FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Panie i Panowie! Dzisiaj mija 50 lat od jedynego zwycięstwa Polski nad Anglią! Według niektórych źródeł, 6 czerwca 1973 roku na stadionie Śląskim w Chorzowie zmagania Polski i Anglii oglądało 90 tysięcy osób. Inne szacują tę liczbę nawet na 130 tysięcy. Zebrani na tym obiekcie kibice byli świadkami historycznego i(jak na razie) niepowtarzalnego wydarzenia. Był to dzień radości z pokonania tak silnego przeciwnika i dzień bólu dla asa polskiej drużyny, Włodzimierza Lubańskiego. To on zdobył drugą, przesądzającą o zwycięstwie bramkę, ale został też zniesiony z boiska po brutalnym faulu Roya McFarlanda. Była więc wielka radość i wielki ból. Kontuzja, której wtedy doznał, wykluczyła go z udziału w następnych meczach, w tym na Wembley(1:1, 17.10.1973), a także z gry w pamiętnych dla Polski finałach MŚ 1974, w RFN, gdzie biało-czerwoni zajęli trzecie miejsce. Jeden z brytyjskich serwisów internetowych zamieścił artykuł poświęcony temu wydarzeniu, który zatytułowano: "Jak McFarland odebrał Polakom mistrzostwo świata". Sugerowano, że z Lubańskim w składzie biało-czerwoni zajęliby najwyższe miejsce na podium. "To był wyjątkowy mecz, jeśli chodzi o moją osobę. Był ogrom radości ze zdobycia bramki i zwycięstwa nad Anglią, ale też nieszczęśliwy wypadek, ciężka kontuzja, która mnie wyeliminowała na długi czas" - wspominał legendarny napastnik Górnika Zabrze przy okazji ostatniego starcia z "Trzema Lwami"(1:1, 17.10.2012), w wywiadzie dla tygodnika "Newsweek". Pierwszego gola zapisano na konto Roberta Gadochy. W siódmej minucie, po jego rzucie wolnym, po którym pod bramką angielską było niesamowite zamieszanie, piłka wylądowała w siatce (niektóre źródła przypisują tego gola Janowi Banasiowi, a nawet samobójczemu rykoszetowi kapitana Bobby'ego Moore'a). Anglicy grali przez ostatni kwadrans w dziesiątkę. Niecodzienny faul popełnił Alan Hall, którego sędzia wyrzucił z boiska w 76. minucie. Po krótkiej przepychance z Lesławem Ćmikiewiczem, napastnik złapał rywala za szyję i uderzył kolanem w krocze. Po meczu rozczarowania nie ukrywał trener gości sir Alf Ramsey. "Nie wierzę, żeby Polska mogła zagrać lepiej, za to my mogliśmy i powinniśmy byli. Jednak jestem dumny z występu mojej drużyny" - podkreślił. Mecz w Chorzowie był pierwszym spotkaniem obu ekip o stawkę. Bardzo dobrze zaczęła się zatem rywalizacja o punkty z Anglikami, ale łączny bilans jest dla biało-czerwonych druzgocący. W 16 starciach o stawkę Wyspiarze triumfowali dziewięciokrotnie, a sześć razy padł remis - ostatnio 17 października w eliminacjach MŚ 2014 na warszawskim Stadionie Narodowym.
Mecz w 1973 roku był ważny także z innego powodu. Był "początkiem końca" kariery jednego z najlepszych polskich napastników - Lubańskiego - oraz cenionego angielskiego obrońcy - Moore'a. Ten pierwszy musiał zmagać się z kontuzją i długą rehabilitacją po zerwaniu więzadeł krzyżowych. Jak sam przyznał, nigdy nie wrócił już do tak dobrej formy. "Takie są fakty. Ta kontuzja wyeliminowała mnie na długi czas z gry. No niestety, tak się czasami zdarza w piłkarstwie zawodowym" - mówił w "Newsweeku". Wtedy także zaczął się schyłek kariery Moore'a - mistrza świata z 1966 roku. Powodem nie był jednak uraz, a boleśnie przegrana rywalizacja właśnie z Lubańskim. Rutynowany, 32-letni wówczas Anglik dał się ograć "jak dziecko" szarżującemu na niego napastnikowi reprezentacji Polski. Zwlekał z odegraniem piłki, ulegając zwyczajowi "mądrego" rozegrania, a nie wykopywania na oślep. Lubański odebrał ją Moore'owi i pognał na bramkę. W pełnym biegu strzelił w krótki róg bramki Petera Shiltona i było 2:0. To była 47. minuta meczu. Po "wpadce" w Chorzowie, trener Alf Ramsey powoływał jeszcze Moore'a do reprezentacji, by mógł pobić rekord Bobby'ego Charltona w liczbie gier w koszulce z trzema lwami, co się zresztą udało (108 razy), ale fatalny "kiks" w meczu z Polską oznaczał schyłek "ery Moore'a".
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
10
Zapomniane legendy polskiego sportu:
5 czerwca 1920 r. w Warszawie urodził się Tadeusz Świcarz. Napastnik, jeden z najlepszych piłkarzy w historii Polonii Warszawa, mistrz Polski z 1946 r. Wychowywał się na robotniczej Woli, gdzie latem grało się w piłkę nożną a zimą w hokeja. Kostek(jak go powszechnie nazywano) w wieku 8 lat trafił do Skry, a w 1937 r. przeszedł do Ursusa. Przed wojną udało mu się nawet załapać do robotniczej reprezentacji Polski, z którą pojechał na turniej do Francji. Jego fenomen polegał na tym, że był świetny w dwóch dyscyplinach: ,,To był kapitalny piłkarz. Szybki, ruchliwy i miał świetny drybling. A wie pan, dlaczego z niego taki drybler był? Bo był też hokeistą, i to jakim! Na lodzie, tak jak na murawie, grał na środku napadu. A w hokeju trzeba umieć lawirować między obrońcami. I on to przenosił na boisko piłkarskie” – mówił dla Przeglądu Sportowego jego kolega z boiska bramkarz Zdzisław Sosnowski. Kostek przed wojną awansował do pierwszej drużyny hokejowej Polonii a w 1939 r. otrzymał nawet powołanie do kadry olimpijskiej. Pięknie rozwijającą się karierę piłkarsko-hokejową przerwała wojna. Tadeusz Świcarz był aktywnym uczestnikiem rozgrywek konspiracyjnych jako zawodnik Varsovii. Mimo że nie angażował się w działalność podziemia, został w 1942 r. wywieziony na roboty do III Rzeszy. Wylądował u austriackiego rolnika, który traktował go zupełnie przyzwoicie, jednak uciekł przy pierwszej nadarzającej się okazji i wrócił do Warszawy. Dostał pracę w fabryce Toebbensa, a że jej dyrektor był przed wojną bramkarzem w Hamburgu, zgodził się na powstanie zakładowej drużyny. Kostek ściągnął do niej z Ursusa m.in. Stanisława Woźniaka, z którym potem zdobył mistrzostwo Polski.
Powstanie Warszawskie zastało go na Woli, czyli w najgorszym możliwym miejscu. Przetrwał straszliwą rzeź tej dzielnicy i przedostał się 11 sierpnia na Starówkę, gdzie nie było dużo lepiej. Wzięty do niewoli jako cywil, na rozkaz Niemców chodził na szaber do opuszczonych kamienic. Po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie, potem do Lądka-Zdroju, skąd znowu uciekł. Do Warszawy wrócił już po „wyzwoleniu” i zgłosił się do Polonii Warszawa, która nieoczekiwanie została mistrzem Polski w pierwszych piłkarskich rozgrywkach po wojnie(1946). Jednocześnie grał w hokeja dla Legii Warszawa, co rodziło niekiedy komplikacje– np. przed decydującym meczem sezonu 1946 Polonia musiała go ściągać w trybie pilnym ze zgrupowania hokeistów. Opłacało się, bo dwa gole Świcarza zapewniły zwycięstwo 3:2 z AKS Chorzów i tytuł dla leżącej w gruzach stolicy. Potem jednak już nie było tak kolorowo. Polonia nie zgodziła się na patronat milicji, więc borykała się z coraz większymi problemami organizacyjnymi i finansowymi a dodatkowo Kostek poróżnił się z działaczami. Klub nie pomógł mu w leczeniu groźnej kontuzji, nie chciał także zwrócić kosztów dojazdu na mecz (inna sprawa, że musiał jechać na własną rękę, bo spóźnił się na zbiórkę…). W 1950 r. odszedł więc do Legii, stając się dla kibiców Czarnych Koszul zdrajcą. Zagrał tam siedem spotkań i zdobył jednego gola, po czym złapał kontuzję. Zaliczył jeszcze epizody w Śląsku Wrocław, Lotniku Warszawa i ponownie Legii, ale de facto w wieku 31 lat jego piłkarska kariera się skończyła. Ciągle jednak odnosił sukcesy w hokeju, z Legią trzykrotnie świętował mistrzostwo Polski, znalazł się nawet w reprezentacji olimpijskiej na igrzyska w Oslo (1952). Jako hokeista grał jeszcze dla Gwardii Bydgoszcz i Znicza Pruszków, 16 razy reprezentował Polskę. Jako piłkarz w koszulce z białym orłem na piersi zagrał pięciokrotnie. Debiutował 11 czerwca 1947 r. w pierwszym powojennym meczu Polaków z Norwegią (porażka 1:3) a przygodę reprezentacyjną zakończył 6 listopada 1949 r. w wygranym 2:1 spotkaniu z Albanią.
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@AssisMoreira
@kamyk_23
@DaPidejpi
@patataj
0
@FCBparasiempre
Peñarol z minuty na minutę radził sobie coraz lepiej, ale Zamora dzielnie trwał na posterunku. Hiszpanie coraz częściej grali na czas i powoli odliczali już minuty do końcowego gwizdka. Wreszcie jednak na kwadrans przed końcem Urugwajczycy przeprowadzili akcję, która na zawsze zapisała się w pamięci świadków tego widowiska. Urugwajczycy nie potrafili sobie utorować drogi do bramki świetnie broniącego Zamory. W końcu Anselmo ograł dwóch obrońców, przerzucił piłkę do Suffiatiego i ruszył pędem w oczekiwaniu na podanie. Ale w to wszystko wmieszał się Piendibene: poprosił o futbolówkę, dostał ją, minął Urquizú i zbliżył się do bramki rywala. Zamora zobaczył, jak składa się do strzału w krótki róg, i rzucił się w tym kierunku. Tymczasem Piendibene, zamiast huknąć ile sił, posłał piłkę leciutkim uderzeniem w długi róg. Zamora zdołał jeszcze poderwać się na nogi i rzucić w przeciwną stronę, ale jedynie musnął palcami futbolówkę nieuchronnie zmierzającą do siatki – opisywał tamto trafienie Eduardo Galeano w swojej książce „Blaski i cienie futbolu”. Zamora wstał, otrzepał się z kurzu i pogratulował swojemu znakomitemu rywalowi. Rozradowana publiczność skanowała Piendi! Piendi! Peñarol! Peñarol! Peñarol wygrał i w następnym roku wybrał się na tournée po Europie. W ciągu trzech miesięcy stoczyli dziewiętnaście pojedynków. Organizacyjnie sporo było do poprawy i szwankowała skuteczność. Nie bez wpływu na to był pewnie fakt, że w kraju został dochodzący do zdrowia po kontuzji Piendibene. Na fali euforii po zdobyciu drugiego mistrzostwa olimpijskiego zdecydowano o zorganizowaniu meczu o Puchar Serrato. 7 października 1928 r. naprzeciw siebie stanęły zespoły Peñarolu i Nacionalu, w których składzie było jedenastu mistrzów olimpijskich – siedmiu z Nacionalu i czterech z Peñarolu. Los Carboneros przegrali 0:1, a po meczu ogłoszono, że Piendibene nie zagra w zaplanowanym na kolejną niedzielę ligowym pojedynku obu ekip. Dziennikarze i kibice, którzy zgromadzili się tamtego dnia na trybunach Parque Central nie mieli pojęcia, że ostatni raz oglądają Piendibene w akcji. Maestro odszedł w glorii mistrza Urugwaju. W tamtym sezonie Peñarol nie miał sobie równych i z łatwością zwyciężył w lidze. Dla Piendibene był to szósty mistrzowski tytuł. Wcześniej wygrywał w latach 1911, 1918, 1921, 1924 (FUF) i 1926. W sumie w ciągu 20 lat gry dla Peñarolu wystąpił w 506 meczach i strzelił 253 gole. Do dzisiaj ma na koncie najwięcej występów w prestiżowych derbach z Nacionalem, których zaliczył 62 i w których 21 razy wpisywał się na listę strzelców. W drużynie narodowej zagrał w 40 oficjalnych meczach i zdobył 20 bramek. Jeśli doliczymy te nieoficjalne z czasów rozłamu w argentyńskim i urugwajskim futbolu, to bilans będzie wynosił 56 występów i 26 bramek, w tym aż 17 goli, które strzelił Argentynie. Poza boiskiem był raczej wycofany, cichy i dyskretny, ale kiedy pojawiał się na murawie, to nie wahał się strofować i ustawiać kolegów. Świetnie sprawdzał się w roli lidera i potrafił znakomicie zmotywować swoich kolegów do lepszej gry. Był typem zawodnika, przy którym inni wchodzili na wyższy poziom. Nigdy nie krytykował kolegów za popełnione błędy i był pierwszym, który przychodził ich pocieszyć. Znakomicie odnajdywał się w polu karnym rywali. Nie straszne mu były tłok i zamieszanie pod bramką przeciwnika. Kiedy z czasem nieco wyłysiał i przybrał na wadze kilka kilogramów, to właśnie z tych przepychanek uczynił swój dodatkowy atut. Zawsze na pierwszym miejscu stawiał dobro zespołu i odrzucał wszystkie zbyteczne, niepotrzebne i popisowe zagrania. Nigdy nie wyśmiewał się z rywali i zawsze odnosił się do nich z szacunkiem. Wielokrotnie podkreślał, że futbol to gra zespołowa. ,,Stanowczo twierdzę, że możemy i powinniśmy grać zespołowo, bo właśnie zespołowość jest największą zaletą piłki nożnej i dodaje uroku tej pięknej i popularnej dyscyplinie”– mówił.
Przez 20 lat utrzymywał się na szczycie. Z decyzją o zawieszeniu butów na kołku nosił się już wcześniej. Nie do końca zaleczone urazy i tendencja do przybierania na wadze nie sprzyjały utrzymaniu wysokiej formy. Pamiętajmy, że grał w czasach futbolu amatorskiego, więc o jakiejkolwiek profesjonalizacji treningów nie było mowy. To, że mimo tych wszystkich przeciwności tak długo potrafił utrzymać się na szczycie, zasługuje na najwyższe słowa uznania. Jego klasę doceniano też w klubie. Mimo że ciągle był czynnym piłkarzem, to w 1924 r. został mianowany honorowym członkiem klubu. Swoją grą inspirował rzesze młodych urugwajskich adeptów futbolu, a pewnie dla wielu jest wzorem do dzisiaj. José Piendibene po dziś dzień uchodzi za najlepszego środkowego napastnika w historii Urugwaju – co do tego zgodni są wszyscy eksperci! Był symbolem i liderem pierwszego pokolenia zwycięzców, legendarnej generacji „1912”. Wysoki, silnie zbudowany, ciemny blondyn o regularnych rysach znamionujących inteligencję i siłę woli – stworzył podwaliny słynnej urugwajskiej szkoły futbolowej, opartej na bezbłędnym panowaniu nad piłką, nienagannej kondycji i sprawności oraz grze pełnej fantazji, łączącej harmonijnie naturalny temperament południowców z chłodną, wyrozumowaną myślą taktyczną. Mieszkanka tych cech miała zapewnić „celestes” na całe dziesięciolecia prymat w światowej piłce. „Maestro” wprowadził w powszechny obieg takie pojęcia jak „cortada” – krótki zwód, „cachetada” – lekkie trzepnięcie piłki, „escoba” – dosłownie miotła, szczotka, cofnięcie piłki pod podeszwą, tak jakby ktoś zamiatał podłogę… Bogactwo techniczne jego repertuaru dosłownie paraliżowało obrońców mających nieszczęście znaleźć się na drodze „Maestro”– barwnie charakteryzował go Tomasz Wołek. Do Peñarolu wracał dwukrotnie w roli trenera. Pierwszy raz 1934 r., a drugi w sezonie 1940/1941. Zmarł 12 listopada 1969 r. w Montevideo w wieku 79 lat. Był piłkarzem kompletnym, który wyróżniał się wizją gry, doskonałymi podaniami, precyzyjnymi strzałami, dryblingiem, grą głową i wspaniałymi piętkami. Śmiało można go uznać za symbol najwcześniejszej, romantycznej epoki południowoamerykańskiego futbolu. Jednym słowem po prostu MAESTRO.
4
@FCBparasiempre
Lata mijają a wielu znawców urugwajskiego futbolu uważa, że José Antonio Piendibene ciągle jest jednym z najlepszych środkowych napastników, których dał światu ten mały kraj znad La Platy. Przez 20 lat związany był z Peñarolem i dzisiaj jest jedną z największych legend klubu. Swoją grą i spojrzeniem na piłkę wprowadził ten zespół na wyższy poziom. Imponował znakomitym wyszkoleniem technicznym, zawsze z szacunkiem odnosił się do rywala i praktycznie nigdy nie cieszył się po zdobyciu bramki. Jego grę i wpływ na rozwój futbolu w Urugwaju najlepiej charakteryzuje otrzymany w wieku ledwie 21 lat przydomek Maestro. Położone nad wybrzeżem estuarium La Platy Pocitos jest dzisiaj ekskluzywną dzielnicą plażową Montevideo. Pod koniec XIX wieku było jednak tylko jednym z wielu biednych osiedli stolicy Urugwaju. Jednakże to właśnie tutaj przyszedł na świat jeden z najlepszych piłkarzy w historii urugwajskiej piłki. José Antonio Piendibene urodził się 5 czerwca 1890 r. Był najmłodszym z ośmiorga dzieci Dona Juana Piendibene i Doñy Rosy Ferrari. Urugwajski futbol był praktycznie jego rówieśnikiem. Na początku XX wieku o jakichkolwiek szkółkach czy zespołach juniorskich nikt nawet nie marzył. Kluby szukały kandydatów do gry w zespołach wprost na ulicach. Wielu ówczesnych urugwajskich piłkarzy zaczynało w drużynach osiedlowych czy ulicznych. Tak samo było z Piendibene. Początek jego piłkarskiej drogi trudno dziś jednoznacznie wskazać, bo pojawiają się różne wersje. Według jednej z nich już jako czternastolatek miał występować w zespole Washington, a w wieku siedemnastu lat miał zadebiutować w trzeciej lidze w barwach drużyny Buenos Aires. Stąd trafił do Interpido i po paru miesiącach sięgnął po niego Peñarol. Inna wersja mówi, że jako junior występował w Huracánie Pocitos i to z tego klubu trafił do Peñarolu. Niezależnie od tego, która z tych wersji jest bliższa prawdzie, to jedno wiemy na pewno – w 1908 r. został zawodnikiem Peñarolu. Przed rozpoczęciem sezonu najważniejsi klubowi działacze siedzieli w kawiarni La Paz na placu Cagancha i zastanawiali się nad przebiegiem nowej ligowej kampanii. Analizowali też raporty członków klubu o utalentowanych chłopakach, których warto byłoby ściągnąć do drużyny. Jednym z tych, którzy obserwowali grających na ulicach Montevideo młodych piłkarzy był José María Rodríguez. Poinformował on kierownictwo klubu, że zna chłopaka, który grał dla Buenos Aires i któremu warto przyjrzeć się bliżej. Działacze wybrali się do Pocitos, gdzie spotkali młodego Piendibene i zaproponowali mu grę dla Peñarolu. Chłopak jednak odmówił i z przykrością stwierdził, że jest już zawodnikiem Buenos Aires. Nie zraziło to klubowej delegacji, która nie miała zamiaru rezygnować z utalentowanego młodzieńca. Wszelkie argumenty, jakimi próbowano przekonać Piendibene do zmiany klubu zdawały się jednak na nic. Chłopak pozostawał niewzruszony. Z pomocą działaczom przyszedł dopiero starszy brat Ángel Piendibene, którego José darzył wielkim szacunkiem i liczył się z jego zdaniem. Delegat zwrócił się do niego niespodziewanie: „Chcę go zabrać do Peñarolu, ale on upiera się, że musi grać dla zespołu z sąsiedztwa”. Ángel spojrzał na swojego brata i spoglądając na jadący w kierunku centrum miasta tramwaj konny, czule dotknął ramienia brata i powiedział: „Potowarzysz temu dżentelmenowi”– opisywał okoliczności dołączenia Piendibene do Peñarolu Luciano Álvarez w swojej książce „Historia de Peñarol”. Tak zaczęła się przygoda Piendibene i Peñarolu, która będzie trwała 20 lat. Po latach piłkarz przyzna, że powodem jego pierwszej odmowy był fakt, że sympatyzował z Nacionalem. Jednak jego przyjaźń z José Maríą Rodríguezem i determinacja działaczy skłoniły go do zmiany zdania, a jego sympatie w naturalny sposób się zmieniły. W nowym zespole zadebiutował na krótko przed osiemnastymi urodzinami. 26 kwietnia zagrał w meczu z drużyną Club French i strzelił dwa z sześciu goli swojego zespołu. Grał wówczas jako skrzydłowy, a swoim występem w debiucie z miejsca zdobył sobie uznanie w oczach kibiców. Sympatycy klubu nadali mu wtedy jego pierwszy boiskowy pseudonim. Na cześć innego znakomitego zawodnika Juana Peny zaczęli nazywać Piendibene Penita. Szybko stał się powodem do dumy dla całego swojego osiedla, a młodzi chłopcy z sąsiedztwa bardzo często o nim rozmawiali i pokazywali na ulicach rodzicom, chcąc być takimi jak on. W 1909 r. do klubu przyszedł pochodzący ze Szkocji John Harley. Piendibene był oczarowany jego grą. Występujący w środku pola Szkot imponował grą głową, znakomicie potrafił się ustawiać i przewidywać boiskowe wydarzenia, dzięki czemu notował bardzo dużo przechwytów. Był też naturalnym liderem i w dużej mierze dzięki niemu Peñarol zmienił swój styl gry. Jak dotąd dominowała gra długimi piłkami, żeby jak najszybciej przedostać się pod bramkę rywali. Harley postulował grę krótkimi, bezpośrednimi podaniami, co wprowadzało na boisku większy spokój i porządek. Dzięki temu umiejętności takich zawodników jak Piendibene mogły zostać w pełni wykorzystane.
Penita wkrótce został przesunięty na środek ataku, a w 1911 r. był już podstawowym zawodnikiem zespołu. W tamtych czasach gra piątki ofensywnych graczy opierała się głównie na indywidualnych umiejętnościach. Skrzydłowi szaleli przy liniach, wdawali się w dryblingi, ale nie zawsze przynosiło to korzyść drużynie. Środkowi napastnicy bywali często osamotnieni i jeśli sami nie stworzyli sobie korzystnej sytuacji, to mogli raczej zapomnieć o bramkach. Harley i Piendibene stali się katalizatorami zmian w tej formacji. Krótkie, bezpośrednie podania spowodowały, że gra zyskała na płynności i efektywności. Defensorzy drużyn przeciwnych musieli się wówczas mocno napocić, żeby nadążyć za szybko grającymi piłkarzami Peñarolu. Ofensywny kwintet wreszcie zaczął grać zespołowo, co przełożyło się na większą liczbę dogodnych sytuacji. Częściej padały też bramki, co przyciągało na trybuny coraz większe rzesze kibiców. O ile nie brakowało wówczas znakomitych dryblerów, o tyle niewielu decydowało się na kiwanie tuż pod bramką rywala. Piendibene zmienił również to i ochoczo kładł na ziemi bramkarzy rywali, a sztukę dryblingu wyniósł na zupełnie nowy poziom. Dzięki swojej inteligencji był bardzo pojętnym uczniem i zawsze podkreślał zasługi Harleya w rozwoju swojego talentu. Uważał Szkota za wspaniałego nauczyciela i mimo że grali na różnych pozycjach, to bardzo wiele się od niego nauczył. Swój debiutancki sezon w Peñarolu Piendibene z kolegami zakończyli dopiero na siódmym miejscu w tabeli. Rok później było już dużo bliżej końcowego triumfu, ale musieli uznać wyższość Montevideo Wanderers, które wyprzedziło ich o jeden punkt. W 1910 r. lepsi o dwa oczka okazali się piłkarze River Plate F.C., ale w kolejnym sezonie nie było żadnych wątpliwości, który zespół jest najlepszy. Peñarol wygrał dwanaście z czternastu meczów i o dziewięć punktów wyprzedził drugich w tabeli Montevideo Wanderers. Piendibene był czołowym zawodnikiem zespołu, a Peñarol wielokrotnie udowadniał, że zawsze gra do końca. Gracze imponowali zaangażowaniem, sercem do walki i niejednokrotnie potrafili odwracać losy meczów. Nie odpuszczali do tego stopnia, że ukuło się powiedzenie, że mecz z Peñarolem nie może zostać uznany za zwycięski, dopóki sędzia nie zagwiżdże po raz ostatni. Piendibene wielokrotnie wprawiał w zachwyt kibiców swoimi pięknymi golami. Jednego z najładniejszych zdobył 29 września 1912 r. Peñarol grał wówczas w Copa Competencia ze swoim największym rywalem Nacionalem. Na dziesięć minut przed końcem meczu utrzymywał się rezultat 2:2, ale sędzia wyrzucił wówczas z boiska dwóch graczy Los Carboneros. Grając jedenastu na dziewięciu Nacional od początku dogrywki ruszył do śmiałych ataków. Peñarol zdołał jednak wyprowadzić kontrę, w której wywalczył rzut karny. Jedenastkę na gola zamienił Carlos Scarone i nagle zrobiło się 3:2. Podrażnieni stratą bramki piłkarze Nacionalu znowu rzucili wszystkie siły do ataku. W pewnym momencie piłkę przejął Piendibene. Podniósł głowę do góry i rozejrzał się komu podać, ale żaden z partnerów nie pokazywał się do gry. Ruszył więc sam do przodu, po drodze mijając kolejnych rywali. Żaden nie był w stanie odebrać mu piłki. Wreszcie wpadł w pole karne, wymanewrował bramkarza i skierował piłkę do siatki, zdobywając jednego z najpiękniejszych goli, jakie widziano w Montevideo. Najbardziej znanym z jego przydomków jest Maestro. Zaczęto go tak nazywać po meczu z Alumni Athletic Club z Argentyny. 25 sierpnia 1911 r. Peñarol rozgrywał spotkanie z zespołem z drugiej strony La Platy, a Piendibene zagrał jak profesor, mimo że miał wówczas ledwie 21 lat. O obliczu obrony zespołu Alumni decydował wówczas znakomity Jorge Gibson Brown. Piendibene dwukrotnie zdołał wymanewrować defensywę rywali. Pierwszy raz mimo asysty obrońców posłał piłkę tuż nad głową bramkarza Wilsona. Przy drugiej bramce znalazł się w podobnej sytuacji i raz jeszcze pokonał golkipera rywali. Będąc tuż przed Wilsonem, ponownie posłałem piłkę nad jego głową i zdobyłem bramkę. To właśnie wtedy, gdy szalejąca publiczność oklaskiwała gola, podszedł do mnie Jorge Brown i ściskając mi dłoń, powiedział: „Strzeliłeś dwie bramki godne mistrza futbolu. Chłopcze, jesteś jak maestro” – wspominał Piendibene. Nasz bohater bardzo szybko zyskał uznanie nie tylko w oczach kibiców i dziennikarzy. Jego klasę doceniali również rywale. Argentyński bramkarz Américo Tesoriere wspominał, że przed meczami z Urugwajem najwięcej zmartwień przysparzał mu właśnie Piendibene.
,,Wiesz dlaczego? Bo jego sposób gry był tak znakomity i wyjątkowy, że bez trudu potrafił nas ośmieszać. Rzucałeś się, próbowałeś sięgnąć piłki, ale uderzał pod takim kątem, że nie byłeś w stanie jej sięgnąć. Gra przeciwko niemu była najwyższym dowodem uznania”– opowiadał Tesoriere. Wszystko, co robił na boisku, przychodziło mu z łatwością i wydawało się dość proste. Jednak kiedy tylko ktoś próbował powtórzyć jego zagrania na treningach, momentalnie przekonywał się, że wcale tak nie jest. Wielu chciało go naśladować, ale żaden nie był w stanie mu dorównać. Mimo że wielu mogło się wydawać, że często ośmiesza rywali, to Piendibene zawsze darzył ich wielkim szacunkiem. Z tego też powodu praktycznie nigdy nie cieszył się po zdobyciu gola. Pierwszy raz błękitną koszulkę drużyny narodowej założył 10 października 1909 r. Miał wówczas 19 lat i 127 dni. W Buenos Aires Urugwaj przegrał jednak z Argentyną 1:3. Na swojego pierwszego gola w reprezentacji musiał poczekać do 29 maja 1910 r. Na rozgrywanym w Buenos Aires turnieju, którego uważa się za prekursora Copa América Urugwaj wygrał z Chile 3:0, a Piendibene otworzył wynik spotkania już w 5. minucie. Sześć lat później do stolicy Argentyny zawitały zespoły Brazylii, Chile i Urugwaju, żeby razem z gospodarzami wziąć udział w pierwszym turnieju o mistrzostwo kontynentu. 2 lipca 1916 r. Urusi wygrali w pierwszym, historycznym meczu Copa América z Chile 4:0. Piendibene strzelił dwie bramki i został autorem pierwszego gola w historii rozgrywek, pokonując w 44. minucie Guerrero. Pozostałe dwa trafienia dołożył inny znakomity gracz Peñarolu Isabelino Gradín. W drugim meczu Urugwaj pokonał 2:1 Brazylię, a w decydującym o tytule spotkaniu z Argentyną padł bezbramkowy remis, co oznaczało, że pierwszym mistrzem Ameryki Południowej został Urugwaj. Rok później w Montevideo potwierdzili oni swoją klasę, wygrywając wszystkie mecze. Piendibene jednak cały turniej spędził na ławce i ani razu nie pojawił się na boisku. Podobnie było w 1919 r., kiedy w Rio de Janeiro Urusi zajęli drugie miejsce. W 1920 r. rywalizacja o miano mistrza Ameryki Południowej przeniosła się do Chile. Piendibene wrócił na środek ataku i już w pierwszym meczu z Argentyną w 10. minucie wpisał się na listę strzelców. Drugie trafienie dołożył w wygranym 6:0 starciu z Brazylią. Wystąpił też w trzecim meczu z Chile, który Urugwaj wygrał 2:1, dzięki czemu po raz kolejny mógł cieszyć się z końcowego triumfu. W 1921 r. też był ważną częścią zespołu, ale w Buenos Aires najlepsi okazali się gospodarze, a Piendibene z kolegami musieli się tym razem zadowolić trzecią lokatą. W 1922 r. doszło do rozłamu w urugwajskim futbolu. Peñarol pozostawał poza oficjalnymi, uznawanymi przez FIFA strukturami, dlatego też jego zawodnicy nie mogli brać udziału w meczach kadry. Z tego powodu próżno szukać graczy Peñarolu w składzie reprezentacji, która w 1924 r. w znakomitym stylu sięgnęła po olimpijskie złoto. Piendibene był jednym z wielkich nieobecnych tamtej imprezy. Cztery lata później sam zrezygnował z podróży do Amsterdamu, tłumacząc się swoim nieco zaawansowanym już wiekiem. W lipcu 1926 r. w Urugwaju gościł Español Barcelona. Największą gwiazdą zespołu był znakomity bramkarz Ricardo Zamora. 14 lipca goście z Hiszpanii pokonali 1:0 zespół Nacionalu, który w składzie miał kilku mistrzów olimpijskich. Cztery dni później zaplanowano spotkanie z Peñarolem. Zawodnicy Los Carboneros byli bardzo zmotywowani i chcieli za wszelką cenę pokazać, że wcale nie są gorsi od tych, którzy w Paryżu oczarowali swoją grą Europę. Poza tym bronili honoru urugwajskiego futbolu, a kibice liczyli, że wezmą rewanż na gościach z Barcelony. 18 lipca na Parque Central próżno było szukać wolnych miejsc i wszyscy czekali na pojedynek Piendibene z Zamorą. ,,Zamora wiedział, jak wyjść z bramki jak skrócić kąt, był odważny i potrafił zachować spokój. To przede wszystkim. Ponadto czuł ogromne zaufanie i pewność siebie, co dawało mu dużą przewagę”– komplementował Zamorę Piendibene. Mecz zgodnie z oczekiwaniami był bardzo wyrównany. Żadna ze stron nie była w stanie stworzyć sobie przewagi i pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. W czasie przerwy Piendibene przez kilka minut siedział w milczeniu na ławce. W końcu jednak wstał i zwrócił się do kolegów: ,,Sposób, w jaki gramy, nie da nam wygranej. Musimy wrócić do naszej najlepszej gry i sprawić, żebyśmy znów mieli kontrolę nad piłką. To nasza główna zaleta”– mówił.
9
Maestro z Montevideo:
@Pawel13sz
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@kamyk_23
@DaPidejpi
@patataj
1
@FcPortoFan1999 Chcesz wierz, chcesz nie wierz! Jednak genialny ,,Ezi" był o klase lepszy od Lewandowskiego. Wilimowski wyczyniał takie cuda z piłką jak tylko Garrincha i Messi potrafili. Polecam poczytać o nim, wtedy wówczas można uwierzyć!
9
Ten mecz(choć przegrany) przeszedł do historii polskiego futbolu:
5 czerwca 1938 r. reprezentacja Polski rozegrała z Brazylią pierwszy w swojej historii mecz na mistrzostwach świata. Nikt nie miał pojęcia jak będzie przebiegał ten mecz. Brazylia była pierwszym przeciwnikiem z Ameryki Południowej, znane były w Polsce nazwiska jej najlepszych graczy z Leonidasem na czele, wiedziano że wszyscy są świetni technicznie ale czy są do pokonania? Na igrzyskach w Berlinie Polacy zobaczyli jak wygląda wielki turniej, więc nie jechali na mundial przestraszeni. W niedziele 5 czerwca po południu reprezentacja Polski wybiegła w następującym składzie: Madejski, Szczepaniak(kapitan), Gałecki, Góra, Dytko, Nyc, Piec, Piątek, Scherfke, Wilimowski, Wodarz. Mecz na Stade de la Meinau przeszedł do historii nie tylko Polski ale i mistrzostw świata. Remis 4:4 po 90 minutach, dogrywka, 11 goli, rywalizacja Leonidasa z Wilimowskim, 6:5 dla Brazylii- wszystko to decydowało o atrakcyjności. Na stadionie zebrało się około 15 tys. widzów. Było wśród nich wielu Polaków ale niezorganizowanych i rozproszonych po trybunach, więc ich doping był mało słyszalny. ,,Start Brazylijczyków był tak mocny że beznadziejny wydawał się wszelki wysiłek. Pierwszy gol dla Brazylii padł w 18 minucie i trzeba przyznać ze był on dojrzałym owocem zdecydowanej supremacji. Toteż nawet gdy Scherfke wyrównał po 5 minutach z karnego, za faul na Wilimowskim, który miał wszelkie szanse ulokować piłke w siatce, nie wierzyło się by mogło to skończyć się dobrze. Wprawdzie atak nasz miał kilka zrywów, wprawdzie pod bramką niebieskich piłkarzy tworzyły się niebezpieczne ogniska, jednak wyczuwało się że naszym brak sił, zdecydowania i pewności by je należycie wyzyskać. W ataku nie szło tak jak można było tego oczekiwać a ponieważ pomoc i obrona nie mogły wytrzymać nacisku, więc dwa załamania przyniosły utrate dalszych dwóch goli. Szczególnie trzeci był bolesny. Padł niemal w momencie gwizdu, zwiastującego zakończenie pierwszej połowy.
O ile wolno było wierzyć w wyrównanie przy 1:2, to 1:3 zdawało się przekreślać wszelkie nadzieje. Tymczasem zmieniła się pogoda. Z zachmurzonego nieba zaczęły już pod koniec pierwszej połowy padać pierwsze krople, które później zmieniły się w solidną ulewe. Wiedzieliśmy że Brazylijczycy boją się deszczu że obawiają się go jak najgroźniejszego przeciwnika. Liczyliśmy jedynie na zahamowanie tempa, które tak bardzo dało nam się we znaki”- pisał ,,Przegląd Sportowy”. Na drugą połowe Polacy wyszli całkiem odmienieni. Impet Brazylijczyków osłabiło coraz cięższe, mokre boisko ale i coraz lepsza, bardziej zespołowa gra polskiej drużyny, w której zresztą i tak nie wszyscy zagrali na swoim normalnym poziomie. Dotyczy to zwłaszcza Piątka, Pieca i bojaźliwego Wodarza. Coraz lepiej grał Scherfke, świetnie w środku boiska Dytko ale głównie to był mecz genialnego Wilimowskiego. W ciągu 6 minut po przerwie strzelił 2 gole, doprowadzając do remisu 3:3. Peracio odpowiedział golem na 4:3- strzelił z daleka, mokra piłka uderzyła w poprzeczke, w plecy Madejskiego i wpadła do bramki. Polacy się nie załamali, Wilimowski trafił w słupek. Piec nie trafił do pustej bramki. Deszcz ciągle padał. Na minute przed końcem na przebój zdecydował się Leonard Piątek. Minął dwóch Brazylijczyków, strzelił, w tłoku piłka odbiła się od Scherfkego, trafiła pod nogi Wilimowskiego, który nie zmarnował takiej okazji i wyrównał na 4:4! Przed dogrywką piłkarze poszli do szatni a Brazylijczycy zarzucali sędziemu że przedłużył mecz, dzięki czemu Polacy wyrównali. Nadzieje oparte na tym iż Brazylijczycy załamią się a na błocie nie będą w stanie przeprowadzić składnych akcji, spełzły na niczym. Już w 3 minucie dogrywki Leonidas strzelił 5 gola a 6 minut przed końcem szóstego. Zerwał się jeszcze raz Wilimowski, zdobywając niemal w ostatniej chwili piątego gola dla Polski a swojego czwartego. Żaden inny piłkarz na mistrzostwach świata nie dokonał przed nim takiej sztuki. Wilimowski dopiero kilkanaście dni po turnieju kończył 22 lata, był więc młodszy niż najlepszy polski napastnik w przededniu mistrzostw Europy 2012 Robert Lewandowski. O przegraną nikt nie miał pretensji. Porażka oznaczała jednak wyeliminowanie z turnieju.
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
12
Przełomowe daty w historii Dumy Katalonii:
5 czerwca 2008 r. Josep Guardiola podpisał kontrakt na prowadzenie FC Barcelony. Decyzja Joana Laporty o zatrudnieniu byłej gwiazdy wydawała się zaskakująca. Jedynym doświadczeniem trenerskim Guardioli było prowadzenie Barçy B, którą objął rok wcześniej i z którą wywalczył awans z czwartej do trzeciej ligi hiszpańskiej. Wśród potencjalnych następców Franka Rijkaarda wymieniało się Michaela Laudrupa a nawet Jose Mourinho ale ostatecznie zdecydowano się na 37-letniego Katalończyka, który podpisał dwuletnią umowę. Jak się okazało pan Laporta miał bardzo dobrego nosa. Swoją drogą bardzo ciekawe jak by to się potoczyło gdyby Laporta zdecydował się jednak zatrudnić Mourinho…?
@Symson
@Sensible
@AssisMoreira
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
2
Xavi, Chopie! Opamiętaj się i pozbądź się raz na zawsze takich zawodników jak Dembele, Kessie, Sergi Roberto, Marcos Alonso a zwłaszcza Ferrana Torresa i Erica Garcia. W przeciwnym wypadku marny twój los w przyszłym sezonie. Natomiast my cules będziemy przeżywać płacz i zgrzytanie zębów!
10
Niepełnosprawni zadziwiali świat:
W dzisiejszych czasach nie mieliby najmniejszych szans zapisać się na kartach piłki nożnej. Przyjrzyjmy się piłkarzom, którzy długie lata temu porywali tłumy i święcili sukcesy, pomimo niepełnosprawności ruchowej. W 1928 roku Urugwajczycy zdobyli złoty medal olimpijski, a dwa lata później zostali pierwszymi w historii piłkarskimi Mistrzami Świata. Jednym z najlepszych zawodników tej wspaniałej ekipy, który strzelił gola w finale Mundialu i trafił do jedenastki turnieju, był Héctor Castro. Wołano na niego El Divino Manco, czyli Cudowny jednoręki. Gdy miał trzynaście lat, uległ wypadkowi przy cięciu drewna, w wyniku czego stracił dłoń i część przedramienia prawej ręki. Nie przeszkodziło mu to w zostaniu jednym z najbardziej utytułowanych piłkarzy dwudziestolecia międzywojennego. W reprezentacji Urugwaju rozegrał 25 meczów i strzelił 18 goli.
Z niemal bliźniaczą niepełnosprawnością mierzył się Robert Schlienz. Legenda VfB Stuttgart brała czynny udział w II Wojnie Światowej jako żołnierz Wehrmachtu. Z frontu powrócił bez żadnych fizycznych ograniczeń. Co prawda podczas wojennych zmagań dosięgła go kula z karabinu wroga, jednak szczęśliwie skończyło się jedynie na złamaniu szczęki. W sierpniu 1948 roku miał już mniej szczęścia. Tuż po śmierci swojej matki, gnał pożyczonym samochodem na trening Stuttgartu. W pewnym momencie stracił panowanie nad pojazdem i uległ poważnemu w skutkach wypadkowi. Jego pochodną była konieczność amputacji lewej ręki. Wydawało się zatem, że tym samym piłkarska kariera Niemca dobiegła końca. Nic z tych rzeczy. Schlienz został kapitanem VfB, prowadząc swój zespół do Mistrzostwa Niemiec w 1950 i 1952 roku oraz do zdobycia krajowego pucharu w 1954 i 1958 roku. W międzyczasie trzykrotnie wystąpił w reprezentacji RFN.
Teraz przykład z naszego kraju. W latach 40-tych XX wieku kibiców Ruchu Chorzów zachwycał Edward Lasecki. Lasecki podczas II Wojny Światowej został wcielony do niemieckiej armii. Nie chciał walczyć dla okupanta, zatem postanowił sprezentować sobie uszczerbek na zdrowiu, który wyeliminowałby go ze służby. W tym celu chwycił za broń i wymierzył w swoją stopę. Lekarze musieli amputować mu palce. Po wojnie zwrócił się do szewca o przygotowanie specjalnego obuwia, w którym mógłby grać w piłkę. Udało się i grał jak z nut. Mówi się, że był jednym z najlepszych polskich dryblerów tamtych lat.
Na koniec przypadek umieszczony tutaj może nieco na wyrost, jednak nie ulega wątpliwości, że gdyby genialny Garrincha dziś rozpoczynał piłkarską karierę, lekarze nie wydaliby zgody na to, by został zawodowym piłkarzem. Manuel Francisco dos Santos miał krzywy kręgosłup, lewą nogę krótszą od prawej, a w zestawie obie tworzyły swoisty żagiel na wietrze, lewa była wygięta na zewnątrz a prawa do wewnątrz. Mimo dysfunkcji został jednym z największych magików w historii futbolu, miał dar do ośmieszania obrońców i dwa razy poprowadził Brazylię po Mistrzostwo Świata. Dla rzeszy Brazylijczyków to on, a nie Pele, jest prawdziwym królem futbolu.
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@Mixtape
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
7
@FCBparasiempre
4 czerwca 1958 r. urodził się Leszek Lipka, pomocnik. Gdy reprezentacja Polski ostatni raz pokonała Holandie(2:0), na Stadionie Śląskim błyszczał debiutant: najmłodszy w drużynie Leszek Lipka. ,,Udał się nam wielki mecz.”- uśmiecha się były pomocnik krakowskiej Wisły, który asystował przy golu Bońka. 2 maja 1979 r. Polacy grali w Chorzowie piekielnie ważny mecz w eliminacjach ME. Holendrzy byli aktualnymi wicemistrzami świata, w finale mundialu wystąpili drugi raz z rzędu. Na Śląskim nie dali jednak rady Biało-Czerwonym, którzy po trochę rozczarowującym starcie na mundialu w Argentynie wciąż marzyli o wielkich sukcesach. Jeszcze nigdy nie zagrali w mistrzostwach Starego Kontynentu. Ekipa Kuleszy przymierzyła się do tego celu. W grupie zdążyła się jednak potknąć, przegrywając w Lipsku z NRD(1:2). Wobec tego 2 tygodnie później należało bezwzględnie wygrać ze świetną ekipą Oranje. Rywali ,,napoczął” w 20 minucie Boniek po kapitalnej akcji: Lipka do Bońka, Boniek do Lipki, znowu Lipka do Bońka i holenderska defensywa posypała się w drobny mak. 1:0 dla Polski! Dzięki prowadzeniu w drugiej połowie nasi mogli częściej czyhać na błędy rywali i kontrować. Po jednej z takich akcji na pustą już bramke strzelał Lato a kapitan Ruud Krol zatrzymał piłke ręką. Rzut karny ,,w stylu Panenki” wykorzystał Włodzimierz Mazur. Cała Polska była w euforii! Wróciła wiara w moc drużyny, która potrafi przenosić góry. Lipka uczestniczył w meczu raczej niespodziewanie. Filigranowy, błyskotliwy zawodnik Wisły Kraków mógł się cieszyć że w ogóle został wezwany na kadre ale żeby od razu znaleźć się w jedenastce? Selekcjoner ustawił go na prawej pomocy, w tej formacji zagrał też zorientowany bardziej na ofensywę Boniek i mający więcej zadań defensywnych klubowy kolega Lipki Adam Nawałka. Komentujący mecz z Holandią Ciszewski w zachwycie stwierdził że to ,,najmłodsza druga linia świata”. Zachwyt jak najbardziej uzasadniony. Boniek miał wtedy 23 lata, Nawałka 22 a Lipka 21. Jak niestety wielu byłych reprezentantów i ludzi, którzy coś dla polskiego futbolu naprawdę zrobili, dzisiaj jest na peryferiach piłkarskiego świata. Nie chodzi po telewizyjnych studiach, nie udziela się jako ekspert. Niektórzy twierdzą że z takim charakterem kariera trenera czy działacza jest niemożliwa bo z piłkarzami sprawa wygląda inaczej, naprawdę dobry na boisku zawsze się obroni bez względu na charakter a on akurat był dobrym zawodnikiem. Wszystko zaczęło się od turnieju dzikich drużyn. ,,Zebraliśmy się na osiedlu i z pomocą opiekuna zgłosiliśmy swój udział w zawodach. Grało się 7 na 7 na małych boiskach. Dużo było w tym zabawy ale też zdrowej pasji jedenastoletnich dzieciaków. Naszej rywalizacji przyglądali się trenerzy Wisły i mieli co oglądać bo było ze sto drużyn. Wpadłem im w oko. Kazali przyjść na trening, trafiłem do trampkarzy. Jego druzyna miała całkiem groźna nazwe: Everton i w ten sposób do Wisły trafiłem z Evertonu”- śmieje się późniejszy reprezentant Polski. Przy Reymonta szybko stał się jednym z ulubieńców trybun bo trudno było nie lubić faceta, który zawsze biega, drybluje i walczy. Klub szczycił się swoimi wychowankami, on był jednym z nich. W 1975 r. drużyna prowadzona przez Lucjana Franczaka zdobyła mistrzostwo Polski juniorów. Finał z Wartą Poznań odbył się na Stadionie Śląskim jako przedmecz reprezentacji Polski z… Holandią. Wtedy też chodziło o eliminacje ME, Holendrzy również byli wicemistrzami świata i też przegrali(1:4). ,,Oglądałem ten mecz z trybun miedzy innymi w towarzystwie Nawałki. Mogliśmy pomarzyć o występie w tak niesamowitym meczu, na oczach takich tłumów”- przyznaje Lipka. Za to 4 lata później jego marzenia się spełniły. W kadrze nie grał zbyt długo ale za to bardzo intensywnie. Należal do ulubieńców Ryszarda Kuleszy, który ufnie na niego stawiał. ,,My naprawdę mielismy podobne charaktery. Skupialiśmy się na robocie, unikaliśmy niepotrzebnej wrzawy. Nadawaliśmy na tych samych falach”- opisuje pan Leszek. Najlepszy dla Lipki był rok 1979. Wisła była mistrzem Polski, tytułu nie obroniła ale świetnie grała w Pucharze Europy. Na początek, jeszcze jesienią 1978, odprawiła z kwitkiem FC Brugge. Na wyjeździe przegrała 1:2, w rewanżu długo utrzymywał się wynik 1:1 i wtedy do siatki trafił Lipka. Osiem minut do końca. Wiślacy dostali skrzydeł, strzelili jeszcze jednego gola i awansowali bez dogrywki. Po wyeliminowaniu Zbrojovki Brno byli już w ćwierćfinale elitarnych rozgrywek, w których wtedy grali jeszcze wyłącznie mistrzowie krajów. Wiosną Białą Gwiazde czekało starcie z Malmö FF. W Krakowie wygrała 2:1. Na wyjeździe Kmiecik w 58 minucie zdobyl gola na 1:0 a potem wydarzyło się coś, co dla każdego wiślaka na zawsze pozostanie traumą. Mistrzowie Szwecji wyrównali w 66 minucie z rzutu karnego a następnie strzelili jeszcze 3 gole! Gdy było 1:3, trener Lenczyk zdjął z boiska słabo dysponowanego bramkarza Goneta… To były 24 minuty, które wstrząsnęły Wisłą. ,,Do tej pory nie mogę sobie wytłumaczyć, co się wtedy z nami stało, choć nie raz się zastanawiam bo nawet po ponad 40 latach trudno machnąć ręka na wielka szanse, która w dziwny sposób wymknęła nam się z rąk. Czasami słyszało się że ktoś mógł ten mecz Szwedom puścić ale ja zwyczajnie nie wierze. Przecież bylibyśmy już w półfinale z perspektywami na awans do finału Pucharu Mistrzów! No kto mógłby cos takiego zlekceważyć, to jest nie możliwe”- dowodzi Lipka, jakby ciągle sam siebie przekonywał. Wtedy przykrą porażke nieco sobie osłodził zwycięstwem nad Holandią, lecz uważa że jeśli chodzi o walory piłkarskie, to lepiej zagrał w rewanżu z NRD. Problem w tym że Polacy we wrześniu 1979 na Stadionie Śląskim tylko zremisowali(1:1) i w eliminacyjnej grupie ustawiło ich to pod ścianą. Co z tego że potem w Amsterdamie wydarli punkt Holandii(1:1)skoro potrzebowali zwycięstwa a nie remisu. Tercet Lipka, Boniek, Nawałka już nie był tak efektywny, choć wciąż miał widoki na przyszłość. Właśnie jesienią 1979 Lipka został wybrany na najlepszego polskiego piłkarza w XI Plebiscycie katowickiego ,,Spory”. Docenil go też ,,Przegląd Sportowy” bo dostawał najwyższe noty za ligowe występy. ,,Kmiecik strzelał najcelniej a Lipka grał najlepiej”- informowała na pierwszej stronie gazeta w artykule podsumowującym piłkarską jesień. Po ekstraklasowych trawnikach biegały wtedy takie tuzy, jak Boniek, Lato czy Szarmach ale chwilowo byli w cieniu młodszego od nich Lipki. Tylko że 3 lata później oni strzelali gole na medalowych dla nas mistrzostwach świata a jego w Hiszpanii w ogóle nie było. Kiedy po aferze na Okęciu odszedł z kadry selekcjoner Kulesza, skończyła się też reprezentacyjna historia Lipki. W wyjazdowym meczu z Maltą, który otwierał kwalifikacje do hiszpańskiego mundialu, w 77 minucie strzelił swojego jedynego gola w kadrze, na 2:0. Maltańscy piłkarze a z nimi miejscowi kibice uznali że gol padł ze spalonego. Sędzia liniowy rzeczywiście podniósł chorągiewke ale sygnalizował w ten sposób pozycje Marka Dziuby, nie biorącego udziału w akcji. Sędzia główny ,,puścił” gre. Na sędziów, piłkarzy i na polska ławke rezerwowych poleciały nie tylko butelki ale i kamienie. Mecz został zakończony przed czasem. Kulesze zastąpił Piechniczek i powołał Lipke na pierwsze, zimowe zgrupowanie, zagrał w jego selekcjonerskim debiucie z Rumunią(0:2) i na tym koniec. Wiślak wypadł z kadry na zawsze. ,,Gdyby nie afera na Okęciu, trenerem pewnie dalej byłby Kulesza, to może i ja nadal byłbym w reprezentacji”- zastanawia się Lipka, który ciągle był wierny Białej Gwieździe. Został w niej nawet wtedy, gdy spadła z ekstraklasy i aż 3 lata trzeba było walczyć o powrót do elity. Z sukcesem. ,,Do dzisiaj gdy spotykam starszych kibiców, słyszę że tę moja wierność klubowym barwom doceniają i wiecie co? Miło się tego słucha…”- przyznaje jeden z bohaterów ostatniej zwycięskiej bitwy z Holandią.
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
8
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
4 czerwca 1906 r. w Łodzi urodził się Antoni Gałecki. Mimo niezbyt imponujących warunków fizycznych był znakomitym obrońcą. Potrafił wielokrotnie przewidywać zachowania rywala i był bardzo rozważny. Jako junior trenował w Harcerskim KS, ale pod koniec 1925 r. trafił do ŁKS-u, któremu był wierny aż do 1947 r. W 1928 r. dostał pierwsze powołanie do reprezentacji, mimo że ŁKS nie należał wówczas do ligowej czołówki. Zadebiutował 27 października w meczu z Czechosłowacją. Nie był jednak etatowym reprezentantem i kolejne występy w narodowych barwach zaliczał w odstępach dwuletnich. Łódzkiej drużynie różnie się wiodło, zmieniali się szkoleniowcy, ale Gałecki zawsze był jednym z filarów zespołu. Zimą piłkarskie buty zamieniał na łyżwy i grał w hokeja. W 1934 r. przez pewien czas pełnił funkcję grającego trenera, ale później wolał się skupić tylko na grze. Wreszcie zaczął odgrywać ważniejszą rolę w reprezentacji. Pojechał na igrzyska olimpijskie do Berlina, gdzie jego partnerami w obronie byli Władysław Szczepaniak i Henryk Martyna. Ze Szczepaniakiem stworzyli znakomity duet, który w reprezentacyjnych barwach rozegrał wiele meczów, w tym pamiętne spotkanie z Brazylią. Ostatni raz wystąpił w narodowych barwach w przegranym 2:3 wyjazdowym meczu z Irlandią. Kiedy wybuchła wojna, został zmobilizowany. Walczył w kampanii wrześniowej, później przedostał się na Węgry, gdzie wraz z ekipą Junaka Drohobycz został internowany w Egerze. W 1941 r. uciekł do Jugosławii. Tam przez pół roku występował w barwach akademickiego HASK Zagrzeb. Po agresji III Rzeszy przez Turcję trafił do Palestyny, gdzie wstąpił do II korpusu generała Andersa. Walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino. Dosłużył się stopnia podporucznika, a pod koniec wojny przebywał w Anglii. Wrócił do kraju i wiosną 1947 r. rozegrał kilka meczów w ramach eliminacji do reaktywowanej ligi. Szybko jednak zmuszono go do zaprzestania gry, a także do rezygnacji z funkcji trenera ŁKS-u. Szkolił mniej znaczące kluby w okolicy. Zmarł kilka miesięcy po zdobyciu przez jego ukochany klub pierwszego w historii mistrzostwa Polski. W reprezentacja rozegrał 18 meczów.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@patataj
7
@FCBparasiempre
4 czerwca 1938 r. meczem III Rzesza Niemiecka – Szwajcaria, zainaugurowano trzecie w historii mistrzostwa świata. Gospodarzami trzecich w historii Mistrzostw Świata byli Francuzi. Kraj dobrze zaprezentował się podczas organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich 14 lat wcześniej, więc FIFA nie miała obaw co do swojego wyboru z sierpnia 1936 roku. Inną sprawą jest fakt, że nie miała większej alternatywy, bo jedyni konkurenci, Holandia i Belgia, wycofali swoje wnioski przed wyłonieniem organizatora. Pewny udział w turnieju miał, jako gospodarz, kraj znad Loary i obrońcy tytułu, Włosi. Do eliminacyjnych bojów stanęło 37 drużyn. Podzielono je, na wzór eliminacji do poprzedniego Mundialu, na grupy lub pary zgodnie z położeniem geograficznym. Polska została skojarzona z Jugosławią. Biało-Czerwoni bez problemu pokonali swoich rywali na stadionie Legii 4:0. W rewanżu w Belgradzie ulegli co prawda 0:1, co i tak nie miało wpływu na losy awansu. Polska stała się jednym z czterech debiutantów na Mistrzostwach Świata, obok Norwegii, Kuby i Holenderskich Indii Wschodnich. Podczas eliminacji okazało się, że nie tylko Francja i Włochy wywalczyły awans bez wychodzenia na murawę. Tego samego „dokonały” ekipy Kuby, Holenderskich Indii Wschodnich, Brazylii i Rumunii, ponieważ ich kwalifikacyjni rywale wycofali się z walki o prawo do udziału w zawodach. Spory wpływ na listę uczestników Mundialu miała coraz bardziej napięta sytuacja polityczna w Europie. Hiszpania, pochłonięta wojną domową, nie przystąpiła do eliminacji. Antysemickie i mocarne zapędy Benito Mussoliniego i Adolfa Hitlera budziły postrach w ogromnej części Europy, szczególnie środkowo-wschodniej. Udział na Mistrzostwach Świata wywalczyli Austriacy, jednak przez dokonany w pierwszej połowie 1938 r. Anschluss, w wyniku którego austriackie tereny zostały włączone do III Rzeszy, nie było możliwości, by na turnieju zagrał kraj, który de facto nie istniał. Z tego powodu organizatorzy zaprosili Anglików, którzy standardowo podziękowali, tłumacząc sobie, że są najlepsi na świecie i że nie muszą tego nikomu udowadniać. Trzeba jednak przyznać, że zaczęli interesować się turniejem, bo wysłali do Francji kilku swoich przedstawicieli, by ci uważnie śledzili boiskowe wydarzenia. Trzon reprezentacji Austrii został wcielony do drużyny III Rzeszy, co z miejsca uczyniło ją jednego z największych faworytów do końcowego zwycięstwa. Tragicznym bohaterem tych wydarzeń był najlepszy w historii piłkarz austriacki, Matthias Sindelar. Zawodnik ze względów politycznych nie chciał reprezentować obcego kraju. Nie mógł tego powiedzieć głośno, więc decyzję chciał obronić swoim wiekiem (35 lat) i częstymi kontuzjami. Takie tłumaczenie nie zadowalało Niemców, którzy wzięli go sobie pod uważną obserwację. Kiedy na początku następnego roku Sindelar wdał się w romans z włoską żydówką, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach zatruty tlenkiem węgla. Oczywiście razem z kochanką. Do walki o Złotą Nike stanęło więc 15 zespołów. Dwanaście z Europy (Francja, Włochy, Polska, Węgry, Szwecja, III Rzesza, Norwegia, Rumunia, Szwajcaria, Czechosłowacja, Holandia, Belgia) i po jednej z Ameryki Południowej (Brazylia), Ameryki Środkowej (Kuba) i Azji (Holenderskie Indie Wschodnie). Z uwagi na dużą liczbę drużyn europejskich, turniej nazywano żartobliwie mistrzostwami Starego Kontynentu. Format zawodów był dokładnie taki sam jak cztery lata wcześniej we Włoszech. Piętnastu uczestników zostało podzielonych na pary 1/8 finału. Swoisty handicap otrzymała Szwecja, której przydzielona została Austria. Skandynawowie awansowali do ćwierćfinału bez powąchania murawy. Biało-Czerwoni trafili na Brazylię. Mundial rozegrano na 10 przygotowanych stadionach. Co ciekawe, Polacy podeszli do turnieju niemal z marszu, bo PZPN nie zaplanował przerwy w rozgrywkach ligowych. Piłkarze nie mieli więc okazji na złapanie świeżości. Odbyli jedynie sześciodniowe zgrupowanie w Wągrowcu. Do Francji udali się pociągiem sypialnianym z Berlina. Znacznie dłuższą i męczącą podróż musieli przebyć ich rywale z 1/8 finału, Brazylijczycy. Morski rejs parowcem z Rio de Janeiro trwał aż 17 dni. Reprezentacja Canarinhos była dla Polaków wielką niewiadomą. W meczu otwarcia, 4 czerwca 1938 roku w Paryżu, III Rzesza podejmowała Szwajcarię. Po remisie 1:1 zarządzono powtórzenie meczu następnego dnia. Wówczas rozegrano także pozostałe sześć spotkań pierwszej fazy turnieju, w tym najważniejsze starcie dla polskiego kibica, Brazylia – Polska, o czym napisze jutro. Do ćwierćfinału, obok Brazylii i Szwecji, awansowali Szwajcarzy (1:1 i 4:2 z III Rzeszą), Węgrzy (6:0 z Holenderskimi Indiami Wschodnimi), Kubańczycy (3:3 i 2:1 z Rumunią), Francuzi (3:1 z Belgią), Włosi (2:1 z Norwegią) i Czechosłowacja (3:0 z Holandią). W tym ostatnim starciu doszło do precedensowego wydarzenia. Pierwszy raz w historii Mistrzostw Świata zdarzyło się, by w regulaminowych 90 minutach gry padł bezbramkowy remis. Dotyczy to zarówno samych turniejów mistrzowskich, jak i eliminacji. W każdym z poprzednich 89 meczów takiej rangi padał co najmniej jeden gol. Chyba nikogo nie zaskoczy, jeśli napiszę, że w turniej znów wplątała się polityka. Oczywiście ponownie za sprawą Benito Mussoliniego. Znakomicie pokazał to ćwierćfinałowy mecz pomiędzy Francją a Włochami. Il Duce nakazał swoim rodakom wystąpić w czarnych koszulkach na cześć wspieranej przez dyktatora Falangi. Dla Mussoliniego nie było innego scenariusza niż ten, że Włosi ponownie zdobędą tytuł Mistrzów Świata, co jeszcze bardziej podkreśli potęgę budowanego przez niego kraju faszystowskiego. Sędziowie grali w jednej drużynie z gośćmi z Półwyspu Apenińskiego, wspomagając ich w newralgicznych momentach spotkań. Italia pokonała Francję 3:1. Tym samym Francuzi zapisali się na kartach futbolu jako drużyna, która jako organizator Mistrzostw Świata rozegrała najmniej spotkań (dwa). W pozostałych ćwierćfinałach Węgrzy pokonali 2:0 Szwajcarię, Szwedzi rozgromili Kubę 8:0, a brutalne starcie między Brazylią a Czechosłowacją, zakończone remisem 1:1, trzeba było powtórzyć. W powtórce Canarinhos zwyciężyli 2:1. W półfinałach Węgry pewnie pokonały Szwecję 5:1, a Włosi podejmowali Brazylię. Wielkie ryzyko podjął trener Canarinhos, Asemar Pimenta, dając odpocząć swojemu najlepszemu zawodnikowi, Leonidasowi. Według szkoleniowca napastnik miał oszczędzać siły na finał. Na finał, w którym zabrakło zarówno Leonidasa, jak i pozostałych kolegów z drużyny, bowiem ulegli Italii 1:2. Awans do wielkiego finału dał Włochom wątpliwy rzut karny wykorzystany przez Giuseppe Meazzę. Trafienie wzbudziło na trybunach salwę śmiechu, bo zmierzającemu do piłki zawodnikowi Interu spadły spodenki. Będąc w biegu złapał jedną ręką za dolną część swojego piłkarskiego stroju i posłał futbolówkę obok zdezorientowanego Waltera. Zwycięstwo z Brazylią było szeroko komentowane we Włoszech. Faszystowskie media, przychylne reprezentacji i kontrolowane przez Benito Mussoliniego, pisały: ,,Składamy hołd włoskiej inteligencji, która zatriumfowała nad brutalną siłą czarnych”. W starciu o trzecie miejsce lepsi okazali się Brazylijczycy, ogrywając Szwecję 4:2. Wielki finał pomiędzy Włochami a Węgrami rozegrano 19. czerwca w Paryżu. Na kilka godzin przed rozpoczęciem widowiska Vittorio Pozzo otrzymał telegram z bardzo krótką wiadomością: Zwycięstwo albo śmierć. Oczywiście nie trudno się domyśleć, że nadawcą był nie kto inny jak Benito Mussolini. Włoski szkoleniowiec wziął sobie mocno do serca przekazaną mu depeszę i w obawie o swoje życie motywował swoich zawodników do zagorzałej walki. Madziarzy również byli bardzo zmotywowani. Wybuchowa mieszanka 22 zawodników walczących z całych sił o zwycięstwo spowodowała, że starcie musiało zostać przerwane na kilka minut. Przerwa była konsekwencją regularnej bójki, do której doszło między dwiema stronami. Włosi wygrali 4:2 po dubletach Colaussiego i Pioli. Dla Węgrów trafiali Titkos i Sarosi. Piłkarze znad Dunaju bardzo dobrze zdawali sobie sprawę, z jakim ciężarem psychicznym przystąpili do finału ich przeciwnicy, czego dowodem są pomeczowe słowa bramkarza, Antala Szabo: ,,Pozwoliłem wbić sobie aż cztery gole, ale przynajmniej uratowałem im życie”. Azzurri zostali pierwszą drużyną, która obroniła tytuł mistrzowski sprzed czterech lat. Ceremonii zakończenia Mundialu przewodniczył sam Mussolini. Na jego żądanie podopieczni Pozzo musieli założyć mundury, w których bardziej przypominali żołnierzy niż piłkarzy. Dzień po triumfie Włochów, na łamach Lo Sport Fascita ukazał się tekst: ,,W kraju i poza granicami, w sporcie i poza nim, my, Włosi, drżeliśmy i wciąż drżymy z pozytywnych emocji na widok tych rasowych atletów, którzy pokonali tak wielu zacnych oponentów. Widzimy w nich symbol nieposkromionego marszu Włochów Mussoliniego”. Królem strzelców Mistrzostw Świata został Leonidas, autor 7 trafień. Brazylijczyk był pierwszym piłkarzem z kraju kawy i słońca, który zdobył międzynarodową sławę. Rozkochał w sobie rzeszę kobiet, a francuskie media pisały, że podczas gry sprawia wrażenie, jakby miał sześć nóg. Zasłynął z niezliczonej liczby pięknych goli, zwłaszcza strzelanych przewrotką. Niektóre z nich były tak magiczne, że chwilę po ich strzeleniu odbierał gratulacje od pokonanych chwilę wcześniej bramkarzy. Był nazywany Diamente Negro (Czarny Diament). Gdy wszystkie ekipy rozjeżdżały się do swoich krajów, większość żyła w przekonaniu, że za cztery lata na terenie III Rzeszy odbędzie się kolejny mundialowy turniej. Mało kto przypuszczał, że na następne Mistrzostwa Świata przyjdzie zaczekać aż dwanaście lat…
7
Święto futbolu po raz trzeci w historii:
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Pawel13sz
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj
8
Przełomowa data w życiorysie ,,Boskiego” Diego:
4 czerwca 1982 r. FC Barcelona dokonała transferu Diego Maradony. Operacje zakończono tydzień przed rozpoczęciem Mundialu w Hiszpanii. Niespełna 22-letni wówczas Argentyńczyk pobił transferowy rekord świata. Blaugrana zapłaciła Boca Juniors 1 miliard 200 milionów peset(równowartość 5 milionów funtów). Około 2/3 tej kwoty trafiło do Argentinos Juniors, drużyny, której Diego był wychowankiem. Dwa lata później ,,Boski Diego” wyśrubował transferowy rekord, odchodząc do SSC Napoli za 1 miliard 400 milionów peset, choć niektóre źródła podają iż Włosi zapłacili sume identyczną jak wcześniej Barça. Pamiętajmy że w latach 80-tych nie było lepszego piłkarza na świecie od Diego. Maradona był wówczas wart każdych pieniędzy.
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@Mixtape
@Monix10
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj
3
@FcPortoFan1999 Ha! To by było ekstra! Oby sie spełniło...
7
Legenda Katalońskiej Dumy:
4 czerwca 1924 r. urodził się Antoni Ramallets, legendarny bramkarz FC Barcelony i reprezentacji Hiszpanii. Jego talent objawił się przypadkowo. Antoni był zmuszony zastąpić jedną z gwiazd Barçy- Valasco, który doznał kontuzji w 1949 r. Od tamtej pory jego forma wzbudzała podziw na całym świecie. Apogeum formy Ramalletsa przyszedł na Mundialu w Brazylii w 1950 r. Wtedy jego bezbłędne interwencje spowodowały iż do Hiszpana przyległo określenie ,,Gato de Maracana”(kot Maracany). W barwach swojego klubu rozegrał łącznie 538 meczów w tym 288 w Primera División. Jego ostatni mecz miał miejsce 6 marca 1962 roku w wygranym przez Barcę 5:1 meczu z Hamburger SV. Od roku 1950 do 1962 Antonio rozegrał 35 meczów w reprezentacji Hiszpanii. Od czasu właśnie Ramalletsa zaczęto nazywać bramkarza ‘Portero’.
@Monix10
@Mixtape
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj
1
@FcPortoFan1999 To że Brazylia odpadała z ekipami z Europy nie raz to ja wiem ale z Izraelem!? Tego jeszcze nie grali...
2
Koniec świata! Żydzi pokonują w mistrzostwach świata Brazylie(!) po dogrywce, w dodatku nie strzelając dwóch karnych w tej dogrywce. Brak słów...
1
@Danny Gaucho Nie no, to jasne że w tym wypadku nie bierzemy pod uwage lig amatorskich!
0
@Danny Gaucho Zgadza się! Nie zweryfikowałem nowego rekordu
3
Hat trick w roli głównej:
Najszybszy hat trick w historii piłki nożnej? Tommy Ross w meczu Ross County – Nairn County (8:1), 28 listopada 1964 roku. Czas: 90 sekund. Jak uważał sam strzelec, jego osiągnięcie prawdopodobnie nigdy nie zostanie przebite.
Najszybszy hat trick w historii Ligi Mistrzów? Bafétimbi Gomis w meczu Dinamo Zagrzeb – Olympique Lyon (1:7), 7 grudnia 2011 roku. Czas: 8 minut. W całym spotkaniu francuski napastnik zdobył cztery gole.
Najszybszy hat trick w historii ligi polskiej? A jakżeby inaczej!? Ernest Wilimowski w meczu Ruch Chorzów – Cracovia (5:1), 30 kwietnia 1939 roku. Czas: 3 minuty.
Najszybszy hat trick w historii reprezentacji Polski? A jakże! Robert Lewandowski w meczu Polska – Gruzja (4:0), 13 czerwca 2015 roku. Czas: 4 minuty.
Najszybszy hat trick w historii Premier League? Sadio Mané w meczu Southampton – Aston Villa (6:1), 16 maja 2015 roku. Czas: 2 minuty, 56 sekund.
3
Byłem w knajpie na finale Pucharu Anglii więc nie miałem dostępu do komputera. Brawo Pepito! Brawo ,,The Citizens"! A teraz oglądam(na Polsacie) i jestem świadkiem meczu w Gliwicach. Legendarni Ruch Hajduki Wielkie wracają do Ekstraklasy! Tam gdzie ich miejsce! Gratulacje dla nich i podziękowania za walke do samego końca. Bravissimo! Co za historia...
1
@FCBparasiempre
Pierwsze derby Manchesteru po powrocie City do Premier League miały miejsce w listopadzie 2000 roku. Na Maine Road Manchester United po bramce Davida Beckhama zwyciężył 1:0. W meczu tym Roy Keane brutalnie sfaulował Alfa-Inge Haalanda i otrzymał czerwoną kartkę. Keane w swojej książce wydanej rok później przyznał, że zrobił to celowo, ponieważ Irlandczyk w 1997 roku walcząc o piłkę z Haalandem (grającym wtedy dla Leeds) doznał groźnej kontuzji, a Norweg oskarżał go o symulowanie. Keane pauzował siedem miesięcy, ale cały czas myślał o Norwegu. Wejście Irlandczyka było brutalne, a kontuzja Haalanda tak groźna, że piłkarz nie wrócił już do pełnej sprawności i był zmuszony zakończyć karierę. City w 2001 roku spadło z ligi, jednak od razu tam wrócili. W listopadzie 2002 roku na Maine Road The Citizens wygrali 3:1, było to zarazem ostatnie spotkanie derbowe na stadionie Maine Road. W sezonie 2002/03 w Manchesterze City występował Peter Schmeichel. Co ciekawe, Duńczyk, broniąc barw obu klubów, nie przegrał ani jednego derbowego spotkania. W kolejnym sezonie na Old Trafford gospodarze wygrali 3:1, natomiast w marcu po raz pierwszy rozegrano mecz derbowy na nowym obiekcie City of Manchester Stadium. Gospodarze pewnie wygrali 4:1. Obiekt ten był szczęśliwy dla Czerwonych Diabłów w maju 2007 roku. Wtedy wygrali 1:0 (po bramce Cristiano Ronaldo) i po tym zwycięstwie świętowali zdobycie mistrzostwa. 6 lutego 2008 przypadała 50. rocznica katastrofy lotniczej pod Monachium, a cztery dni później na Old Trafford przed meczem uczczono minutą ciszy osoby (w większości piłkarzy United), które straciły życie w tej tragedii. Samo spotkanie zakończyło się zwycięstwem City 2:1, pierwszym na terenie lokalnego rywala od 1974 roku. W 2008 roku Manchester City został przejęty przez Abu Dhabi United Group. Szybko stało się jasne, że ambicje nowych właścicieli wykraczają daleko poza uprzykrzenie życia sąsiadom z Old Trafford. Duże transfery i terapia szokowa wykonana na żywym organizmie klubu z City of Manchester Stadium zaczęła przynosić spodziewane efekty. 20 września 2009 roku odbyło się spotkanie, które Sir Alex Ferguson określił mianem „najlepszych derbów w historii”. Manchester United wygrał mecz 4:3, a zwycięskiego gola zdobył Michael Owen w 96. minucie gry. The Citizens zaczęli budować drużynę, godną do walki o najwyższe cele. Kuszeni wysokimi pensjami zawodnicy przechodzili do klubu nawet od bezpośrednich rywali. Tak było z Tevezem, Adebayorem, Nasrim i wieloma innymi. 23 października 2011 po raz pierwszy w historii doszło do meczu derbowego, gdy obydwie drużyny zajmowały pierwsze i drugie miejsce w tabeli. City ośmieszyło gospodarzy 6:1 i to ich najwyższe zwycięstwo w wyjazdowych derbach od 56 lat. Było to prawdziwe upokorzenie i pokaz nowej siły w Premier League. Czerwone Diabły z kolei po raz ostatni straciły na Old Trafford sześć bramek w 1930 roku, ulegli wówczas Huddersfield Town 0:6. Sezon 2011/12 był prawdopodobnie jednym z najlepszych w historii w kontekście walki o tytuł. Gdy wydawało się, że Manchester United wypracował przewagę, która pozwoli bezpiecznie dotrwać na szczycie tabeli do końca sezonu, zaczął tracić punkty, co brutalnie wykorzystał lokalny rywal. Manchester City wyrwał mistrzostwo w doliczonym czasie ostatniego meczu sezonu z QPR. Mniej więcej od tego momentu The Citizens przestali być tylko hałaśliwymi sąsiadami, jak ich określił Sir Alex Ferguson, ale poważnym rywalem, który w kolejnych meczach derbowych dominował nad United. Kryzys, który ogarnął Czerwone Diabły po abdykacji Fergusona szedł w parze z dalszym wzrostem ekipy z Etihad. Przyśpiewki „the City is Yours”, czy „City are a joke” straciły na aktualności. Niestety dziś aktualną przyśpiewką — w obie strony — jest „she said no”, która jest wyrazem dezaprobaty wobec napaści seksualnych dokonywanych przez piłkarzy. Dziś to do gry The Citizens wzdychają młodzi kibice, a gra United bywa ciężka w odbiorze nawet dla zagorzałych fanów Czerwonych Diabłów. Jest to skutkiem wielu składowych. Częste roszady na ławce trenerskiej, brak długofalowej polityki transferowej i idący za tym brak chemii w drużynie sprawiają, że United przestał budzić strach wśród przeciwników. Tymczasem City sezon po sezonie doskonaliły swoją grę, a zakontraktowanie Guardioli na stanowisko menadżera było prawdopodobnie najlepszą decyzją personalną na wyspach od wielu lat.
Jednak kluczową decyzją ważącą obecną sytuację obu klubów nie było odejście Fergusona, a zmiany w strukturach zarządczych City i United. W 2012 City zatrudniło Txiki Beguiristaina — czyli dyrektora sportowego wielkiej Barcelony. United w tym czasie awansował na dyrektora wykonawczego Eda Woodwarda. Ten doskonale radził sobie jako menadżer ds. marketingu, natomiast nie dorównywał Txikiemu doświadczeniem w budowie pionu sportowego. To się później odbijało na kolejnych transferach, które przestały być mocną stroną United. W czasie gdy Old Trafford wciąż powiększał swoją wartość komercyjną, Citizens postawili na budowę silnej drużyny i pracę u podstaw, czyli stworzenie jednej z najnowocześniejszych akademii piłkarskich na świecie. Na przestrzeni niespełna dekady role w walce o prym w mieście obróciły się niemal o 180 stopni.
Analizując statystyki, należy wyróżnić rekordy. Zacznijmy od tych drużynowych:
Najwyższe wygrane – aż 4-krotnie mecze derbowe kończyły się różnicą 5 goli.
United 1–6 City (1926);
United 0–5 City (1955);
United 5–0 City (1994);
United 1–6 City (2011);
Największą frekwencją cieszył się mecz z 16 kwietnia 2011 roku. W ramach półfinału Pucharu Anglii na Wembley zebrało się 86549 kibiców. Poniżej prezentuje uśrednione frekwencje:
Mecze, w których gospodarzem było City: 46500 (najwyższa 71364);
Mecze, w których gospodarzem było United:54500 (najwyższa 75790);
Mecze na neutralnym terenie:57000 (najwyższa 86549);
Najskuteczniejsi piłkarze w meczach derbowych:
Wayne Rooney (UTD)- 11;
Joe Hayes (MCI) – 10;
Francis Lee (MCI) – 10;
Bobby Charlton (UTD – 9
Sergio Agüero (MCI) – 9;
Colin Bell (MCI) – 8;
Eric Cantona (UTD) – 8;
Brian Kidd (UTD / MCI) – 8 (5/3);
Joe Spence (UTD) – 8;
Paul Scholes (UTD) – 7;
Dennis Viollet (UTD) – 7;
United w meczach derbowych było prowadzone przez 21 różnych menadżerów a City przez 35.
Stosunek goli samobójczych to 8 (United) do 4 (City);
W meczach derbowych 24-krotnie padały bramki z rzutów karnych. 16 z nich wykonywało United. Ostatni raz United strzeliło gola z karnego 2 października 2022 roku (Anthony Martial). City swój ostatni rzut karny wykorzystało w 19 stycznia 1910 roku (Tevez)
Aż 40 różnych piłkarzy występowało w obu klubach w swojej karierze. Więcej na ten temat pisaliśmy w tym miejscu.
Były 4 przypadki, gdy menadżer jednej drużyny był wcześniej związany z drugą. Ernest Mangnall prowadził oba kluby, Matt Busby grał dla City, a trenował United, a Steve Coppell oraz Mark Hughes po karierach piłkarskich w barwach Czerwonych Diabłów zostali trenerami Citizens.
Dziś derby Manchesteru to nie tylko wojna o miasto, ale przede wszystkim wojna o Anglię. Aspiracje obu klubów już dawno wykraczają poza lokalną dominację, a utrata punktów w bezpośrednim starciu może rzutować na tym, kto ostatecznie wzniesie puchar mistrza Anglii. Rywalizacja znów się wyrównała, chociaż to City ma przewagę. Znane porzekadło mówi, że „derby rządzą się własnymi prawami”. Trudno, patrząc na przebieg spotkań pomiędzy City a United, nie zgodzić się z tym powiedzeniem. Losy obu drużyn, ich historia, ludzie, którzy w większym bądź mniejszym stopniu związani są z tymi klubami, tworzą niesamowitą aurę, która sprawia, że starcia między Obywatelami a Czerwonymi Diabłami wywołują ciarki na plecach kibiców nie tylko w Anglii, ale na całym świecie. Na sam koniec bardzo ciekawa anegdota: Kilka lat temu kibic Manchesteru United zgodził się oddać swojemu bratu ratujące życie komórki pod warunkiem, że brat przestanie kibicować wrogiej drużynie – Manchesterowi City. Emerytowany doradca Martin Warburton (50 lat) poprosił swojego brata Paula (59 lat) o podpisanie żartobliwego kontraktu, w którym zobowiązuje się dołączyć do grona kibiców Manchesteru United. Paul, który potrzebował przeszczepu, aby zwalczyć przewlekłą białaczkę limfatyczną B-komórkową, podszedł do zmiany drużyny w sposób filozoficzny. „Miałem prawdziwe szczęście, że komórki Martina były zgodne. Często się zdarza, że mając siedmioro bądź ośmioro rodzeństwa, nie można znaleźć pasujących komórek” – powiedział. Martin przyznał, że wykorzystał tę okazję z premedytacją, by jego brat przestał kibicować Manchesterowi City. „Ten kontrakt wprawdzie był żartem, ale on i tak go podpisał” – zakończył Martin.
6
@FCBparasiempre
Mecze derbowe zawsze niosą za sobą coś więcej, niż rywalizację sportową. Nie inaczej jest w rywalizacji Manchesteru United z Manchesterem City. Dwa kluby z miasta konkurują ze sobą od zawsze a historia walki o władzę przypomina koniunkturę gospodarczą— raz na wozie, raz pod wozem. Pomimo deklarowanej wrogości, ekipy te nie mogą bez siebie istnieć, a kibice wykrzykujący wrogie przyśpiewki wobec oponentów z pewnością muszą pamiętać, że były w historii momenty, gdy jeden klub ratował ten drugi. Oto historia rywalizacji o kolor Manchesteru. Pierwszy nieoficjalny mecz derbowy miał miejsce 12 listopada 1881 roku, kiedy to klub Newton Heath (obecnie Manchester United) gościł drużynę West Gorton (obecnie Manchester City). Spotkanie zakończyło się zwycięstwem The Heathens 3:0. Osiem lat później, 26 lutego 1889 derby Manchesteru rozegrano po raz pierwszy mecz przy sztucznym świetle. Zwycięstwo Newton Heath nad Ardwick (taką nazwę przyjął West Gordon – w 1984 roku klub ostatecznie przemianowano na Manchester City) oglądało wówczas 10 tys. kibiców, a samo spotkanie zostało rozegrane w cieniu tragedii w miejscowej kopalni węgla. Do 1894 roku spotkania pomiędzy tymi zespołami przyjęły formę meczów towarzyskich oraz lokalnych turniejów. W 1892 Newton Heath przystąpił do rozgrywek rozszerzonej Division One, jednak po dwóch sezonach spadł do drugiej ligi. W tym samym roku Ardwick został jednym z dwunastu klubów założycielskich Division Two. 3 listopada 1894 roku po raz pierwszy doszło do spotkania tych drużyn w rozgrywkach ligowych. W obecności 14 tys. kibiców The Heathens upokorzyli gospodarzy na ich obiekcie, zwyciężając 5:2. Cztery bramki w tym spotkaniu zdobył Dick Smith. To jedyny piłkarz, który w derbach Manchesteru ustrzelił „karetę”. W rewanżu, w styczniu 1895 roku, na stadionie Bank Street spotkanie zakończyło się ponownym zwycięstwem Newton Heath. Na pierwszy triumf kibice (wówczas już) City nie musieli długo czekać. W grudniu 1895 wygrali 2:1. Wtedy po raz pierwszy w historii derbowych potyczek został podyktowany rzut karny, który jednak nie został wykorzystany przez The Heathens. Rok później w Boże Narodzenie 1896 roku na stadionie przy Bank Street zjawiło się 18 tys. kibiców. Jeden z redaktorów lokalnej gazety napisał wówczas, że nigdy jeszcze nie widział takiego tłumu i był zachwycony prowadzeniem dopingu przez młodszą część publiczności w pierwszej części spotkania. Sezon 1898/99 Manchester City zakończył na pierwszym miejscu i awansował po raz pierwszy w historii do Division One. Kolejne derby rozegrano cztery lata później. Przed rozpoczęciem sezonu 1902/03 zespół Newton Heath z powodu problemów finansowych przyjął nową nazwę — Manchester United F.C. W Boże Narodzenie 1902 roku, na Bank Street doszło do jedenastych ligowych derbów. Na spotkanie przybyło około 40 tysięcy kibiców i był to rekord frekwencji w spotkaniu pomiędzy tymi zespołami. Mecz zakończył się remisem 1:1, ale emocji nie brakowało. Billy Meredith dwukrotnie uderzył w poprzeczkę, United kończyło mecz w dziesiątkę po tym, jak kontuzji doznał bramkarz Herbert Birchenough. W rewanżu, rozegranym 10 kwietnia 1903 roku, na Hyde Road, United pewnie zwyciężyli 2:0. Przerwało to passę spotkań bez porażki Manchesteru City, która trwała ponad trzy miesiące, ale nie przeszkodziła zespołowi w awansie do Division One. Wiosną 1906 roku Manchester United po raz pierwszy pod nową nazwą awansował do najwyższej ligi angielskiej. Wtedy też ówczesny menadżer United, Ernest Mangnall, ściągnął do zespołu czterech zawodników Manchesteru City (m.in. Billy’ego Mereditha, zamieszanego w próbę przekupstwa jednego z zawodników Aston Villi — więcej o tym zawodniku przeczytacie tutaj). Na początku grudnia 1906 roku, na obiekcie City Hyde Road, w obecności 40 tys. widzów, doszło do pierwszego meczu derbowego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Spotkanie to zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 3:0. W rewanżu na Bank Street padł remis 1:1, a w składzie United wystąpili trzej z czterech sprowadzonych do klubu byłych piłkarzy City: Meredith, Turnbull i Burgess. 21 grudnia 1907 w meczu na Bank Street, Sandy Turnbull został usunięty z boiska i był to pierwszy tego typu przypadek w historii derbów. Dwa lata później czerwoni zdobyli pierwsze w historii mistrzostwo kraju, a w 1909 roku także po raz pierwszy sięgnęli po Puchar Anglii. Sezon 1908/09 The Citizens zakończyli na 19. miejscu (przedostatnim) i spadli do Division Two.
Wraz z wybuchem I wojny światowej zawieszono rozgrywki ligowe i pucharowe. Mimo trwających działań zbrojnych sezon 1914/1915 dokończono. Co prawda później nie kontynuowano ogólnokrajowych rozgrywek, ale w zamian utworzono sekcje lokalne. Obydwa kluby z Manchesteru podczas czterech sezonów wzięły udział Lidze hrabstwa Lancashire oraz dodatkowych turniejach towarzyskich. Wprowadzono jednak odrębne przepisy, głównie ze względów bezpieczeństwa, m.in. skrócono mecze do 80 minut bez możliwości przeprowadzenia przerwy, kluby były zmuszone do ograniczenia liczby widzów, a także zmniejszono górny limit płac. W okresie międzywojennym United spadał z pierwszej ligi trzykrotnie, City dwukrotnie. Był to czas, w którym obydwie drużyny się mijały. W 1920 roku spłonęła jedna z trybun stadionu Hyde Road i podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Pierwsze, derbowe spotkanie na nowo utworzonym Maine Road miało miejsce 12 września 1925 – ponad dwa lata po otwarciu. Zanotowano wówczas rekordową frekwencję – 63 tys. widzów. W sezonie 1939/40 rozegrano zaledwie trzy kolejki. Wybuch wojny spowodował przerwanie wszystkich rozgrywek piłkarskich, wielu graczy zostało wezwanych przez brytyjską armię. Podobnie jak podczas I wojny światowej, zorganizowano rozgrywki dla poszczególnych regionów. W pierwszym sezonie podczas wojny obydwa zespoły z Manchesteru przydzielone zostały do Western Regional League, a w latach 1940-1946 do North Regional Section. W wyniku zniszczeń, jakie wywołało zbombardowanie Manchesteru i okolic 20 grudnia 1940 roku, w którym ucierpiał także stadion Old Trafford, Manchester United zmuszony był wynajmować obiekt City – Maine Road do końca sezonu 1948-1949. W 1945 roku menadżerem Manchesteru United został były piłkarz Manchesteru City, Matt Busby, podpisując wówczas pięcioletni kontrakt. Po II wojnie światowej zespół z czerwonej części zmuszony był wciąż rozgrywać swoje mecze w roli gospodarza na stadionie lokalnego rywala – Maine Road, płacąc przy tym czynsz za wynajęcie w wysokości 5000 funtów rocznie + ustalony procent ze sprzedaży biletów. Zniszczony w 1940 roku przez Luftwaffe Old Trafford, został oddany ponownie do użytku w lecie 1949 roku. W sezonie 1946/47 Manchester City zajął pierwsze miejsce w Division Two i powrócił do ekstraklasy. W pierwszym powojennym meczu derbowym padł (do dziś niepobity) rekord frekwencji. 20 września 1947 roku na stadion Maine Road przyszło 78 tys. widzów. 31 sierpnia 1957 roku. Ta data to dla kilku piłkarzy United, zwanymi Dziećmi Busby’ego, był ostatni derbowy pojedynek. Strzelcy bramek – Duncan Edwards i Tommy Taylor oraz Roger Byrne, Eddie Colman, David Pegg, Liam Whelan zginęli w katastrofie lotniczej pod Monachium 6 lutego 1958 roku (Edwards w wyniku odniesionych obrażeń zmarł 15 dni później w szpitalu), wracając z rozegranego dzień wcześniej, ćwierćfinałowego meczu Pucharu Europy z Crveną Zvezdą. W czerwcu 1962 roku były piłkarz The Citizens Denis Law, po rocznym pobycie we włoskim Torino, przeszedł za rekordową wówczas sumę 115 000 funtów do United. 15 maja 1963, w przedostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia, w ramach którego obydwa zespoły walczyły o utrzymanie. Mecz zakończył się remisem, który praktycznie przesądził o spadku City do Division Two. Cztery minuty przed końcem The Citizens prowadzili 1:0, jednak bramkarz gospodarzy Harry Dowd sfaulował w polu karnym Denisa Lawa, a sędzia podyktował rzut karny. Wykorzystał go Albert Quixall. W trakcie meczu doszło do niemiłych incydentów z udziałem piłkarzy. W ostatniej kolejce sezonu 1962/63 Manchester City przegrał na Upton Park z West Hamem 1:6 i spadł do drugiej ligi. Manchester United z kolei pokonał na Old Trafford Leyton Orient 3:1 i zapewnił sobie utrzymanie w ekstraklasie.
Derby Manchesteru na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie cieszyły się dobrą sławą. W grudniu 1970 roku George Best podczas wślizgu złamał nogę Glynowi Pardoe. Rok później w meczu na Maine Road, w którym padł wynik 3:3, Francis Lee oskarżył Besta o symulowanie i aktorstwo. W pierwszym spotkaniu sezonu 1973/74 Lou Macari i Mike Doyle otrzymali czerwone kartki, jednak nie godząc się z opinią sędziego, nie chcieli opuścić placu gry. Dopiero po interwencji arbitra i kolegów z zespołu, obydwaj udali się do szatni. W tym samym sezonie, w ostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia na Old Trafford. Czerwone Diabły, którym widmo degradacji zaglądało w oczy, musiały ten mecz wygrać, by mieć jeszcze szansę na utrzymanie. Po 80 minutach spotkania na tablicy było 0:0. Wtedy to Francis Lee podał do Denisa Lawa (dwukrotnego mistrza Anglii, zdobywcy Pucharu Anglii oraz zdobywcy Pucharu Europy z United), a ten piętką skierował piłkę do bramki United. Piłkarze City gratulowali mu gola, jednak ten zdawał sobie sprawę, że pogrążył swój były klub. Po zdobytej bramce natychmiast został zmieniony, a boisko opuszczał ze spuszczoną głową. Tuż przed końcem meczu na boisko wtargnęli kibice United, spotkanie przerwano. Matematyka jednak udowodniła, że gol ten był bez znaczenia, ponieważ nawet w przypadku wygranej, Manchester United spadłby z ligi. Denis Law po meczu przyznał, że nigdy w karierze nie czuł się tak przygnębiony. Ten dzień zapisał się w kalendarzu sympatyków Manchesteru City jako „dzień, w którym Denis Law wysłał United do II ligi”. W sezonie 1974/75 Czerwone Diabły zajęły pierwsze miejsce w Division Two.W 1983 roku na Maine Road Manchester City potrzebował przynajmniej remisu w meczu z Luton Town, by pozostać w Division One. Mecz ten wygrali goście po bramce legendarnego Radomira Anticia. W niedzielę, 26 października 1986, po raz pierwszy przeprowadzono telewizyjną transmisję na żywo z meczu derbowego. Kibice na stadionie i przed telewizorami byli świadkami remisu 1:1. 23 września 1989 Manchester City, jako beniaminek, pokonał na Maine Road rywala zza miedzy aż 5:1. Po trzech minutach od rozpoczęcia spotkania na murawę wtargnęli kibice, a sędzia zmuszony był przerwać mecz i nakazał piłkarzom obydwu drużyn zejście do szatni. Dopiero po 10 minutach i interwencji policji, gra została wznowiona. W sezonie 1990/91 obydwa kluby zajęły wysokie miejsca w tabeli (City piąte, United szóste), lecz żaden nie był wtedy zaliczany do faworytów. W październiku na Maine Road padł wynik 3:3, a na początku maja na Old Trafford Manchester United wygrał 1:0 po bramce siedemnastoletniego wówczas Ryana Giggsa, dla którego był to pierwszy gol w karierze. W pierwszych derbach sezonu 1992/93, czyli zaraz po utworzeniu Premier League, Manchester United pokonał City 2:1. Było to debiutanckie spotkanie dla Érica Cantony. 7 listopada 1993 roku, na Maine Road, United pokonało City 3:2, mimo iż do przerwy było 2:0 dla The Citizens. Po dwie bramki w tym spotkaniu zdobyli Niall Quinni i Éric Cantona. W listopadzie 1994 roku na Old Trafford United zdeklasowało rywala 5:0, a hat-trickiem popisał się Andriej Kanczelskis, który parę sezonów później przeszedł do Manchesteru City. W sezonie 1995/96 miały miejsce ostatnie mecze derbowe w tamtej dekadzie. Spowodowane było to spadkiem City do niższej ligi. W połowie października 1995 roku bramka dwudziestoletniego wówczas Paula Scholesa wystarczyła do wygranej. Na początku kwietnia na Maine Road Czerwone Diabły wygrały ponownie. Tym razem 3:2. W latach 1996-2000 Manchester City występował w Division One oraz w Division Two. W tym czasie Czerwone Diabły zdobyły trzy tytuły mistrza kraju, jeden Puchar Anglii i triumfowali w Lidze Mistrzów. W ostatniej kolejce sezonu 1999/2000 drugiej ligi Manchester City po zwycięstwie nad Blackburn Rovers na Ewood Park świętował powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Od razu jednak spadli do drugiej ligi, mając zbyt słaby skład.
6
,,Krwawe” derby Manchesteru:
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj
6
@FCBparasiempre
Przełom XX i XXI wieku w historii piłki nożnej naznaczony był istnieniem znakomitych duetów napastników. To właśnie wtedy w pierwszej linii brylowały takie pary jak Yorke–Cole, Raul–Morientes, Elber–Jancker, a kibicom trudno było sobie wyobrazić inne ustawienie drużyny niż te, preferujące grę z dwójką atakujących. Jednymi z symboli tego okresu byli również Andrij Szewczenko i Serhij Rebrow, którzy w latach 1997-1999 byli prawdziwym postrachem bramkarzy w całej Europie. Jednak na pytanie o skojarzenia z Dynamo Kijów z końcówki lat 90-tych zazwyczaj usłyszymy nazwisko byłej legendy Milanu, co deprecjonuje dokonania byłego trenera Dynama, którego wielu ludzi w tamtym czasie uznawało za piłkarza lepszego. Serhija Rebrowa trudno nie uznać za człowieka paradoksów. Był wychowankiem Szachtara Donieck, aby później stać się jedną z największych legend głównego rywala – Dynama. Z jednej strony był w stanie uchodzić za jednego z najlepszych napastników w Europie, by zaledwie dwa lata później zostać okrzyknięty największym niewypałem transferowym w historii Tottenhamu. Po nieudanym dwuletnim okresie gry dla West Ham i Fenerbahçe potrafił wrócić do rodzimej ligi i rozegrać sezon życia w wieku 32(!) lat. Był piłkarzem za wielkim na Ukrainę, jednak za małym na Anglię. Dostatecznie chimerycznym, by zawojować Ligę Mistrzów, i za mało regularnym, żeby pociągnąć wózek w Fenerbahçe. Stabilizację formy uzyskał dopiero po przekroczeniu trzydziestki, i to właśnie wtedy połączenie jego talentu i zdobytego już doświadczenia pozwoliło mu być jednym z filarów reprezentacji Ukrainy na Mistrzostwach Świata w 2006 roku oraz Rubina Kazań, z którym w 2008 roku zdobył pierwsze w historii klubu mistrzostwo Rosji. Serhij Rebrow urodził się 3 czerwca 1974 roku w miejscowości Horliwka w obwodzie donieckim. Mimo że wschodnia część Ukrainy była tą najlepiej uprzemysłowioną, a okolice Doniecka jednymi z najlepiej dokapitalizowanych w całym Związku Radzieckim, w tym blisko 300-tysięcznym mieście nie żyło się spokojnie. Młody Serhij postanowił więc swoje życie związać z piłką, a że talent miał ogromny, już w wieku 16 lat załapał się do szkółki lokalnego giganta – Szachtara, o czym marzyła większość młodych chłopców urodzonych na wschodniej Ukrainie. Rok później miał już za sobą debiut w pierwszej drużynie – jeszcze w czasach, w których istniała liga ZSRR. Za otrzymaną szansę odwdzięczył się dwoma golami w siedmiu spotkaniach, jednak było to tylko preludium do jego popisów z sezonu 1991-1992, kiedy to został trzecim strzelcem nowo powstałej ligi ukraińskiej, przyciągając uwagę o wiele bogatszego i utytułowanego w tamtym czasie Dynama. Ostatecznie do zespołu z Kijowa trafił przed sezonem 1992-1993 i z miejsca stał się jego czołowym zawodnikiem. W ciągu ośmiu sezonów gry w stolicy Ukrainy zdobył 139 bramek, zostając w sezonie 1996/97 królem strzelców ligi ukraińskiej. Dodatkowo trzykrotnie (1996, 1998 i 1999) był wybierany najlepszym piłkarzem całej Premier Lihi, a dwukrotnie (1996, 1998) piłkarzem roku na Ukrainie. Swojej marki nie wyrobił sobie jednak występami w rodzimej lidze, a grą w Europie. Owszem, już w połowie lat 90. na Starym Kontynencie wiedziano o tym, że po ukraińskich boiskach biega utalentowany napastnik, jednak szerszej publiczności Rebrow pokazał się dopiero w sezonie 1997/98. Był to początek wielkiej drużyny, prowadzonej przez Walerija Łobanowskiego, która swoimi sukcesami miała nawiązać do legendarnej już drużyny Dynama z lat 1985-87.
Po zdobyciu mistrzostwa Ukrainy w sezonie 1996/97 (jednego z dziewięciu z rzędu), zespół otrzymał szansę gry w Lidze Mistrzów i trafił do grupy z Barceloną, Newcastle United i PSV Eindhoven. Uznawano, że Ukraińców rzeczywiście stać na awans do ćwierćfinału, jednak nikt się nie spodziewał, że będą w stanie powalczyć o pierwsze miejsce w grupie. Jak się jednak okazało, nie dość, że Dynamo szybko zagwarantowało sobie awans, to jeszcze w dwumeczu dokonało prawdziwej rzezi Barcelony, ogrywając ją u siebie 4:0 i na wyjeździe 3:0. To właśnie wtedy zabłysnął duet Szewczenko – Rebrow, i o ile ten pierwszy skradł show w dwumeczu z Katalończykami, o tyle Rebrow strzelał bramkę w pięciu z sześciu spotkań fazy grupowej, stając się głównym architektem sukcesu Ukraińców. W ćwierćfinale mocniejszy okazał się Juventus, jednak Rebrow ponownie wpisał się na listę strzelców, ugruntowując swoją pozycję jako jednego z najlepszych napastników ówczesnej Europy. Sezon 1997/98 był jedynie zapowiedzią marszu, jakiego Dynamo miało dokonać w sezonie następnym. Szewczenko z Rebrowem osiągnęli wówczas kulminacyjny moment swojej współpracy i razem doprowadzili zespół z Kijowa do półfinału Ligi Mistrzów, nie dając po drodze szans m.in. Realowi Madryt. Tam okazali się minimalnie słabsi od Bayernu, jednak Rebrow ponownie błyszczał, strzelając w całych rozgrywkach 4 bramki i ratując zespół przed odpadnięciem już w fazie grupowej bramką na Highbury przeciwko Arsenalowi w 90. minucie spotkania. Rok później Dynamo nie osiągnęło już tak wielkiego sukcesu i odpadło w drugiej fazie grupowej (odpowiednik dzisiejszej 1/8 finału), po zaciętych bojach z Bayernem, Realem i Rosenborgiem. Mimo tego Rebrow zdążył ustrzelić w całych rozgrywkach aż 8 bramek, będąc jednym z ich najskuteczniejszych piłkarzy. Ukraiński napastnik osiągnął wtedy swój szczyt i znajdował się na liście zainteresowań połowy klubów w Europie. Rebrow ostatecznie wybrał północny Londyn i White Hart Lane, skuszony przez ówczesnego trenera „Kogutów” George’a Grahama. Piłkarz, tuż po przyjściu do Tottenhamu, zapowiadał: ,,Jest jasnym, że przyszedłem do klubu, aby wygrać ligę angielską i zagrać w Lidze Mistrzów. Jeżeli klub nie miałby takich planów, nie przyszedłbym tutaj. Działacze są bardzo ambitni.” I rzeczywiście, ówczesnemu zespołowi z White Hart Lane trudno było odmówić ambicji, jednak piłkarz kompletnie nie udźwignął presji, jaka na nim spoczywała. Mimo że pierwszy sezon miał niezły i zdobył 12 bramek, to gra długą piłką, jaką preferował Graham, kompletnie mu nie odpowiadała. Poza tym Rebrow narzekał na brak odpowiedniego partnera w pierwszej linii (na pewno takowym nie był Andy Booth). Co więcej, po sezonie Graham musiał odejść, a w jego miejsce przyszedł Glen Hoodle, którego traktowano tam jak mesjasza. Angielski trener z miejsca odstawił Rebrowa na boczny tor, robiąc z niego kozła ofiarnego nieudanego sezonu. Ukraiński napastnik rozegrał w drugim sezonie zaledwie 30 spotkań, w większości wchodząc na ostatnie minuty. Na White Hart Lane nie było już więc dla niego miejsca, więc próbował szczęścia na wypożyczeniach, najpierw w Fenerbahçe, a następnie w West Hamie, nie zostawiając jednak po sobie najlepszego wrażenia. Wrócił więc na Ukrainę do Dynama, czyli tam gdzie był uwielbiany i czuł się najlepiej. Rebrow wyraźnie odżył i został nawet wybrany najlepszym zawodnikiem sezonu w głosowaniu piłkarzy i menedżerów, co zaowocowało jego wyjazdem na mistrzostwa świata i całkiem niezłą postawą w barwach Ukrainy (strzelił bramkę Arabii Saudyjskiej). W 2008 roku odszedł do Rubina Kazań, mimo że prezydent klubu, Hrihorij Surkis, chciał z nim rozpocząć rozmowy na temat przedłużenia kontraktu. Rebrow na zakończenie kariery zdążył jeszcze przyczynić się do zdobycia tytułu mistrza Rosji przez zespół z Kazania, po czym w 2009 roku zakończył karierę. Zadecydowałem, że czas powiedzieć sobie koniec i zająć się czym innym. Zawsze chciałem wrócić na stare śmieci i teraz nadarzyła się ku temu okazja – tłumaczył swoją decyzję 35-letni wówczas Ukrainiec.
Jego bilans był znakomity – 204 bramki w 577 spotkaniach i miano jednego z najbardziej utytułowanych ukraińskich piłkarzy. W dodatku jest drugim najskuteczniejszym strzelcem w historii ukraińskiej ligi (pierwszym jest Maksim Szackich – wyprzedził Rebrowa o bramkę) i Dynama Kijów (po Olegu Błochinie).
Po zakończeniu kariery został trenerem młodzieży w Dynamie, po czym w 2014 roku otrzymał szansę poprowadzenia zespołu po Olehu Błochinie. Już niespełna po miesiącu pracy zdobył Puchar Ukrainy, a w sezonie 2014/2015 przełamał hegemonię Szachtara Donieck, zdobywając mistrzostwo i Superpuchar. Jego trenerskim autorytetem jest oczywiście Walerij Łobanowski i Rebrow wiele razy podkreślał, jak wiele zdążył się nauczyć od swojego mistrza. Dostrzega on jednak również różnicę w sposobie prowadzenia drużyny przez niego i Łobanowskiego: ,,Z Walerijem mieliśmy więcej treningów bez piłki, natomiast obecnie skupiam się głównie na operowaniu nią. Łobanowski rozumiał, że braki techniczne niektórych zawodników musiał nadrabiać ich inteligencją boiskową. Jak do tej pory Rebrow wydaje się pojętnym uczniem. W końcu jego Dynamo poczyniło zauważalne postępy w porównaniu do zespołu Błochina. Zespół zdołał nawet awansować do 1/8 finału Ligi Mistrzów i mimo słabego występu przeciwko Manchesterowi City trudno uznać tegoroczną przygodę Ukraińców w Europie za nieudaną.” Ukrainiec wywołuje w Londynie mieszane uczucia nie tylko z powodu swojego słabego okresu gry w Tottenhamie. W 2008 roku w jednym z wywiadów zapytany o transfer Romana Pawliuczenki do „Spurs” mówił: ,,Nie mogłem wyjść sam na spacer w okolicach White Hart Lane, bo w tej dzielnicy mieszka mnóstwo Murzynów i naturalnie przez to przestępczość jest większa niż w jakimkolwiek innym miejscu w Londynie. Nie polecam więc Romanowi samotnych spacerów.” Reakcja w Anglii była rzecz jasna natychmiastowa i bardzo ostra. Rebrowa oskarżono o rasizm, a on sam musiał się gęsto tłumaczyć z tej niefortunnej wypowiedzi. Niewątpliwie utrwaliło to nie najlepszą opinię o Ukraińcu wśród angielskich kibiców. Czy Rebrow mógł osiągnąć więcej? Wydaje się, że tak. Był on raczej piłkarzem bardziej technicznym i dokonany przez niego wybór Tottenhamu w 2000 roku można uznać za niefortunny. Kto wie, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby zamiast Wysp Brytyjskich, wybrał na przykład Półwysep Apeniński bądź Iberyjski? Tego już się nie dowiemy, jednak nie ulega wątpliwości, że należy on do panteonu największych sław piłki nożnej urodzonych w Europie Wschodniej.
5
W cieniu Andrieja Szewczenki:
@DaPidejpi
@patataj
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
3
Niecodzienny, wręcz hokejowy wynik w polskiej lidze:
Do meczu z Garbarnią Kraków(3.06.1934) żadne zawody piłkarskie Ruchu Hajduki Wielkie nie oglądały takich tłumów publiczności jakie właśnie zebrały się na meczu Ruch-Garbarnia. Ponad 12.000 widzów zjechało się na emocjonujące zawody do Hajduk. Nic dziwnego. Stawka meczu była wysoka albowiem zwycięzca zapewnił sobie prowadzenie w lidze a że obie ekipy znajdowały się wówczas w najlepszej może formie ze wszystkich zespołów ligowych, zrozumiałe jest że mecz ten wywołał tak wielkie zainteresowanie. ,,Nawet występy mistrza Austrji Admiry, w Katowicach i w Król Hucie nie zgromadziły w obu dniach więcej niż 2 tys. osób”- takimi słowami tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” rozpoczął relacje z meczu, który bez wątpienia elektryzował całą piłkarską publiczność w kraju. Niebiescy wystąpili w swoim najsilniejszym składzie: Ploch-Wadas, Katzy-Zorzycki, Badura, Dziwisz-Urban, Giemza, Peterek, Wilimowski, Wodarz. Relacje prasowe są zgodne iż początek meczu należał do Garbarni, która miała okazje do zdobycia gola. Po jednej z interwencji Plocha, który trudną piłke wybił na róg, gra się wyrównała a po chwili Ruch przejął inicjatywę. W 16 minucie gola zdobył Giemza po rogu bitym przez Urbana. W 20 minucie drugiego gola strzelił Wilimowski a w 29 minucie Peterek trzeciego. Taki też wynik utrzymał się do przerwy. Po wznowieniu gry w 47 minucie Peterek zdobył kolejnego gola. Wydawało się że wynik meczu jest rozstrzygnięty, lecz krakowscy gracze rzucili się do ataku i w 51 minucie zdobyli pierwszego a w 57 drugiego gola. Gracze Garbarni uzyskali wyraźną przewagę i kiedy wydawało się że kolejne gole dla gości to kwestia czasu, w 67 minucie Peterek został sfaulowany w polu karnym. Rzut karny egzekwował sam poszkodowany, który zdobył piątego gola dla Ruchu. Gra się zaostrzyła, co spowodowało iż Dziwisz i Pazurek zostali wyrzuceni z boiska. Po chwili szóstego gola zdobył Wilimowski, lecz i Garbarnia odpowiedziała trafieniem. W 89 minucie gola dla Ruchu ponownie zdobył Peterek po świetnym podaniu Giemsy, jednakże minute później Garbarnia strzeliła czwartego gola. Wynik 7:4 do częstych nie należał, co podkreślała prasa a i liczba łącznie strzelonych jedenastu goli była nie lada atrakcją dla zebranej publiczności. Oczywiście gazety podkreślały świetną dyspozycje napadu Ruchu, co rzecz jasna dziwić nie może, jednakże część zwróciła uwagę na słaby punkt, którym był bramkarz hajduczan- Ploch, który dał sobie wbić aż 4 gole.
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj