FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@mekston No nie wiem, być może to już 512, mogłem jednego gola gdzieś zagubić. Tak czy owak rekord jest zagrożony a Messiemu będzie ciężko go dogonić, no chyba że wróci do Barcuni...
7
Pierwszy w kolekcji Puchar Króla:
24 maja 1910 r. rozpoczął się pierwszy w historii wygrany przez FC Barcelone turniej finałowy Pucharu Króla Hiszpanii. Co ciekawe z powodu nieporozumień między klubami odbyły się równolegle dwa turnieje i obydwa są uważane za oficjalne. Duma Katalonii wzięła udział w rozgrywkach pod egidą nowo powstałego Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej (RFEF). Właśnie 24 maja Barça pokonała w półfinale Deportivo La Coruña 5:0 a dwa dni później pokonała Club Español de Madrid 3:2 po golach Wallace’a, Commamali i Pepe Rodrigeuza. W turnieju tym brały udział tylko 3 kluby a turniej był rozgrywany w Madrycie.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
@regatta52 Był niesamowity, to prawda, jednak i tak najlepszy w historii jest bez wątpienia Djalma Santos.
1
@Kidd Wszystko na to wskazuje, choć po stokroć wolałbym ażeby na jego miejscu był Lionel Messi...
0
@QuaReL Każda klasyfikacja się liczy, jeśli nie jest zakłamana. W tej akurat nie ma znaczenia że nie gra w Europie. Tu chodzi o pierwszą lige i tyle
2
Rekord Josefa Bicana(518 goli na poziomie pierwszej ligi) jest bardzo mocno zagrożony a to za sprawą Cristiano Ronaldo, który wczoraj strzelił swojego 511 gola ligowego. Z kolei Robert Lewandowski strzelając wczoraj gola przeciwko Realowi Vallodild, uzbierał już na swoim koncie 367 goli i do następnego na liście(Di Stefano) traci już tylko 7 goli.
7
Panie i panowie, sympatycy Albicelestes, dzisiaj 29 lat kończy Rodrigo de Paul, argentyński pomocnik, świeżo upieczony mistrz Świata 2022 oraz zdobywca Copa America 2021. Rodrigo gra obecnie w Atletico Madryt i naturalnie jest reprezentantem kraju. Wychowanek Racing Club ma w swoim sportowym CV występy dla takich klubów jak m.in. Valencia czy Udinese Calcio.
2
Raniutko trzeba wstawać do roboty a początek meczu z Realem Valladolid o 22.00.
Eech, ci Hiszpanie nie mają litości dla kibiców, zwłaszcza ze wschodniej Europy. Co jak co ale ja nie zamierzam być nieprzytomny w robocie i zara ide spać! To nie jest mecz wagi ciężkiej, jutro sobie odtworze, dobranoc
9
Aranycsapat, czyli ,,Złota jedenastka”:
23 maja 1954 r. Węgrzy rozbili w Budapeszcie reprezentacje Anglii w meczu towarzyskim aż 7:1(!) co do dziś jest najwyższą porażką w historii angielskiej piłki nożnej. Był to rewanż za przegrany mecz listopadowy na Wembley z ubiegłego roku, jakim pałali wówczas Anglicy. Węgrzy znów byli o klasę lepsi i 3 tygodnie później pojechali na mundial jako faworyt. Tam dopiero w finale zatrzymała ich reprezentacja RFN po słynnym ,,cudzie”(de facto przekręcie, o czym już pisałem i niejednokrotnie będę przypominał) w Bernie i zwycięstwie 3:2.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@kamyk_23
7
@FCBparasiempre
Wszyscy młodzi chłopcy zarażeni baskijskim patriotyzmem, chcieli tak jak on – zdobywać mnóstwo bramek. Pozostaje idolem do dziś. Możemy narzekać, że jego sława opiera się w dużym stopniu na zasadzie przedwczesnej śmierci. Jednak trofea pozostają wieczne i przemawiają na jego korzyść. W czasach swojej świetności dumnie reprezentował tylko jeden klub – Athletic Bilbao. Każdy pasjonat przyodziany w biało-czerwone, pionowe pasy, wyobraża sobie jak Rafael Moreno Aranzadi lub po prostu „Pichichi” sto lat temu mijał obrońców. Kolczyk w uchu, różnokolorowe buty, idealnie nażelowane, pofarbowane lub przystrzyżone w wymyśle wzory włosy, koszulki rozchodzące się jak świeże bułeczki w sklepiku osiedlowym – zarówno te oryginalne, jak i tanie podróby(koszulki, nie bułki!). Własna firma najwygodniejszych na rynku (podobno) bokserek, zdjęcia wrzucane najnowszym IPhonem 6 na Instagrama, fanpage, mający blisko 20 milionów polubień i unikanie paparazzich, mknąc naprzód swoim Astonem Martinem One-77 z silnikiem V12. Takie życie być może w dzisiejszych czasach wiódłby Rafael w jednej z dzielnic Bilbao (o ile nie skusiłby się na grube pieniądze szejków). Ponad sto lat temu wyróżnić mógł się zaledwie białą chustką na głowie, co umożliwiało rozpoznanie go na boisku, w jednej chwili. Aranzadi kochał Bilbao od zawsze. Tutaj się urodził i wychował. Ludzie mówili, że ma intelektualny potencjał, jednak on nie chciał się kształcić. Nie marzył, żeby pójść w ślady ojca, który był prawnikiem, a z czasem został burmistrzem miasta. Wujek Rafaela (brat matki) był bardzo znanym hiszpańskim filozofem i pisarzem, ale i to do niego nie przemawiało. Do inżynierii też nigdy nie ciągnęło, choć tym zajmował się jego brat – Raymond. Wolał kopać szmacianą piłkę z kolegami i wracać późno do domu. Dołączył do Athleticu w 1911 roku, mając 19 lat. Wówczas uzyskał przydomek „Pichichi” (mała kaczka) z racji swoich warunków fizycznych. Szybko awansował do pierwszego zespołu. Najważniejszym trofeum w Hiszpanii był w tamtym czasie Puchar Króla. Brały w nim udział drużyny z całego kraju. Ceniono go ponad wszelkie mistrzostwa regionalne. Finał Copa del Rey (przeciwko Racing Club de Irun) w 1913 roku Aranzadi przegrał, ale szybko im się zrewanżował kilka miesięcy później – strzelając historyczną, pierwszą bramkę na stadionie San Mames, już w 5. minucie. „Pichichi” w dużym stopniu przyczynił się do zdobycia czterech Pucharów Króla, trzech mistrzostw północy, oraz dwóch Mistrzostw Vizcayan. W finale Copa del Rey 1915 ustrzelił nawet hat-tricka, a Athletic pokonał Espayol, aż 5 do 0. Znakomita część tych trofeów jest też zasługą angielskiego trenera Billy’ego Barnesa. Szkoleniowiec rozumiał doskonale pozycję Rafaela. Szczególnie że nie minął rok, odkąd sam przestał grać w piłkę. Grał jako skrajny lewy napastnik w drużynie Queens Park Rangers. Skupiał się więc najmocniej na pozycji „Pichichiego”. Wówczas grano na pięciu, czy nawet sześciu napastników, zupełnie nie dbając o środek pola. „Pichichi” grał na tej samej pozycji, co jego trener w przeszłości. Stąd bardzo dobrze się rozumieli. Często schodził do środka i pełnił poniekąd rolę mediapunta. Znakomity drybling, zwrotność, dobra gra obiema nogami, i silny strzał – to cechy, które pomagały mu bardzo często kończyć akcję indywidualnie. Pichichi był więc jednocześnie mediapuntą i lisem pola karnego. Teraz trudno to sobie wyobrazić, jednak wtedy proporcje obrońców w stosunku do napastników były jak w piłkarzykach stołowych – atakujący mieli przewagę. „Pichichi”, zdobył też srebro olimpijskie w 1920 r., strzelając na turnieju jedną bramkę. Kariera reprezentacyjna jednak nie zdążyła rozkwitnąć, bo licznik zatrzymał się na 5 spotkaniach.
Pod koniec swojego życia (nikt tak wtedy nie przypuszczał) przestał imponować formą. Ikona „Pichichiego” nie była tak silna za jego życia. Wówczas był bez żalu krytykowany. Fani domagali się tego samego piłkarza, który jeszcze niedawno był piłkarskim czarodziejem. W maju 1921 roku postanowił zostać piłkarskim sędzią. To zabolało fanów jeszcze bardziej niż zawieszenie butów na kołku. Sędziowski debiut wypadł mu na stadionie… San Mames. Jednak w wieku 29 lat, zmarł w swoim mieszkaniu na tyfus. Przyczyną było prawdopodobnie zjedzenie nieświeżych ostryg. Pośmiertnie więc „Pichichi” znów stał się ulubieńcem i ikoną Bilbao. Dziś legenda jeszcze bardziej urosła. Jest wymieniany naprzemiennie z Telmo Zarrą (także istnieje nagroda nazwana jego imieniem – Trofeo Zarra – przyznawana najlepszemu hiszpańskiemu strzelcowi Primera Division i Segunda Division) jako najwybitniejszy zawodnik w historii baskijskiego klubu. Od 1926 r. na cześć snajpera powstało popiersie z brązu, które od tamtego zdobi San Mames. W 1953. roku „Marca” postawiła „Pichichiemu” najtrwalszy pomnik, nazywając nagrodę najlepszego strzelca Primera Division jego imieniem, a właściwie przydomkiem. To hołd dla bramkostrzelnego gracza, który paradoksalnie nigdy nie był królem strzelców ligi, bo ta powstała przecież w 1929 roku. Nie miał więc okazji, którą pewnie by wykorzystał. Na setną rocznicę powstania klubu Athletic Bilbao, został odkryty wielki pomnik „Pichichiego” wraz z jego małżonką Aveliną Rodriguez. Na głowie posągu nie mogło zabraknąć białej chusty. To przecież stały atrybut Rafela. Ten „gigante” możemy podziwiać w muzeum Euskal Museoa Bilbao Museo Nasco. W świątyni San Mames istnieje pewna tradycja. Jeśli drużyna gra na tym stadionie pierwszy raz – to jej kapitan składa kwiaty przy popiersiu „Pichichiego”, które od 2013 roku, czyli od powstania nowego San Mames, znajduje się przy wyjściu z tunelu. Jeszcze do niedawna Cristiano Ronaldo i Lionel Messi konsekwentnie walczyli o „małą kaczkę”.
8
Od „Małej kaczki” do pięknego łabędzia(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
1
@kamyk_23 No napewno zdecydowanie legenda! Moje pierwsze doświadczenie z futbolem to Espańa '82 no i jego(niestety) ostatni turniej w roli komentatora. Później był włąśnie Szpakowski ale w międzyczasie był również Zydorowicz. Trudno mi jest spekulować czy ,,Szpaku" nawet się nie umywa do Ciszewskiego bo pana Jana słyszałem tylko w tym jedynym turnieju. Każdy ma swój niepowtarzalny styl i nie da się go podrobić. Jakby nie patrzeć, to jednak obydwaj są legendami i nikt im tego nie odbierze. Ja osobiście poza Szpakowskim, który zakończył swoją kariere, lubie bardzo słuchać Mateusza Borka, on też stwarza swoisty niezapomniany klimat...
0
A kim jest do cholery jakiś Toni Juanmarti?
12
Szanowni cules, czy wiecie że:
23 maja 1912 r. Alfonso Albeniz Jordana został pierwszym piłkarzem, który przeszedł z FC Barcelony do Realu Madryt(wówczas FC Madrid). Powodem przeniesienia się do stolicy było rozpoczęcie studiów w tym mieście. Albeniz został potem dyrektorem w Realu i prezesem pierwszego Hiszpańskiego Kolegium Sędziów. W 1902 r. jeszcze jako piłkarz Blaugrany zagrał w pierwszym El Clasico jako najmłodszy gracz w historii(16 lat i 132 dni), choć jak pisano wówczas w gazetach ,,ze względu na wiek nie powinien uczestniczyć w tak brutalnej i niebezpiecznej grze”. Z kolei inny zawodnik, Jose Quirante, będąc piłkarzem Barçy, grał dwa lata dla Realu w latach 1906-1908 ze względu na obowiązki w pracy, które zmusiły go do przeprowadzki do Madrytu. W tym czasie był jednak formalnie nadal piłkarzem FCB. No cóż, takie to właśnie były wtedy amatorskie czasy…
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
1
@barcelonaLM Ale na ławce siedzi Chiesa! Chyba jego nie masz na myśli?
1
Wprawdzie kiedyś lubiłem oglądać Juventus z Conte, Nedvedem czy Davidsem ale generalnie nie jestem kibicem Juventusu. Pytanie tylko co się dzieje ze ,,Starą Damą"?
Żal patrzeć...
7
@FCBparasiempre
Ileż to razy słyszy się dziś o zawodnikach, którzy znikąd pojawiają się na wielkiej imprezie, nawet nie mając wcześniej sukcesów w poważnej piłce. Bohaterem premierowej edycji Mistrzostw Europy, a w szczególności finału był Wiktor Poniedielnik. Dzięki jednej bramce jego nazwisko zapisało się w historii radzieckiego futbolu, a znają je także współcześni Rosjanie. Mowa o trafieniu dającym jedyny tytuł w połączonej historii radzieckiego i rosyjskiego futbolu, od którego to zaczęła się wielka kariera Poniedielnika – złotym golu w meczu finałowym Mistrzostw Europy w 1960 roku. Witia urodził się 22 maja 1937 r. w Rostowie nad Donem. Ma to duże znaczenie w kontekście jego losów zawodowych, bowiem Wiktor Władimirowicz był lokalnym patriotą, co mogło doprowadzić nawet do jego śmierci, ale o tym później. Wychowywał się w dobrze sytuowanej rodzinie pielęgniarki i dziennikarza. Z racji własnego wykształcenia pogląd matki i ojca na wychowanie dzieci przedstawiał się tradycyjnie. Upierali się, by Wiktor skończył studia i naciskali, by odrzucił marzenia o karierze futbolisty. Syn nie śmiał jednak podporządkować się woli rodziców. Od czasu, gdy na szkolnym boisku wypatrzył go trener lokalnej drużyny Buriewiestnik, Iwan Grebieniuk. Wiktor rozpoczął karierę, równocześnie uczęszczając do technikum rolniczego. Kolejny krok umożliwił mu kolega ze studiów pedagogicznych, Julguszew, Wówczas reprezentował on barwy większego klubu z Rostowa, Torpedo. Zaprowadził Witię do znajomego trenera, Piotra Szczerbaczenki, który był szanowany w całym regionie. Szkoleniowiec, kiedy zobaczył, na co stać Poniedielnika, polecił go do wyżej wymienionej ekipy. Witia zaliczył tam pierwszy z kilku wspaniałych debiutów, strzelając zwycięskiego gola na 1:0 przeciwko ekipie z Finlandii. Grał w Torpedo (przemianowanym po sezonie 1957 na Rostsielmasz) do 1959 roku. Jako zawodnik Rostsielmasza otrzymał powołanie do reprezentacji. Klub z Rostowa grał wtedy w drugiej lidze, toteż Poniedielnik został pierwszym graczem z niższego szczebla rozgrywek zauważonym przez sztab kadry narodowej. Nie dane mu było jednak wyjść na boisko. Co się odwlecze, to nie uciecze. Po zasileniu szeregów pierwszoligowego SKA Rostów wizja gry w koszulce z napisem „CCCP” na piersiach stała się realniejsza. Napastnika w jego pierwszym sezonie w nowej drużynie wybrano jednym z trzech najlepszych piłkarzy na tejże pozycji w kraju. Dzięki temu dostał okazję debiutu w „Sbornej”. Znowu zaliczył wejście smoka. 19 maja 1960 polscy rywale Związku Radzieckiego musieli przełknąć gorycz porażki w stosunku aż 7:1, a trzy razy do bramki strzeżonej przez Stefaniszyna trafił 23-letni debiutant. Półtora miesiąca później rozpoczęły się Mistrzostwa Europy na francuskich boiskach. Tam Poniedielnik zagrał 180 minut w dwóch meczach, w każdym pokonując bramkarza drużyny przeciwnej. Na początek półfinałowy mecz z Czechosłowacją i gol na 3:0 dobijający Czechów. To, co stało się finale Mistrzostw przeszło do historii Związku Radzieckiego. Po regulaminowych 90 minutach na tablicy wyników widniał remis 1:1. Do akcji wkroczył rozgrywający swój trzeci oficjalny mecz w reprezentacji Witia. Sam bohater opowiada: „Była 112 lub 113 minuta meczu (…). Kombinację, prowadzącą do „złotego gola”, można powiedzieć, rozpoczął Jaszyn. On ręką wprowadził piłkę do gry, rzucił prawie do środka pola, w naszą linię pomocy. Po krótkiej wymianie podań z partnerami Jura Wojnow ograł Matusa i posłał po lewej flance Meschiego. Micho nie odmówił sobie przyjemności zrobienia dwóch firmowych zwodów, uciekł obrońcy i wrzucił w okolice punktu rzutów karnych, dokąd ja już leciałem pełną parą…”.
Wprawiając cały naród w euforię jednocześnie Wiktor narobił sobie kłopotów, pokonując Schrojfa. W Związku Radzieckim, jak swego czasu w większości komunistycznych państw świata (w tym w Polsce), panowały osobliwe zasady transferów pomiędzy klubami. Najlepsi zawodnicy skupiani byli we flagowych ekipach kraju. Będąc na świeczniku, Poniedielnik ściągnął na siebie uwagę ministerstwa obrony ZSRR, które to sprawowało pieczę nad CSKA Moskwa (wówczas CSK MO). Pewnego poranka, kilka chwil po obudzeniu się dostał wiadomość, że musi przeprowadzić się do Moskwy. Do domu Witii wtargnął bowiem oficer w asyście dwójki niższych rangą żołnierzy i nakazało Poniedielnikowi wyjazd do Moskwy. Wizja własnego apartamentu w stolicy i luksusowego samochodu nie przekonała 23-latka do zmiany miejsca zamieszkania i wyprowadzki z rodzinnego Rostowa. Nie zareagował na zainteresowanie czołowej drużyny kraju z entuzjazmem, choć pod naciskiem musiał wyjść w jej koszulce podczas kilku sparingów. Wręcz przeciwnie, za wszelką cenę chciał uniknąć przenosin do Moskwy. Przeciwni utracie swojego idola byli także lokalni kibice. Organizowali więc protesty, wcale nie pokojowe, zniszczenia w mieście były widoczne. Reakcja społeczeństwa nie obchodziła władz państwowych. Pewnie napastnik SKA nie uniknąłby gry w stołecznej drużynie, gdyby nie znajomość ojca piłkarza, Władimira, z najsłynniejszym obywatelem Rostowa, pisarzem Michaiłem Szołochowem (autor m. in. powieści „Cichy Don”). Władimir Poniedielnik, pisał swego czasu esej o prozaiku, toteż miał okazję robić z nim wywiad. Wołodia zadzwonił do Szołochowa, przedstawił znajomemu całą sytuację. Rostowianin skontaktował się zaś z Jekateriną Furcewą, ministrem kultury ZSRR. Furcewa nie tylko pełniła ważną funkcję państwową. Również, a może w tym kontekście przede wszystkim, była kochanką Leonida Breżniewa, przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej Związku Radzieckiego, czyli najważniejszej osoby w kraju. Wysłuchawszy słynnego pisarza, Furcewa zaprosiła go na spotkanie, by zapewne jeszcze bliżej przyjrzeć się problemowi i podjąć decyzję. Partnerka głowy państwa radzieckiego po rozmowie z zawodnikiem wykonała telefon do bezpośrednio odpowiedzialnego za sprawę Siergieja Pawłowa, kierującego Komitetem Kultury Fizycznej i Sportu przy Radzie Ministrów ZSRR. Pawłow zgodził się z panią minister i zwolnił Poniedielnika z obowiązku zasilenia szeregów CSKA Moskwa, dzięki czemu do końca kariery napastnik mógł pozostać w Rostowie. Zapewne może mówić o sporym szczęściu, gdyż niewielu futbolistom (jeśli komukolwiek) udało się bez konsekwencji sprzeciwić reżimowi panującemu w Związku Radzieckim. Rok po tych wydarzeniach wraz z reprezentacją odwiedził Chile, by rywalizować w Mundialu. Rosjanie nie spełnili oczekiwań rządu i narodu. Co prawda, przez fazę grupową przeszli pewnie, pokonując znów Jugosławię (2:0), a także Urugwaj (2:1), oraz remisując z Kolumbią (4:4), lecz już w następnej fazie odpadli ponosząc porażkę z Chile (1:2). Oprócz złota na premierowych Mistrzostwach Europy w kadrze łupem Wiktora padł również srebrny medal kontynentalnego czempionatu w 1964 roku. Przez cztery lata dzielące oba turnieje ze zwycięskiej ekipy odeszła większość gwiazd, a oprócz Poniedielnika w obu finałach zagrali tylko Iwanow i Jaszyn. Na Santiago Bernabeu obrońców tytułu zwyciężyli gospodarze 2:1. W międzyczasie trzykrotnie otrzymał wyróżnienie dla najlepszego napastnika krajowej ligi. Potem kariera naszego bohatera zmierzała ku końcowi. Zaczął przybierać na wadze, a na domiar złego wiosną 1965 roku przyplątało się zapalenie wyrostka, w związku z czym musiał wylądować na stole operacyjnym. Zabieg nie poszedł do końca zgodnie z planem, 28-latkowi dawały się we znaki powikłania pooperacyjne. Pomimo usilnych starań w kierunku przywrócenia piłkarza do pełnej sprawności, niedługo po podpisaniu kontraktu z moskiewskim Spartakiem, dawny idol milionów nie miał innego wyjścia i musiał zakończyć karierę. Zawiesiwszy buty na kołku Wiktor Władimirowicz poszedł w ślady ojca i został dziennikarzem gazet „Советский Спорт” (przez 14 lat, w latach 1969—1983 kierował działem piłkarskim), a następnie przeszedł do ”Футбол-Хоккей” obejmując posadę redaktora naczelnego. Wcześniej krótko trenował graczy Rostsielmasza (1969). Ma na koncie aż cztery autobiografie, jak: „ Любовь моя, футбол” („Moja miłość, futbol”) i „Исповедь центрального нападающего” („Spowiedź środkowego napastnika”). Obecnie działa społecznie, jak i na rzecz rozwoju rosyjskiego futbolu. Imieniem Wiktora Poniedielnika ochrzczono akademię piłkarską.
Statystyki i osiągnięcia:
Reprezentacja:
1x mistrzostwo Europy (1960)
1x Wicemistrzostwo Europy (1964)
Osiągnięcia indywidualne:
1x król strzelców mistrzostw Europy (1960)
7
Buntownik przeciwko systemowi:
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
9
@FCBparasiempre
Prawie codziennie opisywani są wybitni piłkarze, czy sylwetki wielkich trenerów. Pisze się o sędziach, działaczach. Do historii polskiej piłki przeszedł także ten, który opowiadał o jej największych sukcesach milionom rodaków i przez te miliony został pokochany. Wielu z nas wychowywało się na Dariuszu Szpakowskim. Niemało jest w naszym kraju fanów Mateusza Borka. W złotych czasach polskiego futbolu pierwszym głosem był jednak Jan Ciszewski. Kiedy Ciszewski miał dziewięć lat, nieszczęśliwie skoczył z wozu, przez co zerwał ścięgno w prawej nodze. Kilka lat później zaczął jeździć na motocyklu żużlowym. Niestety miał wypadek na torze. Połączony dodatkowo z niefortunnym zdarzeniem z dzieciństwa, sprawił, że kariera sportowa została zahamowana. Młodemu Jankowi groziła nawet amputacja, ale na szczęście udało się jej uniknąć. Prawa noga była o 12 centymetrów krótsza od lewej. Nie porzucił jednak swojego marzenia. Jeździł na przygotowanym przez przyjaciół specjalnym motocyklu, ale w rywalizacji z pełnosprawnymi zawodnikami nie miał wielkich szans. To żużel był dyscypliną, od której zaczęła się kariera „Cisa”. Wprawdzie nie został sportowcem, ale dzięki temu, że opowiadał o ich zmaganiach, stał się słynny w całej Polsce. W 1951 roku nagrał swój głos na kasetę magnetofonową właśnie podczas zawodów czarnego sportu. W kolejnym roku doczekał się debiutu w eterze. Relacjonował w Radiu Katowice mecz piłkarski, w którym Unia Chorzów zmierzyła się z Budowlanymi Gdańsk. Cztery lata później przejęła go lokalna telewizja. Po zaledwie pięciu latach pracy pojechał na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie. Były to zimowe zmagania w Cortina d’Ampezzo. Od roku 1972 należał do Naczelnej Redakcji Programów Sportowych Telewizji Polskiej w Warszawie. Największe zawodowe sukcesy były dopiero przed nim. Został zapamiętany przede wszystkim z komentowania największych osiągnięć naszego piłkarstwa. W 1970 roku miał okazję komentować największy sukces polskiej piłki klubowej. Górnik Zabrze awansował wtedy do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, eliminując w dramatycznych okolicznościach, po trzech meczach i rzucie monetą, włoską AS Romę. We wszystkich opisach tej pamiętnej rywalizacji przypominane są nie tylko popisy Lubańskiego, Gorgonia i Oślizły, ale także słowa wypowiadane przed milionami widzów przez Ciszewskiego. W relacji telewizyjnej odpowiednią atmosferę budował w tym czasie słynny Jan Ciszewski: „Rzucona moneta” – powiedział komentator i po chwili ucichł. I nagle w telewizorach milionów Polaków zagrzmiało: „Polska! Górnik! Sprawiedliwości stało się zadość!” Stało się bowiem jasne, że losowanie wygrał kapitan górników Stanisław Oślizło– ,,W taki sposób o trzecim spotkaniu polsko-włoskiej potyczki pisano w publikacji „wielkie kluby Europy. AS Roma” wydanej przez „Przegląd Sportowy”. Pierwszy reprezentacyjny sukces, jaki Ciszewski miał okazję komentować, to mistrzostwo olimpijskie zdobyte w 1972 roku przez chłopców Kazimierza Górskiego. Biało-czerwoni pokonali w finale Węgrów i wrócili z Monachium z najcenniejszym medalem. Kolejny rok przyniósł chyba najważniejszy mecz w historii polskiego futbolu. Bez tego legendarnego spotkania nie byłoby kolejnych osiągnięć. Słynny remis z Anglią na Wembley stał się nad Wisłą elementem popkultury. Odniesienia do niego pojawiały się w filmach, a opowieści ojców i dziadków o tym wydarzeniu, w wielu rodzinach umilały czas spędzony przy kominku w długie zimowe wieczory. Polacy zremisowali z Anglikami i wywalczyli pierwszy po wojnie awans na mundial. Sukces obwieścił rodakom właśnie „Cis”: ,,Mój Boże, co ja mam Państwu powiedzieć? Tyle lat na to czekałem…” – łamiący się głos komentatora wybrzmiał w milionach polskich domów a wypowiedziane wówczas słowa przeszły do historii. Słynny sprawozdawca towarzyszył kadrze Górskiego także na samych mistrzostwach. Polacy zajęli trzecie miejsce, a głos Ciszewskiego rozpoznawano już w całym kraju. Nie mogło to dziwić. Zwycięstwa z Włochami, Argentyną czy Brazylią, a także zacięta walka z Niemcami na stadionie przypominającym basen, to wydarzenia, o których skomentowaniu marzy każdy człowiek wykonujący tę pracę.
Pojechał też na kolejny mundial. Tym razem z Argentyny przesyłał do kraju relacje ze zmagań podopiecznych Jacka Gmocha. Drużyna, która przez wielu uważana była za faworyta do wygrania turnieju, nie znalazła się w pierwszej czwórce. Duży wpływ miała na to porażka z Argentyną, czyli gospodarzem. Najsłynniejszy zmarnowany rzut karny w historii polskiej piłki nożnej… W dzisiejszych czasach w takiej sytuacji z ust wielu komentatorów pewnie wydobyłby się potok słów. Ciszewski skomentował to inaczej. W mistrzowski sposób zagrał pauzą. W Argentynie medalu nie zdobyliśmy, ale już cztery lata później zespół prowadzony przez Antoniego Piechniczka zajął trzecią pozycję na czempionacie w Hiszpanii. Był to ostatni wielki turniej Ciszewskiego. Niedługo po zakończeniu mistrzostw słynny dziennikarz odszedł z tego świata. ,,Zakończył pięknie – wielkim sukcesem polskich piłkarzy, którzy, co oczywiste, byli w kraju witani jak bohaterowie. Samolot, którym kadra wracała na Okęcie, miał awarię, musiał wracać do Madrytu i Polacy przylecieli do Warszawy z ośmiogodzinnym opóźnieniem. Mimo to czekały na nich tysiące kibiców. Prosto z lotniska karetka zabrała do szpitala chorego Jana Ciszewskiego, najsłynniejszego telewizyjnego komentatora piłkarskiego. To był jego ostatni mundial. Zmarł pięć miesięcy później”– pisał w drugim tomie „mojej historii futbolu” Stefan Szczepłek. Już podczas wyjazdu do Hiszpanii Ciszewski był chory. Nie chciał jednak rezygnować z pracy na tak ważnej imprezie. Wiele osób znających komentatora uważa, że to właśnie podczas mistrzostw tak mocno ucierpiało jego zdrowie. Jadąc na mistrzostwa świata w Hiszpanii, był już chory, ale nie mógł z tego zrezygnować – tak żył piłką nożną. Proszę pamiętać, że tak jak piłkarze, tak też dziennikarze mieszkali w hotelach bez klimatyzacji. Dla zdrowego człowieka były to ciężkie warunki, a co dopiero dla chorego. Wydaje mi się, że jeszcze bardziej nadwyrężył tam sobie zdrowie i dlatego tak szybko od nas odszedł – opowiadał Janusz Zaorski w artykule „Człowiek, który stał się legendą za życia” autorstwa Dariusza Dobka z portalu Onet Sport. Sam „Cis” wspominał o tym na łamach „Przeglądu Sportowego” po powrocie z Półwyspu Iberyjskiego: ,,Przez cały pobyt w Hiszpanii byłem w złym stanie zdrowia. Wróciłem zupełnie chory, tak, że musiałem iść do szpitala. To(i rozgoryczenie ostrą krytyką) sprawiło, że istotnie początkowo chciałem dać za wygraną. Nie ma wątpliwości, że Ciszewski stał się wzorem dla wielu współczesnych komentatorów. Tak w cytowanym wcześniej artykule opowiadał o nim Mateusz Borek: ,,Świetny narrator, doskonale czuł emocje widza. Wiedział czego widz potrzebuje i jak ma zagrać na emocjach, by stworzyć odpowiedni klimat widowiska. Wybitny gawędziarz – z taką pozytywną konotacją. Bo to sztuka opowiadać tak, by była cisza, a ludzie ze zdumienia mieli otwarte usta”. Dziennikarz Polsatu potrafi także wytłumaczyć przyczyny jego ogromnej popularności: ,,Legendę Ciszewskiego budowało to, że w jego czasach nie było tylu kanałów telewizyjnych i transmisji sportowych. Komentatorom łatwiej było kłaść podwaliny pod swoje pomniki”. Jednak pojawiały się także krytyczne głosy na temat jego komentarza. Ciekawie opowiadali o nim dziennikarze Eurosportu, Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski w książce „Rach-ciach-ciach, czyli pchamy, pchamy” – rozmowie-rzece obu panów. TJ: ,,Chwalony komentarz Jana Ciszewskiego, który jest bogiem, komentarz podawany jako niedościgniony przykład Dariuszowi Szpakowskiemu czy innym komentatorom. Ten komentarz, patrząc oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia, jest mocno średni. Krzysztofie, pamiętasz Wembley, oglądałeś? KW: ,,Oczywiście, że pamiętam Wembley, ale przede wszystkim Jana Ciszewskiego, z którym przez kilka ładnych lat pracowałem w tej samej redakcji. Wiesz co, wtedy ten komentarz Janka Ciszewskiego był bardzo emocjonalny i oczywiście zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę(i Janek też sobie dawał sprawę) z chropowatości języka, którego używał. Było bardzo wiele krytycznych artykułów i głosów, że to nie jest poprawny polski, że nie wolno takiej polszczyzny propagować w telewizji. Były różnego rodzaju, czasami uszczypliwe i niepotrzebne, uwagi pod adresem Janka, bo jednak przekazał on nam tyle ładunku emocjonalnego i te jego powiedzenia…”
Ciszewskiemu zarzucano wiele. Błędy językowe, niepoprawną wymowę nazwisk, a czasem też stronniczość. W czasie meczu Ruchu z St. Etienne zdarzył się następujący wypadek. Piłkarz polski i francuski wyskoczyli w powietrze, przy czym nasz zawodnik całkiem niechcący kopnął Francuza w podbrzusze. Red. Ciszewski nie ma alibi. Tymczasem z jego ust nie wydobyło się ani jedno słowo współczucia dla cudzoziemca, który klęczał, trzymał się obiema rękami za bolesne miejsce i wręcz rył twarzą w ziemi, a potem otwierał szeroko usta jak ryba wyjęta z wody, usiłując złapać powietrze. Każdy mężczyzna wie, że ból taki zazwyczaj dość prędko ustępuje i kiedy Francuz wrócił do gry, red. Ciszewski skomentował cały incydent krótko: „Wiele hałasu o nic”. Gotów jestem umówić się z red. Ciszewskim i zrobić mu takie „nic”– pisał w 1975 roku na łamach „Polityki” Daniel Passent. O tym, jak wybitną postacią zarówno w polskim futbolu, jak i w świecie dziennikarstwa był Ciszewski, świadczy scena, która miała miejsce przy okazji meczu eliminacji ME 1992. Polska, tak jak przed prawie dwiema dekadami, mierzyła się z Anglią. Znów mecz z Brytyjczykami i rywalizacja na słynnym londyńskim stadionie. Tyle, że dla Telewizji Polskiej spotkanie relacjonuje Dariusz Szpakowski. Zaczynając transmisję, zalicza jedną z najsłynniejszych wpadek w historii tego zawodu. Przedstawia się jako… Dariusz Ciszewski. Wembley z 1973 roku oglądałem jako młody człowiek. 17 lat później wszedłem na stanowisko komentatorskie na tym stadionie. Nie miałem połączenia z krajem. To zawsze nerwowa sytuacja. W ostatniej chwili udało się jednak połączyć. Wcześniej przygotowałem sobie całe wejście. „Przed laty Jan Ciszewski pięknie opowiadał, teraz po latach ja mam przyjemność komentowania” i… w skrócie powiedziałem, że nazywam się Dariusz Ciszewski. Całą noc potem nie spałem-opowiadał o sytuacji Szpakowski. O wpadce dowiedział się już po meczu od kolegów. Zaraz po powrocie do Polski, przy okazji prowadzenia „Sportowej Niedzieli”, przeprosiłem rodzinę Janka i kibiców. Tłumaczyłem, że stadion Wembley robi takie wrażenie, że człowiek zapomina, jak się nazywa. Co ciekawe, nie brakuje jednak kibiców, którzy są święcie przekonani, że zrobiłem to świadomie. Kiedyś na stacji benzynowej podszedł do mnie mężczyzna i pogratulował pomysłu. „Pięknie pan to połączył. Aż się wzruszyłem -mówił komentator. Jan Ciszewski to ciekawa postać nie tylko ze względu na zawodowe osiągnięcia. Był wybitnym komentatorem, ale przede wszystkim barwną personą. Znów warto przywołać słowa jego znajomych z cytowanego już artykułu redaktora Dobka. Na początek ponownie Borek: ,,Zapamiętałem go jako człowieka, który był charakterystyczny, charyzmatyczny, a do tego był wybitnym futbolowym gawędziarzem. Starsi piłkarze opowiadali mi, że była to kolorowa postać”. Stanisław Oślizło, legendarny gracz wielkiego Górnika Zabrze, podobnie wypowiadał się o bohaterze tego tekstu: ,,Spędzaliśmy wspólnie sporo czasu, braliśmy udział w towarzyskich spotkaniach, bywał u mnie w domu. Przyjaźniliśmy się. Bardzo ubolewałem, gdy od nas odszedł”. Sporo mówiło się o problemach z hazardem. Został nawet zwolniony z Radia Katowice. Po ponownym zatrudnieniu zawieszono go na dwa lata. Istniały pogłoski, według których „Cis” przegrywał w karty duże sumy pieniędzy, zadłużając się u ludzi z różnych środowisk. Córka komentatora, Joanna Ciszewska, nieco inaczej patrzy na ten problem (znów wypowiedź ze znakomitego artykułu Dariusza Dobka): ,,Hazardzista? Z Mamą bardzo bronimy go przed takim określeniem. Hazardzistą jest się wtedy, gdy ta gra jest nałogowa, a do tego krzywdzi otoczenie i bliskich. Jak chociażby przez brak pieniędzy, niekończące się długi, znikanie z domu wartościowych rzeczy. Natomiast ojciec doskonale nad tym panował. On grał, bo lubił. Natomiast nigdy nie zdarzyło się, żeby z tego tytułu wynikały jakieś problemy. Takie były czasy. Nie było alternatywy w postaci innych rozrywek. Miał swoją stałą ekipę, która regularnie spotykała się i grała w pokera czy brydża. Aczkolwiek wiadomo, że hazard zawsze brzmi ciekawiej niż to, że ktoś po prostu lubił grać”.
Miał także epizod związany ze Służbą Bezpieczeństwa. Z racji wykonywanego zawodu, często wyjeżdżał zagranicę, co miało wpływ na zainteresowanie SB jego osobą. Został nawet zarejestrowany jako jej współpracownik, ale ponieważ unikał przekazywania informacji, służba sama z niego zrezygnowała. O Ciszewskim nie sposób zapomnieć. Wszak jego komentarz okrasił największe sukcesy najukochańszej w naszym kraju dyscypliny. Do 2012 roku odbywał się żużlowy memoriał jego imienia. Jest patronem stadionu Czarnych Sosnowiec. Jego imię noszą Szkoła Podstawowa w Waleńczowie oraz jedna z warszawskich ulic. Jan Ciszewski to bez wątpienia jedna z największych postaci w historii polskiego dziennikarstwa sportowego. Komentował żużel, hokej czy szermierkę. Większość kibiców pokochała go jednak za relacjonowanie futbolu. Przez wielu wspominany jest z tak wielkim sentymentem jak ówcześni piłkarze. I chyba nie ma się czemu dziwić. W końcu jego głos przez lata był obecny w polskich domach. Wybrzmiewał z czarno-białych telewizorów w czasach PRL-u. I będzie wybrzmiewał także z czterdziestocalowych odbiorników już zawsze, gdy tylko telewizja przypomni o największych sukcesach naszego piłkarstwa. Miał monopol na komentarz i świetnie się to zgrało z wielkimi sukcesami reprezentacji Polski. Trzeba umieć to wykorzystać.
7
Głos piłkarskich sukcesów:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
23
Diego Forlan ,,zaszalał” na Camp Nou:
22 maja 2005 r. FC Barcelona zremisowała w przedostatniej kolejce La Liga z Villarreal 3:3 a wydarzeniem wieczoru była prezentacja pucharu za mistrzostwo Hiszpanii i wielka fiesta, która odbyła się na Camp Nou po zakończeniu meczu. Na drugim planie toczyła się jednak walka o Trofeo Pichichi- tytuł najlepszego snajpera. Niespodziewany hattrick zdobyty przez Diego Forlana pozwolił mu niemal dogonić Samuela Eto’o. Napastnik Villarreal miał po 37 kolejkach 23 gole wobec 24 goli snajpera Blaugrany. Trzeba jednak zaznaczyć iż kontrowersje wywołał gol strzelony 19 lutego w meczu z RCD Mallorca, gdy uderzona przez Deco piłka odbiła się od Eto’o i zmyliła bramkarza z Balearów. Katalońskie media zaliczały to trafienie Kameruńczykowi, ale madrycka ,,Marca”(fundator nagrody Trofeo Pichichi) i europejska organizacja ESM(przyznająca ,,Złotego Buta”) uznały że strzelcem gola jest Deco. Jak się okazało była to kluczowa decyzja, gdyż w rozegranej tydzień później ostatniej kolejce ligowej Forlan strzelił 2 gole a Eto’o nie trafił ani razu i to reprezentant Urugwaju sięgnął po Pichichi, zdobył także, ex aequo z grającym w Arsenalu Henry’m, Złotego Buta.
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
9
Debiuty legend FCB:
22 maja 1927 r. w towarzyskim meczu FC Barcelony z Motherwell wygranym 2:0 debiutuje w barwach Blaugrany legendarny napastnik Angel Arocha.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
1
Bravissimo Borussia! Tak trzymać i w końcu triumfować!
6
@FCBparasiempre
W maju 2021 roku mineło dokładnie sto lat od kiedy na polskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy numer ,,Przeglądu Sportowego”. Jedna z najważniejszych gazet sportowych w naszym kraju do dziś wyznacza trendy odnośnie funkcjonowania na rodzimym rynku prasowym. Pismo to nie święciłoby jednak swoich sukcesów gdyby nie kilku oddanych sprawie zapaleńców, którzy zaryzykowali i swoją ciężką pracą wynieśli słabo prosperujący tytuł na wyżyny przedwojennej publicystyki sportowej. Początki były jednak trudne, a miały one dużo wspólnego z futbolem. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło wiele zmian odnośnie zawodu dziennikarza. W porównaniu z latami przed Wielką Wojną ciężko było znaleźć prawdziwych fachowców, którzy nadaliby kierunek tworzącym się formom dziennikarskim. Wielu przedwojennych ,,nowiniarzy” poniosło śmierć na frontach I wojny światowej, wojny polsko-ukraińskiej lub polsko-bolszewickiej. Stanowiska pierwszych dziennikarzy w odrodzonej ojczyźnie obejmowali często byli lub obecni sportowcy, od których od razu wymagano wszechstronności w nowym zawodzie. Jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych w dwudziestoleciu Tadeusz Grabowski tak wspominał swoje początki w redakcji bytomskiego ,,Sportowca”: ,,(…) razu pewnego na pierwszą kolumnę nie miałem nic poza ilustracją z ,,Miroir” z meczu Francja-Anglia, gdzie głowy graczy, tworząc skomplikowaną gmatwaninę, ledwo odcinały się od tła. Trzeba było to wszystko, a zwłaszcza głowy ,,podmalować”. Dorywczo współpracujący plastyk przepadł gdzieś bez wieści, drukarnia biła na alarm, także wreszcie… sam chwyciłem za farby i pędzle”. Ta sytuacja bardzo dobrze oddaje ogrom trudności, z którymi musieli się borykać. Innym palącym problemem była nieumiejętność odnalezienia się w panującej rzeczywistości wielu dziennikarzy, którzy nie umieli funkcjonować bez cenzorskiej kontroli. Nie potrafili oni porzucić przedwojennych przyzwyczajeń, a co za tym idzie zachęcić ewentualnych czytelników do nabywania ich pism. Zbyt trudne dla nich było również przerzucenie się z tematyki narodowowyzwoleńczej na bardziej rozrywkową, co skazywało ich na zawodowy niebyt. Dużą wagę w pracy przedwojennych dziennikarzy przykładano do języka, który w obliczu panującego w II Rzeczypospolitej analfabetyzmu (33% obywateli kraju) musiał zostać uproszczony. Chciano w ten sposób, aby poszczególne artykuły były zrozumiałe zarówno dla ludzi z nizin społecznych, jak i tych z wyższych sfer. Po pewnym czasie dało się jednak zauważyć, że wspomniany zabieg nie przyniósł pożądanych skutków. Do innych dziennikarskich niedogodności pierwszych lat niepodległości możemy zaliczyć także niedostatki na polu sprzętowym, brak papieru, na którym można by drukować poszczególne tytuły czy słabą sieć komunikacyjno-informacyjną, która była skutkiem różnego prawodawstwa u poszczególnych zaborców. Kłopoty pojawiały się często również z powodu zbyt częstych polemik między poszczególnymi tytułami, co jednak w dużej mierze napędzało sprzedaż pism. W powojennej rzeczywistości politycy szybko zdali sobie sprawę, że dziennikarstwo, a zwłaszcza to sportowe, ma olbrzymi potencjał propagandowy. Nie powinien dziwić nas więc fakt, że istniała możliwość wykorzystywania zajmowanych stanowisk do własnych interesów przez wielu przedstawicieli państwowych. Szybko do zadań żurnalistów sportowych dołączyło propagowanie w społeczeństwie aktywności fizycznej, o której wielu Polaków wciąż myślało, że między innymi powoduje choroby. Wspomniany wcześniej analfabetyzm spowodował jednak, że misja poszerzania horyzontów spaliła na panewce.
Dwudziestolecie międzywojenne z perspektywy lat jawi się jako czas walki o poprawę wizerunku dziennikarzy. Walki, którą z perspektywy olbrzymich sukcesów polskiego dziennikarstwa w latach trzydziestych, należy uznać za wygraną. Kraków, dawna stolica Polski oraz centralne miasto austriackiej Galicji, długo hamował rozwój prasy sportowej. Ta tendencja została przełamana dopiero pod koniec XIX wieku. Następstwem takiego stanu rzeczy był fakt, że tytułów prasy sportowej zaczęło przybywać niczym grzybów po deszczu. Jednym z nich był wydawany od 21 maja 1921 roku ,,Przegląd Sportowy”. Początki obecnego hegemona branży dziennikarstwa sportowego mocno związane były z postacią Tadeusza Synowca. Nie pełnił on co prawda roli redaktora naczelnego (tę przez pierwszy rok sprawował Ignacy Rosenstock, a później do 1926 roku Ferdynand Goetel), ale wywarł on olbrzymi wpływ na funkcjonowanie owego tytułu. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski dużo czasu w tamtym okresie spędzał w dobrze sobie znanej kawiarni ,,Bizanca”, w której przy jednym ze stolików zajmował się grą w szachy oraz poprawianiem tekstów, które miały ukazać się na szpaltach ,,Przeglądu Sportowego”. Pierwsze wydanie gazety w pełni poświęcone było futbolowi, co można łatwo wytłumaczyć jeśli wie się, że już na początku swojego funkcjonowania tygodnik (,,Przegląd Sportowy” stał się dziennikiem dopiero po II wojnie światowej) stał się organem Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Z czasem został on częścią okręgowych związków piłkarskich również w Wilnie, Lublinie, Katowicach, Łodzi i Warszawie. Formuła miała oscylować wokół naukowego charakteru publikacji, co po dość krótkim czasie zostało zmienione. Nakład pisma wynosił wtedy około pięciu tysięcy numerów, ale z powodu panującego w Galicji ubóstwa oraz dlugotrwałej pracy nad wydaniem pojedynczego numeru zaczął on spadać. Widmo upadku zniknęło, gdy właściciel Cracovii Jan Gebethner z własnej kieszeni sfinalizował powstanie Towarzystwa Wydawniczego ,,Przegląd Sportowy”. Nie oznaczało to jednak, że problemy zniknęły w ogóle. Nudna szata graficzna, informowanie o wydarzeniach związanych tylko z zespołem Cracovii czy publikowanie informacji z opóźnieniem sprawiły, że nastąpił drugi poważny odpływ czytelników. Inne gazety, w tym ,,Rzeczpospolita” czy ,,Słowo Polskie”, także weszły do rywalizacji o odbiorcę, co objawiło się poprzez redagowanie interesujących działów sportowych. Dewaluacja marki natomiast doprowadziła do podniesienia ceny pisma aż trzydzieści cztery razy w przeciągu trzech lat. Stojący na czele gazety zdawali sobie sprawę z faktu, że jeśli nic nie zrobią, to pismo będzie musiało ogłosić upadłość. Jan Gebethner i jego współpracownik Marian Strzelecki musieli zdecydować pomiędzy przekształceniem ,,Przeglądu Sportowego” w elitarny magazyn dla małej liczby czytelników a zrobieniem z niego ogólnopolskiej gazety nastawionej na masowego odbiorcę. Decyzja ta zmieniła polskie dziennikarstwo sportowe na zawsze. Milowy krok w historii ,,Przeglądu Sportowego” nastąpił na przełomie 1924 i 1925 roku. Wtedy to właśnie redakcja gazety została przeniesiona z Krakowa do Warszawy. Większość obowiązków pod nowym adresem przejął Marian Strzelecki, członek zarządu Polonii Warszawa i jej piłkarz w wicemistrzowskim sezonie 1921. ,,Przegląd Sportowy” został przejęty przez spółkę wydawniczą ,,Prasa Polska”, co w ostateczności sprawiło, że jego ciągłość nie wygasła. Funkcję nowego redaktora naczelnego przejął natomiast współtwórca grupy poetyckiem Skamander, czyli Kazimierz Wierzyński. ,,Nowa miotła” od razu zabrała się do robienia porządków w piśmie. Innowacyjne było praktycznie wszystko. Nie oznacza to jednak, że gazeta przerodziła się w zbiór poetyckich utworów, ale pozostała pismem przekazującym informacje ze sportowych aren. Wraz z zatrudnieniem przez Wierzyńskiego wielu wybitnych sportowców jako sprawozdawców (między innymi piłkarza Cracovii i przyszłego selekcjonera kadry biało-czerwonych Józefa Kałuży) można było doszukać się artykułów, w których uczestnicy poszczególnych zawodów opowiadali o swoich odczuciach z nimi związanych. Była to nowość, która sprawiała, że „ Przegląd Sportowy” zaczął zyskiwać na popularności.
Po upływie dwóch lat „Przegląd Sportowy” powiększył nakład do czterdziestu trzech tysięcy egzemplarzy. Na taki stan rzeczy duży wpływ miała charyzma przyszłego złotego medalisty olimpijskiego (Wierzyński zdobył to wyróżnienie w 1928 roku w konkursie sztuki za tomik poezji ,,Laur olimpijski”, w którym jeden z wierszy został poświęcony wybitnemu hiszpańskiemu bramkarzowi Ricardo Zamorze). Jego podwładny Jerzy Jakub Rohatiner wspominał: ,,Nawet w telefonach niedzielnych (…) redaktor naczelny spodziewał się odpowiedniego poziomu oraz imaginacji. A przy tym baczył pilnie na czystość i zwięzłość języka, jedność myśli, oszczędność słowa”. Nie można było spotkać go jednak nigdy w redakcji, gdyż większość czasu spędzał na trybunach poszczególnych zawodów sportowych. Jego postawa sprawiła, że ,,Przegląd Sportowy” znalazł się na salonach europejskiej prasy sportowej. Ten czas w historii pisma najlepiej oddają jego własne słowa na temat wykonywanej przez siebie pracy: ,,Gdy je objąłem, nadałem mu format gazety, powiększyłem objętość i przekonałem wydawców, aby zaryzykować nakład pięciu tysięcy egzemplarzy. Chwyciło z miejsca”. Innym trafionym pomysłem było ustanowienie w 1926 roku plebiscytu dla najlepszego polskiego sportowca w roku kalendarzowym. Pierwszym jego laureatem został Wacław Kuchar, wszechstronny sportowiec ze Lwowa, który najbardziej znany był jako wybitny napastnik tamtejszej Pogoni. Oprócz niego takiego zaszczytu dostąpiło jeszcze tylko dwóch piłkarzy: Zbigniew Boniek w 1982 oraz Robert Lewandowski w 2015 roku. Plebiscyt z krótką przerwą na okres II wojny światowej odbywa się po dziś dzień. Pochwały dla sternika ,,Przeglądu Sportowego” płynęły z całej Europy. Gdy gazeta miał już ugruntowaną pozycję na rynku przyszła jednak pora na zmianę. Redakcję przejął wspominany już Marian Strzelecki, który pełnił funcję redaktora naczelnego aż do wybuchu II wojny światowej. Legenda Czarnych Koszul uważała, że należy wzbogacać szatę graficzną, doskonalić warsztat oraz informować o rezultatach ze sportowych aren w sposób jak najszybszy. Gazeta zaczęła być redagowana pod gusta czytelników, co doprowadziło do wprowadzenia sensacyjności w jej stylu. Najważniejsze było jednak to, że ,,Przegląd Sportowy” wciąż znajdował się w grupie pism informacyjnych, których rola była wiodąca zarówno w kraju, jak i za granicą. Charakterystyczną cechą pisma w okresie rządów redaktora Strzeleckiego było dość mocne angażowanie się w różnego typu polemiki, wśród których najgłośniejsza dotyczyła militaryzacji sportu w Polsce. Punktem wyjścia była sytuacja z meczu derbowego Cracovia-Wisła Kraków, który miał miejsce w 1933 roku. Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem zawodnicy Białej Gwiazdy zeszli z boiska po tym, jak sędzia wykluczył z gry zawodowego oficera i jednocześnie kapitana gości Henryka Reymana. Według kibiców Pasów miał on powiedzieć do arbitra: ,,Żaden Żyd nie będzie mi rozkazywał”, podczas gdy fani Wisły utrzymywali, że ich idol wykrzyczał: ,,Nikt w tym kraju, a zwłaszcza byle sędzina, nie będzie ubliżał polskiemu oficerowi”. Następstwem owego zdarzenia był rozkaz prezesa Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej generała Bernarda Monda, że wojskowi, którzy grają w klubach cywilnych, mają zaprzestać robienia tego. Szybko zareagował ,,Przegląd Sportowy”, na którego łamach słowa oburzenia przedstawił jeden z nestorów polskiego dziennikarstwa Jan Erdman: ,,Interwencja gen. Monda nie jest dla nas dostatecznie zrozumiała. Jeżeli nawet dopuścimy celowość nadzoru zwierzchnictwa wojskowego nad graczami wojskowymi, to w przytoczonym wypadku akcja władz wojskowych ograniczyć się mogła tylko do zajęcia stanowiska wobec niesubordynowanego kapitana”. ,,Przegląd Sportowy” przez osiemnaście lat swojego funkcjonowania przed II wojną światową poczynił olbrzymi postęp, który owocuje również dziś. Jego wkład w rozwój polskiego sportu, również piłki nożnej, jest nieoceniony. Lata sukcesów, głównie w okresie rządów Kazimierza Wierzyńskiego, sprawiły, że pismo stało się szalenie ważnym graczem na polskim i europejskim rynku prasowym. Olbrzymią szkodą jest to, że nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, jak rozwinęłoby się to pismo oraz cała polska publicystyka sportowa gdyby nie niemiecko-sowiecki atak we wrześniu 1939 roku oraz prawie pięćdziesiąt lat komunizmu na naszych ziemiach.
5
Piłkarskie początki potentata:
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
1
@FcPortoFan1999 No musze przyznać że masz bardzo dobrą pamięć. Tylko pogratulować! Ja wprawdzie mam nie najgorszą, no ale ty to chyba wręcz wybitną, kiedy pamiętasz takie szczegóły...
9
@FCBparasiempre
Niektóre finały Ligi Mistrzów są jak świeże wyroby polskiej kinematografii. Więcej szumu związanego z otoczką i zapowiedziami, aniżeli dobrego seansu. Na całe szczęście futbol dostarczył nam też wiele wybitnych finałowych produkcji spod szyldu najbardziej elitarnych klubowych rozgrywek w Europie. Dzisiaj przypomnimy sobie jedną z nich. Mowa tutaj o decydującym starciu Champions League z 2008 roku, w którym na rosyjskim stadionie Łużniki w Moskwie zmierzyły się ze sobą Chelsea FC oraz Manchester United. Manchester trafił do grupy F, gdzie jego przeciwnikami były takie zespoły jak AS Roma, Dynamo Kijów oraz Sporting CP. Chelsea natomiast prowadziła zmagania w zestawieniu oznaczonym literką B. CFC rywalizowało z Schalke, Rosenborgiem i Valencią. Oba kluby wygrały swoje grupy i do fazy pucharowej przystępowały w roli faworytów całych rozgrywek. United w 1/8 nie bez problemów pokonało w dwumeczu Olympique Lyon, natomiast Chelsea pewnie poradziła sobie z greckim Olympiakosem. Komplikacje zaczęły się od ćwierćfinałów. Londyńczycy przegrali pierwsze, wyjazdowe spotkanie z Fenerbahçe 1:2 i w rewanżu musieli gonić wynik. Koniec końców udało się wygrać 2:0 i przejść do półfinałów, gdzie przyszło im zagrać z Liverpoolem. Manchester z kolei w 1/4 spokojnie ograł Romę (2:0 i 1:0) i w walce o bilet do Moskwy trafił na FC Barcelonę. Przesądzające o awansie do finału pojedynki stały na bardzo wysokim poziomie. Manchester najpierw zremisował na Camp Nou z „Blaugraną”, by potem w rewanżu wygrać 1:0 po fantastycznym golu Paula Scholesa. Zwycięstwo „Czerwonych Diabłów” było w pełni zasłużone. Chelsea oraz Liverpool napisały wspaniałą historię, grając dwumecz, który postrzegany jest jako ikoniczny. W mieście Beatlesów padł remis 1:1, natomiast rewanż na Stamford Bridge należał do absolutnie zwariowanych. Po regulaminowych 90 minutach utrzymywał się wynik 1:1, więc potrzebna była dogrywka. W niej padły aż trzy bramki, z czego dwie dla gospodarzy, co ostatecznie przesądziło o tym, że na wielki finał poleciała drużyna Chelsea. Nigdy przedtem dwie ekipy z Anglii nie spotkały się na finiszu Ligi Mistrzów. Według bukmacherów minimalnym faworytem był Manchester United, który zaledwie kilkanaście dni wcześniej zapewnił sobie mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli właśnie team z Londynu jedynie o dwa punkty. „The Blues” niechybnie więc pałali żądzą rewanżu za przegrane trofeum. Warto odnotować, że sezon wcześniej United także zgarnęło ligowy tytuł, znów finiszując tuż przed Chelsea. Wówczas jednak z nieco bardziej okazałą, sześciopunktową przewagą. Chelsea FC przez niemalże cały sezon 2007/2008 prowadził niedoświadczony Avram Grant, który we wrześniu 2007 roku zastąpił na stanowisku trenera samego Jose Mourinho. Portugalczyk po słabszej serii wyników został zwolniony przez Romana Abramowicza. Obrzydliwie bogaty oligarcha dzisiaj jest naturalnie kojarzony ze swoim klubem, natomiast w tamtych latach był on jeszcze dość nowym właścicielem. Rosjanin kupił Chelsea w 2003 roku za kwotę 140 milionów funtów i postanowił zrobić z niej potęgę, wydając na start ogromne pieniądze na nowych zawodników, a także zatrudniając Mourinho, który stanowił wtedy niezwykle łakomy kąsek na rynku trenerów. Wystarczy wspomnieć, że słynący z ciętego języka szkoleniowiec obejmował „The Blues” tuż po tym jak niespodziewanie wygrał Champions League prowadząc FC Porto. Kolejne sukcesy – już w Anglii – przyszły bardzo szybko. W premierowym sezonie jako opiekun Chelsea zdobył mistrzostwo Premier League. Rok później powtórzył ten wyczyn. Nigdy jednak nie zdołał wprowadzić zespołu do finału Ligi Mistrzów. Pierwszego w jego dziejach. Tego, co nie udało się Mourinho, dokonał Grant. Izraelczyk piastował funkcję dyrektora sportowego w klubie, zanim przejął schedę po „The Special One”. Co ciekawe, ze względu na fakt, iż nie posiadał on licencji UEFA Pro, do protokołu meczowego wpisywany był Steven Clark, były asystent Jose. Mający polskie korzenie Grant świetnie zaczął przygodę z nową funkcją. Dość powiedzieć, że przegrał tylko jedno z pierwszych 18 spotkań. ,,Mourinho uwielbiał być w centrum uwagi, ale w tym pozytywnym sensie. Ja jestem inny. Widzę siebie jako reżysera, a gwiazdami są piłkarze”- Avram Grant.
Po drugiej stronie na ławce trenerskiej siedział niebywale doświadczony, legendarny już Sir Alex Ferguson. Szkot pragnął jeszcze raz w swojej arcybogatej karierze sięgnąć po uszaty puchar, bowiem pomimo wielu osiągnięć, zaledwie jedno trofeum Ligi Mistrzów przez ponad 22 lata pracy na Old Trafford mogło uderzać w jego ambicję. Los chciał, by akurat w 2008 roku wypadała okrągła, 50. rocznica katastrofy lotniczej w Monachium, w której zginęło wielu zawodników Manchesteru oraz inne osoby związane bądź też niezwiązane z United (pracownicy klubu, dziennikarze, załoga samolotu). Miało to być dodatkową mobilizacją w batalii z Chelsea. ,,Oczywiście było to bardzo wzruszające, ponieważ obchodzono 50-tą rocznicę katastrofy lotniczej w Monachium. Sir Alex Ferguson na pewno uświadomił to piłkarzom”- Bobby Charlton w wywiadzie dla The Guardian. Finał rozpoczął się w środę, 21 maja o godzinie 20:45 (22:45 czasu lokalnego) przy widowni liczącej 69,5 tys. osób. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie nie obyło się bez znaczących roszad w składzie. Nominalny gracz środka pola Chelsea Michael Essien ustawiony został na prawej stronie defensywy, bowiem Avram Grant pragnął zabezpieczyć tę pozycję kimś lepiej broniącym od Juliano Bellettiego. Reprezentant Ghany w kilku spotkaniach w końcówce sezonu również sprawował tę funkcję. Kłopoty United polegały na kontuzji Park Ji-Sunga, którego w wyjściowej jedenastce zastąpił Owen Hargreaves. Grający najczęściej na prawej flance Ronaldo tym razem wszedł w rolę lewego pomocnika, tam, gdzie występował właśnie nieobecny Koreańczyk. Taki manewr miał sprawić, że błyskotliwy skrzydłowy będzie wygrywał więcej bezpośrednich pojedynków z Essienem, który jak już zostało wspomniane, nie posiadał wielkiego doświadczenia z gry na boku obrony. Patrice Evra ujawnił kiedyś, co w szatni tuż przed wyjściem na murawę powiedział im Ferguson tamtego pamiętnego wieczoru. Francuski lewy obrońca rozegrał cały mecz, prezentując się naprawdę nieźle. ,,Wszyscy siedzieliśmy w szatni, kiedy wszedł Ferguson. Jak zwykle muzyka ucichła. Można było usłyszeć, jak upadają szpilki. Potem powiedział: „Już wygrałem, nie musimy nawet grać”. Zamurowało nas. Co on gada? przecież to spotkanie się nawet nie rozpoczęło. Potem boss zwrócił się do mnie: „Spójrzcie na Patrice’a. Ma 24 rodzeństwa. Wyobraźcie sobie, co musiała robić jego mama, żeby wykarmić tyle dzieci”. Potem pokazał na Rooneya. „Dorastał on w jednej z najtrudniejszych części Liverpoolu”. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że ma na myśli społeczność. Nie byliśmy tylko zbieraniną piłkarzy. Mieliśmy inne pochodzenia, inne religie, ale tam wtedy staliśmy się jednością. Po przemówieniu Fergusona wszystkich dopadła gęsia skórka”. Warto odnotować, że na ławce rezerwowych Manchesteru siedział wówczas Tomasz Kuszczak. Trzeba jednak Polakowi oddać, że w tamtej edycji Ligi Mistrzów nie był jedynie statystą. Urodzony w Krośnie Odrzańskim Kuszczak wystąpił w pięciu meczach grupowych. Innymi słowy– dorzucił nawet pokaźną cegiełkę. ,,Chelsea miała w składzie wielkie gwiazdy, ale według mnie to Manchester United był bardziej zgraną drużyną. Można było poczuć u nich prawdziwego ducha zespołu”- Lubos Michel, arbiter meczu finałowego. Potyczka na Łużnikach zaczęła się dość niemrawo, ale już w 26. minucie podopieczni Fergusona wyszli na prowadzenie. Precyzyjne dośrodkowanie Wesa Browna na gola zamienił Ronaldo, który wykorzystał niedokładne krycie… tak, tak – Michaela Essiena. 23-letni wówczas gwiazdor uderzył kapitalnie głową obok bezradnie patrzącego na piłkę Petra Cecha. Kilka chwil później piłkarze w czerwonych koszulkach mieli jeszcze dwie znakomite sposobności do podwyższenia wyniku, ale Cech najpierw doskonale obronił strzał Téveza z bliskiej odległości, a potem jeszcze lepiej zachował się przy dobitce Michaela Carricka. Chelsea odpowiedziała bramką tuż przed gwizdkiem obwieszczającym koniec pierwszej odsłony gry. Essien postanowił huknąć zza pola karnego, futbolówka odbiła się jeszcze od dwóch graczy United i szczęśliwie wpadła pod nogi Franka Lamparda. Kapitan zespołu nie zawiódł i z bliskiej odległości doprowadził do wyrównania.
Na drugą połowę Manchester wyszedł ze zmienionym ustawieniem 4-5-1. Hargreaves został przesunięty do środka, natomiast Rooney zbiegł na prawe skrzydło, pozostawiając osamotnionego Téveza w ataku. Oba zespoły nie stworzyły sobie już wielu okazji do rozstrzygnięcia wyniku. Najbliżej tego był Didier Drogba, którego próba zza pola karnego zatrzymała się na słupku. Na rosyjskiej ziemi do wyłonienia zwycięzcy potrzebowano dogrywki. Dodatkowe 30 minut przyniosło masę emocji. W poprzeczkę trafił Lampard, a Rayan Giggs nie wykorzystał niesamowitej okazji, gdy piłkę niechybnie lecącą do bramki w ostatniej chwili wybił John Terry. Na kilka minut przed zakończeniem dogrywki fatalnie zachował się Didier Drogba. Główna strzelba CFC wdała się w pyskówkę z Nemanją Vidiciem, by po chwili uderzyć Serba w twarz. Sędzia nie mógł podjąć innej decyzji i pokazał mu czerwoną kartkę. Było więc jasne, że główna strzelba londyńskiego giganta nie weźmie udziału w konkursie jedenastek, na które po 120 (i czterech doliczonych) minutach gry zaprosił wszystkich wspomniany Lubos Michel. Rzuty karne, które wykonywano późno w nocy, bez cienia wątpliwości zapisały się złotymi zgłoskami we wszelkich księgach o historii piłki nożnej. Wielu kibiców nie zna okoliczności, jakie sprawiły, że(jak się mogło wydawać) minimalną przewagę przed kluczową próbą nerwów miała Chelsea. Ponoć Avram Grant kumplował się z pewnym wykładowcą ekonomii na uniwersytecie w Izraelu. Ten z kolei znał Ignacia Palacios-Huertę, baskijskiego ekonomistę specjalizującego się w badaniach nad karnymi. Przez długie lata analizował on tysiące strzelanych i bronionych jedenastek. Przesłał więc Grantowi swoje oparte na wnikliwych statystykach zapiski. Można w nich było przeczytać między innymi o zwyczajach Edwina Van der Saara. Holenderski golkiper według wszelkich obserwacji rzucał się w swoje prawo, kiedy stawał naprzeciwko prawonożnego zawodnika, natomiast w swoje lewo, gdy piłkę na „wapnie” ustawił gracz lewonożny. Miało to stanowić przewidzenie mimowolnych instynktów strzelca, który woli uderzać w „naturalną stronę” zamiast w przeciwległy róg, co wymaga nieco większego trudu. Prócz tego Ignacio w raporcie wyraźnie zaznaczył, że większość karnych, które bronił Van der Saar było strzelanych na średniej wysokości (około metr nad murawą). Z tego względu piłkarze Chelsea powinni kierować futbolówkę albo po ziemi, albo mocno w górę, pod samą poprzeczkę. Kolejną bardzo interesującą informację przekazaną przez Baska stanowiły zwyczaje największej gwiazdy United, Cristiano Ronaldo. Ignacio wyraźnie zaznaczył w przekazanych notatkach: „Ronaldo najczęściej zatrzymuje się tuż przed strzałem. Jeśli to robi, to zazwyczaj (85 procent) kieruje piłkę w prawą stronę bramkarza”. Analityk dodał także, że wychowanek ojczystego Sportingu lubi w ostatniej chwili zmienić decyzję co do kierunku, więc golkiper nie powinien robić zbyt pochopnych ruchów na linii i odpowiednio wyczekać reprezentanta Portugalii. Ostatnią istotną kwestią przekazaną przez Ignacio była naprawdę przydatna statystyka. Otóż okazało się, że to drużyna, która rozpoczyna konkurs karnych, częściej wychodzi z nich zwycięsko (60 procent przypadków). Prawdopodobnie jest to związane z presją, jaka spoczywa na rywalu, który strzela jako drugi i ciąży na nim odpowiedzialność – musi doprowadzić do wyrównania lub też pomóc zespołowi wyjść na prowadzenie. Rozpoczął Manchester dzięki wygraniu rzutu monetą. Kapitan Rio Ferdinand zadecydował, że to jego koledzy zaczną te niebywale stresujące zawody. Carlos Tévez nie pozostawił złudzeń – pewny gol i 1:0 dla United. Prawonożni zawodnicy „The Blues” konsekwentnie strzelali w lewą stronę bramkarza, co pozwalało im zdobywać kolejne bramki. Gdy do piłki podszedł Ronaldo – tak jak przewidziano w raporcie Ignacio – zatrzymał się tuż przed strzałem i uderzył w prawą stronę bramkarza. Cech spokojnie wyczekał CR7 i skutecznie interweniował. Z podanych wskazówek wyłamał się tylko Ashley Cole. Jest on lewonożny i wybrał lewą stronę bramkarza, czyli swoją naturalną. Piłka uderzona mocno po ziemi otarła się o rękawice Van der Saara i szczęśliwie zatrzepotała w siatce.
Gdy rezultat karnych wynosił 4:4, stało się jasne, że jeżeli podchodzący do wykonania swojej jedenastki John Terry trafi, to puchar pojedzie do Londynu. Wybitny defensor również uderzył w lewą stronę broniącego, ale poślizgnął się i trafił w słupek. Manchester wrócił do gry, a emocje właściwie zaczęły się na nowo. Przyszedł czas na „nagłą śmierć”. Jeśli rywal trafi, a ty nie – odpadasz. Wytrzymał Anderson, wytrzymał Salomon Kalou i wytrzymał Rayan Giggs. Przyszła pora na Nicolasa Anelkę. Wielki bramkarz, jakim na pewno był Edwin Van der Saar, nie mógł nie zorientować się w dotychczasowej taktyce rywala. Wszystkie karne strzelane w lewo. Postanowił sprowokować Francuza, siódmego piłkarza Chelsea podchodzącego tej nocy do punktu oznaczonego białą kropką. Pokazał palcem swoją lewą stronę bramki, dając Anelce do zrozumienia, że wie, gdzie ten uderzy. Wszystko wskazuje na to, że napastnik spanikował i wybrał prawą stronę bramkarza, w dodatku obrał wysokość, o jakiej przestrzegał Ignacio – tę, na której najczęściej Holender broni. Tym razem też obronił. Manchester United w dramatycznych okolicznościach wygrał Ligę Mistrzów. Nie zostało udowodnione, że piłkarze Chelsea naprawdę kierowali się zaleceniami Ignacia Palaciosa-Huerty przy strzelaniu karnych. Patrząc jednak na ich przebieg – można bez dwóch zdań stwierdzić, iż jest to wielce prawdopodobne. Wśród padającego deszczu świat obserwował szaleńczo cieszących się piłkarzy United i zapłakane, posępne twarze zawodników Chelsea. Rozrywające serca obrazki to zwłaszcza sceny, na których płacze John Terry, a pociesza go jego przyjaciel – Frank Lampard. Tak blisko John… Było naprawdę tak blisko. Jedno uderzenie dzieliło go od zapewnienia swojemu ukochanemu klubowi tego elitarnego trofeum. ,,Gdy podchodziłem do karnego, wiedziałem jaka presja na mnie ciąży. Wszystko zależało od mojego strzału. To, co się wydarzyło będzie prześladować mnie do końca życia”– powiedział Terry zaraz po finale, gdy jeszcze łzy nie zdążyły dobrze zaschnąć na jego policzkach. Frapujący fragment możemy przeczytać w autobiografii Franka Lamparda, która swoją premierę miała na dwa lata przed finałem na Łużnikach. Bramkostrzelny pomocnik zawarł w niej uwagę, że John Terry często ślizgał się przy wykonywaniu jedenastek. Frank przywołał mecz z Euro 2004, na którym w ćwierćfinale doszło do serii rzutów karnych pomiędzy Anglią a Portugalią. ,,Poślizgnął się i pomyślałem wtedy, że przegramy, ale ostatecznie padł gol. Na treningach w Chelsea John próbuje czasami powtórzyć ten strzał, razem z poślizgiem. Raz jest gol, raz nie ma”- Frank Lampard w książce „Tottaly Frank”. Najbardziej w tym wszystkim zastanawia fakt, że gdy przyjrzymy się próbie Terry’ego w spotkaniu z Portugalią, ciężko jest dostrzec tam jakiekolwiek poślizgnięcie. Dla sympatyków Chelsea czas na przyjemniejsze fragmenty. Chelsea cztery lata po przegranej w Moskwie dopięła swego – w 2012 roku również po serii jedenastek wygrała z Bayernem Monachium i mogła włożyć do gabloty pierwszy Puchar Europy w historii klubu. John Terry w finale nie wystąpił przez wzgląd na uraz, ale był niewątpliwie kluczowym elementem zespołu w tamtym czasie. W sezonie 2011/2012 rozegrał łącznie 44 spotkania. Manchester United w przeciągu trzech lat od triumfu nad Chelsea dwa razy ponownie gościł w decydującym meczu Champions League i dwa razy musiał uznać wyższość wielkiej Barcelony prowadzonej przez Pepa Guardiolę – w 2009 i 2011 roku. Dzisiaj Manchester i Chelsea są w różnych położeniach. Na Old Trafford pomimo świetnej kadry wciąż brakuje dobrego stylu i przede wszystkim satysfakcjonujących wyników. Pewnie na kolejny europejski finał z udziałem tych drużyn przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie wciąż musimy żyć wspomnieniami z tego wyjątkowego pojedynku sprzed kilkunastu lat.
9
Dramat na Łużnikach:
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj
7
,,Cafe Baviera”:
Między mieszkańcami, którzy mieli w zwyczaju spacerować w pobliżu fontanny Canaletes, włóczyli się kibice Barçy. Na początku XX wieku, wraz z popularyzacją futbolu w Katalonii, sympatycy Blaugrany stworzyli tradycje spotykania się w poniedziałkowe wieczory wokół nieistniejącego już okrągłego kiosku ażeby porozmawiać na temat wyników meczów rozegranych w miniony weekend. Oprócz fontanny Canaletes kibice spotykali się również w innych miejscach w tej okolicy, takich jak Cafe Baviera. Lokal ten(własność Estevego Sali) mieścił się przy skrzyżowaniu Rambli z ulicą Pelai, blisko fontanny i otworzył podwoje w maju 1898 r. Wcześniej na parterze budynku znajdowała się kawiarnia Petit Palayo, będąca własnością wuja szefa FC Barcelony. To tam pracował Sala, kiedy przyjechał do miasta z Girony. W Bavierze, jak powszechnie nazywano kawiarnie, klienci mogli spróbować świeżego kawioru Romanoff, który Sala importował z Moskwy drogą lotniczą, oraz jego cenionego piwa beczkowego. Gorące pastissets nadziewane anchois(specjalność lokalu) przyciągały niezdecydowanych. W ten sposób taras Baviery stał się centrum piłkarskich spotkań tamtej epoki. Pośród zebranych na spontanicznych rozmowach na ulicy oprócz kibiców nie brakowało także dyrektorów klubu a nawet samych piłkarzy, jak choćby Samitiera, Sagi-Barby czy nawet Alcantary. Jednak przy Canaletes zbierali się nie tylko sympatycy Blaugrany żeby debatować o ostatniej kolejce. Przychodzili tutaj również kibice pozostałych klubów z miasta. Powodowało to że po derbach dyskusje były bardzo gorące a często prowadziły nawet do ostrych kłótni, zwłaszcza kiedy ścierali się ze sobą najbardziej zagorzali barceloniści i espanyoliści. Cafe Baviera bynajmniej nie popadła w zapomnienie, lecz podtrzymywała więzi z Barçą dzięki radiowemu programowi pod takim właśnie tytułem, który prowadził barceloński dziennikarz Xavier Bosch. Od czasu pierwszej audycji we wrześniu 2000 roku, Cafe Baviera stał się pierwszym codziennym sportowym programem stacji RAC1 emitowanym w paśmie nocnym. Program, zdjęty z anteny w sierpniu 2004 roku, miał na celu odzyskanie ducha spotkań z Cafe Baviera i stał się jednym z najpopularniejszych w kręgu barcelonistów, wszak nie na darmo jego slogan brzmiał: ,,Primer el Barça. Despres tambe(Najpierw Barça. Potem też). W późniejszym czasie Bosch założył blog Cafe Baviera, na którym na gorąco publikuje relacje z każdego meczu rozgrywanego przez pierwszą drużynę FC Barcelony.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj
12
Geniusz futbolu ustanawia genialny rekord:
21 maja 1939 r. Ernest Wilimowski, najlepszy snajper w dziejach polskiego futbolu ustanowił niepobity do dziś rekord świata na najwyższym poziomie w profesjonalnej lidze, strzelając 10 goli(!) w jednym meczu(!) Wydarzyło się to w wygranym 12:1(!) meczu Ruch Hajduki Wielkie(naturalnie dziś Ruch Chorzów) – Union Touring Łódź. Genialny ,,Ezi”, jak go nazywano, strzelał kolejno w: 15, 20, 32, 53, 65, 66, 70, 80, 85 i 89 minucie. Jak widzimy Wilimowski po przerwie, w 36 minut strzelił 7 goli! To jest wyczyn wręcz nieziemski! Pozostałe 2 gole strzelił nie gorszy od Eziego napastnik Teodor Peterek. Świadkiem tego niezwykłego wyczynu była słynna chorzowska OMEGA, zegar stadionowy, który właśnie 21 maja 1939 zaczął odliczać czas meczów „Niebieskich”. W takt Omegi Wilimowski strzelił 10 goli i przy okazji zaliczył też trzy klasyczne hat-tricki! Na koniec dodam jeszcze że do tych 10 goli zbliżył się tylko jeden równie genialny snajper a mianowicie Fernando Peyroteo, który w meczu z FC Leça w 1942 r. strzelił 9 goli(!), jednak jemu, dla przykładu nie udało się strzelić aż 7 goli w takim tempie.
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson