FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Wspaniałe historie, szczęśliwe zakończenie:
17 kwietnia 1960 r. FC Barcelona przypieczętowała swój ósmy tytuł mistrzowski La Liga w historii. Zadecydował o tym ostatni mecz Primera Division z Realem Saragossa wygrany na Camp Nou 5:0. Rywalizacja w sezonie 1959/60 była niezwykle zacięta. Real Madryt, który miesiąc później zdobył swój 5 Puchar Europy z rzędu, skończył lige z identycznym dorobkiem punktowym i pierwszy raz w historii o końcowym tryumfie decydowała różnica goli. Real wygrał swój ostatni mecz z Las Palmas tylko 1:0, natomiast ,,La manita” wbita Saragossie pozwoliła Blaugranie ostatecznie wyprzedzić Królewskich zaledwie o 2 gole! Cóż to musiała być za radość…
@Monix10
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
8
Wybitne legendy Dumy Katalonii:
17 kwietnia 1889 r. w Madrycie urodził się Carlos Comamala, z zawodu ortopeda, jedna z największych legend FC Barcelony, bliski przyjaciel Joana Gampera i napastnik Blaugrany w latach 1903-1911. Comamala, który łączył gre w piłke nożną z uprawianiem innych dyscyplin sportowych, jak rugby, lekkoatletyka czy pływanie, a także z prowadzeniem zajęć z wychowania fizycznego w Institut Kinesiterapic Garcia-Alsina, został wyrzucony z klubu za ustalenie kwoty pieniężnej za mecz w Walencji bez wiedzy dyrekcji Barçy, jeszcze przed profesjonalizacją futbolu. Jednak to właśnie Comamala w pierwszych latach istnienia Blaugrany, zainspirowany herbem stolicy Katalonii, stworzył pierwszy znak rozpoznawczy klubu. Goleador Barçy przetrwał w historii FC Barcelony jako zwycięzca publicznego konkursu, który klub zorganizował w 1910 r. na zaprojektowanie jego oficjalnego herbu. Jako napastnik Dumy Katalonii rozegrał 154 mecze strzelając… 172 gole!
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
0
@kat252 Oczywiście że nie mam stuprocentowej pewności i raczej nikt nie ma takiej pewności ponieważ jedyna pewna rzecz to śmierć! Poza tym Real Madryt również dysponuje ,,taką grą" i też nie ma pewności że nas dogonią, czy też prześcigną...
4
Notujemy drugi z rzędu bezbramkowy remis z niżej notowanym przeciwnikiem. Jaki z tego wniosek? A choćby taki że te wygrane po 1:0 nie były przypadkiem tylko zwykłym fartem. A jaki z tego wniosek? A no że sięgniemy po mistrzostwo Hiszpanii, po jednym z najbardziej przeciętnych(żeby nie powiedzieć jednym z najgorszych) w tym przypadku sezonie w historii Primera Division. Jaka jest tego przyczyna? Dla mnie osobiście bardzo niska jakość kadry i nietrafione transfery. Jeśli nic się nie zmieni na przyszły sezon to będzie powtórka obecnego i nawet najlepszy trener na świecie tego nie zmieni...
1
@kamyk_23 Wcale się nie dziwie takiemu obrotowi spraw. Gdybym mógł oglądać ten mecz sam bym się tak zachowywał. Nie ulega jednak wątpliwości że ten łajza Padueranu sędziował na korzyść Bułgarów a co za tym idzie, prawdopodobnie był przekupiony. Koniec końców, ,,oliwa" okazała się sprawiedliwa i ,,pojechaliśmy" triumfować do Monachium. Swoją drogą czytając ten artykuł to nie miałem pojęcia i byłem zaskoczony że ten mecz nagrywał PKOl. Tylko co z tego? FIFA to FIFA a raczej swego rodzaju mafia...
9
@FCBparasiempre
Często sędziowskie pomyłki wypaczają wyniki spotkań. Jednak przy tak szybkiej grze, jaką możemy obserwować na najwyższym poziomie, trudno nieraz ocenić sporne sytuacje. Na pewno nie można też posądzać arbitrów o celowe popełnianie błędów, żeby pomóc tej czy innej drużynie. Zdarzały się jednak w przeszłości pojedynki, w których trudno było oprzeć się wrażeniu, że sędzia ewidentnie gwizdał na korzyść tylko jednej z ekip. Taka sytuacja miała miejsce 16 kwietnia 1972 r. w Starej Zagorze w Bułgarii. Wtedy to w kwalifikacjach do turnieju olimpijskiego w Monachium gospodarze podejmowali reprezentację Polski. Obie ekipy spotkały się po raz 16. w historii. Jak dotąd czterokrotnie zwyciężali Biało-Czerwoni, podobnie też Bułgarzy. Siedem razy zaś mecze kończyły się remisami. Trzecim zespołem w grupie była amatorska kadra Hiszpanii, więc losy awansu miały się rozstrzygnąć właśnie w pojedynkach Polski i Bułgarii. Prowadzeni przez Kazimierza Górskiego Polacy byli świeżo po przegranych eliminacjach do mistrzostw Europy w 1972 r. Dobre występy przeplatali z gorszymi. Potrafili zremisować bezbramkowo w Hamburgu z RFN, a kilkanaście dni później przegrać ze słabą Turcją. Powoli jednak tworzył się zespół, który miał coraz większe przekonanie o swoich umiejętnościach. Górski, na fali sukcesów Górnika i Legii w europejskich pucharach, tworzył ekipę w oparciu o klubowe duety czy tercety. Wtedy jeszcze system ten był na etapie eksperymentów, ale wkrótce wszyscy mieli się przekonać, że przynosi on efekty. Mimo coraz lepszych wyników, polska reprezentacja dopiero pukała do bram światowej piłki. Bułgarzy byli w zupełnie innym miejscu. Grali na każdym z trzech ostatnich mundiali. Zarówno w Chile, Anglii oraz Meksyku kończyli udział na fazie grupowej, lecz można ich zaliczyć do ówczesnej szerokiej europejskiej czołówki. Swoją wartość udowodnili w 1968 r., kiedy to w dwumeczu o półfinał mistrzostw Europy przegrali minimalnie z późniejszymi triumfatorami – Włochami. W tym samym roku na igrzyskach w Tokio dotarli do finału, gdzie musieli uznać wyższość Węgrów. Nie dziwi zatem fakt, że Naroden Sport pisał przed meczem: ,,Polacy są wprawdzie groźni na własnym terenie, lecz bilans obydwu spotkań powinien okazać się korzystny dla naszej reprezentacji a hiszpańscy amatorzy nie będą się liczyć w końcowym rozrachunku.” Zarówno polscy, jak i bułgarscy kibice mieli świeżo w pamięci pojedynki z eliminacji do mistrzostw świata w 1970 r. W jednej grupie spotkali się wtedy; Bułgarzy, Polacy, Holendrzy i Luksemburg, ale to pomiędzy trzema pierwszymi zespołami rozegrała się walka o awans. Jak się później okazało, dla nas decydująca była porażka na wyjeździe z Bułgarią 1:4, która właściwie odebrała wtedy szanse na awans. W rewanżu wygraliśmy co prawda 3:0, ale mecz ten nie miał już większego znaczenia. Polacy mieli więc rachunki do wyrównania, a rywale wydawali się pewni siebie, co znajdowało potwierdzenie w prasie. W dzienniku Oteczestwen Front pisano: ,,Bułgarskie piłkarstwo było ostatnio wyżej notowane od polskiego i dlatego możemy być zadowoleni z losowania.” W ramach przygotowań do tej konfrontacji kadra Górskiego rozegrała dwa towarzyskie spotkania z NRD. Selekcjoner był z nich zadowolony, bo rywale zmusili Polaków do dużego wysiłku, a tylko takie sparingi przynoszą szkoleniowy pożytek. Udanie zaprezentowali się w nich Lubański, Gadocha i Szołtysik, ale także Hubert Kostka, który wrócił po półtora roku do reprezentacyjnej bramki i Jerzy Kraska, który z Szołtysikiem i Deyną stworzył dobrą drugą linię. Przed wylotem na lotnisku zgromadziło się wielu kibiców, którzy chcieli pożegnać swoich idoli. Wszyscy oczekiwali dobrego wyniku i byli pełni optymizmu. Ich nastroje udzielały się także piłkarzom. Mający po raz pierwszy pełnić rolę kapitana Włodzimierz Lubański stwierdził: ,,Jeśli z Bułgarią zagramy tak jak z NRD, a dlaczego mamy nie zagrać, to przywieziemy ze Starej Zagory co najmniej punkt, a może i dwa.” Trener Kazimierz Górski również był w dobrym humorze. W swojej książce ,,Z ławki trenera” wspominał: ,,Podzielałem optymizm kapitana naszej drużyny, wszyscy byliśmy pełni wiary w zwycięstwo. Może to być dla kogoś zaskoczeniem ale taki właśnie nastrój panował przed pierwszym meczem z Bułgarami.” Polacy przylecieli do Sofii w samo południe 15 kwietnia. Już na lotnisku potworny upał, do którego o tej porze roku byli nie przyzwyczajeni, dawał im się we znaki. W stolicy zostali przyjęci przez ambasadora Jerzego Szyszkę, a następnie złożyli kwiaty pod pomnikiem Georgi Dymitrowa, który był jednym z ojców bułgarskiego komunizmu. Przejechali ulicami Sofii, oglądając jej niektóre zabytki i zajechali na miejski cmentarz, gdzie spoczywali tragicznie zmarli Georgi Asparuchow i Nikoła Kotkow.
Wielu z zawodników rywalizowało z nimi na boisku czy to barwach klubowych, czy reprezentacyjnych, i w ten sposób chcieli oddać im hołd. Następnie odjechali autokarami do oddalonej o ponad dwieście kilometrów Starej Zagory. Gospodarze pewnie nieprzypadkowo wybrali na miejsce zawodów stadion w tym właśnie mieście. Podróż i warunki pogodowe miały maksymalnie utrudnić Polakom dobre przygotowanie się do meczu. Trener naszych rywali Wiktor Spasow zaszył się ze swoimi podopiecznymi w okolicach Starej Zagory. Nie dopuszczał do nich ani dziennikarzy, ani kibiców. Trenowali na stadionie dwa razy dziennie i byli pewni zwycięstwa. Głównym sędzią miał być Victor Pădureanu, który rok wcześniej został wybrany najlepszym arbitrem w Rumunii. Przed meczem jednak nikt nie skupiał się na jego osobie, choć Kazimierz Górski mówił swoim podopiecznym, że mimo iż potrafią już wiele, to same umiejętności nie zawsze wystarczają do odniesienia korzystnego wyniku. Zwłaszcza kiedy rywale grają u siebie, gdzie często pomagają im ściany. Sam Lubański wspominał też, że po meczach Górnika z CSKA Sofia spotkał z kolegami węgierskich sędziów ubranych w kożuszki, które miały być wyrazem wdzięczności od miejscowych działaczy za „dobre” poprowadzenie meczu. Spotkaniu temu towarzyszył wielki upał. Mimo niesprzyjających warunków nasi zawodnicy nie dali się stłamsić i pokazywali na co ich stać. Przewaga uwidaczniała się po stronie gospodarzy, ale polska obrona, na czele z bramkarzem Hubertem Kostką, spisywała się bez zarzutów. Zaskoczeniem dla miejscowych kibiców był więc fakt, że jako pierwsi drogę do bramki znaleźli goście. Kostka zagrał do Kraski, ten posłał piłkę do Banasia, który podał do Lubańskiego. Zawodnika Górnika pilnował Dobromir Żeczew, który często grał ostro, wręcz brutalnie, a także nieustannie prowokował rywali. Tym razem jednak Polak okazał się sprytniejszy, uwolnił się spod opieki Bułgara i zmienił wynik na 1:0 dla Polski. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Polacy prowadzili. Grając tak, jak w pierwszej odsłonie, powinni zapewnić sobie zwycięstwo. Kiedy zawodnicy w szatni wymieniali między sobą spostrzeżenia dotyczące przebiegu meczu, Lubański zwrócił się do kolegów: ,,Najgorsze za nami. Oni zaczynają mieć już dość i trzeba szybko strzelić jeszcze jedną bramkę.” Na drugą połowę Polacy wychodzili więc zmotywowani i w dobrych nastrojach. ,,Nasze dobre przeczucie jak na razie sprawdzało się. Wychodząc z drużyną z szatni byłem w doskonałym nastroju i nawet przez myśl mi nie przeszło to, co miało nas wkrótce spotkać” – mówił Kazimierz Górski, fragment książki „Z ławki trenera”. Po przerwie gospodarze zaczęli coraz bardziej napierać. W 67. minucie w zamieszaniu pod polską bramką zawodnicy przepychali się i sędzia Pădureanu przerwał grę. Podopieczni trenera Górskiego byli pewni, że odgwizdane zostało przewinienie na Marianie Ostafińskim, a tymczasem według arbitra faulowano… Christo Bonewa. Lubański wspominał, że widział dokładnie, jak Bonew rozciągnął się jak długi tuż przed polem karnym. Kiedy Rumun wskazał na jedenasty metr, kapitan Polaków podbiegł do niego i próbował uzyskać jakieś wyjaśnienia i przekonać go do swoich racji: ,,Pokazałem mu opaskę kapitana, a on odwrócił się do mnie placami. To ja za nim. Może nawet „pocieraliśmy się” o siebie. Nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy i widać wykluczał, żeby mnie wysłuchać. Uspokoiłem chłopaków. Chwyciłem Pădureanu za rękę i raz po angielsku – znałem wtedy trzy, cztery słowa – raz po rosyjsku starałem się mu wytłumaczyć, że akcja rozgrywała się poza polem karnym ale z Rumunem nie było żadnej dyskusji. Pokazał mi żółtą kartkę. Sytuacja zrobiła się trudna. Zostawiłem go w spokoju, myśląc sobie: „a może ten Bonew przestrzeli?” – fragment książki ,,Ja, Lubański”. Bułgar jednak się nie pomylił i pokonał Huberta Kostkę. Lubański się wściekł. Wracając z piłką na środek boiska, nie szczędził wulgaryzmów będąc przekonanym, że Polacy zostali brutalnie skrzywdzeni: ,,Repertuar słów miałem wtedy bogaty. Od najgorszych kurew, poprzez barany, fałszywych Rumunów. Szliśmy tak obok siebie. On, „nieomylny” sędzia, i ja, piłkarz otoczony kolegami. Dwadzieścia kilka metrów i bez przerwy stek przekleństw. Kiedy dochodziliśmy do „koła”, a ja szykowałem się do ustawienia piłki, Rumun sięgnął ręką do kieszonki i wyciągnął czerwoną kartkę. Nie było odwołania – fragment książki ,,Ja, Lubański”.
Trochę inaczej zapamiętał tę sytuację Victor Pădureanu. W 1989 r. udzielił on wywiadu Mirosławowi Nowakowi, dziennikarzowi Sportu, który odwiedził go w Rumunii. Sędzia tak relacjonował przebieg wydarzeń: ,,W pewnym momencie usłyszałem słowa „rumuńska świnia”. Chyba w języku niemieckim. Popatrzyłem kto to powiedział. To był właśnie lubański. Powtórzył to jeszcze parę razy. Wydawało mi się to niemożliwe i nadal nie reagowałem, aż do chwili, gdy podbiegł do mnie i zaczął mnie łapać za rękę. Pokazałem mu szatnię.” Jak się później okazało, był to punkt zwrotny meczu. Bułgarzy złapali wiatr w żagle i uwierzyli, że mogą wygrać to spotkanie. Polacy musieli odtąd grać w dziesiątkę. I to bez swojego najlepszego zawodnika. Trener Górski wspominał, że po bramce Lubańskiego piłkarze spoczęli na laurach. Tymczasem zdobycie kolejnego gola, który prawdopodobnie przesądziłby losy meczu, zdawało się być jak najbardziej w zasięgu biało-czerwonych. Odniósł się też do sytuacji z czerwoną kartką: ,,Włodek miał prawo zapytać sędziego dlaczego podyktował rzut karny, z którego padło wyrównanie, był już jednak na tyle doświadczonym zawodnikiem, że wiedział jakie z tym wiąże się ryzyko. W atmosferze wzrostu napięcia wiadomo było, że arbiter nie zmieni decyzji, więc po co wszczynać dyskusję, która mogła być przy tym źle zrozumiana, chociażby wobec bariery językowej, jeśli jeszcze towarzyszyły jej jakieś gesty…” – fragment książki ,,Pół wieku z piłką.” Polakom podcięto skrzydła, ale wkrótce jednak Jan Banaś zdołał umieścić piłkę w siatce i nasza drużyna ponownie wyszła na prowadzenie. Tak im się wtedy przynajmniej wydawało. Pădureanu znajdował się blisko całej akcji i początkowo wskazał na środek boiska. Dopiero wtedy doskoczyli do niego Bułgarzy i wymusili konsultację z sędzią liniowym. Ten nie podniósł nawet chorągiewki, ale po krótkiej dyskusji obu panów, główny bohater zmienił swoją decyzję i gola nie uznał. Na dziesięć minut przed końcem ataki gospodarzy przyniosły oczekiwany skutek. Huberta Kostkę pokonał Mładen Wasiliew. Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się wynikiem 2:1 dla gospodarzy, w 87. minucie trzecią bramkę dla Bułgarów strzelił Christo Bonew. W momencie podania znajdował się na kilkumetrowym spalonym, ale nie przeszkodziło to rumuńskiemu sędziemu uznać gola. Polska drużyna przegrała 1:3 i igrzyska olimpijskie w Monachium stały się w tamtym momencie bardzo odległe. Trener Górski wspominał, że cała drużyna była całkowicie zdruzgotana i że za dużo spadło na nich tych „przyjemności”. Sam też czuł się jak zbity pies i najchętniej uciekłby gdzie pieprz rośnie, zniknął ludziom z oczu. Kiedy jednak zobaczył miny zawodników, którzy wlekli się noga za nogą ze spuszczonymi głowami, postanowił nimi wstrząsnąć już w szatni: ,,Szkoda, że się nie popłaczecie! Widzieliście ich, jak się nad sobą roztkliwiają? a nie przyszło wam do głowy, że jeśli weźmiemy rewanż na naszych dzisiejszych zwycięzcach, a wierzę, że weźmiemy, chociażby po to żeby pokazać różnym Pădureanu na co nas naprawdę stać, a wcześniej poradzimy sobie z Hiszpanią, co uważam za pewne, mamy jeszcze szansę pojechać na letnie igrzyska? ,,Pan w to naprawdę wierzy? – Hubert Kostka zapytał z niedowierzaniem – niezłomnie” – odparł bez zastanowienia Górski. Humory zawodnikom od razu się poprawiły. Wszyscy zaczęli jednocześnie mówić, a raczej krzyczeć dając upust złości, żalowi i goryczy z tej niesprawiedliwej porażki. Selekcjoner, chcąc skierować motywację we właściwą stronę i opanować nieco sytuację, zwrócił się do podopiecznych: ,,Niech no tylko przyjadą na rewanż, a wówczas okaże się, kto jest lepszy, ale w prawdziwie sportowej walce!” Podobno w szatni złożyli Polakom wizytę przedstawiciele władz. Oficjele reprezentowali tamtejszy rejon, który jest odpowiednikiem naszego województwa i wyrazili ubolewanie z powodu takiego obrotu spraw na boisku. Na zakończenie krótkiej wizyty jeden z nich powiedział: ,,Nie sądzę, aby to było potrzebne bułgarskiemu piłkarstwu.”
Polacy złożyli oficjalny protest do FIFA. Dołączyli do niego materiał filmowy z meczu, ale swój własny, który nagrała ekipa PKOl. Światowa federacja nie zamierzała jednak zmieniać decyzji sędziów, w czym jest konsekwentna do dziś. Lubański pauzował więc w meczu z Hiszpanią. Obserwator z ramienia światowej federacji – Jugosłowianin Mihajlo Andrejević nie miał jednak najlepszego zdania o pracy arbitra. Mimo że Pădureanu mówił mu, iż Lubański go obraził, to działacz miał stwierdzić, że decyzja o usunięciu z boiska Polaka była zbyt pochopna: ,,Arbiter nie miał podstaw, żeby usunąć waszego piłkarza z boiska. Ich rozmowa(z tego, co wiem) miała charakter pytań.” Inną wersję przedstawiał rumuński arbiter. Ten mecz miał być dla niego egzaminem, który miał pokazać, czy jest gotów prowadzić spotkania na wyższym poziomie niż dotychczas. Wspominał, że dostał najwyższą notę. Później kontrowersje miała badać jeszcze specjalna komisja, która rozwiała wszelkie wątpliwości na jego korzyść. Miesiąc po meczu miał otrzymać nominację na sędziego FIFA. W wywiadzie z Mirosławem Nowakiem Rumun mówił: ,,Nie wiem co wam mówił Andrejević, ale wystawił mi za ten mecz najwyższą notę. Miał trochę pretensji do bocznego arbitra, który zbyt późno sygnalizował spalonego przy nieuznanej przeze mnie drugiej bramce Polaków.” W polskich źródłach znajdujemy jednak informacje, że mecz Bułgaria – Polska był ostatnim oficjalnym spotkaniem międzynarodowym, które prowadził. Na proteście się jednak nie skończyło. Jak wspominał Włodzimierz Lubański, na pomeczowej kolacji, na którą nie przyszli Bułgarzy, Zygmunt Anczok wpadł na pomysł, żeby nastraszyć nieco rumuńskiego sędziego. Siedząc przy stole, zaczął ostrzyć nóż, spoglądając przy tym wyzywająco w kierunku trójki arbitrów. Piłkarze uzgodnili, że kiedy tylko Pădureanu wstanie od stołu, od razu ruszą za nim: ,,Ostatnie metry dzielące hotelowe drzwi od czarnej „czajki” – dostojnie zaparkowanej – rumuńscy goście pokonali biegiem. Dla nas było to równoznaczne z przyznaniem się do winy. Odnieśliśmy mimo wszystko mentalne zwycięstwo – fragment książki ,,Ja, Lubański.”
Rumuński sędzia starcie z Polakami w przytaczanym wyżej wywiadzie zapamiętał tak: ,,Już po meczu, podczas uroczystej kolacji, kiedy na chwilę wychodziłem do toalety, moim śladem szybko ruszył Lubański w towarzystwie dwóch innych polskich piłkarzy. Nie znam ich nazwisk. Miałem chyba szczęście, bo w porę znaleźli się Bułgarzy i zagrodzili im drogę. Tak brzmi właśnie moja prawda o tamtym zdarzeniu. Ja nie jestem kryminalistą, bandytą. Mam czyste sumienie i czyste serce dla polskich kibiców.” Trudno się dziwić, że Jan Ciszewski, który komentował to spotkanie, nie mógł się pogodzić z tym, co wyprawiał rumuński arbiter. Pădureanu na lata stał się w naszym kraju symbolem stronniczego sędziowania. Polacy zdołali się jednak wziąć w garść i już w autobusie, którym piłkarze jechali na lotnisko, Lubański zaintonował piosenkę „my nie, my nigdy nie poddamy się”. Natomiast na Okęciu, mimo poniesionej porażki, na piłkarzy czekali wierni kibice z kwiatami. Jedynym, który wytykał Lubańskiemu jego zachowanie, był Stefan Szczepłek. Na łamach Życia Warszawy pisał: ,,Od lubańskiego należy wymagać więcej, a przede wszystkim niestwarzania sędziemu pretekstów, które po usunięciu go z boiska osłabiły polski zespół.” Można się z nim zgadzać lub nie. Sam zawodnik przyznał, że nawymyślał arbitrowi, ale też, że jego decyzja o wyrzuceniu go z boiska była przesadzona. Koniec końców sędzia Pădureanu jest tylko niemiłym wspomnieniem. W rewanżu Polacy ograli Bułgarów 3:0, a parę dni później korzystny dla nas wynik uzyskali Hiszpanie, którym udało się z nimi zremisować. W końcowej tabeli wyprzedziliśmy piłkarzy z Bałkanów o jeden punkt i pojechaliśmy na igrzyska. Wiele jednak nie brakowało, a o występie w Monachium mogliśmy zapomnieć a złota jedenastka Kazimierza Górskiego nigdy by nie powstała.
10
Symbol stronniczości sędziów:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
6
Remontada Blaugrany:
16 kwietnia 1986 r. FC Barcelona dokonuje remontady, odrabia straty z pierwszego meczu i pokonuje IFK Göteborg 3:0 w półfinale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Hattrickiem w tym spotkaniu popisał się Pichi Alonso, lecz bohaterem został Urruti, o czym za chwile. Ponieważ w pierwszym meczu Szwedzi również wygrali 3:0, o awansie zadecydowały rzuty karne, które Katalończycy wygrali 5:4. Na Camp Nou zasiadło wówczas 100 tysięcy ludzi a cena najtańszych biletów odpowiadała dzisiejszym czterem euro dla socios i siedmiu euro dla pozostałych kibiców. Niemiec Schuster z początku nie był powołany na ten mecz z powodu gorączki ale ostatecznie prosto z łóżka udał się na stadion i zagrał w podstawowym składzie. Najlepszy mecz dla Barçy rozegrał Pichi Alonso, który strzelił 3 gole dające dogrywke i rzuty karne a w nich bramkarz Urruti obronił decydyjącą ,,jedenastke” Nilsona, która mogła dać awans IFK a następnie sam strzelił gola! Błąd Mordta i gol Victora Muñoza dały szczęśliwą przepustke do finału. ,,Jeżeli nasz dwumecz byłby podstawą opowiadania, to edytor wyrzuciłby je do kosza, uważając iż finał historii jest zbyt wydumany”- podsumował ,,dramatyczny spektakl” trener Katalończyków Terry Venables.
Przeżyjmy to jeszcze raz:
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
0
Lionel Messi w meczu z RC Lens strzelił dzisiaj gola numer 495 na poziomie pierwszej ligi. Do trzeciego w tej klasyfikacji Ferenca Puskasa traci 13 goli, natomiast do drugiego w tej klasyfikacji Cristiano Ronaldo traci 14 goli. Prowadzi oczywiście Josef Bican- 518 goli.
1
Dobre pytanie. Odpowiedź brzmi: I tak i nie. Z punktu jakości piłkarskiej tak ale potrzebuje solidnego wsparcia, zwłaszcza w linii ataku a tego na tę chwile nie widzimy. Natomiast z punktu wieku już nie, bowiem środkowy napastnik powinien być szybki i nie podatny na kontuzje. Moim skromnym zdaniem podpisywanie kontraktu 34-latka na 4 lata w takim klubie jak FC Barcelona to nie rozsądna decyzja. Tak to widze
7
@FCBparasiempre
15 kwietnia 1960 r. urodził się Marek Filipczak, napastnik, mistrz Polski z 1982. Gdy wiosną 1983 Widzew w pierwszym meczu ćwierćfinału Pucharu Mistrzów pokonał w Łodzi Liverpool 2:0, niespodzianka wisiała w powietrzu. Rewanż w Anglii zaczął się jednak dla Widzewa najgorzej jak mógł. W 15 minucie w szesnastce niefortunnie ręką zagrał właśnie Filipczak. Rzut karny dla gospodarzy i 1:0. Widzew wyrównał po karnym Tłokińskiego za faul na Włodku Smolarku. Gospodarze do awansu nagle potrzebowali jeszcze aż 3 goli. Na początku drugiej połowy Widzew prowadził już 2:1! I to była właśnie bohaterska rola Filipczaka. Tym razem dostał piłke z głębi pola od Tadeusza Świątka i prawą stroną sprintem ruszył na bramke w natrętnym towarzystwie Alana Kennedy’ego; tego samego, który nastrzelił go w ręke w 15 minucie. Tym razem Anglik nie miał szans by go powstrzymać. ,,Myślałem tylko o tym że musi być z tego gol. Próba ogrywania bramkarza była ryzykowna, zwłaszcza że skrócił kąt. Widziałem też że Smolarek biegnie środkiem i będzie miał praktycznie pustą bramke. Dostał ode mnie piłke i trafił!”- relacjonował Filipczak. Tak zapisywał się w historii Widzewa. Nawet gdy już opuścił Łódź i grał w innych polskich klubach, nawyki niezłomnego widzewiaka zostały mu we krwi. Na treningu potrafił docisnąć kolegę tak że trzeszczały kości i pękały ortaliony. ,,Nie oszczędzał mnie, nie było zmiłuj: ,,Młody, ucz widzewskiego charakteru, przyda ci się w życiu.” I rzeczywiście się przydawał, jestem mu za te ,,widzewskie” lekcje wdzięczny”- opowiada Jerzy Brzęczek, który jako nastolatek zetknął się z Filipczakiem w Olimpii. Choć był ważnym piłkarzem Widzewa, miał typowy dla widzewskiej drużyny charakter i należał do bohaterów z Anfield, to jednak dość szybko się z tym klubem rozstał. Spędził w nim tylko 3 lata a potem na solidnym poziomie grał jeszcze przez wiele sezonów. ,,Grałem w trzecioligowej Polonii Warszawa, był chyba mecz z Borutą w Zgierzu. Wygraliśmy 5:0, strzeliłem pierwszego gola. Akurat oglądał mnie Zbigniew Tąder, trener młodzieży z Widzewa, znany z wyszukiwania dobrze rokujących zawodników dla łódzkiego klubu”- opowiada pan Marek. Kilka dni później był na lekcjach w szkole, gdy przyszła wiadomość że musi pilnie jechać do Łodzi. Chciał z nim osobiście porozmawiać prezes Sobolewski. Grający do tej pory na trzecioligowym poziomie 21-letni piłkarz po takiej informacji z trudem mógł pozbierać myśli. Widzew był topowym klubem, już pokazał się w Europie, zdobywał właśnie swoje pierwsze mistrzostwo Polski. Oczywiście Filipczak do Łodzi pojechał, nie było się nad czym zastanawiać. ,,Spotkanie z prezesem trwało zaledwie 2 minuty. Pan Sobolewski spojrzał na mnie uważnie, chwilę pomilczał i rzucił: ,,Dobrze wyglądasz, może być z ciebie niezły piłkarz:. Zaprosił mnie na pierwszy trening przed nowym sezonem a współpracownikom polecił by załatwili wszystkie kontraktowe formalności. Klamka zapadła, zostałem piłkarzem Widzewa! Znajomi pukali się w głowę. ,,Filpczak idzie do Widzewa? Serio? Eee, gdzież on tam sobie poradzi…”. Takie słyszałem komentarze. Moja mama też nie dowierzała a mnie bardzo pasowała wyprowadzka z domu. Mieszkaliśmy w 5 osób na 60 metrach. Wiem ze ludzie muszą często żyć na mniejszym metrażu ale jeżeli była okazja na przenosiny to chciałem skorzystać. Transfer do Widzewa był mi więc na ręke z wielu powodów”- relacjonował Filipczak. W mistrzowskim Widzewie trudno było się odnaleźć jakiemukolwiek nowicjuszowi z trzeciej ligi. Przecież grały w nim takie asy jak Żmuda, Boniek czy Smolarek. Przed nowym sezonem klub nie ograniczył się tylko do sprowadzenia nikomu nieznanego Filipczaka. Przyszedł też Lonka, ważny ofensywny gracz Polonii Bytom, który w Widzewie kompletnie się nie odnalazł i to właśnie za niego Filipczak najpierw wchodził w końcówkach. W tej roli został bohaterem meczu z Bałtykiem Gdynia. Wcześniej zaliczył tylko kwadrans z Legią. W Gdyni tez wystąpił kilkanaście minut i zaraz po wejściu strzelił wyrównującego gola. Pierwszy raz w pierwszym składzie pojawił się w meczu z Lechem, gdzie dwa razy pokonał Piotra Mowlika a Widzew wygrał 2:0! W istotny sposób zapisał się w szalonym starciu z Legią w Warszawie, w którym dwa razy trafił do siatki. Widzewiacy prowadzili 2:0 i 3:2 ale ostatecznie przegrali 3:5. Później Filipczak strzelał gole w zwycięskich meczach Szombierkom, Pogoni i Śląskowi ale na koniec panami sytuacji byli wrocławianie. To był ten słynny finisz sezonu, kiedy w ostatnim meczu Śląsk przegrał u siebie z Wisłą 0:1 a Tadeusz Pawłowski nie wykorzystał rzutu karnego, co decydowało o zaprzepaszczeniu szansy na mistrzostwo. W związku z tym Widzew do obrony tytułu potrzebował wyjazdowego remisu z Ruchem Chorzów. Przegrywał przy Cichej 0:1 i wyrównał Filipczak. Razem ze Smolarkiem z 10 golami był najlepszym snajperem Widzewa. W następnym sezonie zespół świetnie radził sobie w Pucharze Europy. Zanim w ćwierćfinale odprawił z kwitkiem Liverpool, w pierwszej rundzie zmierzył się z maltańskim Hiberniansem. Kwestia awansu rozstrzygnęła się już na Malcie. Łodzianie wygrali 4:1 a Filipczak ustrzelił pierwszego hattricka w europejskich pucharach w historii Widzewa. W półfinale Widzew grał z Juventusem. W Turynie Filpczaka zabrakło ponieważ leczył kontuzje. ,,Graliśmy z Lechem w Poznaniu i już na początku meczu skręciłem noge, trzeba było ja zagipsować. Do meczu z Juventusem było 10 dni. Nie miałem szans żeby w nim zagrać. Za to na rewanż chciałem za wszelka cene być gotowy, choć ciągle dużo ryzykowałem. Zagrałem ale do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Prawdopodobieństwo że w drugiej połowie strzelimy co najmniej 4 gole i awansujemy do finału, radykalnie zmalało. Dlatego w szatni sam poprosiłem o zmiane żeby nie pogłębić urazu. Dobrze zrobiłem bo i tak parę lat mi zajęło żeby znowu swobodnie grać lewą nogą”- opisuje pan Marek. Dlaczego w końcu rozstał się z Widzewem? ,,Przyszedł Darek Dziekanowski. Było nas pięciu do grania w ataku a ja trzeci rok miałem gorszy bo nie mogły się ode mnie odczepić kłopoty zdrowotne. Z kolei bardzo zabiegał o mnie trener Waligóra w Bałtyku Gdynia, no i Widzew się zgodził. Odszedłem, choć nie miałem na to najmniejszej ochoty, zresztą po pierwszym dniu chciałem wracać ale skoro Widzew już mnie nie chciał, inaczej ułożyłem sobie dalszą karierę. Po Gdyni był Mielec a potem Poznań”- podsumowuje Filipczak. Na koniec kariery całkiem solidnie pograł jeszcze w lidze norweskiej. Dobrze się tam zaadoptował, więc został i mieszka do dziś.
5
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
6
@FCBparasiempre
22 kwietnia 1970 roku Górnik Zabrze, jako jedyny w historii polski klub piłkarski, awansował do finału europejskiego pucharu. Zabrzanie w trzecim meczu półfinałowym pokonali AS Romę dzięki... rzutowi monetą i awansowali do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Górnik Zabrze po raz ostatni mistrzem Polski został w 1988 roku. Łącznie zabrzanie tytuł najlepszej drużyny w kraju wywalczyli aż 14 razy. I choć w XXI wieku kibice klubu ze Śląska dwukrotnie musieli przełknąć gorycz spadku z Ekstraklasy, a najwyższym miejscem na koniec sezonu jest czwarte sprzed dwóch lat, Górnik pozostaje jednym z najważniejszych klubów w naszym kraju. Również za sprawą pięknej historii. W latach 60. zabrzańska jedenastka nie miała sobie równych w kraju. Od 1963 do 1968 roku nieprzerwanie zdobywała mistrzowski tytuł. W 1969 roku zabrzanie ustąpili pola warszawskiej Legii, ale sięgnęli po Puchar Polski, dzięki czemu zyskali prawo gry w nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów, wówczas drugich najważniejszych rozgrywkach w europejskiej piłce klubowej. Zespół dowodzony przez trenera Michała Matyasa tworzyły legendy polskiego futbolu, z Włodzimierzem Lubańskim na czele. Znakomitych zawodników nie brakowało zresztą w żadnej formacji. Dostępu do bramki bronił legendarny Hubert Kostka, a obroną dowodzili kapitan Stanisław Oślizło i późniejszy filar "Orłów Górskiego" Jerzy Gorgoń. W pomocy brylował Zygfryd Szołtysik, a ze skrzydła piłki Lubańskiemu dogrywał Jan Banaś. Zabrzanie nie byli nowicjuszami na europejskich arenach. Dwa lata wcześniej dotarli do ćwierćfinału Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych, czyli poprzednika Ligi Mistrzów.
Walkę w PZP rozpoczęli od pewnego wyeliminowania Olympiakosu Pireus. W Grecji zremisowali 2:2, mimo że prowadzili dwoma golami, by w rewanżu nie pozostawić rywalom złudzeń. Zabrzanie wygrali aż 5:0, a bohaterem dwumeczu był pomocnik Erwin Wilczek, który łącznie zdobył trzy bramki. W listopadzie 1969 roku Górnik mierzył się z innym znanym zespołem. Zabrzanie oba mecze z Glasgow Rangers wygrali po 3:1, a skutecznością popisywał się Lubański, który trzykrotnie pokonywał szkockiego bramkarza. Ćwierćfinałowym rywalem Polaków był natomiast Lewski Sofia, który postawił Górnikowi ciężkie warunki w obydwu marcowych spotkaniach. W Bułgarii to gospodarze zwyciężyli 3:2, jednak na Stadionie Śląskim w Chorzowie lepsi okazali się zabrzanie, którzy po golach Lubańskiego i Banasia wygrali 2:1. Dzięki większej liczbie bramek zdobytych na wyjeździe do półfinału awansował Górnik, którego kolejnym rywalem miała być słynna AS Roma, prowadzona przez uważanego wówczas za najlepszego trenera na świecie Helenio Herrerę. Wspomniana zasada goli na wyjeździe sprawiła zresztą, że... piłkarze i kibice Górnika przez chwilę byli przekonani o tym, że to rzymianie awansowali do wielkiego finału. Jak do tego doszło? 1 kwietnia 1970 roku w Rzymie padł remis 1:1, a drogę do włoskiej bramki znalazł Banaś. Dwa tygodnie później na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim zasiadło 100 tysięcy kibiców spragnionych historycznego awansu polskiej drużyny do finału europejskiego pucharu. Niestety, już w jedenastej minucie na prowadzenie wyszli przyjezdni. Kostka obronił rzut karny wykonywany przez słynnego później trenera Fabio Capello, jednak wobec dobitki Włocha był już bezradny. Decyzja hiszpańskiego arbitra Ortiza de Mendebila o podyktowaniu jedenastki po starciu Rainera Kuchty z Elvio Salviorim była zresztą kontrowersyjna, a pogodzić się z nią nie mógł ówczesny prezes Górnika Erwin Wyra. ,,Niech Pan zobaczy, jak reagują kibice. Jeśli to się tak skończy, nie będziemy mogli Pana obronić” - miał powiedzieć Hiszpanowi w przerwie meczu.
Napór Górnika trwał, ale piłka nie chciała wpaść do włoskiej siatki. Wyrównać udało się dopiero w 90. minucie, po tym jak Lubański wykorzystał rzut karny. Gorgoń został sfaulowany w okolicach linii pola karnego. Hiszpański sędzia zastanawiał się, czy podyktować rzut wolny, czy też karny. Na jego decyzję wpłynął... Wilczek, który zaprowadził arbitra za rękę i postawił piłkę na jedenastym metrze. Celny strzał Lubańskiego dał upragnioną dogrywkę. Legendarny napastnik już w czwartej minucie tej części meczu pokazał klasę. Lubański trafił do siatki niemal z zerowego kąta, przy linii autowej. Niemal cały stadion (za wyjątkiem ponad dwóch tysięcy kibiców z Włoch) wpadł w euforię, jednak była ona przedwczesna. Już w doliczonym czasie gry do wyrównania doprowadził Francesco Scaratti, a wielu polskich fanów zaczęło opuszczać trybuny, będąc przekonanymi o awansie Włochów. ,,Myśleliśmy, że odpadliśmy”- wspominał po latach Włodzimierz Lubański. Wszyscy, łącznie ze stadionowym spikerem byli bowiem przekonani, że rzymianie przeszli dalej dzięki dwóm wyjazdowym bramkom. Zasada "podwójnie liczonych" wyjazdowych goli nie miała jednak wówczas zastosowania w przypadku bramek zdobytych w dogrywce, co oznaczało, że obie ekipy muszą spotkać się raz jeszcze, na neutralnym gruncie. 22 kwietnia 1970 roku jedenastki Górnika i Romy wyszły na boisko stadionu w Strasbourgu, aby ostatecznie rozstrzygnąć losy awansu do finału. Nie wszystko we Francji udawało się po myśli zabrzańskich graczy. ,,Przed wyjazdem na mecz czekaliśmy dwie godziny na autokar, a on nie przyjeżdżał... „- wspominał Oślizło. Okazało się, że kierowca... zapomniał o polskiej drużynie, chociaż funkcjonowała teoria, że "pomógł" w tym uwielbiający gry psychologiczne z rywalami Herrera. Na szczęście, Polacy w końcu dotarli na Stade de la Mainau. Ze względu na awarię oświetlenia spotkanie przerwano już w pierwszej minucie. Piłkarze wrócili do gry, a zabrzanie objęli prowadzenie w 40. minucie po golu Lubańskiego zza pola karnego. Niestety, w drugiej połowie znowu dał o sobie znać arbiter, tym razem Francuz Roger Machin, który w 56. minucie podyktował problematyczną jedenastkę. Polakom wydawało się, że przewinienie miało miejsce przed polem karnym. Capello wykonał jednak rzut karny. Niestety, tym razem Włoch się nie pomylił. Zabrzanie w przekroju całego meczu przeważali. Podobnie było w dogrywce, jednak więcej bramek kibice w Strasbourgu już nie zobaczyli. O awansie do finału zadecydował więc... rzut monetą. Machin zaprosił do siebie kapitanów obu drużyn. Ostatecznie Oślizło postawił na reszkę, co okazało się szczęśliwym wyborem. Kilkadziesiąt sekund później cały polski zespół mógł zaczął świętowanie.
6
Pamiętamy!
Wielki Górnik!
Przeczytajcie w odpowiedzi na komentarz:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
9
Legendy Blaugrany:
15 kwietnia 1941 r. urodził się Josep Maria Fuste Blanch, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony oraz były szef sekcji weteranów Blaugrany. W wieku 20 lat został wypożyczony do Osasuny, gdzie zaliczył swój debiut w Primera Division. Jego kariera na środku pomocy Barçy trwała 10 lat i zaowocowała dwoma Pucharami Miast Targowych oraz trzema Pucharami Króla. Z reprezentacją Hiszpanii zdobył też mistrzostwo Europy w 1964 r. Po zakończeniu kariery został zawodnikiem a następnie trenerem i ostatecznie szefem drużyny weteranów, która regularnie grała mecze pokazowe, w tym także poza granicami Hiszpanii.
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj
15
Historia niesprawiedliwości:
15 kwietnia 1916 r. FC Barcelona opuściła boisku kwestionując decyzje sędziego. Działo się to w czwartym półfinałowym meczu o Puchar Króla z FC Madrid. Po jednym zwycięstwie każdej ze stron u siebie(stosunek bramkowy, ani też gole na wyjeździe nie miały wtedy znaczenia) w Madrycie padł remis… 6:6(!) po dogrywce. Dwa dni później obie drużyny spotkały się ponownie w Madrycie. Przy stanie 3:2 w dogrywce dla FC Madrid(późniejszy Real), sędzia uznał kolejnego gola gospodarzom lecz Blaugrana domagała się odgwizdania faulu na ich bramkarzu Bru, który został odepchnięty i nie mógł interweniować. Piłkarze Barçy w proteście zdecydowali się zejść z boiska i w efekcie sędzia zakończył mecz wynikiem 4:2. Trzeba również pamiętać że przed meczem FC Barcelona zaprotestowała przeciwko obecności w składzie rywali Zabalo, który nie grał w poprzednich meczach. Według Katalończyków był on zawodnikiem Realu Union de Irun, więc nie powinien znaleźć się na boisku. Sędzia Berraondo jednak nie miał żadnych zastrzeżeń i pozwolił zawodnikowi grać. Z powodu tego incydentu Hiszpańska Federacja Piłki Nożnej zabroniła drużynom z Madrytu rozgrywania spotkań w Copa del Rey a Duma Katalonii powróciła do tych rozgrywek dopiero w edycji 1918/19. Na koniec przytocze wypowiedź legendarnego Paulino Alcantary, który tak oto wspominał w swoim pamiętniku półfinałowe starcia: ,,Graliśmy przez ponad 3 godziny przed zapaloną i wrogą publicznością. Nasza dominacja była tak duża, że gdyby referee nie odstąpił tak dalece od przepisów, nasz triumf byłby bezdyskusyjny. Nigdy nie zapomnę krętactw tego kłamcy Berraondo”. Trudno się oprzeć wrażeniu iż od tamtego 15 kwietnia, FC Madrid obrał ścieżke ,,po trupach do celu!”.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
11
Legendy polskiego futbolu:
51 lat kończy dzisiaj ,,Kowal”! 14 kwietnia 1972 r. w Warszawie urodził się Wojciech Kowalczyk. Cudowne dziecko polskiego futbolu i bohater jednej z najbardziej ,,amerykańskich” opowieści w rodzinnym sporcie. Szerzej nieznany napastnik, wyciągnięty z amatorskiego zespołu, który poskromił włoskich gwiazdorów. Później pan Wojciech został jeszcze wicemistrzem olimpijskim i odniósł szereg sukcesów. Na zawsze pozostał jednak przede wszystkim ,,napastnikiem od Sampdorii”. Żeby zrozumieć skale zjawiska, trzeba by przypomnieć czym była Sampdoria Genua na początku lat 90-tych w światowym futbolu a była to drużyna lidera najsilniejszej ligi świata- Serie A(później zresztą w cuglach zdobyła ten tytuł przed Juventusem) i obrońca trofeum w Pucharze Zdobywców Pucharów. Z gwiazdami pokroju Pagliuki, Vierchovoda, Manciniego i Viallego. Mimo to Legia zdołała ich ograć w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. W pierwszym meczu pokonała genueńczyków 1:0 po trafieniu Dariusza Czykiera. W rewanżu na wyjeździe, skazywana na pożarcie Legia wyszła na prowadzenie 2:0. Swoimi dwoma golami zapewnił jej to właśnie Kowalczyk. Ostatecznie skończyło się remisem 2:2, co dało Legii awans do półfinału elitarnych rozgrywek, ostatniego w historii występów polskich drużyn. ,,Kowal” miał wtedy 18 lat i 341 dni, jednocześnie będąc najmłodszym zdobywcą dubletu w Pucharze Zdobywców Pucharów wśród zawodników klubów Ekstraklasy.
W całej historii występów polskich zespołów na kontynentalnej arenie młodszy od niego okazał się tylko Jerzy Musiałek z Górnika Zabrze ale on 2 gole strzelił w mniej liczącym się Pucharze Rappana. Wrażenie wywołane tym wyczynem było ogromne. Kowalczyk zdobył nagrodę Odkrycia 1991 Roku według ,,Piłki Nożnej”. Nie była to zresztą jego ostatnia nagroda indywidualna w karierze. W 1993 został Piłkarzem Roku według katowickiego ,,Sportu”. Pomiędzy tymi triumfami został też Piłkarzem Roku według ,,Piłki Nożnej”. Zrzekł się jednak tego tytułu z powodu konfliktu z PZPN-em. Na tym nie wyczerpała się lista jego kontrowersyjnych zachowań bowiem słynął z niepokornego charakteru. Dla wielu trenerów była to przeszkoda w prowadzeniu Kowalczyka. Janusz Wójcik kupował go jednak w stu procentach. Nie taił się że ,,Kowal” był jego ulubionym piłkarzem. Tę więź podsyciły Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. Reprezentacja kierowana przez ,,Wójta” zdobyła na nich srebrny medal. Kowalczyk natomiast z dorobkiem 6 goli został wicekrólem strzelców. W każdym z meczów fazy pucharowej aż po finał, minimum raz wpisywał się na liste strzelców. W tym czasie był już etatowym piłkarzem Legii Warszawa. Z Wojskowymi dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski. Przy drugim z tych tytułów jego udział był już jednak szczątkowy. ,,Kowal” zagrał w zaledwie 5 meczach ponieważ został wykupiony przez hiszpański Real Betis Balompie. Na jego koncie znajduje się też wicemistrzostwo kraju. Legia w tamtym sezonie w tabeli zajęła pierwsze miejsce ale decyzją PZPN za niesportowe zachowanie została przesunięta lokate niżej. Sam Kowalczyk nigdy się z tym nie pogodził i tak jak wtedy, tak i dziś należy do piłkarzy najgłośniej protestujących przeciwko tym rozstrzygnięciom. Do tego doszły Puchar oraz Superpuchar Polski. W Ekstraklasie strzelił łącznie 42 gole. Przy jego niezbyt wielkiej liczbie występów dało to przyzwoitą średnią 0.34 gola na mecz.
Pomimo to nigdy nie udało mu się zostać królem strzelców najwyższej polskiej ligi. Koronę mógł założyć dopiero na Cyprze, gdzie występował w Anothosisie Famagusta, znów pod wodzą swojego ulubionego trenera, Janusza Wójcika. Tam dwukrotnie został mistrzem kraju(raz w barwach APOELU Nikozja), a także 2 razy wywalczył krajowy puchar. Ponadto przez długi czas występował w Hiszpanii. W reprezentacji Polski zagrał 39 razy strzelając 11 goli, w tym w debiucie ze Szwecją, w wieku 19-tu lat. Jego karierę przerywały konflikty z selekcjonerami, szczególnie z Piechniczkiem. W pełni zaufał mu dopiero Wójcik. Po jego odejściu już nigdy nie zagrał w zespole narodowym. Kariere zakończył nieco przedwcześnie w wieku 32 lat. Dały o sobie znać problemy z nadwagą i nie do końca sportowym trybem życia. Niepokorny, wielki indywidualista również po zakończeniu kariery chodził własnymi ścieżkami. Wraz z Krzysztofem Stanowskim napisał mocną biografie ,,Kowal. Prawdziwa historia”. Był również ekspertem Polsatu, jednak został zwolniony z powodu skandalizujących wpisów na twitterze. Obecnie rzadko pojawia się w środowisku piłkarskim. Na Legii, gdzie niegdyś z powodu swojego stylu gry i charakteru był uwielbiany, obecnie należy do persona non grata z racji kontrowersyjnych wypowiedzi.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
13
Wspomnień czar:
14 kwietnia 2014 r. FC Barcelona zdobyła młodzieżową Lige Mistrzów. Rozgrywki te powstały w wyniku ewolucji projektu ,,Next-Gen Series” i patronat nad nim objęła UEFA. Sezon 2013/14 był debiutancki i rywalizowały w nim 32 zespoły podzielone na identyczne grupy jak te w ,,dorosłej” Lidze Mistrzów. Młodzi piłkarze podróżowali wraz ze starszymi kolegami i grali mecze grupowe w tych samych terminach, zazwyczaj o wcześniejszych porach, na mniejszych, bocznych boiskach(w Barcelonie areną zmagań było Mini Estadi). W fazie pucharowej przeprowadzono już jednak osobne losowanie i rozgrywano tylko jeden mecz. Barça reprezentowana przez drużynę Juvenil A pokonała 4:2 FC Kopenhage oraz 4:1 Arsenal i awansowała do turnieju finałowego rozegranego w dniach 11-14 kwietnia w szwajcarskim Nyonie. W półfinale Blaugrana ograła 1:0 Schalke po golu Munira a w finale pewnie pokonała Benfice 3:0 po 2 golach Munira i jednym trafieniu Rodrigo Tarin. To właśnie pochodzący z Maroka Munir był największą gwiazdą całych rozgrywek, strzelając 11 goli i notując 5 asyst. Ja tylko przypomnę iż w tamtej ,,złotej” ekipie grał choćby nasz skrzydłowy Adama Traore.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
7
Czy wiemy że…
14 kwietnia 1940 r. w ligowym El Clasico zakończonym remisem 0:0 zadebiutował w barwach Blaugrany znakomity napastnik Mariano Martin.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
3
Kolejorz! Kolejorz! Kolejorz!
Vamos Kolejorz! Vamos po zwycięstwo!
9
@FCBparasiempre
Ustawić wynik piłki nożnej 134:0? Żaden problem. Rezultat 0:0 w piłce ręcznej? Da się zrobić. Zorganizować koncert charytatywny, aby spłacić swoje długi hazardowe? Jasna sprawa. Poznajcie historię bałkańskiego króla ustawek – Velibora Džarovskiego. ,,Gdyby w moich czasach były zakłady bukmacherskie, miałbym tyle pieniędzy co Bill Gates”– Velibor Džarovski. Bałkany jako region są fascynujące i wyjątkowe pod wieloma względami. Doczekały się również w swojej historii postaci, której życie mogłoby śmiało posłużyć jako scenariusz dobrego filmu – pytanie jaki byłby to gatunek (komedia, kryminał czy jeszcze coś innego) pozostaje otwarte. To człowiek, który oszukiwał już od najmłodszych lat, ale robił to z taką fantazją, że ludzie w krajach byłej Jugosławii uśmiechają się dziś. Jest nazywany Oszustem z klasą, a o swoich wyczynach mówi, że to nie było nic wielkiego, a jedynie sympatyczny kryminał. Osoby, które poznały go bliżej, pytane o kontrowersyjnego Macedończyka wypowiadały się na jego temat mniej więcej w podobnym tonie: „Džaro po prostu kocha spektakl”. Jego życie było nieustannym kombinowaniem, knuciem i robieniem show. Pora zatem przejść do najbardziej znanych scen z życia pana Velibora. Ten chodzący dziś o lasce sędziwy Macedończyk swój pierwszy „wyczyn” zanotował będąc jeszcze młodzieńcem mieszkającym z matką i siostrą: „W tamtym czasie popularny w Jugosławii był konkurs, w którym można było wygrać nagrody ukryte w paczkach papierosów „Filter Jugoslavija”, które paliła moja matka. Włożyłem więc do środka kartkę z napisem „Wygrana to samochód Zastava 750”. Odczytała kartkę dwie godziny później i od tego momentu zaczęła się w domu euforia, połączona z planowaniem gdzie postawiony będzie garaż. Matka powiedziała, że samochodem będzie jeździła siostra, bo ja jestem szalony. Dwa dni później sprawa wyszła na jaw, a na pytanie czyja to sprawka odpowiedziałem: Pewnie, że moja – myśleliście, że siostra będzie jeździć, a ja nie?”.
Maturę w szkole też oczywiście chciał załatwić po swojemu: „Dogadałem się z profesorem z komisji egzaminacyjnej, że umówione pytanie, które dostanę na egzaminie będzie leżało na stole jako pierwsze z lewej strony. Biorę kartkę i zdębiałem – zupełnie inne pytanie. Zaproponowałem, czy mogę jeszcze raz wylosować i mieć obniżoną ocenę – zorientowałem się, że przecież nie dogadaliśmy się, po czyjej lewej stronie będzie ta kartka… Biorę więc z przeciwległego końca i patrzę: jest! Gdy zaczynam gadać jak nakręcony jedna osoba z komisji wstaje, dostaję od niej z liścia i krzyczy: Cztery lata nic nie umie, a nagle nawija jak komentator – wyp…aj!” Z edukacją nie było mu po drodze, lubił natomiast grać w piłkę, aczkolwiek swoją przygodę z futbolem wspomina tak: „Grałem na lewej obronie, ale nie byłem zbyt dobry, a trener wstawiał mnie do składu jedynie wtedy, gdy trzeba było przegrać mecz. To właśnie wtedy zaczęła się moja pasja, którą trwa do dziś – hazard.” Prawdopodobnie również w tamtym czasie zorientował się, jakie „możliwości” daje występowanie na boisku na tej właśnie pozycji. W tym miejscu należy przytoczyć receptę na sukces w „branży ustawkowej”, która stała się jego sposobem na życie, a tak naprawdę z biegiem lat nie straciła ani trochę na aktualności: ,,Najchętniej mecze ustawiają ci piłkarze, którzy chcą szybko zarobić na nowe mieszkanie, auto, dobre wakacje albo są zadłużeni – najczęściej hazardziści. Do ustawienia meczu potrzeba minimum 2-3 piłkarzy – bramkarz, środkowy obrońca i napastnik. Bramkarz niewłaściwie się ustawi przy akcji, obrońca źle założy pułapkę ofsajdową, ale w taki sposób, że zwykły widz odbierze to jako zwyczajny błąd i gotowe. natomiast napastnik łapie się na pułapki ofsajdowe i w ten sposób „pali” akcje ofensywne swojego zespołu.”
Do historii przeszło kilka jego wyczynów, a każdy z nich świadczył o nieprzeciętnej (mimo wszystko) inteligencji autora tych pomysłów. Jeden z najbardziej nieszablonowych miał miejsce na meczu koszykówki: W Skopje gospodarze za wszelką cenę potrzebowali zwycięstwa, niestety mecz nie układał się po ich myśli, a pod koniec pierwszej części spotkania z parkietu musiał zejść ich najlepszy gracz ze względu na przekroczony limit fauli. Wszyscy byli pewni, że nie uda się już nic zrobić, ale wtedy do akcji (jako menedżer zespołu) wkracza pan Džarovski – otóż nakazał temu zawodnikowi natychmiastowe zejście do szatni i jak najszybsze zorganizowanie… maszynki do golenia. Koszykarzowi w przerwie meczu zgolono wąsy i ogolono głowę – przebrano go w dres juniora, który był wtedy zgłoszony na listę graczy. Ów „młodzieżowiec” wybiegł na drugą część spotkania i poprowadził kolegów do zwycięstwa rzucając najwięcej punktów w drużynie. Na początku lat siedemdziesiątych w czwartej lidze macedońskiej miał miejsce wynik 134:0 – oczywiście wiadomo czyja to była sprawka, ale oddajmy głos autorowi tego przedsięwzięcia: „Musiałem zrobić taki wynik, bo bałem się, że tamci zrobią większy ode mnie. Nie pomyliłem się – rywale wygrali 96:0, a mnie chodziło przecież jedynie o zapewnienie awansu drużynie. Jak to zrobiłem? Otóż byłem mistrzem korzystania z walkie-talkie – oba stadiony było widać ze wzgórza i tam postawiłem swoich ludzi, żeby śledzili te mecze i po każdym golu dawali mi sygnał. Gole na „moim” stadionie padały szybciej, bo średnio co 40 sekund, więc pod koniec meczu uśmiechałem się już tylko do siebie.” Zdarzenie miało swoje zakończenie w… 2009 roku. Wtedy to Džaro, w rocznicę tamtych wydarzeń zorganizował imprezę upamiętniającą ówczesną „rywalizację” – zabawa z uczestnikami tamtego dwumeczu trwała w restauracji nad Jeziorem Ochrydzkim do białego rana. Ma w swoim „dorobku” także mecz piłki ręcznej z 1977 roku, który zakończył się rezultatem 0:0. Oto komentarz bohatera tekstu: „Zrobiłem to tak naprawdę tylko dla jaj. Piłka po prostu leciała obok bramki albo trafiała w bramkarzy. Po meczu przyszli do mnie jacyś ludzie z centrali i zażądali wyjaśnień – zaprosiłem ich na kolację, pojedli, popili i od tego momentu nie było żadnych problemów.”
Bałkański żartowniś miał również udział w akcji ustawieniu meczu piłki nożnej, którego stawką był… prąd: „Macedońska republika była wtedy bez prądu i umowa była prosta: Vardar odpuszcza mecz Prisztinie – mieszkańcom Macedonii zostaje dostarczona energia, a drużyna z Kosowa zostaje w lidze.”
Ponieważ nie brakowało mu fantazji, postanowił sfałszować pewnego razu… audycję radiową – o tym zdarzeniu mówi, że jest z niego najbardziej dumny: „Pewni ludzie byli mi kiedyś winni pieniądze i postanowiłem je odzyskać, ale w taki sposób, żeby dać im nauczkę. Obiecałem im, że pomogę w ustawieniu wyników spotkań korzystnych dla ich klubu. Postanowiłem oszukać ich następująco: przygotowałem fikcyjną audycję radiową, którą nagrałem na kasetę magnetofonową. Był tam przegląd wydarzeń dnia, prognoza pogody, fragment przemówienia Josipa Broza Tito no i oczywiście wiadomości sportowe. Wyniki meczów wygłaszane przez „spikera radiowego” były oczywiście na korzyść oszukanego klubu. Dostałem od nich pieniądze i tyle mnie widzieli.” Za kratkami lądował trzykrotnie, ale wychodził na wolność dzięki pomocy gwiazd tamtejszej estrady, ponieważ był menedżerem wielu z nich oraz polityków – tych ostatnich nie interesowały zbytnio sukcesy sportowe, a bardziej zależało im na kobietach. Dzięki temu nie mieszali się do jego „biznesów”, w zamian za towarzystwo pięknych pań, które niejednokrotnie zostawały później ich partnerkami na dłuższy czas. Ostatni raz, gdy pożegnał się z wolnością miał miejsce po tzw. Rundzie Šajbera (ta najsłynniejsza kolejka ligowa w historii jugosłowiańskiego futbolu opisana jest tutaj), ale ostatecznie i tak udało mu uniknąć założenia więziennych drelichów. Runda Šajbera, jak sam twierdzi, nie była jego ustawkowym rekordem – wcześniej podczas tzw. „Splitskiej afery” miał ustawić 23 spotkania ligowe, a jedyny mecz z pierwszej ligi uznany za czysty sportowo to Hajduk Split – Sloboda Tuzla, bo jak sam twierdzi: „Sędzia za żadne skarby nie chciał współpracować, mówiąc, że chce z dziećmi w spokoju spędzać potem wakacje nad morzem.” Ustawiał także zwycięzców muzycznych festiwali: jednym z jego sposobów na końcowy sukces takiego przedsięwzięcia było… zbieranie gazet, w których były drukowane kupony do wysłania na konkurs. Dopytującym o powód zbierania makulatury odpowiadał, że w Panczewie (miasto w Serbii) ma zaprzyjaźnioną rodzinę, która nie ma czym ogrzewać w domu. Uzbierał w ten sposób 1500 kuponów i oczywiście wygrał ten artysta, którego „wytypował” brodaty Macedończyk. Na pytania gwiazd estrady: Co chcesz w zamian za wygraną? odpowiadał: Dajcie 10 darmowych koncertów po całej Macedonii. Jeden koncert, dodatkowo charytatywny zorganizował dla… siebie, żeby móc spłacić na czas swoje długi hazardowe: „W tym czasie razem ze mną w Czarnogórze przebywało nad morzem kilka bardzo znanych osób ze świata muzyki, a ponieważ ja w tamtym czasie bardzo dużo pieniędzy traciłem w kasynie hotelu „Avala” trzeba było coś wykombinować. Wpadłem na pomysł, że poproszę moich przyjaciół z branży muzycznej o występ na koncercie charytatywnym, a pieniądze przekażemy zmyślonej rodzinie robotnika, którego przygniotła jakaś kula na budowie, tyle, że kula to przygniotła mnie, ale ta od rulety. Politycy ochoczo wpłacali pieniądze, a ja po koncercie powiedziałem muzykom, jaka była sytuacja i podzieliłem się zyskami, ale… tylko z gwiazdami estrady.” Jeden z najpopularniejszych piosenkarzy byłej Jugosławii Mišo Kovač, którego menedżerem by Džaro, opisał go w jednym zdaniu: ,,Gdyby działał na zachodzie, byłby albo najlepszym w swojej branży albo dostałby kulkę w łeb.” Strzelali do niego dwukrotnie – tłumaczy, że to dlatego, iż „miejscowi zorientowali się, że kradnę punkty ich klubowi.”
Największa kwota, jaką zarobił na jednym przekręcie to 250 tysięcy marek. W kasynie natomiast stracił ok. pięciu milionów marek. Najwięcej w ciągu jednej nocy – 220 tysięcy dolarów w jednym z wiedeńskich kasyn. O jego słabości wiedzieli wszyscy, gdy bohater tekstu miał poważne problemy zdrowotne, to doskonale znany w Polsce Goran Bregović chciał pomóc mu w znalezieniu dobrej placówki, która postawiłaby go na nogi. – Brega zaproponował mi, że pokryje wszystkie koszty leczenia, jeśli tylko znajdę szpital, który będzie mi odpowiadał, ale pod jednym warunkiem – ma być oddalony co najmniej 150 kilometrów od najbliższego kasyna. Ponieważ takiego miejsca nie znalazłem to temat upadł -mówił Velibor. Zapytany o to, kto był najniebezpieczniejszym człowiekiem, którego poznał bez wahania odpowiedział: „Arkan – on mógł dać ci duszę, ale mógł też ci ją zabrać, jeśli go sprzedałeś.” Jedyny raz, kiedy Velibor napił się alkoholu (jest abstynentem) był właśnie w towarzystwie Arkana. Ustawił około osiemdziesięciu spotkań, w tym dwa międzypaństwowe i dwa z klubami zagranicznymi. Twierdzi, że maczał palce w spotkaniu eliminacji mistrzostw świata 1998 w Skopju, w którym to sędzia podyktował dwa rzuty karne dla Macedonii w meczu z Irlandią. Na pytanie kto go chronił przez te wszystkie lata, odpowiedział z tym swoim charakterystycznym uśmiechem: „Kraj o nazwie Jugosławia.”
5
Bałkański król ustawek:
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
7
Nieco zapomniane legendy futbolu:
13 kwietnia 1960 r. urodził się Rudolf Vöeller, napastnik, Mistrz Świata-1990, Wicemistrz Świata-1986, Wicemistrz Europy-1992, Zdobywca Ligi Mistrzów-1993(z Olimpique Marsylia). Rudolf "Rudi" Vöeller przygodę z profesjonalnym futbolem rozpoczynał w TSV Monachium. Wcześniej jako młody chłopiec grywał w Kickers Offenbach. W klubie ze stolicy Bawarii spędził zaledwie dwa lata po czym został zakupiony przez Werder Brema. Na sukcesy w piłce klubowej ten znakomity napastnik musiał czekać do 1991 roku, gdy z AS Romą wywalczył Puchar Włoch. Jego ogromny apetyt na sukcesy zdołał dopiero zaspokoić Olympique Marsylia, z którym w 1993 roku zdobył Ligę Mistrzów. W reprezentacji Niemiec Voeller zadebiutował 17 listopada 1982 roku w przegranym 0:1 spotkaniu z Irlandią Pn. W sumie w jej barwach zagrał 90 razy, zdobywając 47 goli. Wystąpił w trzech turniejach Mistrzostw Świata a w 1990 roku wywalczył nawet złoty medal na tej imprezie. Po zakończeniu kariery piłkarskiej próbował sił jako trener. W 2000 roku podjął się pracy w Bayernie Leverkusen. W tym samym roku otrzymał możliwość prowadzenia reprezentacji Niemiec, z którą zdobył srebrny medal Mistrzostw Świata w 2002 roku. Dwa lata później został trenerem włoskiej AS Romy, jednak szybko zrezygnował, po paśmie porażek i nieporozumień z zawodnikami. W 2005 roku ponownie był trenerem w Bayernie Leverkusen.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
11
Zapomniane i kontrowersyjne El Clasico:
13 kwietnia 1916 r. FC Madrid zremisował w Madrycie z FC Barceloną 6:6(!) po dogrywce w ramach powtórzonego meczu półfinałowego Pucharu Króla. Hattrickiem dla gospodarzy popisali się Santiago Bernabeu oraz Belaunde. Natomiast w ekipie Blaugrany hattrick zanotował genialny Paulino Alcantara a pozostałe gole zdobyli Bau(2) oraz Mallorqui. Niestety w powtórce drugiego półfinałowego meczu FC Barcelona poległa (ponownie w Madrycie) z gospodarzami 4:2 i odpadła z rozgrywek.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
15
Jeszcze raz Feliz cumpleaños Tarzanie!
Wszyscy go znamy i wszyscy kochamy. Przy okazji urodzin Carlesa Puyola przypomnę trochę ciekawy okres w jego życiu dotyczący Figo. Otóż Luis Figo dla Carlesa był przede wszystkim pierwszym idolem z pierwszych lat pobytu w Barcelonie. Figo trafił do Barçy latem 1995 r. a ,,Tarzan” kupował w tamtym czasie wszystkie lokalne gazety sportowe, wycinał jego zdjęcia i umieszczał w specjalnym albumie aby się nie pogniotły. Siedemnastoletni Katalończyk był wówczas przekonany że treningi w La Masii to tylko piękny epizod w jego życiu i po powrocie do domu będzie mógł udekorować tymi fotkami swój pokój w La Pobla. Dla Puiego największym dowodem jego umiejętności było to że Johan Cruijff chciał go mieć u siebie pomimo obecności w składzie tak znakomitych piłkarzy jak Stoiczkow oraz Laudrup. Gdy w sezonie 1999/2000 Carles przebił się wreszcie do pierwszego składu, Portugalczyk miał już status wielkiej gwiazdy, był jednym z kapitanów i grał pierwsze skrzypce u kolejnych trenerów Barçy. To właśnie Figo obok Guardioli oraz Rivaldo był futbolistą, któremu Puyol przyglądał się ze szczególna uwagą. ,,Udzielił mi wielu trafnych wskazówek podczas moich początków w pierwszej drużynie”- mówił Pui. – »Powiedział po portugalsku: ,,Kiedy masz piłke młody, to nie komplikuj sobie życia i zawsze szukaj najprostszych rozwiązań«. Starałem się go słuchać”. Tarzanowi w Portugalczyku imponowała nie tylko świetna technika czy bajeczna wizja gry ale również wielka wola walki i stawianie dobra zespołu ponad wszystko inne. Osobiście sam nie miałem pojęcia o pierwszym idolu Tarzana, wyczytałem to z książki. Luis Figo….. czy my tak naprawdę dobrze go znamy? Czy tylko nienawidzimy?
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
65
Po stokroć Feliz cumpleaños Tarzanie!
Panie i Panowie, szanowni cules, Carles Puyol Saforcada kończy dzisiaj 45 lat! Wznieśmy toast za żywa legendę Blaugrany.
8
Najgrubszy bramkarz w historii futbolu:
Jego olbrzymia waga nie przeszkadzała mu w karierze piłkarskiej. Ba ! Zdobył nawet Puchar Anglii. William Foulke nie na darmo nosił przydomek „Fatty” (Grubas), ważył wszak 150 kg. Jego życie trwało niestety tylko 42 lata. Poznajcie historię najbarwniejszego bramkarza w historii brytyjskiej piłki nożnej. Urodził się 12 kwietnia 1874 roku w Dawey, w Anglii. Po skończeniu szkoły występował w drużynie, która powstała w jego zakładzie pracy. Profesjonalną karierę rozpoczął w klubie Blackwell Colliery. Szybko przeniósł się do Sheffield United za kwotę 20 funtów. W nowym klubie zadebiutował 1 września 1894 roku. Trzy lata później mógł się cieszyć z wicemistrzostwa kraju, a Foulke ze swoimi kolegami mógł się dodatkowo cieszyć rekordem najlepszej defensywy w kraju. To między innymi dzięki jego wspaniałej postawie między słupkami, Sheffield mogło walczyć o tytuł najlepszej jedenastki w Anglii. Nie umknęło to uwadze ówczesnego selekcjonera reprezentacji Anglii, który powołał „Fatty’iego” na mecz przeciwko Walii (4:0). Mecz ten był jedynym w kadrze naszego bohatera.
Kolejny sezon przyniósł mu mistrzostwo, a dziennikarze zaczęli nazywać Williama „największym bramkarzem na świecie”. Foulke dysponował ogromną siłą, w meczu przeciwko Liverpoolowi w 1898r. podniósł za nogi George’a Allana i trzymał go w taki sposób, że jego głowa wisiała zaraz nad murawą. Podczas finałowego meczu FA Cup 1902, sędzia Tom Kirkham niesłusznie uznał gola dla Southamptonu. „Fatty” Foulke będąc niezadowolony z tego powodu, wpadł nagi do pokoju sędziów. Przerażony arbiter schował się w szafie. Mecz powtórzono i zawodnicy Sheffield United wznieśli w górę trofeum, wygrywając 2:1. W barwach klubu z Bramall Lane, William Foulke rozegrał ponad 350 meczów. Jego wynagrodzenie wynosiło 4 funty tygodniowo (zwykły pracownik w tamtych czasach zarabiał 1 funta). W roku 1905 przeszedł za 50 funtów do Chelsea. Foulke z miejsca stał się ulubieńcem kibiców i przez jakiś czas był nawet kapitanem „The Blues”. Ciągle przybierał na wadze. Jedna z anegdot głosi, że „Fatty” przybył pewnego razu jako pierwszy na posiłek Chelsea. W momencie, gdy koledzy pojawili się w stołówce… nie było już nic do zjedzenia! W ekipie z Londynu rozegrał zaledwie 35 spotkań, po czym przeniósł się za 50 funtów do Bradford City. Zakończył tam swoją karierę piłkarską. Rzekomym powodem tego kroku był fakt, że Foulke był coraz mniej sprawny. Mówi się, że przy wzroście 195 cm, „Fatty” ważył około 150-160 kg. Był jedną z najbarwniejszych postaci angielskiej piłki. Wśród jego dokonań można znaleźć m.in.: złamanie poprzeczki podczas jednego z meczów w Bradford, siadanie na rywalach, czy podtapianie ich w kałuży. Zmarł 1 maja 1916 r. Jako przyczynę śmierci bramkarza, podaje się marskość wątroby.
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
0
@Danny Gaucho Nic nie bede zgłaszał. Redakcja i tak zrobi z nami to co zechce, nawet jeśli zastosujemy się stricte do ich regulaminu, z którym nie do końca się zgadzam!
7
@FCBparasiempre
12 kwietnia 1941 r. urodził się Robert Moore, mistrz świata z 1966 r. oraz zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów z 1965 r. Moore jako pierwszy angielski piłkarz został uznany przez BBC za Sportową Osobowość Roku, udekorowano go również Orderem Imperium Brytyjskiego a zespoły rockowe śpiewały o nim piosenki. Został zapamiętany jako stoper-król obrony! Po śmierci Moore’a w 1993r. wielki Franz Beckenbauer powiedział: ,,Bobby był moim idolem. Jestem dumny że mogłem grać przeciwko niemu’’. Pele nazwał go największym obrońcą, przeciwko któremu miał okazję wystąpić, dodając: Koszulka, którą założył na mecz z Brazylią w 1970r. jest do dziś moim najcenniejszym trofeum’’. Fotografia półnagich Moore’a i Pelego-dwóch piłkarskich geniuszy ściskających się i wymieniających koszulkami po przegranym przez Anglików ćwierćfinale mistrzostw świata w Meksyku- obiegła cały świat stając się jednym z najsłynniejszych zdjęć w historii sportu. Mówi się że każdy angielski piłkarz marzy o tym by wejść po schodach słynnego Wembley do loży królewskiej i z rąk Jej Królewskiej Mości przyjąć trofeum i gratulacje. Bobby Moore należy do szczęśliwców, którym to marzenie spełniło się aż trzykrotnie, gdy w latach 60-tych odbierał z rąk Królowej Elżbiety Puchar Anglii, Puchar Zdobywców Pucharów oraz Puchar Rimeta za zdobycie z reprezentacją mistrzostwa świata. W jednym z wywiadów przyznał szczerze że trudno mu uwierzyć że te godności stały się jego udziałem: ,,Natura nie obdarzyła mnie specjalnym talentem. Zwątpiłem nawet czy ambicja zostania zawodowym piłkarzem kiedykolwiek się urzeczywistni. Zanim klub West Ham United otworzył mi drogę do kariery, zamierzałem poświęcić się pracy kreślarza lub drukarza’’. Mimo iż Moore był jednym z najlepszych stoperów w historii futbolu to szybkość, przyspieszenie czy zwrotność nigdy nie były jego atutami. Jeśli chodzi o talenty motoryczne to nawet u szczytu kariery pozostawał graczem co najwyżej średniej klasy. Tym co jego grze nadawało wyjątkowość było opanowanie, zdolność konstruktywnego myślenia, przegląd sytuacji na boisku oraz umiejętność przewidywania zachowania napastników przeciwko którym grał. Ten gość ma 3 pary oczu-mówili specjaliści. ,,Opanowanie Bobby’ego było czymś nadzwyczajnym, już jako dziecko był taki. Nigdy nie odczuwał stresu nawet podczas najważniejszych spotkań. Przeciwnie, wtedy grał lepiej, królował na boisku’’-napisał w swoich wspomnieniach sir Geoff Hurst-kolega Moore’e z reprezentacji. Spokój czy umiejętność czytania gry pozwalały mu nie tylko na precyzyjne wślizgi w najwłaściwszym momencie i bycie dokładnie tam, gdzie wymagał tego interes drużyny ale także na uruchamianie napastników długimi dokładnymi podaniami. Pierwsze buty piłkarskie dostał w wieku 8 lat i w tym czasie mecze rozgrywał na porytych dołami i pokrytych śmieciami klepiskach londyńskiego przedmieścia Barking. W 1956r. został zawodnikiem West Ham. Założył koszulkę z numerem 6, z którym grał do końca kariery. W 2008r. klub zdecydował że w trykocie z tym numerem nie zagra już żaden inny piłkarz gdyż jest to numer na zawsze zastrzeżony dla legendarnego stopera. W 1962 Moore został powołany do reprezentacji Anglii szykującej się do mistrzostw świata w Chile, w których zagrał we wszystkich meczach a rok później został kapitanem drużyny. ,,Ta drużyna była pełna wielkich postaci ale mimo to było jasne że to on będzie kapitanem’’- wspomina Hurst podkreślając iż swoim zachowaniem Bobby wprowadzał na boisku porządek i dyscyplinę. ,,Nigdy się nie wydzierał, nie był agresywny, niczego nie wymuszał. Jeśli mu się coś nie podobało okazywał to spoglądając pogardliwie gdzieś w bok i wszyscy wiedzieli o co chodzi’’.
Jako kapitan w 1966 doprowadził Anglię do tytułu Mistrza Świata! Cały świat patrzył na wzruszający moment, gdy Bobby odbiera Puchar z rąk Królowej Elżbiety. To wtedy stał się narodową ikoną. W 1968 zdobył z Anglią brązowy medal mistrzostw Europy a w 1970 był jej kapitanem podczas mundialu w Meksyku. Nie był to dla Moore’a rok szczęśliwy-Anglia nie obroniła tytułu a w dodatku tuż przed imprezą, podczas zgrupowania w Kolumbii został oskarżony o kradzież biżuterii w hotelowym sklepie i przez cztery dni przebywał w areszcie domowym. Bobby dołączył do drużyny już w Meksyku i potwierdził że jest najlepszym stoperem świata. Świadczy choćby o tym jego słynna(wciąż oglądana przez kibiców na You Tube)interwencja w meczu z Brazylią przeciwko szarżującemu w polu karnym Jairzinho. Wykonana z elegancją, niebywałym spokojem i chirurgiczną precyzją przeszła do legendy futbolu zyskując miano wślizgu doskonałego. Mimo niepowodzenia na Mundialu w 1970 Moore nadal miał pewne miejsce w kadrze. Reprezentacyjną karierę zakończył w 1973 meczem z Włochami. Dla Anglii rozegrał w sumie 108 spotkań w tym 90 jako kapitan, schodząc z murawy jako pokonany zaledwie 17 razy! W 1974 po 18 latach gry Bobby za 25 tys. funtów odszedł z West Hamdo Fulam-lokalnego rywala z niższej ligi. Karierę sportową zakończył 4 lata później w USA. W 1993 Moore ogłosił że jest poważnie chory mimo to 3 dni potem komentował mecz Anglii na Wembley. Zmarł tydzień później na raka w wieku 51 lat. ,,Mój kapitan, mój lider, moja prawa ręka. Był duchem i sercem zespołu. Opanowany piłkarz, któremu ufałem jak nikomu innemu. Bez niego Anglia nie byłaby mistrzem świata!’’-powiedział o nim sir Alf Ramsey. W 2003 Angielski Związek Piłki Nożnej uznał Moore’a za najznakomitszego angielskiego gracza 50-lecia. Cztery lata później jego pomnik z brązu stanął przed głównym wejściem stadionu Wembley. Pod nim umieszczono napis: ,,Piłkarz bez skazy. Król obrońców. Nieśmiertelny bohater z 1966 roku. Pierwszy Anglik, który uniósł do góry Puchar Świata. Ulubieniec East Endu. Największa legenda West Ham United. Narodowy skarb. Mistrz Wembley. Nadzwyczajny kapitan. Dżentelmen wszechczasów’’.
3
Wybitne legendy futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson