1

@Faro Bardzo ciekawy temat poruszyłeś o tym Cancelo. Nic mi nie wiadomo o włamaniu się do jego domu i konflikcie z Pepem. jednak to jest bardzo ważny aspekt, mam na myśli aspekt psychologiczny. Jeśli nie będzie w pełni skupiony na grze to nie będzie to dobrze rokowało...

6

@FCBparasiempre
2 sierpnia 1946 r. w Łukowie urodził się Krzysztof Rześny, prawy obrońca. Rześny zagrał w przełomowych i zwycięskich meczach drużyny Górskiego i później Gmocha, jednak w obu przypadkach potem wypadał z reprezentacji. Odbił to sobie w Stali Mielec, z którą rządził w Polsce i pokazał się w Europie. W czerwcu 1973 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie Polska pokonuje Anglie 2:0 w jednym z najlepszych i najważniejszych meczów w dziejach naszej piłki, rozpoczynając efektowny marsz po awans i medal mistrzostw świata. W październiku 1976 r. na Estadio das Antas w Porto Polska wygrywa z Portugalią 2:0 w pierwszym i od razu kluczowym spotkaniu w walce o udział w mundialu w Argentynie. W obu starciach na prawej obronie występuje Krzysztof Rześny, lecz to jego jedyne mecze w reprezentacji o punkty. ,,Jak to wytłumaczyć? Chyba tylko tym że zabrakło mi szczęścia albo że czasami za bardzo chciałem pomóc drużynie klubowej i grałem z niezaleczoną kontuzją, czym zaszkodziłem sobie w kadrze. Pewnie że byłem rozczarowany ale dajmy spokój. Swoje w piłce osiągnąłem, w paru ważnych meczach zagrałem a w latach 70-tych poziom narodowej drużyny czy liczba świetnych kandydatów do gry były naprawdę nieporównywalne do sytuacji, jaka mamy teraz”- wspomina Rześny. Dzisiaj jest starszym, 75 letnim panem, który wciąż z pasją nie tylko rozmawia o futbolu ale swoją wiedze nadal próbuje przekazać młodszym pokoleniom. Wiele lat był podstawowym graczem Stali Mielec, na Podkarpaciu na dobre zapuścił korzenie. Jego przeszłość jest jednak trochę pogmatwana. Na świat przyszedł w Łukowie ale gdy zaczynał chodzić do szkoły podstawowej, przeniósł się z rodziną do Szczecina. Tam występował najpierw w Chrobrym a potem w Pogoni. ,,Miałem 18 lat i już zagrałem w ekstraklasie. To był niezły zespół, występował w nim m.in. Marian Kielec, gwiazda Szczecina. Znajomi z rodzinnych stron przekonywali mnie abym zagrał w Motorze Lublin. Problemem był fakt, iż to tylko 2 liga. Nie wiem czy dobrze wybrałem ale widocznie tak musiało być. Zostałem tam aż 6 lat”- opowiada obrońca. W elicie zaliczył tylko 2 mecze i przeniósł się na drugi kraniec Polski. W Lublinie był ważnym piłkarzem, kapitanem drużyny, lecz ciągle jedynie na zapleczu ekstraklasy. Tymczasem w 197o r. awans do elity wywalczyła Stal Mielec. Na mapie Polski rodziła się nowa siła. Grali już w niej 22-letni bramkarz Kukla, 24-letni Kasperczak i 20-letni talent Grzegorz Lato. ,,Trener Gajewski tworzył drużynę szybkościową, opartych na zawodnikach o dobrych predyspozycjach biegowych. Chciał mnie w składzie bo miałem zdrowie do walki i biegania od pierwszej do ostatniej minuty, byłem niezły w odbiorze. Zgodziłem się na zmiane klubu ale ciągle nie było to takie proste. Przed sezonem pojechałem na zgrupowanie do Węgierskiej Górki już ze Stalą ale wróciłem… znowu z Motorem, który też przygotowywał się w tej samej okolicy. Byłem rozdarty. Libelscy działacze przekonali mnie żebym jeszcze u nich pograł, że chcą powalczyć o awans. Nie chciałem w takiej chwili osłabiać drużyny. Trener Gajewski postawił na swoim. Jak się na coś uparł, nie było mowy że odpuści. Pasowałem mu do koncepcji i nie wyobrażał sobie bym nie przyszedł do jego zespołu. Tak długo mnie namawiał że ponownie zmieniłem zdanie. W październiku podpisałem umowę ze Stalą i od razu zacząłem grać w podstawowym składzie, przez kolejne 3 sezony”- wspomina pan Krzysztof. Stal była coraz mocniejsza, w drużynie pojawiali się kolejni klasowi piłkarze, m.in. Domarski, którego później zastąpił Szarmach. W 1973 r. mielczanie wygrali lige. W mistrzowskim sezonie co raz bardziej wyróżniał się Rześny. Nie uszło to uwadze Kazimierza Górskiego. Do kadry powołał go już w 1972 ale wtedy jeszcze nie zagrał. ,,Twardo walczyliśmy o miejsce w składzie, miałem znamienitych konkurentów: Guta i Szymanowskiego. Byłem starszy ale oni grali”- przyznaje Rześny. Tymczasem po wyjazdowej porażce z Walią(0:2) Górski podjął brawurową decyzje. W meczu z Anglią na prawej obronie zagrał debiutant. Guta w ogóle nie było w kadrze meczowej a Szymanowski usiadł na ławce. ,,Nie wnikałem skąd taka decyzja. Kiedyś Gmoch powiedział mi że to była jego sugestia bo cenił mnie za szybkość, więc podpowiedział Górskiemu że warto na mnie postawić. W Chorzowie w spotkaniu z Anglią nie mogłem zawieść. Patrzyła na nas cała Polska. Wszyscy zagraliśmy wielki mecz. W następnym sezonie, w meczu Stali z Crveną Zvezdą w Pucharze Europy, doznałem kontuzji mięśnia dwugłowego. Zamiast zejść z boiska, grałem do końca i uraz się pogłębił. Dochodziłem do siebie kilka tygodni a Polacy wygrali w rewanżu z Walią 3:0 a potem był remis na Webley. Co z tego że już zupełnie wyzdrowiałem. Trudno było wskoczyć do drużyny, która osiągnęła taki sukces”- wspomina obrońca Stali. Gmoch rzeczywiście go cenił bo następny raz w kadrze narodowej zagrał dopiero wtedy, kiedy on został selekcjonerem. Nowy szef Biało-Czerwonych chciał trochę pozmieniać po swoim poprzedniku i na prawej obronie wrócił do Rześnego, rezygnując między innymi z Szymanowskiego. Piłkarz Stali miał wtedy 28 lat ale w drużynie, która rozpoczynała walke o awans na mundial w Argentynie, pojawiło się też kilku młodych zawodników z Bońkiem i Terleckim na czele. Efekt był znakomity. ,,Gmoch przed meczem z Portugalią podkreślał że to kluczowe spotkanie a wygrana otworzy nam droge do Argentyny. Właśnie tak się stało”- zwraca uwagę Rześny. Miał wkład w ten sukces, lecz na mistrzostwa znowu nie pojechał. Selekcjoner odkurzył Szymanowskiego. Rześny tak to przedstawiał: ,,Plany pokrzyżowała mi kontuzja i… mój klubowy trener. Był nim Edmund Zientara, dawny piłkarz i szkoleniowiec Legii. Doskonale znał się z Gmochem, zresztą kiedyś grali razem w drużynie z Łazienkowskiej. Oczywiście dłuższy czas współpracowałem w Mielcu z Zientarą ale jakoś nie nadawaliśmy na tych samych falach, nic na to nie poradzę. Miało to jednak niestety wpływ na moja przyszłość w kadrze narodowej. W ważnym ligowym meczu Stali z Legią grałem z urazem, na blokadzie i w drugiej połowie musiałem zejść z boiska. Przegraliśmy w Warszawie 2:3 a Zientara zaraportował Gmochowi że jestem w słabiej formie, że do kadry się nie nadaje i Gmoch wziął sobie do serca uwagi kolegi. Przestał mnie powoływać. Temat reprezentacji był dla mnie definitywnie zamknięty. Nie grałem już w eliminacjach, więc tym bardziej nie miałem szans na miejsce w 22-osobowym składzie na mundial”. Rześny ma się jednak czym chwalić. Nie chodzi tylko o te wygrane z reprezentacją ale o ważne mecze ze Stalą w europejskich pucharach. Były więc potyczki z wspomnianym już mistrzem Jugosławii, lecz także z innymi mocnymi wówczas drużynami: Carl Zeiss Jena, Inter Bratysława, Hamburger SV no i przede wszystkim Real Madryt. ,,W Mielcu przegraliśmy 1:2, w rewanżu było 0:1. Szkoda że wtedy nie mógł zagrać Szarmach, który przyszedł do nas z Górnika Zabrze ale wtedy kluby nie mogły się dogadać, początkowo był zawieszony”- przypomina Rześny. Dzisiejsza Stal o takich meczach może tylko pomarzyć. Tym bardziej Rześny dla dzisiejszych piłkarzy z Mielca jest dowodem że nie tylko talentem ale też ciężką pracą można zajść bardzo daleko.

3

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(czytaj w odpowiedzi na mój komentarz):

@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

4

No niesamowita sprawa. Nie wierzyłem że Raków to zrobi. Wielkie gratulacje dla drużyny a zwłaszcza dla trenera Szwargi! Dziękujemy kochani Częstochowianie i czekamy na więcej...

1

@FcPortoFan1999 To by byłe coś extra dla nas wszystkich polskich kibiców i nie tylko...

1

@Kondziubarca Akurat postawiłem dwa wyniki: 3:1 i 4:1 dla Karabachu

0

Jaki wynik przewidujecie w meczu Karabachu z Rakowem? Bo jakoś nie wierze że Raków jest w stanie wygrać w tym piekle(choć bardzo bym chciał) a wręcz przeciwnie, uważam że Raków przegra i to raczej wysoko...

7

@FCBparasiempre
Dziś coraz mniej mamy piłkarzy, którzy przez całą karierę trzymają się jednego klubu i trzyma się go na dobre i na złe. Pamiętamy teraz m.in. Andresa Iniestę, Xaviego, czy Stevena Gerrarda, którzy w ostatnich latach postanowili tylko przed samą emeryturą zaznać smak przeprowadzki. Taką drogą podążył swego czasu Alain Giresse. Urodzony 2 sierpnia 1952 roku w Langoiran, miasteczku położonym w departamencie Żyronda, nad rzeką Garonna, od małego grywał w piłkę. Jednak w domu kluczem dla niego było zdobycie wykształcenia i na to postawił swoje najmłodsze lata, choć ganianie za piłką od zawsze było jego pasją. A, że nie należał nigdy do największych, musiał wyrabiać w sobie świetną technikę, by tym walczyć z lepszymi fizycznie przeciwnikami. To wyróżniało go przez lata – technika i inteligencja boiskowa. Szybko zdobył zawód stolarza, a w międzyczasie jako wielki talent dołączył do największego klubu w okolicy, Girodins Bordeaux. Mimo mizernych warunków fizycznych świetnie radził sobie z przeciwnikami i był prawdziwym reżyserem, dlatego zajął miejsce w środku pola i od początku radził sobie świetnie. Zadebiutował w pierwszej drużynie w 1970 roku i już w swoim pierwszym sezonie rozegrał 29 spotkań i strzelił trzy bramki w rozgrywkach francuskiej Ligue 1 oraz Pucharze Francji. Przez kolejne dwa sezony, jego forma się utrzymywała, jednak „Żyrondyści” głównie walczyli o utrzymanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym, co roku skutecznie, w czym duży udział Giresse’a. W 1973 roku został powołany do reprezentacji Francji U-21. Henri Guerin postawił na niego w meczu eliminacji do mistrzostw Europy. Prawdziwy wybuch formy rozgrywającego nastąpił w sezonie 1973/1974, gdy w samej Ligue 1 strzelił 12 bramek, a ekipa „Żyrondystów” zajęła w lidze 14 miejsce. Wtedy jednak we wrześniu 1974 roku, po świetnym sezonie na francuskich boiskach, dostał szansę debiutu w dorosłej reprezentacji „Trójkolorowych”. Stefan Kovacs wystawił go w pierwszym składzie towarzyskiego meczu z Polską. Giresse został zdjęty z boiska w 72 minucie, meczu wygranego 2:0, a na następny mecz w kadrze czekał trzy lata. Na stałe trafił do niej dopiero w 1981 roku. Wtedy były to już inne czasy dla jego kariery. Wcześniej Girodins regularnie kończyli sezony w środku tabeli, w czym i tak była duża zasługa Giresse’a, który strzelał w sezonie po kilkanaście bramek. Dużo słabiej wypadł sezon 1977/1978, gdy ekipa z zachodniej Francji do końca biła się o utrzymanie w elicie i ostatecznie o punkt wyprzedziła Lens i Troyes, które spadły do Ligue 2. W 1979 roku stery w klubie z Bordeaux przejął Claude Bez, który miał kluczowy udział w odbudowie i w ponownej drodze na szczyt. Rok później zespół przejął, ściągnięty z Olympique Lyon, Aime Jacquet. Dodatkowo do zespołu trafił m.in. znakomity napastnik Bernard Lacombe oraz Gerard Soler z Monaco. Sezon później po przyjściu trenera do zespołu dołączył szalenie doświadczony, podstawowy obrońca reprezentacji Francji, Marius Tresor. Od razu w pierwszym sezonie Jacqueta, Bordeaux skończyło sezon na najniższym stopniu podium, co dało awans do europejskich pucharów. Sam Giresse zaliczył co prawda słabszy sezon i strzelił tylko sześć bramek. Dodatkowo do pomocy w środku pola Giresse’owi ściągnięto Jeana Tiganę, z którym regularnie zaczął też występować w kadrze „Trojkolorowych”. Cały zespół spisał się jednak poniżej oczekiwań. W lidze zajął czwarte miejsce, w Pucharze UEFA dotarł zaledwie do drugiej rundy, gdzie uległ HSV, które ostatecznie dotarło do finału. W 1982 roku Giress pojechał z kadrą Michela Hidalgo na mistrzostwa świata, gdzie był już jedną z kluczowych postaci. „Trójkolorowi” ostatecznie dotarli do półfinału, gdzie pokonali ich Niemcy dopiero w rzutach karnych, a następnie Polska w meczu o trzecie miejsce, który Francuzi już zwyczajnie odpuścili i posłali największe gwiazdy do domu, w tym właśnie naszego bohatera. Wcześniej rozgrywający Bordeaux strzelił dwie bramki Irlandii Północnej w ćwierćfinale, a następnie zaliczył trafienie i dorzucił asystę w spotkaniu półfinałowym z Niemcami. W 1982 roku zajął też drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, przegrywając o 51 punktów z Paolo Rossim, a wyprzedzając m.in. Zbigniewa Bońka, który znalazł się na trzecim miejscu. Po powrocie był kluczową postacią zespołu, który zdobył vicemistrzostwo. FC Nantes było wtedy poza zasięgiem, ale to było za mało dla Claude Beza. Do ekipy przed sezonem 1983/1984 dołączył m.in. Patrick Battiston. Aime Jacquet stworzył kapitalny zespół, któremu przewodził Giress, który w całym sezonie strzelił 16 bramek i choć „Żyrondyści” odpadli już w pierwszej rundzie Pucharu UEFA, jednak zdobyli upragnione mistrzostwo, wygrywając z Monaco lepszym bilansem w meczach bezpośrednich.

Po sezonie nastąpiły mistrzostwa Europy, które dla Francuzów skończyły się kapitalnie. Ekipa Hidalgo wygrała wszystkie mecze, w tym półfinał po dogrywce z Portugalią, a w wielkim finale zmierzyli się z Hiszpanią, z którą zwyciężyli 2:0 i Francja sięgnęła po swój pierwszy wielki tytuł. Liderami tamtejszej drużyny była czwórka: Michel Platini, Alain Giresse, Jean Tigana i Luis Fernandez nazywana „Le Carre Magique”, czyli „Magiczny Kwadrat”. Sam bohater naszego tekstu strzelił bramkę i zaliczył dwie asysty w spotkaniu z Belgią, a we wszystkich pięciu spotkaniach wystąpił od pierwszej do ostatniej minuty. Wydawało się, że długo w Bordeaux nie pobędzie, chciały go bowiem największe kluby świata. On jednak postanowił być wierny barwom i w kolejnym sezonie ponownie występował w ekipie obrońców tytułu, którzy ostatecznie ten tytuł obronili, wyprzedzając o cztery punkty Nantes. W końcu udało się też osiągnąć sukces w europejskich pucharach, gdzie Francuzi dotarli do półfinału Pucharu Europy, gdzie lepszy okazał się Juventus z Platinim w składzie. Ostatnim sezonem w barwach „Żyrondystów” był sezon 1985/1986. Wtedy razem z kolegami zajął w lidze trzecie miejsce, co było uznawane jako ogromny zawód. Po sezonie pojechał na mistrzostwa świata, gdzie drużyna Henriego Michela miała wielkie nadzieje. Ponownie razem z Platinim, Tiganą i Fernandezem stworzyli zabójczy kwartet w środku pola. Ostatecznie „Trójkolorowi” zaliczyli powtórkę z poprzedniego mundialu i odpadli w półfinale z Niemcami, jednak w spotkaniu o trzecie miejsce pokonali po dogrywce Belgów i mogli cieszyć się z medalu. Sam Giresse zaliczył za to ważną asystę, przy bramce Fernandeza, która dała remis ze Związkiem Radzieckim jeszcze w fazie grupowej. Półfinałowe starcie z Niemcami było z kolei jego ostatnim występem w narodowych barwach. Licznik zatrzymał się na 47 spotkaniach. Po powrocie z turnieju zdecydował się na przeprowadzkę do Olympique Maryslia, które zaczęło budować ekipę zdolną do walki o najwyższe cele. To właśnie w 1986 roku rozpoczęła się budowa drużyny, która kilka lat później zwyciężyła w lidze mistrzów. Do drużyny „Olimpijczyków” dołączyli oprócz Giresse’a m.in. Jean-Pierre Papin, Karlheinz Forster, czy Bernard Genghini. A za wszystkim stał Bernard Tapie. Już w pierwszym sezonie po reformie w klubie, drużyna zdobyła wicemistrzostwo Francji. Dotarli też do finału Pucharu Francji, gdzie ulegli… Bordeaux. Bohater naszego tekstu grał regularnie, jednak strzelił w całym sezonie tylko sześć bramek. Jeszcze słabiej było w kolejnym sezonie, gdy strzelił tylko dwie bramki, a Olympique skończył dopiero na szóstym miejscu w Ligue 1. Po zakończeniu sezonu zdecydował się zakończyć karierę. Rok później został dyrektorem sportowym Bordeaux. Klub jednak był w coraz słabszej kondycji finansowej i powoli dobiegała końca misja Claude’a Beza. Wtedy z klubu odszedł m.in. Aime Jacquet. Do 1991 roku próbował ratować drużynę, jednak w końcu odszedł po upadku klubu. Dwa lata później objął tę samą funkcję w Toulouse, a w 1995 roku postanowił zostać trenerem, przejmując w listopadzie klub po odejściu Rollanda Courbisa. W trakcie dwóch i pół roku pracy przywrócił Toulouse miejsce w elicie. Następnie odszedł do PSG, a po spadku „Fioletowo-Białych”, ponownie przejął zespół i awansował do Ligue 1. W 2001 roku Giresse przeprowadził się do Afryki i przejął marokański FAR Rabat, które pod jego wodzą spisywało się jednak słabo. W 2004 roku objął reprezentację Gruzji, jednak nie miał tam żadnych szans rywalizować z większymi rywalami i po roku pożegnał się ze stanowiskiem. Ponownie wrócił do Afryki i przejął reprezentację Gabonu, która za jego kadencji poczyniła ogromny postęp, mierząc się jak równy z równym z największymi afrykańskimi tuzami. Byli też blisko awansu na mistrzostwa świata w RPA (w ostatniej grupie eliminacyjnej ulegli tylko Kamerunowi). W 2010 roku przejął reprezentację Mali, którą miał poprowadzić do sukcesu na Pucharze Narodów Afryki w 2012 roku. Ostatecznie „Orły” zajęły trzecie miejsce, a Giresse niedługo później zrezygnował ze stanowiska. Półtora roku później przejął reprezentację Senegalu, jednak po wpadce na Pucharze Narodów Afryki 2015, został zwolniony. Następnie powrócił do Mali, gdzie spędził dwa i pół roku. W 2018 został selekcjonerem reprezentacji Tunezji, z którą zajął czwarte miejsce na PNA. W 2022 roku został selekcjonerem reprezentacji Kosowa, z którą radzi sobie całkiem nieźle.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Girondins Bordeaux

2x mistrzostwo Francji (1984, 1985)

1x Puchar Francji (1986)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Europy (1984)

Trzecie miejsce mistrzostw świata (1986)

Osiągnięcia indywidualne:

3x Piłkarz Roku (1982, 1983, 1987)

Król Strzelców Pucharu UEFA (1983)

Drugie miejsce w klasyfikacji Złotej Piłki (1982)


11

Snajper wyborowy:

2 sierpnia 1993 r. Romario strzela debiutanckiego gola w barwach Blaugrany w towarzyskim meczu przeciwko S.C. Heerenveen przegranym przez Barçe 5:4. Później Brazylijczyk strzelał aż miło, zostając królem strzelców Primera Division.



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

10

Przypadki niejakiego Carlesa Busquetsa w FC Barcelonie:

2 sierpnia 1994 r. FC Barcelona zremisowała w towarzyskim meczu z FC Groningen rzadko spotykanym wynikiem 5:5. Taki wynik zawdzięczamy głównie błędom bramkarza Carlesa Busquetsa. Latem 1994 r. z Barcelony odszedł Zubizarreta i jego miejsce w bramce miał zająć dotychczasowy zmiennik Carles Busquets(ojciec Sergio). Już w sparingach przedsezonowych okazało się jednak iż nie będzie on najlepszym wyborem. W meczu z Groningen Busquets popełnił dwa błędy, które zdarzają się co najwyżej raz w całej karierze. Najpierw po dośrodkowaniu przeciwników piłka odbiła mu się od klatki piersiowej i wpadła do bramki. Przy trzecim golu dla rywali próbował okiwać napastnika przeciwników ale stracił piłke. Zdążył jeszcze zatrzymać futbolówkę na linii bramkowej ale nie utrzymał jej w rękach. Przy pozostałych golach dla rywali również mógł się zachować dużo lepiej. W całej karierze ,,Busi” popełniał wiele błędów szczególnie w grze nogami i zyskał przez to niechlubny przydomek ,,bramkarza” z piłki ręcznej. W listopadzie 1995 r. nie mógł trenować ponieważ złapał gorące żelazko, które mogło poparzyć jego czteroletniego syna Aitora. Żartowano później w prasie że była jego najlepsza interwencja w karierze. No cóż, powiada się iż nie daleko pada jabłko od jabłoni, choć w tym wypadku Sergio i tak jest lepszym piłkarzem od ojca.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

12

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

1 sierpnia 1969 r. urodził się Tomasz Łapiński, obrońca. ,,Nasz bramkarz nic nie łapie. Nie musi. Bo mamy ,,Łapę”. Taka okolicznościowa fraszka pojawiła się kiedyś w ,,Piłce Nożnej”. Jej bohaterem był Tomasz Łapiński. Dla wielu najlepszy polski obrońca lat 90-tych, kluczowy element w Widzewie i reprezentacji Polski w tym czasie. Koledzy najczęściej mawiali o nim ,,Łapa”. Czasem ktoś dodawał jeszcze ,,Łapa z Łap”, bo stoper pochodził właśnie z miejscowości o tej nazwie, leżącej nieopodal Białegostoku. Nie trafił jednak do piłkarskiego hegemona Podlasia, Jagiellonii ale do Łodzi. Tam został ostoja miejscowego Widzewa w okresie jego triumfów na krajowych boiskach. Solidny, pewny i niezwykle skuteczny w swych interwencjach Łapiński szybko wskoczył do podstawowego składu tej drużyny, gdzie nie brakowało znanych nazwisk. Zaczynał w defensywie u boku między innymi uczestnika mundialu 1986- Kazimierza Przybysia. W wysuniętych formacjach grali zaś między innymi Iwanicki czy Wraga. Tu wypatrzył go selekcjoner reprezentacji olimpijskiej Janusz Wójcik. Na Igrzyskach w Barcelonie Łapiński był podstawowym graczem jego drużyny. Zagrał od początku do końca we wszystkich meczach aż po sam finał, tworząc znakomity duet z Wałdochem. Z Hiszpanii przywiózł tytuł wicemistrza olimpijskiego a także kilka propozycji transferowych.

,,Łapa” uparcie jednak trwał przy Widzewie. Wielu twierdziło że brało się to z jego legendarnego wręcz strachu przed lataniem. Przed każdym wejściem na pokład samolotu obrońca, który nie pękał przed najlepszymi napastnikami świata, musiał uspokajać się kilkunastoma papierosami. Od braku chęci zmiany klimatu na pewno nie ucierpiała jego gablota z trofeami klubowymi. Z Widzewem wywalczył bowiem 2-krotnie mistrzostwo Polski. W obu tych sezonach był podstawowym piłkarzem drużyny. Zagrał łącznie w 58(z 68) spotkań dwóch mistrzowskich edycji. Zawsze wychodził w podstawowym składzie i nigdy nie został zmieniony. Brał też udział w wygranym starciu z Legią, przez wielu uznawanym za najsłynniejszy mecz w Ekstraklasie. Jako kapitan miał zaszczyt dwukrotnie podnieść trofeum przyznawane za wygraną w lidze. Ponadto zdobył Superpuchar Polski a 2 razy był wicemistrzem Polski. Razem z Widzewem awansował także do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Na zakończenie 1997 r. wygrał plebiscyt na Piłkarza Roku w Polsce katowickiego ,,Sportu”. Wcześniej zwyciężył w klasyfikacji ,,Złotych Butów” za ten sam okres. Tym większy szok wywołała informacja że jeden z symboli klubowych zdecydował się na transfer do Legii. Nie był już jednak tym samym ,,Łapą”, co kilka miesięcy wcześniej. Coraz częściej zmagał się z kontuzjami. Do Warszawy ściągnął go zaś trener, z którym odniósł największe sukcesy- Franciszek Smuda. Ostatecznie jednak w lidze zagrał w barwach Wojskowych tylko raz przez ponad 2 lata. Kolejny uraz zaważył na jego rozbracie z futbolem na wysokim poziomie. Wspomógł tylko Legie w walce o Puchar Ligi. Półfinał z jego udziałem udało się Wojskowym przejść ale już w decydującej rozgrywce zbyt mocna okazała się stołeczna Polonia. Potem grywał już tylko w niższych klasach rozgrywkowych, m.in. w Piotrkowie Trybunalskim. Jego transfer do Legii miał jeszcze jedną dobrą stronę praktyczną. Liczono bowiem że skorzysta na tym reprezentacja. W Warszawie dołączył do Jacka Zielińskiego, z którym świetnie rozumiał się w defensywie biało-czerwonych. Od eliminacji Euro 1996 aż do momentu kontuzji był podstawowym stoperem kadry. Łącznie rozegrał w niej 36 spotkań. Jego największym sukcesem pozostało jednak srebro olimpijskie. Obecnie jest cenionym ekspertem telewizyjnym, co wielu zaskakuje. W czasach kariery uchodził wszak za milczka i udzielił niewiele wywiadów. Zajmuje się profesjonalną fotografią. Działa także w Widzewie.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

10

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

1 sierpnia 1989 r. w meczu towarzyskim z holenderskim BUITENPOSTS ZM1, zadebiutował i strzelił 3 gole w barwach Blaugrany niejaki…. Ronald Koeman. Nasz legendarny stoper rozegrał tylko pierwszą połowę meczu a FC Barcelona wygrała ten mecz 15:1!



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

12

Polscy cules kultywują pamięć nie tylko o Powstaniu Warszawskim:



1 sierpnia 1934 r. powstała Societat Esportiva Industrial Espanya, przyszła drużyna rezerw FC Barcelony. Historyczna nazwa pochodziła od fabryki, której ekipa była reprezentacją. W 1945 r. została oficjalnie drużyną filialną Barçy. Z tego powodu 7 lat później nie zdobyła awansu do Primera Division, ponieważ druga drużyna nie może grać w tej samej lidze co pierwsza. W 1956 r. klub zdobywa ponownie awans, zmienia nazwe na Club Esportiu Condal i w zgodzie z przepisami przestaje być ekipą filialną Blaugrany. W 1970 r. Barcelona Athletic połączyła się z Club Esportiu Condal, stając się oficjalnie drużyną rezerw Dumy Katalonii. W międzyczasie zmienia kilkakrotnie nazwę(na Barcelona B w 1991 r., Barcelona Athletic w 2008 r. by ostatecznie powrócić do nazwy Barcelona B w 2010 r.). Obecnie grają tam profesjonalni piłkarze ale mogą występować również amatorzy z juniorskiej drużyny Barçy.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

6

Wspominamy trenerów ,,naszego” klubu:

31 lipca 2009 r. zmarł sir Robert William ,,Bobby” Robson. Urodzony w 1933 r. angielski trener prowadził FC Barcelone w sezonie 1996/97. To on zabrał ze sobą na Camp Nou ze swojego poprzedniego klubu(FC Porto) Jose Mourinho, pełniącego wówczas rolę tłumacza. Robson stworzył świetną drużynę, której gwiazdami byli Ronaldo i Luis Figo, lecz Puchar Króla i Puchar Zdobywców Pucharów a także rekordowe w dziejach Blaugrany 102 gole w jednym sezonie ligowym to było za mało dla szefostwa klubu. Mistrzem Hiszpanii z dwupunktową przewagą został Real Madryt prowadzony przez Fabio Capello i Robson musiał pożegnać się z posadą. Odszedł do PSV Eindhoven a karierę trenerską zakończył w Newcastle.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

9

Madziarzy rządzili już przed wojną:

30 lipca 1939 r. w derbach Budapesztu Ujpest zremisował z Ferencvarosem 2:2 w drugim meczu finałowym o Puchar Mitropa. W pierwszym meczu, tydzień wcześniej Ferencvaros poległ na własnym stadionie aż 1:4, m.in. po dwóch golach legendarnego Gyuly Zsengellera. W rezultacie Ujpest w ostatniej edycji turnieju o Puchar Mitropa, triumfował po raz pierwszy(i ostatni) w tych rozgrywkach. W ostatniej, bowiem wybuch II Wojny Światowej przerwał turniej pod tą nazwą. Po wojnie był kontynuowany pod nazwą Zentropa Cup ale to już inna historia. O pierwszym meczu w historii Pucharu Mitropa napisze 14 sierpnia.


@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

8

Finały MŚ:

30 lipca 1966 r. w pierwszym transmitowanym przez telewizję finale piłkarskich Mistrzostw Świata rozgrywanych w Anglii, reprezentacja gospodarzy pokonała na Wembley w Londynie po dogrywce RFN 4:2. Gole dla Anglii zdobyli sir Geoffrey Charles Hurst (18' , 101' , 120') i Martin Stanford Peters (78') a dla RFN Helmut Haller (12') i Wolfgang Weber (89')


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@mkord Nie!? A mi się wydaje że od samego początku stadion nosił taką nazwe...

9

Premierowy gol ,,Ronniego”:

30 lipca 2003 r. Ronaldo de Asis Moreira strzelił swojego pierwszego gola w barwach Blaugrany w wygranym meczu towarzyskim z AC Milan 2:0. Trafienie zaliczył w 51 minucie na 2:0. Mecz miał miejsce na FeDex Field w Waszyngtonie w ramach tournée po USA.





@Arkon
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@AssisMoreira

15

Debiut przypadł na… PGE Arena:

Dokładnie 10 lat temu w barwach Blaugrana zadebiutował Neymar Junior. Wydarzenie miało miejsce w towarzyskim meczu z Lechią Gdańsk na PGE Arena, zakończonym remisem 2:2. Neymar pojawił się na boisku w 79 minucie meczu zastępując Alexisa Sancheza.



@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@Arkon

12

Kochani cules, 30 lipca to jedna z najsmutniejszych dat w historii Dumy Katalonii, bowiem 30 lipca 1930 r. samobójstwo popełnił niezwykły, wybitny człowiek- Joan Gamper. Założyciel klubu borykał się z problemami osobistymi oraz kłopotami finansowymi, co skutkowało depresją i doprowadziło go do udanej próby samobójczej. W dużym stopniu przyczynił się do tego ówczesny dyktator Miguel Primo de Rivera, który wygonił Szwajcara z Hiszpanii i dożywotnio pozbawił go pełnienia funkcji zarządczych. Jego imieniem nazwano jedną z ulic w okolicach Les Corts, natomiast Gamper pośmiertnie uzyskał na własność karnet socio nr 1.

@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

Jako że lubie horrory to minionej nocy włączyłem Eleven 1 i obejrzałem se ,,Teksaską masakre piłą mechaniczną". A tak na poważnie to chyba jeszcze nie oglądałem ,,towarzyskiego" El Clasico tak ekspresyjnego i chwilami wręcz brutalnego. Wiadomo że przeciwko ,,wrogowi naczelnemu" podchodzi się znacznie ostrzej niż przeciwko innej drużynie. Jako że ryzyko kontuzji w takim meczu jest bardzo wysokie, to rodzi się pytanie: Czy na 2 tygodnie przed startem sezonu jest sens rozgrywać takie ,,szalone" El Clasico właściwie o nic?
Tak poza tym gratulacje dla chłopaków za zwycięstwo, wyglądało to wszystko dobrze a chwilami nawet bardzo dobrze. No i trzeba też przyznać że mieliśmy fure szczęścia ale jak to mówią: Szczęście sprzyja lepszym :)

9

Przed nami El Clasico po raz 296 w historii a 42-rugi towarzysko. Wprawdzie w towarzyskich meczach FC Barcelona wygrała aż 23 razy a Real tylko 6 razy ale to akurat nie ma większego znaczenia. Najlepsze byłoby dzisiaj przynajmniej nie przegrać i pokazać się światu a zwłaszcza trenerowi z dobrej strony. No a przy zwycięstwie to wiadomo, morale rośnie wszystkim cules bez wyjątku!

Visca el Barça! Para siempre!

6

@FCBparasiempre
Był bohaterem pierwszego transferu sir Aleksa Fergusona w roli menedżera Manchesteru United, a także członkiem wielkiej ekipy Nottingham Forrest. Został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego i wreszcie: przeszedł do historii jako pierwszy czarnoskóry piłkarz, który założył koszulkę reprezentacji Anglii. Czy trzeba dodawać coś więcej, aby zachęcić do przeczytania tekstu? Przed Wami Viv Anderson! Rasiści zasiadający na trybunach stadionów piłkarskich początkowo upodobali sobie banany. Kiedy tylko mieli okazję, obrzucali nimi czarnoskórych zawodników. W połowie lat 70., w czasie spotkania Carlisle z Nottingham Forest, dziewiętnastoletni Viv Anderson rozgrzewał się przy linii bocznej, gdy nagle w jego kierunku zaczęły lecieć, oprócz wspomnianych wyżej owoców, także jabłka i gruszki. Młody gracz gości zrozumiał, że w takim momencie najlepiej będzie wrócić na ławkę i zająć miejsce obok swojego menedżera. A był nim nie kto inny jak Brian Clough, słynny trener znany ze swojego ciętego języka. Między mężczyznami zawiązał się niecodzienny dialog:

– Wydawało mi się, że kazałem ci się rozgrzewać

– To właśnie robiłem! Ale zaczęli rzucać we mnie bananami, gruszkami i jabłkami.

– Zabieraj swój tyłek tam z powrotem i przynieś mi dwie gruszki oraz banana!

Viv Anderson z rozbawieniem wspomina po latach tamto wydarzenie. Oczywiście nie widział niż śmiesznego w przejawach okropnego rasizmu na trybunach, ale dzięki reakcji Clougha zrozumiał, że nie może dać się zastraszać: ,,Brian uważał, że nie ma najmniejszego sensu, abym siedział obok niego schowany. Po meczu powiedział mi jeszcze: Jeżeli pozwolisz, żeby tacy ludzie dyktowali ci, co masz robić, to na twoje miejsce wybiorę kogoś innego, ponieważ ty za bardzo będziesz się przejmował opinią kibiców. Miałem wtedy dziewiętnaście lat. Po tamtym incydencie robiłem wszystko, aby już nigdy na moją grę nie wpłynęło nic, co krzyczano do mnie z trybun”. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni akt rasizmu, którego na własnej skórze doświadczył. Vivian Alexander, znany po prostu jako Viv, urodził się w 1956 roku w wiosce Clifton, położonej pod Nottingham. Jego rodzice przybyli do Anglii z Indii Zachodnich (dzisiejsze Karaiby) po zakończeniu II wojny światowej, razem z całą falą imigrantów z tamtych obszarów. Rdzenni Brytyjczycy oczywiście nie byli zachwyceni takim obrotem spraw, co sprawiło, że młody Viv Anderson dorastał w nasilającym się napięciu na tle rasowym. Dyskryminacja w miejscach pracy, sklepach i całej sferze publicznej. Futbol pod tym względem niczym się nie różnił – zarówno na boisku, jak i na trybunach przeważali biali mężczyźni. Społeczne bariery nie zniechęciły jednak Viva do piłki nożnej. Uwielbiał sport i z powodzeniem reprezentował szkolne drużyny. Od urodzenia był wielkim fanem Manchesteru United. Wydawało się, że w młodym wieku spełnią się jego marzenia – Czerwone Diabły dostrzegły jego talent i zaprosiły go do siebie na testy, kiedy miał zaledwie piętnaście lat. Ostatecznie jednak jego ukochany klub nie podpisał z nim kontraktu, a Viv postanowił wrócić do Nottingham, gdzie został zatrudniony w drukarni. Tam jego głównymi zadaniami było parzenie herbaty i przynoszenie kanapek w czasie lunchu. W taki sposób pracował przez pięć tygodni, aż zgłosił się po niego Forest. Po kilku miesiącach próbnych dostał w końcu kontrakt. W dorosłej drużynie zadebiutował w wieku siedemnastu lat. Regularne występy w pierwszej drużynie Nottingham zapewniło mu dopiero przybycie Briana Clougha, który został trenerem Forest w styczniu 1975 roku. Klub znajdował się wówczas w drugiej lidze (Second Division). Historia niesamowitego związku Clougha i Forrest jest powszechnie znana – pod jego wodzą ta drużyna zdobyła krajowe mistrzostwo (jako beniaminek!) oraz dwukrotnie wygrała Puchar Mistrzów, do dziś pozostając prawdopodobnie najbardziej zaskakującym triumfatorem i obrońcą tego trofeum. Jedną z głównych ról w tamtym zespole odgrywał bohater tekstu. W latach 70. i 80. na angielskich boiskach nie widzieliśmy wielu czarnoskórych piłkarzy. Mimo że większość z nich urodziła się w Wielkiej Brytanii (jak np. Chris Kamara czy Garth Crooks), to i tak byli oni bezustannie obrażani przez zasiadających na stadionach kibiców. Ci zawodnicy byli niemal pojedynczymi przypadkami, dlatego dla rasistów stanowili łatwy cel. Po raz pierwszy z agresją ze strony trybun spotkał się dwanaście miesięcy przed wspomnianym na początku tekstu incydencie z Carlisle – podczas pucharowej potyczki Forest z Newcastle. Viv Anderson zaczął być obrażany na długo przed rozpoczęciem meczu:

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Podszedłem wtedy do naszego trenera, Dave’a Mackaya i oznajmiłem mu, że nie chcę grać. Powiedział, żebym wziął się w garść i to była dobra rada. Pamiętam, jak John Tudor, napastnik Newcastle, powalił mnie na ziemię i wszyscy zaczęli wiwatować. To było naprawdę ciężkie. Miałem osiemnaście lat, a na stadionie pięćdziesiąt tysięcy ludzi było przeciwko mnie. Musiałem sobie z tym jakoś poradzić. Wyzwiska, gwizdy i rasistowskie przyśpiewki stały się niemal cosobotnią rutyną. Już na początku swojej kariery Viv Anderson spotkał się z ogromnymi przeszkodami, które skłaniały go do porzucenia swojej piłkarskiej przygody. Podobnie jak po nieudanych testach w Manchesterze, zastanawiał się nad zawieszeniem butów na kołku. Miał jednak ogromne wsparcie w osobie Clougha, który cały czas motywował go do stawiania czoła wszystkim przeciwnikom: ,,Były chwile, że zastanawiałem się, czy na pewno chcę w tym wszystkim uczestniczyć, ale czasami po prostu musisz przez coś takiego przejść. Obecnie jest wiele czarnoskórych twarzy w większości klubów i cieszę się, że w jakiś sposób przyczyniłem się do ułatwienia im grania”. Viv rozegrał dla Nottingham ponad trzysta spotkań ligowych, a swoimi umiejętnościami podbił serca fanów. Kiedy Forest przeprowadziło wśród kibiców w 1997 roku głosowanie na klubową „jedenastkę” wszechczasów, Viv Anderson został wybrany najlepszym prawym obrońcą w historii. Dostał aż 97% głosów! Bardzo dobre występy spowodowały, że o Andersonie zaczęto mówić w kontekście powołań do reprezentacji narodowej. Przed nim żaden inny czarnoskóry zawodnik nie zagrał w angielskich barwach w seniorskiej reprezentacji. Szlaki w zespole U-21 przecierał Laurie Cunningham, ale mimo wszystko wciąż była to tylko młodzieżówka. Ówczesny trener Synów Albionu, Ron Greenwood, nie mógł ignorować świetnej postawy Viva, który wyrósł na czołowego defensora w kraju. Powołał go na spotkanie z Czechosłowacją, które miało zostać rozegrane na Wembley. Decyzja selekcjonera wywołała w Anglii wiele kontrowersji, a spora część społeczeństwa ostro krytykowała jego decyzję. Jak sam Greenwood zaznaczał, w jego wyborze nie było żadnych politycznych podtekstów: ,,Fioletowi, żółci, czarni – jeżeli będą wystarczająco dobrzy, to ich powołam”. 29 października 1978, wychodząc na boisko w koszulce reprezentacji Anglii, Viv Anderson tworzył historię. Debiut był dla niego niezwykle udany – zaprezentował się z solidnej strony w defensywnie i brał udział przy bramkowej akcji gospodarzy. Kiedy schodził z boiska, kibice zebrani na Wembley zgotowali mu owację na stojąco. Do dziś trzyma telegram od Królowej, który tamtego wieczoru czekał na niego w szatni. Po latach tak wspomina swój pierwszy mecz w angielskich barwach: ,,Byłem piłkarzem, który reprezentował swój kraj i jedyne o czym myślałem, to żeby nie popełnić błędu przed stu tysiącami ludźmi na stadionie. Po prostu chciałem być pewny, że dokładnie podam, dobrze odbiorę piłkę i będę miał pozytywny wkład w mecz. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jakie to było wówczas wspaniałe osiągnięcie. W tamtym czasie miałem dwadzieścia dwa lata, byłem zwykłym piłkarzem starającym się zrobić karierę i pragnąłem tylko zrobić wszystko, żeby znaleźć się w składzie na następne spotkanie”. Dla reprezentacji Anglii Viv rozegrał w sumie trzydzieści spotkań, w których zdobył dwie bramki. Wkrótce po jego debiucie w kadrze pojawili się także inni czarnoskórzy zawodnicy: Cunningham, Cyril Regis czy John Barnes. Viv Anderson swoją postawą na boisku pomógł złamać stereotypy. Jego talent, skromność i etyka pracy sprawiły, że ludzie zaczęli inaczej patrzeć na czarnoskórych zawodników, których do tej pory uważano za leniwych i zbyt wrażliwych na warunki pogodowe: ,,Rozbiłem pewien model czarnoskórego piłkarza, ponieważ grałem na obronie, a wcześniej tacy występowali przede wszystkim w ataku. Zawsze nosiłem koszulkę z krótkim rękawem, ponieważ wciąż ludzie patrzyli na czarnych zawodników, którzy zakładali rękawiczki oraz kalesony i myśleli, że boimy się zimna”. W 1984 roku, po dziesięciu latach, Viv opuścił Nottingham. Drużyna po sensacyjnych zwycięstwach w Europie i wywalczonym mistrzostwie, nigdy w kolejnych sezonach nie była w stanie nawiązać do tych wyczynów, mimo że Clough prowadził ich aż do 1993 roku.

Viv Anderson przeniósł się do londyńskiego Arsenalu, w którym spędził trzy kolejne lata. Na Highbury dalej potwierdzał swoje atuty: był szybki, zwinny, a przy tym potrafił odnaleźć się w polu karnym przeciwnika, dzięki czemu zdobył w swojej karierze kilka ważnych goli. Dla Kanonierów strzelił w sumie piętnaście bramek w stu pięćdziesięciu meczach, co na obrońcę jest solidnym wynikiem. Długie nogi, pomagające mu zabierać piłkę rywali nawet w beznadziejnych sytuacjach, sprawiły, że dostał przydomek Spider, czyli „Pająk”. Pomógł Arsenalowi w 1987 roku zdobyć Puchar Ligi, a w czasie swojego pobytu, był mentorem dla młodego Tony’ego Adamsa. Kibice byli zszokowani, kiedy po trzech sezonach postanowił przejść do ich wielkiego rywala, Manchesteru United. Tym transferem ponownie zapisał się w historii – stał się pierwszym zawodnikiem, którego na Old Trafford sprowadził Alex Ferguson (wówczas jeszcze bez tytułu szlacheckiego). Szkocki trener wydał na niego 250 tysięcy funtów. 31-letni Viv spełnił wreszcie swoje dziecięce marzenia. Viv Anderson stał się ważnym elementem w układance Fergusona, który miał w planach przebudowę drużyny. W 1988 roku ze swoim nowym klubem został wicemistrzem kraju, ale w tamtym sezonie Manchester nie miał zbyt dużych szans na detronizację Liverpoolu. Reprezentant Anglii spisywał się dobrze, jednak nie należał do najmłodszych zawodników w drużynie. Ferguson z czasem zaczął stawiać na prawej obronie na Paula Ince’a. Szanse na granie w większej liczbie meczów Viv stracił całkowicie po transferze Denisa Irwina, który szybko stał się pierwszym wyborem szkockiego menedżera na prawej stronie defensywy (Ince wrócił do środka pomocy). Viv Anderson opuścił Old Trafford po czterech latach, w 1991 roku. Z Czerwonymi Diabłami wygrał FA Cup oraz Puchar Zdobywców Pucharu. Viv odszedł z Manchesteru w styczniu i jako wolny zawodnik przeniósł się do Sheffield Wednesday. Pomógł tej drużynie w wywalczeniu awansu do First Division. Co ciekawe, Sowy wygrały Puchar Ligi, a w finale pokonały… United. Viv Anderson nie mógł jednak wystąpić w tym spotkaniu, ponieważ we wcześniejszych rundach reprezentował barwy Czerwonych Diabłów. Anglik miał być krótkoterminowym wzmocnieniem, a osiadł w klubie na kolejne dwa sezony, dzięki czemu udało mu się zagrać jeszcze w nowo powstałej Premier League w 1993 roku. W tym samym czasie Sheffield dotarło do finałów: FA Cup i Pucharu Ligi, ale w obu lepsi okazali się piłkarze Arsenalu, czyli też byłego klubu czarnoskórego gracza. Jego następną drużyną było Barnsley, gdzie został grającym trenerem. Tego epizodu jednak Viv Anderson nie może wspominać miło, ponieważ zespół pod jego przywództwem ledwo uniknął spadku do Divison Two. W kolejnym sezonie przeniósł się do Middlesbrough, aby sprawować funkcję asystenta Bryana Robsona, dawnego kolegi z Manchesteru. Mimo że zakończył piłkarską karierę, to wciąż był zarejestrowanym zawodnikiem, dzięki czemu w sezonie 1994/95 udało mu się jeszcze zaliczyć dwa występy w barwach Boro. Później jednak zawiesił buty na kołku już ostatecznie. Był asystentem w Middlesbrough aż do 2001 roku, kiedy Robsona na stanowisku zastąpił Terry Venables. Od tamtej pory nie pracował na żadnym piłkarskim stanowisku. W 2000 roku został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego za swoje zasługi dla krajowego futbolu. Obecnie udziela się często w telewizji i bardzo angażuje się w akcję Kick It Out, która ma na celu usunięcie rasizmu z piłkarskich stadionów. Na zawsze zostanie zapamiętany nie tylko jako świetny obrońca, lecz także jako zawodnik, który zmienił oblicze gry, także poza Wielką Brytanią: ,,Ktoś mi kiedyś oznajmił: Jesteś chodzącym kawałkiem historii, ale nigdy sobie tego nie uświadomiłem, dopóki inni mi tego nie powiedzieli”.

Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Nottingham Forest:

1 x mistrzostwo Anglii (1977-78)

1 x mistrzostwo 2-ligi (1976-77)

2 x Puchar Ligi – (1977-78, 1978-79)

1 x Tarcza Dobroczynności (1978)

2 x Puchar Europy (1978-79, 1979-80)

1 x Superpuchar Europy (1979)

1 x Anglo Scottish Cup (1976-77)

Arsenal

1 x Puchar Ligi (1986-87)

Manchester United:

1 x FA Cup (1989-90)

1 x Tarcza Dobroczynności (1990)

4

@FCBparasiempre
Relacje pomiędzy drużynami z tego samego miasta zwykle bywają ciężkie. Nie bez powodu porażki lokalnego rywala są często źródłem większej radości, aniżeli zwycięstwa ulubionej ekipy. Zwycięstwa w derbach smakują podwójnie. Co jednak w przypadku, gdy nasz zespół popada w futbolową niełaskę, a największe gwiazdy odchodzą do obozu wroga? A co, jeśli część z nich zaczyna stanowić o sukcesach przeciwnika? Kibice Manchesteru City do dziś muszą radzić sobie z zadrą tkwiącą w historii od ponad 100 lat. Zacznijmy od zarysowania kontekstu. Manchester City został założony 2 lata po Manchesterze United (ówcześnie Newton Heath), jednak to drużyna ze wschodniej części miasta jako pierwsza zaczęła święcić triumfy, z których za najważniejszy należy uznać FA Cup z 1904 roku. Kolejny sezon miał być równie radosny dla kibiców, gdyż przed ostatnią kolejką wystarczył triumf nad Aston Villą, by zdobyć pierwszy tytuł mistrzowski. Niestety drużyna przegrała ostatni mecz sezonu, kończąc na 3 miejscu w tabeli. Nieźle, jak na drużynę, która jeszcze niedawno walczyła o awans do pierwszej ligi, prawda? Niestety historia nie rysuje się tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Cień na tamte sukcesy rzucają oskarżenia o ustawianie meczów, a osobą, która zdradziła tajemnice szatni, okazał się Billy Meredith. Walijski Czarodziej(bo tak zwykło się mówić o utalentowanym skrzydłowym) został oskarżony o zaproponowanie łapówki kapitanowi Aston Villi. Przed ostatnim meczem, decydującym o mistrzostwie sezonu 1904/05, Meredith miał zaoferować kapitanowi The Villans 10 £ w zamian za poddanie spotkania. Dziś ta kwota brzmi abstrakcyjnie, jednak należy pamiętać, że w owych czasach była to kwota kilkukrotnie przewyższająca obecne stawki wypłacane zawodnikom (obowiązywała wtedy zasada, że piłkarz nie może zarabiać więcej niż 4 £ tygodniowo). Meredith został uznany za winnego przez FA i w ramach kary został zawieszony na rok. Na tym historia by mogła się zakończyć, gdyby nie oświadczenie zawodnika, który wskazał, że Manchester City nie przestrzegał przepisów. Wynik przeprowadzonego postępowania nie był korzystny dla City, które zostało zmuszone do sprzedaży 17 zawodników zawieszonych w ramach decyzji FA. Zarówno wtedy, jak i dziś można odnieść wrażenie, że kara była niesprawiedliwa i bardzo dotkliwa dla dalszej historii zespołu. Czy może być coś gorszego od zawieszenia zawodników i trenera? Niestety dla kibiców City, historia okazała się jeszcze bardziej okrutna. Najlepszy strzelec zespołu i jego kapitan – Meredith zdecydował się przejść do Manchesteru United. Oprócz Walijskiego Czarodzieja, do United trafiło 3 kolejnych graczy City, którzy mieli stanowić o przyszłości The Citizens – Herbert Burgess, James Bannister oraz Sandy Turnbull. Podsumujmy, mamy więc historię drużyny, która zaczyna święcić triumfy, a jej zespół jest uważany za bardzo perspektywiczny. Drużyna zostaje oskarżona o nieprzestrzeganie przepisów finansowych (swoją drogą historia lubi się powtarzać, prawda?). 17 zawodników zostaje zawieszonych, a największe gwiazdy odchodzą do rywali (w tym część do lokalnego antagonisty). Trener dostaje dożywotni zakaz prowadzenia klubu piłkarskiego. Czyżby fatum ciążące nad The Citizens znalazło swój koniec? Okazuje się, że to dopiero początek. Fatalizm losu City był początkiem sukcesów United. Prawdziwą zadrą, o której napisałem na początku, nie okazuje się trudna historia, słuszne (lub nie) oskarżenia i zdrada kapitana. Największym policzkiem dla The Citizens okazały się tryumfy, które zaczął święcić Manchester United przy angażu graczy swojego rywala. Co prawda sukcesy te nie trwały długo, niemniej jednak to, co nie udało się Manchesterowi City, zdołał wykonać United – zdobył pierwsze mistrzostwo ówczesnej Pierwszej ligi. Sukces ten jest tym boleśniejszy dla kibiców City i tym przyjemniejszy dla sympatyków United, że został on osiągnięty z udziałem dawnych gwiazd The Citizens – gwiazd, które zostały wykupione za bezcen w ramach haniebnej wyprzedaży. Nie wiadomo jak potoczyłaby się historia drużyn z Manchesteru, gdyby nie postać Billy’ego Mereditha. Należy zauważyć, że to Walijczyk odegrał główną rolę w oskarżeniu Citizens. Nie jest tajemnicą, że nie tylko Manchester City naginał przepisy, jednak zespół miał posłużyć jako przykład, a sama kara miała być pokazem siły FA. Walijski Czarodziej z miejsca stał się jednym z kluczowych zawodników United. Wraz z Turnbullem stanowił o sile zespołu, a jego technika i dynamika przyciągały kolejnych kibiców na nowo wybudowane Old Trafford. Zawodnik spędził w United 15 lat… by wrócić do Manchesteru City! 47-letni wówczas piłkarz postanowił zakończyć karierę w swoim byłym klubie, gdzie zdołał jeszcze spędzić kolejne 3 lata jako grający trener. Późniejsza historia Walijczyka przeplatała się pomiędzy Manchesterem United i Manchesterem City. Po jego śmierci obie drużyny ufundowały nagrobek. Jednocześnie zawodnik został uhonorowany przez Manchester City, które uznało go za legendę klubu. Również kibice obu drużyn traktują tę postać w kategoriach legendy. Trudna historia nie tylko dzieli, ale również łączy kibiców United i City. Warto o tym pamiętać.

Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Chirk:

1 x Puchar Walii (1894)

Manchester City

1 x mistrzostwo 2 ligi (1989-99)

1 x FA Cup (1903-04)

Manchester United:

2 x Mistrzostwo (1907–08, 1910–11)

1 x FA Cup (1908–09)

2 x Tarcza Dobroczynności (1908, 1911)

Osiągnięcia reprezentacyjne:

Walia:

2 x British Home Championship (1907, 1920)

Osiągnięcia indywidualne:

Football League 100 Legends:

English Football Hall of Fame:

2

@FCBparasiempre
,,Zostałem trenerem drużyny olimpijskiej nieoczekiwanie, w ostatniej niemal chwili, tuż przed wyjazdem do Finlandii. Nie było to właściwe pociągnięcie ze strony sekcji piłki nożnej gkkf, gdyż z trenerem węgierskim powinien jechać pan Koncewicz, jako że najwięcej graczy naszego zespołu rekrutowało się ze śląskiego ośrodka. Znał ich doskonale, wiedział, w jakiej formie znajdują się jego podopieczni, mógł pomóc swą radą panu Király’emu. Ja opiekowałem się piłkarzami krakowskimi i mógłbym być ewentualnie trzecim trenerem”– komentował swoją nominację Matyas w „Wielkim finale”. W turnieju olimpijskim wzięło udział 27 drużyn. Konieczne było więc rozegranie rundy wstępnej. Obrońcy tytułu Szwedzi i gospodarze Finowie zostali zwolnieni z eliminacji, dodatkowo w drodze losowania taki sam przywilej uzyskały: Turcja, RFN i Antyle Holenderskie. Polska drużyna igrzyska zainaugurowała 15 lipca w Lahti. Naszym przeciwnikiem była amatorska reprezentacja Francji. Nad Sekwaną nie traktowano jej poważnie, a L’Equipe nie podało nawet składu zespołu. Polska zagrała w następującym zestawieniu: Stefaniszyn – Gędłek, Cebula, Banisz – Suszczyk, Mamoń – Trampisz, Krasówka, Alszer, Cieślik, Wiśniewski. Polacy powinni wygrać ten mecz bez większego wysiłku, a tymczasem był on dość wyrównany. Po zaciętej i twardej grze zwyciężyliśmy 2:1, ale to Francuzi jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Nasi zawodnicy od początku grali nerwowo i chaotycznie. Uwidoczniły się braki w zgraniu zespołu, dużo niedokładności i błędów w kryciu. Trójkolorowi mogli wyjść na prowadzenie już w 5. minucie, ale błąd Stefaniszyna naprawił Cebula, wybijając piłkę głową z linii bramkowej. Bramka, którą straciliśmy, była dość kuriozalna. Po serii kilku rzutów rożnych egzekwowanych przez ekipę francuską, w dogodnej sytuacji znalazł się Michel Leblond. Piłkę usiłował mu odebrać Józef Mamoń, ale zrobił to na tyle nieudolnie, że obaj zawodnicy wpadli do bramki razem z futbolówką.



Polacy w końcu się obudzili i już w niecałą minutę później wyrównali. Po groźnym strzale Henryka Alszera piłkę z rąk wypuścił Léonce Deprez i momentalnie przejął ją Jan Wiśniewski. Podał do Gerarda Cieślika, a gracz Ruchu bez namysłu uderzył z kilku metrów… prosto w poprzeczkę. Szczęśliwie do odbitej futbolówki dopadł Kazimierz Trampisz i już bez przeszkód umieścił ją w siatce. Druga połowa była już dużo spokojniejsza w wykonaniu Polaków. Kilka minut po przerwie znowu groźny strzał oddał Henryk Alszer, ale francuski bramkarz zdołał wybić piłkę na rzut rożny. Stały fragment wykonywał Jan Wiśniewski. Dośrodkował w pole karne, futbolówka trafiła pod nogi Jerzego Krasówki, który uderzając z kilku metrów, ustalił wynik meczu. Dosyć szczęśliwie przeszliśmy więc rundę wstępną, ale nasza gra pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym w naszej drużynie był obrońca Władysław Gędłek, który imponował spokojem i pewnością w swoich interwencjach. W 1/8 finału czekała na nas reprezentacja Danii. Mecz zaplanowano 21 lipca na stadionie Kupitaa w Turku. Spośród graczy wybiegających na boisko, dwóch pamiętało sromotną klęskę z Kopenhagi sprzed czterech lat. W polskiej drużynie był to noszący teraz opaskę kapitańską Gerard Cieślik, a wśród Duńczyków w tamtym spotkaniu zagrał Poul Petersen. To wtedy chyba zaczął się rodzić kompleks, jaki nasi zawodnicy przez wiele lat mieli w meczach z Duńczykami. Polacy wystąpili w składzie: Szymkowiak – Gędłek, Kaszuba, Banisz – Mamoń, Bieniek – Sobek, Krasówka, Alszer, Cieślik, Wiśniewski. Po zwycięstwie nad amatorami z Francji oczekiwano podobnego rezultatu w starciu z pierwszą reprezentacją Danii. Kibice jednak srogo się zawiedli, bo biało-czerwoni przegrali 0:2. Pierwszą bramkę głową strzelił Holger Seebach, a wynik spotkania ustalił uderzeniem z rzutu wolnego Svend Nielsen. Duńczycy grali mądrzej taktycznie i skuteczniej. Polacy mieli ogromne problemy właśnie ze skutecznością, a gdyby wykorzystali choć połowę dogodnych sytuacji, spokojnie wygraliby ten mecz. ,,Takiego spotkania jak to, jeszcze w życiu nie widziałem i nie zobaczę. To była z naszej strony gra na jedną bramkę! Mieliśmy co najmniej 20 tak zwanych 100-procentowych pozycji, nasi piłkarze strzelali z odległości 2-3 metrów od bramki przeciwnika i nic! Powinniśmy wygrać różnicą sześciu, siedmiu bramek, a w efekcie przegraliśmy 0:2”– opowiadał o meczu Matyas w cytowanej książce.

Po meczu kierownictwo ekipy podjęło decyzję o odesłaniu piłkarzy do kraju. Uniemożliwiono im obejrzenie półfinałów i finału co miało być karą za słaby występ. Podczas igrzysk dało się odczuć atmosferę politycznego nadzoru i indoktrynacji. Sportowcy z krajów socjalistycznych zamieszkali w osobnej wiosce olimpijskiej w Otaniemi. Kraje imperialistycznego zachodu zakwaterowano w Käpylä. Absurdalne były żądania jednego z członków kierownictwa polskiej ekipy. Apolinary Minecki zażądał zwrotu olimpijskich strojów. Kiedy Węgier Tivádar Király się o tym dowiedział, poprosił o wolną godzinę, spakował się i przeniósł do siedziby rodaków. Do Polski już nie wrócił i w taki przykry sposób zakończyła się jego olimpijska przygoda z naszą reprezentacją. Po latach nieobecności polscy piłkarze wrócili na olimpijskie stadiony. Niestety przygotowania znowu pozostawiały wiele do życzenia. Nie wyciągnięto wniosków z błędów popełnianych wcześniej. Zawieszenie ligowych rozgrywek bardziej zaszkodziło niż pomogło, podobnie jak wielotygodniowe zgrupowania w trzech różnych ośrodkach. Trudno mówić o wygranej z Francuzami jako o sukcesie. Cały start to raczej porażka polskiego piłkarstwa. Na usprawiedliwienie jedynie można dodać, że panująca w kraju sytuacja polityczna nie pomagała w harmonijnych przygotowaniach, a władze po raz kolejny pokazały, że jeśli mieszają się w sport, to niekoniecznie wychodzi to na dobre. W 1956 r. igrzyska po raz pierwszy zagościły na kontynencie australijskim. Początkowo do turnieju piłkarskiego zgłosiło się 28 ekip, ale ostatecznie wystartowało ledwie 11. Coraz większe piętno odciskała na ruchu olimpijskim bieżąca polityka. Część reprezentacji rezygnowała z występu w Melbourne właśnie z powodów politycznych. Wiele zespołów jednak wycofało się z uwagi na zbyt duże koszty podróży – na czele z obrońcami tytułu Węgrami. Polska, która początkowo wyraziła chęć udziału w turnieju, w drodze losowania znalazła się w czołowej szesnastce, wraz z Australią, Syjamem i Indiami. Wkrótce potem jednak kierownictwo naszej kadry zdecydowało o rezygnacji z wysłania piłkarzy na południową półkulę. Trochę szkoda takiego posunięcia, bo wobec mniejszej liczny uczestników były szanse na lepszy niż w Helsinkach występ. W kadrze zdążyli już zadebiutować Lucjan Brychczy, Horst Mahseli, Henryk Kempny czy Ernest Pol. Piłkarze ci, wraz ze starszymi kolegami, mieli w następnych latach decydować o obliczu reprezentacji. Areną kolejnych igrzysk był Rzym. Żeby jednak wystąpić w Wiecznym Mieście, trzeba było najpierw przejść eliminacje, ale to już temat na kolejną część prezentowanej serii.

8

@FCBparasiempre
Po sukcesie, jakim było czwarte miejsce zdobyte na igrzyskach w Berlinie i bardzo dobrym występie na mistrzostwach świata we Francji, wydawało się, że Polacy na stałe zadomowią się w europejskiej czołówce. Swoje dobre umiejętności potwierdzili 27 sierpnia 1939 r., pokonując w Warszawie wicemistrzów świata Węgrów 4:2. Niestety coraz lepsze występy naszej reprezentacji zostały brutalnie przerwane. Salwy z pancernika Schleswig-Holstein i bomby zrzucane na polskie miasta z samolotów z czarnymi krzyżami rozpoczęły II wojnę światową i gra w piłkę zeszła na dalszy plan. O futbolowej rywalizacji w czasach wojennych pisaliśmy już na naszych stronach. Piłka nożna pozwalała choć na chwilę zapomnieć o okrucieństwach wojny. Po jej zakończeniu kraj trzeba było odbudowywać od zera i to we wszystkich obszarach życia. Warszawa praktycznie nie istniała. Zaraz po wojnie funkcję stolicy pełniła Łódź. Również polski sport leżał w gruzach. Obiekty były zdewastowane przez działania wojenne. Brakowało sprzętu i środków finansowych. Wielu wybitnych działaczy, trenerów czy piłkarzy straciło życie. Wobec zniszczeń Warszawy, pierwsze kroki zmierzające do odbudowy polskiego futbolu stawiano w Krakowie. Działania te prowadzono już w zupełnie innej rzeczywistości. Komunistyczne władze każdemu patrzyły na ręce, a wielu działaczy, którzy znaleźli się na zachodzie, ciągle zastanawiało się nad powrotem do kraju. Ci, którzy wrócili, mieli się wkrótce przekonać, że nie będzie im tutaj łatwo żyć. Decyzje o reaktywowaniu PZPN podjęto już w marcu, a więc wtedy kiedy siły alianckie dopiero forsowały Ren a kilka polskich miast czekało wciąż na wyzwolenie przez Armię Czerwoną. Do lutego 1946 r. to w oswobodzonym bez walk Krakowie mieściła się siedziba federacji. 29 czerwca 1945 r. lwowianin Tadeusz Kuchar stanął na czele pierwszego powojennego związku. Znalazło się w nim miejsce dla kapitana związkowego – Henryka Reymana. Kiedy ciągle jeszcze zastanawiano się nad kształtem rozgrywek, legendarny gracz Wisły nie próżnował i już w sześć tygodni po nominacji ogłosił pierwszą listę reprezentacyjnych graczy. Na pierwsze oficjalne mecze międzypaństwowe trzeba było jednak jeszcze poczekać. W listopadzie 1945 r. PZPN odnowił kontakty z FIFA. W tym samym czasie gościł u nas zespół brytyjskiej Armii Renu, a w maju reprezentacja Warszawy udała się do Niemiec, gdzie z tą drużyną brytyjskich żołnierzy przegrała trzy mecze. W czerwcu do Polski przyjechały: szwedzki IFK Norrköping, jugosłowiański Partizan Belgrad i węgierskie Ferencváros z Kispestem, który niedługo później został przemianowany na Honvéd. W sierpniu natomiast po raz pierwszy nad Wisłą pojawiła się drużyna radziecka – moskiewskie Torpedo pod wodzą Wiktora Masłowa. Dobre występy reprezentacji Śląska przeciwko Armii Renu sprawiły, że zespół (wzmocniony kilkoma graczami z Krakowa) został zaproszony na tournée do Szkocji. Drużyna zrobiła tam bardzo dobre wrażenie, a wyróżnili się młodziutki napastnik chorzowskiego Ruchu – Gerard Cieślik a także rezerwowy bramkarz z mistrzostw świata z Francji, Walter Brom. Pod koniec 1946 r. do PZPN przysłano zaproszenia od FIFA dla dwóch polskich piłkarzy. Światowa federacja w ramach uczczenia powrotu czterech brytyjskich związków pod swoje skrzydła, organizowała mecz Wielka Brytania – reszta Europy. Początkowo krajowi działacze nominowali do wyjazdu Mieczysława Gracza i Tadeusza Parpana. Niestety 10 maja 1947 na Hampden Park nie wystąpił ani jeden, ani drugi. Komunistyczne władze dały do zrozumienia, że dalsza korespondencja z FIFA w tej sprawie nie służy interesom kraju. Nie był to ostatni raz, kiedy rządzące elity mieszały się w sprawy sportu. Drużyna narodowa swój pierwszy mecz po wojnie rozegrała 11 czerwca 1947 r. Na Ullevaal Stadion w Oslo mierzyliśmy się z Norwegami. Gospodarze pokryli koszty podróży i zakwaterowania, ale o samym meczu nie pisano zbyt wiele. Kibice o planowanym spotkaniu dowiedzieli się tuż przed wylotem. Kadra, w której składzie zagrało aż dziewięciu debiutantów, przegrała jednak 1:3. Na pierwsze zwycięstwo musieliśmy poczekać do września, kiedy to w Helsinkach pokonaliśmy Finów 3:1. Jak to często bywało, nasza reprezentacja przeplatała przyzwoite występy z, delikatnie mówiąc, nie najlepszymi. Po dobrym meczu minimalnie przegraliśmy 4:5 z przyszłymi mistrzami olimpijskim – Szwedami, którzy w składzie mieli młodych Nordhala i Liedholma. Natomiast miesiąc później ulegliśmy przyszłym finalistom turnieju w Londynie – Jugosławii i to aż 1:7. Największym sukcesem z tamtego okresu było zwycięstwo nad Czechosłowacją, która miała za kapitana wielkiego Josefa Bicana. 18 kwietnia 1948 r. pokonaliśmy ich w Warszawie 3:1 i odżyły nadzieje na dobry występ podczas zbliżających się igrzysk olimpijskich. Kiedy 29 lipca 1948 król Jerzy VI otwierał londyńskie igrzyska, polskich piłkarzy nie było wśród olimpijczyków. Przez lata utarło się, że reprezentacja do Londynu nie pojechała przez porażkę z Danią 0:8. Prawda jest jednak nieco inna. Już na ponad miesiąc przed tamtym spotkaniem, wiceprezes PZPN inż. Andrzej Przeworski oświadczył, że związek rezygnuje z występu kadry na igrzyskach.
Oczywiście decydujący głos miały tutaj władze państwowe a nie związkowe. Przeworski miał jednak nadzieję, że oficjeli zdoła przekonać wynikami drużyny. W związku z tym, jako przewodniczący Komisji Sportowej Polskiego Komitetu Olimpijskiego, zgłosił naszą drużynę do igrzysk. Liczył, że zawodnicy utrzymają dobrą dyspozycję z meczu z Czechosłowacją również w spotkaniu z Danią. Katastrofalny występ zniweczył jednak te plany, a po latach Gerard Cieślik opowiadał, że kapitan związkowy Zygmunt Alfus zapewniał przed meczem piłkarzy, że jeśli wygrają, to pojadą na olimpiadę. Niestety nie wygrali. Ówczesny trener Wacław Kuchar chyba trochę przedobrzył z treningiem: ,,Goniliśmy w ciężkich butach po asfaltowych ścieżkach odbijając sobie pięty a przecież rozgrywając co tydzień mecze ligowe, mieliśmy wystarczającą kondycję i sprawność. Trzeba nam było tylko lekkiego rozruchu z piłką i bylibyśmy w zupełnie dobrej formie”– wspominał kapitan drużyny Tadeusz Parpan w książce „Wielki finał”. Polacy nie potrafili stawić czoła dobrze zorganizowanym Duńczykom, co utwierdziło władze w przekonaniu, że nie ma sensu wysyłać reprezentacji do Londynu: ,,Z tym zespołem nie mamy czego szukać w piłkarskim turnieju olimpijskim”– brzmiało stanowisko PKOL. Jeszcze przed spotkaniem w Kopenhadze, 23 czerwca w Londynie rozlosowano turniejowe pary. Wśród uczestników znajdowała również Polska. W starciu o 1/8 finału mieliśmy się zmierzyć z USA a więc rywalem, który w kontekście politycznym nie był najlepszy. Mecz, który miał się odbyć na Highbury, nie doszedł do skutku a rywalom przyznano walkower. Amerykanie pod względem sportowym nie uchodzili za szczególnie groźnego przeciwnika, co potwierdzili w spotkaniu z Włochami, którym ulegli aż 0:9. Jest więc wielce prawdopodobne, że Polacy również by ich pokonali. Przemawia też za tym fakt, że w niecałe dwa tygodnie po igrzyskach minimalnie tylko przegraliśmy ze srebrnymi medalistami– Jugosławią. Podobnie jak inne kraje demokracji ludowej, również Polska nie wzięła udziału w eliminacjach do mistrzostw świata w Brazylii. Nie bez znaczenia były tutaj jednak wysokie koszty podróży. Kolejną dużą imprezą, na której mieliśmy szansę się zaprezentować były więc igrzyska w Helsinkach. Finlandia miała być gospodarzem największej sportowej imprezy świata już w 1940 r., po tym, jak z organizacji zrezygnowało Tokio, ale plany te pokrzyżował kataklizm drugiej wojny światowej. Podobnie jak przy okazji przedwojennych turniejów, również i tym razem bardzo długo zwlekano z decyzją o starcie w turnieju olimpijskim. Jeszcze w listopadzie 1951 r. toczyła się na łamach prasy dyskusja czy warto wysyłać reprezentację do Finlandii. Kontakty polskiego piłkarstwa z zagranicą były nie najlepsze. Dość powiedzieć, że w 1950 r. reprezentacja rozegrała pięć spotkań i oczywiście wszystkie z bratnimi narodami. Wygrała tylko jedno z Bułgarią i to skromnie 1:0. Kolejny rok był jeszcze uboższy w emocje związane z występami kadry, bo przez 12 miesięcy rozegraliśmy… jeden mecz. Tak, jeden. Przegrany 0:6 z Węgrami. Skoro jednak do rodziny olimpijskiej dołączył ZSRR i do Finlandii pojechać mieli również piłkarze z Kraju Rad, to nie było politycznych przeciwwskazań, żeby rezygnować z udziału w imprezie. W grudniu zapadła decyzja o zgłoszeniu naszej reprezentacji do turnieju. Sekcja piłki nożnej GKKF, która przejęła rolę PZPN, wytypowała 52 zawodników, którzy mieli zostać objęci specjalnym programem przygotowań. W styczniu 1952 r. w Szklarskiej Porębie rozpoczęto przedolimpijskie zgrupowanie. Piłkarze trenowali pod okiem: Ryszarda Koncewicza, Adama Niemca, Michała Matyasa, Mieczysława Jezierskiego i Wacława Kuchara. Zwrócono się również o pomoc do naszych bratanków znad Dunaju. Węgrzy, którzy w bezpośrednich towarzyskich meczach nie pozostawiali nam złudzeń kto lepiej gra w piłkę, przysłali do Polski Tivádara Király’ego. Polacy widzieli go w roli trenera-koordynatora, który sprawowałby pieczę nad przebiegiem przygotowań. ,,Zaczynając pracę wśród polskich piłkarzy, postaram się wpoić w waszych zawodników zasady węgierskiego futbolu a więc inteligencję gry, pomysłowość, lekkość. Obserwując od lat wasze drużyny, zaważyłem, że gracie szablonowo. Z uzyskaniem kondycji nie będzie problemu. Wiele jednak wysiłku(mojego i zawodników) trzeba włożyć w poprawę techniki, która przecież decyduje o wykonaniu założeń przedmeczowych. Stwierdziłem, że gracie za wolno a nowoczesne piłkarstwo wymaga większej szybkości akcji. Obok stylu gry będę również szlifował strzały, które są bardzo słabą stroną polskich napastników”– mówił po przyjeździe do polski węgierski trener. Po zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie przyszedł czas na drugi etap przygotowań. Zostały utworzone trzy głównie ośrodki szkoleniowe. Pierwszy mieścił się w Warszawie, a kierował nim Wacław Kuchar (Legia), drugi ulokowano w Krakowie, gdzie zajęcia prowadził Michał Matyas (Wisła), a trzeci, w którym trenowano pod okiem Ryszarda Koncewicza (Ruch), umiejscowiono w Chorzowie. W marcu zadecydowano o zawieszeniu rozgrywek o mistrzostwo Polski, które planowano dokończyć jesienią. Najlepsi zawodnicy ćwiczyli w wyżej wymienionych miastach, a dla reszty zorganizowano rozgrywki o Puchar Związku Młodzieży Polskiej, które tak naprawdę nikogo nie interesowały. Żeby lepiej kierować organizacją szkolenia, w kwietniu Koncewicz zastąpił Kuchara w Warszawie, a nadzór nad piłkarzami przygotowującymi się w Chorzowie, przejął Węgier Király.

Marzec i kwiecień upłynął na wewnętrznych sparingach pomiędzy drużynami trzech ośrodków szkoleniowych. W opinii trenera Király’ego najlepiej prezentował się zespół ze Śląska. Twierdził, że zawodnicy zrobili spore postępy, a trzon olimpijskiej kadry powinni stanowić właśnie zawodnicy trenujący w Chorzowie, wzmocnieni kilkoma graczami z Krakowa. Według Węgra gra, jaką prezentowali, była najbliższa nowoczesnym trendom. Jak wspominaliśmy, w Helsinkach po raz pierwszy pojawili się piłkarze zza naszej wschodniej granicy. Kierownictwo drużyny radzieckiej w ramach przygotowań zaplanowało kilka nieoficjalnych spotkań, w tym z Polską. 11 maja nasz zespół, występujący jako reprezentacja Warszawy, zmierzył się na Łużnikach z drużyną ZSRR, która wystąpiła jako reprezentacja Moskwy. Spotkanie miało wyrównany przebieg, a uwagę zwróciły dobre występy obu formacji obronnych, zwłaszcza bramkarzy. W polskiej bramce świetnie spisywał się Tomasz Stefaniszyn, a w radzieckiej Władimir Nikanorow. Jedyną bramkę strzelił w 83. minucie Gerard Cieślik, a 85 tys. kibiców oglądało porażkę swoich ulubieńców. Trzy dni później w rewanżu lepsi okazali się gospodarze. Wzmocnieni kilkoma świetnymi zawodnikami, z Wsiewołodem Bobrowem na czele, wygrali 2:1. Kilkanaście dni później niezapomniana (wtedy jeszcze niezłota) jedenastka węgierska zdołała tylko zremisować z drużyną sowiecką. Po powrocie z Moskwy Polacy rozegrali oficjalny już mecz z reprezentacją Bułgarii. W obecności ponad 45 tys. widzów przegrali jednak na stadionie Wojska Polskiego 0:1. Z trybun porażkę oglądał premier Józef Cyrankiewicz, a krytyka, jaka spadła na kadrę w prasie, była dość stonowana. Mimo że Polacy grali dość nerwowo i chaotycznie, to nie chciano szkodzić skuteczności pracy szkoleniowej. Tydzień później miał miejsce się kolejny sprawdzian. Wracająca z Sofii drużyna B zatrzymała się w Bukareszcie, żeby rozegrać spotkanie z Rumunią. Gospodarze jednak przeforsowali pomysł, żeby spotkanie uznać za oficjalne. Ściągnięto z Warszawy posiłki w osobach Tomasza Stefaniszyna i Kazimierza Trampisza, jednak Polacy polegli. Przegrana 0:1 wstydu raczej nie przyniosła, zwłaszcza że w składzie znalazło się aż siedmiu debiutantów. To w tym meczu pierwszy raz w narodowych barwach wystąpił Edward Szymkowiak, który przez lata stanowił później o sile polskiej bramki. Ostatni przedolimpijski sparing zaplanowano na niedzielę 15 czerwca w Warszawie. Na Stadionie Wojska Polskiego mierzyliśmy się ze wspaniałą jedenastką Węgrów, którzy wkrótce mieli zdobyć olimpijskie złoto. Jenő Buzánszky, József Bozsik, Sándor Kocsis, Nándor Hidegkuti, Ferenc Puskás, Zoltán Czibor i spółka nie pozostawili złudzeń i już do przerwy prowadzili 5:0. W drugiej połowie Romana Korynta zmienił Edward Cebula, a podopieczni Gusztáva Sebesa przestali trafiać. Nasz honor uratował Henryk Alszer, który strzałem głową w 56. minucie pokonał Gyulę Grosicsa. Pojawiają się głosy, że dużo lepsza druga połowa, to zasługa nie tyle zmian taktycznych, ile tego, że przedstawiciele naszej piłkarskiej sekcji wyprosili w przerwie na węgierskim szkoleniowcu trochę łaski. Przygotowania i selekcja były wieloetapowe. W czerwcowym, kolejnym zgrupowaniu, tym razem w Sopocie, brało udział 32 piłkarzy. 1 lipca w Warszawie na ostatnim już obozie zameldowało się 21 zawodników. bramkarze: Stefaniszyn, Szymkowiak i Wyrobek, obrońcy: Gędłek, Glimas, Bartyla, Cebula, Banisz, Kaszuba i Korynt, pomocnicy: Wieczorek, Suszczyk, Bieniek i Mamoń oraz napastnicy: Alszer, Cieślik, Brajter, Wiśniewski, Trampisz, Sobek i Jaskowski. Po ostatnich treningach i wewnętrznych gierkach wykrystalizował się zespół, który miał pojechać na igrzyska. Trener Michał Matyas wspominał jednak, że drużynie brakowało zgrania: ,,Zespół moim zdaniem nie był właściwie zmontowany. Wprawdzie nie brakowało w nim indywidualności, ale właśnie, tylko indywidualności jak Gędłek, Cebula, Suszczyk czy Cieślik. Trudno było wzajemnie dopasować zawodników, stworzyć tak potrzebny w zespołowych grach monolit. Nasz jedenastka robiła na mnie wrażenie „pospolitego ruszenia”– twierdził w „Wielkim finale”. Po kilku korektach w składzie do stolicy Finlandii pojechali wymienieni dalej zawodnicy. Bramkarze: Tomasz Stefaniszyn (Legia) i Edward Szymkowiak (Ruch), obrońcy: Władysław Gędłek i Tadeusz Glimas (obaj Cracovia), Edward Cebula (Ruch), Hubert Banisz (Szombierki), Kazimierz Kaszuba (Wawel), pomocnicy: Czesław Suszczyk (Ruch), Józef Mamoń (Wisła), Zdzisław Bieniek (Legia), napastnicy: Henryk Alszer i Gerard Cieślik (obaj Ruch), Kazimierz Trampisz i Jan Wiśniewski (obaj Polonia Bytom), Jerzy Krasówka i Paweł Sobek (obaj Szombierki) oraz Zbigniew Jaskowski (Wisła). Podobnie jak przy okazji igrzysk w Berlinie, również i tym razem kilku piłkarzy zostało w kraju, będąc w gotowości do wyjazdu w razie potrzeby. Byli to Oskar Brajter (Legia), Henryk Janduda i Teodor Wieczorek (AKS Chorzów), Zdzisław Mordarski (Wisła), Henryk Skromny (Polonia Bytom). Trenerem, który miał najwięcej do powiedzenia w kwestii ustalania składu na turniej, był Ryszard Koncewicz. Obok Węgra Tivádara Király’ego, którego pozycja była niepodważalna, do Helsinek zamiast Koncewicza pojechał jednak Michał Matyas.

10

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?