FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Lionel_Messi10 Skąd żeś ich wytrzasnął? Gdzie oni grają? Bo w reprezentacji Albicelestes to chyba jeszcze nie grali?
11
Z cyklu (nie)zapomniane El Clasicos:
20 grudnia 1981 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 w ramach 16 kolejki Primera Division. Gole zdobywają: Alexanco w 7 minucie, Quini w 53 minucie oraz w 60-tej z rzutu karnego. Honorowe trafienie dla Królewskich zaliczył Juanito w 49 minucie. To zwycięstwo pozwoliło umocnić się na pierwszym miejscu w tabeli z dwupunktową przewaga nad Realem Sociedad oraz pięciopunktową nad Realem Madryt.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@patataj
@Sensible
@DaPidejpi
7
@FCBparasiempre
19 grudnia 1955 r. w Łodzi urodził się Marek Dziuba, obrońca. ,,Przegnałem stare upiory. Nikt mi nie powie że nie umiałem powstrzymać towarzyszy ze wschodu.”- opowiada nam pan Marek, który po dwóch meczach ze Związkiem Radzieckim dwa razy mógł płakać. Najpierw ze złości a potem ze szczęścia. W czasach PRL hasło ,,Związek Radziecki” działało na emocje każdego Polaka. Na szeroko rozumiany dyktat Wielkiego Brata można było reagować wymuszoną albo akceptowalną uległością. Można się było też na niego nie godzić i przynajmniej w swoim małym, prywatnym światku oburzać i protestować. Obojętność raczej nie wchodziła w gre… Tak się złożyło iż Marek Dziuba ze Związkiem Radzieckim miał też do wyrównania osobiste piłkarskie porachunki. W 1977 r. Polaków czekały decydujące mecze w kwalifikacjach do argentyńskiego mundialu. Prowadzili w grupie ale nie mogli otwierać szampana bo czekały ich jeszcze domowe mecze z Danią i Portugalią. Trzeba było uważać zwłaszcza na tą ostatnią ekipe bo deptała im po piętach. Przegrała z Biało-Czerwonymi u siebie ale w innych meczach zbierała komplety punktów, co oznaczało że porażka Polski na Stadionie Śląskim albo wcześniejsze potknięcie z Danią może pozbawić nas awansu. Próbą generalną przed jesienną batalią był mecz towarzyski z ZSRR w Wołgogradzie. Towarzyski tylko z nazwy. W gruncie rzeczy wszyscy dobrze wiedzieli że nasi pojechali na piłkarską wojne. To był jeden z tych niezwykłych momentów, kiedy futbol staje się jedynie pretekstem do rozumienia i przeżywania współczesnego świata. Chodziło o kwestie uświadomienia sobie pewnych znaczeń: Polska grała z reprezentacją kraju, którego nazwa półtora roku wcześniej znalazła się w Konstytucji PRL. Sejm PRL uchwalił zapis nie tylko o przewodniej roli PZPR ale też przyjaźni z ZSRR. Nikt obywateli o zdanie nie pytał, oczywiście żadnego referendum nie było. To musiało irytować normalnych ludzi, którym władza śmiała się prosto w oczy. Mecz ze Sborną nabierał nowego wymiaru i urastał do rangi ważnego wydarzenia społecznego. Przynajmniej na tym polu mogliśmy się postawić sowieckiemu imperium.
Dziuba w drużynie Gmocha nie był nowicjuszem, miał już 7 występów. Selekcjoner szukał optymalnego składu formacji defensywnej ale póki co znacząco różnił się od tego, co wcześniej wymyślił i z powodzeniem stosował trener Kazimierz Górski. Brakowało więc nie tylko bramkarza Jana Tomaszewskiego, który wówczas przynajmniej siedział na ławce ale też Szymanowskiego, Gorgonia i już bezpowrotnie skreślonego Musiała. Do składu wchodzili inni. W Wołgogradzie między słupkami stanął Zygmunt Kukla a w obronie obok mundialowego medalisty Władysława Żmudy znalazło się miejsce dla Henryka Wieczorka, Henryka Maculewicza i właśnie Marka Dziuby. 22-latek został rzucony na głęboka wode i nie dość że mecz z ,,Ruskimi” na ich terenie, nie dość że to pierwsze starcie z nimi po naszych złotych igrzyskach olimpijskich w Monachium, to jeszcze trzeba grać przeciwko Błochinowi, najlepszemu piłkarzowi Europy roku 1975, który(jakby to wyrazić) nie przepadał za Polakami. Polecenie Gmocha wydane Dziubie nie pozostawiało żadnego pola do interpretacji: ,,Masz się skutecznie zająć Błochinem, pilnuj go jak oka w głowie.” Misterne plany i bojowe zaklęcia nie pomogły. Polska przegrała 4:1. Gdy w 57 minucie Lato strzelił na 1:2, jeszcze można się było łudzić że wszystko się jakoś dla nas ułoży ale przewaga gospodarzy już wtedy była bezsporna a potem rozbujał się ten przeklęty Błochin, który w 5 minut strzelił 2 gole. Próbujący pilnować go Dziuba był na łopatkach. Gmoch czym prędzej zdjął go z boiska. ,,Jasne że zabolało. Wołgograd oznaczał klęske. Moją klęske bo to mnie okrzyknięto winnym porażki. Ech ten Błochin… Nigdy faceta nie zapomnę. Kawal piłkarza, szybki mocny, trudny do upilnowania, no i dwa razy był cwańszy bo zdobył dwa gole ale czy naprawdę ja jeden odpowiadałem za przegraną? Janek Tomaszewski jak mnie spotyka to powtarza: ,,Ty durniu, trzeba było po 20 minutach zejść z boiska bo przecież dostałeś pod żebro i miałbyś święty spokój.” Zrobili ze mnie kozła ofiarnego. To we mnie siedzi jak drzazga nawet teraz, choć ile to już lat minęło?”- przyznaje Dziuba. Eksperci na bieżąco komentowali że Błochin w Wołgogradzie zakończył reprezentacyjną karierę Dziuby, choć było w tym dużo emocjonalnej przesady bo chodziło o młodego piłkarza. Zresztą czas pokazał iż fachowcy radykalnie się pomylili. Faktem jest że u Gmocha już nie dostawał szans a więc i o argentyńskim mundialu, na który Polska awansowała, ełkaesiak mógł zapomnieć. Wrócił do reprezentacji, gdy odszedł z niej Gmoch. Grał u Ryszarda Kuleszy. Polacy walczyli o awans do finałów mistrzostw Europy w 1980 r.; dwa razy potknęli się na NRD. Nie pomogły im nawet takie wyczyny jak pokonanie 2:0 Holandii, ówczesnego wicemistrza świata i to z dwóch ostatnich mundialów. ,,Na Stadionie Śląskim zaopiekowałem się znakomitym Rensenbrinkiem tak troskliwie że po meczu wkurzony pytał holenderskich dziennikarzy skąd Polacy wytrzasnęli tego prawego obrońcę? Nie znał mnie, no to mu się przedstawiłem.”- uśmiech się Dziuba.
U Kuleszy grał do samego końca, czyli do słynnej afery na Okęciu. W jej wyniku selekcjoner stracił posade jako trener, który nie potrafił zapanować nad dyscypliną w zespole. Chodziło o mecz z Maltą, pierwszy w kwalifikacjach do MŚ España ’82. Przed wylotem na krótkie zgrupowanie do Włoch była zbiórka z noclegiem w Warszawie, co piłkarze wykorzystali na wyjście w miasto i tak zwane spotkania integracyjne. W efekcie rano na lotnisku Okęcie bramkarz Młynarczyk pojawił się z objawami wskazującymi na na dość intensywnie spędzoną noc. Kulesza chciał go zostawić w kraju ale twardo sprzeciwili mu się Boniek, Żmuda i Terlecki. Selekcjoner się ugiął ale skandalu nie uniknął. Po buntowników do Rzymu osobiście wyruszył prezes PZPN i ściągnął ich do Polski. Z ustalonej hierarchii w kadrze wynikało że pod nieobecność Żmudy kapitanem był Dziuba, więc wtedy w naturalny sposób opaska trafiła do niego. ,,Strasznie trudna sytuacja bo podobnie jak Paweł Janas też byłem w radzie drużyny. Solidaryzowaliśmy się z chłopakami a jednak nikt nie kazał nam wracać z nimi do kraju. Biliśmy się z myślami, co robić. Sami mamy zrezygnować z udziału w zgrupowaniu?. Dołączyć do skreślonych? Zostaliśmy, lecz dylematy też zostały.”- wspomina pan Marek. Potem był też w kadrze u Piechniczka. Reprezentacyjna pozycja obrońcy ŁKS była coraz mocniejsza. W kluczowych eliminacyjnych meczach znowu z NRD grał z opaską kapitańską. Tym razem nikt już nie mógł zatrzasnąć mu przed nosem drzwi do finałów mistrzostw świata. Pojechał na mundial do Hiszpanii ale przestał być kapitanem. Usiadł na ławce bo trener uznał że lepszy jest Jan Jałocha. Obrońca Wisły Kraków w pierwszej połowie meczu z Peru, przy stanie 0:0 doznał jednak kontuzji i musiał zejść z boiska. Zastąpił go właśnie Dziuba. Gdyby wtedy coś nie wyszło, byłoby na Dziube, no bo on zastąpił podstawowego obrońcę i faktycznie po jego wejściu dużo się zmieniło, tylko że w drugą strone! Polacy po dwóch niepokojących, bezbramkowych remisach z Włochami i Kamerunem w drugiej połowie przełamali peruwiańskie zasieki i wygrali 5:1! Ten mecz był wydarzeniem rangi państwowej. W Polsce stan wojenny, rodacy szukali pokrzepienia. Władz też nam szczerze kibicowała bo cholernie potrzebowała sukcesu. W dniu meczu z Peruwiańczykami zarządzono rano zbiórke. Wszyscy mieliśmy założyć garnitury; aż się zaniepokoiłem że może w Polsce coś niedobrego się stało bo wiadomo, jakie niespokojne były czasy. Na szczęście nie, chodziło o bojowe przemowy. Jacyś ważni wysłannicy z Polski ustawili nas w rzędzie i tłumaczyli że Polska na nas liczy że teraz nie ma podziałów że dziś wszyscy jesteśmy razem. Nie powiem, ładnie mówili, czułem się napompowany, choć jeszcze wtedy zdawało mi się że znowu nie zagram.”- wspomina Dziuba.
Po wygranej w następnym meczu z Belgią, nadszedł dla Dziuby wytęskniony czas rewanżu. Polska miała zagrać z ZSRR o awans do strefy medalowej a w składzie rywali ten sam Błochin! Naszym wystarczał bezbramkowy remis i szanowali ten bezcenny kapitał początkowy. Wkurzeni Rosjanie z każdą minutą byli coraz bardziej bezsilni. ,,Marzyłem o tej chwili, choć trudno było mi uwierzyć że naprawdę może nadejść. Tak więc po 5 latach znowu mogłem zagrać przeciwko Ruskim i Błochinowi a cały naród z napięciem patrzył. Koniecznie musieliśmy ich wysłać do domu. Panowałem nad swoją strefą! Poprosiłem tylko Grzeska Late żeby się tak głęboko nie cofał bo przez tę jego niesamowitą ruchliwość zaczynam tracić orientacje. Niech skupia się na walce w ofensywie. Wszystko zadziałało perfekcyjnie. To była świetna zespołowa robota. Wyrównałem stare porachunki”- opowiada pan Marek. Na swój drugi mundial już nie pojechał. Piechniczek pozwalał mu grać sporadycznie. Wystąpił w jednym meczu kwalifikacji do MŚ w Meksyku. Polacy w Mielcu sensacyjnie tylko zremisowali z Albanią(2:2). ,,Cudem uniknęliśmy jeszcze większego wstydu bo mogliśmy przegrać i widocznie znowu ja byłem winny bo nie dostałem następnego powołania. Tylko tak się składa że do gry wszedłem przy stanie 1:2 a potem gola strzelił już tylko Pałasz.”- relacjonuje Dziuba. Nie mógł wtedy wiedzieć że to jego ostatni mecz w kadrze narodowej. Było to pożegnanie bez echa. Nawet okolicznościowego proporczyka nigdy nie dostał. Nie zmienia to jednak faktu iż Dziuba jest reprezentantem spełnionym. Twardy chłopak z łódzkich Bałut doszedł w kadrze do największych zaszczytów: był jej kapitanem i ma medal z mundialu. Na początku jego piłkarskiej kariery pojawił się niejaki Władysław Lachowicz, łódzki dziennikarz i wyszukiwacz piłkarskich talentów. W ,,Głosie Robotniczym” dał anons że jest nabór do Łódzkiego Klubu Sportowego. To był najwyższy czas, bowiem Dziuba miał 14 lat. Zgłosił się i od razu poczuł że to miejsce dla niego. No i w klubowej piłce też kiedyś wykonał spektakularny ruch bo po latach jako stary ełkaesiak przeniósł się bezpośrednio do Widzewa. ,,Chciałem to zrobić choćby dlatego że przez te wszystkie lata mój klub nie grał w europejskich pucharach a ja z podziwem oglądałem, jak Widzew wojuje w Europie i to na naszym stadionie! Mój związek z ŁKS po prostu się wypalił. Czułem ze przy al. Unii też już mnie nie chcą a Widzew był nowym bodźcem. Przyjeli mnie tam jak swojego i zaraz nawet dali opaske kapitańską. Kibice? Nie miałem z nimi żadnego problemu. Wiadomo wychowałem się na Bałutach i to w takiej okolicy, gdzie(jak to mówią) bez kija i noża nie podchodź. Ełkaesiak z krwi i kości byłem, zresztą do dzisiaj jestem.”- deklaruje pan Marek. Wtedy jednak pasował też do charakternego Widzewa. To był wciąż wielki zespół, z Wójcickim, Wijasem, Wragą, Smolarkiem, Dziekanowskim… ,,W Pucharze UEFA wyeliminowaliśmy Borussie Mönchengladbach, lecz pechowo odpadliśmy z Dynamem Mińsk. Zabrakło kontuzjowanego Smolarka a myślę że z nim dalibyśmy rade. Mieliśmy ekipe, która mogła dojść nawet do finału. Z tym wielkim Widzewem mistrzostwa nie zdobyłem, tylko Puchar Polski. Troche szkoda.”- przyznaje Dziuba. Poważne granie kończył w belgijskim Saint-Truidense. Również tam go cenili i traktowali jak nauczyciela. Jednym z najbardziej pojętnych uczniów był 18-letni Marc Wilmots…
6
Zapomniane acz istotne legendy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
9
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
19 grudnia 1949 r. w Chorzowie urodził się Jerzy Wyrobek, obrońca. Nie imponował warunkami fizycznymi ale potrafił znakomicie odnajdywać się na boisku i bezbłędnie kierować poczynaniami defensywy. Jego ojciec, Ryszard, był cenionym piłkarzem Ruchu. Jego bracia, Czesław i Eugeniusz, również byli piłkarzami a siostra Halina grała w piłkę ręczną. Jerzy futbol miał więc we krwi. Był wychowankiem Stadionu Chorzów, ale profesjonalną karierę zaczynał w Wałbrzychu, gdzie w latach 1967-69 występował w miejscowym Zagłębiu. Razem z klubem w 1968 r. wywalczył awans do ekstraklasy, a dobre występy na pierwszoligowych boiskach zwróciły uwagę Ruchu. Na początku sezonu 1969/70 Wyrobek wrócił do Chorzowa i kontynuował rodzinną tradycję. Od razu został rzucony na głęboką wodę i debiutował w spotkaniu z zabrzańskim Górnikiem. Strzelił nawet bramkę w tym meczu, tyle że samobójczą. Na szczęście pięć minut przed końcem uderzeniem z rzutu karnego wyrównał Bronisław Bula i starcie zakończyło się remisem. Początek mógł być więc lepszy, ale Wyrobek nie załamał się i swoją klasę potwierdzał w kolejnych pojedynkach. Z miejsca stał się podstawowym zawodnikiem zespołu. W lidze opuścił tylko jeden mecz. Mimo młodego wieku imponował opanowaniem i odpowiedzialnością. Kiedy w 1971 r. szkoleniowcem Ruchu został Michal Vičan, część zawodników pożegnała się z zespołem. Wyrobek był jednak nie do ruszenia. Był już wówczas laureatem Złotych Butów w plebiscycie Sportu, a Słowak szybko poznał się na jego talencie. Ciężkie treningi, jakie narzucił nowy trener, przyniosły skutek w 1974 r. Ruch został mistrzem Polski, a rok później obronił tytuł. Dodatkowo w 1974 r. zespół zdobył też Puchar Polski. Wyrobek po swój trzeci tytuł sięgnął w 1979 r., 29-letni wówczas obrońca wystąpił jednak tylko w pierwszym spotkaniu sezonu z Wisłą Kraków, w którym doznał kontuzji. Przymusowa przerwa trwała aż półtora roku, ale po powrocie znowu był liderem defensywy chorzowskiego zespołu. 26 września 1982 r. rozegrał swój ostatni mecz w barwach Niebieskich. Ruch przegrał wówczas z Szombierkami 0:2. Wyrobek w ciągu 13 sezonów spędzonych w Chorzowie wystąpił w 264 spotkaniach i pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców. W reprezentacji Wyrobek zadebiutował w wygranym 5:0 meczu z Danią 2 września 1970 r. Później dostawał szansę w kilku kolejnych meczach, ale po spotkaniu z Niemcami w Hamburgu (0:0) w 1971 r. na dłużej rozstał się z kadrą. Zabrakło dla niego miejsca na igrzyskach, ale dobre występy w reprezentacji Under-23 trenera Strejlaua pozwalały mieć nadzieję, że znajdzie się w kadrze na mistrzostwa świata. Do RFN jednak nie pojechał, a do kadry wrócił w listopadowym pojedynku z Czechosłowacją (2:2). Kiedy nasza reprezentacja leciała do Montrealu, dla Wyrobka znowu zabrakło miejsca. Z drużyną narodową pożegnał się 13 kwietnia 1977 r. w przegranym 1:2 meczu z Węgrami. Po odejściu z Ruchu grał w TuS Neuhaus, gdzie spędził pięć lat. Kiedy jednak Ruch spadł z ekstraklasy, zadanie powrotu na pierwszoligowe boiska powierzono właśnie Wyrobkowi. Misja zakończyła się pełnym sukcesem. Niebiescy z pierwszego miejsca awansowali do elity i już w pierwszym sezonie po powrocie sięgnęli po swój kolejny tytuł. Oczywiście pod wodzą Wyrobka. Kiedy Ruch znowu spadł z ligi w sezonie 1994/95, na pomoc po raz kolejny wezwano Wyrobka. Trener znów potrzebował ledwie roku, żeby wrócić do elity a na dodatek zdobył w tym samym sezonie Puchar Polski. Oprócz Ruchu, jako szkoleniowiec pracował jeszcze w Bełchatowie, Wodzisławiu Śląskim, Lubinie, Szczecinie czy Sosnowcu. W Reprezentacji rozegrał 15 meczów, strzelając 1 gola.
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@patataj
@Symson
8
Wspominamy epokowe wydarzenie:
19 grudnia 2009 r. FC Barcelona pokonała po dogrywce 2:1 Estudiantes de La Plata w finale Klubowych Mistrzostw Świata. Blaugrana do 2009 r. miała wszystkie możliwe tytuły za wyjątkiem tego jednego- klubowego MŚ. Zaledwie 3 lata wcześniej drużyna Rijkaarda niespodziewanie przegrała finał z Internacional Porto Alegre i na kolejną szanse czekała 3 lata. Przeciwnikiem był argentyński Estudiantes, na którego czele stał weteran Juan Sebastian Veron. W pierwszej połowie arbiter nie podyktował ewidentnego karnego po faulu na Xavim i jednocześnie uznał gola dla Estudiantes ze spalonego. Od tego momentu Barça prowadziła gre, momentami miała przygniatającą przewagę ale brakowało gola. Wreszcie Guardiola postawił wszystko na jedną karte i wystawił nominalnego obrońcę Pique jako… drugiego środkowego napastnika. To po jego podaniu Pedro doprowadził do wyrównania w 88 minucie i stał się w ten sposób pierwszym piłkarzem, który strzelał gole w 6 rozgrywkach w jednym roku. W dogrywce słabo grający do tego momentu Messi zdobył decydującego gola, kierując piłke do siatki klatką piersiową w 110 minucie. Estudiantes próbował jeszcze atakować, lecz Veronovi, rozgrywającemu wspaniały mecz, brakowało już sił. Zwycięstwo Dumy Katalonii oznaczało historyczny wyczyn- 6 tytułów w jednym roku, czego nie dokonał wcześniej żaden inny klub!
Przypomnijmy:
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj
8
El Clasico!
19 grudnia 1965 r. FC Barcelona pokonała Real Madryt na Santiago Bernabeu 3:1 w 14 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy zdobyli: Josep Fuste(2) oraz Jose Zaldua. Po tej kolejce Blaugrana zajmowała dopiero 7 pozycje w tabeli ze stratą 7 punktów do prowadzącego Atletico Madryt.
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Symson
@patataj
8
Blaugrana w europejskich pucharach:
Dokładnie 60 lat temu(19.12.1962) FC Barcelona pokonała Crvene Zvezde Belgrad 1:0 w rewanżowym meczu 1/8 Pucharu Miast Targowych. Zwycięskiego gola zdobył Luis Alberto Cubilla. W pierwszym meczu w Belgradzie Barça poległa 3:2. Jako że wówczas nie obowiązywała zasada podwójnie liczonych goli na wyjeździe, więc został rozegrany trzeci dodatkowy mecz, o czym napisze 2 stycznia.
@Ogorinho1974
@Symson
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Sensible
7
Ku pamięci Evy Duarte:
19 grudnia 1948 r. FC Barcelona pokonała na Mestalla FC Seville 1:0 w Pucharze Evy Duarte. Po sukcesie Copa de Oro ,,Argentina” organizację meczu pomiędzy mistrzem i zdobywcą Pucharu Hiszpanii przejął RFEF. Nagrodę ufundowała żona prezydenta Argentyny Juana Domingo Perona. W drugiej edycji pucharu Blaugrana wystąpiła po raz pierwszy jako zdobywca mistrzostwa Hiszpanii. Jedynego gola w meczu z Sevilla zdobył legendarny snajper Cesar Rodriguez, który w drugiej połowie zmarnował karnego. Barça wygrała jeszcze dwie ostatnie edycje tego trofeum ale w obu przypadkach bez gry, ponieważ zdobywała wcześniej podwójną korone. Całe rozgrywki pod ówczesną nazwą zawieszono z powodu śmierci patronki.
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Symson
6
Feliz cumpleaños panie Bianquetti! Z okazji rocznicy urodzin.
19 grudnia 1951 r. w Cueta urodził się Miguel Bernardo Bianquetti, środkowy obrońca. Jego pierwszym poważnym klubem, w którym zaczął swoją przyszłą wielką przygodę z piłką był Cadiz CF. Ledwie 3 lata wystarczyły aby działacze FC Barcelony wypatrzyli obrońcę z Andaluzji. Do Barcelony trafił w tym samym czasie co Johan Cruyff. Na Camp Nou szybko zyskał sympatie i przydomek od kibiców ,,Tarzan”. Dzięki technice, szybkości i sercu do gry był pupilem katalońskiej publiczności. Już w swoim pierwszym sezonie dla Barçy zdobył wraz z kolegami mistrzostwo Hiszpanii a ponadto miał udział w rozgromieniu Realu w Madrycie 5:0! Migueli, jak go nazywano, był graczem o ogromnych możliwościach i wielkim sercu do gry. Jego odwage najlepiej można było dostrzec w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1979 r. w Bazylei, kiedy grał wówczas z wybitym obojczykiem. Świetnie wyszkolony technicznie, nie zastąpiony w kryciu i niepokonany w powietrzu, dzięki tym cechom Migueli był obrońcą największego kalibru. Trenerzy reprezentacji Hiszpanii również zauważyli u ,,Tarzana” cechy na światowej klasy obrońcę i 20.11.1974 r. Migueli zadebiutował w meczu przeciwko Szkocji, z którą Hiszpanie wygrali 2:1 a nasz bohater zagrał wtedy 75 minut u boku Quiniego czy też Rexacha a trenerem był Ladislao Kubala. Od tego czasu Migueli był przez 5 lat kadrowiczem i wystąpił na dwóch imprezach- Mundialu w Argentynie i mistrzostwach Europy we Włoszech. Podczas swojej 15-letniej kariery w Blaugranie strzelił 27 goli, co jak na środkowego obrońcę było sporym wyczynem, lecz Migueli był kimś wyjątkowym. Ponadto w swoim dorobku ma 2 mistrzostwa Hiszpanii, 4 Puchary Hiszpanii, 3 Puchary Zdobywców Pucharów, 2 Puchary Ligi oraz Superpuchar Europy. W rozpoczynającym się sezonie 1988/89. Kiedy funkcje trenera objął Johan Cruyff, Migeli doznał kontuzji kolana. Mając 37 lat zdecydował się na zakończenie kariery. Na jego pożegnalnym meczu na Camp Nou z Bułgarią zagrały takie gwiazdy futbolu jak choćby Cruyff czy Rexach.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
4
Dzięki za wsparcie @Lionel_Messi10 . Po tym triumfie uściskał bym ciebie z całych sił jak własne dziecko i jeszcze postawił zgrzewke piwa! A co tam, nawet skrzynke!!!
W końcu ,,nasza" Argentina mistrzem świata!!! Czekałem na to całe 36 lat! ale było warto!
4
Argentina Campeon! Argentina Campeon!! Argentina Campeon!!! Argentina!!!!! Argentina!!!!! Argentina!!!!!!!! Para siempre!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
0
@RoberDzik Mój natomiast drugi, po Mexico 1986, ale musiałem czekać na to aż 36 la!
Co za dzień! Teraz mozna już umierać!
4
Bogu niech będą dzięki! A w niebie czuwała nad Argentyną Eva Peron i Diego Armando Maradona!
2
Bogu dzięki że jeszcze w wieku 50 lat mam zdrowe serce, lecz ciśnienie bardzo wysokie, bo w przeciwnym razie moje serce absolutnie nie wytrzymało by tych rzutów karnych! A więc ,,taniec diabła"! Niech się dzieje wola Boża...
2
Niedowiary! Ja po prostu nie wierze w to co widze! Nawet nie byłem w stanie się cieszyć, po prostu płakałem z radości. Jednak wciąż mam jakiegoś pietra że Francuzi doprowadzą w drugiej połowie do remisu. Obym się cudownie mylił. Argentyno, błagam nie zawiedź mnie chociaż ten jeden raz...
1
@LS Zgadza się, na czarno-białym telewizorze u dziadków na wsi ale w Białej Podlaskiej w rodzinnym domu mieliśmy już telewizor w kolorze. To były cudowne szkolne lata, to se ne vrati...
3
,,Nie opłakuj mnie Argentyno, bo przecież nigdy cię nie opuściłam”- to nawiązanie do piosenki ale przede wszystkim do wybitnej postaci, pierwszej Damy Argentyńskiego narodu a mianowicie Evy Duarte. Ta wspaniała kobieta oddała serce i dusze Argentynie, dosłownie i w przenośni. Opiekowała się najbiedniejszym ludziom w kraju, zadbała o prawa kobiet, budowę przedszkoli, szkół, stadionów, boisk itp. Czytając biografie ,,Evity” to zwyczajnie popłakałem się jak małe dziecko. Dzisiaj pragnąłbym aby Argentyna utonęła we łzach ale we łzach radości i triumfu. Albicelestes, ucieszcie wszystkich swoich sympatyków na całym świecie, zagrajcie ku czci Stabile’go, Di Stefano czy wreszcie ,,boskiego” Maradony. Zagrajcie dla papieża Franciszka i wielu, wielu innych Argentyńskich fanów. Wreszcie zagrajcie ku czci Evy Duarte, kobiety, która jak mało kto na świecie dbała i kochała swoją ojczyznę. Naturalnie jestem Polakiem i zawsze będę kibicował Polsce, nawet w meczu z Argentyną, nawet gdy serce krwawi z powodu gry i porażki. Jednak gdy Polska odpada z jakiegoś turnieju, bądź w nim nie uczestniczy, to wówczas moje serce kieruje się ku Albicelestes. To tak, jakby jedno z moich rodziców było Argentyńczykiem, tak jest od Mundialu Mexico’86 i tak już zostanie, nie potrafie tego racjonalnie wytłumaczyć. Przy okazji chce również pozdrowić wszystkich sympatyków reprezentacji Francji, ekipy, którą szanuje i podziwiam za gre i pracę całego sztabu na czele z Deschampem. Niechaj dzisiaj triumfuje radość z futbolu i gry fair-play. Na koniec, bądźmy dumni z pierwszego Polaka, który poprowadzi finał Mundialu. Życzmy mu wszystkiego najlepszego, oby stanął na wysokości zadania, sprawiedliwie rozstrzygając losy 22 w historii finału mistrzostw świata.
Dzisiaj Vamos Argentina! Vamos a ganar!
4
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
18 grudnia 1948 r. urodził się Adam Musiał. Człowiek legenda krakowskiej Wisły. Lewy obrońca, przeciwko któremu bali się grać zawodnicy innych drużyn. Był istnym boiskowym „harpaganem”, co w gwarze małopolskiej oznacza człowieka porywczego, pełnego energii, zawziętego i nieustępliwego. Te cechy charakteru zaprowadziły go na piłkarski szczyt, jakim było trzecie miejsce na świecie z drużyną narodową w 1974 roku. Wspaniała reprezentacyjna kariera Adama Musiała rozpoczęła się 20 października 1968 roku. W Szczecinie na starym stadionie Pogoni Polska zmierzyła się towarzysko z drużyną NRD (1:1). Obrońca Białej Gwiazdy debiutował w kadrze w towarzystwie wielu znamienitych postaci, jak np. Hubert Kostka, Stanisław Oślizło, Bernard Blaut czy Kazimierz Deyna. Miał wówczas 19 lat i 307 dni. Od tej pory rywalizował o miejsce w drużynie z innym znakomitym lewym obrońcą – Zygmuntem Anczokiem. W trakcie eliminacji mistrzostw świata 1974 stał się podstawowym graczem kadry. Niewiele brakowało, aby jego ostatnim meczem w reprezentacji było starcie z Włochami już na mundialu w RFN-ie. Piłkarze dostali wolne od trenera Kazimierza Górskiego. Obrońca wypił o jedno piwo za dużo, spóźnił się do hotelu i... wdał w niepotrzebną dyskusję z selekcjonerem. Za karę nie zagrał ze Szwecją. Po krótkiej absencji wrócił do łask szkoleniowca i ostatecznie świętował zdobycie medalu. Z gry w kadrze narodowej zrezygnował dwa miesiące po turnieju. Po poważnym wypadku samochodowym nie był już tak sprawny. Jak mówił w „Przeglądzie Sportowym” w 2018 roku: „doszedłem do wniosku, że nie ma sensu się wygłupiać”. Kończył tak, jak zaczynał – towarzyskim spotkaniem z NRD (porażka 1:3), które odbyło się na starym obiekcie warszawskiej Legii. W kadrze występowali wówczas tacy gracze, jak Jan Tomaszewski, Grzegorz Lato, Zygmunt Maszczyk czy najmłodszy w tym gronie Zdzisław Kapka. Po 10-letniej grze w barwach Wisły Kraków, dla której rozegrał 227 spotkań i zdobył jedną bramkę (jak sam podkreślał – tylko dlatego, że zeszła mu piłka), przeniósł się na 2 lata do Arki Gdynia, a następnie wyjechał do Anglii i Stanów Zjednoczonych. Karierę zakończył w 1987 roku. Jak wielu kolegów po fachu, spróbował swych sił jako trener. Rozpoczął – jakżeby inaczej – od pracy w ukochanej Wiśle, gdzie najpierw był asystentem, a później pierwszym szkoleniowcem. Trenował jeszcze zespoły Lechii Gdańsk, Stali Stalowa Wola i GKS-u Katowice. „Gieksa” była ostatnim klubem, jaki prowadził, a był to 1996 rok. Potem pracował jako kierownik stadionu Wisły Kraków. Mimo upływu lat, nadal był rozpoznawany przez kibiców. Jak mówił w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej” w 2016 roku: „To jest największa zapłata dla człowieka. Bo tego się nie kupi za żadne pieniądze. I to człowieka podnosi na duchu, że coś osiągnął, a ludzie go pamiętają, rozpoznają, chcą zamienić parę słów, zapraszają na różnego rodzaju spotkania”. Adam Musiał zmarł 18 listopada 2020 roku w wieku 71 lat.
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@DaPidejpi
6
Historia nadal żywa:
Kochani cules, 18 grudnia 2011 r. FC Barcelona pokonała FC Santos 4:0 w finale Klubowych Mistrzostw Świata, po 2 golach Messiego oraz Xaviego i Fabregasa. Blaugrana była pierwszą drużyną, która dwukrotnie wygrała te rozgrywki(nie licząc Pucharu Interkontynentalnego). W finale Barça po znakomitym meczu rozgromiła Santos 4:0. W ekipie brazylijskiej grał Neymar, lecz sam nie był w stanie przeciwstawić się supremacji Katalończyków. Messi dzięki dwóm finałowym golom wyrównał osiągnięcie Pedro z 2009 r., strzelając gola w 6 różnych rozgrywkach w jednym roku kalendarzowym.
Powspominajmy:
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Sensible
1
@Borry Jak wygra? a nie odwrotnie, jak przegra?
3
@lucas/catalan Vamos a ganar! Para siempre!
7
Wybitne postacie Dumy Katalonii:
18 grudnia 1977 r. prezydent FC Barcelony zrezygnował ze stanowiska. Agusti Montal był ekonomistą i synem jednego z poprzednich prezydentów Barçy. Jego rodzina zajmowała się przemysłem włókienniczym. W 1969 r. został prezydentem klubu, pokonując Pedro Bareta stosunkiem głosów 126 do 112. W tamtych czasach prezydenta Barcelony wybierali oficjalni przedstawiciele a nie sami socios. W 1973 r. został wybrany na drugą kadencje wygrywając z Luisem Casacubertą 902 do 340. Jednym z powodów, dla których zwyciężył tak zdecydowanie było sprowadzenie do klubu Johana Cruijffa. W czasie sprawowania urzędu przez Montala otwarto hale Palau Blaugrana i Palau Blaugrana 2, zainstalowano elektroniczną tablice wyników i oświetlenie na Camp Nou. Montal walczył z reżimem Franco i przeforsował projekt nowego hymnu klubowego p katalońsku, używanego aż do dzisiaj. Poza tym w języku katalońskim zaczął ukazywać się oficjalny biuletyn klubu i informacje prezentowane przez megafony podczas meczu. Za jego kadencji poza Cruijffem sprowadzono również Johana Neeskensa, Hugo Sotila i przede wszystkim legendarnego Rinusa Michelsa, który wywalczył z klubem mistrzostwo kraju w 1974 r. po 14 latach bez tego trofeum. W 1977 r. zrezygnował z funkcji prezydenta na rzecz wiceprezydenta Raimona Carrasco, który sprawował ten urząd do kolejnych wyborów w 1978 r.
@Sensible
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Symson
5
Blaugrana w europejskich pucharach:
18 grudnia 1963 r. FC Barcelona przegrała w Lozannie dodatkowy mecz 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharów z Hamburger SV 2:3 i odpadła z tychże rozgrywek. Gole zdobyli: Bähre i Seeler(2) dla Niemców oraz 2 gole, wybitnie grający głową Sandor Kocsis dla Barçy.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
1
@Lionel_Messi10 Ja też bym tego bardzo chciał, czekam na to od pamiętnej niedzieli 29 czerwca 1986 roku i kosmiczne wówczas Estadio Azteca. Obyśmy miał racje i obyśmy się nie przeliczyli! Żabojady to bardzo twardy orzech do zgryzienia...
7
@FCBparasiempre
Wybuch drugiej wojny światowej odcisnął swoje straszliwe piętno na całym życiu Europy. Nie ominęło to również piłki nożnej. Futbolowe biografie z tego okresu to fascynujące, ale przede wszystkim okrutne świadectwo czasów. Kości piłkarzy, podobnie jak wszystkich innych szarych ludzi, leżą na każdym froncie tej wojny. Był to czas trudnych i niejednoznacznych wyborów moralnych. Ich ocena nie zawsze może być czarno-biała. Historia zna przypadki piłkarzy-bohaterów, jak i również kolaborantów czy wręcz zbrodniarzy. W samej tylko Polsce nietrudno znaleźć futbolowe biografie, które pokazują, jak różne bywają wojenne losy. Niektórzy, jak Henryk Reyman, biorą udział w wojnie obronnej 1939 roku. Wielu piłkarzy czynnie działa w Państwie Podziemnym lub walczy na zachodzie. Okrutny los spotyka Mariana Spojdę, zidentyfikowanego w Lesie Katyńskim na podstawie klubowej legitymacji Warty Poznań. Leon Sperling, reprezentant Polski żydowskiego pochodzenia, staje się jedną z wielu milionów ofiar holokaustu. Historia Kazimierza Górskiego, występującego w sowieckim klubie, to codzienna walka o przetrwanie dla siebie i rodziny. Gerard Cieślik, podobnie jak tysiące polskich Ślązaków, zostaje wcielony do Wehrmachtu. Nie można również zapominać o tych niejednoznacznych biografiach. Fryderyk Scherfke przez władze PRL zostaje uznany za kolaboranta. Nigdy nie powróci po wojnie do ojczyzny. Do dzisiaj toczy się debata o ocenie moralnej postępowania Ernesta Wilimowskiego. Ten bezapelacyjnie najlepszy piłkarz czasów II RP przywdziewa strój niemieckiej reprezentacji ze swastyką na piersi. Po wojnie nad Wisłą dokonuje się swoiste damniato memoriae i na wiele lat wymazuje się jego osiągnięcia z historii. Wśród wielu wojennych dziejów naszych piłkarzy nie sposób jednak znaleźć historii aż tak jednoznacznie moralnie haniebnej, jak losy bohatera tego tekstu. Montewideo, 13 lipca 1930 roku. O godzinie 15: 00 rozpoczyna się inauguracyjny mecz pierwszych Mistrzostw Świata. Alexandre Villaplane, kapitan Francuzów, z dumą wyprowadza swoich kolegów na spotkanie z Meksykiem. Twierdza w miejscowości Arcueil, 26 grudnia 1944 roku. Alexandre Villaplane, skazany za morderstwa i kolaborację z okupantem, zostaje rozstrzelany przez własnych rodaków. Oto tragiczna historia człowieka, który z reprezentanta Francji stał się przestępcą, oszustem, szmalcownikiem i zbrodniarzem.
Alexandre Villaplane na świat przychodzi w kontrolowanej przez Francuzów Algierii. Jego rodzice to typowi przedstawiciele klasy robotniczej z północnej Afryki. Na początku XX wieku wyjeżdżają do Europy w poszukiwaniu lepszego życia. Młody Alexandre w praktyce nigdy nie zdobywa żadnego formalnego wykształcenia. Nie wiadomo nic o jego zdolnościach w nauce, natomiast pewnym jest, że ma talent do jednej rzeczy – piłki nożnej. W 1921 roku, w wieku szesnastu lat, wyrusza za chlebem do swojego wuja zamieszkałego w Langwedocji. Ta historyczna kraina w południowej Francji, między Pirenejami, Rodanem a Morzem Śródziemnym, staje się dla niego domem na kilka kolejnych lat. Dzieje się tak za sprawą angażu do lokalnej drużyny, FC de Cette. Jego umiejętności nie mogły przejść uwadze trenera, Victora Gibsona. Szkocki manager włącza nastolatka do pierwszej drużyny, a ten w ciągu kilku kolejnych lat staje się wschodzącą gwiazdą francuskiej piłki. Dla Villaplane’a jest to trampolina do sukcesów. Pojawiają się również pieniądze i wszelkie, również te nie do końca sportowe, uciechy z życia. Warto w tym momencie poświęcić parę słów rzeczywistości tamtego okresu. Francja lat dwudziestych poprzedniego wieku to kraj, który powoli wstaje z kolan po pierwszej wojnie światowej. Konflikt, choć wygrany, jest katastrofą demograficzną, ekonomiczną oraz społeczną. Życie straciło prawie milion czterysta tysięcy francuskich mężczyzn i chłopców. Wielu wraca z frontu, będąc inwalidami, niezdolnymi do podjęcia pracy i godnej egzystencji. Z drugiej strony, trauma zderza się z nadejściem nowego stylu życia. We Francji rozkwita tzw. epoka Années folles, czyli dosłownie szalonych lat. Paryskie kawiarnie zapełniają się awangardowymi artystami, pisarzami i malarzami. Kwitnie surrealizm, rozwija się architektoniczny styl art déco, a Coco Chanel prezentuje swoją Małą czarną. Zza Atlantyku dociera jazz, nocne kluby pękają w szwach. Bogatsza część społeczeństwa bawi się w kabaretach, trwoni pieniądze w kasynach. Villaplane wpada w wir tych szalonych lat. W teorii we Francji nie ma zawodowego futbolu. W praktyce piłkarze dostają jednak pieniądze za swoją grę, m.in. na fikcyjnych stanowiskach w klubowej administracji. Villaplane w ten sposób otrzymuje korzystną finansowo ofertę i przenosi się w 1926 roku do klubu Nîmes Olympique. Alexandre zarabia coraz więcej, ale i lubi sporo wydawać. Kasyna, zakłady na wyścigi konne, nocne kluby, damy do towarzystwa. Korzysta z uroków życia, jakiego by nie miał szans poznać w odmiennej kulturowo Algierii. Do piłki ma materialistyczne podejście. Przez całą karierę gra po prostu tam, gdzie płacą więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że na boisku prezentuje się wyśmienicie. Wkrótce do młodego pomocnika dociera powołanie do reprezentacji Francji.
Zakładając w 1926 roku koszulkę Tricolores, Villaplanestaje się pierwszym graczem pochodzenia północnoafrykańskiego w historii kadry. Zdobywa ogólnokrajową popularność, głównie dzięki swojemu charakterowi oraz znakomitej grze w środku boiska. Dwa lata później wyrusza wraz z olimpijską reprezentacją na Igrzyska w Amsterdamie. W 1929 roku przenosi się do paryskiego Racing Clubu. Stołeczny team ma ambicje stać się swoistym gwiazdozbiorem najlepszych graczy w kraju. W tym czasie zawodowstwo we francuskim futbolu nadal nie jest jeszcze formalne. Nie przeszkadza to jednak Villaplane’owi otrzymywać za grę bardziej wygórowanych stawek niż w Nîmes. Nocny Paryż to dla Alexandra niepowtarzalna okazja do czerpania jeszcze większych uciech z życia. Ulega on ciągle to nowym pokusom szalonych lat. W stolicy poza boiskowy styl życia staje się jeszcze bardziej hulaszczy. W tym czasie zaprzyjaźnia się i wchodzi w koneksje z ludźmi z paryskiego półświatka. Alexandre, podobnie jak we wcześniejszych klubach, nie traci nadal umiejętności godzenia nocnej balangi z boiskową formą. Swoiste opus magnum kariery to występ na Mistrzostwach Świata w Urugwaju. Jako pierwszy kapitan w historii francuskiej kadry wyprowadza swoją reprezentację na mundialowe spotkanie. Villaplane w wypowiedzi dla prasy nazwie ten dzień „najszczęśliwszym w swoim życiu”. Łącznie w barwach narodowych rozegra dwadzieścia pięć spotkań. Swoją przygodę z kadrą zakończy w wieku zaledwie 24 lat. Paryski Racing Club przełomu lat 20. i 30. to iście gwiazdorska drużyna. W klubie występują min. Émile Veinante, Edmond Delfour (obaj reprezentowali Francję na trzech kolejnych Mundialach – 30′, 34′, 38′) oraz Raoul Diagne – pierwszy czarnoskóry gracz w historii kadry. Sprowadzenie Villaplane’a nie gwarantuje jednak drużynie osiągnięcia oczekiwanych sukcesów. Niespodziewanie, Racing Club przegrywa finał Pucharu Francji 1929 z byłą drużyną Alexandra, FC de Cette. W kolejnych dwóch latach wyniki paryskiej drużyny wcale nie są lepsze. W 1932 roku we francuskim futbolu dochodzi do bardzo istotnej zmiany. Wreszcie następuje oczekiwana profesjonalizacja. Powstaje Ligue 1, czyli zawodowa liga. Alexandre ponownie zostaje skuszony ogromnymi zarobkami i decyduje się na kolejny transfer. Trafia do klubu z południa kraju, FC Antibes. Drużyna jest znacznie mniej popularna niż stołeczny Racing. Mimo to stać ich na zatrudnienia piłkarza tej klasy. W inauguracyjnym sezonie zawodowej Ligue 1 Antibes radzi sobie nadspodziewanie dobrze. Rozgrywki są podzielone na dwie dywizje – północną oraz południową. Finał pomiędzy zwycięzcami ma rozstrzygnąć o tytule mistrza Francji. Villaplane wraz z kolegami wygrywają na południu, a na północy najlepsze okazuje się Lille OSC. W finale zwycięża Antibes. Alexandre nie cieszy się jednak z tytułu zbyt długo. Dochodzi do korupcyjnego skandalu. Na jaw wychodzą dowody oraz fakty ustawienia meczu. Mistrzostwo zostaje odebrane, a trener Lille otrzymuje dożywotnią dyskwalifikację. Villaplane jest bezpośrednio zamieszany oraz staje się głównym podejrzanym o udział w procederze. Francuska federacja nie posiada jednak jednoznacznych dowodów na winę zawodnika. Dostaje tylko niewielką karę, choć w samym klubie nikt nie wierzy się w jego niewinność. Reputacja Alexandra legnie w gruzach. Dla władz drużyny jest czarną owcą. Wkrótce, wraz z dwoma innymi kolegami, zostaje wyrzucony z klubu. Po piłkarza sięga OGC Nice. Villaplane ma niezłe statystyki, jednak i tam szybko mają dość jego zachowania. Nad Lazurowym Wybrzeżem Alexandre nie zmienia swoich przyzwyczajeń. Wielokrotnie nie stawia się na treningach. Nie grzeszy formą, bardziej interesuje go nocne życie. Zaledwie po sezonie w Nicei rezygnują z jego usług. Za piłkarzem ciągnie się zła reputacja, a forma z dawnych lat powoli przemija. Villaplane nie znajduje na kolejny sezon zatrudnienia w żadnym klubie z Ligue 1. Po usługi do Alexandra zgłasza się drugoligowy Hispano Bastidienne. Menadżerem klubu z Bordeux jest stary znajomy z FC de Cette, Victor Gibson. Szkot postanawia dać szansę piłkarzowi. Alexandre jednak jest już cieniem dawnego boiskowego siebie. Piłkarska kariera kończy się w iście „spektakularny” sposób. W 1934 roku Villaplane zostaje oskarżony o ustawianie zakładów bukmacherskich na wyścigach konnych. W wieku dwudziestu dziewięciu lat zostaje skazany przez sąd na pół roku pozbawienia wolności.
Paryż, 14 czerwca 1940 roku. Niemieckie wojska wkraczają na ulice francuskiej stolicy. Operacja Fall Gelb kończy się totalnym zwycięstwem hitlerowskiej armii. Taktyka blitzkriegu kładzie Francję na kolana w zaledwie kilka tygodni. Dla mieszkańców znad Sekwany zaczyna się całkowicie nowa, okupacyjna rzeczywistość. Dla sprytnych przestępców, oszustów i drobnych cwaniaczków to dobry czas na wzbogacenie się, zazwyczaj kosztem ludzkiej krzywdy. Villaplane zajmuje się przemytem złota oraz paserstwem. Wsiąknięty od wielu lat w kryminalne środowisko, wkrótce krzyżuje swoje drogi z tzw. organizacją Carlingue. Zwana jest ona potocznie francuskim gestapo. Jest to nic innego jak bezwzględny gang. Kolaborują z okupantem, choć nie ma to nic wspólnego z nazistowską ideologią – chodzi tylko o pieniądze. Alexandre bierze czynny udział w poszukiwaniu ukrywających się Żydów. Ściąga od nich haracze, wymusza opłaty. Za niewydanie Niemcom bierze pieniądze, w innym wypadku przekazuje ich do okupanta. Tacy ludzie, jak Villaplane, bywają dla nazistów bardziej wiarygodni i pomocni niż zwykła policja. W przeciwieństwie do funkcjonariuszy, ludzie z francuskiego gestapo nie mają żadnych skrupułów czy rozterek moralnych. W styczniu 1944 roku powstaje Brigade Nord-Africaine – Brygada Północnoafrykańska. Nie jest to tylko zbiór przestępców, lecz faktycznie militarna formacja (choć niewielka; liczyła maksymalnie 300 osób). Organizacja całkowicie podporządkowuje się nazistom. Działania są skierowane m.in. w zwalczanie francuskiego ruchu oporu. Do nowo utworzonej brygady, jak sama jej nazwa wskazuje, zazwyczaj werbowani są imigranci z krajów Maghrebu. Z tego powodu nazywana jest Mohamed SS. Villaplane wchodzi w struktury formacji. Jest nie tylko szeregowym członkiem, lecz pełni funkcje dowódcze małych oddziałów. Za opis działań Villaplane’a oraz BNA najlepiej posłuży fragment z książki Philippe Aziza pt. ,,Tu trahiras sans vergogne’’: histoire de deux collabos, Bonny et Lafont (pl. Bezwstydnie zdradzisz: historia dwóch kolaborantów, Bonny i Lafont) : ,,Po informacjach otrzymanych z gestapo, Alex [Villaplane] oraz trzej jego ludzie wpadli do domu Geneviève Léonarda, oskarżanego z rodziną o przetrzymywanie żyda. splądrowali dom (…) Alex chwyta 59-letnią matkę szóstki dzieci za włosy. „gdzie jest twój żyd?” kobieta nie chce odpowiedzieć (…) Alex brutalnie ją podnosi, wypycha do sąsiedniego gospodarstwa. uderza kobietę kolbą karabinu, zmusza do oglądania przerażającej sceny, jak reszta mężczyzn z BNA torturuje dwójkę chłopów. po pobiciu dwaj rolnicy zostali rozstrzelani z bliskiej odległości. (…) Alex się śmieje. w tym czasie kilku innych mężczyzn z BNA zlokalizowało żyda, Antoine Bachmanna (…) zabierają go na farmę. Alex uderza go, a później aresztuje. Następnie nakazuje, by Geneviève Léonard oddał mu 200 000 franków.” Villaplane awansuje do stopnia SS-Untersturmführera. Osobiście bierze udział w zbrodniach, gdzie ujawnia się jego dzikość oraz psychopatyczne skłonności. 11 czerwca 1944 roku, w miejscowości w Mussidan w południowo-zachodniej Francji, dowodzony przez niego oddział BNA aresztuje bojowników ruchu oporu. Jedenastu partyzantów z La Résistance ma od 17 do 26 lat. Villaplane wydaje rozkaz rozstrzelania całej grupy. Sam osobiście również pociąga za spust.
Wojna we Francji dobiega końca. Od czasu alianckiego desantu w Normandii z każdym tygodniem staje się jasne – Niemiecka potęga chyli się ku upadkowi. 25 sierpnia zostaje wyzwolony Paryż. Rozpoczyna się polowanie na nazistów, zbrodniarzy, zdrajców i kolaborantów. Sprawiedliwość nie omija Villaplane’a. Znamienne i podsumowujące życie byłego piłkarza są słowa prokuratora w czasie procesu: ,,Jego psychika była inna niż reszty członków gangu. sam przyznaje, że jest intrygantem. powiedziałbym, po przestudiowaniu jego akt, że jest oszustem, urodzonym oszustem. oszuści mają poczucie, które jest nieodzowne w ich handlu: poczucie przedstawienia. jest to konieczne do oślepienia ofiar i zmuszenia ich do rezygnacji z tego, czego chcą. użył go do popełnienia najgorszej formy szantażu – szantażu nadziei.” Przed sądem udowadnia mu się udział w przynajmniej dziesięciu morderstwach. Wyrok może być tylko jeden. 1 grudnia 1944 roku zostaje skazany na śmierć. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia pluton egzekucyjny wykonuje rozkaz.
Tak kończy swój żywot Alexandre Villaplane – olimpijczyk, kapitan reprezentacji Francji, który nie zdał egzaminu z człowieczeństwa.
8
Kapitan Francji, który stał się hitlerowskim zbrodniarzem:
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
8
Wybitne legendy rodzimego futbolu:
17 grudnia 1933 r. urodził się Stefan Florenski, głównie obrońca. To był prekursor gry wślizgami. Pochodził z Sośnicy, ze śląskiej, górniczej rodziny, w której nie było tradycji sportowych. Tuż po wojnie zaczął treningi w miejscowym klubie. Na początku grał jako napastnik i strzelał sporo goli. W 1956 r. A-klasowa Sośnica przegrała z Górnikiem w sparingu 0:8, ale Florenski pokazał się z na tyle dobrej strony, że ówczesny trener zabrzan Augustyn Dziwisz chciał go mieć u siebie. Prezesem Sośnicy był wówczas Władysław Lubański – ojciec Włodka. Poradził młodemu chłopakowi, że lepiej, żeby przeszedł do drugoligowego Piasta, bo w Zabrzu może wpaść w nieodpowiednie towarzystwo. Florenski liczył się z jego zdaniem, bo prezes był też sztygarem w kopalni, w której pracował i dał mu na tyle lekką pracę, żeby mógł jednocześnie trenować i grać. Ostatecznie jednak po długich namowach przeszedł do Górnika. Zadebiutował 3 lutego 1957 r. w drugiej rundzie Pucharu Sportu w meczu ze Stalą Huta Kościuszko. Górnik wygrał 4:1, a młody obrońca zebrał pochlebne recenzje. Jego kariera zaczęła przyspieszać. W tym samym sezonie świętował z zespołem pierwszy w historii mistrzowski tytuł. Zaliczył debiut w reprezentacji 29 września 1957 r. w meczu z Bułgarią a już kilka tygodni później brał udział w pamiętnych bojach z ZSRR. Był w składzie na igrzyska olimpijskie w Rzymie ale tuż przed turniejem, w jednym ze sparingów złamał nogę i całą imprezę przeleżał z nogą w gipsie w hotelowym pokoju. Ostatni mecz w barwach Górnika zagrał miesiąc przed 37. urodzinami. W sumie dziewięciokrotnie(!) zdobył z zespołem mistrzostwo kraju (1957, 1959, 1961, 1963, 1964, 1965, 1966, 1967, 1971) i pięciokrotnie puchar Polski (1965, 1968, 1969, 1970, 1971). Grał w trzecim meczu z AS Romą i w finale z Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City. W Reprezentacji rozegrał 11 meczów.
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@patataj
0
@Criss18Barca No tak, Gudjohnsen to nie był zbyt udany transfer. Ja bardzo żałuje że w tym finale nie mogło zagrać dwóch genialnych napastników. Właściwie to już nie pamiętam czy Eto'o i Messi byli kontuzjowani? bo wówczas nie miałem dostępu ani do meczu a zwłaszcza do internetu.
13
Niespodziewana porażka:
17 grudnia 2006 r. FC Barcelona przegrała z Internacional Porto Alegre 1:0 w finale Klubowych Mistrzostw Świata. ,,Nie należy mówić że jest się najlepszym, trzeba być najlepszym” – tak przed finałowym meczem w Klubowych Mistrzostwach Świata wypowiedział się Frank Rijkaard, podkreślając że bez dobrej gry nie wygrywa się trofeów. Niestety wydarzenia boiskowe potwierdziły obawy trenera. Nie licząc końcówki pierwszej połowy i trzech sytuacji między 72 a 74 minutą, Blaugrana osłabiona brakiem Eto’o i Messiego prezentowała się słabo. Najlepszy na boisku Pedro Iarley wyprowadził perfekcyjną kontre i to po jego dośrodkowaniu gola strzelił Luiz Adriano. Do końca meczu pozostało 10 minut, lecz jedynym pomysłem Barçy było granie długich piłek na niskiego Giuly’ego. Katalończycy na brakujący tytuł musieli czekać kolejne 3 lata.
Dla chętnych obejrzenia:
@Lionel_Messi10
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Sensible