10

Legendy polskiego futbolu:

31 stycznia 1956 w Bydgoszczy urodził się Stefan Majewski, polski piłkarz grający na pozycji obrońcy, wielokrotny reprezentant Polski, zdobywca 3. miejsca na Mistrzostwach Świata w 1982, trener piłkarski, absolwent Deutsche Sporthochschule Köln (Wyższej Szkoły Sportowej w Kolonii), przewodniczący Rady Trenerów w PZPN. Od 17 września do 29 października 2009 pełniący obowiązki selekcjonera. Do 1978 związany był z klubami bydgoskimi. Jest wychowankiem klubu Gwiazda Bydgoszcz, a od 1972 do końca 1976 występował w Chemiku Bydgoszcz. Wiosną 1977 reprezentował barwy wojskowego klubu Zawisza Bydgoszcz, z którym wywalczył awans do I ligi. W przerwie zimowej sezonu 1978/1979 został zawodnikiem Legii Warszawa. W debiucie w barwach Legii w meczu ze Śląskiem Wrocław (4 marca 1979) strzelił dwa gole. W kolejnych sezonach był podstawowym zawodnikiem warszawskiej drużyny, z którą dwukrotnie zdobywał Puchar Polski. Pod koniec 1984 wyjechał do RFN. 1 grudnia 1984 zadebiutował w zespole 1. FC Kaiserslautern w meczu z Bayernem Monachium, zmieniając po przerwie Andreasa Brehmego. W Kaiserslautern był również graczem podstawowej jedenastki. 3 maja 1985 w spotkaniu z Eintrachtem Brunszwik strzelił swojego jedynego gola w Bundeslidze. Sezon 1987/1988 spędził w 2. Bundeslidze jako gracz Arminii Bielefeld. Po roku gry w cypryjskim Apollonie Limassol wrócił do Niemiec – ostatnie lata kariery spędził we Freiburger FC. Jako zawodnik Zawiszy zadebiutował 30 sierpnia 1978 w reprezentacji Polski w wyjazdowym meczu towarzyskim z Finlandią. W spotkaniu zakończonym wynikiem 1:0 dla Polski strzelił zwycięskiego gola.

W latach 1978–1983 regularnie występował w drużynie narodowej prowadzonej najpierw przez Ryszarda Kuleszę a następnie przez Antoniego Piechniczka. Na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii w 1982 wystąpił we wszystkich 7 meczach polskiej drużyny. W spotkaniu z Francją decydującym o 3. miejscu (3:2 dla Polski) strzelił nawet gola. Wystąpił również na Mistrzostwach Świata w Meksyku w 1986, po których zakończył karierę reprezentacyjną. Łącznie w drużynie narodowej rozegrał 40 meczów, strzelił 4 gole. Od 2014 członek Klubu Wybitnego Reprezentanta. Jeszcze jako zawodnik SC Freiburg pracował z juniorami tego klubu. Wiosną 1994 i ponownie od kwietnia 1995 pracował w Polonii Warszawa, z którą w sezonie 1995/1996 awansował do I ligi. W kolejnych latach prowadził zespół amatorów Kaiserslautern. W 1999 wrócił do Polski by objąć stanowisko szkoleniowca Amiki Wronki. Prowadził również Zagłębie Lubin, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, ponownie Amikę, Widzew Łódź oraz Cracovię. W 2002 pełnił funkcję asystenta ówczesnego selekcjonera drużyny narodowej Zbigniewa Bońka a w 2009 objął funkcję trenera reprezentacji Polski do 23 lat. 17 września 2009 powierzono mu tymczasowe pełnienie obowiązków selekcjonera kadry narodowej. Poprowadził reprezentację w dwóch końcowych meczach eliminacji Mistrzostw Świata.



@DaPidejpi
@Symson
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@patataj

9

(Nie)zapomniane El Clasico:

31 stycznia 1987 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:2 w ramach 25 kolejki Primera Division. Hattricka w tym meczu zanotował Gary Lineker. Blaugrana mogła rozgromić Real w tym meczu gdyż już po 4 minutach prowadziła 2:0 ale podopieczni Terry’ego Venablesa zmarnowali kilka dogodnych sytuacji i w efekcie mecz zakończył się zwycięstwem 3:2. Natomiast nie wielu piłkarzom Barçy w historii pojedynków z Realem udało się strzelić hattricka w meczu o stawke. Pierwszymi, którym to się udało byli rzecz jasna genialni Alcantara i Samitier. Obaj to wielkie legendy Dumy Katalonii. Josep Samitier strzelił nawet 4 gole(!) przeciwko ,,Los Blancos” a tego po nim nie dokonał już nikt inny.




@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi

12

Czy wiemy że…

Dzisiaj 23 lata kończy Julian Alvarez, wychowanek River Plate, argentyński mistrz świata i zdobywca Copa America 2021, występujący na pozycji napastnika, zarówno w Manchesterze City, jak i reprezentacji Argentyny.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

15

@FCBparasiempre
W historii futbolu zapisało się wielu znakomitych wykonawców rzutów wolnych. Byli to gracze ofensywni ale też obrońcy czy nawet bramkarze. Mało jednak było tych, dla których żaden dystans nie stanowił problemu. Taki był właśnie Juninho Pernambucano. Brazylijczyk zdobywał gole po stałych fragmentach gry z takich miejsc, z których niektórzy nie potrafią nawet dobrze dokopać piłki do pola karnego. Recife, czwarta co do wielkości brazylijska aglomeracja, mieści się we wschodniej części Brazylii i należy do stanu Pernambuco. To właśnie tam 30 stycznia 1975 roku jako ostatni z pięciorga rodzeństwa przyszedł na świat Antônio Augusto Ribeiro Reis Júnior, wkrótce lepiej znany światu jako Juninho. Przygodę z piłką rozpoczynał w miejscowym Recife Sport, a treningi uzupełniał grą w futsal. Już jako nastolatek wyróżniał się świetną techniką, wizją gry oraz dokładnością podań. Razem ze swoim zespołem, wchodząc w wiek seniorski, zdobył dwa regionalne mistrzostwa. Transfer do bardziej znanego klubu był tylko kwestią czasu. W 1995 roku zgłosili się po niego działacze Vasco da Gama. Przejście do krajowego giganta pozwoliło mu wskoczyć na wyższy poziom. W drużynie z Rio de Janeiro spędził sześć lat. Fani go uwielbiali. Nadali mu przydomek Reizinho de São Januário („mały król São Januári”), odnoszący się do nazwy klubowego stadionu. Z Vasco odnosił sukcesy już na większą skalę. W 1997 i 2000 roku wygrał mistrzostwo kraju, a w 1998 roku sięgnął po Copa Libertadores. To właśnie dzięki występom w tych rozgrywkach zapewnił sobie nieśmiertelność wśród fanów Vasco – w półfinale bowiem zdobył zwycięską bramkę przeciwko argentyńskiemu River Plate. Do siatki trafił oczywiście po strzale… z rzutu wolnego. Prawne zawirowania i kontrowersje ciągnące się za członkami zarządu sprawiły, że w 2001 roku Juninho Pernambucano postanowił opuścić zespół. Jego odejście nie było jednak proste, a konflikt z klubem zaprowadził obie strony na drogę sądową. Ostatecznie jednak pomocnik uzyskał zgodę na transfer. Wcześniej wygrał jeszcze nagrodę dla najlepszego zawodnika oraz pomocnika roku. Dziś, w dobie większego dostępu do informacji, Juninho być może szybciej trafiłby do Europy. Jego rzuty wolne wówczas nie były jeszcze znane na taką skalę. Chciał go mieć u siebie Olympique Lyon, który budował swój ciekawy projekt i latem 2001 roku Brazylijczyk powędrował do francuskiego zespołu. Tak tamto wydarzenie wspomina bohater tekstu: ,,Lyon miał już w składzie trzech Brazylijczyków(Edmilson, Claudio Cacapa i Sonny Anderson], co było dla mnie ważne, ponieważ dzięki temu łatwiej było mi zaaklimatyzować się we Francji. Zawsze chciałem grać w Europie, a trener Bernard Lacombe także był zainteresowany pozyskaniem mnie, dlatego zdecydowałem się podpisać kontrakt.” Szybko wskoczył do pierwszego składu Les Gones, stając się dyrygentem drugiej linii. W październiku po raz pierwszy przedstawił się szerszej publiczności, kiedy w domowym spotkaniu przeciwko Sochaux zdobył swojego pierwszego gola z rzutu wolnego dla nowej drużyny. Ponad 20 metrów od bramki przeciwnika, krótki rozbieg, piłka puszczona w kozioł… i bramka. Nie było to najpiękniejsze trafienie Brazylijczyka z podobnego stałego fragmentu, ale wkrótce zaczął trafiać z wolnych regularnie. To sprawiło, że żadnemu rywalowi nie było do śmiechu, jeżeli podchodził do stojącej futbolówki. Po kilkunastu miesiącach wszyscy wiedzieli, że żadna odległość nie jest dla niego problemem. Karierę Juninho na Stade Gerland można opisać w ten sposób: gdy przychodził do Francji w 2001 roku, Lyon ani razu w swojej historii nie był mistrzem kraju. Gdy odchodził po ośmiu latach, klub na swoim koncie miał siedem ligowych tytułów. Tylko w swoim ostatnim sezonie nie usiadł na tronie Ligue 1. Lepiej bliżej przyjrzeć się niektórym jego rzutom wolnym.

Dla ,,Les Gones” strzelił równe 100 goli, z czego 44 właśnie po rzutach wolnych. Trudno byłoby przejść obojętnie obok jego trafienia numer dziesięć. W sezonie 2003/04 Lyon mierzył się w fazie grupowej Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium. Między słupkami rywali stał oczywiście Olivier Kahn, który w tamtym czasie należał do absolutnej czołówki bramkarskiej. Nawet on nie miał nic do powiedzenia, gdy Juninho Pernambucano w 6. minucie odpalił swój firmowy pocisk ziemia-powietrze z ponad 30 metrów. Piłka leciała z prędkością światła, odbiła się od słupka i wpadła do siatki obok bezradnie interweniującego Niemca. Remy Vercoutre, wieloletni rezerwowy bramkarz Lyonu, często zostawał razem z Brazylijczykiem po treningach i wspólnie pracowali nad jego strzałami: ,,Tysiące razy mierzyłem się z jego strzałami. W czasie sesji treningowej robiliśmy po 30 lub 40 rzutów wolnych, a 90% z nich trafiało w bramkę. Kiedy już trafiał w nią trafiał, to zawsze oznaczało to gola. Gdy zdobywał gole w meczach, to pierwszą osobą, w stronę której biegł, byłem ja. To było wspaniałe, czułem, że jest to nagroda dla mnie, za całą pracę, jaką wykonywaliśmy.” Wkrótce regularnie zaczął uprzykrzać życie najlepszym bramkarzom. Les Gones, którzy w tamtym okresie mieli monopol na wygrywanie francuskich tytułów, chcieli swoje sukcesy przenieść na międzynarodowe podwórko. Mimo mocarstwowych planów, nigdy nie stali się aż tak potężną marką, jak we własnym kraju. W Lidze Mistrzów ich największym sukcesem był półfinał z 2010 roku. Musieli jednak uznać wyższość Bayernu Monachium. Nie przeszkodziło im to jednak w częstym psuciu krwi największym klubom. Potyczki z Lyonem i strzały Juninho na pewno niezbyt miło wspomina Iker Casillas, strzegący bramki Realu Madryt. Oba zespoły dosyć często wpadały na siebie w czasie europejskich wojaży i zazwyczaj zwycięsko wychodziła ekipa z Francji – w sezonie 2009/10 udało im się wyeliminować z 1/8 finału Królewskich. Przy rzutach wolnych Juninho nie chodziło tylko o jego skuteczność. Wprowadził technikę strzału na zupełnie inny poziom. Do opisu jego uderzeń za granicą często używa się określenia „knuckleball”, zaczerpniętego z baseballa. Za wynalazcę takiego rzutu piłki uznaje się Eddiego Cicotte’a, miotacza reprezentującego na początku XX wieku drużynę Chicago White Sox. Posyłana przez niego piłka w ogóle nie dostawała w powietrzu rotacji. Do tego nagle opadała przed samym rywalem, przez co bardzo utrudniała mu skuteczne odbicie. Prawie 100 lat później powyższą technikę na boiska piłkarskie przeniósł Juninho. Kwestią czasu było to, kiedy znajdą się jego następcy. Dziś wielu piłkarzy próbuje kopiować jego styl – z lepszym lub gorszym efektem. Chyba jego najbardziej znanymi naśladowcami są Andrea Pirlo oraz Cristiano Ronaldo. Włoski zawodnik nie kryje się z tym, że wielokrotnie podpatrywał Brazylijczyka – poświęcił mu nawet fragment w swojej autobiografii „Myślę, więc gram”: ,,Ten facet sprawiał, że piłka robiła niecodzienne rzeczy. Kładł ją na ziemi, wykręcał ciało w parę dziwnych kształtów, brał rozbieg i strzelał. Nigdy nie robił tego źle. nigdy. Sprawdzałem jego statystyki i nie było w tym żadnego przypadku, był jak dyrygent orkiestry, który batutę trzyma między stopami a nie w dłoniach. Odkrycie jego sekretu stało się moją obsesją. Chodziło tak naprawdę o to, jak uderza piłkę a nie w którym miejscu.”

Trudno nie zachwycać się strzałami Juninho. Chociażby bramką, którą zdobył w marcu 2006 roku w wyjazdowym starciu z Ajaccio. Wzrok was nie myli – on naprawdę podszedł do piłki ustawionej zaraz przy kole środkowym z zamiarem trafienia do bramki. Jak już wspomniałem wcześniej – nie było odległości, z której golkiper rywali mógł czuć się bezpieczny. Jak sam podkreślał: wszystko zawdzięcza godzinom spędzonym na boisku treningowym. Z uśmiechem na twarzy przyznał kiedyś, że po prostu uwielbia odpalać kilka serii rzutów wolnych po zakończonych zajęciach. Swoją technikę opisuje następująco: ,,Lubię podchodzić do piłki z prostym nabiegiem i uderzać ją wewnętrzną częścią stopy, tak jak przy podaniach, ale z większa siłą. Piłka trafiona w środek, w miejscu gdzie styka się ze spodem, myli bramkarza, ponieważ opada w zdradliwy sposób.” Miał jedno wielkie marzenie – zdobyć w barwach Lyonu 50 goli z rzutów wolnych. Niestety nie udało mu się dobić do tej liczby. Zabrakło sześciu trafień, jednak to i tak budzi podziw. Na pocieszenie dane jest mu dzierżyć inny rekord – jest piłkarzem z największą liczbą goli zdobytych właśnie po tych stałych fragmentach gry. W sumie uzbierał ich 76. David Beckham, który zajmuje drugie miejsce w tym zestawieniu, trafił 11 razy mniej. W maju 2009 roku Juninho ogłosił, że po zakończeniu sezonu pożegna się z Lyonem. Prezes klubu, Jean-Michel Aulas, na konferencji prasowej poinformował media, że razem z piłkarzem podjęli decyzję o odpuszczeniu ostatniego roku na jego kontrakcie. Brazylijczyk siedział obok prezesa. Opuścił pomieszczenie nie wypowiadając żadnego słowa. Parę dni wcześniej zdobył dla francuskiej ekipy setnego gola. Nie przypieczętował jubileuszu rzutem wolnym, a uderzeniem z 11 metrów. Został zmieniony 10 minut przed końcem, a kibice żegnali go owacją na stojąco, wyczuwając, że zbliża się koniec jego przygody z ich ukochanym zespołem. Stade Gerland opuszczał w roli kapitana. Mimo 34 lat, szybko znalazł nowego pracodawcę. W czerwcu podpisał umowę z katarską drużyną Al-Gharafa, która wyłożyła na niego dwa i pół miliona euro. Tam powiększył swoją kolekcję trofeów. Już w pierwszym sezonie zdobył potrójną koronę, wygrywając ligę, Qatari Stars Cup oraz Qatar Crown Prince Cup. W sumie na katarskiej ziemi rozegrał 66 mecze, w których zdobył 25 bramek. W kwietniu 2011 roku powrócił do Vasco da Gama. Co ciekawe, Brazylijczyk uzgodnił z władzami klubu, że będzie zarabiał zaledwie… 55 funtów tygodniowo – nieco więcej, niż wynosi płaca minimalna w kraju. Tam ponownie przywitał się z kibicami w najlepszy z możliwych sposobów – w pierwszym meczu po powrocie strzelił gola (a jakże) z rzutu wolnego. Liczyła się technika uderzenia, więc z wiekiem jego śmiertelne rzuty wolne nie zatraciły swojej mocy. Po roku odnowił swój kontrakt na sześć miesięcy i chwilę po tym trafił z rzutu wolnego do siatki… swojego macierzystego klubu, czyli Recife. Wciąż błyszczał na boisku, ale nie mógł znaleźć wspólnego języka z zarządem. Z tego też powodu postanowił w zimie 2012 roku odejść do Stanów Zjednoczonych. Trafił do New York Red Bulls, ale wytrzymał tam tylko ponad pół roku. Powrócił więc do… Vasco (przeszedł tam trzeci raz w karierze), gdzie znów nieźle grał. W końcu jednak przegrał z wiekiem – w listopadzie 2013 roku, w spotkaniu z Santosem, które okazało się jego ostatnim, wytrzymał na boisku jedynie 10 minut. Nie mógł wystąpić w ostatnich kolejkach sezonu i tylko bezczynnie patrzył, jak jego drużyna stacza się do drugiej ligi. Po tym wydarzeniu postanowił zakończyć piłkarską karierę. Buty na kołku zawiesił w wieku 38 lat.

Do Vasco da Gama przechodził w swojej karierze aż trzy razy. To w tym klubie zabłysnął i wybił się do Europy i także tu zakończył karierę. Zastanawiające jest to, że Juninho nigdy tak naprawdę nie zaistniał w reprezentacji. Rozegrał co prawda dla Brazylii 40 spotkań, ale nigdy nie był centralną postacią zespołu. Zadebiutował w kadrze w 1999 roku. Niedługo po tym dokonał historycznego wyczynu – został pierwszym piłkarzem, który jednego dnia rozegrał dwa oficjalne spotkania w dwóch różnych państwach! Najpierw na Estádio Beira-Rio przeciwko Argentynie (biegał przez 15 minut), a następnie samolotem poleciał do Urugwaju, gdzie już w koszulce Vasco zagrał przeciwko Nacionalowi w ramach Copa Mercosur. Był w kadrze podczas MŚ 2002 i nawet rozpoczął wszystkie spotkania fazy grupowej w wyjściowym składzie. Podczas najważniejszych meczów (z Anglią, Turcją oraz Niemcami) nie pojawił się już jednak nawet na chwilę na boisku. Wraz z drużyną pojechał również na mundial cztery lata później, ale po turnieju ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, twierdząc, że przyszedł czas na zwolnienie miejsca młodszym zawodnikom. Andrea Pirlo, Didier Drogba, Gareth Bale, Cristiano Ronaldo czy nawet Messi. Wszyscy go podrabiali lub nadal to robią. Ale król jest tylko jeden. Juninho Pernambucano, czyli po prostu Mister Freekick!

10

8

(Nie)zapomniane El Clasico:

30 stycznia 1997 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 3:2 w ramach pierwszego meczu 1/8 Copa del Rey. Gole dla Barçy strzelali: Luis Nazario de Lima w 13 minucie, samobójczą Hierro w 70 minucie oraz Giovanni w 78 minucie. Gole dla Królewskich strzelili Šuker w 16 minucie oraz Hierro w 67 minucie.

Zatem wspomnijmy:





@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi

9

Blaugrana w europejskich pucharach:

30 stycznia 1980 r. FC Barcelona przegrała na City Ground z Nottingham Forest w pierwszym meczu o Superpuchar Europy. Jedynego gola w meczu strzelił George w 9 minucie. Obie drużyny nie mogły się wcześniej porozumieć w sprawie odpowiedniego terminu dwumeczu, dlatego rozegrano go dopiero 8 miesięcy po wygraniu przez Barçe Pucharu Zdobywców Pucharów a przez Nottingham- Pucharu Europy. Z pierwszego spotkania w Anglii Blaugrana wywiozła minimalną porażke, co dawało realne szanse w rewanżu. Dobre zawody wśród Katalończyków rozegrali jedynie bramkarz Artola, któremu sprzyjało szczęście(trzy uderzenia gospodarzy w słupek) i Asensi.


@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Monix10
@DaPidejpi
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB

0

@gaucho104 A przepraszam! Jeśli stracić to rzeczywiście minimum 2 punkty!

0

Bardzo dobrze się stało że Real Madryt stracił punkty, ponieważ niewykluczone że i ,,my" stracimy punkty na Estadio Benito Villamarin i to kto wie czy nawet nie 3 punkty. Z Betisem bardzo ciężko się u nich gra a nasza skuteczność chwilami poraża, więc obym się mylił ale mam przeczucie że stracimy conajmniej jeden punkt.

13

@FCBparasiempre
Anglicy mają Wembley, Hiszpanie Santiago Bernabeu, Brazylijczycy Maracanę, a Szkoci słynne Hampden w Glasgow. Wszystkie te obiekty łączy wyjątkowy status w światowym futbolu a one same często stanowią magnum opus architektów, którzy je zaprojektowali. Obiekt, naznaczony jest 70-letnią rywalizacją derbową na jednym stadionie, był świadkiem narodzin i upadków kolejnych legend, a także miejscem mitycznych zwycięstw zespołów z Mediolanu. Przed wami krótka historia San Siro. Stadion swoją historią zasługuje na odrębny artykuł. To właśnie tutaj swój wielki Inter z hiszpańskim magikiem Luisem Suarezem, tworzył Helenio Herrera. To tutaj niespełna dwadzieścia lat później swoją odmianę futbolu totalnego w Milanie wprowadzał Arigo Sacchi. I to właśnie San Siro było świadkiem marszu niemieckiej reprezentacji do końcowego zwycięstwa w trakcie mistrzostw świata w 1990 roku, a także słynnej porażki Argentyny z Kamerunem na tym samym turnieju. Panteonu wielkich piłkarzy i trenerskich osobistości, które przewinęły się przez lata w Interze i Milanie przypominać nie będziemy, bo to rzecz jasna materiał na dobrą książkę (i to niejedną), a nie pojedynczy materiał. Chcielibyśmy raczej oddać hołd miejscu, które przez lata było świadkiem i areną wielkiego futbolu. W tym celu przedstawiam Wam kilka wydarzeń, które miały istotny wpływ na postrzeganie San Siro i ugruntowały pozycję stadionu jako symbolu, nie tylko włoskiej, ale także europejskiej piłki. Nuovo Stadio Calistico San Siro – to właśnie taką nazwę nosił początkowo stadion, do którego określania dzisiaj używa się zazwyczaj dwóch ostatnich składowych. Co ciekawe, docelowo miał służyć jako hipodrom i miały się tam odbywać wyścigi konne, jednak w trakcie budowy zmieniono koncepcję. Ostatecznie zrezygnowano z bieżni i stworzono stadion typowo piłkarski, co zresztą miało charakteryzować Półwysep Apeniński i obiekty budowane tam z funduszy publicznych. Pojemność San Siro była porównywalna z budowanym wówczas stadionami i wynosiła 35 tys. miejsc. Obiekt zainaugurowano w 1926 roku derbami Mediolanu, w których NerazZurri dosyć wyraźnie ograli Rossonerich 6:3. Już niespełna dziesięć lat później, w 1935 roku, San Siro zostało sprzedane miastu, co pozwoliło uzyskać środki na jego rozbudowę. Był to okres prawdziwego wybuchu zainteresowania piłką nożną, na który wielki wpływ miały dwa tytuły mistrzów świata zdobyte w tym okresie przez Włochów. Nic więc dziwnego, że dotychczasowa pojemność okazywała się niewystarczająca i zwiększono ją do 55 tys. Decyzja ta miała mieć wielki wpływ na dzieje San Siro, gdyż sprzedanie stadionu miastu otworzyło furtkę dla Interu, który jako zespół z Mediolanu, miał takie same prawo gry na obiekcie, jak Milan (traktowano go jako stadion miejski). I rzeczywiście, w 1945 roku Inter przeniósł się ze Arena Civica, na którym występował dotychczas, stając się jego współgospodarzem.


Początek lat 60. był zdecydowanie najlepszym okresem w historii Interu. Legendarny Helenio Herrera za sterami, na boisku Giacinto Facchetti i Luis Suarez, a w 1964 roku pierwszy Puchar Europy zdobyty po zwycięstwie nad wielkim Realem Madryt. Rok później nastąpiło apogeum zespołu, którego klubową gablotę wzbogaciły puchary za mistrzostwo Włoch, Puchar Europy, a także Puchar Interkontynentalny. Zwycięstwo w Europie świętowane było podwójnie, gdyż spotkanie finałowe miało miejsce właśnie na San Siro. Dało to możliwość przypieczętowania znakomitego sezonu i potwierdzenie dominacji w Europie. Zespół Herrery podejmował Benfikę z szalejącym Eusebio, jednak dzięki słynnemu „cattenaccio” obrońcom Interu udało się powstrzymać „Perłę z Mozambiku”, a brazylijski napastnik Jair, ku uciesze 85 tys. ludzi zgromadzonych na trybunach, zapewnił Nerrazzurrim drugi Puchar Europy z rzędu. To był wielki Inter, a jego czas miał się zakończyć po porażce w finale PEMK dwa lata później, gdzie ich pogromcami okazał się szkocki Celtic. W 1980 roku doszło do kolejnego istotnego wydarzenia i oddania czci legendarnemu napastnikowi obu mediolańskich drużyn – Giuseppe Meazzy. Mimo że zawodnik grał zarówno dla Interu, jak i Milanu, kibice Rossonerich w odniesieniu do stadionu, częściej używają starej nazwy – San Siro. Wynika to z faktu, że Meazza uznawany jest legendę przede wszystkim w środowisku kibiców Interu (grał dla zespołu przez trzynaście lat, w porównaniu do zaledwie dwóch sezonów w barwach Rossonerich). „Chyba nikt w futbolu nie potrzebował tak niewiele, by osiągnąć tak wiele” – tymi słowami Rafał Stec zakończył swój artykuł o Sacchim w drugiej edycji „Kopalnii”. I rzeczywiście, trafił w sedno. Na szczycie włoski trener nie był nawet 7-8 lat, a wystarczyło to, do uznawania go za jednego z największych reformatorów piłki nożnej i stawiania w jednym rzędzie z Helenio Herrerą, Johanem Cruijffem i Rinusem Michelsem. Pojawił się znikąd i z grupy piłkarzy różnych wobec siebie piłkarsko i mentalnie, potrafił stworzyć jeden z największych zespołów w historii piłki nożnej. I podobnie, jak Inter Herrery, swój szczyt osiągnął na San Siro.


W 1989 roku w ramach półfinału PEMK do Mediolanu przyjechał Real Madryt. Mimo że klub z Concha Espina czasy największej chwały miał (chwilowo) już za sobą, w składzie nadal znajdowali się tacy piłkarze jak Schuster, Sanchez, Sanchis czy też Butragueno. Leo Beenhakker, trenujący wtedy Królewskich, miał więc pełne prawo myśleć o finale i pierwszym od 1966 Pucharze Europy w gablocie zespołu z Madrytu, zwłaszcza, że zespół miał za sobą serię 27 spotkań bez porażki w lidze. Jak się okazało, nadzieje te były jedynie płonne. Kibice zgromadzeni na San Siro zobaczyli najlepszą wersję Milanu w historii. Zespół Sacchiego zdeklasował swoich rywali i już po pierwszej połowie prowadzili 3:0. W drugiej połowie Rossoneri zdołali dołożyć jeszcze dwie bramki, podsumowując znakomity występ. Ruud Gullit był wszędzie, Baresi z Maldinim nie do przejścia, a cały zespół zaprezentował szaleńczy pressing, który nie pozwolił ani na minutę odetchnąć gościom z Madrytu. Swoją dominację w Europie potwierdzili niespełna miesiąc później, ogrywając Steauę Bukareszt 4:0 w wielkim finale na Camp Nou. W 2001 roku doszło do jednych z najbardziej kontrowersyjnych derbów Mediolanu w historii. Oba zespoły miały po 44 punkty i nie walczyły już o mistrzostwo, będąc blisko 20 punktów za liderującą Romą. Stawka spotkania i tak była olbrzymia – zarówno Inter, jak i Milan walczyły o uratowanie sezonu i występ w europejskich pucharach. Spotkanie, zamiast starcia dwóch równych sobie przeciwników, przypominało raczej rzeź niewiniątek. Po dwóch golach Comandiniego i Szewczenki, a także bramkach Serginho i Giuntiego, Milan zdeklasował swoich rywali 6:0, co do dzisiaj jest najwyższym zwycięstwem w derbach Mediolanu, a samo wspomnienie o tym pogromie, wywołuje wśród kibiców Interu podwyższone ciśnienie. Wybaczcie, ale mecz Bayernu z Valencią to zdecydowanie jeden z najlepszych finałów Ligi Mistrzów w historii. Racja, daleko mu było do fajerwerków ze spotkania Liverpoolu z Milanem lub Realu z Leverkusen. Najpierw senne 90 minut, bramki z dwóch karnych, wzajemne szachowanie się, emocji jak na curlingu. Flaki z olejem powiedziałby co niejeden znudzony „widowiskiem” kibic. Jednak już dogrywka, a potem rzuty karne sprawiły, że Ci, którzy nie zdecydowali się wyłączyć telewizorów, przeżyli jedne z najbardziej dramatycznych i wzruszających scen w swoim życiu. No bo jak inaczej nazwać pięć niestrzelonych karnych w serii jedenastek i drugą pod rząd porażkę Valencii w finale Ligi Mistrzów. Zespołu, który wcześniej nie doczłapał się nawet do półfinału tych rozgrywek? To był wielki zespół „Nietoperzy”, któremu ten puchar należał się jak psu buda, ale… No właśnie, Bayern, a dokładnie Oliver Kahn mieli mieć tego wieczoru jednak inne plany. Po zakończeniu spotkania największy zwycięzca nie pobiegł jednak świętować ze swoimi kolegami. Spojrzał w bok, zobaczył człowieka równie wielkiego jak on, podszedł i pocieszył. Ot, prosty gest w stosunku do Santiago Canizaresa, a do dzisiaj uznawany za jeden z najbardziej wzruszających. Sam przyznaję, tworzy on wyjątkowość i legendę tego finału.


Dwa lata po legendarnych wydarzeniach z finału Ligi Mistrzów, doszło do kolejnego historycznego momentu. Otóż los zagrał z zespołami z Mediolanu w pokera i sprawił, że Inter i Milan miały stoczyć między sobą batalię o finał Ligi Mistrzów. Obecnie zdążyliśmy się już przyzwyczaić do derbów miasta w najważniejszych etapach rozgrywek najlepszej ligi w Europie, jednak wówczas zdarzyło się to po raz pierwszy i traktowano to jako swoiste novum. We Włoszech zacierali ręce, a cały kontynent czekał na te starcia. Emocje gwarantowały już osoby trenerów, tak wobec siebie różne. Po jednej stronie ekspresyjny Hector Raul Cuper, pamiętający jeszcze porażkę w finale Ligi Mistrzów z Valencią. Po drugiej Carlo Ancelotti, czyli wielki spadkobierca Arigo Sacchiego i człowiek, który miał jednak jeszcze wiele do udowodnienia. Faworytem media obwieściły zespół Rosonnerrich, jednak w pierwszym meczu mimo sporej przewagi Pirlo i spółki, Interowi udało się utrzymać 0:0, mając w perspektywie rewanż u siebie. W rewanżu Szewczenko przed przerwą otworzył wynik dwumeczu i Inter zdołał tylko odpowiedzieć trafieniem Obafemiego Martinsa. Mediolan był czerwono-czarny, a Milan mógł się szykować do ostatniej batalii w Manchesterze, gdzie rywalem okazał się być Juventus. Resztę historii doskonale znacie. Z kronikarskiego obowiązku przypomnę tylko, że było to jedyny dwumecz w historii Ligi Mistrzów, który rozgrywał się… na tym samym stadionie.


Historia, którą znacie doskonale. Kwiecień 2010 roku, FC Barcelona kontynuuje swój pochód ku zwycięstwu w Lidze Mistrzów, które ma im zapewnić nieśmiertelność i miano pierwszej drużyny, która zdołała ten tytuł obronić. W półfinale naprzeciw nich staje mały Inter z krzykaczem na ławce, który śmie wyzywać Katalończyków na pojedynek. W tym samym czasie, w dalekiej Islandii wybucha wulkan, którego nazwa zajęłaby połowę tego akapitu co powoduje, że piłkarze Barcelony w wyniku zakazu lotów, na mecz muszą dojechać autokarem. Mecz zaczyna się jednak zgodnie ze scenariuszem i Barcelona wychodzi na prowadzenie za sprawą bramki Pedro. Później dochodzi jednak do wydarzeń, których nikt przy zdrowych zmysłach raczej się nie spodziewał. Inter za sprawą Sneijdera, Maicona i Milito wyszedł na dwubramkowe prowadzenie i niespodzianka stała się faktem. Mecz toczony był w atmosferze sędziowskiego skandalu (gol Milito padł ze spalonego), co nie zmienia faktu, że Inter dał w tym spotkaniu popis gry defensywnej, który de facto powtórzył w rewanżu na Camp Nou. Sam Guardiola był zaskoczony rozmiarami porażki. Nic w tym zresztą dziwnego – dla niego było to pierwsze spotkanie w Lidze Mistrzów, kiedy jego zespół okazał się gorszy od rywala dwiema bramkami.


Ostatnie lata przyniosły na San Siro wiele pożegnań. Nesta, Maldini, Gattuso, Inzaghi kończyli swoje kariery niedawno i klub z Mediolanu dokładał wszelkich starań, aby odbyło się to w jak najbardziej uroczysty sposób. Mimo to, największe wrażenie zrobiło pożegnanie symbolu największego rywala – Javiera Zanettiego, któremu kibice Interu zgotowali na Giuseppe Meazza prawdziwe święto. 10 maja 2014 argentyński piłkarz, grający w Interze od 1995 roku, rozegrał swoje ostatnie spotkanie w barwach Nerazzurrich. Zanetti miał wówczas ubraną opaskę kapitańską z numerem czwartym i jego nazwiskiem, a także wszystkim zawodnikami z którymi miał on możliwość grać w ciągu swojej 19-letniej kariery na San Siro. W trakcie pożegnalnego przemówienia, Argentyńczyk z trudnością powstrzymywał się od łez, a jego słowa przerywane były ciągłymi owacjami i wiwatami na jego cześć. Całość podsumował słowami: „Piłkarz zostaje tutaj, ale mężczyzna idzie dalej”, a wypełniony po brzegi stadion kontynuował hołd dla swojego wielkiego kapitana. Całe wydarzenie trwało blisko 8 minut i były to jedne z najbardziej magicznych chwil, jakich świadkami mogli być kibice zgromadzeni na San Siro.

0

@Survier Jak widać Ferran Torres kompletnie nie pasuje w naszej drużynie, powinien odejść jak najszybciej!

8

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:

29 stycznia 1941 r. w Bytomiu urodził się Henryk Paweł Apostel, piłkarz, trener piłkarski i działacz. Od 1977 do 1984 roku był szkoleniowcem reprezentacji Polski do lat 18 i 21; tę pierwszą dwukrotnie doprowadził do drugiego miejsca w mistrzostwach Europy. Wyników z pracy z młodzieżą nie powtórzył z dorosłą kadrą, którą prowadził w latach 1993 - 1995. Równolegle z sukcesami pracował m.in. w Śląsku Wrocław i Lechu Poznań. Od 1999 do 2008 roku był wiceprezesem do spraw szkolenia w Polskim Związku Piłki Nożnej. Grał na pozycji środkowego pomocnika. Jest wychowankiem Rozbarku Bytom, ale po 9 latach spędzonych w tym klubie przeszedł do lokalnego rywala Polonii. Razem z Polonią zdobył w 1962 roku mistrzostwo Polski. W tym samym roku zadebiutował w reprezentacji Polski w towarzyskim meczu z Marokiem. Był to jego jedyny występ w kadrze narodowej. Najlepsze piłkarskie lata spędził w warszawskiej Legii, z którą zdobył mistrzostwo oraz dwa Puchary Polski. W 1969 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie był zawodnikiem Śląska Wrocław, Polonii Warszawa i krótko Legii. Piłkarską karierę zakończył w 1976 roku w wieku 35 lat.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB

1

@mekston Też w Australian Open?

1

Nie oglądam regularnie tenisa bo najzwyczajniej nie mam na to czasu. W związku z tym mam pytanie a nawet dwa. Ile razy Grek Tsitsipas grał w finale Wielkiego Szlema? A drugie to słysze jakieś wołania na trybunach typu nole, co to oznacza?

0

@Nieznajomy No i wszystko jasne! Dla kasy trzeba zabić te miłość do Barcuni!

0

@Faro Skoro obydwie stacje mają prawa do La Liga a największą ogladalnością cieszą się zarówno Real jak i Barca, to nie powinni transmitować obydwu ekip na obydwu stacjach?

1

Wszystkiego najlepszego panie Grzesiu!
Grzegorz Krychowiak kończy dzisiaj 33 lata! Tego pana chyba nie musze wszystkim przedstawiać?
A tak zaczynał:


0

@diabel666 Przyłączam się do pytania, ponieważ mam tylko Eleveny...

12

Feliz cumpleaños panie da Souza Faria! Z okazji 57 urodzin!

29 stycznia 1966 r. w Rio de Janeiro urodził się Romario da Souza Faria. Napastnik o pseudonimie ,,Baixinio”(po polsku Malutki), jak wielu innych Brazylijczyków, swoją karierę w Europie rozpoczynał w 1988 r. w klubie z ligi o średnim prestiżu a mianowicie w PSV Eindhoven. Do FC Barcelony przybył w 1993 r. Trenerem, którego chciał i ściągnął Brazylijczyka do stolicy Katalonii był nie kto inny jak sam Johan Cruyff. ,,W moim pierwszym sezonie będę królem strzelców La Liga i strzelę 30 goli!”- takie właśnie słowa padły z ust Romario gdy przechodził do Barçy. Ktoś powie: ,,Niezły żartowniś z niego albo zarozumialec.” Nie wielu zawodników na świecie może sobie pozwolić na tak buńczuczne wypowiedzi przed sezonem ale jeszcze mniej(jeśli w ogóle ktokolwiek) jest w stanie sprostać takiemu zadaniu. Już w debiucie przeciwko Realowi Sociedad ustrzelił hattricka! Szybko doszedł do porozumienia ze Stoiczkowem i stworzyli cudowny duet. To zdumiewające ale jednak Romario dopiął swego zdobywając 30 gola w ostatnim wygranym spotkaniu z FC Sevilla. Zapewne zrobiłby to wcześniej, gdyby nie zawieszenie po incydencie z Diego Simeone. Snajperem był wybitnym to nie ulega wątpliwości, jednak po wygranym Mundialu w USA Brazylijczyk przedłużył sobie wakacje bez przyczyny, czym mocno rozgniewał Johana Cruyffa. Konflikt wygrał Johan a Romario musiał odejść do Flamengo, lecz czy drużyna na tym zyskała? Romario nadal zdobywał niesamowite gole już w Brazylii i aż strach pomyśleć co by było gdyby nadal grał w barwach Blaugrany?



@Symson
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

28 stycznia 1908 r. urodził się Karol Kossok, legendarny napastnik m.in. Cracovii czy też Pogoni Lwów. Kossok był pierwszym piłkarzem w dziejach polskiej Ekstraklasy, który strzelił 4 gole w jednym meczu. Dokonał tego już w pierwszej, historycznej kolejce rozgrywek o mistrzostwo Polski! Dzięki temu stał się jednocześnie pierwszym liderem klasyfikacji strzelców Ekstraklasy. Natomiast tytuł króla strzelców zapisał na swoje konto będąc zawodnikiem Cracovii w 1930. Łatwo można było zlekceważyć tego zawodnika. W czasach gdy wzorcami byli Józef Kałuża czy Wacław kuchar(obaj liczący poniżej 170 cm.) przerastający ich o głowe a w dodatku barczysty Kossok stanowił wyjątek na boiskach Ekstraklasy. Drugiego równie masywnego i wysokiego piłkarza wówczas nie było. Pozornie wydawał się więc niezwykle powolny i nieporadny. Za tą olbrzymia sylwetka kryły się jednak wielkie umiejętności. Naturalny ciąg na bramke, nienaganna technika a przede wszystkim jeden z najlepszych dryblingów w tych czasach w Ekstraklasie, budziły prawdziwy postrach wśród golkiperów. ,,Wózkowanie”- jak wtedy nazywano kiwanie przeciwników- wykonywane przez tego snajpera należało do stałego repertuaru meczów z jego udziałem. ,,Olbrzym śląski z jego balansem ciała, techniką piłki i dyspozycją strzałową jest na boisku polskim zjawiskiem naprawdę niecodziennym”- pisał ,,Przegląd Sportowy”. Uważano jednak że zbyt wiele energii marnuje na zagraniu ,,pod publiczkę”. Krytykom odpowiadał wówczas: ,, Wolę przejechać przeciwnika z piłką, aniżeli oddać ją na oślep”. Usprawiedliwiał się że drybluje po to aby skupić uwagę obrony przeciwnika na sobie i dać swobode swoim kolegom z linii ataku. Jego gra ściągała bowiem największą uwagę tak przeciwników, jak i kibiców. Wielką sławę zapewnił mu też trik, który dopracował do perfekcji- markowanie strzału w sytuacji ,,sam na sam”. -,,Wyszkolenie w dryblingu pomaga mi równocześnie mylić bramkarza przeciwnej drużyny aby ten nie mógł się zorientować co do momentu mojego strzału”- opowiadał. Jego groźna bronią były ponadto strzały z rzutów wolnych. Kiedyś w meczu pomiędzy reprezentacjami Budapesztu a Krakowa zmieścił piłke ze stałego fragmentu gry z odległości 40 metrów w samo okienko bramki przeciwników! Innym razem po strzale Kossoka z dystansu tak znokautowany został austriacki bramkarz Zankl że musiał opuścić boisko. ,,Jeden, drugi wolny wystarcza w zupełności aby pocisk wypuszczony spod dźwigni olbrzymiej nogi znalazł droge do siatki przeciwnika”- opisywał jego umiejętności ,,Przegląd Sportowy”. W Biało-Czerwonych barwach najlepszą partie rozegrał w starciu z Węgrami w ramach Pucharu Amatorów Europy Środkowej, dziś uznawanym już za mecz nieoficjalny. Strzelił wtedy 2 gole i rozmienił obronę przeciwników na drobne dryblingami oraz potężnymi bombami.


@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Roni/VEB

2

@FCBparasiempre
W myśl znanego powiedzenia „stara miłość nie rdzewieje”, Buffon po rocznym romansie w Paryżu, wrócił do ukochanego klubu. Chwilę potem pobił rekord Paolo Maldiniego w największej ilości meczów rozegranych w Serie A. Obecnie ma ich na koncie aż 658, choć licznik lada dzień przestanie tykać. W Juventusie pokochali go nie tylko za efektowne parady, ale w pierwszej kolejności za osobowość. Zawsze uśmiechnięty, szczery, przyziemny, ludzki, skromny, daleki od gwiazdorstwa. Szacunek zyskał również zabieraniem głosu na ważne tematy, podczas gdy inni woleli milczeć. Niektórych ludzi mogła drażnić jego nadmierna ekspresja na boisku, ale on sam mówi, że futbol to rozrywka i cyrk oraz dawanie ludziom emocji. Jego wybitny etap w reprezentacji Włoch zasługuje na wyodrębnienie. Buffon oprócz wspomnianego w tekście srebra mistrzostw Europy U16 z 1993 roku, ma również złoty krążek tego czempionatu, zdobyty trzy lata później. W dorosłej kadrze zadebiutował 29 października 1997 roku jeszcze jako gracz Parmy, kiedy w meczu eliminacji mistrzostw świata w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Gianluce Pagliuce. Starcie to zakończyło się remisem 1:1, a Gigi został pokonany przez… Fabio Cannavaro, który w feralny sposób skierował futbolówkę do własnej bramki. Na mundialu we Francji był jedynie zmiennikiem Pagliuci, a Włosi pożegnali się z turniejem w ćwierćfinale. Od tamtego momentu dotychczasowy golkiper „Squadra Azzurra” w narodowych barwach już nie zagrał, więc Buffon mógł zacząć pisać własną historię. Z powodu kontuzji ominęło go Euro 2000, na którym Italia dotarła aż do finału, przegrywając tam w dramatycznych okolicznościach z Francją. Mundial w Korei i Japonii okazał się prawdziwą klęską, w dodatku okraszoną – powiedzmy sobie wprost – zwykłymi wałkami sędziów. Włosi z Buffonem między słupkami z trudem wyszli z grupy, a w drugiej rundzie trafili na gospodarzy, którym arbitrzy pomagali, jak tylko mogli. Gigi obronił nawet podyktowany w kontrowersyjnych okolicznościach rzut karny, ale wobec kolejnych zagrywek sędziów był już bezradny. Prowadzący tamte zawody Byron Moreno to bez wątpienia uczciwy człowiek. Zapłacono mu za awans Korei? Będzie awans Korei. Mistrzostwa Starego Kontynentu w 2004 roku również okazały się dla Włochów bardzo nieudane, bowiem żegnali się z nimi już po fazie grupowej. W pierwszym meczu grali z Danią i bezbramkowo zremisowali, a jedyną osobą, która po końcowym gwizdku uśmiechała się od ucha do ucha, był Buffon. To właśnie w tamtej chwili jego problemy po długiej walce z depresją ostatecznie zniknęły: ,,Stało się to nagle. W najgorszym okresie miewałem chwile, w których bałem się wychodzić na murawę. Podczas Euro 2004 graliśmy na otwarcie z Danią. To było bardzo ciężkie i wyrównane spotkanie, po którym tylko ja mogłem w stu procentach się cieszyć. Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że moje problemy natury psychicznej odeszły już na dobre.” Na miano najpiękniejszego momentu w reprezentacyjnej, ale też pewnie ogólnie całej karierze zasłużył mundial w Niemczech. Włochy po raz czwarty zostały mistrzem świata, a Buffon przez cały turniej puścił zaledwie jedną bramkę (w grupowej potyczce przeciwko USA). Retrospekcje z finału opisywał w swojej książce: ,,Finałowy mecz z Francją zremisowaliśmy, ale ostatecznie zwyciężyliśmy po serii rzutów karnych. Żadnego nie obroniłem, choć w trakcie meczu zrobiłem to, co do mnie należało, ale będę mógł opowiadać wnukom, że Trezeguet przestraszył się mnie stojącego w bramce i dlatego przestrzelił. Wiem, że nikt temu nie zaprzeczy. No, może sam David, ale on się w tym wypadku nie liczy. Do wykonywania jedenastki nie podszedł Zinedine Zidane – został wcześniej wyrzucony z boiska za paskudny wybryk. Muszę jednak w tym miejscu się do czegoś przyznać. Byłem jedyną osobą na boisku, która widziała, jak Zidane uderza Materazziego. Od razu podbiegłem do sędziego liniowego i o wszystkim mu powiedziałem. Fakt, nie był to zbyt sportowy gest z mojej strony, nie w moim stylu – dlatego nie jestem z niego dumny. Złożyło się na to kilka czynników: zbyt duża presja, zbyt dobrze grający Zidane, zbyt trudna sytuacja naszej drużyny i zbyt wielka pokusa, by dostał czerwoną kartkę i na ostatnie minuty meczu zniknął z boiska. Nie potrafiłem tego powstrzymać. Po finale zemdlałem z wrażenia.” W trakcie spotkania 1/8 z Australią doszło do zabawnego dialogu między Buffonem a Cannavaro, który kilka lat wcześniej niefortunnie zaznaczył swoją obecność w debiucie kolegi. Panowie na murawie ucięli sobie pogawędkę, którą zarejestrowały mikrofony. Gigi był przerażony perspektywą odpadnięcia z imprezy po tym, jak czerwoną kartkę otrzymał Materazzi, a gra Włochów się nie kleiła. Cannavaro odpowiadał na słowa Buffona pomiędzy kolejnymi interwencjami w obronie.

– fabio ku*wa

– o co chodzi, gigi?

– nie chcę wracać do domu, rozumiesz?

– dobrze, rozumiem

– nie, niedobrze. jestem poważny jak cholera. chcę tu zostać, nie mam w domu nic do roboty, rozumiesz?!

– rozumiem gigi

– zgadzasz się ze mną w lekceważący sposób i traktujesz mnie jak dupka, ale ja nie żartuję. nie skończymy jak w korei, prawda? powiedz, że nie skończymy jak w korei

– to się nie wydarzy, zobaczysz

– fabio, to się nie może wydarzyć, jesteśmy włochami! nie możemy tak skończyć fabio! fabio nie możemy! fabio, obiecaj mi, że dzisiaj nie odpadniemy

– obiecuję ci, gigi, ale pozwól mi już grać

– słuchaj, moja rodzina może tu dołączyć do mnie, nie muszę pilnie do nich wrócić

– wiem

– jeśli wrócę do domu, będę zły

– to się nie zdarzy, zobaczysz

– nie będzie jak w korei?

– żadnej korei

– pieprzyć koreę!

– amen

Gigi brał udział w jeszcze czterech wielkich turniejach, jednak udane dla niego i jego kraju były tylko mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie, gdzie Italia zajęła drugie miejsce. O reszcie chciałby pewnie zapomnieć. Euro 2008? Pierwszy raz jako kapitan w reprezentacji i porażka w ćwierćfinale z Hiszpanią. Mistrzostwa świata 2010? Brak awansu z grupy plus kontuzja, której nabawił się w pierwszym meczu w grupie. Mistrzostwa świata 2014? Znów powrót do domu przed fazą pucharową. Na mistrzostwach Europy w roku 2016 Włosi otarli się o półfinał, przegrywając w ćwierćfinale z Niemcami po rzutach karnych. Ostatnimi spotkaniami o punkty w kadrze były dla Buffona baraże do mundialu w Rosji. Włosi przegrali dwumecz ze Szwedami i pierwszy raz od 60 lat zabrakło ich na turnieju dla najlepszych drużyn globu. Gigi wówczas rozpłakał się przed kamerami, jego marzenia o występie na szóstych mistrzostwach świata legły w gruzach. Karierę w reprezentacji zakończył kilka miesięcy później, w przegranym towarzyskim starciu z Argentyną. Grał oczywiście w roli kapitana, co od 2008 roku było dla niego standardem. 176 – właśnie tyle razy zagrał dla swojego kraju. Wynik ten stanowił do niedawna rekord w ilości gier w kadrze wśród europejskich piłkarzy. Pobił go niedawno Sergio Ramos, który tych meczów ma już na koncie 180.

Jego osiągnięcia muszą budzić podziw. 10 razy był mistrzem Włoch, wygrał także sześć Pucharów i sześć Superpucharów kraju. Z PSG sięgnął po mistrzostwo Francji i Superpuchar Francji, a z Parmą dorzucił jeszcze Puchar UEFA. Najważniejszym trofeum pozostaje jednak mistrzostwo świata, które wespół ze srebrnym medalem mistrzostw Europy tworzy wspaniałą reprezentacyjną karierę Gigiego. Jeśli chodzi o indywidualne sukcesy, jest ich naprawdę masa. Do najważniejszych trzeba zaliczyć drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki w 2006 roku, 12 statuetek dla najlepszego bramkarza sezonu w Serie A, nagrodę dla najlepszego bramkarza mundialu w Niemczech, laur od UEFA za bycie piłkarzem 2003 roku w Europie oraz trzykrotną obecność w drużynie roku według FIFA. Buffon otrzymał także Order Zasługi Republiki Włoskiej (2006). Inne wyróżnienia można sprawdzić w Internecie. Jest ich tak wiele, że ciężko przejrzyście i rzetelnie przedstawić je bez perfidnego kopiowania. W zawodowej piłce znajduje się prawie od 26 lat. Na swoim koncie zebrał łącznie imponującą liczbę 1106 rozegranych meczów. Pięknie wypełniona gablota to nie wszystko. Wygrał nie tylko sporo złota, ale też zaskarbił sobie sympatię fanów z całego świata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to zwykły gość. Taki sam jak każdy inny facet. Sodówka nie odbijała mu od czasów nastoletnich, jego hierarchia wartości wywoływała szacunek. Nigdy nie wstydził się płakać, robił to często. Swoją klasą jako człowiek być może przebił nawet tę sportową, a zważywszy na to, jak wielka ona jest, to cóż, czapki z głów panie Gianluigi. Nieubłaganie nadchodzi moment, kiedy będzie trzeba raz na zawsze powiedzieć „koniec”. Sam często żartował, że może pożegna się z piłką, gdy będzie miał 65 lat. Wszyscy jednak doskonale wiemy, że to nadejdzie dużo szybciej. Został mu sezon, może dwa w barwach Parmy. Gwiazdy gasną, ale legendy nie giną nigdy, więc ciągle czekamy na finał tej legendarnej, choć wciąż niedokończonej opowieści.
,,Chciałbym, aby dzień, w którym odejdę, sprawił, że ludzie będą z tego powodu smutni”- podsumował Buffon.

3

@FCBparasiempre
Nie stronił od skandali. W Parmie kupił sfałszowaną maturę, by móc pójść na studia. Pewnego dnia zmienił numer koszulki z jedynki na 88. Później tłumaczył, iż nie zdawał sobie sprawy z neonazistowskiej symboliki tej liczby. „H” to ósma litera alfabetu. Napisana dwa razy tworzy „HH”, co jest skrótem od owianego złą sławą „Heil Hitler”. Buffon ponoć o tym nie wiedział, choć kiedy w studiu telewizyjnym pojawił się w swetrze z napisem „śmierć tchórzom”, ludzie zaczęli wątpić w jego wyjaśnienia. Ten slogan używany był przez faszystów za czasów rządów Benito Mussoliniego. Znowu usprawiedliwiał się niewiedzą, mówiąc, że chciał tym zdaniem zmobilizować partnerów z zespołu do lepszej gry. W jego życiu nie brakowało również śmiesznych, zgotowanych przez los wydarzeń. Parma mierzyła się kiedyś z Fiorentiną w Coppa Italia, a Buffon akurat wtedy dostał wolne. Pojechał na stadion w roli kibica, a gdy już po meczu wsiadł do samochodu na parkingu, otoczyła go grupka sympatyków „Violi”. Służby porządkowe nakazały mu jechać do wyjazdu, gdzie znajdują się autobusy z fanami Parmy, którzy mieli zostać eskortowani przez policję aż do samej autostrady. Spotkał tam niejakiego Volpo, jednego z zagorzałych tifosich, który stał z rozwaloną twarzą po bójce z florentyńczykami. Gigi zaproponował, że zabierze go ze sobą autem, by ten mógł komfortowo i szybciej wrócić do domu. W trakcie podróży autokary zatrzymały się, a wysiadający z nich kibice Parmy znów szukali sposobu na konfrontację z rywalem. Policja zorientowała się w sytuacji i przy bramkach wjazdowych na autostradę zatrzymywała wszystkich, chcąc znaleźć ultrasów, którzy brali udział w zadymie. ,,Wysiedliśmy obaj, ale Volpo – o wiele bardziej doświadczony w tego typu sytuacjach – ulotnił się w jednej chwili, zanim w ogóle zdałem sobie z tego sprawę. Ja z kolei oberwałem kilka razy pałką policyjną. W końcu któryś z policjantów mnie rozpoznał. Przynajmniej taką wersję zdarzeń mi później sprzedano. Osobiście uważam, że od początku wiedzieli, kto jedzie w tym samochodzie” – opowiadał w autobiografii. Wkrótce mógł już jechać dalej i w pewnym momencie zobaczył… stojącego na poboczu Volpo. Pozwolił mu wsiąść jak gdyby nigdy nic. Po drodze panowie polubili się jeszcze bardziej, czego dowodem był wspólny wypad do dyskoteki tej samej nocy. Następnego dnia w prasie pojawiły się kuriozalne informacje, że Buffon pojechał razem z kibicami na ustawkę. W pierwszym sezonie wystąpił łącznie w dziewięciu meczach, a już w następnym posadził na ławce Bucciego, stając się pierwszym wyborem nowego szkoleniowca klubu, Carlo Ancelottiego. Z każdym miesiącem bronił lepiej, pewniej, nabierał doświadczenia i sprytu. Jego pozycja w świecie piłki bardzo szybko rosła. W 1997 roku zadebiutował w Lidze Mistrzów w spotkaniu ze Spartą Praga. W sezonie 1998/1999 wygrał z Parmą Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, a rok później sięgnął po krajowy Superpuchar. Łącznie spędził w Parmie 10 lat, jeśli liczymy też czasy juniorskie. To kawał historii w jego arcybogatej karierze. Wielka karta zapisana w piłkarskiej księdze. Napisanie kolejnego rozdziału kosztowało Juventus horrendalną jak na rok 2001 sumę 53 milionów euro. Była to wówczas rekordowo zapłacona kwota, jeśli chodzi o pozycję bramkarza. Wynik ten dopiero 17 lat później przebił Alisson Becker, który zamienił Romę na Liverpool, a cała transakcja opiewała na 62,5 miliona euro. ,,Cieszyła mnie kwota, jaką za mnie zapłacono. W tamtym czasie to było ewenementem, ludzie mówili, że taka kwota wydana na bramkarza to szaleństwo. Ja nie miałem z tym żadnego problemu. Juventus śledził moje poczynania w Parmie i jego działacze musieli sobie pomyśleć coś w stylu „ku*wa, ale ten buffon jest dobry”. Gdyby wyłożyli pięć milionów, nie zrobiłoby to na nikim wrażenia. Tę sumę zdefiniowały realia rynku, dobry bramkarz jest równie wartościowy co dobry napastnik. Chciałem za wszelką cenę odejść do Juventusu, niezależnie od tego, ile zapłacili” – wyznał szczerze w jednym z wywiadów.

Do Turynu trafił jako następca wielkiego Edwina van der Sara, który odszedł do angielskiego Fulham. Ze „Starą Damą” od razu zaczął odnosić sukcesy, a jego interwencje krok po kroku budowały legendę, którą jest dzisiaj. Warto nadmienić, że niewielu ludzi pamięta, że mógł również trafić do FC Barcelony, która mocno zabiegała o jego względy. ,,FC barcelona chciała mnie w tym samym czasie co Juventus. Mój agent Silvano Martina miał udać się do Hiszpanii, by dogadać się w sprawie kontraktu, ale wtedy zaprosił mnie do siebie dyrektor generalny Juve, Luciano Moggi. Marzyłem o wygraniu ligi. Ojciec doradził mi, bym wybrał Juventus. Posłuchałem go i nigdy nie żałowałem tej decyzji. Pytała o mnie również Roma, a zważywszy, że był tam dobrze znany mi Totti, a trenerem został Capello, opcja ta wydawała się niezła. Nie dogadaliśmy się jednak finansowo, a do Rzymu zamiast mojej osoby trafił bardzo utalentowany Ivan Pelizzoli.” W pierwszym sezonie Juventus z Buffonem w bramce wygrał ligę, w następnym powtórzył ten wyczyn, a w dodatku doszedł do finału Ligi Mistrzów. 23 maja 2003 roku w spotkaniu decydującym o triumfie w Champions League Juve zmierzyło się z innym włoskim gigantem, Milanem. Po 90 minutach oraz dogrywce było 0:0, więc o wszystkim zadecydowały rzuty karne. Buffon zatrzymał strzały Seedorfa i Kaladze, ale to nie wystarczyło i Milan ostatecznie wygrał konkurs jedenastek 3:2. Niedługo później Gianluigi musiał stawić czoła prawdopodobnie najtrudniejszemu przeciwnikowi w jego karierze – depresji. Ta straszna choroba, która była powodem samobójstwa innego golkipera, Roberta Enke, zawładnęła jego życiem w 2004 roku. Wylewnie mówił o tym wielkim kłopocie: ,,Przeszedłem depresję. osiągnąłem wiek, w którym musiałem dorosnąć i zacząć traktować życie nieco poważniej, co wywarło na mnie ogromny wpływ. Cierpiałem na straszny niepokój i czasami w środku gry moje nogi zaczynały się trząść w niekontrolowany sposób. To było dość przerażające. zdarzyło się, że tuż przed meczem poprosiłem trenera, by rezerwowy bramkarz wszedł za mnie. Ja nie czułem się na siłach. W jakiś sposób zauważyłem, że to wszystko jest trudne do opanowania, a moje ciało i umysł nie wytrzymują tej presji. Kibiców tak naprawdę gówno obchodzi, jaki masz humor i czy wszystko jest okej. Wszyscy widzą tylko piłkarza, idola. Znają Buffona, ale zapominają o Gigim. O moim cierpieniu wiedziałem tylko ja, nie powiedziałem o tym nikomu. Starałem się wysyłać bliskim i kolegom z drużyny małe sygnały. Powoli zdałem sobie sprawę, że z tego da się wyjść. Przewartościowałem parę rzeczy. Kiedyś myślałem, że psycholog to złodziej, który wyłudza pieniądze od pogubionych ludzi. To nieprawda. Jeżeli trafisz na dobrego psychologa, on pomoże ci z tego wyjść. Mnie się udało.” W maju 2006 roku wybuchła słynna afera Calciopoli. W jej wyniku Juventus utracił tytuły mistrza Włoch „wywalczone” w sezonach 2004/05 i 2005/06 oraz został zdegradowany do Serie B, w której w nowym sezonie wystartował z 17 punktami na minusie. Stało się jasne, że stolicę Piemontu opuści wówczas wielu piłkarzy, którym wizja gry w drugiej lidze po prostu nie odpowiadała. Odszedł Zlatan, Vieira, Thuram czy Zambrotta. Buffon miał dylemat, poważnie zastanawiał się nad transferem. Lojalność okazali między innymi Del Pierro i Nedved, jednak oni byli ikonami klubu, a on trafił do niego ledwie kilka lat wcześniej. Ostatecznie postanowił zostać, czym na zawsze zyskał szacunek biało-czarnej strony Turynu. ,,Byłem szczęśliwy, że postanowiłem zostać w Juventusie. Mocno wahałem się nad odejściem do Milanu, ale finalnie podjąłem dobrą decyzję. Niektórzy ludzie mogą dać przykład swoim postępowaniem. Ktoś musiał posłać w świat wiadomość, że w życiu najbardziej liczą się uczucia i własne przekonania, a nie pieniądze czy sława. Gdybym miał podjąć decyzję drugi raz, byłaby ona taka sama.” Juventus – czego można było się spodziewać – po roku wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej, jednak odmarsz wielu świetnych graczy oraz cięcia finansowe musiały dać o sobie znać. Buffon na jakiekolwiek klubowe trofeum musiał czekać od 2004 do 2012 roku, kiedy Juve wróciło w końcu na dobre do gry o wielkie sukcesy.

„Bianconeri” zdominowali całą dekadę w lidze włoskiej, zdobywając dziewięć tytułów z rzędu w latach 2012-2020. Gigi przez cały ten okres stanowił ostoję w bramce turyńczyków. Konsekwentnie z każdym rokiem pracował na swój niebywały status. Dokonania na krajowym podwórku były czymś wielkim, ale Buffonowi, jak i całemu Juventusowi, mocno zależało na triumfie w Lidze Mistrzów. Można chyba śmiało rzecz, że te rozgrywki stały się dla Gigiego czymś w rodzaju obsesji. Ostatecznego spełnienia. Zamknięcia wspaniałej podróży. Po przegranej w 2003 roku Buffon miał na triumf jeszcze dwie sposobności. W 2015 roku Juve musiało uznać wyższość Barcelony, a dwa lata później Realu Madryt. Wyścig po upragnioną zdobycz był jego największą motywacją, kiedy już osiągnął zaawansowany dla zawodnika wiek. Wszystko wskazuje na to, że wyścig ten zakończy się przed metą. W 2016 roku pobił rekord Sebastiano Rossiego w liczbie minut bez straconego gola w lidze (Buffon był niepokonany przez 973 minuty). Napisał wtedy list, którego adresatem była… bramka. Dając popis swoich literackich umiejętności, zawarł w liście takie słowa: „Miałem 12 lat, kiedy odwróciłem się do ciebie plecami, odrzucając całą swoją przeszłość, by zagwarantować ci bezpieczną przyszłość. posłuchałem głosu serca. Poszedłem za instynktem. Dzień, w którym przestałem na ciebie patrzeć, jest także dniem, w którym zacząłem cię kochać. Chronić cię. Być pierwszą i ostatnią linią obrony. Obiecałem, że zrobię wszystko, by już nigdy cię nie zobaczyć. Lub po prostu robić to najrzadziej, jak tylko potrafię. Bolało za każdym razem, kiedy musiałem się odwrócić i wiedziałem, że cię zawiodłem.” Gdy Wojciech Szczęsny zamienił Romę na Juventus, Buffon miał już 39 lat. Było jasne, że nadchodzi zmierzch jego kariery. Na początku ich wspólnej egzystencji w klubie panowie dzielili się liczbą minut spędzaną na murawie, ale Gigi wiedział, że Polak został na Allianz Stadium sprowadzony z myślą jego zastępstwa. Potrzebował wyzwań, bo przecież wyzwania stanowiły dla niego inspirację. Kiedy latem 2018 roku przyjął ofertę od Paris Saint-Germain, piłkarski świat nie dowierzał. Po 17 latach spędzonych w Turynie jego transfer był dla kibiców trudnym tematem. Do stolicy Francji nie trafił jako typowy rezerwowy bramkarz. W jego pierwszym i jak się okazało ostatnim sezonie w PSG rozegrał 25 spotkań, zdobywając mistrzostwo i Superpuchar kraju. Podczas jednego ze spacerów paryskimi uliczkami paparazzi przyłapali go, jak odpala papierosa i zupełnie swobodnie kroczy z nim chodnikiem, co rusz się zaciągając. Nie od dziś wiadomo, że papierosy to jego słabość. Już kilka razy wcześniej był przyłapywany na tym niechlubnym dla sportowca nałogu. Pierwszą fajkę w życiu zapalił, mając zaledwie 14 lat. Możliwe, że właśnie to zamiłowanie do puszczonego dymka w jakiś sposób wpłynęło na jego świetne relacje ze Szczęsnym, który też jak wiadomo lubi zapalić. Wystarczy wspomnieć, jak Buffon przywitał go w Juventusie. ,,Wchodzę do szatni i pierwsze, co widzę, to kłęby szarego dymu. Idę na koniec, a tam dwa wielkie skórzane fotele, na jednym z nich rozłożony jest Gianluigi Buffon. bok niego stolik, popielniczka wielkości pokrywy od studzienki i oczywiście masa kiepów. Buffon bez cienia skrępowania palił papierosy w szatni mistrza Włoch, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. byłem w totalnym szoku! „ty, ale mi powiedzieli, że tu nie można palić”. Gigi tylko szeroko się uśmiechnął. Teatralnie się zaciągnął i rozbroił mnie, mówiąc: „Witaj w Juventusie, Wojtek”- ujawnił Szczęsny w książce „w krainie piłkarskich bogów”. Na Parc des Princes chcieli zaproponować mu przedłużenie kontraktu o kolejny rok, ale on nie okazywał zainteresowania. Nie skusiły go wielkie pieniądze, bowiem zgadzając się na prolongatę umowy, musiałby pogodzić się z rolą zmiennika. ,,Kilka miesięcy temu mogłem podpisać nowy kontrakt. odmówiłem, ponieważ nie chciałem być rezerwowym. Miałem sporo czasu do namysłu. zrezygnowałem z wielkiej kasy, jaką mi proponowano, bo w wieku 41 lat wciąż potrzebuję emocji.”-wspominał.

11

@FCBparasiempre
Mało brakowało, a świat piłki nigdy by o nim nie usłyszał. Przy porodzie pojawiły się pewne komplikacje, które mogły uczynić go kaleką albo nawet odebrać mu życie. Obronił się przed tym, co nie powinno szczególnie dziwić. Talent do bronienia miał przecież ogromny, choć niewielu ludzi wie, że karierę zaczynał jako pomocnik. Pierwszego papierosa zapalił w wieku 14 lat a w drodze na swój debiutancki mecz w dorosłej karierze przeciwko Milanowi zasnął w autokarze. Gianluigi Buffon to doskonały przykład wielkiego sportowca, który pozostał normalnym człowiekiem. Jakiś czas temu legendarny bramkarz Juventusu ogłosił, że kończący się właśnie sezon jest jego ostatnim w Turynie, w którym spędził prawie dwie dekady. Dziś już wiadomo, że Buffon wraca na stare śmieci, bowiem w następnym sezonie będzie bronił bramki Parmy. Powrót Gigiego do klubu, z którego wypłynął na szerokie wody jest świetną okazją, aby podsumować jego piękna karierę. Gianluigi Buffon urodził się 28 stycznia 1978 roku w niewielkiej toskańskiej miejscowości Carrara, położonej nieopodal rzeki Carrione. Tamten dzień, choć na pierwszy rzut oka szczęśliwy, naznaczony został prawdziwym koszmarem. Adrian i Maria Buffonowie nie mogli w pełni nacieszyć się narodzinami swojego trzeciego dziecka. Malutki Gigi został im zabrany jeszcze zanim zdążył zagościć na ich rękach. Przejęta stanem noworodka pielęgniarka w pośpiechu zaniosła go na oddział intensywnej terapii i wtedy wiadomo było, że jest źle. Kilkadziesiąt lat później mama Buffona wzięła głęboki oddech i przez dłuższą chwilę milczała. Ze łzami w oczach opowiadała o dramatycznych wydarzeniach, które spotkały jej ukochaną rodzinę: ,,Wydawał się zdrowy, ważył cztery kilogramy. Okazało się jednak, że dusiła go pępowina. Miał sinicę z powodu braku tlenu i leżał w inkubatorze przez pięć lub sześć dni. Po prostu tam leżał tak jak Jezus na krzyżu. Nikt wtedy jeszcze nie miał informacji, czy doszło do uszkodzenia mózgu. Kiedy lekarze przynieśli go nam, powiedzieli tylko: „Bóg jeden wie…”. Miłościwy pan był dla nas bardzo dobry. Gigi rozwijał się zaskakująco szybko, beż żadnych problemów ze zdrowiem. Chodził i mówił już w wieku dziewięciu miesięcy. Nawet wtedy był numerem jeden.” Z mamą łączy go wyjątkowa więź. Od zawsze był jej oczkiem w głowie, największą miłością i życiowym sukcesem. Znakomite relacje ma również z rodzeństwem, a konkretnie dwiema starszymi siostrami – Veronicą oraz Guendaliną, które także uprawiały sport, będąc siatkarkami. W wywiadzie dla „Corriere della Sera” Guendalina wracała myślami do dawnych czasów: ,,Wiem, że mój brat dla wszystkich jest legendą, ale dla mnie nadal jest małym chłopcem z meczów juniorskich drużyn. Biegał w kółko z dwoma dużymi czerwonymi policzkami, włosami postawionymi na jeża, chudymi nogami i sporym brzuszkiem. Lubił naprawdę dużo jeść.” Jedzenie obdarzył wielkim uczuciem, kiedy jako dziecko odwiedzał rodzinne strony ojca. Adriano Buffon pochodził z Latisany, ale jego rodzeństwo mieszkało w pobliskiej Pertegadzie, gdzie Gigi spędził wiele lat we wczesnej młodości. Przebywał tam ze swoim wujem Giannim, ciotką Marią i babcią Liną. Ich mieszkanie znajdowało się nad sklepem spożywczym, który prowadzili z pomocą Aldiny, innej cioci Gianluigiego. W swojej autobiografii dzielił się wspominkami na ten temat: ,,To był magiczny świat. Poruszanie się po półkach, bieganie i zjeżdżanie po przejściach pełnych rzeczy do jedzenia. Zawsze miałem pełny żołądek. Najbardziej lubiłem kanapki z mortadelą, które pożerałem w gigantycznym tempie.”

Po rodzicielach odziedziczył wraz z siostrami sportowe geny, bowiem Maria Buffon zawodowo rzucała dyskiem i pchała kulą, natomiast Buffon senior był znanym w całych Włoszech sztangistą. Nic dziwnego więc, że Gigiego również ciągnęło do wysiłku fizycznego. Na początku miał spore problemy ze znalezieniem odpowiedniej dla siebie dyscypliny, ale w wieku sześciu lat rodzice zapisali go do szkółki malutkiego amatorskiego klubu USD Canaletto Sepor z miasta La Spezia, które znajdowało się 30 kilometrów od Carrary. Jego pierwszym trenerem został… jego ojciec, który pomimo uprawiania innego sportu, był zapalonym fanem piłki nożnej i opiekunem młodych piłkarzy Canaletto. W przeciwieństwie jednak do archetypowego „nachalnego rodzica” nie narzucał na syna zbędnej presji i nie pajacował przy linii boiska, krzycząc i wymachując rękami w celu chęci polepszenia gry swojej pociechy. Wolał po prostu dać mu się dobrze bawić. Smarkaty Gigi nie podchodził do futbolu tak entuzjastycznie, zdecydowanie bardziej wolał grać w ping-ponga. Jak sam mówi, początki przygody z piłką nie były dla niego optymistyczne, ale spodobała mu się idea posiadania specjalnego stroju meczowego, własnej torby oraz odpowiednich butów.Co ciekawe, Buffon nie zaczynał kariery w roli bramkarza, tylko pomocnika. Debiut w juniorskiej drużynie prowadzonej przez tatę miał wymarzony. Strzelił piękną bramkę z rzutu wolnego i ze względu na swoje gabaryty i posiadaną siłę, od małego był kimś w rodzaju specjalisty od stałych fragmentów. Szczególnie podczas pobytu w Perticata, klubie z Carrary, do którego dołączył po opuszczeniu Canaletto, aby grać bliżej domu. Na jednym z młodzieżowych turniejów uderzył w poprzeczkę podczas swojego pierwszego w życiu występu na stadionie San Siro. Człowiekiem, któremu zarówno Buffon, jak i cała Italia zawdzięcza bardzo wiele, jest niewątpliwie kameruński bramkarz Thomas N’Kono. To właśnie on natchnął 12-letniego wówczas Gigiego do wskoczenia między słupki. Oglądane z wypiekami na twarzy mistrzostwa świata w 1990 roku, gdzie Kamerun z N’Kono w składzie odpadł dopiero w ćwierćfinale po heroicznym boju z Anglią, stały się momentem przełomowym w karierze bohatera tekstu. Akrobatycznie broniący golkiper „Nieposkromionych Lwów” wzbudził u Buffona ogromny podziw i przekonał go do zmiany boiskowej pozycji. Nie będzie sporym nadużyciem stwierdzenie, że N’Kono zmienił bieg historii. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby nie on, Buffon nigdy nie zostałby bramkarzem i pewnie przepadłby gdzieś w przeciętności wśród wielu młodych chłopaków grających w polu. Ostateczny dowód na ogromną sympatię do idola stanowi fakt, że jeden z dwóch synów Buffona z pierwszego małżeństwa z czeską modelką Aleną Šeredová nosi imię Thomas. ,,To, co zrobił dla Kamerunu podczas mistrzostw świata, zainspirowało mnie do zostania bramkarzem. Wszystkie oczy były zwrócone na graczy takich jak Diego Maradona i Gary Lineker, ale mnie zahipnotyzował N’kono” – powiedział kiedyś Buffon w jednym z wywiadów. Wielka postać afrykańskiej piłki zwróciła uwagę Buffona już trzy lata przed rzeczonym mundialem, kiedy to Espanyol z nim na bramce wyeliminował z Pucharu UEFA wielki Milan prowadzony przez Arrigo Sacchiego. N’Kono docenił sympatię i szacunek, jakim darzył go młodszy kolega po fachu. Zaprosił go do Kamerunu na swój pożegnalny mecz, jednak nie spodziewał się, że Buffon dotrzyma słowa i zjawi się na miejscu. ,,Po raz pierwszy spotkałem go, gdy miał 20 lat i był w Parmie. Rok później poprosiłem go, żeby zagrał w moim pożegnalnym meczu. Powiedział tylko, że nie ma problemu i na pewno przybędzie. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że tak się nie stanie. Potem, w ostatniej chwili, zadzwonił do mnie i orzekł, że jest na lotnisku i wkrótce ma lot do Kamerunu. To było niesamowite” – przyznał N’kono.

Latem 1990 roku ojciec zapytał go, czy chciałby spróbować swoich sił jako bramkarz. Mając w pamięci popisy N’Kono, 12-letni Gigi bez wahania potakująco kiwnął głową. Jedynym problemem było to, że w Perticacie usilnie wystawiali go w pomocy. Inter Mediolan w tamtym czasie również poznał się na jego talencie i chciał sprowadzić go do siebie, aby ten grał w drugiej linii. Buffon był zdeterminowany, by zostać bramkarzem i na szczęście znalazł inny lokalny klub, który pozwolił mu grać na preferowanej pozycji. Trafił do A.S.D. Bonascola Calcio, gdzie spotkał trenera bramkarzy, Avio Menconiego. ,,Miał znakomitą sylwetkę oraz spory wzrost. Dobrze radził sobie z grą nogami, ale koniecznie chciał zostać bramkarzem. Więc kiedy powiedzieli mi, że jest dzieciak, którego wiele klubów chce jako pomocnika, ja odparłem, żeby przysłali go do mnie. Musiałem nauczyć go, jak poprawnie się rzucać i wpajałem mu do głowy, że za wszelką cenę zawsze musi utrzymać piłkę w rękach. Jeśli chodzi o całą resztę, to po prostu był stworzony do tego fachu” – mówił Menconi o swoim byłym podopiecznym. Już w pierwszym sezonie gry w juniorskiej Bonascoli znalazł się na radarze trzech dużych włoskich ekip – Milanu, Bologni oraz Parmy. Największe zainteresowanie przejawiali Rossoneri. Wysłali nawet rodzicom Gigiego kontrakt do podpisania, jednak podróż do Lodi w celu sprawdzenia warunków i nowego otoczenia spowodowała, że Adriano i Maria zaczęli negatywnie patrzeć na fakt zamieszkania syna tak daleko od domu. Bolonia wydawała się bardziej atrakcyjną opcją i nastoletni Gigi też pozytywnie zapatrywał się na tę przeprowadzkę. Jednak nie wszyscy w klubie żywili przekonanie co do zawarcia umowy, więc sprawa utknęła w martwym punkcie. W Parmie także wątpili w umiejętności młodego piłkarza, ale jeden człowiek stamtąd od razu wiedział, że Buffon będzie wielki. ,,Gdy tylko go zobaczyłem, powiedziałem sobie, że ten dzieciak to fenomen. Dyrektor sportowy Parmy nie był co do niego pewien, ponieważ gigi miał płaskostopie, a jego technika pozostawiała wiele do życzenia. Ja jednak wiedziałem, że możemy nad tym popracować. Dałem wyraźnie do zrozumienia, że musimy natychmiast go pozyskać, zanim zrobi to ktoś inny. kiedyś na jednym z treningów byłem wkurzony na bramkarzy kilka lat starszych od niego. Ryknąłem wtedy, żeby spojrzeli na Buffona i brali z niego przykład, bo w przyszłości będzie numerem jeden w bramce reprezentacji, a w serie a zadebiutuje jako 20-latek” – chwalił się Ermes Fulgoni, były trener bramkarzy Parmy. Na szczęście posłuchano jego słów i zaledwie 13-letni Buffon wkrótce zamieszkał w mieście, które słynie z wymyślenia parmezanu. Gdy opuszczał rodzinną Carrarę, przyjaciele i koledzy z drużyny Bonascoli zasypali go prośbami o oficjalne koszulki, spodenki, a nawet skarpetki z logiem jego nowego klubu. Trener Menconi mierzył wyżej. Był przekonany, że Gigiemu będzie dane reprezentować Włochy. Zagaił go, aby ten wysłał mu pierwszą koszulkę, jaką założy podczas występu dla reprezentacji narodowej. Nastolatek obiecał to zrobić, ale uznał ten pomysł za absurdalny, szczególnie gdy zderzył się z trudnymi początkami nowego środowiska. Splendor i honor grania dla kadry wydawały się zbyt odległe od ponurego życia w jego nowym domu – szkole z internatem imienia Marii Luigi. Nowe miejsce nauki okazało się pięknym i pokaźnym budynkiem, jednak tęsknota za domem dawała mu się we znaki. Placówka zrzeszała uczniów z każdej części kraju, z każdego rodzaju rodziny i z różnych środowisk społeczno-ekonomicznych. 13-letni Buffon był towarzyski i otwarty, więc w mgnieniu oka znalazł kumpli i jak sam mówił, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Problemem okazał się charakterek, który niebawem ujawnił. Lubił się popisywać, być w centrum uwagi, na boisku podczas meczów często zwracał innym uwagę i krytykował w arogancki sposób. Takie postępowanie odbiło się na nim, kiedy w trakcie jednego ze sparingów popełnił fatalny błąd, który zauważył Fabrizio Larini, szef sektora młodzieżowego w Parmie. Larini dał krnąbrnemu małolatowi wybór: zmieniasz swoje zachowanie albo pakujesz manatki i wracasz tam, skąd przyszedłeś. Na jego gorącą głowę wylano kubeł lodowatej wody. Podziałało. Wziął się za siebie i sfokusował swoje myślenie tylko na własnych słabościach oraz ciężkiej pracy. Zaledwie miesiąc później obronił trzy rzuty karne, gdy juniorska Parma triumfowała w finale czteroosobowego turnieju w Molassanie, na którym bronił fantastycznie. To był ważny moment dla Buffona. Wszyscy trenerzy drużyn młodzieżowych Parmy zaczęli w niego wierzyć, a on sam ciągle robił duże postępy. Powołanie do młodzieżowej reprezentacji było kwestią czasu.

W maju 1993 roku bardzo pomógł Włochom awansować do finału mistrzostw Europy do lat 16, które ostatecznie padły łupem Polski. Przyszły król Rzymu, Francesco Totti, grał wtedy w ataku Italii, ale to właśnie Buffon, mimo że był 18 miesięcy młodszy, skradł tamtego dnia show. W konkursie jedenastek w półfinale przeciwko Czechosłowacji obronił aż trzy. W tym samym dniu 16-letnia tenisistka Maria Francesca Bentivoglio dotarła do ćwierćfinału Italian Open. Następnego ranka na pierwszej stronie prestiżowego dziennika „La Gazzetta dello Sport” cały naród oglądał zdjęcia twarzy Marii oraz Gianluigiego. Nad nimi można było przeczytać duży nagłówek, który brzmiał: „Bentivoglio i Buffon, całe Włochy biją wam brawo”. Wracając pociągiem do Parmy, Buffon i kilku kolegów z drużyny ubrani w oficjalne dresowe stroje reprezentacji natrafili na młodych kibiców, którzy bezpardonowo podeszli do charakterystycznie odzianych piłkarzy. ,,Czytałem o was w gazecie. Najwięcej pisali o bramkarzu… jak mu tam było? chyba Buffon” – zabrał głos jeden z fanów. ,,To ja jestem tym bramkarzem!” – wykrzyczał w odpowiedzi Gigi. Ogarnęła nim duma. Poczuł, że w jego życiu zaszły poważne zmiany. Szedł w górę, ludzie zaczęli go rozpoznawać, pochwały spadały na niego niczym jesienne liście z drzew. Stał się zuchwały, w oczy kluła jego infantylność, temperament znowu dawał o sobie znać. Kiedy latem 1995 roku dodano go do kadry seniorów „Gialloblu” na tournée po Ameryce Północnej, zachowywał się jak gówniarz, którym de facto wtedy był. Trener Nevio Scala wydał zakaz niezdrowego jedzenia podczas wycieczki nad wodospad Niagara. Gigi zamówił największe lody. Innym razem, Scala zabronił zabawy wózkami golfowymi w trakcie drużynowej gry w golfa. Buffon miał to gdzieś, wsiadł za kółko i bawił się przednio. ,,Zawsze robiłem odwrotnie, niż kazał mi Scala. Szczerze mówiąc, czasami bałem się, że jeśli trafi do psychologa, to właśnie przez moje postępowanie” – śmiał się po latach. Trener zawsze przymykał oko na występki Gigiego. Wiedział, że to tak naprawdę bystry i dobry chłopak, który szanuje kolegów i klub. W rzeczywistości lubił jego bezczelny urok, postrzegając go jako ucieczkę od presji i stresu. Kilka miesięcy po tournée, Scala znów włączył go do pierwszej kadry. Zbliżał się mecz z Milanem, a podstawowy wybór – Luca Bucci – doznał kontuzji. Rezerwową opcją był Alessandro Nista, jednak 17-letni Buffon na treningach prezentował niewiarygodną formę. ,,Każdy dzień przebiegał tak samo: Buffon był nie do pokonania, broniąc strzał po strzale. w piątek zwróciłem się do mojego trenera bramkarzy, Enzo di Palmy. Zapytałem, czy też widzi to co ja. Odparł, że ten dzieciak jest lepszy, niż myślał, ale nie możemy wystawić go przeciwko Milanowi. Gdyby sparzył się w takim meczu, mógłby już nigdy nie wrócić na właściwe tory” – wspominał Scala. 18 listopada 1995 roku, dzień przed wielkim pojedynkiem, znowu na treningu bronił wszystko. Wtedy Scala poczuł, że trzeba podjąć odważną decyzję. Poszedł do Gigiego, aby porozmawiać.

– co powiesz na to, że jutro chce wystawić cię do pierwszego składu? jesteś gotowy? – zapytał nieśmiało scala. – no, ale w czym problem trenerze? – odparł buffon, a na jego twarzy zarysowało się bezczelne zdumienie.

Nigdy nie bał się wyzwań, uwielbiał do nich dążyć. Za każdy razem, gdy pojawiał się trudny wybór, postępował zgodnie z własną naturą. Zero ściemy i pozery. Bezczelnie wszedł z buta do pierwszego składu i w meczu z wielkim Milanem nie dał rady pokonać go nikt. Próbował Baggio, próbował Weah, swojej szansy szukał Boban. On jednak bronił jak w transie i po końcowym gwizdku na tablicy wyników widniały dwa zera. O swoim debiucie nie powiedział rodzicom, którzy dopiero na stadionie dowiedzieli się, że ich syn wita się z dorosłym futbolem. Podczas drogi na mecz zasnął w autokarze. Kolegów dopadło przerażenie. Wprawdzie miał być zrelaksowany, ale do jasnej cholery, nie aż tak.

11

Żywa legenda futbolu kończy właśnie 45 lat(w odpowiedzi na komentarz):

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB

12

W aroganckim stylu:

28 stycznia 2003 r. Luis Van Gaal po raz drugi(i ostatni) opuścił FC Barcelone. Holenderski trener nie zamierzał jednak rezygnować. ,,Tak, przechodzimy kryzys ale musimy go przełamać”- tłumaczył tuż po porażce z Celtą w Vigo(2:0). Holendra przekonał do odejścia Joan Gaspart podczas 90-minutowej podróży samolotem z Galicji. Van Gaal zostawił Blaugrane na 12 miejscu w La Liga i jednocześnie wygrał wszystkie 10 meczów w Lidze Mistrzów. Zarząd Blaugrany marzył aby zastąpił go Sven-Göran Eriksson ale Szwed miał ważny kontrakt z reprezentacją Anglii. W końcu postawiono na Serba Radomira Anticia.



@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@DaPidejpi

1

@AFA90 Ajajaj, za wami młodzieżowcami ciężko nadążąć :)

1

@AFA90 No przecież już od dłuższego czasu konkretną historie zamieszczam w odpowiedzi na swój komentarz ponieważ dany komentarz jest zbyt długi dla redakcji i rzekomo ,,zaburza wizualność strony", czy jakoś tak, z czym ja się absolutnie nie zgadzam. Więc redakcja za takie długie komentarze nakłada mi bana! I to tygodniowego!

11

@FCBparasiempre
27 stycznia 1899 r. w Budapeszcie urodził się Bela Guttmann, wielka legenda futbolu. Niepokorny piłkarz wieszający szczury na drzwiach działaczom Federacji Piłkarskiej. Król nowojorskiego nocnego życia. Bankrut. Milioner. Poskramiacz dziennikarzy. Węgierski Żyd, który przetrwał Holokaust, zostawiając bliskich w obozie pracy. Odkrywca talentu Eusebio. „Wybitny trener bez, którego nie byłoby Złotej Jedenastki Węgier ani Wielkiej Brazylii” – tak mówił o nim Ferenc Puskas. To też człowiek naznaczony historią Europy XX wieku. Guttmann od małego był związany ze sztuką, a konkretnie tańcem, ponieważ właśnie tym trudnili się jego rodzice. Młody Bela upodobał sobie jednak inny sport. Urodzony w 1899 roku Węgier zaczął bowiem grać w piłkę w klubach z Budapesztu. Na początku lat 20. po krótkiej przygodzie z drużyną Torekves SE przeniósł się do będącego własnością bogatych żydowskich rodzin – MTK Hungaria. Z MTK wygrał dwa mistrzostwa, a następnie wyjechał ze stolicy Węgier. Niestety jego kolejny transfer nie był spowodowany wybitną grą młodego Beli, a w dużej mierze sytuacją polityczną. Na tym etapie życia po raz pierwszy(i nie ostatni) świat zaczął mu przypominać o jego żydowskim pochodzeniu. Więc z uwagi na rosnące nastroje antysemickie panującego na Węgrzech za rządów Admirała Horthego, Guttmann wyjechał do Wiednia. W Austrii wstąpił do drużyny Hakoah Wiedeń największego wówczas żydowskiego klubu w Europie. Tam grał w latach 1922-1926 zdobywając jeden tytuł mistrzowski. Zadebiutował również w reprezentacji Węgier właśnie jako zawodnik Hakoah. Tylko jak to było z tą reprezentacyjną przygodą…? Guttmann zagrał zaledwie w 4 meczach w biało-zielonych barwach, a wszystko nie przez brak talentu, ale swój dość problematyczny charakter. Młody pomocnik nigdy nie bał się mówić tego co myśli, przez co często popadał w konflikty. Najbardziej nie po drodze było mu z działaczami rodzimego związku piłkarskiego. Podczas pobytu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 roku, 25-letni reprezentant był bardzo niezadowolony z warunków pobytu oraz faktu, iż jak twierdził: „W ekipie jest więcej urzędników niż piłkarzy”. Swoje niezadowolenie zamanifestował jednak w bardziej dosadny sposób niż słownie. Bela na drzwiach każdego z działaczy powiesił martwego szczura. O dziwo nowe towarzystwo nie przypadło do gustu urzędnikom i zawodnik Hakoah musiał zakończyć karierę reprezentacyjną. Jego ostatni występ przypadł akurat na mecz z Polską, właśnie w Paryżu, rozegrany tuż przed „szczurzym manifestem”. W 1926 roku piłkarz pojechał na amerykańskie tournée z drużyną z Wiednia, postanowił jednak, że z niego nie wróci. Bela zadomowił się w Nowym Jorku i grał w tamtejszych klubach. Nie miał jednak zamiaru marnować ostatnich lat kariery wyłącznie na kopaniu piłki. Węgier zarobił oraz zainwestował sporo pieniędzy, które skrupulatnie wydawał w nowojorskich barach i restauracjach, oczywiście w towarzystwie gwiazd ówczesnej muzyki oraz kina. Syn żydowskich tancerzy z Budapesztu stał się królem życia spełniającym swój amerykański sen. Niestety pobyt w USA jak całe życie Guttmanna naznaczone jest kontrastami i ściśle związane z światową historią pierwszej połowy XX wieku. Nowojorską gwiazdę soccera dopadł kryzys finansowy spowodowany krachem na giełdzie w 1929 roku. Podobno w wyniku tych wydarzeń Guttmann stracił ok. pół miliona dolarów (dzisiaj byłoby to ponad 5 mln.) Po załamaniu finansowym, kluby nie były w stanie wypłacać piłkarzom tak dużych sum jak wcześniej, więc Węgier zdecydował się zakończyć karierę i w 1932 roku wrócił do Europy. Ze Stanów Bela wrócił do Wiednia, co prawda bez worka pieniędzy, ale za to z cennym bagażem piłkarskiego doświadczenia.

W 1933 roku podjął się pierwszej pracy jako trener w dobrze mu znanym Hakoah, gdzie naturalnie długo miejsca nie zagrzał. Następnie wyjechał do Holandii, by przez dwa sezony trenować Twente Enschede. Dobra, miał trenować przez dwa sezony. Guttmann został zwolniony, bo osiągał wyniki… zbyt dobre. Na początku pracy wynegocjował bowiem absurdalnie wysoką premię w przypadku zdobycia mistrzostwa, należy zaznaczyć, że obejmował drużynę ze strefy spadkowej. Bez problemu utrzymał się w lidze, a następnie w kolejnym sezonie szło mu za dobrze. Zarząd klubu uświadomił sobie, że nie stać ich na mistrzostwo więc pożegnano się z Węgrem. Z Holandii niedoszły mistrz wrócił oczywiście do pracy w drużynie Hakoah. Po kolejnej przygodzie wyjechał do Budapesztu, w którym to znalazł się po raz pierwszy od swojego wyjazdu ponad 15 lat wcześniej. W rodzinnym mieście osiągnął pierwszy sukces w pracy menadżera, zostając mistrzem z klubem Ujpest FC. Sprawy układały się fantastycznie, a kariera Guttmanna parła naprzód. Niestety na drodze stanął mu jeden mały problem – wybuch II wojny światowej, która zastała go w tak szczęśliwym dla niego czasie i tak znaczącym miejscu. Przez dziesięciolecia nie było wiadomo, co dokładnie Guttmann robił w czasie wojny, a na pytania, jak przetrwał Holokaust ten odpowiadał: „Tylko Bóg mi pomógł”. Jednak po latach wyszło na jaw, że przetrwanie zawdzięczał nie tyle bożej pomocy, co odrobinie sprytu i pomocy szwagra. W biografii węgierskiego trenera napisał o tym David Bolchover. Okazało się, że gdy na Węgrzech zaczęła się masowa eksterminacja Żydów, Bela ukrywał się właśnie na strychu szwagra. Niestety w 1944 roku rodzina Guttmannów została przewieziona do obozu pracy, skąd Bela uciekł w grudniu 1944 roku tuż przed wywiezieniem do Auschwitz. Węgier wyrwał się z objęć śmierci wraz z innym trenerem Ernestem Erbstainem. Ojciec i siostra Guttmanna zostali zamordowani w Oświęcimiu, a sam Bela do końca życia nie mógł pogodzić się z tym, że ich wtedy opuścił. Po wojnie Guttmann wrócił do pracy jako trener, najpierw podejmując się pracy w rumuńskich klubach, gdzie jednak nie było łatwo. Podczas pobytu w Rumunii, zdarzało się, że Bela z powodu niedoborów prosił, aby kluby wypłacały mu pensję w żywności. Po tym niezbyt udanym epizodzie przyszedł czas na powrót do swojego kraju, gdzie po raz kolejny objął stery Ujpest FC, a następnie Kispest. To właśnie tam jego podopiecznym był słynny Ferenc Puskas. Największa gwiazda węgierskiej piłki miała, delikatnie mówiąc, nie najlepsze stosunki z nowym szkoleniowcem. Między innymi dlatego, iż posadę trenera Guttmann przejął od ojca Puskasa, z czym ten najwyraźniej nie chciał się pogodzić. Bela nie zagrzał na dłużej miejsca w Kispest i pokłócony z kim tylko się da (łącznie z komunistycznymi władzami), wyjechał do Włoch. Co ciekawe wcześniej dostał propozycję objęcia reprezentacji Węgier, ale w obliczu konfliktu z Puskasem oraz swojej niechęci wobec ówczesnej władzy odmówił. Stracił tym samym szansę na zapisanie się w historii złotej jedenastki, choć to on był jednym z twórców systemu 1-4-2-4, którym grali podopieczni Gustava Sebsa. Poniekąd więc przyczynił się do ich późniejszych sukcesów. We Włoszech najlepszą drużyną, jaką prowadził Guttmann, był wielki AC Milan. Rossonerii pod wodzą nowego menadżera spisywali się świetnie i pewnie zmierzali po mistrzostwo. Jak to jednak nasz bohater miał w zwyczaju, zanim sezon się skończył, zdążył się z kimś pokłócić. Tym razem na cel wybrał członków zarządu, przez co został natychmiast zwolniony. Wtedy Węgier niczym Jose Mourinho zwołał konferencję prasową, na której wypowiedział słynne słowa: „Zostałem zwolniony, a nie jestem ani kryminalistą, ani homoseksualistą. Żegnajcie!”.

Wyszedł. Po wydarzeniach w Mediolanie Bela w każdym swoim kolejnym kontrakcie zamieszczał klauzulę, że nie może zostać zwolniony, jeśli jego drużyna będzie zajmowała pierwsze miejsce w tabeli. W 1957 roku z Włoch wrócił do Budapesztu, gdzie ponownie objął Kispest, które zostało przez socjalistyczną władzę przemianowane na Honved. Tam znalazł wspólny język z Puskasem i wydawało się, że będzie spokojnie pracować, niestety do głosu znów doszła historia. Podczas pucharowego starcia w Bilbao z tamtejszym Athletikiem, na Węgrzech wybuchła antykomunistyczna rewolucja. Drużyna nie wiedziała, czy i gdzie odbędzie się ewentualny rewanż, sami piłkarze natomiast, nie byli przekonani czy w ogóle wracać do kraju. Ostatecznie spotkanie odbyło się w Brukseli, a Honoved odpadł z rozgrywek. Niestety po Budapeszcie nadal jeździły sowieckie czołgi, więc Guttmann wraz z piłkarzami zdecydowali się nie wracać do kraju. Dostali kilka propozycji gry w różnych ligach, nawet w Meksyku. Ostatecznie cały team poleciał do Ameryki Południowej, gdzie rozegrał serię sparingów w Brazylii. Całe eldorado zakończyła FIFA, wykluczając Honved ze swoich struktur. Po dyskwalifikacji drużyny część jej członków wróciła do kraju, ale kilku piłkarzy rozjechało się po świecie. Wśród nich był również Bela, który zaczął pracę w Sao Paulo. W Brazylii mimo zaledwie rocznego pobytu zdążył wygrać stanowe mistrzostwo, a przede wszystkim spopularyzować swój styl gry. Nauczył piłkarzy i trenerów z kraju Pelego grać niezawodnym, w jego rękach systemem 1-4-2-4. Kiedy wyjeżdżał w 1958 roku, Brazylia zostawała mistrzem świata, stosując właśnie styl gry Guttmanna. Kolejnym przystankiem w karierze była Portugalia, gdzie Węgier święcił największe triumfy w karierze. W 1958 roku wraz z drużyną FC Porto wygrał ligę, przeskakując w tabeli Benfikę. Wówczas Guttmann jeszcze nie wiedział, że stanie się legendą klubu, który właśnie pokonał. Bela zmienił stronę barykady i od razu rozpoczął własne porządki. Zaczął od pozbycia się dwudziestu doświadczonych, lecz jak uważał, podstarzałych zawodników. W ich miejsce zatrudnił młodych adeptów futbolu mających stanowić o przyszłej sile Benfiki. Wśród nich znalazł się nikomu nieznany 17-latek z Mozambiku, niejaki Eusebio. Historia związana ze sprowadzeniem Eusebio jest przestrogą przed łysiną. Fantastyczny młodzieniec został znaleziony dzięki wizycie u… fryzjera. Pewnego razu roku 1960 Guttmann udał się ściąć swoje włosy. Tam spotkał Jose Carlosa Bauera, byłego reprezentanta Brazylii, którego Bela znał z czasów pracy w tym kraju. Okazało się, że Bauer jest na wakacjach w Lizbonie i za parę dni leci do Mozambiku. Węgier na wieść o tym niejako w żartach rzucił: „Posłuchaj mnie, staruszku, jeśli widzisz utalentowanego zawodnika, kogoś, kto urodził się w Portugalii, pamiętaj o jego imieniu”. Po kilku miesiącach przyjaciele znów się spotkali, a Guttmann dowiedział się o istnieniu jednej z największych przyszłych gwiazd futbolu. Już wtedy, jednak sprowadzenie utalentowanego zawodnika, nie należało do najprostszych zadań. O Eusebio wraz z Benfiką zabiegał lokalny rywal – Sporting. Guttmann postanowił nie odpuszczać i walczył o młodego gracza jak lew, aż wreszcie udało mu się dopiąć swego. Co ciekawe przed podpisaniem kontraktu złoty chłopiec był odizolowany od świata i pilnowany przez całą dobę przez pracowników Benfiki. Trwało to aż 12 dni, aby nikt ze Sportingu nie zdołał go przeciągnąć na swoją stronę. Eusebio wspominał jednak: „Dyrektor Sportingu dotarł do mnie położył pieniądze na stole i powiedział, że to moje, jeśli podpiszę kontrakt z nimi” Portugalczyk odparł: „Powiedziałem mu, że to niestosowne, że nie jestem zły, ale nie zamierzam podpisać dwóch kontraktów naraz”. Tak zaczęła się wspólna historia dwóch legend Benfiki. Guttmann stworzył w Lizbonie maszynę do wygrywania, czyniąc z Estadio da Luz twierdzę nie do zdobycia. Wygrał ligę oraz pierwszy Puchar Europy w 1961 roku. Wyniósł swój warsztat na wyżyny możliwości, będąc nie tylko najlepszym strategiem swoich czasów, ale przede wszystkim wybitnym psychologiem. Potrafił zarządzać drużyną, odpowiednio motywując swoich piłkarzy oraz świetnie ściągać z nich presję i wywierać ją na przeciwnikach.

Guttmann już 50 lat temu wiedział, jak ważne w tej branży są media. Stosował manewry, jakich nie powstydziłby się Diego Simeone czy Jose Mourinho. Przed jednym ze spotkań w półfinale Pucharu Europy z Tottenhamem, Bela powtarzał dziennikarzom brytyjskim jak bardzo obawia się silnej, fizycznej gry Anglików. Oczywiście zadowoleni dziennikarze pisali tylko o tym. Sęk w tym, że prasę czytał przed meczem również sędzia główny tego spotkania. Przejęty arbiter z Danii nie pozwolił zawodnikom z Londynu na ostrą grę, na czym skorzystała grająca technicznie Benfika. Co więcej, w rewanżu na White Hart Lane Guttmann zabronił wychodzić swoim zawodnikom na murawę równo z drużyną gospodarzy. –Zamknąłem drzwi garderoby i pozwoliłem Benfice wyjść w ostatniej chwili, z sędzią i liniowymi– powiedział. –Gra rozpoczęła się, zanim dotarła do nas obecność publiczności. Efektem tych działań był występ Benfiki w drugim z rzędu finale Pucharu Europy. W finale chłopcom Guttmanna przyszło się zmierzyć z piekielnie mocnym Realem Madryt. Królewscy mieli w składzie Alfredo Di Stefano oraz dobrego znajomego Guttmanna – Ferenca Puskasa. Bela widział siłę swojego zespołu nie w wielkich nazwiskach, a młodości. Przed meczem powtarzał jak mantrę, że gwiazdorzy Realu starzeją się i nie wytrzymają tempa, jakie narzucą im gracze ze stolicy Portugalii. Niestety do przerwy tablica wyników na stadionie w Amsterdamie wskazywała 3:2 na korzyść Realu. Węgier nie zmieniał jednak swojej taktyki, nadal wbijając do głowy swoim podopiecznym, by robili swoje. W żartobliwy sposób opowiadał o tym po latach jeden z zawodników Benfiki Antonio Simoes: ,,Naprawdę wierzyliśmy, że możemy wygrać. Pamiętam Guttmanna krzątającego się po szatni i mówiącego w jego własnym języku, swego rodzaju mieszanką portugalskiego i włoskiego, mówiącego nam: Panie, siadaj, panie, siadaj, Real Madryt zmęczony, Real Madryt zmęczony, Real Madryt stary, stary, stary, nie mogą wygrać, Real Madryt nie może biec, Di Stéfano nie żyje. Ta chwila naprawdę nas uderzyła. Wierzyliśmy, że wygramy”. Po drugich 45 minutach było już 5:3 na korzyść drużyny z Estadio da Luz, a puchar po raz drugi z rzędu powędrował do Lizbony. Po zdobyciu upragnionego trofeum Guttmann zaczął jeszcze bardziej cenić swoje umiejętności. Z tego powodu udał się do właścicieli Benfiki i zażądał podwyżki aż o 65% dotychczasowej pensji. Klub z Lizbony nie mógł przystać na takie warunki umowy i pożegnał się z Węgrem. Ten wpadł w szał i wypowiedział zdanie, które do teraz określane jest mianem klątwy Guttmanna: „Przez najbliższe sto lat Benfika nie zostanie mistrzem w Europie”. W Lizbonie do dziś czekają na międzynarodowe trofeum. Od tego czasu swoją szansę zaprzepaścili przegrywając w ośmiu finałach europejskich rozgrywek. Czy przyjdzie im czekać jeszcze ponad 40 lat?

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?