0

@LS Oj wybacz! Ja już nie pamiętam że tak pisałeś ale jeśli to prawda to tak jak mówie: Ufam ci i trzymam cie za słowo!

0

@LS Nie pozostaje mi nic innego, jaK TYLKO TRZYMAĆ CIĘ ZA SŁOWO!

0

@FcPortoFan1999Rozumiem poczucie humoru ale w kwestii futbolu a zwłaszcza ,,naszej kochanej" Barcuni ja nigdy nie żartuje!

0

@FcPortoFan1999 Takie żarty to dla kogoś, kto nie kocha Barcuni...

0

,,Mes que un club" powoli umiera na naszych oczach. Módlmy się. Boże chroń naszą Barcunie od wszelkiego zła i nie pozwól jej demoralizacji...

9

Nie tylko dla prawdziwych cules:

W sierpniu 1928 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii rozegrała serie meczów towarzyskich ze słynnymi klubami Argentyńskimi. I tak: 11 sierpnia przegrała z CA Independiente 4:1, 15 sierpnia(również porażka) z River Plate 1:0 oraz 18 sierpnia po raz pierwszy w historii zagrała i pokonała słynny Boca Juniors 2:1 po dwóch golach znakomitego napastnika Josepa Sastre i honorowym napastnika Domingo Tarasconiego. Wszystkie te mecze rozegrane zostały w Buenos Aires.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Culé a muerte Wiesz co, nie mam czasu aby zagłębiać się akurat w szczegóły działalności Casausa. Natomiast te informacje wyczytałem z książki i wydawała mi się ona prawdziwa ale skoro to kwestionujesz, to nie wykluczone że autorzy książki po prostu się mylą...

9

Feliz cumpleaños panie Julio!

11 sierpnia 1962 r. urodził się Julio Salinas, napastnik FC Barcelony w latach 1988-94. Kariere zaczynał w Athletic Bilbao, skąd w 1986 r. przeszedł do Atletico Madryt. Po dwóch latach trafił na Camp Nou i w swoim pierwszym sezonie strzelił 26 goli we wszystkich rozgrywkach, co stanowiło rekord jego kariery. W dodatku został bohaterem finału Pucharu Zdobywców Pucharów z 1989 r., gdzie zdobył gola już w 4 minucie meczu z Sampdorią Genua. Przez 3 sezony był podstawowym napastnikiem, lecz transfery Stoiczkowa i Romario uczyniły z Salinasa rezerwowego. W 1994 r. odszedł do Deportivo La Coruña a karierę kończył natomiast w Deportivo Alaves. Ze 152 golami w 417 meczach znajduje się w gronie dwudziestu najlepszych strzelców w historii Primera Division.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@tristan87 Pudło! Był ktoś jeszcze lepszy

2

@FCBparasiempre
Tak samo było też z Wodarzami. Stanowili wzorowe małżeństwo. Gerard nie pił i nie palił. Rodzinę zawsze stawiał na pierwszym miejscu. ,,Ludzie do dziś zatrzymują mnie na ulicy i mówią, że tata tak kochał mamę, że był gotów całować ślady jej stóp” – opowiadał syn. Jego innymi pasjami poza piłką była muzyka i malarstwo. Potrafił grać na akordeonie i skrzypcach, a nawet na cytrze. Kiedy na placu przy ulicy Włodarskiego pojawiał się uliczny muzyk, to Wodarz schodził na dół, podawał mu do ręki złotówkę, siadał na ławce i z szacunkiem słuchał. ,,Z tęsknotą wspominam wigilijne wieczory, gdy muzykowaliśmy całą rodziną. Klatka naszej kamienicy miała świetną akustykę. Ludzie przystawali na schodach i mieli namiastkę koncertu” – mówił Lucjan Wodarz. Oprócz gry na instrumentach lubił także malować. Zastanawiał się nawet nad podjęciem nauki w Akademii Ssztuk Pięknych. Miał fotograficzną pamięć. To, co zobaczył, potrafił z najmniejszymi szczegółami odwzorować na płótnie. Najczęściej malował pejzaże i ludzi, dużo szkicował również ołówkiem. Był idolem i wzorem do naśladowania dla wielu młodych piłkarzy. Jednym z nich był Gerard Cieślik, który w swojej biografii tak mówił o swoim mistrzu: ,,Wodarz imponował mi pod każdym względem. Starałem się go naśladować i na boisku, i poza nim, bo był uczciwy i prostolinijny. Grał wspaniale, a nigdy się tym nie chwalił. To on utwierdzał mnie w przekonaniu, że dom rodzinny i własny klub to najwyższe wartości. Jego rajdy lewą stroną boiska i potężne uderzenia z dystansu siały postrach wśród najlepszych”. Kiedy 1 września niemieckie samoloty zrzucały bomby na Wieluń, a pancernik Schleswig-Holstein ostrzeliwał Westerplatte, Wodarz miał 26 lat. Był więc w najlepszym dla piłkarza wieku. Po cichu pewnie liczył, że największe sukcesy jeszcze przed nim. Z dnia na dzień trzeba było stawić czoła brutalnej rzeczywistości. Pod koniec sierpnia dostał powołanie do wojska. Z tego też powodu nie zagrał w meczu z Węgrami. Służył w 75. Pułku Piechoty. We wrześniu 1939 r. pod Przeworskiem dostał się do niewoli niemieckiej. Udało mu się jednak zbiec z transportu na stacji Kraków-Płaszów. Przez pewien czas się ukrywał, później zatrzymano go w Gliwicach i wreszcie wypuszczono do domu. Kiedy córka zobaczyła wychudzonego, zarośniętego ojca, to uciekła z podwórka z płaczem. Uważano go co prawda za Ślązaka, ale o polskim duchu. Przez ponad rok nie było dla niego pracy. Dostawał tylko dziewięć marek zasiłku tygodniowo. W rodzinie Wodarzów nastały ciężkie czasy. Żeby mieć z czego żyć, małżeństwo musiało sprzedać niektóre rzeczy. Najpierw pozbyli się kupionych pół roku wcześniej mebli, a później efektownego żyrandola. 12 listopada 1939 r. w Bismarckhütte, jak przemianowano Wielkie Hajduki, odbyło się spotkanie założycielskie nowego klubu. Nazwano go Bismarckhütter Sport Vereingung 1899 e.V. Tydzień później BSV rozegrał swój pierwszy mecz z TuS Lipinie, czyli przedwojennym Naprzodem Lipiny. Mimo zmienionych nazw, na boisku pojawili się gracze, którzy rywalizowali ze sobą już od kilku lat. BSV przegrał 1:2 a gola z podania Wodarza strzelił Peterek. Żona Gerarda wspominała, że mąż musiał się zgodzić na grę pod szyldem niemieckiego klubu. Inaczej utraciłby zasiłek i jakiekolwiek szanse na zatrudnienie. Dzięki temu, że grał i to całkiem nieźle, po roku otrzymał upragnioną posadę w hucie. Zarabiał ledwie połowę tego, co „prawdziwi Niemcy”, ale rodzina zyskała w ten sposób stałe źródło utrzymania. W zespole BSV, który obok Germanii był czołowym klubem na Śląsku, grał do końca 1941 r. Wtedy został wcielony do Wehrmachtu. Służył w wojskach lądowych stacjonujących na zachodzie Europy. Początkowo trafił do Pfalzburga w Lotaryngii. Tam jeden z niemieckich oficerów dowiedział się, że przed wojną Wodarz był piłkarzem. Niemiec silnie kopnął go w kolano i powiedział mu: już nigdy nie będziesz grał w piłkę. Po tym zajściu Gerard spędził trzy miesiące w szpitalu, następnie skierowano go do Antwerpii. Tam był członkiem oddziału pod dowództwem generała von Raisensteina. Niemiec cenił jego umiejętności księgowego i uczynił buchalterem oddziału. ,,Wtedy wiodło mu się lepiej, wysyłał nawet co miesiąc do nas, do domu paczkę z żywnością” – opowiadała żona piłkarza. Z Antwerpii trafił do Ostendy, leżącej na wybrzeżu Morza Północnego. W 1944 r. dostał przepustkę i przyjechał w rodzinne strony. BSV grało wtedy prestiżowy mecz z Germanią, który miał zadecydować o mistrzostwie. Razem z Wodarzem na przepustce przebywał inny przedwojenny ligowiec – Andrzejewski. Obaj dali się namówić kolegom na wzięcie udziału w meczu. Mimo takich wzmocnień BSV przegrało 1:2. ,,Mąż przyjechał na urlop, gdy zmarł jego ojczym, Franciszek Samol. Na pogrzeb nie zdążył, ale długo nie dał się namawiać, żeby zagrać z kolegami. Na pewno nie był w formie, bo w wojsku nie grał w piłkę, ani nie trenował” – mówiła Łucja Wodarz. Po powrocie do jednostki trafił na front. Jego kompania została rozbita, a żona otrzymała wiadomość, że Gerard zaginął i nie wiadomo, co się z nim dzieje. ,,Dopiero potem, z listu dowiedziałem się, że cudem uniknął śmierci. W Normandii został zatrzymany, wraz z Serbem i rodowitym Niemcem, przez amerykański patrol. Całą trójkę w niemieckich mundurach od razu postawiono pod ścianę. Gerarda uratowało, że miał w mundurze zaszyty polski paszport i wizę francuską z 1938 roku. Dwaj jego towarzysze zostali bez sądu rozstrzelani” – relacjonowała żona. Francuscy partyzanci oddali go w ręce Amerykanów. Ci z kolei przekazali go Anglikom. To w Anglii spędził ostatnie miesiące wojny. Pracował w obsłudze naziemnej RAF-u. Codziennie rano jako „polski sportowiec” był wyznaczony do prowadzenia gimnastyki. Koledzy namawiali, żeby został. Sam podobno też się nad tym zastanawiał. Zdecydował się wrócić. Wziął swoją walizkę i pieniądze, które zdołał zaoszczędzić. Miały one pomóc w rozpoczęciu nowego życia w nowej Polsce. Niestety w trakcie podróży statkiem został okradziony. Jedyne, co udało mu się ocalić to złote kolczyki, zawieszkę na szyję i pierścionek dla żony. Do kraju powrócił na przełomie 1945 i 1946 roku. Był szczęśliwy, że wreszcie ma przy sobie rodzinę, ale to nie był koniec kłopotów… ,,Pracę w hucie „Batory” dostał dopiero na przełomie kwietnia i maja. Nie chcieli mu dać roboty, bo każdy mówił, że jak przyjechał z Zachodu, to ma dość pieniędzy” – wspominała Łucja Wodarz. Dołączył do Ruchu przed rundą wiosenną sezonu 1945/46. Już w pierwszym swoim spotkaniu wpisał się na listę strzelców. Ruch zremisował na wyjeździe z Siemianowiczanką 3:3. Znowu zachwycał precyzyjnymi dośrodkowaniami. Teraz jednak obsługiwał nimi nie Wilimowskiego, ale Cieślika, który stawał się coraz ważniejszym zawodnikiem w szeregach Ruchu. Wodarz zagrał jeszcze w kolejnym sezonie w mistrzostwach klasy A, gdzie strzelił kilka goli. Pomógł zespołowi zdobyć mistrzostwo Śląska i przejść eliminacje międzyokręgowe o wejście do I ligi. 22 września wystąpił w kwalifikacjach krajowych, w wygranym meczu z Lechią. W ekstraklasie już nie wystąpił. Do ekstraklasy jednak wróci, ale już w innej roli. W połowie 1949 r. zasiadł na ławce Ruchu jako trener. Pod jego wodzą Niebiescy rozegrali 12 spotkań. Wygrali pięć i zremisowali dwa. Ruch zajął w tabeli dopiero ósme miejsce, choć kiedy opiekę nad nim przejmował Wodarz, było jeszcze gorzej. Po sezonie zastąpił go jednak Ryszard Koncewicz. W okresie powojennym piłkarze wielkiego Ruchu z lat 30. nie mieli jednak łatwo. Trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Działacze z klubu przy ul. Cichej nie widzieli u siebie miejsca dla Gerarda. Znalazł zatrudnienie w innej śląskiej drużynie. W październiku 1950 r. zasiadł na ławce drugoligowego Górnika Zabrze. Pierwszym jego krokiem w nowej roli było sprowadzenie do Zabrza swojego byłego klubu. 6 grudnia z okazji Barbórki Ruch rozegrał z Górnikiem towarzyskie spotkanie, które wygrał 4:2. To wtedy właśnie zaczęła się pomiędzy klubami rywalizacja, która później będzie znana jako święta wojna i to właśnie ten pojedynek był pierwszym w historii wielkich derbów Śląska. Na zabrzańskiej ławce spędził cztery sezony. Piłkarze garściami czerpali z jego doświadczenia i umiejętności. Warto pamiętać, że to on wprowadzał do dużej piłki takich zawodników jak Antoni Franosz, Ginter Gawlik czy Henryk Czech. Zawsze uczciwie podchodził do powierzonych mu obowiązków. Kiedy jedno z trzecioligowych spotkań Górnika, rozgrywane w Zagłębiu miało być ponoć ustawione, Wodarz nie wybrał się nawet na mecz. Wszystko pewnie by się rozeszło, ale w przedmeczu juniorów rywale młodych górników tak ich skopali, że starsi koledzy postanowili nie puszczać tego płazem. Górnik wygrał 2:0. To pod jego wodzą Górnik po raz pierwszy pokonał Ruch. Stało się to 6 kwietnia 1953 a dochód z meczu miał być przekazany na fundusz budowy nowego śląskiego stadionu. Pod koniec 1954 r. odszedł z Górnika. W klubie następowały zmiany, które miały uczynić go poważnym ekstraklasowym graczem a według działaczy poczciwy i uczciwy trener nie był najlepszym wykonawcą tych ambicji. Zajął się szkoleniem młodzieży, co zajmowało jego czas przez ponad 20 kolejnych lat. Mimo że nie zawsze był dobrze traktowany w klubach, nie stracił pogody ducha. ,,Nigdy nie widziałem, żeby ojciec był zasmucony czy zmęczony. Uśmiechał się 32 godziny na dobę. Gdy komukolwiek robił przysługę, to zawsze za darmo. Przez 30 lat kończył pracę w hucie, wsiadał w PKS czy pociąg i jechał na trening. W klubach pracował za grosze” – opowiadał syn. Nigdy nie chorował i do końca utrzymywał sprawność fizyczną, czym zadziwiał najbliższych. Pewnego dnia wyszedł z domu do dentysty. Skrócił sobie drogę przez cmentarz. Nagle przystanął przy jednym z nagrobków i po chwili upadł. Okazało się, że w tej samej chwili dostał zawału i wylewu. Zmarł 11 listopada 1982 r. Był wielkim patriotą. Pierwsze strony jego albumu z wycinkami prasowymi zdobi polska flaga i wizerunki Józefa Piłsudskiego i Józefa Poniatowskiego. W tym kontekście data jego śmierci nabiera szczególnego znaczenia. Na jego pogrzebie Gerard Cieślik tak mówił o swoim mistrzu: ,,Zmarł największy w historii polskiego piłkarstwa lewoskrzydłowy, jeden z najwybitniejszych w Europie w późnych latach trzydziestych… To był najporządniejszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek spotkałem w życiu. Wiedzy o piłce od niego się nauczyłem, techniki i strzału, podpatrując jego uderzenia i zagrania. Niedościgniony w zawodach, błyskawiczny w dryblingach, precyzyjny i sprytny w strzałach i prawdziwy przyjaciel na co dzień”. Stanisław Mielech w swoich wspomnieniach nazywa go ideałem na pozycji lewoskrzydłowego. Trudno znaleźć kogoś, kto mógłby się z nim równać. Nie byłoby bez niego wielkich sukcesów Ruchu w latach 30-tych. Dużo trudniej byłoby o gole Wilimowskiemu czy Peterkowi. Równie dużo dawał reprezentacji. Jeszcze raz możemy westchnąć – gdyby tylko w tamtych latach liczono asysty… Nie dowiemy się, jak wyglądałaby jego kariera, gdyby nie wojna. Mógł zostać za granicą, ale wolał wrócić do kraju, do rodziny i do Ruchu, który zawsze zajmował szczególne miejsce w jego sercu. Był spokojny, uczynny i uczciwy, choć nie zawsze dobrze na tym wychodził. Chciał być jednak wierny wobec ideałów.

2

@FCBparasiempre
Nie byłoby jednak ich bramek bez znakomitych podań Wodarza. Już w pierwszym meczu piłkarze pokazali, że będą liczącą się siłą, rozbijając 6:0 krakowską Garbarnię. Drużyna Ruchu przedstawiała się jako całość bardzo dobrze, tak pod względem technicznym, jak i taktycznym oraz kondycji fizycznej. Na pierwszy plan wysunął się bezapelacyjnie Wodarz, który bodajże nigdy jeszcze nie był w tak świetnej formie – relacjonował „Przegląd Sportowy” z 5 kwietnia 1933 r. Ruch w grupie grał z drużynami krakowskimi – Podgórzem, Garbarnią, Wisłą i Cracovią oraz z poznańską Wartą. Cracovia broniła tytułu, ale w starciu z hajducką drużyną była bez szans. Niebiescy wygrali aż 4:1. Poważnie zasygnalizowali chęć walki o tytuł. W relacjach prasowych znowu wychwalano lewoskrzydłowego Ruchu: ,,Na czoło wybija się bezapelacyjnie Wodarz, gracz wybitnie inteligentny, dysponujący doskonałą techniką, dużą ambicją, świetnymi dośrodkowaniami i bardzo niebezpiecznym strzałem” – chwalono go w „Przeglądzie Sportowym” z 31 maja 1933 r. Ciągle zbierał pochwały. Był prawdziwym motorem napędowym drużyny. Pierwszy ligowy tytuł Ruch zapewnił sobie po wyjazdowym zwycięstwie w ostatniej kolejce ligowej nad Cracovią. Co ciekawe sympatia krakowskich kibiców w dużej mierze była po stronie gości, bo ich wygrana oznaczała brak tytułu dla lwowskiej Pogoni. O ile mistrzowski tytuł w 1933 r. był dla wielu zaskoczeniem, o tyle rok później jego obrona była już piłkarskim kunsztem. Rozgrywki toczono „normalnie”, czyli 12 drużyn rywalizowało w jednej grupie. Ruch przegrał tylko dwa spotkania. Hajduczanie strzelili w 22 meczach 90 bramek, czyli prawie dwa razy więcej niż druga w tabeli Cracovia! Do zespołu dołączył Wilimowski. On sam zdobył 33 gole, Peterek dorzucił 28, a Wodarz kolejne 10, a gdyby tylko w tamtych czasach liczono asysty… byłby królem tej statystyki. Z takim atakiem musieli wygrać ligę. Sukces powtórzyli w dwóch kolejnych sezonach, choć już bez tak znaczącej przewagi. Na początku grudnia 1934 r. na Śląsk przyjechał wielki Bayern. Niemcy brali udział w turnieju, w którym uczestniczyły jeszcze zespoły Cracovii, Garbarni i Ruchu. Gospodarzem byli Niebiescy. Szkoda, że organizatorzy nie postarali się, żeby mistrz Polski spotkał się z Bayernem dopiero w finale. Oba zespoły starły się już w półfinale, gdzie po dość wyrównanym meczu górą byli goście. Pokonali oni Ruch lepszą organizacją gry i skutecznością. Wodarz znalazł się wśród wyróżniających się graczy Jako jeden z nielicznych starał się jakoś zapanować nad chaotycznymi atakami hajduczan. Na przełomie roku Ruch udał się do Monachium na rewanż. Po kolejnym wyrównanym pojedynku wygrali tym razem Niebiescy. Prasa niemiecka była pod wrażeniem wyszkolenia technicznego i bardzo dobrej taktyki. Podkreślali lepszy start do piłki gości z Polski i ofiarność piłkarzy. Na uroczystej kolacji były przemówienia na cześć zawodników Ruchu i pamiątkowe prezenty. Monachijczycy dostali statuetkę z węgla, a sami przekazali Polakom kufle. Drugi mecz na niemieckiej ziemi zaplanowano na 2 stycznia 1935 r. Ruch miał się zmierzyć z VfB Stuttgart. Pierwszy kwadrans spotkania nie był udany, bo gospodarze prowadzili już 2:0. Wtedy jednak piłkarze Ruchu wzięli się ostro do roboty, strzelili pięć bramek i na przerwę schodzili ze znaczną przewagą. Ruch grał świetne zawody, piłka krążyła jak po sznurku, a zawodnicy starali się kontrolować grę. W drugiej połowie dało o sobie znać zmęczenie i fatalna jakość boiska, wskutek czego gospodarze zdołali strzelić dwie bramki. To było jednak wszystko, na co ich było stać. Atak Ruchu był w stosunku do Monachium nie do poznania. Kombinacyjnie celujący, świetnie dysponowany strzałowo i w doskonałej kondycji fizycznej. Trudno kogoś wyróżnić, bo wszyscy pracowali się bez zarzutu. Jeśli decydujemy się na skrzydłowych, to dlatego, że zdobyli się oni na największy kontrast w stosunku do Monachium. Wodarz był długimi okresami najlepszym graczem na boisku, grał uważnie i miał szczęście w strzelaniu – czytamy w „Przeglądzie Sportowym” z 5 stycznia 1935 r. Trzy gole strzelił Wilimowski, a dwa Wodarz. W nagrodę obaj zawodnicy zostali wyróżnieni przez PZPN srebrnymi odznakami za godną obronę barw Polski w spotkaniach międzypaństwowych. Za kilkanaście miesięcy Polska weźmie udział w igrzyskach w Berlinie ale na niemieckich boiskach zaprezentuje się tylko jeden z tych wspaniałych piłkarzy.

Niewiele brakowało a polskich piłkarzy zabrakłoby w Berlinie. Dwa główne w kraju okręgi, czyli lwowski i krakowski na walnym zgromadzeniu PZPN wyraziły swój sprzeciw wobec planów wyjazdu. Ostatecznie jednak federacja i PKOl podjęły decyzję, że nasi zawodnicy wezmą udział w piłkarskim turnieju. Decyzja zapadła dopiero w maju, a igrzyska rozpocząć się miały na początku sierpnia. Dwumecz z węgierską drużyną Phöbus był ważnym sprawdzianem. Pierwsze spotkanie rozegrano 18 lipca w Warszawie, gdzie wygraliśmy pewnie 3:1. Wodarz miał zagrać w drugim starciu, które zaplanowano dzień później w Łodzi. Odbywał w tym czasie służbę wojskową i na miejsce dotarł dopiero o 2:00 w nocy przed meczem. Nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze musiałem wybić się ponad moje możliwości, gdyż kandydatów na lewoskrzydłowego było więcej, i to takich jak Król, Łyko, Niechcioł, Kisieliński. Byłem w wojsku, więc wiedziałem, co znaczy zacisnąć zęby i starać się – wspominał Wodarz. I faktycznie się postarał. Węgrzy chcieli za wszelką cenę pokazać się z lepszej strony niż w Warszawie. W 32. minucie gry prowadzili już 3:1, a nasza gra nie wyglądała za ciekawie. Wtedy jednak obudził się Wodarz, a najlepiej jego występ podsumował „Przegląd Sportowy”: ,,Przyjechał urlopowany Wodarz i bez cienia przesady mógłby o sobie powiedzieć, że veni, vidi, vici. Był on bohaterem spotkania i faktycznym jego zwycięzcą. Skrzydłowy Ruchu znajduje się w formie, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widzieliśmy. Błyskawicznie szybki, technicznie bez zarzutu, nerwowo opanowany, prowadzi piłkę w pełnym gazie krótko przy nodze, wybiega momentalnie na wolną pozycję, cofa się, idzie do przodu, centruje i… strzela, że raduje się serce!”. Wojsko widocznie mu posłużyło. Przestał się bać i z gracza zdanego przedewszystkim na współpracę z innymi stał się samodzielnym inicjatorem wszelkich groźnych akcji. Wyprowadzanie drużyny ze złej sytuacji było prawie jego wyłączną zasługą. Nie to, że sam strzelił trzy bramki, lecz natchnął drużynę bojowym duchem i wzbudził w niej wiarę we własne siły. Wodarz stał się też bohaterem dnia i zdobył sobie przebojem serca widowni. Jeśli utrzyma się w tej formie w Berlinie, będzie jednym z najpewniejszych naszych punktów – pisano. Zapewnił sobie miejsce w kadrze na igrzyska. Tam także błyszczał. W pierwszym spotkaniu z reprezentacją Węgier ustalił wynik spotkania na 3:0. Miał udział też przy pierwszej bramce, bo to jego obroniony strzał dobijał Gad. Prawdziwy koncert dał jednak w ćwierćfinale. Polacy mierzyli się z Wielką Brytanią. To nasi rywale jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Po 10 minutach wyrównał Gad a tuż przed przerwą na 2:1 trafił bohater tekstu. Po przerwie dorzucił jeszcze dwa gole i w dziewięć minut skompletował hat-tricka. Na 5:1 podwyższył Piec i wydawało się, że jest po meczu. Sporego stracha napędzili nam jednak rywale, którzy na 10 minut przed końcem zdobyli kontaktową bramkę. Skończyło się jednak na 5:4. Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom, a dwie bramki strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem – wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Półfinał był szczytem naszych możliwości. W meczu z Austrią byliśmy faworytem, mieliśmy przewagę, ale nie potrafiliśmy jej udokumentować. Przegraliśmy 1:3. W meczu o brąz naszym rywalem byli Norwegowie. Wodarz już po pięciu minutach dał nam prowadzenie, po czym rywale zdobyli dwie bramki. Z rzutu karnego celnie uderzył Peterek i po ledwie 25 minutach gry było już 2:2. W 67. minucie szczęście było o włos, kiedy piłka po strzale Wodarza trafiła w poprzeczkę. Nie mieliśmy tego dnia szczęścia. Pięć minut przed końcowym gwizdkiem to przeciwnik uderzył w poprzeczkę. Futbolówka odbiła się po tym od pleców naszego bramkarza i wolno wtoczyła do bramki. Wielu fachowców uznało Wodarza za najlepszego lewoskrzydłowego igrzysk. Kiedy wrócił do domu, to zamiast o swoim wyczynie w starciu z Brytyjczykami, wolał opowiadać o fenomenalnym występie czarnoskórego Jessiego Owensa z USA. Swoją czerwoną olimpijską marynarkę tratował jak najlepsze odświętne ubranie. Wyciągał ją z szafy i paradował po mieszkaniu. Kiedy przytył, to nie mógł się dopiąć w piersiach. Oprócz olimpijskiego stroju przywiózł też pamiątkowy medal i znaczek z numerem 5713, który dostawał każdy olimpijczyk. Anglicy byli pod takim wrażeniem jego gry, że zaproponowano mu transfer na Wyspy. Gazety pisały o 10 tys. funtów. Dla Polaków były to pieniądze niewyobrażalne. Łucja Wodarz, żona piłkarza, wspominała po latach, że za taką kwotę można było kupić całą chorzowską ulicę. Mimo to Gerard wolał zostać w Ruchu. W 1937 r. mistrzowską serię Ruchu w lidze przerwała Cracovia, ale hajduccy piłkarze ciągle byli ważnym ogniwem w reprezentacji. Ta szykowała się do meczów z Jugosławią, które miały decydować o awansie na mistrzostwa świata we Francji. Pierwszy zaplanowany był na 10 października 1937 r. w Warszawie. Polacy rozegrali bardzo dobre spotkanie i pewnie wygrali 4:0. Wodarz co prawda bramki nie strzelił, ale był jednym z głównych architektów zwycięstwa. Wodarz był może mniej aktywny niż zazwyczaj, jednak ilekroć wkroczył w akcję pod bramką Jugosłowian, stawało się gorąco – pisano w „Przeglądzie Sportowym” 11 października 1937 r. W rewanżu, który rozegrano w Belgradzie 3 kwietnia 1938 r., nasza reprezentacja przegrała 0:1. Polacy po prostu utrzymali wynik. W linii napadu wśród wyróżniających się zawodników znalazła się hajducka dwójka – Wodarz i Wilimowski. W ostatnim poważnym sprawdzianie przed wyjazdem do Francji Polacy pokonali aż 6:0 Irlandczyków. Wodarz dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i obok Piątka i Wilimowskiego był najlepszy na boisku. O meczu z Brazylią w Strasburgu napisano już chyba wszystko. Błyszczał Wilimowski, ale i Wodarz zaprezentował się całkiem dobrze. Już na początku meczu mógł dać nam prowadzenie. Pewnie egzekwował rzuty wolne, ale brakowało nam szczęścia. Kiedy na początku dogrywki Brazylijczycy wyszli na prowadzenie, podziałało to mobilizująco na nasz zespół. Polacy atakowali z nieprawdopodobną wolą zwycięstwa. Znakomicie w 7. minucie doliczonego czasu uderzył Wodarz, ale piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę. Kto wie jak zakończyłby się ten pojedynek, gdyby lewoskrzydłowy trafił kilka centymetrów niżej… Wodarz był wzorem człowieka na boisku, jak i poza nim. Elegancki i spokojny w grze. Czasem zarzucano mu jednak bojaźliwość. Kiedy kogoś sfaulował, to zawsze kilka razy go przepraszał i upewniał się, czy na pewno nic złego się nie stało. Starał się grać jak najbardziej fair. Nie sztuka wpaść na rywala i go zadeptać. Sztuką jest odebrać mu piłkę tak, żeby się nawet nie zorientował – podkreślał. Kiedy w 1934 r. Ruch po raz drugi zdobywał mistrzostwo, to w „Przeglądzie Sportowym” opublikowano artykuł, w którym krótko przedstawiano każdego z zawodników. O Wodarzu pisano tak: ,,Lewoskrzydłowy Gerard Wodarz, teraźniejszy kapitan, liczący lat 21, jest piłkarzem spokojnym, wzorowym, stroni od częstych w obozie mistrza hulanek, a przez stworzenie ogniska domowego zjednał sobie całą drużynę. Reprezentacyjny i najelegantszy piłkarz nie tylko Śląska, ale bodaj i całej Polski, jest urzędnikiem w Hucie Batorego. Wodarz jest jedynym graczem bez złośliwego przydomka”. W 1930 r. ukończył Koedukacyjną Szkołę Handlową w Wielkich Hajdukach. Jak większość przedwojennych piłkarzy musiał normalnie pracować. Zatrudniony był w hucie jako księgowy. Praca, dopiero później trening. Żona przychylnie patrzyła na pasję męża. ,,Nigdy by mu nie zabroniła grać ani trenować. Zresztą sama też kopała piłkę! – wspominał syn Gerarda, Lucjan. Żonę poznał dzięki Franciszkowi Zarzyckiemu, który też grał w Ruchu. Łucja była jego młodszą siostrą. W 1934 r. Gerard i Łucja stanęli przed ołtarzem. Rano był ślub, a po południu wszyscy udali się na mecz. W klubie panowała wtedy taka tradycja, że kiedy w niedzielę rano któryś z piłkarzy wstępował w związek małżeński, to na popołudniowym meczu jego świeżo upieczona małżonka zasiadała na trybunach w białej sukni. Zwyczaj zapoczątkował Ewald Urban, późnej podtrzymał go Stefan Katzy.

8

@FCBparasiempre
10 sierpnia 1913 r. w Chorzowie urodził się Gerard Wodarz, złote skrzydło Ruchu i reprezentacji Polski. Był jednym z najlepszych polskich piłkarzy nie tylko okresu międzywojennego ale również w całej historii polskiego futbolu. Najlepsze lata kariery zabrała mu wojna. Już jako nastolatek grał w reprezentacji. Na igrzyskach w Berlinie czarował na lewym skrzydle i strzelił 3 gole w starciu z Wielką Brytanią. Dobrymi występami zyskał uznanie w oczach Anglików i niewiele brakowało a zagrałby w tamtejszej lidze. Pięciokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Z jego podań dziesiątki goli strzelali Peterek i Wilimowski. Dzisiaj niewielu o nim pamięta ale dla kibiców chorzowskiego Ruchu Gerard Wodarz jest postacią legendarną. I to w pełni zasłużenie. Igrzyska olimpijskie w Berlinie były pierwszą dużą imprezą, na której zaistniała nasza reprezentacja. Polacy dotarli do półfinałów, gdzie niestety musieli uznać wyższość Austrii. W meczu o trzecie miejsce natomiast pechowo przegraliśmy z Norwegami. Według wielu obserwatorów, to właśnie zespoły, które walczyły o brąz, były najlepszymi w całym turnieju. Nasi zawodnicy pokazali się z dobrej strony i udowodnili, że poziom futbolu nad Wisłą jest coraz wyższy. Niespełna miesiąc po igrzyskach mieli okazję do potwierdzenia swoich umiejętności w starciu z Jugosławią. W Belgradzie polegli jednak aż 3:9. Mimo że mecz odbywał się w trudnych warunkach i duży wpływ na naszą postawę miała kontuzja naszego kapitana Henryka Martyny, to trudno było o optymizm przed zbliżającym się starciem z Niemcami. W niedzielne popołudnie 13 września 1936 r. kibice tłumnie ruszyli na Stadion Wojska Polskiego. Trybuny pękały w szwach a frekwencja wyniosła około 45 tys. Co najmniej kilka tysięcy sympatyków piłki dostało się na stadion nielegalnie dzięki sfałszowanym biletom. PZPN zupełnie nie docenił skali zainteresowania meczem i na związek spadła fala krytyki za fatalną organizację. Zabrakło telefonu dla prasy, policja odnotowała setki kradzieży, pobić i nieszczęśliwych wypadków. Wielu ludzi zostało poturbowanych. Zagrania Polaków często nagradzano gromkimi brawami. Pierwsza połowa była dość wyrównana. Ataki Niemców stawały się coraz bardziej niebezpieczne a akcje Polaków raziły nieskutecznością. Pierwsi na prowadzenie wyszli nasi zachodni sąsiedzi. Już w 19. minucie błąd Wasiewicza wykorzystał Euler, podał do Hohmanna a ten strzałem po ziemi z kilkunastu metrów pokonał Albańskiego. Druga odsłona była już dużo lepsza w naszym wykonaniu. W ataku, w którym Scherfke i Gad nie potrafili znaleźć sposobu na pokonanie Buchloha, odpowiedzialność za zdobywanie goli wziął na siebie Wodarz. W 70. minucie wykorzystał świetne podanie od kolegów i mijając obrońców, strzelił płasko w prawy róg. ,,Z poszczególnych formacji drużyny najbardziej zawiódł napad, który de facto zwalił całą pracę ofensywną na barki świetnego Wodarza. A fakt, że w takich warunkach nasz pilnowany do niemożliwości lewoskrzydłowy potrafił zdobyć bramkę, oraz o włos nie uzyskać drugiej świadczy raz jeszcze o jego nieprzeciętnych walorach”– pisał na łamach Przeglądu Sportowego Jerzy Grabowski 14 września 1936 r. Do końca spotkania wynik nie uległ już dużej zmianie. Wodarz potwierdził swoje znakomite umiejętności, które prezentował już w Berlinie. Polacy po raz pierwszy zremisowali z Niemcami, a wcale dużo nie brakowało, żeby przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Na uwagę zasługuje też postawa kibiców, którzy gorącym dopingiem wspierali swoich ulubieńców. Dobrą grę Polaków w drugiej części gry zauważył też prowadzący zawody Szwed Rudolf Eklöw: ,,Polska była stanowczo bliższa zwycięstwa niż Niemcy. Gdyby zaś na Olimpiadzie z Austrią zagrała na poziomie, jak w drugiej części z Niemcami, byłaby zwyciężyła bardzo lekko”. Gdyby w tamtym meczu zagrali Wilimowski i Peterek, z którymi Wodarz świetnie rozumiał się w Ruchu, może na zwycięstwo nad Niemcami nie musielibyśmy czekać do 2014 r. Zanim jednak Wodarz wraz z kolegami stworzył niezapominane trio, pierwsze swoje piłkarskie kroki stawiał, grając typowe mecze ulica na ulicę, czy osiedle na osiedle. Gerard w swoich wspomnieniach Od szmacianki do olimpiady, które były publikowane w latach 40. na łamach „Sportu”, przyznawał, że nie pamięta, kiedy po raz pierwszy miał kontakt z piłką. Z pewnością należał jednak do drużyny z ulicy Św. Jadwigi, a ich największym rywalem był zespół „Bloków”. W wielu zaciętych spotkaniach tych ulicznych klubów wykuwały się charaktery późniejszych reprezentantów Polski. Razem z Wodarzem swoje umiejętności podnosili wtedy m.in. Teodor Peterek czy Karol Dziwisz. Kto wie, jak potoczyłyby się losy przyszłych reprezentantów, gdyby nie pewien nauczyciel. Zainteresował się on pasją swoich podopiecznych i pomógł im zorganizować mecze na hałdzie Kalina. Nawierzchnia boiska była żużlowo – piaskowa, a dodatkowo pokryta popiołem. Kiedy rozgrywał tam swoje mecze Ruch, to tak się kurzyło, że w przerwie straż pożarna polewała płytę wodą. Młodym chłopakom to jednak nie przeszkadzało. Często wracali do domów z pozdzieranymi kolanami czy rękami, ale cieszyli się, że mieli gdzie grać. Pedagog zadbał również o piłkę. Wodarz z towarzyszami nie musieli już grać szmacianką lub taką o mniejszych rozmiarach, ale jak to określił sam piłkarz oryginalną „kulą”. ,,Była ona co prawda trochę jajowata, ale to nie przeszkadzało wówczas w grze” – wspominał Gerard. Wodarz przyszedł na świat 10 sierpnia 1913 r. w ówczesnym Bismarckhütte. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, miejscowość przemianowano na Wielkie Hajduki. Największym i najsilniejszym klubem w okolicy był Ruch. Gra w tym zespole była marzeniem każdego młodego hajduczanina uganiającego się za piłką. Podobnie było z naszym bohaterem. Wodarz dołączył do juniorskiej drużyny Ruchu w wieku 12 lat. Dwa lata później, czyli w roku 1927 doszło do rozłamu w hajduckiej drużynie. Zawodnicy drużyny rezerw opuścili klub i założyli własny, który nazwali Haller. Wywołało to konieczność utworzenia nowej drużyny rezerwy w Ruchu z dotychczasowych juniorów. W ten sposób mając zaledwie lat czternaście, dostałem się już do rezerwy, gdzie grałem tak jak dziś zawsze na lewym skrzydle, gdyż jestem „mańkutem” – opowiadał Wodarz na łamach „Sportu”. Na zapleczu pierwszej drużyny nie spędził jednak zbyt wiele czasu. W rezerwach prezentował się na tyle dobrze, że już wkrótce dostał szansę debiutu w podstawowym składzie. Pewnej niedzieli przed południem – w tym roku po przydzieleniu do rezerwy – podszedł do mnie w kościele pracownik 1-szej drużyny, oświadczając, iż szuka mnie. Mam natychmiast jechać do Bielska, gdzie Ruch grał, gdyż ich lewoskrzydłowy zachorował. Pojechałem tam jak stałem. Nosiłem jeszcze wówczas krótkie spodnie i koszulę z wyłożonym kołnierzem. Graliśmy z BTS. Pojawienie się moje na boisku w Bielsku wywołało złośliwe uwagi tamtejszych kibiców pod adresem „chłopaczka”. Wkrótce jednak po rozpoczęciu się meczu i strzeleniu przeze mnie nieczęsto widzianej bramki z odległości 30 metrów, zwolennicy tamtejszego Klubu zmienili zdanie: nabrali szacunku dla moich umiejętności. Partnerem moim był wówczas starszy o 10 lat, lecz niższy Sobocik. Słuchałem go jak ojca, on to kierował mną w akcji – opisywał Wodarz swój pierwszy mecz w Ruchu we wspomnieniach „Od szmacianki do olimpiady”. Od czasu tamtego meczu powoli, ale systematycznie robił postępy. Ciężko pracował na treningach i dzięki swojemu zaangażowaniu wkrótce na stałe dołączył do pierwszej drużyny. W cytowanych już wspomnieniach opowiadał o wyjazdowym meczu we Lwowie. W czerwcu 1929 r. Ruch mierzył się z miejscową Pogonią z Kucharem w składzie. Wodarz pojechał tam jako rezerwowy, ale co ciekawe nie jako lewoskrzydłowy. Wystawiono mnie jako rezerwowego bramkarza, gdyż zasadniczo zabrano mnie, abym widział jak lwowiacy grają. Przebrać się przebrałem i stanąłem za bramką, ale jak zobaczyłem tempo gry, to ze strachu serce biło mi jak oszalałe i prosiłem Boga, abym nie musiał czasem bramkarza zastąpić – wspominał. Widoczne jego modlitwy zostały wysłuchane, bo mimo ostrej gry i faktu, że Ruch kończył w dziewiątkę, pierwszy bramkarz wytrwał na posterunku. Niebiescy wygrali 4:3, co było sporą niespodzianką, bo plasowali się wtedy raczej w dolnych rejonach tabeli. Niespełna miesiąc później Wodarz zaliczył swój pierwszy mecz w lidze. 7 lipca na boisku AKS-u w Królewskiej Hucie, Ruch podejmował Warszawiankę. Przed rozpoczęciem spotkania okazało się, że przybyło tylko dziesięciu graczy podstawowego składu – zabrakło Pawła Buchwalda. Jego miejsce na łączniku zajął Karol Frost, który zwykle grał na lewym skrzydle. W ten sposób otworzyła się szansa dla Gerarda. Przepisy stanowiły wtedy, że minimalny wiek dla ligowca to 16 lat. Wodarzowi brakowało kilku tygodni, ale działacze postanowili zaryzykować. W ten sposób nastolatek zaczął pisać nowy rozdział w swojej karierze. W tym samym roku Wodarz razem z Ruchem pojechał na dwutygodniowy turniej do Gdańska. Był to jego pierwszy tak daleki wyjazd. Na razie powoli wchodził do zespołu, ale już w następnym roku miał stać się podstawowym zawodnikiem drużyny. Jako jedyny(!) wystąpił wtedy we wszystkich ligowych meczach i to w wieku tylko 17 lat. 25 maja 1930 r. młody lewoskrzydłowy po raz pierwszy wpisał się do protokołu meczowego, strzelając drugą bramkę w wygranym 2:1 meczu z warszawską Polonią. Stał się tym samym najmłodszym strzelcem bramki w polskiej lidze. Jedynie podkreślić należy grę młodego lewoskrzydłowego Wodarza, który staje się bardzo wydatną podporą ligowej drużyny – chwalono występ Gerarda w Przeglądzie Sportowym z 28 maja 1930 r. Wodarz coraz lepiej spisywał się w lidze. To on najczęściej swoimi podaniami czy dośrodkowaniami otwierał kolegom drogę do bramki lub sam je zdobywał. Zarówno w 1931 r., jak i w 1932 nie opuścił żadnego ligowego spotkania. Jeśli w relacjach prasowych kogoś wyróżniano, to najczęściej był to właśnie Wodarz do spółki z Peterkiem. Dobre występy jednostek nie szły w parze z formą całej drużyny, choć w porównaniu do poprzednich sezonów Ruch piął się w górę. W połowie kwietnia 1931 r. hajduccy piłkarze po raz pierwszy nawet liderowali tabeli. Do podium dalej było jednak daleko, a fakt, że z powodów finansowych klub ciągle musiał sobie radzić bez trenera, na pewno nie pomagał w rywalizacji. Dobre występy Wodarza w lidze nie przeszły niezauważone. Postępy, jakie czynił, zapewniły mu miejsce w reprezentacji okręgu. Wkrótce zwrócił też na siebie uwagę Józefa Kałuży. Kapitan związkowy PZPN zdecydował się powołać młodego zawodnika na towarzyskie spotkanie z Rumunią. Nasi ówcześni sąsiedzi należeli wtedy do europejskiej czołówki. Dobrze radzili sobie w Pucharze Bałkańskim. Byli też równorzędnym rywalem dla tak renomowanych ekip jak: Węgry, Austria czy Czechosłowacja. 2 października 1932 w Bukareszcie górą byli jednak Polacy. Drużyna nasza wygrała wtedy 5:0, ale spotkanie należało mimo wysokiego wyniku do trudnych. Temperatura wynosiła 42oC. Każdy może sobie wyobrazić, jak się gracze pocili. Ja, 18-letni młodzieniec wówczas, miałem do pokonania prócz tych 42 stopni, jeszcze swą „gorączkę” pierwszego oficjalnego występu w reprezentacji Polski – opowiadał po latach o swoim pierwszym meczu w kadrze. W momencie debiutu miał 19 lat i 53 dni. Przed nim koszulkę z białym orłem na piersi zakładało tylko dwóch młodszych graczy. Zaprezentował się na tyle dobrze, że znalazło się dla niego miejsce w zbliżającym się wyjeździe kadry do Włoch. Polska miała zagrać tam trzy oficjalne spotkania, ale skończyło się tylko na dwóch i to nieoficjalnych. Nieznane są przyczyny odwołania oficjalnego charakteru spotkań, ale wiadomo, że przyjęto nas z najwyższymi honorami. Przed oboma spotkaniami odegrano hymny gospodarzy i gości, a także zaproszono neutralnych sędziów. Polacy jednak dwa razy przegrali. W spotkaniu rozgrywanym w Neapolu z reprezentacją Włoch środkowo-południowych było 0:3 a w drugim, które odbyło się w Genui z zespołem północno-zachodnich Włoch aż 1:5. Naszym zawodnikom brakowało szybkości i mieli problemy z utrzymaniem narzuconego tempa. Na dodatek Włosi już wtedy nie przebierali w środkach, co w pierwszym starciu skończyło się dwiema kontuzjami Polaków. Również sędziowie, zwłaszcza w spotkaniu w Genui mogli się spisać lepiej. Za ewidentną rękę nie został podyktowany rzut karny. Prasa włoska jednak zauważała, że Polacy byli lepszym zespołem, niż zakładano. Wygranie meczu na gorącym nie tylko z powodu słońca terenie nie było łatwym, jak o tym prócz nas przekonało się wiele innych drużyn. Przegraliśmy – wspominał Wodarz. W 1933 r. w Ruchu doszło do wielu zmian. Powołano specjalny komitet, którego zdaniem miało być pozyskanie sponsorów klubu. Wybór padł na Hutę Bismarcka. Prezesem klubu został Wilhelm Blacha. Był zdania, że drużynę trzeba budować na lata i opierać ją na zawodnikach pochodzących z Górnego Śląska. Zmiany zaszły również w lidze. Rywalizowano w dwóch grupach – wschodniej i zachodniej. Trzy najlepsze drużyny z każdej z nich w drugiej części sezonu toczyły bój o mistrzostwo. Również w drużynie doszło do przetasowania. Niektórzy zakończyli kariery, inni zmienili barwy klubowe. Już w poprzedniej kampanii ligowej zaistniał 19-letni Edmund Giemza, wkrótce do pierwszej drużyny dołączył też wychowanek Alfred Gwoźdź. To właśnie ci dwaj panowie oraz Teodor Peterek okażą się na koniec sezonu najlepszymi strzelcami klubu.

7

Pamiętajmy! To był najwybitniejszy skrzydłowy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):

@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@RoberDzik Niby z jakiego powodu mają poglądy bliżej do Franco niż do naszych legend? No i jakie konkretnie poglądy masz na myśli?

11

Ostatnie pożegnanie katalońskiej ikony:


10 sierpnia 2007 r. odbył się pogrzeb Nicolau Casausa. Casaus był wiceprezydentem FC Barcelony w latach 1978-2003. W 1939 r. aresztowano go za bycie ,,czerwonym separatystą” i pięć lat spędził w więzieniu, w tym 72 dni w celi śmierci za poglądy, które przedstawiał w magazynie ,, Horitzons”. Gdy wypuszczono go z więzienia na dworcu w Igualadzie powitali go policjanci, którzy w drwiący sposób nazywali go ,,Burmistrzem Igualady”. W latach 40-tych dzięki pomocy swojego przyjaciela słynnego Josepa Samitiera założył firme tekstylną. W 1948 r. został socio FC Barcelony i zaczął piąć się po szczeblach kariery w klubie. W latach 1961-77 znajdował się w opozycji wobec urzędujących prezydentów a w 1978 r. po przegranych wyborach dał się przekonać Nuñezowi i został jego zastępcą, mimo że wcześniej odrzucał taką możliwość. Jego głównym terenem zajęć stał się departament penyi. W czasie jego 25-letnich rządów liczba oficjalnych klubów kibica wzrosła z 60 do ponad 1,5 tysiąca a w 1999 r. na spotkaniu penyi podarowano mu jego popiersie z brązu, które obecnie znajduje się w klubowym muzeum.





@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@bodzio10 Wierze ci, gdyż było tak blisko jak mało kiedy! Ja z kolei byłem wściekły na to wszystko że się nie powiodło ale już szczegółów nie pamiętam.
Mam gdzieś nagrany ten rewanż na płytke dvd. Trzeba będzie kiedyś odkurzyć...

0

@Pressinho Co prawda nie jestem pasjonatem dyscyplin olimpijskich ale troche tam oglądam zmagania na każdej z olimpiad(zwłaszcza piłe nożną, tenis i siatkówke). Natomiast nigdy nie interesowałem się historią igrzysk olimpijskich(poza oczywiście piłką nożną), więc nie znam tych ,,skandali", które przytoczyłeś. Jeśli chodzi o Jesse Owensa, to np. Wikipedia nic nie wskazuje o jakimkolwiek skandalu w jego przypadku. Tak czy inaczej dzięki ci za te informacje, w wolnym czasie prześledze je sobie.

6

@FCBparasiempre
Dokładnie 50 lat temu w Piacenzie urodził się Filippo Inzaghi. W klubie z tego miasta rozpoczął piłkarską karierę w sezonie 1991/92, po czym na rok wypożyczony został do trzecioligowego Leffe. Następnie występował w Veronie i ponownie w Piacenzy. W 1995 roku trafił do Parmy, w barwach której zadebiutował w Serie A. Najczęściej jednak zajmował miejsce na ławce rezerwowych, skąd przyglądał się poczynaniom Zoli i Stoiczkowa. Rozegrał zaledwie 15 spotkań strzelając dwie bramki. Latem 1996 roku wypożyczono go do Atalanty Bergamo. To posunięcie okazało się strzałem w dziesiątkę i dla klubu z Lombardii i dla samego snajpera. W barwach Atalanty rozegrał 33 spotkania (nie zagrał tylko w jednym meczu), strzelając 24 gole. Latem 1997 roku transfer Inzaghiego do Juventusu nie stanowił więc niespodzianki. Bądź co bądź, mistrzowie Włoch kupowali z Atalanty Bergamo piłkarza, który z 24 golami na koncie został królem ligowych strzelców sezonu 1996/97. Działacze Bianconerich każdą bramkę wycenili na pół miliona dolarów. Inzaghi podpisał pięcioletni kontrakt i zarabiał na tamtą chwilę 1,2 miliona dolarów rocznie. Jak sam powiedział: “Gra w Juventusie to spełnienie moich marzeń“. Już w swym pierwszym sezonie spędzonym w Juve grał u boku wielkiego Alessandro Del Piero. Mimo wzajemnej niechęci, która była tajemnica poliszynela, na boisku stworzyli znakomity duet, którego Lippiemu mógł pozazdrościć każdy trener. We dwóch strzelili 39 goli. Mniej bramek niż ta dwójka zdobyli wszyscy piłkarze siedmiu drużyn Serie A, w tym słynnego Milanu. Mimo tak udanego sezonu w Juventusie, w okresie letniego mercato spekulowano, że Inzaghi może przejść do Romy. Miało się tak stać z chwilą sfinalizowania rozmów Juve z Christianem Vierim. Do tego jednak nie doszło. Vieri ostatecznie odszedł do Lazio, a Filippo Inzaghi, ku uciesze wielu fanów, pozostał na Stadio Delle Alpi. Tym samym złamał pewną regułę. Do tej pory od czasu wkroczenia w wiek seniorski co roku zmieniał klubowe barwy. Zaraz po przyjściu do Juve, Inzaghi święcił swój 1 triumf. Był to Superpuchar Włoch rozegrany w 1997 r. Rywalem była Vicenza. Bianconeri wygrali ten mecz 3-0, a autorem dwóch goli był nie kto inny, jak sam Inzaghi (trzecią bramkę dołożył Conte). Kolejny sukces przyszedł za niedługo, bo już w pierwszym sezonie w nowych barwach. Wtedy to Juventus zdominował rywali i zdobył swe 25. scudetto. Jak się jednak później okazało, był to ostatni taki sukces bramkostrzelnego napastnika w barwach Juve. Mógł odczuwać niedosyt, lecz nie z powodu swojej postawy, co z braku większych osiągnięć, w końcu w Turynie spędził 4 lata. W sezonie 1998/1999 Inzaghi nie zawiódł strzelając 12 goli w 28 meczach. Wszystko ułożyłoby się zapewne lepiej, gdyby nie koszmarna kontuzja Del Piero, tuż na początku sezonu. W ostateczności klub z Turynu zakończył ligowe rozgrywki dopiero na 7. miejscu. Również w Lidze Mistrzów Pippo spisywał się na miarę oczekiwań. Otarł się nawet o wielki finał, jednak ostatecznie Juve musiał uznać w półfinale wyższość Manchesteru United. W sezonach 1999/2000 i 2000/2001 wszystko zdawało się wrócić do normy. Inzaghi zachwycał i robił to co do niego należało – strzelał bramki. Zdobył ich odpowiednio 15 i 11. Na niewiele się to zdało, ponieważ Juve dwa razy kończyło rozgrywki ligowe jako wicemistrz. Również w Europie turyński zespół nie zachwycał. Wygrał mało prestiżowe rozgrywki Pucharu Intertotto, by później szybko odpaść z Pucharu UEFA. Sezon później (2000/2001) Juve już w pierwszej fazie grupowej Ligi Mistrzów pożegnało się z rozgrywkami. Inzaghi zdobył 5 goli z 9 strzelonych przez Juve. W meczu z Hamburgerem udało mu się nawet ustrzelić hat-tricka. Już wtedy Filippo Inzaghi czuł na plecach oddech Davida Trezegueta. Jeśli obawiał się o miejsce w podstawowej jedenastce to miał rację, bo działacze Juve zdecydowali się sprzedać Włocha, by zrobić przestrzeń dla kupionego po Euro 2000 Francuza. W 2001 roku Filippo Inzaghi opuścił Turyn przenosząc się do Milanu za 38 milionów dolarów. Szybko się tam zaaklimatyzował i zdobywał dla nowego klubu mnóstwo bramek. W 2007 roku stał się bohaterem całego Mediolanu, gdy jego dwie bramki w finale z Liverpoolem zapewniły Rossonerim wygraną w Lidze Mistrzów. Ogółem w Milanie grał aż do 2012 roku i w 300 meczach strzelił 126 bramki. Regularnie powoływany do reprezentacji Włoch, w Squadra Azzurra wystąpił trzy razy w finałach mistrzostw świata (1998, 2002, 2006 – na tych ostatnich zdobył złoty medal) oraz na Euro 2000, skąd przywiózł srebro. Podczas 4 sezonów spędzonych na Delle Alpi, Superpippo rozegrał w barwach Juventusu 167 meczy zdobywając aż 91 goli. Bilans naprawdę imponujący, a samego piłkarza na pewno nigdy nie zapomni żaden kibic Juve z tamtych czasów. Po zakończeniu w 2012 roku kariery piłkarskiej Inzaghi postanowił spróbować swoich sił jako trener. Zaczynał od młodzieżowych drużyn Milanu, by w czerwcu 2014 roku zadebiutować w Serie A w nowej roli – trenera Rossonerich. Po pierwszym sezonie został jednak przez klub zwolniony ze względu na niezadowalające wyniki. Poźniej trenował drużynę Venezii, z którą najpierw awansował do Serie B, by sezon później dopiero w play-offach przegrać awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następnie bez większych sukcesów zasiadał na ławce Bologni, Benevento i Brescii. Od zaledwie miesiąca prowadzi drugoligową Reggine.

9

Polskie kluby w Champions League(eliminacje):

9 sierpnia 2005 r. Wisła Kraków pokonała u siebie Panathinaikos Ateny 3:1 w pierwszym meczu el. Ligi Mistrzów. Dwa kroki do piłkarskiego nieba. Tyle trzeba było zrobić, aby w sezonie 2005/2006 zagrać w Lidze Mistrzów, bo tym razem najlepszy polski zespół rozpoczął kwalifikacje dopiero od trzeciej rundy. Do tego rywal, na którego trafiła krakowska Wisła, był w jej zasięgu. Wprawdzie w składzie Panathinaikosu nie brakowało znanych piłkarzy, z Brazylijczykiem Flávio Conceição, Chorwatem Igorem Bišćanem i Emmanuelem Olisadebe na czele ale w drużynie Białej Gwiazdy( nomen omen) gwiazd też była cała konstelacja. Mecz pod Wawelem nie zaczął się dla nas najlepiej, bo „Emsi” już w 4. minucie przypomniał polskim kibicom o swoich snajperskich umiejętnościach. Na tego gola szybko jednak odpowiedział Paweł Brożek a w drugiej połowie gospodarze powiększyli przewagę do dwóch goli autorstwa Kalu Uche i Tomasza Frankowskiego. Awans był na wyciągnięcie ręki...


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

8

Hiszpańska federacja przesiąknięta dyktaturą:


9 sierpnia 1978 r. FC Barcelona zatrudniła Alberto Tarantiniego, lecz reżim anulował ten transfer. Lewy obrońca reprezentacji Argentyny był wówczas świeżo upieczonym mistrzem Świata. Alberto rok wcześniej w barwach Boca Juniors zagrał nawet z Blaugraną na Camp Nou w Pucharze Gampera. W sierpniu 1978 r. zaprezentowano go nawet na jednym z treningów w koszulce Barçy ale nie posiadał jeszcze hiszpańskiego obywatelstwa. Jego żoną była Hiszpanka, więc wydawało się iż załatwienie formalności potrwa krótko i będzie mógł zagrać już w pierwszym meczu ligowym. Niestety reżim na to nie pozwolił. Machina propagandowa oskarżyła piłkarza między innymi o to, że wziął ślub tylko dla hiszpańskiego paszportu. W końcu Tarantini trafił do Birmingham City, gdzie jednak nie spełnił oczekiwań ze względu na swój porywczy charakter. Jak widać nawet 3 lata po śmierci dyktatora niewiele się właściwie zmieniło. Zresztą do dzisiejszego dnia Real Madryt jest faworyzowany przez władze piłkarskie z Madrytu i to się już chyba nie zmieni…





@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

Vamos Raków Częstochowa!
Vamos a ganar!
Vamos po awans do 4 rundy eliminacji Ligi Mistrzów!

2

@wasacz To skandal że nie ma transmisji na żadnym polskim programie!

2

Przedwczoraj pytałem redakcje na jakim programie mógłbym obejrzeć mecz ukochanej Barcuni? Do tej pory nie ma odzewu, więc będę oglądał mecz Rakowa w eliminacjach do Ligi Mistrzów, to nawet ważniejsze dla Polaka niż mecz o Puchar Gampera...

0

@Pressinho ,,wszystkimi skandalami?" To ile ich było w tym Berlinie?

0

@FCBparasiempre
Jak było naprawdę? Na tak postawione pytanie trudno dzisiaj jednoznacznie odpowiedzieć. Co zrozumiałe, inaczej te wydarzenia zapamiętano w Peru, a inaczej w Europie. W rozmaitych opracowaniach, książkach i artykułach pojawia się sporo wersji. Według jednej z nich norweski sędzia miał wyraźnie sprzyjać Austriakom, przez co nie uznał prawidłowo według Peruwiańczyków zdobytych bramek. Po strzeleniu czwartego gola stało się jednak już jasne, że to Peru wygra mecz. Rozradowani kibice mieli wbiec na boisko i wyściskać i wycałować swoich bohaterów. W powstałym zamieszaniu miał ucierpieć jeden z Austriaków. Według różnych wersji Anton Krenn został kopnięty lub mocno poturbowany i nie był w stanie kontynuować gry. Niektóre źródła podają też, że do wtargnięcia kibiców doszło po zdobyciu trzeciej bramki przez Peru. Inna wersja jest trochę bardziej złożona. Według niej przed rozpoczęciem dogrywki gotowość do gry zgłosił kontuzjowany wcześniej Adolf Laudon. To miało rozzłościć zarówno piłkarzy, jak i rozgorączkowanych kibiców. Zamieszanie i chaos, któremu dali się ponieść peruwiańscy kibice na trybunach, narastały. Można się było zastanawiać, co mogło doprowadzić Peruwiańczyków do tak ślepej furii. Dopiero stopniowo zrozumiano, że uwierzyli oni, że Austriacy wymienili kontuzjowanego Laudona na innego zawodnika, czego zabraniały reguły olimpijskiego turnieju piłki nożnej – pisano w Sport-Tagblatt. Tę relację po części potwierdza też korespondent brytyjskiej Daily Sketch W. Capel Kirby. W opublikowanej w poniedziałek 10 sierpnia relacji pisał, że powrót kontuzjowanego Austriaka do gry wywołał wielkie protesty Peruwiańczyków. Twierdzili oni, że to nie Laudon, ale inny rezerwowy piłkarz. Wszyscy gracze stanęli na środku i kłócili się, żywo gestykulując. Warto jednak zaznaczyć, że Capel Kirby nie mógł być naocznym świadkiem tych wydarzeń, gdyż w tym samym czasie był na meczu Polski z Wielką Brytanią. Jedną z bardziej przejmujących relacji opublikowano w gazecie Der Morgen. Według jej doniesień jednym z widzów na meczu był niemiecki sędzia Peco Bauwens. Miał on zostać obrażony przez peruwiańskich kibiców, kiedy próbował zaprowadzić jakiś porządek i zapanować nad sytuacją. Kiedy egzotyczni piłkarze trafili w dogrywce, to setki ich zwolenników z Ameryki Południowej wtargnęły na plac gry i wszelkie pozory porządku zostały zniszczone. W trakcie dzikiej walki ciężko ranny został Austriak Krenn. Miejscowa publiczność gwałtownie protestowała przeciwko tego typu zabawie i można było usłyszeć okrzyki „wynocha z Europy!”. Nawet po zakończeniu meczu, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Peru, kibice nadal demonstrowali – pisano w Der Morgen. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie na relacji Der Morgen oparł swoje sprawozdanie Capel Kirby. Ponad tysiąc peruwiańskich kibiców, wrzeszczących, wyjących i wymachujących flagami, przeskoczyło barierki i wtargnęło na boisko. Austriaccy gracze byli kopani i bici. W pewnym momencie dr Bauwens zobaczył, jak jeden z Peruwiańczyków wsuwa rękę do kieszeni na biodrze, tak jakby chciał wyciągnąć broń. Dr Bauwens bez chwili wahania chwycił mężczyznę za gardło i nie pozwolił mu sięgnąć do kieszeni. Zanim jednak udało się go zneutralizować, doszło go gwałtownej walki – pisał Capel Kirby na łamach Daily Sketch. Tak naprawdę co gazeta, to inna wersja wydarzeń. Polska prasa w ogóle nie wspominała o wtargnięciu Peruwiańczyków na murawę. Informacja to pojawiła się dopiero po decyzji o ponownym rozegraniu meczu. Trenerem Austrii był wówczas Anglik James Hogan. Był znany ze swojego zamiłowania do czystej gry i raczej mało prawdopodobne, żeby uciekał się do takich sztuczek, jak zamiana kontuzjowanego zawodnika na zdrowego. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że peruwiańscy kibice jednak wtargnęli na boisko. Mecz obserwowało ledwie pięć tysięcy widzów, więc sił porządkowych też za dużo nie było. Wątpliwości nasuwają się, kiedy spojrzymy na rzekomą liczbę Peruwiańczyków. Mało prawdopodobne, żeby z tak biednego kraju, jakim było wówczas Peru, aż tylu kibiców zdecydowało się na podróż do Europy. Wyjazd do Berlina był wielkim logistycznym wyzwaniem dla całej reprezentacji. Do Europy przypłynęła ona na parowcu Orazio, a sama podróż trwała półtora miesiąca. Prezydent Peruwiańskiego Komitetu Olimpijskiego Eduardo Dibós Dammert musiał się mocno starać, żeby uzbierać wystarczające fundusze na berlińską wyprawę. Dla przeciętnego kibica tak daleka podróż była praktycznie nieosiągalna. W 1976 r. w czterdziestą rocznicę berlińskich igrzysk zorganizowano w Peru specjalną ceremonię upamiętniającą tamtą imprezę. Eduardo Dibós Dammert rozmawiał wtedy z kilkoma zawodnikami i każdy potwierdził, że peruwiańscy kibice byli bardzo nieliczni. Ciekawe jest też to, że prawdopodobnie nie zachowało się żadne zdjęcie, które dokumentowałoby tę rzekomą inwazję setek rozgorączkowanych kibiców na boisko. Fotografii z samego meczu trochę jest, więc dlaczego nikt nie uwiecznił tak donośnego wydarzenia? W cytowanym wyżej artykule ze Sport-Tagblatt znajdziemy też informację, która każe inaczej spojrzeć na zachowanie kibiców: ,,Fanatycy znowu wtargnęli na boisko i zaczęli całować zawodników. Pod koniec było naprawdę źle. My, cywilizowani mieszkańcy Europy Środkowej, współczuliśmy graczom! Wysiłek dwóch godzin gry na boisku nie był naszym zdaniem tak wielki, jak ceremonia całowania po wygranej. Każdy gracz był całowany przez każdego z obecnych Peruwiańczyków”– pisano. Być może to, co dla kibiców z Ameryki Południowej były czymś względnie normalnym, w Europie budziło zdziwienie i przerażenie. Być może ktoś nieco podkoloryzował prasową relację i ukazał gości z Peru jako nieokrzesanych dzikusów. Nie byłby to zresztą pierwszy ani ostatni raz, kiedy Europejczycy z wyższością patrzyliby na przybyszy z drugiej strony Atlantyku. Prawdy o berlińskich wydarzeniach nie sposób dzisiaj dociec.

Wiemy za to, co wydarzyło się później. Powtórzenie meczu wyznaczono na 10 sierpnia na godzinę 17:00. Ekipa Peru jednak nie zjawiła się na stadionie. Włoski sędzia Rinaldo Barlassina odczekał razem z austriacką ekipą na pojawienie się Peruwiańczyków, ale po pół godziny odgwizdał walkower dla Austrii. Nie jest do końca jasne, dlaczego Peru się nie zjawiło. Przez lata utarło się, że poczuli się dotknięci decyzją komisji odwoławczej i nie mieli zamiaru brać udziału w tak zorganizowanych rozgrywkach. Nie brakuje też głosów, że drużyna wyruszyła na powtórzone spotkanie. Jednak z uwagi na problemy komunikacyjne spowodowane zamknięciem kilku berlińskich ulic z powodu rozgrywanego wyścigu kolarskiego, nie zdążyła dojechać na czas. Mecz podobno miał zostać przełożony na 11 sierpnia, ale w Berlinie pojawiły się już wtedy pogłoski, że tego dnia Peru wyjeżdża do Paryża. Tak czy inaczej, do ponownego spotkania obu ekip nie doszło. Tymczasem w Limie hucznie świętowano awans do strefy medalowej. Wieści z Europy dotarły do Peru z dwudniowym opóźnieniem i spowodowały masowe protesty na ulicach. Dwudziestotysięczny tłum zebrał się pod pałacem prezydenckim, gdzie wysłuchał przemowy prezydenta Óscara R. Benavidesa. Poinformował on kibiców, że otrzymał pilny telegram z Berlina, w którym przedstawiono mu sytuację. Stojąc na straży honoru Peruwiańczyków, nakazał on całej delegacji powrócić do kraju, czym wywołał brawa wśród zgromadzonych. Na tym jednak się nie skończyło. New York Times na pierwszej stronie informował, że konsulat niemiecki został obrzucony kamieniami. Z kolei w głównym porcie w Callao robotnicy odmówili załadunku niemieckich i norweskich statków. Pojawiały się też opinie, że zamieszki wywołane meczem z Austrią, były dodatkowo na rękę rządzącym, którzy chcieli wywołać większe poczucie krzywdy w kraju przed zbliżającymi się wyborami. Berlin opuściła cała peruwiańska reprezentacja olimpijska. Oprócz piłkarzy, byli to także koszykarze, którzy w ćwierćfinale mieli mierzyć się z Polską. Pod koniec tygodnia Ilustrowany Kuryer Codzienny informował, że być może uda się dojść do porozumienia i Peru zostanie w Berlinie, ale nic takiego się nie stało. Argentyna, Chile, Urugwaj i Meksyk wyraziły solidarność z Peruwiańczykami, a Kolumbia na znak protestu też wycofała się z udziału w igrzyskach. Nie wierzymy w europejski sport. Przyjechaliśmy tutaj i zastaliśmy tylko grono kupców – mówił członek Peruwiańskiego Komitetu Olimpijskiego Miguel Dasso po wycofaniu się Peru z imprezy. Warto jeszcze wspomnieć, że przez dziesięciolecia utrwaliła się w Peru wersja wydarzeń, w której swoje trzy grosze mieli wtrącić naziści. Po porażce Niemców z Norwegią w innym ćwierćfinale gospodarze za wszelką cenę chcieli, żeby to Austria jako przedstawiciele aryjskiej rasy wyszła zwycięsko z pojedynku z Peru. Mówiło się, że naciski w tej sprawie miał wywierać sam Adolf Hitler. Mało to jednak prawdopodobne, bo pierwszy raz na meczu piłkarskim był właśnie podczas starcia z Norwegią, a futbol był daleko na liście jego ulubionych sportów. Niemniej ta wersja przez lata pokutowała wśród peruwiańskich kibiców i dopiero niedawno te teorie obalono. W półfinale Austriacy spotkali się z Polską. Nieoczekiwanie wygrali 3:1 i zameldowali się w finale. Tam jednak musieli uznać wyższość Włochów i zadowolić się srebrnymi medalami. Dla większości tamtych piłkarzy to największy sukces w karierze. Peruwiańczycy do domu wrócili w połowie września. Rodacy witali ich jak bohaterów narodowych. Wręczono im złote medale i nazywano prawdziwymi mistrzami. Jedną z przełęczy w Andach nazwano na cześć berlińskiego zwycięstwa Punta Olímpica. Swoje piłkarskie umiejętności Peruwiańczycy potwierdzili w 1939 r. Na rozgrywanych u siebie mistrzostwach Ameryki Południowej wygrali wszystkie mecze i zdobyli swój pierwszy tytuł. Na igrzyskach peruwiańscy piłkarze następny raz zagrali w 1960 r. w Rzymie, gdzie przegrali wszystkie mecze. Dziesięć lat później wrócili na mistrzostwa świata. Olimpijski dorobek Peruwiańczyków to ciągle tylko jeden złoty medal i trzy srebrne. Kto wie, czy nie byłby on bogatszy, gdyby mecz Peru – Austria odbywał się w normalnych warunkach.

4

@FCBparasiempre
Igrzyska olimpijskie w Berlinie były wyjątkowe z kilku powodów. Pierwszy raz zapalono znicz od przyniesionego z Grecji ognia olimpijskiego, a wydarzenia ze sportowych aren po raz pierwszy transmitowano w telewizji. Po raz pierwszy też sport olimpijski stał się tak ważnym narzędziem w rękach polityki, a wielu omamionych hitlerowską propagandą Niemców spodziewało się triumfu aryjskiej rasy panów nad resztą świata. Nie brakowało również kontrowersji. Jedne z największych towarzyszyły turniejowi piłkarskiemu i ćwierćfinałowemu spotkaniu Peru – Austria. Mimo że na boisku wyraźnie lepsi byli Peruwiańczycy, to do gier o medale przeszli Austriacy. Lata trzydzieste XX wieku to czas, w którym Peru dysponowało naprawdę utalentowanym piłkarskim pokoleniem. Narodowa reprezentacja wzięła udział w premierowym turnieju o mistrzostwo świata i choć nie wyszła z grupy, to na urugwajskiej publiczności zrobiła spore wrażenie swoimi umiejętnościami. W Berlinie Peruwiańczycy byli jednymi przedstawicielami południowoamerykańskiego futbolu. Dla sporej grupy z nich nie była to jednak pierwsza wizyta w Europie. We wrześniu 1933 r. na europejskie tournée wybrał się zespół określany jako Combinado del Pacífico. Drużyna ta była złożona z graczy klubów Universitario de Deportes, Alianza Lima i Atlético Chalaco z Peru oraz z chilijskiego Colo-Colo. Wielu spośród zawodników miało za sobą występy w narodowych reprezentacjach. W Europie bawili aż do lutego 1934 r. i rozegrali w ciągu tych kilku miesięcy grubo ponad trzydzieści spotkań. Odwiedzili m.in. Irlandię, Szkocję, Anglię, Holandię, Czechosłowację, Niemcy, Francję czy Hiszpanię. Organizacja całej wyprawy pozostawiała wszakże trochę do życzenia i niejednokrotnie zdarzało się, że zawodnicy musieli rozgrywać mecze dzień po dniu. Wyniki były różne, zdarzały się dotkliwe porażki, ale i wysokie zwycięstwa. Ogólnie jednak Peruwiańczycy zostawili po sobie całkiem dobre wrażenie. Najbardziej w pamięć europejskim kibicom zapadły strzeleckie popisy Teodoro Lolo Fernándeza, który według niektórych źródeł miał strzelić podczas całego tournée aż 48 bramek. Obok niego największymi gwiazdami zespołu byli kierujący defensywą jego brat Arturo Fernández, bramkarz Juan Mago Valdivieso i grający w napadzie Alejandro Manguera Villanueva. To oni stanowili trzon peruwiańskiej ekipy na rozgrywanych w 1935 r. mistrzostwach Ameryki Południowej. Turniej zorganizowano w Limie, żeby uczcić w ten sposób 400-lecie miasta. Wzięły w nim udział ledwie cztery ekipy. Oprócz gospodarzy były to Urugwaj, Argentyna i Chile. Ze startu wycofały się wcześniej Brazylia, Boliwia i Paragwaj. Najlepsi okazali się Urugwajczycy, którzy wygrali wszystkie mecze. Druga lokata przypadła Argentynie, a trzecia Peru. Mistrz zyskiwał prawo startu w berlińskich igrzyskach, ale zarówno Urugwaj, jak i Argentyna z powodów ekonomicznych zrezygnowały z udziału w olimpijskim turnieju. Zdecydowano więc, że reprezentantem Ameryki Południowej w Berlinie będzie reprezentacja Peru. W swoim premierowym występie w olimpijskim turnieju Peru mierzyło się z Finlandią. Finowie dysponowali wówczas znakomitymi długodystansowcami, ale w futbolu nie znaczyli zbyt wiele. W grach zespołowych zdecydowanie lepiej czuli się na lodzie niż na trawie. Do ich największych przedwojennych sukcesów można zaliczyć jedynie pojedyncze zwycięstwa nad Danią, Norwegią czy Szwecją. Poza krajami nordyckimi często grali też z Litwą, Łotwą czy Estonią, ale reprezentacje te były wówczas na peryferiach wielkiego europejskiego futbolu. Kilka tygodni przed wyjazdem do Berlina przegrali u siebie z Danią 1:4 i na igrzyska jechali w raczej średnich nastrojach. Peruwiańczycy przystąpili do gry z wielką werwą i wiarą we własne umiejętności. Bardzo szybko wypracowali sobie przewagę i kontrolowali przebieg spotkania. Wynik już w 17. minucie otworzył Lolo Fernández. Dalej źródła różnie podają kolejność strzelców, ale na przerwę Peru schodziło przy prowadzeniu 3:1. W drugiej połowie dorzucili kolejne cztery trafienia, a Finowie myśleli już tylko o tym, żeby sędzia jak najszybciej zakończył to widowisko. Fernández w sumie pięć razy wpisał się na listę strzelców, a kolejne dwa trafienia dołożył Villanueva. Na dziesięć minut przed końcem Finom udało się co prawda strzelić dwa gole, ale tylko zmniejszyli tym rozmiary porażki.

Peru rozbiło Finlandię 7:3 i nie pozostawiło rywalom złudzeń, kto jest lepszy. Narcyz Süssermann, który po wojnie zmieni nazwisko na Tadeusz Maliszewski, chwalił występ Peruwiańczyków, ale jednocześnie współczuł Finom. Fiński związek piłki nożnej miał upierać się przy decyzji o wyjeździe piłkarzy do Berlina, wbrew woli tamtejszego komitetu olimpijskiego. Dziennikarz zauważał też, że piłkarzy Peru nie można lekceważyć. Byli jedynym przedstawicielem swojego kontynentu i zamierzali się naprawdę godnie zaprezentować. Nie wiemy, czy i inni nie odczują na skórze swej lwi pazur Peruwiańczyków, którzy mają widocznie zamiar znów wywalczyć sobie w Europie respekt dla wielkiego kunsztu południowej Ameryki– czytamy w Przeglądzie Sportowym z 8 sierpnia 1936 r. Ich ćwierćfinałowym przeciwnikiem miała być drużyna Austrii. W latach trzydziestych austriacka reprezentacja należała do najsilniejszych na świecie. Grą słynnego Wunderteamu, którym opiekował się znakomity Hugo Meisl, zachwycano się w całej Europie, a sława takich graczy jak Matthias Sindelar czy Josef Bican wykraczała daleko poza granice kraju. Do Berlina jednak wysłano zespół złożony z amatorów, bo już w 1924 r. wprowadzono w austriackim futbolu zawodowstwo. Pierwszym przeciwnikiem, z jakim na igrzyskach mierzyli się austriaccy amatorzy, był zespół Egiptu. Dla Egipcjan była to już druga duża piłkarska impreza w ciągu ostatnich kilku lat. W 1934 r. po łatwych zwycięstwach nad reprezentacją Mandatu Palestyny zakwalifikowali się na mistrzostwa świata we Włoszech jako pierwsza w historii drużyna z Afryki. Na turnieju w rozgrywanym w Neapolu spotkaniu mierzyli się z silną drużyną Węgier. Po pół godziny przegrywali już 0:2, ale jeszcze w pierwszej połowie dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Abdulrahman Fawzi i na przerwę oba zespoły schodziły przy wyniku 2:2. W drugiej części gry Węgrzy zdołali jednak przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Strzelili dwie kolejne bramki i wygrali 4:2. Egipt pozostawił jednak po sobie bardzo dobre wrażenie i pokazał, że afrykańskiego futbolu nie powinno się lekceważyć. 5 sierpnia 1936 r. w składzie Egipcjan na mecz z Austrią było kilku zawodników, którzy pamiętali pojedynek z Węgrami. Brakowało co prawda Fawziego, ale prasa wskazywała właśnie Afrykanów jako faworytów tego starcia. Nieoczekiwanie jednak ambitni Austriacy pokazali się z bardzo dobrej strony i zaskoczyli wszystkich swoją skuteczną grą. Już na początku meczu strzelili dwa gole i mogli kontrolować przebieg spotkania. Po przerwie nie stracili koncentracji i dorzucili jeszcze jedno trafienie po błędzie egipskiego bramkarza, który nie potrafił utrzymać piłki w rękach. Egipt był w stanie odpowiedzieć tylko jednym trafieniem i po porażce 1:3 pożegnał się z turniejem. Skończyła się chwilowo passa niespodzianek. Ostatnią sprawiła Austria, wygrywając wbrew ogólnym oczekiwaniom pewnie z Egiptem 3:1. Amatorzy austriaccy okazali się godnymi nosicielami wielkich tradycyj piłkarskich swego kraju. Zademonstrowali berlińczykom grę nie tylko skuteczną, ale i dobrą. Wykazali, że wbrew panującym tutaj nagminnie pojęciom, wygrać można równie dobrze, mając wszystkich pięciu napastników z przodu i nie ściągając środkowego pomocnika kurczowo do tyłu – oceniał ich grę Narcyz Süssermann na łamach Przeglądu Sportowego z 8 sierpnia 1936 r. Ćwierćfinałowy pojedynek Peru – Austria zaplanowano 8 sierpnia na stadionie berlińskiej Herthy. Peruwiańczycy po pewnym zwycięstwie nad Finlandią w oczach wielu ekspertów stali się jednymi z głównych faworytów do końcowego triumfu. Austria była niedoceniania i traktowana nieco lekceważąco. Mało kto wierzył, że ambitni amatorzy będą w stanie nawiązać równorzędną walkę z południowoamerykańskimi wirtuozami. Jednak ku zaskoczeniu zarówno ekspertów, jak i kibiców, to właśnie Austriacy lepiej zaczęli spotkanie. Grali odważnie i chcieli pokazać się z jak najlepszej strony. W 23. minucie meczu wyszli na prowadzenie po trafieniu Waltera Werginza. Kilkanaście minut później Juan Valdivieso po raz drugi musiał wyciągać piłkę z siatki. Tym razem pokonał go Klement Steinmetz. Do końca pierwszej połowy pozostawało wtedy osiem minut, ale przez ten czas żadna z ekip nie była w stanie stworzyć zagrożenia pod bramką rywali.

Sytuacja zmieniła się po zmianie stron. Początkowo walka toczyła się w środkowej strefie boiska, ale wkrótce Peruwiańczycy ostro wzięli się za odrabianie strat i na bramkę Austrii sunął atak za atakiem. Nie przynosiło to jednak spodziewanych efektów, bo brakowało skuteczności. Po godzinie gry boisko wskutek urazu musiał opuścić Austriak Adolf Laudon. Gazeta Freie Stimmen pisała później, że wcześniej piłkarz został kopnięty w brzuch. Peru grało więc z przewagą jednego zawodnika i wkrótce tę przewagę udało im się wykorzystać. Na kwadrans przed końcem kontaktowego gola strzelił Jorge Campolo Alcalde. Niektóre źródła jednak, w tym nasz Ilustrowany Kuryer Codzienny, podają, że był to gol samobójczy, który padł w zamieszaniu pod austriacką bramką. Peru poszło za ciosem i już sześć minut później mogło cieszyć się z wyrównania. Po mocnym uderzeniu Lolo Fernándeza piłka odbiła się od poprzeczki, ale w pobliżu był Alejandro Villanueva, który natychmiast skierował futbolówkę do siatki. Mimo zaciekłych ataków Peruwiańczyków wynik 2:2 utrzymał się do końca drugiej połowy i norweski sędzia Thoralf Kristiansen zarządził dogrywkę. W dogrywce na boisku grał już tylko jeden zespół. Peruwiańczycy raz za razem atakowali bramkę rywali. W ciągu 30 minut dodatkowego czasu strzelili aż pięć bramek. Norweski sędzia jednak aż trzech z tych goli nie uznał. Dopiero bramka Villanuevy w 117. minucie dała Peru prowadzenie, a zwycięstwo zostało przypieczętowane trafieniem Fernándeza na minutę przed końcem meczu. Goście z Ameryki Południowej wygrali 4:2 i wydawało się, że mogą się szykować do półfinałowego meczu z Polską. Kierownictwo austriackiej ekipy wystosowało jednak oficjalny protest. Prezydent tamtejszej federacji Richard Eberstaller w złożonym na ręce FIFA piśmie wzywał do unieważnienia wyniku spotkania z powodu niespotykanie brutalnych ekscesów Peruwiańczyków, jak również z uwagi na powtarzające się zakłócanie przebiegu gry przez wtargnięcie publiczności na boisko. W skład Jury d’Appel weszli prezydent FIFA Francuz Jules Rimet, Włoch Giovanni Mauro, Belg Rodolphe William Seeldrayers, Szwed Anton Johanson i Rudolf Pelikán z Czechosłowacji. Warto zauważyć, że w komisji próżno szukać jakiekolwiek przedstawiciela Ameryki Południowej. Nie wiadomo też, czy Peru dostało w ogóle szansę przedstawienia swojego stanowiska. Początkowo nie chciano wierzyć, by nastąpić mogła jakaś rewelacyjna decyzja. Przypuszczano raczej, że utartym zwyczajem protest pójdzie do aktów i mecz zostanie zweryfikowany ściśle według wyniku uzyskanego na boisku. Tymczasem z sali obrad przenikać zaczęły jakieś nieskontrolowane wieści o prawdopodobnej powtórce, przy drzwiach zamkniętych, z dopuszczeniem jedynie oficjelów i prasy. Panowie z FIFA zachowywali tajemnicze milczenie. Późno, bardzo późno ukazał się komunikat potwierdzający pogłoski. W jego pierwszej redakcji nie podano jeszcze motywów tej niezwykłej decyzji, ograniczając się jedynie do zapowiedzi, że zostaną one później ogłoszone. Pojawiły się też one w nocnym biuletynie, w stylizacji przypominającej mocno noty Ligi Narodów ­– relacjonował na łamach Przeglądu Sportowego Narcyz Süssermann. Głównym powodem podjęcia decyzji o powtórzeniu meczu był fakt, że jeden z austriackich zawodników miał zostać poturbowany przez peruwiańskich kibiców, którzy w pewnym momencie wtargnęli na boisku. W oficjalnym raporcie z igrzysk zauważono, że dochodzenie komisji wykazało, że: ,,Istniały czynniki utrudniające normalny przebieg wydarzeń w trakcie meczu i choć nie można zgłaszać zastrzeżeń do strony technicznej, to materialna organizacja turnieju przewidziana przez zwyczajowe przepisy zawiodła z powodu zaistnienia nieprzewidzianych okoliczności, tak więc nie można było zapobiec wtargnięciu widzów na boisko i niemożliwym było też powstrzymanie jednego z tych widzów przed kopnięciem jednego z graczy”. W raporcie odnotowano również, że wydarzenia te spowodowały w austriackiej ekipie spadek energii walki zespołu oraz że takich incydentów nie da się pogodzić z duchem dobrej sportowej rywalizacji. Zaznaczano też, że komisja nie była w stanie jednoznacznie wskazać winnego.

12

Wisła z Barçą jak równy z równym:

8 sierpnia 2000 r. na stadionie im. Henryka Reymana, FC Barcelona pokonała Wisłe Kraków 3:4 w ramach 3 rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Blaugrana grała wówczas w czarnych opaskach z powodu śmierci ojca Javiera Savioli. Spotkanie miało bardzo dramatyczny przebieg. Wisła objęła prowadzenie lecz Rivaldo wyrównał w 31 minucie z rzutu karnego po faulu na Kluivercie. Zaledwie 30 sekund później drugiego gola zdobył Grzegorz Pater, ponownie wyprowadzając ,,Białą Gwiazde” na prowadzenie. Radość gospodarzy nie trwała długo. W 34 minucie Rivaldo znów doprowadził do wyrównania. Szaloną pierwszą połowe golem zamknął Tomasz Frankowski. W drugiej części gry mistrzowie Polski opadli jednak z sił i Patrick Kluivert strzelił najpierw gola a następnie wyłożył piłke Rivaldo, który skompletował hattricka i zapewnił Dumie Katalonii zwycięstwo.



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

6

Wspominamy byłych trenerów Blaugrany:

8 sierpnia 1951 r. urodził się Luis Van Gaal, dwukrotny trener FC Barcelony. W młodości był całkiem niezłym piłkarzem lecz nie przebił się do pierwszej drużyny Ajaxu, gdzie zaczynał jako zawodnik rezerw. Największą karierę zrobił w Sparcie Rotterdam, której barw bronił w latach 1978-86. Kilka lat po zawieszeniu butów na kołku został szkoleniowcem Ajaxu, z którym w latach 1991-97 wygrał aż 11 trofeów, w tym Lige Mistrzów w 1995. Z Amsterdamu trafił na Camp Nou i jego pierwsza przygoda z Dumą Katalonii trwała 3 lata co dało 170 spotkań. Dwa mistrzostwa kraju, Puchar Króla oraz Superpuchar Europy były jednak zbyt słabymi wynikami dla klubu, który chciał błyszczeć w Lidze Mistrzów. Van Gaal odszedł do sztabu reprezentacji Holandii lecz w 2002 r. powrócił do prowadzenia Blaugrany. Tym razem jego przygoda w Katalonii trwała bardzo krótko – został zwolniony po 31 meczach, z których jego zespół przegrał aż 10! Następnie trenował AZ Alkmaar i Bayern Monachium a w 2012 r. ponownie przejął reprezentacje ,,Oranje”.



@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?