0

@kuz Gdyby nie Ter Stegen to te gole dawały by tylko jeden punkt a w najgorszym razie zero!

0

@Survier No akurat nie trener. W mojej opinii uważam że rozmienianie się na drobne w Lidze Europejskiej(której i tak według mnie nie wygramy) źle wpłynie na przebieg La Liga a może wręcz przeszkodzić w końcowym triumfie. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie kontuzji, które również się przyplątują...

1

Wprawdzie dopisuje nam szczęście i często wygrywamy 1:0; wprawdzie mistrzostwo kraju zdobywa cały klub, jednak gdy już zdobędziemy ten upragniony tytuł mistrzowski, wówczas bedziemy zawdzięczali go głównie Araujo a zwłaszcza Ter Stegenowi. To oni będą ojcami triumfu w La Liga, na który tak wszyscy czekamy. Jedynym zagrożeniem mistrzostwa Hiszpanii jest.... Liga Europejska...

1

@Symson Prawda? Moje czasy szkolne właśnie przypadały ne ere Piechniczka i od tamtej pory zafiksowałem się na futbol. Z tą tylko różnicą że moja ,,pierwszą miłością" był(i będzie) łódzki Widzew, jednak ,,Kolejorza" zawsze lubiłem, zwłaszcza za trenera Jacka Zielińskiego...

8

@FCBparasiempre
,,Byłem królem… A wy pierwsi, bezduszni idioci, przyznacie, że byłem królem…” – to pierwsze słowa głównego bohatera filmu ,,Heleno”(w roli tytułowej Rodrigo Santoro), poświęconemu najbardziej zapomnianej legendzie brazylijskiego futbolu. Powyższe słowa idealnie odzwierciedlają jego osobowość. Nie wiadomo, co u Heleno De Freitasa było większe – samouwielbienie czy talent do piłki nożnej. Między innymi te dwie cechy sprawiają, że jest on jedną z najbardziej fascynujących postaci w historii piłki nożnej. Każda epoka czy też dziesięciolecie brazylijskiego futbolu ma swój symbol. Najpierw był Arthur Friedenreich smarowany pudrem ryżowym, aby żadnego białego człowieka w Brazylii nie kuła w oczy świadomość gry z czarnym. Lata przedwojenne to – według legendy – bosonogi Leonidas, któremu na mundialu we Francji w 1938 roku kroku dotrzymywał jeden z najbardziej kontrowersyjnych zawodników w historii polskiej piłki nożnej, czyli Ernest Otto Prandella, bardziej znany jako Ernest Wilimowski. Na innym mundialu, w Szwecji, dwadzieścia lat później narodziła się legenda Pelégo. Niespełna osiemnastoletni gracz Santosu wraz z kolegami zdobył pierwsze dla Brazylii mistrzostwo świata, spełniając obietnicę z dzieciństwa, kiedy to słuchający w radio – jak napisał urugwajski poeta Eduardo Galeano – ,,najbardziej donośnej ciszy w historii futbolu” – dziesięcioletni Edson Arantes do Nascimento, wtedy zwany jeszcze Dico poprzysiągł zemstę i zdobycie upragnionego przez Brazylijczyków Pucharu Julesa Rimeta. Później Brazylia miała swoich kolejnych idoli: destrukcyjnego w swym radosnym i beztroskim sposobie bycia Garrinchę, niespełnionego Zico, niepokornego Romario, walczącego z nadwagą nie tak skutecznie jak z rywalami Ronaldo, nonszalanckiego w swojej radości z grania Ronaldinho, aż po dzisiejszą gwiazdkę, czyli Neymara. Niestety, w dyskusji o największych wirtuozach brazylijskiego piłkarstwa zapomina się o jednej postaci. Być może dlatego, że najlepszy moment jego kariery przypadł na czasy niepokoju o byt, a nie niepokoju o mecz, czyli okres II wojny światowej. Być może o bohaterze mojego tekstu zapomniano, ponieważ w odróżnieniu od Pelégo czy Ronaldo niczego wielkiego nie wygrał. Niespełnienie. To właśnie wraz z nieprzeciętnym talentem wykreowało jego legendę. W 1937 roku prezes Botafogo Carlito Rocha, będąc na Copacabanie, zwrócił uwagę na pewnego młodzieńca, który całkiem sprawnie żonglował…pomarańczami. Rocha błyskawicznie sprowadził młodziana do swojego klubu. W 1939 roku De Freitas zadebiutował w dorosłej drużynie Botafogo. W ciągu dziewięciu lat gry dla ,,Fogão”, Heleno w 235 meczach strzelił 209 goli. Niemal każdego fetował tańcząc sambę. Jego gra również miała w sobie coś z tańca, coś ze sztuki. Eduardo Galeano tak wspomina jedną z jego wielu bramek: ,,Heleno odwrócony plecami do bramki rywala, przyjął piłkę na pierś. Obrócił się, nie pozwalając futbolówce upaść, cały czas balansując nią na klatce piersiowej, wyginając się niczym gimnastyk. Między nim a bramką znajdowali się wszyscy obrońcy Flamengo – wydawać by się mogło, że jest ich nieskończenie wielu. Heleno przechylił się zatem do tyłu i nienaturalnie wygięty, z piłką na sobie wbiegł między zaskoczonych obrońców, nie wiedzących czy faulować czy odpuścić. Uczynili to drugie, a De Freitas spokojnie umieścił piłkę w siatce i wydał z siebie okrzyk radości, niczym lew, król zwierząt. Jednym z atutów urodzonego w 1920 roku Heleno bez wątpienia była pewność siebie. To dzięki niej mógł brylować na salonach Rio de Janeiro. Nazywano go ,,królem Rio”. Był przedstawicielem piłkarskiej inteligencji. Słuchał jazzu, czytywał Szekspira i Dostojewskiego. Jego ojciec był właścicielem ogromnej plantacji kawy, dzięki czemu dzieciństwo Heleno nie wpisywało się w kanon biednego, skromnego, pełnego wyrzeczeń okresu, charakterystycznego dla wielu gwiazd brazylijskiej piłki nożnej. Wyższe wykształcenie (studia prawnicze), elokwencja i świadomość swojej siły sprawiała, że przyciągał wiele kobiet. Grając przez krótki czas w kolumbijskim Atlético Junior, poznał laureata Literackiej Nagrody Nobla z 1982 roku, autora ,,Stu lat samotności” Gabriela Garcíę Márqueza , który pisał o nim: ,,Jako piłkarz Heleno pluł ogniem i lodem jednocześnie-był kimś więcej niż napastnikiem. Cały czas dawał innym powody, by mówili o nim źle.

Jeszcze jeden cytat od Galeano: ,,Miał twarz Rudolfa Valentino i temperament wściekłego psa. Na boisku był zwierzęciem. Pewnej nocy w kasynie, przegrał wszystkie pieniądze jakie miał. Następnej nocy, Bóg jeden wie gdzie to było – przegrał swoją chęć do życia.” De Freitas nie znosił sprzeciwu i bylejakości. Przed rozpoczęciem jednego z kolejnych sezonów w Botafogo, Heleno postanowił wpłynąć na poczynania swoich kolegów przemową motywacyjną. ,,Król Rio” wjechał na murawę boiska treningowego na motocyklu, po czym zarzucił piłkarzom ,,Fogão” brak zaangażowania, ambicji i przeciętność. Jedną z obsesji Heleno było zdobycie mistrzostwa stanu Rio de Janeiro z Botafogo. Niestety, nigdy mu się ta sztuka nie udała. Po kolejnej porażce w 1947 roku, De Freitas zdemolował szatnię, a jego ręce ociekały krwią. Koledzy z zespołu, trener Flávio Costa oraz prezes Carlito Rocha coraz częściej mieli dość fochów i wybuchów Heleno, który właśnie z tego powodu doczekał się pseudonimu ,,Gilda”, na cześć równie kapryśnej postaci granej przez Ritę Hayworth w filmie o tym samym tytule. Pewnego dnia Costa wytknął bohaterowi tekstu bumelanctwo. Po treningu Heleno podszedł do trenera i…wymierzył do niego z pistoletu. Na całe szczęście, w magazynku nie było żadnego naboju. Prezes w 1948 roku zdecydowali, że Heleno musi opuścić Botafogo. Sprzedano go do Boca Juniors Buenos Aires. De Freitas źle znosił nieobecność żony Ilmy i dziecka. Dodatkowo dokuczał mu chłód stolicy. Heleno zdarzało się trenować… w płaszczu. Podczas pobytu w Argentynie podobno miał mieć romans z Evą – żoną dyktatora Juana Perona. W 1949 de Freitas chciał wrócić do Botafogo, jednak prezes Rocha nie był zainteresowany powrotem czupurnego gwiazdora i Heleno związał się z Vasco da Gama. W końcu zdobył upragnione mistrzostwo stanowe, jednak wtedy niewiele już zostało z blasku ,,króla Rio”. Uzależnienia od alkoholu, papierosów i eteru oraz niechęć przed podjęciem leczenia przeciwko kile wyniszczały jego organizm. Podobny los spotka później kolejnego bożyszcza Botafogo: kochającego życie, czerpiącego z niego pełnymi garściami. Nazywano go Garrincha…

Heleno De Freitas tak jak, chociażby George Best nigdy nie dostąpił zaszczytu gry na mistrzostwach świata. II wojna światowa niewątpliwie zabrała mu dwie okazje ku temu, aby wystąpić w najbardziej prestiżowych rozgrywkach. Nie było mu również dane wygranie Copa America. W 1945 roku został nawet królem strzelców imprezy wraz z Argentyńczykiem Norberto Méndezem. Niestety, w finale lepsi okazali się ,,Albicelestes”. Rok później Brazylia ponownie musiała zadowolić się srebrem. Innym niezrealizowanym marzeniem Heleno był występ na mundialu rozgrywanym w jego ojczyźnie. Niestety w 1950 roku był on już cieniem samego siebie. Na dodatek selekcjonerem reprezentacji Brazylii był znienawidzony przez gwiazdora Flávio Costa. Wielu kibiców uważa jednak, że z Heleno na boisku zamiast króla strzelców turnieju Ademira, nie doszłoby do tragedii, którą Brazylijczycy nazywają ,,Maracanãzo”. Rok po klęsce brazylijskiej reprezentacji na Maracanie, Heleno dostąpił zaszczytu wystąpienia na tym legendarnym obiekcie, już w barwach klubu América. Na murawie wyglądał na zagubionego i rozkojarzonego. W 35 minucie sędzia wyrzucił go z boiska po brutalnym faulu na jednym z przeciwników. W ten sposób pożegnał się z futbolem. Choroba psychiczna i poczucie niespełnienia nękały jego umysł i duszę. Z chorobą nie radził sobie tak dobrze jak z rywalami na boisku czy też kobietami na bankietach. Na prośbę rodziny w 1953 roku został umieszczony w ośrodku leczniczym w Barbacenie. Tam również pokazywał, jak bardzo trudny miał charakter. Kiedy dowiedział się z radia, że Brazylia, bez niego, w końcu zdobyła upragniony Puchar Świata, podjął nieudaną próbę samobójczą, odpalając kilkanaście papierosów naraz. Innym razem chciał się zabić, połykając wycinki z gazet, będące ozdobą jego pokoju i dowodem na to, że człowiek, którym dziś zawładnął obłęd, kiedyś władał milionami serc w całej Brazylii. Bóg chyba bacznie obserwował jego poczynania, bowiem zabrał go do siebie zaledwie rok po historycznym triumfie ,,Canarinhos”. Miał 39 lat. Szkoda, że nie spełnił innych jego próśb, bo tak wielki piłkarz jak Heleno De Freitas bez wątpienia na to zasłużył.


0

@KrwawiaceoczyVEB Nie rozumiem tylko, bo patrze na wikipedii że urodził się w Madrycie, grał w młodzieżowej reprezentacji Hiszpanii i Argentyny? Generalnie pisze że jest Argentyńczykiem, więc nic z tego nie rozumiem?

0

@KrwawiaceoczyVEB A to taki z niego kozak...?

0

Skąd się wziął do cholery ten rewelacyjny Garnacho? Dlaczego on wcześniej nie trafił do ,,naszej" Barcuni?

10

Wyjątkowe legendy latynoskiego futbolu:

12 lutego 1909 r. urodził się Bernabe Ferreyra. W czasach, gdy za piłkarzy nie płacono jeszcze wielkich pieniędzy argentyńskie River Plate sięgnęło głęboko do kieszeni, żeby pozyskać Bernabé Ferreyra. Transfer za 23 000 funtów okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ gwiazda Tigre (45 goli w 43 meczach) przez siedem lat była główną strzelbą Los Millonarios (187 goli w 185 meczach!). Co zaskakujące, zawodnik o przydomku „El Mortero Rufino” lub „La Fiera” zagrał tylko cztery razy w reprezentacji kraju i ani razu nie zdołał pokonać bramkarza rywali „Albicelestes”. Czy Ferreyra był więc aż tak dobry? Słynny argentyński napastnik, Jose Manuel Moreno, twierdzi, że tak: ,,Bernabé był wyjątkowym zawodnikiem: przy nim przeciwnicy musieli pracować dwa razy ciężej niż przy innych zawodnikach. Dla nas, partnerów z drużyny, sprawiał, że wszystko stawało się łatwiejsze. Jednak jako człowiek zawsze znaczył więcej. Bernabé zasłużył na ogromne pieniądze, jakie otrzymał, ale nie potrafił ich przy sobie zatrzymać. Dawał je innym ludziom, nie prosząc o nic w zamian. Kiedy on uścisnął twoją dłoń, mogłeś być pewny, że znalazłeś przyjaciela na całe życie.”



@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@DaPidejpi
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

3

@Lionel_Messi10 No może i dwaaa ale jednak pan Szpakowski nie będzie komentował tego meczu bo to inna telewizja, no chyba że jakiś inny komentator będzie się zachwycał Barcą tak jak pan Dariusz....? Szkoda że dzisiejszy mecz nie leci na Elevenach bo nie mam Canal plus w tv

7

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
12 lutego 1958 r. w Trzebiechowie urodził się Krzysztof Pawlak. W latach 1983-1987 był podstawowym obrońcą polskiej reprezentacji. Był też filarem obrony Lecha Poznań w latach 1980-1988 – zdobył z nim 2 mistrzostwa Polski i 3 puchary kraju. Sport był w jego życiu tak ważny, że o tydzień przełożył ślub, żeby tylko zagrać w Łodzi przeciwko Widzewowi. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Kaliszu, w drużynie Calisii. W wieku 17 lat przeniósł się do poznańskiej Warty, a edukację kontynuował w V LO w Poznaniu. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Hannę Kijewską, siostrę legendy poznańskiego basketu, Eugeniusza Kijewskiego. Po pięciu latach gry dla Zielonych, na początku 1980 roku przeniósł się do Kolejorza. W niebiesko-białych barwach zadebiutował 9 marca tego roku w wygranym 2:0 meczu z bydgoskim Zawiszą. W tym spotkaniu swój debiut zaliczył również trener Wojciech Łazarek, który od początku stawiał na „Gogusia” (tak Pawlaka nazywali koledzy z drużyny). Pawlak grał na prawej obronie, choć zdarzało mu się występować na stoperze lub w pomocy. W barwach Lecha rozegrał 281 spotkań, w tym m.in. 232 w I lidze i 10 w europejskich pucharach, zdobył w nich 19 goli. Z Lechem dwukrotnie został mistrzem Polski i trzy razy sięgnął po Puchar Polski. Odszedł w 1988 roku do belgijskiego Lokeren, by po półrocznym pobycie w tym klubie przenieść się do szwedzkiego Trelleborga. Do kraju wrócił w 1993 roku do Warty, z którą awansował i jeszcze przez rok występował w I lidze. Rozegrał 31 spotkań w reprezentacji narodowej (zdobył nawet bramkę przeciwko Indiom). Debiutował w meczu z Rumunią w Krakowie w 1983 r. Wystąpił na Mistrzostwach Świata w Meksyku w 1986 roku (zagrał przeciwko Portugalii i Anglii) i był pierwszym lechitą, który rozegrał mecz na MŚ. Po raz ostatni wystąpił w reprezentacji w meczu eliminacji Mistrzostw Europy z Węgrami w Budapeszcie (1987 r., przegrana 3:5). W 1986 roku ukończył poznański AWF i uzyskał uprawnienia trenerskie. Pierwszą samodzielną pracę trenerską podjął w Sokole Pniewy, później pracował z Wartą Poznań i GKS-em Bełchatów, z którym w 1996 roku dotarł do finału Pucharu Polski. W tym samym czasie selekcjonerem reprezentacji został Antoni Piechniczek, który swoim asystentem mianował właśnie Pawlaka. Gdy eliminacje do MŚ we Francji były już przegrane, Pawlak zastąpił w ostatnim meczu zdymisjonowanego Piechniczka. W czerwcu 1997 wygrał 4:1 z Gruzją i jest jedynym selekcjonerem kadry, który może się pochwalić stuprocentową skutecznością zwycięstw. Od lipca 1997 roku do marca 1998 prowadził Kolejorza, ale wyniki zespołu nie były zadowalające. Potem prowadził m.in. KP Konin, Polonię Środa Wielkopolska i Kanię Gostyń.

@AssisMoreira
@Symson
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

9

Epokowe wydarzenie w dziejach Blaugrany:

12 lutego 1929 r. ,,nasz'' ukochany klub zagrał pierwszy w historii mecz w Primera Division. Inauguracyjny sezon La Ligi rozpoczął się 10 lutego 1929 r. Dwa dni później Duma Katalonii rozegrała pierwszy historyczny mecz na Campos de Sport del Sardinero w Santander, pokonując tamtejszy Racing 0:2. Mecz toczył się w fatalnych warunkach atmosferycznych, więc trybuny były niemal puste. Blaugrana zagrała w eksperymentalnym zestawieniu uwzględniającym zawodników z rezerw. Legendarny Josep Samitier, nominalny ofensywny pomocnik wystąpił z tego powodu na środku obrony. Pierwsze historyczne 2 gole dla Barcy strzelił napastnik Manuel Parera Penella. Pięć dni później Blaugrana rozegrała pierwszy ligowy mecz u siebie, przegrywając z Realem Madryt 1:2. W ten sam dzień również na Les Corts odbyło się drugie spotkanie ligowe pomiędzy barcelońską Europą a Arenas de Getxo(5:2). Na oba mecze obowiązywał jeden bilet za 3 pesety.



@Symson
@Ogorinho1974
@Monix10
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj

0

Właśnie włączyłem Eleven aby zobaczyć jak sobie radzi Messi w meczu AS Monaco z PSG i co widze? No właśnie nie wiele widze a zwłaszcza Leo Messiego nie widze?

7

Grzech porażki:

Futbol kreuje swoje bóstwa, po czym wystawia je na zemste wyznawców. Z futbolówką u nogi i barwami narodowymi na piersi piłkarz ucieleśnia naród i maszeruje na podbój nowych terytoriów. Kiedy wraca pokonany, wojownik staje się upadłym aniołem. W 1958 r. na lotnisku Ezeiza ludzie rzucali monetami w piłkarzy reprezentacji Argentyny, którzy nie popisali się na mistrzostwach świata w Szwecji. Z kolei w 1982 r. Carlos Caszely przestrzelił karnego a kibice w Chile zamienili jego życie w piekło. Dziesięć lat później kilku etiopskich zawodników poprosiło ONZ o udzielenie im azylu politycznego po przegranej 1:6 z Egiptem. Istniejemy, dopóki wygrywamy. Gdy przegrywamy, przestajemy istnieć. Reprezentacyjna koszulka stała się najbardziej przekonującym symbolem zbiorowej tożsamości, nie tylko w małych lub biednych krajach, dla których piłka nożna jest jedynym sposobem zaistnienia na mapie świata. Kiedy w 1994 r. Anglia odpadła w eliminacjach mistrzostw świata, ,,Daily Mirror” dał na pierwszej stronie taki nagłówek: ,,KONIEC ŚWIATA!”. W futbolu, podobnie jak w innych dziedzinach życia, zabrania się przegrywać. Pod koniec XX wieku porażka jest jedynym grzechem, którego się nie wybacza. Podczas mundialu w USA grupka fanatyków spaliła dom oskarżonego o przegraną bramkarza Kamerunu Josepha Bella a kolumbijski piłkarz Andres Escobar zginał od kul w Medellin. Jego pech polegał na tym że wbił samobója, co było niewybaczalną zdradą ojczyzny.

Czy to wina futbolu, kultu sukcesu czy też może systemu władzy, którego piłka nożna stanowi integralną część i wierne odbicie? Jako sport futbol nie jest skazany na podsycanie przemocy, choć ta niekiedy wykorzystuje go jako wentyl bezpieczeństwa. Nie przypadkiem zabójstwo Escobara wydarzyło się w jednym z krajów najbardziej naznaczonych przemocą. Przemocą, która nie leży w naturze Kolumbijczyków, narodu celebrującego życie, zakochanego w muzyce i piłce. Przemoc jest chorobą, na którą zapadło społeczeństwo kolumbijskie a nie nieusuwalnym znakiem szpecącym jego oblicze. System władzy natomiast jest z pewnością czynnikiem sprzyjającym przemocy: podobnie jak w całej Ameryce Łacińskiej, niesprawiedliwość i upokorzenia zatruwają dusze narodu a jego hierarchia wartości preferuje jednostki pozbawione skrupułów. Tradycyjna bezkarność stymuluje przestępczość i zamienia ją w zwyczaj narodowy. Kilka miesięcy przed mundialem w USA ,,Amnesty International” opublikowała raport, w którym ujawniono że w 1993 r. w Kolumbii ,,ofiarami skrytobójczych mordów dokonanych przez armie i jej paramilitarnych sojuszników padły setki osób. Większość ofiar tajnych egzekucji stanowiły osoby bez znaczących powiązań politycznych”. Raport Amnesty ujawnił także rolę, jaką kolumbijska policja odegrała w operacjach nazywanych ,,czystkami społecznymi”. Pod tym eufemizmem kryła się systematyczna eksterminacja homoseksualistów, prostytutek, żebraków, narkomanów, chorych psychicznie i dzieci ulicy. Społeczeństwo nazywa ich ,,zbędnymi”, co znaczy ni mniej, ni więcej: ludzkie śmieci zasługujące na śmierć.

W świecie piętnującym porażke tacy ludzie są zawsze przegrani.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

6

@FCBparasiempre
Przedstawienie sylwetki „samorodnego” talentu, którego piłka słuchała się jak namiętna kochanka, jest czystą przyjemnością. Jak może być inaczej, skoro mowa o kimś, kto perfekcyjnie opanował sztukę gry obiema nogami, dostarczając partnerom wypielęgnowane piłki z krótkiego rozegrania. Koledzy z zespołu uwielbiali go za to , choć cenili go również z takiego powodu, że prowadził aktywne życie i w pełni poświęcił się nie tylko piłce. Był też przede wszystkim oddany ojczyźnie. Józef Kałuża, bo o nim mowa, to doskonały wzór do naśladowania. Niestety przyszło mu żyć w ciężkich czasach. Umarł przedwcześnie, głównie przez brak penicyliny, w targanym wojną kraju. Urodził się 11 lutego 1896 w Przemyślu, ale całe jego piłkarskie i zawodowe życie było związane z Krakowem, do którego przeniósł się w wieku siedmiu lat. Miał czterech braci, z którymi poznawał świat piłki nożnej, coraz popularniejszej na terenie Galicji. To ojciec( zawodowy podoficer) wpoił mu pewne zasady, które kiedyś ukształtowały też jego. Kałuża odznaczał się inteligencją nie tylko na boisku. Był bardzo zdolnym uczniem, wręcz urodzonym polonistą. Mimo braku pieniędzy, udało mu się ukończyć Seminarium Nauczycielskie, w którym w 1915 roku zdał maturę. Dwa lata później, po powrocie z wojska, rozpoczął pracę nauczyciela w szkole przy ulicy Żółkiewskiego. Zawód ten łączył z ogromną pasją do świata futbolu. Dodatkowo ciągnęło go też do dziennikarstwa. Kałuża połączył wszystkie swoje pasje. Jego analizy spotkań czy fachowe teksty na temat piłki nożnej można było znaleźć na łamach gazet „Raz, dwa, trzy” i „Przeglądu Sportowego”. Był wielkim autorytetem w dziedzinie metodologii piłkarskiej. Napisał nawet podręcznik do nauki taktyki, ale niestety zaginął on podczas Powstania Warszawskiego. Słynny Kałuża miał tylko 166 cm wzrostu i wątłą wagę. Nie był demonem szybkości, choć umiał zgubić rywala niespodziewanym sprintem. Jego talent dostrzeżono już, gdy miał 13 lat. Wtedy przyjęto go do Robotniczego Klubu Sportowego Kraków. Świadomy swojego talentu szukał większego klubu i w 1911 rozpoczął przygodę z Cracovią. W tym czasie mówiło się o „krakowskiej szkole piłkarskiej” , która szczyciła się ofensywnym stylem, polegającym na utrzymywaniu się przy piłce i grze w trójkącie. Każda dzielnica wówczas miała kilka swoich „reprezentacji”, które toczyły ze sobą boje o prymat na swoim terenie i w całym Krakowie. Pewnego razu, taka drużyna z Błoń, miała rozegrać kolejny mecz i nie mogła skompletować składu. Przysłuchujący się burzliwej dyskusji „niepozorny uczniak” z Podgórza, zaproponował swoją grę w ataku. Wywołało to salwę śmiechu wśród pewnych siebie krakowian, którzy dla poprawienia humoru przyjęli propozycję. ,,Grał inaczej niż my wszyscy. Piłka słuchała go, kleiła mu się do nogi. Wózkował (dryblował) świetnie, lecz wózkiem trudno nam było zaimponować. Rewelacją dla nas były natomiast jego strzały, ustawianie się do piłki, wybieganie na pozycję, wypuszczanie piłek łącznikom na przebój lub na skrzydła. Jego zagrania powiązały nasze bezplanowe indywidualne gierki i nadały im sens. Jak łatwo było przy nim zdobywać bramki” – pisał Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży w Przeglądzie Sportowym.

Cracovia była w tamtych czasach znakomitą drużyną. Po I wojnie światowej skład uzupełniono młodymi siłami. Józef Kałuża nie był jedynym oseskiem, który stał się tytanem „Pasów”. Nie wolno tu zapomnieć o Bolesławie Janie Kotapce. Ten był piłkarzem, obdarzonym niezwykłą techniką oraz wielką pracowitością. Jak wspomina nieoceniony Stanisław Mielech, Kotapka po treningach wyznaczał sobie dodatkowe zajęcia, nie dawał sobie taryfy ulgowej. Zmysłem przypominał Inzaghiego, jeżeli można użyć takiego porównania. „Kałapaka”(jak nazywali go koledzy) słynął z wykorzystywania dobitek. Pole karne było jego królestwem i zawsze wiedział jak się tam ustawić. Wyróżniał się niesłychaną zaciętością i chęcią do gry. Zdarzyło mu się zataić ropnia pod paznokciem dużego palca, którego usztywnił blachą i niemal nie spowodował tym jeszcze gorszego urazu. O jego umiejętnościach snajperskich świadczy fakt, że w 66 meczach zdobył 84 gole. W parze z Kałużą potrafili czynić cuda. Niestety ten duet nie mógł w pełni pokazać swoich możliwości, bo Kotapka zginął śmiercią tragiczną – w nocy z 24 na 25 kwietnia 1922 roku – został zasztyletowany. Kto raz ujrzał Bolka, to wychudzone chłopczątko, nie wierzył własnym oczom. Niezwykły poziom techniczny i rozum, z zawodnika zupełnie pozbawionego szybkości, zrobiły pierwszej jasności gwiazdę. Jako technik potrafił wszystko, jako taktyk miał szósty, albo i siódmy zmysł. To było tajemnicą skuteczności jego gry – tak opowiadał Józef Kałuża o Bolesławie Kotapce. Nigdy nie dowiemy się, czy Kotapka byłby tak wielki jak Kałuża. Józef posiadał bowiem zdolność zdobywania bramek z każdej pozycji. Różne źródła podają sprzeczne informacje dotyczące liczby goli zdobytych przez asa „Pasów” w oficjalnych meczach: 465-487 goli w 404-454 spotkaniach, licząc grę w reprezentacjach Krakowa i Polski, oraz pierwszy zespół Cracovii. O jego wielkiej klasie świadczy również fakt, że miał wyłączność na grę w środku ataku pasiastej drużyny – przez 18 lat! Boisko zmieniało go w rasowego, chorobliwie ambitnego snajpera, który niczym wieżyczka czołgu, jedynie obracał się i ustawiał celownik, by zadać śmiertelny cios. Poza murawą był zupełnie innym człowiekiem, pogodnym i skromnym. Boiskowy temperament często pchał go do kłótni z arbitrami, którzy pobłażali mu, ze względu na jego markę i zasługi. Był genialnym samoukiem, jednak cały kunszt i technikę wypracował zanim zaczął grać zawodowo. Właściwie półzawodowo, bo jak wcześniej wspominałem, nigdy nie rozstał się z posadą nauczyciela. Ożenił się w 1923 roku z Józefą Dudziak, która urodziła mu córkę Irenę. Jej poświęcał każdą wolną chwilę. Był ekspertem w grze sam na sam z bramkarzem. Gdy golkiper wybiegał, by skrócić kąt, pewne było że Kałuża i tak go ogra. Jak wspominał cytowany wcześniej kolega z Cracovii, Stanisław Mielech, chyba nie było w jego czasach tak kompletnego bramkarza, który by wyczuł intencję lidera „Pasów”. ,,Nigdy nie egzekwował rzutów wolnych i karnych. Do pierwszych brak mu było „atomowych” strzałów, a do drugich nerwów. Tym cenniejszy(w porównaniu z innymi „królami strzelców” jak Reyman, Peterek czy Kossok) był jego rekord goli zdobytych z przebojów i kombinacji”– Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży. Z każdym rokiem stawał się coraz większą legendą Cracovii. W 1921 był jednym z autorów mistrzostwa, w pierwszym sezonie regularnych rozgrywek.

Z dobrej strony pokazał się też w reprezentacji, gdzie wystąpił dwadzieścia razy, strzelając osiem goli. Józef Kałuża był dla kadry tak samo ważny, jak dla Cracovii. W książce „Cracovia znaczy Kraków” wspomniana jest historia o tym, jak Imre Pozsonyi, trener kadry w jej pierwszym historycznym meczu, wezwał w pewnym momencie Józefa do siebie, by ten wziął ciężar gry na siebie. Polak posłuchał trenera i już po kilku minutach rozciągnął grę ze środka. Piłka dotarła do Wacława Kuchara, a ten stanął oko w oko z węgierskim bramkarzem Zsakiem. Piłka po strzale tak mocno uderzyła go w głowę, że padł na ziemię, niczym rażony piorunem. Co zrobił Kuchar? Oczywiście nie dobijał, choć mógł na stale zapisać się w historii polskiej reprezentacji, jako zdobywca pierwszego w jej dziejach gola. On zaczął… go cucić. Napastnik Pogoni Lwów stał się synonimem piłkarskiego fair play, zanim zaczęto tak nazywać kulturalne zachowania w piłce. Józef Kałuża także był wyjątkowym trenerem. Potrafił poskładać zespół, wykorzystać jego największe atuty, jakimi były indywidualności, a także mądrze wprowadzić nowych graczy. Zanim mógł poprowadzić Polaków, musiał potwierdzić swoją skuteczność na ligowej ławce. Wiedza i doświadczenie jakie gromadził, przybliżały go do najważniejszego trenerskiego stanowiska. Rok po zakończeniu kariery, w 1932 roku, stał się najważniejszą osobą w polskiej piłce. Stało się tak, dzięki wykładom trenerskim, jakich udzielał. Został wówczas kapitanem związkowym PZPN, czyli selekcjonerem kadry. Poprowadził polską ekipę do 4. miejsca na IO w Berlinie i pierwszego awansu do mundialu w 1938 roku. To on był trenerem Orłów, podczas słynnego meczu z Brazylijczykami, gdy przegraliśmy 5:6 i kiedy pokonaliśmy wicemistrzów świata – Węgrów 4:2, tuż przed wybuchem wojny. Łącznie poprowadził reprezentację w 47 spotkaniach. To pod jego ręką w kadrze błyszczały takie gwiazdy jak Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz czy Władysław Szczepaniak. Gorzkie życie w okupowanym Krakowie, płynęło mu pod znakiem słów jakie kierował do młodzieży: ,,Młodzi niech sobie grają – nam jednak nie można sprawiać pozorów, że życie sportowe w naszym, podbitym przez najeźdźców kraju, płynie normalnie”. Tak widział sytuację Polaków po przegranej kampanii wrześniowej. Jednak nigdy nie można było powiedzieć, że się poddał. Wręcz przeciwnie. Okupant chciał kontrolować Polaków w każdej sferze. Najwybitniejszemu polskiemu piłkarzowi lat 20-tych, zaproponowali posadę „Sportfuerhera”, który miał kontrolować, za zgodą Niemców, życie sportowe w Generalnym Gubernatorstwie.

Dumny Pasiak nie mógłby żyć z piętnem zdrajcy i kolaboranta. Jego osobowość przyciągała nielicznych pozostałych w kraju członków zarządu PZPN. Tym też się zajął. Starając się unikać uwagi Niemców, kierował życiem sportowym kraju. Od małego był chorowity. W młodości zmagał się z podejrzeniem, częstej w tamtych czasach gruźlicy. Zmarł nagle, 11 października 1944 na zakażenie krwi. Można było tego uniknąć, stosując penicylinę. Jak się łatwo domyślić, nie była ona jednak łatwo dostępna w okupowanym mieście. Kałuża ciężko znosił nie tylko chorobę, ale też okupację. Był symbolem manifestującej polskość grupy krakowian, która żegnała ukochanego Pasiaka, mentora i piłkarskiego dominatora. Dzisiejsze ulokowanie stadionu Cracovii nie przypadkiem ma miejsce na ulicy jego imienia. Wielkość Józefa Kałuży nie podlega dyskusji. Skala jego wkładu w rozwój polskiej piłki jest nie do przecenienia. Jeżeli do liczby goli które ustrzelił nie ma pewności, to jest ona w innej kwestii– takiego Pasiaka już nie będzie.


11

Feliz cumpleaños panie Jose!

11 lutego 1963 r. urodził się Jose Mari Bakero, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony. W 1988 r. do stolicy Katalonii ściągnął go Johan Cruijff i uczynił go czołową postacią swojej drużyny. Bakero jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy zdobyli 6 tytułów mistrzowskich i to w dwóch różnych klubach(2 w Realu Sociedad i 4 w FCB). W czasie całej swojej kariery, Bakero cechowała niesamowita wola walki. Jose umiał poderwać zespół do lepszej gry, co na trybunach trudno było uchwycić. Bakero nie tylko wspomagał kolegów mentalnie, lecz również potrafił wykonywać kluczowe podania otwierające zawodnikom droge do bramki. Najważniejszym trafieniem Jose Bakero był gol z 6 listopada 1991 r. przeciwko FC Kaiserslautern, dający awans Blaugranie do fazy grupowej Ligi Mistrzów i w efekcie późniejszy tryumf w tych rozgrywkach. Jose Mari do dziś obok swojego partnera ze środkowej formacji- Josepa Guardioli, jest jednym z symboli legendarnego ,,Dream Teamu”.


@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi

0

@Pawel13sz Wybacz ale akurat tego to nie wiem. Musiałbym gdzieś pogrzebać w internetach...

10

Był sobie… nieprzeciętny piłkarz:

10 lutego 1926 r. urodził się Danny Blanchflower, pomocnik.

Jeśli przeciętny kibic piłki nożnej usłyszy o Irlandii Północnej, natychmiast pomyśli o George’u Beście. Jednak Ulster wydał na świat wielu znakomitych piłkarzy. Jednym z nich był Danny Blanchflower, uchodzący za gracza kompletnego, wszechstronnie wyszkolonego i inteligentnego na boisku. Zawodową karierę zaczynał w Barnsley w skąd dwa lata później trafił do Aston Vila (148 gier i 10 goli). Następnie został zawodnikiem Tottenhamu, w którym zapracował na miano klubowej ikony (337 występów i 15 goli). To właśnie on jako kapitan drużyny poprowadził Tottenham do dwóch triumfów w Pucharze Anglii i zdobył pierwsze dla londyńskiej drużyny trofeum na arenie międzynarodowej – Puchar Zdobywców Pucharów. W reprezentacji zagrał 56 razy i strzelił dwa gole.



@Ogorinho1974
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Monix10

7

@FCBparasiempre
Dokładnie 120 lat temu urodził się Matthias Sindelar. „Papierowy człowiek”, jak zwano Sindelara ze względu na kruchą budowę ciała, występował na środku ataku, doskonale wpisując się w nurt tzw. naddunajskiej szkoły piłkarstwa, opierającej się na dużej liczbie krótkich podań. „Mozart futbolu” jak też o nim mówiono imponował niepospolitą techniką, wyjątkową kreatywnością, niezłą skutecznością, świetnym dryblingiem oraz przede wszystkim inteligentnym poruszaniem się po murawie. Był uosobieniem powiedzenia „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Poza boiskiem raczej nie był wzorem do naśladowania dla początkujących zawodników – nie lubił trenować, pił, palił, utrzymywał związki z prostytutkami, chętnie spędzał czas w kasynie. Miał trudny charakter, nienawidził się podporządkowywać. Specyficzne usposobienie nie przeszkodziło mu zostać największą gwiazdą zarówno drużyny klubowej – Austrii Wiedeń, jak i austriackiej kadry narodowej, choć nie wykluczone, że znacząco przyspieszyło koniec jego barwnego życia. Sindelar w 1999 roku został przez IFFHS uznany najlepszym austriackim piłkarzem XX wieku. Z całą pewnością jego umiejętności były nietuzinkowe, jednak nie można zapomnieć iż występował w najlepszym okresie w historii austriackiego futbolu. Reprezentacja pod wodzą Hugo Meisla siała postrach na całym świecie, nie przegrywając 14 meczów z rzędu, pokonując m.in. Szkocję 5:0, Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię, Węgry 8-2, Belgię 6-1 czy Włochy 2-1(stąd nazwa Wunderteam – cudowna drużyna). „Sindi” był sztandarową postacią kadry, stając się rozpoznawalny w całej Europie. Nagły rozwój piłki nożnej w Austrii związany był z założeniem w 1924 roku drugich na świecie zawodowych rozgrywek piłkarskich. Znacząco podniósł się poziomo ligi, założonej przecież sporo wcześniej, bo już w 1911 roku. Wraz z lepszymi widowiskami pojawili się kibice, którzy tłumnie zaczęli odwiedzać stadiony piłkarskie – za średnią frekwencję uważano wówczas 40 tysięcy widzów, co bez wątpienia napędzało dalszy rozkwit futbolu w Austrii.

Podopieczni Meisla, pod nieobecność przedstawicieli ojczyzny piłki nożnej Anglii, uważani byli za faworytów rozgrywanych w 1934 roku na terenie Włoch drugich mistrzostw świata. Tam jednak zawiedli, zajmując jedynie 4 miejsce. „Sindi” zdobył na turnieju ledwie jedną bramkę, trafiając w wygranym 3:2 spotkaniu z Francją. Duże nadzieje wiązano z następnym Mundialem w 1938 roku, niestety chęć dominacji nad światem ich rodaka – Adolfa Hitlera, bezlitośnie zamknęła im drogę na francuski turniej. Warto wspomnieć, że część austriackich piłkarzy(m.in. Josef Stroh, Rudolf Raftl, Franz Wagner czy Willi Schamus) wystąpiła na mistrzostwach przyjmując, w przeciwieństwie do Sindelara, propozycję gry w zespole III Rzeszy. Sindelar przez niemal całą karierę związany był z jednym klubem – Austrią Wiedeń. Jedynie początek swojej futbolowej przygody spędził w innym wiedeńskim zespole – ASV Hertha, do którego trafił w wieku 15 lat, po rekomendacji nauczyciela, który pełnił funkcję quasi – skauta, wyszukując młode talenty dla kilkunastu drużyn. Już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole, szybko zyskując sobie uznanie kibiców i ekspertów. W wieku 20 lat odniósł ciężko kontuzję kolana, która postawiła jego dalsze występy pod znakiem zapytania. Dopiero operacja przeprowadzona przez dr Hansa Spitzy’ego pozwoliła wrócić „Sindiemu” do gry, jednak był zmuszony do końca kariery nosić na kolanie specjalną opaskę(właśnie tą kontuzją tłumaczył Herbergerowi swoją odmowę). W wieku 21 lat, po spadku Herthy, który nieodłącznie wiązał się z kłopotami finansowymi, przeszedł do rywala zza między, ówczesnego mistrza Austrii – SV Amateure. Z Sindelarem w składzie w 1926 roku po raz drugi wygrali ligę, a następnie zmieniono nazwę na FK Austria. „Papierowy człowiek” nie miał więcej okazji świętować krajowego mistrzostwa, celebrując za to zdobycie 5 Pucharów Austrii oraz sukcesy na międzynarodowej arenie. Sidnelar skrupulatnie wykorzystywał swoją popularność, reklamując zegarki i produkty mleczne oraz grając w filmie…samego siebie. Był ulubieńcem prasy sportowej i kawiarnianego towarzystwa Wiednia. Tak jak na Wyspach kibice mają swoje puby, tak w Austrii mieli swoje kafejki. Miejscem spotkań fanów „Fioletowych” była „Café Parsifal”, gdzie obok zwykłych miłośników piłki zasiadali także piłkarze, władze klubu, a nawet znani pisarze i dziennikarze. Tam „Sindiego” poznał austriacki pisarz Friedrich Torberg, który lakonicznie podsumował „Mozarta futbolu”: „Był po prostu geniuszem.”

23 stycznia 1939 roku doszło do jednej z najbardziej tajemniczych śmierci w historii piłki nożnej. Tego dnia w Wiedniu, w apartamencie mieszczącym się w kamienicy przy Annagase 3 odnaleziono nieprzytomną kobietę leżącą przy nagich zwłokach 35 – letniego mężczyzny. Jak ustalono podczas nieprzeciętnie błyskawicznego śledztwa, ten nie żył już od 10 dni. Kobieta zmarła wkrótce po przewiezieniu do szpitala. Oficjalny komunikat brzmiał: zatrucie dwutlenkiem węgla. Jednakże ci, którzy znali męską ofiarę rzekomego wypadku, a prawdę powiedziawszy mało kto o nim nie słyszał, powątpiewali w wersję nazistowskich władz. W ten osobliwy, skrajnie zagadkowy sposób, austriacki futbol stracił swego najwybitniejszego syna, symbol siejącego do niedawna popłoch Wunderteamu, ulubieńca wiedeńskich kawiarni – Matthiasa Sindelara. Hipotez co do przyczyny jego śmierci jest kilka. Wersja oficjalna, rozpowszechniana przez nazistowską propagandę mówi, jak wspomniano na wstępie, o przypadkowym zatruciu dwutlenkiem węgla. Jest ona o tyle prawdopodobna, że sąsiedzi Sindelara często narzekali na nieszczelne instalacje gazowe. Aczkolwiek należy wspomnieć o kilku faktach, mocno ją podkopujących. Po pierwsze śledztwo trwało zadziwiająco krótko, zostało zamknięte zaledwie po 2 dniach. Co więcej, cała dokumentacja dotycząca dochodzenia w enigmatycznych okolicznościach zaginęła. Istnieli także świadkowie twierdzący, że naciskano z samej stolicy III Rzeszy, ażeby uznać sprawę za nieszczęśliwy wypadek. Inna teoria sugeruje, że Sindelara zamordowała kobieta przy której znaleziono martwego piłkarza – potomkini cór Koryntu, będąca jednocześnie jego dziewczyną, Żydówka włoskiego pochodzenia Camilla Castagnola. Ta dowiedziawszy się o planowanym przez „Mozarta futbolu” zerwaniu, postanowiła otruć najpierw jego a następnie siebie, składając ich związek na swoistym ołtarzu miłości. Rozważa się również podwójne samobójstwo. Sindelar wraz ze swoją partnerką mieli pozbawić się życia w ramach buntu wobec szerzącej się hitlerowskiej zarazie, której efektem była utrata suwerenności przez Austrię oraz antysemityzm, stopniowo pożerający ich przyjaciół, a także w bliskiej perspektywie zagrażający im samym. Oprócz tego w grę wchodzi zemsta alfonsa Castagnoli– Ameriki Maxiego, który delikatnie to ujmując, nie był wniebowzięty z powodu utraty podopiecznej. Jednak najwięcej argumentów zdaje się przemawiać za tym, że „Mozart futbolu” stał się po prostu ofiarą bezwzględnej „vendetty” nazistowskich prominentów, na którą ciężko pracował od dobrych kilku miesięcy.

Był zagorzałym przeciwnikiem ideologii narodowo–socjalistycznej oraz wszystkiego co z nią związane. W jego teczce w Gestapo znalazły się takie określenia jak „socjaldemokrata”, „czeski nacjonalista” czy „sojusznik Żydów”, co samo w sobie wystarczyło do wydania wyroku śmierci. Ponadto, nie zważając na dezaprobatę decydentów, pomagał przetrwać swoim żydowskim przyjaciołom, a pozostałych przedstawicieli narodu Dawidowego traktował w dalszym ciągu z szacunkiem. Za przykład może posłużyć sytuacja z sierpnia 1938 roku, gdy Sindelar podczas zakupu kawiarni nie wykorzystał trudnego położenia jej właściciela Leopolda Drilla, którego z racji pochodzenia zmuszono do sprzedaży kafejki za bezcen, płacąc mu uczciwą cenę 20 tysięcy marek. Na korzyść „Sindiego” nie działała także przynależność klubową– wiedeńska Austria uważana była za zespół żydowskiej burżuazji. Zresztą z „Fiołkami” wiąże się kolejna anegdota, wyraźnie wskazująca jakimi wartościami kierował się Sindelar. W ramach wszechobecnej antysemickiej nagonki zabroniono piłkarzom rozmawiać z żydowskimi pracownikami klubu(zarówno obecnymi jak i byłymi, których jeszcze nie wyrzucono). Do tego grona należał m.in. do niedawna prezydent klubu dr Emanuel Schwarz. Gdy tuż przed wyjazdem z Austrii spotkał „Sindiego” usłyszał: „Nowy prezydent zabronił mi z panem rozmawiać, ale ja zawsze z panem porozmawiam, Herr Doktor.” Do tego dochodził rodowód Sindelara, który nie był czystej krwi Austriakiem, ale pochodzącym z Moraw czeskim imigrantem. Urodził się w roku 1903, w leżącym na terenie multinarodowych Austro-Węgier Kozlovie jako Matěj Šindelář. W 1905 roku jego rodzice postanowili przenieść się do Wiednia, osiedlając się w biednej, robotniczej dzielnicy Favoriten. Dopiero tam postanowiono zmienić rodzinne nazwisko na Sindelar, a przyszłemu kapitanowi Wunderteamu zmodyfikować imię na ułatwiające asymilację Matthias. Jakkolwiek to wszystko może wystarczyłoby do zwrócenia uwagi przedstawicieli Tysiącletniej Rzeszy w Austrii, natomiast na pewno nie ściągnęłoby na Sindelara gniewu berlińskiej centrali nazistowskiego imperium. O to zadbał sam „Mozart futbolu”, prawdopodobnie podając ostatni gwóźdź do trumny zbijanej dla niego przez fanatyków narodowego socjalizmu. 3 kwietnia 1938 roku na wiedeńskim Praterze odbyło się spotkanie mające uczcić Anschluss Austrii do III Rzeszy. Naprzeciwko siebie stanęły kadra narodowa Niemiec i występujący po raz ostatni legendarny Wunderteam, aczkolwiek już pod nową nazwą– Marchia Wschodnia(Ostmark). Na życzenie swojego kapitana Sindelara, Austriacy zamiast w tradycyjnych biało – czarnych trykotach, wystąpili w kolorach swojej flagi – czerwone koszulki, białe spodenki, czerwone getry, co już samo w sobie mogło zostać odebrane jako prowokacja. Aby nikt nie poczuł się urażony, ustalono, że mecz miał zakończyć się braterskim, pojednawczym remisem. Pierwsza połowa toczyła się według groteskowego scenariusza – każdy zawodnik, w tym Sindelar, pudłował z sytuacji z których wydawało się nie można spudłować. Wszystko układało się tak jak uzgodniono w politycznych gabinetach. Jednak 20 minut przed końcem meczu „Papierowy człowiek” nie wytrzymał - pokonał niemieckiego bramkarza, a następnie podbiegł pod trybunę zajmowaną przez nazistowskich dygnitarzy, aby poprzez taniec okazać swoją radość. Jakby tego było mało, tłum zgromadzony na trybunach zaczął skandować „Austria! Austria!”, co ośmieliło kolegów Sindelara - Karl Sesta zdobył gola na 2:0, tym samym ustalając wynik meczu.

Zapewne żaden sportowiec od czasów czarnoskórego Jesse’ego Owensa, z łatwością pokonującego niemieckich wysokich blondynów na Igrzyskach w Berlinie, nie rozwścieczył w takim stopniu Hitlera i jego popleczników, co wtedy austriaccy piłkarze z „Mozartem futbolu” na czele. Oczywiście całokształt przewinień poszedłby w niepamięć, przysłonięty wybitną grą Sindelara dla chwały III Rzeszy, lecz ten postanowił zakończyć karierę, wielokrotnie odmawiając niemieckiemu selekcjonerowi Seppowi Herbergerowi, tłumacząc się zaawansowanym wiekiem oraz prześladującą go od dawna kontuzją kolana. Późniejszy Mistrz Świata z 1954 roku wspominał: „Próbując raz po raz namówić go do gry, w końcu zrozumiałem, że kierowały nim inne powody. Miałem wrażenie, że miało to związek z niepokojem i odrazą, jakimi darzył wydarzenia na scenie politycznej. To nie dawało mu spokoju i prawdopodobnie zaważyło na jego odmowie.” Na pogrzeb Sindelara przyszło ponad 15 tysięcy ludzi. Zapewne nigdy nie będzie możliwe stwierdzenie ze stuprocentową pewnością w jaki sposób zmarł. Niechybnie wersja głosząca nazistowską zemstę buduje mit bohaterskiego Austriaka, który oddał życie za swoje przekonania. Świetnie wyraził to Jonathan Wilson, angielski dziennikarz, zajmujący się futbolową historią: „Dostępne dowody wyraźnie sugerują, że śmierć Sindelara była wypadkiem, a jednak poczucie, iż bohater nie może zginąć w tak przyziemny sposób przeważa. Przecież co lepiej odda klimat Austrii w czasie Anschlussu niż sportowiec, artysta, pupil społeczeństwa wiedeńskiego, brutalnie zagazowany wraz ze swoją Żydowską dziewczyną?”.

8

1

@Kessie Jakieś głupoty i w dodatku po chińsku!

7

@FCBparasiempre

10 lutego 1939 r. urodził się Władysław Jan Żmuda, pomocnik i obrońca, wychowanek Slavii Ruda Śląska, z której trafił do Śląska Wrocław i tam, od awansu do ekstraklasy w 1964 roku zaczęła się piłkarska droga na najwyższym krajowym poziomie. Co prawda kontuzje przeszkodziły mu w kontynuowaniu gry, ale jednocześnie stanowiły przepustkę do nowej roli, bo jeszcze jako zawodnik, w 1968 roku, ukończył AWF w Warszawie i czeski trener, grających wówczas w II lidze wrocławian, Jozef Stanko od 1970 roku korzystał ze wsparcia grającego asystenta. Pół wieku temu zaczęła się więc wielka trenerska przygoda. W sezonie 1971/1972, już po zakończeniu kariery piłkarskiej, Władysław Żmuda przejął szkoleniowe stery i zbudował drużynę, która w 1973 roku wywalczyła awans do ekstraklasy. Rok później, pierwszy raz w historii klubu, wrocławski zespół z Januszem Sybisem na czele stanął na podium i wywalczył prawo gry w europejskich rozgrywkach. Po wyeliminowaniu w rundach wstępnych Pucharu UEFA drużyn GAIS Goteborg i Antwerp FC, wrocławianie trafili na FC Liverpool, który maszerował po trofeum. Na wypełnionym kibicami Stadionie Olimpijskim w 10-stopniowym mrozie Anglicy wygrali 2:1, a o meczu sprzed 45 lat do dzisiaj wrocławscy kibice i piłkarze opowiadają legendy. Idąc za ciosem podopieczni Władysława Żmudy na krajowych boiskach zdobyli Puchar Polski w 1976 roku i mistrzostwo kraju w 1977 roku, a w międzyczasie dotarli do ćwierćfinału Pucharu Europy Zdobywców Pucharów, w którym po remisie 0:0 u siebie 0:2 przegrali rewanż z SSC Napoli. Po sukcesach odniesionych we Wrocławiu Władysław Żmuda wrócił w rodzinne strony, ale ani jako trener Górnika Zabrze w latach 1977-1980 (spadek z ekstraklasy i powrót do niej), ani grającego w II lidze GKS-u Katowice w sezonie 1980/1981 nie sięgnął po sukcesy. Na swój czas i miejsce trafił natomiast w Widzewie, w którym pracując w latach 1981-1984 zdobył mistrzostwo Polski, dwa wicemistrzostwa kraju, Puchar Polski oraz dotarł do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Zespół ze Zbigniewem Bońkiem w ćwierćfinale wyeliminował wówczas FC Liverpool, a zakończył rywalizację remisem 2:2 z Juventusem Turyn, który u siebie wygrał 2:0 i to zespół wszedł do finału. Kolejny powrót w rodzinne strony, połączony z pracą dydaktyczną na AWF Katowice, zakończył się degradacją Ruchu Chorzów – choć na samym finiszu rundy wiosennej w 1987 roku Władysław Żmuda nie siedział już na trenerskiej ławce. Wrócił na nią jako trener GKS-u Katowice i w latach 1988 oraz 1989 doprowadził drużynę z Bukowej do tytułów wicemistrza Polski, a po tunezyjskim epizodzie, podczas którego w 1991 roku z Esperance Tunius wywalczył dublet, wrócił na dwa sezony do Widzewa, który po awansie do ekstraklasy sięgnął po trzecie miejsce w kraju i w wrócił na europejskie stadiony, a następnie do pracy na katowickiej AWF. Doczekał się wielu wyróżnień, z których najbardziej ceni sobie tytuł Trenera Wszech Czasów Śląska Wrocław nadany w 2012 roku podczas otwarcia poświęconej mu wirtualnej wystawy w stolicy Dolnego Śląska. Nie zmieniło to jednak człowieka, który z typową dla siebie skromnością podsumował 2019 rok. ,,Zadowolony jestem z minionego roku, szczególnie jeżeli chodzi o zdrowie, ale także z tego, że chodząc na mecze piłki nożnej, bo to jest moja pasja, mogłem się cieszyć z dobrych występów drużyn, którym kibicuję” – mówi Władysław Żmuda. ,,Najbliższe są mi: Śląsk Wrocław, Widzew Łódź, Górnik Zabrze i GKS Katowice, ale kibicuję też Piastowi Gliwice, „po sąsiedzku”, a Ruch Chorzów również nie jest mi obcy i ściskam kciuki za jego awans. Cieszę się też z występów mojej Slavii, na której IV-ligowe mecze na rudzkim stadionie, zaglądam regularnie. Pasuje mi to, że wszystkie mecze u siebie „biało-niebiescy” grają w sobotę o 11.00 i to nie koliduje z terminami spotkań innych śląskich drużyn, które też mogę oglądać i emocjonować się ich występami. Miałem sporą satysfakcję, gdy na 100-lecie mojego macierzystego klubu zorganizowany został mecz Slavia – Górnik. Ciekawe było także jesienne spotkanie Górnika z Piastem. Miałem być na grudniowym meczu Śląska z Legią, bo zostałem oficjalnie zaproszony. Z powodów pogodowych i zdrowotnych nie skorzystałem jednak i po tym co się tam działo na trybunach nie żałuję”. Przez te wydarzenia następny mecz z Lechem Śląsk rozgrywał bez udziału publiczności i planowane na ten dzień spotkanie pokoleń, na które też byłem zaproszony, zostało odwołane. Byłem również zaproszony na Wigilię Widzewa, ale tych przedświątecznych spotkań było za dużo i skupiłem się na tych najbliżej domu. Uczestniczyłem w gali 100-lecia Slavii czy spotkaniu opłatkowym Klubu Wybitnego Piłkarza Śląska, gdzie mogłem spotkać kolegów zawodników i trenerów z moich czasów jak i tych dużo młodszych. W towarzystwie Stanisława Oślizły, Jana Benigiera, Piotra Czai, Henryka Latochy, Eugeniusza Lercha, Zdzisława Podedwornego czy Krzysztofa Bizackiego, Radosława Gilewicza, Mariusza Śrutwy, Mirosława Widucha i Jana Wosia była więc okazja do złożenia piłkarskich życzeń na rok 2020. ,,Ważne, żeby Górnik się utrzymał, a Piast wywalczył awans do europejskich pucharów i przełamał barierę pierwszej rundy, pnąc się jak najwyżej” – życzy Władysław Żmuda. ,,Awansów życzę także GKS-owi Katowice i Ruchowi Chorzów oraz innym śląskim drużynom ze szczebla centralnego. Dużo jest tych oczekiwań i gdyby te marzenia kibiców spełniły się w 80 procentach to byłoby super. Natomiast Slavii, która ma swoje IV-ligowe problemy, życzę, żeby poszła za ciosem i jako zdobywca Pucharu Polski na szczeblu Podokręgu Katowice pokonywała kolejne przeszkody już na szczeblu Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Mówiąc krótko wszystkim zespołom życzę poprawy w grze”.

7

Wybitna postać polskiego futbolu kończy właśnie 84 lata:

@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Symson

9

Czy wiemy że…

10 lutego 1999 r. Wojciech Kowalczyk zdobył 1000 gola dla reprezentacji Polskiej w całej jej historii występów. Działo się to na Malcie w towarzyskim meczu z Finlandia, z którą Polacy zremisowali 1:1. Kowalczyk gola zdobył w 34 sekundzie meczu!



@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz

8

Blaugrana w europejskich pucharach:

10 lutego 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Woolverhampton 4:0 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Pucharu Mistrzów. Gole dla Barçy zdobyli: Villaverde(2), Kubala oraz Evaristo. Rewanż był równie okazały ale o tym przypomnę mniej więcej za miesiąc.





@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Sensible
@DaPidejpi

8

Wybitne rekordy, wybitni piłkarze:

10 lutego 1901 r. na stadionie Camp del Hotel Casanovas doszło do pojedynku pomiędzy FC Barceloną a Club Franco Espanyol w ramach Copa Macaya. Mecz ten wygrała Duma Katalonii w stosunku 13:0! Uwaga, w meczu tym został ustanowiony klubowy rekord goli. Niejaki…… Joan Gamper ,,huknął’’ w tym spotkaniu 9 goli! Mało tego, niespełna miesiąc później Gamper wyrównał klubowy rekord strzelając 9 goli Gimnasticowi Tarragona również w Copa Macaya!

Również 10 lutego(cóż za zbieg okoliczności) tyle że w roku 1952, Ladislao Kubala dokonał rzeczy wprost niebywałej! Otóż w starciu ze Sportingiem Gijon w ramach 22 kolejki La Liga strzelił 7 goli! Strzelał kolejno w 11, 27, 70, 73, 75, 83 i 89 minucie. Proszę zauważyć że Kubala w 19 minut strzelił 5 goli! To wyczyn iście spektakularny. Jest jeszcze tylko jeden piłkarz w całej historii Primera Division, który dorównał osiągnięciu Kubali a mianowicie Bask Agustin Sauto Arana, znany lepiej jako Bata. Bata również strzelił 7 goli i to w meczu przeciwko…FC Barcelonie, w którym Athletic Bilbao rozgromił Barçe 12:1! Kubala jest jednak nieco lepszy ponieważ strzelił 5 goli pod rząd, czego nie udało się dokonać Bacie. Co ciekawe, tak genialny snajper jak Leo Messi nie strzelił nawet 5 goli w La Liga a miał ku temu naprawdę wiele okazji. Tak czy inaczej Ladislao Kubala był bez wątpienia największym crackiem Dumy Katalonii XX wieku.



@Monix10
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

1

Cristiano Ronaldo strzelając dzisiaj 4 gole w meczu pierwszej ligi Arabii Saudyjskiej, uzyskał łącznie 503 gole na poziomie ligowym i już tylko 5 goli traci do legendarnego Ferenca Puskasa.

10

@FCBparasiempre
9 lutego 1931 r. urodził się Josef Masopust, genialny czeski pomocnik. Josef był jednym z sześciu dzieci i od początku nie miał lekko. Rodzina nie miała zbyt wiele pieniędzy, co nauczyło go skromności, nigdy nie stał się rozrzutny. Od dziecka był też uczony szacunku do innych. Wszyscy z jego otoczenia powtarzali, że zawsze był dobry, pomocny i nigdy nie zrobił nic złego innej osobie. Niewątpliwy wpływ na to miała też wojna, która wybuchła, gdy miał on 8 lat. To wszystko sprawiło, że Masopust na boisku odznaczał się nie tylko wspaniałą grą, ale też postawą fair play. Był on wzorem człowieka – zarówno na murawie, jak i poza nią. To właśnie o takich ludziach powinno się opowiadać wszystkim młodym adeptom futbolu. Sam piłkarz, wspominając dom, szczególnie mocny nacisk kładł na rolę ojca w jego piłkarskiej karierze. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, który udzielił w zeszłym roku, wspominał m.in.: „tata mówił mi, że jeśli chcę być dobrym zawodnikiem, muszę kopać lewą i prawą nogą”. Poszedł za radą ojca, a umiejętność gry obiema nogami była jego wielkim atutem w przyszłości. Pierwszym (i prawdopodobnie najcenniejszym) zdaniem, jakie usłyszał od rodzica w związku z piłką nożną, było jednak: „żadnych potańcówek, tylko biegać, biegać, biegać”. Posłuchał. Opłaciło się. Ojcu Masopusta dziękować mogą też kibice Dukli Praga. To on poradził synowi, by – gdy ten chciał przejść do większego klubu bezpośrednio z Mostu – najpierw zaliczył mniejszy zespół, w którym dostanie szansę na rozwój. Tak zrobił. I ostatecznie, mimo że pierwotnie miejsce w jego sercu zajmowała Slavia, trafił do jej praskiej rywalki. 1952 oraz 1968. Śmiało lata te można uznać za początek i koniec „ery Masopusta” w drużynie ze stolicy Czech. Josef stał się jej najwybitniejszym piłkarzem w historii, zdobywając z nią osiem mistrzostw Czechosłowacji oraz trzy krajowe puchary. Raz – w 1966 roku – udało się Dukli zdobyć dublet. Również na arenie europejskiej klub prezentował się świetnie. Kilka razy awansował do ćwierćfinału Pucharu Europy, a raz dotarł nawet do 1/2, gdzie zespołem lepszym okazał się Celtic Glasgow, późniejszy zwycięzca. Masopust Dukli oddał całe swe serce i ogromną część piłkarskiej kariery, ale sam w wywiadach, udzielanych głównie w ostatnich latach, przyznawał, że w głowie kołatała mu się myśl o wyjeździe (choć bardziej pasującym słowem byłaby „ucieczka”) za granicę. Powód był prosty: w Czechosłowacji panował komunizm, zarobki piłkarzy były minimalne, a zawodnikiem tej klasy interesowały się zagraniczne kluby. W wywiadzie z Markiem Wawrzynowskim Josef przyznawał, że otrzymał raz ofertę z Sampdorii Genua, która natychmiast została odrzucona. Inne nawet do niego nie docierały, choć zainteresowanie było – przepisy nie pozwalały jednak na taki transfer. Przed ucieczką na „Zachód” powstrzymywała go też myśl o rodzinie, którą musiałby zostawić w kraju. Po zakończeniu swej kariery piłkarskiej – ostatnie dwa lata spędził w Belgii, gdy w końcu (mając 38 lat) dostał pozwolenie na wyjazd – wrócił do ojczyzny… i Dukli. Prowadził ją przez kilka lat jako trener. Zresztą zaliczył nawet trzyletnią przygodę z reprezentacją. W pewnym momencie znalazł się aż w Indonezji, gdzie zajmował się pracą z młodzieżą, ale jego dom, jak sam mówi w rozmowie z Grzegorzem Rudynkiem, „od pół wieku stoi w tym samym miejscu, nieopodal stadionu Dukli”. To najlepiej pokazuje, gdzie ten wielki piłkarz zostawił swe serce.

Słowem wstępu: debiut w kadrze „Rycerz” (bo taki przydomek mu nadano) zaliczył w roku 1954 przeciwko Węgrom, a sześć lat później, wraz ze swymi kolegami z boiska, zdobył brąz mistrzostw Europy. To, co najważniejsze w jego przygodzie z kadrą Czechosłowacji, zdarzyło się jednak w trakcie chilijskiego mundialu w roku 1962. Powiedzieć, że Czesi nie byli faworytami, to jak nie powiedzieć nic. Wieszczono im pożegnanie się z turniejem już w fazie grupowej. Zdaniem większości osób, które obserwowały światowy futbol w tamtym czasie, podopieczni Rudolf Vytlačila śmiało mogli skupić się na zwiedzaniu i poznawaniu nowego dla nich kraju. Miał to być jedyny pozytywny akcent w ich wyjeździe. Stało się inaczej. Dzięki swej fantastycznej grze – której tempo nadawał oczywiście Masopust – Czesi dotarli aż do finału. Tam napotkali (po raz drugi w tym turnieju, do pierwszego meczu jeszcze wrócimy) Brazylię. Josef zdobył bramkę w 15. minucie spotkania. Później, w wielu wywiadach przyznawał, że „przez minutę czuliśmy się jak mistrzowie świata”. Przez minutę, bo po takim czasie wyrównał Amarildo. W drugiej połowie Brazylijczycy dołożyli kolejne dwa gole i to oni mogli świętować. Jak przyznawał sam „Rycerz” Czesi nie byli rozczarowani porażką. Uznawali srebrny medal za swój wielki sukces – całkiem inaczej niż dwanaście lat wcześniej Węgrzy, przeciwko którym Masopust w kadrze debiutował. Podobne zdanie mieli mieszkańcy Pragi, którzy tłumnie wyszli przywitać piłkarzy, gdy ci autobusem przemierzali ulice stolicy. Zresztą już w czasie turnieju z Czechosłowacji przybywać zaczęło do piłkarzy mnóstwo listów, widokówek itp. ze słowami wsparcia i gratulacji. Po śmierci Masopusta ze wszystkich czechosłowackich piłkarzy, którzy brali udział w tamtym turnieju, przy życiu pozostało sześciu: Josef Jelinek, Josef Kadraba, Vladimir Kos, Jan Lala, Vaclav Masek i Jiri Tichy. Po fantastycznym występie na mundialu, Masopust stał się jednym z faworytów do zdobycia Złotej Piłki. Wiedział o tym, że znalazł się na liście nominowanych, ale nie przypuszczał – choć, jak mówił, nie został całkowicie zaskoczony otrzymaniem nagrody – że zwycięży. O tym fakcie dowiedział się w rozmowie telefonicznej od znajomego dziennikarza. Ten, przewidując możliwy szok, najpierw zapytał zawodnika, czy siedzi. Dopiero potem powiedział mu o tym, że został wybrany zawodnikiem roku. W tamtych latach nie było jeszcze wielkich gali z mnóstwem zaproszonych gości, nie robiono z wręczenia Złotej Piłki wydarzenia na skalę światową. W przypadku „Rycerza” podarowano mu nagrodę przed meczem Dukli z Benficą. Wręczył ją redaktor „France Football”, uściskiem dłoni pogratulował mu Eusebio i inni zawodnicy, a po chwili rozpoczęło się spotkanie. Nic więcej. Niepotrzebne były przemowy, swoją grą, a więc tym, co najważniejsze, Josef mógł już po chwili udowodnić, że na ZP zasłużył. Losy Masopusta i Brazylijczyka dość często się ze sobą przeplatały. Już w 1959 roku Dukla Praga pojechała do Meksyku, gdzie – w meczu towarzyskim – zmierzyła się z ekipą Santosu. Dla „Rycerza” było to jedno z ważniejszych spotkań w karierze, a jego drużyna wygrała 4:3. Wtedy spotkali się z najlepszym (to opinia bohatera tego tekstu) piłkarzem w historii po raz pierwszy. Kolejne ważne spotkanie to oczywiście mecz opisanych już Mistrzostw Świata w roku 1962. Nie finałowy. W nim Pele nie wystąpił. Tu musimy „cofnąć się” do fazy grupowej, gdzie Czechosłowacja bezbramkowo zremisowała z Brazylią. Co takiego wyróżnia to spotkanie na tle pozostałych? Fakt, że mieliśmy w nim do czynienia z jednym z najsłynniejszych zachowań fair play w historii piłki nożnej. W trakcie meczu Pele doznał – według Masopusta przy oddawaniu strzału – kontuzji. W tamtych latach nie dopuszczano jeszcze możliwości zmiany zawodników, więc Brazylijczyk na boisku musiał zostać, by nie osłabiać swej drużyny. „Rycerz” powiedział więc partnerom z drużyny, by ci nie faulowali Czarnej Perły. I faktycznie, Pele był oszczędzany przez rywali, co pozwoliło mu dokończyć starcie.

Gest ten, jakże dziwnie wyglądający w dzisiejszych czasach(czasach futbolu nastawionego przede wszystkim na zwycięstwo za wszelką cenę) do dziś wspominany jest przez Pelego. Brazylijczyk zresztą szczerze podziwia i docenia osiągnięcia „Rycerza”. Gdy był obecny na 80. urodzinach Masopusta, składając Czechowi życzenia powiedział: „Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłeś dla piłki nożnej. Byłeś w niej przede mną, otworzyłeś drzwi dla mnie i kolejnych pokoleń piłkarzy”. Trudno o wyraz większego uznania. Historia Masopusta jest ciekawa. Oto jeden ze zdobywców Złotej Piłki. Piłkarz uniwersalny, o bajecznej technice. Człowiek, którego zagraniami zachwycali się wszyscy: kibice, rywale, trenerzy. Wicemistrz świata, zdobywca brązowego medalu na pierwszych mistrzostwach Europy. Andrzej Gomołysek analizując grę Masopusta napisał: „Niewielu zawodników w historii było tak uniwersalnych i miało na piłkę w swoim kraju taki wpływ jak on”. I faktycznie tak było. Czesi o tym pamiętają. W roku 2000 „Rycerz” wybrany został graczem stulecia w Czechach, a cztery lata później zawodnikiem pięćdziesięciolecia UEFA (w każdym kraju członkowskim wybierano takiego). W 2006 roku uhonorowany został Medalem Za Zasługi I stopnia. Przed stadionem Dukli stoi jego pomnik, a obiekt jego pierwszego klubu – Baniku Most – bierze nazwę od jego imienia.



I o ile w swej ojczyźnie Masopust był uwielbiany do końca swych dni, o tyle na Zachodzie(a nawet w Polsce) wydawał się być postacią nieco zapomnianą. Sam przyznam szczerze, że po raz pierwszy usłyszałem o nim zaledwie dwa lata temu, gdy do rąk wziąłem biografię Pelego. Z czego to wynika? Wydaje się, że z faktu, iż sukcesy Masopust odnosił w komunistycznej Czechosłowacji, z której wyjechać mógł dopiero pod koniec życia, a w której obserwować go mogło niewielu fanów futbolu czy dziennikarzy. Zapisał się oczywiście w historii światowej piłki, choćby występem na MŚ w Chile, jednak były to czasy genialnej Brazylii, o której teraz mówi się w pierwszej kolejności. Na liście zdobywców Złotej Piłki nazwisko „Rycerza” wydaje się być niepasującym elementem, anomalią, która nigdy więcej nie miała miejsca. Na szczęście tylko „wydaje się”. Bo pasuje on tam równie mocno, jak Di Stefano, Charlton czy Cruijff. Tu należy ukłonić się w stronę Michela Platiniego, który – dosłownie w ostatnim dniu życia Josefa – wręczył mu Nagrodę Prezydenta UEFA. On o Czechu pamiętał. Śmierć Josefa Masopusta okazała się w pewnym sensie punktem zwrotnym w powolnym „zacieraniu się” pamięci o tym wielkim piłkarzu. Smutne, ale prawdziwe. Potrzebna była ta tragedia, by serwisy i gazety na całym świecie przypomniały sobie, że taki piłkarz istniał i czarował. Nie „kopał”, nie „grał”. Czarował. Jego rajdy na trwałe zapisały się w historii futbolu jako „slalom Masopusta”, a jego przegląd sytuacji, opanowanie w kluczowych momentach spotkania i zmysł taktyczny widać na każdym nagraniu z meczów, w których brał udział. To, że nie ma go już wśród nas, jest prawdziwą tragedią dla futbolowego świata. Pamięć „Rycerza” uczczono minutą ciszy przed finałem ME U21 rozgrywanych w Czechach.

Zarówno przed, jak i po jego śmierci, wiele osób wypowiadało się o czeskim piłkarzu. Tu starałem się zebrać jak najwięcej tych wypowiedzi, tworząc swego rodzaju „pomnik” ku pamięci Josefa Masopusta.

Michel Platini: „Josef Masopust to gracz, którego szczerze podziwiałem. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim. W swoich czasach Josef był naprawdę wybitnym graczem. Był wielkim pomocnikiem Dukli Praga z talentem i umiejętnością zdobywania bramek oraz z niesamowitą zdolnością do eleganckiego dryblowania. Zasłużenie wygrał Złotą Piłkę w roku 1962 oraz był częścią wspaniałego składu Czechosłowacji, która zdobyła wtedy wicemistrzostwo świata.”

Miroslav Pelta (szef piłkarskiej federacji Czech): „To strata nie do zastąpienia. Był wyjątkową osobowością, zarówno na boisku, jak i poza nim.”

Pele: „Masopust był jednym z najlepszych graczy, jakich kiedykolwiek widziałem, ale to niemożliwe, by urodził się w Europie. Z tymi dryblingami musiał być Brazylijczykiem!” „Bez wątpienia był jednym z najlepszych graczy w historii Europy. On i Beckenbauer.”

Eusebio: „Josef jest legendą. Był lepszym piłkarzem, niż ja kiedykolwiek.”

Gianni Infantino: „Josef Masopust jest legendą, wielkim piłkarzem Dukli Praga.”

Josef Jelinek (srebrny medalista MŚ 1962): „Czuję się, jakby zmarł mój ojciec. Starałem się spłacić mu pewne rzeczy i zapewnić opiekę. Był skromnym człowiekiem i wielkim piłkarzem. To smutne, że musimy pożegnać tak wielką legendę. Będę pamiętać, jak wyszedł ze szpitala po poważnej chorobie. Był wesoły, nawet o tym żartował.”

Bohuslav Sobotka (były premier Czech): „Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci tak wybitnej osobistości czeskiego futbolu, jaką był Josef Masopust. Na zawsze pozostanie on jednym z najlepszych piłkarzy w historii Czech, a także wzorem dla wielu obecnych i przyszłych sportowców.”

Vaclav Masek (srebrny medalista MŚ 1962, były gracz Sparty Praga): „Był 10 lat starszy, ale wobec mnie zawsze zachowywał się bardzo dobrze. Nauczyłem się od niego wiele. Był wspaniałym technikiem i strzelcem. Ze swoją głową był w stanie wymyślić rzeczy niesamowite. Będę wiązać z nim wspaniałe wspomnienia. Choć graliśmy w innych klubach, zawsze znajdował dla mnie dobre rady.”

Ivo Viktor(złoty medalista ME 1976, legenda Dukli Praga): „Jego umiejętności piłkarskie najlepiej dokumentują nagrody, które otrzymał. Dzięki swemu myśleniu na boisku, był jednym z najlepszych piłkarzy, obok Pelego czy Cruijffa. Jestem 11 lat młodszy, więc dla mnie był też wzorem do naśladowania. Miał osobowość nie tylko na boisku – w trakcie naszych wyjazdów zawsze śpiewał lub opowiadał anegdoty. Z powodu swoich umiejętności językowych na miejscu załatwiał wszystko, czego tylko potrzebowaliśmy za granicą. Będzie mi go bardzo brakować.”

Uwe Seeler (legenda niemieckiej piłki nożnej, były gracz reprezentacji Niemiec i HSV): „Masopust to Pele czeskiego futbolu. Grał świetnie, strzelał, zdobywał bramki… był po prostu wielkim graczem. Dokładnie wiedział, co w danej chwili zrobić z piłką i, co najważniejsze, zawsze robił to poprawnie. Był wielkiej klasy piłkarzem, którego ogromnie doceniam. Wspaniały przyjaciel.”

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?