10

Był sobie… nieprzeciętny piłkarz:

10 lutego 1926 r. urodził się Danny Blanchflower, pomocnik.

Jeśli przeciętny kibic piłki nożnej usłyszy o Irlandii Północnej, natychmiast pomyśli o George’u Beście. Jednak Ulster wydał na świat wielu znakomitych piłkarzy. Jednym z nich był Danny Blanchflower, uchodzący za gracza kompletnego, wszechstronnie wyszkolonego i inteligentnego na boisku. Zawodową karierę zaczynał w Barnsley w skąd dwa lata później trafił do Aston Vila (148 gier i 10 goli). Następnie został zawodnikiem Tottenhamu, w którym zapracował na miano klubowej ikony (337 występów i 15 goli). To właśnie on jako kapitan drużyny poprowadził Tottenham do dwóch triumfów w Pucharze Anglii i zdobył pierwsze dla londyńskiej drużyny trofeum na arenie międzynarodowej – Puchar Zdobywców Pucharów. W reprezentacji zagrał 56 razy i strzelił dwa gole.



@Ogorinho1974
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Monix10

7

@FCBparasiempre
Dokładnie 120 lat temu urodził się Matthias Sindelar. „Papierowy człowiek”, jak zwano Sindelara ze względu na kruchą budowę ciała, występował na środku ataku, doskonale wpisując się w nurt tzw. naddunajskiej szkoły piłkarstwa, opierającej się na dużej liczbie krótkich podań. „Mozart futbolu” jak też o nim mówiono imponował niepospolitą techniką, wyjątkową kreatywnością, niezłą skutecznością, świetnym dryblingiem oraz przede wszystkim inteligentnym poruszaniem się po murawie. Był uosobieniem powiedzenia „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Poza boiskiem raczej nie był wzorem do naśladowania dla początkujących zawodników – nie lubił trenować, pił, palił, utrzymywał związki z prostytutkami, chętnie spędzał czas w kasynie. Miał trudny charakter, nienawidził się podporządkowywać. Specyficzne usposobienie nie przeszkodziło mu zostać największą gwiazdą zarówno drużyny klubowej – Austrii Wiedeń, jak i austriackiej kadry narodowej, choć nie wykluczone, że znacząco przyspieszyło koniec jego barwnego życia. Sindelar w 1999 roku został przez IFFHS uznany najlepszym austriackim piłkarzem XX wieku. Z całą pewnością jego umiejętności były nietuzinkowe, jednak nie można zapomnieć iż występował w najlepszym okresie w historii austriackiego futbolu. Reprezentacja pod wodzą Hugo Meisla siała postrach na całym świecie, nie przegrywając 14 meczów z rzędu, pokonując m.in. Szkocję 5:0, Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię, Węgry 8-2, Belgię 6-1 czy Włochy 2-1(stąd nazwa Wunderteam – cudowna drużyna). „Sindi” był sztandarową postacią kadry, stając się rozpoznawalny w całej Europie. Nagły rozwój piłki nożnej w Austrii związany był z założeniem w 1924 roku drugich na świecie zawodowych rozgrywek piłkarskich. Znacząco podniósł się poziomo ligi, założonej przecież sporo wcześniej, bo już w 1911 roku. Wraz z lepszymi widowiskami pojawili się kibice, którzy tłumnie zaczęli odwiedzać stadiony piłkarskie – za średnią frekwencję uważano wówczas 40 tysięcy widzów, co bez wątpienia napędzało dalszy rozkwit futbolu w Austrii.

Podopieczni Meisla, pod nieobecność przedstawicieli ojczyzny piłki nożnej Anglii, uważani byli za faworytów rozgrywanych w 1934 roku na terenie Włoch drugich mistrzostw świata. Tam jednak zawiedli, zajmując jedynie 4 miejsce. „Sindi” zdobył na turnieju ledwie jedną bramkę, trafiając w wygranym 3:2 spotkaniu z Francją. Duże nadzieje wiązano z następnym Mundialem w 1938 roku, niestety chęć dominacji nad światem ich rodaka – Adolfa Hitlera, bezlitośnie zamknęła im drogę na francuski turniej. Warto wspomnieć, że część austriackich piłkarzy(m.in. Josef Stroh, Rudolf Raftl, Franz Wagner czy Willi Schamus) wystąpiła na mistrzostwach przyjmując, w przeciwieństwie do Sindelara, propozycję gry w zespole III Rzeszy. Sindelar przez niemal całą karierę związany był z jednym klubem – Austrią Wiedeń. Jedynie początek swojej futbolowej przygody spędził w innym wiedeńskim zespole – ASV Hertha, do którego trafił w wieku 15 lat, po rekomendacji nauczyciela, który pełnił funkcję quasi – skauta, wyszukując młode talenty dla kilkunastu drużyn. Już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole, szybko zyskując sobie uznanie kibiców i ekspertów. W wieku 20 lat odniósł ciężko kontuzję kolana, która postawiła jego dalsze występy pod znakiem zapytania. Dopiero operacja przeprowadzona przez dr Hansa Spitzy’ego pozwoliła wrócić „Sindiemu” do gry, jednak był zmuszony do końca kariery nosić na kolanie specjalną opaskę(właśnie tą kontuzją tłumaczył Herbergerowi swoją odmowę). W wieku 21 lat, po spadku Herthy, który nieodłącznie wiązał się z kłopotami finansowymi, przeszedł do rywala zza między, ówczesnego mistrza Austrii – SV Amateure. Z Sindelarem w składzie w 1926 roku po raz drugi wygrali ligę, a następnie zmieniono nazwę na FK Austria. „Papierowy człowiek” nie miał więcej okazji świętować krajowego mistrzostwa, celebrując za to zdobycie 5 Pucharów Austrii oraz sukcesy na międzynarodowej arenie. Sidnelar skrupulatnie wykorzystywał swoją popularność, reklamując zegarki i produkty mleczne oraz grając w filmie…samego siebie. Był ulubieńcem prasy sportowej i kawiarnianego towarzystwa Wiednia. Tak jak na Wyspach kibice mają swoje puby, tak w Austrii mieli swoje kafejki. Miejscem spotkań fanów „Fioletowych” była „Café Parsifal”, gdzie obok zwykłych miłośników piłki zasiadali także piłkarze, władze klubu, a nawet znani pisarze i dziennikarze. Tam „Sindiego” poznał austriacki pisarz Friedrich Torberg, który lakonicznie podsumował „Mozarta futbolu”: „Był po prostu geniuszem.”

23 stycznia 1939 roku doszło do jednej z najbardziej tajemniczych śmierci w historii piłki nożnej. Tego dnia w Wiedniu, w apartamencie mieszczącym się w kamienicy przy Annagase 3 odnaleziono nieprzytomną kobietę leżącą przy nagich zwłokach 35 – letniego mężczyzny. Jak ustalono podczas nieprzeciętnie błyskawicznego śledztwa, ten nie żył już od 10 dni. Kobieta zmarła wkrótce po przewiezieniu do szpitala. Oficjalny komunikat brzmiał: zatrucie dwutlenkiem węgla. Jednakże ci, którzy znali męską ofiarę rzekomego wypadku, a prawdę powiedziawszy mało kto o nim nie słyszał, powątpiewali w wersję nazistowskich władz. W ten osobliwy, skrajnie zagadkowy sposób, austriacki futbol stracił swego najwybitniejszego syna, symbol siejącego do niedawna popłoch Wunderteamu, ulubieńca wiedeńskich kawiarni – Matthiasa Sindelara. Hipotez co do przyczyny jego śmierci jest kilka. Wersja oficjalna, rozpowszechniana przez nazistowską propagandę mówi, jak wspomniano na wstępie, o przypadkowym zatruciu dwutlenkiem węgla. Jest ona o tyle prawdopodobna, że sąsiedzi Sindelara często narzekali na nieszczelne instalacje gazowe. Aczkolwiek należy wspomnieć o kilku faktach, mocno ją podkopujących. Po pierwsze śledztwo trwało zadziwiająco krótko, zostało zamknięte zaledwie po 2 dniach. Co więcej, cała dokumentacja dotycząca dochodzenia w enigmatycznych okolicznościach zaginęła. Istnieli także świadkowie twierdzący, że naciskano z samej stolicy III Rzeszy, ażeby uznać sprawę za nieszczęśliwy wypadek. Inna teoria sugeruje, że Sindelara zamordowała kobieta przy której znaleziono martwego piłkarza – potomkini cór Koryntu, będąca jednocześnie jego dziewczyną, Żydówka włoskiego pochodzenia Camilla Castagnola. Ta dowiedziawszy się o planowanym przez „Mozarta futbolu” zerwaniu, postanowiła otruć najpierw jego a następnie siebie, składając ich związek na swoistym ołtarzu miłości. Rozważa się również podwójne samobójstwo. Sindelar wraz ze swoją partnerką mieli pozbawić się życia w ramach buntu wobec szerzącej się hitlerowskiej zarazie, której efektem była utrata suwerenności przez Austrię oraz antysemityzm, stopniowo pożerający ich przyjaciół, a także w bliskiej perspektywie zagrażający im samym. Oprócz tego w grę wchodzi zemsta alfonsa Castagnoli– Ameriki Maxiego, który delikatnie to ujmując, nie był wniebowzięty z powodu utraty podopiecznej. Jednak najwięcej argumentów zdaje się przemawiać za tym, że „Mozart futbolu” stał się po prostu ofiarą bezwzględnej „vendetty” nazistowskich prominentów, na którą ciężko pracował od dobrych kilku miesięcy.

Był zagorzałym przeciwnikiem ideologii narodowo–socjalistycznej oraz wszystkiego co z nią związane. W jego teczce w Gestapo znalazły się takie określenia jak „socjaldemokrata”, „czeski nacjonalista” czy „sojusznik Żydów”, co samo w sobie wystarczyło do wydania wyroku śmierci. Ponadto, nie zważając na dezaprobatę decydentów, pomagał przetrwać swoim żydowskim przyjaciołom, a pozostałych przedstawicieli narodu Dawidowego traktował w dalszym ciągu z szacunkiem. Za przykład może posłużyć sytuacja z sierpnia 1938 roku, gdy Sindelar podczas zakupu kawiarni nie wykorzystał trudnego położenia jej właściciela Leopolda Drilla, którego z racji pochodzenia zmuszono do sprzedaży kafejki za bezcen, płacąc mu uczciwą cenę 20 tysięcy marek. Na korzyść „Sindiego” nie działała także przynależność klubową– wiedeńska Austria uważana była za zespół żydowskiej burżuazji. Zresztą z „Fiołkami” wiąże się kolejna anegdota, wyraźnie wskazująca jakimi wartościami kierował się Sindelar. W ramach wszechobecnej antysemickiej nagonki zabroniono piłkarzom rozmawiać z żydowskimi pracownikami klubu(zarówno obecnymi jak i byłymi, których jeszcze nie wyrzucono). Do tego grona należał m.in. do niedawna prezydent klubu dr Emanuel Schwarz. Gdy tuż przed wyjazdem z Austrii spotkał „Sindiego” usłyszał: „Nowy prezydent zabronił mi z panem rozmawiać, ale ja zawsze z panem porozmawiam, Herr Doktor.” Do tego dochodził rodowód Sindelara, który nie był czystej krwi Austriakiem, ale pochodzącym z Moraw czeskim imigrantem. Urodził się w roku 1903, w leżącym na terenie multinarodowych Austro-Węgier Kozlovie jako Matěj Šindelář. W 1905 roku jego rodzice postanowili przenieść się do Wiednia, osiedlając się w biednej, robotniczej dzielnicy Favoriten. Dopiero tam postanowiono zmienić rodzinne nazwisko na Sindelar, a przyszłemu kapitanowi Wunderteamu zmodyfikować imię na ułatwiające asymilację Matthias. Jakkolwiek to wszystko może wystarczyłoby do zwrócenia uwagi przedstawicieli Tysiącletniej Rzeszy w Austrii, natomiast na pewno nie ściągnęłoby na Sindelara gniewu berlińskiej centrali nazistowskiego imperium. O to zadbał sam „Mozart futbolu”, prawdopodobnie podając ostatni gwóźdź do trumny zbijanej dla niego przez fanatyków narodowego socjalizmu. 3 kwietnia 1938 roku na wiedeńskim Praterze odbyło się spotkanie mające uczcić Anschluss Austrii do III Rzeszy. Naprzeciwko siebie stanęły kadra narodowa Niemiec i występujący po raz ostatni legendarny Wunderteam, aczkolwiek już pod nową nazwą– Marchia Wschodnia(Ostmark). Na życzenie swojego kapitana Sindelara, Austriacy zamiast w tradycyjnych biało – czarnych trykotach, wystąpili w kolorach swojej flagi – czerwone koszulki, białe spodenki, czerwone getry, co już samo w sobie mogło zostać odebrane jako prowokacja. Aby nikt nie poczuł się urażony, ustalono, że mecz miał zakończyć się braterskim, pojednawczym remisem. Pierwsza połowa toczyła się według groteskowego scenariusza – każdy zawodnik, w tym Sindelar, pudłował z sytuacji z których wydawało się nie można spudłować. Wszystko układało się tak jak uzgodniono w politycznych gabinetach. Jednak 20 minut przed końcem meczu „Papierowy człowiek” nie wytrzymał - pokonał niemieckiego bramkarza, a następnie podbiegł pod trybunę zajmowaną przez nazistowskich dygnitarzy, aby poprzez taniec okazać swoją radość. Jakby tego było mało, tłum zgromadzony na trybunach zaczął skandować „Austria! Austria!”, co ośmieliło kolegów Sindelara - Karl Sesta zdobył gola na 2:0, tym samym ustalając wynik meczu.

Zapewne żaden sportowiec od czasów czarnoskórego Jesse’ego Owensa, z łatwością pokonującego niemieckich wysokich blondynów na Igrzyskach w Berlinie, nie rozwścieczył w takim stopniu Hitlera i jego popleczników, co wtedy austriaccy piłkarze z „Mozartem futbolu” na czele. Oczywiście całokształt przewinień poszedłby w niepamięć, przysłonięty wybitną grą Sindelara dla chwały III Rzeszy, lecz ten postanowił zakończyć karierę, wielokrotnie odmawiając niemieckiemu selekcjonerowi Seppowi Herbergerowi, tłumacząc się zaawansowanym wiekiem oraz prześladującą go od dawna kontuzją kolana. Późniejszy Mistrz Świata z 1954 roku wspominał: „Próbując raz po raz namówić go do gry, w końcu zrozumiałem, że kierowały nim inne powody. Miałem wrażenie, że miało to związek z niepokojem i odrazą, jakimi darzył wydarzenia na scenie politycznej. To nie dawało mu spokoju i prawdopodobnie zaważyło na jego odmowie.” Na pogrzeb Sindelara przyszło ponad 15 tysięcy ludzi. Zapewne nigdy nie będzie możliwe stwierdzenie ze stuprocentową pewnością w jaki sposób zmarł. Niechybnie wersja głosząca nazistowską zemstę buduje mit bohaterskiego Austriaka, który oddał życie za swoje przekonania. Świetnie wyraził to Jonathan Wilson, angielski dziennikarz, zajmujący się futbolową historią: „Dostępne dowody wyraźnie sugerują, że śmierć Sindelara była wypadkiem, a jednak poczucie, iż bohater nie może zginąć w tak przyziemny sposób przeważa. Przecież co lepiej odda klimat Austrii w czasie Anschlussu niż sportowiec, artysta, pupil społeczeństwa wiedeńskiego, brutalnie zagazowany wraz ze swoją Żydowską dziewczyną?”.

8

1

@Kessie Jakieś głupoty i w dodatku po chińsku!

7

@FCBparasiempre

10 lutego 1939 r. urodził się Władysław Jan Żmuda, pomocnik i obrońca, wychowanek Slavii Ruda Śląska, z której trafił do Śląska Wrocław i tam, od awansu do ekstraklasy w 1964 roku zaczęła się piłkarska droga na najwyższym krajowym poziomie. Co prawda kontuzje przeszkodziły mu w kontynuowaniu gry, ale jednocześnie stanowiły przepustkę do nowej roli, bo jeszcze jako zawodnik, w 1968 roku, ukończył AWF w Warszawie i czeski trener, grających wówczas w II lidze wrocławian, Jozef Stanko od 1970 roku korzystał ze wsparcia grającego asystenta. Pół wieku temu zaczęła się więc wielka trenerska przygoda. W sezonie 1971/1972, już po zakończeniu kariery piłkarskiej, Władysław Żmuda przejął szkoleniowe stery i zbudował drużynę, która w 1973 roku wywalczyła awans do ekstraklasy. Rok później, pierwszy raz w historii klubu, wrocławski zespół z Januszem Sybisem na czele stanął na podium i wywalczył prawo gry w europejskich rozgrywkach. Po wyeliminowaniu w rundach wstępnych Pucharu UEFA drużyn GAIS Goteborg i Antwerp FC, wrocławianie trafili na FC Liverpool, który maszerował po trofeum. Na wypełnionym kibicami Stadionie Olimpijskim w 10-stopniowym mrozie Anglicy wygrali 2:1, a o meczu sprzed 45 lat do dzisiaj wrocławscy kibice i piłkarze opowiadają legendy. Idąc za ciosem podopieczni Władysława Żmudy na krajowych boiskach zdobyli Puchar Polski w 1976 roku i mistrzostwo kraju w 1977 roku, a w międzyczasie dotarli do ćwierćfinału Pucharu Europy Zdobywców Pucharów, w którym po remisie 0:0 u siebie 0:2 przegrali rewanż z SSC Napoli. Po sukcesach odniesionych we Wrocławiu Władysław Żmuda wrócił w rodzinne strony, ale ani jako trener Górnika Zabrze w latach 1977-1980 (spadek z ekstraklasy i powrót do niej), ani grającego w II lidze GKS-u Katowice w sezonie 1980/1981 nie sięgnął po sukcesy. Na swój czas i miejsce trafił natomiast w Widzewie, w którym pracując w latach 1981-1984 zdobył mistrzostwo Polski, dwa wicemistrzostwa kraju, Puchar Polski oraz dotarł do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Zespół ze Zbigniewem Bońkiem w ćwierćfinale wyeliminował wówczas FC Liverpool, a zakończył rywalizację remisem 2:2 z Juventusem Turyn, który u siebie wygrał 2:0 i to zespół wszedł do finału. Kolejny powrót w rodzinne strony, połączony z pracą dydaktyczną na AWF Katowice, zakończył się degradacją Ruchu Chorzów – choć na samym finiszu rundy wiosennej w 1987 roku Władysław Żmuda nie siedział już na trenerskiej ławce. Wrócił na nią jako trener GKS-u Katowice i w latach 1988 oraz 1989 doprowadził drużynę z Bukowej do tytułów wicemistrza Polski, a po tunezyjskim epizodzie, podczas którego w 1991 roku z Esperance Tunius wywalczył dublet, wrócił na dwa sezony do Widzewa, który po awansie do ekstraklasy sięgnął po trzecie miejsce w kraju i w wrócił na europejskie stadiony, a następnie do pracy na katowickiej AWF. Doczekał się wielu wyróżnień, z których najbardziej ceni sobie tytuł Trenera Wszech Czasów Śląska Wrocław nadany w 2012 roku podczas otwarcia poświęconej mu wirtualnej wystawy w stolicy Dolnego Śląska. Nie zmieniło to jednak człowieka, który z typową dla siebie skromnością podsumował 2019 rok. ,,Zadowolony jestem z minionego roku, szczególnie jeżeli chodzi o zdrowie, ale także z tego, że chodząc na mecze piłki nożnej, bo to jest moja pasja, mogłem się cieszyć z dobrych występów drużyn, którym kibicuję” – mówi Władysław Żmuda. ,,Najbliższe są mi: Śląsk Wrocław, Widzew Łódź, Górnik Zabrze i GKS Katowice, ale kibicuję też Piastowi Gliwice, „po sąsiedzku”, a Ruch Chorzów również nie jest mi obcy i ściskam kciuki za jego awans. Cieszę się też z występów mojej Slavii, na której IV-ligowe mecze na rudzkim stadionie, zaglądam regularnie. Pasuje mi to, że wszystkie mecze u siebie „biało-niebiescy” grają w sobotę o 11.00 i to nie koliduje z terminami spotkań innych śląskich drużyn, które też mogę oglądać i emocjonować się ich występami. Miałem sporą satysfakcję, gdy na 100-lecie mojego macierzystego klubu zorganizowany został mecz Slavia – Górnik. Ciekawe było także jesienne spotkanie Górnika z Piastem. Miałem być na grudniowym meczu Śląska z Legią, bo zostałem oficjalnie zaproszony. Z powodów pogodowych i zdrowotnych nie skorzystałem jednak i po tym co się tam działo na trybunach nie żałuję”. Przez te wydarzenia następny mecz z Lechem Śląsk rozgrywał bez udziału publiczności i planowane na ten dzień spotkanie pokoleń, na które też byłem zaproszony, zostało odwołane. Byłem również zaproszony na Wigilię Widzewa, ale tych przedświątecznych spotkań było za dużo i skupiłem się na tych najbliżej domu. Uczestniczyłem w gali 100-lecia Slavii czy spotkaniu opłatkowym Klubu Wybitnego Piłkarza Śląska, gdzie mogłem spotkać kolegów zawodników i trenerów z moich czasów jak i tych dużo młodszych. W towarzystwie Stanisława Oślizły, Jana Benigiera, Piotra Czai, Henryka Latochy, Eugeniusza Lercha, Zdzisława Podedwornego czy Krzysztofa Bizackiego, Radosława Gilewicza, Mariusza Śrutwy, Mirosława Widucha i Jana Wosia była więc okazja do złożenia piłkarskich życzeń na rok 2020. ,,Ważne, żeby Górnik się utrzymał, a Piast wywalczył awans do europejskich pucharów i przełamał barierę pierwszej rundy, pnąc się jak najwyżej” – życzy Władysław Żmuda. ,,Awansów życzę także GKS-owi Katowice i Ruchowi Chorzów oraz innym śląskim drużynom ze szczebla centralnego. Dużo jest tych oczekiwań i gdyby te marzenia kibiców spełniły się w 80 procentach to byłoby super. Natomiast Slavii, która ma swoje IV-ligowe problemy, życzę, żeby poszła za ciosem i jako zdobywca Pucharu Polski na szczeblu Podokręgu Katowice pokonywała kolejne przeszkody już na szczeblu Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Mówiąc krótko wszystkim zespołom życzę poprawy w grze”.

7

Wybitna postać polskiego futbolu kończy właśnie 84 lata:

@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Symson

9

Czy wiemy że…

10 lutego 1999 r. Wojciech Kowalczyk zdobył 1000 gola dla reprezentacji Polskiej w całej jej historii występów. Działo się to na Malcie w towarzyskim meczu z Finlandia, z którą Polacy zremisowali 1:1. Kowalczyk gola zdobył w 34 sekundzie meczu!



@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz

8

Blaugrana w europejskich pucharach:

10 lutego 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Woolverhampton 4:0 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Pucharu Mistrzów. Gole dla Barçy zdobyli: Villaverde(2), Kubala oraz Evaristo. Rewanż był równie okazały ale o tym przypomnę mniej więcej za miesiąc.





@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Sensible
@DaPidejpi

8

Wybitne rekordy, wybitni piłkarze:

10 lutego 1901 r. na stadionie Camp del Hotel Casanovas doszło do pojedynku pomiędzy FC Barceloną a Club Franco Espanyol w ramach Copa Macaya. Mecz ten wygrała Duma Katalonii w stosunku 13:0! Uwaga, w meczu tym został ustanowiony klubowy rekord goli. Niejaki…… Joan Gamper ,,huknął’’ w tym spotkaniu 9 goli! Mało tego, niespełna miesiąc później Gamper wyrównał klubowy rekord strzelając 9 goli Gimnasticowi Tarragona również w Copa Macaya!

Również 10 lutego(cóż za zbieg okoliczności) tyle że w roku 1952, Ladislao Kubala dokonał rzeczy wprost niebywałej! Otóż w starciu ze Sportingiem Gijon w ramach 22 kolejki La Liga strzelił 7 goli! Strzelał kolejno w 11, 27, 70, 73, 75, 83 i 89 minucie. Proszę zauważyć że Kubala w 19 minut strzelił 5 goli! To wyczyn iście spektakularny. Jest jeszcze tylko jeden piłkarz w całej historii Primera Division, który dorównał osiągnięciu Kubali a mianowicie Bask Agustin Sauto Arana, znany lepiej jako Bata. Bata również strzelił 7 goli i to w meczu przeciwko…FC Barcelonie, w którym Athletic Bilbao rozgromił Barçe 12:1! Kubala jest jednak nieco lepszy ponieważ strzelił 5 goli pod rząd, czego nie udało się dokonać Bacie. Co ciekawe, tak genialny snajper jak Leo Messi nie strzelił nawet 5 goli w La Liga a miał ku temu naprawdę wiele okazji. Tak czy inaczej Ladislao Kubala był bez wątpienia największym crackiem Dumy Katalonii XX wieku.



@Monix10
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

1

Cristiano Ronaldo strzelając dzisiaj 4 gole w meczu pierwszej ligi Arabii Saudyjskiej, uzyskał łącznie 503 gole na poziomie ligowym i już tylko 5 goli traci do legendarnego Ferenca Puskasa.

10

@FCBparasiempre
9 lutego 1931 r. urodził się Josef Masopust, genialny czeski pomocnik. Josef był jednym z sześciu dzieci i od początku nie miał lekko. Rodzina nie miała zbyt wiele pieniędzy, co nauczyło go skromności, nigdy nie stał się rozrzutny. Od dziecka był też uczony szacunku do innych. Wszyscy z jego otoczenia powtarzali, że zawsze był dobry, pomocny i nigdy nie zrobił nic złego innej osobie. Niewątpliwy wpływ na to miała też wojna, która wybuchła, gdy miał on 8 lat. To wszystko sprawiło, że Masopust na boisku odznaczał się nie tylko wspaniałą grą, ale też postawą fair play. Był on wzorem człowieka – zarówno na murawie, jak i poza nią. To właśnie o takich ludziach powinno się opowiadać wszystkim młodym adeptom futbolu. Sam piłkarz, wspominając dom, szczególnie mocny nacisk kładł na rolę ojca w jego piłkarskiej karierze. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, który udzielił w zeszłym roku, wspominał m.in.: „tata mówił mi, że jeśli chcę być dobrym zawodnikiem, muszę kopać lewą i prawą nogą”. Poszedł za radą ojca, a umiejętność gry obiema nogami była jego wielkim atutem w przyszłości. Pierwszym (i prawdopodobnie najcenniejszym) zdaniem, jakie usłyszał od rodzica w związku z piłką nożną, było jednak: „żadnych potańcówek, tylko biegać, biegać, biegać”. Posłuchał. Opłaciło się. Ojcu Masopusta dziękować mogą też kibice Dukli Praga. To on poradził synowi, by – gdy ten chciał przejść do większego klubu bezpośrednio z Mostu – najpierw zaliczył mniejszy zespół, w którym dostanie szansę na rozwój. Tak zrobił. I ostatecznie, mimo że pierwotnie miejsce w jego sercu zajmowała Slavia, trafił do jej praskiej rywalki. 1952 oraz 1968. Śmiało lata te można uznać za początek i koniec „ery Masopusta” w drużynie ze stolicy Czech. Josef stał się jej najwybitniejszym piłkarzem w historii, zdobywając z nią osiem mistrzostw Czechosłowacji oraz trzy krajowe puchary. Raz – w 1966 roku – udało się Dukli zdobyć dublet. Również na arenie europejskiej klub prezentował się świetnie. Kilka razy awansował do ćwierćfinału Pucharu Europy, a raz dotarł nawet do 1/2, gdzie zespołem lepszym okazał się Celtic Glasgow, późniejszy zwycięzca. Masopust Dukli oddał całe swe serce i ogromną część piłkarskiej kariery, ale sam w wywiadach, udzielanych głównie w ostatnich latach, przyznawał, że w głowie kołatała mu się myśl o wyjeździe (choć bardziej pasującym słowem byłaby „ucieczka”) za granicę. Powód był prosty: w Czechosłowacji panował komunizm, zarobki piłkarzy były minimalne, a zawodnikiem tej klasy interesowały się zagraniczne kluby. W wywiadzie z Markiem Wawrzynowskim Josef przyznawał, że otrzymał raz ofertę z Sampdorii Genua, która natychmiast została odrzucona. Inne nawet do niego nie docierały, choć zainteresowanie było – przepisy nie pozwalały jednak na taki transfer. Przed ucieczką na „Zachód” powstrzymywała go też myśl o rodzinie, którą musiałby zostawić w kraju. Po zakończeniu swej kariery piłkarskiej – ostatnie dwa lata spędził w Belgii, gdy w końcu (mając 38 lat) dostał pozwolenie na wyjazd – wrócił do ojczyzny… i Dukli. Prowadził ją przez kilka lat jako trener. Zresztą zaliczył nawet trzyletnią przygodę z reprezentacją. W pewnym momencie znalazł się aż w Indonezji, gdzie zajmował się pracą z młodzieżą, ale jego dom, jak sam mówi w rozmowie z Grzegorzem Rudynkiem, „od pół wieku stoi w tym samym miejscu, nieopodal stadionu Dukli”. To najlepiej pokazuje, gdzie ten wielki piłkarz zostawił swe serce.

Słowem wstępu: debiut w kadrze „Rycerz” (bo taki przydomek mu nadano) zaliczył w roku 1954 przeciwko Węgrom, a sześć lat później, wraz ze swymi kolegami z boiska, zdobył brąz mistrzostw Europy. To, co najważniejsze w jego przygodzie z kadrą Czechosłowacji, zdarzyło się jednak w trakcie chilijskiego mundialu w roku 1962. Powiedzieć, że Czesi nie byli faworytami, to jak nie powiedzieć nic. Wieszczono im pożegnanie się z turniejem już w fazie grupowej. Zdaniem większości osób, które obserwowały światowy futbol w tamtym czasie, podopieczni Rudolf Vytlačila śmiało mogli skupić się na zwiedzaniu i poznawaniu nowego dla nich kraju. Miał to być jedyny pozytywny akcent w ich wyjeździe. Stało się inaczej. Dzięki swej fantastycznej grze – której tempo nadawał oczywiście Masopust – Czesi dotarli aż do finału. Tam napotkali (po raz drugi w tym turnieju, do pierwszego meczu jeszcze wrócimy) Brazylię. Josef zdobył bramkę w 15. minucie spotkania. Później, w wielu wywiadach przyznawał, że „przez minutę czuliśmy się jak mistrzowie świata”. Przez minutę, bo po takim czasie wyrównał Amarildo. W drugiej połowie Brazylijczycy dołożyli kolejne dwa gole i to oni mogli świętować. Jak przyznawał sam „Rycerz” Czesi nie byli rozczarowani porażką. Uznawali srebrny medal za swój wielki sukces – całkiem inaczej niż dwanaście lat wcześniej Węgrzy, przeciwko którym Masopust w kadrze debiutował. Podobne zdanie mieli mieszkańcy Pragi, którzy tłumnie wyszli przywitać piłkarzy, gdy ci autobusem przemierzali ulice stolicy. Zresztą już w czasie turnieju z Czechosłowacji przybywać zaczęło do piłkarzy mnóstwo listów, widokówek itp. ze słowami wsparcia i gratulacji. Po śmierci Masopusta ze wszystkich czechosłowackich piłkarzy, którzy brali udział w tamtym turnieju, przy życiu pozostało sześciu: Josef Jelinek, Josef Kadraba, Vladimir Kos, Jan Lala, Vaclav Masek i Jiri Tichy. Po fantastycznym występie na mundialu, Masopust stał się jednym z faworytów do zdobycia Złotej Piłki. Wiedział o tym, że znalazł się na liście nominowanych, ale nie przypuszczał – choć, jak mówił, nie został całkowicie zaskoczony otrzymaniem nagrody – że zwycięży. O tym fakcie dowiedział się w rozmowie telefonicznej od znajomego dziennikarza. Ten, przewidując możliwy szok, najpierw zapytał zawodnika, czy siedzi. Dopiero potem powiedział mu o tym, że został wybrany zawodnikiem roku. W tamtych latach nie było jeszcze wielkich gali z mnóstwem zaproszonych gości, nie robiono z wręczenia Złotej Piłki wydarzenia na skalę światową. W przypadku „Rycerza” podarowano mu nagrodę przed meczem Dukli z Benficą. Wręczył ją redaktor „France Football”, uściskiem dłoni pogratulował mu Eusebio i inni zawodnicy, a po chwili rozpoczęło się spotkanie. Nic więcej. Niepotrzebne były przemowy, swoją grą, a więc tym, co najważniejsze, Josef mógł już po chwili udowodnić, że na ZP zasłużył. Losy Masopusta i Brazylijczyka dość często się ze sobą przeplatały. Już w 1959 roku Dukla Praga pojechała do Meksyku, gdzie – w meczu towarzyskim – zmierzyła się z ekipą Santosu. Dla „Rycerza” było to jedno z ważniejszych spotkań w karierze, a jego drużyna wygrała 4:3. Wtedy spotkali się z najlepszym (to opinia bohatera tego tekstu) piłkarzem w historii po raz pierwszy. Kolejne ważne spotkanie to oczywiście mecz opisanych już Mistrzostw Świata w roku 1962. Nie finałowy. W nim Pele nie wystąpił. Tu musimy „cofnąć się” do fazy grupowej, gdzie Czechosłowacja bezbramkowo zremisowała z Brazylią. Co takiego wyróżnia to spotkanie na tle pozostałych? Fakt, że mieliśmy w nim do czynienia z jednym z najsłynniejszych zachowań fair play w historii piłki nożnej. W trakcie meczu Pele doznał – według Masopusta przy oddawaniu strzału – kontuzji. W tamtych latach nie dopuszczano jeszcze możliwości zmiany zawodników, więc Brazylijczyk na boisku musiał zostać, by nie osłabiać swej drużyny. „Rycerz” powiedział więc partnerom z drużyny, by ci nie faulowali Czarnej Perły. I faktycznie, Pele był oszczędzany przez rywali, co pozwoliło mu dokończyć starcie.

Gest ten, jakże dziwnie wyglądający w dzisiejszych czasach(czasach futbolu nastawionego przede wszystkim na zwycięstwo za wszelką cenę) do dziś wspominany jest przez Pelego. Brazylijczyk zresztą szczerze podziwia i docenia osiągnięcia „Rycerza”. Gdy był obecny na 80. urodzinach Masopusta, składając Czechowi życzenia powiedział: „Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłeś dla piłki nożnej. Byłeś w niej przede mną, otworzyłeś drzwi dla mnie i kolejnych pokoleń piłkarzy”. Trudno o wyraz większego uznania. Historia Masopusta jest ciekawa. Oto jeden ze zdobywców Złotej Piłki. Piłkarz uniwersalny, o bajecznej technice. Człowiek, którego zagraniami zachwycali się wszyscy: kibice, rywale, trenerzy. Wicemistrz świata, zdobywca brązowego medalu na pierwszych mistrzostwach Europy. Andrzej Gomołysek analizując grę Masopusta napisał: „Niewielu zawodników w historii było tak uniwersalnych i miało na piłkę w swoim kraju taki wpływ jak on”. I faktycznie tak było. Czesi o tym pamiętają. W roku 2000 „Rycerz” wybrany został graczem stulecia w Czechach, a cztery lata później zawodnikiem pięćdziesięciolecia UEFA (w każdym kraju członkowskim wybierano takiego). W 2006 roku uhonorowany został Medalem Za Zasługi I stopnia. Przed stadionem Dukli stoi jego pomnik, a obiekt jego pierwszego klubu – Baniku Most – bierze nazwę od jego imienia.



I o ile w swej ojczyźnie Masopust był uwielbiany do końca swych dni, o tyle na Zachodzie(a nawet w Polsce) wydawał się być postacią nieco zapomnianą. Sam przyznam szczerze, że po raz pierwszy usłyszałem o nim zaledwie dwa lata temu, gdy do rąk wziąłem biografię Pelego. Z czego to wynika? Wydaje się, że z faktu, iż sukcesy Masopust odnosił w komunistycznej Czechosłowacji, z której wyjechać mógł dopiero pod koniec życia, a w której obserwować go mogło niewielu fanów futbolu czy dziennikarzy. Zapisał się oczywiście w historii światowej piłki, choćby występem na MŚ w Chile, jednak były to czasy genialnej Brazylii, o której teraz mówi się w pierwszej kolejności. Na liście zdobywców Złotej Piłki nazwisko „Rycerza” wydaje się być niepasującym elementem, anomalią, która nigdy więcej nie miała miejsca. Na szczęście tylko „wydaje się”. Bo pasuje on tam równie mocno, jak Di Stefano, Charlton czy Cruijff. Tu należy ukłonić się w stronę Michela Platiniego, który – dosłownie w ostatnim dniu życia Josefa – wręczył mu Nagrodę Prezydenta UEFA. On o Czechu pamiętał. Śmierć Josefa Masopusta okazała się w pewnym sensie punktem zwrotnym w powolnym „zacieraniu się” pamięci o tym wielkim piłkarzu. Smutne, ale prawdziwe. Potrzebna była ta tragedia, by serwisy i gazety na całym świecie przypomniały sobie, że taki piłkarz istniał i czarował. Nie „kopał”, nie „grał”. Czarował. Jego rajdy na trwałe zapisały się w historii futbolu jako „slalom Masopusta”, a jego przegląd sytuacji, opanowanie w kluczowych momentach spotkania i zmysł taktyczny widać na każdym nagraniu z meczów, w których brał udział. To, że nie ma go już wśród nas, jest prawdziwą tragedią dla futbolowego świata. Pamięć „Rycerza” uczczono minutą ciszy przed finałem ME U21 rozgrywanych w Czechach.

Zarówno przed, jak i po jego śmierci, wiele osób wypowiadało się o czeskim piłkarzu. Tu starałem się zebrać jak najwięcej tych wypowiedzi, tworząc swego rodzaju „pomnik” ku pamięci Josefa Masopusta.

Michel Platini: „Josef Masopust to gracz, którego szczerze podziwiałem. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim. W swoich czasach Josef był naprawdę wybitnym graczem. Był wielkim pomocnikiem Dukli Praga z talentem i umiejętnością zdobywania bramek oraz z niesamowitą zdolnością do eleganckiego dryblowania. Zasłużenie wygrał Złotą Piłkę w roku 1962 oraz był częścią wspaniałego składu Czechosłowacji, która zdobyła wtedy wicemistrzostwo świata.”

Miroslav Pelta (szef piłkarskiej federacji Czech): „To strata nie do zastąpienia. Był wyjątkową osobowością, zarówno na boisku, jak i poza nim.”

Pele: „Masopust był jednym z najlepszych graczy, jakich kiedykolwiek widziałem, ale to niemożliwe, by urodził się w Europie. Z tymi dryblingami musiał być Brazylijczykiem!” „Bez wątpienia był jednym z najlepszych graczy w historii Europy. On i Beckenbauer.”

Eusebio: „Josef jest legendą. Był lepszym piłkarzem, niż ja kiedykolwiek.”

Gianni Infantino: „Josef Masopust jest legendą, wielkim piłkarzem Dukli Praga.”

Josef Jelinek (srebrny medalista MŚ 1962): „Czuję się, jakby zmarł mój ojciec. Starałem się spłacić mu pewne rzeczy i zapewnić opiekę. Był skromnym człowiekiem i wielkim piłkarzem. To smutne, że musimy pożegnać tak wielką legendę. Będę pamiętać, jak wyszedł ze szpitala po poważnej chorobie. Był wesoły, nawet o tym żartował.”

Bohuslav Sobotka (były premier Czech): „Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci tak wybitnej osobistości czeskiego futbolu, jaką był Josef Masopust. Na zawsze pozostanie on jednym z najlepszych piłkarzy w historii Czech, a także wzorem dla wielu obecnych i przyszłych sportowców.”

Vaclav Masek (srebrny medalista MŚ 1962, były gracz Sparty Praga): „Był 10 lat starszy, ale wobec mnie zawsze zachowywał się bardzo dobrze. Nauczyłem się od niego wiele. Był wspaniałym technikiem i strzelcem. Ze swoją głową był w stanie wymyślić rzeczy niesamowite. Będę wiązać z nim wspaniałe wspomnienia. Choć graliśmy w innych klubach, zawsze znajdował dla mnie dobre rady.”

Ivo Viktor(złoty medalista ME 1976, legenda Dukli Praga): „Jego umiejętności piłkarskie najlepiej dokumentują nagrody, które otrzymał. Dzięki swemu myśleniu na boisku, był jednym z najlepszych piłkarzy, obok Pelego czy Cruijffa. Jestem 11 lat młodszy, więc dla mnie był też wzorem do naśladowania. Miał osobowość nie tylko na boisku – w trakcie naszych wyjazdów zawsze śpiewał lub opowiadał anegdoty. Z powodu swoich umiejętności językowych na miejscu załatwiał wszystko, czego tylko potrzebowaliśmy za granicą. Będzie mi go bardzo brakować.”

Uwe Seeler (legenda niemieckiej piłki nożnej, były gracz reprezentacji Niemiec i HSV): „Masopust to Pele czeskiego futbolu. Grał świetnie, strzelał, zdobywał bramki… był po prostu wielkim graczem. Dokładnie wiedział, co w danej chwili zrobić z piłką i, co najważniejsze, zawsze robił to poprawnie. Był wielkiej klasy piłkarzem, którego ogromnie doceniam. Wspaniały przyjaciel.”

7

Niezapominajmy o wybitnych słowiańskich legendach futbolu(wiecie gdzie czytać):

@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

9 lutego 1928 r. w Zabrzu urodził się Antoni Franosz. Był piłkarskim symbolem defensywy Górnika z jego pionierskich czasów. Grać w piłkę zaczął już w Preußen, w którym zadebiutował w 1944 r. Po wojnie od początku istnienia klubu związany z Górnikiem. Wielu wspomina go jako jednego bardzo ambitnego i twardego człowieka. ,,Zawsze rwał się do gry i nie przeszkadzały mu w tym nawet kontuzje. Owijał nogę jakimś bandażem i wracał na boisko. W Londynie, kiedy graliśmy z Tottenhamem, jeden z Anglików korkami rozwalił mu kolano. W przerwie kazał sobie to miejsce polać spirytusem, obwiązać i wyszedł na boisko”– wspominał Roman Lentner. Wyprzedził swoją epokę. Jako pierwszy zaczął atakować flanką. Chodził przy linii, jak skrzydłowy a wówczas żaden obrońca tak nie grał. Wyglądał niepozornie ale rywale bardzo szybko przekonywali się, że nie można go lekceważyć. Zawsze ciągnęło go do przodu. Był kapitanem Górnika praktycznie do końca kariery i bardzo chętnie dzielił się doświadczeniem i udzielał wskazówek młodszym kolegom. W zabrzańskim zespole występował do 1961 r. Przeszedł w tym czasie drogę od występów w klasie A Śląska Opolskiego do gry w elicie i zdobycia trzech tytułów mistrza kraju (1957, 1959 i 1961). Zdążył też zagrać w europejskich pucharach. Dzięki swojemu niespożytemu zapałowi był ulubieńcem kibiców. Był znakomitym dyrygentem zespołu o niekwestionowanym autorytecie. Nigdy nie dostąpił zaszczytu gry w reprezentacji. Jako trener też związał się z Zabrzem. Pracował w Górniku, Pogoni i Gazobudowie, a także w Czarnych Pyskowice. W stanie wojennym wyjechał do Niemiec i osiadł w Kolonii.



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

14

Feliz cumpleaños panie Valverde! Cules pamiętają…

9 lutego 1964 r. urodził się Ernesto Valverde Tejedor, hiszpański trener i piłkarz, którego wszyscy doskonale znamy. Bardzo dziękujemy za te nie liczne ale jednak sukcesy z Blaugraną. Mimo wszystko 2 mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Króla i Superpuchar Hiszpanii mają swoją niepodważalną wartość. Bywaj zdrów panie Ernesto.


@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Monix10
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
@Roni/VEB

2

@lucca87 Zarówno w Holandii jak i w FC Barcelonie. Gdyby nie Michels to raczej nie oglądalibyśmy ,,Boskiego" Johana w Blaugranie, a gdybyśmy nie ogladali Cruijjfa to raczej nie zaistniał by Guardiola, no i tak dalej...

2

@macio_944 E viva la Argentina! Para siempre!

9

Ikony sportu, wybitne legendy Dumy Katalonii:

9 lutego 1928 r. urodził się Rinus Michels, były napastnik Ajaxu oraz jeden z najwybitniejszych trenerów w historii futbolu, także i FC Barcelony. Holender jest pionierem stylu znanego jako ,,futbol totalny”, który zrewolucjonizował piłke nożną w latach 70-tych. Po wygraniu z Ajaksem Pucharu Europy w 1971 r. Michels przejął Barçe i prowadził ją przez 6 sezonów z dwuletnią przerwą a w kolejnych latach był mentorem Johana Cruyijffa, którego z resztą sprowadził w 1974 r. do Barcelony. Dzięki naukom Michelsa, Cruijff stworzył swój ,,Dream Team” i przekazał tajniki futbolu totalnego Guardioli. Podczas wizyty w Barcelonie w 2002 r. wyraził taką oto opinie: ,, W futbolu musi istnieć równowaga pomiędzy uczuciem a zdrowym rozsądkiem”. Rinus Michels w ciągu swojej bogatej kariery trenerskiej zdobył 4 mistrzostwa Holandii, 3 puchary Holandii oraz Puchar Europy z Ajaksem. Mistrzostwo, puchar Hiszpanii oraz Puchar Miast Targowych z FC Barceloną. Ponadto puchar Niemiec z FC Köln i wreszcie Mistrzostwo Europy i wicemistrzostwo Świata z reprezentacją Holandii. W 1999 r. FIFA przyznała mu tytuł ,,Trenera Stulecia”.



@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz
@patataj

9

@FCBparasiempre

Piłkarski sponsoring zna wiele dziwnych historii, które na pierwszy rzut oka nie powinny się wydarzyć. Analiza biznesowa i arkusze kalkulacyjne, a czasem też powiązania biznesowe, sprawiały jednak, że ostatecznie do nich dochodziło. W 2003 roku podpisano kontrakt, który śmiało można określić jednym z najodważniejszych w historii futbolu. Określenie, że początek XXI wieku był dla Atletico Madryt trudny, jest eufemizmem. Po erze Radomira Anticia i sukcesach zespołu z połowy lat 90. nie było już na Estadio Vicente Calderon śladu. W 2000 roku po nieudanych przygodach z legendarnym Arrigo Sacchim i Claudio Ranierim, zespół znalazł się na dnie i pierwszy raz od kilkudziesięciu lat spadł do Segunda Division. Po dwóch sezonach tułaczki w niższej lidze, Los Colchoneres powrócili do elity. Zbiegło się to w czasie jednak z problemami z prawem Jesusa Gila – legendarnego już prezesa klubu, twórcy sukcesów z połowy lat 90. XX. W 2003 roku zrezygnował on z prowadzenia klubu, a rodzina Gil na stanowisko to desygnowała – Enrique Cerezo, znanego i szanowanego hiszpańskiego producenta filmowego. Cerezo nie próżnował i z miejsca postawił sobie za cel doprowadzenie Atletico na szczyt i przywrócenie lat świetności na Calderon. Jednym z pierwszych zadań, które znalazły się na liście Cerezo, było znalezienie sponsora, którego logo mogłyby firmować koszulki Los Colchoneros. W poprzednich sezonach, współpraca Atletico ze sponsorami układała się różnie i dochodziło do ich częstych zmian. W sezonie 1999/2000 doszło nawet do sytuacji, w której na koszulkach Atletico nie znajdowało się logo żadnego sponsora. Nowy prezes Atletico zdecydował się wówczas na dość zaskakujący ruch. Wykorzystując swoje doświadczenie w branży filmowej i szerokie koneksje, zdecydował się na zaproszenie do współpracy hiszpański oddział Columbia Pictures – legendarnej wytwórni filmów i hollywodzkich blockbusterów. Była to pierwsza tego rodzaju współpraca w historii futbolu i jak się miało okazać – jedna z tych najbardziej pamiętnych.

Deal był prosty i jednocześnie(jak na ówczesne czasy) nowatorski. Amerykański potentat w trakcie 4-letniej umowy miał przelewać rocznie na konto Los Colchoneros trzy miliony euro. W zamian na koszulkach Atletico miały pojawiać się nazwy i logo filmów, których premiery zbliżały się w hiszpańskich kinach. Co istotne jednak, w każdym miesiącu na trykotach znajdować się miało logo promujące zupełnie inny film. W efekcie w trakcie sezonu zespół z Estadio Vicente Calderon promować miał 10 różnych filmów. Columbia Pictures dzięki współpracy z Atletico zyskiwało kolejny obszar, umożliwiający im promocję filmów nie tylko na rynku hiszpańskim, ale dzięki globalnemu zasięgowi La Liga – także w ujęciu międzynarodowym. Cerezo w zamian miał zagwarantowanego partnera na blisko cztery lata, a przy okazji – sporo marketingowego szumu wokół zespołu, który mógł zmienić postrzeganie klubu. Atletico stawało się w końcu jedną z tub marketingowych dla czołowej amerykańskiej wytwórni filmowej. Sam kontrakt nie obejmował jedynie logo na koszulkach zespołu. W wielu imprezach promocyjnych, które odbywały się w tamtym czasie, uczestniczyły największe gwiazdy Hollywood, odgrywające główne role w filmach wytwórni. I tak z koszulką Atletico z numerem 12. chętnie fotografowały się takie gwiazdy jak chociażby Harrison Ford, Will Smith, Tobey Maguire, Samuel L. Jackson czy też Halle Berry. Dodatkowo w trakcie każdego z domowych meczów Atletico na stadionowych ekranach pokazywano zwiastuny nadchodzących filmów. Nawet klubowy autobus zmieniał swoje barwy i logo w zależności od tego, jaki film miał mieć premierę w nadchodzących tygodniach. W efekcie doszło do sytuacji, w której praktycznie w co drugim meczu Atletico zmieniało wygląd swoich koszulek. W spotkaniu z Espnayolem, Atletico promowało na koszulkach wchodzącą do kin „Anakondę”, z Valencią – hit Milly Jovovich „Resident Evil”. Prestiżowe spotkanie z Barceloną wykorzystano na logo „Hellboya”, a pierwsze derby El Madrileno na sympatycznego „Punishera”. Z Villarrealem na trykotach pojawił się „Piotruś Pan”, a na drugie derby Madrytu przygotowano promocję filmu akcji „S.W.A.T.”. W międzyczasie na koszulkach znalazło się też miejsce m.in. na drugą część „Bad Boys” czy nie do końca udane „Spanglish”. Najwięcej kontrowersji wywołała jednak promocja drugiej części filmu Spiderman. W tym przypadku przygotowano specjalnie zaprojektowane wyjazdowe koszulki ze wzorem sieci pająka. W połączeniu z niebieskim kolorem koszulek i asymetrycznie ułożonym logo Nike w stosunku do herbu Atletico, koszulki prezentowały się katastrofalnie. Do dzisiaj ten wzór uznaje się za jeden z najdziwniejszych w historii, pojawiając się często w różnych tego typu zestawieniach. Co ciekawe, w przypadku domowych strojów, zdecydowano się jedynie na logo prezentujące pająka, w ostatecznym rozrachunku wyglądające o wiele lepiej. Sam wzór z logo Spidermana wzbudził na tyle dużo kontrowersji, że UEFA zakazała Atletico występu w tych strojach w Pucharze Intertoto.

Ostatecznie w trakcie sezonu Atletico wystąpiło w 16 różnych koszulkach. Umowa z Columbia Pictures trwała dwa lata. Cała akcja sprawiła, że o Atletico znów się dużo mówiło. Dodatkowo błyskawicznie rozwijała się kariera Fernando Torresa, a wokół klubu pojawiły się większe pieniądze. W efekcie stabilność klubu i niezłe wyniki umożliwiły Cerezo ściągnięcie do klubu jeszcze potężniejszego sponsora w postaci koreańskiego koncernu KIA. Umowa podpisana została w 2005 roku, a współpraca z Columbia Pictures zamiast zapowiadanych czterech lat, skończyła się w połowie drogi. Jak ostatecznie zakończyła się współpraca między hollywoodzką wytwórnią, a madryckim gigantem? Kibice Atletico Madryt do dzisiaj muszą czuć dysonans związany z kolorowym okresem, jakim niewątpliwie była ta współpraca. Część kibiców Los Colchoneros widok koszulek piłkarskich odgrywających rolę kinowych banerów musiało kłuć w oczy. Nie da się jednak ukryć, że był to bardzo nowatorski jak na ówczesne czasy pomysł, który po kilku latach marazmu wprowadził dużo świeżości do zespołu Los Colchoneros.

Columbia Pictures poprzez koszulki Atletico dawało silny komunikat informujący o premierach swoich filmów, a liczne środowisko piłkarskie w Hiszpanii było na bieżąco z najnowszymi premierami kinowymi. Dodatkowo media szeroko rozpisywały się o tej współpracy, traktując je jako novum i interesującą ciekawostkę, nakręcając marketingową karuzelę związaną z filmowymi premierami. Nic więc dziwnego, że w ślad za Atletico poszli inni i w kolejnych latach mogliśmy zobaczyć na piłkarskich boiskach reklamy innych premier filmowych. Tutaj sztandarowym przykładem była chociażby Sampdoria, promujące legendarne już „Sin City”. Kolaboracje te powoli udowadniały, że trykot piłkarski stawał się powierzchnią dla praktycznie każdego rodzaju produktu czy też usługi.


7

Jak Spiderman pojawił się na koszulce Fernando Torresa? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.

@DaPidejpi
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira

1

@LS No akurat na tym mundialu jednego strzelili. lecz w dwóch poprzednich nie strzelili ani jednego gola. Jednak głównie chodziło mi o klątwe nie wyjścia z grupy a podchodzili już 3 razy do tej próby...

1

@LS Dalej? A no w efekcie Boliwia przegrała z Niemcami 0:1, przegrała również z Hiszpanią 1:3 oraz zremisowała bezbramkowo z Koreą Południową i w efekcie odpadła z mistrzostw. Od tamtej pory już nie zdołali awansować na mundial, więc klątwa trwa w najlepsze!

9

Obowiązek przegranej:

Zakwalifikowanie się do mundialu w 1994 r. było dla reprezentacji Boliwii niczym podróż na księżyc. Ten biedny kraj doświadczony przez położenie geograficzne i źle traktowany przez historie, uczestniczył już w innych mundialach ale zawsze jakby na gape. Boliwijczycy przegrywali wszystkie mecze, mało tego, nie strzelili nawet żadnego gola. Wysiłki trenera Azkargorty przyniosły w końcu efekty nie tylko podczas meczów rozgrywanych na stadionie w La Paz, gdzie płyta boiska jest wyżej niż chmury, lecz również na nizinach. Boliwijscy piłkarze udowodnili że umiejętność gry na dużych wysokościach nie jest ich jedynym atutem i potrafią otrząsnąć się z kompleksów skazujących ich na porażke, jeszcze zanim mecz się rozpoczął. W eliminacjach Boliwia zachwyciła wszystkich a zwłaszcza Melgar i Baldivieso w środku pola, w przodzie Sanchez a przede wszystkim Etcheverry, o przydomku Diabeł, oklaskiwani gorąco przez różnorodną i wymagającą publiczność. Nieszczęśliwym zrządzeniem losu Boliwijczycy starli się w inauguracyjnym meczu mundialu z potężnymi Niemcami. Pchełka kontra Rambo ale stało się coś, czego nikt nie przewidział: zamiast skurczyć się ze strachu i zamurować własne pole karne, maleńka Boliwia rzuciła się do ataku i grała jak równy z równym, ba! Jak większy z mniejszym. Zdezorientowani Niemcy biegali po boisku a Boliwijczycy zacierali ręce z radości. Było tak do chwili, gdy na boisku pojawił się boliwijski gwiazdor Marco Etheverry. Minute później w idiotyczny sposób kopnął Matthäusa, za co zobaczył czerwony kartonik i został usunięty z boiska. Załamana Boliwia poddała się, zawstydzona tym, że śmiała się przeciwstawić swojemu przeznaczeniu(tajemniczej klątwie ciążącej na niej od stuleci), które zmusza ją do ciągłego przegrywania.


@AssisMoreira
@Symson
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@patataj
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@patataj

15

Feliz cumpleaños panie Christo!

8 lutego 1966 r. urodził się Christo Stoiczkow, bułgarski napastnik, którego wszyscy cules bardzo dobrze znają. Bułgara przyuważył w meczu Barçy z CSKA Sofia w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i ściągnął do klubu Johan Cruyff. Na Camp Nou trafił w 1990 r. i z miejsca stał się gwiazdą drużyny a także ulubieńcem cules. Szybko przekonano się także o tym, jak krewki jest to piłkarz, nie bez powodu nazywany ,,Vulgar Bulgar”. Jego współpraca z Cruyffem stawała się coraz trudniejsza i w efekcie w 1995 r. Stoiczkow został sprzedany do Parmy. Jednak wraz z odejściem Cruyffa, powrócił do Barcelony, gdzie jednak pełnił drugoplanowe role i ostatecznie na dobre odszedł w 1998 r. Stoiczkow jest niechlubnym rekordzistą w ilości czerwonych kartek otrzymanych przez piłkarza Blaugrany a mianowicie 11. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 336 spotkań strzelając w nich 162 gole. Zdobył 5 mistrzostw Hiszpanii, 2 puchary Hiszpanii, Puchar Europy Mistrzów Klubowych, Puchar Zdobywców Pucharów, 2 Superpuchary Europy oraz 4 Superpuchary Hiszpanii.


@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

1

@AFA90 Moim skromnym zdaniem to Urugwaj z Argentyną powinien zorganizować ten Mundial. To właśnie te 2 państwa były pionierami w pierwszych w dziejach futbolu mistrzostwach kontynentalnych oraz jako pierwsze były najsilniejsze na świecie, występując w finale pierwszych mistrzostw świata. Historia Mundialu powinna zatoczyć koło i powrócić tam, skąd się rozpoczeła.

0

@ObiwanKenobi A tego to akurat nie wiem. To nie jest mój autorski tekst, spisałem go z książki.

9

Żywe legendy rodzimego futbolu:

Pseudonim „Koza”, przedsiębiorca, reprezentacyjny obrońca z Krakowa, srebrny medalista olimpijski z Barcelony (1992), pierwszy polski piłkarz „sprzedany” po igrzyskach do Włoch. To Marek Koźmiński, urodzony 7 lutego 1971 w Krakowie w rodzinie absolwentów miejscowej AWF, Zbigniewa (trenera koszykówki, działacza, wiceprezesa Wisły Kraków) i Teresy z d. Mally (trener pływania i gimnastyki artystycznej), absolwent XI Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie (1989), studiował (2 lata) na AWF Kraków, których jednak nie ukończył. Piłkarz (178 cm, 75 kg), lewy obrońca lub lewy pomocnik, wychowanek miejscowego Hutnika 1984-1992 (wymarzona kariera od juniora aż po awans do ekstraklasy), później zawodnik klubów włoskich: UC Udinese (1992-1997), Brescia (1997-15.03.2002) i Ancona (15.03-30.05.2002), greckiego PAOK Saloniki (15.08.2002-30.01.2003) oraz Górnika Zabrze (od 10.02.2003). Występował w reprezentacji olimpijskiej (28 razy) i 38-krotnie (do 2001) reprezentował barwy narodowe (38 występów, strzelając jednego gola).

Zadebiutował w Mielcu w spotkaniu z Izraelem (9 września 1992) a jedyną bramkę zdobył w meczu z Holandią w Rotterdamie (14 października 1992). Jego szybka i zdecydowana gra na lewej stronie boiska podczas IO zrobiła wielkie wrażenie m. in. na szkoleniowcach włoskich (Udinese), którzy na pniu kupili krakowskiego obrońcę (Hutnik chciał 1 milion, otrzymał 600 tys. dolarów). Koźmiński z numerem 10 na koszulce wystąpił już we wrześniu 1992 w meczu Udinese – Inter Mediolan. Jego włoską karierę piłkarską przerwała uciążliwa kontuzja (1996), którą jednak wyleczył. Po dłuższej przerwie powrócił do reprezentacji (Jerzy Engel) i w roli pomocnika wystąpił w meczach eliminacyjnych do mistrzostw świata i samych mistrzostwach (2002). Niestety, bez sukcesów. Wybrany został sportowcem 50-lecia Hutnika Kraków. Odznaczony również srebrnym medalem PKOl (1999).


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

1

@Pawel13sz O! Taką informacje(po polsku) to bardzo lubie! Jeśli ma tak wielki potencjał to niech szybko działają bo jeszcze ,,nam" go ktoś z przed nosa sprzątnie...

9

O tym warto pisać, o tym warto wspominać:

7 lutego 1989 r. FC Barcelona była bardzo blisko pozyskania legendarnego holenderskiego napastnika Marco van Bastena. Cruijff trenował Marco w Ajaksie i był jego mentorem. Jak mawiali dziennikarze w tamtych czasach: ,,Gdyby Johan nakazał van Bastenowi skoczyć w przepaść, ten by to zrobił”. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że menedżerem Marco był… szwagier Crijffa. Van Basten żartował że ,,zapoznałby się z ofertą Barcelony jeżeli przybyliby na rozmowy z tymi samymi pieniędzmi, które dali Koemanowi”. Co ciekawe, stosunki pomiędzy Milanem a Blaugraną ochłodziły przed transferem Ronalda Koemana w 1988 r. Włosi włączyli się do negocjacji o piłkarza i Barça musiała podobno podwyższyć oferte o około milion euro. ,,Mogę jedynie potwierdzić że rozmawiam często z Cruijffem”- podgrzewał atmosferę van Basten. Po 20 latach Marco przyznał, że FC Barcelona była kilkukrotnie bliska zatrudnienia go w stolicy Katalonii: ,,Dwukrotnie byłem naprawdę o krok od podpisania kontraktu w Barcelonie. Nie rozumiałem się dobrze z Arigo Sacchim i chciałem odejść z Milanu. Barcelona Cruijffa była idealnym kandydatem. Najpierw doznałem jednak kontuzji a potem dogadałem się z Sacchim i zostałem w Milanie”. No cóż, wypada jednak żałować i to bardzo że transfer nie doszedł do skutku…



@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

1

@Pawel13sz Nie lubie tych niebieskich ptaszków bo to po ,,chińsku"! i nic z tego nie rozumiem..

12

@FCBparasiempre
Większości z nas Bob Marley kojarzy się z muzyką Reggae, skrętami i długimi dredami. Możliwe, że ci, którzy nieco bardziej zgłębili jego biografię wiedzą, że był bardzo mocno związany z ideologią Rasta, miał mnóstwo dzieci i jest symbolem Jamajki. Rzadko kto jednak wie, że był też wielkim fanatykiem piłki nożnej i prawdopodobnie jej najbardziej znaną ofiarą! ,,Futbol jest częścią mnie. Kiedy gram, świat wokół budzi się do życia” – to najbardziej znany cytat Boba Marley dotyczący jego pasji do futbolu. Zapewne Jamajczyk nie był jedynym muzykiem, który każdą wolną chwilę poświęcał na bieganie za futbolówką, ale z pewnością nikt inny nie poniósł tak wielkich konsekwencji z powodu swojej miłości do piłki. Kiedy mówimy o tym, że piłka nożna zbiera czasem śmiertelne żniwo, to z reguły mamy na myśli Roberta Enke, Marca Viviena Foe albo ewentualnie kibiców z Hillsborough. Do tego grana powinniśmy zaliczyć również Boba Marleya. Jako, że jest to portal o futbolu, nie warto szczegółowo opisywać biografii tego znakomitego artysty. Warto tylko dodać, że jak większość swoich rodaków ma korzenie związane z ojczyzną piłki nożnej Wielką Brytanią, czyli można powiedzieć, że miłość do piłki miał w genach. Od najmłodszych lat miał nieco buntowniczy charakter i nie zawsze po drodze było mu ze szkołą, ale drogę na boisko potrafił znaleźć zawsze. Od zawsze jego życiu towarzyszył sport i muzyka, co łączyło go z wieloma rówieśnikami z Jamajki. On jednak miał talent w obu tych dziedzinach i chociaż postawił na Reggae i rastafarianizm, to nigdy nie zerwał z futbolem. Zarówno na scenie, jak i na boisku cechował się sporym luzem i kreatywnością. Jego ulubionym piłkarzem był Pele, którego podziewał za lekkość i skuteczność na murawie. Kibicował Tottenhamowi oraz brazylijskiemu Santosowi zapatrzony w radość, jaką czerpali z gry zawodnicy z Kraju Kawy. To właśnie tego szukał w futbolu, fantazji, radości i wolności, dzięki której na boisku nie było podziałów na czarnych i białych, rastafarian i wyznawców innych religii. Coś, o co walczył poprzez muzykę, znajdował dzięki piłce. Jego przyjacielem, a także menedżerem zespołu The Wailers, był Allan Cole, zawodowy piłkarz grający w piłkę w Stanach Zjednoczonych w zespole Atlanta Chiefs w lidze NASL, a także w brazylijskim klubie Nautico. Wraz z Colem i członkami zespołu Bob Marley będąc w trasie koncertowej, rozgrywał sporo meczów towarzyskich. W jednym z nich, podczas koncertów w Paryżu, drużyna z Jamajki mierzyła się z członkami reprezentacji Francji. Podczas tego spotkania Marley doznał bardzo przykrej kontuzji palca. Muzyk mimo tego nie zamierzał przerywać trasy koncertowej ani rezygnować z kopania futbolówki. Lekceważąc zalecenia lekarzy, kontynuował europejskie tournee i cały czas oddawał się swoim pasjom.

Potem zdecydował się na badania w Londynie, gdzie uświadomiono mu, że do organizmu wdała się gangrena i amputacja palca jest koniecznością. Marley, jako praktykujący rastafarianin uważał, że ciało stanowi integralną część i nie pozwolił na odebranie sobie żadnej kończyny. Wiedział również, że to oznaczałoby koniec jego przygody z piłką. Była to, jak się okazało najgorsza z możliwych decyzji, bo kilka lat później podczas joggingu z Colem muzyk zasłabł. Kiedy go przebadano, wyszło na jaw, że ma przerzuty nowotworowe do płuc, mózgu i wątroby. Najpierw zdecydował się na leczenie w Nowym Jorku, potem przenosił się do kliniki w Miami i Meksyku, ale wszędzie dawano mu tylko kilka tygodni życia. Wtedy postanowił poddać się kontrowersyjnej terapii opartej na diecie i ziołach, którą zaproponowano mu w Niemczech. Jak się okazało, przetrwał dzięki temu pół roku, ale i tak w końcu uznano, że nie ma już szans. Zapragnął wtedy wrócić na Jamajkę, jednak tam żaden szpital nie był przygotowany, by go przyjąć i ostatecznie zmarł w szpitalu w Miami. Czy to przez futbol? Biografowie Marleya spierają się, czy kontuzja odniesiona na meczu faktycznie była powodem rozwinięcia się nowotworu, czy też ten był w jego ciele już wcześniej. Nie da się jednak podważyć, że uraz mocno przyczynił się do rozwoju choroby, a już to, że zamiast zrezygnować z futbolu, Jamajczyk wciąż biegał po murawie, znacznie pogorszyło jego stan. Tyle, że jak sam zawsze mówił, żeby go poznać, najlepiej zagrać mecz z jego drużyną. Piłka nożna, muzyka i religia były w jego życiu najważniejsze i nie zrezygnował z nich praktycznie do samego końca. Pewnie trudno porównać go z takimi przypadkami jak wspomniany wcześniej Marc Vivien Foe, który zmarł na boisku, czy Robert Enke, którego profesjonalna kariera przytłoczyła do tego stopnia, że popełnił samobójstwo. Na pewno jednak Marley poświęcił dla piłki bardzo wiele i do samego końca chciał grać, nie zważając na swoje zdrowie. Mimo, że w stosunkowo młodym wieku zmarł, to jego historię należy traktować pozytywnie, bo całe swoje życie poświęcał się temu, co kochał najbardziej. Uprawiał sport, tworzył muzykę i głosił swoje przekonania na całym świecie. Zostawił po sobie sporą gromadę dzieci, setki znakomitych piosenek i kilku kolegom z boiska dziesiątki wspomnień, o bramkach, które strzelał na zielonej murawie.


Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?