7

O takich legendach warto a nawet trzeba pamiętać:

11 marca 1935 r. urodził się Eulogio Martinez, Paragwajczyk, jeden z najlepszych napastników w historii FC Barcelony. Cechowała go nie tyle skuteczność co boiskowa gracja a największym atutem Paragwajczyka była z pewnością łatwość zdobywania sobie pozycji strzeleckich. W granatowo-bordowych barwach występował przez 6 sezonów. W których zdobył 168 goli w 225 meczach. Eulogio jest pierwszym strzelcem gola na Camp Nou, w meczu otwarcia stadionu z reprezentacją Warszawy 24 września 1957 r. Ponadto warto pamiętać że Martinez strzelił 7 goli w meczu Copa del Rey przeciwko Atletico Madryt 1 maja 1957 r. zakończonym zwycięstwem 8:1! Wówczas przyćmił samego Kubale, który również swego czasu(10.02.1952) strzelił 7 goli w jednym meczu.


@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB

5

@FCBparasiempre
Dokładnie 60 lat temu(10 marca 1963 r.) Boliwia remisuje z Ekwadorem 4:4 na Estadio Hernan Siles w La Paz. Tym samym rozpoczyna się 28 edycja Copa America. Po raz pierwszy w historii uczestników turnieju gościła Boliwia. Nigdy wcześniej piłkarze z nizin nad La Platy nie występowali na wysokościach tak podniebnych. Stolica Boliwii nazywana ,,Dachem Ameryki” leży bowiem 3600 metrów nad poziomem morza. Rozrzedzone powietrze powodujące odczuwalny niedobór tlenu oraz inne klimatyczne problemy stawiały przed organizmami zawodników wymagania, którym słabsi fizycznie nie mogli sprostać. Owe specyficzne warunki dla odmiany faworyzowały gospodarzy oraz do pewnego stopnia także obytych z wysokogórską specyfiką- Peruwiańczyków. Główną areną imprezy był stołeczny Estadio Hernan Siles, jednak organizatorzy, uwzględniając argumenty drużyn przyjezdnych, większość spotkań przenieśli na jeszcze pojemniejszy Estadio Felix Capriles w miejscowości Cochabamba, położonej nieco niżej niż La Paz. Nieobecność Urugwaju, trzeciorzędna ekipa Brazylii(najlepsi jej piłkarze akurat szykowali się do wielkiego tournée po Europie), pokoleniowa zmiana w drużynie Peru, wreszcie personalna rewolucja w kadrze Argentyny- wszystko to stwarzało gospodarzom wręcz życiową szanse. Trzeba przyznać iż bodaj nigdy wcześniej turniej tej rangi nie był, w skutek powyższych okoliczności, obsadzony tak słabo. Toteż Boliwia przygotowywała się do niego niezwykle starannie. Poświęcono temu wszystkie możliwe środki, zapewniając ekipie idealne warunki. Czuli oni ogromną społeczną presje, lecz owe wygórowane oczekiwania okazały się czymś w rodzaju wiatru w żagle. Poczucie odpowiedzialności za wynik nie paraliżowało ich, wprost przeciwnie, wyzwoliło wszelkie rezerwy, dopingując do największych poświęceń. Zresztą pod tym względem boliwijscy górale zawsze stali wysoko. Ambicją, bitnością, wolą walki dorównywali niemal samym Paragwajczykom. Było też jasne że w niebywale trudnych warunkach klimatycznych wydolność ich organizmów pozwoli na ,,zabieganie” przeciwnika. Ich asem atutowy, idolem absolutnym, wręcz bohaterem narodowym był nieodmiennie, już od końca lat 40-tych, Victor Agustin Ugarte, z pochodzenia Indianin, który w czasie turnieju miał… 37 lat! Niewysoki, silny fizycznie, w odróżnieniu od bitnych, twardych lecz nieco topornych kolegów był przede wszystkim niezrównanym technikiem. Jego dryblingi, sposób panowania nad piłką czy imponujący repertuar zwodów, nasuwały porównanie z największymi artystami piłki z Brazylii, Urugwaju czy Argentyny. Nie ustępował im niczym. Na początku lat 60-tych pojawił się wreszcie w Boliwii godny partner Ugarte. Nie był wprawdzie technikiem tak finezyjnym ale potrafił wiele. Występował na prawym skrzydle, lecz z upodobaniem zmieniał pozycje, często przechodząc do środka. Strzelał ostro i kąśliwie, w najmniej spodziewanych momentach. Ten groźny napastnik nazywał się Ramiro Blacutt i miał już za sobą doświadczenie zdobyte w argentyńskim Ferro Carril Oeste. Wraz z Blacuttem w tymże Ferro grali jeszcze twardy jak skała Wilfredo Camacho oraz często w charakterze rezerwowego de Lorenzo. Boliwijczycy szukali wzorów do naśladowania właśnie u potężnego sąsiada. Argentyńscy zawodnicy byli gwiazdorami klubów z La Paz i Cochabamba a niektórzy z nich po pewnym czasie przyjęli nawet obywatelstwo boliwijskie, nabywając tym samym praw do występów w drużynie narodowej. Taki status uzyskali obrońcy Cainzo i Eduardo Espinoza oraz pomocnik Vargas. Odsiecz ta bardzo wzmocniła linie defensywne i chociaż wspomniana trójka z pewnością nie reprezentowała klasy światowej, lecz jej doświadczenie i obycie przydało całemu zespołowi wiele solidności i pewności siebie. Spośród uczestników turnieju zupełnie nie liczyła się Kolumbia. Tylko kompletnie osamotniony Gamboa przeprowadzał błyskotliwe indywidualne akcje. Nieco lepiej wypadł Ekwador, lecz pozbawiony swego asa atutowego Alberto Spencera, nie mógł zwojować zbyt wiele. Jednak to Ekwadorczyk Carlos Raffo dosyć nieoczekiwanie wywalczył tytuł króla strzelców imprezy z 6 golami. Z kolei Peru zmieniało skóre. Odeszli niemal wszyscy wybitni piłkarze dawnej generacji,, traktujących futbol jako beztroską , cudowną zabawę. Dopiero wyrastało pokolenie nowe, o innej mentalności. Nazwiska takich piłkarzy jak Rubinos, Campos, Leon czy Gallardo miał poznać futbolowy świat po kilku następnych latach , kiedy dojrzały fantastyczne talenty młodej generacji: Cubillas, Sotil, Challe, Baylon czy Ramirez. Natomiast nad podziw udany okazał się powrót Paragwaju do kontynentalnej elity. ,,Guarani” przywieźli zespół jak zwykle bojowy i nieprzytomnie ambitny, który znakomicie znosił trudne warunki klimatyczne, kondycyjnie wytrzymując wszystkie mecze do ostatniego gwizdka. Paragwajczycy urwali punkt faworyzowanej Argentynie, ulegli tylko gospodarzom a w przekroju całego turnieju stracili najmniej goli. W obronie bez zarzutu spisywali się Antonio Insfran i Vicente Bobadilla, zaś w ataku wielkie wrażenie wywarł głownie Eladio Zarate, potężne, wysokie chłopisko, poruszające się wszakże z gracją baletnicy. Zdobył wprawdzie tylko 3 gole ale widać było że gra świetnie głową i ma zadatki na snajpera wyborowego. Wiedząc że Brazylia sprawdza swoje głębokie rezerwy, również kierownictwo ekipy argentyńskiej postanowiło poddać próbie całą grupe młodych, obiecujących piłkarzy. Legendarny piłkarz a wówczas trener Nestor Rossi, zebrał naprawdę zdolnych młokosów. Do ciekawych postaci należał bramkarz Edgardo Andrada, prawoskrzydłowy Raul Bernao czy wreszcie szczupły napastnik Cesar Luis Menotti, bardzo inteligentny o silnej osobowości. Jednak to było za mało by rywalizować o miano mistrza Ameriki Południowej i w efekcie Argentyna zajęła dopiero 3 miejsce. Losy turnieju przesądził właśnie mecz gospodarzy z Argentyną w La Paz. Boliwijscy górale nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa, chociaż wygrali 3:2 po zaciętej walce. O dziwo Albicelestes dobrze znieśli klimatyczne niedogodności, toteż zażarty, wyrównany bój trwał do końcowego gwizdka. Ponad 20 tys. fanatycznych kibiców ryczało tak przeraźliwie że ich krzyk zdawał się wprawiać w drżenie szczyty okolicznych gór. Ten szaleńczy doping nie pozostał bez wpływu na wynik spotkania. ,,Mieliśmy wrażenie że w przypadku wygranej nie uszlibyśmy cało ze stadionu”- komentował argentyński napastnik Savoy. Decydujący gol padł w okolicznościach, które wzbudziły protesty gości. Blacutt został sfaulowany na polu bramkowym. Rzut karny obronił Andrada w iście kocim stylu, wybijając piłke na korner, po czym utonął w ramionach kolegów, przyjmując gratulacje za ten wyczyn. Tym czasem Boliwijczycy bez chwili zwłoki wykonali rzut rożny i korzystając z zamieszania, Camacho strzelił gola. Swój ostateczny sukces Boliwia przypieczętowała pare dni później w Cochabamba, pokonując Brazylie 5:4! Niebywała euforia ogarnęła stadion, miasto i cały kraj. Bohaterów zniesiono z boiska na ramionach. Prezydent republiki, Victor Paz Estenssoro osobiście pojawił się w szatni, ściskając po kolei wszystkich piłkarzy. Na wniosek rządu minister edukacji wypłacił każdemu zawodnikowi po 10 milionów pesos, zaś dwie postaci najbardziej zasłużone uhonorował najwyższym odznaczeniem państwowym: orderem Andyjskiego Kondora. Zaszczytu tego dostąpili prezes federacji futbolowej Roberto Prada oraz największy piłkarz Boliwii w dziejach- Victor Agustin Ugarte. Doprawdy, trudno o godniejsze zakończenie, wieloletniej, wspaniałej kariery. Długo jeszcze szczęśliwa Boliwia napawała się tym jedynym w historii triumfem. Nie ma się co dziwić, w końcu Boliwia poza swoim terytorium jest piłkarskim outsajderem i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zdobędzie jeszcze to trofeum…

7

@FCBparasiempre
10 marca 1965 r. w Gdańsku urodził się Jacek Grembocki, obrońca. Sportowe CV Grembockiego powinno robić wrażenie nawet na laikach. Jako 18-latek przeżywał pucharową przygodę z wielkim Juventusem a potem w mistrzowskim Górniku Zabrze zagrał niezapomniane mecze z Realem Madryt oraz w kilku innych spektakularnych europejskich potyczkach. Występował też w reprezentacji Polski, no i trenował… Roberta Lewandowskiego! Jacka większość bardziej kojarzy jako szkoleniowca, twardego, zadziornego, nieustępliwego i takiego, co nigdy nie gryzie się w język. Z trudem panuje nad emocjami. Gdy prowadził drużynę zza linii bocznej, to zawsze całym sobą, kończąc spotkanie jako strzępek nerwów. Przy tym wszystkim nie brakowało mu fantazji. Pracować w Polonii Warszawa dla ekscentrycznego milionera Wojciechowskiego i zarazem w tej pracy uparcie bronić swojego zdania? To praktycznie sprzeczność sama w sobie. On przynajmniej ambitnie próbował. Zanim jednak na scenę wkroczył szkoleniowiec Grembocki, Polska poznała Grembockiego jako piłkarza. Pomysły na karierę miał nieszablonowe. Oto w wieku 30 lat został piłkarzem w… Wenezueli. Podpisał umowę ze stołecznym Caracas FC, topowym klubem w tym kraju. ,,Pieniadze oferowali oczywiście lepsze niż miałem w Polsce za czasów gry w Górniku. Baza też nieporównywalnie lepsza a żyło się tam tanio i wtedy jeszcze w miare bezpiecznie”- podkreśla Grembocki. Dodajmy iż w polskiej lidze i reprezentacji Grembocki dał się poznać jako prawy obrońca, ewentualnie boczny pomocnik, jednak do Caracas jechał jako napastnik. Takie było zapotrzebowanie. Staż Grembockiego zbiegł się z pielgrzymką Jana Pawła II właśnie w Wenezueli. Valentiner(właściciel FC Caracas) był wystarczająco wpływowym człowiekiem, by wyjednać sobie prywatną audiencje u papieża. W czasie rozmowy z Janem Pawłem II, opowiadając o swoim klubie, wspomniał że akurat w tej chwili na testach w drużynie ma gracza z Polski ale jeszcze nie podjął decyzji, czy go zatrudni. ,,Mojemu rodakowi trzeba pomóc”- miał powiedzieć papież. ,,Tak to opisały media”- zaznacza Grembocki i dodaje że Valentiner prośbe głowy kościoła wziął sobie do serca i choć w Caracas został Mike Osei, zostawili też i jego. ,,Nie ukrywam że badania lekarskie zaliczyłem na słowo harcerza. Miałem kolano po trzech operacjach, zgięcie i ruchomość stawu bardzo słabe. Lekarz też się chyba nade mną zlitował na fali tego papieskiego wsparcia bo tylko zapytał, czy kolano mnie pobolewa. Zaprzeczyłem. Nie skłamałem bo nie pobolewało, ono mnie napierdzielało! Dostałem półroczny kontrakt”- opowiadał Grembocki. W Wenezueli za dużo sobie jednak nie pograł. Miesiąc musiał czekać na certyfikat a drużyna walczyła bez niego. Potem jeździł na wszystkie mecze jako rezerwowy. Raz zagrał w lidze i raz w Copa Libertadores przeciwko San Lorenzo, w którym w składzie grał mistrz Świata Oscar Ruggeri. W czerwcu 1996 r. Jacek wrócił do Europy. Były jeszcze epizody w Niemczech i pare ładnych lat w Polsce ale już nie w ekstraklasie. Na piłkarskie nazwisko sumiennie zapracował w latach 80-tych. Zaczynał w Lechii Gdańsk. Z fantazją 18-latka zdobył z Lechią Puchar i Superpuchar Polski. Potem był Juventus w PZP. Co z tego że 2 mecze przegrane? Liczyła się wielka przygoda i spotkanie ze światowymi gwiazdami. ,,Juventus nie wiedział co to za kosmici z tej Lechii, dlatego latem sfinansował nam obóz we Włoszech. Graliśmy sparingi a oni nas obserwowali. Fantastyczna przygoda”- wspomina Grembocki. Potem dokonał dużej rzeczy: przeniósł się z Lechii do Górnika Zabrze, wówczas najlepszego polskiego klubu. Górnik na prawą obronę sprowadził Szlezaka, zdrowego, wybieganego chłopa z Górnika Knurów.


Trener Lesław Ćmikiewicz próbował obydwu, trwała rywalizacja. Szybko jednak odszedł ze stanowiska a zastąpił go będący świeżo po mistrzostwach świata w Meksyku Antoni Piechniczek. ,,On od razu postawił na mnie. Całkiem odmienił moją role w zespole. Byłem mu wdzięczny bo czułem jego wsparcie, które dodawało mi skrzydeł. Odżyłem. Jako trener krzyknął do mnie w czasie meczu: ,,Ty człapaku!”, bo na przykład nie wróciłem za kontrakcją pod bramke, to się nie obrażałem, tylko czułem że jestem dla niego ważny i chce żebym był coraz lepszy. Myślę że gdyby to wszystko działo się wcześniej, byłbym na meksykańskim mundialu”- oceniał Grembocki. Potem zajął się pracą trenerską. W Zniczu Pruszków prowadził Roberta Lewandowskiego, który za jego czasów strzelał gole jak na zawołanie. To była pamiętna wiosna sezonu 2007/08 kiedy Zniczowi jakimś cudem nie udało się awansować do ekstraklasy. Zadecydowały ostatnie mecze, w których Lewandowski nagle przestał strzelać gole. Znicz z Grembockim został w drugiej lidze a Lewy poszedł do Lecha Poznań. ,,Gdy zima przyszedłem do Pruszkowa, Robert był wspaniałym, zwykłym chłopakiem, który nastawiał się na karierę zawodowego piłkarza, lecz wcale jakoś nadzwyczajnie nie wybijał się ponad poziom. Dopiero gdy wpuściłem go w drugiej połowie wygranego ostatecznie sparingu z ŁKS, zobaczyłem u niego coś, co zapamiętam do końca życia. W głowie mam taką taśme filmową: Robert na środku boiska przejmuje piłke, zakłada siatke twardzielowi Udareviciovi, bierze go na plecy, biegnie na bramke i strzela gola! Ta jedna akcja oświeciła mnie jako trenera że mam do czynienia z ogromnym talentem. Wtedy głośno powiedziałem: ,,Ten facet będzie grał w reprezentacji Polski!”. No jasne, nie zawyrokowałem że w Dortmundzie czy Bayernie, wtedy to była czysta abstrakcja. Mówimy o chłopaku, który dopiero pograł trochę w polskiej drugiej lidze! Potencjał na kadre narodową jednak w nim dostrzegałem. Dlaczego? Bo ja kiedyś też w niej grałem i też uparcie pokonywałem kolejne szczeble”- wspomina niepokorny piłkarz i trener. Jacek Gembocki zdobył 2-krotnie mistrzostwo Polski z Górnikiem Zabrze(1987 i 1988), Puchar Polski z Lechią Gdańsk(1983) oraz Superpuchar Polski również z Lechią(1983).



5

10

Zapomniany genialny snajper:

Fernando Peyroteo, bo o nim mowa, urodził się w Humpata w Angoli 10 marca 1918 r. Był synem białych osadników a jego nazwisko Peyroteo wzięło się od jego dziadka ze strony ojca, który był pochodzenia hiszpańskiego. Młody chłopak okazał się wszechstronnym sportowcem. Od wczesnych lat uprawiał wiele dyscyplin. Zaczął grać w piłkę w lokalnych klubach w Angoli, w tym w Sporting Clube de Luanda, który był luźno powiązany ze Sportingiem z Lizbony. W 1937 r. Jego rodzina przeprowadziła się do Lizbony z powodu złego stanu zdrowia jego matki. W stolicy Portugalii swoje pierwsze kroki 19-letni Fernando skierował do Sportingu. Nie marnował czasu i już w pierwszym meczu treningowym strzelił hat-tricka. Ówczesny trener Sportingu József Szabó natychmiast zorientował się, jak ogromny talent mu się trafił i bez żadnej pisemnej umowy, opierając się tylko na słownych ustaleniach, zaproponował mu grę w barwach Lwów. Szabo trenował z nim cztery razy w tygodniu, choć pozostali gracze mieli takie treningi tylko dwukrotnie. Mimo że później otrzymywał lepsze finansowo oferty m.in. z Porto, pozostał wierny Sportingowi przez całą karierę. On nigdy by nie zagrał dla Benfiki czy FC Porto. Dla niego barwy w których grał były święte. Tak mówił w wywiadzie dla „Jornal Sporting” jego syn. W swoim pierwszym oficjalnym meczu, 12 września 1937 roku, zdobył dwa gole w wygranym 5:3 meczu z Benfiką. Jak się potem okazało, był to początek wyjątkowej kariery. Po tym spotkaniu dziennikarze tak opisywali jego grę: ,,Jest doskonale zbudowanym fizycznie, szybkim graczem i bez wysiłku dochodzi do pozycji strzeleckich. Peyroteo nie pokazał żadnych nerwów w swoim debiucie, co pokazują dwa zdobyte gole”. Filmy które zachowały się z tamtych czasów, pokazują Peyroteo jako kompletnego napastnika. Był szybki, świetnie dryblował, grał równie dobrze obiema stopami. Nie była dla niego problemem również gra głową. Co ważne, był bardzo inteligentnym graczem a to pozwalało mu również organizować ustawienie zespołu, gdy cofał się i grał na pozycji obecnie określanej jako „10”. Zawsze uważał, że zespół to suma indywidualności: ,,Dobre zespoły, bez dobrych zawodników, moim zdaniem nie istnieją”- pisał tak w swoich wspomnieniach. Jego pełen profesjonalizm widać po tych słowach: ,,Przed meczami interesowałem się defensywą, z którą miałem się zmierzyć. Czy szybko reaguje? Czy dobrze radzi sobie w pojedynkach o piłkę? Czy piłkarze równie dobrze grają obiema stopami, czy może mają jedną lepszą od drugiej? Czy zamykają oczy gdy skaczą do piłki? Czy grają technicznie czy siłowo? Zawsze próbowałem wykorzystać ich słabości.”

Jego najsłynniejszy mecz to spotkanie z Benfiką, decydujące o mistrzostwie w sezonie 1947/1948. Aby wyprzedzić w tabeli lokalnego rywala, Sporting musiał wygrać trzema golami. Peyroteo zdobył cztery bramki w 34 minuty, dzięki czemu Sporting wygrał 4:1 i na zakończenie sezonu zdobył mistrzostwo Portugalii. Niestety na arenie międzynarodowej nie osiągnął takich sukcesów, jak w klubie. II wojna światowa zabrała mu wiele najlepszych lat. W tym czasie Portugalia była ograniczona do grania spotkań z innymi neutralnymi krajami, Hiszpanią i Szwajcarią. Peyroteo zagrał w 20 meczach dla Portugalii i strzelił w nich 15 goli. Nigdy nie wystąpił na mistrzostwach świata. Jego trener ze Sportingu, Cândido de Oliveira, określił go najlepiej: Był maszyną strzelającą bramki. Statystyki z tego okresu są często niewiarygodne, głównie z powodu włączenia lub wyłączenia klubowych meczów towarzyskich. Jednak oficjalne dane Sportingu wpisują mu niesamowite 544(!) gole w 327 meczach dla klubu. Wygląda to jeszcze bardziej imponująco, gdy te liczby są podzielone. Zdobył 332 gole w 197 meczach w lidze portugalskiej, co daje mu średnią 1,68 gola na mecz! Wprawdzie wyprzedza minimalnie Eusébio (320) i Fernando Gomesa (319), ale bije ich na głowę, gdy liczymy bramki strzelane na mecz. Być może strzelił ich najwięcej, bo aż 693(!) we wszystkich rozgrywkach i meczach towarzyskich, wszystkie tylko dla jednego klubu. W sezonie 1946/1947 Sporting zdobył niesamowite 123 gole(!) w zaledwie 26 meczach na drodze do zwycięstwa w lidze. To był najlepszy sezon Peyroteo, który zaliczył 43 trafienia w zaledwie 19 meczach ligowych. Ten rekord trwał do czasu, aż inny zawodnik Sportingu, Argentyńczyk Hector Yazalde, zdobył 46 bramek w sezonie 1973/1974, ale on potrzebował do tego 29 meczów. Inne osiągnięcia Peyroteo są również niewiarygodne. Strzelił dziewięć goli w jednym pojedynku z Leça FC w 1942 roku, co wciąż jest rekordem ligi portugalskiej. W 1948 roku zdobył z kolei osiem goli w starciu z Boavistą. Po sześć goli w meczu strzelał trzykrotnie, a po pięć aż dwunastokrotnie! Był także pierwszym, który strzelił 5 goli w dwóch kolejnych spotkaniach . Miało to miejsce w 1942 roku. To sześciokrotny król strzelców ligi portugalskiej. Ze Sportingiem zdobył osiem mistrzostw Lizbony, sześć mistrzostw Portugalii i cztery puchary krajowe.

W tamtym czasie nie było Pucharu Europy ani innych ogólnoeuropejskich rozgrywek, co uniemożliwiło Peyroteo pokazanie swoich umiejętności szerszej widowni. To też tłumaczy dlaczego jest tak mało znany poza Portugalią. Po wygraniu trzeciego z rzędu tytułu mistrzowskiego w sezonie 1948/1949, zdecydował się przejść na emeryturę. W swoim ostatnim meczu ligowym strzelił hat-tricka przeciwko Orientalowi, a spotkanie skończyło się wynikiem 8:0. 25 września 1949 roku Peyroteo zagrał swój ostatni mecz w barwach Sportingu, wygrany 2:1 z Atletico Madryt. Przed tysiącami Sportinguistas, Fernando Peyroteo tak uzasadniał zakończenie kariery w wieku zaledwie 31 lat: Byłem żołnierzem w szeregach narodowego sportu, a żołnierz nigdy nie uchyla się od obowiązków, niezależnie od okolicznościach! Odtąd jednak uznaję, że jestem starym żołnierzem… Nie potrafię sprostać wymaganiom zawodowego piłkarza, który chce zachować formę, być przydatny dla swojego klubu i sposobu w jaki trenuje. Kiedy wchodzę na boisko, mam ochotę grać, ale po kilku kopnięciach piłki czuję niewytłumaczalną irytację. Po zakończeniu kariery wrócił na pewien czas do Angoli ale w 1961 roku powrócił do Portugalii, by poprowadzić reprezentację kraju, jednak po kompromitującej porażce 2:4 z Luksemburgiem został zmuszony do odejścia. Niedługo potem w meczu oldboyów odniósł kontuzję, która spowodowała operację i trzeba było amputować mu nogę. Fernando Peyroteo zmarł na atak serca 28 listopada 1978 r., w wieku 60 lat. Na zawsze jednak pozostał najlepszym piłkarzem w historii Sportingu.


@AssisMoreira
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

Górnik w europejskich pucharach:

10 marca 1971 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie Górnik Zabrze pokonał Manchester City 2-0 w pierwszym meczu 1/4 finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Gole zdobyli Włodzimierz Lubański 34 minuta oraz Erwin Wilczek w 40 minucie. Spotkanie sędziował Leonidas Vamvakopoulos a spotkanie z trybun oglądało około 90 tysięcy kibiców. W rewanżu wygrał zespół z Anglii i o awansie rozstrzygnął trzeci mecz rozegrany w Kopenhadze gdzie zwycięski okazał się Manchester i to drużyna z wysp zagrała w półfinale gdzie odpadła z Chelsea. Składy:

Górnik: Hubert Kostka, Jan Wraży, Jerzy Gorgoń, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha, Zygfryd Szołtysik, Erwin Wilczek, Hubert Skowronek, Jan Banaś, Włodzimierz Lubański (60' Władysław Szaryński) Jerzy Wilim

Manchester: Joe Corrigan, Tony Book, Tony Towers, Derek Jeffries, Tommy Booth, Mike Doyle, Alan Oakes, Mike Summerbee, Neil Young, Francis Lee, Colin Bell


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz

1

@LS Wszystko ok. tyle tylko że mnie koszykówka po prostu nic a nic nie kręci, przykro mi...

2

@Pawel13sz Aaaaa, to akurat koszykówka mnie nie interesuje :)

1

@LS A czasem nie w niedziele o 21.00?

16

Po prostu geniusz!

10 marca 2007 r. Lionel Messi po raz pierwszy w karierze ustrzelił hattricka i to w El Clasico! To był pierwszy klasyk Argentyńczyka na Camp Nou, zakończony remisem 3:3. Goście trzykrotnie wychodzili na prowadzenie, jednak za każdym razem Messi wyrównywał. Po raz trzeci uczynił to w ostatniej minucie meczu gdy Blaugrana grała osłabiona brakiem Oleguera, wyrzuconego z boiska jeszcze w pierwszej połowie.

To trzeba zobaczyć jeszcze raz:




@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi

8

Ku pamięci wybitnych legend Blaugrany:

10 marca, roku 1999 odbył się mecz w hołdzie wielkiemu Johanowi Cruijffowi. Duma Katalonii pokonała w tym meczu 2:0 zespół złożony z piłkarzy ,,Dream Teamu”(między innymi Zubizarreta, Koeman, Bakero, Begiristain, Stoiczkow, Laudrup czy Salinas) oraz gwiazd futbolu( wystąpili chociażby Mario Jardel czy Eric Cantona). Spotkanie oglądał, a jakże(!) komplet widzów na Camp Nou.


@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

8

Trofea Blaugrany:

10 marca 1993 r. FC Barcelona zdobyła Superpuchar Europy pokonując w rewanżowym meczu na Camp Nou Werder Brema 2:1. Gole dla Barçy zdobyli Stoiczkow i Goikoatxea. Był to pierwszy zdobyty Superpuchar w historii Blaugrany. Oczywiście Dume Katalonii prowadził wówczas nie kto inny jak sam Johan Cruijff.

Przypomnijmy:




@Monix10
@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@MesQueUnClub96

7

Cules niezapominają o żywych legendach:

Feliz cumpleaños kochany murzynku Samuelu! 42 lat temu urodził się Samuel Eto’o, mój ulubiony napastnik Blaugrany. Dodam tylko że po przybyciu do Barçy latem 2004 r. Eto’o i Deco, zakochałem się w Dumie Katalonii na amen! Już rok wcześniej, kiedy grał Ronaldinho sympatyzowałem z Blaugraną lecz nie miałem możliwości oglądania jej, jedynie wyniki na telegazecie. Najbardziej właśnie uwielbiałem Eto’o, Ronaldinho i Puyola. Dopiero po pewnym czasie doceniłem wartość Xaviego, Iniesty i Marqueza. To były cudowne, niemal beztroskie czasy…

Feliz cumpleaños Ivanie! 35 lata kończy dziś Ivan Rakitič, wszystkim cules bardzo dobrze znany pomocnik. Dziękujemy za wszystkie chwile radości i poświęcenie dla Dumy Katalonii. Bywaj zdrów!


@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974

1

@aldewir Wiem, wiem, oglądałem to na żywo, tzn. w telewizorze. Mam nawet o tym meczu artykuł z ,,reką Furtoka" na czele.

6

@FCBparasiempre
Z perspektywy czasu, Juan Sebastian Veron swoją grą potrafił zachwycać we Włoszech i Argentynie. Mimo średnio udanej męczarni na Wyspach Brytyjskich, tam też nie przepadł kompletnie. Jednak jak sam wielokrotnie podkreślał – Italia to miejsce odpowiednie dla niego. Całą opowieść o dzisiejszym jubilacie, trzeba chyba zacząć od ojca– Juana Ramona Verona, który przez lata występował jako napastnik, czterokrotnie grając w reprezentacji Argentyny, spędzając większość swojej kariery w Estudiantes La Plata. Zaliczył też trzyletni epizod w Panathinaikosie Ateny. Gdy w 1975 roku na świat przyszedł jego syn, Juan Ramon wrócił do Estudiantes, a następnie trzy sezony spędził w Kolumbii i znów wrócił do La Platy, miasta położonego kilkadziesiąt kilometrów od Buenos Aires. Co ciekawe, gdy rodził się jego syn, on akurat rozgrywał mecz, bo trener nie chciał go tracić i nie przekazał zawodnikowi o tak ważnym momencie w jego życiu. Młody Juan Sebastian od razu miał więc lepsze wejście do ekipy „Lwów”, gdzie na treningi zaprowadził go ojciec, przez kolejne lata czynnie uczestniczący w życiu klubu m.in. jako doradca. Całe dzieciństwo miał w głowie jednak tylko piłkę, przez co gorzej szło mu w szkole. Skończyło się tym, że rzucił szkołę i poszedł do pracy do zakładu wulkanizacyjnego. Inaczej było jednak na boisku. Veron junior od razu zaczął sobie wypracowywać dobrą pozycję w klubie, jeszcze w czasach juniorskich. Po prostu prezentował się nad wyraz dobrze, co udowadniał też w młodzieżowych reprezentacjach. Mimo że dysponował potężnymi warunkami fizycznymi, popisywał się bardzo elegancką grą. Nie wykopywał piłki, nie lubił się o nią „bić”. Miał wyraźne inklinacje ofensywne. A gdy dostawał futbolówkę do nogi, zaczynała się prawdziwa sztuka. Ujawniał duszę artysty. Potężny strzał z dystansu, a do tego podania najwyższej klasy, znajdujące najmniejszą lukę w szeregach obronnych rywali, czy też długie dopieszczone zagrania. Prawdziwy artysta, którego dziś najprościej porównać do Kevina De Bruyne, mieszanym z Andreą Pirlo. To wszystko nie umknęło uwadze pierwszej drużyny, gdzie młody Argentyńczyk wszedł jak po swoje. Od pierwszych meczów zawładnął środek pola i już w drugim sezonie, znacząco przyczynił się do wydostania „Lwów” z drugiej ligi na najwyższy poziom rozgrywek w Argentynie. Było jednak wiadomo, że Estudiantes, wydostające się z okopów to za małe progi na takiego zawodnika, dodatkowo klub miał problemy finansowe i tuż po awansie trafił do argentyńskiego potentata, Boca Juniors. Tam spędził jednak tylko pół roku, bo nadeszła oferta z Europy. W Buenos Aires grał jednak w jednym zespole z Diego Armando Maradoną. Veron przeniósł się za około sześć milionów funtów do Sampdorii Genua, gdzie trafił pod wodzę Svena-Gorana Erikssona. Zaliczył już wtedy swoje pierwsze występy w pierwszej reprezentacji. Zaliczył dwa bardzo dobre sezony w Serie A i powoli Genua zaczynała się robić zbyt ciasna. Czarował swoją grą, strzelał kapitalne bramki z dystansu i zwracał na siebie uwagę przeciwników. Choć posturą i wyrazem twarzy przerażał, z piłką przy nodze stawał się innym piłkarzem, który na boisku widział dużo więcej.


W 1998 roku Daniel Passarella powołał go na mistrzostwa świata. Tam Argentyńczycy odpadli w ćwierćfinale, ulegając Holandii, jednak sam Juan Sebastian mógł uznać turniej za udany. Zagrał komplet minut, łącznie z dogrywką w spotkaniu z Anglią w 1/8 finału, a do tego dorzucił trzy asysty, po jednej w meczu z Jamajką w fazie grupowej, oraz Anglią, a następnie Holandią, popisując się kapitalnym prostopadłym podaniem do Claudio Lopeza. Po światowym czempionacie cena za niego wzrosła. Parma zapłaciła za niego ponad trzykrotność ceny, za którą w ogóle trafił na Półwysep Apeniński. Tam wytrzymał jeden sezon, ale z ekipą „Gialloblu” wygrał Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, gdzie we wcześniejszej fazie Parma mierzyła się w pamiętnych meczach z Wisłą Kraków, ostatecznie wygrywając dwumecz jedną bramką. A Veron zanotował asystę, przy golu Enrico Chiesy. Jak się później okazało, to właśnie „Biała Gwiazda” sprawiła Włochom największe trudności, bowiem w późniejszych fazach raczej dość pewnie ograli Glasgow Rangers, Bordeaux, Atletico Madryt, a także w wielkim finale Olympique Marsylię, wygrywając 3:0. Wtedy Veron również zanotował asystę, znów przy trafieniu Chiesy, ustalającym wynik spotkania. Dużo bardziej Parma męczyła się w Pucharze Włoch, gdzie m.in. w finałowym dwumeczu, bramkami na wyjeździe pokonała Fiorentinę. Alberto Malesani największe bronie wystawił dopiero po przegranym pierwszym meczu z Udinese. W rewanżu wystąpiła już najmocniejsza ekipa z Veronem, Hernanem Crespo, czy Gino Baggio, a sam argentyński pomocnik zdobył bramkę i dorzucił asystę, prowadząc Parmę do zwycięstwa 4:0. Następnie zdobył po jednym golu w obydwu spotkaniach z Interem w ramach półfinału. Dodatkowo Parma zajęła trzecie miejsce w lidze, a Veron zdobył w lidze jedną bramkę i sześć asyst. Mimo że nie pojechał na Copa America, to wszystko zaprocentowało kolejnym sporym transferem, gdy za równowartość 30 milionów euro trafił do Lazio, znów pod skrzydła Erikssona. Tam wejście miał wyborne. W swoich pierwszych ośmiu meczach w lidze zapisał na koncie pięć bramek i tyle samo asyst. A prawdziwą popisówką był niesamowity gol z Hellasem Verona, gdy skierował piłkę do bramki prosto z rzutu rożnego, a jakby tego było mało, miał jeszcze dwie asysty. Debiut w nowych barwach zaliczył z kolei z Manchesterem United w ramach Superpucharu Europy. „Biancocelesti” wygrali na Stade Louis II w Monako 1:0 po trafieniu Marcelo Salasa, a Veron rozegrał pełne 90 minut i zgarnął tytuł najlepszego zawodnika meczu. Na boisku czarną robotę za jego plecami odwalał wtedy Diego Simeone, przez co Argentyńczyk mógł się zająć kreowaniem. Problemem według Erikssona było jednak jego nocne życie. Veron miał jednak szczęście, bo tam bardzo szybko temperował go szwedzki szkoleniowiec, przez co nie był w stanie całkowicie „popłynąć” i piłka nigdy nie zeszła u niego na dalszy plan. Szybko ułożył też sobie relacje z kibicami, którzy nie mogli wytrzymać, że gwiazdor ich ukochanego zespołu nosi tatuaż Che Guevary. Razem z kolegami dotarł też do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepsza okazała się Valencia. Do tego vicemistrzostwo Włoch i Puchar Włoch. Trzeba przyznać, że rosły Argentyńczyk zaliczył bardzo korzystne wejście do zespołu. Swoją formę podtrzymał też w kolejnym sezonie, gdy skończył go z czterema bramkami i dziesięcioma asystami w 32 spotkaniach. Przeszkadzać zaczęło mu delikatnie zdrowie i kolejne mniejsze urazy. Dodatkowo był mocno eksploatowany w reprezentacji, będąc etatowym pomocnikiem w eliminacjach do mistrzostw świata, w których „Albicelestes” w 18 spotkaniach zanotowali tylko jedną porażkę.


Świetna postawa Verona w reprezentacji i stolicy Włoch zaprocentowała kolejnym ogromnym transferem. Kolejnymi powodami tego okazało się odejście Svena-Gorana Erikssona oraz problemy finansowe klubu ze stolicy Włoch. A prawdopodobnie najważniejsze były problemy z prawem. Szybko bowiem okazało się, że „Mała Wiedźma” grał w Serie A na włoskich papierach, które, krótko mówiąc, były „lewe”, wpisał tam bowiem włoskich dziadków, którzy nie istnieli. W swoich szeregach zapragnął go za to mieć sir Alex Ferguson i Manchester United wyłożył na niego ponad 40 milionów euro, bijąc angielski rekord transferowy. Sam szkoleniowiec był zafascynowany dotychczasową ekipą „Biancocelesti” na czele właśnie z sympatycznym łysolem. Nie było jednak wielką tajemnicą, że Szkot chciał w swojej drużynie również Marcelo Salasa, który pogrążył jego zespół w pamiętnym starciu o Superpuchar Europy i Alessandro Nestę. Legendarny szkocki trener od razu wkomponował go do środka pomocy, gdzie rządził razem z Royem Keanem oraz Paulem Scholesem. To okazało się jednak problemem, bowiem „Czerwone Diabły” przez lata grały czwórką pomocników. Nagle Ferguson postanowił coś zmienić i chciał do Keane’a, Scholesa i skrzydłowych Giggsa i Beckhama, wrzucić kogoś z całkowicie innego świata. W całym pierwszym sezonie zagrał 40 spotkań, strzelił pięć bramek i dołożył sześć asyst. Już w swoim drugim miesiącu dostał też statuetkę dla najlepszego gracza miesiąca w Premier League. Wszystko zwieńczył wyjazdem na mistrzostwa świata, gdzie Argentyna po trzech meczach wróciła do domu. Nasz bohater zagrał we wszystkich, w dwóch z nich wyprowadzając swój zespół w roli kapitana. Po powrocie z Korei i Japonii jego forma wzrosła, a błyszczał szczególnie w Lidze Mistrzów, gdzie strzelił cztery bramki i dodał pięć asyst. W lidze z kolei miał tylko dwie bramki i trzy asysty. Niestety w drugiej połowie sezonu dopadła go kontuzja, przez którą pauzował półtora miesiąca. „Czerwone Diabły” skończyły jednak sezon serią 18 spotkań bez porażki, dzięki czemu zdobyli tytuł. Do tego dotarli do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepszy okazał się Real Madryt, w pamiętnym dwumeczu, gdy kapitalny mecz i hattrick Ronaldo dał awans do finału „Królewskim”. Veron właśnie w rewanżu zaliczył powrót na boisko po kontuzji. Problemem okazało się jednak to, że Argentyńczyk nie do końca przystosował się do angielskiego stylu gry. Był typowym artystą, który potrzebował troszkę miejsca, by móc czynić cuda. Mimo wzrostu (186 cm) nie lubił walki wręcz i ciągłych ostrych wejść. Lecz miewał doskonałe zagrania, które potrafiły wpłynąć na wynik i to najbardziej cenił Alex Ferguson, jednak w dłuższej perspektywie nie potrzebował zawodnika w środku pola, któremu bliżej do „dziesiątki”. Dodatkowo samemu Argentyńczykowi nie było po drodze z językiem angielskim, a także deszczową pogodą. Przez dłuższy czas bronił go jednak Ferguson, który na zaczepki dziennikarzy odpowiedział na konferencji tak: ,,On you go. I’m no fucking talking to you. He’s a fucking great player. Yous are fucking idiots”


Po sezonie przeszedł do Chelsea za ponad 20 milionów euro. Tam jednak kompletnie przepadł, występując w zaledwie 14 spotkaniach. W tym czasie przestał już dostawać powołania do kadry. A sam wielokrotnie mówił, że marzy mu się powrót na Półwysep Apeniński. Kolejne dwa lata spędził w barwach Interu Mediolan, gdzie wracał do formy. Mimo kolejnych drobnych urazów zdobył z „Nerrazurri” Puchar Włoch. W drugim sezonie zdobył scudetto. W całym sezonie rozegrał 35 spotkań, ale strzelił tylko jedną bramkę i miał siedem asyst. Po sezonie postanowił wrócić do korzeni i podpisał kontrakt z Estudiantes La Plata, gdzie z mniejszymi i większymi przerwami spędził kolejnych 11 lat. I to była druga młodość tego zawodnika. Spisywał się znakomicie, doprowadzając swoją ekipę do pierwszej od 23 lat Apertury, gdy w dwumeczu „Lwy” pokonały wielkie Boca Juniors. Mało tego. W 2009 roku Veron w roli lidera zespołu osiągnął największy sukces w historii, zdobywając Copa Libertadores, wygrywając w dwumeczu z Cruzeiro Belo Horizonte, a sam zaliczył asystę przy zwycięskim golu Mauro Boselliego. Wcześniej wobec świetnej formy na rodzimych boiskach, Alfio Basile przywrócił go do pierwszej reprezentacji, co spowodowało też grę w Copa America, gdy „Albcelestes” przegrali w finale z Brazylią. W 2010 roku pojechał też na mistrzostwa świata, powołany przez Diego Maradonę, a po nieudanym turnieju oficjalnie zakończył karierę w narodowych barwach. W 2010 roku zdobył też drugi raz z Estudiantes Aperturę. W 2012 roku wobec kolejnych kłopotów zdrowotnych postanowił zakończyć przygodę z boiskiem. Po roku jednak wrócił do gry na kolejny sezon i po sezonie zakończył karierę. Ponownie jednak wrócił, jednak z innego powodu. Założył się z kibicami, że nie wykupią 65% karnetów. Ci jednak spięli się i wykonali limit, bowiem Veron obiecał, że gdy to zostanie spełnione, ponownie przywdzieje klubową koszulkę i pomoże zespołowi w meczach. Wtedy był już w La Placie innym człowiekiem, bowiem w 2014 roku został wybrany prezydentem klubu. Do zakładu podszedł jednak bardzo poważnie. Przez dłuższy czas trenował z trenerem personalnym, by należycie przygotował go do powrotu na boisko. Zanotował pięć spotkań, w których zdążył zaliczyć asystę. Prezydentem był do 2021 roku. Następnie postanowił ograniczyć swoją działalność w klubie na tyle, że został wiceprezydentem.


Statystyki i osiągnięcia:


Osiągnięcia zespołowe:


Lazio Rzym


1x mistrzostwo Włoch (2000)


1x Superpuchar UEFA (2000)


1x Puchar Włoch (2000)


1x Superpuchar Włoch (2001)


AC Parma


1x Puchar UEFA (1999)


1x Puchar Włoch (1999)


Manchester United


1x mistrzostwo Anglii (2003)


Inter Mediolan


1x mistrzostwo Włoch (2006)


1x Puchar Włoch (2005)


1x Superpuchar Włoch (2006)


Estudiantes La Plata


1x Copa Libertadores (2009)


2x mistrzostwo Argentyny (2007, 2010)


Osiągnięcia indywidualne:


2x Piłkarz Roku w Argentynie (2006, 2009)


2x Najlepszy Piłkarz Południowej Ameryki (2008, 2009)

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

9 marca 1962 r. urodził się Jan Furtok, napastnik, który przez lata z powodzeniem występował na poziomie Bundesligi. Do czasów Roberta Lewandowskiego, to właśnie legenda GKS-u Katowice była najlepszym strzelcem ligi naszych zachodnich sąsiadów z naszego kraju. Jan Furtok jest wychowankiem Górnika Katowice, ale na szerokie wody udało mu się wypłynąć w barwach miejscowego GKS-u. Napastnik w barwach "Gieksy" spędził ponad 10 lat i w rozgrywkach ligowych zdążył w tym czasie strzelić 77 goli w 169 meczach oraz zdobyć Puchar Polski. Jego dobra skuteczność została dostrzeżona przez niemieckie kluby. Piłkarz przeniósł się najpierw do Hamburgera SV, a następnie do Eintrachtu Frankfurt. Łącznie w obu tych zespołach występował przez siedem lat. W sumie zdobył w lidze niemieckiej 59 goli i zaliczył 30 asyst. Po tym okresie powrócił do GKS-u Katowice, gdzie zakończył karierę. Od kilku lat Furtok niestety zmaga się z poważnymi objawami Alzheimera.


@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira

12

Czy wiecie że…

9 marca 1996 r. padł gol ligowy numer 4000 dla FC Barcelony. Zdobył go Guillermo Amor w przegranym 4:1 wyjazdowym meczu z Valencia CF. Ten pomocnik był jednym z pierwszych piłkarzy ukształtowanych w La Masíi, do której trafił w wieku 12 lat. W ciągu dekady spędzonej na Camp Nou zdobywał gole, które zapisały się w pamięci wielu culés.


@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

7

@FCBparasiempre
Teófilo Cubillas to najlepszy zawodnik w dziejach peruwiańskiego futbolu. Podbił serca kibiców reprezentacji a z ukochanym klubem nigdy nie potrafił się rozstać, bo wracał tam trzy razy. Za każdym razem w innych okolicznościach. Bohater artykułu przyszedł na świat 8 marca 1949 roku w Limie. Od samego początku kariery do jej końca przylgnął do niego pseudonim Nene (Dzieciak) .Wszystko to ze względu na chłopięcy, infantylny wygląd – jedną z wizytówek Cubillasa. Bohater artykułu wychowywał się w Ponte Piedra, jednej z dzielnic na północy Limy. Karierę rozpoczął w niewielkim Huracan Boys i to tam pobierał pierwsze nauki w piłkarskim cechu rzemieślniczym. Jednak to nie Huracan stał się domem Cubillasa. Pewnego dnia drużyna Dzieciaka zmierzyła się w meczu towarzyskim z Alianza Lima – naówczas trzynastokrotnym mistrzem Peru. W sparingu spisał się wystarczająco dobrze, by szefostwo klubu z Limy uznało, że warto zaproponować mu choćby grę w kategoriach juniorskich. Z klubem o biało-granatowych barwach związał się praktycznie do końca swojej kariery. Dziwny to romans – z klubu czterokrotnie odchodził i trzykrotnie wracał. Legendą został jednak do końca. Jak się okazało, wyłowienie perełki, jaką był Cubillas, nie było jedynie pozyskaniem go dla samego pozyskania. To jedna z tych historii, w których okazuje się, że nadprzyrodzone siły zsyłają piłkarski talent na chudego, drobnego i niepozornego sukcesora. W lidze peruwiańskiej zadebiutował jako siedemnastolatek i – uwaga – w wieku tym został królem strzelców rozgrywek z dziewiętnastoma bramkami na koncie. Dodajmy tylko, że Cubillas grał na pozycji mediapunty, a więc łącznika pomocy i ataku (królem strzelców został także w 1970 roku). Na przestrzeni ligowych rozgrywek szybko poznano się na fenomenie ciemnoskórego młodzieńca – dysponował on kapitalną wizją gry, coraz lepiej uderzał z dystansu i częstował znakomitymi zagraniami ze stałych fragmentów – a przy tym piekielnie skutecznym wykończeniem akcji. German Leguia, kolega Cubillasa z reprezentacji, wspomina grę Cubillasa tak: „Myślał tak szybko, że gdy zastanawiałeś się, co on zamierza zrobić, on już dawno to robił”. Piłkarze, którzy dotychczas byli jego idolami, stali się jego równorzędnymi partnerami lub rywalami. Doskonała gra młokosa dała powody sztabowi reprezentacji, by powołać go do reprezentacji na mecze eliminacji do mistrzostw świata. W eliminacjach Peru znalazło się w grupie z Boliwią i Argentyną. Awansować mogła tylko jedna drużyna. Peruwiańczycy z Cubillasem w składzie pokonali na stadionie w Limie faworyzowaną Argentynę 1:0. Postawieni w trudnej sytuacji Albicelestes musieli wygrać, by myśleć o wyjeździe o Meksyku. Tak się jednak nie stało – na słynnej La Bombonerze reprezentacja w biało-czerwonych trykotach dzięki remisowi 2:2 wywiozła z niebezpiecznego terenu punkt i mogła zastanawiać się nad zakwaterowaniem w którymś z meksykańskich hoteli. Na światowym turnieju talent Cubillasa eksplodował. Za umiejętnościami Nene musiał stać ktoś więcej niż małe futbolowe bożki. To musiała być robota potężnego piłkarskiego boga.

W momencie debiutu Cubillasa w reprezentacji Peru selekcjonerem ekipy był Valdir Pereira. Słynny Didi. Jedna z twarzy brazylijskich sukcesów na przełomie lat 50. i 60., cichy strażnik sukcesu Garrinchy i Pelego na mundialach w Szwecji i Chile. Jak przyznawał Cubillas, to Valdir pomógł mu w ukształtowaniu swojego piłkarskiego „ja” – dzięki Didiemu dopracował grę lewą nogą, strzały z dystansu i rzuty wolne. Bardzo prawdopodobne jest, że pełna, choć krótka, symbioza szkoleniowca i jednej z największych gwiazd ekipy złożyła się na późniejsze sukcesy Peru. W pierwszym meczu (dla Peru był to w ogóle pierwszy występ w historii mistrzostw świata) Nene i spółka zmierzyli się z Bułgarią. Pomimo dwubramkowej przewagi Europejczyków do 50. minuty Los Incas zdołali ustrzelić gola kontaktowego (Gallardo), chwilę później wyrównać (Chumpitaz), a za kwadrans wyjść na prowadzenie. Jak łatwo się domyślić, za sprawą Cubillasa i jego fantastycznego rajdu, zakończonego siłowym strzałem w prawy dolny róg bramki Simeonowa. Drugi mecz – przeciwko drużynie Maroka – to kolejny popis umiejętności peruwiańskiego Dzieciaka… I kolejne dwie bramki, w głównej mierze składające się na pewne 3:0. Ostatni mecz, z RFN z fenomenalnym Gerdem Müllerem na czele, kończy się porażką 1:3 po hat tricku niemieckiego snajpera. I tutaj, choć w cieniu wielkiego Bombera, Cubillas zdołał zdobyć bramkę. Meksyk i cały świat mogły już w trakcie turnieju nieśmiało prorokować, komu należy się tytuł największego jego odkrycia. W tym wszystkim warto dodać, że na kilka dni przed meczem z Bułgarią w peruwiańskim Ancash doszło do jednego z największych w historii świata trzęsień ziemi. W wyniku połączonej z osunięciami ziemi, lawinami śnieżnymi i błotnymi katastrofy zginęło od 60 do 70 tysięcy osób – nie wspominając o dziesiątkach czy setkach tysięcy bez dachu nad głową. Nene po latach, w wywiadzie dla FIFA TV, wspomina, że dobra postawa na światowym czempionacie miała przynieść choć odrobinę ukojenia pogrążonym w żałobie Peruwiańczykom. W ćwierćfinale pojawia się poważna przeszkoda na drodze do sukcesu – Brazylia. Z Pele, Carlosem Alberto, Rivelino czy Tostao w składzie. Nikt się specjalnie nie łudził, że Peru stać na pokonanie jednego z faworytów. Już Niemcy obnażyli słabości Inków. Canarinhos zastosowali dość łagodny wymiar kary. Zwycięstwo 4:2 wystarczyło, by spokojnie przejść do kolejnej rundy i konsekwentnie maszerować po trzecie w historii mistrzostwo świata. Reprezentacja Peru wraca do domu. Ranny, obolały naród i tak jest dumny z Sotila, Perico, Challe i Gallardo. Największą radość przynosi jednak Nene – niepozorny, drobniutki dwudziestojednolatek z tytułem najlepszego południowoamerykańskiego piłkarza turnieju, najlepszego młodego piłkarza. Do tego z brązowym butem. Murowany transfer? Niekoniecznie. Po mistrzostwach młody atakujący wrócił do Alianzy. Transfer przyszedł dopiero w 1974 roku. Real Madryt? Barcelona? Benfica? Bayern? Żaden z nich. Złożona z największych gwiazd Ameryki Południowej ekipa przyjechała na mecz pokazowy do Bazylei, by zmierzyć się z europejską jedenastką marzeń. Oczywiście fantastycznym występem podbija serce przedsiębiorcy, Rudiego Reisdorfa, który postanowił ściągnąć go do FC Basel. Wiąże się z tym zabawna historia.

Biznesmen spytał Cubillasa, jaka jest jego wartość na rynku i ile trzeba za niego zapłacić. Cubillas, niewiele się zastanawiając, postanowił wymyślić sumę, według niego, nie do zapłacenia. ,,100 tysięcy dolarów” – miał odpowiedzieć Reisdorfowi. Dla szwajcarskiego bogacza suma ta okazała się fraszką. Nene nigdzie nie chciał odchodzić, ale podbita o kolejne dwieście tysięcy kwota ostatecznie przekonała działaczy Alianzy. W Szwajcarii nie czuł się zbyt komfortowo. Poczucie samotności, nadopiekuńczość ze strony Reisdorfa, konieczność dbania o dietę i pilnowania planu treningowego sprawiły, że Cubillas schudł w Bazylei osiem kilo! Do tego nieprzyjazny, mroźny klimat bardziej odstraszał od gry niż do niej zachęcał. Nieszczęśliwy piłkarz miał odejść do FC Barcelony, prawdopodobnie to jedna z większych strat dla hiszpańskiej piłki w latach siedemdziesiątych, że do transferu nie doszło. Transakcję miał ponoć utrudniać sam Reisdorf, mimo, że FC Barcelona gotowa była zapłacić blisko milion dolarów! Ostatecznie peruwiański crack wylądował w FC Porto. Nie był to oczywiście szczyt marzeń, ale przynajmniej udało się wyrwać z mroźnej Szwajcarii. Przyszłe sezony przyniosły odrobinę stabilności. Po wywalczeniu miejsca w składzie Porto pozostał tam przez trzy kampanie – raz udało się nawet zdobyć mistrzostwo Portugalii. To nadal wciąż nie było to… W międzyczasie europejskiej tułaczki świat piłki reprezentacyjnej po raz kolejny przypomniał sobie o bohaterze tekstu. Wszystko za sprawą Copa América w 1975 roku. Cubillasa okrzyknięto najlepszym zawodnikiem turnieju (choć w przypadku ówczesnej rywalizacji chyba łatwiej mówić o lidze, bo Copa América trwało od lipca do października i spotkania rozgrywano w każdym z krajów). I wcale nie było tak, że doskonały turniej dał szansę na prestiżowy transfer. Przeciwnie, Nene pozostał w Porto jeszcze przez dwa sezony… A potem wrócił do Limy. Tylko na dwa sezony. Potem przygoda na Florydzie. A tam, oprócz słońca, idylli i aligatorów, lukratywny kontrakt z Fort Lauderdale Strikers. Klubem skupiającym później całą piłkarską śmietankę towarzyską – Gerda Müllera, Gordona Banksa czy George’a Besta. Nie ukrywajmy – piłkarzy, którzy przychodzili tu świadomi, że mają najlepsze lata za sobą. W przyjaznym, subtropikalnym klimacie Cubillas doskonale się odnalazł. Został tu na dłużej – na cztery długie sezony… By znowu wrócić tam, gdzie zawsze czekano na niego z szeroko otwartymi ramionami. Rok 1978 to mistrzostwa w Argentynie. Następny wielki czempionat w wykonaniu atakującego reprezentacji Peru – niestety, tylko do drugiej rundy, w której Peru zebrało tęgie lanie od Argentyńczyków, Brazylijczyków i Polaków i nie zdobyło nawet bramki. Hat-trick w meczu z Iranem i dwa trafienia przeciwko Szkocji, w tym jedno zasługujące na miano jednej z najpiękniejszych bramek z rzutu wolnego w historii mistrzostw świata (strzelał zewnętrzną częścią stopy, czym zmylił chyba wszystkich obecnych na stadionie) zapisały się w annałach peruwiańskiej piłki. Jose Luis Chilavert opowiadał po latach: „Kiedy zobaczyłem, jak Cubillas bije rzuty wolne, powiedziałem sobie: ja też tak chcę!”

Na pierwszy rzut oka Alianza była jak wierna mu kobieta, którą Cubillas nieustannie zdradzał, wracał z podkulonym ogonem, a potem znów ją oszukiwał i od niej odchodził. I można śmiało się z takim założeniem zgodzić, gdyby nie to, że do stolicy kraju i umiłowanej drużyny wracał jako sensacja turnieju, syn marnotrawny czy wreszcie: jako kamień węgielny pod odbudowę zniszczonej drużyny. A konieczność takiej budowy nastąpiła pod koniec 1987 roku. Alianza Lima, już bez Teo, szykowała się do powrotu do domu po jednym z wyjazdowych meczów. Na pokładzie znajdowało się szesnastu piłkarzy, trzech sędziów, pięciu trenerów, cztery osoby z zarządu klubu, ośmioro członków załogi i osiem cheerleaderek. Tuż przed lądowaniem zdano sobie sprawę z awarii podwozia. Zaczęły się problemy z lądowaniem. Samolot wpadł do wody. Przeżyła tylko jedna osoba – pilot. Katastrofa wstrząsnęła całym światem piłkarskim. Ekipa, bliska zdobycia mistrzostwa, rozpadła się w tragicznych okolicznościach. W odtworzeniu zespołu pomogły między innymi chilijskie Colo Colo, zaprzyjaźnione z klubem z Limy. Do drużyny zgłosił się także Nene. Wówczas zbliżający się do czterdziestki, podstarzały, ale nadal czujący moralny obowiązek ratowania klubu kształtującego go piłkarsko… Bardziej niż realny ratunek był to prostu ludzki gest ze strony piłkarza. W polskim języku istnieje przysłowie „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Jest, niestety, błędnie rozumiane i wyrwane z kontekstu – każe nam unikać powtarzania czegoś, czym paraliśmy się już wcześniej. Tak dla zasady. Sprawa ma się nieco inaczej, gdy zacytujemy pełną jego wersję: „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, bo już inne napłynęły w nią wody”. Wynika, że do rzeczonej można wchodzić do woli – nawet i tysiąc razy. Po prostu zawsze będzie się to działo w innych okolicznościach. Tak, jak za każdym razem do Alianzy wracał inny Nene.


7

Wspaniałe acz zapomniane legendy futbolu(wiecie gdzie czytać):

@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

11

To było ciężkie przeżycie dla wszystkich cules:

8 marca 2005 r. FC Barcelona przegrała na Stamford Bridge z Chelsea FC 4:2 w rewanżowym spotkaniu ⅛ Ligi Mistrzów. Barça broniła wówczas jednobramkowej zaliczki z pierwszego meczu, lecz rewanż zaczął się fatalnie. Do 17 minuty gospodarze strzelili aż 3 gole i totalnie rozbili drużynę Rijkaarda. Bodaj przy pierwszym golu dla Chelsea, banalny błąd popełnił Xavi, tracąc piłke w środku pola. W 26 minucie ręką w polu karnym zagrał gracz ,,The Blues” i karnego wykorzystał Ronaldinho. W 38 minucie ponownie ,,Ronnie” strzelił gola i to jakiego? To była magia… Wynik 3:2 dawał oczywiście Blaugranie awans do ćwierćfinału, jednak pomimo kilku dogodnych szans Barçy, to Chelsea w 76 minucie ze stałego fragmentu gry strzeliła gola i awansowała dalej. Ten gol na 4:2 nie powinien być uznany ponieważ Victor Valdes był przytrzymywany przez Ricardo Carvalho, lecz Pierluigi Collina uznał gola, czym rozsierdził nie tylko mnie ale i wszystkich cules! Pamiętam jak nagrywałem ten mecz(pierwszy na Camp Nou również) na płyte wielonagrywalną, mając nadzieje na wspaniałą pamiątke zwłaszcza po golu Ronniego. Ależ byłem wkurwiony jeszcze na drugi dzień. Pamiętam jak dziś że z rana nie miałem ochoty na żadne śniadanie, zupełnie na nic. Ba! Mało nie rozjebałem szafek w kuchni waląc w nie pięścią! Nie dziwcie się, to był mój pierwszy sezon miłości do Barçy…





@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Monix10
@Sensible
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB

7

@FCBparasiempre
7 marca 1959 r. Argentyna rozgromiła Chile 6:1(4:1) na Estadio Monumental w Buenos Aires. Ten mecz zainaugurował 26 edycje Copa America. Miejscem zmagań o Puchar Ameryki po raz siódmy było Buenos Aires, historyczna kolebka tej imprezy. Monumentalny stadion otworzył podwoje dla 85 tys. widzów, po cichu marzących o wielkim rewanżu za doznanie rok wcześniej upokorzenia. Gospodarze chcąc zmazać palące wspomnienie szwedzkiej ,,Verguenza” czyli hańby i wstydu, kompletnie zmienili zespół. Załamany druzgocącą, nie zawsze sprawiedliwą krytyką odszedł legendarny Guillermo Stabile, pod wodzą którego Albicelestes 6-krotnie(!) zdobywali Copa America. Stworzono szkoleniowy tercet: Victorio Spinetto, Jose della Torre i Jose Barreiro, wspomagany przez grono wytrawnych specjalistów. Ostatecznie szefem trenerskiego triumwiratu został Spinetto, świetny środkowy pomocnik Velez Sarsfield i Independiente, którego nieszczęściem był nadmiar znakomitości na tej pozycji, toteż mimo niewątpliwej klasy w reprezentacji grywał nie często. Obdarzony wybuchowym temperamentem bywał nawet wyrzucany z boiska, lecz miał też niezwykły autorytet i moralną charyzmę, czyniąc zeń postać, jakich niewiele zna historia argentyńskiego futbolu. Po raz pierwszy w dziejach zorganizował on długie zgrupowanie w górach nie opodal Mendozy. Klimatyczne warunki sprzyjały ładowaniu akumulatorów, czym zajmował się wybitny fachman w tym zakresie, nasz rodak z pochodzenia, Adolfo Mogilewski, który pomagał jeszcze Stabilemu w 1955 roku. Zmusił on argentyńskich indywidualistów do ciężkiej pracy a co ważniejsze, metodycznej pracy, niezwykle przy tym urozmaiconej. Oprócz zajęć typowo futbolowych, piłkarze grali w kosza, siatkówkę oraz dużo pływali. Mogilewski starannie dbał o diete i higieniczny tryb życia. Ze starego składu pozostali tylko genialny drybler Corbatta, rutynowany obrońca Lombardo i równie doświadczony pomocnik Mouriño. Szkielet drużyny tworzyli zawodnicy mistrza kraju Racingu: bramkarz Negri, obrońca Murua oraz napastnicy Corbatta, Pizzuti, Manfredini, Sosa, i Belen. Cennym uzupełnieniem był masywny i twardy niegdyś Dellacha, stoper Bernardo Griffa, pracowity pomocnik polskiego pochodzenia Ladislao Cup oraz drobny, zwinny łącznik Calla z Boca Juniors. Na zmiany wchodzili też nieokiełznany drybler Guenzatti i mający zadatki na groźnego strzelca Juan Jose Rodriguez z Boca Juniors. Ton grze nadawali ,,akademicy” z Racingu. Z kolei szybki obrońca Boca Juniors, Juan Carlos Murua zasłynął dżentelmeńskim gestem, kiedy dostrzegłszy kątem oka wijącego się z bólu Paragwajczyka, wybił piłke na aut. Wzbudziło to aplauz trybun, nie wiedzących przecież, iż identycznym gestem w Brazylii popisał się nieco wcześniej legendarny Garrincha. Gwoli ścisłości Argentyna wygrała z Paragwajem 3:1. Nie było w ekipie Albicelestes(oprócz Corbatty) gwiazd godnych stanąć w jednym rzędzie obok minionych sław tej miary co Moreno, Pedernera czy Sivori. Jednak był to właśnie zespół w pełnym słowa znaczeniu zwarty, silny psychicznie, zmobilizowany, doskonale wybiegany i przygotowany fizycznie do trudów długiego turnieju. Tymi walorami Argentyńczycy górowali nad rywalami, z opromienioną mistrzowskim złotem Brazylią włącznie. Atmosfera w drużynie była wspaniała. Krótko przed meczem z Urugwajem cała ekipa zebrana w szatni dodawała sobie ducha chóralnym śpiewem przy akompaniamencie akordeonu.

Z kolei Canarinhos przywieźli do Buenos Aires niemal w komplecie ,,szwedzkich” bohaterów sprzed roku. Zabrakło tylko Vavy, którego jednak udanie zastąpił Valentim z Botafogo, strzelec hattricka w wygranym meczu z Urugwajem. Obie drużyny miały zadawnione porachunki, które postanowiły ,,uregulować” właśnie przy tej okazji. Rozpoczeło się od kilku względnie niewinnych incydentów, które rychło przekształciły się w regularną bijatykę. Stopniowo dołączali do niej rezerwowi, trenerzy i personel pomocniczy. Słynny łysy masażysta Brazylijski Americo, swój zawodowy kunszt wypróbował osobiście na Williamie Martinezie, powalonym przezeń na murawę i cudem uratowanym od uduszenia. Wreszcie do akcji musiały wkroczyć dodatkowe siły argentyńskiej policji. Dopiero po pół godzinie jako tako opanowano sytuację i mecz potoczył się dalej, jak gdyby nigdy nic, chociaż już tylko z udziałem 18 zawodników, bowiem pozostałych czterech sędzia usunął z boiska. Trzeba przyznać że(pomijając ten skandaliczny epizod) mistrzowie świata potwierdzili swą klase. Garrincha rywalizował z Corbattą o miano najlepszego dryblera kontynentu. Didi po profesorsku kierował grą, zaś sam Pele udowodnił wszem i wobec że istotnie jest futbolowym fenomenem. Strzelił jednego gola z Peru, dwa z Chile, jednego z Boliwią, popisał się hattrickiem w meczu z Paragwajem oraz jednego gola w decydującym meczu z Argentyną. Te 8 goli dało mu(w jedynym występie w Copa America) tytuł ,,goleadora”. Jednak nawet jego kapitalne popisy nie zapewniły Brazylii prymatu na kontynencie. Punkt stracony z Peru kosztował ją akurat tyle, by dać się minimalnie wyprzedzić gospodarzom, nad którymi w bezpośrednim pojedynku górowali techniką, lekkością i swobodą. W innych ekipach pojawiło się paru interesujących zawodników. Do elity powrócił Paragwaj. Talentem błysnął obrońca Juan Vicente Lazcano a także strzelec hattricka w meczu z Boliwią, malutki, krągły Cayetano Re, którego snajperskie predylekcje postanowili wykorzystać trenerzy FC Barcelony. W Chile dobrze zaprezentowali się przyszli bohaterowie MŚ 1962, przytomny stoper Raul Sanchez i ofensywny pomocnik o potężnym strzale z dystansu, Eladio Rojas. Ich walory wystarczyły do pokonania 1:0 Urugwaju, dziwnie apatycznego i ospałego. Być może Celestes byli już myślami przy turnieju ,,extraordinario”, który za kilka miesięcy miał się odbyć w Ekwadorze. Tak czy owak sprawili wielki zawód, chociaż we wspomnianym meczu z Brazylią objawili wybitne zdolności pięściarskie. Przeżycia te przypłacił utratą zdrowia i krańcowym załamaniem trener a przede wszystkim mistrz świata z 1930 Hector Castro. Nieźle wypadło za to Peru, którego linia napadu grała efektownie i z polotem. Oprócz znanych już asów jak Gomez Sanchez, Terry czy Seminario, powszechne uznanie wzbudzili dwaj kolejni piłkarze a mianowicie Miguel Angel Loayza oraz Juan Joya. Tak więc w 1959 roku Brazylia zachowała honor ale to Argentyna obroniła tytuł mistrzów Ameryki, remisując w ostatnim meczu z Canarinhos 1:1 po golach Pizzutiego i Pelego.


7

10

Polskie kluby w europejskich pucharach:

7 marca 1979 r. Wisła Kraków pokonała Malmö FF 2:1 w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Europy. W 1979 roku Wisła miała wspaniałą drużynę, złożoną głównie z wychowanków. Adam Nawałka, Andrzej Iwan, Zdzisław Kapka, Henryk Maculewicz, Kazimierz Kmiecik, Marek Wróbel czy Marek Motyka – te nazwiska co dwa tygodnie przyciągały na stadion Białej Gwiazdy kilkunastotysięczną widownię a gdy nadchodziły mecze w Europie – na stadionie pojawiało się ponad trzydzieści tysięcy osób. Drużyna Oresta Lenczyka w pierwszej rundzie pokonała Brugge KV, a w drugiej – dzięki większej liczbie bramek zdobytych na wyjeździe – odprawiła z kwikiem Zbrojovkę Brno. To nie były czasy, gdy polski klub musiał przedzierać się przez skomplikowany system kwalifikacji, by dotrzeć choćby do fazy grupowej. Po odprawieniu Belgów i Czechów Wisła znalazła się w gronie ośmiu najlepszych drużyn w Europie. W marcu 1979 roku drodze krakowian do półfinału stanęli mistrzowie Szwecji, Malmö FF. W pierwszym meczu w Krakowie wiślacy wygrali 2:1. W rewanżu długo utrzymywał się wynik bezbramkowy, a gdy w 58. minucie Kazimierz Kmiecik wyprowadził Białą Gwiazdę na prowadzenie, przed radioodbiornikami w Krakowie rozpoczęło się święto. Półfinał był na wyciągnięcie ręki. W końcówce jednak obrona wiślaków rozpadła się jak stary samochód. W ciągu 25 minut krakowianie stracili cztery gole i musieli się pożegnać z marzeniami o finale. ,,To nie Malmö wygrało. To Wisła przegrała” – skonstatował smutno Lenczyk.


@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj

0

@DonCarletto A daj spokój ja się nie znam jak to się robi

0

@DonCarletto A niby jak i po co?

7

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

7 marca 1957 r. Urugwaj pokonał Ekwador 5:2(2:2) na Estadio Nacional w Limie. To był mecz otwarcia 25 edycji Copa America. Większość historyków futbolu starszej daty skłania się ku opinii iż prawdziwą chwałę rozgrywkom Copa America, porównywalną pod względem poziomu i atrakcji ze ,,złotą dekadą” lat 40-tych przywrócił dopiero turniej w Limie. Po pierwsze była to pierwsza w dziejach piłki latynoamerykańskiej impreza filmowana tak obszernie że zapis na taśmie pozwala istotnie wyrobić sobie niezłe wyobrażenie o tym, co się działo na murawie Estadio Nacional. Po drugie, nigdy jeszcze frekwencja nie dopisała w takim stopniu. Wystarczy powiedzieć iż żaden z meczów nie zgromadził mniej niż 40 tys. widzów a przeciętna wahała się w granicach 50 tysięcy! Po trzecie, po różnych doświadczeniach organizatorzy zapewnili kompletną obsade sędziowską z Europy. Tradycja zapraszania arbitrów europejskich miała w Ameryce swoje uzasadnienie. Miejscowi sędziowie niejednokrotnie nie potrafili sobie poradzić z niesfornymi piłkarzami, często też kwestionowano ich kompetencje i bezstronność. Po czwarte turniej w Limie stał się symboliczną sztafetą pokoleń. Po raz ostatni o Copa America walczyły żywe legendy, najwybitniejsi przedstawiciele pokoleń, właśnie schodzących z areny: Brazylijczyk Zizinho, Argentyńczyk Nestor Rossi, Kolumbijczyk Efrain Sanchez, Peruwiańczyk Valeriano Lopez czy też Chilijczyk Jorge Robledo. Ponieważ natura nie znosi próżni, na firmanencie wschodziły nowe gwiazdy o równie olśniewającym blasku: Sivori, Corbatta, Maschio, Angelillo, Garrincha, Pepe, Evaristo, Santamaria, Goncalvez, Sasia, Gamboa czy Benitez z Peru. Po piąte, mistrzostwa stały na dawno nie oglądanym poziomie.

Każdy mecz był wydarzeniem i stanowił niezapomniane widowisko. Aż cztery drużyny reprezentowały zbliżoną najwyższą klase, tocząc niezwykle wyrównane, dramatyczne boje. Obyło się bez skandali, dramaty sportowe nie okazały się tragediami jak w Chile w 1955. Dominował nastrój wielkiego święta, futbolowej fiesty, radosnej i otwartej. Wobec tak nastawionej publiczności sami piłkarze dokładali starań aby wypaść jak najefektowniej i nie zawieść oczekiwań. Toteż grali fair, pięknie, ofensywnie, demonstrując wysoki kunszt techniczny. Wreszcie po szóste, turniej wyłonił mistrza nad mistrze. Argentyna wprawiła w zachwyt najwybredniejszych nawet koneserów. Od czasów Moreno, Mendeza, Pedernery i Loustau nikt nie grał z taką swobodą, lekkością i finezją a zarazem tak mądrze i skutecznie. Legendarny Stabile osiągnął ze swoją drużyną w Limie same szczyty futbolowej maestrii. To była ekipa jaka trafia się raz na kilka dziesięcioleci. Stabile pozostawił w składzie trzech, czterech wypróbowanych wcześniej zawodników. Dellacha i Vairo w obronie, na lewym skrzydle Cruz w ostatniej chwili zastąpił zeszłoroczną rewelacje, Antonio Garabala, no i wreszcie legendarnego Omara Sivoriego, który właśnie w Limie objawił pełna skalę swego już nie talentu ale wręcz piłkarskiego geniuszu. Już w samym turnieju oczarowali natomiast nowicjusze: genialny Nestor Rossi, Corbatta, Maschio, Angelillo i Maschio. Nestor Rossi w trakcie meczu z Brazylią toczył zacięte pojedynki z niezwykle zręcznym Didim, który raz udanie założył Rossiemu ,,siatke”. Kiedy po kilkunastu minutach Didi powtórzył ten numer, Nestor donośnie ryknął na osłupiałego Brazylijczyka: ,,Raz to jeszcze mogę zrozumieć ale żeby w jednym meczu Rossiemu zrobić dwa ,,tunele” to już naprawdę za dużo, to skandal!”. Podczas turnieju w Limie Argentyna szła jak burza, dosłownie zmiatając kolejnych przeciwników. Dopiero w ostatnim meczu z gospodarzami, kiedy już wszystko było przesądzone, pofolgowała sobie i grając na ćwierć gwizdka dała Peruwiańczykom satysfakcje honorowego zwycięstwa.


@DaPidejpi
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96

14

Rekordy Messiego:

7 marca 2012 r. Lionel Messi ustanowił rekord Ligi Mistrzów. Podczas meczu rozgrywanego na Camp Nou z Bayerem Leverkusen(wygranym 7:1), Leo strzelił aż 5 goli! Pozostałe 2 gole strzelił Christian Tello. Jednak 2,5 roku później rekord ten wyrównał były zawodnik Szachtara Luiz Adriano, który 5 goli wbił przeciwko Bate Borysów. Wprawdzie nie oglądałem meczu na żywo ale nagrałem go później na płytke z powtórki bodaj na TVP Sport. To się nazywa pamiątka.


@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj

8

@FCBparasiempre
6 marca 1954 r. urodził się Harald ,,Toni” Schumacher, znakomity niegdyś bramkarz. Ponad trzydzieści lat temu swą wspaniałą grą czarował nas Toni Schumacher, zawodnik FC Köln, którego opinia w mediach była mocno nadszarpnięta. Faul, którego dopuścił się na francuskim zawodniku Battistonie, przypiął do niego łatkę brutala. Od tamtego momentu zwano go „potworem z Sewilli” a padały nawet słowa „gorszy od Hitlera”. W wielu przypadkach Toni podkreślał, że jego ulubionym filmem jest „Rocky”, w którym główna rolę gra Sylwester Stallone. Oglądając go, uświadomił sobie jedno – chłopak ze społecznego dna też może w życiu wiele osiągnąć, grunt to nie poddawać się i mieć silną wolę. Powtarzał sobie często w duchu, że jest właśnie taki jak Rocky, tylko zajmuje się inną dyscypliną sportu. Swoje dzieciństwo Toni spędził w Düren, gdzie się urodził. Było to jedno z najbardziej zniszczonych w czasie wojny miast w Niemczech. Miejscowość ta jak łatwo się domyślić nie należała do bogatych a towarzystwo, w którym przyszło wychowywać się Toniemu, zwane było marginesem społecznym. Codzienne jedzenie kartofli, małe mieszkanie będące powodem późniejszej klaustrofobii. W takich warunkach dorastał przyszły reprezentant swojego kraju. Ojciec Schumachera pracował na budowie. Podobno był dobrym i spokojnym człowiekiem, który wstawał rano, szedł pracować, a na koniec dnia siadał przy piecu, aby się zrelaksować. Wielki wpływ na wychowanie syna miała przede wszystkim mama, która była krawcową. Wpajała mu ważne wartości, mówiąc wprost: ,,Bieda nie hańbi. Trzeba być uczciwym i pracowitym. Wtedy nie ma czego się wstydzić.”– cytat z książki „Toni Schumacher – gryźć trawę”. Przygoda Toniego z piłką zaczęła się całkiem zwyczajnie. Będąc małym dzieckiem, grał z kolegami gdzie popadnie. Był prawdziwym wulkanem energii. Za namową matki zapisał się do klubu Schwarz-Weiss Düren, gdzie początkowo występował na pozycji napastnika. Niespożyte zasoby sił sprawiały, że młodzieniec biegał od przeciwnika do przeciwnika. Szybko został zrugany przez swojego trenera, który mu to wypominał i kazał grać z głową. Mama podzielała zdanie opiekuna i zaproponowała stabilizację, którą miało być stanięcie między słupkami bramki. Miał wtedy dwanaście lat. Kluczowym czynnikiem w budowaniu jego kariery była żelazna wola. Od niej wszystko się zaczynało, a kończyło na ciężkiej pracy nad sobą. Od samego początku całkiem dobrze radził sobie w pojedynkach w polu karnym. Zapewne zastanawiacie się również, dlaczego na Haralda Schumachera mówiono Toni. Ksywka jest aluzją do Toniego Turka, najlepszego niemieckiego bramkarza czasów powojennych, a także zdrobnieniem jego drugiego imienia Anton. Piłka nożna stała się jego życiem. Na bok odstawił wszystkie przyjemności, dyskoteki i dziewczyny. W wieku 15 lat trenował cztery razy w tygodniu. W tym czasie wzorem dla niego była dwójka bramkarzy lat pięćdziesiątych: Fritz Herkenrath i Toni Turek. W reprezentacjach młodzieżowych stopniowo piął się coraz wyżej. Reprezentacja okręgu, regionu środkowej Nadrenii, Niemiec Zachodnich i młodzieżówka. W jednym z meczów w barwach Niemiec Zachodnich na koniec rozgrywanego turnieju obronił trzy z pięciu karnych. Wtedy zaczęto mówić głośno o wielkim talencie, a kluby zaczęły zakasywać rękawy na młodego bramkarza.

Pewnego dnia z propozycją gry w zespołach młodzieżowych 1. FC Köln wyskoczył Jupp Röhrig, były piłkarz „Kozłów”, który rozegrał 12 spotkań w barwach RFN. Młodemu zawodnikowi bardzo schlebiało zainteresowanie ze strony takiego klubu, jednak mama upierała się, aby najpierw skończył szkołę i wyrobił zawód. Tak się też stało, a Toni wyuczył się kowalstwa miedzi. Nie zapomniano o nim i po egzaminie czeladniczym Röhrig zgłosił się ponownie. Kontrakt z Köln był czymś niesamowitym. Wypłata o wysokości 1200 marek miesięcznie, 30 tysięcy rocznej premii – w sumie 45 tysięcy marek rocznego dochodu. ,,Różnica między amatorską a zawodową piłką nożną jest taka, jak między lodami malinowymi a drapaczem chmur” – Toni Schumacher” Walka o miano pierwszego bramkarza, a także walka ze samym sobą Pierwszym wyborem w Kolonii był wówczas Gerhard Welz. Często mówi się, że świetni bramkarze mają w sobie coś z szaleńca – takim był konkurent Schumachera. Młody Toni miał nadzieję, że jako młodzieżowy reprezentant kraju z łatwością poradzi sobie ze swoim przeciwnikiem. W tym momencie Welz był jednak o klasę wyżej. Schumacher nie miał możliwości pokazania się w meczach pucharowych, nie mówiąc już o lidze. Grał w mało znaczących spotkaniach, przeważnie towarzyskich. O miano drugiego bramkarza walczył wówczas z Jugosłowianinem Slobodanem Topalovicem. Trener bramkarzy Rolf Hergins dawał Toniemu nieźle w kość na treningach. Na pierwszym z nich nie złapał praktycznie żadnej piłki, która leciała w jego stronę. ,,Twoja wola walki za wszelką cenę, po kilkugodzinnym treningu, resztkami sił. Zawsze byłeś gotów dać z siebie wszystko do końca. Wolę to niż osiem godzin przy kuciu miedzi – powiedziałeś i to mi zaimponowało” – słowa Rolfa Herginsa skierowane do Schumachera. Wraz z upływem czasu do Toniego przylgnął przydomek „Rzucawa”, z którego krótko mówiąc, dumny nie był. Szkoleniowiec „Kozłów” Hennes Weisweiler nie krytykował nigdy swojego podopiecznego wprost. Jak podkreślał Toni – był świetnym trenerem, jednak nie budował relacji koleżeńskich ze swoimi zawodnikami, wolał deprymująco z każdego szydzić. ,,Trzeba się będzie pozbyć tego Schumachera”– mówił Weisweiler. W przywróceniu wiary w siebie pomógł mu bardzo trening autogeniczny z panią doktor Schreckling. Mimo początkowej niechęci do tego typu wsparcia – przekonał się na dobre. Ćwiczył pół godziny dziennie, by później przychodzić 6 razy w tygodniu na godzinne sesje. Nie zrobiły one jednak wrażenia na menadżerze klubu, którym był Karl-Heinz Thielen. Nadal nie chciano Toniego w klubie. Numerem jeden od nowego sezonu miał zostać bramkarz Herthy Berlin Norbert Nigbur. W meczach Bundesligi występował Topalovic, który jednak ze względu na strach przed podróżą samolotem odmówił wyjazdu na mecz do Berlina. Swoją szanse wykorzystał Toni, prezentując fenomenalną formę. Pozycję numer jeden dodatkowo umocnił występ w finale Pucharu Niemiec, w którym to Kolonia pokonało 1:0 ekipę Herthy. Stojący w bramce berlińczyków Nigbur po meczu stwierdził, iż przeciwnicy przekupili sędziego, toteż dopięcie jego kontraktu było sprawą zamkniętą – dla działaczy i kibiców Köln był skreślony. Dwa dni później Weisweiler powiedział Toniemu, że dla niego w tym momencie tylko on liczy się w bramce. W taki oto sposób Schumacher nie oddał już miejsca między słupkami. Stał się legendą „Kozłów”, wygrywając trzykrotnie Puchar Niemiec, dwukrotnie wicemistrzostwo kraju oraz co najważniejsze mistrzostwo Niemiec w 1978 roku! W 1986 roku zagrał także w finale Pucharu UEFA przeciwko Realowi Madryt, jednak „Królewscy” nie dali się pokonać.

Pomimo wbitej sobie do głowy reguły, że musi zagrać w 400 meczach z rzędu (chciał być jak Sepp Maier) spośród 422 występów w barwach Köln zagrał kolejno tylko w 213. Stało się tak ze względu otwartej krytyki Toniego wobec „polityki zakupów” klubu (konflikt na linii Adidas – Puma) i zawieszenia na mecz z Waldhof Mannheim. Na mistrzostwach świata w 1982 roku los w półfinale skojarzył RFN z Francją. Mecz został rozegrany w Sewilli. Wszyscy świadomi wagi tego spotkania wyszli na boisko maksymalnie skoncentrowani. W odczuciu Schumachera był to mecz ostatniej szansy na zmienienie fatalnej opinii w prasie na temat organizacji oraz atmosfery w drużynie Niemiec. Podczas meczu francuscy zawodnicy poobijali Toniego, jeden nawet stanął mu na dłoni, jednak ten wytrzymał ból, wiedząc, jak ważne jest to spotkanie. W pewnym momencie Patrick Battiston zaczął swój rajd w kierunku bramki Schumachera, który wybiegł naprzeciw niego i wyskoczył wysoko, uderzając całym ciałem w przeciwnika. Piłka przetoczyła się obok bramki, a Patrick leżał na murawie. Toni założył, że podchodząc do niego może wywołać spory konflikt, wrócił więc do bramki i nerwowo zaczął bawić się piłką. Battistonowi udzielono pomocy na boisku, z którego szybko przetransportowany został do szpitala. Mecz toczył się dalej. Wynik 3:3, nadszedł czas na rzuty karne, które Schumacher tak świetnie potrafił bronić. Obronił dwa, dzięki czemu Niemcy przeszli do finału. To właśnie w tym dniu Toni został określony „boiskowym brutalem” na dobre. Z trybun padały nieprzyjemne okrzyki oraz wyzwiska „jesteś gorszy niż Hitler” można było usłyszeć z daleka. Niemieccy dziennikarze po meczu zaczęli wypytywać o całą sytuacje Schumachera, którego wypowiedź przeszła do historii:

-a wiesz, że Battiston stracił dwa zęby?

-jeśli tylko tyle, to gotów jestem zafundować mu pierwszorzędne koronki – odpowiedział.

Po pewnym czasie Toni spotkał się z Patrickiem. Na spotkaniu wytłumaczyli sobie, że cała sytuacja to jedno wielkie nieporozumienie. Tak widział to Schumacher, tak też widział to Battiston. Dziennikarze zrobili zdjęcie uścisku ich dłoni – tym samym spór został załagodzony. Przy okazji jednego z meczów międzypaństwowych (był to spotkanie towarzyskie 18 kwietnia 1984 roku, wygrane przez Francję 1:0) panowie wymienili między sobą koszulki, jednak zrobili to w szatni, ponieważ Toni nie chciał rozgłosu tej sytuacji i kolejnych wspomnień „zażegnanego kryzysu”. Niewątpliwie jednym z sukcesów, które w CV może zapisać sobie Toni, jest mistrzostwo Europy z 1980 roku. Prawdziwe show miało zacząć się dwa lata później, jednak Niemcy ulegli zespołowi z Włoch w finale mistrzostw świata w Hiszpanii. W kolejnym turnieju także dotarli do finału imprezy w Meksyku, gdzie zmierzyć mieli się z Argentyną. Był to praktycznie ostatni dzwonek dla Toniego, aby wrócić z mundialowym złotem. Godziny ciężkich treningów i pełna koncentracja miały być kluczem do sukcesu. Głównym założeniem tego meczu było wyłączenie z gry Diego Maradony, którego miał podjąć się Lothar Matthäus. Toni, powtarzający sobie w duchu „zagrałeś świetnie z Francją, jesteś najlepszym bramkarzem świata” budował swoją pewność. Mecz się rozpoczął. Feralny rzut wolny i pada bramka dla Argentyny. Całkowicie nieudane wyjście Schumachera i Niemcy przegrywają. Pada także drugi gol, którego nie był w stanie obronić. Często mówi się, że 2:0 to niebezpieczny wynik. Tak było też w tym przypadku – Rummenigge strzelił na 1:2, a nieco później na tablicy widniał już wynik 2:2. Pięć minut przed końcem to jednak Argentyńczycy wbili kolejną bramkę, tym razem interwencja bramkarza była spóźniona. Po meczu Schumacher wypowiedział się dla RTL: ,,Broniłem jak ostatnia dupa. Gdybym w tym meczu bronił tak jak z Francją i Meksykiem, mielibyśmy mistrzostwo świata”.

Po zakończeniu kariery Toni zajął się trenowaniem bramkarzy w Schalke, Bayernie, Kolonii oraz Leverkusen. Pełnił tę funkcję także w Borussii Dortmund, z czym wiąże się ciekawa historia. W ostatnim meczu ligowym sezonu 1995/1996, gdy BVB miało już zapewnione mistrzostwo Niemiec, zmienił na dwie minuty w bramce Wolfganga de Beera. Miał wówczas 42 lata i stał się najstarszym zawodnikiem, który zdobył mistrzostwo Bundesligi.


Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?