3

Skoro redakcja nie szanuje historii to trudno żebym ja szanował redakcje, zwłaszcza że ta sama redakcja kieruje się zasadą ,,są równi i równiejsi". No ale tak to już jest kiedy ktoś sie dorwie do władzy i jej nadużywa...

10

@FCBparasiempre
Dokładnie 50 lat temu urodził się Roberto Carlos, Mistrz Świata 2002(Korea;Japonia); Wicemistrz Świata 1998(Francja); 2-krotny zdobywca Copa América: 1997, 1999 oraz 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów: 1998, 2000, 2002(z Real Madryt). Ten wiecznie uśmiechnięty, dysponujący niesamowicie potężnym uderzeniem z dystansu Brazylijczyk był synonimem nowoczesnego lewego obrońcy, włączającego się do akcji ofensywnych. Myślisz „lewy obrońca”, mówisz „Roberto Carlos”. Myślisz „Roberto Carlos”, mówisz „Real Madryt”. Ten zawodnik był związany z klubem z Santiago Bernabeu aż przez 11 lat i zawsze będzie kojarzony z naszym klubem. Urodził się 10 kwietnia 1973 roku w Sao Paulo. Ciekawe jest pochodzenie jego imienia. Otóż zostało nadane mu na cześć znanego brazylijskiego piosenkarza. Chyba nikt nie spodziewał się na początku, że ten właśnie chłopiec będzie o wiele, wiele sławniejszy i rozpoznawany pod każdą szerokością geograficzną. Jak wielu Brazylijczyków, Roberto Carlos pochodził z biednej rodziny a futbol pomagał mu zapomnieć o wielu codziennych kłopotach i biedzie. Jego przygoda z futbolówką rozpoczęła się w wieku 14 lat, w 1987 roku, kiedy zapisał się niewielkiego klubu Uniao Sao Joao Arras. W 1992 roku przeniósł się do Atletico Mineiro Belo Horizonte a w 1993 roku trafił do znanego brazylijskiego klubu – Palmeiras Sao Paulo i pomógł mu w zdobyciu dwóch tytułów mistrza Brazylii w 1993 i 1994 roku. Niewiele później w Europie Massimo Moratti postanowił, że uczyni Inter Mediolan wielkim klubem zdobywającym wiele trofeów, na co najlepszą metodą było uruchomienie dużej gotówki na transfery. Dzięki temu filigranowy lewy obrońca rodem z Brazylii trafił do światowej stolicy mody. W klubie z Mediolanu Carlos trafił pod opiekuńcze skrzydła angielskiego trenera Roya Hodgsona, ale zabawił tam tylko jeden, ale udany sezon, ponieważ zagrał w nim w 30 spotkaniach i strzelił 6 bramek. Po tym jednym jedynym sezonie w Mediolanie, Brazylijczyk przeniósł się do Madrytu, gdzie na dobre rozwinął skrzydła. Za tym transferem stał Fabio Capello, który w Madrycie długo nie wytrzymał, bo tylko sezon. Jak się później okazało, o wiele dłużej pozostał wierny barwom „Królewskich” Roberto Carlos. Debiut lewego obrońcy przypadł na dzień 31 sierpnia 1996 roku i był to mecz rozgrywany w La Corunii, przeciwko tamtejszemu Deportivo. Pierwszy sezon w Madrycie zakończył się zdobyciem mistrzostwa Hiszpanii, a już po dwóch latach Brazylijczyk miał na swoim koncie triumf w Lidze Mistrzów, którą zresztą wygra jeszcze dwa razy: w 2000 i 2002 roku. Podczas gry w Realu, Roberto Carlos stał się najlepszym lewym obrońcą na świecie i świetnie wywiązywał się zarówno ze swoich obowiązków w defensywie, jak i w ofensywie. Efektowne rajdy z piłką po lewej flance, atomowe strzały z dystansu i świetnie wykonywane rzuty wolne stały się jego znakiem firmowym. Zdobywał z Realem kolejne trofea, przetrwał erę „Galacticos”, zmieniali się kolejni trenerzy, a on ciągle cieszył się ich zaufaniem. Co ważne ciągle cieszył się grą, a kibice często mogli zauważyć jego szeroki od ucha do ucha uśmiech podczas meczów. W przeciwieństwie do wielu swoich rodaków nie miał opinii balangowicza – wręcz przeciwnie, często był stawiany za wzór profesjonalizmu, przyzwoitości i nigdy nie był uczestnikiem jakichkolwiek skandali. Może dlatego przez cała swoją karierę cieszył się dobrym zdrowiem, niewielką ilością kontuzji i być może dlatego gra w piłkę do dziś, mimo 37 lat na karku. Roberto Carlos był wierny Realowi bardzo długo. Grał z wieloma piłkarzami, którzy już zakończyli kariery, jak Mijatović, Sanchiz, Suker, Helguera, był świadkiem eksplozji talentu Raula, przetrwał erę „Galacticos” i grał także z wieloma młodymi piłkarzami, którzy grają w Madrycie do dnia dzisiejszego, m.in. Marcelo – swoim następcom. Brazylijczyk zachował się także bardzo profesjonalnie w momencie odejścia z Madrytu. Do ostatniej chwili nie chciał przyznać, że to dyrekcja klubu nie chciała spełnić jego wielkiego marzenia, czyli zakończenia kariery w białej koszulce „Królewskich”. Przyznał to dopiero po przejściu do nowego klubu – Fenerbahce Stambuł .

W klubie z Madrytu rozegrał aż 475 meczów i strzelił 62 gole. Zapadł w pamięć wszystkim, a wielu uważa go za najlepszego w historii futbolu lewego obrońcę. W 2007 roku odszedł do Turcji, a na lotnisku w Stambule został przywitany jak król. Wiele tysięcy fanatycznych tureckich kibiców zgotowało mu przywitanie godne najlepszego piłkarza świata. Także w tym klubie dawał z siebie wszystko, ale nie zapomniał o Realu. W sezonie 2009/2010 gdy często mówiło się o brakach na pozycji lewego obrońcy, Roberto Carlos deklarował, że z chęcią wróci do swojego „domu”, na Santiago Bernabeu choćby tylko na rok, by pomóc swojemu ukochanemu klubowi. Jednak nikt z dyrekcji klubu, ani sztabu szkoleniowego nie był zainteresowany pozyskaniem Brazylijczyka, wobec czego wrócił do swojej ojczyzny. W styczniu 2010 zasilił Corinthians, gdzie występował razem z Ronaldo. Na początku lutego 2011 jego zespół niespodziewanie odpadł z Copa Libertadores już w pierwszej fazie turnieju (przegrana z kolumbijskim Deportes Tolima), a kibice uznali Roberto Carlosa za jednego z najbardziej winnych porażki. Twierdzono, że kontuzja, która wykluczyła obrońcę z rewanżowego meczu, była przez niego symulowana w celu uniknięcia odpowiedzialności za ewentualną porażkę. Pogróżki kierowane pod jego adresem spowodowały, że kilka dni później poprosił klub o rozwiązanie z nim kontraktu mającego obowiązywać do końca 2011 roku i 11 lutego odszedł z Corinthians. W sumie rozegrał dla Corinthians 61 meczów i zdobył 5 goli. Dzień później przyjął ofertę gry w Andży Machaczkała, dagestańskim klubie występującym w lidze rosyjskiej, podpisując kontrakt do końca sezonu 2012/13. 29 września 2011 otrzymał ofertę poprowadzenia swojego zespołu jako trener, przyjął je i stał się następcą Gadżi Gadżajewa. Ostatni mecz w barwach Andży rozegrał pod koniec 2011. Kontrakt z klubem obowiązywał go do czerwca 2013, lecz umożliwiał mu przedwczesne przejście na sportową emeryturę. W marcu został został skreślony ze składu drużyny[4]. Były Galacticos został wówczas jedynie asystentem trenera w Andży W piłce klubowej Roberto Carlos osiągnął bardzo wiele. Wygrał z Realem praktycznie wszystkie możliwe trofea, a i z reprezentacją Brazylii na niwie reprezentacyjnej nie ma się czego wstydzić. Imponujący jest jego dorobek w kadrze – aż 132 mecze i 11 goli. Wiele jego bramek jest do tej pory wspominanych przez kibiców, jak choćby tak strzelona w 1997 roku podczas towarzyskiego meczu z Francją. Brazylijczyk uderzył bardzo mocno piłkę obok muru, i gdy zdawało się, że nie ma prawa trafić do siatki i minie bramkę w bardzo dalekiej odległości, ta zatoczyła łuk i zatrzepotała w siatce. Wszyscy kibice na stadionie, przed telewizorami i stojący w bramce „Tricolores” Fabian Barthez byli zdumieni i trwali przez pewien czas w tym osłupieniu. Rzuty wolne i strzały z dystansu były największą bronią filigranowego Brazylijczyka – rekord prędkości uderzonej przez niego piłki wynosi 178 km/h, a piłkarze rywali stojący w murze, często na widok Carlosa rozpędzającego się do piłki przed uderzeniem z rzutu wolnego, czynili znak krzyża i modlili o zachowanie życia. Tak długa gra na wysokim poziomie nie byłaby możliwa, gdyby nie profesjonalizm, dbanie o siebie i zaangażowanie na treningach. Na pewno pod tym względem Roberto Carlos może być wzorem dla wielu młodych piłkarzy dopiero zaczynających przygodę z piłką. Jego odejście z klubu w takich, a nie innych okolicznościach pokazuje, jak bezwzględna czasem potrafi być polityka prowadzona przez Real. Nie był on pierwszym zasłużonym dla klubu zawodnikiem, który został pożegnany w nieprzyjemnych okolicznościach – warto przypomnieć odejścia Hierro, Salgado, Helguery czy Luisa Figo. Tak czy owak Brazylijczyk jest chyba najwybitniejszym lewym obrońcą w historii futbolu a z pewnością najbardziej ofensywnym.

7

@FCBparasiempre
W historii piłki nożnej przewinęło się wiele postaci, które odcisnęły duże piętno na tej dyscyplinie sportu. Byli to piłkarze, działacze z ciekawą wizją, czy wreszcie trenerzy. To właśnie szkoleniowcy zmieniali niejednokrotnie spojrzenie zwykłego kibica piłki nożnej. Odmieniali wizję tego sportu, rozwijali taktykę, czy byli po prostu nieprzeciętnymi osobami. Kimś takim z pewnością był Helenio Herrera, legenda Interu Mediolan. Helenio Herrera urodził się 10 kwietnia 1910 roku w Buenos Aires. Oficjalnie, ponieważ są spore wątpliwości co do jego daty narodzin. Mówi się, że Helenio dokonał zabiegu odmłodzenia, edycji swoich papierów, co często można zauważyć wśród obywateli krajów afrykańskich. Hipoteza dotycząca oficjalnej daty narodzin Herrery mówi, że urodził się sześć lat później. Co by nie pisać, to i tak szybko życie nakazało jego rodzinie wyjechać z rodzinnych stron, by osiedlić się w Casablance. Ojciec Helenio, Francisco, był bowiem stolarzem z Andaluzji o poglądach anarchistycznych. Naturalnie przez to został wygnany z Hiszpanii. Matka, Maria Gavilán Martínez, która była sprzątaczką, musiała układać wraz z mężem życie na nowo. Pomogło im to znacząco przyjście na świat młodego Helenio. Casablanca była w latach dwudziestych XX wieku miastem kolonialnym Francji. Herrera trafił z racji tego do jednej z francuskich szkół, gdzie spotkał rówieśników z różnych części Europy. Znaleźli się wśród nich choćby Żydzi, Hiszpanie, Włosi, czy naturalnie Francuzi. Pomogło to stać się Herrerze swego rodzaju poliglotą, aczkolwiek mówił on w mieszance języków włoskiego i hiszpańskiego. Z czasem zaraził się pasją do piłki nożnej, czego efektem był jego wyjazd do Paryża. Tam próbował rozwijać swoją karierę piłkarza. Pierwszym klubem, w którym zagrał we Francji, był Club Athlétique des Sports Généraux. Wcześniej bowiem próbował sił w klubach w Maroko takich, jak Roches Noires i Racing Casablanca. Kolejnymi klubami w karierze Herrery były Stade Français, Charleville, Excelsior Roubaix, Red Star Olympique i CSM Puteaux, w którym rozpoczął karierę trenerską. Początek jego historii jako trenera przypadł na szybki koniec kariery piłkarskiej. Spowodowane było to urazem kolana, jaki przytrafił się Herrerze, gdy miał on około 20 lat. Helenio już wtedy tworzył wokół siebie specyficzną aurę wielkości. Był niezwykle pewny swoich racji. ,,Moją zaletą jest to, że wielcy gracze są pomnikami zarozumiałości, kiedy stają się menedżerami. Nie wiedzą, jak uczyć kogoś, co naturalnie zrobili z tak wielką łaską. Nie w moim przypadku”– podsumował Helenio Herrera. Już wtedy Herrera w sposób enigmatyczny, specyficzny starał się przedstawiać swoje przemyślenia na temat futbolu. W tym samym czasie rozwijał się jego zamordyzm trenerski. Można powiedzieć, że współczesnym odpowiednikiem legendy Interu jest Diego Simeone. Piłkarz Atletico, Alfonso Aparicio wspominał, że Helenio Herrera zmuszał drużynę „Los Colchoneros” do trzygodzinnych treningów dziennie.

Helenio Herrera swoją karierę trenerską w Hiszpanii rozpoczął w Realu Valladolid. Nie popracował tam jednak zbyt długo, co okazało się cechą charakterystyczną dla jego kariery trenerskiej. Następnie trafił do Madrytu i Atletico, gdzie zaczął święcić pierwsze triumfy w swojej karierze, czego dowodem są zdobyte dwa tytuły mistrza Hiszpanii w sezonach 1949/1950 i 1950/1951. W zespole z Madrytu wytrzymał trzy lata, po czym w 1952 roku trafił do Malagi. Tam jednak metody Herrery nie trafiły na podatny grunt i jeszcze w tym samym roku odszedł do Deportivo La Coruna. Tam również szybko pogoniono Herrerę, po czym trafił do Sevilli. Co prawda jego przygoda w Andaluzji trwała 4 lata, ale nie była owocna w sukcesy. Po odejściu z Hiszpanii wylądował w portugalskim Belenenses, ale szybko zatęsknił za większą częścią Półwyspu Iberyjskiego. Wrócił do jednego z dwóch najwspanialszych klubów w historii kraju, do FC Barcelony. Herrera dostał misję zdetronizowania najlepszej wówczas drużyny świata, czyli Realu Madryt. Zespół naszpikowany takimi piłkarzami, jak Gento, Di Stefano, czy Puskas wygrywał wówczas wszystko. Warto jednak pamiętać, że mogło być zupełnie inaczej, ponieważ Di Stefano był piłkarzem Barcelony, gdzie miał problemy z opuszczeniem klubu na rzecz Realu. Doszło wręcz do interwencji rządu w tej sprawie. Mimo wszystko Herrera zastał grupę naprawdę świetnych piłkarzy. Luis Suarez, Sandor Kocsis, Zoltan Czibor, czy przede wszystkim ten, przez którego Herrera był zmuszony odejść – Ladislao Kubala. Herrera próbował bowiem za wszelką cenę udowodnić, że Kubala źle się prowadzi i próbuje pokazać jakieś niewytłumaczalne choroby. Prawdą jest, że Kubala nadużywał alkoholu. Konflikt miał również podłoże czysto sportowe, ponieważ Kubala, grający przyjemnie i lekko dla oka nie bardzo chciał dostosować się do bezpośredniej piłki Herrery. Sportowo detronizacja Realu się udała, ponieważ Barcelona zdobywała tytuły mistrza Hiszpanii, ale psychologicznie Herrera musiał polec. Piłkarze po pewnym czasie mieli dość jego zamordyzmu i wtrącania się w każdy aspekt życia. Po tym wszystkim odszedł do Włoch, gdzie zaczęła tworzyć się jego legenda. Po odejściu z Barcelony Herrera trafił do Mediolanu. Wkrótce po jego nadejściu, a dokładnie rok po tym zdarzeniu, do Serie A wrócił AC Milan z Nereo Rocco na ławce. Miały być to narodziny wielkiej rywalizacji nie tylko tych dwóch klubów, ale przede wszystkim dwóch strategów. Nikt nie przypuszczał wówczas, że obaj stworzą podwaliny pod zupełnie nowy system taktyczny– catenaccio. ,,Jeśli nie stracimy bramki, nie przegramy meczu”- z takiego założenia wychodził Herrera. Catenaccio polegało na możliwie najczęstszej grze w obronie, by jak najwięcej piłkarzy broniło. Do Herrery i Rocco zarazem przylgnął przez to tytuł „morderców futbolu”. Paradoksalnie jednak zespół Interu grał mimo catenaccio ciekawie dla oka. Herrera po przyjściu do Włoch postanowił zupełnie zmienić podejście wszystkich ludzi interesujących się piłką. Do tej pory mało kogo obchodzili trenerzy.

,,Kiedy Herrera przyjechał do Włoch, nikt tak naprawdę nie znał nazwisk trenerów”- wspominał Sandro Mazzola. Liczyli się wówczas tylko piłkarze. Herrera, jako że lubił być w centrum uwagi, nie mógł tego przeboleć i postanowił sobie za cel stanąć na piedestale. Swoje rządy w Interze rozpoczął podobnie, jak w Barcelonie. Niezwykle ciężkie treningi i obozy miały tworzyć charaktery piłkarzy „Nerazzurrich. Innym punktem w planie Helenio było pozbycie się niesfornych piłkarzy. Za cel obrał sobie Juana Valentina Angelillo, który podobnie jak Kubala źle się prowadził. Angelillo nie miał jednak na tyle wysokiego statusu społecznego w Mediolanie, czego efektem było jego odejście. Następnie z klubu wyleciał Armando Picchi, który zbyt często wdawał się w dyskusje z „dyktatorem”, jak określany był Herrera. Picchi po tym został wysłany do Varese. Jedynym piłkarzem, który przetrwał wszystkie zagrania Herrery był Mario Corso, lewoskrzydłowy. On miał znacznie więcej szczęścia, ponieważ był pupilem właściciela Interu, Angelo Morattiego. Herrera oprócz zamordyzmu szczycił się tym, że był po części też psychologiem. Mówiło się, że Inter czy wcześniej Atletico wygrywały swoje mecze przed ich rozpoczęciem. W Atletico potrafił wyjść przed piłkarzami na płytę boiska, by uwaga fanatyków przeciwnika skupiła się na nim, po czym zmęczeni kibice nie mieli energii do wsparcia drużyny. W Interze z kolei brał piłkarzy w okrąg i wielokrotnie sugerował im, że przyjechali nie po to, by gdzieś grać, tylko by wygrać. Fanatyzm Herrery i chęć wygrywania omal nie doprowadziły go jednak na łono Abrahama. Otóż w drugim okresie pracy w Interze przeżył atak serca. Kilka lat później z kolei przetrwał wypadek, w którym złamał kręgosłup. W Interze ostatecznie wygrał trzy razy mistrzostwo Włoch, dwa razy Puchar Europy i tyle samo Pucharów Interkontynentalnych. W 1968 roku Herrera trafił do AS Romy. Tam już szło mu znacznie gorzej. Nie pomogła mu również sytuacja z Giuliano Taccolą, piłkarzem „Giallorossich”, który po ataku serca został wręcz zmuszony do wyjazdu z drużyną na mecz (słynny zamordyzm). Po porannym treningu przy zimnej pogodzie Herrera tylko bardziej naraził Taccolę na powtórny atak serca. Piłkarz oglądał co prawda mecz z trybun, jednak w szatni przytrafił mu się zawał, czego efektem był zgon zawodnika. Kibice bardzo mocno obwiniali Herrerę za to zdarzenie. Z czasem w Romie łączy się również polski wątek, ponieważ Herrera mierzył się w słynnym trójmeczu w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Później powrócił on do ukochanego Mediolanu, jednak po ataku serca postanowił zrezygnować z tak ostrych treningów i stresu. Potrenował później jeszcze w Rimini, by zakończyć karierę w Barcelonie. Po tym czasie zaczął pisać do różnych gazet artykuły, by w 1997 roku odejść z tego świata. Oto, jak pożegnał go legendarny Gianni Brera. ,,Najważniejsze dla mnie jest to, że nigdy nie jest fałszywy, nawet wtedy, gdy sam się zmusza. Helenio Herrera jest zawsze prawdziwy, jeśli nie zawsze nam się podoba”– Brera 33 lata wcześniej. Helenio Herrera jak można łatwo zauważyć, był osobą ciekawą, kontrowersyjną, ale nie można odmówić mu charyzmy i zaangażowania w swoją pracę. Nie znosił sprzeciwu, ale zarazem doceniał tych, którzy chcieli skoczyć za nim w ogień.


7

,,Dlaczego nie chce Messiego z powrotem w FC Barcelonie?". Co to wogóle za pytanie? A konkretnie co za bezczelna forma tego pytania! Który wierny cule nie chciałby powrotu takiej legendy, zwłaszcza że Barca potrzebuje takiego cracka. Takie pytanie to jawny policzek dla wszystkich cules i nigdy nie powinno paść!

2

Życzenia Radosnych Świąt Wielkanocnych, wypełnionych nadzieją

budzącej się do życia wiosny i wiarą w sens życia!

Pogody w sercu i radości płynącej z faktu Zmartwychwstania Pańskiego

oraz smacznego Święconego w gronie najbliższych osób życzy wam wszystkim cule Zenek z Białej Podlaskiej.

7

Duma Katalonii w Copa del Rey:

9 kwietnia 1986 r. FC Barcelona pokonała Athletic Bilbao na San Mames 2:1 w rewanżowym starciu półfinału Pucharu Króla. Barça tylko sobie znanym sposobem przetrwała pierwszy kwadrans rewanżu(na Camp Nou Barça wygrała skromnie 1:0). Bramkarz Urruticoechea kilkakrotnie ratował zespół przed utratą gola, który mógł dać wyrównanie stanu rywalizacji. W 15 minucie Schuster wykonał rzut rożny na krótki słupek, toru lotu piłki nie przeciął żaden z piłkarzy i wpadła ona do bramki. Dziesięciu piłkarzy Athletic, na czele z bramkarzem Zubizarretą domagała się odgwizdania faulu na golkiperze gospodarzy ale arbiter uznał gola. Piękna bramka z rzutu wolnego Goikoetxei dała nadzieje na odrobienie strat, lecz przypadkowe wybicie z własnej połowy, po którym Carrasco wykorzystał sytuacje sam na sam zmniejszyło szanse Athleticu niemal do zera. ,,Wiedziałem że zagramy z Blaugraną ale nie spodziewałem się że spotkamy się również przeciwko trójce sędziowskiej. Przy pierwszym trafieniu arbiter najpierw wykonał gest jakby chciał odgwizdać faul ale nagle pokazał na środek boiska. Po tej sytuacji każda decyzja sędziego była dziwna”- podsumował trener Basków Iñaki Saez. Natomiast Schuster miał zupełnie inne zdanie: ,,Sędziowanie było fantastyczne”- podsumował Niemiec.





@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

1

@FCBparasiempre
Peter Taylor, ówczesny minister sprawiedliwości, na polecenie “Żelaznej Damy” opublikował 188 stron raportu, w którym zawarł przyczyny tragedii na Hillsborough. Nie to było jednak najważniejsze. Lord Taylor dał wskazówki, jak w przyszłości unikać tego typu wypadków. Jego praca była pewnego rodzaju drogowskazem, jaką ścieżkę należy obrać, aby naprawić całą sytuację, uleczyć toczony gangreną przez dekady organizm. Swój raport opublikował on w sierpniu 1989 roku, a jego finalna wersja ujrzała światło dzienne w styczniu 1990 roku. Raport obnażył wręcz stadionowe zwyczaje, ubogą infrastrukturę klubów, fatalną organizację meczów na stadionach oraz całych rozgrywek piłkarskich w Anglii. Był to powiew świeżości w hermetycznym, skostniałym piłkarskim półświatku, głos rozsądku w pomieszczeniu pełnym bezsensownych krzyków. Raport Taylora doskonale uchwycił całe zło w angielskiej piłce nożnej. Na skutek raportu całkowicie zrezygnowano z trybun stojących. Od tej pory kibice mogli zajmować miejsca wyłącznie siedzące, w dodatku numerowane. Spowodowało to łatwiejszą identyfikację kibiców po miejscach, z czasem wprowadzono bowiem także unikalne karty kibica, sygnowane nazwiskiem. Wywołało to oczywiście falę protestów, zarzucano nawet ograniczenie swobód obywatelskich. Poprawiono jednak organizację meczów, wprowadzono monitoring oraz zatrudniono specjalistów od ochrony. Wzrosły za to ceny biletów. Odstraszyło to najmłodszych oraz najbiedniejszych, którzy przeważnie tworzyli trzon chuligańskich grup kibiców. W latach 80. można było wejść na stadion już za pięć funtów, dzisiaj te ceny wahają się od 40 do nawet 120. To spowodowało wzrost zainteresowania futbolem wśród całych rodzin, dotąd wykluczonych ze struktur kibicowskich, kojarzących się wcześniej z subkulturą ludzi młodych, przeważnie z nizin społecznych. Piłka nożna zaczynała wchodzić na salony, rósł poziom ligi. Za gigantyczne pieniądze przebudowano stadiony, które dzisiaj przypominają luksusowe obiekty, a nie mordownie sprzed 30 i 20 lat. Ortodoksyjni fani twierdzą, iż futbol umarł wraz z reformą ligi, mecze straciły bowiem swój dawny klimat, stając się miejscem dla pracowników korporacji, a nie prawdziwych kibiców. Jest w tym trochę racji, ale lepszy taki stan rzeczy aniżeli lata 80. pełne krwi, przemocy i śmierci. Zmienił się także profil samego kibica na stadionie w Anglii. To nie są już wyłącznie chuligani, ale ludzie wywodzący się ze wszystkich grup społecznych, zarówno pod kątem pochodzenia, jak i materialnym. To znów ma drugą stronę medalu, ponieważ dzisiaj krytykuje się znowu zbytnią elitarność Premier League. Futbol w Anglii staje się coraz bardziej niedostępny dla biedniejszej klasy pracującej, opanowali go za to pracownicy korporacji, nazwani pogardliwie „krewetkożercami”. Angielskie kluby po śmierci Margaret Thatcher w większości odmówiły uczczenia minutą ciszy zmarłej pani premier. Świat składał kondolencje, Premier League nie. Rodziny zmarłych na Hillsborough przez lata domagały się zadośćuczynienia, bezskutecznie. “Żelazna Dama” nie chciała zbawić angielskiej piłki, chciała ją zniszczyć. Futbol był dla niej zabawą dla mas, dla plebsu. Nie rozumiała piłki nożnej i robotniczego etosu napędzającego futbol. Wszystkie jej decyzje, wycelowane w piłkę, w jakiś sposób jednak uzdrowiły ją. Wolny rynek doprowadził do powstania telewizji Sky Sports, która zainwestowała w futbol i w ten sposób rozwinęła samą ligę. Czy bez traumatycznych zdarzeń na Heysel bądź Hillsborough oglądalibyśmy Premier League w takim wydaniu jak dziś? Śmiem wątpić. A sama Margaret Thatcher? Cóż, to nie ona odpowiedzialna jest za rozkwit Premier League, jednak bez jej decyzji nie byłoby dzisiaj ligi, którą znamy i kochamy. Ciekawy paradoks.

6

@FCBparasiempre
Rok 2013 przyniósł smutną wiadomość. We wtorek, ósmego kwietnia w wieku 88 lat zmarła Margaret Thatcher. “Żelazna Dama” była postacią tak kontrowersyjną, że zdania o niej do dziś są podzielone w społeczeństwie angielskim. Pani premier nie była za to na pewno lubiana w środowisku piłkarskim, ale śmiało można rzec, że sama sobie była winna. Nienawidziła futbolu tak bardzo, że chcąc go zniszczyć, paradoksalnie uzdrowiła go. Wszystko to nie wydarzyłoby się, jednak gdyby nie wydarzenia z 15 kwietnia 1989 roku, których 26. rocznicę obchodziliśmy w tym roku. Mowa oczywiście o tragedii na Hillsborough – zdarzeniu, które do dziś jest cierniem wbitym w serce nie tylko angielskiego futbolu, ale całej krainy dumnych synów Albionu. „Derby Anglii w chlaniu” opowiadają przede wszystkim losy herosów murawy, ale nie można pisać o angielskiej piłce jedynie przez pryzmat kielicha, zabawy i włosów „Na Beatlesa”. Lata 80. w futbolu wyspiarskim to apogeum zła i przemocy, dlatego warto pochylić się nad tym, w jaki sposób uzdrowiono piłkę w kraju, gdzie złamana kość w stopie Davida Beckhama była problemem całego kraju. Jak doszło zatem do przecięcia węzła gordyjskiego, będącego spiralą zła i gangreną toczącą angielską ziemię? Feralna druga połowa lat 80. zaczęła się dokładnie pod koniec sezonu 1984/1985, kiedy na stadionie Valley Parade w Bradford doszło do wybuchu pożaru. Zginęło 56 kibiców, a ponad 250 zostało ciężko poparzonych. Fatalna infrastruktura, brak gaśnic na stadionie (!) doprowadziły do tragedii, która właściwie zaczyna opowieść o tym, jak angielska piłka zamieniła rynsztok na salony. Bradford było jednak tylko wstępem, wszystko to ginie w cieniu tragedii na Heysel. Spytacie dlaczego, przecież na Valley Parade zginęło więcej ludzi? Tragedia w Bradford była wynikiem złej organizacji stadionu i niedopatrzeń, Heysel to natomiast eskalacja nienawiści i co tu dużo mówić – barbarzyństwa. Wydarzenia z Belgii do dziś pozostają tematem tabu. Jest to kwestia, którą lepiej przemilczeć w rozmowach z wieloma osobami, a zarazem fakt, który zdaje się być negowany i konsekwentnie zacierany w pamięci ludzkiej. Ten swoisty proces wyparcia to nic innego jak reperkusje zdarzeń, które zamieniły festiwal radości, jakim powinien być futbol, w masową mogiłę. Obrazy ludzkich ciał ustawianych w stosy bliższe są raczej relacjom z wojen bałkańskich niż opisowi meczu. Najważniejsze spotkanie w roku, finał Pucharu Europy pomiędzy Juventusem, a Liverpoolem, zamienione zostało w totalną katastrofę. Piłkarze przed spotkaniem byli niespokojni, w ich głowach kiełkowała myśl, że coś jest nie tak, z boiska do szatni dochodziły bowiem sprzeczne komunikaty. Angielscy kibice byli nabuzowani, najgorzej było w sektorze Z. Włoskich tiffosi i kibiców “The Reds” oddzielała jedynie policyjna strefa buforowa, która była… pusta. Anglicy ruszyli na Włochów, rzucając w nich, czym się dało. Włoscy kibice zaczęli uciekać, wspinając się na mur, który pod ich ciężarem się zawalił. 39 istnień ludzkich odeszło na zawsze z powodu tak błahego, jak futbol. Zapomnijcie o Shanklym, który mawiał, iż „piłka nożna nie jest ważniejsza od kwestii życia i śmierci”. Nie jest-to tylko atrakcyjny bon mot, mile łechczący ego ludzi zajmujących się futbolem. Heysel to grobowiec, symbol śmierci. Śmierci, która będzie musiała jeszcze raz powrócić, aby tchnąć iskrę życia w angielski futbol.

Francuski filozof Jean Baudrillard, tropiący multikulturalizm, globalne zacieranie się granic oraz niszczący wpływ konsumpcjonizmu, w swojej książce “Przejrzystość zła” odniósł się właśnie do feralnych wydarzeń na Heysel. Jego zdaniem masakra ta wydarzyła się, ponieważ w człowieku tkwi głęboko zakorzeniona chęć stania się czynnym aktorem pewnego wydarzenia, hipnotyzującego swą siłą – będącego wręcz pewnego rodzaju plemiennym aktem. Po tragedii w Brukseli angielska prasa wrzała. Lata 80. były czasem, kiedy Anglię bynajmniej nie określały dzisiejsze atrybuty wielkości, vide prosperity, dobrobyt, zadowolenie. Szeroko rozumiany kryzys dopadł dzisiaj oczywiście wszystkich – w mniejszym lub większym stopniu – jednak nie okłamujmy się, Anglia to wciąż kraina mlekiem i miodem płynąca. 30 lat temu było jednak inaczej, a Heysel było zapalnikiem, katalizatorem zmian nie tylko w angielskiej piłce, ale i w społeczeństwie. Premier Margaret Thatcher była stanowcza, tak samo jak prasa, która nie zostawiła suchej nitki na kibicach angielskich, ochrzczonych w Europie mianem “The Animals”. Angielski kibol pustoszył Europę niczym czarna ospa, zostawiając za sobą jedynie zniszczenie, pijaństwo i nieślubne dzieci. Prasa oraz brytyjska inteligencja o taki stan rzeczy oskarżyły totalną kulturową zapaść, jaka stała się udziałem Anglii w latach 80. Przeciętny Anglik w swoim mniemaniu nadal był panem świata, mogącym folgować własnym potrzebom w każdym zakątku. Kula ziemska w mentalności obywatela kraju królowej Elżbiety II nadal była kolonią, a wszystko poza Anglią jedynie perłą w koronie Imperium Brytyjskiego. Czasy się jednak zmieniły. Anglią nie rządziła już Królowa Wiktoria, Kompania Wschodnioindyjska była jedynie reliktem przeszłości, ale nadal pokutowało kolonialne myślenie. Panowie Europy – podsyceni piłkarską kulturą robotniczą – utworzyli pejoratywny ideał piłkarskiego chuligana. Thatcher powiedziała dość, i słusznie. Dlaczego zatem piłkarski świat tak bardzo jej nienawidzi? Margaret Thatcher stała na czele rządu Jej Królewskiej Mości od roku 1979 aż do 1990. Wsławiła się rządami twardej ręki, zwłaszcza w opozycji do strajkujących robotników oraz klasy pracującej (czytaj w większości kibiców piłkarskich). Thatcher wywodziła się z Partii Konserwatystów (torysów), stojących w przeciwwadze do laburzystów, czyli Partii Pracy. Jej stanowczość oraz specyficzna polityka zostały ochrzczone mianem „Thatcheryzmu”. Polegał on na ograniczaniu roli państwa dobrobytu(tzw. welfare state), prywatyzowaniu państwowych przedsiębiorstw oraz wprowadzeniu wolnego rynku tak, aby wydobyć kraj z zapaści gospodarczej. Państwo szybko dźwignęło się z niebytu, jednak efektem ubocznym okazały się galopujące bezrobocie i wzrost stóp procentowych. Nie przysporzyło to oczywiście samej pani premier popularności. Thatcher stawiała na zwiększenie konkurencyjności, wzrost liczby prywatnych spółek i przedsiębiorstw, a także na innowacyjność, która rozwija przecież przemysł. Przy całej swojej miłości do wolnego rynku “Żelazna Dama” (ochrzczona tak przez Radio Moskwa) była czołowym eurosceptykiem, jeśli chodziło o model integracji ponadnarodowy, czyli federacyjny. To ona wypowiedziała słynne słowa: “Give my money back”, sprzeciwiając się wpłacaniu wielkich sum oraz rozwijającego się wpływu instytucji europejskich. Wspierała Ronalda Reagana w jego walce z ZSRR, walczyła także z IRA. Dwukrotnie próbowano ją zabić, ale pozostała nieugięta. Członkowie IRA próbowali nawet głodówek (świetny film Steve’a McQueena “Głód”), a jeden z nich, Bobby Sands, zmarł.

Margaret Thatcher stała jednak niewzruszona przy swoim. O zmarłych nie wypada źle mówić, jednak dzisiaj postać Thatcher bardziej dzieli, niż łączy. Nienawidziły jej środowiska lewicowe, a czołowy brytyjski bard Morrissey śpiewał nawet “Margaret na gilotynę”. Pani premier była nieugięta, przez co silnie krytykowana. Niemiecki “Die Zeit” pisał o niej: “Przyjaciółka Boga, a wróg całego świata”. Wojowała także z futbolem. Dlaczego? Z prostej przyczyny – nie rozumiała jej. Dla Margaret Thatcher futbol był miejscem kaźni, a na stadionach rozgrywały się dantejskie sceny, trybuny były epicentrum zła. Może i było w tym ziarnko prawdy, jednak “Żelazna Dama” nienawidziła kibiców, którzy umówmy się – mieli swoje za uszami, jednak to nie oni byli największym problemem. Prawdziwym utrapieniem były przestarzała infrastruktura, stadiony pamiętające II wojnę światową i płonące łatwo niczym zapałka – jak ten z Bradford. Trybuny stojące, brak identyfikacji kibiców – to wszystko było problemem, który trudno sobie wyobrazić, oglądając dzisiejsze obrazki z Premier League – piękne niczym widokówki z Malibu. Thatcher natychmiast po wydarzeniach w Belgii wycofała angielskie kluby z europejskich pucharów. Uderzyło to jednak przede wszystkim w samą Anglię, przynosząc odwrotne skutki. Po pierwsze. Poziom sportowy drużyn w Anglii zwyczajnie się obniżył. Życie nie znosi pustki i aby być dobrym, utrzymywać stały poziom, kluby piłkarskie muszą rywalizować z innymi. Izolacjonizm drużyn doprowadził do braku jakichkolwiek kontaktów z klubami z kontynentu, a co za tym idzie braku dostępu do nowinek technicznych, innych sposobów gry, rewolucji taktycznych. Pomiędzy rokiem 1977 a 1984 angielskie drużyny całkowicie zdominowały rozgrywki europejskie, to były złote lata futbolu brytyjskiego (paradoksalnie). Po wykluczeniu miało minąć aż 14 lat, zanim następny angielski klub zawojuje Puchar Europy (Manchester United w 1999 roku). Taki stan rzeczy spowodował odpływ pieniędzy i sportowej jakości znad Tamizy. Po drugie. Ci, którzy mieli odpowiedzieć za tragedię, nie ponieśli większej winy. Oczywiście Liverpool wykluczono z rozgrywek, ale co z tego. Sankcje poniosły wszystkie kluby, a w Europie utrwalono stereotyp prostaka z Wysp, szukającego jedynie rozrywek przypisanych plebsowi rodem z czasów wiktoriańskiej Anglii, w opozycji do Europejczyka, odkrywającego dumę ze swojej tożsamości i przynależności do kontynentu, który rozpoczynał starania o zjednoczenie w ramach zalążków UE. Inna sprawa, że Anglicy nigdy nie zabiegali o integracje z kontynentem, ale izolacja sportowa jedynie pogłębiła taki stan rzeczy. Zastanawiające jest także to, że do dziś Heysel jest tematem tabu i stosuje się raczej politykę wypierania tego faktu, aniżeli kultywowania go w pamięci ludzkiej. Nie dziwi taki fakt u Anglików, którzy byli prowodyrami, ale niespecjalnie przypomina się go również u Włochów, a także w Belgii. Na samym stadionie Heysel (nazwanym tak od nazwy dzielnicy Brukseli, w której się znajduje) widnieje jedynie mała tabliczka pamiątkowa i nic więcej. Czy wydarzenia te zostawiły tak głęboko zakorzenioną w sercu zadrę, iż ludzie nie chcą ich pamiętać, czy może cała ta sprawa ma jakieś drugie dno, niesprecyzowane, błąkające się gdzieś na granicy sfery kulturalnej, historycznej, wreszcie politycznej?

Po trzecie. Izolacjonizm doprowadził do rosnącej fali niepokojów w samej Anglii. Margaret Thatcher trzymała rządy żelaznej ręki, dzięki czemu – jak wcześniej pisałem – doczekała się tytułu “Żelaznej Damy”. Będąc na czele partii torysów, stała w opozycji do całej robotniczej Anglii, wspierającej front laburzystów. Retoryka laburzystów była bliższa także sercom i umysłom środowisk piłkarskich w Anglii, które tak jak same kluby wywodziły się przede wszystkim ze związków zawodowych i wielkich zakładów robotniczych schyłku XIX wieku. Thatcher wojowała natomiast ze związkami zawodowymi, górnikami. Nie rozumiała robotniczego etosu, stojącego za sukcesem futbolu. Ludzie zmęczeni byli jej rządami i mimo iż zrobiła wiele dobrego, różnie ocenia się lata jej panowania na brytyjskiej scenie politycznej. Odgórne ograniczenie związków zawodowych niemalże rozsierdziło lewicująca klasę pracującą. Lata 60. to apogeum chuligaństwa w Anglii, jednak dekada lat 80. przyniosła więcej ofiar. Czara goryczy przelała się 15 kwietnia 1989 roku w Sheffield na stadionie Hillsborough. Jeśli zawalenie się trybuny i śmierć 39 osób w Belgii było katastrofą, to to, co zdarzyło się cztery lata później w Sheffield, urosło do rangi pandemonium. 15 kwietnia 1989 roku doszło do półfinałowego spotkania w ramach pucharu Anglii, pomiędzy tym samym Liverpoolem, którego fani wywołali zamieszki na Heysel, a Notthingham Forest. To był kolejny z tych meczów, które zamiast świętem stały się masowym pogrzebem. W 6. minucie spotkania – w wyniku fatalnej wręcz organizacji meczu oraz złego zachowania policji – fani Liverpoolu z powodu zbyt małej liczby miejsc zaczęli tratować się nawzajem, przygnieceni do metalowego płotu. Jęki umierających ludzi opanowały stadion, powodując panikę. Mecz przerwano. Zginęło aż 96 kibiców Liverpoolu. Najmłodszy z nich, Jon Paul Gilhooley, miał jedynie dziesięć lat. Był kuzynem obecnego kapitana oraz legendy “The Reds”, Stevena Gerarrda. Do dzisiaj świadkom tamtych wydarzeń cisną się na twarz łzy, gdy próbują o tym mówić. Rodziny ofiar oraz sam klub przez laty starały się dociec, dlaczego umorzono śledztwo oraz dlaczego policja nie przyznała się do ewidentnych, kardynalnych wręcz błędów. Dopiero w 2012 roku rząd Davida Camerona oznajmił, iż specjaliści przyjrzą się jeszcze raz tragedii w Sheffield. Wyniki były zaskakujące dla opinii publicznej, oczywiste natomiast, a zarazem przyjęte z ulgą przez środowisko piłkarskie oraz to związane z samym miastem Liverpool i klubem. Raport wykazał, że do tragedii doszło wskutek niefrasobliwości oraz uchybień, jakich dopuścili się przedstawiciele angielskiej policji. Przez lata popularna była akcja “Justice for the 96″, w której ludzie domagali się zadośćuczynienia dla 96 ofiar tamtych zdarzeń, których rodziny musiały czekać aż 23 lata, aby sprawiedliwości stało się zadość i przywrócono należną cześć i dobre imię ich zmarłym krewnym. Jest to jedna z ciemnych kart rządów Margaret Thatcher, ponieważ do dziś mówi się, iż jej polityka gardziła środowiskiem kibiców i dopuszczała pewne nadużycia względem nich oraz akceptowała nieoficjalne środki stosowane przez policję. Sprawy te nie zostały do końca wyjaśnione i nie wiadomo, czy sama Thatcher nie została wprowadzona w błąd przez policję i ochronę. Summa summarum, zamieciono pod dywan całe dochodzenie w sprawie Hillsborough. Wydarzenia te, mimo fatalnego zachowania zarówno rządu, jak i policji (w czasie meczu i po nim), doprowadziły do poważnych reperkusji, które raz na zawsze miały zmienić oblicze angielskiej piłki nożnej, a także dać impuls do zmian, tak potrzebny ludziom w Anglii. Margaret Thatcher zleciła opracowanie raportu tamtych zdarzeń.

4

7

Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:

8 kwietnia 1972 r. urodził się Piotr Świerczewski. Pomocnik. Młodsza publiczność zna go głównie jako celebryte i bohatera reality show ,,Agent”. Dawniej jego wizerunek gościł w domach wielu nastolatków na całym świecie. Pan Piotr znalazł się bowiem na okładce pierwszej edycji kultowej gry z serii FIFA. Szatnia GKS Katowice często gościła charakternych piłkarzy. Tacy byli Adam Kucz, Sławomir Wojciechowski czy Adam Ledwoń. W niczym nie ustępował im jednak właśnie Świerczewski. Waleczny, ambitny aż do ostatniego gwizdka, bardzo ofiarny zawodnik znakomicie sprawdzał się w roli defensywnego pomocnika. Pseudonim ,,Świr” pochodził tyleż od nazwiska, co bezkompromisowego drapieżnego stylu gry. Przekore pokazał już na początku kariery. Starszy brat Marek swe kroki skierował do Sandecji Nowy Sącz. Piotr postanowił natomiast iść do innej drużyny i wybrał derbowego rywala klubu krewniaka- Dunajec. Z powodu tych cech charakteru wpadł w oko Januszowi Wójcikowi trenerowi reprezentacji olimpijskiej. ,,Wójt” zabrał go na igrzyska do Barcelony, choć istniało poważne ryzyko wykluczenia Świerczewskiego. Zawodnik nie przeszedł pierwszych testów dopingowych. Kolejna próba oczyściła go jednak z zarzutów. Na turnieju zagrał w 5 z 6 meczów. Między innymi zaliczył asyste w starciu z Kuwejtem, po dośrodkowaniu z lewej strony. W finale został wprowadzony w 55 minucie za Marcina Jałochę. Grę od pierwszej minuty uniemożliwiał mu drobny uraz. Z Hiszpanii przywiózł srebrny medal. Odważnie zapowiadał w rozmowie z bratem jeszcze przed turniejem że medal przywiezie. Akurat pewności siebie nigdy mu nie brakowało.

Wraz z Tomaszem Wałdochem chyba najmocniej potem odcisnął piętno na seniorskiej reprezentacji Polski. Razem z Koźmińskim byli kluczowymi postaciami kadry Jerzego Engela, która awansowała na Mundial w 2002 r. Zagrał w 9 z 10 spotkań eliminacji. Na samych MŚ wystąpił zaś przeciwko Koreańczykom oraz Portugalii. Łącznie w kadrze wystąpił 70 razy i strzelił 1 gola. Dzięki temu należy do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Na początku lat 90-tych był natomiast jedną z najbardziej wyróżniających się postaci na pozycji defensywnego pomocnika w Ekstraklasie. Razem z GKS Katowice sięgnął dwukrotnie po Puchar Polski i raz po Superpuchar; wywalczył wicemistrzostwo Polski oraz brązowy medal. Później rozwijał swa karierę we Francji. Wraz z S.C. Bastią zwyciężył w Pucharze Intertoto a z Olimpique Marsylia, gdzie pełnił rolę kapitana , zajął 3 miejsce w Ligue 1. Krótko grał też w Japonii i Anglii. Po przekroczeniu 30-tego roku życia powrócił do Polski. Na rodzinnej ziemi jeszcze dwukrotnie świętował zdobycie Pucharu Polski(z Groclinem Dyskobolią i Lechem) a także dołożył do tego 2 Puchary Ligi(oba z Groclinem), Superpuchar Polski(z Lechem) oraz brązowy medal mistrzostw Polski z Groclinem. Świerczewski w swojej karierze nie unikał kontrowersyjnych sytuacji. Zdawało się że czas ustatkowania się nadejdzie już przed igrzyskami. ,,Świr” wziął ślub i sprzedał ,,szpanerskiego” forda sierre. Jego zapalczywy charakter niejednokrotnie jednak dawał potem o sobie znać. Przydarzyły mu się między innymi bójki z dziennikarzami, kibicami, piłkarzami innych drużyn czy nawet… policjantami. Z drugiej strony dzięki ambicji cieszył się sławą jednego z bardziej lubianych zawodników w kraju. Występował w filmach i serialach. Nie odszedł całkiem od futbolu. W Ekstraklasie był m.in. menadżerem ŁKS-u. Ponadto prowadził też Znicza Pruszków czy Motor Lublin. Niedawno pełnił również funkcje II trenera w kadrze U-21.



@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira

10

Legendarni prezydenci:

8 kwietnia 1964 r. zmarł Agustin Montal Galobart, prezydent FC Barcelony w latach 1946-52. Stanowisko objął decyzją dyktatorów reżimu ale z perspektywy klubu był to dobry wybór. Za jego rządów liczba socios zwiększyła się z 20 do 30 tysięcy. 28 lipca 1948 r. zorganizował pierwsze zgromadzenie socios po 12 latach przerwy. W 1949 r. z okazji 50-lecia powstania Blaugrany zorganizował turniej będący hołdem dla Waltera Wilda i Joana Gampera, w którym uczestniczyły brazylijski Palmeiras i Boldklubben Kopenhaga. Mecz z Duńczykami uroczyście rozpoczął wnuk Gampera. Na turniej zaproszono byłego gracza Emilio Waltera, któremu Agustin przez kilka lat wysyłał paczki żywnościowe do Niemiec. Inne ważne decyzje mandatu Montala Galobarta to zatrudnienie Kubali i kupno terenów pod przyszłe Camp Nou.


@Monix10
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

1

@DonCarletto Co? Chyba żartujesz?

9

Rekordy Blaugrany:

8 kwietnia 1962 r. FC Barcelona odniosła rekordowe w swojej historii zwycięstwo w Pucharze Hiszpanii, gromiąc Club Deportivo Basconia aż 10:1(!) w ⅛ tychże rozgrywek. Hattrickiem popisał się w tym meczu Jesus Pereda. Pozostałe gole strzelali Verges(2), Szalay(2), Pais, Zaldua oraz Zaballa.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

7

Duma Katalonii cierpiała ale w końcu się doczekała:

7 kwietnia 1974 r. FC Barcelona zapewniła sobie długo wyczekiwane mistrzostwo Hiszpani. To był tytuł, który cules świętowali najmocniej w całej historii klubu. Katalończycy nie wygrali La Ligi przez 14 lat(!) a w tym samym czasie Real Madryt świętował tytuł aż dziewięciokrotnie. Blaugrana przypieczętowała sukces w Gijon z tamtejszym Sportingiem, gdzie grał Quini, o którym Michels mówił iż nie widzi dla niego miejsca w składzie gdyż zatrudnił już Claresa. Barça zaczęła sezon 1973/74 od miejsca w strefie… spadkowej! Dopiero transfer Cruijffa spowodował że nie przegrała 24 kolejnych spotkań i wygrała w tym okresie 19 meczów. W Gijon Duma Katalonii przegrywała już 2:1 lecz w ciągu 12 minut Marcial ustrzelił hattricka i zapewnił upragniony tytuł. Po meczu pytano Michelsa czy można porównać Barcelone do Ajaxu a ten odpowiedział: ,,To nie było by sprawiedliwe. Ajax ma kilka Pucharów Europy a Barça dopiero zaczyna”. Michels okazał się niestety prorokiem ponieważ FC Barcelona na kolejny tytuł czekała aż 11 lat!


@Symson
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

7

Premierowe Derby:

7 kwietnia 1929 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze ligowe derby z Espanyolem w 8 kolejce premierowych mistrzostw Hiszpanii. Duma Katalonii wygrała ten mecz 1:0 po golu Jose Sastre. Bramki Espanyolu strzegł wówczas legendarny Ricardo Zamora, który zapobiegł utracie kolejnych goli.


@Lionel_Messi10
@Symson
@Monix10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

7

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

6 kwietnia 1939 r. w Chorzowie urodził się Eugeniusz Faber. Jeden z najlepszych skrzydłowych w historii chorzowskiego Ruchu. Godny następca Gerarda Wodarza. W 1954 r. rozpoczął pracę w kopalni Prezydent i szybko został zawodnikiem zakładowego klubu. Swoją grą zrobił wrażenie na Erwinie Michalskim, który chętnie powoływał go do reprezentacji miasta. Kiedy Roman Lentner odniósł kontuzję, to właśnie Michalski optował za tym, żeby do reprezentacji Śląska powołać w jego miejsce Fabera. Ojga, jak mówili na niego koledzy, spisał się na tyle dobrze, że wkrótce ściągnął go do Ruch. W drużynie Niebieskich szybko się zaadaptował i od pierwszych meczów zrobił wrażenie na kibicach. Uwielbiali go nie tylko za wspaniałe umiejętności, szybkość i strzelecką precyzję, ale też za to, że zawsze grał czysto i fair. Raz tylko dał się sprowokować i uderzył rywala, za co został zawieszony na rok, ale po trzech miesiącach PZPN go ułaskawił. W Ruchu występował przez 12 lat i przez cały ten okres był jednym z najlepszych w zespole. Dwukrotnie sięgał po mistrzostwo kraju (1960 i 1968). Reprezentacyjny debiut zaliczył w starciu z Finlandią (wygrana 6:2) w ramach eliminacji do igrzysk w Rzymie. Jego głównym rywalem do gry na lewej flance był Roman Lentner, dlatego też Faber nieraz występował na prawym skrzydle, gdzie radził sobie równie dobrze. Pojechał na igrzyska, ale w samym turnieju nie zagrał. W reprezentacji występował przez 10 lat. Pożegnał się wygranym meczem z Holandią (2:1) 7 września 1969 r. Z Ruchu odszedł niedługo po przyjściu trenera Vičana. Szkoleniowiec nie chciał mieć w zespole zbyt wielu starszych zawodników, a sam Faber nie miał już tyle sił, żeby wytrzymać ciężkie treningi nowego trenera. Wyjechał do Francji, gdzie został zawodnikiem Lens. W 1961 r. Ruch grał tam mecz towarzyski, a Faber swoim występem zrobił na tamtejszym prezesie duże wrażenie. O transferze nie mogło być wówczas mowy. Kiedy jednak Francuzi dowiedzieli się, że piłkarz może odejść z klubu, to z miejsca się po niego zgłosili i po paru dniach był już w Lens. Z klubem awansował do I ligi, grał w finale pucharu Francji. W końcu wrócił do Polski, gdzie prowadził zespoły trzecioligowe. 12 grudnia 1981 r. wyjechał do Francji na święta do znajomych. Kiedy wprowadzono stan wojenny, zdecydował się pozostać na emigracji. Eugeniusz Faber zmarł w ubiegłym roku właśnie we Francji w wieku 82 lat. W Reprezentacji rozegrał 36 meczów, strzelając 11 goli.


@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira

8

Kalendarium polskiego futbolu:

6 kwietnia 1983 r. Juventus pokonał Widzew Łódź 2:0 na Stadio Olimpico Gran Torino, po golach Tardelliego i Bettegi w ramach pierwszego półfinału Pucharu Mistrzów. Półfinał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych to największy sukces w historii występów Widzewa w europejskich pucharach. To także jedno z największych osiągnięć polskiego klubu na arenie międzynarodowej. Dalej dotarł jedynie Górnik Zabrze, który zagrał w finale, tyle że mniej prestiżowego Pucharu Zdobywców Pucharów. Początek drogi do półfinału był łatwy, bo w pierwszej rundzie łodzianie trafili na maltański Hibernians FC i bez problemów wygrali obydwa spotkania (3:1 oraz 4:1). Schody zaczęły się już od kolejnego rywala. Los przydzielił Rapid Wiedeń. Mistrz Austrii (dwa lata późnej zagrał w finale PZP) wygrał u siebie 2:1, ale w Łodzi Widzew szybko odrobił straty (po półgodzinie prowadził 3:0) i zwyciężył 5:3. W ćwierćfinale trafił się już przeciwnik z najwyższej półki - Liverpool FC. U siebie podopieczni trenera Władysława Żmudy wygrali 2:0, w rewanżu prowadzili 2:1, ale w końcówce Anglicy strzelili dwa gole. To było jednak za mało, by wyeliminować łodzian. „Jesteście wspaniali. Do zobaczenia w Atenach. Zbyszek" - napisał wtedy do byłych kolegów z Widzewa Zbigniew Boniek, który był już piłkarzem Juventusu. Były prezes PZPN-u w ten sposób życzył, by te zespoły zagrały ze sobą w finale. Stało się inaczej i podczas losowania już w półfinale Widzew trafił na Włochów. Pierwszy mecz(w Turynie) odbywał się tuż po Wielkanocy. Dlatego piłkarze trenowali w świąteczną niedzielę a w Lany Poniedziałek polecieli do Włoch. Trener Żmuda jeszcze przed wylotem analizował na podstawie zapisu wideo mecz Juventusu z Torino. Podkreślał, że rywale dali sobie wbić trzy gole w pięć minut. Paolo Rossi, napastnik Juventusu, stwierdził, że to będzie podobne spotkanie do tego z 1982 r. podczas mundialu w Hiszpanii, kiedy Włochy pokonały Polskę 2:0.

Najwięcej miejsca włoska prasa poświęcała oczywiście Bońkowi. Ba, dziennikarze "La Gazetta Dello Sport" wcześniej odwiedzili Polskę, by napisać reportaż o Zibim. "Niejednokrotnie mówiłem, że nastąpił dość nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który sprawił, że musimy spotkać się z Widzewem już w półfinale. Dziś jestem piłkarzem Juventusu, kierują mną sportowe ambicje i chciałbym zdobyć ze swą drużyną Puchar Europy. Dlatego też dołożę wszelkich starań, by przyczynić się do zrealizowania tych marzeń" – cytował Bońka "Dziennik Łódzki". "Dziś w Turynie supermecz" - zapowiadała polska prasa. Włosi podkreślali rekordowe zainteresowanie kibiców. Do kasy Juventusu ze sprzedanych biletów wpłynęło 1 mld 100 tys. lirów (wtedy około 800 tys. dolarów). To był nowy rekord Włoch pod względów wpływów z wejściówek. "Jeżeli w pierwszych 15 minutach nie popełnimy błędów, wówczas osiągniemy bardzo korzystny rezultat. Jestem pewny, że sprawimy naszym sympatykom prezent" - twierdził Mirosław Tłokiński. Jak się okazało, rację miał Paolo Rossi. Tłokiński też nie minął się z prawdą, bo widzewiacy nie utrzymali bezbramkowego rezultatu przez kwadrans. Gola stracili już w ósmej minucie. Na oczach 70 tys. widzów Widzew przegrał 0:2, choć wcale tak nie musiało się skończyć. "Widzew nie do końca wykorzystał swoje szanse. Nie było widać zbyt wyraźnej przewagi mistrza Włoch, a nawet powiedziałbym więcej, że przez wiele fragmentów właśnie piłkarze Widzewa zamykali zespół gwiazd na ich połowie" - pisał korespondent DŁ. " ,,Gospodarze zaimponowali mi konsekwencją i mieli więcej sił. W pierwszej połowie byliśmy równorzędnym partnerem. Drugą część moi chłopcy rozpoczęli fatalnie, popełnili wiele błędów i straciliśmy drugiego gola. Wyróżniam Młynarczyka i Smolarka" - mówił trener Żmuda.

Składy obu drużyn:

Widzew: Młynarczyk, Świątek, Grębosz, Wójcicki, Kamiński, Wraga (81. Myśliński), Romke, Rozborski, Surlit, Tłokiński, Smolarek.

Juventus: Zoff, Gentile, Scirea, Brio, Cabrini, Boniek, Bonini, Platini, Tardelli, Bettega, Rossi (78. Marocchino).



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

10

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

6 kwietnia 2010 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Arsenal 4:1 w rewanżowym spotkaniu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wszystkie 4 gole strzelił genialny Messi. Ten mecz jest uważany za jeden z najlepszych indywidualnych występów Argentyńczyka w całej karierze. Mecz zaczął się dość niespodziewanie. Już w 18 minucie Kanonierzy wyprowadzili szybką akcje, po której Wallcot wyłożył piłke Bendtnerowi a duński napastnik otworzył wynik. Raptem 3 minuty później Messi doprowadził jednak do wyrównania a jeszcze przed przerwą skompletował hattricka. Pod koniec spotkania dokończył dzieła i ustalił wynik meczu. Hiszpanie określają taki wyczyn mianem ,,Pokera”, co odnosi się do układu znanego w Polsce jako ,,kareta”.

To trzeba przypomnieć:




@Monix10
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

8

Cześć i chwała legendom Blaugrany:

6 kwietnia 1966 r. zmarł nagle Julio Cesar Benitez. 27-letni Urugwajski piłkarz FC Barcelony zmarł w wyniku zakażenia przewodu pokarmowego po zjedzeniu zepsutych owoców morza. Tragiczne wydarzenie nastąpiło na 3 dni przed arcyważnym pojedynkiem z Realem Madryt w La Liga. 150 tysięcy ludzi uczestniczyło w ostatniej drodze Beniteza, który na Camp Nou występował od 1961 r. Grał przeważnie w obronie stając się z czasem ulubieńcem publiczności. Jego poświęcenie najlepiej oddają słowa wypowiedziane tuż przed śmiercią: ,, Do boju chłopaki! Pokonamy Real 2:0!”. Mecz z Królewskimi został przełożony o 2 dni, lecz koledzy Urugwajczyka nie byli w stanie się pozbierać i zremisowali 1:1. Pod koniec tamtego sezonu Katalończycy wygrali jednak z Realem finał krajowego pucharu i zadedykowali trofeum zmarłemu koledze.


@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
@Monix10

2

Moje obawy przed porażką w El Clasico potwierdziły się w stu procentach ale że polegniemy na Camp Nou aż 0:4 to chyba nawet by mi się nie przyśniło. Owszem zagraliśmy bez czterech podstawowych zawodników ale czy to jest usprawiedliwienie tak wysokiej porażki? Kto jest temu winien? Laporta? Xavi? Zapewne jeden i drugi. Tacy zawodnicy jak Kessie, Marcos Alonso czy Ferran Torres, nigdy nie powinni trafić do tak wielkiego klubu jak FC Barcelona. Druga rzecz to plaga kontuzji- gdzie jest sztab medyczny? a właściwie co to za jakość tych medyków że piłkarze padaja jak muchy? Do tego dochodzi fatalna skuteczność pod bramką przeciwników o czym świadczą wyniki 1:0. To wszystko trzeba naprawić jak najszybciej inaczej w przyszłym sezonie będzie powtórka obecnego...

3

@ComentateiroJesli masz na myśli że nie dowiezie tylko Pucharu Króla, to moim skromnym zdaniem Laporta nie zwolni Xaviego.

9

Hydraulik z Preston:

5 kwietnia 1922 r. urodził się Tom Finney, angielski napastnik. Legenda angielskiej reprezentacji Anglii Billy Wright powiedział kiedyś o nim, że nikt nie jest bardziej godzien noszenia białego trykotu reprezentacji. Bill Shankly zestawił go w jednym szeregu z Alfredo Di Stéfano, Pelé, Stanleyem Matthewsem i Diego Maradoną. O kim mowa? Przedstawiamy ikonę Preston North End Toma Finneya. Finney jak wielu piłkarzy urodzonych tuż po zakończeniu I wojny światowej, zanim zaczął pracować na własną chwałę, musiał pomóc w obronie chwały ojczyzny. W 1942 roku powołany został do Królewskiego Korpusu Pancernego, gdzie walczył w Egipcie z ramienia Montgomery’s Eighth Army. Tam zdarzało mu się grywać w lokalnych turniejach drużyn wojennych. Zawodnikiem jednego z miejscowych zespołów był znany na całym świecie z tytułowej roli w filmie ,,Doktor Żywago” aktor Omar Sharif. W 1946 kariera Finneya ruszyła z kopyta. Zadebiutował on w First Division, a także w reprezentacji Anglii. Do 1958 roku rozegrał dla niej aż 76 spotkań i strzelił 30 goli. W tamtych czasach nawet najlepsi angielscy piłkarze nie mogli godnie żyć z pensji w klubie, więc chwytali się innych zajęć. Tom został hydraulikiem i zarabiał czternaście funtów tygodniowo. Z powodu wykonywania tej profesji, kibice w całej Anglii nazywali go ,,Preston Plumber”. Cały zespół Preston North End nazywano natomiast ,,drużyną hydraulika i dziesięciu kropel”, dając do zrozumienia, że koledzy Finneya byli tak naprawdę nic nie znaczącymi dodatkami do niego. Ten znakomity lewoskrzydłowy rzeczywiście nie osiągnął ze swoim klubem zbyt wiele. Dwa razy zajmował drugie miejsce w lidze angielskiej (1953 i 1958), a raz dotarł do finału Pucharu Anglii (1954). Finneyem interesowały się inne kluby, szczególnie włoskie. Do Preston przyjeżdżali przedstawiciele Palermo i Torino. Ci drudzy oferowali Anglikowi dziesięć tysięcy funtów za podpisanie kontraktu, sto funtów tygodniowej pensji, Maserati oraz willę nad jeziorem Como. Finney odmówił, tłumacząc, że na zawsze pozostanie wierny miastu Preston i jego klubowi. W szczytowym okresie kariery, Finney zarabiał dwadzieścia funtów tygodniowo. Nigdy jednak nie zależało mu na pieniądzach. Wiele lat po skończeniu z futbolem, Tom krytykował przepłacanie piłkarzy. Uważał też, że nieliczni zasługują na miliony i takim graczom jak choćby Ryan Giggs pieniędzy nie zazdrości.

Finney był znany jako boiskowy dżentelmen. Na murawie jako jeden z nielicznych zawodników nie przeklinał. Przykładem świecił również jako człowiek. Ze swoją żoną Elsie Noblett wziął ślub zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Przeżył z nią niemal sześćdziesiąt lat. Mieli dwójkę dzieci: Barbarę i Briana. Krytykował piłkarzy, którzy między treningami włóczyli się po nocnych klubach, mieli problemy z używkami i rozbijali drogie samochody. Zdaniem Finneya takie zachowanie przynosiło wstyd nie tylko samym graczom, ale również ich klubom z bogatą historią. On sam wstydu Preston North End nigdy nie przyniósł. Mało tego, stał się najlepszym zawodnikiem w historii tego klubu. Czternaście lat gry, 433 mecze i 187 goli. Klasa. Wspomniany Bill Shankly powiedział kiedyś o gwiazdach lat siedemdziesiątych, że są tak dobre jak Finney, z tym że on ma już prawie sześćdziesiątkę… Toma Finneya szanowali nie tylko kibice i koledzy z boiska, ale i przeciwnicy. W 1951 roku Anglia pokonała Portugalię 5-3 w meczu towarzyskim rozgrywanym na Goodison Park. Obie reprezentacje spotkały się raz jeszcze na bankiecie po meczu. W pewnym momencie wszyscy portugalscy zawodnicy unieśli w górę kieliszki, wstali z miejsc i wznieśli zdrowie ,,mistrza, Pana Finneya”. Szacunek okazany przez rywala to chyba najpiękniejsza chwila w karierze.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

1

@Pawel13sz Ale ta broda wpadająca w rudy kolor to już nie ładnie...

9

Duma Katalonii w Pucharze Króla:

5 kwietnia 1925 r. FC Barcelona na Camp de Les Corts, rozgromiła Stadium Zaragoza(prawdopodobnie późniejszy Real Saragossa) aż 8:0(!) w ostatnim meczu grupowej fazy Copa del Rey i awansowała do półfinału. Jeśli się nie mylę było to najwyższe zwycięstwo z tą drużyną w Pucharze Króla. Gole strzelili: Arnau(4), Vincenc Piera(2) oraz Samitier(2). Jednak w półfinale Blaugrana bardzo męczyła się z Atletico Madryt i potrzebny był trzeci dodatkowy mecz z Rojiblancos ale o tym wspomnę w rocznice tego meczu dodatkowego a mianowicie 3 maja.


@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Monix10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi

8

Przed nami El Clasico po raz 288 w historii i po raz 38 w Copa del Rey. Wprawdzie gramy na Camp Nou i wystarczy nam nawet remis ale jakoś bardzo się obawiam tego rewanżu. ,,Los Blancos” są w gazie i co najmniej półke wyżej od Elche. Obyśmy tego nie spartolili…

1

Szanowni kibice, czy tego chcemy czy też nie(ja np. nie chce), to właśnie Cristiano Ronaldo strzelił 508 gola na poziomie pierwszoligowym, czym zrównał się w klasyfikacji z legendarnym Ferencem Puskasem. Do prowadzącego w tej klasyfikacji Jozefa Bicana traci już tylko 10 goli.

12

Puchar Wyzwolicieli:

Już dzisiejszej nocy rozegrane zostaną pierwsze mecze 64. edycji Copa Libertadores. 32 południowoamerykańskie drużyny rozlokowane w ośmiu grupach powalczą o „La Gloria Eterna” – Wieczną Chwałę, jak za oceanem mówi się o końcowym triumfie w najbardziej prestiżowych rozgrywkach na kontynencie. Jak co roku możemy spodziewać się ignorowania taktyki, fanatycznych kibiców, wielu pięknych goli, wiadra czerwonych kartek, masy polotu i ogromu finezji. Bo Copa Libertadores na pewno nie jest smutna. Pierwszy raz o Puchar Wyzwolicieli zagrano w roku 1960. Wystartowało tylko siedem drużyn a każda z nich była mistrzem swojego kraju. W pierwszym spotkaniu w historii rozgrywek Peñarol pokonał boliwijską ekipę Jorge Wilstermann (nazwaną na cześć pierwszego boliwijskiego pilota samolotów komercyjnych) 7:1! Urugwajczycy później wygrali w finale z Olimpią Asunción, zostając pierwszym klubowym mistrzem kontynentu. Peñarol wygrał też w 1961, tym razem będąc minimalnie lepszym od Palmeirasu.

Pierwsze dwie edycje nie cieszyły się popularnością poza Ameryką Południową. W 1962 było już zupełnie inaczej, a wszystko to za sprawą wielkiego Santosu, który miał w swoim składzie 22-letniego wirtuoza – Edsona Arantesa do Nascimento. Nie tylko Pelé brylował zresztą w tamtej drużynie. „Os Santásticos” („Santastyczni”) lub „O Balé Branco” („Biały Balet”), bo tak nazywano wtedy Santos, przez wielu uważani są za najwspanialszą drużynę wszech czasów. Biorąc pod uwagę, jak bardzo zmienił się futbol od tamtych czasów, jest to stwierdzenie mocno na wyrost, ale sporów z serii „Maradona czy Messi?” rozstrzygać tu nie będziemy. Wtedy Santos był wielki i wygrał Copa Libertadores w 1962 i 1963 roku – pokonując w finale odpowiednio Peñarol i Boca Juniors. W sumie Copa Libertadores padła łupem 25 różnych klubów z siedmiu krajów. Nigdy nie zwyciężyły drużyny z Peru, Boliwii i Wenezueli. Nie wygrali też Meksykanie – od 1998 do 2017 w CL grały też kluby meksykańskie. Chivas, Tigres i Cruz Azul docierały do finału, zawsze w nim przegrywając. Dyskusja o powrocie meksykańskich drużyn ciągle się toczy. Meksykanie wycofali się z rozgrywek po zmianie formatu kalendarza – od 2017 Copa Libertadores startuje na przełomie lutego i marca, a kończy się w listopadzie. Wcześniej zaczynała się w styczniu, a finał miał miejsce w lipcu lub sierpniu. Obecny format koliduje Meksykanom z ich krajową ligą i Ligą Mistrzów CONCACAF. Potomkowie Azteków są jednak otwarci na powrót (jeśli kalendarz ulegnie zmianie), a przy tej okazji sporo mówi się też o ewentualnych występach drużyn z MLS. Reprezentanci Wenezueli i Boliwii jako jedyni nigdy nie dotarli nawet do finału rozgrywek. Najwięcej triumfów zanotowały kluby argentyńskie (23), a za nimi brazylijskie (22). Ośmiokrotnie najwyższej chwały dostąpili piłkarze z Urugwaju, trzykrotnie Kolumbijczycy i Paragwajczycy, a raz gracze z Chile i Ekwadoru.



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

2

@Herato Tak ten sam. Żywa legenda Blaugrany!

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?