8

Mecze, które wstrząsneły światem:

4 lipca 1954 r. w finale V Mistrzostw Świata(nazywanym również cudem w Bernie) RFN pokonała Węgry 3:2(2:2). Oficjalnie ten mecz jest postrzegany jako jedna z największych sensacji mundiali. Jednak nie dla mnie! Bowiem ja postrzegam to wydarzenie jako największy przekręt finałów mistrzostw świata! Ówczesna ,,Złota węgierska jedenastka” gromiła wszystkich po kolei aż miło, nawet RFN w tych samych mistrzostwach w fazie grupowej w stosunku 8:3! Cóż więc takiego się stało? Przede wszystkim w tym wysoko wygranym przez Węgrów meczu grupowym Ferenc Puskas został brutalnie sfaulowany przez Liebricha. Było wówczas wiele głosów, że Niemiec zrobił to z premedytacją, by pozbawić Węgrów najlepszego zawodnika. W efekcie Puskas powrócił do składu dopiero w meczu finałowym, lecz z niezaleczoną kontuzją. Jednak w 87 minucie Puskas strzela gola wyrównującego i….. sędzia główny odgwizduje spalonego, którego zasygnalizował sędzia liniowy. Czy rzeczywiście był spalony? Teraz tego już się raczej nie udowodni. Jednak wielu naocznych świadków na stadionie twierdziło że liniowy ewidentnie się pomylił. Obrońca reprezentacji węgierskiej Jeno Buzansky tak oto wspomina: ,, Wyrównujący gol Puskasa na 3:3 został zdobyty prawidłowo. Mówi się że kamery telewizyjne nie rozstrzygnęły czy sędzia podjął słuszną decyzje ale my wiemy że w Niemczech jest taki film, nakręcony amatorską kamerą, który rozstrzyga wątpliwości na naszą korzyść. Nikt go jednak nie chce upowszechnić. Gdyby mecz zakończył się remisem, trzeba by go było powtórzyć dwa dni później. Wówczas inaczej byśmy do niego podeszli i na pewno nie dalibyśmy Niemcom szans ale wyraźnie świat nie chciał dopuścić do tego aby mistrzem świata została reprezentacja z Europy Wschodniej. Angielski sędzia Ling prowadził na tych mistrzostwach tylko dwa mecze. Akurat nasze z Niemcami. Nikt mi nie powie że to przypadek”. Co więcej, Niemiec Adolf(Adi) Dassler wymyślił na ten mecz wkręcane kołki. 4 lipca 1954 roku boisko w Bernie było grząskie i podmokłe od deszczu. Nowinka technologiczna, czyli wymienne kołki, okazała się super-bronią Niemców. Dzięki lepszym butom, w przeciwieństwie do Węgrów, utrzymywali równowagę i czuli się pewnie. Dassler, twórca Adidasa, siedział podczas finału na ławce Niemiec, w przerwie czyścił piłkarzom buty z błota i wstawiał dłuższe kołki. Oczywiście FIFA nie miała bladego pojęcia o czymś takim. Mało tego! Niemcy przed meczem szprycowali się dopingiem, po czym ośmiu z nich chorowało na żółtaczkę. Z kolei historyk sportu Erik Eggers wraz z zespołem zajmował się badaniem tego przypadku na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Orzekł on, iż istnieje „kilka mocnych przesłanek, które wskazują na wstrzykiwanie niektórym niemieckim piłkarzom Pervitinu, a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono”. Pervitin był opartym na metamfetaminie stymulantem używanym wśród żołnierzy podczas II wojny światowej. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Lipsku, które zostały później określone jako „Doping w Niemczech”, były finansowane przez Niemiecki Komitet Olimpijski. W taki oto podstępny sposób szwabskie cwaniaczki pozbawiły ziszczenia się marzeń cudownej ,,Złotej jedenastki” Węgier.


@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

6

O tym się wspomina, o tym się pisze:

4 lipca 1971 r. FC Barcelona wygrała swój ostatni Puchar Hiszpanii pod egidą Copa del Generalismo. Pod tą nazwą funkcjonował krajowy puchar w latach 1939-75, na cześć generała Franco. W tamtych czasach zakazane było używanie katalońskich nazw własnych, stąd drużyna Blaugrany nazywała się ,,Club de Futbol Barcelona” i dopiero rok przed śmiercią dyktatora w 1975 r. wróciła do nazwy FC Barcelona. Finał z Valencią CF na Santiago Bernabeu miał bardzo dramatyczny przebieg. Barça po 50 minutach przegrywała 0:2, lecz gole Fuste oraz Zabalzy doprowadziły do dogrywki. Pedro Zabalza wyprowadził Blaugrane na prowadzenie w 99 minucie, jednak dwie minuty później wyrównał Oscar Valdez. W 112 minucie zwycięskiego gola zdobył środkowy napastnik Barçy Ramon Alfonseda.


@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@AssisMoreira

8

@FCBparasiempre
,,Rensenbrink… tegen de paal. Rensenbrink tegen de paal”– te słowa wykrzyczane 25 czerwca 1978 roku przez legendarnego komentatora Theo Reitsme zna każdy holenderski kibic piłkarski. Sekundy wcześniej, Rob Rensenbrink, po podaniu Ruuda Krola, trafił piłką w słupek. Była to 90. minuta meczu finałowego mistrzostw świata, w którym Argentyna remisowała z Holandią 1:1. Do zdobycia tytułu zabrakło Oranje kilkunastu centymetrów. „Ciągle uważam, że to nie była dobra sytuacja strzelecka. Tylko trąciłem stopą piłkę i trafiłem w słupek. Nie mogłem nic więcej zrobić”. Holenderski lewoskrzydłowy był jednym z najlepszych piłkarzy świata swoich czasów, ale niestety został zapamiętany głównie z tej akcji. Jak sam mówił w wywiadzie z 2017 roku. „Słupek. Zawsze ten słupek. Zostanie to ze mną aż do śmierci”. Pieter Robert Rensenbrink był prawdziwym amsterdamczykiem. Urodził się w dzielnicy Jordaan 3 lipca 1947 roku, trzy miesiące po Johanie Cruijffie. Jego rodzina mieszkała w dzielnicy Amsterdam West przy ulicy Van Bossestraat. Karierę piłkarza rozpoczynał w dzielnicowym klubie ZSGO (w wyniku fuzji z WMS obecnie istnieje pod nazwą ZSGOWMS). W wieku 11 lat przeprowadził się wraz z rodzicami do Oostzaan. Jego ojciec pracował w stoczni NDSM w Noord Amsterdam i zaproponowano mu dom w Oostzaan. Młody Robert niechętnie się tam przeprowadził, i jak wiele dzieci w jego wieku bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi. Z tego powodu regularnie jeździł rowerem do West Amsterdam, aby grać z nimi w piłkę na ulicy. Jednak postanowił zmienić klub, i przeniósł się z ZSGO do OSV w Oostzaan. W wieku piętnastu lat zadebiutował w pierwszej drużynie OSV w meczu decydującym o utrzymaniu w drugiej lidze i strzelił zwycięskiego gola. „W drodze powrotnej widziałem z autobusu, że kibice napisali na murze nabrzeża – Rob uratował OSV – co sprawiło, że byłem wtedy bardzo dumny. Mimo to nadal byłem bardzo nieśmiały i nawet nie odważyłem się wziąć prysznicu w szatni po tym meczu” – wspominał na obchodach 100-lecia OSV. Po kilku sezonach na młodego Rensenbrinka strzelającego wiele bramek w drugiej lidze zwrócił uwagę DWS, zawodowy klub z Amsterdamu. Mogłoby się wydawać, że logicznym krokiem byłoby przejście do Ajaksu, który też był zainteresowany nastolatkiem z OSV. Jednak w Ajaksie mieli już znakomitego lewoskrzydłowego Pieta Keizera i pewnie dlatego wynagrodzenie, jakie zaoferowali pracującemu wtedy jako pomocnik stolarza Rensenbrinkowi, było śmiesznie niskie. „Co więcej, Ajax nie był wtedy jeszcze tak dobrym klubem.” – mówił po latach Rensenbrink. W związku z tym osiemnastoletni Rob został pozyskany przez DWS za równowartość 3 tysięcy euro. DWS, który rok wcześniej został mistrzem kraju, był pierwszym holenderskim klubem z pełnoetatowymi profesjonalistami. „Otrzymywałem wtedy około 14 000 guldenów rocznie z dodatkami. Mój ojciec zarabiał w tym czasie 7 000 guldenów. To było całkiem przyzwoite, jak na młodego 18-letniego chłopca”– tak wspomina Rob. Młody lewoskrzydłowy zadebiutował w barwach DWS w październiku 1965 roku, podczas wygranej 2:0 z Feyenoordem na Stadionie Olimpijskim. Szybko okazało się, że mało kto będzie umiał powstrzymać Rensenbrinka. Już w swoim trzecim występie zdobył zwycięskiego gola w wygranym przez DWS 1:0 meczu ligowym. Jednak dopiero w trzecim sezonie regularnie trafiał do bramki. Rensenbrink strzelił wtedy dziesięć goli i dzięki temu został po raz pierwszy powołany przez trenera reprezentacji Georga Kesslera do drużyny narodowej. W DWS grał m.in. z innym reprezentantem Oranje Rinusem Israëlem, który w 1966 przeniósł się do Feyenoordu. „Rinus przeszedł z DWS do Feyenoordu. Po kilku latach zapukali i do moich drzwi. Pomyślałem, że fajnie byłoby grać na De Kuip, gdzie wcześniej wybił się wspaniały Coen Moulijn. DWS zażądał za mnie 450 000 guldenów (równowartość około 200 tys. euro), i Feyenoord stwierdził, że to za dużo. Club Brugge jednak zgodził się na taką kwotę. Później podpisałem siedmioletnią umowę z Anderlechtem, i żałuję tego. Real Madryt i Inter Mediolan były mną zainteresowane. Rozmawiałem z Włochami w Rotterdamie razem z Faasem Wilkesem. Anderlecht nie chciał jednak nawet rozmawiać o transferze” – tak opisywał swoją historię transferową Rensenbrink.



To było bardzo dziwne, ponieważ kiedy Rob Rensenbrink przybył do Club Brugge w 1969 roku, miał na koncie 6 meczów w reprezentacji, i mimo że jako lewoskrzydłowy rywalizował z takimi legendami holenderskiej piłki jak Piet Keizer i Coen Moulijn, był całkowicie nieznany na arenie międzynarodowej. Belgijscy kibice go nie znali, ale Club Brugge miał wiele kontaktów, które ówczesny dyrektor sportowy Joseph Hutsebaut zbudował w Holandii. W ten sposób udało im się pozyskać Rensenbrinka. Rob jednak nigdy nie dopasował się do Blauw-Zwart. Jako klasycznie wyszkolony skrzydłowy nie potrafił dostosować się do gry z legendą Brugii Raoulem Lambertem. Czasami zdarzały się momenty, gdy Rensenbrink pokazywał wielką klasę, ale równie często całkowicie znikał na boisku. Co więcej, Rensenbrink okazał się samotnikiem, który zdecydowanie nie pasował do rodzinnego ducha Club Brugge. Prawie nic nie mówił, choć Club specjalnie dla niego sprowadził równocześnie innego Holendra Henka Houwaarta, z którym Rob mieszkał przez pewien czas, a później grywał w ping-ponga w garażu. Jednak gra Rensenbrinka wzbudzała zachwyt, ponieważ najlepiej wypadał w najważniejszych meczach. Swoimi niepowtarzalnymi dryblingami, szybkością, elegancją i jak to pięknie pisano „aksamitną techniką” tak olśnił węgierskiego trenera Lajosa Barótiego, że ten nazwał go „Człowiekiem Wężem”. Stało się to wiosną 1970 roku, kiedy to Club Brugge mierzył się w drugiej rundzie Pucharu Miast Targowych z prowadzonym przez Barótiego Újpestem Dosza. Belgijski klub wygrał u siebie 5:2, a Rensenbrink zdobył w tym meczu hattricka. Przydomek het Slangenmens został z nim już do końca kariery. Legendarny Constant Vanden Stock był częścią zarządu Club Brugge pod koniec lat 60 XX wieku. Opuścił Club w 1971 roku, a następnie został prezesem RSC Anderlecht. Vanden Stock dobrze znał klasę Rensenbrinka i dlatego chciał sprowadzić holenderskiego dryblera do Brukseli. Rensenbrink podpisał umowę z Anderlechtem, który w zamian z Holendra przekazał do Brugii równowartość obecnych 150 tys. euro oraz dwóch piłkarzy Wilfrieda Puisa i Johnny’ego Velkeneersa. W Anderlechcie Rensenbrink po raz kolejny spotkał się z trenerem Kesslerem. W Anderlechcie Rensenbrink rozkwitł. Już w pierwszym sezonie zdobył z Fiołkami dublet, a rok później puchar. W połowie lat 70. Rensenbrink stał się nową gwiazdą zespołu. Jego dryblingi wprawiały publiczność w ekstazę, a przeciwników doprowadzały do łez. Niestety często bezradni rywale ratowali się brutalnymi faulami. Rob został królem strzelców w 1973 roku i tym samym powtórzył wyczyn swojego rodaka i serdecznego przyjaciela Jana Muldera. Jednak Rensenbrink spotykał się również z krytyką. Wielu uważało, że nie mobilizuje się na mecze ligowe z przeciętnymi zespołami, a tylko wtedy gdy gra przeciwko dobrym drużynom. On sam temu zaprzeczał, ale słynny trener Raymond Goethals ujął to najlepiej: „Na mecze galowe Robbie zawsze wkłada smoking”.

Fakt, że Rensenbrink dobrze wypadał głównie w najważniejszych meczach, nie przeszkadzał nikomu w klubie. W 1976 roku RSC Anderlecht zmierzył się w finale Pucharu Zdobywców Pucharów z West Hamem. Mecz był rozgrywany na stadionie Heysel w Brukseli, co z pewnością sprzyjało Fiołkom. West Ham prowadził w tym spotkaniu 1:0, ale Anderlecht odrobił straty z nawiązką, i m.in. po dwóch golach Rensenbrinka wygrał tę rywalizację 4:2. Kilka miesięcy później Holender ośmieszał w dwumeczu o Superpuchar UEFA znakomitego niemieckiego obrońcę Hansa-Georga Schwarzenbecka. Pierwszy mecz z Bayernem Monachium Fiołki przegrały 1:2, ale w rewanżu wygrały 4:1, po wspaniałym występie Holendra, w którym zdobył dwa gole. Za wspaniałą grę w 1976 Rensenbrink otrzymał nagrodę Złotego Buta dla najlepszego piłkarza w Belgii, a w plebiscycie na France Football był o krok od zdobycia Złotej Piłki, lepszy okazał się tylko słynny Franz Beckenbauer. Rok później Anderlecht dotarł do finału PZP po raz drugi z rzędu, ale tym razem przegrał 0:2 z niemieckim HSV. W kolejnym sezonie Anderlecht po raz trzeci z rzędu zameldował się w finale PZP i był to według wielu obserwatorów, jeden z najlepszych występów Slangenmensa w karierze. Rensenbrink zdobył dwa gole i jako kapitan wzniósł trofeum do góry po zwycięstwie 4:0 z Austrią Wiedeń. Zresztą sami popatrzcie. W grudniu 1978 Anderlecht zmierzył się z Liverpoolem w meczu o Superpuchar UEFA. Na Astrid Park Fiołki wygrały 3:1 (Rensenbrink strzelił trzeciego gola) i mimo porażki na Anfield 1:2 po raz drugi zdobyły to trofeum. Rensebrink ponownie został doceniony w Europie i zajął 3 miejsce(za Keeganem i Kranklem) w plebiscycie o Złotą Piłke France Football.



Rensenbrink był artystą, który grę opierał wyłącznie na swojej intuicji i nienawidził taktyk. Dopiero w ostatnim momencie decydował, co zamierza zrobić z piłką, i pozostawiał to inspiracji chwili. Swoimi dryblingami i balansem ciała terroryzował przeciwników i dlatego właśnie nazywano go wężem. Dodatkowo był również zamknięty w sobie jako ostryga, nawet w czasach największej chwały w Anderlechcie. W naturalny sposób wymusił przywództwo poprzez swoje osiągnięcia. Jednak nawet z Fiołkami nie potrafił zmobilizować się na każdy mecz. Zwykle był pełen zapału, ale czasem zdawał się kontemplować na uboczu. Wszystko zależało od jego chęci współpracy i zachęt, które otrzymywał. Mistrzem w wyciąganiu z Rensenbrinka tego co najlepsze był wspominany już wcześniej trener Raymond Goethals. Dał on swojej holenderskiej gwiazdce wolną rękę. Dzięki temu Rensenbrink mógł spokojnie opuszczać narady przedmeczowe. „Ta gadanina nie jest dla ciebie”- mówił belgijski trener. A taktyka Anderlechtu często była bardzo prosta: „Jak nie wiesz co zrobić z piłką, to oddaj ją Robbiemu”– to również słowa Goethalsa. Pomarańczowy rozdział w karierze Roba Rensenbrinka powinien być dużo większy. 46-krotny reprezentant zadebiutował – razem z innym legendarnym piłkarzem Oranje Willemem van Hanegemem – w meczu przeciwko Szkocji 30 maja 1968 r. Był częścią wyjątkowo utalentowanego pokolenia piłkarskiego, które na zawsze zagościło na kartach historii. Jednocześnie pozostało wrażenie, że powinien osiągnąć więcej. Z dwoma srebrnymi medalami MŚ w 1974 i 1978 r., oraz trzecim miejscem na ME w 1976, Rensenbrink należy do grona najbardziej utytułowanych holenderskich graczy. Jednak poprzez to, że najlepsze lata swojej kariery spędził na belgijskich boiskach, nie zyskał w Holandii uznania, na jakie zasługiwał. W 1980 roku Rensenbrink opuścił Astridpark i po 11 latach gry w Belgii 32-letni Holender wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Przyjął lukratywną ofertę Portland Timbers, wtedy klubu z North American Soccer League. W tamtych czasach wielu piłkarzy przeniosło się do Stanów Zjednoczonych, by dorobić na koniec kariery. Tą drogą podążyli również inni gracze z Beneluksu jak: Johan Cruyff, Johan Neeskens, Juan Lozano, Wim Jansen, Lex Schoenmaker, Leo van Veen, Guus Hiddink czy Dick Advocaat. Trenerami w USA byli też Rinus Michels i Cor van der Hart. Jak większość europejskich graczy, Rensenbrink nie pozostał długo w Stanach Zjednoczonych. W 1981 roku wrócił do Europy. Skończył zawodową karierę w drugiej lidze francuskiej, grając w Toulouse FC, gdzie występował też jego dobry przyjaciel i były kolega z drużyny Gilbert Van Binst. Jednak z powodu poważnej kontuzji jego umowa z klubem francuskim została przedwcześnie rozwiązana. Następnie wrócił do Holandii i przez pewien czas grał w piłkę na poziomie amatorskim OSV, czyli w klubie, w którym rozpoczynał swoją karierę. Później przez chwilę był nawet trenerem. Kilka lat temu Rensenbrink poinformował opinię publiczną, że zdiagnozowano u niego PMA, czyli postępujący zanik mięśni. Przez kilka lat dzielnie walczył z chorobą, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona nieuleczalna. Latem 2017 roku udzielił wywiadu w swoim ogrodzie: ,,Tak, wciąż żyję– mówił z uśmiechem. Pierwszy odszedł Moulijn, potem Keizer. Będę następny, prawda?”. Niestety piłkarz, który mógł zostać bohaterem Królestwa Niderlandów, dokładnie w sobotę 25 stycznia, zmarł. Pieter Robert Rensenbrink miał 72 lata.



W 2007 roku 10 wielkich belgijskich trenerów wybrało Roba Rensenbrinka na najlepszego obcokrajowca grającego kiedykolwiek na belgijskich boiskach. Kilka lat później identycznego wyboru dokonali kibice. Oba rankingi zorganizował prestiżowy belgijski magazyn Sport-Voetbalmagazine. Jan Mulder, były kolega z drużyny i przyjaciel Roba Rensenbrinka tak go wspomina: „To była przyjemność go oglądać. Był prawdziwym skrzydłowym, prawdziwym lewym skrzydłowym. Rob Rensenbrink był równie dobry jak Piet Keizer. Tylko Johan Cruijff był lepszy.” RSC Anderlecht w oficjalnym komunikacie wydanym po śmierci Roba, napisał tak: „Snake man” to najwspanialszy lewoskrzydłowy w historii RSCA i jeden z architektów pierwszych wielkich europejskich sukcesów naszego klubu. Jego niepowtarzalna technika, wdzięk i nos do bramek od lat fascynują fanów Sporting Anderlecht i wszystkich kibiców piłki nożnej na świecie. Jesteśmy bardzo dumni, że nosił nasze barwy przez dziewięć pięknych sezonów.”



Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Club Brugge KV

Puchar Belgii – 1969/70

RSC Anderlecht

Mistrzostwo Belgii (2x) – 1971/72, 1973/74

Puchar Belgii (4x) – 1971/72, 1972/73, 1974/75, 1975/76

Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975/76, 1977/78

Superpuchar Europy (2x) – 1976, 1978

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Mistrzostwa Świata – 2 miejsce (2x) – 1974, 1978

Mistrzostwa Europy – 3 miejsce – 1976

Osiągnięcia Indywidualne:

Złota Piłka – 2 miejsce (1976), 3 miejsce (1978)

Gouden Schoen (Złoty But) – 1976

Krół strzelców ligi belgijskiej – 1972/73

Najlepszy strzelec w historii PZP – 25 goli

Najlepszy obcokrajowiec w historii ligi belgijskiej – 2007

Najlepszy piłkarz w historii RSC Anderlecht – 2020

Jedenastka Mistrzostw Świata – 1974, 1978

Jedenastka Mistrzostw Europy – 2000

Fifa 100

Strzelec gola nr 1000 w historii MŚ


9

Finał był blisko ale się nie udało:

3 lipca 1974 r. odbył się tzw. „Mecz na wodzie” na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem gdzie Polska przegrała z gospodarzem Mistrzostw Świata RFN 0-1. Spotkanie rozegrano w trudnych warunkach pogodowych, przed meczem przeszła ulewa nad stadionem i w trakcie gry boisko było namoknięte. W 53. minucie meczu Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Uli Hoeneßa lecz w niczym to nie pomogło. Jedynego gola strzelił Gerd Müller w 76 minucie.



@AssisMoreira
@Arkon
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

0

@wroclawskifan Ale w której dacie? bo są trzy daty podane

7

FC Barcelona triumfuje w Copa Latina:

Jak już wspominałem tydzień temu przy okazji półfinału, 3 lipca 1949 r. Blaugrana pokonuje w finale Sporting Lizbona 2:1 na Estadio Chamartin i jako pierwsza w historii sięga po prestiżowy Puchar Łaciński(prekursor Pucharu Mistrzów). Gole dla Barçy zdobywają Josep Seguer(10 minuta) i Estanislao Basora(50 minuta) a honorowe trafienie dla Sportingu zaliczył Correira(28 minuta). Składy z tego epokowego finału:

FC Barcelona: Velasco, Calvet, Curta, Calo, Mariano Gonzalvo, Josep Gonzalvo, Basora, Seguer, Canal, Cesar, Navarro.

Sporting Lisboa: Azevedo, Octavio, Vazquez, Juvenal, Canario, Verisimo, Correira, Vasques, Peyroteo, Travassos, Albano.



@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

8

Ku pamięci wybitnych legend Dumy Katalonii:

3 lipca 1927 r. rozegrano drugi mecz w hołdzie dla genialnego Paulino Alcantary. Rywalem była reprezentacja Hiszpanii, która pokonała Blaugrane 2:1. Przed pierwszym gwizdkiem lokalny dziennikarz i pilot Josep Canudas zrzucił piłke na boisko ze swojego samolotu. W czasie wojny Paulino Alcantara wstąpił do organizacji ,,Czarne strzały”, wysłanej przez Mussoliniego na pomoc generałowi Franco. Paulino nie walczył na froncie, lecz pracował w szpitalu jako lekarz. Po wojnie zajmował się urologią aż do swojej śmierci w 1964 r. W 2007 r. FIFA wybrała Filipińczyka najlepszym piłkarzem azjatyckim w historii.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

0

@armat94 Oj rzeczywiście, przepraszam, wkradła się jakaś literówka...

11

Ten bezlitosny ,,Golden goal”:

2 lipca 2000 r. Francja pokonała na De Kuip w Roterdamie reprezentacje Włoch po dogrywce 2:1(0:0;1:1). ,,Azzurri” przygotowali prosty plan na wygranie finału. Jako pierwsi strzelić gola a potem przez reszte meczu bronić korzystnego wyniku. Wszystko zaczęło się układać po ich myśli, gdy po strzale Delvecchio objeli prowadzenie. Na prawej flance Totti, uwikłany w walke z dwoma rywalami, odegrał piętą do nadbiegającego Pesotto. Pomocnik Juventusu dośrodkował w pole karne wprost do Delvecchio, który z bliska nie pozostawił żadnych złudzeń Barthezowi. Szkoleniowiec Włochów Dino Zoff miał szanse zdobyć złoty medal mistrzostw Europy zarówno w roli piłkarza, jak i trenera. Miał, bowiem odebrali mu ją Francuzi, dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko działo się w doliczonym czasie gry. Daleki wykop Bartheza; Piłka trafia do Trezegueta, który odgrywa ją do Wilforda. Cannavaro nie przecina podania; napastnik Bordeaux przyjmuje futbolówkę, po czym oddaje strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Toldo. Nesta nie zdołał zablokować piłki a Toldo jej nie wybił. Chwila dekoncentracji okazała się brzemienna w skutkach. Dla Francuzów jeszcze nie wszystko stracone. Włosi nie mieli już nic do stracenia bo w jednej chwili zaprzepaścili wszystko. Okazja na zostanie mistrzem Europy niebezpiecznie się oddaliła. Swoją szanse zwietrzyli rywale. Pressing Francuzów; Albertini traci piłke, dopada do niej Pires, wbiega w pole karne i dośrodkowuje do Trezegueta. Nesta próbuje interweniować ale bezskutecznie. ,,Trezegol” mocnym strzałem z woleja pod poprzeczke zapewnia ,,Trójkolorowym” Puchar Delaunaya. Dramat Włochów i euforia Francuzów. Zwycięzców się nie sądzi, zwycięzców się ceni. Sukces piłkarzy nie byłby możliwy bez ogromnego trenerskiego wkładu Rogera Lemerre’a. Opiekun Francuzów miał nosa do zmian. To one odmieniły gre jego podopiecznych a także… niekorzystny wynik meczu. W 58 minucie posłał w bój Wilforda a na kwadrans przed końcem meczu Trezegueta. Obaj zadali decydujące trafienia. Przy zwycięskim(złotym) golu duży udział miał Pires, trzeci dżoker w talii Lemmere’a. Pomocnik Olimpique Marsylia wchodził na murawe, gdy plac gry opuszczał włoski bohater Marco Delvecchio. Co było później, wiadomo. Mistrzowie świata zostali mistrzami Europy po raz pierwszy w takiej kolejności.


@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

Wawrzyniec Cyl na świat przyszedł 2 lipca 1900 r., kiedy Polski nie było jeszcze na mapach. Wychowywał się w rodzinie inteligenckiej w Łodzi. Był absolwentem gimnazjum a dzięki temu że ukończył wieczorowy kurs handlowy, zdobył prestiżowy zawód księgowego. Z piłką zetknął się już w szkole. Jako nastolatek wstąpił w szeregi ŁKS-u. W pierwszej drużynie zadebiutował krótko po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Początkowo występował jako napastnik i w pierwszych zakończonych mistrzostwach Polski w 1921 r. był najlepszym strzelcem swojego zespołu. Wkrótce jednak został przesunięty do defensywy i na pozycji obrońcy występował do końca kariery. Dzięki dobrej postawie na arenie krajowej dostał szansę występu w reprezentacji. Debiut zaliczył 29 września 1923 r. w przegranym 3:5 pojedynku z Finlandią w Helsinkach. Narodowe barwy reprezentował później jeszcze trzykrotnie. W 1924 r. zagrał z Turcją (wygrana 2:0) a rok później z amatorami z Czechosłowacji (porażka 1:2). Największym jego osiągnięciem w reprezentacji był wyjazd na igrzyska olimpijskie do Paryża. Tuż przed rozpoczęciem turnieju ze składu wypadł jeden z czołowych polskich obrońców Ludwik Gintel i Cyl wskoczył na jego miejsce. Nie było to jednak powołanie na wyrost, gdyż zawodnik ŁKS-u należał do ścisłej krajowej czołówki. Dzięki występowi w meczu z Węgrami stał się pierwszym olimpijczykiem w historii łódzkiego klubu. Braki techniczne nadrabiał pracowitością i zaangażowaniem. Zawsze grał bardzo ofiarnie. Był wieloletnim kapitanem zespołu a później spełniał się w roli działacza. W łódzkim OZPN był kaptanem okręgowym a w klubie pełnił funkcję wiceprezesa. W Reprezentacji rozegrał 3 mecze.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

5

@FCBparasiempre

9 lipca 1816 r. Argentyna wyzwoliła się spod hiszpańskiej dominacji i ogłosiła niepodległość. Równo sto lat temu dla uczczenia tego jubileuszu, w Buenos Aires odbył się pierwszy turniej kontynentalny. Impreza w tej skali pierwsza w dziejach światowego futbolu, oficjalnie nazywała się Campeonato Sudamericano de Futbol, krótko mówiąc Copa America. Efektowny puchar ufundował minister spraw zagranicznych, bowiem ranga wydarzenia przekraczała miare czysto sportową. Bodaj po raz pierwszy w XX wieku także i politycy dostrzegli w skórzanej piłce niebywale nośny wehikuł popularności. Turniej ze względu na wyjątkowe okoliczności miał nadzwyczajny charakter i tak też(,,extraordinario”) został nazwany. Trwał od 2 do 17 lipca 1916 r. zaś w jego trakcie, dokładnie 9 lipca, uroczyście powołano do życia Confederacion Sudamericana de Futbol, pierwszy na świecie związek ponadnarodowy w skali kontynentalnej. Wielka idea Urugwajczyka Hectora Rivadavii Gomeza doczekała się wreszcie urzeczywistnienia. Organizatorzy przygotowali do gry dwa reprezentacyjne obiekty. Większość meczów odbywała się w dzielnicy Palermo na stadionie Gimnasia y Esgrima. Jego trybuna główna wykonana w całości z drewna była swego rodzaju architektonicznym cackiem. Środkowa część okolona balustradą, miała nadbudowane pięterko, zwieńczone misternie ozdobionym spadzistym dachem a na pięciu masztach powiewały narodowe flagi. Łącznie 20 tysięcy mogło napawać się tu futbolowym spektaklem. Natomiast aż 30 tysięcy miłośników futbolu był w stanie pomieścić położony w dzielnicy Avellaneda stadion Racingu.

Ponieważ była to pierwsza impreza tej skali, organizatorzy starali się nie zaniedbać niczego. Zawodnikom zapewniono oipieke lekarską a każda drużyna korzystała z usług masażysty. Sędziowie prezentowali się imponująco, zwłaszcza arbiter główny noszący modną cyklistówke z daszkiem przyodziany w pasiastą marynarke, długie białe spodnie i takiegoż koloru buty. Prawie 15 tysięcy widzów było świadkami inauguracji mistrzostw. Faworyt objawił się już na starcie. Urugwajska jedenastka rozgromiła Chile 4:0. Natomiast w drugim meczu Argentyna rozniosła to samo Chile aż 6:1! Wówczas do akcji wkroczyła Brazylia, urywając punkt rozpędzonym Argentyńczykom ale ulegając Urugwajowi. Po klęsce Chile z Urugwajem, kiedy Isabelino Gradin strzelił 2 gole, jeden z dziennikarzy chilijskich wysunął w swojej korespondencji otwarty zarzut że o zwycięstwie ,,Celestes” przesądził udział ,, dwóch Afrykanerów”! Oprócz Gradina czekoladową karnacje prezentował również Juan Delgado. Żurnaliście z Santiago nie przyszło do głowy iż poza Afryką mogą być jacykolwiek murzyni. Kierownictwo ekipy chilijskiej sfrustrowane rozmiarami porażki, zgłupiało tak bezdennie że wystosowało do organizatorów oficjalny protest, wystawiając się na pośmiewisko. Trzeba przyznać że po wyjaśnieniu sprawy Chilijczycy solennie przeprosili obu zawodników i ze wstydu posypali głowy popiołem. Dodajmy tylko że Gradin zdobywszy 3 gole, został pierwszym w dziejach Copa America ,,goleadorem” czyli królem strzelców tej imprezy. Ostatni mecz turnieju decydował zatem o wszystkim. Gospodarzy urządzało wyłącznie zwycięstwo a Urugwajczykom z powodzeniem wystarczał remis.

,,Urusi” panowali na placu od pierwszej do ostatniej minuty, gniotąc niemiłosiernie. Gradin i Romano mijali swobodnie pierwszych dwóch, trzech Argentyńczyków, po czym nadziewali się na ,,muro Humano”- ludzki mur złożony ze zmasowanej obrony. Poza tym skłębionym wałem ciał trwał jeszcze niepokonany bramkarz Isola. Na wypełnionym po brzegi stadionie Racingu mecz zakończył się rezultatem bezbramkowym i pierwszy w historii Puchar Ameryki powędrował do Montevideo. Tyle suche fakty. Jednak anegdotyczna podszewka tych zdarzeń mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Walka o najwyższy kontynentalny laur wyzwalała wśród widzów niezwykła emocje, dosłownie i w przenośni, znajdujące ujście poza obrębem trybun. Mecz na szczycie(de facto finał) pomiędzy Argentyną i Urugwajem powinien odbyć się 16 lipca na stadionie Gymnasia y Esgrima. Chętnych obejrzenia tego spektaklu było znacznie więcej niż miejsc. Toteż tysiące kibiców przerwały kordony i wyległy na płyte boiska. Zapanował chaos nie do opanowania bowiem nigdy przedtem podobne incydenty nie miały miejsca. Mecz został przerwany po 5 minutach gry. Okazało się iż grupa kibiców wtargnęła na boisko Gimnasia y Esgrima i podpaliła drewniane trybuny stadionu. Kompletnie bezradni i skonsternowani działacze po gorączkowych naradach podjeli decyzje o przełożeniu terminu meczu na dzień następny i zmianie stadionu. Obiekt Racingu był nawet nie tyle bezpieczniejszy, co po prostu bardziej pojemny. Wybitni piłkarze istnieli w Ameryce Łacińskiej już wcześniej, ciesząc się uznaniem wśród koneserów tego sportu. Lecz dopiero prestiżowe rozgrywki Copa America przyniosły zjawisko do tego czasu nieznane. Kult gwiazd podsycany przez prase a z biegiem czasu również przez radio. Nastąpiła niezwykła eksplozja namiętności, udzielająca się coraz szerszym kręgom publiczności. Sportowy wynik przestał być sprawą wewnętrznej satysfakcji 22 młodzieńców uganiających się za piłką. Począł angażować zbiorową wyobraźnię, odwołując się do poczucia dumy, lokalnego patriotyzmu a wreszcie narodowej i państwowej tożsamości. Grunt dla tego rodzaju identyfikacji był nader podatny szczególnie w tej części świata, gdzie tradycje niepodległościowe nie przekraczały horyzontu stulecia. Gwiazdy wcale nie musiały spadać z nieba. One były w zasięgu wzroku a zielona murawa boiska stanowiła wymarzoną oprawę dla ich olśniewającego blasku.

11

Pierwszy oficjalny międzypaństwowy(a zarazem profesjonalny) turniej w dziejach futbolu(proszę przeczytać w odpowiedzi na mój komentarz):

@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@Arkon

10

Udany rewanż:

2 lipca 1960 r. na Camp Nou zagrał słynny FC Santos z Pele w składzie. Była to druga wizyta brazylijskiego klubu w Barcelonie. Rok wcześniej Santos pokonał Blaugrane aż 1:5 a Pele strzelił 2 gole, choć pamiętajmy iż Barça grała wówczas mocno rezerwowym składem. W swoistym rewanżu Duma Katalonii wystąpiła w najsilniejszym składzie i pokonała najmocniejszy wówczas na świecie Santos 4:3, dzięki dwóm golom Luisa Suareza oraz po jednym Kubali i Villaverde. Pele także wpisał się na liste strzelców.


@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon

12

Czeski horror w Porto:

1 lipca 2004 r. Grecja pokonała po dogrywce reprezentacje Czech 1:0 w ramach półfinału Euro 2004. Czesi podejmowali Greków i wiele wskazywało na to że ofensywny futbol weźmie górę nad wyrachowaniem i kunktatorstwem. Nic z tych rzeczy. Po obiecującym początku(strzał Jankulovskiego w poprzeczke) zaczął się czeski dramat. W 40 minucie plac gry musiał opuścić kontuzjowany Pavel Nedved. Załamany pomocnik Juventusu schodził z boiska ze łzami w oczach. Godzine później całe Czechy pogrążyły się w rozpaczy a wszystko przez srebrnego gola. Decydenci FIFA zrewidowali swoje wcześniejsze pomysły i odeszli od zasady złotego gola. Teraz wymyślili jej złagodzoną wersje, obowiązującą tylko w pierwszej części dogrywki. Mecz kończył się po doliczonych 15 minutach jeżeli jedna z drużyn uzyskiwała w tym czasie przewagę bramkową. Dawało to szanse przeciwnikom na strzelenie wyrównującego gola jeszcze przed przerwą, nie skazując ich od razu na ,,nagłą śmierć”. Srebrny gol Dellasa padł jednak w ostatniej minucie pierwszej części dogrywki. Czesi nie mieli już czasu na odrobienie strat i sami zostali straceni.



@Sensible
@Arkon
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@patataj
@kamyk_23
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974

11

Pożegnanie Torralby:

1 lipca 1928 r. odbył się pożegnalny mecz w hołdzie legendarnemu defensywnemu pomocnikowi FC Barcelony Ramonowi Torralba. To pierwszy w historii zawodnik Blaugrany, który został w ten sposób nagrodzony. Spotkanie miało oczywiście charakter towarzyski, w którym Barça pokonała lokalny UE Sants 3:1 na Estadio Camp de Les Corts, po dwóch golach Samitiera i jednym Sastre. Legendarny Torralba rozegrał w FC Barcelonie 475 spotkań, co było klubowym rekordem aż do czasu pobicia go przez Joana Segarre.


@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

5

@FCBparasiempre
Jednak ta miłość nie zawsze zostaje odwzajemniona. Na tysiąc małych chłopców, którzy spełniają swoje marzenia o profesjonalnej karierze, przypada co najmniej 10 tysięcy zapaleńców, którzy na marzeniach muszą poprzestać. Historia zna jednak przeróżne przypadki. Na przykład kiedyś zdarzyła się sytuacja, w której niejaki Mario de Castro pokochał futbol a patrząc na jego boiskowe dokonania, była to miłość odwzajemniona. Pomimo olbrzymiego talentu, potwierdzonego niewyobrażalną liczbą strzelonych goli, Brazylijczyk porzucił swoją miłość. Jak do tego doszło? Miłość do futbolu Mario była od początku specyficzna. Urodzonemu w 1905 roku Brazylijczykowi wszystko przychodziło łatwo. Gole strzelał jak na zawołanie i kiedyś powiedział nawet, że nie pamięta żadnego meczu, w którym nie wpisałby się na listę strzelców. A przecież, żeby w pełni docenić miłość, trzeba najpierw poświęcić wiele czasu i pracy, żeby ją uwieść. Dla Castro sztuka uwodzenia była równie potrzebna, jak młodemu mężczyźnie viagra przy spotkaniu z nagą Jennifer Lawrence. On po prostu wychodził na boisko jak po swoje, pozwalał przejąć kontrolę instynktowi, po czym robił, na co tylko miał ochotę, bo wiedział, że nikt go nie będzie w stanie zatrzymać. Urodzony 30 czerwca 1905 roku w miejscowości Formiga w stanie Minas Gerais Mario od początku przejawiał niebywały talent. Jednak jego matka nie chciała, żeby grał w piłkę. W tamtych czasach mało kto dorabiał się na futbolu, więc to naturalne, że chciała dla syna czegoś więcej, zwłaszcza że ten uczył się bardzo dobrze. Widziała w nim lekarza i pewnie za jej sugestią posłuszna latorośl zdecydowała się na studia medyczne. Wówczas nie wiedziała, że jej syn wcale nie zrezygnował z futbolu. Gdyby żył jego ojciec, być może wybiłby by mu futbol z głowy raz na zawsze, lecz Mario od wczesnych lat młodzieńczych był sierotą, a matka musiała też pilnować całej czwórki dzieci. I tak niesforny małolat codziennie się wymykał, by grać w piłkę, a że wychodziło mu to coraz lepiej, to zainteresowało się nim Atletico Mineiro. Młody zawodnik nie chciał swojej rodzicielce sprawić przykrości, więc choć zgodził się na grę w klubie z Belo Horizonte, to jednak zdecydował się grać pod przydomkiem Oriam. Debiut Oriama przypadł na mecz z lokalnym rywalem – Ameriką. Spisał się wyśmienicie — strzelił trzy gole, a jego zespół wygrał 6:0. Ten mecz wcale nie był wyjątkiem. Żółtodziób szybko przyzwyczaił kibiców do niebywałej skuteczności, a oni uwielbiali go ze względu na niesamowite dryblingi oraz niezwykle precyzyjne strzały. Legenda przenoszona z ust do ust głosi, że Castro zawsze strzelał celnie. Jego doskonała gra przełożyła się na sukcesy „Kogutów”. Już w 1926 roku klub sięgnął po mistrzostwo stanu Minas Gerais. A to miał być dopiero początek. W kolejnych latach Mario de Castro dalej imponował skutecznością. Godnie towarzyszyli mu przy tym Said Paulo Arges i Jairo de Assis Almeida. Ta trójka stworzyło atak, o którym mówiono „Nie święta trójca”(O Trio Maldito). Co ciekawe, każdy z tego tria był studentem. Jairo, tak jak Mario, studiował medycynę a Said studiował prawo. Trójka intelektualistów budziła postrach w całej Brazylii, lecz nie jest prawdą, że kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. Atletico Mineiro ponownie zostało mistrzem stanu Minas Gerais w 1927 roku, ale w kolejnych dwóch rozgrywkach Mario i spółka musieli zadowolić się drugim miejscem, uznając wyższość zespołu Palestra Italia(później Cruzeiro). Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w 1930 roku. Wówczas Palestra zwyciężyła po raz trzeci, a Atletico próżno szukać w pierwszej czwórce. Rok później los znów się uśmiechnął do „Kogutów”. Jednak trzeba powiedzieć, że ten los nie dawał się łatwo przekonać. W meczu decydującym o tytule mistrzowskim Atletico przegrywało już 0:3 z zespołem Villa Nova. Po przerwie zadziałał instynkt Mario. 26-letni wówczas Brazylijczyk poszedł jak po swoje, strzelił cztery bramki i tym samym zapewnił swojej drużynie zwycięstwo, które dawało tytuł mistrzowski. To był jeden z najpiękniejszych dni w historii Atletico oraz dla samego Mario. W jednej chwili najlepszy dzień stał się najgorszym.

Po meczu doszło do zamieszek. Nie było w tym czegoś niezwykłego, w Brazylii często dochodziło do utarczek między kibicami. Jednak tym razem sprawy posunęły się o wiele za daleko. Źródła nie opisują szczegółowo tego, co się wydarzyło, ale wiadomo, że w wyniku tych zamieszek jeden z pracowników klubu wyciągnął broń i śmiertelnie postrzelił kibica Villa Nova. Mario, który był świadkiem tego zdarzenia, podjął natychmiastową decyzję— już nigdy nie zagram w piłkę nożną. W momencie zakończenia kariery Mario de Castro miał sto występów w koszulce Atletico Mineiro, w których strzelił 195 bramek. Jego skuteczność to 1,95 gola na mecz! Dla porównania skuteczność innych supersnajperów przedwojennej epoki — Josefa Bicana i Portugalczyka Peyroteo to odpowiednio 1,62 i 1,59 bramki na mecz. Jedyne, co wydaje się rysą na szkle Mario to kariera reprezentacyjna, w której piłkarz nigdy nie zagrał. Wytłumaczenie okazuje się bardzo proste — w tamtych czasach do kadry Canarinhos trafiali wyłącznie zawodnicy z Sao Paulo i Rio de Janeiro. Mimo tego trener reprezentacji Brazylii w 1930 roku, Rodrigues Pindaro de Carvalho, zaoferował mu miejsce w kadrze na Mistrzostwa świata. Kiedy Mario dowiedział się, że ma być tylko rezerwowym, bo Rodrigues widział w pierwszym składzie 18-letniego napastnika Botafogo, Carlosa Dobberta de Carvalho, znanego jako Leite, grzecznie odmówił selekcjonerowi. Kariera Mario się skończyła, zanim na dobre się rozkręciła. Mógł być dla Brazylii tym , kim później stał się Leonidas, ale po pierwsze nie pochodził z Rio de Janeiro, tak jak „Czarny diament” i nigdy nie miał okazji zagrać na mundialu, a później wybrał życie bez futbolu. Poukładał je sobie całkiem nieźle. Ożenił się z jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły w Brazylii medycynę i miał z nią dwójkę dzieci oraz adoptował trzecie. Wraz z żoną przez wiele lat pracowali w swoim zawodzie. Czy tęsknił za piłką? Pewnie tak, ale nigdy nie udało mu się wyrzuć z pamięci widoku umierającego kibica Villa Nova.

14

Takich ludzi oddanych ,,naszemu” klubowi należy zawsze wspominać:

30 czerwca 1983 r. ,,Papi” Anguera zakończył pracę w FC Barcelonie. Przez 26 lat był pracownikiem klubu. Na początku zajmował się zespołami juniorskimi. Jak sam mawiał ,,był wtedy delegatem, masażystą, opiekunem wszystkiego, gdyż na mecze jeździł tylko on z trenerem”. W 1953 r. zaproponowano mu pracę opiekuna sprzętu sportowego. Był bardzo lubiany przez piłkarzy. Po zdobyciu La Liga w 1974 r. Cruijff od razu po meczu udał się do najbliższego baru, kupił piwo i przyniósł je do szatni, bo wiedział że ,,Papi” lubi świętować sukces z kuflem w ręce. W sezonie 1978/79 po meczu z Anderlechtem piłkarze Barçy uciekli z boiska ponieważ zostali zaatakowani przez kibiców belgijskich. Gdy z trudem dotarli do szatni, masażysta Angel Mur krzyknął: ,,Zapomnieliśmy o Papim!”. Wtedy cała drużyna wróciła po niego na boisko, gdzie Anguera stał otoczony szalejącym tłumem kibiców Anderlechtu. ,,Papi” miał swoją wizje piłkarza idealnego: ,,Wybrałbym inteligencje Kubali, strzał głową Cesara Rodrigueza, siłę Neeskensa, prawą nogę Rexacha, lewą Maradony i serce Migueliego!”.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

7

@FCBparasiempre
Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii zapamiętamy z dwóch powodów: pierwszy raz wzięli w nich udział Polacy a wygrali ci, którzy najbardziej na to zasługiwali a mianowicie Hiszpanie. Do czasu Euro 2008 do reprezentacji Hiszpanii przylgnęło zdanie, wymyślone zresztą w ich ojczyźnie: ,,Gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”. Hiszpanie od kilkudziesięciu lat wymieniani są wśród faworytów wszystkich kolejnych mistrzostw Świata i Europy a wygrali je do tego turnieju tylko raz, w odległym roku 1964. W roku 2006, podczas mundialu w Niemczech wydawało się że ta kiepska seria zostanie wreszcie przerwana. Po trzech zwycięstwach w grupie Hiszpanie trafili w drugiej rundzie na Francje, która do tej fazy ledwo się przeczołgała. Prowadzili nawet 1:0 ale w drugiej połowie przebudzili się dwaj piłkarze, którzy do tej pory sennie snuli się po boisku: Zidane i Vieira. Pierwszy miał 34 lata a drugi lat 30. Każdy strzelił po golu a młodzi zdolni Hiszpanie bezradnie biegali obok, nie bardzo wiedząc, jak im zabrać piłke. To była dobra szkoła dla Fernando Torresa, Davida Villi, Carlesa Puyola, Xaviego, Xabiego Alonso, Cesca Fabregasa, Sergio Ramosa czy też Ikera Casillasa, bo to oni przegrali ten mecz. Na ławce siedział 22-letni Andres Iniesta. Trener Hiszpanii na mistrzostwach w Niemczech był 68-letni Luis Aragoñes. Jeden z najsłynniejszych szkoleniowców Hiszpanii, który zepsuł sobie opinie rasistowską obraźliwą uwagą na temat Thierry’ego Henry(,,black shit”). Podczas jego kadencji w latach 2004-2008 Hiszpania zwyciężyła w 38 z 54 rozegranych meczów i poniosła tylko 4 porażki. Na Euro 2008 Aragoñes zabrał większość zdolnej młodzieży z mundialu w Niemczech i zraził do siebie pół kraju, rezygnując z największego ulubieńca, słynnego napastnika- Raula Gonzaleza. Gra Hiszpanów stała się mniej przewidywalna, akcje nie kończyły się podaniem do Raula, do czego przez kilka lat przyzwyczaili się obrońcy z całego świata grający przeciw Hiszpanom. Teraz dwójka napastników: Torres i Villa, mająca za plecami Xaviego a po bokach Inieste i Davida Silve, mogła pokonać każdą obrone i na ogół to robiła. Po trzech zwycięstwach w grupie Hiszpania trafiła w ćwierćfinale na godnego przeciwnika(mistrz świata, Włochy).Po bezbramkowym remisie pokonała go w rzutach karnych. W półfinale ponownie spotkała się z pełną talentów, grającą z rozmachem Rosją, trenowaną przez Hiddinka i jeszcze raz wygrywając 3:0, pokazała jej miejsce w szyku. W zaciętym finale(29 czerwca) padł tylko jeden gol. Fernando Torres w 33 minucie podciął piłke tak żeby przeleciała nad nogą atakującego wślizgiem Philippa Lahma i zatrzymała się dopiero w siatce. Niemcom nie pomógł ani jeden dzień więcej odpoczynku po półfinale, ani tani chwyt z rzekomą kontuzją Ballacka. Do tej pory Niemcy nie musie chwytać się takich tanich metod. Widzieli mecze Hiszpanów i tym razem nie czuli się pewnie, mimo że Aragoñes nie mógł wystawić kontuzjowanego Davida Villi. To się rzadko zdarza ale ktoś wreszcie pokazał Niemcom jak się gra w piłke. W naszym pokoleniu to było pierwsze wielkie zwycięstwo Hiszpanii. ,,La Roja” jako jedyna drużyna, nie ponieśli porażki w żadnym z sześciu meczów a do tego grali bardzo ładnie. Tak żeby zdobywać gola a nie czekać tylko na błędy przeciwników. Ciągle coś tworzyli, mieli opracowanych wiele form ataku. U źródeł takiej gry leżała technika, sztuka panowania nad piłką, bez czego nie da się wygrywać. Można powiedzieć iż Hiszpanie uratowali futbol pełen taktycznych niuansów, trudnych do zrozumienia dla przeciętnego kibica a przez to nudnych. Niemcy mieli największą drużynę ale tylko pod względem wzrostu i wagi. Grali jubilerzy przeciwko kowalom. Przyjemnie było patrzeć na drobnych hiszpańskich piłkarzy, którzy szybkimi podaniami zdobywali przewagę, zbliżając się do niemieckiej bramki. Potężni Niemcy byli zbyt toporni, za mało ruchliwi żeby zapobiec takim akcjom. Mieli szczęście tracąc tylko jednego gola. Dlatego można mówić o futbolu w wykonaniu Hiszpanów radosnym ale też mądrym, odpowiedzialnym. Mimo że ich przeciwnikami byli czołowi napastnicy: Klose Podolski, potem Kevin Kuranyi i Mario Gomez, żadnemu z nich nie dano nawet za dużo okazji na podejście pod bramke. Tytuł zdobyła jedna z najmłodszych drużyn turnieju, z najstarszym trenerem. W przeciwieństwie do poprzednich mistrzostw, w których zwyciężyła perfekcyjnie przygotowana ale miałka Grecja, te stały na dobrym poziomie. Sukces Hiszpanii świadczył o tym że futbol ma się całkiem nieźle. Po skończonym finale piłkarze hiszpańscy podrzucali z radości w góre nie tylko swojego trenera(co ze względu na jego podeszły wiek stanowiło pewne ryzyko) ale i obydwie maskotki_ Trixa i Flixa. Na koniec składy obu drużyn z finału:

Niemcy: Jens Lehmann - Arne Friedrich, Per Mertesacker, Christoph Metzelder, Philipp Lahm (46 - Marcell Jansen) - Bastian Schweinsteiger, Torsten Frings, Michael Ballack, Thomas Hitzlsperger (58 - Kevin Kuranyi), Lukas Podolski - Miroslav Klose (79 - Mario Gomez).

Hiszpania: Iker Casillas - Sergio Ramos, Carles Puyol, Carlos Marchena, Joan Capdevila - Marcos Senna - Andres Iniesta, Xavi, Cesc Fabregas (63 - Xabi Alonso), David Silva (66 - Santi Cazorla) - Fernando Torres (78 - Daniel Guiza).

Sędzia: Roberto Rosetti (Włochy)

6

Prestiżowy puchar zdobyty po raz drugi:

29 czerwca 1952 r. FC Barcelona pokonała na Parc de Prince w finale Copa Latina(Puchar Łaciński) OGC Nice 1:0 i triumfowała po raz drugi w tym turnieju. Zwycięskiego gola zdobył w 79 minucie genialny snajper Cesar Rodriguez. Dekada lat 50-tych rozpoczęła się od jednego z największych sukcesów w historii klubu: FC Barcelona wygrała 5 pucharów, czyli wszystkie, w których uczestniczyła. Zrodziła się legenda ,,Barçy Pięciu Pucharów”, wyczyn praktycznie nie do powtórzenia. Przebiła go jednak drużyna prowadzona przez Josepa Guardiole, która w 2009 r. zdobyła 6 możliwych pucharów. W sezonie 1951/52 zespół trenowany przez Ferdinanda Daucika wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Generalissimusa, trofeum Martini&Rossi, Puchar Evy Duarte oraz wspomniany przeze mnie Puchar Łaciński. Pamiętajmy iż Copa Latina była prekursorem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Łącznie 5 tytułów, z których najważniejszy bez żadnych wątpliwości był właśnie Puchar Łaciński. Oddźwięk triumfu był w Katalonii natychmiastowy- wybuch spontanicznej radości wstrząsnął krajem. Następnego dnia powitanie drużyny było wprost niesamowite. Samochody i motocykle towarzyszyły zespołowi od momentu przekroczenia granicy w Portbou aż do Barcelony. Za uroczystości powitalne odpowiadał urząd miasta. Wśród nich był przejazd pod Łukiem Triumfalnym autokaru z piłkarzami, eskortowanego przez ubranych w stroje galowe i jadących konno policjantów Gwardii Miejskiej. A oto triumfalny skład z Paryża: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Bosch, Escudero, Basora, Cesar, Kubala, Aldecoa, Manchon.



@Arkon
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

14

Wyjątkowo świętowany Puchar:

29 czerwca 1928 r. FC Barcelona po raz siódmy w historii sięgnęła po Puchar Króla. Do wyłonienia tryumfatora Copa del Rey potrzebny był dodatkowy(trzeci) mecz finałowy z Donostią FC, ponieważ dwa pierwsze zakończyły się remisami 1:1. W decydującym trzecim finale rozgrywanym na El Sardinero w Santander, Barça pokonała Donostie(obecnie Real Sociedad) 3:1 po golach Samitiera(8 m.), Arochy(21 m.) oraz Sastre(25 m.). Wiadomość o zwycięstwie wywołała euforie w całej Barcelonie. Kibice zebrali się na Rambli śpiewając ,,Aliron!”- okrzyk futbolowej wojny, wywodzący się z Kraju Basków. Inną przyśpiewką najczęściej powtarzana tamtego dnia była ,,Quina pana, tres a un”(Jaka szkoda, trzy do jednego). Następnego dnia(30 czerwca) kibice i władze miasta, z urzędującym burmistrzem Valentim Via Ventallo na czele, wypełnili całą stacje kolejową França żeby oklaskiwać piłkarzy, co zamieniło się w wielkie, euforyczne powitanie. Pociąg wiozący ich do Barcelony musiał się zatrzymywać na wszystkich stacjach w katalońskich miejscowościach, przez które przejeżdżał żeby zebrani na peronach kibice mogli pogratulować swoim idolom. Spowodowało to że na stacje França pociąg dotarł ze znacznym opóźnieniem. Ostatecznie pociąg z drużyną dotarł do Barcelony już nocą. Ze stacji piłkarze i cały orszak kibiców skierowali się do urzędu miasta a po przybyciu na miejsce zastali zapełniony cały plac Sant Jaume, gdzie zebrani kibice spontanicznie powitali zawodników zapalonymi zapałkami. Gdy kapitan Josep Samitier znalazł się wreszcie na balkonie urzędu, zwrócił się do zebranego tłumu, wygłaszając płomienną przemowę i jednocześnie potrząsając pucharem: ,,Przed wyjazdem obiecaliśmy wam że wygramy a więc dziś przynosimy wam trofeum!”. To była pierwsza w historii Barçy tak wielka celebracja zdobytego tytułu. Jeszcze zwycięski skład Blaugrany: Llorens, Walter, Mas, Torralba, Roig, Carulla, Piera, Sastre, Samitier, Arocha, Sagi Barba.



@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@MesQueUnClub96

2

@FCBparasiempre
W grudniu Królewscy wybrali się do Tokio, żeby stoczyć bój o Puchar Interkontynentalny z brazylijskim Vasco da Gama. Pojedynek miał wyrównany przebieg, a zawodnicy wyraźnie odczuwali zmianę strefy czasowej. Długo utrzymywał się remis 1:1, ale wreszcie w 83. minucie dał o sobie znać geniusz Raula. Hiszpan przejął długie, kilkudziesięciometrowe podanie od Seedorfa, wykonał jeden zwód, drugi i ośmieszając brazylijską obronę, ustalił wynik meczu. Został bohaterem, uznano go za najlepszego gracza finału. Biegał po boisku i dawał upust radości. Cieszył się też z innego powodu – Hiddink, który był wówczas szkoleniowcem madryckiej drużyny, obiecał, że po zwycięstwie zgoli wąsy. Po 38 latach Real po raz drugi zdobył Puchar Interkontynentalny. W lidze musieli jednak uznać wyższość Barcelony, ale na pocieszenie zostało piłkarzowi zdobycie pierwszego w karierze Trofeo Pichichi dla króla strzelców rozgrywek. W pamięci brytyjskich kibiców zapisał się dzięki świetnemu występowi w pewną kwietniowa noc w 2000 r. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów Real mierzył się z Manchesterem United. Po bezbramkowym remisie w Madrycie mało kto dawał szansę Królewskim w starciu z obrońcami tytułu. Blancos mieli jednak w składzie dwóch zawodników, którzy przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Raul razem z Fernando Redondo rozegrali fenomenalne zawody i poprowadzili zespół do zwycięstwa 3:2, a ich akcjami długo się zachwycano. Wtedy to Argentyńczyk w taki sposób wykiwał byłego trenera Legii – Henninga Berga, że zwód ten musi śnić mu się nadal po nocach. Dwa miesiące później Raul strzelił trzeciego gola w finale z Valencią, zapewniając swojemu ukochanemu klubowi ósmy Puchar Europy. Bramkę zadedykował swojemu synowi Jorge, o którym mówił po meczu, że jest najwspanialszym i najpiękniejszym, co spotkało go w życiu. Do końcowego triumfu dorzucił zwycięstwo w klasyfikacji najlepszych strzelców, zdobywając 10 goli w 15 meczach. Wraz z wyborami prezydenta klubu, które odbyły się niedługo po zwycięskim finale w Paryżu, w Realu skończyła się pewna epoka. Zaczęła się natomiast nowa era – Florentino Pérez i jego Galácticos. Zapewniał, że w klubie będą grać najlepsi piłkarze na świecie, a jedną z jego przedwyborczych obietnic było sprowadzenie z Barcelony Luísa Figo. ,,Kiedy przyszedłem do Realu Madryt, nie było mi łatwo. Raul sprawił, że wszystko stało się dla mnie prostsze. Pomógł mi poznać wartości klubu i otoczenie, nauczył tego, co trzeba wiedzieć, żeby na poważnie rozpocząć przygodę w takiej instytucji jak Real Madryt. W ten sposób zawiązała się między nami wielka przyjaźń, która naturalnie miała wpływ na naszą grę. Raul był moim współlokatorem podczas zgrupowań, a to bardzo zacieśnia więzi. Spędziliśmy razem wiele godzin: rozmawialiśmy o futbolu, o codziennych sprawach, o wszystkim…”– opisywał swoje początki w Madrycie Luís Figo. Pierwszy sezon prezydentury Péreza zespół ukończył na pierwszym miejscu w lidze. Raul po raz drugi był najlepszym strzelcem, zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w Primera División. Wkrótce w klubie pojawił się kolejny galaktyczny – Zinédine Zidane. W 2002 r. Real obchodził stulecie istnienia. Finał Copa del Rey z Deportivo La Coruña odbył się dokładnie w rocznicę założenia klubu. Raul nie zdołał poprowadzić drużyny do zwycięstwa, a jego gol zmniejszył tylko rozmiary porażki. Królewscy przegrali 1:2. Porażka widocznie podziałała na zespół mobilizująco, bo mimo że w lidze wiodło się różnie, to w europejskich pucharach znów grali koncertowo. W półfinale Ligi Mistrzów odprawili w dwumeczu 3:1 Barcelonę, a w finale po bramkach Raula i Zidane’a zwyciężyli 2:1 i mogli świętować zdobycie dziewiątego Pucharu Europy. W trakcie dekoracji kapitan zespołu Hierro wraz z Raulem ustawili się na końcu kolejki po medale. Przed wzniesieniem pucharu w górę, Hierro poprosił młodszego kolegę, żeby zrobili to wspólnie. Ze względu na wkład, jaki w sukcesy klubu wniósł Raul, nadano mu przydomek Mister Champions. Zdobyty na stulecie klubu Puchar Europy był jednak ostatnim w karierze El Siete. Wkrótce zaczęły się zmiany w klubie. Po przyjściu Ronaldo, z drużyną pożegnał się jeden z najbliższych kolegów Raula – Fernando Morientes. Po zdobyciu czwartego tytułu mistrza kraju w karierze Raul musiał pogodzić się z odejściem kolejnego przyjaciela – zespół opuścił Fernando Hierro, a dodatkowo podziękowano trenerowi del Bosque.

Zaczął się okres, w którym Real rozczarowywał. Coś zaczęło się psuć. Również sam Raul nie grał najlepiej. Po kolejnym fatalnym sezonie bez żadnego trofeum Pérez podał się do dymisji. Nowe wybory wygrał Ramón Calderón, a dyrektorem sportowym został Predrag Mijatović. Odeszli Ronaldo i Beckham, wprowadzono plan naprawczy i odmłodzono drużynę. Raul, który po odejściu Hierro przejął opaskę kapitańską, był stawiany za wzór młodym zawodnikom. Wspólnie z Ruudem van Nistelrooy’em przewodził historycznej remontadzie w lidze. Rok później, w sezonie 2007/08 obronili tytuł, który dla Raula był szóstym i ostatnim. Wkrótce Ramón Calderón ustąpił ze stanowiska, a niedługo potem stery w klubie ponownie przejął Florentino Pérez. Kiedy do klubu przyszli Kaká, Cristiano Ronaldo czy Karim Benzema zaczęło się robić coraz ciaśniej w ataku. Tym bardziej, że dobrze spisywał się też Gonzalo Higuaín. Raul nie miał zamiaru się jednak poddawać, ale nie oszczędzały go kontuzje. Real przegrał w 1/16 Copa del Rey z trzecioligowym Alcorcón a w Lidze Mistrzów już piąty rok z rzędu odpadł w 1/8 finału. W lidze natomiast rządziła FC Barcelona Pepa Guardioli. To, co parę lat wcześniej wydawało się kompletnie niemożliwe, stawało się faktem. Czas Raula w Madrycie dobiegał końca. Kiedy 24 kwietnia 2010 wyszedł na murawę stadionu La Romareda, na którym debiutował jako 17-latek, tylko on wiedział, że jest to jego ostatnie ligowe spotkanie. Dał z siebie wszystko i strzelił gola, ale celebrując go, okazywał jednocześnie złość i satysfakcję. W kolejnym sezonie opiekę nad zespołem przejął José Mourinho. Portugalczyk chciał zatrzymać w zespole klubową legendę. Przekonywał go, że będzie mieć miejsce w składzie i zapewniał, że chce liczyć na pomoc wychowanków, którzy mają być wzorem dla innych. Raul nie chciał być statystą. W ostatnim sezonie grywał mało, a chciał znów być pierwszoplanowym bohaterem. Widział go u siebie Alex Ferguson, ale do transferu jednak nie doszło. Miał jeszcze ważny kontrakt. Rozwiązał go jednak za porozumieniem stron i zdecydował, że spróbuje sił w lidze niemieckiej. Spędził w Madrycie 16 sezonów. Jak podaje oficjalna strona klubu rozegrał 741 meczów i strzelił 323 bramki. Nikt nie zakładał białej, madryckiej koszulki częściej niż on. ,,Był wielkim kapitanem. kiedy pełniłem funkcję dyrektora generalnego, on był ważnym zawodnikiem w drużynie i bardzo nam pomógł w realizacji naszych pomysłów. Chcieliśmy zbudować grupę i drużynę. Trzeba było dokonać wielu zmian i sprowadzić nowych piłkarzy. Raul zawsze starał się pomóc i aktywnie uczestniczył w spotkaniach, podczas których należało rozwiązać określone problemy. Wspierał mnie w zarządzaniu zespołem, ponieważ koledzy bardzo go szanowali. Przedłużaliśmy z nim kontrakt, jako że chcieliśmy, aby został w Realu Madryt do końca swojej kariery. Później my odeszliśmy i stało się to, o czym wszyscy wiedzą. Chcieliśmy, żeby wielki kapitan i wielki piłkarz, który wszedł już do historii klubu, zakończył karierę w Realu Madryt ale cóż, nie było to możliwe”– wspominał Mijatović. Podczas oficjalnego pożegnania Raul wyraźnie nie czuł się komfortowo. Jego wzrok błądził po podłodze, trudno się dziwić, bo przecież nie był przyzwyczajony do takich uroczystości. Dużo lepiej czuł się tam na dole, na boisku. Florentino Pérez w pożegnalnej przemowie stawiał go za wzór, mówił, że uosabia on wszystkie wartości Realu Madryt, zarówno na boisku, jak i poza nim. Podkreślał jego ciężką pracę, ambicję i wolę zwyciężania. Zakończył słowami: ,,Gdziekolwiek będziesz, koszulka Realu Madryt będzie zawsze twoją koszulką. Bernabéu będzie twoim domem. Nie zapomnimy cię”. Raul stał obok i z trudem powstrzymywał łzy. Kiedy Pérez skończył, przyszła kolej na Rulo. Dziękował działaczom, kolegom z drużyny, trenerom i pracownikom klubu, rywalom, prasie, Jorge Valdano za pierwszą daną szansę oraz oczywiście milionom kibiców i swojej rodzinie. Zapewnił też wszystkich, że zawsze starał się z siebie dawać wszystko. Zszedł na murawę i skierował się ku południowej trybunie, gdzie zgromadziła się garstka kibiców, żeby go pożegnać i podziękował im za ich obecność w tym szczególnym dla niego dniu. Christoph Metzelder namówił go na Schalke. Niemiec też przeniósł się do tego klubu. W Gelsenkirchen wiązano z przyjściem Hiszpana duże nadzieje. Oczywiście nie mógł otrzymać innej koszulki niż ta z numerem 7. Podczas powitania na Veltins-Arena Felix Magath, który bardzo nalegał na transfer, powitał go słowami: ,,To wspaniała wiadomość dla Schalke 04, że udało się sprowadzić wyjątkowego piłkarza, napastnika światowej klasy, który zainspiruje grę naszej drużyny w Bundeslidze”. Raul od początku zaczął spełniać pokładane w nim nadzieje. Podpisując dwuletni kontrakt, chciał pokazać światu, że wciąż jest wartościowym zawodnikiem. Już w pierwszym meczu w letnim turnieju Liga Total Cup strzelił dwa gole Bayernowi.

To w dużej mierze on doprowadził Schalke do półfinału Ligi Mistrzów w 2011 r., w którym musieli uznać wyższość Manchesteru United, ale po drodze odprawili z kwitkiem broniący tytułu Inter. Będąc zawodnikiem Realu, nigdy nie udało mu się zdobyć Copa del Rey, zawsze wymykał mu się z rąk. Dopiero w barwach klubu z Gelsenkirchen poznał smak zwycięstwa w finale krajowego pucharu. 21 maja 2011 r. Schalke wygrało z Duisburgiem 5:0, a po meczu Raul z hiszpańską flagą na ramionach celebrował zwycięstwo, naśladując kroki torreadora – tak jak wielokrotnie to robił w barwach Królewskich. Drugi sezon pobytu w Westfalii rozpoczął od pokonania w meczu o Superpuchar Borussii Dortmund. Do swojej przebogatej kolekcji dołożył więc kolejne trofeum. Na arenie europejskiej dotarł do ćwierćfinału Ligi Europy. Tam miał okazję wrócić do Hiszpanii i zmierzyć się z Athletic Bilbao. W dwumeczu Schalke poległo co prawda 4:6, ale autorem wszystkich trafień dla niemieckiego zespołu był nie kto inny, jak Raul. ,,Przyszedł do Schalke ogromnie zmotywowany, chciał pokazać, że dla niego jest to nowy etap i że jako piłkarz wciąż się liczy. W ciągu dwóch sezonów, jakie spędził w klubie, zawsze widziałem go zmobilizowanego i zaangażowanego. To prawdziwy profesjonalista. Wygrał wszystko z Realem Madryt, ale widać było, że miał wielkie chęci, by doświadczyć czegoś nowego poza Hiszpanią. W Niemczech rozegrał dwa znakomite sezony. Jego pasja zwyciężania jest godna podziwu i ja się nią zaraziłem. To prawdziwy zawodowiec”– wspominał pobyt Raula w Niemczech Sergio Escudero. Po dwóch pięknych latach nastał czas pożegnań. Paradoksalnie to Schalke, w przeciwieństwie do Realu, należycie uhonorowało Hiszpana. Mimo że spędził tu tylko dwa sezony, to żegnano go jak klubową legendę. Na Veltins-Arena zgromadziło się 62 tys. kibiców, żeby oddać hołd piłkarzowi. Señor Raul, jak określali go niemieccy fani, wyszedł na środek stadionu razem z piątką swoich dzieci. Na telebimie wyświetlono wyrazy uznania od kolegów z drużyny, Raul wraz z dziećmi przeszedł dookoła boiska, pozdrawiając publiczność. Fani rzucali kwiaty, szaliki, koszulki, złapał nawet hiszpańską flagę. Żegnano go jak króla. Potem odbył się pożegnalny mecz z jego nową drużyną Al-Sadd, a El Siete rozegrał po jednej połowie w każdej z drużyn. W końcówce strzelił swoje ostatnie dwie bramki w barwach niemieckiego zespołu, aż w końcu na parę minut przed końcem zszedł z boiska, a kibice zgotowali mu wielką owację. ,,Jestem bardzo dumny, że wracam do domu. To były dwa wspaniałe lata, a Schalke zawsze będzie w moim sercu. Choć kawał czasu byłem związany z Realem Madryt, tutaj znalazłem drugi dom, jestem wam dozgonnie wdzięczny”– mówił, dziękując publiczności za piękne pożegnanie. Mimo 35 lat na karku ciągle był głodny nowych wyzwań. Miał w sobie ten sam zapał i iskrę jak wtedy, gdy zaczynał przygodę z poważną piłką. Był wówczas najlepszym strzelcem w historii Ligi Mistrzów i trzykrotnym triumfatorem tych rozgrywek. Nie przybywał jednak z roszczeniami. Nie chciał dla siebie dodatkowych przywilejów. Zamiast luksusowej willi wybrał dom na jednym z osiedli, niedaleko amerykańskiej szkoły i ośrodka treningowego. Przybywał też do Kataru jako ambasador mistrzostw świata, o których organizację się wtedy starano. Swoim doświadczeniem miał pomóc w rozwoju futbolowego szkolenia wśród dzieci i młodzieży. Od razu przyjęto go z wielką sympatią i przekazano opaskę kapitańską. Znowu był inspiracją dla kolegów z drużyny i wielkim kapitanem. Sezon ukoronował zdobyciem tytułu mistrza kraju. Szejkowie byli zachwyceni, a przed jednym z meczów obiecano mu, że jeśli zespół pokona Al-Rayyan – odwiecznego rywala – a on strzeli gola, to dostanie wielbłąda wartego pół miliona euro. Spełniły się oba warunki i wielbłąd należał do niego. To Raul na swoich plecach zaciągnął drużynę do ćwierćfinału Azjatyckiej Ligi Mistrzów i wydatnie pomógł w zdobyciu Pucharu Emira Kataru. Przez cały swój pobyt w Katarze dał się poznać jako wielki profesjonalista, spełnił wszystkie pokładane w nim oczekiwania. Nie tylko trenował i grał, ale sporo swojego czasu poświęcał Akademii Aspire, która miała kształcić przyszłych katarskich reprezentantów. Trener Wojciech Ignatiuk, pracujący w Katarze, w wywiadzie dla Weszło! mówił, że zawsze dawał świetny przykład, nigdy nie powiedział: ej, młody, skocz mi po piłkę, bo grałem w Realu Madryt. Często było na odwrót. Sam podawał ją chłopakowi i mówił: strzelaj, ja popatrzę i postaram się podpowiedzieć. Na trening przychodził pierwszy i wychodził ostatni. Na koniec kariery zaliczył jeszcze przygodę na kontynencie amerykańskim. Podpisał kontrakt z grającym w NASL New York Cosmos. ,,Piłka nożna to zawsze ta sama gra. Te same wymiary bramek i piłka. Oczywiście, że tutaj jest inaczej, ale staram się traktować mój pobyt tutaj jako życiowe doświadczenie. Spędzam czas z kolegami z drużyny i jestem cały czas mocno zaangażowany w projekt Cosmosu – mówił po swoim debiucie w NASL”. W Nowym Jorku też świecił przykładem. Spędził tam ledwie kilka miesięcy, ale pomógł kolegom w wygraniu ligi. 15 listopada zwycięskim meczem o Soccer Bowl zakończył czynną karierę.

Cieniem na jego piłkarskich dokonaniach kładzie się brak sukcesu w reprezentacji. Jego najlepsze czasy przypadły na okres, kiedy Hiszpania grała jak nigdy, a przegrywała jak zawsze. ,,La Furia Roja” pierwszy sukces(mistrzostwo Europy 2008) odniosła, kiedy Raula nie było już w kadrze. Javier Clemente nie zabrał go na Euro 96, choć wielu czyniło mu z tego powodu zarzuty. Młody napastnik wystąpił za to na mistrzostwach Europy U-21, w których dotarł do finału. Tam, w konkursie rzutów karnych przegrali z Włochami, a jednym z tych, którzy się pomylili, był piłkarz Realu. Potem pojechał z kadrą na igrzyska do Atlanty, gdzie przygodę z turniejem zakończyli porażką 0:4 z Argentyną w ćwierćfinale. W dorosłej kadrze zadebiutował 9 października 1996 r. w meczu z Czechami. Zaprezentował się na tyle dobrze, że na stałe się tam zadomowił. W 1998 r. po raz pierwszy zagrał na mistrzostwach świata. Oczekiwano, że to on odwróci los reprezentacji na wielkich imprezach. Turniej był jednak dla Hiszpanów rozczarowaniem, bo mimo zwycięstwa 6:1 nad Bułgarią nie wyszli z grupy. W dużej mierze zaważyły na tym błędy Zubizarrety w przegranym meczu z Nigerią. Na mistrzostwa Europy do Belgii i Holandii, podobnie jak na mundial do Francji, jechał w glorii zwycięzcy Ligi Mistrzów. Każdy chciał zobaczyć go w akcji, mając nadzieję, że zwycięską passę z Realu zdoła przenieść na reprezentację. Po porażce z Norwegami 0:1 do ostatniej chwili musieli walczyć o awans do ćwierćfinału. Tam spotkali się z Francją. Przy stanie 2:1 dla Trójkolorowych sędzia odgwizdał rzut karny. Do piłki podszedł Raul, ale fatalnie przeniósł piłkę nad bramką Bartheza. Był zdruzgotany. Hiszpania odpadła, a cały świat zawalił mu się na głowę. W Korei i Japonii La Roja jak burza przeszła fazę grupową, odnosząc trzy zwycięstwa. W 1/8 finału dopiero po rzutach karnych pokonała Irlandię, a bohaterem meczu był Iker Casillas. Niestety dla Raula mundial skończył się w 80. minucie tamtego spotkania. Odniósł kontuzję i musiał opuścić boisko. Fizjoterapeuci robili, co mogli, ale nie udało im się przywrócić go do pełnej sprawności. Przegrany ćwierćfinał z Koreą obsadą sędziowską oglądał z ławki. Euro w Portugalii w 2004 r. również rozczarowało. Kadra jechała odmłodzona, ale Raul ciągle był jej ważnym ogniwem. Być może przez nieduże doświadczenie niektórych zawodników pechowo przegrali trzeci mecz fazy grupowej z gospodarzami, co oznaczało koniec marzeń o wyjściu z grupy. 21 listopada 2005 r. dość odporny na kontuzje organizm piłkarza nie wytrzymał. W kolanie zatrzeszczało. Raul miał uszkodzoną łąkotkę i częściowo zerwane przednie więzadła krzyżowe. Do mundialu w Niemczech pozostawało niewiele czasu i jego występ na mistrzostwach stanął pod znakiem zapytania. Czekały go miesiące żmudnej rehabilitacji, ale wygrał wyścig z czasem. Brakowało mu nieco ogrania i rytmu meczowego, ale trener Luis Aragonés dotrzymał słowa i włączył do kadry. Pierwszy mecz z Ukrainą przesiedział na ławce. W drugim z Tunezją wszedł dopiero po przerwie. Zdołał jednak strzelić gola i zapisać się w historii – był pierwszym Hiszpanem, który zdobywał bramki na trzech mundialach. Nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że było to jego ostatni trafienie dla La Roja. W następnym spotkaniu z Arabią Saudyjską wyszedł już od pierwszych minut. Podobnie było w 1/8 finału z Francją. I podobnie jak na mistrzostwach Europy w 2000 r., dowodzona przez Zinedine’a Zidane’a francuska reprezentacja okazała się za silna. Później wystąpił jeszcze w kilku meczach, ale do Austrii i Szwajcarii Aragonés już go nie zabrał. Nigdy nie zrezygnował z gry w kadrze, nigdy też nie rozegrał pożegnalnego meczu. Starał się grać jak najlepiej, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś założy koszulkę La Furia Roja. Tak się jednak nie stało, mimo że kibice byli po jego stronie i często domagali się powołania. W reprezentacji występował przez 10 lat. Rozegrał w niej 102 spotkania. Strzelił 44 bramki. Nigdy nie zdobył Złotej Piłki, choć w 2001 r. przegrał tylko z Michaelem Owenem. Zawsze jednak podkreślał, że najważniejszy jest zespół. Dziś grywa w meczach legend, komentuje mecze i udziela się w telewizyjnych studiach. Dodatkowo od tego sezonu ponownie jest związany z Realem jako ambasador do spraw instytucjonalnych i ma brać udział w budowie długofalowej wizji klubu. Czy pójdzie w ślady Zidane’a i zostanie trenerem? Ma ku temu wszelkie możliwości. Wszyscy, absolutnie wszyscy, którzy go wspominają, podkreślają wpływ, jaki miał na grę drużyny. Jak wielką wolą walki i ambicją się cechował. Jak znakomitym był kapitanem. Zawsze odnosił się z szacunkiem do rywala. Nigdy nie dostał czerwonej kartki. Zawsze wyróżniał się dobrymi manierami i jeśli przegrywał, doceniał klasę rywala i chwalił jego umiejętności, nawet jeśli to była Barcelona. Nie dostarczył prasie ani jednego skandalu. To człowiek, który jako swoje dodatkowe zainteresowania wymienia działalność charytatywną i odwiedzanie szpitali dziecięcych. Razem z Sanchísem rozwijał pasję łowiectwa. Jeśli chodzi o prowokację, to najdalej posunął się w 1999 r. kiedy po strzeleniu gola na Camp Nou przyłożył palec do ust, chcąc uciszyć fanów Barcelony. Jak pisał Phil Ball w monografii Realu: ,,Był oddanym sługą klubu i uosobieniem idei madridismo. Jego statystyki mówią same za siebie, a historia będzie dość słusznie przedstawiać go jako jednego z najwspanialszych graczy w Hiszpanii. Ideał? Pewnie nie, ale takich jak on dziś jest już coraz mniej. Szkoda.

4

@FCBparasiempre
27 czerwca 1977 r. w Madrycie urodził się Raul Gonzalez Blanco. Podczas całej kariery nie otrzymał czerwonej kartki. Zawsze odnosił się do rywali z szacunkiem. Był wzorem profesjonalisty. Nigdy nie odpuszczał – ani na treningach, ani w spotkaniach – bez względu na ich rangę. Jako kapitan zawsze stał murem za swoimi kolegami. Stanowił prawdziwy wzór do naśladowania dla wszystkich młodych zawodników – zarówno na boisku, jak i poza nim. Po zdobytym golu zawsze całował obrączkę. El Siete, El Ángel de Madrid, czyli Raul Gonzalez Blanco – symbol madryckiego Realu z przełomu wieków. Kiedy król Hiszpanii pojawiał się meczu piłki nożnej, musiało to być wyjątkowe spotkanie. Tak było choćby w 1992 r. w Barcelonie, kiedy to w finałowym pojedynku turnieju olimpijskiego oglądał zwycięstwo hiszpańskich zawodników nad Polakami. Zupełnie inne okoliczności miał mecz, na który Juan Carlos I wybrał się 22 sierpnia 2013 r. Wtedy to na Estadio Santiago Bernabéu Real zagrał z katarskim Al-Sadd. Spotkanie to rozegrano w ramach 35. edycji Trofeo Santiago Bernabéu. Ponad 85 tys. kibiców, a także sam król przybyli jednak na stadion z innego powodu. To właśnie wtedy po raz ostatni koszulkę Królewskich założył jeden z największych symboli madryckiego zespołu – Raul Gonzalez Blanco. Mecz pożegnalny zorganizowano dopiero po trzech latach od odejścia El Siete z Madrytu. Mnie osobiście jako sympatykowi Realu i wielbicielowi talentu Raula nie podobały się okoliczności, w jakich odchodził z klubu. Taka legenda powinna zostać należycie uhonorowana. Owszem, zorganizowano oficjalne pożegnanie, ale w upalny poniedziałek 27 lipca na stadionie zgromadziło się ledwie 300 osób, były przemówienia, były łzy i uściski. Już następnego dnia koszulkę z numerem 7 oddano Cristiano Ronaldo. Zresztą nie tylko Raul odchodził z klubu w nie najlepszej atmosferze, gdyż podobnie było z Gutim, Hierro czy del Bosque. Dobrze więc, że po paru latach zdecydowano się oddać należny mu hołd. Przed rozpoczęciem spotkania, w loży honorowej król Juan Carlos I serdecznie objął piłkarza, mocno go uściskał i powiedział do ucha kilka ciepłych słów. Sam fakt, że monarcha pofatygował się na stadion potwierdza to, jak ważnym człowiekiem dla Madrytu był Raul. Zawodnik otrzymał replikę fontanny Cibeles, na którą wielokrotnie sam się wspinał, by świętować zdobycie kolejnych trofeów. Jedną połowę rozegrał w barwach Realu, drugą w barwach drużyny z Kataru. Znowu założył białą koszulkę z numerem 7, którą na tę okazję odstąpił mu Cristiano Ronaldo. Przed pierwszym gwizdkiem inny symbol Realu – Iker Casillas przekazał El Siete opaskę kapitańską. Napastnik zademonstrował wszystkie swoje atuty. Biegał po całym boisku, pokazywał, że nadal ma niebywałą siłę i charakter, a swoją energią zarażał partnerów z drużyny. W 22. minucie meczu po podaniu od Ángela Di Maríi popędził w stronę bramki i pewnym strzałem pokonał bramkarza, wprawiając w zachwyt zgromadzonych na trybunach kibiców. Znów mógł ucałować obrączkę, znów mógł wskazać ku niebu i znów mógł podbiec do jednej z band i w energicznym wyskoku wskazać palcami swoje imię na plecach. To był jego ostatni gol dla Królewskich. Zanim jednak zaczął strzelać bramki dla Realu, pierwsze kroki stawiał w małym klubie z południowej części Madrytu. Jego pierwszą szkołą była rodzinna dzielnica i to tutaj zdobywał pierwsze piłkarskie szlify. Od małego uwagę miał wątłą posturę. Trudno było wtedy przypuszczać, że ten drobny chłopiec będzie rywalizował z najlepszymi na świecie. Największym atutem Raula była psychika i modne dzisiaj cechy wolicjonalne. Był inteligentny, wrażliwy i pełen pasji, a jednocześnie niesamowicie wytrwały i waleczny. W wieku 11 lat zaczął się wyróżniać w się w San Cristóbal de los Ángeles. Żeby jednak grać w juniorskiej drużynie Sancris, musiał sfałszować swoje dane i założyć okulary, żeby wyglądać na starszego. W tamtym czasie pomiędzy klubami z południowej części stolicy a Atlético Madryt obowiązywała umowa o współpracy. Wyróżniający się, utalentowani chłopcy, mieli otwartą drogę, żeby spróbować swoich sił w klubie z Estadio Vicente Calderón. Zdolny chłopak zwracał na siebie uwagę skautów trzech madryckich klubów – Realu, Rayo i właśnie Atlético. Ojciec, który był zapalonym kibicem Los Rojiblancos, często zabierał syna na mecze ukochanej drużyny. Między innymi dzięki temu rywalizację o młokosa wygrał klub, którym rządził wtedy Jesús Gil y Gil. Kiedy razem z ojcem pojawili się na Estadio Vicente Calderón, trener drużyny juniorów Francisco de Paula zapewnił Raula, że będzie nosił opaskę kapitana. Było to dla niego bardzo ważne, bo oczekiwał gwarancji odgrywania głównej roli w zespole.

Zawsze pragnął być pierwszoplanowym bohaterem – nigdy nie chciał być statystą. W trakcie tych pierwszych rozmów poprosił, żeby go przesunąć do wyższej kategorii wiekowej, bo wiedział, że poradzi sobie wśród starszych kolegów. Na transferze chłopaka skorzystał też jego pierwszy klub, który Atlético zaopatrzyło w piłki. W swoim pierwszym sezonie w juniorach stołecznego klubu strzelił 65 bramek. Atlético miażdżyło rywali, strzelając 308 goli i tracąc przy tym jednego. Nazwisko chłopaka, który potrafił w jednym meczu ośmiokrotnie pokonać bramkarza rywali, ciągle musiało być zaznaczone na czerwono w notesach skatów Realu. W wieku 14 lat zaczęto coraz częściej o nim pisać. Zwracano uwagę, że juniorzy Rojiblancos potrafią stawić czoła swoim największym rywalom zza miedzy. W madryckim finale przegrali co prawda 2:3, ale w finałowych rozgrywkach o mistrzostwo Hiszpanii, które rozgrywano na Teneryfie, nie było już na nich mocnych. Kiedy juniorzy zdobywali tytuł, seniorzy w finale Copa del Rey zwyciężyli Real Madryt. Atlético było jedną z czołowych drużyn w kraju, a w zespołach młodzieżowych widać było następców pierwszego zespołu. Wystarczyło tylko niczego nie popsuć, żeby cieszyć z dalszych sukcesów. Niestety polityka prezydenta klubu nie zawsze była rozsądna. ,,Jesús Gil, jakby to powiedzieć, w zarządzaniu Atlético był dość impulsywny. Nagle przychodził mu do głowy jakiś pomysł i nie było zmiłuj. Trzeba było wszystko zatrzymać, żeby go zrealizować. Później stawał się tym pomysłem rozczarowany i go porzucał”– opisywał działania Gila dziennikarz José Miguélez. Podobnie było z decyzją o zlikwidowaniu drużyn młodzieżowych i klubowej szkółki. Rozczarowany formą jednego z juniorów, na którego wyłożył spore pieniądze, stwierdził, że kategorie juniorskie nie są mu potrzebne. Młodzi zawodnicy zostali na lodzie i musieli radzić sobie sami. Wśród nich był też Raul. Wieść o decyzji włodarza szybko się rozeszła i natychmiast w klubie pojawił się Estaban Alenda – człowiek, który chciał sfinansować działanie akademii z własnej kieszeni, choćby w minimalnej formie. Wtedy jednak jeden z najbardziej obiecujących hiszpańskich piłkarzy rozmawiał już z Realem. 24 lipca 1992 r. Raul razem z ojcem Pedro podpisali rezygnację z gry w Atlético, jednocześnie przedstawiając dokument w madryckiej federacji, żeby oficjalnie potwierdzić, że chłopak jest wolny i może zmienić klub. Oferta od Królewskich przyszła w najlepszym momencie. Chłopak przez tydzień nie miał gdzie trenować i wtedy właśnie do akcji wkroczyli dyrektor szkółki Realu Ramón Martínez, skaut Paco de Gracia i koordynator drużyn juniorskich Vicente del Bosque. Raul, żeby się rozwijać, musiał grać w piłkę. Futbol był dla niego priorytetem. Czuł, że jeśli chce coś w tej dyscyplinie osiągnąć, to musi związać się z Realem. Jako 15-latek dołączył do drużyny Cadete A. Na treningi i mecze przychodzili nie tylko rodzice i trenerzy, ale także inne dzieci, które chciały podziwiać tego utalentowanego chłopaka. Raporty, które regularnie trafiały na biurka najważniejszych osób w klubie, nie pozostawiały wątpliwości, że w szkółce mają prawdziwy diament. Często mówiono o nim więcej niż o niektórych zawodnikach z pierwszej drużyny. Wszyscy z niecierpliwością czekali na moment, w którym zadebiutuje w seniorskim zespole. Vicente del Bosque z innymi trenerami bardzo ostrożnie kierowali rozwojem chłopaka. Po sezonie spędzonym w Cadete A, w którym strzelił 59 bramek, został przeniesiony do zespołu Juvenil A, pod opiekę Lusia Palermo. Grywał też w Juvenil B, ale wkrótce okazało się, że obie te kategorie wiekowe są dla niego niewystarczające. Znowu wszystkich przewyższał umiejętnościami. Tymczasem Atlético ciągle nie mogło sobie darować, że straciło taki talent. Klub reaktywował drużyny juniorskie i postanowił odzyskać młodzieńca. Miguel Ángel Gil Marín zaczął od rozmowy z ojcem chłopca. Zapewniał go, że jeśli Raul wróci do Rojiblancos, to będzie grał zawsze. Proponował im wypożyczanie go do Cádiz, które grało wtedy w Segunda División B. Klub obiecywał pokryć oczywiście wszystkie wydatki rodziny, a nawet proponował ojcu pracę w posiadłości Valdeolivas, będącą własnością rodziny Gil. Real Madryt zaczął działać. Ramón Martínez przykładał do Raula taką samą wagę jak do wielkich transferów. Chłopak musiał poczuć, że jest przed nim świetlana przyszłość w drużynie. Razem z ojcem zaproszono go na spotkanie na Estadio Santiago Bernabéu, które miało rozwiać wszelkie wątpliwości. Raul miał ich wtedy niemało. Kiedy wszedł do gabinetu, zobaczył, że na spotkaniu obecny jest też trener pierwszego zespołu – Jorge Valdano. Był miły i przekonujący, zwracał się do chłopaka jak do przyjaciela. Zapewniał, że niedługo spotkają się w pierwszej drużynie. ,Przekazałem mu, że ma wielkie szanse, by odnieść sukces i że w ciągu najpóźniej dwóch lat będzie zawodnikiem pierwszej drużyny. Potem gryzło mnie sumienie, ponieważ takie rzeczy trudno jest przewidzieć ale trzeba go było jakoś przekonać. Nie wyszedłem, dopóki mnie nie zapewnił, że zostanie w Realu Madryt. Cztery miesiące później miał już na sobie koszulkę pierwszego zespołu”– wspomniał tamto spotkanie Jorge Valdano.

Raul zdecydował się związać swoją przyszłość z Królewskimi. 14 lipca 1994 r. podpisał czteroletni kontrakt, a nadchodzący sezon miał być punktem zwrotnym w jego karierze. Rozgrywki rozpoczął w Segunda División B, w drużynie prowadzonej przez José Antonio Grande. ,,Pod moim okiem przeszedł do drużyny występującej w Segunda División B, ale nie grał tam dłużej niż dwa miesiące. Przepracował okres przygotowawczy i cały wrzesień a w październiku Jorge Valdano zabrał go do pierwszego zespołu. Był piłkarzem kompletnym, niezwykle zdolnym, jednym z tych, u których od razu widać, że grać nauczyli się na ulicy”– wspominał José Antonio Grande. W tamtym sezonie wprowadzano w życie pomysł Valdano, który zakładał powoływanie wychowanków na wspólne treningi z pierwszym zespołem i mecze towarzyskie rozgrywane w środku tygodnia. Oprócz Raula możliwość trenowania z seniorami mieli też Guti czy Álvaro Benito. W swoim pierwszym meczu towarzyskim z Oviedo Raul wszedł na boisko po przerwie i popisał się bramką strzeloną krzyżakiem. Jak zwykle uwagę zwracała jego pewność siebie i ambicja. Po powrocie do Segunda B, trener Rafa Benítez powołał go do drużyny Castilli. W Segunda División rozegrał jednak tylko jedno spotkanie. Jorge Valdano ciągle miał go na oku. Wprowadzając go do drużyny, chciał ożywić nieco zespół i pokazać zawodnikom, że nie mogą spocząć na laurach. Zabrał Raula do Niemiec na spotkanie z Karlsruher SC i wpuścił na ostanie pół godziny. To wtedy zdecydował, że da mu szansę oficjalnego debiutu w lidze. Przed występem na La Romareda z Saragossą Raul odbył jeszcze trzy treningi z pierwszą drużyną. Po ostatnim Valdano oznajmił mu, że zagra w najbliższym meczu. ,,Powiem ci to na osobności, żebyś nie zemdlał przy swoich kolegach, kiedy to ogłoszę: jedziesz do Saragossy”. ,,El Siete” wyszedł szczęśliwy i uskrzydlony, ale nie dawał nic po sobie poznać. Potraktował to jako wielkie wyzwanie i nie chciał zawieść trenera, który tak bardzo w niego wierzył. Po powrocie do domu zasiadł z rodzicami do obiadu. Kiedy matka podała mu zupę, Raul ze stoickim spokojem poinformował, że zadebiutuje w pierwszej drużynie. Ojciec o mało się nie udławił. Jego syn miał zająć miejsce wielkiego Emilio Butragueño. Na konferencji prasowej Valdano mówił, że Raul go zachwyca i że każdy, kto chce razem z nim zawojować świat, dostanie swoją szansę. Zdjął też trochę presji z zawodnika, mówiąc, żeby dobrze się bawił i żeby nie wychodził na boisko z myślą, że koniecznie trzeba wygrać i strzelić gola. Sam piłkarz też pojawił się przed dziennikarzami, którym zaimponował opanowaniem: ,,Nie boję się tego wyzwania, będę spał spokojnie. Moją drużyną jest ta występująca w Segunda B i kiedy do niej wrócę, będzie jak dawniej. Postaram się zagrać tak, jakby to był tylko kolejny mecz”– mówił. Do Segunda B już jednak nie wrócił. W debiucie nie poszło mu co prawda najlepiej, ale miał kilka znakomitych sytuacji. Real przegrał 2:3, a Raul nie mógł ukryć wściekłości z powodu zaprzepaszczonych szans, choć zaliczył asystę przy golu Zamorano. Pocieszali go koledzy i trenerzy, ale na niewiele się to zdało. W młodym zawodniku narastała chęć do rewanżu. Valdano rozmawiał z nim w środku tygodnia, chcąc podnieść jego morale. Szkoleniowiec postanowił dać mu szansę też w kolejnym meczu, w którym Real mierzył się z Atlético. 5 listopada Raul po raz pierwszy wyszedł na boisko Estadio Santiago Bernabéu w białej koszulce z numerem 7 na plecach. Spojrzał na trybuny, starając się ogarnąć wzrokiem wszystkich zgromadzonych fanów. W tunelu Rafael Alkorta powiedział mu, żeby był spokojny, bo musi zagrać tylko tak, jak w Saragossie. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 4:2. El Siete wywalczył najpierw karnego, którego na bramkę zamienił Míchel, potem asystował przy trafieniu Zamorano. Wreszcie w 36. minucie po podaniu Michaela Laudrupa, Raul perfekcyjnie uderzył z pierwszej piłki, kierując futbolówkę prosto pod poprzeczkę. Popędził ile sił w nogach w kierunku ławki rezerwowych, gdzie wyściskał się ze swoim przyjacielem Danim. Wszyscy mu gratulowali, Valdano wstał z ławki i bił brawo.

Kariera ,,Rulo”, jak nazywali Raula koledzy z szatni, zaczynała nabierać rozpędu. Dzięki profesjonalnemu kontraktowi poprawiła się sytuacja finansowa samego zawodnika i jego rodziców. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił im dom w dzielnicy Miraserra, w której więcej było udogodnień i leżała bliżej ośrodka treningowego. Po debiucie, ośmiu miesiącach w drużynie i zdobyciu mistrzostwa był już pewniakiem w składzie. Niestety w sezonie 1995/96 nowy prezydent, tuż po rozpoczęciu rozgrywek, podziękował za współpracę Jorge Valdano. Dla Raula było to wielkie rozczarowanie, a dzień odejścia swojego ulubionego trenera opisywał jako najsmutniejszy w swoim życiu. Zajmując szóste miejsce w lidze, poznał tę gorszą stronę piłkarskiego rzemiosła. Dotąd święcił same triumfy, teraz musiał zmierzyć się z porażkami. To doświadczenie wzmogło w nim głód zwycięstw. Efekty tego można było podziwiać w kolejnym sezonie. Opiekunem drużyny został Fabio Capello, a skład wzmocniono takimi graczami jak: Predrag Mijatović, Davor Šuker, Christian Panucci, Roberto Carlos, Clarence Seedorf czy Bodo Illgner. Mimo takiego natężenia gwiazd młody napastnik zachował miejsce w składzie. Mało tego, był jedną z czołowych postaci w zespole. Tworzyła się drużyna, która miała wreszcie wygrać w Lidze Mistrzów, bo dotąd sukcesy w najważniejszych klubowych rozgrywkach znano w Madrycie tylko z czarno-białych filmów. Wkrótce miało się to zmienić. ,,Przyszedłem do Madrytu rok po jego debiucie w pierwszej drużynie i spotkałem chłopaka, który miał niezwykłą łatwość strzelania goli. Był jeszcze zielony i podczas okresu przygotowawczego my, najstarsi zawodnicy, patrzyliśmy na niego, żeby się przekonać, czy naprawdę ma zadatki na wielkiego piłkarza ale gdy tylko zaczęły się treningi i zagraliśmy pierwsze mecze towarzyskie, zdałem sobie sprawę, że jest to piłkarz(pomimo swego młodego wieku) dojrzały, odporny psychicznie i znakomicie rokujący. U Fabio Capello miał bezdyskusyjne miejsce w składzie. Oprócz umiejętności piłkarskich, powiedziałbym, że był zawodnikiem o wyjątkowej psychice, silnym, wyrazistym i upartym”– wspominał Predrag Mijatović. W tamtym sezonie ostatecznie przekonał do siebie kibiców Realu. Kiedy wchodził do drużyny, wielu z nich było wręcz oburzonych, że na ławkę odsyła się taką legendę jak Emilio Butragueño, a daje się szansę nieopierzonemu młokosowi, który na dodatek przyszedł z drużyny jednego z dwóch największych rywali. Jednak 18 stycznia 1997 w derbowym pojedynku na Estadio Vicente Calderón Raul wymazał swoją przeszłość z Rojiblancos. Dzięki temu meczowi madritistas przywłaszczyli go sobie, a kibice Atlético już tak chętnie nie wspominali. Real pokonał rywali aż 4:1, a Rulo zaliczył dwie asysty i dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Drugą z bramek potwierdził swoje nieprzeciętne umiejętności i do dziś wspomina ją jako jedną z najważniejszych w karierze. ,,Spełniło się moje marzenie, ponieważ zawsze śniłem o tym, by dawać z siebie wszystko i rozegrać na tym stadionie dobry mecz. Bywałem na Calderón jako dziecko i trudno jest wyrazić to, co teraz czuję”– mówił po meczu. Real zakończył sezon na pierwszym miejscu a Raul świętował swój drugi tytuł. W przyszłym sezonie miała się spełnić jego obietnica o wygraniu Ligi Mistrzów w kolorze. Szerszej publiczności El Siete dał się poznać właśnie w meczach Ligi Mistrzów. W 1998 r. Real Madryt po 32 latach przerwy znowu okazał się najlepszą klubową drużyną na kontynencie. Mimo że w lidze rozczarowywali, to w rozgrywkach pucharowych zmieniali się nie do poznania. Przed finałowym spotkaniem z faworyzowanym Juventusem piłkarze Blancos na czele z Hierro, Sanchísem i Raulem, spotkali się w jednym z pokojów, żeby porozmawiać o meczu. Chcieli w ten sposób odpowiednio nastawić się do spotkania, pokonać stres i odnaleźć w sobie siłę potrzebną do pokonania Włochów. Udało się. Raul w wieku niespełna 21 lat dwukrotnie wygrywał ligę, a teraz dołożył do tego triumf w Lidze Mistrzów.

6

@FCBparasiempre
27 czerwca 1987 r. na Estadio Monumental w Buenos Aires Argentyna zremisowała z Peru 1:1 w meczu otwarcia 33 edycji Copa America. Pierwszego gola w 47 minucie strzelił Diego Maradona a wyrównał Luis Reyna w 59 m. W 1987 r. powrócono, przynajmniej częściowo, do sprawdzonej starej formuły. Turniej toczył się w jednym kraju, choć w różnych miastach. Zachowano podział na grupy eliminacyjne; z kolei nowością było wprowadzenie meczu o 3 miejsce. Mistrz świata podejmował gości w Buenos Aires, Rosario i Cordobie. W grupie pierwszej Argentyna miała za przeciwników Peru i Ekwador. Na tym drugim wzięła srogi rewanż za upokorzenia z przed 4 lat. Wynik 3:0 oznaczał przykładne lanie, coś w rodzaju ojcowskiej reprymendy. Jednak z Peru nie poszło już tak dobrze. Ozdobą tego meczu był nieustający pojedynek Maradony z pilnującym go z zajadłością buldoga, niewiele wyższym Luisem Reiną. Doprawdy trudno pojąć jak ci dwaj tak bardzo sobą zajęci mężczyźni znaleźli jeszcze siły i czas aby strzelić akurat po jednym golu. Takim też rezultatem zakończyło się to mordercze spotkanie, które mistrzowie świata powinni byli wygrać różnicą kilku goli. Uratował ich Ekwador, który zebrał się w garść i przeciwstawiając lepszym technicznie ,,Inkom” pełną desperacji ambicje, zremisował nieoczekiwanie 1:1. Argentyna z przewagą jednego punktu awansowała do półfinałów. W grupie drugiej wszystko wydawało się oczywiste. Brazylia 5:0 rozgromiła Wenezuele, z którą Chile miało pewne problemy, w końcu wygrywając 3:1. Trener Carlos Alberto Silva zgromadził naprawdę dobrych piłkarzy: obrońcy Josimar, Julio Cesar i Ricardo Rocha, pomocnicy Rai i Valdo, napastnicy Müller, Careca czy młody i utalentowany… Romario, to z całą pewnością była światowa czołówka. Ha! Na ławce rezerwowych przebierał nogami 24-latek z Vasco znany jako Dunga(w 1994 on właśnie został kapitanem najlepszej drużyny świata). To dopiero daje wyobrażenie o potencjale Brazylii! Zaś Chile jak to Chile, zawsze solidne, twarde, ambitne, choć pozbawione tego specyficznego luzu, polotu, jakby ktoś zapomniał dosypać szczyptę soli i pieprzu. Jednak 3 lipca 1987 do Cordoby Chilijczycy przywieźli chyba całą beczke soli. Trener Aravena, świadom technicznej wyższości Canarinhos, nastawił zespół na konsekwentną obrone i błyskawiczne kontry. Przez 40 minut przewaga należała do faworytów. Na bramke Rojasa sypał się grad strzałów, jednak ,,Condor” wyłapywał wszystko bez trudu. Porównywany niekiedy z samym Passarellą stoper Fernando Astengo, zwany nie bez przyczyny ,,Lwem” znał sztuczki Brazylijczyków na wylot, bowiem jakiś czas grał już w Gremio Porto Alegre. 27-letni, nie wysoki obrońca kompletnie zaszachował błyskotliwych napastników, uprzedzając wszelkie ich zamysły. Z biegiem czasu walkę o środek pola wygrali dwaj filigranowi pomocnicy, 23-letni Jaime Pizarro i 4 lata starszy Jorge Contreras, występujący w hiszpańskim Las Palmas. W przodzie co jakiś czas odpalały dwie rakiety. Basay i Letelier nawet fizycznie i mentalnie byli jak para bliźniaków. Wysocy, szczupli, dosyć niechlujni, zarośnięci, w opuszczonych niedbale getrach, rzeczywiście przypominali dwa andyjskie kondory, podstępnie czyhające na nieświadomą grozy położenia ofiarę. Nie bawili się w finezyjne dryblingi, arabeski i ornamenty, tylko rwali co sił w chyżych nogach przed siebie. Nie był to futbol piękny ale zabójczo skuteczny.

Przed przerwą, w 41 minucie Basay zmylił pogonie i Chile schodziło z golem ,,do szatni”. Po pauzie rajdy tych dwóch okropnych typów poszarpały brazylijską obrone na strzępy. W 3 minucie Letelier, w 21 Basay i w 30 znów Letelier doprowadzili do pogromu Canarinhos nie notowanego w historii obu reprezentacji. Ostatni raz ,,czerwono-niebiescy” wygrali w takim stylu w 1956, bijąc Brazylie 4:1. W grupie trzeciej nie było dyskusji. Pełna kompleksów niższości Kolumbia czaiła się latami, czaiła aż wreszcie eksplodowała z siłą Wezuwiusza. Akurat dorosły i pięknie rozwinęły się talenty najzdolniejszej generacji w jej dziejach. Dotychczas Kolumbijczycy co pare lat wypuszczali w świat pojedyncze gwiazdy jak Sanchez, Gamboa, Willington Ortiz. Teraz runęła jednocześnie cala fala: Higuita, Perea, Mendoza,Herrera, Alvarez, Redin, Valderrama, Iguaran, de Avila, Trellez! Cóż za perełki, jaka technika, swoboda w operowaniu piłką, toż to nie możliwe!, ekscytowali się komentatorzy. W rzeczy samej, w takim stylu do tej pory grali raczej Brazylijczycy w swoich szczytowych latach. Trener Maturana stworzył doprawdy wielki zespół, który w swojej grupie nie stracił ani punktu, ani gola. Ambitna Boliwia przegrała tylko 0:2 a teoretycznie o niebo silniejszy Paragwaj z poczuciem absolutnej bezsilności jedynie przyglądał się kolumbijskim popisom, doznając klęski 0:3. Rozmiary porażki przyjęto z niedowierzaniem, bowiem ,,Guarani” dysponowali niezwykle mocnym, zahartowanym w tylu zwycięskich potyczkach składem. Jednak Fernandez, Delgado, Nunes, Romero, Cabañas czy też robiący furore w argentyńskim Ferro Oeste znakomity pomocnik Cañete, nie byli w stanie wiele wskórać, tak jakby spętało im nogi. Kolumbia z rozwiniętymi skrzydłami wpłynęła do półfinału, lecz tu nadziała się na twardą chilijską rafe. ,,Trasandinos” czyli piłkarze zza Andów, jak w dorzeczu La Plata nazywano przybyszów z tamtej strony gór, nie przejmowali się zbytnio finezją rywali, tylko grali swój praktyczny, ekonomiczny futbol. Trener Aravena chytrze zmienił też taktykę. Utrudzeni szarżami przeciw Brazylii Basay i Letelier otrzymali zadanie rozrzedzania obrony kolumbijskiej. W powstałą lukę z impetem wchodzili gracze środkowych i tylnych formacji. Uparta walka trwała bez skutku 90 minut i dopiero w dogrywce plan Aravery przyniósł efekty. Na rzut karny Redina dwoma golami odpowiedzieli ,,Lew” Astengo i rezerwowy Vera. Chile dotarło zatem do finału. O tym, na kogo tam trafili, decydował najciekawszy mecz turnieju, Argentyna-Urugwaj. 65 tys. chętnych obejrzenia starcia gigantów stawiło się na trybunach Monumental i nie doznali zawodu. Był to znakomity spektakl, obustronnie zacięty, toczony w ostrym tempie, obfitujący w zagrania najwyższej klasy.

Pikantnego smaczku dodała tej batalii bezpośrednia rywalizacja dwóch najwybitniejszych indywidualności kontynentu, Maradony i Francescoliego. Górą wyszedł z niej wprawdzie ,,boski Diego” ale i ,,Książe futbolu” udowodnił że w jego żyłach płynie błękitna, piłkarska krew. Oczy widowni zwrócone były na ten wspaniały duet, na czym skorzystali inni aktorzy spektaklu. W ekipie Urugwaju po prawej stronie boiska śmigał skrzydłowy, który miał przydomek ,,Mrówka”, chociaż bardziej pasowało by do niego skojarzenie łączące cechy geparda, odyńca, charta i nosorożca. Wypuszczał przed siebie piłke i w szalonym, nieco nieskładnym biegu mijał wszystkie przeszkody. Nie był to brylantowy technik czy żongler ale miał siłę wyścigowego konia, po prostu nie do utrzymania.. Co więcej, ten rozpędzony, nieokiełznany rumak miał niesamowitego nosa do strzelania goli głową, nogą, najczęściej właśnie po kilkudziesięciometrowych rajdach. Nazywał się Antonio Alzamendi. Właśnie ten Alzamendi w 43 minucie ruszył z kopyta, zostawił za sobą Browna i wpakował piłke obok Islasa. Po przerwie Argentyna ruszyła do szturmu. W jej zespole wybijał się młodziutki skrzydłowy, jakiego w tym kraju nie widziano od czasów Corbatty, Bernao i Housemana. Był nim Claudio Paul Caniggia. Płowowłosy nastolatek o urodzie efeba podbił serca bywalców Estadio Monumental niemal od pierwszego dotknięcia piki. Momentalnie przylgnął do niego przydomek ,,Pajarito”(ptaszek), bo też Caniggia ciągnąc za sobą komete, jasnych, długich włosów, pruł przestrzeń boiska niczym jakaś kapryśna jaskółka. Wrodzona szybkość, ,,odrzutowy” start, niebywała łatwość biegu, pozwalały mu gubić obrońców już na kilku metrach. Miał przy tym wybitne uzdolnienia techniczne, nad piłka panował bezbłędnie, strzelał chętnie i ostro. Słowem urodzony skrzydłowy, prawdziwy ,,puntero electrizante”. Przy tej skali talentu mógł prześcignąć Matthewsa, Garrinche i Corrbatte. Jednak szalone powodzenie wśród pięknych dziewcząt, nieumiarkowane, łapczywe kosztowanie wszelkich uroków życia, wreszcie skłonność do narkotyków no i podatność na kontuzje, wszystko to sprawiło że ten fenomen tylko w części spełnił pokładane w nim nadzieje. Jednak i tak zapisał nie byle jaki rozdział w dziejach futbolu. Właściwie on sam wespół z Maradoną zapewnił przeciętnej Argentynie wicemistrzostwo świata w 1990. Z reprezentacją zaś rok później zdobył Copa America. Jego atomowe sprinty podziwia po dziś dzień cała Europa na równi z Ameryką. Przecież nawet rajdy chyżego ,,Pajarito”, geniusz Maradony, rozwaga i mądrość Batisty, podniebne skoki Ruggieriego nie zdały się na wiele. Obrona Celestes ustawiona na podobieństwo warownego szańca, odpierała najwścieklejsze szarże i najbardziej podstępne podchody. Jej niezłomnym filarem był znów Nelson Gutierrez ale i pozostali stanęli na wysokości zadania. W bramce 33 letni Pereira okazał się godnym następcą Rodrigeuza. Również wąsaty o marsowym groźnym obliczu ,,Viking” bronił bez zarzutu. W pomocy trener Fleitas wystawił dwóch ,,fizycznych” i jednego ,,umysłowego” . Czarną robote wykonywali Perdomo i Matosas, podczas gdy wyśmienity technik i nie gorszy strzelec Bengoechea wraz z Francescolim nizał misterne kombinacje. W ataku sama obecność Alzamendiego oznaczała paniczny alarm dla wszystkich obrońców a przecież z głębi pola pod bramke przeciwników podkradał się Francescoli. Wreszcie po lewej flance z szybkością torpedy sunął kurpulentny Ruben Sosa. Doprawdy trener Fleitas zebrał całkiem zgraną drużynę. Tak więc w finale Urugwaj miał zmierzyć się z Chile.

Wcześniej jednak po raz pierwszy w historii Copa America, rozegrano mecz o 3 miejsce. Dla Kolumbii stawka była wysoka; sama perspektywa pokonania mistrzów świata na ich terenie przenosiła dotychczasowych outsaiderów do największej elity. Gospodarze wyszli na stadion z opuszczonymi głowami. Po porażce z Urugwajem trzecie, względnie czwarte miejsce nie czyniło im różnicy. Można by rzec iż ten pojedynek oddali mentalnie walkowerem. Tymczasem ekipa Maturany dosłownie wychodziła ze skóry by wykorzystać życiową szanse. Zanim upłynęło pół godziny, praktycznie było po meczu. Gole Gomeza i Galeano ,,ustawiły” jego przebieg. Ostatecznie Argentyna poległa 1:2 a Kolumbia odniosła wówczas największy sukces w historii. Mecz finałowy rozegrano 12 lipca. Po odpadnięciu Argentyny ogromny Monumental świecił pustkami bo tak należy nazwać zaledwie 35 tys. widzów. Nie było to piękne widowisko. Gra stała się tak ostra że brazylijski sędzia po kolei wyrzucił z boiska Gomeza, Francescoliego, Perdomo i Astengo. Przewaga Urugwaju nie budziła wątpliwości. Chile chyba spaliło się psychicznie jeszcze przed wyjściem na boisko. Zwycięskiego gola strzelił Bengoechea i bezwzględnie wkraczająca obrona Celestes nie pozwoliła sobie odebrać zasłużonej wygranej, już drugiej pod rząd. Trzeba też mocno podkreślić iż Urugwaj jako obrońca tytułu przystępował do tego turnieju dopiero od półfinału, więc dziwaczny regulamin sprawił że do zdobycia Pucharu Ameryki wystarczył mu udział tylko w dwóch meczach! Natomiast królem strzelców imprezy został Kolumbijczyk Adolfo Iguaran z 4 golami.


6

7

@FCBparasiempre
Stadion Wankdorf w Bernie w ciągu ośmiu dniu był areną dwóch pamiętnych meczów w historii mistrzostw świata w piłce nożnej. 4 lipca reprezentacja Węgier sensacyjnie przegrała 2-3 finałowy mecz Pucharu Świata z RFN. Jedna z najlepszych ekip w dziejach nie zdobyła trofeum, które było jej przeznaczone. 27 czerwca po wygraniu batalii zwanej ,,Bitwą o Berno” nikt nie przypuszczał, że Jules Rimet na koniec turnieju puchar swojego imienia wręczy nie Ferencowi Puskasowi, a Fritzowi Walterowi. Brazylia jechała do Szwajcarii z myślą rehabilitacji za klęskę, jaką było tylko drugie miejsce wywalczone na własnej ziemi. Reprezentacja została mocno przebudowana. Kompromitację sprzed czterech lat pamiętał tylko Bauer oraz legendarny Nílton Santos. Ważnymi postaciami ,,Canarinhos” byli Didi i Djalma Santos, którzy na kolejnych turniejach wydatnie przyczynili się do końcowych zwycięstw. Nawet białe trykoty po mistrzostwach w 1950 roku zostały uznane za przeklęte. Zorganizowano konkurs na nowe barwy koszulek. Zwyciężył kolor kanarkowy. Brazylia rozpoczęła turniej imponująco, bo od rozgromienia Meksyku 5-0. Później zremisowała 1-1 z Jugosławią i zakwalifikowała się do ćwierćfinału. Tam czekała na nich najlepsza drużyna ostatnich lat. Węgrzy nic sobie nie robili z renomy Brazylii. Za nimi była seria trzydziestu meczów bez porażki, a także złoto olimpijskie wywalczone w 1952 roku w Helsinkach. Brazylia w dwóch meczach grupowych strzeliła sześć bramek. Z samą Republiką Federalną Niemiec Węgrzy zdobyli osiem goli. Dziewięć strzelili w pierwszym meczu turnieju przeciwko Korei Południowej. Dość powiedzieć, że w meczu z Azjatami sędzia Raymond Vincenti w Francji odgwizdał więcej goli niż… rzutów wolnych. Goli było dziewięć, zaś wolnych tylko pięć. Prasa podgrzała temperaturę tego meczu, określając je jako starcie komunizmu (Węgry) z chrześcijaństwem (Brazylia). FIFA próbując opanować sytuację, do sędziowania meczu wyznaczyła Anglika Arthura Ellisa. Wydawało się, że trudno było o lepszy wybór. Ellis sędziował mecze poprzednich mistrzostw świata, finał Pucharu Anglii z roku 1952 i czterdzieści meczów międzypaństwowych. Dwa lata po ,,Bitwie o Berno” dostąpił zaszczytu sędziowania pierwszego finału Puchar Europy, w którym Real Madryt pokonał po dogrywce 4-3 Reims. Jak się później okazało, z wprowadzeniem porządku na boisku nie poradził sobie nie tylko angielski arbiter, ale i służby porządkowe. Pierwszą bramkę publiczność zgromadzona na stadionie w liczbie czterdziestu tysięcy zobaczyła już w czwartej minucie. Strzelił ją Nándor Hidegkuti. Na 2-0 trzy minuty później podwyższył Sándor Kocsis. Brazylia odpowiedziała w osiemnastej minucie, kiedy to skutecznie rzut karny wykonał Djalma Santos. ,,Jedenastkę” otrzymali również Węgrzy, a jej wykonawcą był Mihály Lantos. 3-1. Julinho zmniejszył straty pięć minut później. Ostatnie minuty gry z futbolem miały już niewiele wspólnego. Zaczęło się od bójki Nílton Santosa z Jószefem Bozsikiem. Ellis usunął obu z boiska. Humberto Tozzi błagał Anglika, aby ten oszczędził Santosa. Osiem minut później sam także opuścił mecz przedwcześnie. W 88. minucie Kocsis strzelił swojego drugiego gola w tym meczu, a dziewiątego w turnieju i przypieczętował awans ,,Madziarów” do najlepszej czwórki szwajcarskiego czempionatu. Brazylijczycy przegrali na boisku, ale chcieli koniecznie zwyciężyć w pojedynku na pięści, choć w ruch poszły także przedmioty: między innymi krzesła, buty i butelki. Jedną z nich oberwał trener Węgrów Gusztáv Sebes. Nieobecny w tym meczu z powodu kontuzji kostki Ferenc Puskás miał w tunelu uderzyć butelką w głowę jednego z Brazylijczyków. ,,Canarinhos” mieli być atakowani butelkami także przez widownię. Ci wparowali do szatni Węgrów, zgasili w niej światło i zaatakowali zaskoczonych mistrzów olimpijskich. Zawodników musiała rozdzielać policja.

Gdy uporano się z piłkarzami, do ataku ruszyli kibice, media i włodarze brazylijskiej federacji. Brazylijscy fani pluli na samochód Arthura Ellisa i krzyczeli, że jest komunistą. Włoski korespondent określił sędziowanie Anglika jako ,,wyreżyserowane”. Sam Ellis po latach powiedział, że piłkarze oraz fani obu drużyn zachowywali się jak zwierzęta. Brazylijska federacja wysłała do FIFA oficjalną skargę na sędziego, nazywając go ,,sługą światowego komunizmu, wrogiem cywilizacji zachodniej i chrześcijaństwa”. Karierze Ellisa tamten mecz nie zaszkodził, jednak gdyby nie fakt, że był uczestnikiem tamtego mordobicia, szumnie nazywanego meczem, prawdopodobnie to on, a nie liniowy z tamtego spotkania William Ling byłby sędzią pamiętnego finału, nazwanego ,,Cudem w Bernie”. Światowa federacja nie ukarała żadnego uczestnika tamtego meczu, ponieważ nie chciała zaognić i tak gorącej atmosfery. W półfinale Węgrzy znowu rozegrali bardzo trudny mecz z zespołem z Ameryki Południowej, ale znowu wygrali 4-2. Droga do finału ,,złotej jedenastki” wyglądała na zapowiedź tego, co wydarzyło się 4 lipca w meczu finałowym.

6

Bitwa o Berno(czytajcie kochani w odpowiedzi na mój komentarz):

@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?