FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
4
@FCBparasiempre
Działo się to 22 kwietnia 1970 roku. Stadion w Strasbourgu był areną trzeciego meczu pomiędzy Górnikiem Zabrze a AS Roma w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Dwa poprzednie spotkania kończyły się remisami. Potyczka rozegrana na neutralnym terenie również nie przyniosła rozstrzygnięcia. O tym, która drużyna awansuje do finału, zadecydować musiał ślepy los. Wówczas jeszcze nie rozgrywano konkursów rzutów karnych. Wszystko zależało od tego, na którą stronę spadnie moneta. Dalszą część historii zna pewnie większość naszych czytelników. Szczęście było po stronie piłkarzy Górnika, a polscy kibice usłyszeli płynący z telewizorów okrzyk Jana Ciszewskiego o tym, że sprawiedliwości stało się zadość. Drużyna z naszego kraju awansowała jedyny raz w historii do finału europejskiego pucharu. Tamte chwile zawsze wspomina się z radością. Nic dziwnego, że wiele osób tęskni za dawnymi rozgrywkami. Było w nich mniej pieniędzy i przepychu, ale więcej niespodzianek i romantycznych historii. Przedstawiamy pięć dawnych, nierozgrywanych już pucharów. Kryteria wyboru były dość specyficzne. Dlatego rozgrywki dużej rangi mieszają się tu z zawodami dawno zapomnianymi.
Puchar Zdobywców Pucharów
Na wstępie przypomnieliśmy wielki sukces Górnika Zabrze. Wspaniała drużyna w składzie z takimi gwiazdami jak Włodzimierz Lubański, Stanisław Oślizło, Jerzy Gorgoń czy Hubert Kostka awansowała do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Półfinałowe boje z AS Roma zapisały się niezwykle mocno w pamięci polskich kibiców. Nasze piłkarstwo stało wówczas u progu wielkich osiągnięć. Legia w tym samym sezonie doszła do półfinału Pucharu Europy, a w kolejnych latach reprezentacja Polski zdobywała medale mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. We wspomnianym finale Górnik przegrał z Manchesterem City, ale do dziś był to jedyny udział w finale europejskiego pucharu polskiego klubu. Piękną kartę w PZP zapisała także Legia Warszawa, która w 1991 roku dotarła do półfinału, eliminując m.in. bardzo mocną w tamtych czasach Sampdorię Genua. Została zatrzymana dopiero przez Manchester United.
Historia Pucharu Zdobywców Pucharów zaczęła się w sezonie 1960/61. Udział w rozgrywkach wzięło tylko 10 drużyn. Najlepsza okazała się Fiorentina, która pokonała w finałowym dwumeczu Glasgow Rangers. W kolejnych latach zrezygnowano z rozgrywania finałowych dwumeczów. W ramach rywalizacji w finale odbywało się tylko jedno spotkanie. Wyjątek miał miejsce wówczas, gdy padł remis. Wtedy rozgrywano dodatkowy mecz. Stało się tak trzykrotnie (w 1962, 1964 i 1971 roku). W roku 1980 pierwszy raz o losach tego pucharu decydowały rzuty karne. Valencia pokonała w nich Arsenal. Rozgrywki PZP pełne były niespodziewanych rozstrzygnięć. Zdarzało się, że po trofeum sięgały zespoły, które obecnie daleko są od wielkiej piłki. W 1974 roku triumfatorem został FC Magdeburg z NRD. W finale pokonał AC Milan. Siedem lat później najlepsze było gruzińskie Dinamo Tbilisi, reprezentujące wówczas ZSRR. W roku 1983 świat usłyszał o utalentowanym trenerze, który w przyszłości odnosił ogromne sukcesy z Manchesterem United. Mowa tu oczywiście o Aleksie Fergusonie, który do zwycięstwa w PZP doprowadził szkockie Aberdeen. Trzeba też wspomnieć o rewelacyjnym KV Mechelen. W 1988 roku drużyna z małego belgijskiego miasta pokonała w finale słynny amsterdamski Ajax. Jedynym Polakiem, który sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów był Zbigniew Boniek. W 1984 roku jego Juventus pokonał w finale FC Porto 2:1, a wychowanek Zawiszy Bydgoszcz zdobył jedną z bramek. Dla klubu z Turynu był to początek pięknej ery i dominacji w europejskiej piłce. Jak wiadomo, w PZP rywalizowały zespoły, które triumfowały w pucharze swego kraju. Kiedy jednak jakiś klub zdobył w jednym sezonie dublet, zapewniał sobie udział w Pucharze Europy (później Lidze Mistrzów), a do PZP przystępował finalista krajowego pucharu. Do ciekawej sytuacji doszło w latach 90. w Holandii. Wówczas w rozgrywkach Ligi Mistrzów występowali także wicemistrzowie mocniejszych krajów. Gdy w finale Pucharu Holandii zagrały dwie najlepsze drużyny ligowych rozgrywek, o prawo startu w PZP rywalizowały półfinaliści krajowego pucharu – SC Heerenveen i Twente Enschede. Awansowali ci pierwsi. Rozwój wspomnianej Ligi Mistrzów powoli zabijał prestiż Pucharu Zdobywców Pucharów. Przez lata był to drugi najważniejszy europejski puchar, po Pucharze Europy. Kiedy w Champions League najmocniejsze federacje zaczęły wystawiać nawet po cztery drużyny, Puchar Zdobywców Pucharów stracił na znaczeniu. Ostatni raz zagrano o niego w sezonie 1998/99. Na Villa Park w Birmingham Lazio pokonało Real Mallorca 2:1. Najczęściej po Puchar Zdobywców Pucharów sięgała FC Barcelona, która triumfowała cztery razy. Jeśli chodzi o kraje, najwięcej zwycięstw miała Anglia. Kluby z tego kraju wygrywały ośmiokrotnie. Puchar Zdobywców Pucharów miał niepowtarzalny klimat i wielu starszych kibiców wspomina te rozgrywki z nostalgią. Jednak taki format pewnie nie pasowałby do obecnych czasów. Pozostaje nam tylko uśmiechnąć się, kiedy telewizja przypomina rzuconą monetę dającą radość piłkarzom Górnika czy Zbigniewa Bońka strzelającego w finale i prowadzącego do triumfu wielki Juventus.
Puchar Intertoto
O ile wspomnienia o Pucharze Zdobywców Pucharów wywołują łezkę wzruszenia, o tyle na myśl o Pucharze Intertoto pojawia się uśmiech. Trochę nostalgiczny, a trochę ironiczny. Były to rozgrywki trochę… dziwne. Ich format często się zmieniał. Była to jednak przede wszystkim droga do tych „właściwych” pucharów. Historia Pucharu Intertoto rozpoczęła się w 1961 roku. Początkowo format rozgrywek był zbliżony do tradycyjnych pucharów, jednak pod względem prestiżu Puchar Intertoto zdecydowanie ustępował trzem głównym pucharom. Mocny polski akcent miał miejsce w sezonie 1963/64. Wówczas doszło do polskiego półfinału, w którym zmierzyły się Polonia Bytom i Odra Opole. Pierwsze spotkanie odbyło się w Bytomiu. Gospodarze, chociaż do przerwy przegrywali, ostatecznie wygrali 2:1. W rewanżu rozegranym w Opolu gole nie padły. Polonia Bytom awansowała do finału. Najważniejszy mecz odbył się w Wiedniu. Wśród widzów znaleźli się piłkarze wielkiego Realu Madryt, którzy dzień później rozgrywali finał Pucharu Europy przeciwko Interowi Mediolan. Przeciwnikiem bytowian był Slovan Bratysława. Górą była drużyna z Czechosłowacji, która wygrała 1:0. W kolejnym sezonie Na Polonię nie było mocnych. Tym razem finał rozegrany został na zasadzie dwumeczu. Rywalem zespołu z Bytomia był Lokomotiv Lipsk. W NRD gospodarze wygrali 3:0. Polonia zdołała jednak odrobić straty przed własną publicznością, zwyciężając 5:1. Od 1967 roku zmienił się format Pucharu Intertoto. Rozgrywano jedynie fazę grupową. Rozgrywki nie miały więc zwycięzców. Tak było do roku 1994. W tym czasie polskie kluby kilka razy wygrywały swoje grupy. Najczęściej dokonywały tego Wisła Kraków, Pogoń Szczecin oraz wspomniana Polonia Bytom. W roku 1995 powrócono do rozgrywania meczów finałowych. Odbyły się jednak… dwa równorzędne finały. W kolejnym roku zapoczątkowano rozgrywanie aż trzech finałów. W 1998 do jednego z nich dotarł Ruch Chorzów, ale przegrał z Bologną. W 2006 roku doszło do kolejnej transformacji rozgrywek. Znów nie odbywały się finały. Wyłaniano jedenaście drużyn, które przystępowały do rywalizacji w drugiej rundzie eliminacji Pucharu UEFA. Ostatnia edycja Pucharu Intertoto miała miejsce w 2008 roku. Kiedy Puchar UEFA przekształcił się w Ligę Europy, zmieniając format, Europejska Federacja Piłkarska podjęła decyzję o zlikwidowaniu tych specyficznych rozgrywek. Podejście niektórych klubów do Pucharu Intertoto nie zawsze było poważne. Zdarzało się, że zespoły z mocniejszych lig wystawiały rezerwowe składy. Transmisje spotkań także nie były standardem. Czasem jednak dane było nam oglądać zmagania w tych rozgrywkach. Wspominając ten puchar, możemy poczuć nutkę nostalgii i przypomnieć sobie beztroskie, wakacyjne chwile okraszone namiastką piłkarskich emocji.
Puchar Mitropa
W przeciwieństwie do dwóch poprzednich opisanych w tym tekście pucharów, Puchar Mitropa to rozgrywki zdecydowanie mniej znane. Z wielu względów nie zapisały się tak mocno w powszechnej świadomości. Ich tradycja jest jednak dłuższa niż znanych dziś europejskich pucharów. Historia Pucharu Mitropa rozpoczęła się bowiem już w 1927 roku. W zmaganiach uczestniczyły drużyny z Europy Środkowej. Jednym z inicjatorów powstania tych rozgrywek był austriacki trener Hugo Meisl, który wówczas pełnił funkcję prezesa Austriackiego Związku Piłki Nożnej. Decyzję o organizacji zawodów podjęto na zebraniu w Wenecji. W pierwszej edycji zagrały kluby z Austrii, Węgier, Czechosłowacji i Jugosławii. Po trofeum sięgnęła Sparta Praga. Z czasem do rywalizacji dołączyły drużyny włoskie, a potem także szwajcarskie i rumuńskie. Rozgrywki zostały zawieszone w 1940 roku z powodu II Wojny Światowej. Po zakończeniu największego w dziejach konfliktu zbrojnego kontynuowano rywalizację pod szyldem Pucharu Zentropa. Z czasem przywrócono poprzednią nazwę, ale powstanie w latach 50. Pucharu Europy sprawiło, że prestiż środkowoeuropejskiego pucharu mocno podupadł. W latach 80. o puchar rywalizowały drużyny z drugich lig. W 1992 roku rozgrywki odbyły się ostatni raz. Wygrał je jugosłowiański Borac Banja Luca, a finał oglądało na stadionie mniej niż tysiąc widzów.
Puchar Liptona
Kolejne z mniej popularnych rozgrywek. O Puchar Liptona rywalizowały tylko dwie drużyny – reprezentacje Argentyny i Urugwaju. W ramach walki o to trofeum stanęły naprzeciwko siebie 29 razy. Na początek warto przedstawić postać sir Thomasa Liptona. Wiele osób na pewno kojarzy to nazwisko z herbatą. Takie skojarzenia są właściwe. Lipton był brytyjskim przedsiębiorcą. Stał się milionerem, kupił plantacje herbaty w Sri Lance i prężnie działał w branży herbacianej. Stworzył słynną markę Lipton. Wprowadził wiele innowacji, jak choćby używanie specjalnych pojemników, dzięki którym herbata zachowywała świeżość. Był także wielkim fanem sportu. W 1905 roku Lipton zainicjował wspomnianą rywalizację między Argentyną a Urugwajem. Były to wówczas najmocniejsze piłkarsko kraje Ameryki Południowej. Brazylia dopiero później miała osiągnąć wielkość. Wpływy z meczów przekazywane były na cele charytatywne. Początkowo mecze rozgrywane były co roku, na zmianę w Buenos Aires i Montevideo. W pierwszej edycji padł bezbramkowy remis, co sprawiło, że trofeum powędrowało do piłkarzy z Urugwaju. Zasady były bowiem takie, że w przypadku remisu, puchar przyznawany był drużynie gości. Puchar Liptona zaczął cieszyć się w obu krajach dużą popularnością, która w latach 20-tych została zatrzymana przez rozwijające się rozgrywki Copa America. Do tradycyjnych spotkań nie dochodziło już regularnie. Z czasem były one organizowane coraz rzadziej. Od 1937 do 1976 roku rozegrano tylko osiem meczów. Później rywalizację o trofeum stoczono tylko raz, w 1992 roku. Podobnie jak w premierowej potyczce, tak i w ostatniej nie padły gole. Puchar trafił jednak w ręce Argentyńczyków, gdyż tym razem to oni wystąpili w roli gości. Trofeum ogólnie padło ich łupem siedemnaście razy. Urugwajczycy wygrywali dwunastokrotnie. Obecnie mało kto pamięta o Pucharze Liptona. Kibiców w Ameryce Południowej rozgrzewają rozgrywki Copa America, gdzie o prymat walczą wszystkie drużyny z kontynentu. W tekście przedstawione zostały cztery puchary, po których zostały tylko wspomnienia. Tak jest przynajmniej w przypadku Pucharu Zdobywców Pucharów i Pucharu Intertoto. Jeśli chodzi o Puchar Mitropa oraz Puchar Liptona, pewnie nawet wspomnienia są wyblakłe. O tych dwóch ostatnich rozgrywkach mało kto pamięta. Kiedyś mecze rozgrywane w ramach tych zawodów rozgrzewały kibiców w Europie i, jak w przypadku Pucharu Liptona, w Ameryce Południowej. Zmieniają się czasy, zmienia się futbol. Obecnie opisane tu rozgrywki pewnie nie miałyby racji bytu. Przy współczesnym formacie trudno byłoby przebić się pucharom rozgrywanym na takich zasadach.
Warto jednak o tych rozgrywkach pamiętać. To ważna część piłki nożnej. Piłkarze, którzy zdobywali te trofea na zawsze zapisali się w historii futbolu i powinni zajmować też istotne miejsce w pamięci kibiców. Bez tych rozgrywek nie byłoby tego, co teraz – rywalizacji futbolowych gigantów w Lidze Mistrzów czy Lidze Europy. Warto zatem zanurzyć się w historię tego, co przed laty budziło wielkie emocje.
9
Puchary, których już nie ma(wiecie gdzie czytać):
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
8
Blaugrana w europejskich pucharach:
Dokładnie 20 lat temu FC Barcelona przegrała na Camp Nou 1:2 po dogrywce z Juventusem w ramach rewanżowego starcia w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. W pierwszym meczu w Turynie padł remis 1:1. W rewanżu ,,Stara Dama” objęła prowadzenie za sprawą Nedveda. W 66 minucie wyrównał Xavi i o awansie musiała przesądzić dogrywka bądź rzuty karne. Pomimo głośnego dopingu ponad 90 tysięcy widzów na Camp Nou, to goście zadali decydujący cios, gdy w 114 minucie szybką kontre zakończył celnym strzałem Zalayeta. Juventus awansował, choć od 79 minuty grał w osłabieniu po czerwonej kartce dla Davidsa. Oglądałem ten mecz w publicznej tv i choć jeszcze nie byłem zakochany w Barcuni to naprawdę bardzo było mi jej żal wówczas po tym meczu…
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
9
Wybitni trenerzy Katalońskiej Dumy:
22 kwietnia 1958 r. Helenio Herrera zostaje szkoleniowcem FC Barcelony. Argentyński trener prowadził Blaugrane zaledwie przez 2 sezony ale odcisnął wielkie piętno na drużynie, wygrywając 5 pucharów, w tym 2 mistrzostwa Hiszpanii. W 1960 r. odszedł do Interu Mediolan w wyniku konfliktu z Kubalą. Na San Siro ściągnął po roku Luisa Suareza, z którym w składzie dwukrotnie sięgał po Puchar Europy. Herrera powrócił do Barçy w 1979 r., lecz dwa kolejne sezony w roli szkoleniowca skończyły się tylko jednym pucharem a mianowicie Copa del Rey w 1979 r.
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
1
@Sysia11 Obyś miała racje z ta potegą :)
0
@regatta52 To również ale nawet i bez tego reżimu nie przeszlibyśmy wówczas Królewskich. Po prostu byli za silni...
5
Po raz pierwszy z ,,Los Blancos” w Pucharze Europy:
21 kwietnia 1960 r. rozegrano pierwsze El Clasico w Pucharze Europy. Spotkanie miało miejsce na Santiago Bernabeu w ramach półfinału Pucharu Mistrzów, gdzie Królewscy pokonali Barçe 3:1. W rewanżu na Camp Nou Real również wygrał 3:1. Trudno się dziwić takiemu wynikowi, gdy posiada się najlepszych zawodników na świecie na czele z Di Stefano, Puskasem i Gento.
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
11
Pożegnanie legendarnego ,,Les Corts”:
21 kwietnia 1957 r. FC Barcelona rozegrała ostatni ligowy mecz na słynnym Estadio Camp de Les Corts. Przeciwnikiem była FC Sevilla prowadzona wówczas przez Helenio Herrere a mecz zakończył się wynikiem 1:1. Ostatniego gola na tym obiekcie zdobył w 46 minucie nie kto inny jak sam genialny Ladislao Kubala.
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
10
Była sobie ,,La Manita”:
21 kwietnia 1935 r. FC Barcelona pokonała na Camp de Les Corts Real Madrid w stosunku 5:0(!) po 4(!) golach Martina Vantolry i jednym Escoli w ramach 21 kolejki Primera Division. Jednak ta wspaniała victoria w ostatecznym rozrachunku pozwoliła Blaugranie uplasować się jedynie na 6 miejscu w tabeli Primera Division.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
11
W wieku 82 lat zmarł dzisiaj legendarny pomocnik FC Barcelony Josep Maria Fuste.
Redakcja nadal milczy, nie wstyd wam?
8
Wielki Widzew(Pozdrawiam wszystkich ,,Czerwonoarmistów”):
Dokładnie 40 lat temu(a pamiętam to prawie jak wczoraj) Widzew Łódź zremisował z Juventusem Turyn 2:2 w półfinale Pucharu Mistrzów. Na stadionie ŁKS-u w obecności nadkompletu 40 tys. widzów odbył się mecz rewanżowy. Mimo porażki w pierwszym spotkaniu optymizm wśród kibiców Widzewa był spory, bo wszyscy pamiętali poprzednie spotkanie tych drużyn zakończone spektakularnym sukcesem łodzian. Nie przejmowano się nawet tym, że nie mogli zagrać Grębosz i Świątek a przecież byli to bardzo doświadczeni i potrzebni drużynie zawodnicy. Początek był bardzo udany, bo w pierwszym kwadransie Widzew stworzył dwie stuprocentowe okazje i właściwie trudno jest komukolwiek coś zarzucić, bo piłka po prostu minimalnie mijała bramkę Zofa. Gdy z takich sytuacji nie padają bramki to z reguły zdobywa je przeciwnik i tak też było. W 32 min. bramkę dla Juve zdobył P. Rossi i jak po meczu powiedział trener Trapattoni cieszył się bardzo, bo zdobycie takiego trafienia było celem jego drużyny. W drugiej połowie Widzew pokazał charakter, bo ofiarności i zaciętości w grze Polaków nie brakowało. Nagrodą były gole K. Surlita w 54 min. i 81 min., po których szaleństwo na trybunach nie miało końca. Po strzale na 2:1 radość została niestety szybko zmącona, bo jakiś kretyn rzucił w sędziego bocznego butelką, rozcinając mu głowę. Butelkę rzucono z trybuny zwanej Galerą i po tym wydarzeniu spotkanie przerwano na ok. 20 min. Milicja widowiskowo wyprowadziła na oczach kamer telewizyjnych (transmisje przeprowadzano do wielu krajów Europy i nie tylko) jakiegoś kompletnie pijanego osobnika, który na pewno nie był w stanie nie tylko rzucić butelką, ale nawet iść. Był ofiarą tego incydentu co nie zmienia faktu, że wydarzenie to zaważyło w konsekwencji na końcowy odbiór meczu i w pierwszej kolejności będzie zawsze z nim kojarzone. Po zdobyciu przez Surlita drugiego gola i wznowieniu gry po przymusowej 20 minutowej przerwie, Młynarczyk w pierwszej akcji sfaulował Bońka w polu karnym. Sędzia podyktował rzut karny dla Juventusu, którego wykorzystał Platini i w 82 min. zrobiło się 2:2.
To ostatecznie zatwierdziło wynik tej konfrontacji i marzenia o finale prysły. Jak pokazała przyszłość gra w półfinale tego pucharu była jak dotąd największym sukcesem sportowym Widzewa, jak i jednym z największych osiągnięć polskiej, klubowej piłki w europejskich pucharach (obok Górnika Zabrze i Legii Warszawa). Kilka dni po meczu, przed treningiem, w szatni, Zdzisław Rozborski podsunął Surlitowi pod nos egzemplarz ,,Piłki Nożnej”. Piłkarze zgromadzili się dookoła. Jak zareaguje? Kilka osób z trudem powstrzymywało śmiech. Surlit wpatrywał się w kartke jakby beznamiętnie a jedyną oznaką życia były według relacji Świątka, zmieniające się kolory na jego twarzy. Od czerwieni, przez purpurę aż do bieli. Wpatrywał się właściwie w jedno zdanie: ,,Paradoksem jest że oba gola zdobył jeden ze słabszych graczy”. Trwało to jakąś chwile. Surlit wyrwał jednym ruchem kartke, starannie złożył w kostke i wsunął do portfela, mówiąc ściszonym głosem: ,,On to wpierdoli”. W połowie lat 90-tych Świątek spotkał Surlita na meczu oldbojów. Rozmawiali przez jakiś czas gdy przypomniał sobie o sprawie. ,,A co z tym dziennikarzem”- zapytał Świątek. Surlit wyciągnął portfel, otworzył, wyciągnął kawałek papieru złożony w kostke. ,,Jeszcze go nie spotkałem ale jak go spotkam to to wpierdoli”- powiedział sucho. Stefan Szczepłek, autor tekstu: ,,Spotkaliśmy się kilka razy. Może zapomniał a może mu przeszło…”.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
9
Dokładnie 100 lat temu Polski Związek Piłki Nożnej został przyjęty do rodziny FIFA (Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej). Wydarzenie to oznaczało, że piłkarska reprezentacja Polski miała prawo występować na wszelkich imprezach mistrzowskich organizowanych przez FIFA.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
10
,,Zbrodnia” w biały dzień:
20 kwietnia 2010 r. FC Barcelona przegrała na San Siro 3:1 z Interem Mediolan w ramach pierwszego meczu półfinału Ligi Mistrzów. Kilka dni przed spotkaniem ruch lotniczy w Europie został sparaliżowany przez erupcje islandzkiego wulkanu. Blaugrana musiała zmienić swoje plany i udać się do Mediolanu autokarem, co odbiło się na jej formie fizycznej. Sporo kontrowersji wzbudziło sędziowanie trójki arbitrów z Portugalii, którzy popełnili błędy przy dwóch golach dla gospodarzy a w końcówce nie podyktowali ewidentnego karnego na Danim Alvesie. Jak ustaliła później prasa, arbiter główny Olegario Benquerença był dawnym wspólnikiem trenera Jose Mourinho, z którym miał prowadzić przed laty interesy w portugalskiej miejscowości Leira. To niesłychane w jaki sposób UEFA dobiera ,,bezstronnych sędziów”. Nie pierwszy i nie ostatni raz robią ,,nasz” klub w ciula! A najgorsze że do dzisiaj się to niewiele zmieniło…
@Symson
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
6
Zapomniane legendy futbolu:
19 kwietnia 1954 r. urodził się Trevor John Francis, były piłkarz grający na pozycji napastnika . W trakcie swojej kariery grał w kilku klubach w Anglii, a także grał w Stanach Zjednoczonych, Włoszech i Szkocji. Został pierwszym graczem Anglii za 1 milion funtów po przeniesieniu do Nottingham Forest w 1979 roku a później wygrał z klubem dwa kolejne Puchary Europy w 1979 i 1980 roku. Na poziomie międzynarodowym rozegrał dla Anglii 52 mecze w latach 1976-1986, strzelając 12 goli i grał na Mistrzostwach Świata FIFA 1982. W latach 1988-2003 był menadżerem piłkarskim, głównie w Sheffield Wednesday a następnie w Birmingham City.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
7
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
19 kwietnia 1989 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe 2:1 CSKA Sofia w rewanżowym spotkaniu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola strzelił Lineker, po czym w drugiej połowie wyrównał Stoiczkow. Zwycięskiego gola zdobył Guillermo Amor na 9 minut przed końcem meczu. W pierwszym meczu na Camp Nou Blaugrana nie bez trudu wygrała 4:2. W tamtym dwumeczu w barwach CSKA błyszczał Christo Stoiczkow, który strzelił Katalończykom łącznie 3 gole. Trzeba również pamiętać iż był to pierwszy sezon Johana Cruijjfa w roli trenera Dumy Katalonii. Dodam jeszcze że zanim Barça dotarła do półfinału i finału tych rozgrywek, to niemal cudem przeszła w II rundzie ,,Kolejorza” pokonując go w dwumeczu dopiero po rzutach karnych(!) 5:4
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Lionel_Messi10
@patataj
@Ogorinho1974
8
Blaugrana w Copa del Rey:
19 kwietnia 1978 r. FC Barcelona po raz 16-ty w historii zdobyła Puchar Króla. W finale rozgrywanym na Santiago Bernabeu pokonała UD Las Palmas 3:1. Gole dla Barçy zdobyli: Rexach(9 minuta(rzut karny) i 27 minuta), oraz Asensi(14 minuta).
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Sensible
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
8
Debiuty legend:
19 kwietnia 1956 r. zadebiutował w barwach Blaugrany znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez. Debiut przypadł na towarzyskie spotkanie z Associação Atlética Portuguesa zakończone bezbramkowym remisem.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
11
Feliz cumpleaños panie Rivaldo! Z okazji 51 urodzin. Sylwetki tego piłkarza chyba nie musze wam przedstawiać? A już na pewno nie wszystkim cules. To jedna z naszych znamienitych legend…
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
7
Czy Osimehn, Zieliński i spółka zagrają dziś z AC Milan na stadionie Diego Armando Maradony? Czy strzelą gola i wyeliminują ,,Rossonerich"? Bardzo bym sobie tego życzył.
Napoli, Napoli, Napoli! Forza Napoli, Napoli, Napoli!
10
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
18 kwietnia 1954 r. w Opatowie urodził się Włodzimierz Mazur. Koledzy z boiska mówili, że był silny jak tur, a uda miał jak ze stali. Obok Andrzeja Jarosika to największa legenda Zagłębia Sosnowiec. Przygodę z piłką rozpoczynał w Górniku Kazimierz. Wyróżniającego się młodego zawodnika zauważyło Zagłębie. Do klubu trafił jako 16-latek. Szybko poznano się na jego talencie i przepowiadano mu świetlną przyszłość. Mówiło się, że ma być następcą Jarosika. To był piłkarz kompletny. Jego technice też nic nie brakowało. Miał dobrą lewą i prawą nogę. Umiał się zastawić i uderzyć z daleka. Zgadzam się jednak z tym, że wyróżniał go niesamowity instynkt – mówił Jerzy Dworczyk, który w latach 70. grał razem z Mazurem w ataku. W krótkim czasie stał się ulubieńcem kibiców, którzy okrzyknęli go królem Sosnowca. Mimo sukcesów nie zadzierał nosa, nie wywyższał się. Był normalnym człowiekiem. Nigdy nie odmawiał znajomym w potrzebie. Nawet kiedy w sezonie 1976/77 został królem strzelców z 17 bramkami na koncie, to nadal potrafił wyjść na piwko ze starymi przyjaciółmi. Koledzy wspominali, że nawet jak trochę przesadził z piciem, to na drugi dzień niczego nie było po nim widać. Swoją grą przyciągał ludzi na stadion. To głównie jego chciano oglądać. Z Zagłębiem dwukrotnie świętował zdobycie pucharu Polski (1977 i 1978). W sumie dla klubu rozegrał 319 spotkań (282 w lidze) i strzelił 100 bramek (79 w lidze). Jego talent i umiejętności zostały dostrzeżone przez Jacka Gmocha, który dał mu szansę debiutu w reprezentacji 31 października 1976 w wygranym 5:0 meczu z Cyprem.
Zabrał go również na mistrzostwa świata do Argentyny. Zagrał tylko w jednym meczu z gospodarzami. Kiedy przegraliśmy 0:2, Gmoch rzucił w stronę ławki rezerwowych: Włodek, rozbieraj się. Dres zaczął rozbierać Włodek Lubański, ale trener szybko doprecyzował, że chodzi mu o Włodka Mazura. To on miał odmienić losy meczu. Nie odmienił. W pamięci kibiców zapisał się jednak rok później. W meczu z Holandią w ramach eliminacji do Euro 1980 Mazur wykonywał rzut karny. Napastnik Zagłębia położył bramkarza na ziemi i lekkim strzałem posłał piłkę w sam środek bramki. Po tamtym meczu odebrał talon na samochód. W 1983 r. wyjechał do Francji, gdzie grał dla Stade Rennais. Dwa lata później jednak wrócił do kraju i zagrał jeszcze kilka spotkań dla Zagłębia. Karierę kończył w Górniku Wojkowice. Jako zawodnik Zagłębia był wzorem dla młodszych kolegów, garnęli się do niego, podglądali, jak kopie piłkę i jak się zachowuje na boisku. Chciał być trenerem, ale niestety dobrze zapowiadającą się kariera została przerwana. 1 grudnia 1988 r. wyszedł z domu, żeby zrobić zakupy. Upadł przed sklepem i już nigdy nie odzyskał przytomności. Zmarł w wieku 34 lat. Jest Patronem Akademii Zagłębia, w której trenuje blisko pół tysiąca młodych adeptów piłki nożnej. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 3 gole.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
8
Spektakularne gole ,,La Pulgi”:
18 kwietnia, lecz w roku 2007, Leo Messi zdobył niesamowitego gola podczas meczu Pucharu Króla z Getafe. Argentyńczyk otrzymał na własnej połowie piłke od Deco i przebiegł z nią pół boiska, ogrywając po drodze kilku rywali, mijając bramkarza i strzelając gola niemal do złudzenia przypominającego trafienie Diego Maradony przeciwko Anglii na Mundialu w Meksyku, nazwanego ,,golem stulecia”. Niestety ten piękny gol Messiego nie przyczynił się do wygrania trofeum, ponieważ w rewanżu Blaugrana przegrała z Getafe 4:0 i w efekcie odpadła z rozgrywek.
@Monix10
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
13
Cudowne, niezapomniane remontady:
18 kwietnia 2000 r. FC Barcelona doprowadza do fantastycznej remontady na Camp Nou! Dzieje się to w rewanżowym meczu z Chelsea CF w ramach ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie Blaugrana ostatecznie pokonuje angielski zespół po dogrywce 5:1! W pierwszym meczu na Stamford Bridge Barça poległa 3:1. W rewanżu gole zdobywali: Figo, Dani, Kluivert oraz dwie Rivaldo. ,,Zagraliśmy perfekcyjny mecz”- podsumował Luis Figo. Kibice przed rewanżem zaprezentowali wspaniałą kartoniadę z wymownym hasłem ,,2:0”. Piłkarze posłuchali a gole Rivaldo i Figo w pierwszej połowie pozwoliły odrobić straty. W 60 minucie Tore Andre Flo popsuł jednak fieste po fatalnym błędzie bramkarza Hespa, który podał mu piłke pod nogi. Na siedem minut przed końcem regulaminowego czasu gry do dośrodkowania przez Guardiole piłki najwyżej wyskoczył rezerwowy Dani Garcia i strzałem głową wyrównał stan dwumeczu. W ostatnich minutach Barça wywalczyła rzut karny, lecz zmarnował go Rivaldo. Doszło więc do dogrywki a wniej świetnym wejściem w szesnastke popisał się Luis Figo, którego faulował Babayaro co zakończyło się czerwona kartką i rzutem karnym. Tym razem Rivaldo był bezbłędny a wspaniały wieczór zwieńczył golem Kluivert.
Wspomnienia jak lawa gorące:
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
17 kwietnia 1949 r. w Wymiarkach urodził się Zbigniew Gut. Twardy, bojowy, szybki i nieustępliwy zawodnik, który najczęściej grywał w obronie. Szczególną rolę odegrał w meczu z NRD na igrzyskach olimpijskich w Monachium. Jadąc na igrzyska, nie miał na koncie żadnego występu w pierwszej reprezentacji. Po cichu liczył, że dostanie szansę w meczach z Ghaną czy z Kolumbią, ale się pomylił. Trener Górski szansę debiutu dał mu w kluczowym meczu z NRD. Nieznany szerzej zawodnik grał na boku pomocy i raz wspierał kolegów w obronie, a raz grał ataku, czym dezorientował rywali. Później wystąpił jeszcze w meczach z Danią, z ZSRR, w którym zmienił go Zygfryd Szołtysik i w pamiętnym finale z Węgrami. Dorastał w Wymiarkach – małej robotniczej osadzie koło Żagania. W wieku 14 lat trafił do pierwszej drużyny miejscowej Iskry. Grał na środku ataku, był szybki jak błyskawica i strzelał gole niemal w każdym meczu. Wkrótce sięgnął po niego trzecioligowy Promień Żary. Po ukończeniu szkoły zaczął pracę jako ślusarz w miejscowej fabryce. Nie zanosiło się, że młody chłopak zrobi dużą karierę, ale wypatrzył go były piłkarz Odry Opole Zbigniew Bania, który polecił piłkarza swojemu byłemu klubowi. Początki w Odrze łatwe nie były. Trener Teodor Wieczorek przesunął go na obronę, ale większość czasu Gut spędzał na ławce.
Równolegle uprawiał lekkoatletykę, osiągał dobre rezultaty w sprintach i skokach, był reprezentantem Opola na I Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży we Wrocławiu. Zadebiutował w pierwszym zespole Odry wiosną 1969 r., ale jesienią po kłótni z trenerem Jarkiem był bliski zakończenia gry w piłkę. Zacisnął jednak zęby i zaczął mocno trenować. Wiosną wszedł już na stałe do składu i stał się jednym z najsilniejszych punktów zespoły. Wkrótce zaczął też grać w reprezentacji Under-23 trenera Strejlaua, gdzie również spisywał się znakomicie. Pojechał z reprezentacją na mistrzostwa świata, ale mecz drugiej rundy ze Szwecją, w którym zastąpił odsuniętego od składu Musiała, był jego ostatnim w narodowych barwach. Po mundialu przeszedł do Lecha, gdzie spędził pięć sezonów, a potem wyjechał do Francji. Występował w Paris FC, Stade Français, Red Star 93 i Saint-Jean de Maurienne niedaleko Grenoble, gdzie osiadł na stałe po zakończeniu kariery. Wzbudzał podziw swoją znakomitą sprawnością fizyczną. Mówiono o nim, że to piłkarz, który nigdy się nie męczy. Swoją prostą, nieprzewidywalną grą sprawiał rywalom spore problemy. W Reprezentacji rozegrał 11 meczów.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
10
(Nie)zapomniane rekordy:
17 kwietnia 1937 roku w meczu Szkocja – Anglia(3:1) w British Home Championship na Hampden Park padł światowy rekord frekwencji na meczu piłkarskim. Na trybunach zasiadło 149 547 widzów. To wciąż rekordowa frekwencja na meczu futbolowym w Europie. Tydzień później 147 000 ludzi obserwowało pojedynek Celtic – Aberdeen w finale Pucharu Szkocji. Do starego Hampden Park należy także "klubowy rekord Europy publiczności" – 136 505 w 1970 roku podczas potyczki Celtiku z angielskim Leeds United. Rekord przetrwał 13 lat, potem został pobity na Maracanie w Rio de Janeiro na Mundialu w Brazylii.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
9
Wspaniałe historie, szczęśliwe zakończenie:
17 kwietnia 1960 r. FC Barcelona przypieczętowała swój ósmy tytuł mistrzowski La Liga w historii. Zadecydował o tym ostatni mecz Primera Division z Realem Saragossa wygrany na Camp Nou 5:0. Rywalizacja w sezonie 1959/60 była niezwykle zacięta. Real Madryt, który miesiąc później zdobył swój 5 Puchar Europy z rzędu, skończył lige z identycznym dorobkiem punktowym i pierwszy raz w historii o końcowym tryumfie decydowała różnica goli. Real wygrał swój ostatni mecz z Las Palmas tylko 1:0, natomiast ,,La manita” wbita Saragossie pozwoliła Blaugranie ostatecznie wyprzedzić Królewskich zaledwie o 2 gole! Cóż to musiała być za radość…
@Monix10
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
8
Wybitne legendy Dumy Katalonii:
17 kwietnia 1889 r. w Madrycie urodził się Carlos Comamala, z zawodu ortopeda, jedna z największych legend FC Barcelony, bliski przyjaciel Joana Gampera i napastnik Blaugrany w latach 1903-1911. Comamala, który łączył gre w piłke nożną z uprawianiem innych dyscyplin sportowych, jak rugby, lekkoatletyka czy pływanie, a także z prowadzeniem zajęć z wychowania fizycznego w Institut Kinesiterapic Garcia-Alsina, został wyrzucony z klubu za ustalenie kwoty pieniężnej za mecz w Walencji bez wiedzy dyrekcji Barçy, jeszcze przed profesjonalizacją futbolu. Jednak to właśnie Comamala w pierwszych latach istnienia Blaugrany, zainspirowany herbem stolicy Katalonii, stworzył pierwszy znak rozpoznawczy klubu. Goleador Barçy przetrwał w historii FC Barcelony jako zwycięzca publicznego konkursu, który klub zorganizował w 1910 r. na zaprojektowanie jego oficjalnego herbu. Jako napastnik Dumy Katalonii rozegrał 154 mecze strzelając… 172 gole!
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
0
@kat252 Oczywiście że nie mam stuprocentowej pewności i raczej nikt nie ma takiej pewności ponieważ jedyna pewna rzecz to śmierć! Poza tym Real Madryt również dysponuje ,,taką grą" i też nie ma pewności że nas dogonią, czy też prześcigną...
4
Notujemy drugi z rzędu bezbramkowy remis z niżej notowanym przeciwnikiem. Jaki z tego wniosek? A choćby taki że te wygrane po 1:0 nie były przypadkiem tylko zwykłym fartem. A jaki z tego wniosek? A no że sięgniemy po mistrzostwo Hiszpanii, po jednym z najbardziej przeciętnych(żeby nie powiedzieć jednym z najgorszych) w tym przypadku sezonie w historii Primera Division. Jaka jest tego przyczyna? Dla mnie osobiście bardzo niska jakość kadry i nietrafione transfery. Jeśli nic się nie zmieni na przyszły sezon to będzie powtórka obecnego i nawet najlepszy trener na świecie tego nie zmieni...
1
@kamyk_23 Wcale się nie dziwie takiemu obrotowi spraw. Gdybym mógł oglądać ten mecz sam bym się tak zachowywał. Nie ulega jednak wątpliwości że ten łajza Padueranu sędziował na korzyść Bułgarów a co za tym idzie, prawdopodobnie był przekupiony. Koniec końców, ,,oliwa" okazała się sprawiedliwa i ,,pojechaliśmy" triumfować do Monachium. Swoją drogą czytając ten artykuł to nie miałem pojęcia i byłem zaskoczony że ten mecz nagrywał PKOl. Tylko co z tego? FIFA to FIFA a raczej swego rodzaju mafia...
9
@FCBparasiempre
Często sędziowskie pomyłki wypaczają wyniki spotkań. Jednak przy tak szybkiej grze, jaką możemy obserwować na najwyższym poziomie, trudno nieraz ocenić sporne sytuacje. Na pewno nie można też posądzać arbitrów o celowe popełnianie błędów, żeby pomóc tej czy innej drużynie. Zdarzały się jednak w przeszłości pojedynki, w których trudno było oprzeć się wrażeniu, że sędzia ewidentnie gwizdał na korzyść tylko jednej z ekip. Taka sytuacja miała miejsce 16 kwietnia 1972 r. w Starej Zagorze w Bułgarii. Wtedy to w kwalifikacjach do turnieju olimpijskiego w Monachium gospodarze podejmowali reprezentację Polski. Obie ekipy spotkały się po raz 16. w historii. Jak dotąd czterokrotnie zwyciężali Biało-Czerwoni, podobnie też Bułgarzy. Siedem razy zaś mecze kończyły się remisami. Trzecim zespołem w grupie była amatorska kadra Hiszpanii, więc losy awansu miały się rozstrzygnąć właśnie w pojedynkach Polski i Bułgarii. Prowadzeni przez Kazimierza Górskiego Polacy byli świeżo po przegranych eliminacjach do mistrzostw Europy w 1972 r. Dobre występy przeplatali z gorszymi. Potrafili zremisować bezbramkowo w Hamburgu z RFN, a kilkanaście dni później przegrać ze słabą Turcją. Powoli jednak tworzył się zespół, który miał coraz większe przekonanie o swoich umiejętnościach. Górski, na fali sukcesów Górnika i Legii w europejskich pucharach, tworzył ekipę w oparciu o klubowe duety czy tercety. Wtedy jeszcze system ten był na etapie eksperymentów, ale wkrótce wszyscy mieli się przekonać, że przynosi on efekty. Mimo coraz lepszych wyników, polska reprezentacja dopiero pukała do bram światowej piłki. Bułgarzy byli w zupełnie innym miejscu. Grali na każdym z trzech ostatnich mundiali. Zarówno w Chile, Anglii oraz Meksyku kończyli udział na fazie grupowej, lecz można ich zaliczyć do ówczesnej szerokiej europejskiej czołówki. Swoją wartość udowodnili w 1968 r., kiedy to w dwumeczu o półfinał mistrzostw Europy przegrali minimalnie z późniejszymi triumfatorami – Włochami. W tym samym roku na igrzyskach w Tokio dotarli do finału, gdzie musieli uznać wyższość Węgrów. Nie dziwi zatem fakt, że Naroden Sport pisał przed meczem: ,,Polacy są wprawdzie groźni na własnym terenie, lecz bilans obydwu spotkań powinien okazać się korzystny dla naszej reprezentacji a hiszpańscy amatorzy nie będą się liczyć w końcowym rozrachunku.” Zarówno polscy, jak i bułgarscy kibice mieli świeżo w pamięci pojedynki z eliminacji do mistrzostw świata w 1970 r. W jednej grupie spotkali się wtedy; Bułgarzy, Polacy, Holendrzy i Luksemburg, ale to pomiędzy trzema pierwszymi zespołami rozegrała się walka o awans. Jak się później okazało, dla nas decydująca była porażka na wyjeździe z Bułgarią 1:4, która właściwie odebrała wtedy szanse na awans. W rewanżu wygraliśmy co prawda 3:0, ale mecz ten nie miał już większego znaczenia. Polacy mieli więc rachunki do wyrównania, a rywale wydawali się pewni siebie, co znajdowało potwierdzenie w prasie. W dzienniku Oteczestwen Front pisano: ,,Bułgarskie piłkarstwo było ostatnio wyżej notowane od polskiego i dlatego możemy być zadowoleni z losowania.” W ramach przygotowań do tej konfrontacji kadra Górskiego rozegrała dwa towarzyskie spotkania z NRD. Selekcjoner był z nich zadowolony, bo rywale zmusili Polaków do dużego wysiłku, a tylko takie sparingi przynoszą szkoleniowy pożytek. Udanie zaprezentowali się w nich Lubański, Gadocha i Szołtysik, ale także Hubert Kostka, który wrócił po półtora roku do reprezentacyjnej bramki i Jerzy Kraska, który z Szołtysikiem i Deyną stworzył dobrą drugą linię. Przed wylotem na lotnisku zgromadziło się wielu kibiców, którzy chcieli pożegnać swoich idoli. Wszyscy oczekiwali dobrego wyniku i byli pełni optymizmu. Ich nastroje udzielały się także piłkarzom. Mający po raz pierwszy pełnić rolę kapitana Włodzimierz Lubański stwierdził: ,,Jeśli z Bułgarią zagramy tak jak z NRD, a dlaczego mamy nie zagrać, to przywieziemy ze Starej Zagory co najmniej punkt, a może i dwa.” Trener Kazimierz Górski również był w dobrym humorze. W swojej książce ,,Z ławki trenera” wspominał: ,,Podzielałem optymizm kapitana naszej drużyny, wszyscy byliśmy pełni wiary w zwycięstwo. Może to być dla kogoś zaskoczeniem ale taki właśnie nastrój panował przed pierwszym meczem z Bułgarami.” Polacy przylecieli do Sofii w samo południe 15 kwietnia. Już na lotnisku potworny upał, do którego o tej porze roku byli nie przyzwyczajeni, dawał im się we znaki. W stolicy zostali przyjęci przez ambasadora Jerzego Szyszkę, a następnie złożyli kwiaty pod pomnikiem Georgi Dymitrowa, który był jednym z ojców bułgarskiego komunizmu. Przejechali ulicami Sofii, oglądając jej niektóre zabytki i zajechali na miejski cmentarz, gdzie spoczywali tragicznie zmarli Georgi Asparuchow i Nikoła Kotkow.
Wielu z zawodników rywalizowało z nimi na boisku czy to barwach klubowych, czy reprezentacyjnych, i w ten sposób chcieli oddać im hołd. Następnie odjechali autokarami do oddalonej o ponad dwieście kilometrów Starej Zagory. Gospodarze pewnie nieprzypadkowo wybrali na miejsce zawodów stadion w tym właśnie mieście. Podróż i warunki pogodowe miały maksymalnie utrudnić Polakom dobre przygotowanie się do meczu. Trener naszych rywali Wiktor Spasow zaszył się ze swoimi podopiecznymi w okolicach Starej Zagory. Nie dopuszczał do nich ani dziennikarzy, ani kibiców. Trenowali na stadionie dwa razy dziennie i byli pewni zwycięstwa. Głównym sędzią miał być Victor Pădureanu, który rok wcześniej został wybrany najlepszym arbitrem w Rumunii. Przed meczem jednak nikt nie skupiał się na jego osobie, choć Kazimierz Górski mówił swoim podopiecznym, że mimo iż potrafią już wiele, to same umiejętności nie zawsze wystarczają do odniesienia korzystnego wyniku. Zwłaszcza kiedy rywale grają u siebie, gdzie często pomagają im ściany. Sam Lubański wspominał też, że po meczach Górnika z CSKA Sofia spotkał z kolegami węgierskich sędziów ubranych w kożuszki, które miały być wyrazem wdzięczności od miejscowych działaczy za „dobre” poprowadzenie meczu. Spotkaniu temu towarzyszył wielki upał. Mimo niesprzyjających warunków nasi zawodnicy nie dali się stłamsić i pokazywali na co ich stać. Przewaga uwidaczniała się po stronie gospodarzy, ale polska obrona, na czele z bramkarzem Hubertem Kostką, spisywała się bez zarzutów. Zaskoczeniem dla miejscowych kibiców był więc fakt, że jako pierwsi drogę do bramki znaleźli goście. Kostka zagrał do Kraski, ten posłał piłkę do Banasia, który podał do Lubańskiego. Zawodnika Górnika pilnował Dobromir Żeczew, który często grał ostro, wręcz brutalnie, a także nieustannie prowokował rywali. Tym razem jednak Polak okazał się sprytniejszy, uwolnił się spod opieki Bułgara i zmienił wynik na 1:0 dla Polski. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Polacy prowadzili. Grając tak, jak w pierwszej odsłonie, powinni zapewnić sobie zwycięstwo. Kiedy zawodnicy w szatni wymieniali między sobą spostrzeżenia dotyczące przebiegu meczu, Lubański zwrócił się do kolegów: ,,Najgorsze za nami. Oni zaczynają mieć już dość i trzeba szybko strzelić jeszcze jedną bramkę.” Na drugą połowę Polacy wychodzili więc zmotywowani i w dobrych nastrojach. ,,Nasze dobre przeczucie jak na razie sprawdzało się. Wychodząc z drużyną z szatni byłem w doskonałym nastroju i nawet przez myśl mi nie przeszło to, co miało nas wkrótce spotkać” – mówił Kazimierz Górski, fragment książki „Z ławki trenera”. Po przerwie gospodarze zaczęli coraz bardziej napierać. W 67. minucie w zamieszaniu pod polską bramką zawodnicy przepychali się i sędzia Pădureanu przerwał grę. Podopieczni trenera Górskiego byli pewni, że odgwizdane zostało przewinienie na Marianie Ostafińskim, a tymczasem według arbitra faulowano… Christo Bonewa. Lubański wspominał, że widział dokładnie, jak Bonew rozciągnął się jak długi tuż przed polem karnym. Kiedy Rumun wskazał na jedenasty metr, kapitan Polaków podbiegł do niego i próbował uzyskać jakieś wyjaśnienia i przekonać go do swoich racji: ,,Pokazałem mu opaskę kapitana, a on odwrócił się do mnie placami. To ja za nim. Może nawet „pocieraliśmy się” o siebie. Nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy i widać wykluczał, żeby mnie wysłuchać. Uspokoiłem chłopaków. Chwyciłem Pădureanu za rękę i raz po angielsku – znałem wtedy trzy, cztery słowa – raz po rosyjsku starałem się mu wytłumaczyć, że akcja rozgrywała się poza polem karnym ale z Rumunem nie było żadnej dyskusji. Pokazał mi żółtą kartkę. Sytuacja zrobiła się trudna. Zostawiłem go w spokoju, myśląc sobie: „a może ten Bonew przestrzeli?” – fragment książki ,,Ja, Lubański”. Bułgar jednak się nie pomylił i pokonał Huberta Kostkę. Lubański się wściekł. Wracając z piłką na środek boiska, nie szczędził wulgaryzmów będąc przekonanym, że Polacy zostali brutalnie skrzywdzeni: ,,Repertuar słów miałem wtedy bogaty. Od najgorszych kurew, poprzez barany, fałszywych Rumunów. Szliśmy tak obok siebie. On, „nieomylny” sędzia, i ja, piłkarz otoczony kolegami. Dwadzieścia kilka metrów i bez przerwy stek przekleństw. Kiedy dochodziliśmy do „koła”, a ja szykowałem się do ustawienia piłki, Rumun sięgnął ręką do kieszonki i wyciągnął czerwoną kartkę. Nie było odwołania – fragment książki ,,Ja, Lubański”.
Trochę inaczej zapamiętał tę sytuację Victor Pădureanu. W 1989 r. udzielił on wywiadu Mirosławowi Nowakowi, dziennikarzowi Sportu, który odwiedził go w Rumunii. Sędzia tak relacjonował przebieg wydarzeń: ,,W pewnym momencie usłyszałem słowa „rumuńska świnia”. Chyba w języku niemieckim. Popatrzyłem kto to powiedział. To był właśnie lubański. Powtórzył to jeszcze parę razy. Wydawało mi się to niemożliwe i nadal nie reagowałem, aż do chwili, gdy podbiegł do mnie i zaczął mnie łapać za rękę. Pokazałem mu szatnię.” Jak się później okazało, był to punkt zwrotny meczu. Bułgarzy złapali wiatr w żagle i uwierzyli, że mogą wygrać to spotkanie. Polacy musieli odtąd grać w dziesiątkę. I to bez swojego najlepszego zawodnika. Trener Górski wspominał, że po bramce Lubańskiego piłkarze spoczęli na laurach. Tymczasem zdobycie kolejnego gola, który prawdopodobnie przesądziłby losy meczu, zdawało się być jak najbardziej w zasięgu biało-czerwonych. Odniósł się też do sytuacji z czerwoną kartką: ,,Włodek miał prawo zapytać sędziego dlaczego podyktował rzut karny, z którego padło wyrównanie, był już jednak na tyle doświadczonym zawodnikiem, że wiedział jakie z tym wiąże się ryzyko. W atmosferze wzrostu napięcia wiadomo było, że arbiter nie zmieni decyzji, więc po co wszczynać dyskusję, która mogła być przy tym źle zrozumiana, chociażby wobec bariery językowej, jeśli jeszcze towarzyszyły jej jakieś gesty…” – fragment książki ,,Pół wieku z piłką.” Polakom podcięto skrzydła, ale wkrótce jednak Jan Banaś zdołał umieścić piłkę w siatce i nasza drużyna ponownie wyszła na prowadzenie. Tak im się wtedy przynajmniej wydawało. Pădureanu znajdował się blisko całej akcji i początkowo wskazał na środek boiska. Dopiero wtedy doskoczyli do niego Bułgarzy i wymusili konsultację z sędzią liniowym. Ten nie podniósł nawet chorągiewki, ale po krótkiej dyskusji obu panów, główny bohater zmienił swoją decyzję i gola nie uznał. Na dziesięć minut przed końcem ataki gospodarzy przyniosły oczekiwany skutek. Huberta Kostkę pokonał Mładen Wasiliew. Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się wynikiem 2:1 dla gospodarzy, w 87. minucie trzecią bramkę dla Bułgarów strzelił Christo Bonew. W momencie podania znajdował się na kilkumetrowym spalonym, ale nie przeszkodziło to rumuńskiemu sędziemu uznać gola. Polska drużyna przegrała 1:3 i igrzyska olimpijskie w Monachium stały się w tamtym momencie bardzo odległe. Trener Górski wspominał, że cała drużyna była całkowicie zdruzgotana i że za dużo spadło na nich tych „przyjemności”. Sam też czuł się jak zbity pies i najchętniej uciekłby gdzie pieprz rośnie, zniknął ludziom z oczu. Kiedy jednak zobaczył miny zawodników, którzy wlekli się noga za nogą ze spuszczonymi głowami, postanowił nimi wstrząsnąć już w szatni: ,,Szkoda, że się nie popłaczecie! Widzieliście ich, jak się nad sobą roztkliwiają? a nie przyszło wam do głowy, że jeśli weźmiemy rewanż na naszych dzisiejszych zwycięzcach, a wierzę, że weźmiemy, chociażby po to żeby pokazać różnym Pădureanu na co nas naprawdę stać, a wcześniej poradzimy sobie z Hiszpanią, co uważam za pewne, mamy jeszcze szansę pojechać na letnie igrzyska? ,,Pan w to naprawdę wierzy? – Hubert Kostka zapytał z niedowierzaniem – niezłomnie” – odparł bez zastanowienia Górski. Humory zawodnikom od razu się poprawiły. Wszyscy zaczęli jednocześnie mówić, a raczej krzyczeć dając upust złości, żalowi i goryczy z tej niesprawiedliwej porażki. Selekcjoner, chcąc skierować motywację we właściwą stronę i opanować nieco sytuację, zwrócił się do podopiecznych: ,,Niech no tylko przyjadą na rewanż, a wówczas okaże się, kto jest lepszy, ale w prawdziwie sportowej walce!” Podobno w szatni złożyli Polakom wizytę przedstawiciele władz. Oficjele reprezentowali tamtejszy rejon, który jest odpowiednikiem naszego województwa i wyrazili ubolewanie z powodu takiego obrotu spraw na boisku. Na zakończenie krótkiej wizyty jeden z nich powiedział: ,,Nie sądzę, aby to było potrzebne bułgarskiemu piłkarstwu.”
Polacy złożyli oficjalny protest do FIFA. Dołączyli do niego materiał filmowy z meczu, ale swój własny, który nagrała ekipa PKOl. Światowa federacja nie zamierzała jednak zmieniać decyzji sędziów, w czym jest konsekwentna do dziś. Lubański pauzował więc w meczu z Hiszpanią. Obserwator z ramienia światowej federacji – Jugosłowianin Mihajlo Andrejević nie miał jednak najlepszego zdania o pracy arbitra. Mimo że Pădureanu mówił mu, iż Lubański go obraził, to działacz miał stwierdzić, że decyzja o usunięciu z boiska Polaka była zbyt pochopna: ,,Arbiter nie miał podstaw, żeby usunąć waszego piłkarza z boiska. Ich rozmowa(z tego, co wiem) miała charakter pytań.” Inną wersję przedstawiał rumuński arbiter. Ten mecz miał być dla niego egzaminem, który miał pokazać, czy jest gotów prowadzić spotkania na wyższym poziomie niż dotychczas. Wspominał, że dostał najwyższą notę. Później kontrowersje miała badać jeszcze specjalna komisja, która rozwiała wszelkie wątpliwości na jego korzyść. Miesiąc po meczu miał otrzymać nominację na sędziego FIFA. W wywiadzie z Mirosławem Nowakiem Rumun mówił: ,,Nie wiem co wam mówił Andrejević, ale wystawił mi za ten mecz najwyższą notę. Miał trochę pretensji do bocznego arbitra, który zbyt późno sygnalizował spalonego przy nieuznanej przeze mnie drugiej bramce Polaków.” W polskich źródłach znajdujemy jednak informacje, że mecz Bułgaria – Polska był ostatnim oficjalnym spotkaniem międzynarodowym, które prowadził. Na proteście się jednak nie skończyło. Jak wspominał Włodzimierz Lubański, na pomeczowej kolacji, na którą nie przyszli Bułgarzy, Zygmunt Anczok wpadł na pomysł, żeby nastraszyć nieco rumuńskiego sędziego. Siedząc przy stole, zaczął ostrzyć nóż, spoglądając przy tym wyzywająco w kierunku trójki arbitrów. Piłkarze uzgodnili, że kiedy tylko Pădureanu wstanie od stołu, od razu ruszą za nim: ,,Ostatnie metry dzielące hotelowe drzwi od czarnej „czajki” – dostojnie zaparkowanej – rumuńscy goście pokonali biegiem. Dla nas było to równoznaczne z przyznaniem się do winy. Odnieśliśmy mimo wszystko mentalne zwycięstwo – fragment książki ,,Ja, Lubański.”
Rumuński sędzia starcie z Polakami w przytaczanym wyżej wywiadzie zapamiętał tak: ,,Już po meczu, podczas uroczystej kolacji, kiedy na chwilę wychodziłem do toalety, moim śladem szybko ruszył Lubański w towarzystwie dwóch innych polskich piłkarzy. Nie znam ich nazwisk. Miałem chyba szczęście, bo w porę znaleźli się Bułgarzy i zagrodzili im drogę. Tak brzmi właśnie moja prawda o tamtym zdarzeniu. Ja nie jestem kryminalistą, bandytą. Mam czyste sumienie i czyste serce dla polskich kibiców.” Trudno się dziwić, że Jan Ciszewski, który komentował to spotkanie, nie mógł się pogodzić z tym, co wyprawiał rumuński arbiter. Pădureanu na lata stał się w naszym kraju symbolem stronniczego sędziowania. Polacy zdołali się jednak wziąć w garść i już w autobusie, którym piłkarze jechali na lotnisko, Lubański zaintonował piosenkę „my nie, my nigdy nie poddamy się”. Natomiast na Okęciu, mimo poniesionej porażki, na piłkarzy czekali wierni kibice z kwiatami. Jedynym, który wytykał Lubańskiemu jego zachowanie, był Stefan Szczepłek. Na łamach Życia Warszawy pisał: ,,Od lubańskiego należy wymagać więcej, a przede wszystkim niestwarzania sędziemu pretekstów, które po usunięciu go z boiska osłabiły polski zespół.” Można się z nim zgadzać lub nie. Sam zawodnik przyznał, że nawymyślał arbitrowi, ale też, że jego decyzja o wyrzuceniu go z boiska była przesadzona. Koniec końców sędzia Pădureanu jest tylko niemiłym wspomnieniem. W rewanżu Polacy ograli Bułgarów 3:0, a parę dni później korzystny dla nas wynik uzyskali Hiszpanie, którym udało się z nimi zremisować. W końcowej tabeli wyprzedziliśmy piłkarzy z Bałkanów o jeden punkt i pojechaliśmy na igrzyska. Wiele jednak nie brakowało, a o występie w Monachium mogliśmy zapomnieć a złota jedenastka Kazimierza Górskiego nigdy by nie powstała.