FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
5
Narodziny pierwszego i jednego z najwspanialszych, międzypaństwowego turnieju w dziejach futbolu:
Od kiedy w Argentynie i Urugwaju rozwinął się zorganizowany futbol, nieuniknione wydawały się regularne kontakty między reprezentacjami tych państw i tak też się stało. Pomiędzy 1901 a 1914 r. rozegrano 41 takich meczów. Ich częstotliwość szybko dorównała największej do tej pory na świecie liczbie meczów międzypaństwowych pomiędzy Anglią i Szkocją, by wkrótce zdecydowanie ją przewyższyć.
Dalszą część tej frapującej historii przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.
@Mixtape
@Symson
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Monix10
3
@FCBparasiempre
Dwa razy w historii Mistrzostwa Świata odbyły się w Meksyku (1970 i 1986 r.). Resztę turniejów dostawały, zazwyczaj na przemian, Europa i Ameryka Południowa. Od jakiegoś czasu mówiło się, że czempionat powinien dotrzeć na nowe tereny. Pomimo faktu, że obywatele Stanów Zjednoczonych znacznie bardziej niż soccer, jak w swoim kraju mówią na piłkę nożną, cenią choćby hokej, futbol amerykański, koszykówkę czy baseball, na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku bardzo chętnie przyglądali się piłkarskim zmaganiom. W walce o organizację Mundialu 1994 zaangażował się sam prezydent Ronald Reagan. Głównymi rywalami USA były Maroko i Brazylia. Po raz kolejny, tak jak w 1986 roku, ostrymi przeciwnikami organizacji turnieju w Kraju Kawy byli Pele, trzykrotny Mistrz Świata i João Havelange, prezydent FIFA. Ostatecznie w lipcu 1988 roku światowa federacja ogłosiła, że 15. edycję największego sportowego święta zorganizują Stany Zjednoczone. W eliminacjach wzięła udział zdecydowanie rekordowa wówczas liczba drużyn – 132 państwa. Wśród nich znalazło się aż 16 debiutantów, w tym m.in. San Marino, Wyspy Owcze, Burundi, Namibia. Polska zajęła dopiero czwarte miejsce w grupie z Norwegią, Holandią, Anglią, Turcją i San Marino, zdobywając raptem osiem punktów. Wielkim zaskoczeniem było odpadnięcie ojców futbolu, Anglików. Kwalifikacje przerosły też Duńczyków, nomen omen świeżo upieczonych Mistrzów Europy. Drugi raz z rzędu na światowy czempionat nie awansowali Francuzi. Tym razem w niesłychanych okolicznościach. Na dwie kolejki przed zakończeniem eliminacji piłkarze znad Loary przewodzili swojej grupie (za nimi plasowali się Szwedzi, Bułgarzy, Austriacy, Finowie i Izraelczycy) i do awansu wystarczył im zaledwie jeden punkt w starciach z Izraelem i Bułgarią. Wydawało się, że zadanie postawione przed podopiecznymi Gerarda Houlliera jest dziecinnie proste, biorąc ponadto pod uwagę, że oba mecze rozgrywali przed własną publicznością, a Izrael był zdecydowanym outsiderem grupy. To właśnie w starciu z Izraelem Francuzi jeszcze w 83. minucie prowadzili 2:1, by ostatecznie przegrać 2:3. Podkreślmy, że był to jedyny komplet punktów wywalczony przez izraelskich zawodników w walce o mundial. W ostatnim spotkaniu eliminacji, na Parc des Princes gospodarze remisowali 1:1 z Bułgarią i na 20 sekund (!) przed końcem regulaminowego czasu gry wykonywali rzut wolny pod bramką rywali. Ginola zaliczył fatalne podanie, piłkę przejęli Bułgarzy i po serii podań uruchomili Emila Kostadinova, a ten atomowym strzałem od poprzeczki zapewnił swojej ekipie zwycięstwo i bilety do Stanów Zjednoczonych. Wielkie problemy z wywalczeniem awansu miała Argentyna. Mistrzowie Świata z 1978 i 1986 roku w niczym nie przypominali drużyny, która nie tak dawno nie miała sobie równych. To i tak nic w porównaniu do tego, jakie problemy dotyczyły w tym czasie największą gwiazdę ekipy znad La Platy, Diego Maradonę. Argentyńczykowi zostało udowodnione zażywanie kokainy, choć wcześniej przysięgał na życie swoich córek, że nigdy nie zażywał środków odurzających. Śledztwo prowadzone przez jego klub, Napoli, oraz niezależne śledztwo policyjne dowiodły, że Maradona pochłaniał biały proszek z taką samą regularnością, z jaką zaliczał nocne orgie z prostytutkami. Bardzo szybko został ochrzczony ,,Maracocą”, objęty nadzorem policyjnym i dzień w dzień pracowało z nim dwóch psychologów, mających za zadanie wyleczyć go z uzależnienia. Kolejne kłopoty, z którymi musiał mierzyć się w tym samym czasie, sprowadził na siebie de facto już w 1990 roku. Przed półfinałowym starciem mundialu na Półwyspie Apenińskim z gospodarzami imprezy, kibice wygwizdali argentyński hymn. Zbliżenie kamery na Maradonę idealnie pokazało, że ten wyszeptał w tym czasie soczyste „skurwysyny”. Po tym zagraniu przeciwko niemu stanęli kibice niemal wszystkich włoskich klubów. Niemal wszystkich, bo rzecz jasna w Neapolu był stale uwielbiany. I to trwało do czasu. Kiedy wyrzekł się nieślubnego dziecka z jedną z jego mieszkanek, urokliwą Cristiną, odwróciła się od niego konserwatywna część miasta. Kiedy zaczął opuszczać treningi, przechodzić obok meczów i publicznie narzekać na klub, cierpliwość stracili pozostali fani. Cały świat, poza Argentyną, podejrzewał, że to już koniec Maradony. Ten coraz rzadziej pojawiał się na boisku i tył w tempie niegodnym zawodowego sportowca. Jego stałą domeną było powiedzenie: „Najbardziej potrzebuję tego, by mnie potrzebowali”.
W Neapolu był już niepotrzebny, w związku z czym usilnie próbował zmienić klub. Zainteresowanie wyraziła Sevilla, jednak włoscy działacze nie chcieli puszczać Diego za bezcen. Wówczas do akcji wkroczyły dwie najwyżej postawione osoby w FIFA, Sepp Blatter i Joao Havelange. Doskonale zdawali sobie sprawę, że Maradona musi wrócić do reprezentacyjnej dyspozycji, bo od niego w dużej mierze zależy sukces medialny i marketingowy Mistrzostw Świata w Stanach Zjednoczonych. Havelange zwrócił się do zarządu Napoli słowami: „Maradona jest członkiem naszej rodziny, którą zawiódł i został za to ukarany. Odcierpiał jednak swoje i teraz rodzina musi zrobić wszystko, aby pomóc mu powrócić na swoje łono”. Ci po takich namowach zgodzili się na transfer Diego do Sevilli. Tam nie był jednak takim zawodnikiem jak kiedyś i po sezonie musiał ponownie zmienić klub. Wrócił do ojczyzny, do Newell’s Old Boys. W międzyczasie dostał policzek od trenera kadry narodowej. Alfio Basile nie powołał go na mecze eliminacyjne, po czym dumny i obrażony Maradona stwierdził, że nigdy więcej nie zagra w reprezentacji prowadzonej przez Basile. Kibice domagali się powołań dla swojego bohatera zwłaszcza po kompromitującej porażce 0:5 z Kolumbią, poniesionej w dodatku przed własną publicznością. Nadmieńmy tylko, że ten mecz stał się dla wielu kibiców znakomitą okazją, by uznać Los Cafeteros za jednych z faworytów turnieju w USA. W kolejnych linijkach przekonacie się, że miało to fatalne konsekwencję dla zawodników z północno-zachodniej części Ameryki Południowej. Wracając do Maradony, pomimo zapowiedzi w kierunku trenera Basile, wrócił do kadry na międzykontynentalny dwumecz barażowy przeciwko Australii i bardzo pomógł w zwycięstwie 1:0 i remisie 1:1, przyczyniając się do wywalczenia awansu na mundial. Tragiczne wydarzenie towarzyszyło eliminacjom w strefie afrykańskiej. Katastrofy lotniczej uległ samolot, którym na mecz z Senegalem leciało m.in. 18 zawodników reprezentacji Zambii. Wszyscy obecni na pokładzie ponieśli śmierć. „Miedziane pociski” miały duże szanse na historyczny awans na mundial. Do dziś zambijscy kibice wspominają tę drużynę jako najlepszą w historii. Zambia dograła kwalifikacje w atmosferze smutku i zadumy. Zmiennicy nie byli w stanie wywalczyć przepustki do USA. Mistrzostwa Świata w 1994 roku rozegrano na dziewięciu imponujących, gigantycznych stadionach w dziewięciu miastach: Pasadena, Stanford, Pontiac, East Rutherford, Dallas, Chicago, Orlando, Foxborough i Waszyngtonie. System rozgrywek był taki sam jak w dwóch poprzednich edycjach. Dwudziestu czterech uczestników – USA (gospodarz), Niemcy (aktualny Mistrz Świata), Belgia, Bułgaria, Grecja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Norwegia, Rosja, Rumunia, Szwajcaria, Szwecja, Włochy, Argentyna, Boliwia, Brazylia, Kolumbia, Meksyk, Kamerun, Maroko, Nigeria, Arabia Saudyjska i Korea Południowa – zostało podzielonych na sześć czterozespołowych grup, z których awans do fazy pucharowej wywalczały dwie najlepsze ekipy każdej z nich oraz cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Doszło do kilku istotnych zmian. Od tej serii Mistrzostw Świata za zwycięstwo przyznawano nie dwa, a trzy punkty. Ponadto sędziowie założyli kolorowe stroje, trenerzy w każdym meczu mogli przeprowadzić trzy zmiany i zastąpić kontuzjowanego bramkarza golkiperem rezerwowym. Podział na grupy, wyłoniony podczas losowania w Las Vegas w grudniu w 1993 roku, prezentował się następująco:
Grupa A: Kolumbia, Rumunia, Szwajcaria, USA
Grupa B: Brazylia, Kamerun, Rosja, Szwecja
Grupa C: Boliwia, Hiszpania, Korea Południowa, Niemcy
Grupa D: Argentyna, Bułgaria, Grecja, Nigeria
Grupa E: Irlandia, Meksyk, Norwegia, Włochy
Grupa F: Arabia Saudyjska, Belgia, Holandia, Maroko
Piłkarskie emocje, rozgrywane w dniach 17 czerwca – 17 lipca 1994 roku, zainaugurowało starcie obrońców tytułu, Niemców, z Boliwią. Chwilę przed nim odbyła się huczna ceremonia otwarcia, podczas której głos zabrał prezydent Stanów Zjednoczonych, Bill Clinton. Na scenie pojawiły się gwiazdy amerykańskiej estrady, z Dianą Ross na czele, a w niebo wypuszczono setki balonów w narodowych barwach. Nasi zachodni sąsiedzi wygrali 1:0, jednak nie zaprezentowali się zbyt dobrze. Faza grupowa była o niebo lepsza niż cztery lata wcześniej. Można z niej wyciągnąć masę ciekawostek. Zacznijmy od grupy E, gdzie każda z drużyn zdobyła po cztery punkty przy identycznym bilansie bramkowym, wynoszącym okrągłe zero. Do domu wrócić musieli Norwegowie, ponieważ po ich stronie widniała najmniejsza liczba strzelonych goli (słownie: jeden). Kibice z niecierpliwością oczekiwali meczów Meksyku, nie ze względu na poziom sportowy tej ekipy, a fakt, że w jej bramce stał Jorge Campos, właściciel najbardziej ekstrawaganckiego stroju w dziejach mundiali. Amerykanie zaproponowali FIFA rozgrywanie niektórych spotkań na hali. Międzynarodowa organizacja wyraziła zgodę na ten swoisty test z zastrzeżeniem, że należy zastosować naturalną murawę. Konsekwencją tej decyzji był imponujący obiekt Silverdome w Pontiac. Hala mieszcząca 77,5 tys. widzów spisała się na medal, jednak w przyszłości zrezygnowano z podobnych praktyk. Poniżej zdjęcie wykonane przed starciem USA ze Szwajcarią, zakończonym wynikiem 1:1. Do historycznych wydarzeń doszło w grupie B. Rosja pokonała Kamerun aż 6:1 a pięć goli dla zwycięzców strzelił Oleg Salenko. Do dzisiaj pozostaje to niedoścignionym osiągnięciem. Napastnik Sbornej nigdy nie był wyborowym snajperem, a sześć bramek zdobytych na boiskach w USA (do wspomnianych pięciu trafień dorzucił gola w meczu ze Szwecją) jest jego całkowitą zdobyczą w narodowych barwach. Przy okazji dały mu tytuł Króla Strzelców Mundialu, który dzielił razem z Bułgarem, Christo Stoiczkowem. Zapewne nikt nie spodziewał się takich rozstrzygnięć. Po latach Salenko zasilił szeregi Pogoni Szczecin, jednak jego pobyt w naszej lidze był wielkim nieporozumieniem. Jedyną bramkę dla Kamerunu zdobył natomiast Roger Milla, stając się najstarszym strzelcem gola w dziejach Mistrzostw Świata. W dniu starcia z Rosją liczył sobie 42 lata i 39 dni. Maradona, którego kojarzono już bardziej z pozaboiskowych wybryków niż z piłkarskich czarów, mówił na kilka miesięcy przed mundialem, że jego jedyną motywacją w życiu jest zbliżający się turniej w Stanach Zjednoczonych. Poddał się indywidualnym treningom i związał się z dietetykiem, Danielem Cerrinim, dzięki czemu w niespełna pół roku zrzucił wagę z 92 na 76,8 kg. Kibice dostrzegli efekty jego ciężkiej pracy i wyrzeczeń w meczach z Grecją (4:0) i Nigerią (2:1). Po tym drugim starciu został zaproszony na kontrolę antydopingową. Udał się na nią z uśmiechem na twarzy, dając pielęgniarce prowadzić się za rękę. Po przeanalizowaniu składu jego moczu nie było mu już do śmiechu. Próbki zawierały wiele niedozwolonych substancji, m.in. efedrynę, norefedrynę, pseudoefedrynę, metaefedrynę. Wyrok mógł być tylko jeden – dyskwalifikacja i przedwczesny powrót do domu. W taki sposób zakończyła się międzynarodowa kariera jednego z najlepszych zawodników, jakich świat miał okazję podziwiać. Oczywiście, w swoim stylu, nie zgadzał się z wynikami badań, otwarcie przyznając, że padł ofiarą zorganizowanej akcji swoich przeciwników. Mówił: „Odcięto mi nogi”. Sytuację argentyńskiego wirtuoza fenomenalnie opisał Eduardo Galeano w Blaskach i cieniach futbolu: „Zagrał, wygrał, siknął, przegrał”.
Argentyna nie potrafiła poradzić sobie bez swojego kapitana i odpadła z rozgrywek po porażce 2:3 z Rumunią w 1/8 finału. Wiele gazet określiło sytuację Maradony mianem dramatu. Prawdziwy dramat spotkał jednak Andresa Escobara. Wspomniane wcześniej zwycięstwo 5:0 z Argentyną w eliminacjach podsyciło apetyty kolumbijskich kibiców na sukces w USA. Na turnieju Los Cafeteros zawiedli, odpadając w fazie grupowej. Głównym winowajcą uznano właśnie Escobara, autora samobójczego trafienia w przegranym 1:2 starciu przeciwko gospodarzom. Po powrocie do kraju zawodnik udał się do klubu nocnego, gdzie rozpoznał go człowiek, który prawdopodobnie przegrał wielkie pieniądze, stawiając na Kolumbię w zakładach bukmacherskich. Wyciągnął broń i oddał kilka strzałów w kierunku zawodnika. Te okazały się śmiertelne. Do 1/8 finału awansowały: Rumunia, Szwajcaria, USA, Brazylia, Szwecja, Niemcy, Hiszpania, Nigeria, Bułgaria, Argentyna, Meksyk, Irlandia, Włochy, Holandia, Arabia Saudyjska i Belgia. Na tej fazie rozgrywek swój udział w turnieju zakończył Michał Listkiewicz. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, jak cztery lata wcześniej, pełnił rolę sędziego liniowego. We Włoszech dotarł do wielkiego finału, rozgrywki w Ameryce musiał opuścić przez swojego głównego arbitra, Kurta Röthlisbergera, który nie odgwizdał ewidentnego faulu w polu karnym Niemców, pomagając im tym samym w zwycięstwie 3:2 nad Belgią. Nasz rodak też ma zapewne tę sytuację na sumieniu, bo miała miejsce na jego połowie. Do ćwierćfinałów awansowała tylko jedna ekipa spoza Europy – Brazylia. Canarinhos trafili na Holandię. Pojedynek z Oranje, a przede wszystkim jego druga połowa, był jednym z najciekawszych widowisk amerykańskich rozgrywek. Europejczycy potrafili wstać z kolan i wyrównać stan rywalizacji, mimo, że przegrywali już dwiema bramkami. Ostateczny cios zadali jednak potomkowie Pelego i dzięki zwycięstwu 3:2 awansowali do fazy medalowej. Warto odnotować, że po bramce Bebeto na 2:0 strzelec bramki, w asyście Romario i Mazinho, zaprezentował gest, który od tej pory powtarzają świeżo upieczeni tatusiowie lub ich koledzy. Kilka dni przed ćwierćfinałem napastnikowi Deportivo La Coruna urodził się syn Mattheus i to jemu postanowił zadedykować swoje trafienie. Dziś popularna „kołyska” jest chlebem powszednim na arenach całego świata, w 1994 roku była nowością zainaugurowaną właśnie przez trójkę brazylijskich zawodników. Na pozostałych stadionach również gościła wielka, emocjonująca piłka. Włosi pokonali Hiszpanię 2:1, Szwecja po 120 minutach remisowała z Rumunią 2:2 i dopiero rzuty karne udowodniły wyższość Skandynawów. Nadal trwał piękny sen Bułgarów, rozpoczęty kilka miesięcy wcześniej w Paryżu. Stoiczkow i spółka sensacyjne wyeliminowali Niemców, wygrywając 2:1 Do niespodzianek nie doszło w półfinałach. Włosi po dwóch golach Roberto Baggio pokonali Bułgarię 2:1, a Brazylia za sprawą Romario wygrała 1:0 ze Szwecją. Mecz o trzecie miejsce okazał się jednostronny widowiskiem. Szwecja pokonała Bułgarię aż 4:0. Mimo porażki Bułgarzy byli bardzo entuzjastycznie witani w swoim kraju. Wielki finał nie był porywającym spektaklem. Włosi obawiali się zagrać z Brazylią, prezentującą do tej pory zdecydowanie najlepszą piłkę, w otwarte karty. Bezbramkowy remis po regulaminowym czasie gry utrzymał się również w dogrywce. Wobec tego Mistrza Świata musiał wyłonić konkurs rzutów karnych. W nich najbardziej zawiódł ten, który miał największy udział w awansie do finału, Roberto Baggio. Włoch przestrzelił decydującą jedenastkę. Brazylijczycy zadedykowali swój triumf zmarłemu dwa miesiące wcześniej Ayrtonowi Sennie. Jeden z najlepszych kierowców F1 w historii uległ śmiertelnemu wypadkowi podczas wyścigu w San Marino. W kadrze zwycięskiej ekipy figurował niespełna 18-letni Ronaldo Luís Nazário de Lima, o którym przed mundialem wypowiadał się asystent Carlosa Parreiry, legendarny Mario Zagalo: „Zwróćcie uwagę na tego chłopaka. To będzie następny Pele”. W Stanach Zjednoczonych nie było mu jednak dane powąchać murawy. W znakomitej książce ,,Ronaldo” Wensley Clarkson wspomina słowa Pedro Biala, reportera brazylijskiej telewizji, korespondenta meczów z Mistrzostw Świata: „Ronaldo był wtedy bardzo dziecinny. Pamiętam go jedzącego hamburgery i oglądającego się za każdą przechodzącą obok ładną dziewczyną”. Brazylijscy kibice nie mieli jednak wątpliwości, że młokos stanie się niebawem najlepszym piłkarzem na świecie. Amerykanie z wielką precyzją podawali liczbę osób na każdym spotkaniu. Finalnie mecze z perspektywy trybun obejrzało 3 567 415 widzów, co daje znakomitą średnią 69 tys. widzów na mecz. Pokazali, że, pomimo słabej orientacji w sprawach stricte piłkarskich, są w stanie przygotować znakomity turniej, który utkwił w pamięci setkom milionów ludzi na całym świecie. Opakowali go znakomicie. Znacznie inny punkt widzenia przedstawił jednak Michał Listkiewicz, mający przyjemność być w centrum rozgrywek: „Mundial w 1994 roku był bardziej jak Disneyland. Do dzisiaj piłka w USA nie cieszy się jakąś większą popularnością i dla Amerykanów turniej był pewnego rodzaju egzotyką. W ogóle nie było czuć tych mistrzostw. Tak jakby przyjechał cyrk, pokazał widowisko i pojechał”.
7
Soccer w stylu Hollywood:
Mistrzostwa Świata w Stanach Zjednoczonych odbyły się w iście amerykańskim stylu: z pompą, przepychem, rozmachem, na oczach rekordowej publiczności. Nie zabrakło również akcji rodem z Hollywood, wyreżyserowanych sytuacji, pozytywnych bohaterów, czarnych postaci, tragicznych scenariuszy. Wszytko pomimo faktu, że Amerykanie o piłce nożnej wiedzieli bardzo niewiele a sam turniej miał pomóc w promowaniu tej dyscypliny w kraju Jankesów. O upadku Maradony, tragedii Escobara, fantastycznej Bułgarii, powrocie na tron Canarinhos i barwnych postaciach oraz wydarzeniach Mundialu 1994 przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
9
,,Partidazo” Rivaldo!
17 czerwca 2001 r. w meczu z Valencią Rivaldo ustrzelił hattricka. W ostatniej kolejce Primera Division FC Barcelona walczyła o miejsce premiowane grą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Brak awansu oznaczałby spore straty finansowe i pogłębienie kryzysu sportowego. Los chciał iż w ostatniej kolejce na Camp Nou przyjechała Valencia CF zajmująca właśnie czwarte miejsce gwarantujące eliminacje do Ligi Mistrzów. Już w 4 minucie Rivaldo otworzył wynik meczu świetnym golem z rzutu wolnego. W 25 minucie wyrównał Ruben Baraja, lecz tuż przed przerwą Rivaldo firmowym strzałem ,,spod siebie” lewą nogą z 25 metrów ponownie pokonał Santiago Canizaresa. Tuż po zmianie stron odpowiedział Baraja i znów to Valencia cieszyła się z czwartego miejsca w tabeli. Rivaldo miał w drugiej połowie kilka szans z rzutów wolnych, lecz przeważnie trafiał w mur. Wreszcie w 89 m. Ronald de Boer posłał wysoką piłke w strone pola karnego, po czym Rivaldo przyjął ją na klatke piersiową na linii szesnastego metra i wykonał spektakularną przewrotkę, umieszczając futbolówkę tuż przy słupku bramki bezradnego Canizaresa. Estadio Camp Nou niemal eksplodowało z radości. Swoją drogą ciekawe kiedy my się doczekamy kogoś takiego jak Rivaldo, strzelającego gole z przewrotki?
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@patataj
@AssisMoreira
0
@sila101 Jeśli to okaże się prawda, to niestety w naszej kochanej Barcuni pracują ślepi na futbol ludzie. Żeby taki partacz jak Dembele brał taką kase i grał taki paździeż! Boże widzisz i nie grzmisz!
5
@FCBparasiempre
Jeszcze dobrze nie zakończył się Mundial w 1950 roku, gdy świat zaczął dostrzegać piłkarską potęgę reprezentacji Węgier. Piłkarze Gusztava Sebesa przez ponad cztery lata zachwycali swoimi umiejętnościami, w związku z czym byli murowanymi kandydatami do zdobycia Mistrzostwa Świata w 1954 roku. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, że piłka bywa przewrotna i zaskakująca ale też i nie rzadko zmanipulowana oszustwami. Zapoznajcie się z kulisami Mundialu w Szwajcarii, by dowiedzieć się, dlaczego zdecydowani faworyci nie sięgnęli po złoto. Gospodarza piątej edycji Mistrzostw Świata poznaliśmy już pod koniec 1950 roku. FIFA, założona w 1904 roku, otrzymała dwie oferty organizacji czempionatu – od Szwajcarii i Szwecji. W związku z obchodami 50-lecia istnienia organizacji postanowiono, że gospodarzem Mundialu będzie Szwajcaria, kraj, w którym znajduje się siedziba FIFA. Szwecja dostała zapewnienie, że turniej zorganizuje cztery lata później. Pewny udział w Mistrzostwach Świata w 1954 mieli gospodarze, Szwajcarzy, i obrońcy tytułu, Urugwajczycy. Do obsadzenia pozostało jeszcze 14 miejsc. Chęć udziału w rozgrywkach zgłosiło 45 państw. W eliminacjach podzielono je na grupy lub pary. Warto odnotować trzy ciekawostki. Pierwsza dotyczy dwumeczu Hiszpania – Turcja. Zdecydowanym faworytem był kraj z Półwyspu Iberyjskiego, co udowodnił w pierwszym spotkaniu, wygrywając 4:1. W rewanżu lepsi byli jednak Turcy, którym do zwycięstwa wystarczył jeden gol. Wynik dwumeczu brzmiał więc 4:2 dla Hiszpanii, jednak wówczas bilans bramkowy nie był brany pod uwagę. Zarządzono zatem dodatkowy, dogrywkowy mecz na neutralnym terenie. Barw faworytów bronił niekwestionowany gwiazdor Barcelony, Laszlo Kubala. Węgierski uciekinier został bohaterem poranka w dniu, w którym rozegrano trzeci mecz. Do hotelu Hiszpanów dotarł bowiem tajemniczy telegram o treści: „Zwracamy uwagę Federacji Hiszpanii na sytuację Kubali”. Działacze obawiali się, że to depesza od FIFA, więc nie wystawili swojej gwiazdy. Po czasie podejrzewano, że telegram przysłali Węgrzy, bowiem nikt w FIFA nie podpisał się pod tym czynem. W Rzymie padł remis 2:2. Przy takiej sytuacji konieczne było losowanie. W roli losującego wystąpił 14-letni Luigi Franco Gemma. Wylosował Turcję. Przybysze znad Bosforu byli tak wniebowzięci, że w czerwcu zabrali młokosa do Szwajcarii i opłacili mu wszelkie koszty pobytu i naocznego uczestnictwa w Mundialu. Na wzór poprzedniego turnieju, w ramach eliminacji brytyjskie ekipy (Anglia, Szkocja, Walia i Irlandia Północna) mierzyły się w rozgrywkach British Home Championship. Wielkim wydarzeniem było starcie odwiecznych rywali, Szkotów i Anglików. Na Hampden Park w Glasgow zgromadziło się ponad 134 tys. kibiców. Bój zakończył się zwycięstwem Synów Albionu 4:2. Mimo to obie ekipy awansowały na Mundial. Szkoci, w przeciwieństwie do poprzednich eliminacji, nie unieśli się dumą i pojechali do Szwajcarii mimo zajęcia „dopiero” drugiego miejsca w grupie. Trzecia ciekawostka dotyczy Polaków. Eliminacyjny dwumecz mieliśmy rozegrać z Węgrami. Działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej wraz ze wszystkimi najważniejszymi głowami w państwie stwierdzili, że nie ma najmniejszych szans na sukces z bodaj najlepszą drużyną na świecie i w obawie przed pogromem oddali oba mecze walkowerem. Co ciekawe, do opinii publicznej nie dotarła informacja o wycofaniu drużyny narodowej z eliminacji, o co bardzo dobrze zadbały ówczesne władze, mające kontrolę nad środkami masowego przekazu. Gazety rozpisywały się za to o trzyletnim planie odbudowy polskiego piłkarstwa, w myśl którego w 1956 roku polska reprezentacja miała być równie dobra jak bratankowie znad Dunaju. Ostateczny skład Mistrzostw Świata w 1954 roku prezentował się następująco: Szwajcaria, Urugwaj, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Anglia, Francja, Węgry, Włochy, Szkocja, Turcja, Republika Federalna Niemiec, Jugosławia, Brazylia, Meksyk i Korea Południowa.
Turniej został rozegrany w dniach 16 czerwca – 4 lipca. Niekwestionowanym faworytem do zwycięstwa w rozgrywkach była reprezentacja Węgier. Złota Jedenastka (z węgierskiego Aranycsapat), prowadzona przez Gusztava Sebesa, przypominała rozpędzony walec. Walec, który nie miał litości dla swoich przeciwników. Madziarze wygrywali mecz za meczem, a kwintesencją ich znakomitej gry były dwa mecze przeciwko Anglii. 25.11.1953 roku na Wembley, Grosics, Buzanszky, Lorant, Lantos, Hidegkuti, Bozsik, Zakarias, Budai, Kocsis, Puskas i Czibor przeszli do historii jako pierwsza drużyna, która ograła ojców futbolu na ich terenie. Zwycięstwo w rozmiarze 6-3 było najmniejszym wymiarem kary. Podrażnieni Brytyjczycy momentalnie zażądali rewanżu. Doszło do niego na trzy tygodnie przed Mundialem, 23.05.1954 r. w Budapeszcie. Jeśli zwycięstwo 6:3 na Wembley możemy nazwać upokorzeniem Synów Albionu, to jak nazwać triumf Węgrów 7:1 w swojej stolicy? Przy okazji była to najwyższa porażka reprezentacji Anglii w historii. Węgrzy budzili wielki respekt i bojaźń w szeregach przeciwników, czego jednym z dowodów było wspomniane wycofanie się Polski z eliminacji. Za sukcesami drużyny stał bardzo charyzmatyczny Gusztav Sebes. Jest znakomitym potwierdzeniem tezy, że nie trzeba być wielkim piłkarzem, by zostać wielkim trenerem. Stosunek Sebesa do piłki nożnej, zwłaszcza do taktyki i wyszkolenia indywidualnego, był wręcz fanatyczny. Za jego czasów Węgrzy byli objęci Żelazną Kurtyną i piłkarze mieli bezwzględny zakaz opuszczanie kraju w celu zmiany pracodawcy. Przytoczony wyżej Kubala uciekł z Węgier, przez co często rzucano mu pod nogi kłody. Takie gwiazdy jak Puskas, Czibor, Kocsis, Hidegkuti w dzisiejszych czasach już dawno byliby wytransferowani do czołowych klubów w Europie. Sytuacja polityczna po II Wojnie Światowej na to nie pozwalała, więc stanowili o sile drużyn z Budapesztu. Dla ekipy narodowej było to jednak zbawienne. Spójrzmy, jak wyglądają przygotowania zespołów narodowych. Piłkarze przyjeżdżają na zgrupowania zaledwie kilka dni przed ważnym meczem. Tuż przed wyjazdem na wielki międzynarodowy turniej przebywają ze sobą zazwyczaj dwa, czasem trzy tygodnie. Sumując, przy dobrych wiatrach w ciągu roku trenują wspólnie przez nieco ponad miesiąc. U Sebesa było inaczej. Swoich zawodników miał rozrzuconych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, więc często zwoływał ich na treningi. Można uznać, że węgierska kadra funkcjonowała niemal jak klub. Klub z najlepszymi piłkarzami na świecie. Sebes nie przywiązywał wagi do panujących trendów, rzadko rozpracowywał grę przeciwników, skupiał się jedynie na swoim planie. Jego zawodnicy byli znakomitymi uczniami i wykonywali jego polecenia bez najmniejszego zarzutu. Ich zgranie było tak idealne, że gdyby przy wyprowadzaniu akcji ofensywnych zasłonięto im oczy, prawdopodobnie skutecznie by ją sfinalizowali. Kluczowym elementem układanki był rozgrywający, Nándor Hidegkuti. Jedyne do czego można się przyczepić to fakt, że Złota Jedenastka traciła całkiem sporo bramek. Cóż z tego, skoro z reguły strzelała ich znacznie więcej? Podczas treningów Madziarze skupiali sporą wagę na zmienność pozycji, czym później totalnie dezorientowali przeciwników. Często ćwiczyli znacznie cięższymi piłkami, dzięki czemu operowanie normalną futbolówką podczas meczu było dla nich pestką. Ich szkoleniowiec był często porównywany do niezwykle troskliwego dziadka. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę myślał tylko o piłce nożnej. Przechadzał się po Budapeszcie i zarażał swoją pasją młodych chłopaków. Gdy widział, że łapie ich rezygnacja, pokazywał im swoje notesy, w których pieczołowicie rozpisywał ustawienie Aranycsapat. To bardzo działało na wyobraźnię dzieciaków, więc szybko brali się do roboty. Znane są przypadki noszenia przez Sebesa kanapek, którymi częstował adeptów futbolu tuż po obejrzeniu ich osiedlowych pojedynków. W Szwajcarii testowano nowy format rozgrywek. 16 drużyn zostało podzielonych na cztery grupy, w grupach dwie drużyny otrzymywały status rozstawionych, a pozostałe nierozstawionych. „Papierowi faworyci” rozgrywali mecze tylko z ekipami pozornie słabszymi. Trzeci grupowy mecz, w formie bezpośredniego barażu, rozgrywać miały tylko te ekipy, które zgromadziły tę samą liczbę punktów. Z grupy A awans uzyskali Brazylijczycy i Jugosłowianie, z grupy C Urugwajczycy i Austriacy, a z grupy D Anglicy i Szwajcarzy. Najważniejsze, z perspektywy finalnych rozstrzygnięć, były wydarzenia w grupie B. Los skojarzył ze sobą Węgry, Turcję, Niemcy i Koreę Południową. Dwa pierwsze narody były rozstawione. Madziarze ze względu na zdobyte dwa lata wcześniej Mistrzostwo Olimpijskie i fakt, że ostatnią porażkę międzynarodową ponieśli 14 maja… 1950 r. (!), kiedy ulegli Austrii 3:5. Turkom uprzywilejowaną pozycję zapewniło jedynie zwycięstwo z Hiszpanią w eliminacjach. Na początek RFN pokonała Turcję 4:1, a Węgrzy, zgodnie z przewidywaniami, zabawili się z Koreą, wygrywając 9:0. W drugiej kolejce Turcy rozgromili Koreańczyków 7:0, a Madziarze podejmowali Niemców. W tym momencie ujawnił się geniusz niemieckiego szkoleniowca, Seppa Herbergera. Przed Mundialem Herberger nie miał w swoim kraju dobrej prasy. Mało kto pokładał nadzieję w jego ekipie. Był często krytykowany za selekcję zawodników, a ta nie była zbyt prosta do wykonania, gdyż profesjonalna liga piłkarska w RFN jeszcze nie istniała. Bundesliga powstała dopiero w 1962 roku. Niemiecki trener przemierzał więc cały kraj w poszukiwaniu kandydatów do gry. Był prawdziwym pasjonatem. W prowadzonych przez siebie dzienniczkach miał zapiski o setkach, jeśli nie o tysiącach piłkarzy, którym bacznie się przyglądał. Powiedzenia, które często przypisujemy naszemu Trenerowi Tysiąclecia, Kazimierzowi Górskiemu, były przez Niemca używane na długie dekady przed sukcesami reprezentacji Polski lat 70′. Herberger był zresztą dla Górskiego jednym ze wzorów do naśladowania. W grupowym starciu przeciwko Węgrom wykazał się, jak się później okazało, majstersztykiem. Wiedząc, że jest skazany na porażkę, wypuścił w bój pięciu swoich rezerwowych zawodników. Wprawdzie przegrał 3:8, ale tak naprawdę odniósł niepodważalne zwycięstwo. Po pierwsze, wzbudził wśród Madziarzy niezwykłą, ale i zgubną pewność siebie. Po drugie, ukrył przed Sebesem swoje najważniejsze ogniwa. Po trzecie, poznał naocznie najmocniejsze i najsłabsze strony Aranycsapat. I wreszcie po czwarte, Werner Liebrich bezpardonowo potraktował największą gwiazdę przeciwników, Ferenca Puskasa, przez co ten nie mógł wystąpić w ćwierćfinale i półfinale, a do dzisiaj mówi się, że nie był w pełni sił także na finał. Zachodnia prasa nie dostrzegała zamierzonych zagrań Herbergera, więc nie pozostawiła na nim suchej nitki. „Der Spiegel” pisał: „Wygląda na to, że przyszedł czas, by zdradzieckiego trenera Herbergera powiesić na jabłoni”. Węgrzy wyszli z grupy mając na koncie dwa zwycięstwa przy niespotykanym nigdy wcześniej i nigdy później bilansie bramkowym 17:3. Drugą drużynę z awansem z grupy B wyłonił baraż pomiędzy Niemcami Zachodnimi a Turcją, pewnie wygrany przez tych pierwszych 7:2. W fazie pucharowej los otworzył dla podopiecznych Herbergera istną autostradę do nieba. RFN trafiła na niezbyt wymagających rywali i po zwycięstwie z Jugosławią 2:0 i z Austrią 6:1 zameldowała się w wielkim finale. Diametralnie inną drogę o najważniejsze piłkarskie trofeum na świecie mieli Węgrzy. W ćwierćfinale mierzyli się z niezwykle mocnymi Wicemistrzami Świata, Brazylijczykami. Mecz został ochrzczony mianem Bitwy pod Bernem. Iskrzyło najpierw na boisku, a później poza boiskiem. Gra była niezwykle atrakcyjna, ale jednocześnie bestialska. Brutalnych, wręcz chamskich fauli było znacznie więcej niż goli i ciekawych zagrań. Znamienne jest, że w czasach, w których sędziowie pozwalali piłkarzom na bardzo dużo pod kątem nieczystej gry, aż trzech zawodników zostało przez arbitra, Arthura Ellisa, przedwcześnie odesłanych do szatni. Wśród „szczęśliwców” znalazło się dwóch graczy Canarinhos (Nilton Santos i Humberto) i jeden Węgier (József Bozsik). Regularna jatka rozpoczęła się jednak dopiero w szatni, tuż po zakończeniu widowiska. Ferenc Puskas, który z powodu kontuzji cały mecz przesiedział na ławce, chwycił za szklaną butelkę i wycelował nią w twarz Pinheiro. Reszta zawodników i działacze obu ekip w momencie do siebie doskoczyli. Słychać było odgłosy uderzeń i tłuczonego szkła, polała się krew, a po wszystkim Węgrzy dumnie stwierdzili, że wynik starcia na pięści był bardzo zbliżony do rezultatu osiągniętego na boisku – 4:2. Pod względem sportowym jeszcze cięższy sprawdzian czekał Madziarzy w półfinale. Ich przeciwnikami byli Mistrzowie Świata, Urugwajczycy. Mecz, przez wielu uznawany na najlepszy w historii Mistrzostw Świata, miał niebywale zacięty przebieg i był swoistą wymianą ciosów. Piłka zmierzała od jednego do drugiego pola karnego i z powrotem. Na bramki Hidegkutiego i Czibora Urugwajczycy odpowiedzieli dopiero w ostatnim kwadransie gry za sprawą dubletu Hohberga. Urodzony w Argentynie zawodnik tak mocno przeżył wyrównujące trafienie, że zaraz po nim na dłuższą chwilę stracił przytomność. Finalistę musiała wyłonić dogrywka. Węgrzy rozwiali wszelkie wątpliwości. Niezawodny Kocsis dwukrotnie umieścił piłkę w siatce, dzięki czemu jego drużyna wygrała 4:2. W meczu o trzecie miejsce górą, dzięki zwycięstwu 3:1 z Urugwajem, okazali się Austriacy. Oczy całego świata były jednak zwrócone na Berno i wielki finał między RFN a Węgrami. Fritz Walter, niemiecki kapitan, brał udział w II Wojnie Światowej. Podczas pobytu na południu Europy nabawił się malarii. Od tej pory był wręcz uczulony na słońce i wysoką temperaturę. Przekładało się to na jego boiskową dyspozycję, która stricte zależała od panujących warunków atmosferycznych. Kiedy te były typowo wakacyjne, Walter sprawiał wrażenie nieobecnego i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Jego prawdziwy kunszt był widoczny podczas spotkań granych w deszczu przy niskiej temperaturze powietrza. Dzięki niemu w terminologii naszych zachodnich sąsiadów do dzisiaj funkcjonuje pojęcie „Pogoda Fritza Waltera”. Właśnie w takich warunkach, przy deszczu i panującym ziąbie, przyszło Niemcom mierzyć się z Węgrami w meczu o Mistrzostwo Świata. Poza umiejętnościami typowo piłkarskimi wszelkie znaki na niebie przemawiały za RFN. Znacznie prostsza droga do finału, niewiarygodnie zmęczeni Węgrzy i ich zgubna pewność siebie po grupowym zwycięstwie 8:3 oraz zdecydowanie lepsze przygotowanie do panujących warunków atmosferycznych składały się na swoisty handicap dla piłkarzy Herbergera. Pod pojęciem lepszego przygotowania do warunków atmosferycznych kryje się obecność Adolfa Dasslera, współzałożyciela firmy Adidas. Dassler dostarczał obuwie swoim rodakom, dzięki czemu został dokooptowany do szerokiego sztabu reprezentacji. Na finałowy mecz przygotował coś, czego wcześniej świat nie widział – buty z wkręcanymi korkami. Reprezentanci Niemiec znacznie lepiej poruszali się na grząskiej murawie. Mimo to oponenci już po ośmiu minutach prowadzili 2:0 za sprawą bramek Puskasa i Czibora. Od tej pory to nasi zachodni sąsiedzi doszli do głosu, czego efektem było wyrównanie, do którego doprowadzili w zaledwie dziesięć minut. Gole strzelali Morlock i Rahn. Podrażnieni Węgrzy dążyli do ponownego wyjścia na prowadzenie. Z minuty na minutę grało im się coraz ciężej. W nogach mieli trudy pojedynków ćwierć- i półfinałowych oraz niebywale ciężki grunt w Bernie. Dodatkowo Herberger nakazał Horstowi Eckelowi stać się cieniem Hidegkutiego i nie odpuszczać go ani na krok. „Plaster” bardzo ciążył węgierskiemu rozgrywającemu, przez co nie mógł rozwinąć skrzydeł i natchnąć swojej drużyny do walki. Sześć minut przed końcem meczu stało się coś, co przed meczem, a jeszcze bardziej przed samym turniejem, wydawało się niemożliwe. Gola na 3:2 zdobył Helmud Rahn i Niemcy sięgnęli po swoje pierwsze Mistrzostwo Świata. Przerwali zarazem węgierską passę 32 kolejnych meczów bez porażki. Finał z Węgrami został ogłoszony jako najlepszy mecz w historii reprezentacji Niemiec. Nie przebił tego nawet półfinałowy mecz z Brazylią na Mundialu 2014. Miał także bardzo duży wydźwięk emocjonalny i patriotyczny. Po wojnie kraj został, zresztą całkiem słusznie, obciążony różnorakimi sankcjami. Piłkarski sukces spowodował, że mieszkańcy RFN znów poczuli dumę, czego najlepszym dowodem jest krążące wówczas hasło wir sind wieder wer (znów jesteśmy kimś). Powracających do kraju zawodników witały setki tysięcy osób. Wśród nich był niespełna 9-letni Franz Beckenbauer, który zamarzył sobie, że w przyszłości też przywiezie do swojego kraju Złotą Nike. Każdy z zawodników będących w turniejowej kadrze otrzymał skuter Goggo-Motorroler. Bestsellerem na zachodzie stały się kasety z komentarzem radiowego sprawozdawcy szwajcarskiego finału, Herberta Zimmermanna. Mecz z Węgrami relacjonował z wielkimi, rzadko spotykanymi emocjami. Do dzisiaj jego słowa są przypominane na antenach TV oraz radia i nadal budzą wspaniałe wspomnienia. Zgoła odmienny wydźwięk miało wywalczone przez Węgrów wicemistrzostwo. Rodacy tuż po końcowym gwizdku zaczęli oskarżać piłkarzy o sprzedanie meczu finałowego. Spekulowano, że Niemcy za oddanie spotkania zaoferowali każdemu piłkarzowi Sebesa po mercedesie. Powrót zawodników do kraju był bardzo niespokojny. Aby uniknąć ewentualnych zamieszek, zespół lądował nocą w miejscowości Tata, skąd rządowe samochody odwoziły piłkarzy do domów pod osłoną nocy. Emocje jeszcze długo nie opadły. Gdy po Mundialu kilku niemieckich piłkarzy zachorowało na żółtaczkę, Węgrzy zaczęli podejrzewać ich o stosowanie dopingu. Szerzej o tym ,,nieczystym finale” opisze w rocznice tego wydarzenia. Porażka w finale Mistrzostw Świata była tak naprawdę początkiem końca Złotej Jedenastki. Drużyny uznanej za zdecydowanie najlepszą w historii piłki nożnej.
6
,,Aranycsapat”:
@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
10
Zapomniane legendy futbolu:
16 czerwca 1914 r. urodził się Larbi Ben Barek. Larbi był pierwszą wielką piłkarską gwiazdą z Afryki, która brylowała na europejskich boiskach. Urodzony w Casablance zawodnik przez początkowe lata swojej kariery grał dla różnych marokańskich zespołów. W wieku dwudziestu lat wyjechał do Francji, aby reprezentować barwy Olympique Marsylia (62 meczów, 23 goli). Później występował także w Stade Francais (87 gier i 43 gole) oraz Atletico Madryt (113 występów i 56 goli). Ben Barek, nazywany przez fachowców „Czarną Perłą” występował też w reprezentacji Francji (19 meczów i trzy gole), ale nie wziął udziału w żadnym poważniejszym turnieju. Kiedy zmarł w 1992 roku, Pele wypowiedział słynne zdanie: ,,Jeżeli ja jestem królem futbolu, to Larbi Ben Barek był jego bogiem”. ,,Musimy podkreślić przede wszystkim niebywałą klasę araba Ben Barka. Był on w ciągu całego meczu na wszystkich niemal pozycjach. Bez niego drużyna francuska i tak mecz by wygrała, lecz różnicą jednej bramki. Ben Barek nie tylko prowadził swój atak, lecz pilnował skuteczniej Wodarza niż odkomenderowany specjalnie do tego pomocnik. Jego kombinacje z Astonem i Veitante należały do wielkiej klasy”– taką relację dziennikarza tygodnika sportowego „raz, dwa, trzy”, dotyczącą meczu Polska – Francja z 1939 roku, można znaleźć na Wkipedii.
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@kamyk_23
@Pawel13sz
@patataj
@Mixtape
@Monix10
@AssisMoreira
10
Kolejna sensacja w premierowym sezonie ligowym:
16 czerwca 1927 r. w pierwszych w historii rozgrywkach ligowych w Polsce, nie istniejący już klub Jutrzenka Kraków pokonuje u siebie Legie Warszawa 5:4! To była nie lada sensacja, rozpędzona Legia, po zwycięstwie z 1.FC w Katowicach, uległa drużynie, która w lidze spisywała się najgorzej ze wszystkich zespołów. Legioniści prowadzili już 3:1, wydawało się że mecz jest już rozstrzygnięty, gdy zawodnicy Jutrzenki zaczeli siać popłoch w liniach obronnych Legii ,,jakiego nie wywołał by nawet napad Slavii czy też praskiej Sparty”- donosił ,,Stadion”. Nie pomogła gościom gra brutalna pod koniec meczu, w której celował Terlecki. Warszawiacy grali bez mała u siebie bowiem w ich szeregach znalazło się siedmiu graczy pochodzących z klubów krakowskich. Toteż publiczność żegnała Józefa Nawrota(który jako ostatni zasilił Legie) okrzykami: ,,Wracaj do Cracovii!”.
@AssisMoreira
@Symson
@Pawel13sz
@kamyk_23
@Monix10
@Sensible
@patataj
@Rastafarnianin
@Mixtape
@Ogorinho1974
10
Ludzie oddani Dumie Katalonii:
16 czerwca 1970 r. Jose Luis Romero podpisał kontrakt z FC Barceloną. Hiszpan nie zrobił wielkiej kariery w stolicy Katalonii, skąd szybko wypożyczono go do jego poprzedniego klubu CE Sabadell FC. Po zakończeniu kariery został współpracownikiem trenera Barçy Luciena Müllera w sezonie 1979/80 a w 1983 r. po zwolnieniu Udo Lattka prowadził Blaugrane jako pierwszy trener przeciwko Salamance. W latach 1986-89 był sekretarzem technicznym w klubie. W tym okresie po jednym z treningów do jego biura wszedł rozpłakany 16-letni Josep Guardiola, który usłyszał plotke iż jest zbyt wątły i jest to jego ostatni sezon w La Masii. Romero pofatygował się na trening juniorów i spostrzegł że młodziutki Pep ma oczy dookoła głowy i na trzy możliwości podania zawsze wybiera tą czwartą. Po tym co zobaczył powiedział Guardioli że ,,dopóki on jest sekretarzem technicznym nikt go nie wyrzuci z La Masii!”
@Monix10
@Mixtape
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@AssisMoreira
9
Blaugrana triumfuje w Copa del Rey:
16 czerwca 1957 r. FC Barcelona zdobywa po raz 12-sty w historii Puchar Króla(wówczas Copa Generalisimo). W finale rozgrywanym na Estadio Olimpico w Barcelonie, pokonuje w derbach Espanyol 1:0 po golu Sampedro w 80 minucie. Historyczny skład z tamtego finału: Ramallets, Olivella, Brugue, (Rodri), Segarra, (Gràcia), Verges, Gensana, Basora, Villaverde, Martinez, Kubala, Sampedro.
@Mixtape
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@Monix10
7
Zapomniana ,,Garcia Alsina”:
W 1904 r. Jaume Garcia i Alsina otworzył sale gimnastyczną pod numerem 2 przy Rambli de Prat w Barcelonie. Zaczął tam udzielać lekcji szwedzkiej gimnastyki- rodzaju sportu wymyślonego przez pisarza Pera Henrika Linga, polegającego na ćwiczeniu bez przyrządów. To właśnie w tym miejscu, 16 czerwca 1918 r. FC Barcelona zorganizowała swoje coroczne zgromadzenie ogólne, któremu przewodniczył Gaspar Roses. W tamtym czasie klub miał około pół tysiąca członków, co sprawiło że zadłużenie zostało znacznie zredukowane: z 26 796 peset w roku poprzednim do 12 455 w tamtym sezonie. Podczas zgromadzenia przedłużono kadencje zarządowi klubu, natomiast Joan Gamper na nowo objął stanowisko prezydenta. W trakcie tego mandatu towarzyszyli mu: Enric Cardona i Joan Domingo jako wiceprezydenci, Josep Martinez jako skarbnik, Joan Rague jako sekretarz, Lluis Gratacos jako zastępca sekretarza, Joan Franch jako księgowy oraz Joaquim Matas, Josep Barba, Agusti Bo i Josep Segales jako doradcy. Jednym z pierwszych postanowień, które powzięło nowe kierownictwo było rozpoczęcie działań mających na celu pozyskanie legendarnego Ricardo Zamory, wówczas zawodnika Espanyolu, który jednak rozpoczynał karierę w juniorskiej drużynie Blaugrany. Wiele lat później(za sprawą prawnuka założyciela) sala gimnastyczna Garcia Alsina została przeniesiona na poddasze pod numerem 158 przy Via Augusta.
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Symson
@Sensible
@patataj
@kamyk_23
@AssisMoreira
0
@PIWOSZ89 O prosze! Sam Hitchkok by się nie powstydził takiego scenariusza...
0
@Rust_Cohle A ja widzisz w Argentyne nigdy nie wątpie!
0
@FcPortoFan1999 No to jak się sprawdzi to przepadają dwie dyszki :)
0
@Rust_Cohle No to bardzo odważnie bo ja wątpie w taki rezultat...
0
Jaki przewidujecie rezultat meczu Hiszpania-Włochy? Pytam ponieważ osobiście obstawiłem remis. Oczywiście chodzi mi o 90 minut meczu.
3
@FCBparasiempre
15 czerwca 1993 r. Ekwador rozgromił Wenezuele 6:1 w Quito na inauguracje 36 edycji Copa America. Gdy rozpoczynał się turniej Argentyna pozostawała niepokonana z każdym meczem, śrubując swój niewiarygodny rekord. Wówczas statystycy futbolu mieli do czynienia z trzema tego typu przypadkami, skrzętnie odnotowanymi w annałach. Najpierw słynna ,,squadra azzura” w latach1935-39 rozegrała 30 meczów bez porażki. Tę serie Włochów przerwała dopiero Szwajcaria 12.11.1939 r. wygrywając 3:1. Potem na arene wkroczyła równie sławna ,,złota jedenastka”. W okresie 1950-54 genialni Węgrzy nie przegrali w 32 kolejnych meczach, w przeciągu 4 lat. Dopiero w ,,niesprawiedliwym” finale MŚ w Bernie, 4 lipca 1954 r. uległa RFN. Wreszcie cudowny zespół Brazylii pozostawał niepokonany w latach 1970-73, rozgrywając 29 meczów bez porażki w 3 lata i 3 miesiące. Canarinhos polegli 9.06.1973 w Rzymie z Italią 0:2. Teraz na ten historyczny szlak wkroczyła Argentyna. Nowy trener Alfio Basile, który przejął drużynę narodową od Carlosa Bilardo, zadebiutował w lutym 1991 r. zwycięstwem 2:1 nad Węgrami. Malo kto przypuszczał wówczas iż wygrana ta da początek imponującej serii. To było jak sen. 25 meczów bez porażki i niezłomna wola by ten triumfalny seans ciągnąć dalej i dalej, może bez końca?! Jednak wszystko na tym świecie ma swój kres. Także sport nie zna zespołów niepokonanych. Nawet najlepszy wreszcie znajduje swego pogromcę. Argentyna musiała czekać na niego jeszcze jakiś czas aż do sierpnia 1993, kiedy to w eliminacjach do MŚ ’94 uległa w Barranquilla Kolumbii 1:2. Był to 34 mecz ekipy Alfio Basile. Zwiastował on nadejście ciężkich czasów i niewyobrażalną wręcz katastrofe – haniebne 0:5 z tą sama Kolumbią w Buenos Aires! Na razie jednak wszystko zdawało się iść jak po maśle. Argentyńczycy zjechali do Guayaquil opromienieni sławą piłkarzy niepokonanych. Basile przywiózł aż 12 obrońców tytułu sprzed 2 lat, zgodnie z zasadą iż zwycięskiego składu bez potrzeby się nie zmienia. Z zawodników podstawowych zabrakło właściwie tylko Caniggii, który we Włoszech co rusz popadał w tarapaty na tle swoich erotyczno-narkotycznych fascynacji. Lekkonogi lekkoduch okazał się nie do zastąpienia. Jego brak wydatnie obniżył skuteczność argentyńskiego napadu. Atletyczny Acosta grał chaotycznie i bez wyrazu. Już w pierwszym meczu z Boliwią powstała kolejna dotkliwa wyrwa. Groźnej kontuzji doznał doskonały pomocnik Dario Franco i rychło wyszło na jaw, że i w tym przypadku dublerzy(Zapata względnie Basualdo) nie dorastają mu do pięt. Realnym wzmocnieniem wydawał się za to niezwykle uzdolniony młodzian, Fernando Redondo, wysoki, szczupły, z anielską buzią grzecznego chłopca i długimi blond włosami, subtelny i wiotki – w walce zamieniał się w zażartego brytana. Grał z ,,piątką” i wnet pojawiły się opinie że oto narodził się godny następca legendarnych środkowych pomocników takich jak: Monti, Minella, Perucca, Rossi, Gallego czy Batista. Owe ekstatyczne sądy formułowano nieco na wyrost, chociaż istotnie Redondo grał niczym młody Bóg.
Rok 1993 przyniósł istotną rewolucje w dotychczasowej historii imprezy. Po raz pierwszy postanowiono dokooptować do grona tradycyjnych uczestników czołowe zespoły Ameryki Północnej i Środkowej. W ten sposób uchyliła się furtka dla USA i Meksyku. Tym samym nazwa Puchar Ameryki uzyskała wreszcie pełne, dosłowne brzmienie. Tak, to już były mistrzostwa z prawdziwego zdarzenia, mistrzostwa całej Ameryki! Regulamin przewidywał że z 3 grup eliminacyjnych do fazy ćwierćfinałowej wejdzie 8 zespołów. To sprawiało iż zajadły bój toczył się o każdy punkt i każdego gola, bowiem przy korzystnej różnicy bramkowej nawet 3 miejsce w grupie stwarzało szanse awansu. Na ,,oko” najmocniej wyglądała grupa B – Brazylia, Chile, Peru i Paragwaj; najsłabiej grupa A – Urugwaj, Ekwador, Wenezuela i USA; grupa C tak sobie – Argentyna, Kolumbia, Boliwia i Meksyk. Okazać się miało wkrótce że 3 najlepsze ekipy wywodzą się właśnie z tej ostatniej. Gospodarze niezwykle starannie przygotowali się do turnieju, którego gospodarzem ostatni raz byli w roku 1959. Renowacji poddano przestarzałe obiekty. Niegdyś Ekwador dysponował zaledwie jednym stadionem z prawdziwego zdarzenia, chodzi o Estadio Capwell w Guayaquill. On właśnie został gruntownie zmodernizowany. Ekipe Ekwadoru przysposobił do turnieju jugosławiański szkoleniowiec Duszan Draskovič. Zdołał on stworzyć całkiem niezły zespół. Niesiona na skrzydłach szaleńczego dopingu drużyna gospodarzy grała niezwykle ofensywnie, z polotem i rozmachem. Zwyciężyła wszystkich grupowych rywali z renomowanym Urugwajem włącznie. Niestety z owej renomy pozostało ,,urusom” doprawdy niewiele. Już od dłuższego czasu futbol urugwajski pogrążony był w głębokim upadku. Niemal wszyscy czołowi piłkarze występowali za granicą. Mecze w reprezentacji wielu z nich traktowało jako zło konieczne. Gdzieś zagubiła się dawna solidarność, przysłowiowa wola walki, stępiał ów legendarny urugwajski ,,lwi pazur”. Poznikali świetni błyskotliwi napastnicy. Defensywa wzięła góre nad atakiem, lecz defensywne kunktatorskie nastawienie stało się wręcz trwałym fragmentem mentalności nowej generacji piłkarskiej. Wenezuela z kolei nie troszczyła się zbytnio o obrone, wiedząc że nie ma dużo do stracenia. Taka postawa sprawiła iż zespół z Caracas stworzył wcale niezłe widowiska a że w ataku miał dwóch naprawdę dobrych graczy, strzelał sporo goli. I oto sensacja – po ich podliczeniu okazało się nieoczekiwanie że królem snajperów całego turnieju został właśnie Wenezuelczyk Jose luis Dolgetta, z czterema golami! Natomiast debiutant na tej imprezie prowadzony przez Milutinovicia team USA grał bez cienia respektu wobec faworytów. Chłopcy z Ameryki Północnej niewiele jeszcze potrafili, lecz dopisywało im końskie zdrowie i nieprawdopodobna ambicja. Toteż walczyli do upadłego, biegali w tempie sprinterów, oddając się tym zajęciom z przekonaniem i radosną świeżością. Obrońca Lalas z rudą kozią bródką, niezły technik Tab Ramos i szybki jak strzała Jones pozostawili ciepłe wspomnienie. W grupie B stało się coś zupełnie nieprawdopodobnego. Zespół Chile, niewątpliwie najlepszy w tym gronie, wzniósł się na wyżyny bijąc po fantastycznym meczu Brazylię 3:2, po czym pechowo przegrał dwa pozostałe mecze i…. odpadł z turnieju. Chilijczycy pokazali tych samych piłkarzy, co 2 lata wcześniej ale bohaterami horroru z Brazylią stali się akurat dwaj debiutanci. Dwa gole strzelił korpulentny skrzydłowy Zambrano a jednego znakomity technicznie pomocnik Jose Sierra. Chilijczycy na decydujący mecz z Peru ściągnęli specjalnym samolotem z Madrytu ,,Ivana Groźnego” czyli Zamorano ale nawet ta odsiecz nie na wiele się zdała. Mimo druzgocącej przewagi wściekle atakujących desperatów, rozpaczliwa obrona ,,Inków” nie dopuściła do utraty gola. Za to szybki Peruwiańczyk Rivera czyhał w przodzie na tę jedną, jedyną okazje. Doczekał się wreszcie i po faulu Del Solar zdobył z karnego zwycięskiego gola. Z kolei Paragwaj zaprezentował betonową obrone z chimerycznym, lecz w sumie niezawodnym Chilavertem w bramce i szybkie wypady, w których celował znakomity Roberto Cabañas. Ta niezbyt skomplikowana taktyka przyniosła, dzięki Cabañosowi, pewne rezultaty, chociaż nie wzbudziła zachwytu widzów. Sytuacja w grupie zagmatwała się do tego stopnia że ostatecznie awansowały trzy ekipy: Peru z 4 punktami oraz Brazylia i Paragwaj z 3 punktami.
W grupie C na początku Kolumbia wygrała minimalnie z Meksykiem, zaś Argentyna z Boliwią i od tej pory już wszyscy remisowali ze wszystkimi, co najlepiej świadczy o tym, jak wyrównane były siły i poziom uczestników. Zarówno Kolumbijczycy jak Boliwijczycy przywieźli niemal samych dobrych znajomych, sprawdzonych w dwu ostatnich turniejach. Chociaż Francisco Maturana, który po przerwie przejął opiekę nad reprezentacją, mógł się poszczycić dwoma nowymi nabytkami. Potężnie zbudowany Adolfo Valencia sunął po skrzydle niczym superekspres, któremu to skojarzeniu zawdzięczał przydomek ,,Tren”. Nie był to wszakże żaden toporny osiłek, tylko drybler i przebojowiec wysokiej klasy. Wkrótce, jako pierwszy Kolumbijczyk w historii wystąpił w Bundeslidze i to gdzie!? W Bayernie Monachium! Valencia miał nieco dzikie, miękkie, kocie ruchy ale przy swoim równie ciemnoskórym koledze sprawiał wrażenie, jakby tkwił w twardym, sztywnym gorsecie – Faustino Asprilla wyglądał bowiem na zupełnie pozbawionego kości. Szczupły murzynek prawdopodobnie składał się wyłącznie z gumy i kleju. Jego długie nogi wyginały się pod takim kątem, którego kompletnie nie przewidywała geometria euklidesowa. Niegdyś równie elastyczne kończyny posiadał fenomen dryblingu Rene Houseman. Teraz Asprilla wykonywał swój obłędny taniec nad piłką a usiłującym pilnować go obrońcom zesztywniałe nogi wrastały w trawę. Ten niesamowity artysta kiwki dał się już poznać tak dobrze że do Ekwadoru przyjechał dopiero na ćwierćfinały, gdyż na co dzień, od 1992 występował we włoskiej Parmie. Najciekawszy mecz w grupie Kolumbia rozegrała z Argentyną, mimo że jego losy rozstrzygnęły się raptem w przeciągu 5 minut. Najpierw Diego Simeone w długim rajdzie zapędził się w okolice lewego narożnika boiska. Popychany przez bezpardonowo wkraczających obrońców przewrócił się, fiknął ze dwa koziołki i podrywając się z ziemi, niemal z zerowego kąta uderzył bezpańską piłke. Bramkarz Cordoba, zastępca zdyskwalifikowanego Higuity, zupełnie nie spodziewał się takiego zagrania, które zmysłowi orientacji Simeone wystawiło najwyższe świadectwo. Trzy minuty później Rincon wpadł z pilka w pole karne, zmylił Basualdo, zakręcił Borellim i jak z katapulty huknął w górny róg. Była 5 minuta meczu i 1:1 a do końca nic się nie zmieniło. Debiutujący Meksyk rozkręcał się stopniowo. Najpierw z Kolumbią zapłacił frycowe, przegrywając po wyrównanym meczu 1:2 ale już z Argentyną zadziwił wszystkich. W dusznym tropikalnym klimacie ekipa ,,Azteków” czuła się znakomicie, rześko i świeżo, podczas gdy podopieczni Basilego wyglądali na facetów, którzy właśnie wyszli z parowej łaźni. Przez trzy czwarte meczu przewaga należała do Meksykanów, grających swobodnie, lekko, z ogromną fantazją. Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Meksyk ledwo przecisnął się prze sito grupowej rywalizacji ale co bystrzejsi eksperci przewidywali że na tym się nie skończy. Mieli racje. Ostatecznie w ćwierćfinałach uformowały się pary: Ekwador – Paragwaj, Kolumbia – Urugwaj, Argentyna – Brazylia i Meksyk – Peru. Powszechną uwagę ze zrozumiałych powodów skupił pojedynek gigantów. O Argentynie już pisałem. Grała słabiej niż 2 lata wcześniej ale przecież zachowała wszelkie walory w pełni dojrzałego zespołu, z żelazną konsekwencją zmierzającego do celu. Brazylia, która po porażce z Chile niemal urwała się ze stryczka, rzuciła się z furią do szturmu. Rej wodzili zwłaszcza zawodnicy São Paulo, najlepszej wówczas klubowej drużyny kontynentu i świata. Prawy obrońca Cafu wprost szalał, inicjując rajdy godne klasycznego skrzydłowego. Subtelny technik Palinha atakował niezmordowanie z głębi pola. Dynamicznych przebojów próbował czarnoskóry Müller, jeden z tych, którym nie bardzo powiodła się włoska przygoda w Torino i który za wszelką cene chciał dowieść że wciąż należy do najgroźniejszych napastników Brazylii. On też strzelił w 37 minucie gola. Po przerwie tego pasjonującego meczu obrońcy tytułu pracowicie odrabiali stratę i wreszcie Leo Rodriguez po wspaniałym wyskoku, którego nie powstydziłby się Passarella czy Ruggeri, wpakował piłke do siatki. Po bezbramkowej dogrywce sędzia zarządził rzuty karne. W pierwszej serii wszyscy strzelali bezbłędnie ale Argentyna miała prawdziwego fenomena w tej specjalności. Goycochea cierpliwie czekał na swoją szanse i doczekał się w iście tygrysiej paradzie parując sygnalizowany strzał Valbera.
Brazylia mimo dobrej ofensywnej postawy odpadła z turnieju. W pozostałych meczach ćwierćfinałowych nie było już takich emocji. Ekwador gładko rozprawił się z rozchwianym Paragwajem, Meksyk potwierdził wysokie aspiracje, bijąc całkiem przyzwoicie spisujące się Peru i tylko Kolumbia okrutnie męczyła się z ultradefensywnym Urugwajem, pokonują go dopiero 5:3 w rzutach karnych. Półfinały ustaliły rzeczywistą hierarchie. Nawet ulewny deszcz nie ostudził zapału 45 tysięcy ekwadorskich kibiców, nieznużenie dopingujących swoją jedenastke. Jednak ataki Aguinagi, Avilesa I Hurtado grzęzły zarówno w błocie, jak i w kleszczach twardej obrony meksykańskiej. Za to kontry ,,Azteków” były bezlitosne. Najpierw ,,Hugol” Sanchez udowodnił iż nie przypadkowo cieszy się takim zawołaniem, po czym Ramirez po 50. Metrowym rajdzie wjechał z piłka do bramki. Gospodarze zostali sprowadzeni na ziemie a debiutant dotarł aż do finału. W drugim półfinale trwał ciężki bój o każdy metr boiska. Siły Argentyny i Kolumbii okazały się niemal idealnie wyrównane. W 25 minucie urugwajski sędzia usunął z placu stopera Pereę i osłabiony liczebnie zespół Valderramy musiał rzucić na szalę resztki nadwątlonych sił. Obie strony wyczekiwały dogrywki a potem jak zbawienia rzutów karnych. Powtórzyła się historia z Brazylią. Pięć kolejek z rzędu strzelcy obu drużyn demonstrowali nerwy niczym postronki. Pierwszy nie zdzierżył Aristizabal, uderzył wprawdzie silnie i celnie, lecz naprzeciwko stał fenomenalny Goycochea o sprężynowych nogach i refleksie jaguara. A więc finał zupełnie szokujący: Meksyk – Argentyna! Finałowe spotkanie w Guayaquil oglądało 40 tysięcy widzów, którzy byli świadkami zaciętego meczu, obustronnej nieustępliwości i futbolu raczej wyrozumowanego niż żywiołowego. ,,Aztekowie byli nawet częściej w posiadaniu piłki ,poczynali sobie śmielej, ryzykowali ataki szerokoskrzydłe i prowadzone z dużą dozą finezji. ,,Albicelestes” grali oszczędnie, pragmatycznie, nie tracili sił w technicznych popisach, starannie przygotowując każdą akcje zaczepną. Losy rozstrzygnęły się w drugiej połowie. Dwa gole Batistuty(63 i 74 minuta) zostały przegrodzone tylko jednym golem Galindo(67 m. rzut karny). ,,Batigol” właściwie dopiero na finiszu pokazał cały swój kunszt rasowego ,,goleadora”. Najpierw po zwodzie uderzył lewą nogą w prawy dolny róg, po czym uczynił akurat odwrotnie – prawą w lewy! Wszystko trwało okamgnienie a przecież obrońcy meksykańscy doskonale znali zalety Batistuty i nie odstępowali go choćby na krok. Na próżno. Dwie błyskawiczne akcje potwierdziły niezwykły instynkt bombardiera Fiorentiny, dając Argentynie upragniony tytuł mistrza Ameryki w pełnym tego słowa znaczeniu. Akredytowani w Ekwadorze dziennikarze ułożyli symboliczną jedenastke tego turnieju. Weszli do niej: Goycochea, Ruggeri, Capurro, Ramirez, Rincon, del Solar, Simeone, Aguinaga, Valderrama, Batistuta, Zaguinho. Na koniec składy z finałowego starcia:
ARGENTYNA: Goycochea – Basualdo, Ruggeri (40 Cáceres), Borrelli, Altamirano – Zapata, Simeone, Redondo, Gorosito (64 Rodríguez) – Batistuta, Acosta
MEKSYK: Campos – R. Ramírez, Suárez, J. Ramírez, Gutiérrez (79 Flores) – Patińo (45 L. García), Ambriz, García Aspe, Galindo – Sánchez, Alves
3
Pasja milionów, pasjonujący futbol latynoamerykański(opis w odpowiedzi na mój komentarz):
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Rastafarnianin
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@patataj
@kamyk_23
@patataj
10
Panie i Panowie, 140 lat temu urodził się Henri Delaunay, wybitna postać w świecie piłki nożnej. Owszem, czekaliśmy dodatkowy rok na UEFA EURO 2020 ale upłynęło 30 lat, zanim spełniło się pierwotne marzenie Francuza o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. „Niewielu mężczyzn pozostawiło tak wyraźny ślad, samą siłą swojej osobowości, w tak uniwersalnej działalności jak piłka nożna, jak Henri Delaunay”. (Pięćdziesiąt lat książki UEFA, 2004) Pierwszy sekretarz generalny UEFA, Francuz Henri Delaunay, zajmuje znaczącą pozycję w historii organizacji, nie tylko jako pionierski duch, który wniósł kluczowy wkład w narodziny europejskiego organu zarządzającego, ale także poprzez swoją rolę jako katalizatora tworzenia Mistrzostwa Europy. Urodzony w Paryżu w 1883 roku Henri Delaunay był oddanym entuzjastą piłki nożnej, który od najmłodszych lat uczynił z gry swoją pasję. W młodym wieku 20 lat został mianowany sekretarzem Etoile des Deux Lacs, wiodącego francuskiego klubu tamtych czasów, i objął stery jako prezes klubu, gdy miał 26 lat. Umiejętności Delaunaya jako administratora zostały już zauważone na szczeblu krajowym w międzyczasie – w 1906, gdy miał zaledwie 23 lata, został mianowany sekretarzem generalnym nowego Francuskiego Komitetu Międzyfederacyjnego, prekursora Francuskiego Związku Piłki Nożnej (FFF), który powstał w 1919 roku. Henri Delaunay, człowiek o mocnym autorytecie, obdarzony wrodzoną wrażliwością i wyostrzonym humorem, był ekspertem od piłki nożnej i jej praw, co było szczególną pomocą w jego roli sędziego we Francji. W 1920 roku światowa organizacja piłkarska FIFA poprosiła go o zasiadanie w nowym komitecie konsultacyjnym ds. Przepisów Gry, który ostatecznie został przemianowany na Komitet Sędziowski FIFA. Następnie skompilował pierwszą serię decyzji dotyczących interpretacji przepisów. Delaunay pielęgnował marzenie o zorganizowaniu europejskich zawodów dla drużyn narodowych, aby rozwinąć tożsamość i atrakcyjność narodowej gry drużynowej. Dał także impuls do rozpoczęcia Mistrzostw Świata FIFA. Na Kongresie FIFA w Amsterdamie w 1928 r. odegrał kluczową rolę w przyjęciu decydującej rezolucji „o zorganizowaniu zawodów, które byłyby otwarte dla reprezentatywnych drużyn wszystkich zrzeszonych stowarzyszeń narodowych”. Inauguracyjne finały mistrzostw świata miały nastąpić w 1930 roku. Delaunay stał się przełomową postacią w powstaniu UEFA w czerwcu 1954 roku, pełniąc rolę kluczowego lidera w działaniach na rzecz utworzenia grupy składającej się z europejskich federacji narodowych. Decyzja FIFA z 1953 roku o autoryzacji kontynentalnych federacji piłkarskich utorowała drogę do narodzin nowego europejskiego organu na spotkaniu 28 krajowych federacji w Bazylei w Szwajcarii następnego lata. Kadencja Henriego Delaunaya jako sekretarza generalnego UEFA była niestety krótka. Jego śmierć w listopadzie 1955 oznaczała, że nie będzie mógł pomóc UEFA w stawianiu pierwszych niepewnych kroków; nie widział też spełnienia swojego wieloletniego marzenia o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. W konsekwencji, kiedy w lecie 1960 roku w końcu rozpoczęły się Mistrzostwa Europy , wypadało, aby trofeum nosiło imię człowieka, który tak wytrwale walczył o stworzenie zawodów.
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Monix10
@Mixtape
@AssisMoreira
@Sensible
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
15 czerwca 1920 r. w Krakowie urodził się Władysław Gędłek, jeden z czołowych piłkarzy Cracovii po wojnie i filar jej defensywy. Był wychowankiem krakowskiego klubu Krowodrza. W czasie okupacji brał udział w konspiracyjnych rozgrywkach a terenie Krakowa. Po wojnie związał się z Cracovią, z którą w 1947 r. skutecznie walczył o prawo gry w ekstraklasie. W reaktywowanej lidze zgromadzili taką samą liczbę punktów, co Wisła, ale okazali się od nich lepsi w dodatkowym, decydującym o tytule meczu i mogli świętować mistrzostwo. Był to ostatni triumf krakowskiego klubu w lidze. Przez kolejne pięć sezonów był podstawowym zawodnikiem drużyny i jednym z najlepszych obrońców w kraju. Znakomicie radził sobie w grze w powietrzu i dysponował dobrym, długim wykopem. Dobrze spisywał się w sytuacjach podbramkowych i miał niezły start do piłki. Był świetnie wyszkolony technicznie i bardzo sprytnie potrafił się ustawiać. Już w tamtych latach zaczynał grać ofensywnie. Stworzył swój własny styl gry i trudno go było do kogokolwiek porównywać. Pierwszy raz narodowe barwy reprezentował w wyjazdowym meczu z Rumunią (porażka 1:2) 8 maja 1949 r. Od tego czasu stał się podstawowym obrońcą i często występował razem z klubowym kolegą Tadeuszem Parpanem. To Gędłek trzymał w ryzach i kierował naszą defensywą na igrzyskach w Helsinkach. Mimo pechowego występu naszych reprezentantów, jego klasę doceniono za granicą. Był kandydatem do występu w drużynie „reszty świata” w 1953 r. Gędłek był osobą bardzo towarzyską, uśmiechniętą i lubianą przez wszystkich. Tym większym szokiem dla całego piłkarskiego środowiska była informacja o jego samobójczej śmierci. Odszedł 28 lutego 1954 r. ledwie kilka godzin po sparingowym meczu Cracovii.
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Mixtape
@Monix10
@AssisMoreira
11
Joan Laporta zostaje prezydentem FC Barcelony:
15 czerwca 2003 r. rozpoczął się okres rządów Joana Laporty. Te date wykorzystał później Sandro Rosell, przekonując sąd do tego żeby zaliczyć sezon 2002/03 jako pierwszy w tej prezydenturze(choć de facto Joan objął urząd już po zakończeniu tamtego sezonu). Pretensje Rosella zostały uznane, dzięki czemu dwie kadencje Laporty upłynęły w 2010 a nie w 2011 r.
@Sensible
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Rastafarnianin
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@AssisMoreira
10
Zapomniane legendy Blaugrany:
15 czerwca 1930 r. urodził się Jesús Pereda, jedna z większych legend katalońskiego klubu. Bramkostrzelny napastnik, który wbił rywalom 109 goli w 409 spotkaniach. Do końca swoich dni był wierny Katalonii, od momentu przyjścia na świat aż po śmierć był jej oddanym mieszkańcem. W 1950 roku zadebiutował w reprezentacji Hiszpanii, gdzie rozegrał tam 20 spotkań strzelając 8 goli. W ojczyźnie był znany z pewnej sytuacji. Podczas meczu przeciwko Związkowi Radzieckiemu podczas Euro ’64 miał ponoć strzelić gola na 2-1. Dlaczego użyłem słowa ,,miał”? Przekaz telewizyjny w Hiszpanii był ocenzurowany podczas tego spotkania. Relacje radiowe wskazywały, że to właśnie Pereda był strzelcem tej bramki. Taśmy z ZSRR pokazywały że to jednak nie był on, jednak były podejrzenia, że owe materiały były sfałszowane. W przeszłości grał również dla Realu Madryt. Popadł jednak w konflikt z zarządem i trenerami i opuścił Królewskich. W 2011 roku zmarł w wieku 73 lat z powodu raka, który został wykryty 2 miesiące wcześniej.
@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@patataj
@Sensible
@kamyk_23
7
Feliz cumpleaños panie Michael! Z okazji 59 urodzin.
15 czerwca 1964 r. w Kopenhadze urodził się Michael Laudrup, ofensywny pomocnik, który uważany jest za jednego z najbardziej eleganckich piłkarzy swoich czasów. W 1989 r. trafił do FC Barcelony z Juventusu i walnie przyczynił się do zdobycia czterech kolejnych mistrzostw Hiszpanii oraz Pucharu Europy. W wyniku konfliktu z Johanem Cruijffem stracił miejsce w składzie(przegapił między innymi przegrany sromotnie finał Ligi Mistrzów z 1994 r.) i zdecydował się na odejście do Realu Madryt. W grze Andresa Iniesty widać było wiele podobieństw do Laudrupa, nic więc dziwnego że Hiszpan uważa Duńczyka za swojego największego idola.
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@patataj
@AssisMoreira
2
@FCBparasiempre
Bardzo pozytywne wrażenie pozostawili po sobie piłkarze Peru. Swoim radosnym, pozbawionym bojaźni futbolem skradli serca milionów fanów na całym świecie. Przy odrobinie szczęścia mogli zagrać na nosie faworytom i wyjść z grupy. Do ostatniej chwili na włosku wisiał awans do fazy pucharowej reprezentacji Argentyny. Po remisie 1:1 z Islandią i sromotnej porażce 0:3 z Chorwacją, która bezapelacyjnie zdominowała grupowe rozgrywki, Albicelestes poczuli dotyk noża na gardle. Starcie z Nigerią musieli wygrać, a nastroje w ekipie były grobowe. Media donosiły, że trener Jorge Sampaoli stracił szacunek w szatni i drużyną w pojedynkę dyryguje Messi. Ostatecznie wyszarpali trzy punkty z rąk drużyny z Afryki po zwycięstwie 2:1 i awansowali do 1/8 finału. Niestety, z paskudnej strony stale pokazywała się legenda światowej piłki i samych Mistrzostw Świata, Diego Maradona. Obrazki z jego udziałem obiegały internet szybciej niż jakiekolwiek inne. Boski Diego, ewidentnie będąc pod wpływem środków odurzających, zasypiał w loży honorowej, prezentował wulgarne gesty i awanturował się. Warto wspomnieć, że trener Chorwatów, Zlatko Dalić, odesłał do domu Nikolę Kalinicia, który podczas meczu z Nigerią, obrażony za posadzenie na ławce, odmówił wejścia na murawę. Bez niespodzianek obyło się w grupie E. Brazylia i Szwajcaria wyszły z niej bez większych problemów. Zapamiętaliśmy przede wszystkim teatralne popisy Neymara oraz zachowanie Szwajcarów z meczu przeciwko Serbii. Nie od wczoraj kadra Helwetów stanowi zlepek piłkarzy urodzonych w różnych częściach Europy. Gole w starciu z Serbią strzelali pochodzący z Albanii Granit Xhaka i urodzony w Kosowie Xherdan Shaqiri. Serbowie z obydwoma krajami nie mają dobrych relacji, wobec czego w Kaliningradzie często wypominali szwajcarskim piłkarzom ich pochodzenie. Po skierowaniu piłki do siatki Xhaka i Shaqiri zaprezentowali w ich kierunku gest albańskiego orła, co zostało uznane za prowokację. Obu zawodnikom groziło zawieszenie na dwa mecze, jednak ostatecznie FIFA wycofała się z tego pomysłu. Czwarty raz w XXI wieku panujący Mistrz Świata nie zdołał wyjść z grupy. Los Francuzów z 2002 roku, Włochów z 2010 roku i Hiszpanów z 2014 roku podzielili Niemcy. Po porażce z Meksykiem w niektórych miastach kraju z Ameryki Północnej, pod uporem wiwatujących kibiców, zatrząsnęła się ziemia. Joachim Löw objął niemiecką kadrę w 2006 roku. Od tej pory z każdego wielkiego turnieju zawsze przywoził medal. Mundial w 2018 roku był więc pierwszym, z którego wracał z pustymi rękoma. Jednocześnie pierwszym od 1938 roku, w którym Niemcy odpadli już po pierwszej fazie rozgrywek. A propos Meksyku i jego kibiców. Codziennie z Moskwy i innych miast-gospodarzy docierały do nas zdjęcia kreatywnych fanów, przybyłych do Rosji z różnych zakątków świata. Wielką pomysłowością popisała się grupka Meksykanów, od dawna planujących wspólny wypad na czempionat. Jeden z nich odpadł na ostatniej prostej, tłumacząc, że na wyjazd nie zgodziła się jego żona. Koledzy okazali się bezlitośni – zabrali ze sobą kartonową podobiznę swojego przyjaciela, przybraną w koszulkę z napisem: „Żona mi nie pozwoliła”. Mieli ją przy sobie non stop. Od samego losowania wiadome było, kto wywalczy awans z grupy G. Belgia i Anglia wykonały swoje zadanie. Stawką bezpośredniego starcia, gdy jedni i drudzy byli już pewni wyjścia, była łatwiejsza drabinka pucharowa. Co ciekawe, w uprzywilejowanej pozycji miał być… przegrany. Trenerzy wystawili rezerwowe składy, a znacznie mniej starali się Anglicy, przegrywając 0:1 po pięknej bramce Januzaja i jeszcze piękniejszej zabawie z piłką Batshuayia. Wielkie nadzieje wiązaliśmy z reprezentacją Polski. Po wylosowaniu Senegalu, Kolumbii i Japonii w naszym kraju wybuchła bezpodstawna euforia i rozbudziły się marzenie na powtórzenie sukcesów z 1974 i 1982 roku. Dyskusje nad trójką na środku obrony, kontuzja Kamila Glika i w końcu porażka na dzień dobry z Senegalem okazały się być początkiem końca drużyny Adama Nawałki. Jeszcze mocniej na ziemię sprowadzili nas Kolumbijczycy a zwycięstwo na otarcie łez z Japonią, po beznadziejnie brzydkim meczu i graniu w ostatnim kwadransie „niskim pressingiem”, jeszcze bardziej rozwścieczyło kibiców. Zapamiętamy ciągnące się minuty Kuby Błaszczykowskiego przy linii bocznej i parodystyczną próbę symulowania kontuzji przez Grosickiego.
Pierwszy raz w historii o wyjściu z grupy zadecydowała tabela fair play. Japończycy okazali się w niej lepsi od Senegalczyków i obok Kolumbii wywalczyli awans. Ciekawą statystyką z fazy grupowej jest fakt, że wszystkie drużyny z czwartego miejsca (Egipt, Maroko, Australia, Islandia, Kostaryka, Niemcy, Panama i Polska) strzeliły po dwa gole. Po raz pierwszy od 1982 roku w fazie pucharowej zabrakło miejsca dla reprezentantów Afryki. Leo Messi i Cristiano Ronaldo to dwaj współcześni gladiatorzy futbolu, którzy prawdopodobnie nie spełnią już marzenia o triumfie na Mistrzostwach Świata. W Rosji odpadli tego samego dnia. W 1/8 finału Argentyna po znakomitym widowisku przegrała z Francją 3:4, a Portugalia uległa Urugwajowi 1:2. Kylian Mbappe został pierwszym nastoletnim zdobywcą dubletu od czasów Pelego w 1958 roku. Po raz siódmy z rzędu swój udział na tej fazie rozgrywek zakończył Meksyk, przegrywając z Brazylią 0:2. Wielką niespodziankę sprawili gospodarze. Sborna zagrała z Hiszpanią jak równy z równym i po remisie 1:1 wyeliminowała dwukrotnych Mistrzów Europy po serii rzutów karnych. Kraj momentalnie opanowało takie szaleństwo, że na przełomie marca i kwietnia możemy spodziewać się wzrostu liczby urodzeń. Stanisław Czerczesow odebrał nawet telefon z gratulacjami od samego Władimira Putina. Wielkie emocje towarzyszyły pojedynkowi Belgii z Japonią. Zapewne po bezbarwnej jak „Czarny kwadrat na białym tle” pierwszej połowie wiele osób poszło spać, ale tym co przetrwali, piłkarze obu ekip zaserwowali większe pobudzenie niż Tussipect z Red Bullem. Najpierw dwukrotnie ukąsili Azjaci, ale Belgowie nie dopuścili do sensacji. Gole Vertonghena i Fellainiego doprowadziły do remisu, a fatalnie rozegrany przez Japończyków rzut rożny przerodził się w zabójczą kontrę kwartetu Courtois-De Bruyne-Meunier-Lukaku, z zimną krwią sfinalizowaną przez Chadliego. Szwecja pokonała 1:0 Szwajcarię, a Anglicy i Chorwaci potrzebowali konkursu rzutów karnych, by wyeliminować Kolumbię i Danię. Ćwierćfinał okazał się murem nie do przeskoczenia dla Rosjan, którzy po 120-minutowej walce przegrali z Chorwacją w serii jedenastek. Udział w najlepszej ósemce i tak jest najlepszym osiągnięciem Sbornej od 1970 roku. Francja pokonała Urugwaj 2:0, udowadniając swój mundialowy patent. Był to bowiem jej 10. mecz z rzędu bez porażki w starciach przeciwko ekipom z Ameryki Południowej. W tych samych rozmiarach Anglicy pokonali Szwedów i na Wyspach Brytyjskich zapanowała euforia. Kibice co rusz intonowali piosenkę „Football’s coming home” z pamiętnego dla nich Euro 1996 i zaczęli wierzyć w sukces na rosyjskiej ziemi. Wielkim zainteresowaniem w ich kraju cieszył się element rozpoznawczy trenera Garetha Southgate’a – będąca swoistym talizmanem kamizelka. W czasie Mundialu jej sprzedaż na Wyspach wzrosła o ponad 35%. Grono półfinalistów uzupełnili Belgowie. Po naprawdę rewelacyjnym widowisku pokonali Brazylię 2:1. Tym samym, po raz pierwszy od 1930 roku, do najlepszej czwórki turnieju nie przebrnęli Niemcy lub Brazylijczycy. Przypominający partię szachów półfinał Francja – Belgia padł łupem Trójkolorowych. Po bramce Umtitiego wygrali 1:0. Znacznie ciekawiej było w Moskwie, gdzie Chorwacja podejmowała Anglię. Miałem przyjemność oglądać ten mecz w jednym z największych sportowych pubów w Budapeszcie, w 95% opanowanym przez angielskich kibiców. Na początku spotkania w ekstazę wprowadziło ich trafienie Trippiera. Chwilę później fenomenalnej okazji nie wykorzystał Kane. Zaprzepaszczona szansa zemściła się w drugiej połowie, gdy do wyrównania doprowadził Perisić. Do wyłonienia finalisty niezbędna okazała się dogrywka. Dla przybyszy z Bałkanów był to trzeci kolejny mecz z dodatkowymi 30 minutami. Wydawało się zatem, że to oni będą mieli cięższe nogi i polegną, tymczasem gol Mandżukicia wprowadził ich do wielkiego finału. Anglicy się nie załamali. Wciąż głośno śpiewali i zgodnie powtarzali, że i tak czują się wygranymi tego Mundialu. W finale pocieszenia lepsi byli Belgowie, którzy pokonali w Sankt-Petersburgu Anglię 2:0. Fani Czerwonych Diabłów również uznali trzecie miejsce na świecie za przeogromny sukces, tłumnie witając swoich bohaterów w Brukseli. Z reguły wielki finał jest jedną, wielką, nudną piłkarską klapą. Tym razem było zupełnie inaczej. Na moskiewskich Łużnikach Francuzi i Chorwaci stworzyli najlepsze finałowe widowisko w historii. Młodość, polot i finezja królowała nad doświadczeniem i żelazną dyscypliną. Mbappe znów dorównał Pelemu i jako drugi nastolatek zaliczył trafienie w starciu o złoto. Goli było znacznie więcej, bo aż sześć. Francuzi wygrali 4:2 i po raz drugi zostali Mistrzami Świata. Didier Deschamps dołączył do Franza Beckenbauera oraz Mario Zagallo i, podobnie jak oni, sięgnął po tytuł zarówno jako piłkarz jak i trener. Nad Moskwą rozpętała się solidna burza, a na niego i jego podopiecznych polał się nie tylko deszcz z nieba, ale i obfity deszcz złotego konfetti. Jeśli zsumujemy łączny czas gry Chorwatów i podzielimy go przez 90 minut, otrzymamy osiem pełnych meczów Mistrzostw Świata rozegranych na jednym turnieju. To kolejny rekord, nikt w dziejach Mundiali nie rozegrał więcej minut od podopiecznych Dalicia. I oni zostali moralnymi zwycięzcami tego turnieju. W Zagrzebiu i innych chorwackich miastach i wioskach również można spodziewać się kwietniowego baby boomu. Bez wątpienia Mistrzostwa Świata były jednymi z najlepszych w historii. Rosja wypadła znakomicie, jej wizerunek na całym globie uległ wyraźnemu ociepleniu. Cieszę się, że mogłem wziąć w nich czynny udział. Zachęcam do przeczytania moich relacji z Kaliningradu i Sankt Petersburga, w których opisałem m.in. przyjazność i otwartość Rosjan, samą organizację turnieju i zastosowane środki bezpieczeństwa: Na Mundialu padło 169 goli, o dwa mniej niż na rekordowych w tym aspekcie czempionatach w 1998 i 2014 roku. Ponad 1/3 z nich padła po stałych fragmentach gry, co pokazuje, w jakim kierunku idzie dzisiejszy futbol. Biorąc pod uwagę również dogrywki, aż 10 zdobyto po upływie regulaminowego czasu gry. Najwięcej, po 12 goli, strzelili piłkarze Tottenhamu i Paris Saint-Germain. 45 padło w fazie pucharowej, co jest nowym rekordem. Królem Strzelców został Harry Kane, autor 6 trafień. Żartowano, że ten tytuł powinien trafić do zawodnika o nazwie „Own Goal”, bowiem oglądaliśmy aż 12 goli samobójczych. W tym aspekcie podwojono dotychczasowy rekord, osiągnięty w 1998 roku. Podyktowano aż 29 rzutów karnych (22 z nich zamieniono na gola), o 11 więcej niż w rozgrywkach w 1990, 1998 i 2002 roku. Część z nich była pokłosiem interwencji VAR. Trzeba przyznać, że technologia wideo-asystenta wypadła bardzo dobrze i przekonała do siebie wielu krytyków.
4
@FCBparasiempre
Do walki o organizację 21. edycji światowego czempionatu stanęło sześć krajów. Do siedziby FIFA wpłynęły cztery oferty: rosyjska, angielska oraz portugalsko-hiszpańska i belgijsko-holenderska. Oficjalną decyzję podjęto 2 grudnia 2010 roku. W pierwszym głosowaniu z marzeniami o goszczeniu u siebie najlepszych reprezentacji pożegnali się Anglicy. Tę informację przyjęto na Wyspach Brytyjskich jak cios w serce. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej brytyjskie media informowały że w uczciwej walce kandydatura Anglii jest nie do pokonania a w celu wywierania presji na Komitecie Wykonawczym do Zurychu polecieli David Beckham, książę William i premier David Cameron. Delegacja wracała do kraju z poczuciem wyrolowania. W drugim głosowaniu Rosja zgromadziła większość głosów i to jej przypadł zaszczyt organizacji mistrzostw. Ówczesny prezydent FIFA, Sepp Blatter, poinformował że głosujący sugerowali się planem powierzenia turnieju krajom, które nigdy wcześniej nie pełniły roli gospodarza. Taki zabieg miał na celu pokazanie wielkiej piłki na nowych terenach. Napisałem w liczbie mnogiej, bowiem tego samego dnia ogłoszono, że w 2022 roku Mundial zawita do Kataru. Międzynarodowe media od razu zaczęły węszyć spisek, że wybór gospodarzy już dawno został zaklepany, bo FIFA sprzedała Rosjanom i Katarczykom prawo do organizacji turniejów. W 2012 roku rosyjski dziennikarz sportowy Igor Rabinier wydał książkę pt. „Jak Rosja dostała Mistrzostwa Świata w futbolu 2018. Śledztwo sportowo-polityczne”. Co ciekawe, jej pierwotny tytuł „Czy Rosja kupiła mistrzostwa świata w futbolu 2018?” nie przeszedł przez szpony państwowej cenzury. Rabinier pisze w niej o licznych spotkaniach Blattera z prezydentem Władimirem Putinem. Do pierwszego miało dojść już w 2001 roku. W kolejnych latach szef FIFA był zapraszany przez jedną z najbardziej wpływowych głów państw do prezydenckiej rezydencji w Nowo-Ogarowie. Spotkania obu panów stawały się coraz częstsze i nasiliły się w latach 2008-2012. W międzyczasie Putin zdążył publicznie nazwać Blattera „swoim drogim przyjacielem”. Zaledwie kilka chwil po ogłoszeniu gospodarza Mundialu 2018, wspomnianego 2 grudnia 2010 roku, rosyjski władca pojawił się znienacka w Zurychu na konferencji prasowej, na której podkreślał: „To zwycięstwo jest absolutnie niespodziewane. Jesteśmy zaszczyceni, że wygraliśmy tę trudną i uczciwą walkę”. Jego przemówienie było znacznie dłuższe i, co szczególnie ciekawe, w całości wypowiedziane po angielsku. Prezydent Rosji bardzo rzadko udziela publicznych wypowiedzi w obcym języku. Dla węszycieli teorii spiskowej stanowiło to kolejne potwierdzenie przypuszczeń, że już od dawna wiedział o fakcie wygrania wyścigu o czempionat, przez co dokładnie przygotował się do wypowiedzi. Najgorzej wieść o zwycięstwie Rosji przyjęto w Anglii. Dzień po ogłoszeniu wyników okładki największych brytyjskich gazet grzmiały o oszustwie, korupcji, skandalu i ustawce. Wyspiarze wynajęli nawet grupy detektywistyczne zatrudniające byłych agentów wywiadu MI6, którzy mieli zdobyć dowody na oszustwo i wywołać wielki, międzynarodowy skandal. Ostatecznie nie udało im się znaleźć oznak rzekomych przekrętów. Gdzieniegdzie mówi się, że Rosja Mundialu nie kupiła, a wykorzystała stare, dobre znajomości. Na tym polu wykazać mieli się przede wszystkim rosyjscy oligarchowie, żyjący w bardzo dobrych relacjach z Putinem. Komitet organizacyjny był znakomicie przygotowany, a czołową rolę odegrał właściciel Chelsea, Roman Abramowicz. Podczas Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki w 2010 roku właściciel Chelsea został nakryty przez jednego z agentów MI6 na prywatnej rozmowie z Blatterem. Już wtedy w głowach Anglików zapaliło się światło ostrzegawcze. W eliminacjach do Mistrzostw Świata wystartowało aż 208 reprezentacji narodowych. Po niezłym występie na Euro 2016 reprezentacja Polski została ogłoszona zdecydowanym faworytem grupy, w której przyszło jej się mierzyć z Danią, Rumunią, Czarnogórą, Kazachstanem i Armenią. Choć zbieranie punktów czasami rodziło się w bólach, Biało-Czerwoni zajęli pierwsze miejsce i po 12 latach nieobecności wrócili na Mundial. Finałową stawkę uzupełnili: Rosja, jako gospodarz, oraz Arabia Saudyjska, Australia, Iran, Japonia, Korea Południowa, Egipt, Maroko, Nigeria, Senegal, Tunezja, Kostaryka, Meksyk, Panama, Argentyna, Brazylia, Kolumbia, Peru, Urugwaj, Anglia, Belgia, Chorwacja, Dania, Francja, Hiszpania, Islandia, Niemcy, Portugalia, Serbia, Szwajcaria i Szwecja. Panama i Islandia wywalczyły awans po raz pierwszy w historii, ponadto licząca niespełna 340 tys. mieszkańców Islandia została najmniejszym państwem, jaki kiedykolwiek wystąpił na światowym czempionacie. Zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, drużyny zostały podzielone na osiem czterozespołowych grup:
Grupa A: Arabia Saudyjska, Egipt, Rosja, Urugwaj
Grupa B: Hiszpania, Iran, Maroko, Portugalia
Grupa C: Australia, Dania, Francja, Peru
Grupa D: Argentyna, Chorwacja, Islandia, Nigeria
Grupa E: Brazylia, Kostaryka, Serbia, Szwajcaria
Grupa F: Korea Południowa, Meksyk, Niemcy, Szwecja
Grupa G: Anglia, Belgia, Panama, Tunezja
Grupa H: Japonia, Kolumbia, Polska, Senegal
Wszystkie poprzednie edycje Mistrzostw Świata wygrały ekipy prowadzone przez swoich rodaków. Idąc tym tropem, szansę na triumf w Rosji już na starcie straciły Egipt, Arabia Saudyjska, Iran, Maroko, Australia, Dania, Peru, Nigeria, Szwajcaria, Meksyk, Belgia, Panama i Kolumbia, które postawiły na zagranicznych szkoleniowców. A propos szkoleniowców. Na dzień przed rozpoczęciem sportowych zmagań doszło do niecodziennej sytuacji. Julen Lopetegui, opiekun reprezentacji Hiszpanii, ogłosił, że porozumiał się z Realem Madryt i po turnieju pożegna się z kadrą, choć trzy tygodnie wcześniej przedłużył kontrakt z hiszpańską federacją piłkarską. Ta zadziałała błyskawicznie i za brak lojalności i załatwianie interesów za jej plecami zwolniła go w trybie natychmiastowym. Oczywiście nie było czasu na poszukiwania nowego bossa, zatem stery w La Roja przejął dotychczasowy dyrektor sportowy, Fernando Hierro. Rozgrywki toczyły się w dniach od 14 czerwca do 15 lipca. Z uwagi na bardzo dużą powierzchnię Rosji, rozciągającej się ze wschodu na zachód na długość niemal 13 tys. km, FIFA zastrzegła, że turniej musi zostać rozegrany jedynie na części europejskiej. Miało to wyeliminować długie podróże pomiędzy miastami. Mecze odbywały się zatem na 12 stadionach w 11 miastach: Moskwie (Łużniki i Otkrytije Ariena), Sankt Petersburgu, Kaliningradzie, Kazaniu, Niżnym Nowogrodzie, Samarze, Wołgogradzie, Sarańsku, Rostowie, Soczi i Jekaterynburgu. Budżet przeznaczony na organizację wynosił rekordowe 20 mld dolarów. Wraz z realizacją prac sukcesywnie go zmniejszano. Ostatecznie wyniósł 14,2 mld dolarów, a i tak jest najwyższym w historii Mundiali. Kiedy tylko ogłoszono ceny wejściówek, od razu rozpoczęło się narzekanie, że i one nigdy nie były tak wysokie. Nie będąc obywatelem Rosji, najtańszy bilet można było nabyć za 105 dolarów. Biorąc pod uwagę, że w tej cenie zawierało się wyrobienie FAN ID, swoistej legitymacji kibica, działającej na zasadach wizy, ponadto upoważniającej do darmowego przejazdu pociągiem pomiędzy miastami-gospodarzami i otwierającej wiele drzwi (m.in. do muzeum FIFA, komunikacji miejskiej, okolicznościowych wystaw), fani szybko zorientowali się, że tak naprawdę „czysty” koszt wejściówek na mecze jest bardzo niski. Kibice Sbornej nie robili sobie większych nadziei. W przedmundialowych ankietach uznawali swój zespół za najgorszy w całej stawce, na to samo wskazywały ranking FIFA i kursy u bukmacherów. Tymczasem podopieczni Stanisława Czerczesowa rozgromili na dzień dobry Arabię Saudyjską 5:0. Zgodnie z oczekiwaniami karty w grupie rozdawał Urugwaj. Podopieczni Oscara Tabareza z kompletem punktów i bez straconej bramki zameldowali się w 1/8 finału. Razem z nimi awans wywalczyli gospodarze, wygrywając jeszcze z Egiptem 3:1. Golkiper Faraonów, Essam El Hadary, został najstarszym piłkarzem w dziejach Mistrzostw Świata. W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę przeciwko Arabii Saudyjskiej liczył sobie 45 lat i 161 dni. Mimo porażki 1:2 okrasił swój występ obroną rzutu karnego. Warto odnotować, że bramkarz był starszy od trzech turniejowych trenerów – Roberto Martineza (Belgia, 44 lata i 11 miesięcy), Mladena Krstajicia (Serbia, 44 lata i 3 miesiące) oraz Aliou Cisse (Senegal, 42 lata i 3 miesiące). Fenomenalnie rozpoczęły się rozgrywki grupy B. Na początek Iran, po naprawdę bardzo dobrym meczu, rzutem na taśmę pokonał Maroko 1:0. Chwilę później rozległ się gwizdek sędziego spotkania Portugalia – Hiszpania. Kto oglądał, ten bez wątpienia zgodzi się, że powinno kandydować do najlepszego starcia turnieju. Zwroty akcji, iberyjska wymiana ciosów w najlepszym wykonaniu i grad goli. Skończyło się 3:3, a wszystkie bramki dla Mistrzów Europy zdobył Cristiano Ronaldo, stając się najstarszym strzelcem hat-tricka w historii mistrzostw (33 lata i 130 dni). Oprócz tego dołączył do zacnego grona zawodników, którzy zaliczyli co najmniej jedno trafienie w czterech kolejnych edycjach czempionatu. Wcześniej tej sztuki dokonali jedynie Uwe Seeler, Pele i Miroslav Klose. Walka o awans była bardziej zażarta niż mogliśmy się spodziewać i trwała dosłownie do ostatniej sekundy meczu Iran – Portugalia. Ostatecznie, zgodnie z przewidywaniami, w fazie pucharowej zameldowali się giganci z Półwyspu Iberyjskiego. W grupie D awans wywalczyły drużyny z Europy. W starciu Francji z Australią po raz pierwszy w historii skorzystano z pomocy video assistant referee (VAR), po czym podyktowano rzut karny dla Trójkolorowych. W jednym z najnudniejszych starć turnieju, między Danią a Francją, padł wynik 0:0. Dopiero kilkanaście dni później okazało się, że był to jedyny mecz, w którym kibice nie oglądali goli.
9
Marsylianka na Łużnikach:
Organizacja Mistrzostw Świata w 2018 roku została powierzona największemu państwu na świecie, Rosji. Pomimo tego, że wybór gospodarza wywołał masę wątpliwości i podejrzeń, nikt po zakończeniu imprezy nie narzekał na poziom jej organizacji. Co więcej, szerokie grono fachowców i kibiców uznało turniej za najlepszy w historii. Czym zaskakiwał? W jakich rankingach okazał się bezapelacyjnie wyjątkowy? Jak spisały się nowe technologie, po raz pierwszy zastosowane podczas meczów tej rangi? Dlaczego nie tylko Francuzi, którzy okazali się najlepsi, zostali powitani w swoim kraju jak zwycięzcy? Tego dowiecie się w odpowiedzi do tego komentarza.
@AssisMoreira
@Symson
@kamyk_23
@Sensible
@Mixtape
@Rastafarnianin
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
5
@FCBparasiempre
W historii piłkarskich mistrzostw świata znajdziemy wiele dramatycznych spotkań. Niespodziewane zwroty akcji, wspaniałe bramki, czy indywidualne popisy zawodników na długo zapadają kibicom w pamięć. Podobnie jest z hitami, które obfitują w wiele ostrych, czy nierzadko wręcz brutalnych starć. W wielu turniejach sympatycy futbolu byli świadkami pojedynków, które przeszły do historii jako „bitwy”. Bitwa o Norymbergę z 2006 r., bitwa o Santiago z 1962 r., czy bitwa o Berno z 1954 r. to najsłynniejsze z nich. Również przed wojną zawodnicy nie przebierali w środkach, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Do historii przeszło spotkanie Brazylii z Czechosłowacją z 1938 r., które określa się jako bitwę o Bordeaux. Dla Brazylii był to trzeci występ w mistrzostwach świata. Podczas turniejów w Urugwaju i Włoszech kończyli swój udział na pierwszej rundzie. Tym razem miało być jednak inaczej. Kiedy piłkarze pojechali do Francji, cały kraj ogarnął niespotykany wcześniej entuzjazm. Według dziennikarzy liderami zespołu mieli być Domingos da Guia i Leônidas da Silva. Pierwszy trzymał w ryzach formację obronną a Alex Bellos pisał o nim, że miał taki spokój i siłę charakteru, że potrafił dryblingiem wyjść nawet z najgorszej sytuacji. Drugi był błyskotliwym środkowym napastnikiem, a o jego technice, kociej zwinności i zaskakujących strzałach krążyły już legendy. Dzięki swoim akrobatycznym popisom w polu karnym rywali zyskał przezwisko człowiek guma. Nasi południowi sąsiedzi jechali do Francji jako wicemistrzowie świata. We Włoszech dali rady pokonać jedenastki gospodarzy, która wspierana była przez szwedzkiego sędziego Eklinda. Mimo porażki po powrocie witały ich tysiące kibiców. Reprezentacja była oparta o piłkarzy praskich Sparty i Slavii, jedynie paru zawodników występowało w innych klubach. Niekwestionowaną gwiazdą był František Plánička, którego obok Ricardo Zamory i Rudiego Hidena zestawiano jako jednego z najlepszych bramkarzy lat 30. Nie bał się ryzyka i często odważnie rzucał się pod nogi napastników. Dzięki swojej zwinności zyskał przydomek kot z Pragi. W ataku brylował król strzelców poprzednich mistrzostw Oldřich Nejedlý, a wspierał go Antonín Puč, który jest najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji Czechosłowacji. W drodze do ćwierćfinału Brazylijczycy musieli wcześniej uporać się z Polską. Mecz przeszedł do historii. Wynik 6:5 przez wiele lat był rekordem w liczbie strzelonych bramek w jednym meczu. Osiągniecie Wilimowskiego, który strzelił cztery gole, wyrównał dopiero 28 lat później Eusébio. Do legendy przeszedł też występ Leônidasa, który miał podobno grać… na bosaka, ale to oczywiście nieprawda. Chociaż chciał i odrzucił nawet buty w kierunku ławki rezerwowych, jednak Ivan Eklind nie pozwolił mu na kontynuowanie gry. Prawdą jest natomiast, że gola strzelił bosą nogą, gdyż chwilę wcześniej jego but ugrzązł w błotnistej murawie. Szerzej o tamtym spotkaniu pisał Bartek Matulewicz w tym miejscu. Również Czechosłowacy nie zdołali rozstrzygnąć swojego pierwszego meczu na francuskich mistrzostwach w ciągu 90 minut. W Le Havre na stadionie Cavee Verte mierzyli się z Holendrami, którzy nie należeli wtedy do gigantów europejskiego futbolu. Mimo to po ostatnim gwizdku utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero w dogrywce Josef Košťálek po zamieszaniu w polu karnym zdołał pokonać Adriaana van Male. Holendrzy zerwali się do kontrataków, ale Plánička był tego dnia świetnie dysponowany. Podbudowani strzeleniem pierwszej bramki gracze Czechosłowacji jeszcze dwukrotnie trafili do siatki rywali i spotkanie zakończyło się ich wyraźnym zwycięstwem. 40 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców przyszło na Stade du Parc Lescure w Bordeaux, żeby oglądać wielkie widowisko. Naprzeciw siebie stanęli przecież finezyjni i znakomici technicznie Brazylijczycy, którzy wielu oczarowali swoją grą w meczu z Polską i jedna z najlepszych drużyn świata – Czechosłowacja. Płonne niestety były ich nadzieje. Mecz zapewne na długo pozostał w ich pamięci, ale bynajmniej nie z powodów sportowych. Pewni siebie Brazylijczycy spodziewali się dość łatwej przeprawy. Sądzili, że skoro potrafili wygrać w takich okolicznościach z Polską, to poradzą sobie też z naszymi południowymi sąsiadami. Tymczasem Czechosłowacy od początku grali bardzo uważnie i ostrożnie, nie pozwalali wirtuozom z Ameryki Południowej na zbyt wiele. Być może niespodziewane trudności w rozegraniu piłki sprawiły, że ekipa Brazylii zaczęła tracić opanowanie i coraz trudniej było im utrzymać nerwy na wodzy. Pierwszym, który nie wytrzymał był Zezé Procópio. Po około kwadransie gry, za bezmyślne kopnięcie w brzuch Oldřicha Nejedlego, sędzia Pál von Hertzka z Węgier wyrzucił go z boiska. Od tej chwili gra się zaostrzyła, choć wcześniej też nie brakowało fauli. Pierwsi przepisy przekroczyli co prawda Czesi ale było to w normalnej, sportowej walce, bez złośliwości. Co chwilę ktoś zwijał się z bólu na murawie. Raz jedni, raz drudzy, częściej faulowali jednak przybysze zza oceanu. „Przegląd Sportowy” określił mecz mianem mordowni i pisał, że Brazylijczycy pokazali „pazurki”. Dziennikarze w pomeczowych relacjach nie mogli się nadziwić, co stało się z naszymi niedawnymi rywalami, którzy przecież w walce z Polską starali się być dżentelmenami.
Przewaga była po stronie Brazylijczyków. Znakomite zawody rozgrywał znowu Leônidas, na skrzydle świetnie dysponowany był Lopes, a Domingos da Guia stanowił w obronie mur nie do przejścia. Za wszelką cenę chcieli zdobyć bramkę i nie przebierali w środkach. Wreszcie ich starania przyniosły skutek. W 30. minucie gry Leônidas świetnie przyjął piłkę tuż przed polem karnym, zwiódł defensywę i strzelił nie do obrony. Plánička nie próbował nawet interweniować. Brazylia grała w osłabieniu, ale prowadziła. Powinna raczej uspokoić grę i kontrolować jej przebieg. Gorący południowy temperament znów jednak dał o sobie znać. Jeszcze przed końcem pierwszej odsłony Machado w ordynarny sposób kopnął Jana Říhę. Czech nie pozostał dłużny i po wymianie ciosów obaj musieli udać się do szatni. Na początku drugiej połowy tego wątpliwej urody spektaklu przewaga zarysowała się po stronie Czechosłowaków. Nie potrafili jej jednak udokumentować. Atak ich był powolny i nieskuteczny, popełniali proste błędy. Brakowało kogoś, kto potrafiłby wziąć ciężar gry na siebie i swoimi indywidualnymi umiejętnościami przechylić szalę zwycięstwa. Szczęście uśmiechnęło się do nich w 65 minucie. Po zagraniu piłki ręką w polu karnym Brazylii rzut karny na bramkę zamienił Nejedlý. Wkrótce potem czechosłowacki snajper po jednym z ostrych starć musiał opuścić boisko. Jak się później okazało, złamał on nogę i ta kontuzja praktycznie zakończyła jego międzynarodową karierę. Siły się wyrównały. Obie drużyny musiały radzić sobie w dziewiątkę. Brazylijczycy byli szybsi, lepsi technicznie i przeważali w środku pola, gdzie świetnie radził sobie kapitan Martim. W dogrywce role się odwróciły. Więcej sił zachowali nasi sąsiedzi. Brazylia grała jednak na czas i wyraźnie dążyła do utrzymania wyniku, który oznaczał powtórzenie meczu. Cel osiągnęli. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. Bitwa o Bordeaux zakończyła się usunięciem z boiska trzech piłkarzy, co było swoistym rekordem mistrzostw. Lekkich urazów doznali Leônidas i Perácio. W starciu z tym drugim wielkiego pecha miał Plánička. W końcówce odważnie rzucił się Brazylijczykowi pod nogi, ale w chwilę później zwijał się z bólu. Dzięki zabiegom medycznym zdołał wrócić na boisko i obronił jeszcze parę groźnych strzałów. Wydawało się, że niedyspozycja była tylko chwilowa, ale wieczorne prześwietlenie potwierdziło najgorsze obawy. Okazało się, że czeski bramkarz złamał rękę i turniej właśnie się dla niego zakończył. To był jego ostatni, 73. występ w narodowych barwach. Oprócz połamanych Plánički i Nejedlego, do grona kontuzjowanych w ekipie Czechosłowacji dołączył Josef Košťálek, który doznał poważnego urazu żołądka. To była prawdziwa rzeźnia, jak pisano w prasie. Do powtórzonego meczu doszło dwa dni później. Brazylijczycy wymienili prawie cały skład. Zostawili tylko Leônidasa i bramkarza Waltera. Byli tak pewni zwycięstwa, że większość z nich jeszcze przed rozpoczęciem spotkania udała się do Marsylii, gdzie miał odbyć się półfinał, w którym czekali już Włosi. Czesi przeprowadzili sześć zmian. W bramce zagrał Karel Burkert, który godnie zastąpił kota z Pragi. W ataku miejsce Nejedlego zajął Vlastimil Kopecký. To właśnie on wyprowadził europejski zespół na prowadzenie. Niedługo później doznał kontuzji i musiał opuścić boisko. Wrócił co prawda po przerwie, ale wtedy już rywale zaczynali kontrolować przebieg gry.
Na drugą odsłonę reprezentanci Brazylii wyszli niesamowicie zdeterminowani. Grali znakomicie. Tuż przed upływem godziny gry wyrównał niezawodny Leônidas. Czechosłowacy zerwali się jeszcze do ataku i przeprowadzili akcję, po której wydawało się, że znowu wyjdą na prowadzenie. Strzelał Karel Senecký, którego po pierwszym meczu w trybie pilnym ściągnięto z Pragi, a piłkę z linii… albo już zza linii, o czym nie sposób dziś rozsądzić, zdołał wygarnąć Walter. Faktem jest jednak, że sędzia Georges Capdeville gola nie uznał. Wynik strzałem głową ustalił w 62. minucie Roberto.
Brazylijczycy mogli szykować się do półfinałowego występu. Grając bez Leônidasa, musieli jednak uznać wyższość Włochów, którzy zmierzali po drugi tytuł mistrza świata. W meczu o trzecie miejsce Brazylia zdołała jednak pokonać Szwecję i po raz pierwszy tak wyraźnie zaznaczyła swoją obecność na mistrzostwach świata. Już wtedy mieli w składzie wielkie gwiazdy, które w kraju chciały podziwiać dziesiątki tysięcy kibiców. Nie tworzyli jednak jeszcze drużyny, odstawali od europejskich drużyn pod względem taktycznym, a na dodatek, o czym dobitnie przekonali się Czesi, grali bardzo brutalnie. Nasi południowi sąsiedzi marzenia o sferze medalowej musieli odłożyć do 1962 r. Tam po raz kolejny mieli okazję spotkać się z… Brazylią. Ale to już temat na inną opowieść.
5
Bitwa o Bordeaux:
@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@AssisMoreira
0
@Mixtape No Vitor Roque to już raczej o nim wszyscy słyszeli i nawet widzieli jak gra. Natomiast kim jest ten Arda Guler, jeśli można wiedzieć? Ponieważ pierwsze słysze takie nazwisko...