FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Mamy to! No w końcu mamy ten pierwszy puchar w erze Xaviego! Teraz to już mało ważne że w takiej formule i poza Hiszpanią. Najważniejsze że jest pierwsze trofeum Roberta i Xaviego w gablocie. Mam nadzieje że to będzie punkt zwrotny w tym sezonie, zwłaszcza podniesienie morale całego zespołu. Ba! to wręcz powinien być punkt zwrotny ,,naszej" Barcy. Wystarczy tylko poprawić skuteczność(dobijanie rywali, zanim oni nas dobiją) i zamykanie meczów, najlepiej w pierwszej połowie. Wtedy będzie ok. Visca el Barca! Para siempre!
9
@FCBparasiempre
Historia zna wiele przypadków, w których polityka i sport szły ze sobą w parze. Wojna futbolowa, zamach w Monachium, wzajemne bojkoty igrzysk olimpijskich w Los Angeles i Moskwie, przez ZSRR i USA to tylko niektóre casusy, które przychodzą na myśl, szukając wspólnych mianowników. Mniej znanym, aczkolwiek równie kontrowersyjnym przykładem uzależnienia sportu od polityki było spotkanie Chile-ZSRR z 1973 roku, które przeszło do historii jako „najbardziej żałosny mecz w historii futbolu”, a legenda chilijskiej piłki, Carlos Caszely, określił je jako „powód do światowego wstydu”. Czasy zimnej wojny nie należały do najspokojniejszych. Mimo że liczba konfliktów na świecie zmalała do najniższego poziomu w historii, bipolarny układ stosunków międzynarodowych powodował, że istniejące niepokoje mogły przybrać charakter globalny. Korea Północna, Wietnam, Afganistan, Iran… Wszędzie tam dochodziło do działań wojennych, w których ścierały się interesy USA i ZSRR. Oba supermocarstwa szukały okazji do poszerzenia swojej strefy wpływów, kosztem przeciwnika i z uwagą śledziły kraje o niestabilnej sytuacji politycznej, będące wyjątkowo podatne na wpływy zewnętrzne. Jednym z takich państw było Chile, które od 1970 roku targane było wewnętrznymi problemami. Wcześniej kraj należał do jednego z najspokojniejszych w Ameryce Południowej, jednak zwycięstwo w wyborach prezydenckich Salvadora Allende, który reprezentował lewą stronę sceny politycznej, całkowicie zmieniło optykę i postrzeganie kraju na arenie międzynarodowej. Amerykanie byli przerażeni możliwością powstania komunistycznego bastionu, obok autorytarnej Argentyny Juana Perona. Co więcej, Allende rozpoczął program „chilijskiej drogi do socjalizmu” i wywłaszczył amerykańskich właścicieli kopalni miedzi, potwierdzając niejako obawy Amerykanów, którzy rozpoczęli finansowanie opozycji i działań mających na celu odsunięcie prezydenta od władzy. W 1973 roku doszło do wojskowego puczu, kierowanego przez generała Augusto Pinocheta, po cichu wspieranego przez CIA. Salvador Allende, nie mając poparcia ani wojska, ani kongresu i będąc na bakier z Amerykanami, popełnił samobójstwo w pałacu prezydenckim, od pocisku wystrzelonego z AK-47 danego mu przez Fidela Castro, odmawiając wcześniej ewakuacji.
Jak się możecie pewnie domyślić, po dojściu Pinocheta do władzy nastąpiło całkowite przebiegunowanie dotychczasowej polityki. Rozwiązano kongres, dekrety poprzedniego rządu zostały anulowane, a wszystkie partie opozycyjne rozwiązane. Rozpoczęło się prawdziwe polowanie i zamykano ludzi nawet za podejrzenie lewicowego odchylenia, co bliźniaczo przypominało okres wojny domowej w Hiszpanii i zachowanie zarówno nacjonalistów Franco, jak i rządu republikańskiego. Ludzi budzono więc w środku nocy, zabierano ich z ulicy i często mordowano, wskutek czego tysiące ich uznaje się za zabitych bądź zaginionych. Represje były przeprowadzane na tak wielką skalę, że w pewnym momencie zabrakło już miejsca w dotychczasowych więzieniach i Pinochet nakazał zamienienie monumentalnego Estadio Nacional w Santiago na największe w kraju więzienie dla osób „zagrażających władzy”. Abstrahując już od represji wobec opozycji, należy podkreślić, iż Chile Pinocheta znacząco „zbliżyło” się na arenie międzynarodowej do Stanów Zjednoczonych, zostając ich jednym z najbliższych sojuszników. W tym momencie zaczyna się nasza historia. Aby zakwalifikować się na mistrzostwa świata w RFN w 1974 roku, zwycięzca grupy eliminacyjnej nr 3 strefy CONMEBOL musiał zagrać ze zwycięzcą dziewiątej grupy kwalifikacji odbywających się w Europie. Chile, wskutek wycofania się Wenezueli, rywalizowało tylko z Peru i w dodatkowym meczu rozegranym w Montevideo ograli oni swoich sąsiadów z północy 2:1. Tymczasem w Europie ZSRR wyprzedziła w swojej grupie Francję (mimo porażki w pierwszym meczu) i ostatecznie to ekipa Olega Błochina miała rozegrać decydujący dwumecz. Jak się miało okazać, było to spotkanie dwóch drużyn reprezentujących dwa systemy polityczne i od początku starcie miało mocno polityczny charakter. Początkowo Pinochet nie chciał się nawet zgodzić na jego odbycie. W dniu, w którym reprezentacja miała się zebrać na zgrupowaniu przed wyjazdem do Moskwy, do spotkania w ogóle nie doszło. Eduardo Herrera, lewy obrońca chilijskiej reprezentacji, wspomina tamte wydarzenia w następujący sposób: ,,Kiedy dojechaliśmy na miejsce, nakazano nam zawrócić do domu. Musiałem więc wrócić do hotelu a po drodze żołnierze zatrzymywali mnie dziesięć razy. Nie aresztowano mnie, ponieważ miałem torbę z reprezentacyjnym napisem.” Junta zakazała jakichkolwiek wyjazdów z kraju, a dodatkowym problemem był fakt, iż piłkarze reprezentacji, Carlos Caszely i Leonardo Veliz, byli zadeklarowanymi socjalistami. Ostatecznie jednak dzięki fizjoterapeucie reprezentacji, który był także lekarzem jednego z wysoko postawionych generałów, udało się wyperswadować Pinochetowi, że zespół narodowy może wpłynąć na ocieplenie wizerunku Chile na arenie międzynarodowej. Kadra mogła więc wyjechać, jednak przed wyjazdem zawodnicy otrzymali jasne ostrzeżenie – jeżeli będą cokolwiek mówić, ich rodziny poniosą surowe konsekwencje.
Dodatkowym smaczkiem był fakt, że w momencie dotarcia Chilijczyków do Moskwy, Amerykanie uznali rządy Pinocheta, co spowodowało zerwanie stosunków między ZSRR a Chile. Był to dodatkowy pstryczek w nos dla komunistów, jeszcze bardziej podnoszący temperaturę tego dwumeczu… Zdecydowanym faworytem pierwszego spotkania była reprezentacja ZSRR i rzeczywiście była lepsza. W temperaturze -5 stopni Celsjusza miejscowi czuli się o wiele swobodniej i gdyby nie rewelacyjna postawa chilijskiego bramkarza i środkowych obrońców, wynik byłby zapewne korzystny dla gospodarzy. Jewgienij Łowczew, obrońca Spartaka Moskwa, który występował w tym spotkaniu, twierdził później, że presja ze strony zarówno władz, jak i kibiców była tak ogromna, że piłkarze mieli powiązane nogi i nie mogli opanować nerwów. Miało to oczywisty wpływ na wyniki meczu. Jednak w osiągnięciu przez piłkarzy ZSRR dobrego wyniku, przeszkadzał jeszcze jeden czynnik-arbiter, który sędziował pod zespół z Ameryki Południowej. Jedyny chilijski dziennikarz, który pojechał z reprezentacją do Moskwy, rzuca światło na te wydarzenia: ,,Na szczęście arbiter był jawnym antykomunistą. Wraz z francisco fluxą, przewodniczącym federacji, przekonaliśmy go, żeby nie pozwolił nam przegrać i prawda jest taka, że pomógł nam w sposób znaczący.” Ostatecznie padł remis 0:0, który w lepszej sytuacji stawiał Chilijczyków. Mecz miał się odbyć na stadionie, który został de facto przemieniony na więzienie (sic!), co było niejako paradoksem i wywołało oczywiście ogromne zamieszanie. Junta starała się na wszelki sposób ukryć obecną destynację stadionu, a chilijska federacja sugerowała przeniesienie meczu do Visca El Mar, na co władze się nie zgodziły. „Mówiono nam, że stadion jest tylko logistycznym centrum”. Tak do całej sprawy odnosił się Fluxa i ludzie Pinocheta z pełną konsekwencją napierali na to, aby spotkanie odbyło się w Santiago de Chile. Związek Radziecki protestował i sugerował rozegranie spotkania na neutralnym terytorium. W odpowiedzi na to FIFA wysłała do Chile delegację, na której czele stali wiceprezydent organizacji Abilio d’Almeida i sekretarz generalny Helmut Kaeser. Reżim robił wszystko, aby stadion wyglądał na normalnie funkcjonujący. Wywiezioną nawet znaczną część więźniów, jednak z logistycznego punktu widzenia ewakuacja wszystkich była niemożliwa. W konsekwencji na stadionie zostało nawet do kilku tys. więźniów, na których ludzie z FIFA dziwnym trafem nie trafili bądź nie chcieli trafić. Jednym z więźniów, którzy przebywali w tamtym czasie na stadionie, był Jorge Montalegre. ,,Zabrali nas na dół, do zamkniętych pokoi i tuneli. Byliśmy trzymani wewnątrz w trakcie obchodu oficjeli FIFA i dziennikarzy. To wyglądało tak, jakbyśmy byli w dwóch różnych światach. Tak wydarzenia ze stadionu w Santiago wspomina Montalegre. Ostatecznie mecz mógł się więc odbyć, a Pinochet i jego ludzie mogli czekać na swoje przedstawienie.
ZSRR nie zgodził się jednak przyjechać na takich warunkach. Oficjalnym powodem były „kwestie humanitarne”. Zakulisowo mówi się jednak, że ZSRR obawiał się porażki w Santiago, która mogłaby zostać wykorzystana propagandowo przez Pinocheta i uderzyć w mit wielkich radzieckich sportowców, którzy byli niejako tubą moskiewskiej propagandy. Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć przykład piłkarzy CDSA Moskwa (obecnie CSKA), którzy zostali zawieszeni, jako część kadry narodowej, po porażce z Jugosławią na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952. Dla przypomnienia, państwo Tito było absolutnym wrogiem Moskwy z racji swojej niezależnej wobec nich polityki i jasne było, że jakakolwiek porażka z nimi nie wchodzi w rachubę. Można więc założyć, że gdyby w pierwszym meczu padł korzystny dla nich wynik, rewanż mógłby się odbyć. W sytuacji, jaka miała miejsce, kadra ZSRR wychodziła de facto na ofiarę systemu Pinocheta i wyglądało to rzecz jasna korzystniej na kartach historii… Co do samego meczu, piłkarze Chile wyszli oczywiście na boisko. Na oczach 18 tys. kibiców rozegrano oba(!) hymny, zawodnicy przywitali się z arbitrami, rozległ się pierwszy gwizdek. Rywala nie było jednak na boisku, gospodarze przeprowadzili koronkową akcję, piłka zatrzepotała w siatce, a arbiter wskazał na środek boiska, kończąc jednocześnie spotkanie. Absurd. Co ciekawe, po meczu z gratulacjami do piłkarzy udał się sam Pinochet, jednak spotkanie przybrało niespodziewany obrót. ,,Kiedy wszyscy staliśmy w sali, drzwi się otworzyły. Wszedł człowiek z peleryną, czarnymi okularami i kapeluszem. Zimny dreszcz przeszedł mi po całym ciele, kiedy spojrzałem na niego, wyglądającego jak Hitler. Kiedy podszedł bliżej, schowałem rękę do tyłu i nie podałem mu jej.”- To relacja Carlos Caszely’ego, którego gest niepodania ręki Pinochetowi przeszedł do historii jako pierwszy taki publiczny wyraz swojego niezadowolenia wobec jego reżimu. Nic dziwnego, że obił się on szerokim echem na całym świecie. Co do samych mistrzostw świata w RFN w 1974 roku, Chilijczycy odpadli w grupie, remisując z NRD i Australią. Trudno wyrokować, czy grający zamiast nich reprezentanci ZSRR osiągnęliby więcej. Nie ulega jednak wątpliwości, że występ „La Roja” był przyjmowany z pewnym zażenowaniem, czego świadomi byli nawet sami piłkarze…
,,To były najbardziej niedorzeczna rzecz w historii. Wstyd dla całego świata!”– grzmiał Ceszely i niech jego słowa stanowią puentę mojego artykułu.
7
Parodia futbolu:
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Symson
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@MesQueUnClub96 To nie ważne ile strzeli, najważniejsze żebysmy ich pokonali i w końcu zgarneli te długo wyczekiwane trofeum! Visca el Barca! Para siempre!
12
@FCBparasiempre
Młodzieniec wszedł do czerwono-białego kościoła, gdzie zaczął się spowiadać: „Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyłem. Miałem nieczyste myśli. Kiedy widziałem jak gra Messi, zacząłem fantazjować o zatrudnianiu zagranicz… – Synu! – przerwał mu głos księdza – pamiętaj co mówi Pierwsze Przykazanie Clemente: Pod żadnym pozorem nie będziesz rekrutować zagranicznych piłkarzy!”. Taki skecz pojawił się w baskijskim programie komediowym „Vaya Semanita”. Parodia na pewno – ale czy taka daleka od prawdy? Athletic Club de Bilbao jest wyjątkowym klubem na piłkarskiej mapie Europy. Klub z największego miasta Kraju Basków dla wielu fanów futbolu jest znanym przypadkiem i wiele zostało na ten temat napisane. Jednak dzisiaj skupimy się na tym, co ukształtowało tę słynną już filozofię. Zacznijmy jednak od odrobiny historii. Miroslav Hroch w książce „Małe Narody Europy. Perspektywa historyczna” o dziejach Basków pisze: Prowincje baskijskie miały od średniowiecza szczególną pozycję. Uznawały wprawdzie króla Kastylii za swojego pana, ale ich stanowe zgromadzenia zastrzegały sobie prawo jego wybory, a prowincje nigdy nie stały się częścią kastylijskiego królestwa. Ludność prowincji mówiła swoistymi, z żadnym sąsiednim językiem niespowinowaconymi dialektami, ale nigdy nie zostały one skodyfikowane w język literacki. Do konfliktu z władzą państwową doszło dopiero w okresie, kiedy Filip V usiłował wcielić prowincje baskijskie do swego scentralizowanego państwa. Spory, które nigdy nie zakończyły się zniewoleniem Baskonii, kontynuowane także w latach trzydziestych XIX wieku, kiedy wykorzystywał je książę Carlos, reakcyjny pretendent do hiszpańskiego tronu, do swego udziału w walce przeciw liberałom. Karliści zostali pokonani, a Baskowie ukarani ograniczeniem ich praw. Nie zamierzali się z tym pogodzić i czekali na nową okazję. Zdarzyła się na początku lat siedemdziesiątych, kiedy Baskowie dali się pozyskać do walki przeciw rewolucji w tzw. ,,II wojnie karlistowskiej.” W 1876 roku zostali jednak znów pokonani i ukarani utratą wszystkich odrębności prawnych. Prowincje baskijskie nie miały się odtąd niczym różnić od pozostałych części Królestwa Hiszpanii. Ta klęska wywołała głęboki kryzys tożsamości, ponieważ Baskowie identyfikowali się dotąd w duchu stanowej społeczności za pośrednictwem swych praw. (…) Kryzys tożsamości doprowadził do tego, że niektórzy wykształceni Baskowie poczęli interesować się przeszłością swych prowincji i ich społecznymi stosunkami, podczas gdy język pozostawał na marginesie ich zainteresowań. W tej atmosferze decydującą rolę odegrał Sabino de Arana, który zainspirowany ruchem katalońskim wrócił w 1888 roku do kraju i ogłosił swą koncepcję narodu baskijskiego, której podstawą były wspólne: język i kultura, wyznanie i opieka nad starą wiejską tradycją. W imię językowego zrozumienia narodu przeforsował wytworzenie normy językowej oraz nadanie językowi i narodowi imienia (Euskera, Euskadi), symboli i historii”.
Athletic Bilbao(według lokalnych komentatorów życia społecznego) jest jedyną instytucją w prowincji Bizkaia(w języku baskijskim: Vizcaya, część Kraju Basków), która w istocie nie zmieniła się od początku swego istnienia. Klub przetrwał wszystkie turbulencje, jakie napotkał w XX wieku: ewolucja samej gry, rozwój technologiczny i finansowy futbolu czy status prawny piłkarzy. Ale klub nie zapomniał o swojej głównej cnocie: tylko baskijscy zawodnicy. Choć o to coraz trudniej. Athletic będąc największym baskijskim klubem, był świadkiem wielu przemian politycznych od początku swego istnienia oraz znajdował się w zasięgu wpływów różnych instytucji i ludzi. Klub został założony w 1898 roku przez synów lokalnych przemysłowców, którzy przywieźli grę z Wielkiej Brytanii, wykorzystując czasy studiów na wyspach. Rodziny przemysłowe stanowiły elitę społeczną Bilbao, która jednocześnie była ważną częścią Narodowej Partii Baskijskiej (PNV). W istocie, na początku klub był zabawką rezydentów dystryktu industrialnego miasta. Założony mniej więcej z tym samym czasie co PNV (partia założona w 1895 roku) działał w trakcie rozwoju gospodarczego miasta na początku XX wieku czy podczas wojny domowej i czasach dyktatury Franco. Również okres aktywnej działalności Euskadi Ta Askatasuna (ETA) stanowił bujny czas dla Kraju Basków. Etap rozwoju demokracji w Hiszpanii i postępującej globalizacji to także wyzwanie w prowadzeniu takiego klubu. Kraj Basków jest jednym z najbardziej politycznie aktywnych regionów w Hiszpanii, posiada status autonomiczny i bardzo łatwo o ideologiczny wpływ na jakiekolwiek funkcjonujące w tym regionie instytucje. Jednak w żadnym momencie, Athletic nie został zawłaszczony przez żadną siłę polityczną ani niczyje pieniądze. Klub ma 35 000 właścicieli i rokrocznie decydują o najważniejszych sprawach klubu podczas Zgromadzenia Ogólnego. Również o tym, kto sprawuje władzę. Klub funkcjonujący w bardzo burzliwym miejscu i przestrzeni wytworzył specyficzną formę integracji. Jak zauważa słoweński socjolog i filozof Slavoj Žižek to, co najmocniej spaja grupę to nie prawo czy codzienność społeczności oraz jej wspólne cele. Jest to raczej identyfikacja ze specyficzną formą nieposłuszeństwa społecznego bądź prawnego. Działania zabronione w danej przestrzeni okazują się być skuteczniejszą formą integracji ze względu na tworzenie w grupie chęci zaangażowania się w inną rzeczywistość. ,,To jasne, że jeśli jest jakaś przestrzeń, gdzie jesteśmy Vizcayanami, to jest to Athletic. Ma tę wielką zaletę, że jest całkowicie przekrojowy. Jesteśmy w nim wszyscy razem, niezależni od politycznych ideologii, przekonań religijnych czy warunków ekonomicznych.” – Fernando García Macua, prezes athletic w latach 2007-2011. W przypadku Kraju Basków i Athleticu Bilbao tak właśnie jest. Baskowie są dosyć podzielonym społeczeństwem, którego „codzienne” problemy skupiają się na kwestiach imigracji, bezrobocia, kryzysów ekonomicznych, nierówności płciowej, opieki zdrowotnej czy polityki kulturowej. Te oraz wiele innych tematów są źródłem społecznych podziałów i najbardziej angażują Basków.
Jednak Athletic i futbol jest w stanie dosłownie zatrzymać życie w prowincji Bizkaia, ponieważ jest to specyficzna forma wyjścia poza swoje tradycyjne osie integracji – a w przypadku Kraju Basków dezintegracji. Bilbao w tym stanie poprzez klub piłkarski wyraża społeczną odrębność i dosłownie na 90 minut całkowicie łączy wszystkie podzielone grupy.
Dlaczego jednak futbol jest dla Basków z Bilbao tym jedynym istotnym wspólnym momentem? Piłka nożna wzbudza w ludziach bezczelność oraz arogancję. Często doświadcza się w niej… brak umiejętności. I w tym czerpie się radość, uwodzi to tę nielogiczną część człowieka. Przez jeden płonący moment nic innego się nie liczy, jednak świadomi są tego, że nie ma to wpływu na codzienne życie i sprawy. Nie jest to jednak problem, ponieważ wysoka intensywność gry oraz chęć zdobycia bramki przyćmiewa wszelkie niedogodności. Futbol rzuca zaklęcie na ludzi – daje im złudne poczucia bezpieczeństwa i porządku, które pozwalają poddać się swobodnej grze opartej na szansach i ryzyku. Futbol oraz jego uprawianie jest de facto dobrowolną próbą pokonania niepotrzebnych przeszkód. Ta logika i takie postrzeganie piłki nożnej w przypadku Athletic Bilbao można zobrazować jako podejmowanie gry z przeciwnikiem w ramach tych samych przepisów, jednak my sami ten futbol sobie utrudnimy. Na takim gruncie filozofia klubu musi dawać pretekst społeczeństwu miasta do chęci integracji nie tylko z instytucją wokół murawy, ale także z zawodnikiem. I tutaj rodzi się słynna zasada – tylko Baskowie mogą grać dla Athletic Bilbao. Jest to filozofia, która przez sam klub nie jest tym słowem określania. Według samego Athleticu są to po prostu warunki. Różnie definiowane, różnie charakteryzowane jednak zawsze niezmienna zasada. Żeby grać dla Athletic Bilbao, trzeba urodzić się na terenie Kraju Basków lub trzeba być wychowankiem szkółki klubu (bądź innej z sieci zaprzyjaźnionych akademii). Te różnice w postrzeganiu warunków gry dla klubu wynikały z postrzegania etniczności baskijskiej. Przed 1950 rokiem, żeby być uważanym za Baska, trzeba było być nie tylko urodzonym w Kraju Basków, ale też wychowanym i posiadać baskijskie nazwisko. I w ten sam sposób Athletic definiował „baskijskość”, nawiązując do XIX-wiecznego podejścia do etniczności w Kraju Basków – a było to mocno nacjonalistyczne spojrzenie. Co ciekawe, nie było jednocześnie wymogu mówienia w języku Euskera, czyli po baskijsku. Po 1950 roku w związku z masowymi migracjami do Kraju Basków zniesiono obowiązek posiadania baskijskiego nazwiska, lecz nadal trzeba było być urodzonym na baskijskiej ziemi. Od lat 90. mamy do czynienia z postępującą globalizacją wielu sfer życia, również futbolu. Co za tym idzie, definicja „baskijskości” ulegała zmianie i stała się bardziej mglista. Każdy przypadek był rozstrzygany indywidualnie. Nie trzeba już było spełniać wszystkich najważniejszych kryteriów – wystarczyło jeden z nich. Wystarczy być urodzonym w Kraju Basków, ale już nie trzeba tam być wychowanym i wyszkolonym. Albo nawet urodzonym poza granicami prowincji, jednak ukształtowanym w Kraju Basków. Najluźniejsze postrzeganie „baskijskości”, jakie Athletic dopuszcza to tylko bycie wyszkolonym w jednej z baskijskich akademii. Jest jednak jeszcze jedna granica, która zdaje się, nie została przekroczona.
Obecnie trwa debata czy nie dopuścić do możliwości zatrudniania graczy z baskijskiej diaspory. Z powodów politycznych i ekonomicznych wielu Basków emigrowało w ciągu XX wieku, głównie do Ameryki Południowej. W 2004 roku władze klubu dokonały badania wśród socios, zadając pytanie czy faktycznie rozszerzyć katalog „baskijskości” właśnie o graczy tylko pochodzenia baskijskiego. 20% stwierdziło, że istnieje zbyt duże ryzyko naruszenia filozofii, z kolei 58% ankietowanych opowiedziało się za takim rozszerzeniem, jednak pod wieloma warunkami. Debata była wówczas bardzo żywa, gdyż w 2004 roku rozważano transfer Diego Forlana, którego babcia emigrowała z prowincji Gipuzkoa do Argentyny, a następnie do Urugwaju. Transfer nie doszedł do skutku z przyczyn ekonomicznych, jednak komentarze dotyczące pochodzenia zawodnika były równie istotne. Opinia publiczna w Bilbao nie chciała relatywizować „baskijskości” i obawiano się, że ten transfer stanie się precedensem. Zatem obecna filozofia Athletic Bilbao implikuje zarówno pierwotne, jak i performatywne wyobrażenie o tym, co znaczy być Baskiem. Więzy krwi bądź akulturacja. Co ciekawe, to pierwsze automatycznie determinuje to drugie, ponieważ Baskowie (w szczególności mieszkańcy Bilbao) niechętnie opuszczają to, co uważają za swoje centrum wszechświata. W Bilbao całkiem często w barach można trafić na mapy, które prezentują świat jako dodatek. Gdzie Afryka, Biegun Północny czy – zwłaszcza – Hiszpania stanowią element otaczający stolicę świata – Bilbao. Choć ironicznie Bilbao nie jest nawet stolicą Kraju Basków. Filozofia klubu prawdopodobnie jest ostatnim śladem historycznego upodobania dla lokalnego zwyczajowego prawa. Jest niepisana, a jednak niezachwiania. Jej warunki są niejasne, ale jej obecność jest bardzo silnie odczuwana. Tak silnie, że może czasem stać się nawet źródłem cierpienia. „Niepotrzebna przeszkoda” ograniczenia puli dostępnych piłkarzy staje się krzyżem, który miasto nosi z głębokiego poczucia obowiązku. Obowiązku utrzymania „baskijskości”. Athletic Bilbao jest dla miasta ostatnim bastionem tego poczucia. Filozofia klubu jest zasadą, która wykracza poza wieloetniczny i międzynarodowy charakter miasta. Jednocześnie wywraca to prawa zglobalizowanego i skomercjalizowanego sportu. Athletic obala dosyć brutalne polityczne środki etnicznej samowystarczalności – pozwala Baskom pokojowo konstruować tożsamość domagając się uznania poprzez futbol. Pytanie – jak długo będzie wierny swojej głównej cnocie? Futbol i czas to zweryfikuje.
8
Co ukształtowało filozofię Athletic Bilbao? Tego dowiesz się w odpowiedzi na mój komentarz.
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
11
Peru po raz pierwszy!
15 stycznia 1939 r. na Estadio Nacional w Limie, Paragwaj pokonał Chile 5:1. Ten mecz zapoczątkował 15-tą w historii edycje Copa America. Podczas gdy w 1939 r. Europa sposobiła się do wojny, Południowa Ameryka szykowała się do zupełnie bezkrwawej rywalizacji. Po raz kolejny Lima podejmowała uczestników nowej edycji Copa America. Zaszczyt ten przypadł Peruwiańczykom nie bez przyczyny. Po berlińskiej Olimpiadzie z 1936 r. chodzili oni w glorii pokrzywdzonych bohaterów, którym należy się nie tylko moralna satysfakcja. Istotnie coś było na rzeczy. W Berlinie ,,Inkowie” wprost olśnili wybredną, międzynarodową publiczność. Doskonale przygotowany zespół, tak dobrze prezentujący się już w 1935 , rozgromił Finlandie 7:3 a z bardzo silną wówczas Austrią bawił się w kotka i myszkę wygrywając 4:2! Droga do finału i powtórzenia urugwajskich osiągnięć z lat 20-tych zdawała się być w zasięgu ręki. I oto kombinacje komisji regulaminowej sprawiły że wynik meczu z Austrią został anulowany. Prostoduszni Peruwiańczycy, zdruzgotani takim obrotem sprawy, w poczuciu ciężkiej i niezasłużonej krzywdy, na znak protestu natychmiast wrócili do domu. Witano ich niczym inkaskich herosów. W dowód kontynentalnej solidarności powierzono Bogocie organizacje pierwszych Igrzysk Boliwarskich w 1938, traktowanych jako moralne zadośćuczynienie za berliński afront. Zaś na tej samej fali emocjonalnej rok później Lima podejmowała uczestników Copa America.
Po nieszczęsnym epizodzie berlińskim w szeregach Peru doszły nowe indywidualności. Osią i filarem drużyny został kapitalny środkowy pomocnik Segindo Castillo. Znakomicie uzupełniali go w defensywie pracowici Carlos Tovar, Orestes Jordan i Pablo Pasache. Cennym nabytkiem okazal się przedstawiciel niezwykle usportowionej rodziny, Enrique Perales. Natomiast asami atutowymi ekipy ,,Inków” byli bracia Fernandez(Teodoro i Arturo) oraz bracia Alcalde(Jorge i Teodoro). Kolejnym debiutantem w imprezie był Ekwador, który wszelako oprócz ambicji nie wiele miał do powiedzenia. Z kolei zawiodło z kretesem Chile, chociaż filar jego defensywy, Ascanio Cortez, zaraz po ostatnim meczu podpisał kontrakt z samym River Plate. Paragwaj, jak zwykle bitny i ofiarny, tym razem wypadł słabiej. Z Peru i Urugwajem nie miał nic do powiedzenia. Pod nieobecność Argentyny i Brazylii tylko Urugwaj mógł sprostać idącym od zwycięstwa do zwycięstwa gospodarzom. ,,Celestes” dobrze przygotowali się do gry w wysokogórskim klimacie Limy. Imponowali sprawnością i wybieganiem. Zespół opierał się na graczach Nacionalu, który właśnie startował do największych w historii sukcesów. Wszystko rozstrzygnęło się w ostatnim, decydującym o tryumfie meczu Peru-Urugwaj. Zagrzewani szaleńczym dopingiem gospodarze, przejeli inicjatywę od pierwszych minut, spychając ,,urusów” do obrony. Gole Jorge Alcalde i Bielicha oraz honorowy Porty ustaliły wynik 2:1 dla gospodarzy. Limę ogarnęła euforia. Berlińska zniewaga została pomszczona, choćby i pośrednio. Bohaterowie Peru, bracia Alcalde oraz bracia Fernandez, wysoko w górze dzierżąc Puchar Ameryki, czuli się tak, jakby odnaleźli legendarny złoty skarb Inków!
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
11
Byli sobie bracia:
15 stycznia 1999 r. bracia de Boer podpisali kontrakt z FC Barceloną. Od czasu przybycia van Gaala do Barcelony rozpoczął się zaciąg holenderski do klubu. W styczniu 1999 r. Blaugrana zaczęła negocjacje w sprawie kolejnych dwóch nabytków z kraju tulipanów. Jeszcze 13 stycznia o godzinie 13-tej wiceprezydent Gaspart oznajmiał iż bracia de Boer trafią do Barçy dopiero latem. Sześć godzin później transfer został jednak nieoficjalnie potwierdzony, brakowało jedynie testów medycznych obu zawodników. Kontrakt został w końcu podpisany 2 dni później. Frank i Ronald de Boer kosztowali Dumę Katalonii odpowiednio 11 i 10 mln euro, stając się po Kluivercie i Rivaldo najdroższymi nabytkami van Gaala. O kolonii ośmiu holendrów w Barcelonie(nie licząc wszystkich trenerów) wypowiedział się Pep Guardiola: ,, Gdybym ja był Holendrem, z trudem zaakceptowałbym ośmiu Katalończyków w Ajaksie ale jeżeli gra się dobrze i wygrywa, można zaakceptować wszystko”. Mówiło się nieoficjalnie że Blaugranie zależało głównie na Franku de Boerze a Ronald przyszedł niejako w pakiecie z bratem. Pierwszy z nich rzeczywiście został w Blaugranie na 5 sezonów i był podstawowym graczem a Ronald po dwóch nieudanych latach odszedł do Glasgow Rangers.
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
8
@FCBparasiempre
Znacie przebieg walki Dawida z Goliatem? Czy w życiu można spotkać takie historie? W takim kraju jak Argentyna, nie jest trudno znaleźć opowieść, która wyciska wanny łez i tonę patosu. Skoro mowa tu o państwie, gdzie futbol ma pierwszeństwo w każdym aspekcie życia – to poznajmy historię pewnych „Zielonych ludzików” i wcale nie mam na myśli oddziału zaprawionych w bojach komandosów. Dzisiejsza opowieść będzie dotyczyła mało znanego argentyńskiego klubu – Ferro Carril Oeste. Jego początki sięgają 1904 roku, kiedy to dokładnie 95 pracowników spółki kolejowej Buenos Aires Western Railway, postanowiło spędzać wolny czas na zajęciach sportowych. Od tego momentu, Ferro Carril doświadczył wielu przedziwnych sytuacji, które dla fana z Europy mogą się wydawać zupełnie niewiarygodne. Gdyby stadiony mogły przemówić ludzkim głosem, to ten, na którym przez lata grali piłkarze Ferro, mógłby zająć naszą uwagę na kilka dobrych tygodni a my zupełnie zapomnielibyśmy o jedzeniu, piciu, czy naturalnych potrzebach fizjologicznych. Afera koszulkowa w roku narodzin klubu? Proszę bardzo. Mało kto wie, ale początkowo Ferro grał w koszulkach we wzory, z których znany jest nam River Plate (białe z ukośnym czerwonym pasem i czarnymi spodenkami). Pomimo iż trykot był autorstwa Ferro, władze River w 1905 roku zaproponowały rozegranie meczu, o prawo do jego używania. Klub z kolejowej dzielnicy Caballito odrzucił ową propozycję, przez co Milionerzy (przydomek River), mający wpływy w Argentyńskiej Federacji Ligi, zablokowali ich występy w oficjalnych rozgrywkach amatorskich. Z impasu władze Ferro wyrwały się dopiero w 1907 roku, kiedy trzech brytyjskich marynarzy, grających dla klubu, przywiozło ze sobą trykoty angielskiej Aston Villi. Dzięki temu, słynny wzór przeszedł w ręce River. By jednak móc awansować do pierwszej ligi amatorskiej, zespół potrzebował zgody Federacji oraz sukcesów sportowych. Stało się to po pięciu latach prób, dzięki wygranej w turnieju Intermedio. Zwycięstwo zapewniło wymarzony udział w pierwszej lidze. Celebrując chwilę, zmienili kolory swoich koszulek na jednolity zielony. Trzeba zaznaczyć, że w rozgrywkach amatorskich do 1931 roku, kiedy pojawiła się liga zawodowa, ,,La Verdolaga” nie odnosiła żadnych sukcesów. W chudych latach 30-tych, Ferro mógł się jednak pochwalić tym, że jako jeden z pierwszych klubów argentyńskich, zaczął w USA promować latynoski futbol. Choć przedstawiano ich jako narodową reprezentację Argentyny, to specjaliści z marketingu dużej wpadki nie zaliczyli. Wystarczy popatrzeć tylko na wyniki – 5 spotkań, 5 zwycięstw i bilans bramkowy 23-0. Wówczas wybitnych tryumfów nie odnosili. Nawet wtedy jednak, zasłynęli z dwóch sympatycznych historii. Jedną z nich była ta, związana z Bernardo Gandullą. Ten błyskotliwy napastnik był jedną z głównych postaci Ferro Carril w tym okresie. Kiedy drużynie zaczęło się finansowo wieść nieco gorzej, zdecydował się na emigrację do Brazylii. W Kraju Kawy doczekał się przydomku „Chłopiec od podawania piłek”, co raczej było dość łatwe do przewidzenia. Dlaczego? Otóż, jeśli pozbędziemy się jednej literki „L” z jego nazwiska, otrzymujemy dokładnie potoczną brazylijską nazwę tej „profesji”. Gandulo to tak zwany ,,ball boy”, czyli podawacz piłek. Zabawne jeszcze bardziej, bo w Vasco piłkarz zagrał tylko dwa mecze, siedząc głównie na ławce… od czasu do czasu podając piłki lub bidon kolegom na boisku. Ta ironia losu sprawiła, że gdy opuszczał Brazylię, zabrał ze sobą 15 piłek i kolegę z Ferro – Raula Emeala. Obaj dołączyli do Boca Juniors i do Sarlangi, gdzie na ,,Xeneizes” nie było już w lidze mocnych. Owocem zatrudnienia Trójki Muszkieterów okazały się dwa mistrzostwa kraju dla Boca Juniors. Trzy lata później, żeby zdobyć fundusze na zatrudnienie genialnego Severino Vareli, Gandullo i Emeal zostali sprzedani do ukochanego Ferro. Przez całe swoje życie nierozerwalny duet snajperów mieszkał obok stadionu i co tydzień pojawiał się na trybunach stadionu Ricardo Etcheverri, niekiedy trenując młodych adeptów piłkarskich. Aż do śmierci Gandulli w 1999 roku, wraz z Emealem uznawani byli za papużki nierozłączki. To wręcz modelowy przykład przyjaźni, na tyle dogłębnej, że podejrzewano ich o związek homoseksualny, którego choć nie potwierdzili ale też nie zaprzeczyli. Zresztą Emeal przygnębiony śmiercią przyjaciela, trzy miesiące później dołączył do niego w zaświatach. Warto też wspomnieć, że Ferro Carril w tamtych latach był jednym z pionierów, jeśli chodzi o zatrudnianie piłkarzy z Europy (nie licząc Brytyjczyków, którzy propagowali futbol w Ameryce Południowej). Jednym z pierwszych Europejczyków w Argentynie był Rodolfo Krajl. Serb, urodzony w Belgradzie, trafił do tego klubu w 1930 roku, przypływając do portu w Montevideo statkiem Florida z Marsylii. Dokładnie tym samym parowcem, którym podróżowała reprezentacja Jugosławii na pierwsze historyczne mistrzostwa świata! Jednak piłkarz udział na tym turnieju ograniczył jedynie do roli widza. Tydzień po turnieju postanowił pozostać w Ameryce Południowej. Tak oto trafił do Argentyny i do klubu Ferro. Choć nie został wielką sławą, kibice go wielce szanowali. A on zaś, odwdzięczył się wiernością do zielonych barw. Był tak niezbędnym członkiem zespołu, że w 1933 roku pełnił funkcję grającego trenera. Po zakończeniu kariery w tym klubie, w 1943 roku zajął się szkoleniem młodzieży. Trzy lata później jeszcze raz został pierwszym szkoleniowcem zespołu, jednak tylko na trzy mecze… i wszystkie przegrane.
Prawdziwe oblicze Ferro, kibice w Argentynie ujrzeli dopiero w 1979 roku wraz z zatrudnieniem Carlosa Timeoteo Griguola. Do tej pory niemal 43-letni szkoleniowiec był głównie związany z Rosario Central, gdzie jako piłkarz nie odnosił sukcesów, ale już jako trener zdobył mistrzostwo w 1973 roku. Już wtedy dał się poznać z dość nietypowych metod treningowych, jak np. bieganie na jednej nodze wokół stadionu, czy czołganie się pod zasiekami (rodzina trenera była mocno związana z wojskiem). Jego celem było wykrzesanie talentu, jaki drzemał w Oscarze Garre, Claudio Crocco, Juanie Domingo Rocchim, czy Carlosie Arreguim. Dodatkowo zaczął też przyglądać się sekcjom młodzieżowym, gdzie na dzień dobry wyrwał z nich zdolnych: Hectora Cupera i Alberto Marcico. Wraz z nimi, do klubu powrócił z Hiszpanii osławiony wychowanek na początku lat 70-tych, czyli Geronimo Saccardo, co miało zapoczątkować nową historię Ferro, pisaną ołówkiem zamordysty Griguola. Zebrana paczka, pod wodzą nowego DT, w 1981 roku została wicemistrzem kraju. Ustąpili jedynie Boca Juniors z Maradoną w składzie. Jednak już rok później zostali sensacyjnym mistrzem kraju, wygrywając turniej Nacional i nie odnosząc przy tym żadnej porażki! Stali się tym samym pierwszą drużyną w historii ligi, która dokonała takiego wyczynu. Skalę epickości podniósł jeszcze Juarez, zdobywając koronę króla strzelców, z dorobkiem 23 goli w ledwie 21 rozegranych meczach. Już wtedy cały kraj zastanawiał się, jakim cudem to „zielone coś” zostało najlepszą drużyną w lidze. Najprostszą odpowiedzią były same mecze, ale także zabobony. Otóż zwyczajem Griguola przed każdym meczem było… uderzenie zawodnika w twarz z liścia. Dodatkowo, drużyna zawsze wychodziła na boisko nazwiskami w kolejności alfabetycznej. Na deser szczególny przypadek. Otóż każdej nocy w szatni, trener zapalał świeczkę, która się tamże wypalała, co miało odpędzić złe demony. Z tego powodu trzykrotnie dochodziło do pożaru w szatni, po którym działacze nakazali trenerowi zaprzestać przynajmniej tego rytuału. Z sukcesami Ferro Carril nierozłącznie kojarzy się wspomniana wyżej gwiazda Geronimo Saccardiego. Ten niezwykle utalentowany „Mediocapmpista” jak mawiają Argentyńczycy, mógł stać się gwiazdą Albicelestes, jeszcze podczas mistrzostw świata w 1978 roku. Historia tego mistrza zagrań piętką, pewnie nie byłaby tak wzruszająca i nie warta wspomnień, gdyby nie jeden szczegół. Oprócz doskonałej gry, prowadził on życie samotnika, szukającego swojego miejsca na ziemi. Dlatego transfer życia do hiszpańskiego Herkulesa, miał wzbić go na sam szczyt Olimpu. To zwróciło uwagę selekcjonera Menottiego, który dał mu szansę w dwóch meczach towarzyskich. Przekonany o jego umiejętnościach, wcielił Saccardiego do szerokiej kadry na mundial w 1978 roku, ale potem go wykreślił. Powodem okazał się Mario Kempes. Już wtedy AFA zapłaciła hiszpańskiej Valencii sporo pieniędzy za jego udział w turnieju, zaś Herkules Alicante oczekiwał podobnego zadośćuczynienia wobec Saccardiego. Mimo interwencji Menottiego, junta wojskowa miała inne wydatki, jak np. kontenery zboża dla Peru za podłożenie się w meczu mundialu. Stąd też Saccardiego ominął los zasmakowania wygrania mistrzostw świata. Drugi również związany z pieniędzmi wątek dotyczył koszulek. Otóż w 1974 roku zespół Ferro chciał jak na odczarowanie, zagrać w koszulkach koloru pomarańczowego. I co ciekawe byli tak zdesperowani, że… zapłacili za to holenderskiej federacji piłkarskiej, która miała na to wyłączność. Efekt? 5 miejsce w Metropolitano i 6 w Nacional, co było wynikami ponad stan.
Po pierwszym mistrzostwie kraju, drużyna pożegnała Saccardiego, który zakończył swoją karierę. Juarez z kolei wybrał grę dla Talleresu de Cordoba. Zespół jednak dalej był mocny. Przedłużono umowę z paragwajskim pomocnikiem Canete. Tym sposobem klub przygotowywał siły na prestiżowy debiut w Copa Libertadores 1983. Kampania ta zakończyła się na fazie grupowej, gdzie w kluczowym meczu ulegli Estudiantes La Plata 1:2. Mimo to klub w lidze zajął ostatnie miejsce na podium, a winę zrzucono na patriotyczne obowiązki z drużyną narodową Marcico, Arreguiego oraz Oscara Garre. Klub był rozchwytywany w całej Ameryce Łacińskiej, gdzie bite dwa miesiące spędzali na walizkach. Grali w: Kolumbii, Wenezueli, Meksyku oraz Ekwadorze. To zapewniało klubowi potężny zastrzyk gotówki, a piłkarzom możliwość zwiedzania świata i… burdeli. W 1984 roku klub sięgnął po drugie i ostatnie jak do tej pory mistrzostwo kraju. Okoliczności były jednak sprzyjające. Wszystko za sprawą niejakiego Teodora Nittiego, który sędziował finałowy mecz z River Plate. Prowadził także finałowy mecz Ferro dwa lata wcześniej, który dał mistrzostwo. Prawdziwej pikanterii dodaje fakt, że spośród 20 spotkań jakie tej drużynie sędziował w ciągu dwóch lat, Ferro Carril żadnego nie przegrał, a bilans bramkowy wyniósł… aż 35-0. River za sprawą kibiców zostało obdarte z tytułu. Do 70 minuty drużyna Ferro prowadziła 1:0, a styl gry można było porównać do starcia walca z małym zabawkowym samochodem. Zanim kibice Milionerów opuścili trybuny, weszli na boisko, by „podziękować” swoim pupilom za grę. Sędzia przerwał spotkanie. Awantura przeniosła się poza stadion. Następnego dnia AFA uznała za zwycięzcę Ferro, przyznając jej walkower, ale pozostawiając wynik 1:0. Choć klub jeszcze w 1985 roku zdobył kolejny raz tytuł wicemistrza, a w Libertadores przegrał ponownie w fazie grupowej, to era Ferro dobiegała już końca. W 1986 roku Griguol odszedł z klubu, by przejąć River Plate. Reszta piłkarzy powoli uciekała z zespołu, gdy na jaw wyszły kłopoty finansowe. Trzeba jednak oddać Carlosowi Arreguiemu honor za to, że został w tym klubie aż do końca swojej kariery. Reszta, jak Garre czy Cuper, emigrowała wolała emigrować za chlebem z makiem, niż za spleśniałą bułką w stołówce. Pozostali zaś oddawali się zajęciom trenerskim, do tego stopnia, że potem jeszcze wracali do klubu jako wspomniani directo technico. Nawet stary i poczciwy Griguol, w 1988 roku znów powrócił odczarować Ferro, ale jego rytuałów już żaden z piłkarzy nie chciał akceptować. Przykład? Sebastian Juarez (zbieżność nazwisk przypadkowa) przed treningiem, jako nowy piłkarz miał otrzymać chrzest od samego trenera. Polegał on na wspomnianym spoliczkowaniu. Nieznający zupełnie tego rytuału zawodnik, po otrzymaniu ciosu z liścia, odpłacił pięknym za nadobne… tyle że pięścią. Powalił starszego pana, który stracił przytomność, a reszta piłkarzy zdębiała. Interwencja asystenta szkoleniowca uspokoiła na szczęście krewkiego piłkarza, który z obyczajami w Ferro, był jak widać na bakier. Drużyna przez całe lata 90-te dryfowała między 10 a 20 miejscem. Najczęściej odgrywała rolę statysty, zbierającego cięgi od pierwszego lepszego menela na ulicy. Nie było mowy o zlitowaniu się nad dwukrotnym mistrzem kraju. Sam ten zaszczyt mocno zdewaluował pojęcie supremata krajowego podwórka, by uczynić z niego kelnera zlizującego resztki z talerzy wykwintnej restauracji. Lecz była to też dekada eksperymentów z obcokrajowcami na szeroką skalę. Jako pierwszy pojawił się Doctor Khumalo, postać kultowa dla piłki południowoafrykańskiej. Przedstawiciel RPA na świat, do Argentyny trafił za sprawą menadżera Marcelo Housemana (brat Rene, mistrza świata z 1978 roku). Jeśli Ferro przy zatrudnianiu owego jegomościa pomyślał, że zatrudnia fachowego internistę, to został pomylony go z amatorskim znachorem. Mimo dwóch lat spędzonych w Argentynie, zagrał on jedynie cztery spotkania, głównie lecząc kontuzje pleców. Aż dziw bierze, że cudownie wyzdrowiał w 1996 roku, kiedy to wyjechał do USA Tam na dobre rozkręciła się jego przygoda z piłką, jak i kadrą narodową RPA. Eksperymentów z afrykańskimi graczami było pełno, ale żaden nie przebił się do jakichkolwiek kronik czy zapisków historycznych. Wiemy natomiast, że testowano przeszło 19 graczy. W tamtym okresie, w klubie trenerami zostawali także byli jej piłkarze jak: Saccardi, Garre czy Rocchia i to nie raz. Drużyna pod ich wodzą przypominała jednak reanimowanego trupa, który czekał na definitywne pogrzebanie. Ceremonia pogrzebowa odbyła się w roku 2000, w sezonie Clausura, gdzie odnosząc zaledwie jedno ligowe zwycięstwo, zieloni zajęli ostatnie miejsce w tabeli. A jako, że tego wyczynu dokonali także w poprzednim sezonie, to po zsumowaniu punktów tabeli spadkowej, stoczyli się do drugiej ligi.
Wraz z rokiem milenium, nadchodziły też zmiany w systemie rozgrywek, gdzie klub został zdegradowany do trzeciej ligi. W 2002 roku na zespół spadł potężny cios, spowodowany śmiercią legendarnego Saccardiego, który miał zawał serca podczas towarzyskiego meczu tenisowego z gwiazdą tego sportu – Guillermo Vilasem. W obliczu żałoby, notowali przeciętne wyniki. Piłkarze jacy się w klubie pojawiali, raczej parodiowali zawód piłkarza, a dobitne było to, że promyk uśmiechu pojawił się w klubie dopiero w 2015 roku, kiedy drużynie udało się awansować do 1/8 finału Copa Argentina. Tam ulegli dopiero po rzutach karnych finaliście tego turnieju – Rosario Central.
I tak oto lądujemy we współczesności, gdzie popularni ,,Verdolaga” grają w drugiej lidze. Próbują wrócić do miejsca, gdzie zaczęła się ich piękna historia. Wielu do dziś tęskni za derbami z Velezem Sarsifeld i pojedynkami Saccardiego z Carlosem Bianchim. To wspomnienie gdzieś ucieka w tle stadionu Ricardo Etcheverriego, który przypomina bardziej grobowiec niż obiekt sportowy. I właśnie w takich okolicznościach, Ferro Carril Oeste zapisał się historii ligi argentyńskiej, jako przykład niezwykle sensacyjny i romantyczny, który zaprzeczył niejako tezie, że wygrywa ten, co ma więcej pieniędzy.
8
Opowieści irracjonalne:
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Sensible
7
W Europie jeszcze wojna a w Ameryce Południowej…
14 stycznia 1945 r. Chile pokonało Ekwador 6:3 w meczu otwierającym 18-tą edycje Copa America. Areną zmagań ponownie był Estadio Nacional w Santiago de Chile, jeszcze bardziej okazały niż 4 lata wcześniej. Mecz gospodarzy z Brazylią ściągnął na trybuny bagatela, 80 tys. ludzi. W turnieju zadebiutował zespół Kolumbii, kontynentalny outsider, który wszelako tanio skóry nie sprzedał, urywając aż 3 punkty innym słabeuszom jak Ekwador i Boliwia. Obrońca tytułu(Urugwaj) przywiózł kilku nowych interesujących zawodników, spośród których dwaj 5 lat później zdobyć miało mistrzostwo świata, a mianowicie Maspoli i lewy obrońca Tejera. Doszedł również czarnoskóry pomocnik Viana. Jednak największym wydarzeniem stał się występ w ekipie ,,Celestes” środkowego napastnika, na którym nie poznała się Argentyna i który swoje przeznaczenie odnalazł w sąsiednim Urugwaju- Atilio Garcia. Gospodarze natomiast byli znów świetnie przygotowani do imprezy. Trenerem ich już wcześniej został legendarny Ferenc Platko, m.in. wybitny bramkarz FC Barcelony. Kwalifikacje trenerskie uzyskał w Paryżu i potwierdził je w Londynie. Prowadził FC Porto, rumuński Venus czy angielski Arsenal. Jeszcze później, w latach 1955-57 był szkoleniowcem budującej swą potęge FC Barcelony. Ten jeden z najwybitniejszych trenerów swojej epoki po raz pierwszy narzucił Chilijczykom naprawdę nowoczesne metody. Słynne stały się jego przedmeczowe odprawy, gdzie na tablicy kreślił taktyczne schematy. Drużyne trzymał żelazną ręką ale też posłuch miał absolutny. Podstawą gry uczynił czynną defensywę. Sergio Livingstone nieprawdopodobnymi robinsonadami doprowadzał napastników Urugwaju i Argentyny do rozpaczy. Obrona chilijska z Busquetsem na czele trwała niczym husycki tabor. Środkowy pomocnik przez prase nazwany ,,half policia”, jak srogi policjant nie odstępował na krok środkowego napastnika rywali. Była to nowinka taktyczna, bowiem w innych ekipach zadanie to zwyczajowo powierzano stoperowi. Z głębi pola organizowano groźne kontry, zaś w ataku Platko miał ruchliwego jak żywe srebro Cremaschiego i ostro strzelającego Medine. Zdyscyplinowani Chilijczycy, preferujący gre twardą i zespołową byli nawet bliscy ostatecznego tryumfu. Przed ostatnim meczem turnieju z Brazylią mieli już 9 punktów i w razie zwycięstwa zrównaliby się z przewodzącą w tabeli Argentyną. Niestety jedyny gol Brazylijczyka Heleno rozstrzygnął losy meczu. Argentyna mogła odetchnąć. Brazylii przypadło trofeum pocieszenia- Copa Bolivia. Chile ostatecznie zajęło 3 pozycje. Wcześniejsza batalia mistrza z wicemistrzem dostarczyła niezapomnianych wrażeń. Starły się dwie niewątpliwie najlepsze drużyny świata i dwie piątki napadów, o jakich tylko można marzyć. Tak jakby na jednej szyi zapleść dwie diamentowe kolie. Brazylijski naszyjnik błyszczał olśniewająco: Tesourinho, Zizinho, Heleno, Jair, Ademir. Argentyński przyprawiał o zawrót głowy: Boye, Mendez, Pontoni, Martino, Loustau. Każdemu z nich wypadałoby poświęcić już nie rozdział a wręcz osobny tom. Wystarczy powiedzieć tylko że Zizinho, Jair i Ademir byli w 1950 roku o włos od tytułu mistrzów świata a ostatniemu z tej trójki przypadło trofeum najlepszego snajpera. Ostatecznie Argentyna pokonała Brazylie 3:1 po hattricku genialnego napastnika Mendeza i honorowym trafieniu Ademira. Z kolei Tesourinha kunszt dryblingu wyniósł na takie wyżyny iż powszechnie uchodzi za najlepszego prawoskrzydłowego Brazylii przed pojawieniem się genialnego Garrinchy. Jeszcze postać chyba najbarwniejsza, strzelec złotego gola z Chile- Helenio de Freitas. Wytrawni eksperci po dziś dzień nie mają wątpliwości że w bogatych dziejach brazylijskiego futbolu nikt nie grał lepiej głową i nikt nie potrafił z taką maestrią strzelać ,,nożycami”. Podczas tego turnieju wyczyniał z piłką istne cuda. Z 6 golami został królem strzelców turnieju, dzieląc ten zaszczyt z argentyńskim bombardierem Norberto Mendezem.
@MesQueUnClub96
@Symson
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
12
Golleada Blaugrany:
14 stycznia 1979 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Rayo Vallecano aż 9:0(!) w 16 kolejce Primera Division. Było to jedno z najwyższych zwycięstw Barçy w historii występów w La Liga. W meczu tym spektakularnym wyczynem popisał się wyborny wówczas snajper Hans Krankl, strzelając aż 5 goli! Trzeba pamiętać iż niewielu jest piłkarzy, którzy strzelali 5 goli w jednym meczu La Liga. Takiej sztuki nie udało się dokonać nawet Messiemu.
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
28
Feliz cumpleaños Victorze! z okazji urodzin! 41 lat kończy dzisiaj Victor Valdes. Najbardziej utytułowany spośród wszystkich bramkarzy FC Barcelony przyszedł na świat w pod barcelońskim L’Hospitalet de Llobregat. Kariere w juniorskich drużynach Blaugrany rozpoczął w wieku 10 lat. Po kilku miesiącach musiał się jednak przenieść na Teneryfe, gdzie przeprowadziła się jego rodzina. W 1995 r. wrócił do Barcelony i stopniowo piął się po szczeblach kariery. W pierwszym składzie spędził 12 sezonów. Początkowo regularnie przytrafiały mu się mniejsze oraz większe wpadki, przez co nie omijała go krytyka ze strony kibiców i dziennikarzy. Z czasem jednak jego umiejętności rosły i w sezonie 2005/06 był już pewnym punktem w bramce i wielkim bohaterem finału Ligi Mistrzów z Arsenalem. Po latach przyznał iż był to punkt zwrotny jego kariery. Valdes wyróżniał się dobrą grą nogami, świetną skocznością i grą na przedpolu oraz częstym wygrywaniem pojedynków jeden na jednego. Przed rozpoczęciem sezonu 2013/14 ogłosił że nie przedłuży kończącego się kontraktu i opuści Dume Katalonii. Do tego czasu 5-krotnie wygrywał Trofeo Zamory dla najlepszego bramkarza Primera Division, czym wyrównał rekord Antoniego Ramalletsa. No cóż, gdyby został to mógłby nawet pobić ten rekord, tak się jednak nie stało, co nie kwestionuje jego wybitnego kunsztu bramkarskiego oraz tego że przechodzi do historii jako jeden z najlepszych bramkarzy Blaugrany.
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Symson
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
5
Cóż to była za przepiękna noc w Neapolu! Cóż to była za cudownie fantastyczna partita SSC Napoli! Bravissimo Napoli! Po stokroć bravissimo! Duch ,,boskiego Diego" czuwał na stadionie jego imienia. Forza Napoli! po trzecie wytęsknione scudetto! Ależ warto było wykupić te Eleveny. A ten cały Victor Osimhen, przecież to istny ,,zbrodniarz" futbolu! Takiego ,,bandyty" potrzebuje właśnie nasza Barcunia...
1
Napoli, Napoli, Napoli, forza Napoli! Napoli!! Napoli!!!
Oczywiście na Stadio Diego Armando Maradona!
10
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
73 lat kończy dzisiaj jeden z najlepszych obrońców w historii polskiej piłki, Antoni Szymanowski, medalista mistrzostw świata z 1974 roku i dwukrotny medalista olimpijski, złoty z Monachium z 1972 i srebrny z Montrealu z 1976 roku. Urodzony 13 stycznia 1951 roku Szymanowski, to jedna z legend Wisły Kraków. W jedenastce "Białej Gwiazdy" debiutował już jako 17-latek. Jako nastolatek zadebiutował też w reprezentacji Polski. Było to 22 lipca 1970 roku w meczu w Szczecinie przeciwko Irakowi, który Polacy wygrali 2-0 po trafieniach Zygfryda Szołtysika i Jana Banasia. ,,Z tamtego meczu to niewiele pamiętam i niewiele mogę powiedzieć. Ważne że wygraliśmy. Co do Szymanowskiego, to na pewno był to dobry i solidny obrońca, a kolejne mecze w reprezentacji tylko to potem potwierdziły. Jeśli chodzi o ligę, to z racji swojej pozycji i gry na prawym skrzydle, to kiedy mierzyliśmy się z Wisłą, przychodziło mi grać na Adama Musiała, który w krakowskim klubie występował na lewej stronie defensywy, ale oczywiście z Szymanowskim też zdarzało się toczyć zażarte pojedynki” - wspomina dzisiaj Banaś. W tamtym meczu w Szczecinie z Irakiem reprezentację Polski prowadził jeszcze Ryszard Koncewicz. Jego następca i wychowanek, także pochodzący ze Lwowa Kazimierz Górski regularnie stawiał już na Szymanowskiego, który był mocnym punktem drużyny, która najpierw wywalczyła złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Monachium, a potem była rewelacją na mundialu w Niemczech Zachodnich w 1974 roku. Podczas MŚ w RFN wystąpił we wszystkich siedmiu spotkaniach. "Antoni Szymanowski - prawy obrońca, barwy klubowe - Wisła Kraków; szybki, ofensywny; trochę malkontent, ale tylko poza boiskiem; wielki meloman posiadający własną dyskotekę; 35 meczów w barwach narodowych, 23 lata" - można przeczytać w jego charakterystyce w książce Stefana Grzegorczyka "Gra o medal" wydanej tuż po tamtym, tak udanym dla "Biało-Czerwonych" mundialu. Warto dodać, że Szymanowski był jednym z najmłodszych zawodników jedenastki prowadzonej przez Kazimierza Górskiego. Młodszy był tylko Władysław Żmuda. W reprezentacji Antoni Szymanowski grał przez 10 lat. Swój ostatni mecz, oznaczony numerem 82 zagrał 9 lipca 1980 roku w Bogocie przeciwko Kolumbii, który "Biało-Czerwoni" wygrali 4-1. W grudniu 2019 roku znalazł się w jedenastce stulecia Polskiego Związku Piłki Nożnej. Z kolei 2 lata temu uznany został Piłkarzem 100-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej.
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Symson
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Sensible
@patataj
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
13 stycznia 1942 r. w Radomsku urodził się Jerzy Sadek. Pierwszym jego klubem była miejscowa Stal. Reprezentował też barwy innej drużyny z Radomska – Czarnych. W 1961 r. przeniósł się do łódzkiego KS. Co ciekawe, rozegrał też kilka spotkań sparingowych w barwach Widzewa, który grał wówczas na trzecim poziomie rozgrywkowym. Uznano jednak, że jest już gotów na grę na wyższym poziomie. W Rycerzach Wiosny spędził 11 lat. Przez ten czas zdążył rozegrać 213 spotkań i zdobył 69 ligowych goli. Łącznie, na wszystkich szczeblach rozgrywkowych, zdobył 102 gole. Czyni go to najlepszym ligowym strzelcem w historii zespołu z Alei Unii. W drużynie biało-czerwono-białych nie odniósł większych sukcesów. Mimo to zdołał zapisać się w pamięci wielu, nie tylko łódzkich kibiców. Zapamiętali go jako Bombardiera. Takiego pseudonimu dorobił się, dzięki piekielnie silnemu strzałowi, którym niejednokrotnie karał rywali. Atomowe uderzenia były jego znakiem firmowym. Cechował go także wyjątkowy ciąg na bramkę przeciwnika oraz świetna gra głową. Lubił dryblować przy linii bocznej i łamać grę do środka, by zakończyć akcję strzałem. W 1965 r., zadebiutował w reprezentacji Polski meczem ze Szkocją w Glasgow. Pojedynek ten został rozegrany w ramach eliminacji do mistrzostw świata 1966. Polacy zwyciężyli 2:1, a Sadek zdobył jednego z goli. Niesamowity strzał z woleja przerwał siatkę w bramce ,,The Tartan Army”. W kolejnym meczu ustrzelił dublet. Przeciwnikiem biało-czerwonych była Finlandia, a Polacy wygrali tamto spotkanie 7:0. Pomału stawał się jedną z czołowych postaci kadry. Kibice mawiali w tamtych czasach: Lubański podaje do Sadka i trzepie się siatka. Innym jego słynnym meczem w koszulce z orłem na piersi, była potyczka na Goodison Park, z przygotowującą się do mistrzostw reprezentacją Anglii. Bombardier strzelił wówczas gola, a Polska zremisowała z drużyną, która pół roku później sięgnęła po mistrzostwo globu. Dzień po meczu, angielska prasa rozpływała się nad umiejętnościami gracza ŁKS-u. Porównywano go do Tommy’ego Lawtona. Chrapkę na pozyskanie Sadka miał rzekomo Everton, który oferował drużynie z Łodzi sto tysięcy funtów za usługi jej piłkarza. Czasy głębokiej komuny sprawiły, że o transferze oczywiście nie mogło być mowy. W kadrze zagrał łącznie osiemnaście razy i strzelił sześć goli. Ostatni raz w reprezentacji wystąpił w 1971 r. Polska przegrała wówczas 1:3 z RFN. Sadek pojawił się na murawie stadionu na ostatnie dziesięć minut. W 1973 r. wyjechał do Holandii. Grał w Sparcie Rotterdam i HFC Haarlem. Karierę postanowił zakończyć w ukochanym ŁKS-ie. Buty na kołku zawiesił w 1978 r. W Reprezentacji rozegrał 18 meczów, strzelając 6 goli.
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
9
Feliz cumpleaños panie Carles!
Dzisiaj swoje 76 urodziny obchodzi Carles Rexach, napastnik, trener, wybitna postać i legenda Dumy Katalonii. Na wstępie przypomnę tylko iż to właśnie Rexachowi zawdzięczamy to że Lionel Messi wylądował jako junior w FC Barcelonie. Tak, tak to właśnie Rexach podpisał słynną umowę z ojcem Leo na serwetce w Barcelońskim klubie tenisowym. Gdyby tego nie zrobił młodziutki Leo mógł nawet wylądować w Realu Madryt. Charly, jak nazywają Rexacha przyjaciele, był zawodnikiem, o którym mówiło się że jeśli go zranisz to jego krew będzie tryskała barwami klubowymi. W FCB zadebiutował 10 września 1967 r. w przegranym meczu z Realem Saragossa 2:3 ale swój debiut mógł zaliczyć do udanych ponieważ strzelił pierwszego gola w tym spotkaniu. W sezonie 1973/74 stał się doskonałym uzupełnieniem dla Johana Cruyffa. Oboje wyznawali tę samą filozofię w życiu i sporcie. Duet napastników: Rexach-Cruyff poprowadził Barçe do pierwszego mistrzostwa od 14 lat! W 1978 r. Charly zdobył 2 gole przeciwko Las Palmas w wygranym 3:1 finale Pucharu Hiszpanii. Przez 16 lat gry dla Dumy Katalonii Carles Rexach rozegrał 665 meczów strzelając 197 goli, zdobywając jedno mistrzostwo Hiszpanii, 4 puchary Hiszpanii, Puchar Miast Targowych oraz Puchar Zdobywców Pucharów.
Proszę nie zapominać o takich legendach Blaugrany
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Ogorinho1974
@Monix10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@DaPidejpi
7
Superpuchar Hiszpanii rozgrywany w formule 4 drużyn poza granicami Hiszpanii stracił stracił dla mnie na atrakcyjności. W tej Arabii ogromny stadion plus bieżnia, kibice daleko i nie wypełniony całkowicie stadion. Gdy w Hiszpanii był dwumecz między mistrzem a zdobywcą Pucharu Hiszpanii atmosfera meczu była zdecydowanie lepsza, zwłaszcza w El Clasico. Wczoraj Ter Stegen pokazał klase i pociągnął ,,naszą" Barce za uszy do finału. Gdyby nie on. to kto wie jakby to się potoczyło? Przepięknego gola strzelił Ansu Fati i.... zupełnie jak gdyby był piłkarzem Betisu wypożyczonym do Barcy, wogóle nie cieszył się z tego gola. Bardzo dziwne.... No cóż przed nami 275 w historii El Clasico! Czy to dobrze że nie w Hiszpanii i że poraz pierwszy w jednym meczu finałowym? Bóg raczy wiedzieć jak to się potoczy? Ewentualna porażka będzie bolała, jak zawsze z ,,Los Blancos"...
10
@FCBparasiempre
12 stycznia 1946 r. Argentyna pokonała Paragwaj 2:0 na Estadio Monumental w Buenos Aires. Mecz ten rozpoczął 19-ty w historii turniej Copa America. Gospodarz zgotował wspaniałe przyjęcie. Buenos Aires, ,,miasto, które nigdy nie śpi”, tego upalnego lata tym bardziej nie myślało o spoczynku. Ze względu na wysokie temperatury mecze rozgrywano pod wieczór, toteż wypełnione po brzegi niezliczone kawiarnie, bary i bistra do późnej nocy huczały gwarem roznamiętnionych tłumów. Bodaj po raz pierwszy w dziejach do dyspozycji Copa America oddano aż 3 obiekty. Klubowy stadion Independiente, Viejo Gasometro klubu San Lorenzo oraz potężny Estadio Monumental, swobodnie mieszczący 80 tysięczną rzesze widzów. Tuż przy bieżni organizatorzy zamontowali drewniane podium, na którym w rzędzie zestawiono 6 stolików. Ta prowizorka służyła jako niezbyt wygodne miejsce pracy dla plejady dziennikarzy obsługujących imprezę. O osobnych pulpitach, czy kabinach dla sprawozdawców radiowych jeszcze się nikomu nie śniło. Argentyński trener Stabile znów miał kłopoty. Otóż puchła głowa od kłopotów nadmiaru i bogactwa. Trzeba było wybierać przynajmniej z pośród 10 napastników o niemal równorzędnej klasie. Zresztą w tyłach rywalizacja była nie mniejsza. Ostatecznie w decydującym meczu z Brazylią Stabile po nocnych ,,męczarniach” zdecydował się na piątke: de la Mata, Mendez, Pedernera, Labruna, Loustau, lecz wcześniej dał szanse takim tuzom jak Boye, Salvini, Pontoni i Martino, przy czym każda kombinacja była równie dobra. Okazje do pokazania się na wielkiej imprezie dostał wreszcie Angel Amadeo Labruna, prawdziwy Matuzalem argentyńskiego futbolu. Z takim składem Argentyna nie miała godnych siebie rywali. Chile przeżywało kryzys. Urugwaj grał niby nie źle ale przegrał 3 najważniejsze mecze. Na pocieszenie pozostał ,,urusom” tytuł króla strzelców turnieju- Jose Maria Medina ustrzelił 7 goli. No i zapowiedź lepszych czasów, których nadejście zwiastował imponujący debiut pewnego szesnastolatka. Walter Gomez, bo o nim mowa, już wkrótce stać się miał wielką gwiazdą River Plate, gdzie zjawił się w 1950 r., wraz z rodakiem, znakomitym skrzydłowym Luisem Castro. Pojawiło się także nazwisko, które niebawem wzbudziło należny respekt po obu stronach Atlantyku- Schiaffino. Nie był to wszakże przyszły mistrz świata Juan Alberto, lecz jego starszy brat, Raul. Doskonale zaprezentował się Paragwaj. ,,Guarani” pobili bez problemu Urugwajczyków i urwali punkt wielkiej Brazylii. Większość ich piłkarzy natychmiast podpisało lukratywne kontrakty z zagranicznymi klubami. Największą sensacją był ponowny(po 17 latach!) występ legendarnego Paragwajczyka ,,Machetero” Delfina Beniteza Caceresa. W 1929 grał w Copa America i należał do współtwórców historycznej wiktorii 3:0 nad przyszłym mistrzem świata, wielkim Urugwajem. Brazylia z kolei znów błyszczała wielkimi gwiazdami swego napadu. Oprócz 5 fenomenów sprzed roku na lewym skrzydle od czasu do czasu pojawiał się utalentowany Chico, późniejszy wicemistrz świata z 1950. Jednak, o czym za chwile, w tym turnieju zapisał się niechlubnie. Natomiast w meczu z Paragwajem po długiej przerwie przypomniał o sobie…. Leonidas! Tak, tak, ten sam charyzmatyczny Leonidas da Silva, owa mityczna ,,Czarna perła”, której nieprawdopodobne wyczyny pogrążyły naszą reprezentacje w Strassburgu, podczas słynnego meczu MŚ 1938. Dobiegała też kresu reprezentacyjna kariera innego geniusza. Po raz ostatni zagrał w wielkiej imprezie Domingos da Guia, który ze sportu wycofał się jako człowiek sławny i zamożny- jego majątek oceniano na 50 tys. dolarów, przy 40. Leonidasa i 30. Ademira oraz Jaira, zaś ówczesny dolar stał bardzo wysoko. Na arene wkraczało nowe pokolenie- Danilo, Rui i wspomniany Chico….. Wszystkie emocje skupiły się i eksplodowały w ostatnim meczu turnieju Argentyna-Brazylia! Gospodarze mieli już zapewniony tytuł i spotkanie toczyło się wyłącznie o prestiż. Tym bardziej iż dokładnie miesiąc wcześniej podczas rozgrywek Copa Roca doszło do pasjonującego trójmeczu wielkich rywali. Najpierw Agrentyna z trudem wydarła zwycięstwo 4:3 ale już po tym istnieli tylko ,,canarinhos”. Dosłownie rozszarpali ekipe Stabilego na strzępy- 6:2 i 3:1! W tych okolicznościach na Estadio Monumental nie szło bynajmniej o pietruszkę. Do 28 minuty trwał festiwal elegancji i finezji zdolny zachwycić najwybredniejszych estetów. I właśnie wtedy stała się rzecz straszna. Szybki Chico przedarł się z lewego skrzydła na pole karne, wypuszczając piłke przed siebie. Próbował zagrodzić jej drogę stoper Jose Salomon. W półprzysiadzie wystawił naprężoną jak struna lewą noge, zaś szarżujący z impetem rozwścieczonego odyńca Chico z pełną mocą wbił kołki swojego prawego buta w tę nieszczęsną kończynę. W przeraźliwej ciszy dało się słyszeć trzask kości, która prysnęła niczym rozłupana zapałka. Biegnący opodal Mendez stanął jak wryty. Na skręcającego się z bólu wpadł jeszcze Jair. Ku sprawcom nieszczęścia ruszyli z furią Fonda i Pescia. Poszły w ruch pięści. Urugwajski sędzia przerwał mecz, licząc że zmiana Salomona na Marante choć nieco ostudzi rozpalone głowy. Gdzież tam! Po wznowieniu gry na przerażonego Chico ruszyli z pięściami de la Mata, ponownie Pescia i Marante, który uznał że przystoi mu wyłącznie rola mściciela. Arbiter wkroczył do akcji z całą energią, bezapelacyjnym gestem nakazując opuszczenie boiska. Naznaczeni jego karzącym palcem zostali Chico i de la Mata. Nieszczęsny Chico w panice ruszył sprintem ku tunelowi prowadzącemu do szatni ale nadział się na żywy mur policjantów, od których odbił się jak piłka, padając tuż pod podestem dla dziennikarzy. Tam odebrał swoją porcje uderzeń i kopniaków. Kompletnie zgnębiony, osłaniając dłońmi broczącą krwią głowe, klucząc chyłkiem i potykając się zdołał wreszcie na ostatnich nogach dotrzeć do upragnionej szatni. Tymczasem na trybunach narastał tumult. Kibice Argentyny i Brazylii wśród wyzwisk i przekleństw zaczeli okładać się czym popadło. Rozgorzała najprawdziwsza bitwa, zajadła i okrutna. Walka przeniosła się na płyte boiska. Do akcji wkroczyły oddziały policji. Ten wybuch zbiorowego szaleństwa trwał prawie 10 minut. Wreszcie fala namiętności poczeła z wolna opadać i roztrzęsiony sędzia mógł wznowić spotkanie. Jednak już mało kto przejmował się jego przebiegiem. Tylko Mendez zachował resztke zimnej krwi i dwukrotnie, w 38 i 55 minucie pokonał bramkarza rywali. Skandal na Monumental położył się cieniem na ocenie całej imprezy. Sport ustąpił pola barbarzyńskim emocjom. Pozostało poczucie dojmującego wstydu.
8
Copa zakończona skandalem:
@patataj
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
0
@lucca87 Statystycznie to Dembele jeszcze w miare. Tyle że te jego statystyki nie przynoszą ,,nam" żadnych sukcesów. Jeśli chodzi o Pedro Porro to przyjże mu się bliżej bo akurat od niedawna mam Eleveny a tam jest właśnie liga portugalska.
1
To zadanie ażeby zdobyć pierwszy puchar w erze Xaviego wbrew pozorom będzie piekielnie trudne. Już dzisiejszy przeciwnik to ciężki orzech do zgryzienia. Na mój gust Real Betis jest jeszcze lepszą ekipą od Atletico a przecież nawet z ,,Los Colchoneros" mieliśmy sporo szczęścia że dowieźliśmy te 3 punkty do końca. Betis to jedno a w finale czeka już Real Madryt, który nam ostatnio kompletnie nie leży, tak więc szanse na zgarnięcie tego trofeum są niewielkie ale jakieś tam są...
12
Kalendarium Barçy:
12 stycznia 2004 r. odbyła się prezentacja Edgara Davidsa. Holenderski pomocnik został ściągnięty przez Franka Rijkaarda aby natchnąć drużynę, która w dniu jego przyjścia zajmowała dopiero 7 pozycje w tabeli po 19-tu kolejkach ligowych. Jego wypożyczenie z Juventusu okazało się strzałem w dziesiątke- Davids do spółki z Ronaldinho poprowadzili Blaugrane do serii zwycięstw, która zaowocowała wicemistrzostwem kraju. Mimo że Barça była zainteresowana zatrzymaniem Holendra, to jednak po sezonie Davids wybrał oferte Interu.
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
0
@lucca87 Ja bym się jeszcze pozbył Sergi Roberto no i jednak Dembele również. Reszta składu ok. Powiedz mi natomiast kim jest pedro porro?
9
@FCBparasiempre
Dziś mało kto mógłby sobie wyobrazić, że w tak wielkim kraju, zafascynowanym piłką nożną, jak Niemcy nie było pełnoprawnej, zawodowej ligi piłkarskiej. Ba! Bardzo długo opierano się samej idei zawodowstwa. Nikt w Niemczech do pewnego momentu nie wyobrażał sobie takiej zmiany. Już samo przejście na pół zawodowstwo wydawało się dla nich zbyt trudne. W pewnym momencie ktoś jednak poszedł po rozum do głowy i powiedział kompanom w federacji: Panowie, może jednak warto?! Oto historia powstania ligi niemieckiej, a konkretnie tego, co doprowadziło do rozegrania pierwszego meczu w historii Bundesligi. Wielokrotnie każdy z nas słyszał o ordnungu. Określa to porządek, który Niemcy traktują bardzo poważnie. Niemal w każdej dziedzinie życia przykładali wagę do poukładanego egzystowania. Okazuje się jednak, że był wyjątek od tej cennej dla naszych zachodnich sąsiadów reguły. Był to sport, a konkretnie piłka nożna. Sport w Niemczech do lat 60. był wyłącznie amatorski. Mieszkańcy kraju znad Renu twierdzili, że zarobek na uprawianiu sportu uwłacza człowiekowi. W przeciwieństwie do Anglii, gdzie futbol niemal od początku był nastawiony na zawodowstwo, w Niemczech rządził ruch ,,Die Turnen.” Miał to być ruch dla ruchu, pozbawiony konotacji zarobkowych. Nie ominęło to również futbolu, który jednak mocno na tym cierpiał. Nie chodziło w tym cierpieniu o sam fakt braku przychodów do klubów, lecz w ogóle o jakąkolwiek egzystencję związaną z uprawianiem sportu. Od początku XX wieku doszło jednak do pierwszych rozłamów wewnątrz społeczeństwa w kwestii zawodowstwa w futbolu i innych dyscyplinach. Tłem konfliktu była ogólnonarodowa liga, która miała zostać powołana do życia. Kluby nie mogły się dogadać co do kształtu, idei i sposobu przydziału drużyn do rozgrywek. Jest to zrozumiałe, gdyż Niemcy to duży kraj, w dodatku posiadający landy, czyli odpowiedniki polskich województw. Każdy land chciał czegoś dla siebie w pomyśle nowej, ogólnokrajowej ligi i pojawiał się konflikt interesów. Podstawowym problemem było jeszcze samo zawodowstwo. Podejście do spraw zarobkowych za uprawianie sportu oraz narastające w Niemczech nastroje antysemickie po I wojnie światowej nie mogły pozwolić na zbudowanie czegoś trwałego. Istniały co prawda tak zwane Gauligi, czyli rozgrywki regionalne, ale ich struktura była iście daleka od tego, czego oczekiwali wszyscy na czele z rozrastającą się piłkarską federacją. Owe rozgrywki i późniejszy sposób rozstrzygania mistrza kraju można by określić nie ligą, lecz tak naprawdę Pucharem Niemiec, czyli rywalizacją w dzisiejszym systemie pucharowym. Gauliga była swego rodzaju Pucharem Intertoto, kwalifikacją do właściwych rozgrywek o mistrzostwo kraju. Z racji okresu, w którym ona istniała, należy ją nazwać ligą nazistów. Czemu tak? Dlatego, że to właśnie oni na czele z Adolfem Hitlerem powołali do życia Gauligi. Na szczęście dla futbolu, jak i świata, ich władza, a zarazem era Gauligi zakończyła się wraz z końcem II wojny światowej.
Pierwsze sygnały o tym, że coś się zmienia w Niemczech w kwestii powstania profesjonalnej ligi, można było odczuć na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Pomysły dotyczące samej ligi, jak i długo wyczekiwanego przejścia sportowców na zawodowstwo zaczęły się rodzić właśnie wtedy. Zrozumiano bowiem, że na dłuższą metę trudno będzie niemieckim sportowcom rywalizować z rywalami z innych krajów, którzy już byli zawodowcami. Co prawda zdarzały się wyjątki, takie jak ekipa RFN z trenerem Seppem Herbergerem w 1954 roku podczas mistrzostw świata, czy finał Pucharu Europy, w którym zagrał Eintracht Frankfurt. Ludzie ze środowiska mieli przede wszystkim obawy dotyczące rozkupienia najlepszych piłkarzy z Niemiec. Nim doszło do jakichkolwiek rozmów w sprawie powołania jednej, ogólnokrajowej ligi, w najlepsze miały miejsce rozgrywki zwane Oberligą. Twór, który aktualnie jest odpowiednikiem polskiej IV ligi, w latach 1945-1963 był sposobem na wyłonienie mistrza Niemiec spośród pięciu makroregionów. Były to: północ, zachód, południowy zachód, Berlin i południe. Przez pierwsze lata, konkretnie do 1951 roku, przejęto bezpośrednio system z Gauligi, by później zmodyfikować go w dwie grupy, których zwycięzcy trafiali do finału, który wyłaniał mistrza. Przełomem w kontekście zmian okazała się jednak sytuacja z 1961 roku, gdy Inter Mediolan chciał wykupić Uwe Seelera. W myśl ówczesnych zasad piłkarz, który w celach zarobkowych opuszczał Niemcy, był skreślony jako kandydat do reprezentowania kraju w imprezach międzynarodowych. Dodatkowym czynnikiem był coraz niższy poziom, spowodowany zbyt dużą liczbą drużyn grających na najwyższym poziomie. To był kluczowy moment dla zmiany stanowisk co do zawodowstwa, a w konsekwencji do powstania ligi znanej dzisiaj jako Bundesliga. 24 lipca 1962 roku na zebraniu delegatów DFB zapadła decyzja: koniec z Oberligą! W końcu nadeszła wiekopomna dla piłki niemieckiej chwila. Zadecydowano bowiem, że wraz z dwudziestym czwartym dniem sierpnia 1963 roku ma wystartować zupełnie nowa, w pełni profesjonalna liga piłkarska. Nadszedł koniec wszelkiego rodzaju lig regionalnych, Gaulig, czy innych tego rodzaju tworów. Niemcy doczekały się wreszcie ligi na miarę włoskiej Serie A, czy przede wszystkim angielskiej First Division. Długo trzeba było na to czekać, ponieważ dojście do porozumienia wśród klubów, władz i społeczeństwa zajęło niemal pół wieku. No ale jak to mówią, na dobre trzeba czekać czasami bardzo długo. Rozgrywkami Bundesligi zachwyca się mnóstwo kibiców na całym świecie. Dziś aż trudno pomyśleć, że ta liga liczy sobie niewiele ponad 50 lat. Pierwszy mecz nowej ligi przypadł na sobotę. Zaszczyt rozpoczęcia pierwszego, historycznego sezonu Bundesligi przypadł dwóm zespołom, które mają okazję mierzyć się również obecnie. Były to Borussia Dortmund i Werder Brema. Sześciokrotny mistrz Oberligi – West i trzykrotny mistrz kraju miał podjąć zespół, który był skazany na rywalizację z absolutnym dominatorem Oberligi – Nord, zespołem Hamburger SV. Starcie to zapowiadało się znakomicie, lecz z racji warunków technicznych niestety nie realizowano tego meczu tak, jak to miało miejsce choćby w Monachium, we Frankfurcie, czy w Saarbrücken. Samo spotkanie zaczęło się piorunująco. Już w 58. sekundzie meczu do bramki Werderu, w której stał Klaus Lambertz, trafił Friedhelm Konietzka. Wydawało się wówczas, że Borussia udowodni na starcie nowych rozgrywek, że ich dyspozycja z Oberligi nie była przypadkiem. Okazało się jednak, że Werder postawił twarde warunki. Jeszcze przed przerwą do bramki BVB trafił Willi Soya. To tylko zapowiadało większe emocje w drugiej połowie. Tak rzeczywiście się stało, gdyż na Weserstadion po przerwie wpadły łącznie do bramki trzy gole. Dla gospodarzy strzelali Arnold Schütz i Theo Klöckner. Honor Borussii uratował ten, który rozpoczął strzelanie, czyli Konietzka. Mimo wszystko w Dortmundzie, który jeszcze kilka lat wcześniej mierzyła się z potęgami pokroju Milanu w europejskich pucharach, porażka 2:3 w Bremie na otwarcie nowych rozgrywek była solidnym policzkiem w twarz. Okazał się on na tyle mocny, że „żółto – czarni” skończyli sezon dopiero na czwartym miejscu.
7
Początki Bundesligi i pierwszy mecz:
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
12
Był sobie piłkarz…
11 stycznia 1980 r. urodził się Geovanni Deiberson Maurício Gómez i w zasadzie należało by mu składać życzenia i dziękować za gre w ,,naszym” klubie, jednak ten Brazylijski skrzydłowy był jednym z najbardziej jaskrawych przykładów fatalnej polityki transferowej prezydenta Joana Gasparta. Jeszcze w marcu 2001 r. Chus Pereda, były piłkarz FC Barcelony i ówczesny wysłannik klubu, poleciał do Brazylii by negocjować transfer z Cruzeiro. Właściciele piłkarza żądali 12 mln euro ale tak oto historie przedstawia Chus: ,,można było obniżyć cene aż do 8,5 mln euro bo potrzebowali pieniędzy”. Pereda nie miał nowych informacji na temat transferu aż do 23 maja, gdy grał w golfa między innymi z Urrutim, który kilka godzin później zginął w wypadku samochodowym. Otrzymał telefon o 19.30 od Antona Parery, dyrektora sportowego FC Barcelony, który powiedział mu: ,,Chusin , kupujemy Geovanniego. Jeżeli zrobimy to za 12 mln euro, dostaniecie razem z Angelem Caballero(agentem FIFA) premie w wysokości 2 mln dolarów.” W międzyczasie prezydent Cruzeiro zażądał już jednak 18 mln. Wtedy Chus zwrócił się do Peredy: ,,mówie do ciebie jako trener, powiedzmy sobie szczerze, Geovanni nie jest wart więcej niż 8,5 mln.” Wówczas Pereda wypowiedział zdanie, które przeszło do smutnej historii Blaugrany: ,,Chusin, cene ustalam ja.” Geovanni kosztował w końcu równowartość 20 mln euro. Dwa sezony spędzone w Katalonii były pasmem rozczarowań- zaledwie 43 występy i 3 gole a także kłótnie z trenerem Rexachiem, zakończyły się wypożyczeniem do Benfiki. Tam Geovanni zdecydowanie odżył i Portugalczycy z ochotą kupili go za około 15 mln euro. W kolejnych latach dał się poznać jako prawdziwy obieżyświat, grając w Premiership, amerykańskiej MLS oraz w kilku klubach ligi brazylijskiej.
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Symson
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
12
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
10 stycznia 1942 r. na Estadio Centenario, Urugwaj gromi Chile 6:1. Co ciekawe, pierwszego gola i to już w pierwszej minucie strzelił Chilijczyk Contreras. Ten mecze rozpoczął 17-tą edycje Copa America. To był czas rewanżu za rok ubiegły, tym bardziej że gospodarzem był Urugwaj. A tak się działo że ilekroć dotychczas ,,Celestes” grali u siebie, nie doznawali goryczy porażki. Estadio Centenario, ten niemy świadek światowego prymatu Urugwajczyków w niezapomnianym 1930 roku, najwidoczniej posiadał zaklętą w swoich murach, zwycięską moc. Również i teraz miał pozostać twierdzą niezdobytą. Zaś chętnych do jej sforsowania nie brakowało. Po pięcioletniej nieobecności pojawili się dwaj silni konkurenci- jak zwykle wyzbyta kompleksów twarda ekipa Paragwaju i usiany gwiazdami pierwszej wielkości team Brazylii. Paragwajczycy pokazali znów paru doskonałych graczy, którzy jak się można było spodziewać, niebawem spakowali manatki i wywędrowali do wielkich argentyńskich klubów. Brazylia z kolei wystawiła sławy bezsporne. Obroną zawiadywał legendarny Domingos da Guia, protoplasta przyszłego ,,libero”, tego wynalazku lat 70-tych, po dziś dzień bezsprzecznie uważany za najlepszego stopera Brazylii wszechczasów. W środku pomocy brylował sumienny Oswaldo Brandão, w przyszłości wielki autorytet trenerski. Natomiast atak to już była prawdziwa kolia brylantów. Po prawej arcymistrz dryblingu Pedro Amorim, po lewej zgrana od lat na pamięć para Tim-Patesko a pomiędzy nimi godny następca Leonidasa i równie godny poprzednik Pelego, startujący właśnie do olśniewającej kariery Zizinho. Natomiast Argentyna dumna była że pojawił się środkowy pomocnik na miare dawnych mistrzów, takich jak Monti, Minella czy Lazzatti. Był to olbrzym z Newell’s, Antonio Perucca, zwany ,,Potron de America”. Jednak w ataku legendarny trener Stabile znów miał zawrót głowy. Pewna swego była jedynie lewa strona. Za to po prawej stronie istna wirówka nonsensu. Rozumiejąca się para klubowa z Tigre, Tossoni-Sandoval przetrwała tylko jeden mecz- 4:3 z Paragwajem. Niezadowolony z rozmiarów zwycięstwa Stabile co i rusz szukał innych rozwiązań. Szybki Heredia nie pasował do wolniejszego Sandovala, zaś były prawoskrzydłowy Pedernera został tymczasem kierownikiem ataku River Plate i na pozycji prawego łącznika czuł się nie swojo. Ta mieszanka wystarczyła wprawdzie na Brazylię ale już nie dała sobie rady w bezbramkowym meczu z twardym Chile, nie mówiąc już o uskrzydlonym dopingiem 70 tys. widzów gospodarzach turnieju.
Decydujący mecz Urugwaj wygrał 1:0 a ,,złotego” gola strzelił w 48 minucie lewoskrzydłowy Zapirain, który w przyszłości miał zyskać miano ,,urugwajskiego Stanleya Matthewsa”, bowiem występował czynnie jeszcze w latach 70-tych. Pokonanej w absolutnie równorzędnym boju Argentynie, CONMEBOL postanowił przyznać nagrodę pocieszenia. W tym celu ufundowano Copa Bolivia, puchar, który od tej pory zwyczajowo przypadał w udziale drugiej drużynie turnieju. Przy okazji Argentyna ustanowiła też rekord Copa America. 22 stycznia na Estadio Centenario rozgromiła Ekwador 12:0! Cztery gole w tym meczu strzelił Herminio Masantonio, legendarny napastnik Huracan. Jeszcze większym wyczynem popisał się w tym meczu fenomenalny napastnik Jose Manuel Moreno, który ,,huknął” aż 5 goli! Nic więc dziwnego iż to właśnie Moreno i Masantonio podzielili między siebie tytuł króla strzelców z wynikiem 7 goli. Urugwaj natomiast powtórzył sukces z 1935 r., lecz dokonał tego w obliczu niepomiernie trudniejszej i liczniejszej konkurencji. Zdobył aż 21 goli(tyle samo co słynny argentyński napad) za to stracił zaledwie 2, z Paragwajem i Chile, przy 6 obciążających defensywę Argentyny i 7 Brazylii. Była to naprawdę wielka drużyna. Jej trzon stanowili zawodnicy bezkonkurencyjnego mistrza kraju- Nacional, który przeżywał apogeum swojej świetności. Oto legendarna kadra Urugwaju ze zwycięskiego turnieju: Joaquin Bermudes(Peñarol), Enrique Castro(Nacional), Luis Ernesto Castro(Nacional), Oscar Chirimni(River Plate), Anibal Ciocca(Nacional), Jose Maria Correa(Sud America), Eugenio Galvalisi(Nacional), Schubert Gambetta(Nacional), Sixto Gonzalez(Liverpool), Obdulio Varela(Wanderers), Agenor Muñiz(Peñarol), Luis Anibal Paz(Nacional), Roberto Porta(Nacional), Raul Rodriguez(Peñarol), Hector Romero(Nacional), Severino Varela Puente(Peñarol) i wreszcie Bibiano Zapirain(Nacional).
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
0
@P33ck Przecież właśnie pisze o piłkarzu a ojca jego nie znam!