FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
2
@Sysia11 Żeteż te chalierne poruskie jutuby tylko się ostały!
No ale najważniejszy przecudowny gol Romero!
Dzięki śliczne za wideo :)
7
Czy wiemy(pamiętamy) że…
27 maja 1987 r. FC Porto z Józefem Młynarczykiem w bramce zdobyło pierwszy w historii piłkarski Puchar Europy, pokonując w finale na Praterstadion(dziś Ernst Happel Stadion) w Wiedniu Bayern Monachium 2:1, po golach Madjera w 79 m., Juary’ego w 81 m. oraz honorowym trafieniu Kögla w 24 minucie. Oto kilka zdań z korespondencji Jerzego Lechowskiego z tygodnika "Piłka nożna" rozpoczynającej się od fragmentu wywiadu z Udo Lattkiem, szkoleniowcem Bayernu. "Zatem jak będzie w Wiedniu? Ma pan nadzieję, że Bayern znowu wywalczy Puchar Mistrzów? - Mam nadzieję? Nie, ja jestem o tym przekonany!". Ten fragment wywiadu w pełni oddaje nastrój przed finałem na wiedeńskim Praterze. W telewizji już od poniedziałku w każdym programie można było usłyszeć, że zdecydowanym faworytem jest Bayern Monachium. Akcje Portugalczyków obniżała przede wszystkim nieobecność Fernando Gomesa. Kontuzja niezbyt groźna, ale całą nogę miał w gipsie. Kto więc będzie strzelał gole? Zawodnicy FC Porto wykazywali umiarkowany optymizm, natomiast Jean Marie Pfaff i Lothar Matthaeus z Bayernu podzielali opinię swego trenera. Wiele wskazywało, że skończy się zgodnie z przewidywaniami. W 25. minucie na 1:0 strzelił lewoskrzydłowy Ludwik Koegl. "Krzyczałem "Moja!", ale w tym ryku nie usłyszał tego Maghalaes i wyskoczył do piłki. Nie trafił jej czysto, gdyż była za wysoka, musnął ją głową, myląc mnie przy okazji. Piłka skozłowała przed Koeglem,a ten szczupakiem skierował ją do bramki"- opisywał Młynarczyk w swojej autobiografii "Piłeczko kochana". W przerwie meczu trener Portugalczyków, Artur Jorge, zaatakował swoich piłkarzy. Krzyczał, że za bardzo ulegli presji mediów, za bardzo wzięli sobie do serca, że nie są faworytem i po prostu boją się przeciwnika. Po zmianie stron Porto rzuciło się do natarcia. W 77. minucie padła jedna ze słynniejszych bramek tamtych czasów. Algierczyk Rabah Madjer strzelił z bliska bramkę piętą. Za chwilę na 2:1 strzelił Juary, rezerwowy Brazylijczyk. Porto dowiozło wynik do końca.
Jednym z bohaterów był Młynarczyk, choć jego gra była raczej solidna niż fantastyczna. W samej końcówce w polu karnym Polaka zrobiło się bardzo gęsto, ale nasz bramkarz tylko raz został zmuszony do największego wysiłku. "W obronie graliśmy, jak zwykle zresztą, dość prawidłowo i piłkarze Bayernu nie mieli stuprocentowych sytuacji, natomiast dość dużo wrzucali na wysokiego Hoenessa, który miał te piłki zgrywać. Jeśli chodzi o wychodzenie z bramki, to czułem się w tym meczu dość pewnie i wszystkie piłki wyłapywałem. W tym meczu najwyższe oceny powinna dostać nasza obrona" - pisał Polak. Korespondent "Piłki Nożnej" dodał od siebie, że Polak wykazał bardzo silne nerwy i bardzo umiejętnie "kradł cenne sekundy". Po spotkaniu Franz Beckenbauer przyznał, że "wygrała piłka nożna". FC Porto to czas, gdy portugalska piłka kojarzyła się z czystą techniką, zaś niemiecka z bezwzględną maszyną. Algierczyk Madjer przyznał, że dla niego był to mały rewanż za słynną "Hańbę w Gijon", czyli mecz z 1982 roku, gdy Niemcy i Austriacy umówili się na wynik i wyeliminowali Algierię z mundialu w Hiszpanii. Dziś czasy się zmieniły, Niemcy kojarzą się z techniczną, efektowną grą. Młodsi kibice byliby wyraźnie zdziwieni, gdyby przeczytali zdanie w "Piłce Nożnej": "Bawarczycy są zawodowcami, ale w ich grze jest mało technicznego kunsztu".
@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
2
@Sysia11 Wierzę ci na słowo, ponieważ nie widziałem tego gola. Gdzie go moge zobaczyć? bo na jutubie nie widze skrótu z Nową Zeladią a żadna telewizja tego nie transmitowała
5
Początki wielkiej Barçy 5 Pucharów:
27 maja 1951 r. FC Barcelona zdobywa dziewiąty w historii Puchar Generalisimo. W finałowym starciu na Estadio de Chamartin Barça pokonuje Real Sociedad San Sebastian 3:0. Gole w tym finale strzelali znakomici snajperzy: Cesar Rodriguez (31 i 67 minuta) oraz Mariano Gonzalvo(44 minuta). Ten zdobyty puchar był swoistym preludium do zdobycia przez Blaugrane 5 pucharów w roku następnym, co okazało się jednym z największych osiągnięć w historii Dumy Katalonii.
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@DaPidejpi
@patataj
14
Cudowne lata, fantastyczna drużyna, epokowe mecze:
27 maja 2009 r. FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Wygrany 2:0 finał z Manchesterem United rozegrano na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Blaugrana przystępowała do tego finału ze sporymi osłabieniami w defensywie. Kartki wykluczyły występ Daniego Alvesa i Abidala a z powodu kontuzji nie mógł wystąpić doświadczony Rafael Marquez. Trenujący Manchester sir Alex Ferguson próbował wykorzystać te osłabienia i oparł taktykę na Cristiano Ronaldo, który rozpoczął swój występ od kilku prób uderzeń z dystansu. Duma Katalonii wydawała się być zepchnięta do defensywy, lecz w 10 minucie Iniesta zagrał piłke w pole karne do Eto’o i niezawodny jak zawsze Kameruńczyk pokonała Van der Saara. Barça przejęła wówczas kontrole nad grą i pozwoliła ,,Czerwonym Diabłom” na zaledwie dwa celne strzały w całym meczu. W 70 minucie Xavi posłał górną piłke w pole karne, do której niespodziewanie doskoczył Messi, pokonując strzałem głową holenderskiego bramkarza rywali. Warto dodać że pod nieobecność wyżej wymienionych obrońców, bardzo dobrze spisali się Yaya Toure i Sylvinho. Historyczne składy obu drużyn:
Barcelona: Víctor Valdes - Carles Puyol, Yaya Toure, Gerard Pique, Sylvinho - Xavi, Sergi Busquets, Andres Iniesta, Lionel Messi, Samuel Eto'o, Thierry Henry (72 Seydou Keita).
Manchester: Edwin van der Sar - John O'Shea, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Ji-sung Park (66 Dimityr Berbatow), Michael Carrick, Anderson (46 Carlos Tevez), Ryan Giggs (75 Paul Scholes) - Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney.
Zobaczmy to jeszcze raz:
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
9
Debiuty ,,naszych” legend:
Dokładnie sto lat temu(27.05.1923 r.) w meczu towarzyskim z angielskim Bishop Auckland FC, zadebiutował w barwach Blaugrany legendarny golkiper Ferenz Plattko. Barça wygrała ten mecz 5:0 a więc debiut okazał się całkiem udany.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
13
W pogoni za historycznym mistrzostwem:
26 maja 1929 r. FC Barcelona zdecydowanie pokonuje Atletico Madryt 4:0 na Estadio Montjuïc w 14 kolejce Primera Division i umacnia się na prowadzeniu z dwupunktową przewagą nad Realem Madrid i już do końca rozgrywek nie odda prowadzenia, czego efektem jest pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii. Gole z Atletico strzelali: Josep Sastre(10 m.), Josep Samitier(43 i 61 m.) oraz Emil Walter(47 m.).
@Monix10
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Sensible
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
8
@FCBparasiempre
Futbol na igrzyskach olimpijskich zadebiutował już w 1900 r. w Paryżu. Jednak pierwszy turniej z prawdziwego zdarzenia, w którym wzięły udział więcej niż trzy drużyny, został rozegrany w 1908 r. w Londynie. Na ziemiach polskich piłka nożna w tym czasie dopiero raczkowała. Odbywały się już co prawda mecze międzymiastowe, a wkrótce udało się zorganizować mistrzostwa Galicji. Jednak dopóki Polska pozostawała pod zaborami, o debiucie na arenie międzynarodowej mogliśmy co najwyżej pomarzyć. Sytuacja zmieniła się po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości w 1918 r. Niecały rok później utworzono w Krakowie Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich, który miał zająć się przygotowaniem występu Polaków na pierwszych, powojennych igrzyskach w Antwerpii w 1920 r. W dniach 19-20 grudnia 1919 r. w Warszawie na inauguracyjnym posiedzeniu Polskiego Związku Piłki Nożnej zebrali się delegaci 28 klubów sportowych z całego kraju. Przyjęto status związku, wybrano władze i powołano pięć okręgowych związków. Polski futbol zyskał solidne podwaliny, żeby móc zaistnieć w rywalizacji z innymi krajami. Turniej olimpijski miał rozpocząć się pod koniec sierpnia 1920 r. Czasu na przygotowania w wyniszczonym wojną kraju nie było więc zbyt wiele. W ciągu kilku miesięcy trzeba było wyłonić kadrę na igrzyska, odpowiednio ją przygotować, zebrać fundusze na opłacenie trenerów, na pokrycie kosztów podróży i pobytu w Antwerpii. Na początku 1920 r. PKIOl utworzył kilka wydziałów poszczególnych dyscyplin, które działały wspólnie z krajowymi związkami i które miały zadbać o przygotowania. Zdawano sobie sprawę, że potrzebny będzie wysoko wykwalifikowany trener, który poprowadzi piłkarską reprezentację w turnieju. Na poszukiwania odpowiedniego kandydata wysłano w tym celu do Anglii Wolfa Marguliesa. Powierzona mu misja zakończyła się jednak fiaskiem, a szkoleniem piłkarzy, którzy wiosną zbierali się w Krakowie, zajął się Amerykanin kpt. Chris Burford, członek ekipy YMCA. W krakowskich treningach brało udział około 30 sportowców. Większość z nich stanowili zawodnicy Cracovii i Wisły, uzupełnieni najlepszymi graczami lwowskich klubów – Czarnych i Pogoni, a także pojedynczymi piłkarzami z warszawskiej Polonii, poznańskiej Warty czy Łódzkiego KS. Nie można było powołać nikogo ze Śląska. Obszar ten stanowił wtedy terytorium plebiscytowe, na którym dochodziło niemal każdego dnia do zbrojnych incydentów pomiędzy bojówkami niemieckimi a rdzenną ludnością Śląska, dążącą do zjednoczenia się z resztą kraju. Zgrupowanie wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Nie miało ono stałego charakteru. Zawodnicy zjeżdżali do Krakowa na kilka dni, wspólnie trenowali, a na weekendy wracali do swoich miast, gdzie grali w macierzystych klubach. Nie było opracowanego niestety żadnego harmonogramu zajęć. Nie udało się też znaleźć żadnego atrakcyjnego kandydata do meczów sparingowych. Na początku 1920 r. ciągle gorączkowo poszukiwano środków na sfinansowanie występu na igrzyskach. Pomoc płynęła od amerykańskich kół polonijnych, spore dochody przynosiły krajowe imprezy sportowe. Wsparcie uzyskano również ze strony wojska. Zwolniono z frontu wszystkich sportowców przygotowujących się do występu na igrzyskach, pomagano w szkoleniu, a także zainterweniowano w sprawie przyznania subwencji państwowej, kiedy rząd był temu przeciwny. Fundusze nadal jednak nie były wystarczające na odpowiednie przygotowanie naszej ekipy. Ostatecznie jednak, w związku z wojną polsko-bolszewicką 12 lipca PKIOl podjął decyzję o wycofaniu się z udziału w imprezie. Kiedy 14 sierpnia król Belgii Albert I wygłaszał formułę otwarcia igrzysk, pod Warszawę podchodziły wojska marszałka Tuchaczewskiego. W działaniach wojennych wzięło udział 90% sportowców, którzy mieli rywalizować w belgijskich zawodach, wielu z nich zginęło. Decyzja o udziale piłkarskiej reprezentacji na turnieju olimpijskim w Paryżu zapadła 28 grudnia 1923 r. Wybrano też społeczny komitet, który miał pomóc piłkarskim władzom w zdobyciu pieniędzy na wyjazd do Francji. Dwa miesiące później na walnym zgromadzeniu PZPN podjęto uchwałę, w myśl której związek wyśle zawodników na zawody z własnych środków. Koszty wynoszące 3200 dolarów podzielono między okręgowe związki, które w terminie wywiązały się ze zobowiązań. W przeciwieństwie do innych związków sportowych, które musiały korzystać z pomocy PKIOl oraz z dotacji państwowych, PZPN wszystkie koszty związane z wyjazdem na igrzyska i z pobytem na miejscu pokrył we własnym zakresie. Wszystko podporządkowano zbliżającym się igrzyskom. W lutym 1924 r. podjęto decyzję o odwołaniu finałowych rozgrywek o mistrzostwo Polski. Reprezentacja otrzymała absolutny priorytet, a wszelkie próby niesubordynacji były niezwłocznie karane przez centralę. Zaangażowano także zagranicznego trenera. Wybór padł na 34-letniego Węgra – inż. Gyulę Biró. Był on wtedy jednym z symboli budapesztańskiego MTK, na swoim koncie zgromadził 36 występów w drużynie narodowej i trzy gole. Zdołał też poznać nieco język polski, kiedy przez półtora roku prowadził w Krakowie żydowski klub Makabi. Jego kontrakt, którego sumy nie ujawniono, miał obowiązywać do ostatniego dnia występu naszej reprezentacji na igrzyskach. Funkcję kapitana związkowego, do którego zadań należała m.in. selekcja zawodników, powierzono Adamowi Obrubańskiemu. Były piłkarz, a wtedy już sędzia piłkarski, który jako pierwszy Polak prowadził mecz za granicą, wybrał kadrę 38 zawodników. Wśród nich znalazło się dziewięciu graczy Cracovii (Synowiec, Kałuża, Popiel, Fryc, Gintel, Cikowski, Styczeń, Sperling i Chruściński) oraz Wisły (Wiśniewski, Kaczor, Markiewicz, Krupa, Śliwa, Adamek, Czulak, Reyman, Kowalski), pięciu z lwowskiej Pogoni (Garbień, Kuchar, Batsch, Słonecki, Olearczyk), po czterech z ŁKS (Cyl, Gabryel, Hanke, Lange) i Warty Poznań (Spoida, Staliński, Kosicki, Przybysz), po trzech z Czarnych Lwów (Müller, Gieras, Witkowski) oraz Polonii Warszawa (Stefan Loth I, Jan Loth II, Hamburger), a także jeden z łódzkiego Klubu Turystów (Kubik).
13 kwietnia została zamknięta lista zgłoszeń do turnieju olimpijskiego, a cztery dni później przeprowadzono losowanie. Polacy w pierwszej rundzie mieli zmierzyć się z drużyną Węgier. Towarzyszący przygotowaniom optymizm został w ten sposób znacząco ostudzony. Zdawano sobie sprawę, że takiego przeciwnika bardzo ciężko będzie pokonać. To właśnie Madziarzy byli naszym pierwszym w historii przeciwnikiem w meczu międzypaństwowym. W grudniu 1921 r. ponieśliśmy porażkę w Budapeszcie 0:1 mimo ambitnej walki, a w maju kolejnego roku przegraliśmy pierwszy rozgrywany u siebie mecz, tym razem 0:3.
,,Szczęście wydatnie nam nie sprzyjało. Nie dość bowiem, że nie znaleźliśmy się między wolną od gry dziewiątką, lecz natrafiliśmy jeszcze od razu na Węgrów, a więc przeciwnika, który wraz z Czechosłowacją, Belgią i Hiszpanią tworzy grupę pretendentów do pierwszego miejsca na olimpiadzie”– pisano w „Przeglądzie sportowym”. Mimo trudnego rywala nie zamierzano jednak składać broni. Trener Biró na krótkich zgrupowaniach starał się odpowiednio zgrać ze sobą zawodników i znaleźć optymalne ustawienie. 30 kwietnia odbył się w Krakowie sparing, w którym zagrały dwie drużyny złożone z wyselekcjonowanych graczy. Zespół B wygrał 3:2. Nie wystąpili jednak piłkarze z Warszawy i Łodzi, zabrakło również uznawanego za najlepszego bramkarza w kraju Emila Görlitza. 8 maja miał odbyć się drugi sprawdzian naszych reprezentantów. Rywalem miała być kadra Bratysławy, ale z powodu trudności paszportowych, musiała zrezygnować z przyjazdu. Znowu zatem grały między sobą dwie jedenastki złożone z najlepszych wtedy polskich piłkarzy. Tym razem wygrała kadra A, na której oparto trzon drużyny narodowej. Po konsultacjach z trenerem Biró, kapitan związkowy wybrał 17 piłkarzy, którzy mieli reprezentować nas w Paryżu. Byli to bramkarze Emil Görlitz (1. FC Katowice) i Mieczysław Wiśniewski (Wisła), obrońcy Wawrzyniec Cyll (ŁKS), Ludwik Gintel i Stefan Fryc (obaj Cracovia), pomocnicy Tadeusz Synowiec (Cracovia), Marian Spojda (Warta), Zdzisław Styczeń i Władysław Krupa (obaj Wisła) i napastnicy Wacław Kuchar (Pogoń), Henryk Reyman (Wisła), Wawrzyniec Staliński (Warta), Juliusz Müller (Czarni), Józef Kałuża, Leon Sperling i Jan Reyman (wszyscy Cracovia). Podobnie jak dzisiaj również i wtedy nominacje szeroko komentowała prasa. Najwięcej problemów mieliśmy z obsadzeniem środka pola. Próbowano kilku zawodników na tej pozycji, ale żaden nie był przekonujący. Najlepszy był Cikowski, ale po krytyce ze strony dziennikarzy sam zrezygnował, nie czując się na siłach: ,,Krupa z Wisły mimo dobrej techniki ma jeszcze za mało rutyny, brak mu też ruchliwości. Kuchar zaś to typowy napastnik, na tym stanowisku zdradza ducha jedynie defensywy. O mizerii środkowych pomocników w Polsce świadczy fakt, że Cikowski z Cracovii mimo znacznego spadku formy, jeszcze nie ma równego sobie. Główna wada Cikowskiego to bardzo słaba kondycja fizyczna, wymagająca koniecznego odpoczynku”– oceniał Przegląd Sportowy. Ostatnim testem przed wyjazdem do Paryża był mecz ze Szwecją w Sztokholmie. Chciano sprawdzić w ten sposób aktualną formę reprezentantów i dokonać jeszcze ewentualnych korekt. Zespół Trzech Koron potraktował spotkanie z Polakami bardzo poważnie. Po porażce u siebie 1:2 z 1922 r. mieli z nami rachunki do wyrównania. Prasa pisała, że Honor szwedzki domaga się rewanżu, a Idrottsbladet pokusił się nawet o dokładną prognozę wyniku – typowano zwycięstwo gospodarzy 4:1. Optymizm szwedzkich dziennikarzy okazał się uzasadniony. 18 maja na stadionie olimpijskim w Sztokholmie Szwedzi rozbili Polskę 5:1. Do przerwy udało się zachować minimalną stratę do rywali, a na początku drugiej odsłony odpowiedzieć bramką Batscha. Później jednak gole strzelali już tylko przeciwnicy. Naszym zawodnikom wytykano zbyt dużą ilość indywidualnych zagrań i praktycznie niekorzystanie ze skrzydłowych. Daliśmy sobie też narzucić grę górą, w której wysocy rywale mieli dużą przewagę. W ataku zabrakło Kałuży, który potrafił skutecznie kierować akcjami naszej ofensywy. Wśród przyczyn porażki dopatrywano się też faktu, że w składzie znaleźli się Ludwik Gintel i Tadeusz Synowiec, którzy grali z nie do końca wyleczonymi kontuzjami. Synowiec, który był kapitanem zespołu, równocześnie pisał dla Przeglądu Sportowego o braku wsparcia ze strony szkoleniowców: ,,Pan Obrubański ma wiele niezaprzeczonych i cennych zalet, lecz na kierownika ekipy się nie nadaje. Nie umie interesować się graczami, rozmawiać z nimi, odczuwać ich psychicznego nastroju, pożartować. Wiele krwi psuje jego tajemniczość. O składzie drużyny wcześniej dowiedzieli się Szwedzi niż nasi zawodnicy. Ponadto pan Obrubański nie ma w trenerze Biró należytego pomocnika. Pan Biró nie potrafi zainteresować i obejrzeć, co któremu graczowi dolega, nie umie masować itd. Jednym słowem drużyna mogłaby się doskonale bez niego obejść”. Warto jeszcze wspomnieć, że w meczu tym przeprowadzona została pierwsza zmiana w historii naszej reprezentacji. Kontuzjowanego na początku meczu bramkarza Wiśniowskiego, zastąpił Emil Görlitz – pierwszy Ślązak w kadrze. Dwa dni później odbył się mecz rewanżowy, który traktowano jako nieoficjalny. W tym przewaga Trzech Koron była jeszcze większa, a Polacy przegrali aż 1:7. Próbowano zrzucać winę na zbyt ostrą grę rywali i na sędziego Hakanssona, ale prawda jest taka, że drużyna zwyczajnie była słabo przygotowana. Choć na usprawiedliwienie można dodać, że Szwedzi na igrzyskach zajęli wysokie trzecie miejsce. Sztokholmskie klęski odbiły się szerokim echem w kręgach piłkarskich nad Wisłą. Wyszło na jaw niedostateczne przygotowanie naszych olimpijczyków, spowodowane zbyt krótkim okresem treningowym. Brak odpowiednich partnerów sparingowych uniemożliwił kapitanowi związkowemu i trenerowi właściwą ocenę aktualnej dyspozycji zawodników. Nie bez wpływu na naszą postawę były też kontuzje kilku graczy, na których dobrą formę liczono. Na naprawę tych błędów było już jednak za późno. Wraz ze szwedzkimi piłkarzami w środę 21 maja wyruszono do Paryża. Wreszcie w piątek po 52-godzinnej podróży z przystankami w Berlinie i Kolonii, Polacy dotarli do stolicy Francji, gdzie zameldowali się w hotelu Maison Doree. Spotkanie z Węgrami wyznaczono na poniedziałek 26 maja. Czasu na odpoczynek, ostatnie treningi, omówienie założeń taktycznych było bardzo mało. Jeszcze ze Sztokholmu Obrabiński wysłał telegram, w którym w trybie pilnym dowołał Cikowskiego, który do Paryża dojechał dopiero w sobotę.
Wreszcie nadszedł dzień debiutu na dużej międzynarodowej imprezie. Mecz zaplanowano na godzinę 17.00, na stadionie Stade Bergeyre. Sędziował Holender Johannes Mutters, a na liniach pomagali mu Belgowie Henry Cristophe i Paul Putz. Kontuzje Ludwika Gintela i Tadeusza Synowca osłabiły polską jedenastkę. Ostatecznie na boisko wybiegli: Mieczysław Wiśniewski – Wawrzyniec Cyll, Stefan Fryc – Marian Spoida, Stanisław Cikowski, Zdzisław Styczeń – Wacław Kuchar, Mieczysław Batsch, Józef Kałuża, Henryk Reyman i Leon Sperling. Pierwsze minuty meczu były nieco nerwowe, ale gra była wyrównana. Groźne strzały na węgierską bramkę oddali Kuchar i Reyman. W odbiorze dobrze spisywał się Styczeń, który swoimi podaniami wspomagał napastników. ,,Jeszcze nigdy nie grałem tak dobrze i tak spokojnie, jak w tym meczu. Moim zadaniem było pilnowanie groźnej lewej strony ataku węgierskiego Hirzer–Jeny. W pierwszej połowie trudno było Węgrom przedostać się pod naszą bramkę z tej właśnie strony. Ponadto grający za moimi plecami obrońca ŁKS-u Cyll też spisywał się bardzo dobrze, likwidując wiele niebezpiecznych akcji przeciwnika”– wspominał Zdzisław Styczeń na łamach książki „Wielki finał”. Polacy grali jak równy z równym, ale brakowało skuteczności, dobrze spisywał się Kuchar, ale jego dośrodkowania nie zostały wykorzystane. W 18. minucie Węgier Eisenhoffer przejął piłkę i niepilnowany strzelił pierwszą bramkę dla Madziarów. W 39. minucie piłkę z linii bramkowej zdołał wybić Styczeń. Węgrzy mocno przycisnęli pod koniec pierwszej odsłony, ale nasza obrona stanęła na wysokości zadania. ,,Podczas pauzy przyszli do naszej szatni piłkarze francuscy, litewscy i norwescy. Gratulowali pięknej gry i zachęcali do dalszej, wytrwałej walki. Węgrzy byli znani w Europie jako silna drużyna”– opowiadał Wacław Kuchar. Drugą połowę Polacy rozpoczęli odważnie. Niestety, za bardzo się odkryli, nieco odpuścili ścisłe krycie i węgierscy napastnicy mieli sporo swobody na naszej połowie. Siedem minut po wznowieniu gry Hirzer strzelił nam drugą bramkę. Kilka minut później ten sam zawodnik podwyższył na 3:0, ostatecznie podcinając nam skrzydła. Zwycięstwo Węgrów stało się praktycznie pewne. Nasi reprezentanci starali się kontratakować, ale znowu brakowało skuteczności. ,,Gdyby nasz atak wykorzystał bodaj połowę dogodnych sytuacji, rezultat tego meczu byłby dla nas znacznie korzystniejszy. Mogliśmy strzelić co najmniej dwie bramki, ale ani kałuża, ani Reyman nie potrafili skierować do siatki węgierskiej piłek, które wypracował im walczący na prawym skrzydle Wacek Kuchar”– twierdził Zdzisław Styczeń. Dwadzieścia minut przed końcem straciliśmy czwartą bramkę po strzale Opaty i od tej pory walczono tylko o honorowe trafienie. Niestety po dwóch rzutach wolnych w 83. i 87. minucie piłka o centymetry mijała bramkę rywali. W samej końcówce ponownie na listę strzelców wpisał się Opata, czym przypieczętował klęskę Polaków na premierowym występie olimpijskim. Piłkarzom znad Wisły zabrakło kondycji, żeby toczyć choćby w miarę wyrównany bój z Madziarami. Odczuwali trudy meczów ze Szwecją i na pewno we znaki dała im się długa podróż. Rywal był dużo bardziej doświadczony, przewyższał nas techniką i przygotowaniem fizycznym. Pierwsza połowa pokazała jednak, że gdyby inaczej poprowadzono przygotowania, to mogliśmy osiągnąć korzystniejszy wynik. Po meczu dziennikarze francuskiego dziennika ,,L’Auto” szukając pozytywów w grze Polaków, pochlebnie wyrażali się o Wacławie Kucharze: ,,Za najlepszego z polskiej drużyny uważamy Kuchara. Jest to jedyny gracz w napadzie, który ma start do piłki i przebojowość. Jest to gracz wysokiej klasy”. Warszawski Stadion swoją relację ze spotkania zatytułował Bohaterem dnia znów był Wacek, a dalej pisano: ,,Ustawienia naszej drużyny reprezentacyjnej nie można powinszować. To co w niej dobre było to – Kuchar – Wiśniewski – Batsch – Cikowski. Jeden tylko Kuchar robił wrażenie niespuchniętego. Biegał po całym boisku, był jednocześnie całym atakiem, pomocnikiem i obrońcą. Człowiek ten ma siły niespożyte, niebywałą wytrwałość i pracowitość. Po powrocie do kraju nie szczędzono ostrej krytyki piłkarzom i działaczom. Wytykano całą listę błędów, a prezes PZPN-u, dr Edward Cetnarowski próbował się tłumaczyć: ,,Ułożono w kraju całą litanię grzechów, obarczając zarząd PZPN i kierownictwo ekspedycji piłkarskiej winą za niepowodzenia. Ja jednak odważę się stwierdzić, że jedynym powodem naszego niepowodzenia był po prostu debiutancka trema. Jak prawie każdy artysta w pierwszym swym wystąpieniu gra najczęściej słabo, tak i nasi piłkarze, czując na sobie oczy całego świata piłkarskiego, czując tę wielką odpowiedzialność przed braćmi swymi w ojczyźnie, nie wytrzymali balastu psychicznego i jestem przekonany, że gdybyśmy mieli możność w następnych dniach zagrać w tym samym składzie i z tym samym przeciwnikiem, to rezultat z pewnością byłby zupełnie inny, bardziej zaszczytny”– fragment książki „Wielki finał”. Pewnie miał trochę racji, ale nie można wszystkiego zwalać na tremę, zwłaszcza że w kadrze grali raczej doświadczeni zawodnicy. Węgrzy byli do ogrania, co udowodnił w kolejnej rundzie Egipt, pokonując ich 3:0. Nasza olimpijska przygoda dobiegła końca, zanim tak naprawdę zdążyła się zacząć. Jednak sam fakt, że udało się wystąpić na zawodach tej rangi, można traktować w kategorii sukcesu. Tak czy inaczej, olimpijski debiut był za nami, ale na kolejne emocje związane z występem piłkarzy na igrzyskach, przyszło czekać kibicom aż 12 lat.
10
Reprezentacja Polski na Igrzyskach Olimpijskich(cz. 1):
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
10
@FCBparasiempre
26 maja 1999 r. Manchester United pokonał Bayern Monachium 2:1. Jeden z najbardziej ekscytujących finałów Ligi Mistrzów rozegrały drużyny, które przystępowały do rozgrywek jako wicemistrzowie swoich krajów ale za to jakie! W sezonie 1997/98 Manchester United zajął drugie miejsce w Premiership za Arsenalem a Bayern Monachium został wicemistrzem Bundesligi; wyprzedził go Kaiserslautern. Arsenal nie przebrnął przez faze grupową Ligi Mistrzów a Kaiserslautern odpadł w ćwierćfinale właśnie z Bayernem. Kiedy pod koniec maja 1999 roku Manchester Utd i Bayern udawały się na finał do Barcelony, były świeżo po zdobyciu kolejnych tytułów mistrzowskich. Manchester triumfował też w rozgrywkach o Puchar Anglii. Aby to skomplikować jeszcze bardziej należy dodać iż obydwie drużyny spotkały się w fazie grupowej LM, w której znalazła się też FC Barcelona. Trudno o efektowniejszą ,,grupe śmierci”, tym bardziej że Blaugranie szczególnie zależało na zwycięstwach, ponieważ UEFA wyznaczyła na miejsce finału stadion Camp Nou a w roku 1999 klub obchodził setną rocznice swoich urodzin. Jednak nie udało się, mimo iż w klubie grali m.in. Rivaldo, Figo, Luis Enrique, Cocu czy wreszcie Guardiola. Trenował ich Luis van Gaal. W kadrze był też kończący powoli karierę Miguel Nadal, który przyprowadzał na mecze i treningi 13-letniego bratanka; chłopaczek był drobny ale bardzo sprawny i wujek miał nadzieje że zrobi z niego piłkarza. Dzieciak bardzo lubił piłke, jednak wolał inny sport, któremu oddał się całkowicie. Nazywał się Rafael Nadal i potem został najlepszym tenisistą na świecie. Bayern zajął w tej grupie pierwsze miejsce a Manchester drugie. Mecz pomiędzy nimi w Monachium zakończył się remisem 2:2. Elber dał prowadzenie Niemcom w 11 minucie. York wyrównał w 30. a Scholes strzelił drugiego gola w 49 minucie. Wyrównującego gola dla gospodarzy zdobył samobójczym strzałem Sheringham w 90 minucie, co jest dość istotne w kontekście wydarzeń w finale. Rewanż na Old Trafford również zakończył się remisem, po golach Keane’a i Salihamidżicia. Obydwie drużyny prezentowały więc taki sam poziom i obydwie grały tez do końca. W ćwierćfinale Bayern rozbił Kaiserslautern 2:0 i 4:0 a w półfinale wyeliminował Dynamo kijów. Manchester Utd w ćwierćfinale pokonał Inter 2:0 i 1:1 a Scholes zdobył wyrównującego gola na San Siro w 88 minucie. W półfinale Anglicy wyeliminowali drugą włoską drużynę, Juventus, z Zidanem,Deschampem, i Davidsem, po bardzo trudnych meczach. Na Old Trafford przegrywali do ostatniej minuty 0:1 ale w doliczonym czasie Giggs wyrównał. W rewanżu Juventus po 10 minutach prowadził 2:0, jednak Manchester zwarł szyki i wyrównał jeszcze przed przerwą a na 6 minut przed końcem Andy Cole zdobył zwycięskiego gola. Alex Ferguson nazwał pierwszą połowe w wykonaniu Manchesteru ,,najlepszymi 45 minutami w karierze trenerskiej”. Obydwa kluby miały znakomitych trenerów. 50-letni Ottmar Hitzfeld zdobył z Borussią Puchar Mistrzów i 2 tytuły mistrza Niemiec a z Grasshoppers Zurych trzykrotnie mistrzostwo Szwajcarii. 58-letni Alex Fergusson już w roku 1999 był jednym z najsłynniejszych trenerów świata. Zdobył z Aberdeen FC 3 tytuły mistrza i Puchar Szkocji ale przede wszystkim Puchar Zdobywców Pucharów. W finale mały szkocki klub pokonał Real Madryt, trenowany przez di Stefano.
Menedżerem Manchesteru został w listopadzie 1986 r. Pobił już rekord Matta Busby’ego, który pełnił funkcje menedżera Manchesteru nieprzerwanie w latach 1945-69. Czerwone Diabły pod wodzą Fergusona wygrały dwukrotnie Lige Mistrzów, Puchar Zdobywców Pucharów, Klubowe Mistrzostwo Świata, 13 tytułów mistrza Anglii oraz 5-krotnie Puchar Anglii. Finał Ligi Mistrzów na Camp Nou nie miał faworyta. W Manchesterze nie mógł zagrać kluczowy zawodnik a mianowicie Roy Keane, ukarany kartką w półfinale oraz Paul Scholes. Ferguson przestawił więc Beckhama z prawego skrzydła na środek a Giggsa z lewego skrzydła na prawe. Peter Schmaichel zapowiedział iż finał będzie jego ostatnim występem w barwach Manchesteru, któremu służył przez 9 lat. Kiedy kończyła się zwyczajowa odprawa kilka godzin przed meczem, Ferguson zwrócił się do piłkarzy jakby od niechcenia: ,, Aha, wiecie że dzisiaj jest 90-ta rocznica urodzin Matta Busby’ego i wypadałoby to jakoś uczcić. Chyba nie chcecie k…a żeby dziadek przekręcił się w grobie.” Bayern też miał problem bo z powodu kontuzji nie mógł wystąpić Francuz Lizarazu oraz znakomity strzelec Giovane Elber. W 6 minucie, po faulu Ronny’ego Johnsena na Carstenie Janckerze, Mario Basler z rzutu wolnego z około 18 metrów zdobyl dla Bayernu prowadzenie. Niemcom od tej pory grało się łatwiej a w drugiej połowie osiągnęli przewagę. Pierwszą zmiane zrobił Ferguson; na ostatnie 25 minut wprowadził napastnika Sheringhama w miejsce Blomqvista. Zareagował na to Hitzfeld zmieniając Zicklera na Scholla. Kilka minut później Scholl trafił w słupek a po strzale nożycami Janckera piłka odbiła się od poprzeczki. Hitzfeld był przekonany że ma zwycięstwo w kieszeni i na 10 minut przed końcem zdjął z boiska Matthäusa, człowieka ważnego w każdej drużynie i w każdej sytuacji. Jeszcze dobrze Matthäus nie usiadł na ławce, kiedy Ferguson zmienił Andy’ego Cole’a na innego napastnika, Ole Gunnara Solskjera, o którym dziennikarze na całym świecie pisali z upodobaniem: ,,morderca o twarzy dziecka”. Podejście Niemców do każdego meczu najlepiej określił Gary Lineker: ,,Piłka nożna to taka gra, w której udział bierze 22 piłkarzy a na końcu i tak zawsze wygrywają Niemcy”. Manchester jednak się nie załamał. W przerwie Ferguson powiedział podobno do swoich piłkarzy w szatni: ,,Po tymmeczu Puchar Europy będzie od was zaledwie o 6 stóp i jeśli przegramy, to nie będziecie go mogli nawet dotknąć. Dla wielu z was będzie to najbliżej, na ile kiedykolwiek uda wam się do niego zbliżyć. No więc wychodźcie k…a na boisku i nie ważcie się wracać, jeśli nie dacie z siebie wszystkiego”. Prowadząc 1:0 i chcąc zyskać kilkanaście sekund, Hitzfeld w 89 minucie przeprowadził zmiane: Salihamidżić wszedł na miejsce Baslera. Stadion wrzał, jedni się cieszyli z niemal pewnego zwycięstwa Bawarczyków, inni wciąż dopingowali Anglików. Kiedy sędzia techniczny podniósł tablice informującą iż mecz będzie trwał 3 minuty dłużej, Bayern wciąż prowadził 1:0. Anglicy nie przestawali jednak atakować i wywalczyli rzut rożny. W polu karnym Niemców znalazła się cała jedenastka United, włącznie z Schmaichelem. Z rogu podawał Beckham, piłke wybijał Effenberg ale ledwie za linie pola karnego. Giggs natychmiast kopnął w kierunku bramki. Piłka leciała nisko nad ziemią a stojący na linii strzału Sheringham zmienił nieco kierunek jej lotu. Nawet gdyby tego nie zrobił, piłka i tak prawdopodobnie wpadłaby do bramki a więc 1:1. Załamanych Niemców sędzia Pierluigi Collina zachęcał do wstania z boiska i kontynuowania gry. Po kolejnym ataku piłke na korner wybił Kuffour. Ponownie do narożnej chorągiewki podbiegł Beckham i kopnął piłke pod bramke, jak chwile wcześniej. Sheringham uderzył piłke głową wprost na noge Solskjera. Norweg kopnał ja tak że wpadła pod poprzeczkę, mimo że w bramce oprócz Kahna stało jeszcze dwóch obrońców. W chwile później Collina zakończył mecz. Trzy minuty wstrząsnęły stadionem, który już wiele widział, Anglią, Niemcami, całym światem, wziąwszy pod uwagę liczbę kibiców Manchesteru na wszystkich kontynentach. To było coś nieprawdopodobnego, Manchester zdobył Puchar Mistrzów po raz drugi. Piłkarze tańczyli obok leżących na trawie i płaczących Niemców, których teraz było żal. Kuffour nie chciał zejść z boiska, trzeba go było uspokajać. Bobby Charlton na trybunie honorowej ukradkiem wycierał łzy. Hitzfeld już wygrywał Lige Mistrzów z Borussią i dokona tego ponownie z Bayernem 2 lata po ,,czarnej nocy” na Camp Nou. Wspaniały trener, który tym razem miał wyjątkowego pecha. Niemcom coś podobnego przydarzy się jeszcze raz, w półfinale mistrzostw świata na swoich boiskach w 2006. W meczu z Włochami przy stanie 0:0, w dogrywce Włosi wbili im 2 gole i Niemcy już się nie podnieśli. W takich sytuacjach to częściej Niemcy sprawiali przykrość przeciwnikom. W 90 rocznice urodzin Matt Busby nie przekręcił się w grobie. Kilkanaście dni po finale Alex Ferguson otrzymał z rąk królowej Elżbiety tytuł szlachecki i od tej pory jest k…a, sir!
8
,,Cud” w Barcelonie:
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
7
@FCBparasiempre
25 maja 1967 na Estádio Nacional w Lizbonie CELTIC Glasgow pokonuje INTER Mediolan 2:1(0:1) w finale Pucharu Mistrzów. Dzisiaj drużyny walczące o triumf w Lidze Mistrzów to zbiory najlepszych piłkarzy z całego świata. Był jednak piękny czas, kiedy to grupa kolegów z osiedla potrafiła pokonać wszystkich. W 1967 r. Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych wywalczył Celtic Glasgow a wszyscy ówcześni zawodnicy „The Bhoys” urodzili się w promieniu 30 mil od Glasgow. Tę wspaniałą drużynę trenował Jock Stein i przeszła ona do historii jako „Lwy z Lizbony”, ponieważ właśnie w słonecznej Portugalii Celtic FC pokonał w finale Pucharu Mistrzów Inter Mediolan. Każdego wieczora tuż przed snem, klęcząc przed figurką Matki Boskiej, razem z bratem modliłem się o zdrowie dla mamy i taty, dla Grana McKenny oraz dla Grana McCabe’a a także dla wszystkich naszych ciotek i wujków. „Módlcie się także za Jocka Steina” – przypominał nam ojciec. Kilka lat później było u nas kilku wujków i ksiądz, który tłumaczył, dlaczego Jock Stein powinien zostać świętym. Co prawda nie był katolikiem ale w 1967 r. za jego sprawą stał się cud – pisał w „The Guardian” szkocki dziennikarz Kevin McKenna. „Lwy z Lizbony” (Lisbon Lions) to zwycięzcy finału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych, który odbył się na Stadionie Narodowym w Lizbonie 25 maja 1967 r. Celtic Glasgow pokonał tego dnia Inter Mediolan 2:1, zdobywając jako pierwszy klub z północy kontynentu najcenniejsze klubowe trofeum. Było to zwieńczenie najlepszego sezonu w 130-letniej historii „The Bhoys”. Celtic FC w sezonie 1966/1967 zdobył mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, no i przede wszystkim Puchar Europy. Dokonała tego drużyna będąca mieszanką rutyny z młodością, prowadzona przez legendę szkockiej piłki Jocka Steina. Jego „Lwy z Lizbony” już kilka lat przed erą Ajaxu Amsterdam i genialnego Rinusa Michelsa prezentowały futbol totalny. ,,To niemożliwe, nikt tak nie gra, w zespole szkockim jest ośmiu napastników!” – krzyczał szwajcarski komentator w drugiej połowie finałowego meczu z Interem. Jednocześnie był to zespół złożony z chłopaków niemal z jednego osiedla, wszyscy poza Bobbym Lennoxem urodzili się w promieniu 10 mil od stadionu Celtic Park. Zresztą nawet i sam Lennox pochodził z miasteczka Saltcoasts, leżącego zaledwie 30 mil od największego szkockiego miasta (jako jedyny nie-glasgowczyk określał sam siebie mianem outsidera). Historia „Lwów z Lizbony” to coś niemożliwego w erze modern football, dlatego ma w sobie tyle romantyzmu. Zwłaszcza że była to naprawdę świetna drużyna. Celtic Football Club został oficjalnie założony 6 listopada 1887 r. przez irlandzkich imigrantów w Glasgow. Celem miała być walka z biedą wśród miejscowych Irlandczyków, a zaczęło się to wszystko w sali katolickiego kościoła św. Marii (katolicyzm od samego początku był jednym z symboli „The Bhoys”). Na klubowym herbie widnieje jednak rok 1888, ponieważ dokładnie 28 maja tego roku „Celtowie” zagrali pierwszy oficjalny mecz. Ich rywalem – a to niespodzianka! – byli Glasgow Rangers. Pierwsze Old Firm Derby zakończyły się zwycięstwem Celticu 5:2. Już w 1889 r. „The Bhoys” dotarli do finału Pucharu Szkocji, w 1892 r. zdobyli to trofeum, a po roku dorzucili do tego pierwszy tytuł mistrza Szkocji. Wystarczyło więc zaledwie kilka lat istnienia, aby Celtic stał się czołowym klubem w kraju. W 1964 r. klub po raz pierwszy pokazał się na arenie międzynarodowej, docierając do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (zlikwidowany w 1999 r.). Po imponującym zwycięstwie u siebie z MTK Budapeszt 3:0, na wyjeździe „Celtowie” roztrwonili przewagę i przegrali aż 0:4. Była to jednak zapowiedź złotej ery Celticu, która miała się zacząć wraz z przyjściem trenera Jocka Steina. Oficjalnie został on ogłoszony menedżerem Celticu 31 stycznia 1965 r. Umówił się jednak z władzami klubu, że pozostanie w Hibernanie, dopóki nie znajdą tam jego następcy. Ostatecznie więc zawitał na dobrze sobie znany Celtic Park w marcu, zastępując pracującego tam od 20 lat Jimmy’ego McGrory’ego (ten w uznaniu zasług otrzymał posadę dyrektora PR). Jock Stein urodził się 5 października 1922 r. w Hamilton oddalonym o 12 mil od Glasgow i był zawodnikiem Celtic FC w latach 1951-1956. Przychodził z walijskiego Llanelli AFC raczej jako uzupełnienie, ale udało mu się wywalczyć stałe miejsce na środku obrony, z czasem zasłużył nawet na opaskę kapitana. Karierę musiał zakończyć w wieku 34 lat z powodu uciążliwej kontuzji kostki.
Przydzielono mu do trenowania drużyny juniorskie oraz rezerwy. Po nieco ponad trzech latach takiej pracy postanowił rozpocząć działalność na własną rękę i przeszedł do Dunfermline Athletic. W momencie rozpoczęcia pracy (14 marca 1960 r.) miał zaledwie dwa punkty przewagi nad ostatnią drużyną w tabeli. Utrzymał zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej, a już w następnym sezonie wywalczył Puchar Szkocji. Dało to prawo gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1961/1962 Dunfermline dotarł do ćwierćfinału. Te osiągnięcia poskutkowały ofertą z Hibernianu Edynburg, do którego Jock Stein przeniósł się w marcu 1964 r. (to był ulubiony przez Steina miesiąc do zmian miejsca pracy). Przez rok pobytu w stolicy Szkocji zdołał wygrać Summer Cup czy pokonać w meczu towarzyskim Real Madryt. To wystarczyło, aby dostać ofertę z Celticu i w marcu 1965 r. Jock Stein rozpoczął swoją najpiękniejszą życiową przygodę. Jego następcą w Hibernianie został Bob Shankly, starszy brat legendarnego Billa. Do dzisiaj Stein pozostaje najlepszym menedżerem Hibernianiu w historii, w ciągu roku jego pracy współczynnik zwycięstw drużyny wynosił 62%. Zatrudnienie Jocka Steina na stanowisku pierwszego trenera Celtic FC było przełamaniem swego rodzaju tabu, ponieważ był on pierwszym protestanckim menedżerem w historii klubu. Zastał drużyną przygotowującą się do rozegrania półfinałów Pucharu Szkocji. Udzielił swoim nowym podopiecznym wskazówek taktycznych na poziomie, z jakim wcześniej nie mieli do czynienia. Rozprawili się w półfinale z Motherwell, a w finale pokonali Dunfermline. Po dwóch miesiącach pracy na Celtic Park Jock Stein miał już swój pierwszy „skalp” – „The Bhoys” wygrali Puchar po raz pierwszy od jedenastu lat. W przerwie letniej ściągnął najlepszego strzelca Motherwell Joe McBride’a. W pierwszym pełnym sezonie pod wodzą Steina (1965/1966) „The Bhoys” zdobyli Puchar Ligi Szkockiej i dotarli do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Byli bardzo bliscy historycznego występu w finale europejskich rozgrywek – przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 1:2, a w meczu na Anfield sędzia nie uznał dającej „Celtom” awans bramki Bobby’ego Lennoxa (wątpliwy spalony). Co się jednak odwlecze… Potem Celtic przegrał w finale Pucharu Szkocji z Rangersami, ale powetował to sobie w lidze, zdobywając pierwsze od dwunastu latu mistrzostwo Szkocji. Imponujące pasmo sukcesów w ciągu zaledwie dwóch lat, ale najlepsze dopiero się zbliżało. Przed startem sezonu 1966/1967 Jock Stein właśnie tak powiedział do swoich piłkarzy. Faktycznie, był to najbardziej magiczny, cudowny i niezapomniany sezon w historii klubu z katolickiej części Glasgow. Mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Glasgow Cup i Puchar Europy – w drodze do tych trofeów „The Bhoys” strzelili łącznie 196 goli. Już letnie mecze towarzyskie zapowiadały coś wielkiego – Celtic pokonał m.in. Manchester United 4:1 (tzw. „dzieci Busby’ego”, które w 1968 r. zdobyły Puchar Europy) oraz 1:0 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabéu. Ligę ekipa Jocka Steina rozpoczęła od fenomenalnej serii ośmiu kolejnych zwycięstw. Dopiero w dziewiątej kolejce rozpędzonych „Celtów” na ich boisku powstrzymała drużyna St Mirren, remisując 1:1 (5 listopada 1966 r.). W tym czasie Jock Stein i spółka mieli już na koncie pierwszy triumf – 29 października w finale Pucharu Ligi Szkockiej pokonali Glasgow Rangers 1:0 po golu Bobby’ego Lennoxa. Spotkanie na Hampden Park oglądało 94,5 tys. widzów. Wpadkę z 5 listopada z St Mirren „The Bhoys” szybko sobie powetowali zwycięstwem w finale Pucharu Glasgow (7 listopada) nad Patrick Thistle FC 4:0 (znowu na Hampden Park, tym razem jednak „tylko” 31 tys. widzów – mniejsza ranga rozgrywek i rywala). Oprócz finalistów udział w Glasgow Cup brały jeszcze Queens Park FC oraz oczywiście Rangersi. Potem przyszła seria trzech kolejnych ligowych zwycięstw, bezbramkowy remis w Kilmarnock i znowu dwie wygrane. Jedynie w okresie świątecznym „Celtów” dopadła lekka zadyszka – w wigilię zremisowali z Aberdeen 1:1, a w sylwestra 1966 po raz pierwszy przegrali w lidze (2:3 na wyjeździe z Dundee United). Był to tylko wypadek przy pracy, ponieważ w 13 kolejnych meczach Celtic wygrał aż 12 razy, notując w międzyczasie jeden remis. Chłopcom Jocka Steina wyraźnie jednak nie leżały Aberdeen i Dundee United, ponieważ w rewanżach padły niemal identyczne wyniki – bezbramkowy remis z Aberdeen (19 kwietnia) i porażka 2:3 z Dundee na Celtic Park (3 maja). To sprawiło, że w przedostatniej kolejce (6 maja – Old Firm Derby) Rangersi wciąż mieli szansę na prześcignięcie rywala z katolickiej części Glasgow. Padł jednak remis 2:2 i „Celtowie” mogli świętować kolejne mistrzostwo Szkocji. Tytuł przypieczętowany na Ibrox Park smakował szczególnie. Był to już czwarty „skalp” Jocka Steina i spółki, bo 29 kwietnia w finale Pucharu Szkocji pokonali Aberdeen 2:0 (z którym nie mogli sobie poradzić w lidze) po dwóch bramkach Williego Wallace’a. Sezon wspaniały, ale każde z tych czterech trofeów Celtic zdobywał już wielokrotnie. Jednak o wyjątkowości sezonu 1966/1967 stanowi Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych.
„The Bhoys” mogli wystartować w tych rozgrywkach dzięki pierwszemu od dwunastu lat tytułowi mistrza Szkocji, a stało się to już w pierwszym pełnym sezonie pracy Jocka Steina. Do Lizbony wiodła jednak dość długa droga. W pierwszej rundzie Celtowie trafili na FC Zurich. 28 września 1966 r. zwyciężyli na Celtic Park 2:0 po golach Gemmella i McBride’a. W rewanżu 5 października (dzień 44. urodzin Jocka Steina) Gemell trafił dwa razy, jednego gola dołożył Stevie Chalmers i Celtic pewnie przeszedł do kolejnej rundy. Przejście Szwajcarów okazało się bułką z masłem, a w drugiej czekał zespół FC Nantes, mistrz Francji. Rywal był jednak słabszy niż sądzono i sprawa rozstrzygnęła się już praktycznie w pierwszym meczu, wygranym przez „Celtów” na wyjeździe 3:1. 30 listopada 1966 r. w Nantes bramki strzelali McBride, Lennox i Chalmers. Identycznym wynikiem zakończył się rewanż w Glasgow, rozegrany 7 grudnia (Johnstone, Chalmers, Lennox). Kolejne mecze odbyły się dopiero w marcu następnego roku. Tu zaczęły się schody, bo 1 marca 1967 r. w Nowym Sadzie Celtic przegrał z Vojvodiną 0:1. Jock Stein bał się tego meczu. Rok wcześniej oglądał bowiem inny, w którym Partizan Belgrad grał z Manchesterem United na tyle skutecznie, by wyeliminować go z rozgrywek. Teraz Vojvodina była mistrzem i ona stanęła na drodze Szkotów. Jej podstawowym atutem miał okazać się bramkarz Ilija Pantelič. Ale nie tylko on. Zespół z Nowego Sadu wygrał 1:0 i miał prawo jechać na rewanż w niezłych nastrojach. Serbowie w Glasgow musieli się jednak zmierzyć nie tylko z rywalem, ale także z 70-tysięcznią widownią na Celtic Park. 8 marca 1967 r. gospodarze wyrównali stan rywalizacji w 58. minucie po golu Steviego Chalmersa. Kiedy zanosiło się na dogrywkę, awans dał w ostatniej minucie meczu stoper Billy McNeill po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Charliego Gallaghera. Na drodze do finału stała potem już tylko jedna drużyna – praska Dukla. Półfinał Pucharu Mistrzów był jednak przekleństwem Brytyjczyków. Do tej pory na tym szczeblu zespoły w Wysp grały aż osiem razy i nigdy nie dotarły do finału. W pierwszym meczu w Glasgow (12 kwietnia) gospodarze zwyciężyli 3:1 po dwóch golach Williego Wallace’a i jednym Jimmy’ego Johnstone’a. W rewanżu 25 kwietnia mistrzowie Czechosłowacji wcale jednak nie stali na straconej pozycji, poczynaniami zespołu z Dukli kierował wciąż będący w wysokiej formie 36-letni wicemistrz świata z 1962 r. Josef Masopust. Bohaterem okazał się jednak starszy o cztery miesiące bramkarz „Celtów” Ronnie Simpson, który zachował czyste konto. Bezbramkowy remis w pełni satysfakcjonował Szkotów. To był w ogóle magiczny czas dla weterana, który pomiędzy dwoma meczami z Duklą zadebiutował w reprezentacji Szkocji. I co to był za debiut – Szkocja pokonała na Wembley aktualnych mistrzów świata 3:2! Skład Anglików w tym meczu (15 kwietnia 1967 r.) był niemal identyczny jak w finale MŚ z Niemcami Zachodnimi, jedynie Jimmy Greaves zastąpił Rogera Hunta. Pod koniec kwietnia „The Boys” zapewnili sobie jeszcze Puchar Szkocji, na początku maja przypieczętowali mistrzostwo, więc całe swoje siły mogli skupić na finale Pucharu Mistrzów. O ile droga do finału była stosunkowo łatwa (raczej żaden z wyeliminowanych klubów nigdy nie należał do potentatów europejskiej piłki), o tyle w finale czekał wielki Inter Mediolan pod wodzą Helenio Herrery, triumfator PEMK z 1964 i 1965 roku. Jedenaście edycji rozgrywek o Puchar Mistrzów i tyleż zwycięstw drużyn z południa kontynentu! Posrebrzane trofeum nie opuszczało dwóch półwyspów i tylko trzech miast. Jak nie Półwysep Iberyjski, to Apeniński. Jak nie Madryt – to Lizbona. Jak nie Lizbona – to Mediolan. I tylko cztery kluby – sześciokrotnie Real, po dwa razy Benfica oraz Inter i raz Milan. Drużyna z północnych Włoch miała też dużo trudniejszą drogę do finału w Lizbonie. Początek dość lekki, bo w pierwszej rundzie wyeliminowali Torpedo Moskwa. Było to klasyczne zwycięstwo w preferowanym przez Inter stylu catenaccio – 1:0 u siebie po samobójczej bramce Woronina i dające awans 0:0 na wyjeździe. Czyli zgodnie z podobną filozofią, wyznawaną wiele lat później np. przez José Mourinho – przede wszystkim nie stracić bramki, a z przodu zawsze coś wpadnie (choćby po samobójczym trafieniu rywala). Dużo bardziej przekonujące było zwycięstwo w 1/8 finału z Vasasem Budapeszt (2:1 w Mediolanie i 2:0 w stolicy Węgier). Jednak w ćwierćfinale na podopiecznych Helenio Herrery czekała przeszkoda najtrudniejsza z możliwych. Real Madryt w 1966 r. wygrał PEMK po raz szósty i stawał do rozprawy z triumfatorem z dwóch poprzednich lat. Był to także rewanż za półfinał sprzed roku, kiedy to górą okazał się Real. W pierwszym meczu w Mediolanie Inter wygrał 1:0. Taktyka na rewanż była więc prosta: „zaryglować” bramkę, a z przodu może coś wpadnie. I tak też się stało – w 23. minucie trafił do siatki gospodarzy Renato Cappellini (strzelec gola także w pierwszym spotkaniu), a „Królewskich” pogrążył w 57. minucie ich własny obrońca Zoco, strzelając „samobója”. Była to dopiero druga porażka Realu na własnym stadionie w europejskich pucharach (wcześniej w 1962 r. wygrał tam 1:0 Juventus), ale pierwsza decydująca o odpadnięciu.
W półfinale Włosi musieli się zmierzyć z CSKA Sofia. Bułgarzy w 1/8 wyeliminowali mistrza Polski Górnika Zabrze (4:0 w Sofii i 0:3 w Zabrzu – Górnik prowadził już do przerwy 3:0, a po zmianie stron karnego nie wykorzystał Ernest Pohl), w ćwierćfinale byli górą w starciu z Linfield Belfast (2:2 w Irlandii Północnej i 1:0 w Sofii). Byli prawdziwą rewelacją tej edycji Pucharu Mistrzów i o mały włos nie dotarli do finału. Po remisie 1:1 w Mediolanie dokładnie taki sam wynik padł w Sofii. Dopiero w trzecim meczu na „neutralnym” stadionie w Bolonii (wybór tego miejsca nie był zbyt fortunny) Włosi zapewnili sobie awans do finału po bramce niezawodnego Renato Cappelliniego w 12. minucie. Potem zastawili słynny „rygiel” i udało się „dowieźć” 1:0 do końca meczu. Krąży legenda, że paragwajski trener Juventusu Heriberto Herrera (zbieżność nazwisk z Helenio przypadkowa) przed finałem zaprosił do Turynu Jocka Steina, aby dokładnie wyjaśnić mu sposób gry Interu. Nawet i bez tego trener „Celtów” wiedział jednak, czego może się spodziewać. Mimo tego został zaskoczony. Pierwsze minuty meczu finałowego należały zdecydowanie do zawodników z Półwyspu Apenińskiego. Już w 7. minucie James Craig sfaulował w polu karnym Renato Cappelliniego, a legendarny Sandro Mazzola pewnie wykorzystał jedenastkę. Spotkanie ułożyło się więc dla Interu wyśmienicie i mógł on przyjąć ulubioną taktykę – „rygiel”, utrzymywanie piłki na własnej połowie i sporadyczne kontry. Wyszło jednak na to, że Inter objął prowadzenie zbyt wcześnie. Świetnie przygotowany fizycznie Celtic stosował – używając dzisiejszej terminologii – wysoki pressing, i z każdą minutą Szkoci coraz bardziej tłamsili rywala. Szybko też neutralna publiczność portugalska (Włochów i Szkotów było po ok. 12 tysięcy) opowiedziała się po stronie Wyspiarzy, ponieważ ich ofensywny styl był po prostu przyjemniejszy dla oka. Inter dzielnie bronił się do 63 minuty. Wtedy Tommy Gemmel uderzył z linii pola karnego w „same widły”, a strzegący bramki Interu Giuliano Sarti nawet się nie ruszył. Napór Celticu rósł i druga bramka wisiała w powietrzu. Inter padł ostatecznie w 84. minucie – Stevie Chalmers zmienił kierunek lotu piłki wstrzelonej w pole karne i znalazła ona drogę do siatki. Pozostawało jeszcze sześć minut na odrobienie strat, ale Inter nie był już w stanie nic zrobić. Puchar trafił w ręce niesamowitych chłopaków z Glasgow. Ponieważ rok wcześniej Real wywalczył puchar na własność, UEFA ufundowała nowy, nieco inny, ten sam, o który walczy się do dziś. I właśnie ten puchar odebrał z rąk prezydenta UEFA, Szwajcara Gustava Wiederkehra i prezydenta Portugalii America Thomaza – Billy McNeill, jako kapitan pierwszej zwycięskiej drużyny z Wysp Brytyjskich. Dwa tygodnie później Celtic zaproszony został przez Real Madryt do rozegrania na Estadio Bernabeu pokazowego meczu na cześć żegnającego się z boiskiem Alfreda di Stefano. Ówczesny trener Liverpoolu Bill Shankly (autor wielu słynnych cytatów), starszy o dziewięć lat od Jocka Steina, powiedział do niego po finale w Lizbonie: „Jock, teraz jesteś nieśmiertelny!”. W następnym sezonie Celtic wywalczył mistrzostwo i Puchar Ligi Szkockiej, potem znowu ugrał potrójną koronę. W 1970 r. „The Boys” jeszcze raz dotarli do finału Pucharu Europy, ale tym razem musieli uznać wyższość nowej jakości w europejskim futbolu – holenderskiego futbolu totalnego. Przegrali z Feyenoordem Rotterdam 1:2. Jock Stein prowadził „Celtów” do 1978 r. Następnie zaliczył krótki epizod w Leeds United i przejął obowiązki selekcjonera reprezentacji Szkocji, którą poprowadził w finałach MŚ w Hiszpanii w 1982 r. Umarł tak jak żył – 10 września 1985 r. dostał zawału serca podczas meczu wyjazdowego z Walią w eliminacjach MŚ. Na śmierć swojego mistrza patrzył bezradnie Alex Ferguson, zdolny szkocki trener młodszego pokolenia i ówczesny asystent Jocka Steina. Celtic FC zdobył po 1967 r. wiele tytułów, w 2003 r. dotarł nawet do finału Pucharu UEFA, jednak żadna drużyna nie może się równać z „Lwami z Lizbony” Jocka Steina. Razem z nim na nieśmiertelność zasłużyła cała jedenastka, która 25 maja 1967 r. zdobyła najcenniejsze klubowe trofeum.
6
Mecze, które wstrząsnęły światem:
@Rastafarnianin
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
7
Zapomniane, acz wspaniałe legendy hiszpańskiego futbolu:
25 maja 1912 r. urodził się wybitny napastnik Isidro Langara. Isidro był postacią absolutnie wyjątkową. Podczas gdy większość zawodników wyjeżdżało z Ameryki Południowej do Europy, on postąpił odwrotnie. Urodzony w miejscowości Pasaia zawodnik zaczynał i kończył swoją karierę w Realu Oviedo (142 mecze i 165 goli!), lecz wojna domowa w Hiszpanii skłoniła go do wyjazdu za ocean. Tam Langara przez cztery lata zakładał koszulkę argentyńskiego San Lorenzo de Almagro (121 meczów i 110 goli) oraz meksykańskiego Real Club España(68 występów i 105 goli). Fenomenalną skuteczność potwierdził również w kadrze Hiszpanii (12 gier i 17 goli!) oraz w reprezentacji Kraju Basków (osiem gier i 17 trafień). ,,Jako piłkarz Isidro Langara wsławił się jako doskonały atleta oraz jako autor „niemożliwych bramek”, które często zdobywał po strzałach z dystansu. Jednym z pamiętnych jego występów był pojedynek otwierający sezon 1933/34, kiedy jego Oviedo wygrało z FC Barceloną 7:3! Tego dnia Langara strzelił dwa gole ze stałych fragmentów z odległości około 50 metrów! Zauważył to bramkarz Espanyolu, Lazaro Florenza, jednak kilka tygodni później i on stał się ofiarą podobnego rzutu wolnego, wykonywanego przez Langarę. Jego doskonałe warunki fizyczne zostały też zauważone przez kolegów z drużyny San Lorenzo, kiedy na pierwszym treningu mieli oni zapytać, czy Langara jest piłkarzem, czy może zapaśnikiem. W San Lorenzo również został zapamiętany ze względu na ekstremalnie silne strzały, oddawane bardzo często z dużego dystansu”– czytamy w wikipedii.
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
6
@FCBparasiempre
Po niesatysfakcjonujących pod względem sukcesów latach 60-tych, w 1971 roku w Juventusie rządy objął Giampiero Boniperti. Nowy prezydent odkrył młodych, zdolnych zawodników oraz trenera Trapattoniego, dzięki którym nastała druga złota era klubu. W historycznej drużynie, która zdobyła między innymi Puchar Europy, obok Platiniego, Bońka czy Rossiego grał Gaetano Scirea– legenda Juventusu, która w wieku 36 lat zginęła… w Polsce. Włoch urodził się 25 maja 1953 roku w Cernusco sul Naviglio. Swoją piłkarską przygodę zaczął w Atalancie Bergamo, początkowo grając jako pomocnik. W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku w wieku 19 lat w meczu z Calgiari. W sezonie rozegrał 20 meczów, jednak Nerazzurri zajęli dopiero odległe 14 miejsce w tabeli i spadli do Serie B, gdzie Gaetano ostatni rok reprezentował ich barwy. Jak to jest wrócić po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej i od razu zdobyć Scudetto? Ba, zdobyć je będąc podstawowym zawodnikiem czołowego klubu we Włoszech, a nie jakimś tam rezerwowym wchodzącym na ostatnie minuty meczu. A to dopiero przedsmak tego, co miał osiągnąć w biało- czarnej koszulce. W Juventusie grał na pozycji libero z „szóstką” na plecach. Po odejściu Dino Zoffa przejął opaskę kapitana. Profesjonalizm i skuteczność na boisku przekładały się na sukcesy w kraju i Europie. Był (wraz z Marco Tardellim) pierwszym piłkarzem, który zdobył wszystkie cztery najważniejsze europejskie klubowe puchary. Do tego siedem razy został mistrzem kraju i zdobył 2 puchary Włoch. Po boisku poruszał się elegancko, z gracją. Umiejętnie łączył rolę obrońcy z ofensywnymi zapędami pod bramkę rywala. Najlepiej Grę Scirei obrazują słowa Bońka: ,,Blok defensywny stanowił najsilniejszą formację Juventusu. Całością poczynań obronnych kierował kapitan drużyny Gaetano Scirea, w mojej opinii najlepszy libero na świecie. Uważam, że od czasów Beckenbauera, Scirea nie miał konkurenta. Doskonale grał głową, dzięki czemu zdobywał sporo bramek. Silny, waleczny”. Skoro mówimy już o waleczności, Giuseppe Furino – boiskowy kolega wspomina Włocha w jednej z rozmów: ,,Pamiętam historię, gdy Gaetano doznał kontuzji stopy. Zamiast poprosić o zmianę, rozegrał całe spotkanie, używając tylko lewej nogi do kopania piłki. Byliśmy zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o tym po meczu i zaczęliśmy podziwiać go jeszcze bardziej. Kiedy przybył do klubu, był jeszcze młody, ale już wtedy nie było takiego drugiego”. Scirea do końca swojej kariery został w Turynie, przez 14 lat rozgrywając 552 mecze, rekord, który dopiero po 20 latach pobił Alessandro Del Piero. Z reprezentacją pojechał na trzy mundiale. W Argentynie Włosi zajęli 4 miejsce a Scirea grał w każdym spotkaniu. Swoją pierwszą bramkę dla Italii zdobył w meczu towarzyskim z Polską tuż przed euro ‘80, gdzie Azzurri znów zajęli miejsce za podium. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii ’82 rozpoczęli słabo. Ledwo przebrnęli przez pierwszą rundę, nie wygrywając ani jednego meczu! W drugiej zaś czekali Argentyńczycy i zachwycający grą Brazylijczycy. Pokonanie Argentyny oznaczało walkę z drużyną Tele Santany o pierwsze miejsce w grupie. Powstrzymanie ich było nie lada wyzwaniem jednak formacja obronna Włoch z Gaetano Scireą w szeregach, znalazła na Canarinhos sposób. Wygrana 3:2 dała awans do najlepszej czwórki turnieju, gdzie po pokonaniu Polaków, ekipa Enzo Bearzota w finale rozprawiła się z Niemcami 3:1. Dzięki swojej fantastycznej grze Scirea trafił do jedenastki turnieju i w dużej mierze pomógł reprezentacji zdobyć trzeci już tytuł mistrza świata. Zakończył karierę reprezentacyjną po mundialu w Meksyku w 1986 roku. Mecz z Francją, po którym Włosi odpadli z turnieju był jego 78. W Juventusie, jak i w reprezentacji kolegą Gaetano był Claudio Gentile. Ci panowie często byli razem przedstawiani, ponieważ ich styl gry znacząco ze sobą kontrastował. Mówiono, że Scirea jest aniołem środka defensywy natomiast kolega z drużyny diabłem wcielonym. Podczas gdy Gentile uważał, że futbol nie jest dla baletnic, priorytetem Scirei była gra fair play, co zaowocowało brakiem czerwonej kartki w całej jego karierze. Świetnie sprawdzał się w roli kapitana. To on podczas tragedii na Heysel starał się uspokoić tysiące ludzi na trybunach. Zawsze też był gotowy podać pomocną dłoń kolegom z drużyny. Kiedy Stefano Tacconi przeżywał kryzys po trafieniu na ławkę rezerwowych, ten motywował go, by walczył o ponowne miejsce w podstawowej jedenastce. Poza boiskiem był uczciwy i skromny, nie szukał rozgłosu. Po śmierci jego żona odkryła, że wspierał finansowo kilka instytutów i biednych rodzin.
Kiedy zawiesił buty na kołku, Boniperti wpadł na pomysł, aby dwaj przyjaciele z boiska poprowadzili Juventus z ławki trenerskiej. Tak więc Scirea – drugi trener i asystent Dino Zoffa, pojechał do Polski, aby zebrać informacje o Górniku Zabrze, przyszłym rywalu w Pucharze UEFA. Przed meczem zawitał w Wadowicach, by zwiedzić miasto Papieża. Podczas pobytu w Polsce dowiedział się o tragicznej śmierci Kazimierza Deyny w wypadku samochodowym. 3 września 1989 roku wracał fiatem 125p do Warszawy wraz z kierowcą, tłumaczką i działaczem Górnika. W okolicy Babska można było napotkać na roboty drogowe. Prowadzący auto nie zachował wystarczającej ostrożności, by dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. W trakcie wyprzedzania zderzył się z żukiem jadącym z naprzeciwka. Prawdopodobnie wszyscy by przeżyli wypadek, gdyby nie fakt, iż wybuchły wiezione kanistry z benzyną. Czy mogło być jeszcze gorzej? Niestety okazuje się, że mogło. Trzy z czterech drzwi zablokowały się, uniemożliwiając ucieczkę. Oprócz działacza Górnika, który uratował się przez sprawne drzwi, wszyscy spłonęli żywcem. Policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, kilka godzin identyfikowali ciała. Po całej tragedii, w Polsce można było usłyszeć jedynie krótki komunikat: ,,Na trasie z Katowic do Warszawy, w miejscowości Babsk doszło do tragicznego wypadku. Zginęli tłumaczka Barbara Januszkiewicz, kierowca Henryk Pająk oraz były reprezentant Włoch w piłce nożnej, a potem drugi trener Juventusu Gaetano Scirea”. Dino Zoff o śmierci przyjaciela dowiedział się w drodze powrotnej z meczu ligowego. Bardzo boleśnie to przeżył, tak samo, jak członkowie rodziny zmarłego. Ojciec Scirei nie mógł się pogodzić z utratą syna i po kilku dniach sam zmarł na zawał. Po śmierci Gaetano, żona Mariella została dosłownie zasypana listami od kibiców i znajomych. Otrzymała siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów – wszystkie zaadresowane do męża jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. Włochy okryły się żałobą. W pogrzebie uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób. Rok później nadal pamiętano o włoskim piłkarzu. Kiedy Pani Scirea, wraz z drużyną Juventusu odwiedziła Jana Pawła II, papież trzymając ją za rękę, powiedział: „ Wiem, że Pani mąż zginął na mojej ziemi i bardzo nad tym boleję. Będę o nim i o pani synu pamiętać w moich modlitwach”. Upamiętniając legendę Juventusu trybuna, na której przebywali najwierniejsi kibice Juve, otrzymała nazwisko Scirei, natomiast do głównego wejścia Juventus Stadium prowadzi ulica jego imienia. Co roku jest rozgrywany turniej dla młodzieży na jego cześć i przyznawana nagroda dla najlepszej publiczności Serie A. Kiedyś Marco Tardelli powiedział: ,,On był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale był zbyt skromny, by to stwierdzić, czy nawet o tym pomyśleć. W sercach zawodników i fanów zawsze będzie wielkim piłkarzem i człowiekiem, którego skromność i życzliwość była po prostu niespotykana. Czapki z głów Panie Scirea”.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Juventus Turyn
1x Puchar Europy (1985)
1x Superpuchar UEFA (1984)
1x Puchar UEFA (1977)
1x Puchar Zdobywców Pucharów (1984)
1x Puchar Interkontynentalny (1985)
7x mistrzostwo Włoch (1975, 1977, 1978, 1981, 1982, 1984, 1986)
2x Puchar Włoch (1979, 1983)
Reprezentacja:
1x Mistrzostwo Świata (1982)
7
To był dobry człowiek i wielce zasłużony piłkarz. Grzechem byłoby o nim zapomnieć(wiecie gdzie czytać):
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@kamyk_23
@DaPidejpi
@patataj
0
@mrboom Zapytałem ponieważ starszy gość u mnie w robocie twierdzi że Śląsk ,,puści dobre pieniądze dla Legii" żeby tylko utrzymać się w Ekstraklasie...
9
Ostatnie tango… Guardioli:
25 maja 2012 r. FC Barcelona pokonała w finale Copa del Rey Athletic Bilbao 3:0 i zdobyła 26 w historii Puchar Hiszpanii. To był ostatni z 14 pucharów Guardioli w roli szkoleniowca Blaugrany i jednocześnie ostatni mecz w tej roli. Finał na rozebranym niedawno Vicente Calderon miał jednostronny przebieg. Wynik ustalono już po 25 minutach za sprawą dwóch trafień Pedro i jednego gola Messiego.
Składy obu drużyn:
FC Barcelona: Pinto - Adriano, Mascherano, Pique, Montoya - Iniesta, Busquets, Xavi (81. Fabregas) - Pedro (87. Thiago Alcantara), Messi, Alexis Sanchez (71. Keita) Rezerwowi: Valdes, Bartra, Keita, Thiago Alcantara, Fabregas, Tello, Afellay
Athletic Bilbao: Iraizoz - Aurtenetxe, Amorebieta, Ekiza, Iraola - De Marcos (46. A. Herrera), Martinez- Gomez, Muniain, Susaeta (46. Perez)- Llorente (73. Toquero)
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
0
@mrboom A dlaczego ma nie odpuścić skoro i tak ma zagwarantowane europejskie puchary?
0
Zapytam tak z ciekawości, zwłaszcza tych, którzy obstawiają mecze. Czy Legia odpuści ostatni mecz Eskstraklasy i przegra ze Śląskiem? No i jakim wynikiem może zakończyć się to spotkanie?
11
Kolejny Puchar do gabloty Blaugrany:
25 maja 1952 r. FC Barcelona zdobywa 10-ty(i drugi z rzędu) w swojej historii Puchar Króla Hiszpanii. W zaciętym finałowym meczu Barça pokonała po dogrywce Valencie CF 4:2 na Estadio de Chamartain. Gole dla Blaugrany zdobyli Jorge Vila Soler(72 minuta) oraz legendarni: Basora(40 minuta), Kubala(96 minuta i Cesar Rodriguez(119 minuta). A oto ten triumfujący skład: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo , Bosch, Basora, Cesar Rodriguez, Vila Soler, Kubala, Manchon
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
2
Karim Benzema w meczu z Rayo Vallecano zdobył swojego 280 gola pierwszoligowego i do Samuela Eto'o traci tylko 6 goli a do Davida Villi zaledwie 2 gole w klasyfikacji strzelców pierwszej ligi.
5
@FCBparasiempre
Erwin Nyc urodził się 24 maja 1914 roku, tuż przed wybuchem I wojny światowej. Przygodę z piłką nożną rozpoczął w wieku 15 lat a jego pierwszą drużyną stała się wówczas Pogoń Katowice. Tu po raz pierwszy widać przejaw polskości w rodzinie Nyców. Żaden Niemiec nie zapisałby swojego dziecka do polskiego klubu. Pogoń była w tych czasach odpowiednikiem 1.FC Kattowitz, który był niemieckim klubem na naszych ziemiach. Nawet Ruch Wielkie Hajduki nie posiadał aż tylu polskich patriotów, jak w katowickiej Pogoni. W żadnym wypadku więc nie można uznawać Erwina za Niemca, co najwyżej za człowieka wywodzącego się ze środowisk śląskich, o skomplikowanych korzeniach. W 1935 roku Erwin został wezwany do odbycia służby wojskowej w Warszawie, gdzie formalnie pełnił obowiązki w jednostce lotniczej. Większość czasu spędzał, grając na pozycji środkowego pomocnika, w najpopularniejszej stołecznej drużynie, czyli Polonii Warszawa. Dla zespołu Czarnych Koszul był to sezon nadziei. Klub dopiero awansował po grach eliminacyjnych do Ligi a Erwin w tym pomógł, z marszu stając się bohaterem kibiców. Od tamtego momentu niesamowicie zżył się z drużyną a jego nazwisko zaczynało nabierać renomy. Także po zakończeniu służby, Erwin pozostał wierny Polonistom, pracując przy okazji w firmie górniczej. Poza tym Nyc był świetnym zawodnikiem, którego warunki fizyczne (180 cm wzrostu) predysponowały do gry nie tylko w pomocy, ale przede wszystkim w obronie. To był jeden z piłkarzy, który zaczął odgrywać rolę stopera. Umiejętność ta skłoniła Józefa Kałużę oraz szefostwo PZPN, aby w 1938 roku zabrać Erwina na Mistrzostwa Świata na sławny mecz z Brazylią. Trzeba wspomnieć, że nie znalazłby się na nim, gdyby nie kontuzja Jana Wasiewicza, zawodnika lwowskiej Pogoni. Dzięki nieszczęściu kolegi, to Nyc wskoczył do kadry, powiększając w niej grono Polonistów(wcześniej powołanym był Władysław Szczepaniak, który przy okazji tego meczu był kapitanem) Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. W spotkaniu z Brazylią, Erwin zagrał jako jeden z trzech pomocników, obok Wilhelma Góry i Ewalda Dytki. Nie był to jednak pierwszy mecz Nyca w kadrze narodowej. Jego debiut rok wcześniej przypadł na mecz z Danią, który Polska wygrała 3:1. Grywał również w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 we Francji, kiedy to przeciwnikiem Biało-Czerwonych była Jugosławia. Licznik gier w kadrze tego rosłego pomocnika zatrzymał się na liczbie 11. Nyc znowu staje się Nytzem. Na początku II wojny światowej, luksusowe mieszkanie Erwina, które znajdowało się w Warszawie, zostało zbombardowane przez niemieckie lotnictwo. Później Nyc został zobowiązany do walki na froncie i popadł w niemiecką niewolę, jednak już po kilku dniach został z niej zwolniony. Powrócił na Górny Śląsk, który wówczas dostał się pod panowanie niemieckie. Jak wszyscy inni piłkarze z tego regionu, został zmuszony do podpisania volkslisty. Górnoślązacy, którzy wówczas występowali do końca sierpnia 1939 roku w najwyższej polskiej Lidze, stali się znowu obywatelami Rzeszy. Ich nazwiska spolonizowane w połowie lat trzydziestych zarządzeniem wojewody Michała Grażyńskiego, otrzymały z powrotem swą niemiecką formę, tak jak były zapisane w metrykach urodzenia. W 1940 roku Erwin zaczął występować w niemieckim klubie. Dzisiaj każdy rozgrzesza taką sytuację, zwłaszcza na Śląsku. Był nawet wzywany dwukrotnie do gestapo. Dopiero po tych rozmowach, pod groźbą wywozu do obozu pracy, zdecydował się na wstąpienie do drużyny okupanta. Nadszedł moment wyboru – być prześladowanym czy grać w piłkę? Katowicki przełożony NSDAP Georg Joschke przyłączył więc Nyca do drużyny 1. FC Kattowitz, podobnie jak dwóch innych graczy: Ewalda Dytko i Ernesta Willimowskiego (który odszedł z niej po niespełna czterech miesiącach). Joschke, w latach trzydziestych, sam prowadził ten klub dla mniejszości niemieckiej w Polsce. W ciągu pięciu sezonów w Gaulidze Górnego Śląska nie osiągnął z nim większych sukcesów. Nie wzbił się nawet powyżej czwartego miejsca w tabeli. W czerwcu tego samego roku w Katowicach, Nyc wziął udział w pierwszym szkoleniu dla graczy z Górnego Śląska, przeprowadzonym przez ówczesnego szkoleniowca Reichu, Seppa Herbergera. Gazeta „Kicker” widziała wtedy w Erwinie podstawowego stopera niemieckiego zespołu, lecz do takiego obrotu spraw nie doszło. Kilka razy Nyc brał udział w meczach zespołu Gauligi Górnego Śląska, gdzie jego opiekunem był Kurt Otto, były trener Schalke i polskiej drużyny narodowej. Tego samego roku został powołany do niemieckiej służby lotniczej w Fliegerhorst. W tym czasie nadal grał w piłkę, w drużynie Luftwaffen Sport Verein. Stacjonował w Berlinie, ale bardzo często w mundurze Luftwaffe przyjeżdżał do Warszawy. Prawdę mówiąc, Erwin lotnikiem nigdy nie został, był jedynie w wojsku pomocniczym. Później został przeniesiony do jednostki Markersdorf w dolnej Austrii, gdzie również grał w lokalnej drużynie złożonej z lotników. Po kilku miesiącach powrócił do Fürstenwalde. ,,Dawno temu rozmawiałem ze Zdzisławem Gierwatowskim, który grał w Polonii Warszawa od 1938 roku, więc znał Nyca osobiście. Mówił mi, że to był swój chłopak, żaden Niemiec, nawet nie posiadał niemieckiego akcentu a rozmawiali ze sobą w języku polskim”– wspominał Robert Gawkowski.
W środku wojny, podczas jednego z rozgrywanych meczów, kiedy to Polonia grała w konspiracyjnej lidze, przywdziewając czarne trykoty, wypatrzono Erwina w mundurze Luftwaffe. Przyglądał się swoim kolegom na boisku, a po spotkaniu wybrał się z nimi na prawdziwą „biesiadę”. Podczas wojny moralne opory znikały. Ludzie nie wiedzieli, czy dożyją kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca… Najnormalniej na świecie, Nyc przesadził z alkoholem i podczas godziny policyjnej wyszedł na ulicę. Zaczął przy tym wymachiwać pistoletem i wołać: dajcie mi jakiegoś szwaba, ja go ukatrupię! Nie mogło obyć się bez patriotycznego akcentu. Wyobrażacie sobie, że niemiecki żołnierz zaczyna śpiewać hymn Polski? Tak też uczynił Erwin, nad którym prawdopodobnie opatrzność sprawowała swą opiekę – żaden patrol nie przechodził obok miejsca zdarzenia. Pan Zdzisław Gierwatowski mówił, że piłkarze Polonii będący wówczas z Nycem, zaciągnęli go siłą do jakiegoś pokoju, gdzie zasnął. Na szczęście miał broń, którą wymachiwał nadal przy sobie. Gdyby zastrzelił jakiegoś Niemca, to prawdopodobnie czekałby go pluton egzekucyjny albo w najlepszym wypadku karna kampania na Wschód. Pod koniec wojny dostał się także pod rosyjską niewolę. Po powrocie do Pogoni Katowice, gdzie Erwin grał po wojnie, napotkał wiele przeszkód. Był szkalowany przez władze komunistyczne, które mówiły, że musi ponieść konsekwencje za to, iż grał w niemieckich klubach. Poloniści stanęli jednak murem za swoim byłym zawodnikiem. Pisali listy, że Nyc nigdy nie był kolaborantem, współpracował z ruchem oporu, załatwiał pistolety dla Armii Krajowej, lecz nie wiadomo, ile w tym jest prawdy. Wszyscy, którzy z nim kiedyś grali czuli, że żaden z niego Niemiec. Erwin przyznał również, że na początku wojny miał kontakt z byłym polskim selekcjonerem Józefem Kałużą, który doradzał mu, że w ten sposób może uniknąć represji ze strony niemieckich okupantów. Te wypowiedzi pomogły Nycowi, a dochodzenie zostało przerwane. Nie mógł on jednak wyjeżdżać za granicę i nie można było powołać go do reprezentacji piłkarzy z ligi okręgowej, a także reprezentacji Polski. W przypadku Erwina Nyca, Ewalda Dytko, Teodora Peterka i Gerarda Wodarza, UB chciało dokładnie wiedzieć, co robili podczas służby we Wehrmachcie, a przede wszystkim u aliantów. Te przesłuchania napędziły im mnóstwo strachu, że dopiero wiele lat później poczynili jakieś uwagi na ten temat. Oficjalnie ich życiorysy podawały, że zostali zmuszeni do służby we Wehrmachcie, poczuwali się polakami i przy pierwszej okazji zdezerterowaliby – fragment książki Thomasa Urbana „Czarny orzeł, biały orzeł”. Erwin był człowiekiem o dobrym sercu – przywoził czasem z Niemiec, podobnie jak Karol Kossok to, czego nie było wtedy w Polsce. Mowa tutaj o piłkach, korkach czy sprzęcie piłkarskim. Prawdziwy spokój w jego życiu nadszedł po 1948 roku, kiedy zmienił pisownię nazwiska na polską. Z Erwina Günthera Nytza stał się Edwardem Piotrem Nycem. Brzmiało po naszemu, ale na Polonii nadal wołano na niego Erwin. Nikt nie widział w tym nic złego – znacząca część tych Polonistów zamieszana była w powstanie warszawskie, więc byli uczuleni na zdradę, lecz do Erwina nic nie mieli. Widzieli, że zmiana imienia ma na celu ułatwić mu drogę w tej nowej, komunistycznej rzeczywistości. Po zakończeniu aktywnej kariery sportowej Nyc próbował swoich sił w latach 50. w kilku drużynach z Górnego Śląska jako trener (m.in. w AKS Chorzów), jednak nie udało mu się zaistnieć w żadnym z prowadzonych zespołów. Opowieść o Erwinie Nycu sięgnie 1957 roku, kiedy to zorganizowany został jubileusz Wacława Kuchara. Zrobiono wówczas wielki mecz oldbojów pomiędzy Pogonią Lwów a Polonią Warszawa. Trzeba widzieć to, jako pewien opór w stosunku do komuny – był to październik, więc można było pozwolić sobie na więcej. Plakaty i wypowiedzi sugerowały, że Polonia podejmować będzie starą Pogoń. Spotkanie to miało przypomnieć o tym, że Lwów kiedyś był polski. Z Bytomia czy Wrocławia przyjechali dawni lwowiacy a Polonia zaprosiła Erwina Nyca a także Wilhelma Grolika, postać mniej znaną, ale również w swej historii kontrowersyjną. Wszyscy cieszyli się z obecności Erwina. To najlepszy dowód na to, jak go odbierano. Podczas wojny, w stosunku do jego osoby, było sporo niedomówień. Dzisiaj chyba już nikt nie mówi negatywnie o poczciwym Erwinie, który zmarł 1 maja 1988 r. w wieku 73 lat na terenie Piekar Śląskich.
7
Pamiętajmy!
Polski patriota w mundurze Luftwaffe(to trzeba przeczytać w odpowiedzi na mój komentarz):
@kamyk_23
@Rastafarnianin
@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
1
@Adran360 Zgadza się. Jednak Djalma Santos był 2-krotnym mistrzem świata. Mało tego! Djalma Santos jest obok Franza Beckenbauera jednym z dwóch graczy, których trzykrotnie wybierano do drużyny marzeń Mundialu. O tym nie wolno zapominać!
7
@FCBparasiempre
Dla wielu z nas futbol jest czymś, co dodaje codziennemu życiu kolorytu, uroku i magii. Emocjonujemy się meczami i wspólnie przeżywamy wygrane i przegrane. Poza swoją piękną stroną piłka nożna ma jeszcze tę nieco bardziej mroczną. W historii tej gry nie brakowało wielu tragicznych rozdziałów. Katastrofy samolotów z drużynami na pokładzie na zawsze zostawiły ślad naszej pamięci. Podobnie było z tragediami, w których poszkodowani byli kibice. W tragicznych wydarzeniach na stadionach Heysel, Hillsborough czy Ibrox zgięło wielu miłośników futbolu, takich, jak my. Najwięcej ofiar pochłonęły jednak wydarzenia, jakie rozegrały się 24 maja 1964 r. w Limie, a które do historii przeszły jako tragedia na Estadio Nacional albo rzeź w Limie. Południowoamerykańscy fani futbolu znani są ze swojej spontaniczności. Niejednokrotnie zdarzało się, że niektórzy z nich w przypływie emocji wbiegali na boisko. Tak miało być podczas meczu Peru – Austria na igrzyskach w Berlinie. W wyniku wtargnięcia Peruwiańczyków na murawę został poturbowany jeden Austriak, co w konsekwencji spowodowało podjęcie decyzji o powtórzeniu meczu, co z kolei doprowadziło do wycofania się Peruwiańczyków z olimpijskiej rywalizacji. Bohaterami tamtej ekipy byli tacy piłkarze jak Teodoro Fernández, Alejandro Villanueva i Jorge Alcalde. 27 października 1952 r. cała trójka brała udział w inauguracji nowego stadionu w Limie. Nowe Estadio Nacional, które stanęło na miejscu starego obiektu, rok później miało gościć uczestników mistrzostw Ameryki Południowej. Zadbano więc o to, żeby obiekt godnie się prezentował. Wyposażono go w wiele udogodnień, takich jak choćby luksusowe loże i windy na jednej z trybun. Uroczystości rozpoczęły się już o godzinie 10:00 i trwały do wieczora. W trakcie ich trwania uhonorowano wielu peruwiańskich sportowców, wśród których była wspomniana wyżej trójka piłkarzy z igrzysk w Berlinie, a także złoty medalista olimpijski Edwin Vásquez oraz Julia Sánchez i Gerardo Salazar, którzy święcili triumfy na igrzyskach panamerykańskich. Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, że za kilkanaście lat stadion stanie się areną jednej z największych tragedii w dziejach futbolu. W maju 1964 r. rozgrywano w Limie turniej kwalifikacyjny do rozpoczynających się w październiku igrzysk olimpijskich w Tokio. Brały w nim udział młodzieżowe ekipy Argentyny, Brazylii, Kolumbii, Urugwaju, Chile, Ekwadoru i oczywiście Peru. 24 maja gospodarze mierzyli się z Argentyńczykami, którzy jak dotąd odnieśli komplet zwycięstw. Ewentualna wygrana z Peru dawała im już pewny awans na turniej w Tokio. Peruwiańczycy w pierwszym meczu tylko zremisowali z Ekwadorem i żeby myśleć o wyjeździe na igrzyska, to musieli przynajmniej zremisować z Argentyną. Tym bardziej że mieli jeszcze do rozegrania mecz z zawsze groźną Brazylią. Mimo że był to tylko turniej kwalifikacyjny do igrzysk, to spotkanie z Argentyną przyciągnęło na stadion rzesze kibiców. Sprzyjał temu fakt, że mecz był rozgrywany w niedzielę. Nie bez znaczenia była też klasa rywala i waga pojedynku. Wielu rozkochanych w futbolu Peruwiańczyków zmierzało na Estadio Nacional, licząc na dobry występ swoich ulubieńców i solidną dawkę sportowych emocji. Wszyscy oni szczelnie wypełnili trybuny stadionu, które mogły pomieścić 53 tys. widzów. Początek spotkania wyznaczono na 15:00 i punktualnie o tej godzinie urugwajski sędzia Ángel Eduardo Pazos dał znak do rozpoczęcia gry. Mecz początkowo przebiegał zgodnie z oczekiwaniami. Nieznaczna przewaga rysowała się po stronie Argentyny, ale Peru grało z wielkim zaangażowaniem i też potrafiło stworzyć dogodne sytuacje. W pierwszej odsłonie kibice nie zobaczyli jednak bramek. Kilkanaście minut po rozpoczęciu drugiej połowy Argentyńczycy objęli prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Néstor Manfredi, który wykorzystał błąd przy rzucie rożnym popełniony przez peruwiańskiego bramkarza Juana Barrantesa. Gospodarze niesieni fantastycznym dopingiem kibiców ruszyli do odrabiania strat. Czas jednak płynął, a bramki nie padały. Kiedy do końca pozostawało mniej niż dziesięć minut, argentyński obrońca Horacio Morales próbował wybić piłkę spod własnej bramki, ale ta odbiła się od stopy Peruwiańczyka Victora Lobatóna i wpadła do siatki. Radość kibiców nie trwała jednak długo. Sędzia Ángel Eduardo Pazos uznał, że napastnik gospodarzy przekroczył przepisy i gola nie uznał. Co zrozumiałe, decyzja Urugwajczyka nie spodobała się miejscowym fanom. Wkrótce na boisko wtargnął niejaki Víctor Malesia Vazquez, którego wielu kibiców znało jako Negro Bomba. Próbował zaatakować sędziego, ale w porę został obezwładniony przez służby porządkowe. Nie był to jego pierwszy taki wyskok, bo już wcześniej podobnie się zachowywał na meczach Alianzy Lima. Chwilę później za jego przykładem podążył inny rozzłoszczony obrotem spraw kibic. Edilberto Cuenca ruszył w kierunku sędziego i chciał go podobno zaatakować szyjką butelki, ale też został unieszkodliwiony. Sposób, w jaki tego dokonano budzi jednak niemałe kontrowersje. ,,Nasi policjanci kopali go i bili, jakby był wrogiem. To właśnie wzbudziło złość wszystkich(łącznie ze mną)- wspominał po latach Jose Salas, który był wówczas na trybunach. Cuenca miał zostać też zaatakowany przez policyjne psy, które na oczach innych kibiców szarpały jego ubranie. W kierunku policjantów zaczęły lecieć kamienie i butelki. Sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna, a niektórzy ze zgromadzonych próbowali sforsować ogrodzenie i dostać się na boisko. Sędzia podjął decyzję o przerwaniu meczu i zawodnicy zeszli do szatni. Niektórzy z kibiców widząc, że sytuacja robi się coraz bardziej niebezpieczna i że służby nie panują nad rozzłoszczonym tłumem, próbowali opuścić stadion. Nasza piątka zeszła ze schodów, żeby wyjść na ulicę podobnie jak wielu innych, ale brama wyjściowa była zamknięta. Odwróciliśmy się więc i zaczęliśmy z powrotem wchodzić po schodach, ale wtedy policja użyła gazu łzawiącego. Ludzie zgromadzeni na trybunach zaczęli stamtąd uciekać i wbiegli to tunelu, powodując ogromny ścisk – opowiadał Jose Salas. Po użyciu gazu na stadionie zapanował totalny chaos. Tysiące osób ruszyło ku stadionowym bramom, które jednak były zamknięte. Później pojawiały się głosy, że policjanci, którzy mieli ich pilnować, opuścili swoje stanowiska, żeby zobaczyć końcówkę meczu, lub też chcieli w ten sposób zmusić tłum do powrotu na trybuny. Ludzie dusili się, kaszleli i mdleli. Wiele osób zostało stratowanych i praktycznie zmiażdżonych. Wciśnięci między stalowe pręty bram nie mieli jak zaczerpnąć powietrza i zwyczajnie się dusili. Wiele dzieci zmarło na rękach rodziców. Ofiary były też wśród osób starszych. Salas wspominał, że przez dwie godziny był w takim ścisku, że jego stopy nie dotykały ziemi.
Kiedy w końcu udało się otworzyć bramy, spora część kibiców wdała się w zamieszki z policją. Ucierpiało wiele okolicznych sklepów i podpalono kilkanaście samochodów a funkcjonariusze mieli użyć ostrej amunicji. ,,Przechodzili obok mnie chłopcy z sąsiedztwa i zauważyli mnie. Byłem dość chudy udało im się mnie wyciągnąć. Ale potem zaczęło się strzelanie i zaczęli biec. Strzały padały na zewnątrz, kule były wszędzie. Zacząłem biec i nie oglądałem się za siebie– mówił Salas. W tym samym czasie piłkarze ciągle czekali w szatniach, czekając na moment, kiedy będą mogli w końcu wyjść. W składzie Peru grał wówczas młody Héctor Chumpitaz, który po latach podzielił się swoimi wspomnieniami z tego tragicznego dnia. Kiedy dotarliśmy do szatni, niektórzy ludzie zdążyli już wyjść na zewnątrz i wrócić, mówiąc, że były dwa zgony. „Dwa zgony?” – zapytaliśmy. Jeden już wydawał się dużo. Spędziliśmy w szatni dwie godziny, zanim pozwolono nam wyjść, więc nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W drodze powrotnej do naszego ośrodka treningowego słuchaliśmy radia, gdzie podawano kolejne liczby – 10, 20, 30 ofiar. Za każdym razem, gdy pojawiały się wiadomości, to liczby rosły– 50 ofiar, 150, 200, 300, 350 – wspominał Chumpitaz. Oficjalnie w wyniku tragicznych wydarzeń na Estadio Nacional śmierć poniosło 328 osób, a ponad 500 zostało rannych. Według wielu ta liczba jest niedoszacowana, bo nie uwzględnia tych, którzy zginęli w starciach z policją. Istnieje wiele relacji naocznych świadków, którzy opowiadali o zmarłych z ranami postrzałowymi. Wyznaczony jednak do zbadania katastrofy sędzia Benjamin Castañeda nie był w stanie znaleźć dowodów, żeby te informacje potwierdzić. Kiedy usłyszał, że w szpitalu Loayza w Limie są dwie ofiary z ranami postrzałowymi, natychmiast udał się na miejsce. Docierając do kostnicy, spotkałem kogoś, kogo znałem. Zapytałem go, czy są tam dwa ciała z ranami postrzałowymi. „Tak”, powiedział mi, „ale oni właśnie je zabrali.” – mówił Castañeda. Kilka miesięcy po tragedii zgłosił się do niego starszy mężczyzna, który mówił, że jego dwaj synowie, którzy studiowali medycynę, przyjechali do Limy z prowincji i nigdy nie wrócili. Mężczyzna szukał ich nazwisk na listach ofiar, ale żadnego nie znalazł. Prowadził dalsze dochodzenie, ale bez skutku. Powiedziałem mu więc, że otrzymałem wiadomość, że niektórzy ludzie zginęli w wyniku strzałów i niestety nigdy nie mogłem odkryć ich tożsamości, ponieważ wszystko było przede mną ukryte – opowiadał Castañeda. W swoim raporcie Castañeda napisał, że liczba ofiar śmiertelnych podana przez rząd nie odzwierciedla prawdziwej liczby ofiar, ponieważ istnieją uzasadnione podejrzenia o potajemne usuwanie tych, którzy zginęli od kul. Oskarżył też ministra spraw wewnętrznych o zaaranżowanie inwazji na boisko i brutalną reakcję policji. Według niego pokaz siły miał uzmysłowić ludziom ryzyko, na jakie narażają się, występując przeciwko władzy. Rząd z kolei winą za zamieszki obarczył trockistowskich agitatorów. Dziennikarz Jorge Salazar, który napisał książkę traktującą o tragedii na Estadio Nacional, zauważa, że w tamtych czasach nastroje społeczne w Peru było bardzo burzliwe i wystarczyła tylko iskra, żeby wywołać ogień. ,,To były lata sześćdziesiąte, czas Beatlesów, Fidel Castro był w modzie, wszystko się zmieniało na świecie. W Peru po raz pierwszy mówiono o sprawiedliwości społecznej. Było dużo demonstracji, ruchów robotniczych i partii komunistycznych. Lewica była dość potężna, a między policją a ludem trwały nieustanne tarcia” – oceniał Salazar.
Po tragedii rząd ogłosił siedmiodniową żałobę narodową. Kościół zorganizował zbiórkę na rzecz pomocy rodzinom ofiar, a pogrzeby gromadziły tysiące żałobników. Pojawiały się też pojedyncze głosy, który nawoływały do anulowania wyniku meczu i zawieszenia urugwajskiego sędziego. Przeszły jednak bez echa, a sam arbiter bardzo przeżył te wydarzenia. Chciałbym mieć pewność, że to nie była moja wina, jak podają niektóre gazety w Limie. To było straszne. Gdybym wiedział, że zginie tyle ludzi, nie zagwizdałbym, a potem odłożył gwizdek na wieki. Chcę zapewnić wszystkich, że to nie była moja wina – mówił Urugwajczyk. Winą za tragedię obarczono komendanta policji Jorge Azambuje, który wydał rozkaz użycia gazu. Został później skazany na 30 miesięcy więzienia. Zamówiłem gaz łzawiący na trybuny. Nie wyobrażałem sobie jednak jak tragiczne mogą być konsekwencje – tłumaczył Azambuja. Drugim ukaranym był Castañeda. Nałożono na niego karę grzywny za sześciomiesięczne opóźnienie w publikacji raportu i niestawienie się na wszystkich 328 autopsjach, tak jak powinien. Jego raport po publikacji trafił do kosza. Turniej kwalifikacyjny został przerwany. Zwycięzcą została uznana Argentyna. O drugie miejsce miały powalczyć ze sobą Brazylia i Peru. W rozegranym 7 czerwca w Rio de Janeiro spotkaniu lepsi byli Canarinhos, którzy wygrali 4:0. ,,Oczekiwałem zwycięstwa, ale za taką cenę wolałbym najbardziej upokarzającą z porażek”– mówił potem trener Argentyńczyków Ernesto Duchini. Do dzisiaj nie udało się znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania i prawdopodobnie nigdy się to już nie uda. Miejmy jednak nadzieje, że ta i inne stadionowe tragedie będą już tylko smutnym wspomnieniem i nauką na przyszłość.
5
Tragedia na Estadio Nacional:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@marcinK0000 Jak to z samym Balde? Przecież jest Christensen i Araujo! To są defensorzy klasy światowej jakby nie patrzeć...
10
Tragiczny w skutkach wypadek legendy FCB:
Francisco Javier Urruticoechea czyli ,,Urruti” był bramkarzem Barçy w latach 1981-88. Pochodzący z Kraju Basków zawodnik trafił na Camp Nou z Espanyolu i w latach 1982-86 był podstawowym golkiperem Dumy Katalonii. Po odejściu z Barcelony zakończył karierę i został trenerem bramkarzy. Kilka godzin przed feralną nocą(24 maja 2001 r.) oglądał wraz z przyjaciółmi finał Ligi Mistrzów. Nastepnie wsiadł do swojego Mercedesa 320 CE i ruszył w strone domu. Będąc blisko celu około godziny 3:37 w nocy na północnej obwodnicy Barcelony stracił panowanie nad kierownicą i jego samochód trzykrotnie uderzył w bariere ochronną a sam Urruti wypadł z pojazdu. Jadący za nim kierowca BMW nie był w stanie go ominąć i bramkarz poniósł śmierć na miejscu.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
13
Szczęśliwa końcówka sezonu:
24 maja 1992 r. FC Barcelona rozgromiła na wyjeździe Real Valladolid 0:6(!) w 36 kolejce Primera Division, po 2 golach Stoiczkowa, Koemana i Nadala. To zwycięstwo pozwoliło Blaugranie zbliżyć się na jeden punkt do Realu Madryt a w ostatniej kolejce(dzięki wygranej Tenerife z Realem) sięgnąć po mistrzostwo Hiszpanii.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@DaPidejpi
@patataj