11

Feliz cumpleaños panowie De Boer!



15 maja 1970 r. urodzili się holenderscy bracia De Boer. 15 stycznia 1999 r. FC Barcelona ogłosiła transfer braci Franka i Ronalda de Boer z Ajaxu Amsterdam do FC Barcelony. Za zawodników zapłacono odpowiednio 11 i 10 milionów euro. Louis Van Gaal, który był trenerem bardzo naciskał na zakup przede wszystkim obrońcy reprezentacji Holandii, brat przyszedł niejako w pakiecie. Guardiola tak podsumował transfer kolejnych graczy z Kraju Tulipanów do FC Barcelony: „Gdybym to ja był Holendrem, z trudem zaakceptowałbym ośmiu Katalończyków w Ajaksie ale jeżeli gra się dobrze i wygrywa, można zaakceptować wszystko”. Frank występował w Dumie Katalonii przez pięć sezonów i był podstawowym zawodnikiem, natomiast Ronald po dwóch mocno nieudanych dla siebie latach opuścił Camp Nou i przeniósł się do Glasgow Rangers gdzie stał się jedną z legend i ikon klubu z Ibrox Stadium.



@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

4

Niedowiary! 2:4 na Cornella El Prat w derbach, gdzie gospodarz broni się przed spadkiem to nawet by mi się nigdy nie przyśniło! No ale mamy to! Mamy w końcu 27 mistrzostwo Hiszpanii!! Madrid cabron saluda al Campeon!!! Barcunia Campeones!!! Campeeeeeooooooneeeeees!!!!!!!!!!!! A Robert Lewandowski ma już na koncie 365 goli na poziomie pierwszoligowym i do wielkiego Alfredo Di Stefano traci już tylko 9 goli a do Romario równo 10 goli! Ech bede nieprzytomny jutro w robocie ale co tam pierdzielić to!!! Barcunie jak się kocha to na całego!. i asta la muerte!!!!!!!!!

12

Żywe legendy polskiego futbolu:

14 maja 1962 r. urodził się Jan Urban. Świetny bramkostrzelny napastnik lub ofensywny pomocnik, którego gwiazda z równą mocą błyszczała na polskim podwórku, jak i poza granicami. Mimo to wiele osób do dziś twierdzi że talent Urbana nie został w pełni wykorzystany. Swoje występy w ekstraklasie rozpoczął od gry dla Zagłębia Sosnowiec. Nie były to jednak złote lata tej drużyny. Najwyżej udało jej się uplasować na 5 miejscu. W tej najszczęśliwszej od wielu sezonów kampanii sosnowiczan sam Urban jednak aż 11-krotnie wpisał się na liste strzelców. Dzięki temu na jego transfer zdecydował się Górnik Zabrze. Tutaj stworzył znakomity kwartet ofensywny z Andrzejami: Iwanem, Pałaszem i Zgutczyńskim. Każdy z nich uczestniczył w MŚ. Zbiegiem okoliczności debiut w barwach nowego klubu w Ekstraklasie wypadł w starciu z poprzednim zespołem. W czterech kolejnych sezonach ani razu dorobek indywidualny Urbana nie spadł poniżej 10 goli. W trzech ostatnich był najlepszym strzelcem Górnika, choć nie zawsze występował w najbardziej wysuniętej do przodu formacji. Najokazalej wypadł w sezonie 1987/88, gdy strzelił aż 17 goli, plasując się na 3 miejscu w klasyfikacji strzelców. Najpiękniejszą partie rozegrał jednak w początkach kolejnej edycji, gdy Górnik rozgromił 8:3 Szombierki Bytom. On sam przyczynił się do tego 3 prześlicznymi golami. Najpiękniejsza z nich zdobyta została przewrotką. Trzykrotnie też wówczas asystował. Urban świetnie grał również głową. Zdarzały się mecze ligowe, w których tą częścią ciała strzelał nawet 2 gole. Stąd porównywano go czasem do Szarmacha. Wraz z Górnikiem 3 razy z rzędu został mistrzem Polski. Dwukrotnie awansował z tym klubem do 1/8 PEMK.
W reprezentacji wystąpił na MŚ 1986. Trener Piechniczek stawiał na niego w każdym z czterech spotkań białoczerwonych podczas tego turnieju, w tym 3 razy w wyjściowym składzie. Jedyny wyjątek stanowiło starcie z Marokiem na otwarcie turnieju. Tu jednak znakomicie pokazał się jako zmiennik. ,,Dopiero wejście Urbana zmieniło nieco obraz gry”- opisywała ,,Trybuna Ludu”. Wcześniej był ważną postacią w końcówce eliminacji do mundialu. ,,Był to dla mnie najważniejszy mecz w dotychczasowej karierze. Chcieliśmy wygrać, nie udało się ale jedziemy do Meksyku. Owszem grałem twardo ale przecież Belgowie również nie przebierali w środkach”- opowiadał na gorąco po starciu z Belgią pieczętującym awans. Uznano go za najlepszego zawodnika tego meczu wespół z Młynarczykiem. W sumie w reprezentacji zagrał 57 razy, strzelając 7 goli. Brał też udział w MŚ-18 w 1981 r. Po wyjeździe z Górnika trafił do Hiszpanii. Był pierwszym piłkarzem wytransferowanym z Ekstraklasy do Primera Division. To właśnie tam zdobył się na wyczyn, który okrył go największą sławą. W barwach Osasuny Pampeluna uzyskał hat-tricka na Estadio Santiago Bernabeu przeciwko Realowi Madryt! Potem grał jeszcze w Realu Valladolid, CD Toledo oraz VFB Oldenburg. Na zakończenie kariery wrócił do Górnika. W ostatnim czasie stał się jednym z najbardziej cenionych trenerów ligowych. Z Legią Warszawa dwukrotnie sięgał po mistrzostwo Polski, tyle samo razy udało mu się zdobyć Puchar Polski. Z Wojskowymi oraz z Lechem Poznań zwyciężał w rozgrywkach o Superpuchar Polski. Oprócz tych dwóch zespołów prowadził jeszcze Polonie Bytom, Zagłębie Lubin, Osasune, Lech Poznań, Śląsk Wrocław a obecnie prowadzi Górnik Zabrze.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

0

@Kapiczek Internetowe durnoty, którymi ja się nie bawie. Każdemu to się może zdarzyć, nawet jemu. Tak czy inaczej Samuel to był wybitną ,,dziewiątką" w historii, zwłaszcza w historii FC Barcelony i tego już mu nikt nie odbierze, na wieki wieków!

14

FC Barcelona odzyskała mistrzostwo Hiszpanii:

14 maja 2005 r. po remisie z Levante 1:1 w 36 kolejce Primera Division, Duma Katalonii sięgnęła po 17-te mistrzostwo Hiszpanii po sześciu latach przerwy. Dzień później wraz drużyną na ulicach miasta świętowało ponad milion spragnionych tytułów fanów. Fiesta skończyła się na Camp Nou, gdzie Samuel Eto’o po otrzymaniu mikrofonu zaintonował obraźliwą przyśpiewke: ,,Madrid, cabron saluda al Campeon!”(Madryt, rogaczu, pokłoń się mistrzowi). To wydarzenie stanowiło pożywke dla madryckich gazet, dla których ten wybryk stał się wydarzeniem tygodnia.


@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@Ogorinho1974
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

9

Duma Katalonii w Copa del Rey:

14 maja 1922 r. FC Barcelona po raz czwarty w historii sięgnęła po Puchar Hiszpanii. W finałowym starciu w Vigo, Blaugrana pokonała Real Union Club Irun aż 5:1! Gole dla Barçy zdobywali: Torralba, Samitier, Clement Gracia oraz dwa gole genialny Paulino Alcantara. Zamieszki, do których doszło po meczu, łącznie z atakami na piłkarzy Blaugrany wywołały ogromne wzburzenie w Barcelonie. Wszystko to przełożylo się na pamiętne przywitanie drużyny. Przy Passeig de Gracia na zawodników czekało ponad 20 tysięcy ludzi. Tłum eskortował drużynę aż do placu Sant Jaume, gdzie została ona przyjęta przez burmistrza Ferrana Fabrę i Puiga, markiza d’Allela i prezydenta Mancomunitatu Josepa Puiga i Cadafalcha. Blaugrana wystąpiła w składzie: Zamora, Planas, Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Piera, Martinez, Gracia, Alcantara, Sagi Barba.



@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj

10

Kolejne trofeum w PZP:

14 maja 1997 Duma Katalonii zdobyła swój czwarty i zarazem ostatni Puchar Zdobywców Pucharów. Drużyna Sir Bobby’ego Robsona pokonała w drodze do finału AEK Larnace, Crvene Zvezde, AIk Sztokholm oraz AC Fiorentine. W decydującym spotkaniu na De Kuip w Rotterdamie Blaugrana pokonała w finale PSG 1:0. Katalończycy przybyli do Holandii na dwa dni przed meczem z czterogodzinnym opóźnieniem. Powodem był fałszywy alarm bombowy na pokładzie samolotu. Trener Robson denerwował się gdyż zespół chciał poświęcić popołudnie na odpoczynek. Mimo kłopotów Blaugrana zwyciężyła z ekipą Brazylijczyka Raia, który pokonał Barçe w Pucharze Interkontynentalnym w 1992 r. i w Lidze Mistrzów w 1995 r., za każdym razem strzelając gola. Jedynego gola w Rotterdamie zdobył w 37 minucie z rzutu karnego Ronaldo. To był ostatni występ Brazylijczyka w barwach Dumy Katalonii. Z trybun widowisko oglądał Van Gaal, który w przyszłym sezonie objął FC Barcelone. Bobby Robson był świadomy że jego posada wisiała na włosku i mimo zdobycia tego Pucharu został jednak zwolniony.

Wspomnień czar:





@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

12

O tym się mówi, o tym się pisze, o tym trzeba wiedzieć!

14 maja 1994 r. FC Barcelona zdobyła czwarte z rzędu mistrzostwo Hiszpanii w niecodziennych okolicznościach. W ostatniej kolejce Blaugrana zgodnie z planem wygrała w ostatniej kolejce z FC Sevillą 5:2. To jednak jeszcze nie wystarczało bowiem liderem przed ostatnią serią spotkań było Deportivo La Coruña i wygrana na własnym stadionie z Valencią dawała piłkarzom z Galicji pierwszy w historii klubu tytuł. Na Estadio El Riazor długo jednak utrzymywał się wynik bezbramkowy. Wreszcie w ostatniej minucie meczu, Deportivo wywalczyło rzut karny. Podstawowy wykonawca ,,jedenastek” Donato został zmieniony a jego zastępca Bebeto odmówił podjęcia odpowiedzialności. W końcu odpowiedzialność na swoje barki wziął Serb Djukič, który uderzył jednak w środek bramki strzeżonej przez Vazqueza i bramkarz ,,Nietoperzy” nie miał problemu z obroną tego strzału. Duma Katalonii trzeci raz z rzędu zdobyła mistrzostwo dzięki wpadce rywali w ostatniej kolejce. Trzeba przyznać iż Ś.p. Johan Cruijff miał niebywałego farta i to aż trzy razy pod rząd!



@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

0

@Mixtape O masz! No ale dajcie już spokój z tą ,,chińszczyzna"...

0

@Mixtape Co to znaczy OMG?

2

Peterek, Wodarz, Cieślik, czy wreszcie Wilimowski to wielkie legendy ,,Niebieskich". Tak legendarny i zasłużony klub jak Ruch Hajduki Wielkie, nie wypada by ciągle grał na zapleczu Ekstraklasy, po prostu nie wypada!

0

@doc Również szkoda że wrzucacie tutaj tą ,,chińszczyzne" z niebieskim ptaszkiem ale na szczęście domyśliłem się o co chodzi

0

@Hosh Co to znaczy ,,zgłoszony po pierwszym zdaniu"?

10

Murzynów tu nie chcemy:

W meczu otwierającym pierwszą w historii Copa America 1916, Urugwaj gładko pokonał Chile 4:0. Następnego dnia delegacja chilijska zażądała anulowania wyniku meczu, ,,ponieważ Urugwaj wystawił w składzie dwóch Afrykańczyków”. Chodziło o legendarnego Isabelino Gradina, który strzelił 2 gole, oraz Juana Delgado. Gradin był wprawdzie prawnukiem afrykańskich niewolników ale urodził się już w Montevideo. Widzowie zrywali się z miejsc, gdy z zawrotną szybkością pędził z piłką, mijając rywali jeden po drugim i kończył swój rajd strzelając do bramki w pełnym biegu. Gradin miał twarzyczke niewiniątka i nawet gdyby bardzo się starał, nikt nie uwierzyłby że może wyrządzić komuś krzywdę. Juan Delgado, również prawnuk czarnoskórych niewolników, urodził się w miasteczku Floryda, w głębi Urugwaju. Sławę zdobył tańcząc najpierw z kijem od szczotki podczas karnawału a później z piłką na boiskach całego kraju. Podczas gry często rozmawiał z przeciwnikami, nabijając się z nich bezlitośnie: ,,Zerwij mi te kiść bananów”- mawiał podnosząc piłke w powietrze a gdy ją wrzucał w pole karne, sugerował rywalowi by lepiej położył się na piaseczku. W tamtych czasach Urugwaj był jedyną drużyną narodową, w której występowali czarnoskórzy piłkarze.


@DaPidejpi
@patataj
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Rastafarnianin

0

To zdumiewające a zarazem i ryzykowne że Cristian Eriksen, który ledwo uszedł z życiem na boisku, dalej gra i to w wieku 31 lat, w dodatku w Premier League, tak bardzo wymagającej lidze świata...

8

@FCBparasiempre
13 maja 1990 roku na zawsze przeszedł do historii jako dzień, w którym rozpoczęła się wojna o niepodległość Chorwacji. Niewiele osób jednak wie, że stało się to… podczas piłkarskiego meczu pomiędzy Dynamem Zagrzeb, a Crveną Zvezdą Belgrad. Był to niełatwy czas, kiedy Jugosławia, gigantyczny tygiel kulturowy, stała w przededniu nie tyle rozpadu, co brutalnej wojny domowej. Od blisko 10 lat nie żył już marszałek Josip Broz Tito – przywódca Jugosławii, któremu udawało się trzymać w ryzach cały ten gigantyczny, ale sztuczny twór. Nie można użyć innego słowa, gdyż Jugosławia nigdy nie była spójnym krajem – tendencje autonomiczno-separatystyczne były w niej od początku silne. Serbowie, Chorwaci, Czarnogórcy, Słoweńcy, Bośniacy, Albańczycy, Macedończycy – wszyscy oni wchodzili w skład jednego wielkiego państwa, scalonego na siłę. Kwiecień 1990 roku przyniósł wybory w Chorwacji, gdzie do władzy doszła prawicowa frakcja Franjo Tujdmana, nawołująca do niepodległości. Jej działanie zostało odebrane jako realne zagrożenie dla Serbów żyjących w chorwackich miastach. Kampania ta została sztucznie rozdmuchana przez Belgrad, będący w rękach serbskiego polityka Slobodana Milosevicia, przywódcy komunistycznej partii. Milosevič marzył o zachowaniu status quo, czyli wielkiej Jugosławii pod rządami oczywiście serbskiej partii, z dominującą gospodarką centralnie planowaną. Serbski lider nie chciał słyszeć o tendencjach niepodległościowych Chorwatów i innych nacji, wojna wisiała zatem w powietrzu. Nastroje były za to szalenie optymistyczne właśnie w Chorwacji, gdzie do głosu doszedł nacjonalizm. Chorwaci powrócili do swoich barw – kontrowersyjnej szachownicy, będącej znakiem rozpoznawczym ustaszów, czyli faszystowskiego Chorwackiego Ruchu Rewolucyjnego z czasów II wojny światowej. Serbowie zarzucili Tujdmanowi oczywiście powrót do hitleryzmu, a konflikt narastał w siłę. Wszędzie wywieszano chorwackie flagi wraz z szachownicą, ograniczano rolę Serbów w życiu społecznym Chorwatów, ściągano serbskie reklamy. Apogeum nienawiści nastąpiło jednak dopiero 13 maja na stadionie Maksimira w Zagrzebiu, a de facto stało się właściwie preludium do samej wojny. Mimo napiętych stosunków pomiędzy państwami zrzeszonymi w republice byłej Jugosławii, nie zawieszono piłkarskich rozgrywek ligowych. Z racji polityczno-historycznych zaszłości, kibice Dynama – zwani “Bad Blue Boys”, w skrócie “BBB” – oraz “ultrasi” Crvenej Zvezdy – czyli Delije – nigdy za sobą nie przepadali. “Nie przepadali” to zresztą łagodne określenie – bojówkarze obu drużyn nienawidzą się aż po dziś dzień. Tamtego dnia do zamieszek doszło już przed meczem, a najbardziej niebezpieczni Ultrasi obu drużyn starli się na ulicach Zagrzebia. Bijatyka przeniosła się na stadion. Była to celowo zaplanowana akcja z obu stron – nie było w tej walce żadnej nieprzewidywalności. Nie wiadomo, kto zaczął walkę, ale nie ma to w sumie żadnego znaczenia, “BBB” rzucali w Serbów kamieniami, a Ci nie pozostawali dłużni, wyrywając krzesełka i ciskając nimi w Chorwatów, skandując przy okazji “Zagrzeb jest serbski!”. Przywódcą Delije był późniejszy zbrodniarz wojenny Żeljko Rażnatovic, zwany “Arkanem”. Bójka przeniosła się na murawę. Wszystko było ustawione, ponieważ za “ochronę” meczu odpowiadali w większości serbscy policjanci, którzy(delikatnie mówiąc) nie za bardzo kwapili się do jakichkolwiek interwencji. Piłkarze Crvenej Zvezdy uciekli z murawy i ze stadionu, ale większość graczy Dynama pozostała na boisku. To wtedy wydarzyła się scena, która na zawsze zapisała się w historii narodu chorwackiego. Kapitanem Dynama Zagrzeb był 21-letni wówczas Zvonimir Boban, późniejsza legenda nie tylko chorwackiego, ale w ogóle bałkańskiego futbolu. Boban – widząc, że serbski policjant bije chorwackiego kibica, wyskoczył w powietrze i kopnął z całej siły funkcjonariusza, umożliwiając ucieczkę bitemu chłopakowi. Gest ten został uwieczniony na zdjęciu a samego piłkarza ogłoszono bohaterem narodowym Chorwatów, oraz uczyniono symbolem walki o wolność. Dla samych Serbów Boban oczywiście stał się momentalnie wrogiem numer jeden, znienawidzonym przez samego Milosevica. Wyskok i kopnięcie Bobana uznaje się dzisiaj za nieoficjalny początek wojny o niepodległość Chorwacji, a zdjęcie upamiętniające tamto zdarzenie ma dla Chorwatów takie samo znaczenie, jak dla nas Polaków fotografie Lecha Wałęsy pod Stocznią Gdańską. Zvonimir Boban za swój czyn ukarany został przez futbolową federację Jugosławii sześciomiesięczną dyskwalifikacją, ale niedługo później i tak wyjechał. W 1991 roku kupił go ówczesny najlepszy klub świata, czyli legendarny AC Milan. Chorwat wyjechał na Półwysep Apeniński podbijać włoską Serie A.

Niedługo później na Bałkanach wybuchła okrutna wojna, która oficjalnie zabrała życie ponad 140 tysięcy ludzi, ale nieoficjalnie mówi się o liczbie o wiele większej. Boban zza granicy obserwował co się dzieje, wielokrotnie w wywiadach dając wsparcie swoim rodakom. Był piłkarzem wybitnym, ale i tak wszyscy zapamiętali przede wszystkim jego niezwykły wyskok i kopnięcie, będące symbolem walki o niepodległość Chorwacji. Konflikt bałkański ciężko oceniać, gdyż przemieszanie się nacji, kultur oraz wzajemnych pretensji było tak ogromne, że do dziś można się spierać o wiele elementów tej wojny. Wojny, która nigdy nie zgasła, zwłaszcza w sercach ludzi. Nie tak dawno (listopad 2013) antagonizmy obudziły się na nowo, doszło bowiem do pierwszego piłkarskiego meczu obu reprezentacji narodowych od czasów zakończenia walki pomiędzy Serbami, a Chorwatami. Stało się to na… stadionie Maksimira w Zagrzebiu – tym samym, który pamięta opisywaną wyżej historię. Spotkanie rozegrano w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata, które odbyły się tego lata w Brazylii. Mimo gigantycznych obaw, podczas meczu nie doszło do bezpośrednich scysji, nie licząc okrzyków w stylu “zabij, zabij Serba”, a pomijając pojedyncze nietaktowne wypowiedzi niektórych działaczy, zwyciężył tym razem futbol. Nie zawsze tak jednak było. W 2007 roku podczas tenisowego meczu na Rod Laver Arena w ramach Australian Open doszło do bijatyki kibiców wywodzących się z obu nacji, a co ciekawe, to właśnie Australia jest częstym miejscem niesnasek Chorwatów i Serbów. Dlaczego? Bardzo wielu imigrantów pochodzi właśnie z Bałkanów, a ich dzieci rzadko zapominają o historycznych zatargach z przeszłości. Bardzo często dochodzi do bójek w meczach futbolu australijskiego, gdzie rywalizują ze sobą naturalizowani Australijczycy, wywodzący się oczywiście z Serbii i Chorwacji. Kocioł Bałkański nigdy nie stygnie.

12

Ten mecz rozpoczął wojne domową. Jaką? Tego dowiecie się w odpowiedzi na komentarz.

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

7

@FCBparasiempre
Puchar Zdobywców Pucharów wniósł do życia wszystkich fanów futbolu dużo kolorytu. Mimo iż PZP w żadnym stopniu nie równał się prestiżem Pucharowi Europy, wśród kibiców z wielu krajów rozgrywki nadal budzą nostalgię. W Polsce zapewne większość wspomina przygodę Górnika Zabrze z 1970 roku, zakończoną dopiero przez Manchester City w finale tych rozgrywek. Kibice z Gdańska zapewne pamiętają pojedynek Lechii z wielkim Juventusem, Bońka i Platiniego.

A fani Warszawskiej Legii półfinał tych rozgrywek i gol Wojciecha Kowalczyka na Old Trafford. Jednak Puchar Zdobywców Pucharów zapadł w pamięć dlatego, że przynosił nieoczywiste rozstrzygnięcia, zakrawające wręcz o sensację. Jedną z takich sensacji był finał rozegrany w 1981 roku pomiędzy Dinamem Tibilisi a drużyną FC Carl Zeiss Jena. Finał ten jest chyba najdziwniejszym, by nie powiedzieć najmniej prestiżowym, do jakiego doszło w historii wszystkich rozgrywek UEFA. Oba kluby mimo pozornych podobieństw w postaci np. ustroju panującego w kraju czy niedużej rozpoznawalności na arenie międzynarodowej, znajdowały się na zupełnie różnych piłkarskich biegunach. Dinamo było klubem z dużego miasta cieszącym się ogromnym uznaniem kibiców oraz rywali. Na Stadion im. Lenina w Tibilisi regularnie przychodziło 80 tysięcy ludzi, aby z trybun tego kolosa dopingować lokalnych bohaterów. Stwierdzenie bohaterów nie jest w tym wypadku nadużyciem. W drużynie z Kaukazu grali bowiem głównie Gruzini, stanowili oni dla lokalnej społeczności swoistą reprezentację całej Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. A trzeba przyznać, że kibice nie musieli się wstydzić za wyniki swoich reprezentantów. Dinamo było dwukrotnym mistrzem ZSRR, osiemnaście razy zdobywało medal za rozgrywki ligowe oraz dwukrotnie krajowy puchar. Na drugim biegunie była drużyna z liczącej sto tysięcy mieszkańców Jeny. Grająca na kameralnym stadionie mogącym pomieścić ok. 12 tys. Klub był własnością zakładów Carl Zeiss produkujących wszelkiego rodzaju produkty optyczne. Oczywiście piłkarze zatrudnieni byli w zakładzie tak samo, jak inni normalni pracownicy. Klub z Turyngii był również nieco mniej utytułowany od swojego przeciwnika ze wschodu, w swojej historii zdobył trzy mistrzostwa NRD oraz cztery puchary. W drodze do finału oba kluby zmierzyły się z czterema rywalami. Na początku swojej przygody Dinamo dość łatwo pokonało w dwumeczu grecką Kastorię 2:0, by następnie wyeliminować irlandzki Waterford bilansem 5:0. Pierwsza poważna przeszkoda stanęła na ich drodze dopiero w ćwierćfinale. Gruzinom przyszło się w nim zmierzyć z drużyną West Hamu. Przybysze z dalekiego ZSRR postanowili postawić się „Młotom” tak samo, jak kilka sezonów wcześniej uczynili to w meczu z Liverpoolem. Po 90 minutach stan na tablicy wyników w Londynie pokazywał wynik 1:4 dla gości. Nic nie dał rewanż, w którym Anglicy odrobili zaledwie jednego gola. Po dwumeczu prasa na wyspach była zdumiona oraz jednocześnie zachwycona grą Dinama. Jeden z redaktorów Guardiana po latach, tak wspominał piłkarzy gruzińskich: „Miałem w umyśle niewyraźne pytania: kim są ci piłkarze i w jakim złowrogim sowieckim laboratorium sportowym zostali wyprodukowani? dlaczego nie uśmiechają się bardziej, kiedy są naprawdę, wybitni w grze w piłkę nożną? i czy komunizm może być zły, jeśli produkuje takich sportowców?” Po popisach w Londynie drużyna z Tibilisi na ostatniej prostej nie bez problemów pokonała Feyenoord Rotterdam 3:2 i zameldowała się w finale. Piłkarze FC Carl Zeiss zaczęli swoją przygodę z pucharem od wielkiej sensacji. Po pierwszym meczu, w którym przyszło im mierzyć się z AS Romą, przegrywali zero do trzech. Gdy wynik zdawał się dawać pewny awans zespołowi z Italii, panowie z NRD wywinęli niesłychany numer i wygrali rewanżowe spotkanie aż 4:0. Na domiar złego dla Włochów bramka dająca awans została zdobyta w 87. minucie spotkania. W drugiej fazie rozgrywek zespół z Niemiec wygrał w dwumeczu 4:1 z Valencią. Mecze z „Nietoperzami” zawierają mały polski akcent. W pierwszym spotkaniu na Mestalla na listę strzelców wpisał się urodzony w Bytomiu Martin Trocha. Wychowanek Szombierek Bytom, Ślązak o polsko-niemieckim pochodzeniu. Trocha miał wówczas 24 lata i jako reprezentant NRD zmierzył się nawet w jednym meczu z reprezentacją Polski. W finale z drużyną z Jeny jednak nie zagrał z powodu kontuzji. Powracając do drużyny z Jeny. W ćwierćfinale pokonali oni walijski Newport 3:2, a w półfinale odprawili z kwitkiem wielką Benficę i do zdobycia pucharu pozostało pokonać jedną przeszkodę.

W dobie piłkarskich hipsterów i modzie na wszystko, co w futbolu dziwne lub egzotyczne, finał z 13 maja 1981 roku w obecnych czasach zyskałby rangę kultowego. Oto do Dusseldorfu w Republice Federalnej Niemiec przyjechały dwie drużyny, które przebojem wdarły się na salony. Jednak w latach osiemdziesiątych nikogo nie obchodził pojedynek jakiś dwóch średnich europejskich klubów z odległych i zacofanych krajów socjalistycznych. Piłkarscy zapaleńcy nie wiedzieli wiele o zdobywcy pucharu ZSRR czy ich odpowiedniuku z NRD. Kibice nie mieli do dyspozycji narzędzi za pomocą, których mogliby poznać ówczesne gwiazdy zza żelaznej kurtyny. W efekcie na mogącym pomieścić prawie 60 tysięcy osób Reihenstadionie zjawiło się zaledwie około 4.5 tysiąca kibiców. Większość z nich stanowili oficjele i członkowie partii komunistycznych z obu krajów. Zwykli kibice oczywiście nie mogli uzyskać zgody na wyjazd do zachodniej strefy wpływów. Prestiżowi finału nie pomogły też doniesienia płynące wówczas z Rzymu. Bowiem w dzień rozgrywania spotkania świat obiegła informacja o zamachu na Jana Pawła II. Tym samym mecz nie miał szans zaistnieć w żadnych serwisach informacyjnych nawet w postaci wzmianki i stał się zaledwie cieniem dla tragicznych wydarzeń. Po jakimś czasie okazało się również, że zamach to nie jedyne makabryczne zdarzenie odciskające po latach piętno na finale. Sam poziom meczu odpowiadał mniej więcej poziomowi zainteresowania tym finałem. Dziennikarze nie mogli zachwycać się popisami ani jednej, ani drugiej drużyny jak robili to po meczach z West Hamem czy Valencią. Spotkanie toczyło się w wolnym tempie, a pierwsza bramka padła dopiero w 63 minucie. Prowadzenie objęli Niemcy, by już zaledwie 4 minuty później znów remisować. Ostatecznie po bramce Witalija Daraselia, Dinamo wygrało 2:1 i tym samym zdobyło jedyne w swojej historii trofeum na arenie międzynarodowej. Strzelca zwycięskiego gola nagrodzono wyborem na najlepszego piłkarza meczu. Mający wówczas 25 lat Daraselia był wychowankiem klubu, gwiazdą u szczytu formy i dobrze zapowiadającym się reprezentantem ZSRR. Niestety w tym miejscu pora na wzmiankę o kolejnej tragedii związanej z tym meczem. Bowiem rok po wygranym finale Witalij Daraselia zginął w wypadku samochodowym w jednym z pasm górskich w Gruzji. Witalij stracił panowanie nad samochodem na jednej z wąskich dróg, auto wraz z nim i pasażerem stoczyło się w dół wąwozu. Piłkarz został odnaleziony martwy dopiero po sześciu dniach od zdarzenia. Finał Pucharu Zdobywców z 1981 roku może nie był największym widowiskiem, jakie widział piłkarski świat, ale na pewno w sercach kibiców z Tibilisi oraz z Jeny zajmuje szczególne miejsce. Co natomiast stało się z bohaterami tamtych wydarzeń? Cóż, oba kluby zostały naznaczone upadkiem komunizmu. I tak drużyna Dinama po rozpadzie Związku Radzieckiego pozostała de facto jedynym profesjonalnym klubem w Gruzji. Przebijała poziomem gry i zorganizowania inne drużyny, które w latach 90. były raczej amatorskie. W efekcie Dinamo zdominowało krajowe rozgrywki na ponad 10 lat. Jednak na spotkania do stolicy nie przyjeżdżały już co tydzień drużyny pokroju Spartaka, CSKA, czy Zenita, drużynie przyszło się mierzyć z amatorami, co znacząco odbiło się na frekwencji na trybunach. Stadion pustoszał i o osiemdziesięciotysięcznej publice można było tylko pomarzyć. Rozpad ZSRR nie pomógł również pod względem finansowym. Klub bez wsparcia wojska, partii i wszelkich zasobów płynących bezpośrednio z administracji państwowej nie był w stanie utrzymać poziomu. O bojach w Europie również można było zapomnieć, a cała gruzińska piłka nigdy nie wróciła do poziomu sprzed uzyskania przez ten kraj niepodległości. W Jenie również nie było kolorowo. Co prawda zakłady Carl Zeiss do teraz pozostają głównym udziałowcem klubu, jednak firma nie potrafiła spełnić zachodnich wymagań finansowych. Po połączeniu RFN oraz NRD drużyna nie mogła równać się pod względem finansów ani zainteresowania, zachodnioniemieckim klubom. Klub z Jeny stopniowo podupadał i na stałe zadomowił się w trzeciej Bundeslidze. Nic nie wróży, aby miał on powrócić na arenę europejską. Socjalistyczne hasła zdobiące wiele miast Europy odeszły w zapomnienie, a wraz z nimi marzenia wielu klubów będących nierozerwalną częścią tego ustroju.

Dinamo Tbilisi vs Carl Zeiss Jena 2:1 ; Gole: Hoppe 63′ (Car Zeiss), Gutsaev 67′ (Dinamo), Daraselia 86′ (Dinamo).

Dinamo Tbilisi: Gabella – Khizanishvili – Kostava, Chivadze, Tavadze – Sulakvelidze, Daraselia, Svanadze (Kakilashvili, 67’) – Kipiani – Shengelia, Gutsaev

Carl Zeiss Jena: Grapenthin – Snuphase – Brauer, Kurbjuweit, Schilling – Hoppe (Oevermann, 88’), Krause, Lindemann – Bielau (Töpfer, 76’), Raab, Vogel

6

0

@Mns21 Po transferach Rafinhy a zwłaszcza Ferrana Torresa, to Gundogan mnie nie przekonuje jakoś. Natomiast tego Rubena Nevesa nie ogladałem, więc dla mnie to całkiem nieznany zawodnik.

10

Duma Katalonii w Copa del Rey:

13 maja 2009 FC Barcelona pokonała na Estadio Mestalla Athletic Bilbao 4:1 i sięgnęła po raz 23 w historii po Puchar Hiszpanii. Myślę że większość z was pamięta to wydarzenie? Przypomnę tylko strzelców goli: Yaya Toure(32 minuta), Messi(55 minuta), Krkič(57 minuta) oraz Xavi(64 minuta). Dobrze pamiętam ten finał bo nagrywałem go na płyte dvd a mecz jeśli się nie myle transmitowała telewizyjna jedynka.

A jeśli ktoś nie pamięta to proszę uprzejmie:




@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

9

Premierowe ,,El Clasico” na własnym stadionie:

13 maja 1905 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z Realem Madrid(ówcześnie jeszcze FC Madrid) na własnym stadionie Camp del Carrer Muntaner. To był mecz towarzyski, który FC Barcelona wygrała 5:2, po dwóch golach Charlesa Walleca i Ponza oraz jednym legendarnego Romy Fornsa.


@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB

11

Absolutna premiera El Clasico:

13 maja 1902 r. doszło do pierwszego w historii El Clasico(choć wówczas jeszcze tak tego nie nazywano). Pojedynek miał miejsce w Madrycie w półfinale turnieju o nazwie Copa de la Coronacion(de facto Puchar Króla), zorganizowanego z okazji koronacji króla Alfonsa XIII. Mecz rozpoczął się o godzinie 11.00 na Hipodromie przy La Castelannie, gdzie obecnie zlokalizowane jest Estadio Santiago Bernabeu. Bynajmniej, nie było to idealne miejsce do rozgrywania meczu. Boisko było bardzo długie i szerokie. Nic w tym dziwnego, bowiem odbywały się na nim wyścigi konne. Było to kolejne utrudnienie. Końskie łajno wykorzystywano do nawożenia murawy, co powodowało ryzyko wdania się w ranę zakażenia skutkującego tężcem. FC Barcelona pokonała ,,Los Blancos”(ówcześnie FC Madrid) 3:1 po dwóch golach Udo Steinberga i jednym Joana Gampera. Jednak pierwsi na prowadzenie wyszli ,,Los Blancos” po golu Irlandczyka Arthura Johnsona. Kibice wspierali zawodników obydwu drużyn, poza obcokrajowcami grającymi dla Barçy(było ich aż sześciu), których przywitały gwizdy. Przypomnijmy zatem historyczny skład Barçy z tego epokowego wydarzenia: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Mayer, Valdes, Parsons, Morris, Albeniz, Steinberg oraz Gamper. Dwa dni później Duma Katalonii spotkała się w finale z Club Vizcaya(późniejszy Athletich Bilbao). Mecz miał odbyć się rano ale przeciwnicy narzekali że w ciągu kilku dni grali już trzykrotnie i chcą odpocząć. Prawdziwym powodem protestu było oczekiwanie na obrońcę Careagę, który zdążył na popołudniowy termin pojedynku. O 22:25 Hans Gamper wysłał telegram do Barcelony: ,,Vizcaya- klub złożony z najlepszych zawodników z Bilbao wygrał 2:1. Mecz wyrównany. Publiczność zadowolona. Wracamy w sobotę po południu”. W finałowym składzie Blaugrany zagrało trzech szkockich braci Morris(John, Samuel i Henry). Inną ciekawostką jest fakt, że FC Madrid chciał aby FC Barcelona zagrała z nimi jeszcze raz o drugie miejsce, lecz Barça miała już zaplanowaną podróż powrotną. W wymyślonym międzyczasie Copa Gran Peña zagrali więc przegrani z półfinałów: FC Madrid i Club Español. Cały turniej uważany jest za prekursora Pucharu Hiszpanii.



@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

7

Futbol kreolski:

AFA nie zezwalał by podczas zebrań rozmawiano po hiszpańsku a jego urugwajski odpowiednik zakazywał, by mecze rozgrywano w niedziele, albowiem tradycja angielska nakazywała żeby mecze odbywały się w sobote. Już jednak na początku minionego wieku nad brzegami La Platy futbol stał się popularny i bardziej narodowy. Ta rozrywka z importu świetnie wypełniająca czas dzieciom, zstąpiła z piedestału na ziemie i zaczęła zapuszczać w niej korzenie. Nic nie mogło tego procesu zatrzymać. Podobnie jak tango, piłka nożna wyrosła na przedmieściach. Była sportem, który nie wymagał pieniędzy, do gry wystarczyły dobre chęci. Na podwórkach, w zaułkach i na plażach młodzi Kreole i synowie imigrantów aranżowali mecze kopiąc piłki zrobione ze starych pończoch, wypełnione ścinkami papieru lub szmatami. Dwa kamienie robiły za słupki. Dzięki upowszechnieniu się piłkarskiej terminologii wieśniacy wygnani z prowincji przez biede doskonale rozumieli się z robotnikami wypchniętymi przez kryzys z Europy. Futbolowe esperanto łączyło miejscową biedotę z biedakami przybyłymi tu przez morze z Vigo, Lizbony, Neapolu, Bejrutu czy Besarabii, którzy żyli amerykańskim marzeniem, wznosząc ściany, dźwigając ciężary, piekąc chleb lub zamiatając ulice. Cóż za piękną podróż odbył futbol: ujęty w formalne karby na angielskich uniwersytetach teraz ubarwiał życie ludziom, którzy nigdy nie przekroczyli progu żadnej szkoły.

Podczas gdy na boiskach Buenos Aires i Montevideo kształtował się niepowtarzalny styl kopania piłki, w portowych barach, przy dźwiękach milongi, dojrzewał nowy, zmysłowy taniec. Podobnie jak tancerze wykonujący skomplikowany figury na skrawku podłogi, piłkarze szlifowali swoje umiejętności na niewielkiej przestrzeni, gdzie piłki się nie kopało, lecz przytrzymywało i obejmowało stopami niczym dłońmi. W ten sposób kreolscy wirtuozi wynaleźli ,,el toque”: piłke należało delikatnie trącać, jakby była gitarą i źródłem muzyki. W tym samym czasie w Rio de Janeiro i São Paulo futbol coraz bardziej ulegał czarowi tropików. Najwięcej bogactwa wnosili doń biedacy. Piłka nożna przestawała być już wtedy przywilejem garstki bogaczy i stawała się coraz bardziej dyscypliną narodową, zasilaną twórczą energią odkrywającego ją ludu. W ten sposób narodził się najpiękniejszy futbol świata, na który składają się zmysłowe ruchy bioder, balansowanie ciałem a także wymachy nóg zapożyczone z ,,capoeiry”(wojennego tańca czarnych niewolników) i radosnych latynoamerykańskich tańców popularnych w biednych dzielnicach wielkich miast. Piłka nożna ujawniała swoje ukryte piękno i stawała się powoli powszechną pasją a nie wyłącznie wyrafinowanym sposobem spędzania wolnego czasu. Postępująca demokratyzacja futbolu budziła obawy wydawanego w Rio de Janeiro magazynu ,,Sports”, który w 1915 r. pisał tak: ,,My, którzy mamy w społeczeństwie ugruntowaną pozycje, musimy grać z robotnikiem i szoferem. Sport ten przestaje być rozrywką i zamienia się w prawdziwy koszmar oraz poświęcenie”.


@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

7

@FCBparasiempre
Włoski futbol kojarzy nam się z obroną. Utarte slogany o cattenacio co chwilę padają z ust komentatorów, gdy mówią o drużynach z Italii. Chociaż w dzisiejszych czasach te banały mają coraz mniej wspólnego z prawdą, to nie da się ukryć, że to właśnie kluby z półwyspu Apenińskiego zrewolucjonizowały ten element gry. Był jednak we Włoszech trener, który w czasach hossy cattenacio kompletnie nie poddawał się trendom, a stawianie zasiek w obronie uważał wręcz za zbrodnię przeciwko futbolowi. Nigdy nie wywalczył wielkich trofeów, ale w sercach i pamięci kibiców pozostał na zawsze. Posłuchajcie historii Zdenka Zemana. Zeman urodził się 12 maja 1947 roku. Nigdy nie grał profesjonalnie w piłkę, wolał uprawiać siatkówkę i szczypiorniaka. Latem 1968 roku pojechał na wakacje, do swojego wuja mieszkającego na Sycylii. Ta podróż odmieniła życie młodego Zdenka. W czasie jego nieobecności wojska Układu Warszawskiego najechały Czechosłowację. Operacja „Dunaj” zakończyła „Praską wiosnę”. Komuniści za pomocą czołgów przywrócili socjalistyczny ład w ojczyźnie Zemana. Ten postanowił pozostać we Włoszech na stałe. Wiele osób śmieje się, że to jedyna rozsądna decyzja, jaką przyszły trener podjął w swoim życiu. Wujek Zemana, Cestmir Vycpalek, w przeciwieństwie do Zdenka posmakował zawodowego futbolu. Grał m.in. dla Juventusu, Parmy i Palermo. Gdy zawiesił buty na kołku, postanowił zająć się trenowaniem. Zaczynał od niższych lig włoskich. Po jakimś czasie trafił do „Starej Damy”. Najpierw zajął się prowadzeniem drużyn juniorskich, potem objął pierwszy zespół i doprowadził Juventus do dwóch mistrzostw Włoch. W tym czasie jego siostrzeniec zajął się zdobywaniem wykształcenia. Zrobił fakultet z medycyny sportowej. Następnie postanowił pójść w ślady wuja i zająć się trenowaniem. Ukończył renomowaną szkołę Coverciano w podobnym czasie co Arigo Sacchi. Wkrótce potem obaj odcisnęli swoje piętno na włoskim futbolu. Pierwsze kroki w trenerskim światku Zeman stawiał w Palermo. Trenował tam drużyny do lat 12. Przełom stanowiło otrzymanie posady w czwartoligowej Licacie. Wkrótce awansował z tym zespołem do Serie C. Co ciekawe uczynił to, mając w składzie prawie samych juniorów. Stawianie na młodzież stało się po jakimś czasie jego znakiem rozpoznawczym. Drugim był ultra ofensywny futbol prezentowany przez jego zespoły. Z Licaty trafił do Foggi. To właśnie dzięki pracy w tym klubie miała o nim usłyszeć cała Italia. Do ekipy z Apulii zaliczył dwa podejścia. Najpierw po roku pracy opuścił „Satanellich” i przeniósł się do Parmy, by zastąpić tam Sacchiego, który rozpoczynał właśnie swój chlubny rozdział w Mediolanie. Ten epizod okazał się dla Zemana kompletnym niewypałem. Zwolniono go po siedmiu meczach. Przygarnęła go za to Messina. Pod jego skrzydłami „Toto” Schillaci ustrzelił w sezonie ligowym 23 bramki, dzięki czemu zainteresował się nim Juventus. Można powiedzieć, że król strzelców Mundialu w 1990 roku był pierwszym z całej plejady gwiazd, które wyszły spod ręki „Il Boemo”. W 1989 roku Zeman zatoczył koło i powrócił do Foggii.

To, co odróżniało Zemana od innych menadżerów, to brak lęku przed zwolnieniem. Czech twierdził, że obawa przed utratą stanowiska hamuje trenerów przed stosowaniem ofensywnej taktyki, przez co ich zespoły boją się grać w piłkę. Nasz bohater gardził takim podejściem. Piękna gra jego drużyny była celem nadrzędnym. Na szczęście we Foggii trafił na wyrozumiałego szefa. Pasquale Casillo, właściciel „Satanellich”, mocno wierzył w umiejętności i filozofię Zemana. Pomimo trudnych początków, nie ugiął się pod presją kibiców i nie zwolnił „Il Boemo” po serii słabszych wyników. Ta wiara zaowocowała. Zeman w dwa lata awansował z Foggią z Serie C do Serie A. Trener cały czas był wierny swojej filozofii futbolu. Uwielbiał taktykę 4-3-3. Z przodu biegało trzech środkowych napastników, pomocnicy często podłączali się do fazy ataku, a boczni obrońcy grali w stylu, jaki znamy z dzisiejszych boisk, czyli praktycznie jak skrzydłowi. W akcjach ofensywnych potrafiło uczestniczyć ośmiu piłkarzy. Jak na Czecha przystało, inspiracje czerpał między innymi z hokeja na lodzie. Jeśli wam się zdaje, że to Manu Neuer zaczął pierwszy grać jako bramkarz-libero, to musicie zobaczyć, jak w systemie Zemana funkcjonował jego ulubieniec – Francesco Mancini. W sezonie 1990/91 Foggia strzeliła 67 goli. Drugie w tej klasyfikacji Udinese zdobyło ich 53. Ultra ofensywny styl Zemana nie zawsze popłacał. Angażowanie takiej liczby piłkarzy do atakowania bramki rywala sprawiało, że przed własnym polem karnym często zostawało jedynie dwóch stoperów. Szczególnie w Serie A drużyna często musiała płacić frycowe za takie ustawienie. Tak było w ostatniej kolejce sezonu 1991/92. Po pierwszej połowie Foggia prowadziła z AC Milanem 2:1. Większość menadżerów w takiej sytuacji skupiłaby się na obronie wyniku. Jednak nie Zeman. On nakazał swoim graczom dążyć do strzelenia kolejnych goli. W rezultacie Milan wygrał ten mecz…2:8. By przygotować piłkarzy do gry o takiej intensywności, jego treningi charakteryzowały się dużymi obciążeniami fizycznymi i długim czasem trwania. Bieganie po górach było stałym elementem harmonogramu zajęć. Sam szkoleniowiec nie dbał przesadnie o zdrowie. Papierosy palił taśmowo, a na treningach klął jak szewc. Zresztą odpalona cygaretka była jednym ze znaków charakterystycznych Czecha. W pierwszym sezonie na najwyższym poziomie rozgrywkowym „Satanelli” zajęli dziewiąte miejsce. Więcej bramek od nich strzelił tylko Milan, więcej straciło tylko zdegradowane Ascoli… To mówi wszystko o bezkompromisowym podejściu Zemana do calcio. Futbol miał dawać radość kibicom, a nie być partią szachów. „Ludzie mówią, że powinienem zmienić taktykę. Nie zgadzam się z tym. Chcę, żeby mój zespół zabawiał fanów i zbliżył ich do zespołu. Mam nadzieję przekonać sceptyków, że pracujemy dobrze.” Foggia była rewelacją sezonu 1991/92. Nic dziwnego, że ofensywni piłkarze tego klubu stali się celami transferowymi dla bogatszych zespołów. Zeman stracił latem całą linię ataku. Signori odszedł do Lazio, Rambaudi do Atalanty, a Francesco Baiano do Fiorentiny. Z klubem pożegnał się także Igor Szalimow, który wybrał grę dla Interu. „Il Boemo” musiał odbudować cały ofensywny potencjał drużyny z Apulii. Podołał zadaniu i znalazł godnych zastępców (m.in. Bryan Roy). W następnym sezonie Foggia uplasowała się na jedenastej pozycji. Dwa lata później znów zajęła dziewiąte miejsce w lidze. Nikt już nie miał wątpliwości. Największą wartością zespołu był jego trener, który potrafił utrzymać formę zespołu niezależnie od składu i rewolucji kadrowych. Czech miał wyjątkową rękę do młodych graczy. Wypromował wielu przyszłych reprezentantów Italii. Wielu ekspertów uważa, że radził sobie lepiej z młodzieżą niż ze starszymi zawodnikami, ponieważ ukształtowani i doświadczeni gracze nie godzili się na uczestniczenie w jego szaleństwach. Od zwariowanej taktyki, po żelazny reżim treningowy. Styl prowadzenia zespołu przez Zemana często był określany jako autorytarny.

W 1994 roku otrzymał w końcu szansę w poważnym klubie. Podpisał kontrakt ze stołecznym Lazio. Signori, Boksić, Chamot, Fuser, Winter, Casiraghi. To tylko niektórzy z graczy, jacy wówczas reprezentowali rzymian. Dostał do ręki silne karty. Ze swojej ojczyzny przywiózł Pavela Nedveda. Zakontraktował go przed Euro ’96. Po tamtym turnieju wszyscy wiedzieli, że Zeman znów wynalazł perełkę. Nedved w jednym z wywiadów przyznał, że to właśnie rodakowi zawdzięcza wszystko. Na głęboką wodę rzucił młodziutkiego Alessandro Nestę, który hartował się w jego szalonym systemie gry, tak trudnym dla obrońców. „Każdy młody piłkarz, powinien mieć nadzieję, że będzie trenowany przez Zemana”- To właśnie słowa legendarnego włoskiego defensora, pod którymi podpisał się również Francesco Totti. Włodarze Lazio nie byli jednak tak wyrozumiali, jak Casillo we Foggii. Wynajdowanie młodych talentów i efektowna gra to było dla nich za mało. Chociaż wygrał 5-1 z Padovą i Napoli, zwyciężył 7-1 ze „swoją” Foggią, pokonał u siebie 4-0 Milan, upokorzył Fiorentinę 8-2, w dwumeczu z Interem wygrał 6-1, a Juve w Turynie odprawił 3-0. To nie wystarczyło, żeby sięgnąć po mistrzostwo. Zbyt często gubił punkty z ekipami z dołu tabeli. W Lazio pragnęli trofeów, a tych Zeman nie potrafił im dać. Po trzech sezonach mieli już dość. Ku niezadowoleniu fanów pożegnali czeskiego szkoleniowca. „Il Boemo” nie opuścił jednak Rzymu. Zmienił tylko barwy na żółto-czerwone. „Zeman jest trenerem i osobą, która wniosła znaczący wkład w mój rozwój zawodowy i osobisty.”- Taką laurkę wystawił Czechowi wspomniany wcześniej Totti. Gwiazda „Króla Rzymu” rozbłysła mocniej, gdy pieczę nad nim sprawował właśnie Zeman. To on po raz pierwszy wręczył mu kapitańską opaskę. Wiele lat później, Czech zapytany o pięciu najlepszych włoskich piłkarzy, odpowiedział: „TOTTI, TOTTI, TOTTI, TOTTI I TOTTI.” W AS Romie skończyło się jednak tak samo, jak u sąsiadów zza miedzy. Wyniki były dobre, ale brakowało konkretów. Został zwolniony. Po nim przyszedł Capello i w rok zdobył scudetto… Dodatkowo wywołał skandal. W wywiadzie dla L’espresso zarzucił piłkarzom Juventusu stosowanie dopingu. Powiedział także, że drużyna z Turynu jest jedyną, której nigdy nie poprowadzi. Po tej wypowiedzi stał się w kręgach futbolowego establishmentu persona non grata. Niektórzy twierdzą, że zamknął nią sobie drogę do poważnego futbolu. Postarał się o to Luciano Moggi, ówczesny dyrektor generalny Juve, który sam odszedł z piłki w niesławie po wybuchu afery Calciopoli. Czas pokazał, że Zeman niewiele się pomylił, chociaż zrobiono z niego wariata.

W 1998 roku odrzucił podobno ofertę przejścia do FC Barcelony. Katalońskie DNA plus filozofia Zemana… Pomyślcie, cóż za mieszanka wybuchowa mogła z tego powstać. Możemy tylko bardzo żałować, że nigdy niedane nam było się o tym przekonać. „System powiedział, że mnie nie chce i moja kariera potoczyła się w innym kierunku. Mogłem trenować milan, inter albo real.” Naprawdę mógł to robić, gdyby chociaż raz nie chciał płynąć pod prąd i wybrał milczenie. W 1999 roku po raz pierwszy opuścił Italię. Jednakże ani przygoda w Fenerbache, ani wiele lat później w Crvenej Zveździe nie zakończyła się sukcesem i Zeman szybko wracał do Włoch. Tam czuł się najlepiej, wszak sam twierdził, że czuje się bardziej Sycylijczykiem, niż Czechem. Na półwyspie Apenińskim był jednak banitą. Zepchnięto go na margines. Tułał się po klubach z niższych lig i rozmieniał swój trenerski kunszt na drobne. W 2010 roku rękę wyciągnął do niego ponownie Pasquale Casilla, który chciał odbudować Foggię. Sam wracał do klubu po okresie, w którym zmagał się z problemami z prawem. Wierzył, że receptą na sukces, będzie odtworzenie struktur sprzed dwudziestu lat. Nie udało się awansować do Serie B, ale Foggia zdobyła najwięcej bramek w lidze. O Czechu i jego zwariowanym futbolu znów zrobiło się głośno. To pozwoliło Zemanowi na podjęcie pracy w Pescarze. Awansował z tym klubem do Serie A. Drużyna strzeliła ponad 90 bramek w sezonie, śrubując rekord ligi, a Zeman wypromował kolejne gwiazdy włoskiej piłki: Verattiego, Insigne czy Immobile. Dzięki temu otrzymał drugą szansę w Romie. W „Wiecznym mieście” znów mu nie wyszło. Piłkarze nie uwierzyli, że może ich poprowadzić do sukcesów. Skończyło się konfliktem z Daniele De Rossim i utratą posady. Kolejne lata to było już tylko odcinanie kuponów. Od marca 2018 roku Zeman pozostaje bez pracy. Czy wróci jeszcze na trenerską ławę? Ma już ponad 70 lat więc może być ciężko znaleźć klub, który powierzy mu stery. Czeski trener dorobił się we Włoszech rzeszy swoich fanów, którzy są nazywani „Zemanini”. Praktycznie w każdym włoskim mieście (może poza Turynem) „Il Boemo” darzony jest wielkim szacunkiem. Pomimo braku sukcesów z sentymentem wspominają go tiffosi obydwóch rzymskich klubów. Był entuzjastycznie witany nawet przez fanów z Mediolanu, chociaż nigdy tam nie pracował. Kibice kochali jego bezkompromisowy styl i dążenie do zdobywania bramek w każdej sytuacji, nawet przy wysokim prowadzeniu. Jego drużyny zapewniały widowisko. Bo dobra gra zawsze wyprzedzała w hierarchii Zemana wyniki. ,,Nasze pułapki ofsajdowe były ustawione praktycznie na środku boiska. To było samobójstwo! Zemana to nie obchodziło. On chciał, żebyśmy tak grali w meczach ligowych. prosiliśmy go nawet kiedyś, by przyłożył większą uwagę do zadań defensywnych, ale nie chciał o tym słyszeć!”- tak pracę z Zemanem wspominał Cafu. Giuseppe Signori twierdził zaś, że jedynymi rzeczami, których nie toleruje Zeman, są podania do tyłu i kradnięcie czasu w narożniku boiska. Sam bohater powiedział kiedyś, że woli przegrać 5:4 niż bezbramkowo zremisować. Innym razem mówił: „Jeśli strzelisz 90 goli, to nie ważne ile stracisz”

Przeciwnicy śmiali się z naiwności i takiego myślenia ”Il Boemo” oraz jego radosnego futbolu. Szydzili z braku pragmatyzmu i romantycznej wizji gry. Gdy Czech skrytykował Inter Mourinho za kunktatorstwo i wyrachowaną grę, „The Special One” spytał tylko: „Kim on jest? gdzie on gra? muszę się dowiedzieć, co wygrał. Teraz jestem na wczasach, ale jak będę miał chwilę to sprawdzę w google”. Jeden z najbardziej znanych utworów Stinga opowiada o „Angliku w Nowym Jorku”. W 1999 roku włoski piosenkarz Antonello Venditti, prywatnie fan Romy, nagrał piosenkę o pewnym Czechu we Włoszech. Kończy się ona słowami: ,,Ponieważ nigdy się nie zmienisz”. Nigdy się nie zmienił. Pozostał na zawsze wierny swoim piłkarskim ideałom i dążeniu do atrakcyjnej dla oka gry.

6

Ikony polskiego futbolu:

12 maja 1929 r. urodził się Leszek Jezierski, piłkarz, reprezentant Polski, a przede wszystkim ceniony trener. Karierę sportową rozpoczął w KS Lublinianka. Podczas odbywania służby wojskowej reprezentował Legię Warszawa, w barwach której w 6 meczach zdobył 1 bramkę. W 1953 r. przeniósł się do Łódzkiego Klubu Sportowego, z którym zdobył puchar i mistrzostwo Polski (w sumie do 1961 r. rozegrał 160 spotkań). W reprezentacji Polski zadebiutował 8 sierpnia 1954 r. w meczu z Bułgarią (w drużynie biało-czerwonych wystąpił 6 razy). Grał jeszcze w Starcie i Włókniarzu Łódź oraz w Stomilu Poznań. W karierze trenerskiej jego pierwszym sukcesem było zdobycie w 1966 r. mistrzostwa Polski juniorów z zespołem MKS Hala Sportowa. Kierując drużynami w naszym mieście, doprowadził łódzką piłkę nożną do bardzo silnej pozycji krajowej. W 1975 r. awansował z Widzewem Łódź do Ekstraklasy. Kolejnym krokiem w karierze trenerskiej był ŁKS, który prowadził w latach 1976–78, 1981–84, 1987–1990 i w sezonie 1995/96. Jego największymi osiągnięciami jako trenera było jednak zdobycie mistrzostwa Polski w 1979 r. z Ruchem Chorzów oraz wicemistrzostwa kraju w sezonie 1986/87 z Pogonią Szczecin. Prowadził też m.in. Lecha Poznań i Zawiszę Bydgoszcz. Trzykrotnie wybierano go na trenera roku w plebiscycie „Piłki Nożnej", działał także w radzie trenerskiej PZPN. Przydomek „Napoleon” nieprzypadkowo określał jego charakter i twarde trenerskie zasady, na temat których krąży wiele opowieści i anegdot, a sam Leszek Jezierski stał się piłkarska legendą. Ostatnie lata życia spędził w swoim domu w Sokolnikach. Zmarł 12 stycznia 2008 r. i został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Doły.



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96

8

PZP zdobyty po raz drugi:

12 maja 1982 r. FC Barcelona pokonała w finale Standard Liege 2:1 i sięgnęła po raz drugi w historii po Puchar Zdobywców Pucharów. Rywale objeli prowadzenie w 8 minucie dzięki bramce Vandersmissena ale tuż przed przerwą wyrównał Alan Simonsen. Natomiast w 63 minucie zwycięskiego gola strzelił Quini. Trener Barçy- Lattek, stwierdził iż teraz ,,czuje się spełniony”. Niemiecki szkoleniowiec wstawił do składu Migueliego, który w tamtej edycji pucharów wystąpił przez zaledwie 9 minut: ,,Sporo zaryzykowałem bo od dawna nie grał. Dlaczego na niego postawiłem? Pomyślałem że to idealny piłkarz na to starcie i sprawdziło się to w stu procentach”. Usunięty z boiska pod koniec meczu Meeuws miał inne zdanie na temat ,,Tarzana”: ,,Carrasco atakował co chwile dwoma wyprostowanymi nogami i sędzia nie reagował. Natomiast o Miguelim można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest piłkarzem”. Holender Tahamata grający dla Standardu, pomimo porażki zdobył się na żart o Manolo, który krył go przez całe spotkanie: ,,Jestem pewien że wszedłby za mną nawet do łazienki”.

Wspomnień czar:





@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

6

@FCBparasiempre

Jackie Milburn – geniusz z kompleksem niższości. Gdyby grał i zachowywał się w dzisiejszych czasach tak, jak za swojego życia, byłby uważany za dziwaka. Urodził się 11 maja 1924 roku w Ashington. Mieszkał przy 14 Sixth Row. Jego ojciec Alexander był górnikiem. Podobna przeszłość miała czekać Jackiego. Wszystko zmieniło się jednak, kiedy Milburn senior podarował swojemu ośmioletniemu wówczas synowi buty piłkarskie na Boże Narodzenie. Jackie od małego kochał sport, a ponadto pochodził z piłkarskiej familii. Kuzynami jego ojca było czterech piłkarzy: John, George, James i Stanley. Krewnymi Jackiego byli mistrzowie świata z 1966 roku: Bobby i Jackie Charltonowie. Milburn dał się poznać jako świetny piłkarz, choć jako nastolatek uprawiał także biegi, skok w dal i skok wzwyż. W szczytowym okresie kariery potrafił przebiec sto jardów w czasie 9,7 sekundy. Jako młody chłopiec był tak bardzo wycieńczony po zwycięskim biegu, że nagrodę odebrał siedząc na plecach niosącego go ojca. Swego czasu zarabiał na życie bieganiem w lokalnych zawodach sprinterskich wraz ze swoim szkolnym przyjacielem Ronniem Coulsonem. Wszystko po tym, jak oblał testy sprawnościowe do Royal Navy. Innym przyjacielem Milburna był Raymond Poxton. Obaj młodzieńcy zostali zaproszeni przez prezesa Newcastle United – Wilfa Taylora na sparing mający na celu sprawdzenie przydatności obu piłkarzy w zespole ,,Srok”. Zanim zagrali, obejrzeli mecz towarzyski Newcastle z Yorkshire AFC. Rozczarowany poziomem widowiska, zawsze skromny Jackie zapytał swojego kompana. ,,Raymond, jesteśmy w stanie zagrać lepiej, prawda?” Do Newcastle trafił po tym, jak klub dał ogłoszenie do ,,North Mail Newspaper” w sprawie poszukiwania piłkarzy chętnych do gry w drużynie. Milburn zgłosił się wraz z Raymondem Poxtonem, choć dwa lata wcześniej otrzymał policzek od NU. Skauci ,,Srok” wypatrzyli Jackiego, kiedy ten strzelił pięć goli dla drużyny Air Corps. Spotkanie pomiędzy przedstawicielem zespołu a Milburnem było już dogadane. Niestety, w wyznaczonym miejscu stawił się tylko młody, obiecujący piłkarz. Podrażniona ambicja Milburna niosła go na boisku. Zagrał tylko jedną połowę meczu kontrolnego, ale zdążył strzelić dwa gole. Na St. James Park pojawił się na kilka godzin przed meczem, nauczony doświadczeniami z przeszłości. Na stadion przyszedł w pożyczonych butach i z zawiniętymi w brązowym papierze dwoma kawałkami ciasta. On i dziesięciu innych, którzy odpowiedzieli na ogłoszenie ,,North Mail Newspaper” nazwani ,,The Stripes” rozgromili grający w niebieskich barwach pierwszy zespół Newcastle, z Albertem Stubbinsem i Jimmym Gordonem w składzie. Wynik końcowy? 9:3 dla amatorów. Dorobek Milburna? Sześć goli. Trener Newcastle Stan Seymour był zachwycony postawą nowicjusza do tego stopnia, że chciał podpisać z nim kontrakt chwilę po ostatnim gwizdku sędziego. Jego plan spalił jednak na panewce, gdyż przed meczem Jackie obiecał ojcu, że kontrakt podpisze dopiero po rozmowie z nim. Seymourowi zależało na Milburnie tak mocno, iż w niedzielę wybrał się do Ashington i rozpoczął negocjację z Alexandrem. Stanęło na tym, że Jackie miał zarabiać dwa funty tygodniowo, a na dodatek klub miał opłacać wszystkie jego przejazdy autobusowe na trasie St. James ‘Park – kopalnia w Hazelrigg, gdzie piłkarz został przeniesiony z innej kopalni w Woodhorn. Stan Seymour tak bardzo ucieszył się ze ściągnięcia do Newcastle Jackiego, że postanowił zaprosić wszystkich pracowników klubu do West End Club. Choć Milburn junior był obiecującym zawodnikiem, pracował także w kopalni, podobnie jak inna gwiazda angielskiego futbolu lat 50. Nat Lofthouse. W kontekście dzisiejszej piłki nożnej wiele mówi się o roli odpoczynku i regeneracji. Milburn miał niewiele czas na relaks, gdyż w kopalni zdarzało mu się pracować na dwie zmiany i to dzień przed meczem! Nawet w młodym wieku nie uciekał jednak przed pracą. Przed wojną rozładowywał worki z cukrem w Londynie. Być może pracowałby przy wydobyciu węgla do końca swojej kariery piłkarskiej (1957), gdyby nie wykryte w 1948 roku zapalenie ucha wewnętrznego i podejrzenie pylicy. W obawie o swoje zdrowie Milburn zmuszony był odejść z zakładu w Hazelrigg. Z kolei Newcastle zmuszone było podwyższyć mu pensję do dwunastu funtów tygodniowo. Rzeczywistością stały się marzenia chłopca, który zaczynał grać w wieku dwunastu lat w Hirst East Senior Boys School. Co ciekawe w młodości był kibicem największego rywala Newcastle, czyli Sunderlandu. Jego idolem był zaś gwiazdor Arsenalu Joe Hulme.

Debiut Milburna miał miejsce 28 sierpnia 1943 roku. Na Valley Parade Newcastle grało z Bradford City. Piłkarz był rozczarowany swoim występem, zważywszy, że z trybun dopingował go ojciec. Jackie nie był zadowolony, że Seymour ustawił go na środku ataku. Trener przyznał się jednak do błędu i w kolejnych spotkaniach ustawał swój nowy nabytek na skrzydle. 4 września Newcastle znowu grało z Bradford, tym razem u siebie z Milburnem na skrzydle. ,,Sroki” wygrały 3:2, a Jackie strzelił gola. Milburn był wzorem profesjonalisty. Pokornie przeniósł się z lewego skrzydła na prawe, po tym jak Newcastle kupiło prawoskrzydłowego Charliego Waymana. Po latach opowiadał, że nie po to otrzymywał dwa funty tygodniowo, aby unikać wyrzeczeń. Równie dobrze mógł odejść do Sheffield United, które tuż po zakończeniu II wojny światowej zaprosiło go na mecze kontrolne. Milburn z każdym miesiącem stawał się coraz lepszy. Historyk futbolu Paul Joannou pisał, że Newcastle pozyskało w 1943 roku surowego zawodnika, który gwałtownie nadrabiał braki w swojej grze. Celem ,,Srok” na sezon 1946/1947 był awans do First Division. Klub zajął jednak dopiero piąte miejsce, choć dobrze spisał się w Pucharze Anglii, odpadając w półfinale po klęsce 0:4 z Charlton Athletic. Stan Seymour nie wykonał planu i został przesunięty na stanowisko dyrektora. Zastąpił go George Martin. Milburn opisał go później jako ,,najbardziej wnikliwego trenera z jakim kiedykolwiek pracował”. Jackie na prawym skrzydle spisywał się znakomicie, jednak Martin zignorował zasadę ,,lepsze wrogiem dobrego” i postanowił przesunąć Milburna na środek ataku. Sytuacja zmusiła Martina do roszad, bowiem poprzedni napastnicy ,,Srok”, czyli Albert Stubbins, Len Shackleton i Roy Bentley opuścili klub. Martin zignorował opinie asystenta Harleya Normana Smitha, Seymoura i samego Milburna. Cała trójka widziała Jackiego na skrzydle. George Martin czuł, że jego podopieczny sprawdzi się w ataku. Nieprzespana noc i nowa pozycja nie wypłynęła na formę Milburna. Nowy napastnik strzelił hat-tricka, a Newcastle wygrało z Bury 5:3. Z Jackiem w ataku Newcastle awansowało do najwyższej klasy rozgrywkowej. Rok 1948 obfitował w wiele ważnych wydarzeń w życiu Milburna. Z Newcastle znalazł się wreszcie w First Division. Dobra gra zaowocowała pierwszym powołaniem do reprezentacji, jednak Jackie, mając konkurencję w osobach Lofthouse, Mortensena, Finneya i Matthewsa, przez siedem lat zagrał dla ,,Synów Albionu” tylko trzynaście razy. Znalazł się jednak w kadrze na haniebne dla Anglików MŚ w Brazylii. W 1948 zakończył też karierę górnika z powodu kłopotów zdrowotnych. Choroba zagrażała również jego żonie. Spanikowany Jackie wysłał nawet list do władz klubu z prośbą o pozwolenie na opuszczenie trudnego do życia górniczego regionu Tyneside. Na szczęście dla rodziny Milburnów i klubu, stan małżonki Jackiego polepszył się. Newcastle walczyło nawet o mistrzostwo Anglii. Boże Narodzenie spędziło na pozycji lidera, jednak na finiszu kampanii ,,Sroki” uplasowały się na czwartej pozycji. Rosnąca forma Milburna nie przeszła bez uwagi nawet w Stanach Zjednoczonych. W 1949 roku Newcastle udało się tam na tournee. W dziesięciu meczach Wyspiarze odnieśli dziesięć zwycięstw, a Jackie strzelił aż 31 bramek! Napastnik stał się bohaterem artykułu ,,Winnipeg Free Press”. Było to wielkie wyróżnienie, bowiem w tamtych czasach gazety poświęcały na doniesienia sportowe tylko jedną stronę. Piłka nożna natomiast była dyscypliną niszową w USA. Prawdziwe powody do chwały przyszły jednak w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. W 1951 i 1952 roku Newcastle dwukrotnie wygrywało Puchar Anglii pod wodzą wracającego na stanowisko trenera Stana Seymoura. 28 kwietnia 1951 roku sto tysięcy osób zgromadzonych na Wembley podziwiało dwie bramki Milburna wbite Blackpool ze Stanem Mortensen i Stanleyem Matthewsem w składzie. Wobec nich i Toma Finneya Jackie zawsze miał kompleks mniejszości, do czego bohater tekstu przyznał się kiedyś ,,hydraulikowi z Preston”. Tego dnia był ponad nimi i wszystkimi innymi. Rok później Milburn gola w finale nie strzelił, ale Newcastle pokonało 1:0 Arsenal. 7 maja 1955 roku w kolejnym finale FA Cup Milburn strzelił gola Manchesterowi City już w pierwszej minucie gry. ,,Sroki” zwyciężyły 3:1. Kibice doceniali jego klasę zarówno podczas kariery piłkarskiej, jak i już po śmierci gracza. Pewnego razu jeden z miejscowych księży, późniejszy prymas Anglii i Walii Basil Hume, poprosił zawodnika o autograf. Ten odmówił, ponieważ uważał, że gwiazdą nie jest ten, kto po prostu wykonuje swoją pracę. Tak pogrzeb ojca opisuje Jackie Milburn junior.

Tysiące ludzi szły wzdłuż drogi w Ashington i Shields Road w Byker [dzielnica Newcastle]. 30 000 osób otoczyło katedrę. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jackie junior był trzecim dzieckiem państwa Milburne, którzy oprócz syna mieli jeszcze dwie córki: Betty i Lindę. Swoją żonę piłkarz poznał w 1947 roku. Laura Blackwood pracowała wtedy w hotelu, gdzie wraz z zespołem nocował Jackie. Rok później wzięli ślub. W 1957 roku Jackie Milburn odszedł z Newcastle. Fizycznie nie dawał już rady dostosować się do tempa gry ekip First Division. Skusił się na trenowanie pochodzącego z Irlandii Północnej Linfield. W słabej irlandzkiej lidze mógł śmiało grać i jednocześnie trenować zespół amatorów. Linfield dwa razy wygrywało ligę, a raz krajowy puchar. Milburn strzelał tam gola za golem. To wszystko za nieosiągalną w Anglii pensję 25 funtów tygodniowo. Przez kilka lat trenował jeszcze londyński amatorski zespół Yiewsley, a następnie od kwietnia 1963 do maja 1964 Ipswich Town. Później pracował jako dziennikarz sportowy w ,,News of the World”. Do 2006 roku był najlepszym strzelcem w historii Newcastle. Rekord poprawił dopiero Alan Shearer. Milburn nie dożył tego wydarzenia. Zmarł 9 października 1988 roku w wieku 64 lat. Uroczystości pogrzebowe odprawiał Basil Hume, naówczas już kardynał. Przyczyną śmierci był rak płuc. Jackie był nałogowym palaczem. Na papierosy nie wydał ani funta, bowiem piłkarze otrzymywali je od klubu. Można więc stwierdzić, że Jackie Milburn oddał życie za Newcastle United.


8

Legendarny górnik z Newcastle:

Strzelił 177 goli w 353 ligowych meczach dla Newcastle United. Dzięki niemu ,,Sroki” trzy razy w ciągu czterech lat sięgały po Puchar Anglii. W reprezentacji występował obok takich postaci jak Stanley Matthews, Nat Lofthouse, Stan Mortensen i Tom Finney. Mimo to zawsze czuł się od nich gorszy. O kim mowa? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?