14

Czy wiecie że…

Dokładnie 10 lat temu(2.04.2013 r.) FC Barcelona rozegrała mecz numer 500 w rozgrywkach międzynarodowych o stawke. Blaugrana zremisowała to spotkanie 2:2 w Paryżu z tamtejszym PSG w ramach ćwierćfinałowego starcia Ligi Mistrzów. Bilans wszystkich meczów wyniósł 279 zwycięstw, 114 remisów i 107 porażek. Ten bilans nadal mamy bardzo korzystny i niech już tak zostanie na zawsze.




@Monix10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB

1

@Comentateiro Widzewski charakter to bardziej za Żmudy a zwłaszcza za Waligóry!

10

Blaugrana w europejskich pucharach:

2 kwietnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Köln 4:1 w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola w tym spotkaniu strzelił Marti Filosia. Natomiast hattrickiem w tym meczu popisał się znakomity pomocnik i kapitan Josep Maria Fuste.


@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

0

Jak tam ,,nasza Barcunia" grała wczoraj? bo nie miałem do tej pory dostępu do internetu. Widze tylko że Robert Lewandowski strzelając 2 gole, uzbierał na poziomie pierwszoligowym 260 goli, czym zrównał się z węgierskim snajperem Józsefem Takacsem. Dla przykładu do Romario de Souzy Robert traci tylko 15 goli ale np. do Gerda Mullera traci 43 gole a do Lionela Messiego aż 132 gole!

1

@FCBparasiempre

Rewanż zaplanowano na 15 kwietnia, więc Wojskowi mieli dwa tygodnie na szlifowanie formy. Brać komunistyczna – tym razem w NRD – pomogła i udostępniła swoje obiekty treningowe. Klub Vorwärts Berlin nie tylko służył swoją infrastrukturą, ale także radą (Vorwärts grał z Feyenoordem w ćwierćfinale). Na nic to niestety pomogło. Najpierw na początku spotkania z ostrego kąta strzałem głową Grotyńskiego pokonał Van Hanegem, a w 31. minucie genialnym wolejem z około 20 metrów popisał się Hasil. Cały mecz pod kontrolą mieli Holendrzy, więc zwycięstwo 2:0 było jak najbardziej zasłużone. Po meczu w Przeglądzie Sportowym relacjonowano, że niewątpliwy wpływ na postawę Wojskowych miały dwa czynniki. Po pierwsze wspomniana sprawa z przewozem waluty. Oczywiście ciężko zrzucać winę porażki tylko na dwóch zawodników, lecz obserwatorom tamtego spotkania nie ulegało wątpliwości to, że tego dnia nie byli zupełnie skoncentrowani na boisku. A i reszta drużyny podobno była bardzo nerwowa jeszcze przed samym spotkaniem. Drugą kwestią były warunki, w jakich przygotowywali się zawodnicy Legii. Ani obiekty treningowe w Berlinie, ani tym bardziej w Warszawie, nie pozwalały przygotować się na odpowiednim poziomie. Feyenoord dysponował dużo lepszą bazą treningową – to również mogło mieć wpływ na przebieg spotkania. Po powrocie do Polski z Grotyńskiego i Żmijewskiego ukarano opłatą celno-skarbową, co pozwoliło zatuszować całą sprawę.

1.04.1970 – Legia Warszawa – Feyenoord Rotterdam 0:0 15.04.1970 – Feyenoord Rotterdam – Legia Warszawa 2:0 (Van Hanegem 3, Hasil 31)

W 2020 roku minęło 50 lat od dwumeczu z Feyenoordem i pamiętnej kampanii Legii Warszawa. Nigdy później Legia nie dysponowała podobnym potencjałem w jednym momencie. Dzisiaj tacy zawodnicy jak Deyna, Brychczy, Gadocha, Blaut, Żmijewski, Pieszko czy Stachurski byliby podstawowymi graczami wielu bardzo dobrych drużyn w Europie. Ba, każdy zawodnik z tamtej drużyny spokojnie odnalazłby się na zachodzie. Paradoksalnie czasy komunistyczne pozwoliły odnieść taki sukces. Może wojsko nie zapewniało obiektów treningowych na poziomie przyzwoitym i europejskim, lecz zakaz opuszczania Polski pozwolił zatrzymać wszystkich zawodników w swoim ,,prime timie”. Czy byłoby to dzisiaj możliwe? Wątpię. Swoją drogą, sezon 1969/1970 był(według wielu ekspertów) najlepszym sezonem polskich klubów w europejskich pucharach. Nie tylko występy Legii okazały się bardzo dobre, ale również Górnik Zabrze zaprezentował kapitalną dyspozycję, docierając do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Takie to były czasy. Czy doczekamy kiedyś ponownie takiego sezonu? To już temat na inną debatę.

7

@FCBparasiempre

Sezon 1969/1970 w europejskich pucharach Legia miała niemalże perfekcyjny. Format rozgrywek oczywiście zdecydowanie różnił się od współczesnej odmiany Ligi Mistrzów, lecz nadal Puchar Europy Mistrzów Klubowych był najważniejszym turniejem w Europie. Na przestrzeni ośmiu spotkań Legia Warszawa udowodniła, że należała wówczas do najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Format Pucharu Europy miał zupełnie inny wymiar, niż to co dzisiaj obserwujemy w Lidze Mistrzów. Udział brały tylko drużyny, które były mistrzami swoich lig. Nie było żadnych grup, tylko faza pucharowa. Nie było żadnego rankingu, koszyków czy obostrzeń politycznych, na podstawie których wykluczano jakieś konfrontacje. Każdy mógł trafić na każdego. Prawdziwy turniej mistrzów, prawdziwy prestiż. W dzisiejszych realiach sponsoringowych, marketingowych i komercyjnych– awykonalne. Sezon 1968/1969 Legia Warszawa skończyła na szczycie tabeli z dwupunktową przewagą nad Górnikiem Zabrze. Było to trzecie mistrzostwo kraju dla Legii, które kończyło okres wyczekiwania na kolejnego mistrza od 1956 roku. W tym samym sezonie Legia całkiem przyzwoicie poradziła sobie w Pucharze Miast Targowych i dotarła w nim do 1/8. Porażka w dwumeczu z węgierskim Ujpesti Budapest skończyła przygodę Wojskowych, ale napędziła do mocnego finiszu w lidze i Pucharze Polski (porażka w finale z Górnikiem Zabrze). Sezon ten stanowi podstawę świetnej postawy w kolejnym, bo właśnie wtedy umocnił się kształt drużyny, według wielu uznawanej za jedną z najlepszych w historii klubu. Jeśli nie najlepszą. Podstawowa 11 wyglądała w następujący sposób: Władysław Grotyński, Antoni Trzaskowski, Feliks Niedziółka, Andrzej Zygmunt, Władysław Stachurski, Bernard Blaut, Kazimierz Deyna, Lucjan Brychczy, Robert Gadocha, Jan Pieszko oraz Janusz Żmijewski. Trenerem tamtej ekipy był Edmund Zientara. Były piłkarz Legii trenował Wojskowych między 1969 a 1971 rokiem. Wykorzystał potencjał drzemiący w drużynie i zbudował zupełnie wyjątkowy kolektyw. Co ciekawe Zientara jest jednym z dwóch ludzi w historii klubu, którzy zdobyli mistrzostwo Polski jako zawodnik i trener. W sezonie 1969/1970 skład był niemal identyczny, z drobną zmianą, gdzie Feliksa Niedziółkę zastąpił Zygfryd Blaut (zagrał więcej minut). Ta drużyna grała ze sobą od wielu miesięcy i niemal na pamięć znali swoje ruchy. W sezonie 1968/1969 przegrali w lidze raptem 3 mecze, a w sezonie 1969/1970 powtórzyli ten wyczyn (na 26 kolejek). Kolejny atut to niewątpliwie genialna druga linia. Trio Blaut-Deyna-Brychczy, można śmiało powiedzieć, wyprzedziło swoje czasy. To, że była to najlepsza linia pomocy w Polsce było oczywiste. Jednak mecze w Europie pokazały, że mieliśmy do czynienia z wyjątkową skalą talentu na arenie międzynarodowej. Oprócz efektywnej i efektownej gry, Panowie Blaut, Deyna i Brychczy dokładali – dosłownie – worek bramek. W sezonie 1968/1969 we wszystkich rozgrywkach zdobyli łącznie 34 bramki (atak zdobył 35 bramek!). Pomoc zatem odpowiadała za 45% potencjału w ataku. Kazimierz Deyna był najlepszym strzelcem Legii w lidze (12 goli). W Pucharze Polski również (5). Były solidne podstawy, by z nadzieją spoglądać na kolejny sezon w Europie. Na początek mistrzom Polski los przydzielił mistrza Rumunii – zespół UT Arad. Pierwszy mecz zaplanowano na 18 września 1969 roku w Rumunii. Pierwszych 6 kolejek w polskiej lidze napawało optymizmem Wojskowych (4 zwycięstwa, 2 remisy, bilans goli 13:3), lecz balonika świadomie nie pompowano.

W pamięci pozostawały bowiem poprzednie występy Legii w Pucharze Europy, w których odpadali w pierwszej rundzie. Na wyjeździe Legioniści wywalczyli bardzo dobry wynik, bo wygrali 2:1. Choć mistrz Rumunii prowadził już od 7. minuty, to Legii udało się odeprzeć napór w pierwszej połowie i na przerwę schodzili z bagażem jednej bramki. Kolejnych już nie stracili. W drugiej połowie najpierw w 66. minucie stan meczu wyrównał Żmijewski, a dziewięć minut później wynik podwyższył Gadocha. Rezultat świetny, wracamy do Polski. To co wydarzyło się w Warszawie, przeszło do historii występów polskich drużyn w europejskich pucharach. Myślę nawet, że jest to jeden z bardziej niesamowitych wyczynów w historii Pucharu Europy w ogóle. 1 października w Warszawie 15 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie było świadkami wybitnego meczu Wojskowych. Choć po pierwszej połowie wynik 0:0 tego nie zapowiadał. Rumunii dzielnie walczyli przeciwko ewidentnie lepszej Legii, ale w drugiej połowie, dokładnie w 51. minucie pękli. Pierwszą bramkę zdobył Bernard Blaut. UT Arad nie wytrzymał nacisku i w 70. minucie Gadocha pogrzebał szanse Rumunów na awans. Następnie w ciągu 15 minut Legioniści zdobyli kolejne sześć bramek. Wszystkie zdobyli w ciągu 34 minut! Było to niebywałe, nawet jak na tamte czasy i tamten charakter gry. Ostateczny wynik – 8:0. Legia melduje się w drugiej rundzie. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że drużyna mistrza Rumunii była chłopcem do bicia, to już spieszę wytłumaczyć – otóż nie. W następnym sezonie Pucharu Europy UT Arad w pierwszej rundzie wyeliminował… obrońcę trofeum. Zatem była to poważna drużyna.

18.09.1969- UT Arad – Legia Warszawa 1:2 (Domide 7 – Żmijewski 66, Gadocha 75) 1.10.1969 – Legia Warszawa – UT Arad 8:0 (B. Blaut 51, Gadocha 70, 74, Brychczy 73, Stachurski 78, Deyna 81, Żmijewski 83, Pieszko 85) 2 Runda – Legia vs AS Saint-Etienne

W kolejnej fazie Legioniści trafili na mistrza Francji, poprzeczka powędrowała zatem wyżej. W owym czasie byli absolutnymi dominatorami w swoim kraju. Od sezonu 1966/1967 rokrocznie zdobywali mistrzostwo Ligue 1, aż do 1970 roku. Dodać również należy, że w pierwszej rundzie Saint-Etienne wyeliminowało Bayern Monachium, który już wtedy był bardzo mocną drużyną. Mecz zaplanowany na 12 listopada poprzedziły negocjacje z Telewizją Publiczną, która miała niemały problem. Tego samego dnia zaplanowane było także spotkanie Górnika Zabrze z Rangersami w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów. TVP zapłaciło Legii 150 tysięcy złotych tylko po to, by zorganizować mecz później, gdyż godziny obu meczów się pokrywały. Dosyć hojna dotacja, ale jak się wkrótce okazało – słuszna. Nie dość, że telewidzowie obejrzeli zwycięstwo Górnika, to jeszcze byli świadkami wygranej Legii 2:1. Choć pierwsza połowa tego nie zapowiadała. W 39. minucie prowadzenie Francuzom dał Herve Revelli. Trybuny były bardzo niespokojne i kilka niebezpiecznych przedmiotów lądowało na murawie, a druga połowa została nawet opóźniona ze względu na wybuchające petardy. Sytuacja na pewno dawała podstawy sędziemu, by przerwać mecz i oddać walkowera mistrzowi Francji. Na szczęście do tego nie doszło i warszawianie mogli odrobić straty. Trwało to długo, ale w 78. minucie Jan Pieszko wyrównał stan meczu, a pięć minut później zwycięstwo dał Kazimierz Deyna. Do Francji Legia wybrała się zatem z jednobramkową zaliczką. Optymizm jednak tonowano, ponieważ w poprzedniej rundzie Saint-Etienne ograło na własnym stadionie Bayern aż 3:0. Nie było mowy o żadnym odpuszczaniu. O tym, że ta rywalizacja była dla Francuzów istotna świadczy fakt, że cały numer gazety Sport Actualites był poświęcony rewanżowemu spotkaniu między mistrzem Polski a Francji. Lecz niewiele brakło, by to spotkanie się w ogóle nie odbyło. Wszystko przez strajk w zakładach energetycznych. Gdyby nie było oświetlenia, Legii musiałby zostać przyznany walkower. Taka sytuacja – na szczęście miejscowych – nie miała miejsca i mecz został rozegrany. 26 listopada na trybunach zebrało się 30 tysięcy kibiców oczkujących od swoich zawodników zwycięstwa, a żeby awansować wystarczył wynik 1:0 dla gospodarzy. Było zimno, a murawa była w fatalnym stanie przez wcześniejsze opady śniegu. Bądź co bądź, warunki dla obu drużyn były jednakowe. Tak jak przewidywano – Saint-Etienne na swoim stadionie mocno naciskało, a Legioniści skupili się raczej na szczelnej obronie oraz groźnych kontratakach.

Jednak wynik bardzo długo wynik utrzymywał się korzystny dla Legii. Bezbramkowy remis promował Wojskowych do kolejnej rundy. W 85. minucie Kazimierz Deyna uciszył miejscowe trybuny i ostatecznie pogrzebał nadzieje Francuzów. Jeden z kontrataków przyniósł oczekiwany skutek. Deyna przyjął piłkę w polu karnym przeciwnika, spojrzał, przymierzył i… Zobaczcie sami. Porażka była szokiem dla Francuzów. Jak to, absolutny hegemon we Francji nie może przejść drugiej rundy? No tak to, nie może. Nie z taką Legią. Francuzi byli na tyle pewni siebie, że przed meczem zorganizowali wystawną kolację, zapewne po to, by uczcić awans. Niestety Legioniści na uroczystym posiłku przebywali głównie we własnym gronie z raptem kilkoma francuskimi działaczami. Prezes Saint-Etienne nie zdobył się na gest szacunku i nie pogratulował Legii awansu. Doceniła ich jednak francuska, gdzie Deynę określono – po raz pierwszy – mianem „Le General”. Wymowne.

12.11.1969 – Legia Warszawa – AS Saint-Etienne 2:1 (Pieszko 78, Deyna 83 – Revelli 39) 26.11.1969 – AS Saint-Etienne – Legia Warszawa 0:1 (Deyna 85)

Następną rundą był już ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70 XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło, Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe z lokalnymi drużynami – między innymi CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu „narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób, korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik ten – mimo silnego naporu Galatasaray – nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla Legii przed rewanżem w Warszawie. Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów. Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu – Lucjan Brychczy. Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę – w 11. i 55. minucie. Awans do półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w historii.

4.03.1970 – Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47 – Brychczy 37) 18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11, 55)

Z trzech dostępnych drużyn (Leeds, Celtic i Feyenoord) los przydzielił Legii mistrzów Holandii. Mowa tutaj o drużynie, która w latach 60-tych wygrała Eredivisie 4 razy, a na początku lat 70-tych rywalizowała jak równy z równym z bodaj najlepszym Ajaxem w historii. Choć Feyenoord zdobywał mistrzostwo kraju w następnych dekadach, to nigdy później drużyna z Rotterdamu nie osiągnęła podobnego poziomu. Na przełomie lat lat 60-tych i 70-tych osiągnęła swój peak. Pierwszy mecz został zaplanowany na 1 kwietnia 1970 roku. Nie tylko w stolicy, ale też w całym kraju oczekiwano awansu do finału. Opinia publiczna doskonale zdawała sobie sprawę, że Legia jest w stanie wygrać ten dwumecz. Feyenoord miał problemy w poprzednich rundach z awansem i w konfrontacjach z Milanem oraz Vorwärts Berlin musieli dwukrotnie odrabiać straty (0:1 i 2:0 w obu dwumeczach). Jeśli Legia trafi z formą, można wypracować niezłą zaliczkę przed wizytą w Holandii. Na wypełnionym ponad miarę Stadionie Wojska Polskiego (30 tysięcy widzów) obie drużyny nie spełniły oczekiwań mediów i kibiców. Rzęsisty deszcz spowodował, że z murawy zrobiła się błotnista maź. W tych warunkach Legionistom trudniej było o zdobycie bramki, choć kontrolowali przebieg meczu. Dogodne sytuacje marnowali Brychczy oraz Małkiewicz. W Przeglądzie Sportowym relacjonowano, że w normalnych okolicznościach atmosferycznych Legia miałaby większe szanse na wypracowanie przewagi. Warunki jednak były jakie były i remis 0:0 był niewątpliwym sukcesem Feyenoordu. Data meczu oczywiście zobowiązywała, więc spiker na stadionie postanowił zażartować z kibiców na trybunach. W przerwie meczu powiedział, że po spotkaniu na terenie pływalni obok stadionu będą przyjmowane zapisy na wyjazd do Amsterdamu i rewanżowy mecz w Rotterdamie. Koszt – 150 zł. Ludzie podobno zdębieli. Nie dziwne. Żartować z możliwości wyjazdu na zachód w czasach, gdy było to bardzo trudne do zrealizowania? Ironia wyższych lotów. Prima Aprilis w wersji komunistycznej. Na to spotkanie do Warszawy przybyło wielu kibiców z Holandii. Fakt ten nie jest niczym wyjątkowym i Stadion Wojska Polskiego gościł niejedną zorganizowaną grupę fanów. Wizyta ta jednak przeszła do historii z innego powodu. Kibice w Warszawie mogli pierwszy raz zobaczyć kibiców innej drużyny, która w zupełnie nieznany dotąd sposób manifestowała swoje oddanie klubowi. Z charakterystycznymi cylindrami w czerwone i białe pasy, z szalikami oraz flagami w barwach Feyenoordu fani z Holandii pokazali, jak można wspierać swoją drużynę. Dla fanów Legii było to zupełnie nowe doświadczenie i po raz pierwszy ujrzeli sposób kibicowania w ten sposób – w czasach „szarej” komunistycznej rzeczywistości był to niewątpliwie powiew zachodniej cywilizacji i najprawdopodobniej od tego momentu możemy zaobserwować początek transformacji kibicowskiej w Polsce – takiej, w której wykorzystuje się barwy klubu jako element identyfikacji oraz manifestacji w trakcie meczów. Kibiców ktoś przecież musi pilnować. W czasach PRL wszystkie mecze były objęte procedurą zabezpieczenia przez oddziały milicji. Szczególną uwagę miały spotkania z zachodnimi reprezentacjami lub klubami. Nie inaczej było w ramach tej rywalizacji. Choć w tym przypadku prestiż i znaczenie meczu były dużo wyższe. Nie było do tej pory tego typu widowiska sportowego, zatem plan zabezpieczenia przez służby był specjalny. Poza przeznaczeniem większej liczby oddziałów w rejonie ulic Łazienkowskiej, Rozbrat i Czerniakowskiej, na samym stadionie również znajdowała się nadprogramowa liczba służb. Łącznie ponad 3000 mundurowych oraz 71 różnego rodzaju pojazdów. Na szczególną uwagę zasługują również dodatkowe „uwagi i zalecenia” dla wszystkich funkcjonariuszy.

Poza standardowymi wytycznymi takimi jak: „niedopuszczanie do gromadzenia się kibiców”; „izolowanie awanturujących się nietrzeźwych osobników”; „legitymowanie wszystkich, których zachowanie jest odstępstwem od normy”, pojawiły się również uwagi, których do tej pory trudno uświadczyć w peerelowskich planach zabezpieczania sportowych imprez masowych: „Wszystkie wystąpienia w stosunku do obywateli powinny być przemyślane, praworządne z zachowaniem pełnego spokoju”; „ (…) interwencję natychmiast przerwać w przypadku nieprzychylnej reakcji ze strony widowni (…)”; „W toku działań pododdziałami zwartymi kategorycznie zabrania się stosowania brutalnych metod w stosunku do zatrzymanych”; „Obserwacja grupy kibiców holenderskich pod kątem ustalenia ich kontaktów z obywatelami PRL (w miarę możliwości ustalić rodzaj tych kontaktów)”; „Zwracanie uwagi w swoim zasięgu działania w celu ujawniania i niedopuszczenia do kolportażu wrogich lub pacyfistycznych ulotek i haseł”. Wszystkie te zalecenia zawarte w oficjalnym planie zabezpieczenia meczu świadczą o bardzo poważnym podejściu do spotkania ze strony władz. Przy tak ogromnej grupie przybyszy z Holandii (plan zakładał obecność nawet 5 tysięcy Holendrów) bardzo istotnym czynnikiem całego przedsięwzięcia było niedopuszczenie do wszelkich prób niepożądanego kontaktu Polaków z obywatelami Zachodu. Handel towarami, walutą lub co gorsza – potencjalne szpiegostwo, były dla służb bardzo istotnym aspektem kontroli. Przy czym pamiętano, aby zachować umiar w ewentualnej interwencji, o czym świadczy użycie słów „kategorycznie zabrania się”. Świeżo w pamięci były zajścia z Marca 1968 roku – trybuny niepotrzebnie prowokowane mogły doprowadzić do zamieszek z milicją, co w obliczu obserwacji ze strony mediów zachodnioeuropejskich, władz UEFA oraz Holendrów na stadionie mogło zdecydowanie zaszkodzić ekipie Gomułki, która już i tak chyliła się ku upadkowi. Wracając do rywalizacji. Podróż do Holandii nie odbyła się bez problemów. Podczas odprawy na lotnisku celnicy na kontrolę osobistą zaprosili Grotyńskiego i Żmijewskiego. Jak się okazało, wspomnieni zawodnicy Legii mieli przy sobie dość duże kwoty dolarów amerykańskich. Niedobrze. Przewóz obcej waluty ponad dozwolony limit stanowił w Polsce Ludowej poważne przestępstwo. Wiceprezes Legii płk. Porotejko później tak informował: ,,Po przeprowadzonej odprawie celnej przedstawiciel kierownictwa klubu z-ca sekretarza generalnego mjr Korol, na sygnał przedstawiciela Punktu Kontroli Granicznej, wspólnie z nim dokonał rozmowy z zawodnikami: sierż. Grotyńskim i sierż. Żmijewskim, polecając zostawić obcą walutę, którą posiadają przy sobie. Rozmowa była przeprowadzona dyskretnie, a zawodnik Żmijewski natychmiast przekazał ponad 2 tysiące dolarów USA.” Sytuacja na pewno wpłynęła na obu wspomnianych zawodników, ale też rykoszetem musieli dostać pozostali koledzy z drużyny. Niepotrzebny problem zwiększył poziom stresu wśród wszystkich piłkarzy, bardzo możliwe zatem, że koncentracja na meczu uciekła gdzieś w inne, niepotrzebne rejony.

6

No prosze! Nie gra Halland!? Poważne osłabienie? Niekoniecznie, ponieważ Julian Alvarez godnie go zastępuje jak na razie. Fantastyczny mecz, fantastyczna Premier League! Vamos ,,The Citizens"!

7

@FCBparasiempre
Ferenc Puskas. Dla starszego pokolenia najlepsi piłkarze w historii to Pelé, Diego Maradona i Johan Cruyff, a młodsi bez zastanowienia wskazują na Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo. Warto jednak wiedzieć, że swego czasu po zielonej murawie biegał ktoś taki jak Ferenc Puskás – napastnik, którego na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiali się wszyscy obrońcy. „Galopujący Major”, jak nazywano go z powodu służby w węgierskiej armii, był zawodnikiem kompletnym, uznanym w 1953 roku przez czasopismo „World Soccer” za najlepszego na świecie. Ci, którzy śledzili wnikliwie jego grę twierdzą, że potrafił strzelać bramki z każdej odległości obiema nogami i głową, a także dysponował znakomitym przeglądem pola, pozwalającym mu notować wiele asyst. W latach 1945-56 zdobył dla reprezentacji Węgier 84 gole w 85 występach. Nigdy później Magiczni Madziarzy nie odnosili większych sukcesów, bo za takie trzeba uznać złoty medal olimpijski w 1952 roku oraz drugie miejsce na mundialu dwa lata później. ,,Jeszcze przed końcowym gwizdkiem strzeliłem wyrównującą bramkę ale sędzia liniowy wskazał pozycję spaloną” – wspominał Puskás finał mistrzostw świata z Niemcami, w którym Węgrzy prowadzili już 2:0, lecz ostatecznie polegli 2:3. – Nigdy mu tego nie wybaczę, chociaż na boisku się nie kłóciliśmy. Po prostu przegraliśmy i zwiesiliśmy głowy. W końcu arbiter ma zawsze rację. Po meczu pojawiło się mnóstwo plotek, że go sprzedaliśmy, ale to nonsens. Cały kraj był załamany tą porażką a piłkarze zostali poproszeni przez służby mundurowe o niepokazywanie się na ulicy dopóki sytuacja się nie uspokoi. Gdy wydawało się, że napędzani przez niesamowitego Puskása Magiczni Madziarzy na mundialu w 1958 roku znów powalczą o najwyższy laur, niecałe dwa lata przed szwedzką imprezą na Węgrzech wybuchła krwawa rewolucja, z powodu której Ferenc postanowił opuścić kraj i wyjechać do Hiszpanii. W odwecie rodzima federacja nałożyła niego osiemnastomiesięczną dyskwalifikację na wszystkich frontach. W razie powrotu do ojczyzny piłkarzowi groziła kara śmierci za dezercję, więc w kadrze narodowej nie wystąpił już nigdy więcej. Co ważne, „Galopujący Major” nie był w swojej decyzji odosobniony, ponieważ podobnie do niego postąpiło wielu kolegów po fachu czy trenerów. ,,Miałem wtedy już prawie trzydziestkę na karku, więc ta dyskwalifikacja brzmiała dla mnie jak wyrok. W pewnym momencie odezwali się jednak do mnie ludzie z Realu Madryt. Powiedziałem im, że jestem za gruby i chyba nie dam już rady grać zawodowo, ale następnego dnia pojawiłem się w Madrycie i odbyłem bardzo dziwną rozmowę z prezydentem klubu – Santiago Bernabéu. Nie mieliśmy tłumacza, więc ja mówiłem po węgiersku, a on po hiszpańsku. W pewnym momencie zacząłem gestykulować: „wszystko w porządku, ale spójrz na mnie – mam 18 kilogramów nadwagi”. Wtedy on odparł: „To już twój problem, a nie mój”.

Przed emigracją Ferenc spędził siedem lat w klubie Budapest Honvéd FC, dla którego w 164 występach zdobył 165 goli. Po owocnej karierze w ojczyźnie okraszonej sukcesami z reprezentacją można było przypuszczać, że gra dla Realu Madryt będzie dla Węgra jedynie krótkim przystankiem przed sportową emeryturą. Wszyscy, którzy tak uważali, okrutnie się jednak pomylili. W latach 1958-66 w barwach Los Blancos „Galopujący Major” rozegrał 180 spotkań i strzelił w tym czasie aż 156 bramek. Królewscy z nim w składzie sięgnęli po dziesięć trofeów: pięć mistrzostw Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Puchary Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Sam zainteresowany natomiast aż czterokrotnie wygrywał rywalizację o Trofeo Pichichi dla najlepszego strzelca La Liga. ,,W Madrycie nigdy nie czułem się obco i nie musiałem się wstydzić swojego pochodzenia. Jeśli gdzieś pojawialiśmy się z Los Blancos, to zawsze witały mnie małe grupki Węgrów. Uważali mnie za jednego ze swoich, ponieważ z powodu wydarzeń w 1956 roku ojczyznę opuściło około sto tysięcy moich rodaków. Cieszę się, że mogłem być częścią tej wielkiej drużyny. Atmosfera w zespole była wspaniała, a to jeden z kluczy do sukcesu. Obcokrajowcy odgrywali tu ważną rolę. Razem z Francuzem polskiego pochodzenia Raymondem Kopą i Argentyńczykiem Alfredo Di Stéfano ciągle ogrywaliśmy Hiszpanów w karty”. W finale Pucharu Europy w 1960 roku na Hampden Park w Glasgow Real Madryt rozbił Eintracht Frankfurt 7:3, a „Galopujący Major” ustrzelił w tym spotkaniu pokera (4 gole). Tymczasem węgierskie władze uważały go za zdrajcę ojczyzny. Zakazano transmisji spotkań Królewskich, a gazetom nakazano o ich węgierskim napastniku pisać tylko źle. Prawdziwi kibice na wszelkie możliwe sposoby szukali jednak relacji telewizyjnych z meczów Los Blancos oraz prawdziwych informacji o swoim idolu. ,,Po opuszczeniu Węgier przyrzekłem sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Zostałem naprawdę okropnie potraktowany po tym jak przez szmat czasu dawałem z siebie wszystko. Dwadzieścia pięć lat później zmieniłem zdanie i zdecydowałem się na powrót. Cieplejszego powitania na lotnisku nie mogłem sobie wymarzyć. To było niesamowite. Czułem się jak jakaś gwiazda muzyki pop”.- wspominał Węgier. Po zakończeniu kariery sportowej Ferenc Puskás został trenerem. Największe sukcesy odnosił z Panathinaikosem Ateny, z którym wywalczył dwa mistrzostwa Grecji oraz finał Pucharu Europy. Zmarł 17 listopada 2006 roku w wieku 79 lat.


7

Wybitne legendy futbolu:

1 kwietnia 1927 r. urodził się Ferenc Purczeld zwany… O kim mowa? Tego dowiecie się w odpowiedzi na komentarz.

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

11

A to ci historia:

1 kwietnia 1977 r. Rinus Michels odsunął od drużyny Rexacha i Marciala. Hiszpanie postanowili więc wynająć boisko za 600 peset i trenowali indywidualnie przez 90 minut. Powodem problemów obu piłkarzy były wydarzenia z wcześniejszego weekendu. FC Barcelona przegrała w Burgos tracąc praktycznie szanse na tytuł mistrzowski a Rexach, Marcial i Neeskens udali się do Madrytu, mając na to zgode trenera Michelsa. W jednej z dyskotek Marcial spoliczkował gościa lokalu, który wykonał piłkarzom zdjęcie bez ich zgody. Hiszpan twierdził iż ,,nie uderzył go zbyt mocno i sam też oberwał ale nie pamięta od kogo bo w starciu uczestniczyło mnóstwo ludzi”. Marcial lamentował również że uderzona osoba poszła ,,wypłakać się na komisariat a on nawet nie zdążył wypić zamówionego whiskey”. Pikanterii sprawie dodawał fakt iż zarówno Marcial, jak i Rexach negocjowali nowe umowy w klubie. Dla pierwszego z nich oznaczało to koniec gry w Blaugranie i przejście do Atletico Madryt. Marcial Manuel Pina Morales(tak brzmi jego pełne nazewnictwo) jest jedynym piłkarzem w historii Primera Division, który strzelał gole Realowi Madryt w czterech różnych klubach. Udało mu się nawet strzelić 2 gole w jednym meczu z rzutów wolnych zarówno lewą jak i prawą nogą.

Wystarczył jeden(i to za zgodą trenera) wyskok aby usunąć z drużyny naprawdę wartościowego pomocnika. Szkoda że tak to się potoczyło.



@MesQueUnClub96
@Monix10
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

9

@FCBparasiempre
Monarchia austro-węgierska pod koniec XIX w. stanowiła niezwykle ciekawy obszar dla adeptów sportu. Poszczególne dyscypliny sportowe wprawdzie dopiero raczkowały, ale ich popularyzacja następowała w błyskawicznym tempie. Przyczyniali się do tego przybysze z zagranicy, którzy pragnęli przeszczepić swoją ulubioną rozrywkę na nowy grunt. Nie można w tym aspekcie pominąć Anglików parających się grą w piłkę nożną. Zarazili oni swoim zamiłowaniem do futbolu pewną część społeczeństwa Austro-Węgier. Wskutek tego w największych miastach monarchii zaczęto tworzyć nowe kluby piłkarskie. Szybki rozwój tej dyscypliny sportu sprawił, że już 4 lata po powstaniu pierwszych klubów piłkarskich we Wiedniu, postanowiono zorganizować piłkarski Turniej Jubileuszowy im. Franciszka Józefa I z okazji 50-tej rocznicy wstąpienia władcy na austriacki tron. 1898 rok. Czasy tak zamierzchłe, że posłowie wiedeńskiego parlamentu pojedynkowali się na pałasze(Karl Hermann Wolf vs. Władysław Gniewosz). To wtedy planowano zorganizowanie wielkiego turnieju piłkarskiego, który miał uświetnić obchody 50-lecia panowania Franciszka Józefa I. Termin rozgrywek wyznaczono na 18 września. Tymczasem 10 września wieczorową porą cesarz otrzymał telegram, z którego wynikało, że jego 60-letnia żona zginęła w zamachu. Zamachowcem okazał się włoski anarchista Luigi Lucheni, który początkowo planował zamordować księcia orleańskiego. Usłyszawszy o pobycie cesarzowej Elżbiety (Sisi) w Genewie, postanowił jednak zrewidować swoje plany. Podczas przechadzki monarchini w kierunku przystani, Włoch wyskoczył zza krzaków i ugodził ją pilnikiem w serce. Sisi nie miała żadnych szans, aby przeżyć. Zmartwiony cesarz przestał się interesować jakimikolwiek uroczystościami jubileuszowymi. W dniu pogrzebu 17 września oczywiście zrezygnowano z wszelkich form rozrywki. Nawet pozamykano sklepy, nie tylko we Wiedniu, ale także w znacznie odleglejszych zakątkach monarchii, np. w Cieszynie. Cały kraj miał smucić się jak cesarz. Turniej Jubileuszowy im. Franciszka Józefa I przypadał na 18 września, zaledwie dzień po pogrzebie. Termin nie sprzyjał organizacji tego wydarzenia. Wprawdzie niegdysiejszy premier Austrii Erich Kielmansegg pisał, że niewiele łez wylano nad cesarzową, ale zdecydowanie przesadzał z opinią. W ówczesnych czasach śmierć tak ważnej persony społeczeństwo przeżywało zazwyczaj bardzo głęboko. Zaistniałe okoliczności nie pozwalały, aby wiedeńczycy poświęcili turniejowi piłkarskiemu wystarczająco dużą uwagę. Rozważania o turnieju warto rozpocząć od określenia zasad gry. Każdy klub mógł zgłosić do rozgrywek dowolną ilość drużyn, tzn. jeden klub mógł mieć drużynę A, B, C itd. Zgłosiło się do nich 7 klubów: Vienna Cricket and Football-Club, First Vienna Football Club, Wiener Athletiksport-Club, AC Victoria Wien, Spielvereinigung Wien, Badener Fußball-Club i Erster Wiener Arbeiter Fußball-Club (późniejszy Rapid Wiedeń).

Pierwsze 2 kluby zgłosiły do rozgrywek po 3 drużyny; kolejny wymieniony klub 2; a ostatnie 4 po 1 drużynie. Każda drużyna była złożona z 6 zawodników. Boisko zostało zawężone do 60 metrów długości oraz 45 metrów szerokości. Jedna połowa trwała 10 minut. W przypadku braku rozstrzygnięcia na przestrzeni 20 minut rozgrywano jedną 5-minutową dogrywkę. Gdyby i ona nie przechyliła szali na czyjąś korzyść, należało rozegrać kolejną 5-minutową dogrywkę. Pierwsze mecze turnieju trwały od 9:30 do 12:00. Rozgrywki zostały wznowione o 14:00. Teatr zdarzeń stanowiło boisko na Hohe Warte, umiejscowione w jednej z dzielnic Wiednia, mianowicie Döbling. „Neue Freie Presse” narzekała wprawdzie na odległe położenie dzielnicy względem licznych mieszkańców Wiednia, jednakże „Neues Wiener Tagblatt” zauważał, że: „Możliwość transportu do Hohe Warte jest bardzo dobra, jeżdżą tam zarówno tramwaje, jak i autobusy”. Organizatorem piłkarskiego Turnieju Jubileuszowego im. Franciszka Józefa I był First Vienna Football Club. Zespół ten funkcjonuje w Austrii do dziś jako najstarszy klub piłkarski. Obecnie rywalizuje na poziomie drugiej klasy rozgrywkowej. Drużynę piłkarską założyli angielscy ogrodnicy, sprowadzeni celem pielęgnowania ogrodów Rotschildów przez Nathaniela Meyera von Rotschilda. Rozegrała ona pierwszy oficjalny mecz międzyklubowy 15 listopada 1894 r. z Vienna Cricket and Football-Club. Mecz zakończył się zwycięstwem „Krykiecistów” 3:0. Vienna Cricket and Football-Club również posiadał głównie zawodników pochodzących z Anglii. Wygrał pierwszą edycję Challenge Cup (protoplasty Pucharu Mitropa), która odbyła się w 1897 r. Puchar ten stworzył jeden z zawodników „Krykiecistów”, John Gramlick. Należałoby nadmienić, że wówczas wystąpiły w Challenge Cup jedynie 4 wiedeńskie kluby. W turnieju jubileuszowym natomiast wzięło udział 7 klubów, w tym jeden spoza Wiednia, Badener Fußball-Club. Niektóre z nich wystawiły po kilka drużyn. Być może właśnie dlatego niekiedy określano rzeczone zmagania pierwszym wielkim turniejem, który odbył się w Austrii. Faworytami turnieju były pierwsze drużyny Vienna Cricket and Football-Club oraz First Vienna Football Club. Jeśli wierzyć relacji „Neues Wiener Tagblatt”, najsolidniej do turnieju przygotowywali się „Krykieciści”. Podkreślano, że starzy wyjadacze, tacy jak Arnold Lowe, Edward „Teddy” Shires, John Gramlick oraz Nash znajdowali się w znakomitej dyspozycji. Szczególnie miał się wyróżniać ten pierwszy. Odnotowano również awans do pierwszej drużyny L. Kutschera. Ponadto w prasie doceniono młodzież, napędzaną przez Eigla i bramkarza Singera. Już we wstępnej rundzie doszło przynajmniej do jednej niespodzianki. Drużyna A First Vienna Football Club przegrała z drużyną B tego samego klubu. Porażkę pierwszej drużyny tłumaczono brakiem 2 ważnych zawodników, Gindla i Magnusa Douglasa „Marka” Nicholsona. Szczególnie ten drugi stanowił bardzo ciekawą personę. Zanim trafił do stolicy Austrii, rywalizował z najlepszymi piłkarzami w Anglii. Jako zawodnik West Bromwich Albion świętował nawet zdobycie FA Cup w 1892 r. Do pracy w Wiedniu został przydzielony jako kierownik biura turystycznego z ramienia „Thomas Cook & Son”. Później został nawet pierwszym przewodniczącym odpowiednika Austriackiego Związku Piłki Nożnej. Wracając do drużyny B, awansowała ona do finału po pokonaniu… drużyny C.

Drużyna A Vienna Cricket and Football-Club potrzebowała przebrnąć jedną przeszkodę więcej, aby awansować do finału. W półfinale zmierzyła się z zespołem Spielvereinigung Wien. „Krykieciści” zdobyli pierwszą bramkę na samym początku spotkania. To stawiało ich w uprzywilejowanej sytuacji. Rywale zostali całkowicie zepchnięci do defensywy, ale do przerwy więcej goli nie stracili. Po przerwie Spielvereinigung próbowało bezskutecznie złamać opór „Krykiecistów”. Pod koniec meczu przewagę odzyskali jednak faworyci, którzy udokumentowali swoją przewagę, strzelając drugiego gola. Wynik na 2:0 ustalił Edward „Teddy” Shirer. Wspomniany napastnik Vienna Cricket and Football-Club zajmował się w Austro-Węgrzech sprzedawaniem maszyn do pisania oraz importowaniem towarów sportowych. Przeprowadzka do Wiednia przyszła mu tym łatwiej, że mieszkał tam jego ojciec. Sam zawodnik zdobywał kilkukrotnie mistrzostwo Wiednia w tenisie stołowym. Co ciekawe, angielski napastnik miał później reprezentować piłkarską reprezentację Austrii w pierwszym nieoficjalnym meczu ze Szwajcarią, który rozegrano 8 kwietnia 1901 r. (Austria wygrała 4:0). Wspomniany ojciec, John Shirer, sędziował natomiast pierwszy oficjalny mecz reprezentacji Austrii. Co ciekawe, rywalem Austriaków byli w tym meczu… Węgrzy. W tym miejscu trzeba wyjaśnić, że chociaż Austro-Węgry stanowiły jedność na arenie międzynarodowej, zawsze funkcjonowały odrębne reprezentacje Austrii i Węgier w niemal wszystkich zawodach sportowych. Nawet w tamtych czasach było to trudne do zrozumienia. Według anegdoty przytoczonej niegdyś na łamach jednej z książek Waldemara Łazugi przyszła cesarzowa Zyta, usłyszawszy że Austria i Węgry rozgrywają mecz piłki nożnej, pytała się, z kim grają Austro-Węgry. Nie myślała, że obie nacje mogą w ogóle występować przeciwko sobie. Drużyny, które przegrały swoje mecze w rundzie wstępnej, rywalizowały między sobą o nagrodę pocieszenia. Stawką „małego finału” były brązowe medale. W decydującym starciu naprzeciwko siebie stanęły drużyna A First Vienna Football Club i drużyna B Vienna Football and Cricket-Club. Mecz wygrała First Vienna 1:0 po bramce Schönpfluga. Jeśli chodzi o sam finał, sytuacja wyglądała zgoła odmiennie. Drużyna A Football and Cricket-Club stanęła w szranki z drużyną B First Vienna Football Club. „Allgemeine Sport-Zeitung” podała nawet składy obu drużyn. Cricketer: Singer – Lowe (Arnold bądź Harold), Rudolf Ernst Wagner – Harold Walter Gandon, Windett, Edward „Teddy” Shires; Vienna: Spitzer – Smith, Ochsenhofer, Franz, Eckstein, Putschi. Według relacji tejże gazety, już na początku spotkania mocno uwidaczniała się przewaga „Krykiecistów”. Dostrzegalna była spora dysproporcja pomiędzy dwoma ekipami. Brak pewnych umiejętności piłkarzy First Vienny zrzucono na karb młodości. Siłowo i kondycyjnie „Krykieciści” zdecydowanie górowali nad rywalem. Występowali oni tradycyjnie w czarno-niebieskich koszulkach. Pierwszego gola dla faworytów spotkania strzelił menedżer gazowni nazwiskiem Gandon. To kolejna nietuzinkowa postać godna odnotowania. W 1894 r. zwyciężał w tenisowych mistrzostwach Austrii w Pradze. Uniwersalność zawodników była w tamtych czasach doprawdy niezwykła. Kiedy widzowie skończyli oklaskiwać zdobywcę bramki, piłkarze First Vienny próbowali odpowiedzieć pięknym za nadobne. Jeden z braci Lowe temperował jednak zapędy przeciwnika z nie mniejszą gracją niż robiłby to jeden z braci Neville. W jednej niebezpiecznej akcji z graczem First Vienny poradzili sobie na spółkę Wagner oraz Singer. W pewnym momencie do kontrataku przystąpili „Krykieciści”. Shires po wymianie piłki z Windettem mocnym strzałem zmusił do kapitulacji Spitzera. Zespół First Vienny było stać tylko na strzelenie kontaktowego gola za sprawą Ecksteina. Przegrani otrzymali małe srebrne medale, natomiast zwycięzcy duże srebrne medale. Jak widać, nikt nie otrzymał złotych krążków.

Pogoda była ponoć bardzo dobra. A frekwencja? No właśnie, oto jest pytanie. „Allgemeine Sport-Zeitung” pisała o dobrej frekwencji, z kolei według „Neue Freie Presse” turniej obejrzało niewielu kibiców, wśród których byli głównie członkowie klubów. Najbardziej precyzyjny „(Neuigkeits) Welt Blatt” donosił o kilkuset widzach. Czy to mało, czy też dużo – sami możecie osądzić. Żadna prasa nie odnotowała wizyty cesarza, co zdaje się jasno sugerować, że Franciszka Józefa I na Hohe Warte po prostu nie było. Miał wtedy zresztą inne sprawy na głowie. Serce publiczności zdobyli zawodnicy Erster Wiener Arbeiter Fussball-Club, którzy grali bardzo przyzwoite zawody przeciwko drużynie B Wiener Athletiksport-Club. Doceniono ich upór i zaciętość, których nie spodziewano się po ujrzeniu małych krępych sylwetek. Mimo tego, iż nie byli faworytami, spisali się godnie. Najlepszą rekomendacją turnieju jest chyba relacja „(Neuigkeits) Welt Blatt”, w której wyraźnie podkreślono: „Istnieje nadzieja, że wysiłki istniejących w Wiedniu klubów piłkarskich spowodują spopularyzowanie piłki nożnej w Austrii”.

Wyniki meczów; Turniej główny

Pierwsza runda:

Vienna Cricket and Football-Club I – Vienna Cricket and Football-Club III 3:1 First Vienna Football Club III – Wiener Athletiksport-Club I 3:0 AC Victoria Wien – Badener Fußball-Club 0:1 Wiener Athletiksport-Club II – Erster Wiener Arbeiter Fußball-Club 3:0 Vienna Cricket&FC II – Spielvereinigung Wien 0:1 First Vienna Football Club II – First Vienna Football Club I 4:3

Druga runda:

Badener Fußball-Club – Vienna Cricket and Football-Club I 0:2 Wiener Athletiksport-Club II – Spielvereinigung Wien 1:3 First Vienna Football Club II – First Vienna Football Club III 1:0

Półfinał:

Vienna Cricket and Football-Club I – Spielvereinigung Wien 1:0

Finał:

Vienna Cricket and Football-Club I – First Vienna Football Club II 2:1

Nagroda pocieszenia

Pierwsza runda:

First Vienna Football Club I – Erster Wiener Arbeiter Fußball-Club 4:0 AC Victoria Wien – Wiener Athletiksport-Club I 3:2 Vienna Cricket and Football-Club II – Vienna Cricket and Football-Club III 4:1

Półfinał: AC Victoria Wien – First Vienna Football Club I 0:3 Finał: First Vienna Football Club I – Vienna Cricket and Football-Club II 1:0

8

3

A któryż z prawdziwych cules by się nie cieszył!? Więcej, któryż z rodziców nie cieszyłby się z powrotu syna z tułaczki po świecie? Przecież Barcunia to jego dom, to jego rodzina...

8

@FCBparasiempre
Piłka nożna to gra emocji i przypadków. Często niespodziewane rozstrzygnięcia wynikają z dyspozycji dnia, szczęścia, ale też z powodów regulaminowych, które kończą się walkowerem. Zakończenie meczu na podstawie tej zasady zdarza się nieczęsto, ale sam walkower jest szeroko znanym i popularnym rozwiązaniem. Czym właściwie jest walkower, kiedy jest stosowany i kto padł jego ofiarą? O tym jest ten tekst! Na samym początku wyjaśnijmy samo słowo. Wyraz „walkower” jest spolszczeniem angielskiego wyrażenia „walk-over”, „oznaczającego przespacerować”, „przejść się”. Określenie to wywodzi się z brytyjskich wyścigów konnych, gdzie zwycięzca gonitwy w przypadku braku konkurentów musiał przespacerować na koniu dystans wyścigu, aby zdobyć nagrodę. Takie sytuacje miały miejsce w czasach, kiedy nie nagradzano jeszcze drugiego ani trzeciego miejsca. I w przypadku wyścigów ze zdecydowanym faworytem, odpuszczano gonitwę, aby lepiej przygotować się do kolejnej. Walkower jest powszechnie stosowaną zasadą i obejmuje prawdopodobnie wszystkie dziedziny sportu. Piłka nożna nie jest tu wyjątkiem. Dosyć szybko zauważono potrzebę wprowadzenia walkowera w zasadach futbolu, ponieważ wraz z rozwojem dyscypliny i wzrostem jej popularności, często zdarzały się przypadku, gdy drużyny z różnych powodów nie stawiały się na boisku. W przypadku rozstrzygnięcia spotkania na podstawie zasady walkowera jedna z drużyn jest uznawana za zwycięzcę rywalizacji określoną liczbą bramek. Obecnie wynik walkowera oznacza 3:0 (taki wynik przyznaje UEFA i PZPN, natomiast w rozgrywkach organizowanych przez FIFA wynosi on 2:0). Nie zawsze tak było, wcześniej przyznawano wynik wyłącznie 2:0, jednak z czasem to się zmieniło. Oczywiście w przypadku, jeżeli jest to wynik lepszy dla zwycięzcy od wyniku z boiska. Przykład: drużyna A wygrała mecz z drużyną B 5:0, ale w drużynie B, zagrał nieuprawniony do tego zawodnik i tak, zespół zwycięski nie zostanie pokrzywdzony i liczba bramek nie zostanie zmniejszona. Wniosek tego jest prosty, drużyna ukarana nie może w żaden sposób skorzystać na walkowerze. A co o walkowerze mówi regulamin dyscyplinarny PZPN? Na temat walkowera poświecono kilka paragrafów:

Art. 28 Walkower

§1. Kara weryfikacji zawodów jako walkower oznacza weryfikację wyniku meczu na 0:3 na niekorzyść ukaranego klubu.

§2. Jeżeli różnica goli na koniec meczu jest równa bądź wyższa niż 3 na niekorzyść ukaranego klubu, wówczas utrzymywany jest w mocy rzeczywisty wynik meczu.

Oczywiście w związku z walkowerem może pojawić się wiele pytań i wątpliwości – co w przypadku, gdy w meczu rozstrzygniętym walkowerem zawodnik otrzyma czerwoną kartkę? Co, jeśli piłkarz odbywa karę i nie bierze z tego powodu udziału w meczu, który jest zakończony walkowerem? Wspomniany regulamin ma na to odpowiedź: Art. 63 Zasady szczególne, dotyczące kar za przewinienia związane z grą

§6. Zawody, które zostały przerwane i zweryfikowane jako walkower, uwzględnia się przy odbywaniu kary dyskwalifikacji za przewinienia związane z grą.

Wbrew pozorom, nie jest trudno zostać ukaranym przegraną przez walkower. Reguł jest kilka, zmieniały się one oczywiście przez lata i mogą one się różnić w zależności od przynależności do konfederacji piłkarskiej, niemniej ogólne zasady są raczej niezmienne. Za co więc można otrzymać walkowera? Niestawienie się na mecz w wyznaczonym czasie; Brak minimalnej liczby zawodników przed rozpoczęciem meczu; Brak możliwości ukończenia meczu minimalną liczbą piłkarzy; Dyskwalifikacja. Wróćmy do regulaminu dyscyplinarnego PZPN. Oto, co według dokumentu przyjętego przez Polski Związek Piłki Nożnej może skutkować walkowerem:

Art. 71 Samowolne opuszczenie boiska przez drużynę lub odmowa dalszego rozgrywania meczu

Art. 72 Groźba lub przemoc (pod warunkiem, że w przewinieniu uczestniczy co najmniej dwóch zawodników lub działaczy klubu)

Art. 79 Korupcja czynna i bierna

Art. 103 Gra nieuprawnionego zawodnika

Przykłady walkowerów w historii futbolu

Nie jest zaskoczeniem, że sporo meczów kończy się rozstrzygnięciem opartym o regułę walkowera. Niewiele z nich przebija się jednak do świadomości masowej. Oto kilka przykładów: W ramach meczu barażowego eliminacji do Mistrzostw Świata w 1974 r. los stawił przeciwko sobie drużyny ze Związku Radzieckiego oraz Chile. Ten dwumecz miał wielowymiarowy charakter. Poza oczywistym, piłkarskim, ważniejszy i ciekawszy był aspekt polityczny. Chile od dawna było uważane za ważnego partnera Związku Radzieckiego, ale zmieniło się to wraz z puczem, jaki dokonał się w kraju ze stolicą w Santiago. Dojście Pinocheta do władzy było w dużej mierze zasługą USA. Pierwszy mecz rozgrywany w Moskwie zakończył się wynikiem 0:0 i o awansie miał zadecydować mecz rewanżowy. ZSRR zabiegało o rozegranie go na neutralnym gruncie, ale Chile oraz FIFA pozostały nieugięte. Z przyczyn politycznych Związek Radziecki zdecydował o odmowie udziału w rewanżu. Co ciekawe, mecz został „rozegrany” – trwał 30 sekund, w których Chile strzeliło gola na pustą bramkę. Sędzia przerwał mecz, a FIFA zdecydowała o rozstrzygnięciu go walkowerem 2:0 – to Chile pojechało na mistrzostwa świata.

Dania – Szwecja – walkower z powodów dyscyplinarnych:

Szwedzi oraz Duńczycy rywalizowali ze sobą w eliminacjach do Euro 2008. O ile faworyt do wygrania grupy był oczywisty (Hiszpania), o tyle Dania i Szwecja miały ambicje do awansu z drugiego miejsca. 2 czerwca 2007 roku obie ekipy zmierzyły się w Kopenhadze i dały pokaz dobrego futbolu. Szwecja dosyć szybko wyszła na 3-bramkowe prowadzenie, ale Duńczycy nie zamierzali składać broni i na kwadrans przed końcem meczu doprowadzili do wyrównania. W 89 minucie Christian Poulsen uderzył w polu karnym piłkarza drużyny przeciwnej, co wyłapał sędzia, decydując o rzucie karnym. Abstrakcją w tej sytuacji było to, co stało się dalej. Na boisko wbiegł kibic, nieupilnowany przez stewardów. Rozwścieczony Duńczyk chciał wymierzyć sprawiedliwość sędziemu – na szczęście nie udało mu się to. Mimo to Herbert Fandel prowadzący mecz postanowił zakończyć rywalizację przed czasem – całość została rozstrzygnięta walkowerem na korzyść ekipy gości. A co się stało z kibicem? Został ukarany przez sąd grzywną na poziomie 295 tysięcy Euro.

Śląsk Wrocław – Sandecja Nowy Sącz – brak dokończenia zawodów:

O tej sprawie było ostatnio dosyć głośno. W 1/8 finału Pucharu Polski Śląsk Wrocław mierzył się z Sandecją Nowy Sącz. Mecz był bardzo wyrównany i o rozstrzygnięciu musiały decydować rzuty karne. Podczas ich wykonywania, kibice Śląska zostali oskarżeni o okazywanie gestów rasistowskich wobec piłkarza rywali. W tej sytuacji drużyna Sandecji postanowiła zejść z boiska, odmawiając kontynuowania konkursu jedenastek. W efekcie komisja dyscyplinarna PZPN zdecydowała o przyznania walkowera na korzyść Śląska Wrocław.

Polska – Rosja – walkower z wojną w tle:

Agresja zbrojna Rosji na Ukrainę była dosyć dużym szokiem dla nas wszystkich. Następstwem tego były kolejne sankcje na kraj pod rządami Putina. Jednym z nich było wykluczenie reprezentacji Rosji z rozgrywek FIFA. Co ważne, Polska miała rywalizować z Rosjanami o prawo do gry na Mistrzostwach Świata w Katarze. W tym przypadku, w związku z wykluczeniem Sbornej, Polacy otrzymali automatyczny awans do finału baraży.

Legia Warszawa – Celtic – walkower przez występ piłkarza nieuprawnionego do gry:

W 2014 roku Legioniści rywalizowali w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów ze słynnym Celticiem Glasgow. W pierwszym meczu warszawiacy sensacyjnie zwyciężyli Szkotów na wyjeździe aż 4:1 i wydawało się, że nic nie jest w stanie odebrać im awansu do kolejnej fazy. Niestety, przy Łazienkowskiej 3 doszło do fatalnego w skutkach błędu – na boisku pojawił się Bartosz Bereszyński, który nie mógł wystąpić w tamtym meczu z powodu nadmiaru kartek. Ta kwestia umknęła działaczom warszawskiego klubu, ale nie umknęła dygnitarzom UEFA, którzy przyznali walkower 3:0 na korzyść Celticu. Mimo licznych protestów i głośnej akcji „Let Football Win” decyzja nie została odwołana, a Legia w kuriozalny sposób pożegnała się z marzeniami o Champions League.

Polska – Czechosłowacja – walkower z powodu braku udziału w meczu:

Polacy również w przypadku walkowera zaznaczyli dobitnie swoją obecność. Jako naród jesteśmy bohaterami pierwszego walkowera w historii Mistrzostw Świata. Sytuacja ta miała miejsce w eliminacjach do drugiego Mundialu w 1932 roku. Reprezentacja Polski podejmowała wówczas zespół Czechosłowacji. Nad Wisłą Polacy ulegli swoim południowym sąsiadom 2:1. Natomiast na rewanżu w Pradze Polacy nawet się nie stawili. Przyczyną tego była napięta sytuacja polityczna między oboma państwami.

Sheffield United — West Bromwich Albion — Walkower z powodu niewystarczającej liczby piłkarzy na boisku:

Mecz ten zapisał się w historii pod nazwą „Bitwa o Bramall Lane”, a nietypowe rozstrzygnięcie było wynikiem nie tylko czerwonych kartek, ale też kontuzji. Pierwszy z boiska został usunięty bramkarz Simon Tracey, po tym, jak zagrał ręką poza polem karnym. W związku z wykluczeniem golkipera, konieczna było wykorzystanie pierwszej z trzech zmian. Kolejne dwie były reakcją na słabą grę Sheffield. Bramka na 0:2 skłoniła trenera do podwójnej zmiany. Gergoes Santos i Patryk Suffo nie zagrzali jednak długo miejsca na boisku. Santos otrzymał czerwoną kartkę po brutalnym faulu na rywalu. Na boisku rozpoczęła się bójka, wskutek której Suffo otrzymał czerwoną kartkę za uderzenie głową piłkarza drużyny przeciwnej. W 79 minucie Michael Brown doznał kontuzji pachwiny i nie był zdolny do kontynuowania meczu, a 3 minuty później kontuzja dopadła Roberta Ullathorne’a. W związku z brakiem możliwości kolejnych zmian, mecz musiał zostać przerwany. Zgodnie z przepisami na boisku nie może przebywać mniej niż 7 piłkarzy jednej drużyny. Co ciekawe, sędzia otwarcie przyznawał w wywiadach, że mecz mógł zakończyć się wcześniej wskutek większej ilości czerwonych kartek, niemniej był zachowawczy w karaniu piłkarzy, mając nadzieję na dogranie meczu do końca.

Walkowery z powodu COVID:

W związku z pandemią koronawirusa w rozgrywkach piłkarskich na całym świecie zapanował chaos. Wymogi sanitarne narzucały na kluby obowiązki badania piłkarzy na obecność wirusa, co nierzadko skutkowało brakiem możliwości występu znaczącej częsci składu. Pomimo że mecze były rozgrywane bez udziału publiczności, zdarzały się sytuacje, w których drużyny odmawiały / nie mogły przystąpić do rywalizacji. Przykładem może być, chociażby starcie Juventusu z Napoli, czy awans Linfield do kolejnej fazy eliminacji Ligi mistrzów, po tym jak w drużynie FC Drita wykryto COVID.

Walkowery w niższych ligach:

Oczywiście im niższa liga, tym więcej folkloru wkrada się do rywalizacji. Wraz z nim pojawiają się też nietypowe przykłady walkowerów. W 2 kolejce IV ligi w sezonie 2019-20 MSK Mazur Ełk zremisował 1:1 z MKS Korosze, niemniej jednak podczas strzelenia bramki dającej remis, na boisku znajdowało się 12 piłkarzu drużyny z Ełku. Podczas dokonywania zmiany sędzia nie dopilnował opuszczenia boiska przez piłkarza, za którego wszedł nowy zawodnik. W efekcie na placu gry przez kilkanaście sekund przebywało więcej piłkarzy niż zakłada regulamin. Mecz został rozstrzygnięty walkowerem – jednak po pół roku decyzja ta została uchylona i przywrócono wynik z boiska. W 19 kolejce III ligi Świt Szczecin mierzył się z Olimpią Grudziądz – mecz się nie odbył, ponieważ boisko było zasypane śniegiem. W związku z tym, że gospodarz nie dopilnował przygotowania placu gry, związek zdecydował o walkowerze. Jak każdy przepis, tak też walkower nie jest rozwiązaniem idealnym. Wiele z meczów rozstrzygniętych na bazie tej reguły budziło wątpliwości. Z drugiej strony, konieczne jest dbanie o to, aby rozgrywki odbywały się w zasadzie poszanowania rywala i w ustalonych terminach.

9

Było tak blisko:

31 marca 1946 r. FC Barcelona w dramatycznych okolicznościach straciła mistrzostwo Hiszpanii. W ostatnim meczu Duma Katalonii podejmowała FC Seville na Les Corts i potrzebowała zwycięstwa aby wyprzedzić swoich rywali w tabeli. Goście niespodziewanie objeli prowadzenie ale w 63 minucie do remisu doprowadził Jose Bravo Dominguez dając Blaugranie nadzieje. Katalończycy zamknęli rywala w polu karnym lecz nie zdołali zdobyć zwycięskiego gola. Mistrzostwo Hiszpanii powędrowało więc do Sevilli, jako jedyne w jej dotychczasowej historii.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

8

@FCBparasiempre
Kiedy młody piłkarz, mający powiedzmy 17-18 lat, przebija się do składu, natychmiast pojawia się pytanie, czy nie dostąpił tego zaszczytu za wcześnie. Kiedy strzela pierwszą bramkę pojawiają się pierwsze zachwyty i kolejne pytania, czy rozwinie się na tyle dobrze, by stanowić o sile swojego zespołu lub zagrać w reprezentacji. A co jeśli w wieku 17 lat strzela pięć bramek w siedmiu meczach na najwyższym szczeblu ligowym? Tak, był taki piłkarz i to w polskiej ekstraklasie. Przed wami opowieść o niespełnionej karierze Krzysztofa Boćka. Ta historia rozpoczęła się w 1990 roku w Mielcu, gdzie swoją siedzibę ma licząca się niegdyś w polskim futbolu Stal. Pierwszy przebłysk talentu Krzysztofa Boćka nastąpił, kiedy miał on 16 lat i 234 dni. To wtedy zadebiutował w ekstraklasie. Rywalem mielczan był wówczas Motor Lublin, który nie dał szans dwukrotnym mistrzom Polski i zwyciężył 3:1. Nasz bohater nie uchodził wówczas za postrach bramkarzy, wyglądał raczej jak strach na wróble, ważył niewiele ponad 60 kilogramów i liczył około 170 centymetrów wzrostu. Nie był więc nad wyraz rozwiniętym chłopcem, lecz widocznie ktoś uznał, że coś w sobie miał. Premierowy sezon zakończył z dorobkiem czterech spotkań, z czego w jednym pojawił się nawet od pierwszej minuty. Potem słuch o nim zaginął. Kolejni trenerzy go pomijali i wydawało się, że będzie to jeszcze jeden meteoroid, który pojawił się na futbolowym horyzoncie i za chwilę zniknie gdzieś w otchłani piłkarskiej nicości. Jednak w końcu Bociek doczekał się na swoją szansę, w meczu z Motorem wszedł na końcówkę spotkania i przesądził o zwycięstwie Stali 2:1. Docenił go Janusz Białek, który tymczasowo prowadził mielecką ekipę. ,,Krzysztof wszedł do drużyny, kiedy zastępowałem na stanowisku szkoleniowca Stali Mielec Grzegorza Lato. Od razu było widać, że jest to nietuzinkowy piłkarz. Porównałbym go do Arkadiusza Milika. Był on w podobnym wieku i podobnie jak Milik pokazywał, że drzemią w nim ogromne umiejętności.” – mówi Janusz Białek, pod którego opieką Krzysztof Bociek strzelił swoją pierwszą bramkę na poziomie ekstraklasy. Potem już poszło z górki, kolejny mecz i kolejny gol 17-latka, tym razem dający remis z Hutnikiem Kraków. Prawdziwa eksplozja nastąpiła dopiero pod koniec sezonu, kiedy nasz bohater ustrzelił hat-tricka w starciu z Zawiszą Bydgoszcz. Podsumowując, siedem meczów i pięć goli, a przecież ten piłkarz przebywał na boisku łącznie około 250 minut. Czyżby Krzysztof Bociek miał być nowym Włodzimierzem Lubańskim? A może bliżej mu było do innej legendy polskiego futbolu − Andrzeja Szarmacha? ,,Bociek świetnie grał głową. dysponował dobrymi warunkami fizycznymi i znakomicie z nich korzystał. oprócz tego miał też coś, co powinien mieć każdy napastnik, czyli przysłowiowego piłkarskiego nosa. pamiętam, że po pobycie w stali mielec wyjechał do holandii i pewnie byłby to tylko krótki przystanek w jego karierze, gdyby nie przytrafiła mu się kontuzja.”– twierdzi Janusz Białek. Dalsza historia napastnika urodzonego w Mielcu układała się jak w bajce. W kolejnym sezonie stał się najlepszym strzelcem Stali, grał w młodzieżowej reprezentacji Polski, zainteresowały się nim też zagraniczne kluby. Jego kariera mocno wyhamowała, kiedy na fotelu szkoleniowca Stali Mielec zasiadł Franciszek Smuda. Kiedy ten przestał na niego stawiać, młody zawodnik skorzystał z oferty PAOK Saloniki i w wieku 20 lat wyjechał do Grecji. Tam był już zupełnie innym piłkarzem niż cztery lata wcześniej i w pełni korzystał z doskonałych warunków fizycznych, jakie osiągnął z wiekiem. W Salonikach spędził tylko rok, zaliczając w lidze greckiej osiem trafień, po czym na krótko wrócił do Stali. Na krótko, bo chciano go w Holandii. Teraz powinno być o golach strzelonych dla Ajaksu, PSV, Feyenoordu czy innych czołowych klubów, ale w tym miejscu historia nagle się urywa. Wielka nadzieja polskiej piłki pałętała się w Holandii po różnych dziwnych klubach. Zahaczyła o Volendam, przewinęła się przez Alkmaar, przetarła szlak Andrzejowi Niedzielanowi w Nijmegen i zakotwiczyła w Den Bosch. Wszędzie skubnęła jakieś dwie, trzy bramki, ale nie więcej. Powodem były kontuzje, choć sam zawodnik narzekał też na problemy z trenerem, jednak który szkoleniowiec będzie stawiał na zawodnika, który łapie urazy z tak dużą częstotliwością.

,,W Nec byłem dwa lata, z czego ostatnie półtora roku spędziłem na leczeniu kontuzji więzadeł krzyżowych kolana. Wierzyłem, że w Den Bosch odzyskam dawną dyspozycję i będę grał i za kadencji trenera martina Koopmana tak było. Goli nie strzelałem, ale ten szkoleniowiec rozliczał mnie przede wszystkim z sytuacji, jakie wypracowałem partnerom. Koopman nie miał jednak wyników i został zwolniony… u nowego szkoleniowca grałem sporadycznie, głównie końcowe minuty. W sumie zaliczyłem tylko czternaście meczów…”– mówił bociek w wywiadzie dla tygodnika piłka nożna. Dlaczego zawodnik, który w wieku 17 lat straszył bramkarzy, w wieku 24 sprawiał wrażenie emeryta? Może za szybko nastąpiło zderzenie z wielką piłką, może w młodym wieku trenował na nierównych boiskach, co zwiększyło podatność na kontuzje, a może po prostu jego organizm miał takie, a nie inne predyspozycje. Urazy zatrzymały jego karierę w Holandii z dnia na dzień i choć sam piłkarz wierzył, że jeszcze się podniesie i pokaże, na co go stać, to życie napisało jednak inny scenariusz. Po rozwiązaniu kontraktu z Den Bosch Bociek miał ofertę ze Stanów Zjednoczonych, jednak uznał, że na taki wyjazd jeszcze za wcześnie. Chciał grać w Europie i pracować na swoje nazwisko, by kiedyś zagrać w reprezentacji kraju. Na pewno miał odpowiedni potencjał, by założyć koszulkę z orłem na piersi. W wywiadzie dla PN Bociek sugerował, że jest zdrowy i jest gotów do gry na wysokim poziomie: ,,Gdybym nie uważał, że coś jeszcze w futbolu osiągnę, to wyjechałbym grać do Stanów Zjednoczonych. Uznałem, że na to jeszcze przyjdzie pora. W Holandii jestem cztery i pół roku. Ostatnio jednak moja kariera uległa zahamowaniu. Wszystko popsuło się po transferze do Nec, gdzie przytrafiła mi się ta kontuzja. Teraz, paradoksalnie, jestem zdrowy, a zostałem bez klubu.” Nie wrócił. Den Bosch było ostatnim klubem w jego karierze.


8

Ja nigdy nie zapomnę o tak wyjątkowej legendzie futbolu:

30 marca 1915 r. urodził się paragwajski napastnik Arsenio Erico. Karierę rozpoczął w miejscowym Nacionalu Asunción a w pierwszym składzie klubu zadebiutował mając zaledwie 15 lat. Na początku lat 30-tych Erico wchodził w skład drużyny piłkarskiej paragwajskiego Czerwonego Krzyża, która rozgrywała mecze na terenie Argentyny by zebrać fundusze na wojnę o Chaco. Z powodu świetnej gry podczas meczów towarzyskich w wymienionym tournée, podpisał z nim zawodowy kontrakt Club Atlético Independiente. Erico zadebiutował w lidze argentyńskiej 6 maja 1934 roku w wyjazdowym meczu Independiente przeciwko Boca Juniors (remis 2:2) i swoją grą a szczególnie świetnymi główkami szybko dorobił się przydomku "skaczący diabeł". Tak wspaniały napastnik jak Arsenio Erico nigdy nie zagrał w reprezentacji swojego kraju chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju zaś zdaniem takiego autorytetu jak Di Stefano, w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 325 ligowych spotkaniach zdobył dla Independiente 293 gole, liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! W 1947 roku na krótko zasilił jeszcze szeregi Huracanu. Był z całą pewnością graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby co najwyżej iść Węgier Kocsis i Argentyńczyk Passarella. Przy wzroście 175 cm fruwał w powietrzu na wysokości poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzowi piłkę, którą zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością ,,nożycami’’(chilena, bicileta), z woleja, z powietrza czy z ziemi. Jego ,,palomity”(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek a przy tym wszystkim uroczy kompan, skromny i koleżeński, powszechnie lubiany.

W 1939 roku do Buenos Aires zawitał znakomity pisarz francuski Paul Morand, autor głośnego bestselleru ,,Palę Moskwę’’. Wybrał się na mecz Independiente i ujrzawszy w akcji powietrzne ewolucje Erico, zerwał się z miejsca i zakrzyknął w ekstazie: ,,Toż to Niżyński!’’ A Niżyński, gwiazdor słynnych baletów Diagilewa, do dziś uchodzi za największego tancerza wszechczasów. I pomyśleć tylko że taki fenomen nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani’’! A to był za młody a to wynarodowił się tak długo mieszkając w Argentynie a to trener powątpiewał w jego ambicję… Kompletny absurd! W latach 1947-49 Arsenio występował w rodzimym Club Nacional Asunción i tam też zakończył swoją wspaniałą karierę. Arsenio Erico pod względem jakości napastnika można śmiało stawiać na równi z samym Pele a znajdą się i tacy fachowcy(np. Di Stefano) jak i kibice, dla których Erico będzie najlepszym w historii futbolu!



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

10

Niezwykły przypadek Julio Cezara Romero:

30 marca 1989 r. FC Barcelona zakontraktowała Julio Cesara Romero. Paragwajczyk popularnie zwany Romerito, był najbardziej nieudanym zakupem w erze Cruijffa i jednym z najgorszych w historii Dumy Katalonii. Johan postawił na niego dzięki świetnym występom we Fluminense, gdzie Romerito został wybrany najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej. Brazylijski klub miał ogromne długi wobec piłkarza, więc Blaugrana spłaciła te zobowiązania i pozyskała w ten sposób nowego napastnika. Dwa lata po przylocie do stolicy Kataloni Cruijff wystawił Paragwajczyka w miejsce Linekera w El Clasico. Pojedynek odbył się w dniu reelekcji Nuñeza na prezydenta i zakończył się bezbramkowym remisem a najlepszych okazji nie wykorzystał właśnie Romerito. Z każdym tygodniem Paragwajczyk grał mniej kończąc występy w Barcelonie po 7 spotkaniach i jednym golu w meczu o pietruszkę z Malagą. W 2011 r. został wraz z reprezentacją Paragwaju pierwszym mistrzem Świata w footvalley-jednej z odmian siatko-nogi. Jak widać nikt nie jest nieomylny a Romerito bardziej sprzyjała inna dyscyplina sportu.


@DaPidejpi
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@patataj
@Lionel_Messi10

7

Trofea Blaugrany:

30 marca 1988 r. FC Barcelona po raz 21 w historii zdobyła Copa del Rey. Na Estadio Santiago Bernabeu pokonała w finałowym starciu Real Sociedad San Sebastian 1:0. Zwycięskiego gola zdobył kapitan Blaugrany Jose Ramon Alexanco w 61 minucie. Dume Katalonii prowadził wówczas legendarny Luis Aragoñes.

Wspomnijmy:




@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

0

@FcPortoFan1999 Dokładnie. Idealnie to ująłeś...

10

Żywe legendy futbolu:

29 marca 1972 r. urodził się portugalski pomocnik Rui Costa. FIFA w swoim materiale nazwała go „portugalskim księciem”. Mistrz Portugalii i Włoch. Zdobywca Ligi Mistrzów, Superpucharu UEFA i Pucharu Interkontynentalnego. Zawodnik, który w swoim najlepszym czasie osiągnął absolutne piłkarskie szczyty. Grał w znacznie potężniejszej niż dziś Serie A, przywdziewał koszulkę Milanu, który z dzisiejszym zespołem rossoneri łączy tylko logo na koszulkach. ,,Moim idolem był Michel Platini. Chodziło o jego sposób gry, o inteligencję, dzięki której zawsze odnajdywał się we właściwej strefie boiska. To pozwalało mu dyktować tempo gry. Nie zapominajmy też o dryblingach i jego umiejętności podejmowania najlepszych decyzji z chłodną głową” – wspominał już po zakończeniu kariery. Jak mało kto zbliżył się jednak do swojego idola na centymetry. Gdyby dziś charakteryzować Costę, pewnie użylibyśmy podobnych słów, co on, gdy mówił o Platinim. Jedyne, czego mu zabrakło, by móc być stawianym na równi z Francuzem, był złoty medal wielkiego turnieju. ,,Gdybym mógł cofnąć czas, poprosiłbym o to, by wygrać mistrzostwo Europy 2004” – mówił w rozmowie z portalem FIFA.com. Mieli przecież wszelkie dane ku temu, by w niego całym sercem wierzyć. „Tworzymy znakomitą mieszankę dwóch zwycięskich reprezentacji młodzieżowych, selekcję najlepszych z najlepszych. Mam nadzieję, że portugalska piłka skorzysta w pełni z naszego pokolenia.” Skorzystała, budując swoją mocną pozycję na lata na arenie międzynarodowej. Przeżywając historie jak ta z Ricardo broniącym gołymi rękami karnego Anglików. Ale nie wycisnęła do ostatniej kropelki, nie sięgając ani po złoto na Euro, ani po medal na mistrzostwach świata. Mimo to Rui Costa na zawsze pozostanie w Portugalii jedną z wielkich legend. Twarzą swojej reprezentacji przełomu wieków. Synonimem boiskowego artysty, który dziś wciąż jest bardzo blisko wielkiej piłki, zasiadając na stanowisku dyrektora sportowego a obecnie prezydenta swojej ukochanej Benfiki.


@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira

8

@FCBparasiempre
29 marca 1943 r. urodził się Jan Banaś, prawoskrzydłowy. "Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Berlinie. Ojciec nazywał się Paul Helwig, był niemieckim żołnierzem, moją matkę poznał we Lwowie, gdzie pracowała przez półtora roku jako tłumaczka. Po moim urodzeniu przez kilka miesięcy mieszkaliśmy z mamą Berlinie, a potem przyjechaliśmy do jej rodzinnych Katowic" - mówił. Nazywał się wtedy Heinz-Dieter Banas. Potem został polskim Janem. Karierę zaczął w AKS-ie Mikołów, następnie był WKKF Katowice i Zryw Chorzów, powoływania do reprezentacji Polski juniorów, gdzie grał m.in. z Zygfrydem Sołtysikiem i Antonim Piechniczkiem. W 1962 roku trafił do Polonii Bytom. Tam osiągał pierwsze sukcesy. Z nią wygrał m.in Puchar Intertoto. I właśnie z tymi rozgrywkami jest związana sytuacja, która wpłynęła na piłkarskie życie Banasia. W 1966 roku przed meczem w Norrkoeping z miejscowym IFK, zdecydował się zostać za granicą. "Jeśli chodzi o wyjazd z 1966 roku, za sprawą stał mój ojciec, którego w Szwecji zobaczyłem pierwszy raz od 23 lat" - mówił Banaś. To on namówił syna, żeby nie wracał do Polski. Razem z nim nie wrócili także Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. "Pracował jako księgowy w klubie z niemieckiej ligi regionalnej w mieście Hof. Gdy podsunął mi jednak papier, żebym się zgodził, że z każdego mojego ewentualnego transferu 10 procent będzie szło na jego konto, nasze drogi się rozeszły" - dodał Banaś. Po trzech miesiącach młody piłkarz pojechał do Kolonii, gdzie trenował w 1.FC Koeln. Nie mógł jednak grać, ponieważ polskie władze sportowe zdyskwalifikowały go na dwa lata, wrócił więc do kraju. Po tej przygodzie zmienił oficjalnie pisownię nazwiska na takie, jakie znamy dzisiaj. Mógł występować ale za swoją postawę zapłacił. Przez cztery lata nie był powoływany do reprezentacji a potem, mimo że grał zarówno w eliminacjach igrzysk olimpijskich 1972, jak i w eliminacjach mistrzostw świata 1974 na turnieje finałowe nie pojechał. Oba były w Niemczech. W pierwszym przypadku miało chodzić o to, że podczas pobytu w Niemczech Banaś pobierał pieniądze od jednego z klubów, czemu sam zainteresowany zaprzecza, tłumacząc, że to było tylko drobne kieszonkowe. Zachodnioniemieckie media miałyby opisać całą aferę. "Otrzymaliśmy poufną informację, że mogą wystąpić oficjalnie do MKOl-u, podważając amatorski charakter naszej reprezentacji, gdyby Jasio zagrał w turnieju" - cytował trener Kazimierz Górski słowa Wiesława Ociepki, szefa PZPN-u a zarazem członka KC PZPR-u i ministra spraw wewnętrznych, w swojej książce "Pół wieku z piłką". Z kolei w przypadku MŚ Banaś miał na nie niepojechać, ponieważ latem 1973 roku, podczas tournee po USA, Górski dowiedział się, że zawodnik zamierza wzmocnić jedną z tamtejszych drużyn. Selekcjoner wiedząc, że nie może na niego liczyć, nie powołał Banasia na mecze eliminacyjne MŚ z Walią w Chorzowie i Anglią w Londynie. "To nieprawda. Z nikim wówczas nie rozmawiałem o grze w USA" - tłumaczył jednak sam zawodnik. Właśnie podczas tego wyjazdu ostatni raz wystąpił w reprezentacji Polski, w której grał od 1964 roku. W tym czasie Banaś był już podstawowym piłkarzem Górnika Zabrze. Przeszedł do niego w 1969 roku. Transfer "największy wtedy w Polsce" z silnej Polonii Bytom do jeszcze mocniejszego zespołu zaowocował wywalczeniem dwóch mistrzostw Polski i trzech Pucharów Polski. Grał też w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, kiedy Górnik przegrał z Manchesterem City 1-2. Porównywano go czasami do George'a Besta, Irlandczyka z Ulsteru, w tym czasie gwiazdy Manchesteru United i jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. "Też miałem, ciemne, długie, kręcone włosy, śledziłem, jakie nosi ciuchy. Jak on grałem na prawym skrzydle, też lubiłem dryblować. Pod tym względem jeszcze większym mistrzem był mój inny idol, Brazylijczyk Garrincha" - mówił Banaś. I podobnie jak Best miał powodzenie u kobiet. "Pewnie imponowało im, że mogą pokazać się z piłkarzem, reprezentantem Polski? Miałem łatwiej, one zdawały sobie sprawę, z kim się zadają, byłem znany, wiadomo, prasa, telewizja. Znały nazwisko Banaś, wiedziały, że gram w Górniku" - mówił. "Z piętnaście razy mogłem już przed ołtarzem stać, większość chciała mnie usidlić. Ciągle kalkulowałem, co nimi kieruje: czy są ze mną dla mnie czy dla pieniędzy?" - dodał. W Zabrzu występował do 1975 roku, a potem w końcu wyjechał za granicę. Najpierw to były polonijne kluby w Stanach Zjednoczonych, następnie Meksyk (Atletico Espanol) i Francja, gdzie m.in. ze względu na stan wojenny spędził 13 lat, grając w tamtejszych drużynach. Do Polski wrócił w 1993 roku. Tutaj imał się różnych zajęć - od pracy z młodzieżą w Gwarku Zabrze po gastronomię. Mieszka w Zabrzu, nieopodal stadionu Górnika.


9

Legendy polskiego futbolu:
Dokładnie 80 lat kończy dziś... Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

0

@ZwyklyKibicBarcy04 Co się przypomina? aaa już chyba wiem? jakieś zdjęcia pornograficzne, tak?

13

Feliz cumpleaños panie Marc!

Dzisiaj swoje 50 urodziny obchodzi Marc Overmars, jeden z najlepszych prawonożnych lewoskrzydłowych w historii piłki nożnej. Podczas swojej bogatej kariery, Overmars błyszczał na boisku, jak nikt inny. Nieważne czy było to Go Ahead Eagles, Willem II, Ajax, Arsenal czy wielka FC Barcelona. Właśnie w tych klubach cieszył świat swoimi dryblingami. Dobry technicznie, szybki, wydawałoby się, że płuca miał ze stali. Jako prawonożny zawodnik, wystawiany był najczęściej na lewym skrzydle, co przynosiło spory efekt. Łamanie akcji do środka i oddawanie strzałów ze swojej teoretycznie lepszej nogi sprawiło, że Overmars strzelił w swojej karierze kilka ważnych bramek w ten oto sposób. W drużynie Dumy Katalonii Overmars grał przez cztery sezony. W 2001/02 był podstawowym zawodnikiem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. W tej historii są również polskie akcenty. W jednym z meczów Champions League, pokonał Jerzego Dudka na Anfield Road, a w ćwierćfinale rozgrywek odprawił Panathinaikos Ateny. W drużynie Koniczynek występowali wówczas: Krzysztof Warzycha oraz Emmanuel Olisadebe. Podczas pobytu w Hiszpanii, nie zdobył żadnego trofeum. Na domiar złego, przez liczne urazy kolan i kostek, został zmuszony do zakończenia swojej przygody z profesjonalnym futbolem w wieku 31 lat.


@Symson
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

1

No! kochani kibice, wczoraj miałem okazje oglądać mecz Szkocja-Hiszpania na antenie Polsat Sport. Cóż to było za meczycho!? ,,Prosze państwa raz na tydzień święto bywa, panna...." Raz na tydzień!? Takiego partidazo nie oglądałem od finałowego starcia Argentyny z Francją na katarskim mundialu. Ba! Szkocja nie wygrywała z Hiszpanią bodaj od 1984 r.! No ale za to wczoraj Szkoci pokazali charakter i zagrali jak... przystało na Hiszpanów. Z kolei Hiszpania zagrała trochę w stylu Szkockim, dużo wrzutek w pole karne, jednak nic nie wpadło. Przepiękne widowisko w kategorii niespodzianki. Brawa dla walecznych Szkotów. A Hiszpanie? Potrzebują troche czasu z nowym trenerem i znów zaczną ładnie grać i wygrywać.

7

@FCBparasiempre
Idea wyłonienia najlepszej drużyny klubowej na świecie pojawiła się w środowisku piłkarskim już pod koniec lat 50-tych. Przez lata temu celowi służył Puchar Interkontynentalny, w którym mierzył się zwycięzca Pucharu/Ligi Mistrzów z Europy i triumfator południowoamerykańskiego Copa Libertadores. Pod koniec XX wieku powołano do życia całkiem nowy turniej – Klubowe Mistrzostwa Świata. W 1997 roku postanowiono, że pierwsze takie rozgrywki odbędą się w styczniu 2000 roku w Brazylii. Miastami – gospodarzami zostały Sao Paolo i Rio de Janeiro. Organizatorzy chcieli, żeby w czempionacie wzięły udział najlepsze drużyny nie tylko ze Starego Kontynentu i Ameryki Łacińskiej, ale także z pozostałych części świata. Szybko jednak kontrowersje wzbudził wybór drużyn z poszczególnych kontynentów. Europę reprezentowały Real Madryt i Manchester United – zwycięzcy Ligi Mistrzów oraz Pucharu Interkontynentalnego z lat 1998 i 1999 – tutaj wybór był dość jasny. Podobnie wyglądał dobór klubów z Afryki, Ameryki Północnej i strefy Oceanii – tutaj w szranki stanęli zwycięzcy turniejów będących odpowiednikami Ligi Mistrzów za rok 1999. Zupełnie niejasny okazał się za to dobór klubów z Ameryki Południowej i Azji. Gospodarzem turnieju został Corinthians – „zaledwie” mistrz Brazylii z 1998 roku. Za najlepszą drużynę kontynentu południowoamerykańskiego uznano Vasco da Gama, triumfatora Copa Libertadores, ale z roku 1998. Zwycięzca z 1999 r. – Palmeiras – został pominięty. W azjatyckiej Lidze Mistrzów oraz Superpucharze Azji w 1999 roku najlepsze okazało się japońskie Jubilo Iwata. Nie wystarczyło to jednak, żeby pojechać na brazylijski turniej. Przedstawicielem największego kontynentu świata został saudyjski Al.-Nassr – zwycięzca Superpucharu w 1998 roku. Losowanie grup odbyło się 14 października 1999 roku, a start turnieju zaplanowano na 5 stycznia 2000 roku. Kolejną kontrowersję, chyba jeszcze większą, wzbudził Manchester United. Sir Alex Ferguson postanowił, że skoro jego drużyna ma w styczniu brać w Klubowych Mistrzostwach Świata, to wycofa się w ogóle z rozgrywek o Puchar Anglii. Początkowo słynny menadżer zabiegał o to, żeby jego podopieczni otrzymali wolny los w III rundzie najstarszych rozgrywek świata. Przedstawiciele FA nie zgodzili się na to. Jednocześnie chcieli, aby „Czerwone Diabły” pojechały do Brazylii godnie reprezentować Anglię, która starała się o organizację Mundialu w 2006 roku. Absencja w turnieju przeprowadzonym przez FIFA byłaby źle widziana i na pewno nie zwiększyłaby szans Anglików w wyścigu o Mundial. Zdaniem Petera Schmeichela, byłego piłkarza MU taka decyzja na zawsze obniżyła rangę FA Cup. „Angielska federacja piłkarska popełniła olbrzymi błąd, nie pozwalając Manchesterowi united na wolny los w iii rundzie, kiedy drużyna pojechała do Brazylii”– wyznał Schmeichel po latach. „To znacznie wszystko by ułatwiło. Natomiast odsunięcie od rozgrywek klubowego mistrza Europy i zdobywcy pucharu Anglii zdegradowało FA Cup do niższej rangi. Kluby zaczęły myśleć o tym pucharze w innych kategoriach i w rezultacie grać w nim rezerwami i młodszymi zawodnikami”

Wróćmy jednak do Brazylii. 5 stycznia na Estádio do Morumbi w Sao Paolo Real Madryt pokonał w meczu otwarcia Al-Nassr 3:1. Bramki dla klubu z Madrytu zdobyli Anelka, Raul i Savio, a w bramce Realu stał 18-letni Iker Casillas. W drugim meczu grupy A Corinthians wygrał 2:0 z marokańską Rają Casablancą. Inauguracyjna seria spotkań w grupie B obok zwycięstwa Vasco da Gama nad South Melbourne, przyniosła także niespodziewany remis Manchesteru United z meksykańską Necaxą. Przed długi czas w spotkaniu utrzymywało się prowadzenie drużyny z Ameryki Środkowej. Strzelcem gola dającego jednobramkową przewagą był Chilijczyk Cristián Montecinos – prawdziwy obieżyświat, który w swojej karierze zaliczył 19 klubów w 5 krajach. Manchester United wyrównał dopiero w 88. minucie za sprawą Dwighta Yorke’a. Warto dodać, że obie drużyny nie wykorzystały w tym meczu po rzucie karnym. Strzał Aguinagi w 57. minucie obronił Bosnich, a z kolei w minucie 79. Dwight Yorke nie zdołał pokonać z 11 metrów Pinedy. Czerwoną kartkę otrzymał David Beckham, a emocje udzieliły się także i Fergusonowi, który został wyrzucony na trybuny. Druga kolejka grupowych zmagań to mecze obfite w gole. W czterech spotkaniach padło ich aż 19. W hicie grupy A Real zremisował 2:2 z Corinthians. Dla „Królewskich” dwie bramki zdobył Nicolas Anelka, a dla gospodarzy turnieju dwa razy trafił Edilson – kolejny piłkarski podróżnik i późniejszy uczestnik Mundialu w 2002 roku. W szalonym meczu afrykańsko-azjatyckim lepszy okazał się Al-Nassr, wygrywając z Rają 4:3. Z przykrością trzeba odnotować, że to emocjonujące widowisko obejrzało zaledwie 3000 widzów. W grupie B nikogo nie zdziwiło zwycięstwo Necaxy nad South Melbourne 3:1. Jednego z goli dla najlepszej drużyny Ameryki Północnej zdobył Agustin Delgado – późniejszy najlepszy strzelec w historii reprezentacji Ekwadoru, uczestnik mundiali w 2002 i 2006 roku. Australijski team stracił natomiast jakiekolwiek szanse na awans. Do niespodzianki doszło w drugim spotkaniu tej grupy. Manchester United po fatalnych błędach obrońców (szczególnie Gary’ego Neville’a, który dwa razy właściwie wyłożył rywalom piłkę na tacy) już do przerwy przegrywał z Vasco 0:3. Prawdziwy piłkarski nokaut. Defensorzy najlepszej drużyny Europy nie byli w stanie poradzić sobie z duetem Romario– Edmundo. Dopiero w końcówce United stać było na honorowe trafienie Nicky’ego Butta. Tym samym przed ostatnim meczem stało się jasne, że mistrz Anglii nie zajmie już pierwszego miejsca w grupie i nie zagra w finale imprezy. „Kiedy popełnisz podstawowe błędy, tak jak my tego wieczoru, musisz spodziewać się, że napastnik wysokiej klasy, jak Romario, wykorzysta go w pełni. Trzeci gol był doskonałym golem i naprawdę nas dobił. Próbowaliśmy wrócić do gry, ale różnica była już zbyt duża”.– powiedział po spotkaniu sir Alex. Przed ostatnim meczem z South Melbourne podstawowi zawodnicy United nawet nie trenowali na pełnych obrotach. Część z nich w towarzystwie ochroniarzy przechadzała się po pięknych brazylijskich plażach. Mecz Anglicy wygrali 2:0 po dwóch bramkach Quintona Fortune’a. W 2019 roku jeden z ówczesnych zawodników z Melbourne Goran Lozanovski wspomniał tamto spotkanie na falach Football Nation Radio. Podobno po meczu nie wszyscy zawodnicy MU potrafili się godnie zachować wobec niżej notowanych rywali.

„Czy uwierzyłbyś, że nie tak dawny trener Manchesteru Ole Gunnar Solskjaer i Andy Cole zachichotali, »oglądając tych amatorów«? To było o nas. Wtedy wszedł Roy Keane i postawił ich do pionu, mówiąc im, by nas szanowali. Mam najwyższy szacunek dla Roya, był dżentelmenem”. – opowiadał Lozanovski. Ciekawe słowa, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę reputację „Keano”. Gdyby Manchester United wygrał tamten mecz większą różnicą bramek, mógłby wyprzedzić w tabeli Necaxę, która dzień wcześniej poległa w spotkaniu z Vasco. Trzeba jednak powiedzieć, że Meksykanie tanio skóry nie sprzedali. Po golu innego Ekwadorczyka Alexa Aguinagi (legenda Necaxy, w której występował przez 14 lat) prowadzili 1:0. Wyrównanie przyniósł strzał Odvana, a zwycięstwo i awans do finału bramka Romario. Rywalem Vasco w finale miał być drugi z brazylijskich klubów – Corinthians. „Timão”, jak zwykło się nazywać klub z Sao Paolo, wyprzedzili w grupie A Real Madryt tylko lepszą różnicą bramek, pokonując 2:0 Al.-Nassr. Bramki zdobyli Ricardinho i Freddy Rincon, słynny reprezentant Kolumbii i były gracz Realu. „Królewscy” rozgrywali swój mecz wcześniej i choć wygrali z Rają Casablancą 3:2, to okazało się to zbyt niskim wynikiem, aby wejść do finału. Samo spotkanie miało dramatyczny przebieg. Najpierw gola zdobyli Marokańczycy, następnie po bramkach Hierro i Morientesa Real wyszedł na prowadzenie. Dzielna drużyna z Afryki oczywiście ani myślała się poddawać. Mustapha Moustawdaa celną główką doprowadził do wyrównania. Atmosfera robiła się nerwowa i posypały się kartki, także czerwone. Sędzia wyrzucił z boiska aż trzech graczy Realu, Roberto Carlosa, Gutiego i Karembeu oraz jednego zawodnika Raji, El-Moubarkiego. Grający w ośmiu Real zdołał jednak przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść dzięki trafieniu Geremiego w 88 minucie. W meczu o trzecie miejsce, gdzie rywalem była Nacaxa, szczęście nie sprzyjało już „Królewskim”. Po remisie 1:1 trzeba było rozegrać serię rzutów karnych. W drużynie z Meksyku pomylił się tylko jeden gracz, w Realu nie trafili McManaman i Javier Dorado. „Los Rayos” mogli cieszyć się z brązowych medali, a „Los Blancos” wracali do Europy z niczym. Podsumowaniem każdego turnieju jest oczywiście finał. Nie inaczej było podczas „2000 FIFA Club World Championship”. Brazylijski mecz zawiódł nieco oczekiwania 73 000 widzów zgromadzonych na trybunach. Gole w meczu nie padły i znów potrzebne były rzuty karne. Decydującej jedenastki nie strzelił jeden z najlepszych zawodników turnieju, Edmundo. Klubowym mistrzem świata zostali Corinthians Paulista. Za najlepszego zawodnika turnieju uznano napastnika zwycięzców, Edilsona. Drugie i trzecie miejsce przypadło odpowiednio: Edmundo i Romario. Ten ostatni został też jednym z dwóch królów strzelców rozgrywek – on i Nicolas Anelka zdobyli po 3 gole.

Gospodarze mistrzostw mogli być usatysfakcjonowani. Dla drużyn z innych kontynentów (oprócz Europy) turniej był wielką przygodą, często jedyną taką w życiu. Zespoły ze Starego Kontynentu nie mogły być zadowolone. Manchester United się skompromitował, natomiast Real zaprezentował się tylko minimalnie lepiej. Udział w mistrzostwach nie wyszedł jednak żadnemu z tych zespołów na złe. Real w maju 2000 roku wygrał Ligę Mistrzów, a Manchester United w cuglach obronił mistrzostwo Anglii. „Podróż dała nam przerwę psychiczną. Wróciliśmy odświeżeni. Odpoczęły nam nogi i głowy” – powiedział w wywiadzie dla BBC w 2012 roku Mikaël Silvestre, ówczesny obrońca „Czerwonych Diabłów”. Trudno nie zgodzić się z Francuzem – jego drużyna wygrała 11 meczów i przegrała tylko jeden z ostatnich 16 meczów ligowych po powrocie z Brazylii. Klubowe Mistrzostwa Świata miały być symbolem nowej piłkarskiej ery. Niczym takim się jednak nie stały. Turniej w Brazylii był jedynym takim w historii i chyba tylko na tym polegała jego wyjątkowość. Emocji w nim nie zabrakło, ale nie udało się zbudować odpowiedniego prestiżu tym rozgrywkom. Po bankructwie w 2001 roku jednego z partnerów FIFA, firmy ISL, o pomyśle rozgrywania mistrzostw w tej formule szybko zapomniano. Klubowe Mistrzostwa Świata wróciły dopiero w roku 2005, ale w zupełnie innym kształcie.


Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?