FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
Kompromitacja, wstyd i hańba!! Oto kompletna definicja reprezentacji Polski w piłce nożnej. Apeluje o podanie się do dymisji wszystkich łącznie z trenerem oraz natychmiastowe wycofanie się z eliminacji Euro 2024! Przecież nawet jeśli jakimś cudem Polska awansowała by do tego Euro, to niby czego możemy się spodziewać jak nie wyjścia z grupy i kolejnej kompromitacji? Partacze! Kozy paść a nie taką kase brać!
1
@sandra2608 A no właśnie. Teraz całkowicie ciebie rozumiem, no itroche współczuje. Ty mnie chyba też rozumiesz? No i chyba zdajesz sobie teraz w końcu racje że taka a nie inna La Rambla to śmietnisko?
11
Brytyjska inwazja:
Dawno, dawno temu w Buenos Aires kilku blondasków kopało piłke na pustym placu niedaleko zakładu dla psychicznie chorych. ,,Co to za ludzie? – zapytał pewien chłopiec. To wariaci – odparł jego ojciec. Zwariowani Anglicy”. Dziennikarz Juan Jose de Soiza Reilly przypomina sobie tę anegdotke z czasów swojego dzieciństwa, bo też pierwsze lata futbolu nad rzeką La Plata przywodziły na myśl grę szaleńców. Jednak u szczytu imperialnej potęgi Wielkiej Brytanii piłka nożna była takim samym, na wskroś brytyjskim produktem eksportowym jak tkaniny z Manchesteru, pociągi, pożyczki banku Barigs czy doktryna wolnego handlu. Futbol zawitał nad La Plate dzięki brytyjskim marynarzom, którzy grali weń w pobliżu doków w portach Buenos Aires i Montevideo, podczas gdy żurawie wyładowywały ze statków Jej Królewskiej Mości poncha, buty i mąke a ładowały wełne, skóry i zboże, by daleko za oceanem można było wyprodukować więcej ponch, butów i mąki. Pierwsze lokalne drużyny piłkarskie tworzyli obywatele brytyjscy: dyplomaci, pracownicy kolei i firm gazowniczych. W pierwszym międzynarodowym meczu rozegranym w 1889 r. w Urugwaju spotkały się angielskie jedenastki z Montevideo i Buenos Aires. Mecz toczył się w cieniu gigantycznego portretu królowej Wiktorii. Królowa mórz czuwała też nad innym piłkarskim pojedynku, pierwszym, jaki rozegrano w Brazylii w 1895 r., pomiędzy poddanymi angielskiej korony zatrudnionymi przez Gas Company i São Paolo Railway. Pionierów futbolu na kontynencie amerykańskim można wciąż podziwiać na starych zdjęciach w kolorze sepii. Byli prawdziwymi wojownikami. Ich ciała niemal w całości okrywały zbroje z bawełny i wełny, by nie urazić oczu dam, które oglądały mecze w cieniu jedwabnych parasolek wachlując się koronkowymi chusteczkami. Jedyną nie osłoniętą część ciała zawodników były twarze o srogim wyrazie i szpiczaste wąsiki, które wystawały spod czapeczek lub kapeluszy. Na nogach piłkarze nosili ciężkie buciory firmy Manfield.
Angielska zaraza zaczęła się szybko rozprzestrzeniać po całej Ameryce. Prędzej czy później do futbolu przekonywali się kawalerowie z miejscowej śmietanki towarzyskiej. Z Londynu zaczęto sprowadzać koszulki, buty do gry, grube nakolanniki i spodnie sięgające od piersi do kolan a nawet jeszcze niżej. Piłki nie budziły już zdumienia celników, którzy na początku mieli problemy z zakwalifikowaniem ich do konkretnej kategorii. Na statkach przypływały również podręczniki a wraz nimi słowa, które na wiele lat zadomowiły się na odległym południowoamerykańskim wybrzeżu: field(boisko), score(wynik), goal(gol), goal-keeper(bramkarz), back(obrońca), half(pomocnik), forward(napastnik), out-ball(aut), penalty(karny), off-side(spalony). Faul pociągal za sobą kare ze strony referee(sędziego), choć poszkodowany zawodnik mógł ją anulować pod warunkiem że przeprosiny winowajcy były ,,szczere i zostały sformułowane w poprawnym angielskim”, jak uczył pierwszy piłkarski dekalog, który dotarł nad La Plate. Z kolei w krajach basenu Morza Karaibskiego, znajdujących się pod silnym wpływem Amerykanów z północy, popularność zdobyły inne angielskie słowa: pitcher(w bejsbolu-piłkarz) czy catcher(łapacz). Mieszkańcy tych regionów uczyli się odbijać piłke za pomocą obłego drewnianego kija. Amerykańscy marines nosili je na ramionach razem z karabinem, gdy krwią i żelazem zaprowadzali imperialne porządki w tej części świata. Od tamtego czasu bejsbol stał się dla mieszkańców Karaibów tym, czym piłka nożna dla nas.
@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
0
@sandra2608 A to fajnie że lubisz siatkówke. To moja dyscyplina numer cztery po(naturalnie piłce nożnej), tenisie ziemnym i hokeju na lodzie. Ale wiesz co ci powiem tak szczerze? To jest jak wiadomo wszem i wobec strona FC Barcelony a konkretniej La Rambla. Osobiście nigdy bym nie pozwolił na miejscu redakcji zamieszczać tutaj komentarze nie związane ze sportem. ,,La Rambla" to słynny deptak i synonim Barcelony a to co wymyśliła redakcja jest swego rodzaju profanacją. Dla mnie nie dopuszczalne jest pisać na La Rambli na tematy polityczne czy też LGBT! Dla mnie to jest bardzo nie poważne, wręcz chore. Poza tym są bodaj inne do tego fora internetowe, nieprawdaż?
Zapytasz pewnie: dlaczego więc ja zamieszczam tutaj swoje komentarze? Z prostego powodu. Otóż w innych działach tego portalu, zwłaszcza w porannym przeglądzie prasy, moje komentarze były po prostu często usuwane, więc nie miałem wyjścia i musiałem siłą rzeczy zamieszczać je na tym ,,śmietnisku" tylko z nazwy La Rambla...
0
@AFA90 No to w takim razie może wiesz kiedy odbędzie się losowanie?
0
@AFA90 A możesz mi nakreślić grupy i z kim zagra Argentina po wyjściu z grupy? to znaczy na kogo ewentualnie trafi?
0
@AFA90 Nie znam angielskiego ale wnioskuje że 20 to oznacza dwudziestego czerwca? a finał 14 lipca?
1
@sandra2608 Pani Sandro(czy jak tam pani?). Pani tylko co założyła konto i w pierwszym komentarzu pyta pani na stronie FC Barcelony o takie rzeczy? No to coś tu jest nie tak?
A czy pani wogóle interesuje się sportem?
9
To nie był czeski film, to było ,,výborně”:
20 czerwca 1976 r. Reprezentacja Czechosłowacji zdobyła tytuł mistrza Europy, po zwycięstwie w finale w rzutach karnych 5:3 nad RFN w Belgradzie. Mistrzostwa Europy w 1976 roku były ostatnim turniejem z tego cyklu, w którym startowały jedynie 4 drużyny w finałowej imprezie. Tytuł zdobyła po raz pierwszy w historii drużyna Czechosłowacji. Turniej rozegrano w Jugosławii. Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy gospodarzem imprezy tej rangi został kraj z bloku komunistycznego. Ostatni raz w historii mistrzostw Europy zdarzyło się też, że triumfował zespół z komunistycznego państwa (wcześniej zdarzyło się to podczas pierwszego Euro w 1960 roku we Francji, gdy wygrała ekipa ZSRR). Kwalifikacje odbyły się według sprawdzonej reguły. 32 drużyny podzielone zostały na 8 równych grup, z czego zwycięzcy rywalizowali potem w ćwierćfinałowych dwumeczach. W ten sposób do turnieju głównego zakwalifikowali się gospodarze - Jugosławia, a także Czechosłowacja, Holandia (awans po raz pierwszy w historii, po wielkim boju w grupie z Polską, Włochami i Finlandią) i RFN. Euro 1976 odbywało się na dwóch stadionach - w Belgradzie i Zagrzebiu. W półfinale mieliśmy bardzo zacięte boje. Najpierw Czechosłowacja pokonała po dogrywce Holandię 3:1, a następnie Jugosławia również po dogrywce przegrała z RFN 2:4. W meczu o trzecie miejsce też nie padło rozstrzygnięcie w regulaminowym czasie gry i dopiero w dogrywce "Pomarańczowi" ograli Jugosławię 3:2. Finał był jeszcze bardziej wyrównany. Nawet dogrywka pomiędzy Czechosłowacją a RFN nie przyniosła rezultatu. Na tablicy wyników widniał wciąż wynik remisowy 2:2. Tym razem jednak - inaczej niż w poprzednich turniejach Euro - nie decydował kolejny mecz, czy rzut monetą. Po raz pierwszy w decydującym meczu o tytuł Starego Kontynentu rozegrano serię rzutów karnych. W czwartej serii pierwszy raz nie trafił zawodnik RFN- Uli Hoeness (później legendarny prezes Bayernu Monachium, który doprowadził ten klub do wielkich sukcesów ale w 2014 został skazany na karę więzienia za oszustwa podatkowe). Do piłki podszedł w piątej serii Antonin Panenka i swoim nietypowym, leciutkim strzałem technicznym w sam środek bramki przypieczętował mistrzostwo Europy dla Czechosłowacji, a sam wpisał się do historii futbolu. Od tej pory jego nazwisko przypomina się za każdym razem, gdy zawodnik wykonuje w ten nietypowy sposób "jedenastkę".
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
0
@Soetie Nic mi nie wiadomo o grze na juniorskiej licencji. W takim razie po co jest ta rejestracja La Ligi do pierwszego zespołu, skoro można grać na tej juniorskiej licencji?
0
W takim razie jakim prawem La Liga zezwoliła mu na gre w pierwszej drużynie minionego sezonu?
14
Nieoczywisty bohater finału Champions League:
Brazylijczyk Juliano Belletti nie był jakimś wybitnym obrońcą a do Daniego Alvesa nawet nie miał startu. Jednak znalazłoby się kilku grajków, którzy pozazdrościliby kariery Bellettiemu. W końcu każdemu marzyło się zagrać choć jeden mecz w barwach wielkiego klubu a Juliano zrobił to ładnych kilkadziesiąt razy. Dodatkowo zostanie zapamiętany na wiele lat przez kibiców Barcelony. W końcu to właśnie Brazylijczyk rozpoczął zwyciężanie katalońskiej drużyny w Lidze Mistrzów XXI wieku. Strzelając decydującego gola last-minute, zapewnił swojej drużynie drugi puchar w historii. Dziś obchodzi 47 urodziny a więc feliz cumpleaños panie Belletti. Kariera Juliano miała przebieg wręcz modelowy. Zaczął z dołu, powoli się wspinał na szczyt, aż w końcu musiał z niego zejść. Nie było tu przypadku. Sam Juliano nie był jakimś niesamowitym talentem, o którego biłyby się największe marki świata, ale dzięki wybieganiu, porządnej technice i waleczności swoje zdobył. Nie każdy na przestrzeni czterech lat podnosi najpierw najbardziej prestiżowe trofeum w piłce reprezentacyjnej a następnie w piłce klubowej. Faktycznie, jego rolę na mundialu można uznać za mocno epizodyczną, ale jak dostał zadanie w półfinale, to je wypełnił. Razem z kolegami uniemożliwił Turkom zdobycie wyrównującej bramki.
Juliano zdecydowanie bardziej się przydał cztery lata później, przy okazji finału LM pomiędzy FC Barceloną a Arsenalem. Jak sam wspominał po latach, „Dumie Katalonii” szło tamtego 17 maja jak po grudzie – nic, a nic im się nie udawało. W efekcie po pierwszej połowie przegrywali z Anglikami (którzy po czerwieni Jensa Lehmanna grali o jednego zawodnika mniej) 0:1. Trzeba było gonić, a wiadomo, że mając dwóch defensywnych pomocników w drugiej linii, nie będzie to łatwe. Murawę opuścił więc Edmilson, a na niej pojawił się młodziutki Andres Iniesta. Wychowanek La Masii rozruszał akcje Hiszpanów, ale wciąż jeszcze czegoś brakowało. Na dwa kwadranse przed końcem holenderski szkoleniowiec wpuścił na boisko Henrika Larssona i ta zmiana – zresztą jak wszystkie trzy – okazała się strzałem w dziesiątkę. Rijkaard zagrał va banque zdejmując drugiego defensywnego pomocnika, czyli Van Bommela, ale Barca potrzebowała takiego wstrząsu. Gdy nadal nie szło, trener katalońskiego zespołu zmienił Oleguera i wprowadził Juliano Bellettiego. Nie był to taki oczywisty ruch. Na ławce Blaugrany siedział jeszcze chociażby Xavi czy Maxi Lopez. Wspomniany Szwed kilkanaście minut po wejściu wyłożył piłkę Samuelowi Eto’o, a Kameruńczyk wyrównał. Zostało kilka chwil do ostatniego gwizdka głównego arbitra, jednak Barcelonie nie w smak było przeciąganie rozstrzygnięcia do dogrywki. 9 minut do końca, Hiszpanie przeprowadzają akcję. Znów Larsson w pole karne, w które wbiegł Belletti, Brazylijczyk uderza i… 2:1! ,,Nie mogłem w to uwierzyć. Po strzale chciałem zrobić jakąś cieszynkę, ale zwyczajnie nie byłem w stanie. Upadłem na kolana, zasłoniłem się rękoma i modliłem się, by nie był to tylko dobry sen”- tak mówił o tamtej chwili Belletti. Nie pomylimy się pewnie, że najpiękniejszej w całej piłkarskiej karierze.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
17
Cóż za historia!
20 czerwca 1993 r. dokonał się kolejny ,,cud na Teneryfie”. Przez wiele kolejek FC Barcelona walczyła o pozycje lidera z Deportivo La Coruña i z Realem Madryt. Ostatecznie drużyna z La Coruñi odpadła z rywalizacji i przed ostatnią kolejką powtórzyła się sytuacja z 1992 roku, gdy Blaugrana traciła jeden punkt do Realu, który wybierał się na Teneryfe. Na Camp Nou o tej samej porze rozpoczęto mecz Barçy z Realem Sociedad. W 13 minucie jedynego gola w meczu strzelił Stoiczkow. Tymczasem na Teneryfie gospodarze w dalszym ciągu trenowani przez Valdano prowadzili do przerwy 2:0 i utrzymali ten wynik do końcowego gwizdka. Duma Katalonii cieszyła się z trzeciego z rzędu mistrzostwa Hiszpanii!
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Rastafarnianin
@Symson
@Sensible
@AssisMoreira
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
1
@MarioVeB! O! to fajnie, miło wiedzieć. Ja natomiast Barcunie pokochałem od momentu przyjścia Deco a zwłaszcza Eto'o w 2004 r.
11
@FCBparasiempre
Na początku XXI wieku ,,Pep” postanowił spróbować swoich sił w lidze włoskiej. Zanim Guardiola trafił do Serie A to naturalnie zaczynał jako 13-latek w Blaugranie i szybko zaczął ujawniać swój spory talent, choć problemem były skromne warunki fizyczne młodego piłkarza. Decydujące dla rozwoju jego kariery okazało się zatrudnienie przez „Dumę Katalonii” trenera Johana Cruyffa w 1988 r. Phill Ball w książce „Morbo. The story of Spanish football” opisuje w formie anegdoty pierwsze spotkanie sławnego Holendra z młodym Katalończykiem. Według tej wersji Cruyff w swoim pierwszym tygodniu pracy pojawił się na treningu rezerw klubu i tam wpadł mu w oko Guardiola, grający wówczas na prawej stronie pomocy. „Boski Johan” zasugerował trenerowi Barcelony B Carlesowi Rexachowi, żeby przestawił nastolatka na pozycję rozgrywającego defensywnego pomocnika. Dziś pewnie użylibyśmy hiszpańskiego sformułowania „pivot”. Guardiola w sezonie 1990/1991 dołączył do pierwszego zespołu, a w kolejnych rozgrywkach stał się zawodnikiem pierwszej jedenastki. Debiut ligowy zaliczył 16 grudnia 1990 w wygranym 2:0 meczu z Cadiz, pierwszą bramkę zdobył …prawie 4 lata później! Dopiero w rozgrywkach 1994/1995 Guardiola trafił do siatki rywala. 8 października 1994 roku pokonał bramkarza Atletico Madryt w dramatycznym, ale wygranym przez Barcelonę 4:3 spotkaniu. Trzeba jednak pamiętać, że Guardioli nikt nie rozliczał ze strzelanych goli – od tego byli Romario i Stoiczkow. Młody Josep miał za zadanie rozbijać ataki rywali i rozpoczynać ataki „Barcy”. Te boiskowe aktywności wychodziły mu bardzo dobrze. Sezon 1991/1992 Barcelona zakończyła jako mistrz Hiszpanii i zwycięzca Pucharu Europy (ostatni sezon przed zmianą formuły i nazwy na Ligę Mistrzów). Guardiola był podstawowym zawodnikiem drużyny. W drodze po najcenniejsze klubowe trofeum zagrał w 11 meczach, w tym w finale z Sampdorią. Gdy po wygranym finale wniósł trofeum na balkon siedziby Generalitat (katalońskiego rządu) i krzyknął: „Ja la teniu aqui!„, co w wolnym tłumaczeniu może oznaczać: „Macie to już tutaj!”, tłum wiwatował na jego cześć. Wiadomo było, że ma wszelkie szanse, żeby stać się legendą klubu. Dziewięć lat później nikt nie miał wątpliwości, że taką legendą został. Sześć mistrzostw Hiszpanii, Puchar Europy, dwa Superpuchary Europy, Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Króla i cztery Superpuchary Hiszpanii, 263 ligowe mecze i jeszcze wiele spotkań w innych rozgrywkach – zasługi Guardioli dla „Dumy Katalonii” były nie do przecenienia. Mogło się wydawać, że Pep zostanie w klubie z Katalonii do końca kariery. Tak się jednak nie stało. W 2001 roku lider drugiej linii Barcy doszedł do wniosku, że czas powiedzieć: „Do widzenia”. 17 kwietnia ogłosił swoją decyzję o odejściu. Plotki na temat przyczyn takiego ruchu były bardzo różne. Sam Guardiola stwierdził, że była to osobista decyzja i po części jego odpowiedź na kierunek, w jakim wówczas zmierzał futbol. Zdaniem Pepa był kierunek bardziej fizyczny, siłowy. Gra w innej lidze miała być próbą podjęcia wyzwania, zmierzenia się z tą tendencją. 24 czerwca 2001 w meczu półfinału Pucharu Króla przeciwko Celcie Vigo Guardiola rozegrał swój ostatni mecz w barwach „Dumy Katalonii”. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1, który dawał awans rywalom. Ciekawostka: w podstawowym składzie Barcelony było więcej Holendrów(5) niż Hiszpanów(4). Na konferencji prasowej po meczu z Celtą powiedział: „To była długa podróż. Jestem szczęśliwy, dumny, zadowolony ze sposobu, w jaki ludzie mnie tutaj traktowali. Poznałem wielu przyjaciół. Nie mógłbym prosić o więcej”. Brzmi jak szczęśliwe zakończenie, ale nie brakowało głosów, że Guardiola odchodzi, bo ma dość presji gry w wielkim klubie. Wybór nowego pracodawcy mógłby częściowo potwierdzać te przypuszczenia.
Guardiola trafił do Brescii Calcio – klubu, w którym powstawał ciekawy projekt. W 2000 roku trafili tam czeski bramkarz Pavel Srníček i (przede wszystkim) Roberto Baggio. Latem 2001 r. oprócz Guardioli sprowadzono albańskiego napastnika Igli Tarego (znanego z występów w Bundeslidze), austriackiego rozgrywającego, Markusa Schoppa oraz obiecującego włoskiego pomocnika Jonathana Bachiniego. Z Brescii odeszli natomiast Andrea Pirlo (to właśnie jego miał zastąpić Guardiola), a także pewien nałogowy palacz, a przy okazji skuteczny napastnik — Dario Hübner (na jego miejsce przyszedł mało wówczas znany, Luca Toni). W klubie od kilku lat grał też Polak, Marek Koźmiński, ale akurat jego rola w Brescii w tym czasie malała i wiosną 2002 roku przeniósł się do Ancony. Trenerem tej ciekawej mieszanki rutyny z młodością był doświadczony Carlo Mazzone. Swój ligowy debiut w Serie A Guardiola zaliczył w zremisowanym 2:2 meczu z Chievo Verona. Zagrał w koszulce z numerem 28 przez 67 minut spotkania. Zmienił go wspomniany wcześniej Luca Toni. W kolejnym spotkaniu Guardiola zagrał 72 minuty, a Brescia wygrała na wyjeździe z Piacenzą 1:0. Zwycięską bramkę zdobył Roberto Baggio. Prawdziwy zimny prysznic czekał na podopiecznych Mazzone, gdy pojechali do Rzymu na mecz z Lazio. Rzymianie, w składzie których nie brakowało prawdziwych gwiazd (Crespo, Nesta, Stam, S. Inzaghi, Mendieta, Stanković, Poborsky) wygrali aż 5:0. Guardiola skończył mecz z żółtą kartką. W swoim siódmym spotkaniu Pep zdobył pierwszą bramkę w barwach Brescii. W 90. minucie meczu zmniejszył rozmiary porażki (2:3) jego klubu z Udinese. Było to jednak już 29. kolejka ligowa. Między 11. a 28. serią spotkań ani razu nie znajdziemy Guardioli w składzie Brescii. Co było tego przyczyną? Odpowiedź jest prosta, choć zaskakująca – dyskwalifikacja za doping. W organizmie Guardioli wykryto nandrolon – jeden z częściej używanych w sporcie środków dopingujących. Dyskwalifikacja wynosiła cztery miesiące. W 2007 roku Guardiola został oczyszczony ze stawianych mu zarzutów. Włoski Komitet Olimpijski wniósł jednak o ponowne rozpatrzenie sprawy. Tym razem werdykt również okazał się korzystny dla Guardioli. 29 września 2009 roku ostatecznie stwierdzono, że dzisiejszy trener Manchesteru City nie stosował dopingu. Wróćmy jednak do roku 2002. Guardiola zakończył sezon w Brescii wysoką porażką w Turynie z Juventusem. Dwa gole Del Piero i trzy Trezeguet sprawiły, że drugi raz w sezonie Hiszpan przegrał aż 0:5. Po zakończeniu rozgrywek 2001/2002 Guardiola postanowił zmienić pracodawcę. Jako tzw. wolny agent był ciekawym celem transferowym dla kilku klubów. 18 czerwca podpisał kontrakt z Romą, przekonany przez prezesa klubu Franco Sensiego. Pewnym problemem był fakt, że w opinii ówczesnego trenera Romy, Fabio Capello, Guardiola nie był zawodnikiem, którego klub akurat potrzebował. „Jaki numer na koszulce chcę? numer 10 Tottiego, ale oni mi go nie dadzą – żartował podczas swojej prezentacji. Ostatecznie otrzymał koszulkę z numerem 28. Przesadą byłoby stwierdzenie, że nie zdążył jej nawet przepocić, ale zbyt wiele razy nie miał okazji się w niej zaprezentować. W lidze Capello wystawił go tylko cztery razy. Debiut w barwach „Giallorossi” zaliczył w przegranym 0:3 meczu Ligi Mistrzów z Realem Madryt. Pierwszy występ w lidze to rozegrany 29 września 2002 roku pojedynek z… Brescią wygrany przez Romę 3:2. Guardiola wszedł na boisko w drugiej połowie, zmieniając Damiano Tommasiego. Hat-tricka w tym meczu zdobył Totti. Jedyne spotkanie w barwach Romy, w którym Guardiola wystąpił w pełnym wymiarze czasowym, miało miejsce 24 listopada 2002 roku. Przez 90 minut meczu (sędziował Pierluigi Colina), w którym rywalem rzymian była Parma Guardiola nie pokazał się z dobrej strony, podobnie zresztą jak cały zespół. Roma przegrała 0:3. Capello nie chciał korzystać z usług Guardioli. Czasami wolał posadzić na ławce młodego gracza z akademii, którego nazwisko nie mówiło kibicom zbyt wiele. Daniele De Rossi, bo o nim tu mowa, to przyszły kapitan i legenda Romy. Po latach skomentował sytuację Guardioli w Romie, mówiąc, że jego były kolega z drużyny czuł się „zdezorientowany” w klubie. W styczniu 2003 r. postanowiono zakończyć ten nieudany związek. Osiemnaście minut w przegranym u siebie meczu z Chievo – wymowny symbol nieudanej przygody Guardioli w Rzymie. Po 198 dniach przestał być piłkarzem klubu ze stołecznego miasta i wrócił do Brescii.
W nowym(starym) klubie miał pewne miejsce w podstawowym składzie. Spotkał dawnych znajomych, a także kilku nowych piłkarzy. Fanom Serie A nazwiska takie, jak Stephen Appiah, Matuzalem, czy Anthony Šerić nie są obce. Do końca sezonu 2002/2003 Guardiola zagrał w lidze 13 razy, zdobył jedną bramkę i otrzymał aż 5 żółtych kartek. Zagrał m.in. w zremisowanym bezbramkowo meczu z Romą. Ostatnie spotkanie Guardioli na boiskach Serie A miało miejsce 24 maja 2003 roku. Brescia zremisowała u siebie 2:2 z Modeną po golach Antonio Filipinniego i Roberto Baggio. Po sezonie Guardiola rozwiązał kontrakt i postanowił zakosztować nieco egzotyki. Podpisał umowę z katarskim Al.-Ahli, a po dwóch latach z meksykańskim Dorados. Później przeszedł na piłkarską emeryturę, a z czasem zajął się pracą szkoleniową. Trzeba przyznać, że z niemałymi sukcesami. Guardiola jako trener nie miał okazji trenować włoskich klubów, ale oczywiście mierzył się z nimi wielokrotnie. Gdy 21 października 2014 roku przyjechał do Rzymu jako trener Bayernu Monachium, aby zmierzyć się z Romą pozwolił sobie na autoironiczny żart. „Nic się tutaj nie zmieniło”. Wciąż siedzę na ławce a Totti wciąż na boisku”. Tym razem jednak Katalończyk miał dużo więcej powodów do zadowolenia, bo Bayern wygrał aż 7:1. Fani Romy z pewnością nie zaliczają Guardioli do grona ważnych postaci w historii klubu. Nie ma ku temu powodów. „Kometa”– tak krótko pobyt Guardioli w Wiecznym Mieście komentuje wieloletni polski kibic Romy, Łukasz. Wspomina też, że po latach Guardiola podziwiał Pescarę prowadzoną przez Zdenka Zemana. W sezonie 2011/2012 w Serie B pod wodzą czeskiego trenera skrzydła rozwinęli min. Marco Verratti, Lorenzo Insigne i Ciro Immobile. Pescara awansowała do Serie A zdobywając rekordowe 90 bramek. Czy ten ofensywny styl klubu z Abruzji wpłynął na trenerskie pomysły Guardioli w dalszy latach jego szkoleniowej pracy? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Włoskie przygody Guardioli, choć ciekawe poznawczo pozostaną (przynajmniej na razie) marginesem jego piłkarskiej i szkoleniowej kariery.
13
Przygoda Guardioli w słonecznej Italii:
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@kamyk_23
5
@FCBparasiempre
19 czerwca 1934 r. Włochy pokonały Węgry 4:2 w finale II mistrzostw świata. Włosi byli najlepszą drużyną mistrzostw świata w 1934 roku i zasłużenie zdobyli mistrzowski tytuł ale w tle tego sukcesu była faszystowska propaganda i sędziowskie skandale. Mistrzostwa były wykorzystywane przez faszystów do „narodowej konsolidacji”. Reżim chciał pokazać że 12 lat rządów Benito Mussoliniego doprowadziło Włochy do nadzwyczajnej pozycji. Nakłady finansowe na organizację były ogromne, a determinacja, by zwyciężyć jeszcze większa. Człowiekiem Mussoliniego do pilnowania, by turniej zakończył się sukcesem, był generał faszystowskiej milicji Giorgio Vaccaro, zarazem szef włoskiej federacji piłkarskiej. ,,Celem jest pokazanie, że faszystowski sport jest napędzany ideałami swojego przywódcy, jest natchniony przez Duce”– mówił Vaccaro. Chwilami można było nie zauważyć, że mistrzostwa organizuje FIFA. To była pierwsza w historii tak upolityczniona impreza sportowa, igrzyska w Berlinie pod okiem Hitlera odbyły się 2 lata później. Wciąż pojawiają się głosy, że zawody mogły być przez faszystów „ustawione”. Ostatnio, na konferencji organizowanej przez FIFA, taki pogląd wygłosił włoski autor i historyk futbolu Marco Impiglia. Twardych dowodów jednak brak. Na pewno Włosi mocno wpływali na to, kto będzie sędziował ich mecze, bezspornym faktem są też kontrowersyjne decyzje arbitrów na korzyść gospodarzy. Czy ktoś był przekupiony, czy tylko ulegał presji? Na to pytanie pewnie nigdy nie znajdziemy ostatecznej odpowiedzi, choć w propagandowej, faszystowskiej atmosferze wszystko było możliwe. Nie zmienia to faktu, że mundial był doskonale zorganizowany. Jak się oblicza przyjechało aż 40 tys. kibiców z sąsiednich krajów, którzy mogli korzystać z wysokich zniżek na podróże koleją. Poczta włoska wydała w milionowym nakładzie serię okolicznościowych znaczków, a w setkach tysięcy drukowano plakaty i kartki pocztowe z symbolami mistrzostw. Na każdym kroku podkreślano wpływy kasowe, do tego stopnia, że gdy zaszła konieczność powtarzania meczu Włoch z Hiszpanią pojawiły się plotki, że to ukartowana sprawa, by tylko więcej zarobić. Przed mistrzostwami powszechnie typowano finał Włochy – Austria. Losowanie zmieniło te prognozy, bo oba zespoły znalazły się w tej samej "połówce" turniejowej drabinki. Druga część, z Czechosłowacją i Niemcami, była znacznie słabsza. Przynajmniej to jedno przeczy tezie, że wszystko w mistrzostwach układane było "pod Włochów". Grano wówczas bez podziału na grupy, najprostszym systemem pucharowym, czyli przegrywający odpada. W pierwszej rundzie Włosi, występując w Rzymie w obecności Mussoliniego, bez problemów rozbili USA aż 7:1. Jak się okazało był to ich jedyny mecz bez jakichkolwiek kontrowersji. Wszystko przerosła ich rywalizacja w ćwierćfinale z Hiszpanią, we Florencji. Trwała aż 210 minut! Pierwszy mecz, po dogrywce zakończył się remisem 1:1. Baraż rozegrano już następnego dnia (!). Włosi wygrali 1:0, ale do dziś o sędziowaniu tych spotkań krążą legendy. Hiszpanie, z genialnym Ricardo Zamorą w bramce i Isidro Langarą w ataku, byli bliscy sukcesu, mając w pierwszym meczu doskonałe sytuacje. Pod koniec gra była bardzo ostra z obu stron, a belgijski sędzia Louis Baert kompletnie sobie nie radził z falą fauli. W efekcie w barażu oba zespoły musiały dokonać łącznie aż 11 zmian! Włochom udało się postawić na nogi swojego lidera Meazzę, zniesionego pod koniec z boiska. Bardziej ucierpieli Hiszpanie, którzy wymienili aż siedmiu zawodników, tracąc przede wszystkim będącego w wybornej formie Zamorę, najlepszego bramkarza świata. Był cały poobijany, bo Włosi grali bardzo agresywnie i atakowali go w wyskokach łokciami i kolanami, albo po prostu wpadali na niego i taranowali. Wyrównujący gol dla Italii padł po faulu. Schiavio bez skrupułów tak blokował Zamorę, że Ferrari mógł strzelać nie obawiając się interwencji bramkarza. Rewanż był jeszcze brutalniejszy. Nasz "Przegląd Sportowy" pisał, że "nie przypominał spotkania piłkarskiego, a szereg pojedynków jiu jitsu". Decydującą, niechlubną rolę odegrał sędzia Rene Mercet, do dziś uznawany za jeden z "czarnych charakterów" w historii mundiali. Pochodził ze Szwajcarii, ale wielu umyka fakt, że z części tego kraju, która jest… włoskojęzyczna. Otwarcie i bez skrupułów faworyzował gospodarzy, brutalne zagrania przede wszystkim Montiego zostawiał bez konsekwencji, ulegał presji 40 tysięcy włoskich kibiców na stadionie we Florencji i przede wszystkim nie uznał Hiszpanom dwóch goli. Dopuszczał też do wielu fauli na Noguesie, który dobrze między słupkami zastępował Zamorę. Zdaniem wielu jedyna bramka meczu, po rzucie rożnym i główce Meazzy, też została zdobyta po nieprzepisowym blokowaniu bramkarza Hiszpanii. Oszustwa Merceta odbiły się tak szerokim echem, że po mistrzostwach jego macierzysta, szwajcarska federacja wyrzuciła go ze swoich szeregów. W opinii wielu obserwatorów zwycięstwo Włochów było bardzo szczęśliwe. Może gdyby nie Mercet, Hiszpanie nie musieliby czekać na tytuł mistrzowski aż do 2010 roku? W półfinale na Włochów czekali, tak jak się spodziewano, Austriacy. Jednak, ku zdziwieniu fachowców, grali nierówno.
W 1 rundzie zaskoczyli wszystkich in minus, bo zwycięstwo z Francją 3:2 wywalczyli dopiero po dodatkowych 30 minutach. To była pierwsza w historii mistrzostw świata dogrywka. W ćwierćfinale odzyskali uznanie kibiców, prezentując ładne, kombinacyjne akcje. Wygrali 2:1 "habsburskie derby" z Węgrami, którzy kończyli w dziewięciu bez wyrzuconego z boiska Marcosa i kontuzjowanego Avara. W "przedwczesnym finale", w Mediolanie, jednak znowu rozczarowali. Być może dlatego, że wcześniej padał deszcz i boisko nasiąkło. Na grząskiej nawierzchni austriacki "wunderteam" nie mógł prowadzić swojej koronkowej, technicznej gry. Włosi pokazali natomiast wielką klasę. To był ich trzeci mecz w ciągu czterech dni (30 maja – z Hiszpanią, 1 czerwca – baraż z Hiszpanią, 3 czerwca – z Austrią)! Byli doskonale przygotowani nie tylko kondycyjnie, ale i mentalnie, sześciotygodniowe zgrupowanie w górach, a potem w Rovecie koło Florencji uczyniło z nich niezłomną drużynę. Wygrali 1:0, będąc przez cały mecz zespołem lepszym. Jednak uznanie gola dla Italii było absolutnym skandalem. Sędziował Ivan Eklind ze Szwecji i w najłagodniejszej dla niego wersji można przypuszczać, że był zasłonięty i nie widział dobrze całej akcji. Faul był jednak więcej niż oczywisty. Bramkarz Austrii złapał piłkę po strzale i gdy klęcząc trzymał ją w rękach, wpadł na niego z impetem Meazza. Platzer padł i wypuścił piłkę, a gdy ponownie po nią sięgał, nadbiegający Guaita wepchnął ją tuż sprzed linii bramkowej do siatki. "Ślepy" Eklind chyba w nagrodę został wyznaczony do sędziowania kolejnego meczu Włochów, finału z Czechosłowacją. To też wzbudziło kontrowersje, bo wyznaczono go w ostatniej chwili (pierwotnie arbitrem miał być Baert, który prowadził pierwszy mecz Italii z Hiszpanią). Włosi zdobywali z Hiszpanami i Austriakami tylko po jednej bramce, zawsze w ogromnym zamieszaniu i po bezpośrednim ataku na bramkarza. Do dziś, gdy ogląda się archiwalne filmy, zadziwia niesamowita żywiołowość i agresywność włoskiego napadu. Górna piłka w pole karne przeciwnika i potem ostra walka z użyciem wszelkich środków, dozwolonych i niedozwolonych. Dopiero w finale Włosi natknęli się na odważnego Planickę, mistrza bramkarskiej gry na przedpolu i wtedy… wygrali dzięki pięknym strzałom z dalszej odległości. Trener Pozzo miał w ataku wielką gwiazdę mistrzostw Giuseppe Meazzę, a w środku pola Luisa Montiego, który dzielił i rządził, łącząc brutalne zagrania z inteligentnym rozgrywaniem piłki. Przede wszystkim miał jednak kolektyw. Nie brak głosów, że faszystowska atmosfera tamtych lat pozwoliła Pozzo, jak nikomu wcześniej i później, wytworzyć "wojenne" poczucie walki. Ewenementem jest, że w finale kapitanami obu drużyn byli bramkarze, Combi i Planicka. Dlatego, nie zapominając też o wspaniałej grze Zamory, nazwano ten mundial "mistrzostwami bramkarzy". 19 czerwca 1934 roku na trybunach rzymskiego Stadio P.N.F. (Narodowej Partii Faszystowskiej) siedział oczywiście Benito Mussolini. Sędzia Eklind przed meczem poszedł na jego trybunę, chwilę rozmawiali. To zdarzenie stało się później głównym argumentem, że sędziowanie było nieobiektywne. Owszem, nie obyło się bez kontuzji w drużynie czechosłowackiej (od pierwszej połowy mocno utykał Krcil), ale w rzeczywistości finał był prowadzony poprawnie, a same drużyny zachowywały się fair. Pamiętny jest obrazek, gdy urazu doznał Antonin Puc. Z boiska znieśli go wspólnie obaj trenerzy, ramię w ramię z Czechem Petru dźwigał Pozzo. Puc wrócił do gry po kilkunastu minutach i… zdobył gola dla Czechosłowacji. To była 71. minuta. Zaraz potem mogło być 2:0, ale piłki meczowej nie wykorzystał Svoboda, strzelając w słupek. Czechosłowacja grała świetnie, ale Włosi okazali się jeszcze lepsi, choć trener Pozzo nie wytrzymywał nerwowo i zaklinał bramkę Planički, stojąc tuż obok niej, za linią końcową. W. 81 minucie Orsi strzelił jednego z najpiękniejszych goli w historii meczów finałowych. Stojąc z piłką na linii pola karnego, zrobił obrót i pięknie uderzył lewą nogą. Potrzebna była dogrywka. W 95. minucie Schiavio, agresywnie, ale bez faulu wykorzystał niepewne zagranie obrońców i z kilku metrów huknął nie do obrony na 2:1 dla Włochów. Sukces faszystowskich organizatorów był wielki a Benito Mussolini mógł wręczyć ogromny puchar, Coppa del Duce, swojej drużynie.
7
Italia z dużą pomocą ,,Duce”(wiecie gdzie czytać):
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
7
Wspominamy zasłużonych prezydentów Blaugrany:
19 czerwca 1919 r. Ricard Graells został nowym prezydentem FC Barcelony, zastępując na stanowisku samego Joana Gampera, który odszedł ponieważ coraz bardziej przeszkadzało mu powolne odchodzenie od idei amatorstwa w sporcie. W trakcie krótkiej kadencji Graellsa klub nadal wspierał działania niepodległościowe(brał czynny udział w Dniu Katalonii), liczba socios wzrosła do 3127 a klub po raz pierwszy w historii pozbył się całego długu. Również pod kątem sportowym roczna kadencja była udana ponieważ Blaugrana zdobyła mistrzostwo Katalonii oraz Puchar Króla.
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@AssisMoreira
@kamyk_23
1
@Adran360 O panocku, golazo!
1
Wprawdzie zawsze lubiłem(i lubiłem oglądać) reprezentacje Hiszpanii, zwłaszcza kiedy prym wiedli w niej piłkarze Barcy, jednak wczoraj bardziej podobała mi się Chorwacja i bardzo mi jej szkoda, gdyż z przebiegu rozgrywek to właśnie ona według mnie zasłużyła na triumf w Lidze Narodów. No ale cóż, rzuty karne to ,,taniec diabła" jak mawiają latynosi. Inna sprawa to dobrze że wreszcie zakończyły się tak prestiżowe mecze w niedziele niemal do północy(!), gdzie człowiek musi rano wstawać do roboty, w której tylko się męczy! Poza tym ten regulamin w Lidze Narodów po zakończonym sezonie bardzo mi się nie podoba. Po jakiego grzyba grać te dogrywki? Nie można od razu przystąpić do serii rzutów karnych? A dzisiaj chodze i pisze jak skacowany po libacji...
4
@FCBparasiempre
Marcelo Bielsa będzie dopiero drugim zagranicznym selekcjonerem w 121-letniej historii reprezentacji Urugwaju. Patrząc na to, jak wiodło się pierwszemu ,,stranieri” na tym stanowisku, nie ma się co dziwić niechęci urugwajskich decydentów do obcokrajowców. Lata 90-te były wyjątkowo trudne dla reprezentacji Urugwaju. Mimo niezłego pokolenia Urusi nie potrafili zakwalifikować się na dwa kolejne mundiale (1994, 1998). Nadejście lepszych czasów zwiastował jednak dobry występ na Copa America w 1999 r. (II miejsce). Aby nie zepsuć tego potencjału, postanowiono przeprowadzić zamach na urugwajską tradycję i po raz pierwszy w dziejach zatrudnić szkoleniowca spoza Urugwaju. Wybór padł na byłego selekcjonera reprezentacji Argentyny, Daniela Passarellę. ,,Czuję się dumny, że jestem pierwszym zagranicznym trenerem. To trudne, ale i piękne wyzwanie. Oferuję profesjonalizm, powagę i pracę. Nie obiecuję żadnych triumfów, bo to byłoby nieodpowiedzialne”- stwierdził Pasarella na inauguracyjnej konferencji prasowej. Z kolei już w rozmowie „Off the record” z urugwajskimi dziennikarzami miał dodać: ,,W River Plate występowałem z Rubenem „Polillitą” Da Silva, który namawiał mnie do pracy w Urugwaju któregoś dnia. Z kolei później poznałem Paco Casala, który zainicjował spotkanie ze mną oraz z synem prezydenta Urugwaju, Julio Marii Sanguinettiego, którym powiedziałem, że jestem gotów podjąć pracę w ich kraju. I tak to się zaczęło”. Osoba Paco Casala jest kluczowa, aby zrozumieć, jak doszło do zatrudnienia mistrza świata 1978 i 1986 w drużynie La Celeste. W latach 80-tych Casal był czołowym agentem piłkarskim, mającym w swojej stajni największe urugwajskie tuzy (Carlos Aguilera, Hugo De Leon, Enzo Francescoli, Nelson Gutierrez czy Ruben Sosa). W 2000 r. odszedł z branży i skupił się na działalności medialnej. Założył firmę Tanfield, trudniącą się pośrednictwem w sprzedaży praw do najważniejszych transmisji sportowych, a także piłkarski kanał GolTV. Tanfield w niedługim czasie stał się największym dobrodziejem urugwajskiego futbolu. To on w większości opłacał rekordowy kontrakt Passarelli (600 tys. z 945 tys. dolarów rocznie). Na ironię zakrawa tylko fakt, że Argentyńczyk zrezygnował z pracy w głównej mierze po konflikcie z… Hugo De Leonem, a więc byłym podopiecznym Casala. Nie wyprzedzajmy jednak na razie faktów. Mamy kwiecień 1999 r. a „El Caudillo”, jak był nazywany w czasie swojej piłkarskiej kariery, przybył do Urugwaju, aby poprowadzić Urusów do MŚ 2002 w Korei Południowej i Japonii. Wątpliwości co do tego, czy to aby na pewno właściwa osoba na właściwym miejscu pojawiły się już w momencie ogłoszenia jego nominacji. Konfliktowy charakter to jedno. Passarella właśnie opuścił reprezentację Argentyny, w której zasłynął z niepowoływania zawodników z… kolczykami i długimi włosami. Dlatego m.in. na MŚ 1998 do Francji nie pojechał Fernando Redondo. Argentyńczyk nie wierzył także w sportowe prowadzenie podopiecznych, stąd częste kontrole antynarkotykowe. Zwolenników nie zjednał mu również nieudany występ Albicelestes na francuskim mundialu (1/4 finału po porażce z Holandią). Tym bardziej że w Urugwaju wcale nie uważano, że potrzebują zagranicznego selekcjonera. Faworytem kibiców był Victor Pua, który z młodymi Urusami zdobył wicemistrzostwo świata U-17w 1997 r. i zajął 4. miejsce na MŚ U-20 w 1999 r. Tuż przed rozpoczęciem kadencji Passarelli, z Los Charruas wywalczył także srebro na Copa America. Nikt lepiej niż Pua nie znał zatem potencjału urugwajskiej kadry, a także nie rozumiał słynnego ducha „Garra Charrua”, który oznaczał determinacje, wolę walki i serce do gry. Jak już się jednak rzekło na wstępie, w Urugwaju w tamtym czasie piłkarski związek nie miał za wiele do powiedzenia. Ogon kręcił psem, a tym ogonem była firma Tanfield, która wymarzyła sobie właśnie Passarellę. Od początku kadencji Argentyńczyka, gra Urugwaju była jednak daleka od optymalnej. W serii sparingów przed rozpoczęciem kwalifikacji do azjatyckiego mundialu 2-krotni mistrzowie świata wygrali z Kostaryką (5:4) i Wenezuelą (2:0), zremisowali z Ekwadorem (0:0) oraz przegrali z Paragwajem (0:1). Gwizdy kibiców i pierwsze słowa krytyki wśród dziennikarzy pojawiły się zwłaszcza po dwóch ostatnich meczach. Już wtedy dało się odczuć, że argentyński trener nie radzi sobie z presją. Gdy na łamach „Ultimas Noticias” pojawił się krytyczny artykuł na temat gry Urusów, Passarella wysłał odpowiedź dziennikarzowi Jose Victorovii Garcii. „Przyjmuję krytykę, ale pod warunkiem, że nie ma złych intencji” – napisał. To był zresztą początek długiej batalii selekcjonera z urugwajskimi żurnalistami. Chwilę później Enrique Yannuzzi na antenie Radio Universal 17 wygłosił pamiętne przemówienie, w którym zaatakował Urugwajską Federację Piłkarską, mówiąc: ,,Nic się nie zmieniło, a wszyscy dookoła chcą nas przekonać, że tak właśnie jest”. Sam Passarella też był coraz bardziej zmęczony sytuacją wokół jego osoby. Przed pierwszymi bojami o punkty, wymarzył sobie mecz towarzyski z silnym europejskim rywalem. Wybór padł na silną wówczas Rumunię, która szykowała się do występu na EURO 2000. Koniec końców jednak mecz nie doszedł do skutku.
W marcu 2000 rozpoczęła się długo oczekiwana kampania kwalifikacyjna do MŚ 2002. Urugwajczycy na inaugurację pokonali skromnie Boliwię (1:0). Samo spotkanie było jednak tylko tłem do wydarzeń, które miały zmusić Passarellę do rezygnacji ze stanowiska selekcjonera reprezentacji Urugwaju. Argentyńczyk miał żal o to, że federacja nic nie robi z faktem, że kluby zagraniczne ociągają się ze zwalnianiem piłkarzy na zgrupowanie kadry. ,,Pracę zaplanowałem już dawno temu, tymczasem zawodników miałem do dyspozycji w niektórych przypadkach 48 godzin przed meczem. Po co więc to wszystko? Nie mogę pracować w takich warunkach, to byłaby kradzież pieniędzy”— przyznał. Prezes AUF, Eugenio Figueredo początkowo nie traktował poważnie słów Passarelli. W rozmowie z „El Observador” stwierdził nawet: – Nie można nikomu wmówić, że bez przygotowania nie da się pokonać Boliwii. Czy w 2000 roku będziemy rozmawiać o tym, jak nie możemy grać z Boliwią bez treningu? Proszę! Gdy jednak okazało się, że selekcjoner naprawdę nie żartuje, naprędce zorganizowano spotkanie kryzysowe w Buenos Aires, w którym oprócz Passarelli uczestniczyli wspomniany już Casal, a także jego wspólnik i były podopieczny, Nelson Gutierrrez, 57-krotny reprezentant Urugwaju. Na początku ustalono, czy podłoże decyzji to faktycznie problemy z wyegzekwowaniem od klubów terminowego zwalniania powoływanych piłkarzy, czy też w międzyczasie Passarella dostał jakąś intratną propozycję z Europy. ,,Powiedziałem więcej, niż pierwotnie zakładałem, ale po czasie poczułem ulgę. Czułem wcześniej niemoc, bo nie mogłem pracować tak jak chciałem”- przyznał trener w rozmowie z przedstawicielami firmy Tanfield. Na spotkaniu zapewniono zatem Passarellę, że w Urugwaju zrobią wszystko, aby poprawić formułę współpracy związku z klubami zagranicznymi, tak aby selekcjoner miał swoich podopiecznych do dyspozycji ok. 8-9 dni przed meczem. Gdy udało się ugasić pożar w kontaktach z klubami zagranicznymi, rozpoczęły się problemy z rodzimymi zespołami. A prym wiódł w tym jeden z największych, a więc Club Nacional de Futbol, prowadzony przez wspomnianego już Hugo De Leona. Przygotowania do czerwcowego meczu z Brazylią (1:1) zbiegły się w czasie z towarzyskim turniejem, w którym Club Nacional de Futbol miał zmierzyć się z River Plate. De Leon poprosił o zwolnienie z niektórych zajęć swoich podopiecznych: Fabiána Coelho, Gianniego Guigou i Alejandro Lembo. Passarella jednak nie zastosował się do prośby, co doprowadziło do furii szkoleniowca Albos. – Nacional nie jest klubem, który można tak traktować. Nie rozmawiam już z ludźmi, którzy nie dotrzymują słowa. Nie wywiązał się z umowy, bo zawodnicy nie stawili się na treningach – stwierdził. W ramach zemsty, klub z Montevideo nie puścił na październikowe starcie z Argentyną (1:2), Damiana Rodriguesa. W pierwszej części eliminacji Urusi radzili sobie „średnio na jeża”. Po dziesięciu kolejkach w 2000 r. zajmowali 5. miejsce z dorobkiem 15 punktów (cztery zwycięstwa, trzy remisy, trzy porażki). Urugwajscy fani narzekali na postawę swojego zespołu, a Passarella ewidentnie nie trzymał napięcia. W sierpniu 2000, przed wylotem reprezentacji do Bogoty, wymusił, aby do samolotu nie wpuszczono dwóch krytykujących ją dziennikarzy – Mario Bardanca i Enrique Yannuzzi. Miarka miała się przebrać jednak dopiero osiem miesięcy później. 2001 r. 2-krtoni mistrzowie świata rozpoczynali od ciężkiego spotkania z silnym Paragwajem. Passarella chciał zabrać urugwajską kadrę do Włoch na towarzyską grę ze Słowenią oraz sparing z Juventusem FC. Jak zwykle, na zgrupowanie powołał silną grupę z Nacional. Jakież było jego zdziwienie, gdy na zbiórce nie pojawił się Vicente Sanchez. Władze śnieżnobiałych tłumaczyły, że w tym samym czasie skrzydłowy będzie im potrzebny w rywalizacji z Deportes Concepcion w Copa Libertadores. ,,Dla Passarelli tego było już za wiele. Bez namysłu podał się do dymisji. – Przepraszam urugwajski naród, moich zawodników i sztab, ale nie mogę już dłużej znieść tej sytuacji. Zwłaszcza, że to nie pierwszy raz. Rezygnuję tylko i wyłącznie z powodu wiecznych problemów z Nacionalem”– ogłosił, przypuszczając atak na Club Nacional de Futbol. Na odpowiedź ze stolicy Urugwaju nie trzeba było długo czekać. ,,Trudno uwierzyć, że sytuacja uległa degeneracji aż do tego stopnia. Tym bardziej że wcześniej zwykle radziliśmy sobie z tego typu sytuacjami”– stwierdził prezydent klubu z Estadio Gran Parque Central. Okazji do kolejnego ataku na Passarellę nie mógł sobie odmówić również De Leon. ,,On zdradził grupę biznesową, która go zatrudniła, a także kibiców, którzy pokładali w nim nadzieje. Opuścił okręt w połowie rejsu, a przecież początkowo nikt go nie chciał”– powiedział. Dodał również, że jego zdaniem konflikt z największym urugwajskim klubem był zwykłą zasłoną dymną, gdyż Argentyńczyk miał mieć w tym czasie propozycje pracy z AC Parma i Interu Mediolan. Plotki wzmocnił jeszcze fakt, że w czasie rezygnacji Passarelli, we Włoszech widziany był Paco Casal.
,,Nic nam nie pozostawił, nie pokazał w futbolu niczego nowego. Jednak jeśli ktoś zachowuje się jak on, niczego innego nie można się spodziewać”– podsumował prawie dwuletnią kadencję Argentyńczyka. Najbardziej dotknięci woltą Passarelli mogli czuć się ludzie z Tanfield. Jeden z nich, legendarny Enzo Francescoli przyznał po kilku miesiącach: ,,Długo walczyliśmy o niego, daliśmy mu posiadłość, wspieraliśmy go. Żaden selekcjoner nie miał u nas tak dogodnych warunków do pracy. Ludzie czuli się zdradzeni, nie tylko ci, którzy byli jego zwolennikami. To była zdrada całego Urugwaju. A tak, w obszernym podsumowaniu, „La Observador” rozliczałł się z rządów Argentyńczyka: „Daniel Alberto Passarella, porywczy, pryncypialny, uparty facet, popełnił grzech łatwowierności, kiedy przybył do Urugwaju. Być może jako sposób na okazanie ulgi po presji, którą, jak powiedział, otrzymał w Argentynie, kiedy prowadził drużynę narodową, myślał, że przybywa do raju. Zgromadził czołowych liderów klubów i wywiązał się z rzekomego zobowiązania bezwarunkowego poparcia dla reprezentacji. Urugwaj nie awansował na dwa ostatnie mistrzostwa świata, a stara duma potrzebowała roszczenia. Po początkowym oporze niektórych lokalnych trenerów i naturalnej nieufności ludzi wobec zagranicznego trenera, chęć do pracy i zawodowa powaga Passarelli stopniowo zyskały szacunek i sympatię większości. Wszystko wyglądało dobrze z zewnątrz. I wewnętrznie, wybór przeplatał biel z szarością. Jednak trudna droga do kwalifikacji była wciąż otwarta: jest piąty w tabeli, gdy Ameryka Południowa ma cztery miejsca na mundialu i możliwość kolejnego poprzez play-offy. Ale w końcu pojawiła się surowa rzeczywistość poszczególnych nieudogodnień. Nacional przejął inicjatywę, jeśli chodzi o stawianie przeszkód w połączeniach. A trener Hugo de León – grał w River w czasach Passarelli – był chorążym ruchu oporu. Passarella kilka razy prosił kluby o przestrzeganie ustaleń. I powiadomił Francisco Casala, biznesmena, który zarządzał jego przybyciem, że jeśli tak się nie stanie, posunie się do ekstremalnych działań. Wczoraj znów w pełni pokazała się osobowość Passarelli: poczuł się wyśmiany i zrezygnowany. Na pewno bez wtórnych spekulacji. I bez mierzenia konsekwencji. Ponieważ teraz przyjdą nieugięci sędziowie postępowania innych, oportuniści, aby dyktować wyroki dla własnego interesu i opracowywać złośliwe domniemania. Passarella o tym wie. I podejmie ryzyko, jak również swoją niewinną naiwność”. Kadrę, ku radości kibiców, na stałe przejął Victor Pua, który na koniec eliminacji zajął w strefie CONMEBOL 5. miejsce i poprzez baraż interkontynentalny z Australią (0:1 i 3:0), po 12 latach przerwy, ponownie wprowadził Urusów na mundial. A AUF na kolejne 22 lata dał sobie spokój z zagranicznymi selekcjonerami. Jak teraz potoczą się losy Marcelo Bielsy…?
5
Pierwszym był Passarella. Teraz kolej na Marcelo Bielse(wiecie gdzie czytać):
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@kamyk_23
@AssisMoreira
5
@FCBparasiempre
Fabio Capello urodził się 18 czerwca 1946 r. w Pieris, małym miasteczku leżącym w połowie drogi między Udine i Triestem. Na jego dzień składały się dom, szkoła i piłka nożna. Grał w miejscowej drużynie amatorskiej. Tam, jako szesnastolatka, wypatrzył go Paolo Mazza, znany łowca talentów związany z drużyną SPAL Ferrara. Po rozmowach z Guerrino – ojcem Fabio – uzgodniono, że młody Capello zasili SPAL, a na konto zespołu z Pieris wpłyną dwa miliony lirów. I wtedy pojawił się Gipo Viani – twórca potęgi Milanu. Sprawa była prosta – chciał mieć Fabio w Milanie. Viani nie spodziewał się jednak, że zostanie odesłany z kwitkiem… “Przykro mi. Dogadałem się już z przedstawicielami SPAL. Dałem im słowo. Moje słowo“. Guerrino Capello nie dał się przekonać. Do dziś Fabio Capello z uśmiechem wspomina swe słynne “nie-przejście” do Milanu. Przeprowadził się do Ferrary. Pierwszy rok spędził w zespole Primavery. W kolejnym zadebiutował w Serie A. Łącznie zagrał cztery mecze, ale w międzyczasie zajmował się nauką. Dostał się na geometrię. SPAL spadło do Serie B, ale Mazza zadbał by w drugiej lidze zespół nie zabawił długo. Gdy w sezonie 1965/66 ekipa z Ferrary wróciła do Serie A Capello był już pewnym punktem drugiej linii. Dziewiętnastoletni pomocnik był również wyznaczony jako pierwszy do strzelania jedenastek. Drużyna nie miała wielkich gwiazd, ale była zwarta i to starczyło by się utrzymać. Kolejny sezon nie był już tak udany. Capello doznał kontuzji kolana i stracił połowę rozgrywek. SPAL bez niego nie dało rady utrzymać się w elicie. Jednak talent z Pieris nie musiał już grać w Serie B. Zgłosiła się po niego Roma. Nowy trener Romy Oronzo Pugliese dostał od działaczy wiele gwiazd. Do stołecznej drużyny przybyli Jair, Scaratti, Pelegalli, Taccola. Tą grupę uzupełniły jeszcze młode talenty: Cordova, Capellini, Ferrari i właśnie Capello. Debiutancki sezon w Rzymie nie był łatwy. Fabio znów miał problemy zdrowotne i zagrał tylko 11 spotkań. Latem jednak Roma zmieniła trenera. Przybył wielki Helenio Herrera. Zaufał umiejętnościom Capello. Pomógł mu się rozwinąć. “Jako gracz zawdzięczam mu wiele. Uwierzył we mnie. Nauczył mnie wielu rzeczy. Dzięki niemu dojrzałem taktycznie” – wspomina Fabio. W lidze rzymska jedenastka nie osiągnęła nic szczególnego. Zaledwie ósme miejsce osłodziło jednak kibicom zdobycie Pucharu Włoch. Swój wkład w ten sukces zaliczył również Capello. W ostatnim meczu grupy finałowej wbił dwa gole Foggii. Zdobycie Coppa Italia dawało kibicom Romy nadzieje na wielkie triumfy. Jednak kolejny sezon ligowy przyniósł zaledwie 11 miejsce. Lecz stołeczni kibice mieli jeszcze nadzieje, Roma zmierzała bowiem po Puchar Zdobywców Pucharów. W półfinale trafiła na Górnika Zabrze. Po remisie 1:1 w Rzymie Capello z kolegami pojechali do Zabrza. Już w 9′ Fabio stanął przed wielką szansą – karny dla Romy! Ustawił piłkę, kopnął…Hubert Kostka obronił. Dobitka Capello była już skuteczna. Wydawało się, że Roma jest w finale. Ale w ostatniej minucie karnego wykorzystał Lubański. Dogrywka. Górnik szybko wyszedł na prowadzenie za sprawą Lubańskiego, Roma nie poddała się i w 120′ wyrównała. Nie było wówczas zasady goli strzelonych na wyjeździe i nie strzelało się karnych po dogrywce. Obie drużyny czekał baraż na neutralnym boisku. W Strasburgu do przerwy prowadzili Polacy (gol Lubańskiego). Jednak w 57′ sędzia podyktował karnego dla Włochów. Capello podszedł do piłki i wyrównał wynik. Oba zespoły nie strzeliły już goli i o awansie decydował rzut monetą. Fortuna okazała się szczęśliwa dla Górnika. A dla Capello przygoda z Romą się skończyła. Zmienił się zarząd klubu i Fabio wraz ze Spinosim i Landinim, znalazł się na wylocie. Herrera protestował, ale zarząd się nie ugiął i cała trójka odeszła z Romy. Fausto Landini wspominał potem: “Fabio to mózg drugiej linii. Jego charakter powodował, że był prawdziwym liderem. Na boisko wchodził tylko po to by wygrać. Nie było z nim dyskusji podczas meczu – to on rządził. A poza boiskiem był najspokojniejszym chłopcem świata“. Capello nie musiał długo czekać na angaż. Od razu zgłosił się Juventus. Działaczy Bianconerich urzekła prostota z jaką grał, inteligencja taktyczna i wyraźny ciąg na bramkę. Podobnie jak w Romie stał się filarem, na którym opierała się gra całej drużyny. Przy okazji Fabio podglądał metody pracy Cestmira Vyckpalka, którego określał mianem “wielkiego psychologa”. Juventus dotarł do finału Pucharu UEFA, lecz przegrał. Capello przez sześć lat bronił biało-czarnych barw. Trzy razy sięgnął z tym zespołem po scudetto. Zagrał też ponownie w finale europejskiego pucharu. Tym razem tego najważniejszego. Jednak znów Włosi zeszli z boiska pokonani – Puchar Mistrzów pojechał do Amsterdamu. Pobyt w Turynie przyniósł Capello jeszcze jeden zaszczyt. W maju 1972 roku zadebiutował w reprezentacji Włoch. W błękitnej koszulce udało mu zapisać się na kartach historii. W listopadzie 1973 Włosi grali z Anglią na Wembley. Dotąd nigdy nie udało im się wygrać na Wyspach. Tym razem było jednak inaczej. Squadra Azzurra zwyciężyła 1:0, a gola zapewniającego ten historyczny triumf strzelił właśnie Capello. Przygoda z Juventusem skończyła się wraz z objęciem posady trenera przez Giovanniego Trapattoniego. Trap miał własną wizję drużyny i Capello się w niej nie mieścił. Trapattoni nie potrzebował geniusza drugiej linii – szukał kogoś od czarnej roboty. Poprosił Milan o Benettiego. W zamian oddał Capello. Fabio przeniósł się do Mediolanu i przez dwa lata grając u boku Gianniego Rivery był podstawowym graczem Rossonerich. Zdobył Coppa Italia. Później jego gwiazda zaczęła blaknąć. Dopadły go kontuzje. Stracił miejsce w podstawowym składzie w sezonie, w którym Milan wywalczył swoje dziesiąte scudetto. Kolejny rok zaczął słabo. Grał bardzo mało. Wiosną 1980 roku Fabio stwierdził, że nie ma już nic do zaoferowania jako piłkarz. Jego piłkarski ekspres zajechał już do stacji końcowej. Swój ostatni mecz rozegrał na Stadio Olimpico przeciwko Lazio. Trener Giacomini wpuścił go na 20 minut. Po tym meczu zawiesił buty na kołku. Jednak nie pożegnał się z piłką. Milan mu nie pozwolił. Od razu objął posadę opiekuna Allievi – jednej z młodzieżówek Milanu. Rok później odniósł pierwszy sukces na ławce trenerskiej. Wraz z ekipą Beretti Rossonerich wywalczył tytuł mistrzowski. W międzyczasie świetnie sobie radził również w roli telewizyjnego eksperta i często był zapraszany do studia podczas relacji meczów piłkarskich. Od 1982 do 1986 r. był trenerem Primavery Milanu. Z tą drużyną zdobył Puchar Włoch i dotarł do finału Mistrzostw Włoch. W roku 1986 został asystentem Nilsa Liedholma. Rok później zastąpił go na ławce Milanu. Na przełomie marca i kwietnia 1987 r. Milan w 4 meczach zdobył tylko jeden punkt (porażki z Brescią, Sampdorią i Avellino, remis z Fiorentiną). Liedholm podszedł do Gallianiego i powiedział: “Mam już dość. Potrzeba nowego trenera. Macie go pod ręką. Capello jest gotowy“. Szwed miał rację. Capello doprowadził Milan do piątego miejsca i wygrał baraż z Sampdorią o miejsce w Pucharze UEFA. A potem opuścił zespół. “Już nie będę trenował zespołów piłkarskich. Chciałbym zostać menadżerem“. Berlusconi zatrudnił więc Sacchiego, ale nie zapomniał o Fabio. Powierzył mu stanowisko menadżera nowopowstałej Grupy Sportowej Mediolanum. Obejmowała cztery dyscypliny: hokej, rugby, siatkówkę i baseball. Pod rządami Capello Mediolanum osiągnęło spore sukcesy. Rugbiści wywalczyli scudetto, którego brakowało dotąd Mediolanowi. W tym samym czasie Fabio dokształcał się: język angielski, organizacja przedsiębiorstw… Nic nie było związane z futbolem. Ale nie dał o sobie zapomnieć. Gościnnie komentował mecze. W 1991 r. Sacchi zdecydował się objąć kadrę Włoch. Berlusconi potrzebował nowego trenera. Nie musiał szukać daleko… Był 19 czerwca 1991 roku. Capello pojawił się na konferencji prasowej i powiedział: “Jestem dumny, że mogę kontynuować pracę Arrigo Sacchiego, najodważniejszego trenera na świecie“. Przez pięć lat Capello prowadził Milan. Zadziwił wszystkich. Panucci i Boban byli postrzegani jako dwa najtrudniejsze charaktery w Milanie. Capello okiełznał je i wykorzystał dla dobra drużyny. Wyprowadził na sam szczyt Dejana Savicevica. Imponował umiejętnością rozwiązywania problemów: w finale Ligi Mistrzów ’94 nie mógł skorzystać z Van Bastena (kontuzja) oraz Baresiego i Costacurty (kartki). Bukmacherzy nie widzieli innego wyjścia niż wygrana Barcelony. Capello miał inne plany – zestawił skład, opracował taktykę i rozgromił Katalończyków. Był prawdziwym skarbem Milanu. Podobnie jak Sacchi wygrał scudetto już w pierwszym sezonie pracy. A potem wywalczył jeszcze trzy mistrzostwa, Puchar Mistrzów, Superpuchar Europy i trzy Superpuchary Włoch – bilans iście królewski. Z opinią wybitnego szkoleniowca opuścił Milan i został trenerem Realu Madryt. Ze sobą zabrał Panucciego. W Hiszpanii potwierdził swoje walory i doprowadził Królewskich do tytułu mistrzowskiego. Wszystko stało przed nim otworem. Jednak hiszpańska przygoda potrwała zaledwie rok. “Miałem problemy z prezydentem Sanzem. Za wszelką cenę chciał żeby grał jego syn. Nie toleruję wtrącania się w moją pracę. Gdyby nie to, zostałbym w Madrycie. Lecz odchodzę“. Capello wrócił do Włoch i nie musiał długo czekać na nową pracę. Zadzwonił do niego Berlusconi i poprosił by Fabio przywrócił świetność Milanowi. Zgodził się, ale okazało się to wielkim błędem. Nie znalazł wspólnego języka z drużyną, która podzieliła się na dwa obozy. Jeden z nich stanowiła ‘Stara Gwardia’ – ludzie, którzy święcili sukcesy z Capello podczas jego poprzedniej przygody z Milanem. Drugi obóz stanowili młodzi lecz niekoniecznie dobrzy i niezbyt pasujący do koncepcji trenera gracze ściągnięci do klubu pod nieobecność Capello. Sezon zakończył się kiepsko. Dziesiąte miejsce w lidze i porażka w finale Coppa Italia. Capello odszedł jednak z klasą. Nie szukał wymówek, całą winę wziął na siebie. Udał się na urlop i poświęcił się nowej pasji – grze w golfa. Odpoczynek Capello potrwał jeden sezon. Później zgłosił się Franco Sensi i zaproponował posadę trenera Romy. Sensi miał wielkie ambicje – chciał odzyskać scudetto dla Romy. Capello się zgodził. Jednak zanim odniósł sukces, musiał zapanować nad swymi graczami. Tak jak to zrobił w Milanie, a potem w Realu. Pierwszy sezon zakończył na 6. miejscu i wprowadził Romę do Pucharu UEFA. Kolejny przyniósł wyczekiwane scudetto. Roma zachwycała swoją grą a Capello po raz kolejny wyciągnął rękę do Panucciego. Nie wyszły jednak plany podbicia Ligi Mistrzów. W kolejnym sezonie Roma znów liczyła się w walce o tytuł mistrzowski i po pasjonującym finiszu udało jej się w ostatniej kolejce przeskoczyć prowadzący w tabeli Inter. Jednak to samo udało się Juventusowi i Capello musiał zadowolić się drugim miejscem. Przed sezonem 2002/2003 zespół nie został wzmocniony i Capello otwarcie mówił, że postara się zakwalifikować do Pucharu UEFA. Nie spodobało się to Sensiemu, ale zamiast poszukać wzmocnień dla drużyny zaczął krytykować Capello. Roma grała bardzo chimerycznie, ale i tak zdołała dojść do drugiej fazy grupowej Ligi Mistrzów. W sezonie 2003/2004 Capello poprowadził Romę do wicemistrzostwa. Po zakończeniu rozgrywek nieoczekiwanie podpisał trzyletni kontrakt z Juventusem. Nieoczekiwanie -gdyż jeszcze kilka miesięcy wcześniej podkreślał, że nigdy nie zasiądzie na ławce Bianconerich. Capello nie mógł się jednak oprzeć wyzwaniu, jakie stanowiło zastąpienie Marcello Lippiego w Turynie. W kolejnych dwóch sezonach zdobył dwa mistrzostwa kraju, a jego drużyna pozostawała na czele Serie A nieprzerwanie przez 76 kolejek. Kibice jednak zarzucali mu kiepski styl odnoszonych zwycięstw, a także mieli za złe odsunięcie na boczny tor takich symboli Juventusu jak Tacchinardi czy Del Piero. Nieudana była też przygoda Bianconerich pod wodzą Capello w Europie – zespół dwukrotnie odpadał w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Po wybuchu afery Calciopoli zdecydował, że nie ma czego dłużej szukać w Juventusie i odszedł, by ponownie objąć stery Realu. Z Królewskimi zdobył mistrzostwo Hiszpanii, jednak kilka dni po zakończeniu rozgrywek został zwolniony. W 2008 roku zatrudniony został na stanowisku selekcjonera reprezentacji Anglii. Awansował z nią na mundial, na którym drużyna z Wysp odpadła w 1/8 finału. Mimo to pozostał na stanowisku aż do 2012 roku, gdy podał się do dymisji po tym, jak nie zgodził się z decyzją Federacji o odebraniu Terry’emu opaski kapitana. Z Anglii przeprowadził się do Rosji, gdzie również podjął się funkcji trenera reprezentacji narodowej. Udało mu się zakwalifikować do Mistrzostw Świata 2014, nie osiągnął na nich jednak oszałamiających wyników. W lipcu 2015 roku strony postanowiły się rozstać. Przez dwa lata pozostawał bezrobotny by w 2017 roku podjąć się szkolenia Jiangsu Suning, Spędził w Chinach niespełna rok i w kwietniu 2018 roku ogłosił definitywne zakończenie kariery trenerskiej. Od tamtej pory realizuje się jako komentator.
5
Wybitne legendy włoskiego futbolu:
@Rastafarnianin
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
7
RFN po raz pierwszy:
18 czerwca 1972 r. RFN pokonuje ZSRR 3:0(Mueller 27 i 58 m. oraz Wimmer 52) w czwartym w historii finale mistrzostw Europy. Faworytami byli Niemcy, których od ośmiu lat prowadził Helmut Schoen. Jak sam potem powiedział: ,,Zespół z 1972 roku był najlepszym jaki prowadziłem”. Zaledwie kilka tygodni wcześniej obaj finaliści zagrali ze sobą mecz towarzyski na otwarcie Stadionu Olimpijskiego w Monachium. RFN wtedy odniosło wysokie zwycięstwo 4:1. Nie tylko sam wynik robił wrażenie ale i okoliczności. Wszystkie 4 gole zdobył Gerd Müller między 49 a 65 minuta. Niebywałe! Tak zaczęła się historia Stadionu Olimpijskiego, który już nie służy futbolowi lecz przez 30 lat był jedną z najważniejszych piłkarskich aren. Dominacja Niemców w finale była niepodważalna. Po kilku zmarnowanych okazjach w końcu Müller w swoim stylu otworzył wynik. W drugiej połowie dobili rywali. Najpierw Herbert Wimmer podwyższył prowadzenie a potem swoją drugą bramkę zdobył legendarny snajper Bayernu, który w eliminacjach i turnieju finałowym zdobył łącznie aż jedenaście goli! Został królem strzelców ME z czterema golami. To najlepszy wynik mistrzostw, gdy rywalizowały w nich tylko cztery drużyny(cztery lata później ten rezultat powtórzył Dieter Mueller). Dwa lata później Beckenbauer i spółka potwierdzili swoją siłę, sięgając przed własną publicznością po mistrzostwo świata.
@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
0
@bodzio10 Nie no nie pierwszy raz! Tylko nie śledziłem jego kariery i jego prowadzonych drużyn. No chyba że prowadził Bayern ale jakoś tego nie kojarze...
10
Polska na mundialu w Argentynie 1978:
18 czerwca 1978 r. reprezentacja Polski pokonała w drugiej fazie turnieju Peru 1:0. ,,Jedna polska bramka na cenę medalowej szansy”– takim tytułem opatrzył „Przegląd Sportowy” relację z tego meczu. Biało-czerwoni znów nie zachwycili ale dzięki błędowi popełnionemu przez Jose Navarro oraz waleczności Grzegorza Laty i doskonałej grze głową Andrzeja Szarmacha zachowali szansę na miejsce w najlepszej czwórce turnieju. W naszej bramce pierwszy raz na mundialu zagrał Zygmunt Kukla. Golkiper Stali Mielec zastąpił Jana Tomaszewskiego, który zdaniem selekcjonera Jacka Gmocha zawiódł w spotkaniu z Argentyną. W tym meczu wreszcie nastąpiło „przebudzenie” Szarmacha. Był szybki, agresywny, ładnie głową zdobył gola a więc przed decydującym meczem stwarzał swą postawą nadzieję na sukces. Tu od razu nasuwały się uwagi o stosowaniu niewłaściwej taktyki. Wprowadzenie do gry Lubańskiego na pięć minut przed końcem za Bońka nie świadczyło o niczym. Wejście na drugą połowę meczu Kasperczaka za Masztalera było wzmocnieniem sił drugiej linii. Cały czas widać było przywiązywanie większej wagi do destrukcji niż konstrukcji, zbyt wielką troskę o własną bramkę nawet w sytuacji, gdy nasi piłkarze panowali na boisku, nadawali ton grze i tylko brak aktywności strzeleckiej nie pozwolił im tego udowodnić w odpowiednich proporcjach.
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
0
Wczoraj ogladałem spotkanie Belgii z Austrią. To dopiero było zacięte meczycho przez duże M! Bodaj od mundialu w Katarze nie widziałem tak dobrego meczu. A tak wyjątkowo dobrze grającej Austrii to w życiu nie widziałem!
Ten ich trener, jak mu tam? Rangnik? To niezły musi być z niego fachowiec...
8
Blaugrana w Copa del Rey:
18 czerwca 1981 r. FC Barcelona zdobyła 19-ty tytuł Pucharu Hiszpanii w historii. Blaugrana pokonała w finale Sporting Gijon 3:1 po dwóch golach Quiniego i jednym Estebana. Finał krajowego pucharu był ostatnią okazją do godnego pożegnania legend: Rexacha i Helenio Herrery, którzy po tym sezonie zakończyli kariery, odpowiednio zawodniczą i trenerską. Napastnik nie mieścił się już w pierwszym składzie i ostatni mecz oficjalny zagrał w ćwierćfinale tych rozgrywek. Herrera w wywiadzie pomeczowym stwierdził że potyczka jego drużyny była tysiąc razy lepsza od tej z finału Pucharu Europy w Paryżu pomiędzy Realem a Liverpoolem. Po dobrym występie Quiniego w finale szkoleniowiec był przekonany że handicap związany z porwaniem napastnika sprawił iż Duma Katalonii nie wygrała Primera Division. Skład Barçy z tego finału: Artola, Jose Ramos, Olmo, Alexanco, Paco Martinez (65 m. Tente Sanchez), Zuviria, Simonsen, Schuster, Esteban, Estella, Quini.
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@AssisMoreira