1

Szanowny kolego @Lionel_Messi10 , przypomnij mi gdzie, kiedy a przedewszystkim na jakim kanale będą rozgrywane mistrzostwa świata do lat 20?

15

Feliz cumpleaños panie Suarez! Z okazji 88 urodzin.

2 maja 1935 r. urodził się Luis Suarez Miramontes, jeden z najwybitniejszych snajperów w historii hiszpańskiego futbolu. Wielka legenda Blaugrany, jedyny Hiszpan, który został nagrodzony Złotą Piłką France Football. Dziękujemy panie Luisie za wszystko co uczyniłeś Blaugranie. My cules nigdy o tobie nie zapomnimy.

https://dumakatalonii.pl/luis-suarez-miramontes/


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

1

@FcPortoFan1999 A tak, tak! Pomyliłem eliminacje. Masz racje to do MŚ były eliminacje

8

Pamiętamy!


1 maja 1977 r. Polska pokonała Danię 1:2 na wyjeździe w eliminacjach mistrzostw Świata. Przed odlotem do Kopenhagi trener Jacek Gmoch powiedział w wywiadzie telewizyjnym, że postara się sprawić prezent klasie robotniczej z okazji Święta Pracy. Obietnicę spełnił. 1 maja 1977 roku biało-czerwoni odnieśli na wyjeździe efektowne zwycięstwo, a jego ojcem był Włodzimierz Lubański. Niewiele brakowało zresztą, by nie pojawił się na boisku, bo wówczas kluby nie miały obowiązku zwalniania zawodników na spotkania reprezentacji. Włodarze Lokeren, w którym grał, najpierw nie chcieli go puścić na mecz, ale ponieważ zależało im na przedłużeniu kończącego się kontraktu, ulegli jego namowom. Partia była dumna z piłkarzy. Pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Gierek przesłał depeszę gratulacyjną na ręce kapitana Kazimierza Deyny. ,,Kolejny wspaniały sukces polskiego piłkarstwa! Proszę państwa, jakież spokojne lato przed naszą reprezentacją… Zwycięstwa, same zwycięstwa, a przecież eliminacje się jeszcze nie skończyły. Zwycięstwo z trudnym przeciwnikiem w Porto z Portugalią i tu w Danii na Idrætsparken, gdzie mimo wszystko faworytami byli gospodarze naszpikowani tymi różnymi zawodowcami grającymi na zachodzie Europy. Ale reprezentacja Polski jeszcze raz udowodniła wysoką dyscyplinę taktyczną, świetną grę w środku pola, wykorzystała bezbłędnie prawie wszystkie szanse, no a Włodzimierz Lubański swój 70. występ w reprezentacji ukoronował wspaniałymi dwiema bramkami.”- tak oto komentował nieodżałowany JAN CISZEWSKI.





@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

2

@FcPortoFan1999 Nie no, mieli porządny zespół. Nie grali może widowiskowo ale za to bardzo zdyscyplinowanie i twardo. Poza tym mądrze się bronili. Co właśnie najważniejsze to. to że mieli niesamowitego farta, ponieważ pierwszy raz w dziejach Copa America drużyna wygrała dwa razy pod rząd rzutami karnymi!

4

Właśnie sobie pisze o historii Copa America a konkretnie o Chile, że mieli wyjątkowego farta, triumfując dwukrotnie pod rząd rzutami karnymi i dwukrotnie przeciwko Argentynie! Do dziś nie moge tego przeboleć!

9

(Nie)zapomniane El Clasico:

1 maja 2002 r. FC Barcelona zremisowała na Santiago Bernabeu z Realem Madryt 1:1 w rewanżowym meczu półfinału Ligi Mistrzów. Nie było niespodzianki w Madrycie. Real zremisował z Barceloną 1:1 i awansował do finału Ligi Mistrzów. Atmosfera przed półfinałowym spotkaniem Ligi Mistrzów pomiędzy Realem i Barcą była wyjątkowo gorąca. Prezydent katalońskiego klubu lekceważąco wypowiadał się o mistrzowskiej drużynie królewskich z lat pięćdziesiątych, która pięć razy zdobywała Puchar Europy. Waga tych oskarżeń zmalała po zamachach bombowych w Madrycie, w których lekko rannych zostało 17 osób. Rozważano nawet przełożenie meczu, ale po konsultacjach z policją UEFA dała piłkarzom zielone światło. ,,Na początku trochę się bałem, ale teraz wszystko się uspokoiło” - mówił przed meczem jeden z kibiców Realu. -,,Nie mógłbym zresztą przepuścić takiego wydarzenia”. Mecz jednak wielkim wydarzeniem nie był. W pierwszej połowie był niemalże wierną kopią pojedynku sprzed tygodnia. Barça, która żeby awansować, musiała strzelić trzy gole, atakowała a Real spokojnie się bronił. Najlepszą okazję Katalończycy stworzyli dość przypadkowo. Fabio Rochemback strzelił silnie z 20 metrów, tor lotu piłki zmienił jeszcze Cocu, ale nie na tyle by wpadła do siatki. Po odbiciu od słupka próbowali dopaść do niej Patrick Kluivert i Cesar. Holender nieumyślnie rozorał korkami twarz bramkarza Realu, który jednak grał do końca meczu. Pod koniec pierwszej połowy obrońcy Blaugrany stracili piłkę pod polem karnym. Raul przymierzył i zza pola karnego strzelił nie do obrony w okienko bramki Bonano. Wprawdzie tuż po przerwie po samobójczym strzale Ivana Helguery był remis ale więcej goli już nie padło. Piłkarze FC Barcelony zagrali ambitnie ale w finale(o dziewiąty puchar Europy w historii)- zagrał Real.

Składy:

Real Madryt - FC Barcelona 1:1 (1:0): Raul (43.) - Helguera (49. sam.). Real: Cesar - Salgado, Hierro, Helguera, Roberto Carlos - Makelele, Zidane (46. Flavio Conceicao), Figo (68. McManaman), Solari - Raul, Guti (87. Pavon)

FC Barcelona: Bonano - Puyol, de Boer, Abelardo, Coco (46. Overmars) - Xavi, Rochemback (67. Geovanni), Cocu (75. Sergi), Luis Enrique - Kluivert, Saviola





@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

9

Premierowe trafienie ,,La Pulgi”:

1 maja 2005 r. Leo Messi strzelił swojego pierwszego gola w La Liga. Niespełna 18-letni wówczas Argentyńczyk pojawił się na boisku w 87 minucie meczu z Albacete. Po dwóch minutach otrzymał świetne podanie od Ronaldinho i przelobował bramkarza lecz sędzia boczny zasygnalizował spalonego-jak wykazały powtórki, niesłusznie. Zaledwie 60 sekund później Ronaldinho ponownie wspaniale podał piłke za plecy obrońców i Messi strzelił niemal identycznego gola, tym razem uznanego przez arbitra.

Tylko spójrzcie:




@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

12

Pierwsze trofeum pod egidą UEFA:

1 maja 1958 r. FC Barcelona zdobyła pierwsze prestiżowe trofeum w Europie a mianowicie Puchar Miast Targowych(późniejszy Puchar UEFA). Zwycięzcy trzyzespołowych grup utworzyli pary półfinałowe. W jednym z półfinałów ,,Duma Katalonii’’ stoczyła niezwykle zażarty dwumecz z Birmingham City. Barça przegrała w Anglii 4:3, wygrała u siebie 1:0(po golu Kubali w końcówce) a w dodatkowym spotkaniu pokonała anglików 2:1. W finale rywalem była reprezentacja Londynu. Blaugrana w pierwszym meczu zremisowała na wyjeździe 2:2 a w rewanżu rozgromiła rywali 6:0! Po dwa gole zdobyli Luis Suarez oraz Evaristo a po jednym trafieniu dołożyli Eulogio Martinez i Verges.


@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

8

Spektakularny wyczyn:


1 maja 1957 r. jedna z legend Barçy, znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez ,,huknął’’ 7 goli w jednym meczu(!) i to 5 pod rząd w pierwszej połowie! Wydarzyło się to w meczu 1/8 Pucharu Króla z Atletico Madryt, wygranym aż 8:1(!) i jest do dziś absolutnym rekordem FC Barcelony w tych rozgrywkach. Wyczyn Martineza jest wprost niebywały a przecież w tym meczu grał również genialny Kubala, który strzelił zaledwie jednego gola.



@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

10

Pierwsze koty za płoty udane:

1 maja 1904 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w swojej historii międzynarodowy mecz. Przeciwnikiem był francuski ESTADE OLYMPIQUE DE TOULOUSE. Oczywiście był to mecz towarzyski, rozgrywany w Tuluzie, który Barça wygrała 3:2, po golach Steinberga, Lassaleta i legendarnego Romy Fornsa.


@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

2

@takisobiektos Zapewne jedno i drugie. W końcu taki geniusz jak Messi za czapke gruszek napewno nie będzie grał...

1

@Lionel_Messi10 Wcale mu sie nie dziwie że nie bardzo ma z kim grac. Sam fakt że zgodził sie na podpisanie kontraktu z PSG całkowicie mnie zamurował. No ale widocznie Neymarek go mocno namówił a on naiwnie się zgodził...

0

@MesQueUnClub96 Osimhen, Kvarackelia, Politano, Di Lorenzo

2

Mam wrażenie że połowa jedenastki Napoli mogłaby z powodzeniem grać w ,,naszej" Barcuni a przynajmniej 4 z nich, na czele z Osimenhem. Nie no, oczywiście zdaje sprawe że nie stać ,,nas" na to, zwłaszcza gdy wróci Leo...

6

Napoli! Napoli! Napoli! Forza Napoli! Forza po trzecie scudetto!
Forza! ku chwale Boskiego Diego!

6

@FCBparasiempre
Jest wczesne, wiosenne popołudnie; początek kwietnia 1964 roku, Navarra. Na łóżku, w celi klasztoru ojców dominikanów, leży zakonnik. Modlą się przy nim cztery kobiety, trzy z nich są jego siostrami, najmłodsza to córka – Rosario. Nosi imię swojej matki, która zmarła cztery lata wcześniej. To właśnie po jej śmierci ojciec Rosario postanowił powrócić do Hiszpanii i wstąpić do zakonu dominikanów. Każda z czterech kobiet przesuwa w palcach różaniec. Nim jeszcze skończą odmawiać Salve Regina, mężczyzna leżący na klasztornym łóżku umrze. Kilka dni później do klasztoru przyjdzie, przysłany ze stolicy Hiszpanii, wieniec białych kwiatów. Dla zmarłego prezydenta Realu Madryt. Niech żyje Republika!

– Niech żyje Walencja! Niech żyje Madryt i Hiszpania! – krzyczy Ricardo Zamora. Podnosi w górę swoją nieodłączną czapkę tak, jakby wznosił puchar, który przed chwilą zdobył wraz z drużyną.

– Niech żyje Republika! – dobiega krzyk jednego z dziennikarzy.

Zamora nie odpowiada. Portero madryckiej drużyny jest bohaterem tego dnia. To on uratował wynik w ostatnich minutach, gdy jego zespół grał już w osłabieniu, w niewiarygodny sposób broniąc strzał José Escoli. Madryt sięgnął po Puchar Republiki pokonując na walenckiej ziemi FC Barcelonę. Josep Sunyol, prezydent katalońskiego klubu, przyjął wynik ze spokojem, choć nie obojętnie: ,,Zwyciężył Madryt, tak jak mogła wygrać FC Barcelona. Udało im się szybko strzelić bramkę a potem, przez cały mecz, dobrze się bronili. To pozwoliło im wywalczyć zwycięstwo.” Nie da się ukryć, że Sunyol ma rację. Od chwili, gdy do klubu dołączył Zamora i Ciriaco, potem zaś Quincoces, Madryt może się poszczycić najlepszą defensywą na świecie. To ona od czterech lat zapewnia stołecznej drużynie nieprzerwane pasmo sukcesów. Rafael Sánchez Guerra, który śnił o tym od chwili gdy jako chłopiec zaczął kopać piłkę w klubowej canterze, z uśmiechem patrzy na puchar. Jego pierwszy wielki sukces, jako prezydenta Realu. Nie zdaje sobie sprawy, że jest to jednocześnie jego ostatnie trofeum. Jest koniec czerwca 1936 roku w Walencji. Za dwadzieścia dni Hiszpanię ogarnie wojna. Po swoim ojcu, José, Rafael Sánchez Guerra odziedziczył zamiłowanie do polityki. José Sánchez Guerra był ministrem za panowania Alfonso XIII. Dyktatura Primo de Rivery wygnała go z kraju, jednak po dwóch latach powrócił by działać na rzecz Republiki. Syn podzielał poglądy ojca, sam pisywał artykuły do monarchistycznej, konserwatywnej gazety ABC, w których nie oszczędzał dyktatury. Praktykujący katolik, demokrata, liberał, całkowicie oddany Republice. Mieszanka wybuchowa, tak mogłoby się wydawać. Po latach sam siebie określi jako centrystę. „Odcinam się od wszelkiego ekstremizmu, zarówno tego z lewej, jak i z prawej strony”. Z dwóch kochanek Rafaela, jakimi były polityka i futbol, to piłka nożna będzie jego pierwszą miłością. Jako dziecko grał w canterze Realu, jednak los poskąpił mu talentu do tego sportu. To wtedy, nie mogąc osiągnąć sukcesu jako piłkarz, postanowi, że zostanie prezydentem Los Blancos. Nie zapomniał o tym marzeniu mimo mijających lat i kolei życia, które bynajmniej nie popychały go w stronę piłki. Rafael ma dwadzieścia pięć lat, niedawno ukończył prawo na madryckim uniwersytecie, jednak teraz leży na szpitalnym łóżku w San Sebastián. Przez okno z grubego szkła pada na niego łagodne słońce Donostii. Rafael parzy na swoją prawą nogę, owiniętą szczelnie białym opatrunkiem i po raz kolejny podejmuje decyzję. Oberwał kilka dni wcześniej w wąwozie Farhana, trzy kilometry od Melilli. Jako ciężko ranny po powrocie do zdrowia nie musi wracać na front. Jednak on podjął już decyzję, a to znaczy, że nie ma człowieka, który byłby w stanie odwieść go od niej. Wróci do Maroka i najbliższe lata spędzi walcząc w Afryce. Kiedy będzie mu dane znów znaleźć się w Hiszpanii, kraj będzie już o krok od ustanowienia Drugiej Republiki. Gdy stanie się to faktem to właśnie on pojawi się na balkonie madryckiego ratusza trzymając w dłoniach republikańską flagę.

Mimo że powrót Republiki zapewni mu wysokie stanowiska państwowe Sánchez Guerra nie zrezygnuje z realizacji swojego marzenia. W 1933 roku, mając trzydzieści siedem lat, po raz pierwszy wystartuje w wyborach na prezydenta Realu Madryt. Mimo porażki Rafael się nie podda. Już dwa lata później znów stanie do wyborów. Ironia losu sprawi, że kontrkandydatem będzie jego przyjaciel, Santiago Bernabéu. Napływ socios o poglądach socjalistycznych sprawi, że zwycięstwo Rafaela będzie niekwestionowane. Rywalizacja o stanowisko nie jest jednak w stanie zniszczyć przyjaźni pomiędzy Sánchezem a Bernabéu. Mimo to czas pokaże, że bynajmniej nie jest ona niezniszczalna. ,,Franco nie posiada, ani nigdy nie posiadał, najmniejszych walorów intelektualnych” – oznajmi Rafael. To przesądzi sprawę. Przejęcie sterów przez Rafaela Sáncheza Guerrę da Realowi Madryt nadzieję na prawdziwy rozkwit. Nowy prezydent wkroczy do klubu z przytupem, wprowadzając zmiany i burząc skostniały porządek.„Futbol za pesetę” – to jego marzenie. Rafael chce sprawić, by każdy mógł obejrzeć mecz Realu, by klub stał się jeszcze większy dzięki rzeszom kibiców. Prezydent posuwa się krok dalej i mimo gorących protestów konserwatywnych członków klubu przyznaje prawo głosu każdemu socio. Egalitaryzm, jaki wprowadza Sánchez Guerra przeraża najbardziej zasiedziałych członków klubu, jednak wyniki sportowe bronią jego decyzji. Real Madryt zdobywa Copa de la República, zaś prezydent marzy o tym, by Los Blancos mogło oglądać jeszcze więcej ludzi. Tak, trzeba wybudować nowy, wielki stadion. Miejsce jest już wybrane – ulica Alcalá, naprzeciwko areny walk byków. Sen zostanie przerwany w najbrutalniejszy możliwy sposób. Kula drążąca czaszkę José Calvo Sotelo oznajmi Hiszpanii wojnę. Rafael Sánchez Guerra znika z klubu, który przechodzi w ręce Juana José Vallejo. Władzę nad Realem przejmuje Sportowa Federacja Robotnicza. Tylko nieliczni widzą, że Sánchez Guerra pozostał w Madrycie. Przeciwnie do Santiago Bernabéu. Gdy wybucha wojna przyszły prezydent Realu ukrywa się w szpitalu, dzięki sfałszowanym dokumentom udając pielęgniarza. Zostaje tam tylko przez chwilę, niebawem uda mu się przedostać do francuskiej ambasady i stamtąd uciec do Francji. Za północną granicą także nie spędzi dużo czasu. Santiago Bernabéu ma czterdzieści trzy lata, gdy powraca do kraju. Przedostaje się do strefy opanowanej przez nacjonalistów i na ochotnika zaciąga się do sił generała Franco. Ta decyzja sprawi, że w marcu 1939 roku, przyszły prezydent Realu Madryt znajdzie się pośród żołnierzy, których równy, mierzony krok poprowadzi przez Avinguda Diagonal by zająć Barcelonę. Upływ czasu odmieni jednak spojrzenie Bernabéu na tamte wydarzenia. „Podczas wojny domowej opowiedziałem się po jednej ze stron i później tego żałowałem. […] Najgorszą rzeczą w wojnie jest to, że więcej ludzi czyni złymi, niż zabija”. Rafaela, który został sekretarzem pułkownika Segismundo Casado, budzi telefon. Zaspany mężczyzna spogląda na wiszący na ścianie zegar – nie ma jeszcze siódmej. Podnosi słuchawkę i dobiega go znajomy głos:

– Madryt upadnie. Przyjedź natychmiast do biura, lecimy do Walencji. Na pokładzie jest miejsce dla ciebie i twojej żony – mówi Casado.

Sánchez Guerra trzeźwieje w ułamku sekundy.

– Co zrobi Besteiro?

– Zostaje.

– Więc nie ma o czym gadać. Ja też zostaję. Nie opuszczę Madrytu, nie ma znaczenia co się wydarzy.

Casado wzdycha do słuchawki.

– To zła decyzja. Nacjonaliści mogą się tu zjawić w każdej chwili. Nienawidzą cię. To nie jest rozsądne.

Jednak Sánchez Guerra już podjął decyzję.

Madryt upadł. Dla Rafaela Sáncheza Guerry upadło wszystko. Były prezydent Realu znalazł się wśród dziesiątek tysięcy ludzi, którym koniec wojny bynajmniej nie przyniósł pokoju. Wraz z nastaniem reżimu generała Franco rozpoczęto Causa General, proces rozliczenia się ze zwolennikami Republiki. Rafael jako „jednostka niebezpieczna, identyfikująca się z czerwonymi” został skazany na trzydzieści lat więzienia. Fakt, że w trakcie wojny uratował życie wielu ludziom opowiadającym się po stronie aktualnych zwycięzców oraz to, że nie wahał się ani chwili przed wydaniem najgorszych lewicowych zbrodniarzy, nie miał już znaczenia. Jego pielgrzymka od więzienia do więzienia, przez całą Hiszpanię, trwała pięć lat. W 1944 roku, w wyniku amnestii zostanie zwolniony warunkowo jedynie po to, by znów zostać obłożonym nakazem aresztowania. Gdy jednak policja zjawi się w jego domu nie będzie go już tam. Przedostanie się do Francji, gdzie zostanie ministrem bez teki hiszpańskiego rządu na wygnaniu. Kiedy nałożony na niego wyrok dobiegnie końca Rafaela Sáncheza Guerry nie będzie już wśród żywych. Gdy podczas fety z okazji zdobycia Pucharu Republiki rozległ się okrzyk ¡Viva la República! Ricardo Zamora milczał. Wieczór, który był momentem jego chwały – legendarna parada przy strzale Escoli przejdzie do historii – zasiał jednocześnie ziarno wątpliwości. Gdy wybucha wojna jest już ono w pełni dojrzałe. Zamora to faszysta, plotka rozpełza się po kraju. Bramkarz Realu zostaje aresztowany w republikańskiej strefie wpływów. Wolność zapewni mu fakt, że zostanie rozpoznany przez więziennych strażników. Umożliwią mu oni ucieczkę do Francji. W Nicei, gdzie Zamora zakotwiczy przed powrotem do powojennej Hiszpanii, napotka Josepa Samitiera. Kolejnego uciekiniera i kolejnego piłkarza, który w swojej karierze grał zarówno dla Realu Madryt, jak i Barcelony. Gdy nadeszła wojna Rafael Sánchez Guerra przestał być prezydentem Realu Madryt, klubu, który takżede facto przestał istnieć. Piłkarze Los Blancos udali się na wyganianie, trafili do więzień – jak Zamora, lub zginęli. Kiedy w 1939 roku powróciły rozgrywki ligowe z dwudziestoosobowego składu pozostało jedynie czterech zawodników. Czterech ludzi i klub, który niemal zniknął z piłkarskiej mapy Hiszpanii.Chamartín, wielokrotnie zbombardowane, zrujnowane i pełne gruzu, przemieniono na więzienie.Mieszkańcy Madrytu wynosili krzesełka z trybun, by rozpalić nimi w piecach. Jedynym życiem, jakie dostrzec można było na płycie niegdysiejszego stadionu był mężczyzna, którego pobliski dom runął po wybuchu bomby. Bezdomny, zamieszkał w szatni Chamartín. By się wyżywić w rogu boiska uprawiał ogródek warzywny. 19 kwietnia 1939 roku Pedro Parades zwołał posiedzenie w sprawie rekonstrukcji Realu Madryt. Nowym prezydentem został wybrany Adolfo Meléndez. Rozpoczął się długoletni proces odbudowy klubu, po którym nie zostało niemal nic. Klubu, który upodoba sobie nowy dyktator Hiszpanii, Francisco Franco. Klubu, który z tego powodu do dziś utożsamiany będzie niekiedy z obozem nacjonalistów. Realu Madryt – najbardziej utytułowanego klubu w Hiszpanii, który był o krok od tego, by przestać istnieć.


7

0

@MOLESTA Wybacz ale mnie nie pociąga historia wroga naczelnego Blaugrany...

9

Po prostu El Clasico!

30 kwietnia 1988 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madrid 2:0 po golach Carrasco(już w pierwszej minucie) oraz Linekera(70 minuta) w 35 kolejce Primera Division. Niestety Blaugrana uplasowała się w rozgrywkach ligowych dopiero na 6 pozycji w tabeli. Blaugrane prowadził wówczas Luis Aragoñes a w następnym sezonie Barçe poprowadził już sam Johan Cruijff. Składy obu drużyn:

FC Barcelona: Zubizarreta, Gerardo, Migueli, Alexanko, Julio Alberto, Victor (Urbano), Roberto Fernandez, Schuster, Caldere, Carrasco, Lineker

Real Madrid: Buyo, Maqueda, Tendillo, Sanchis, Camacho, Gallego, Gordillo, Michel, Martin Vazquez, Aldana, H. Sanchez



@Monix10
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@patataj
@Roni/VEB

10

Zapomniane El Clasico:

30 kwietnia 1976 r. FC Barcelona pokonuje Real Madrid na Santiago Bernabeu 0:2 na dwie kolejki przed końcem rozgrywek Primera Division po golach Rexacha i Heredii. W końcowym rozrachunku to zwycięstwo pozwoliło zająć tylko drugie miejsce w tabeli za Realem Madrid.


@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

17

Robert Lewandowski w meczu z Betisem strzelił swojego 360 gola na poziomie pierwszoligowym, czym zrównał się z Węgrem Jozsefem Takacsem.
PS. A debiut Lamala musze skrzętnie zanotować w mojej bogatej kronice Blaugrany, bo coś czuje że będą z niego ,,ludzie".

1

@Pawel13sz Jak nie obstastawiłeś to prawdopodobnie się sprawdzi, wiem bo już nie raz wmoczyłem tak kase. Natomiast jesli tak postawiłeś to będziesz bogaczem niczym Bill Gates :)

0

@uziq No tak... Najlepiej to 10(!) i wyrównać spektakularne osiągnięcie geniusza futbolu Wilimowskiego.

2

No to jestem bardzo ciekaw jak zagra(i czy wygra) ,,,nasza" kochana Barcunia przeciwko Realowi Betis? Ostatnio ten rywal nie specjalnie ,,nam leży" na Camp Nou ale z drugiej strony wraca Christensen i prawdopodobnie również Dembele. Wygrywamy z Atletico przy odrobinie szczęścia, przegrywamy w fatalnym stylu z Rayo Vallecano a dzisiaj? Dzisiaj to Bóg raczy wiedzieć jak to się potoczy? Najważniejsza będzie skuteczność a jeszcze ważniejsze zdrowie naszych podopiecznych.

2

Karim Benzema strzelając hattricka przeciwko Almerii, przegonił w klasyfikacji strzelców pierwszoligowych Davida Ville(278 goli) i zrównał się z Sebastianem Abreu(279 goli). Dla przykładu do Śp. Johana Cruijffa traci już tylko 11 goli.

7

@FCBparasiempre
Współcześni piłkarze często narzekają na przemęczenie spowodowane natłokiem meczów i wieloma godzinami spędzonymi w podróży. To zrozumiałe, bo rozbudowany system rozgrywek pucharowych doprowadził do tego, że najlepsi grają co trzy-cztery dni. Jednak precyzyjnie skonstruowany kalendarz rozgrywek zapewnia im minimum 48 godzin na odpoczynek. Nie zawsze tak było, a w latach 80. niektórzy gracze potrafili zagrać w dwóch meczach w ciągu kilku godzin. I to nie tylko zagrać, ale również być w tych spotkaniach wyróżniającymi się postaciami. Czy dzisiejszych herosów piłki byłoby stać na takie poświęcenie dla klubu lub reprezentacji? Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale osobne terminy na oficjalne mecze reprezentacji europejskich oraz obowiązek zwalniania przez kluby piłkarzy na te spotkania, nie zawsze były normą. W pierwszej kolejności, a stało się to na początku lat 80., wprowadzono przepis, że klub musi zwolnić powołanego piłkarza na oficjalny mecz reprezentacji. Wcześniej nie było takiego obowiązku i kadry narodowe, których gracze w większości występowali w ligach zagranicznych (np. kraje skandynawskie) miały duże problemy, by skompletować najsilniejszą jedenastkę na mecze eliminacji ME czy MŚ.

Morten Olsen (kapitan słynnej drużyny Danii z lat 80.) w wywiadzie dla WP Sportowe Fakty mówił tak: ,,Zawsze mieliśmy świetnych piłkarzy. Ale aż do końca lat 70., kluby w Europie nie miały obowiązku zwalniania zawodników na mecze drużyn narodowych. Wcześniej chciałem jeździć na mecze ale Anderlecht zwykle nie chciał mnie na nie puszczać.” Dużo dłużej, bo aż do eliminacji Euro 2000, trzeba było czekać na wprowadzenie odgórnie ustalonych terminów na mecze reprezentacji, żeby nie kolidowały z rozgrywkami klubowymi. Było to bardzo potrzebne po to, by nie zdarzały się takie sytuacje jak ta z Ronaldem Koemanem w 1992 roku. Johan Cruyff tak pisał o tym w swojej autobiografii: ,,Niestety Ronaldowi Koemanowi nie było dane doświadczyć tego wyjątkowego uczucia (świętowania zdobycia mistrzostwa Hiszpanii). Selekcjoner Rinus Michels powołał go wówczas na sparing reprezentacji Holandii (mecz z Francją). Kiedy o tym usłyszałem, uznałem, że to jakiś żart. Jak piłkarz ma sobie poradzić z takim ciosem? I to na dodatek wymierzonym akurat przez Michelsa! Zupełnie tego nie rozumiałem. Głupota. Grasz przez cały rok o tytuł a później nie możesz odebrać nagrody…”. Wypowiedź Cruyffa dotyczyła sytuacji z 7 czerwca 1992 roku, kiedy to odbywała się ostatnia kolejka ligi hiszpańskiej. Wcześniej, 5 czerwca Holandia rozegrała ostatni mecz towarzyski przed rozpoczynającymi się pięć dni później ME w Szwecji. Z tego powodu Ronald Koeman, który został powołany do kadry na ME, nie mógł świętować z kolegami mistrzostwa Hiszpanii. Obecnie również odbywają się turnieje, które kolidują z europejskimi rozgrywkami, ale odbywają się one wyłącznie poza Europą (Copa America, Puchar Narodów Afryki, Puchar Azji).

Zbigniew Boniek

W latach 80. Zbigniew Boniek był wielką gwiazdą reprezentacji Polski oraz w latach 1982-1985 włoskiego Juventusu. Niestety osoby odpowiedzialne za planowanie kalendarza meczów w 1985 roku nie wzięły tego pod uwagę i ustaliły dwa spotkania, w których nasz wybitny piłkarz miał odegrać kluczową rolę, na 29 i 30 maja. Pierwszym był finał Pucharu Europy pomiędzy Juventusem i angielskim Liverpoolem, który miał być rozegrany w środę 29 maja 1985 na stadionie Heysel w Brukseli. Dzień później w Tiranie reprezentacja Polski rozgrywała kluczowy na tym etapie eliminacji do MŚ, mecz z Albanią. Według działających już zasad, pierwszeństwo miała reprezentacja ale Boniek za wszelką cenę, co nikogo nie powinno dziwić, chciał zagrać również w Brukseli: ,,A czy miałem jakieś inne wyjście? Przecież dla Juventusu był to najważniejszy mecz nie tylko tego sezonu, natomiast przed reprezentacją pojawiła się poważna szansa na zwycięstwo, a tym samym objęcie przodownictwa w grupie. Jedna i druga drużyna liczyły się dla mnie, zdawałem sobie z tego sprawę i starannie przygotowywałem się do próby, jakiej chyba jeszcze nie podejmował żaden inny piłkarz, oczywiście na tym poziomie futbolu”– tak wspominał Zibi tamte czasy w książce „Prosto z Juventusu”. W związku z tym władze Juventusu umówiły się z PZPN, że zaraz po meczu nasz reprezentant prywatnym samolotem zostanie przetransportowany na mecz w Tiranie. Tak wspominał przygotowania do tych spotkań i do podróży Zbigniew Boniek: ,,Do tych dwóch spotkań przygotowywałem się wyjątkowo starannie nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. W ciągu niespełna 24 godzin na dwóch krańcach Europy miałem zagrać dwa bardzo ważne mecze. Trudność polegała na tym, że nie mogłem pozwolić sobie na odprężenie po pierwszym spotkaniu. Nie wolno mi odczuwać zmęczenia– takie założenie przyjąłem dużo wcześniej, nim nasz zespół pojawił się w Brukseli.” Nikt nie mógł jednak przewidzieć tragedii, jaka wydarzyła się przed meczem na Heysel, przez którą ta podróż dla Zibiego, była jeszcze trudniejsza, niż wcześniej planował: ,,Oczywiście byłem przygotowany na dwa mecze. ale przecież nie mogłem przypuszczać, i nikt tego nie mógł, że będę jechał do tirany w tak fatalnym nastroju. szybko spakowałem się, było już po północy, gdy opuszczałem hotel. Włosi, zgodnie zresztą ze zobowiązaniami wobec PZPN, bardzo precyzyjnie przygotowali moją podróż do Albanii. Samochodem pojechałem prosto na lotnisko. Władze celne i graniczne nie przeprowadziły żadnej kontroli. Tymczasem w części lotniska wyznaczonej dla samolotów prywatnych panował tłok i zamieszanie. Nikt nie był w stanie powiedzieć, którym samolotem mam lecieć, bo takich samych awionetek czekało gotowych do odlotu około… czterystu. Wszyscy bezradnie rozkładali ręce, tłumy kibiców kręciły się między samolotami. Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć walizkę w rękę i pytać kolejno pilotów. Miałem szczęście, bodaj dwunasty napotkany samolot był właśnie tym, którym w ciągu doby miałem odbyć podróż niemal dookoła Europy. Około szóstej rano dolecieliśmy do Pizy. Dlaczego właśnie tam? Z dwóch powodów, po pierwsze samolot nie był w stanie bez przerwy pokonać odległości dzielącej Brukselę od Tirany, po drugie piloci nie znali dokładnie warunków atmosferycznych nad Albanią. Poza tym postój w Pizie wykorzystałem na trzygodzinną drzemkę w hotelu obok lotniska. Około czternastej byliśmy w Tiranie. Na lotnisku czekał na mnie kierownik drużyny, Jerzy Wilkosz. Po piętnastu minutach byłem w hotelu. Dopiero tam poczułem całkowite odprężenie.” Zbigniew Boniek w ciągu niecałych 22 godzin rozegrał dwa pełne mecze o bardzo wysoką stawkę oraz pokonał dystans 1734 km (Bruksela-Pisa-Tirana). W obydwu spotkaniach okazał się kluczowym piłkarzem. W Brukseli po faulu na Zibim Michel Platini z rzutu karnego zdobył zwycięskiego gola dla Juventusu, a w Tiranie już osobiście Boniek strzelił gola na wagę trzech punktów.

Søren Lerby

Boniek rozegrał swoje mecze w dwa kolejne dni, ale kilka miesięcy później duński pomocnik Bayernu Monachium Søren Lerby, miał dużo trudniejsze zadanie. W ciągu sześciu godzin miał zagrać w dwóch spotkaniach, zaplanowanych na stadionach oddalonych od siebie o blisko 1000 km. Lerby był kluczowym graczem zarówno reprezentacji, jak i Bayernu, a tak się złożyło że jedni i drudzy grali na 13 listopada 1985 roku. „Duński Dynamit” prowadzony przez Seppa Piontka grał po południu w Dublinie mecz eliminacji MŚ z Irlandią, a Bayern, który trenował wówczas Udo Lattek, o 20:00 rozgrywał w Bochum mecz drugiej rundy Pucharu Niemiec. Spotkanie w Dublinie było wówczas dla Duńczyków formalnością, ponieważ praktycznie mieli zagwarantowany awans, ale dla pewności potrzebowali jeszcze jednego punktu. Trener Piontek obiecał Sørenowi, że jak tylko wynik będzie korzystny, to zdejmie go z boiska, i pozwoli, by udał się do Niemiec. Do przerwy było 1:1 i stojący przy linii menadżer Bayernu Uli Hoeness, który organizował całą akcję, nerwowo patrzył na zegarek. Gdy w 58. minucie John Sivebaek strzelił gola na 3:1 dla Danii, Lerby mógł wreszcie opuścić boisko. ,,Pobiegłem do szatni i wziąłem prysznic tak szybko, jak chyba nigdy w życiu. Z mokrymi włosami wybiegłem ze stadionu i wskoczyłem do samochodu w którym z uruchomionym silnikiem czekał Uli. To był wyścig z czasem”– tak wspominał tamte chwile Lerby. W towarzystwie eskorty policji mknęli przez wąskie drogi wylotowe z miasta na międzynarodowe lotnisko w północnej części Dublina do oczekującego na nich prywatnego odrzutowca. Motocyklista irlandzkiej policji na sygnale doprowadził nas na płycie lotniska w Dublinie do czekającego samolotu. Wsiedliśmy do niego biegiem i po około godzinie lotu, tuż po siódmej wieczorem wylądowaliśmy na lotnisku w Dusseldorfie – opowiada dalej Lerby. Do meczu pozostała niecała godzina i 51 kilometrów do pokonania. Podróż autostradą do Bochum duński pomocnik opisuje w taki oto sposób: ,,Po wylądowaniu, pędziliśmy w Porsche autostradą w kierunku Bochum. Podróż wydawała się trwać wiecznie, zegar tykał. Przed Ruhrstadion wylądowaliśmy w korku. Nie mogliśmy ruszyć się zarówno w do przodu jak i wstecz. Byliśmy jak w klatce. Wyskoczyłem na zewnątrz, powiedziałem „Bye” do Uliego i ruszyłem biegiem ostatnie dwa kilometry do stadionu. Chciałem grać od początku.” Niestety kiedy Lerby dobiegł na stadion, drużyna już była w tunelu i… wychodziła na boisko. Udo Lattek podszedł do Sørena i powiedział mu, że wejdzie na plac gry po przerwie. Duńczyk był bardzo rozczarowany, bo czuł, że cała ta walka z czasem poszła na marne. Jak się okazało, nie do końca. Mecz w regulaminowym czasie zakończył się remisem 1:1 i trzeba było zagrać dogrywkę, która również nie przyniosła rozstrzygnięcia. Nie strzelano wtedy karnych, tylko powtarzano mecz na stadionie gości. Bayern wygrał powtórzone spotkanie 2:0 a jedną z bramek zdobył Lerby. Duńczyk w ciągu sześciu godzin zagrał w dwóch meczach w sumie 133 minuty i pokonał odległość blisko 1000 kilometrów.

Mark Hughes

Bardzo podobny problem do Duńczyka miał dwa lata później, występujący wówczas również w ekipie z Bawarii, walijski napastnik Mark Hughes. 11 listopada 1987 roku reprezentacja Walii grała w Pradze o 16:30 mecz w ramach eliminacji do ME, a o 20:15 w Monachium Bayern podejmował w meczu drugiej rundy Pucharu Niemiec Borussię Mönchengladbach. Uli Hoeness ponownie wszystko zaplanował i zaraz po zakończeniu meczu w Pradze, Hughes udał się na lotnisko do oczekującego na niego samolotu. Tym razem odległość była dużo krótsza (300 km), więc podróż przebiegła błyskawicznie. Mark Hughes opowiadał później: ,,Lecieliśmy tuż nad stadionem, gdy mecz już się zaczął. Widziałem z góry piłkarzy.” Walijczyk dotarł na stadion w przerwie i w 63. minucie pojawił się na boisku. Bayern przegrywał 0:1, ale po wejściu Hughesa potrafił odwrócić wynik meczu i po dogrywce pokonać gości 3:2. Mark Hughes w ciągu kilku godzin rozegrał w sumie 147 minut w dwóch spotkaniach, ale z pewnością nie żałował tego, gdy jako zwycięzca opuszczał murawę monachijskiego stadionu.

Juninho Pernambucano

W Ameryce Południowej również mieliśmy przykład piłkarza, który postanowił zagrać w dwóch meczach jednego dnia. Znany wszystkim z występów we francuskim Lyonie Juninho Pernambucano, jeszcze jako piłkarz brazylijskiego Vasco da Gama, dokonał takiego wyczynu 7 września 1999 r. Podczas meczu towarzyskiego Brazylia – Argentyna rozgrywanego w Porto Alegre, zagrał przez ostatni kwadrans, a następnie mimo problemów z opóźnionym lotem, udał się do Montevideo w Urugwaju, aby pojawić się w drugiej połowie meczu o Copa Mercosur pomiędzy Vasco i Nacionalem.

Nacho Novo

Ostatnim i najnowszym przykładem gracza, który zrobi wszystko by zagrać w dwóch spotkaniach, jest znany polskim kibicom z występów w warszawskiej Legii Nacho Novo. Wprawdzie nigdy nie zagrał on w reprezentacji Hiszpanii, ale za to występował w nieoficjalnych meczach reprezentacji Galicji. 27 grudnia 2008 rozegrał 16 minut jako piłkarz Rangers FC w derbach Glasgow, by następnie udać się błyskawicznie na lotnisko i pokonać liczącą blisko 1500 kilometrów drogę z Glasgow do A Corunii i wystąpić w spotkaniu reprezentacji z Iranem. Jak się okazało, warto było tak się poświęcić dla reprezentacji, ponieważ nie dość że zagrał od pierwszej minuty, to jeszcze zdobył dwa gole i Galicja pokonała Iran 3:2.

Przypomniałem wam najbardziej znane przypadki piłkarzy, którzy w ciągu 24 godzin zagrali zarówno dla klubu jak i dla swojej ojczyzny. Mimo trudności w podróży nie poddawali się i chyba żaden z nich nie żałuje swojej decyzji. W obecnych czasach takie poświęcenie piłkarze wykazują chyba tylko ostatniego dnia okienka transferowego, gdy muszą przed 24:00 podpisać nowy kontrakt.

8

8

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

29 kwietnia 1903 r. w Moskwie urodził się Jerzy Bułanow. Pierwszym piłkarzem spoza Polski reprezentującym nasz kraj, który dodatkowo nie miał na początku z nią nic wspólnego, był człowiek urodzony w Imperium Rosyjskim. Jerzy Bułanow przebył długą drogę po to, żeby zostać kapitanem reprezentacji Polski. Zanim piłkarz urodzony w Moskwie trafił do Polski, grywał w lokalnych klubach. Niestety nie ma zbyt wielu informacji na temat jego przygody z nimi. Rodzina piłkarza wyemigrowała do Polski w obawie przed Bolszewikami. Sam zawodnik szybko dostosował się do warunków panujących w naszym kraju i na początku lat 20. XX wieku zadebiutował w Polskiej kadrze. Jego rodzina dostarczyła kilku dobrych piłkarzy, Jerzy miał trzech braci, którzy dobrze grali w piłkę i reprezentowali Polonię Warszawa. Gdy dostał się do kadry, nie miał nawet Polskiego obywatelstwa. Nikt jednak nie robił mu przez to problemów. Jerzy Bułanow swoją karierę w Polsce rozpoczął w nieistniejącej już Koronie Warszawa. Po dobrych meczach, które rozgrywał, dostał zaproszenie do Krakowa na mecz treningowo-kwalifikacyjny przed starciem z Rumunią. Na stadionie w Krakowie wypadł całkiem nieźle i znalazł się w drodze do Czerniowców. Musicie przyznać, że na pewno było to wielkie wydarzenie w życiu niespełna 19-letniego Rosjanina. Obawiano się, że na granicy może mieć problemy, ponieważ nie posiadał polskiego obywatelstwa. W rękę wciśnięto mu paszport Stefana Popieli, piłkarza Cracovii i tym o to sposobem przeszedł kontrolę. Świeżo upieczony reprezentant miał mieszane uczucia przy hymnie narodowym. Opowiadał, że czuł się dziwnie mały. Po raz pierwszy stał z orzełkiem na piersi, wysłuchując Mazurka Dąbrowskiego. Miał chwile, w których chciał wykrzyczeć „puśćcie mnie!” i uciec. Mecz zakończył się remisem a Bułanow całkiem dobrze sobie poradził. Na kolejne spotkanie w kadrze narodowej musiał czekać aż 6 lat! Sam Jerzy wspominał, że PZPN nie wiedział, że jest Rosjaninem i dlatego dostał powołanie. Ponoć przez to nieporozumienie nie był brany pod uwagę. Nie miało nawet znaczenia to, że był kluczowym piłkarzem Polonii Warszawa. Można powiedzieć, że stał się jej legendą. W drodze wyjaśnień należy zaznaczyć, że Jerzy Bułanow przez rodziców nazwany został Jurij. Dopiero po kilku latach w Polsce zmienił imię, żeby brzmieć bardziej swojsko. Mówił coraz lepiej w naszym ojczystym języku. Jego zainteresowaniem było dziennikarstwo. Lubił wcielać się w rolę reportera sportowego. Wydawał pismo, napisał również dwie książki. Zanim bohater tego tekstu ponownie zagrał w kadrze, wraz z Polonią sięgnął po wicemistrzostwo kraju. Po dobrych występach dostał propozycję z Wiednia, w którym miał grać na zasadzie profesjonalnego kontraktu. Wysłannicy z Austrii argumentowali, że w Polonii nic dobrego go nie czeka, a u nich będzie grał na odpowiednim poziomie i zarobi sporo pieniędzy. Jednak od zawsze twierdził, że sport kończy się tam, gdzie są pieniądze. Dzisiaj chyba już nikt na to nie zważa, jeśli tak jest, to rzadko. W obecnym futbolu bez pieniędzy nic nie można osiągnąć, ale fakt nie można porównywać czasów przed II wojną światową do dzisiejszego rozwoju, jedno jest pewne, piłka jest była i będzie.

Bułanow po powrocie okazał się ważnym ogniwem dla zespołu. Obrońca został kapitanem w drużynie prowadzonej przez Józefa Kałużę. W 1931 roku wyprowadził Polskę na stadionie w Brukseli już, jako najważniejszy zawodnik w zespole. Mimo przegranej Polacy zaimponowali 40-tysięcznej publiczności. W jego wspomnieniach możemy przeczytać, że przegrali z powodu słabej gry Kossoka czy Wypijewskiego, którzy grali całkowicie bez wyrazu. Po dwóch latach Polacy zagrali pierwszy mecz w historii z reprezentacją Niemiec. Broniąc się do ostatnich minut, Polacy ulegli w końcówce spotkania. Nim wybuchła wojna, w 1934 roku pożegnał się z reprezentacją. Przygotowywał się do meczu z Niemcami, który miał być jego 30-stym spotkaniem z orłem na piersi, lecz nagle został całkowicie usunięty z kadry. Bułanow skomentował to po latach poniższym zdaniem: ,,Zostałem wycofany z obiegu. Szmelc wyrzuca się do kosza. Czyż trzeba publicznie dać mi do zrozumienia, że już się zestarzałem, że tacy jak ja nie mają żadnej wartości dla reprezentacji? Zaprawdę nie wszystko było robione w myśl zasady fair play!”. W wieku 34 lat doznał ciężkiej kontuzji kolana, która zakończyła jego karierę. W sumie pewnie nie pograłby za długo, w czasie wojny mało kto uprawiał ten sport. W późniejszym okresie Rosjanie przepędzili go z Polski. Trafił do armii prowadzonej przez Władysława Andersa we Włoszech. Po zakończeniu wojny osiedlił się w Anglii a władzę PRL rozkazały wymazać Jerzego Bułanowa z wszelkich archiwów. Żeby w miarę godnie żyć, zajmował się różnymi rzeczami, od bycia trenerem po zajęcie się wcześniej wspomnianym dziennikarstwem. Przed tym wyemigrował do Buenos Aires, gdzie zmarł na zawał serca 17 marca 1980 roku.


@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira

7

@FCBparasiempre
29 kwietnia 1950 r. urodził się Piotr Drzewiecki, obrońca. ,,Wychowałem się w Chorzowie-Batorym i chodziłem z synem Gerarda Cieślika do szkoły. Gdy jego słynny ojciec był trenerem w Lędzinach, zabierał nas samochodem na mecze”- opowiada pan Piotr. Przesiąkł legendą Cieślika, więc nie ma co się dziwić iż przez całą karierę grał tylko w jednym klubie, w Ruchu Chorzów, z którym 3 razy zdobywał mistrzostwo Polski. Po medalowym Mundialu w RFN mógł być następcą Adama Musiała w reprezentacji Polski ale lewy obrońca Niebieskich przegrał z kontuzjami. Pierwszej doznał gdy miał zaledwie 19 lat, 17 września 1969 r. w wyjazdowym meczu w ramach rozgrywek o Puchar Miast Targowych z Wiener Sport Club. Nawet dzisiaj dźwięk nazwiska Kaltenbrunner robi na nim złowieszcze wrażenie, choć przecież nie chodzi o nazistowskiego zbrodniarza skazanego w procesie norymberskim na kare śmierci. Günter Kaltenbrunner to austriacki piłkarz, który ostro władował się Drzewieckiemu w nogi podczas wiedeńskiego meczu. ,,Wszedłem na boisko po przerwie, tak samo jak Józef Jandula i od początku właśnie Józek ścinał się z tym Kalterbrunnerem. Twardo było, Jandula nie odpuszczał i Austriak, wysoki, mocny napastnik, koniecznie chciał się odegrać a że akurat ja znajdowałem się w pobliżu, sfaulował mnie. Nie wiem jakie miał zamiary ale skutek był taki że kompletnie rozwalił mi kolano.. W pierwszym, całkiem rozsądnym zamyśle Drzewiecki miał być operowany w Wiedniu. ,,Działacze Ruchu szybko przeliczyli że będzie to słono kosztować, więc zapadła decyzja o powrocie do Polski. Najpierw z Wiednia zabrali mnie do Krakowa a stamtąd samochodem do Bielska-Białej, prosto na stół operacyjny. Poskładali mi kolano ale czekała mnie długa rekonwalescencja. Na początku kariery wszystko pięknie się układało i nagle alarm. Niemal po każdym meczu noga była spuchnięta. Cały czas chodziłem na jakieś konsultacje lekarskie. Musiałem ciągle się pilnować żeby nie przeciążać kolana. Nauczyłem się z tym żyć bo alternatywą było zakończenie kariery. Noga puchła? Trudno. Zaciskałem zęby i grałem dalej, uważając żeby nie wydarzyło się coś gorszego niż obrzęk. Zawsze wiedziałem że będę grał w klubie z Cichej. Nie było innej opcji! Wychowałem się w Chorzowie-Batorym a to oczywiście matecznik Niebieskich. Po sąsiedzku mieszkali Wyrobek, Bula a Cieślik miał mieszkanie tylko 3 klatki dalej. Z jego synem chodziłem do podstawówki. Korzystałem na tym bo pan Gerard zabierał nas samochodem na mecze swojej drużyny, gdy został trenerem”- opowiada pan Piotr. Powrót do normalnego grania zabrał mu rok ale gorzej było z odzyskaniem wysokiej formy. Gdy przyszło grać co 3 dni, kolano nie wytrzymywało takiego obciążenia. Wreszcie w Ruchu pojawił się trener Vičan, który w 1969 r. po finałowym zwycięstwie nad FC Barceloną(3:2) zdobył ze Slovanem Puchar Zdobywców Pucharów. Nic dziwnego że w nowym polskim klubie miał wielki posłuch. Praca z nim była dużą przygodą bo potrafił dokręcić śrube piłkarzom. Nie wszyscy dobrze to znosili. Młody chłopak z ciężką kontuzją w papierach stawał przed sporym wyzwaniem. ,,Przede wszystkim Vičan znał moją przeszłość i wcale nie zalecał mi forsownych zajęć. Wręcz przeciwnie, był wyrozumiały, podpowiadał, co i jak mam robić”- zapewnia pan Piotr. To był czas, kiedy z Ruchem powoli rozstawali się starsi piłkarze jak Jandula, Faber, Nieroba, Piechniczek czy Herman. Dla Drzewieckiego zaczynał się lepszy okres. Kolano doprowadził do jako takiego porządku, oswoił się z powracającym bólem, wiedział jak minimalizować ryzyko. Długo jednak nie nacieszył się grą, ponieważ… doznał kolejnej poważnej kontuzji. ,,Zerwałem mięsień uda i było to również pokłosie tamtego dramatu z Wiednia. Wtedy pomyślałem sobie że już nie dam rady, że nie będę grał zawodowo w piłke. Gips sięgał mi aż do biodra. Gdy wchodziłem w mieszkaniu do ciasnej toalety, to zostawiałem otwarte drzwi bo usztywniona noga musiała wystawać na zewnątrz. Powoli zaczęło się to wreszcie goić a potem czekało mnie zwiedzanie sanatoriów aż w końcu znowu wróciłem do grania”- wspomina z satysfakcją pan Piotr. Niesamowite że wszystko co najlepsze, ciągle było przed nim. Nie dość że z Ruchem 3-krotnie zdobył mistrzostwo Polski, to zagrał jeszcze w reprezentacji kraju. W momencie szczególnym bo jesienią po mistrzostwach świata w RFN. Przygotowania do turnieju sprawiły że rozgrywki ligowe zostały dokończone już po powrocie do medalistów do Polski. Tytuł zdobył Ruch a forme piłkarzy Vičana docenił Kazimierz Górski. 9 października 1974 w kwalifikacjach do mistrzostw Europy Polacy pokonali Finlandię 3:0. W naszej drużynie co prawda zabrakło Maszczyka ale pojawiło się aż 5 jego kolegów z Ruchu, których nie było na mistrzostwach: Ostafiński, Wyrobek, Bula, Marx oraz Drzewiecki i to właśnie on miał największe szanse aby utrzymać się w kadrze na dłużej bo wypadł Musiał, który na początku września spowodował wypadek samochodowy. Musiał w reprezentacji już nigdy nie zagrał ale Drzewiecki ograniczył się tylko do 3 występów, wszystkie zaliczył jesienią 1974 r. Jeszcze w kwietniu 1975 pojechał do Rzymu na mecz z Włochami w eliminacjach ME. ,,Miałem zagrać ale kolano mi spuchło, nic się nie dało z tym zrobić. Zastąpił mnie Henryk Wawrowski i zadomowił się w jedenastce na dłużej a ja już skupiłem się wyłącznie na grze w Ruchu”- wyjaśniał obrońca Niebieskich. Pan Piotr nieźle sobie radził, zdobył z drużyną jeszcze 2 tytuły mistrzowskie. Wtedy czuł się potrzebny, choć rozumiał że wysiłek i poświęcenie mają swoją cene. Wielu jego rówieśników po 30-tce wyjeżdżało za granice aby jeszcze pograć i zarobić w obcej walucie. W jego przypadku nie było na to szans. Jak jakaś klątwa wlokła się za nim ta nieszczęsna kontuzja z Wiednia. Musiał odciążać prawe kolano, więc siłą rzeczy robił nienaturalne ruchy a z biegiem czasu zaczęły się pojawiać inne dolegliwości. Gdy kończył grać w Ruchu, odezwał się jeszcze walczący o awans do 2 ligi BKS Bielsko-Biała ale Drzewiecki nie dał się już namówić na dalsze granie a tym bardziej na przeprowadzke.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?