował drużynę, która znów pozwoliła Messiemu zabłysnąć. Być może gdyby Copa America 2020 odbywała się zgodnie z kalendarzem na sukces byłoby jeszcze za wcześnie ale pandemia koronawirusa doprowadziła do zmiany planów i przesunięcia turnieju o rok. Chaos organizacyjny wydawał się tym razem zrozumiały. Początkowo impreza miała się odbyć w Kolumbii i Argentynie ale Kolumbijczycy wycofali się ze względu na trwające w kraju zamieszki a pandemiczne obostrzenia uniemożliwiły także zaproszenie uczestników Copa America do Argentyny. Będący koronasceptykiem prezydent Brazylii Jair Bolsonaro z radością skorzystał z okazji, choć nawet w jego kraju większość meczów odbyła się bez udziału publiczności. W nowym formacie rozgrywek planowano początkowo podzielić uczestników na dwie 6-drużynowe grupy ale po tym jak z powodu pandemii wycofali się goście z innych kontynentów(Australia i Katar) ostatecznie w każdej z grup zagrało 5 ekip. Ażeby wyeliminować 2 najsłabsze i tym samym wyłonić ćwierćfinalistów trzeba było rozegrać aż 20 spotkań. Argentynie ten długi rozbieg przed decydującą rozgrywką ewidentnie przypadł do gustu. W fazie grupowej wreszcie imponowała solidnością w defensywie. Trzykrotnie wygrała, raz zremisowała i straciła tylko 2 gole. W ćwierćfinale wygrała 3:0 z Ekwadorem. Asertywna postawa bramkarza Emiliano Martineza okazała się decydująca w półfinałowej serii rzutów karnych kończących mecz z Kolumbią a o wygranej w całym turnieju miał rozstrzygnąć mecz z Brazylią na Maracanie. Okoliczności były osobliwe. Z jednej strony trudno było nie myśleć o tym, co mogło się wydarzyć 7 lat wcześniej podczas mundialu. Z drugiej, na widowni zasiadło tylko 5 tysięcy widzów. Cały turniej był dziwny i do tego stopnia nie usatysfakcjonował kibiców że można się było zastanawiać czy w ogóle powinien zostać rozegrany ale w 22 minucie jego ostatniego meczu Renan Lodi źle ocenił tor prostopadłego podania Dodrigo de Paula do Angela Di Marii, który skorzystał z okazji i przerzucił piłke nad Edersonem. Podobnie jak podczas igrzysk w 2008 roku, gol Di Marii był jedynym trafieniem finału. Długie lata oczekiwania na sukces wreszcie dobiegły końca. Wszystko wokół wydawało się dziwnie sztuczne ale Argentyńczyków to nie obchodziło. ,,Radość jest ogromna. Marzyłem o tym wiele razy i bardzo tego potrzebowałem. Świadomość że z drużyną narodową niczego dotąd nie osiągnąłem, tkwiła we mnie jak cierń”…
7
@FCBparasiempre
Siedemnaście dni po finale mundialu w 2014 r. w wieku 83 lat zmarł Julio Grondona. Był prezesem argentyńskiej federacji piłkarskiej przez 35 lat! Pod koniec życia jako postać mocno izolowana ale wciąż o niezaprzeczalnych wpływach. Jego śmierć oznaczała koniec epoki, choć nie koniec kłopotów argentyńskiej piłki, których działacz stał się zresztą symbolem. Być może jak wielu przywódców tego kraju nie potrafił stawić czoła szerszym problemom społeczno-ekonomicznym ale(jak zauważył Menotti) z pewnością wiedział ze akurat na drużynie narodowej można zarobić. Inna sprawa że prawa do transmisji meczów kadry sprzedał firmie Traffic, która rychło znalazła się pod lupą FBI. W ramach prowadzonego przez agencje dochodzenia w maju 2015 r. aresztowano w Zurichu siedmiu prominentnych działaczy FIFA. Jakkolwiek jednak skorumpowany był sam Grondona(zważywszy na stopień, w jakim inni działacze Conmebolu byli zamieszani w afere, można chyba uznać że śmierć wybawiła go od poważnych kłopotów) federacja, którą zarządzał nie działała w oderwaniu od argentyńskiej gospodarki. Dzień po jego śmierci Argentyna zbankrutowała po raz kolejny. Długie przenoszenie się z poprzedniego upadku poszło na marne. Światowy kryzys finansowy uderzył głównie w argentyńskich eksporterów a zważywszy na to, jak bardzo tamtejsza gospodarka zależy od eksportu, trudno się dziwić iż w 2012 i 2014 roku kraj popadł w recesje. Inflacja rosła, co było nie uniknione przy sztucznie zaniżonym kursie peso. Oficjalne dane z lipca 2014 roku mówiły że wynosi niemal 11 procent, choć powszechnie uważano ze w rzeczywistości jest trzy razy wyższa. 31 lipca Argentyna ogłosiła że nie jest w stanie spłacić 539 milionów dolarów odsetek z obligacji wyemitowanych jeszcze przed krachem w 2001 r. a później wykupionych za niewielkie sumy przez amerykańskie fundusze inwestycyjne, które odmówiły przystąpienia do porozumień zawartych przez Argentyne z większością wierzycieli. Tym razem były to raczej, jak to ujął rząd, ,,techniczne trudności” niż niekontrolowana katastrofa przypominająca tę z 2001 r. Argentyna bardziej nie chciała niż nie była w stanie spłacić spekulantów. Obyło się też bez protestów ulicznych i kolejek do banków, życie toczyło się dalej, choć ogłoszenie niewypłacalności z pewnością nie świadczyło o sile miejscowej gospodarki. Z perspektywy wielu inwestorów wojownicza retoryka rządu i poczucie że ogłoszenie bankructwa było zabiegiem mającym wymusić na wierzycielach kolejną restrukturyzacje zadłużenia, oznaczały że Cristina Kirchner nie jest partnerem godnym zaufania. Nikt nie mógł więc zaprzeczyć że Grondona kierował AFA w trudnym czasie. Z drugiej strony z pewnością ponosił odpowiedzialność zarówno za panujący w federacji chaos, jak i za niepowodzenia w zwalczaniu stadionowej przemocy i generalny rozpad infrastruktury piłkarskiej. Unosząca się nad futbolowym związkiem aura korupcji sprowadziła zresztą do jego biur kontrolerów finansowych. Stało się to wkrótce po pochówku prezesa na cmentarzu w Avellanedzie, tym samym, na który patrzył przed laty z okien pokoju zajmowanego wraz z rodzeństwem. O drugiej połowie jego rządów trzeba powiedzieć przede wszystkim to że były epoką straconych szans. Sukcesy Argentyńczyków w piłce młodzieżowej(tych 5 tytułów mistrza świata do lat 20-tu wywalczonych na przestrzeni zaledwie 12 lat) nie przełożyły się na triumfy w dorosłym futbolu. Rozgrywany w Chile turniej Copa America 2015 przyniósł kolejne rozczarowanie. Gerardo Martino, który prowadził Messiego w Barcelonie został zatrudniony na miejsce Sabelli być może dlatego że miał dobrze rozumieć swojego krajana z Rosario. Po roztrwonieniu dwubramkowego prowadzenia z Paragwajem w pierwszym meczu Albicelestes udało się wprawdzie wygrać 1:0 z Urugwajem i Jamajką ale mecz ćwierćfinałowy z Kolumbią zakończył się bezbramkowym remisem i awansem do półfinału tylko dzięki lepiej strzelanym rzutom karnym.
Argentyna zabłysła dopiero podczas rozgrywanego w Concepcion półfinału. Messi, którego powrót do formy pomógł Blaugranie zdobyć kolejne trofeum Ligi Mistrzów grał fantastycznie, podobnie zresztą jak Javier Pastore. Argentyńczycy wygrali swój drugi mecz na turnieju z Paragwajem i to aż 6:1(!) a choć Leo gola nie strzelił to asystował przy trzech trafieniach, odnotował przedostatnie podanie przy dwóch a przy golu na 4:1 zainicjował całą akcje. Jego gambeta w tej sytuacji była tak olśniewająca że dwóch próbujących go powstrzymać paragwajskich obrońców o mało na siebie nie wpadło. Znaczące było też to iż tym razem zgromadził wokół siebie wychodzących na drugą połowe partnerów i powiedział do nich kilka słów. Tuż przed przerwą Paragwajczycy strzelili gola na 2:1, więc jego przesłanie brzmiało prosto: nie spać! Nie był to już ów ,,cichy lider” z mistrzostw świata w Brazylii. Jeśli doliczyć przegrany z Brazylią Puchar Konfederacji w 2005 r. był to piąty występ Argentyny w finale wielkiej imprezy ale skończył się tak samo jak pozostałe cztery. Twardzi i dobrze zorganizowani gospodarze turnieju mieli poczucie że po 99 latach prób nadszedł w końcu ich czas. Po pół godzinie gry Di Maria złapał kontuzje i Argentyńczycy stracili początkowy rozpęd. W końcówce Messi znów wyglądał na sfrustrowanego i osamotnionego a mimo to ponownie mógł przesądzić o losach meczu. Po jego świetnym podaniu Lavezzi dośrodkował do Higuaina ale grający wówczas w Napoli napastnik trafił w boczną siatke. Podczas serii rzutów karnych można było odnieść wrażenie że z góry wiadomo jak się skończą. Higuain i Banega spudłowali i Chile wygrało Copa America. Kiedy reszta Argentyńczyków próbowała szukać pocieszenia w swoim towarzystwie, Messi stał samotnie pośrodku boiska oddzielony od innych i świadomością własnego talentu i związanych z nim oczekiwań. Jego twarz mogłaby być symbolem smutku. Po zejściu do szatni wybuchnął płaczem i łkał nawet wtedy, gdy wiozący drużynę autobus dojechał już do hotelu. Ogrom krytyki i obelg, któremu musiał stawić czoło w następnych dniach był tyleż przewidywalny co niesprawiedliwy. To prawda, ani w finale mistrzostw świata, ani w finale Copa America nie zagrał wielkiego meczu ale z drugiej strony w obu tych meczach niemal cała energia rywali skupiała się na wyłączeniu go z gry. Czy w takiej sytuacji ktoś inny nie mógł przejąć pałeczki? Gdyby w obu tych meczach dobre okazje wykorzystał Higuain, Argentyna byłaby mistrzem świata i kontynentu, Messi zaś zostałby kluczową postacią drużyny, która odniosła te sukcesy. Z drugiej jednak strony owe minimalne porażki wpisywały się w pewien znany schemat. Przecież mieliśmy tu doczynienia z historią Argentyny w pigułce, światem wielkich nadziei, które niemal nigdy się nie spełniały. Kanadyjski sukces z 2007 r. był zarazem ostatnim etapem pracy Tocallego z argentyńską młodzieżówką. Pekerman rozpoczynał właśnie prace z dorosłą reprezentacją a kiedy działacze federacji zaczeli na niego naciskać by dokonał zmian w sztabie szkoleniowym, Tocalli zrezygnował i wkrótce objął posade trenera Velezu Sarsfield. Później prowadził Colo-Colo i Quilmes, zajmował się młodzieżą w Argentynie a w 2013 roku wyjeżdżał właśnie do Santiago, gdzie przez następne lata pracował z młodzieżową reprezentacją Chile. Po jego odejściu młodzi Argentyńczycy nie zakwalifikowali się do dwóch z trzech mistrzostw świata do lat 20-tu a w 2011 r. odpadli w ćwierćfinale. Co poszło nie tak? ,,Prowadziliśmy reprezentacje przez 14 lat. Im dłużej to robiliśmy tym większe trudności mieliśmy ze znalezieniem odpowiednich zawodników. Wielu ściągnęliśmy bezpośrednio z interioru, jak Zubeldie czy Aimara. Kiedy zacząłem pracować w lidze, nie chciało mi się wierzyć że w Argentynie przestali się rodzić zdolni piłkarze. Myślałem iż może po prostu nie umiemy się nimi zajmować w klubach że zmuszamy ich do przejścia na zawodowstwo w czasie, gdy jeszcze się rozwijają. Kiedy jednak trafiłem do akademii Argentinos, zobaczyłem że odpowiedzialność leży po naszej stronie, tych, którzy zajmują się rozwojem młodych piłkarzy. 10 lat temu w tym kraju było jeszcze mnóstwo ,,potreros”, teraz prawie zniknęły. Obecnie to my musimy uczyć piłkarzy tego wszystkiego, czego tam uczyli się sami. Inna sprawa że takiej pracy naprawdę trzeba się poświęcić.
7
AFA pod rządami Grondony, Segury i Tapii:
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11
5
@FCBparasiempre
Dokładnie 70 lat temu urodził się Harald ,,Toni” Schumacher, znakomity niegdyś bramkarz. Ponad trzydzieści lat temu swą wspaniałą grą czarował nas Toni Schumacher, zawodnik FC Köln, którego opinia w mediach była mocno nadszarpnięta. Faul, którego dopuścił się na francuskim zawodniku Battistonie, przypiął do niego łatkę brutala. Od tamtego momentu zwano go „potworem z Sewilli” a padały nawet słowa „gorszy od Hitlera”. W wielu przypadkach Toni podkreślał, że jego ulubionym filmem jest „Rocky”, w którym główna rolę gra Sylwester Stallone. Oglądając go, uświadomił sobie jedno – chłopak ze społecznego dna też może w życiu wiele osiągnąć, grunt to nie poddawać się i mieć silną wolę. Powtarzał sobie często w duchu, że jest właśnie taki jak Rocky, tylko zajmuje się inną dyscypliną sportu. Swoje dzieciństwo Toni spędził w Düren, gdzie się urodził. Było to jedno z najbardziej zniszczonych w czasie wojny miast w Niemczech. Miejscowość ta jak łatwo się domyślić nie należała do bogatych a towarzystwo, w którym przyszło wychowywać się Toniemu, zwane było marginesem społecznym. Codzienne jedzenie kartofli, małe mieszkanie będące powodem późniejszej klaustrofobii. W takich warunkach dorastał przyszły reprezentant swojego kraju. Ojciec Schumachera pracował na budowie. Podobno był dobrym i spokojnym człowiekiem, który wstawał rano, szedł pracować, a na koniec dnia siadał przy piecu, aby się zrelaksować. Wielki wpływ na wychowanie syna miała przede wszystkim mama, która była krawcową. Wpajała mu ważne wartości, mówiąc wprost: ,,Bieda nie hańbi. Trzeba być uczciwym i pracowitym. Wtedy nie ma czego się wstydzić.”– cytat z książki „Toni Schumacher – gryźć trawę”. Przygoda Toniego z piłką zaczęła się całkiem zwyczajnie. Będąc małym dzieckiem, grał z kolegami gdzie popadnie. Był prawdziwym wulkanem energii. Za namową matki zapisał się do klubu Schwarz-Weiss Düren, gdzie początkowo występował na pozycji napastnika. Niespożyte zasoby sił sprawiały, że młodzieniec biegał od przeciwnika do przeciwnika. Szybko został zrugany przez swojego trenera, który mu to wypominał i kazał grać z głową. Mama podzielała zdanie opiekuna i zaproponowała stabilizację, którą miało być stanięcie między słupkami bramki. Miał wtedy dwanaście lat. Kluczowym czynnikiem w budowaniu jego kariery była żelazna wola. Od niej wszystko się zaczynało, a kończyło na ciężkiej pracy nad sobą. Od samego początku całkiem dobrze radził sobie w pojedynkach w polu karnym. Zapewne zastanawiacie się również, dlaczego na Haralda Schumachera mówiono Toni. Ksywka jest aluzją do Toniego Turka, najlepszego niemieckiego bramkarza czasów powojennych, a także zdrobnieniem jego drugiego imienia Anton. Piłka nożna stała się jego życiem. Na bok odstawił wszystkie przyjemności, dyskoteki i dziewczyny. W wieku 15 lat trenował cztery razy w tygodniu. W tym czasie wzorem dla niego była dwójka bramkarzy lat pięćdziesiątych: Fritz Herkenrath i Toni Turek. W reprezentacjach młodzieżowych stopniowo piął się coraz wyżej. Reprezentacja okręgu, regionu środkowej Nadrenii, Niemiec Zachodnich i młodzieżówka. W jednym z meczów w barwach Niemiec Zachodnich na koniec rozgrywanego turnieju obronił trzy z pięciu karnych. Wtedy zaczęto mówić głośno o wielkim talencie, a kluby zaczęły zakasywać rękawy na młodego bramkarza.
Pewnego dnia z propozycją gry w zespołach młodzieżowych 1. FC Köln wyskoczył Jupp Röhrig, były piłkarz „Kozłów”, który rozegrał 12 spotkań w barwach RFN. Młodemu zawodnikowi bardzo schlebiało zainteresowanie ze strony takiego klubu, jednak mama upierała się, aby najpierw skończył szkołę i wyrobił zawód. Tak się też stało, a Toni wyuczył się kowalstwa miedzi. Nie zapomniano o nim i po egzaminie czeladniczym Röhrig zgłosił się ponownie. Kontrakt z Köln był czymś niesamowitym. Wypłata o wysokości 1200 marek miesięcznie, 30 tysięcy rocznej premii – w sumie 45 tysięcy marek rocznego dochodu. ,,Różnica między amatorską a zawodową piłką nożną jest taka, jak między lodami malinowymi a drapaczem chmur” – Toni Schumacher” Walka o miano pierwszego bramkarza, a także walka ze samym sobą Pierwszym wyborem w Kolonii był wówczas Gerhard Welz. Często mówi się, że świetni bramkarze mają w sobie coś z szaleńca – takim był konkurent Schumachera. Młody Toni miał nadzieję, że jako młodzieżowy reprezentant kraju z łatwością poradzi sobie ze swoim przeciwnikiem. W tym momencie Welz był jednak o klasę wyżej. Schumacher nie miał możliwości pokazania się w meczach pucharowych, nie mówiąc już o lidze. Grał w mało znaczących spotkaniach, przeważnie towarzyskich. O miano drugiego bramkarza walczył wówczas z Jugosłowianinem Slobodanem Topalovicem. Trener bramkarzy Rolf Hergins dawał Toniemu nieźle w kość na treningach. Na pierwszym z nich nie złapał praktycznie żadnej piłki, która leciała w jego stronę. ,,Twoja wola walki za wszelką cenę, po kilkugodzinnym treningu, resztkami sił. Zawsze byłeś gotów dać z siebie wszystko do końca. Wolę to niż osiem godzin przy kuciu miedzi – powiedziałeś i to mi zaimponowało” – słowa Rolfa Herginsa skierowane do Schumachera. Wraz z upływem czasu do Toniego przylgnął przydomek „Rzucawa”, z którego krótko mówiąc, dumny nie był. Szkoleniowiec „Kozłów” Hennes Weisweiler nie krytykował nigdy swojego podopiecznego wprost. Jak podkreślał Toni – był świetnym trenerem, jednak nie budował relacji koleżeńskich ze swoimi zawodnikami, wolał deprymująco z każdego szydzić. ,,Trzeba się będzie pozbyć tego Schumachera”– mówił Weisweiler. W przywróceniu wiary w siebie pomógł mu bardzo trening autogeniczny z panią doktor Schreckling. Mimo początkowej niechęci do tego typu wsparcia – przekonał się na dobre. Ćwiczył pół godziny dziennie, by później przychodzić 6 razy w tygodniu na godzinne sesje. Nie zrobiły one jednak wrażenia na menadżerze klubu, którym był Karl-Heinz Thielen. Nadal nie chciano Toniego w klubie. Numerem jeden od nowego sezonu miał zostać bramkarz Herthy Berlin Norbert Nigbur. W meczach Bundesligi występował Topalovic, który jednak ze względu na strach przed podróżą samolotem odmówił wyjazdu na mecz do Berlina. Swoją szanse wykorzystał Toni, prezentując fenomenalną formę. Pozycję numer jeden dodatkowo umocnił występ w finale Pucharu Niemiec, w którym to Kolonia pokonało 1:0 ekipę Herthy. Stojący w bramce berlińczyków Nigbur po meczu stwierdził, iż przeciwnicy przekupili sędziego, toteż dopięcie jego kontraktu było sprawą zamkniętą – dla działaczy i kibiców Köln był skreślony. Dwa dni później Weisweiler powiedział Toniemu, że dla niego w tym momencie tylko on liczy się w bramce. W taki oto sposób Schumacher nie oddał już miejsca między słupkami. Stał się legendą „Kozłów”, wygrywając trzykrotnie Puchar Niemiec, dwukrotnie wicemistrzostwo kraju oraz co najważniejsze mistrzostwo Niemiec w 1978 roku! W 1986 roku zagrał także w finale Pucharu UEFA przeciwko Realowi Madryt, jednak „Królewscy” nie dali się pokonać.
Pomimo wbitej sobie do głowy reguły, że musi zagrać w 400 meczach z rzędu (chciał być jak Sepp Maier) spośród 422 występów w barwach Köln zagrał kolejno tylko w 213. Stało się tak ze względu otwartej krytyki Toniego wobec „polityki zakupów” klubu (konflikt na linii Adidas – Puma) i zawieszenia na mecz z Waldhof Mannheim. Na mistrzostwach świata w 1982 roku los w półfinale skojarzył RFN z Francją. Mecz został rozegrany w Sewilli. Wszyscy świadomi wagi tego spotkania wyszli na boisko maksymalnie skoncentrowani. W odczuciu Schumachera był to mecz ostatniej szansy na zmienienie fatalnej opinii w prasie na temat organizacji oraz atmosfery w drużynie Niemiec. Podczas meczu francuscy zawodnicy poobijali Toniego, jeden nawet stanął mu na dłoni, jednak ten wytrzymał ból, wiedząc, jak ważne jest to spotkanie. W pewnym momencie Patrick Battiston zaczął swój rajd w kierunku bramki Schumachera, który wybiegł naprzeciw niego i wyskoczył wysoko, uderzając całym ciałem w przeciwnika. Piłka przetoczyła się obok bramki, a Patrick leżał na murawie. Toni założył, że podchodząc do niego może wywołać spory konflikt, wrócił więc do bramki i nerwowo zaczął bawić się piłką. Battistonowi udzielono pomocy na boisku, z którego szybko przetransportowany został do szpitala. Mecz toczył się dalej. Wynik 3:3, nadszedł czas na rzuty karne, które Schumacher tak świetnie potrafił bronić. Obronił dwa, dzięki czemu Niemcy przeszli do finału. To właśnie w tym dniu Toni został określony „boiskowym brutalem” na dobre. Z trybun padały nieprzyjemne okrzyki oraz wyzwiska „jesteś gorszy niż Hitler” można było usłyszeć z daleka. Niemieccy dziennikarze po meczu zaczęli wypytywać o całą sytuacje Schumachera, którego wypowiedź przeszła do historii:
-a wiesz, że Battiston stracił dwa zęby?
-jeśli tylko tyle, to gotów jestem zafundować mu pierwszorzędne koronki – odpowiedział.
Po pewnym czasie Toni spotkał się z Patrickiem. Na spotkaniu wytłumaczyli sobie, że cała sytuacja to jedno wielkie nieporozumienie. Tak widział to Schumacher, tak też widział to Battiston. Dziennikarze zrobili zdjęcie uścisku ich dłoni – tym samym spór został załagodzony. Przy okazji jednego z meczów międzypaństwowych (był to spotkanie towarzyskie 18 kwietnia 1984 roku, wygrane przez Francję 1:0) panowie wymienili między sobą koszulki, jednak zrobili to w szatni, ponieważ Toni nie chciał rozgłosu tej sytuacji i kolejnych wspomnień „zażegnanego kryzysu”. Niewątpliwie jednym z sukcesów, które w CV może zapisać sobie Toni, jest mistrzostwo Europy z 1980 roku. Prawdziwe show miało zacząć się dwa lata później, jednak Niemcy ulegli zespołowi z Włoch w finale mistrzostw świata w Hiszpanii. W kolejnym turnieju także dotarli do finału imprezy w Meksyku, gdzie zmierzyć mieli się z Argentyną. Był to praktycznie ostatni dzwonek dla Toniego, aby wrócić z mundialowym złotem. Godziny ciężkich treningów i pełna koncentracja miały być kluczem do sukcesu. Głównym założeniem tego meczu było wyłączenie z gry Diego Maradony, którego miał podjąć się Lothar Matthäus. Toni, powtarzający sobie w duchu „zagrałeś świetnie z Francją, jesteś najlepszym bramkarzem świata” budował swoją pewność. Mecz się rozpoczął. Feralny rzut wolny i pada bramka dla Argentyny. Całkowicie nieudane wyjście Schumachera i Niemcy przegrywają. Pada także drugi gol, którego nie był w stanie obronić. Często mówi się, że 2:0 to niebezpieczny wynik. Tak było też w tym przypadku – Rummenigge strzelił na 1:2, a nieco później na tablicy widniał już wynik 2:2. Pięć minut przed końcem to jednak Argentyńczycy wbili kolejną bramkę, tym razem interwencja bramkarza była spóźniona. Po meczu Schumacher wypowiedział się dla RTL: ,,Broniłem jak ostatnia dupa. Gdybym w tym meczu bronił tak jak z Francją i Meksykiem, mielibyśmy mistrzostwo świata”.
Po zakończeniu kariery Toni zajął się trenowaniem bramkarzy w Schalke, Bayernie, Kolonii oraz Leverkusen. Pełnił tę funkcję także w Borussii Dortmund, z czym wiąże się ciekawa historia. W ostatnim meczu ligowym sezonu 1995/1996, gdy BVB miało już zapewnione mistrzostwo Niemiec, zmienił na dwie minuty w bramce Wolfganga de Beera. Miał wówczas 42 lata i stał się najstarszym zawodnikiem, który zdobył mistrzostwo Bundesligi.
5
(Nie)zapomniane legendy futbolu:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
6
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
6 marca 1942 r. urodził się Marian Kielec, napastnik. Odległość między Kimpulungiem , leżącym dziś w Rumunii a Szczecinem, to blisko półtora tysiąca kilometrów. Najszybsze połączenie samochodowe między tymi miejscowościami zabiera obecnie osiemnaście godzin a cóż dopiero 7 dekad temu. Całe szczęście jednak że tę trasę zdecydowali się przebyć(nie do końca z własnej woli) rodzice Mariana Kielca. Tej decyzji Pogoń może zawdzięczać jednego z najlepszych napastników w swojej historii. On sam zaś zawdzięczał swoim rodzinnym stronom… połowę przydomka. Na wzór Eusebio nazywano go ,,Czarną perłą z Wielgowa”. Autorów tego pseudonimu uprawniał do nazywania go w ten sposób styl gry Kielca, jego skuteczność ale też śniada cera odziedziczona po matce- rodowitej Rumunce. Kielec zanotował jeden z najbardziej spektakularnych początków w historii ligi. W 1959 roku miał ukończone zaledwie 17 lat. W tym czasie na przestrzeni 2 miesięcy zanotował: debiut, pierwszego gola oraz premierowego hattricka w Ekstraklasie! Podczas tego ostatniego wyczynu liczył sobie 17 lat i 93 dni. Do dziś nie znalazł się nikt młodszy, kto potrafiłby powtórzyć to dokonanie. Był to pierwszy hattrick Pogoni w historii występów na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Skuteczność utrzymywał również w kolejnych sezonach. W pierwszej w historii edycji rozgrywanej systemem jesień-wiosna, przypadającej na lata 1961/62, udało mu się nawet zostać królem strzelców z wynikiem 18 goli. To on zaczął korowód zwycięzców klasyfikacji strzeleckiej w barwach Portowców.
Biorąc pod uwagę niezwykle silną konkurencje(Eugeniusza Fabera, Jana Liberde, Erwina Wilczka, Józefa Gałeczke, Eugeniusza Lercha czy wreszcie Ernesta Pohla) był to wynik imponujący. Kielec w swoim królewskim sezonie zdobył aż 18 z 31 goli Portowców(58 %!). Trafił jednak na czas, gdy jego klub wlekł się w drugiej połowie stawki ligowców. W tym okresie tylko dwa razy udało się Portowcom zanotować miejsca w TOP-6. Gdy został królem strzelców jego zespół został sklasyfikowany dopiero na 11 miejscu. Wcześniej tylko Nastula w 1929 roku ze wszystkich królów strzelców grał w tak nisko notowanej drużynie w tabeli. Może z powodu niezbyt dużej siły Pogoni wziął się niezbyt duży udział Kielca w reprezentacyjnych potyczkach lat 60-tych. W 1962 r. został pierwszym piłkarzem Portowców w kadrze Polski. W przerwie meczu z Marokiem zmienił go Wilczek i na tym skończyła się jego przygoda z kadrą. Kariere zakończył w wieku 28 lat, ponieważ… uniósł się honorem. Postanowił bowiem że kiedy pierwszy raz zostanie posadzony na ławce rezerwowych, to zamiast zmieniać klub, zerwie z boiskiem. Gdyby nie to, pewnie zostałby członkiem Klubu 100. Zabrakło mu ledwie 20 goli. Po 8 latach przerwy wrócił na krótko do drużyny. Rozegrał w niej jeden mecz w 1979 roku. Do dziś jest najlepszym strzelcem Pogoni w meczach ligowych. W samej Ekstraklasie zajmuje drugie miejsce wśród piłkarzy Portowców za swoim zięciem Leszkiem Wolskim. Stracił do niego tylko 8 goli. Na stałe mieszka w Kanadzie, regularnie jednak odwiedza Szczecin.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
9
Ostatni polski półfinał:
6 marca 1991 r. Legia Warszawa pokonała Sampdorie Genua 1:0 w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Zdecydowanym faworytem pucharowego dwumeczu była Sampdoria. Klub z Genui był wówczas potęgą w futbolu włoskim i nie tylko. W 1990 r. sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów i miał chrapkę na obronę tego trofeum. Mało kto przypuszczał, że zespół z Warszawy może im w tym przeszkodzić. Zwłaszcza, że Sampdoria notowała najlepszy sezon w rozgrywkach ligowych, zwieńczony mistrzostwem Włoch (jak dotąd jedynym w historii klubu). O jej sile stanowili tak znakomici piłkarze jak: Gianluca Vialli, Roberto Mancini, Aleksiej Michajliczenko, Toninho Cerezo, Pietro Vierchowod czy Gianluca Pagliuca. ,,Nie było na nas żadnej presji. Jak trafiasz na lidera Serie A i późniejszego mistrza Włoch, to nawet jak przegrasz, nic się nie dzieje. Właściciel Legii Jerzy Wojtysiak rzucił, że za przejście Sampdorii dostaniemy po 10 tysięcy dolarów na głowę. Pewnie myślał, że nie damy rady. Ale daliśmy i musiał wypłacić. I wypłacił. Po losowaniu rywale byli pewni awansu. Ich drużyna była naszpikowana reprezentantami Włoch."
Trener zespołu z Genui nie wystawił w pierwszym meczu od początku najlepszych graczy. Na murawie pojawili się dopiero wtedy, gdy okazało się, że nie pójdzie im jednak tak łatwo. My nie rozmawialiśmy o tym, czy damy radę. Po prostu mieliśmy dać radę”- opowiadał ówczesny napastnik Legii Jacek Cyzio, wychowanek Górnika Libiąż. W pierwszym meczu ćwierćfinałowym drużyna z Warszawy wygrała przy Łazienkowskiej 1-0, dzięki trafieniu Dariusza Czykiera. ,,Dzień przed tym spotkaniem rewanżowym włoska telewizja podała zestaw półfinalistów. W tym gronie nie było Legii. Byli przekonani, że nas ograją. Podziałało to na nas jeszcze bardziej mobilizująco. W kadrze mieliśmy czternastu zawodników mogących podjąć walkę z europejskimi klubami. Dziś w zespołach jest po 25 piłkarzy, a słyszę, że ci nie mogą grać co trzy dni, bo muszą odpocząć. To jakaś farsa. Ja lepiej się czułem grając co trzy dni, niż co tydzień”- wspominał w rozmowie z „Przełomem" Jacek Cyzio. W pojedynku w Genui padł remis 2-2 i to legioniści awansowali do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Tam musieli uznać wyższość Manchesteru United, prowadzonego przez sir Alexa Fergusona. Anglicy sięgnęli potem po trofeum, pokonując w finale… FC Barcelone 2-1.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon